drukowana A5
30.38
Pierścień Wielkiej Damy

Bezpłatny fragment - Pierścień Wielkiej Damy


Objętość:
181 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0586-6

WSTĘP

Wstępy niektóre nastręczają mnie bezumyślną pamięć pewnego zdarzenia następującej osnowy:

W miasteczku niejakiem jeden księgarz, wywieszając ryciny Grandville'a do bajek Lafontaine'a, uwyraźnił takowe podpisami arcyczytelnemi — głosząc:

lew znaczy potęgę — zając obawę — kuropatwa prostotę — lis chytrość — żaba zarozumiałość, a małpa??… — i tu pozostawał próżny papier…

Zapytałem obywatela, nie już dlaczego on nie domieścił, iż małpa znaczy małpę — ale ku czemu odjął interes apologom uczytelniając oneż?… Światły ten człowiek odpowiedział mnie, że jątrzność mieszczańska jest tak podejrzliwą, iż w Lafontaine'a bajkach, o lwie, ośle, papudze lub żabie mówiących, domniemywa się obywateli miasteczka, i żon ich, i oblubienic ich, i synów ich. —

Jakkolwiek przeto wydawałoby się niewczesnem objaśniać typy, uprzedzę wszelako, na wzór pomienionego wyżej, iż mój MAK-YKS nie jest bynajmniej urągowiskiem dla Irlandii lub Szkocji — że HRABINA nie osławia hrabin — że DUREJKO bynajmniej na celu nie ma Litwy, ani jakąkolwiek wyrażać mógłby prowincję, będąc sam ex-machina Durejkiem! — słowem, iż szło mnie o rzecz niesłychanie od wszelkiego osobistego poglądu oddaloną. Życzyłem sobie ja w tej pracy spróbować uzupełnienia nowego tragedii rodzaju — chciałem, ażeby tragiczność, nie dochodząc do zgonów i do wylania krwie, dawała, że tak nazwę, Tragedię-Białą.

Mniemam, iż podobnież i co do wzmianek Chowanny albo Ojczyźniaka Trentowskiego, i nie mniej co do poezji Mickiewicza, należy nie być osobistym w przyjmowaniu wrażeń scenicznych. Utwory, które są lub stawiają się na ostatecznych wyżynach popularności, należą przez to samo do krainy przysłów i stają się formami mówienia. Przymiotnikiem jest wyraz włoski dantesco, co znaczy: zawile, ciemno, po Dantejsku!… tak dalece (nie szukając już u Arystofana przykładów) wolno jest arcypopularnych sławności używać w mówieniu bez narażenia się na ostraszenie tych ciosów, które jeżeli sobie zadają aktorowie, to na tępo względem publicznego bezpieczeństwa.

Dołączyć nareszcie i to powinienem, co, pod spółczesny okres sztuki, upatruję jako obowiązujące dla postępu zadanie. Wypowiadam przeto, iż zda mi się, że idzie dziś o dzieła dramatyczne, które by nie mniejszy dla osobnego czytania i dla gry scenicznej przedstawiały interes. Dziś nie dość jest ubawić na chwilę niemających co począć z wieczorem jednym gości, ani też i tak nazwane fantastyczno-filozoficzne pisać dramata częstotliwie raczej niedokończone, niźli głębokie. Wyrażam to z przyczyny, że gdybym określić nie umiał, czego chce sztuka? nie okazałbym sam szerszej kompetencji oprócz tej, co w lożach i krzesłach teatru skupia się.

Co do moralnego zadania, mniemam, iż strona święta, budująca, religijna starożytnej Tragedii nie ustała wcale, ani może ustać; ale, że gdzie indziej pośród utworów dramatycznych główne obrała miejsce swoje. Myślę, że ten rodzaj, na nazwanie którego nie mamy polskiego wyrazu (bo rzeczy jeszcze nie ma), to jest: «la haute-comédie», głównie otwiera pole do budującego działania wobec Chrześciańskiego społeczeństwa. Tak przynajmniej zdaje się, że być winno, skoro ma to być periodem obejrzenia-się-społeczności całej i z jej najsłuszniejszej wyżyny na samą siebie. Całej!… mówię, społeczności: bo tu, nie jak w komediach buffo (które po mistrzowsku kreślone są przez hr. Fredrę) warstwa jedna społeczna, przyglądając się drugiej postrzega onę w jej śmiesznościach, lecz cywilizacyjna-całość-społeczna, jakoby ogólnego sumienia zwrotem, pogląda na się. Arcytrudna to jest robota z tej przyczyny, iż same nagie, wielkie Serio zastępuje tu te wrażliwe momenta, które Tragedia ma możność krwią ubroczyć wyraźną i czerwoną. Za takowem nastrojeniem idzie, że i wszystkie cieniowania niesłychanie być muszą subtelne. Język zaś wykwintnego dialogu potocznego wcale tak obrobionym nie jest, jak to się w codziennem obcowaniu wydawać może! Jeżeli nawet ten dramatyczny rodzaj komediami-wysokiemi zowią, to jedynie dlatego, dlaczego Dante zwie komedią swój utwór, czyli z przyczyny nie groźnego ale wesołego rzeczy zamknięcia, a które jeszcze tem subtelniejszego dramatycznego cieniowania w ciągu sprawy wymaga. Jakoż, dopiero u pracy takiej natrafia się na niewystarczalność interpunkcji, lubo używam w tekście podkreślania wzmacnianych lub szczególnie zalecających się artyście dramatycznemu wyrazów i zwrotów mowy. Tu następnie idzie wzmiankowanie i tego, że wygłaszanie mowy, dla niejakiego braku życia społecznego, jest nieumiejętnem. Z wyjątkiem, przyzwoitością określonym, rzec można, iż nie umieją czytać głośno. Zaradzić tak żmudnemu brakowi nie jest trudno. Wystarczy dać parę głównych i stanowczych zaleceń: jako to — —

Wygłaszanie rymu zależy od umiejętności czytania krementów. Kto krementu czytać nie umie, nie wygłasza piękności wiersza. Wiersz bez-rymowy wymaga poprawniejszego czytania dlatego, że i w pisaniu musi być od wiązanego poprawniejszym. A to z tej przyczyny, iż można by powiedzieć: że bez-rymowy wiersz rytmuje się na całą swą długość, nie zaś w końcowem jednem zebrzmieniu wyrazów!

Do szeregu tych to trudności technicznych policzyć godzi się, że jakoby zupełnie o tem przepomniano, iż w dnie stanowczej próby wszyscy Dramaturgowie znamienici, przytomnymi bywając onemu, że tak się wyrażę: przymierzeniu nowo uzupełnionej sukni, nie pozostawiali przechodzących dzieł na scenę bez tych a owych, niewielkich, ostatecznych zlepszeń — i że częstotliwie coś o mało zdłużyć lub niewiele uskąpić, coś wypadało domocnić lub ulżyć. Ostatecznej tej, dla autora, a dla aktorów pierwszej, pracy świadomi są wszędzie, gdzie, że tak znowu wyrażę się: nie chodziło się arcydługo w szatach pierwej dla kogo innego utrafionych!

Trudnościom powyżej nadmienionym jeden utwór i jedne nie poradzi pióro, ale utwór jeden i pióro pojedyncze otworzyć, i wskazać, i uprzykładnić kierunek nie tylko że mogą, lecz powinny. Aliści i to jeszcze łatwiej się sprawuje we społecznościach, w których, do ważenia i używania prawdy nawyknąwszy, rozeznawać na pierwszy oka rzut umieją kapitalną różnicę, jaka trwa pomiędzy naśladownictwemzbudowaniem. Drugie, będąc obowiązującem i w ład-postępu wchodzącem, jest przeto początkującemu pożądanem i pomocnem, gdy pierwsze, to jest, naśladownictwo, przeciwnem będąc samej nawet ducha-naturze, przeciąża zarazem naśladowanego i naśladującego w konieczny wprowadza obłęd. Zaś dostrzegać daje się, że im mniej jakie społeczeństwo jest żywe, tem niejaśniejsze ma ono pojęcie o różnicy pomiędzy zbudowaniem sięnaśladowaniem! A uszczerbek z tego wielki bywa… Bowiem, skoro nie umieją się budować, tedy muszą co niejaki period fenomenalnej pożądać indywidualności i, od onej jeszcze wszystkiego i wszelakiego początkowania wymagając, a z żadnego statecznej korzyści nie odnosząc… aż nareszcie i same one źródło niweczą. —

Piękną na koniec, dla Dramaturga, trudnością u nas Polaków jest to, co zarazem przedstawuje się jako głębokie dla psychologii społecznej pytanie — — to jest, że artyzm polski nie potrafił dotąd uznać kobiet!… Profile owe duże, i jakoby stadia idealne, które (że pominę starożytnych) przedstawują w niewiastach: Dante, Kalderon, Shakespeare, Byron… z wyjątkiem (dla przyzwoitości zastrzeżonym), nie istnieją wcale w pięknej literaturze polskiej. Nie ma tam, mówię, kobiet istotnych i całych: Wanda, co «nie-chciała Niemca», nie wiemy, czego chciała?? — jest ona o jednej, acz pięknej, nodze. Telimena (może najzupełniejsza jako utwór artystyczny!) nie jest dość transcedentalną… Zosia dopiero panną z pensji, a prześliczna Maria Malczewskiego rozwinąć się w zupełną postać nie miała czasu, będąc wrychle poduszkami zaduszoną czyli w trzęsawisku pogrążoną.

Smętnych takich trudności nieco, we wstępie do mojej Białej-Tragedii, skreślić za słuszne uważałem, dla tej przyczyny, iż, jakkolwiekbądź szeroko zasiadłą być może kompetencja, nie należy jej pogardzać temi po szczególe uwagami, które się spotyka, gdy się robi. —

1872 r.

Sługa rzetelny

C. N.

OSOBY:

Hrabina Maria Harrys (wdowa)

Mak-Yks, daleki krewny jej męża

Magdalena Tomir, poufna Hrabiny

Graf Szeliga

Sędzia Klemens Durejko

Klementyna, żona sędziego [Sędzina]

Salome, odźwierna

Majster ogni-sztucznych [Sztukmistrz]

Komisarz-policji [Urzędnik]

straż

stary-sługa

nowy-sługa

służąca

panienki z pensji

goście

Rzecz dzieje się w dziewiętnastym wieku w Willi-Harrys i jej pobliżu.

AKT I

POD-DASZE — wnętrze, założone księgami — okna dają na zieloność, ale nieco są przysłonięte — ranek.

Scena pierwsza

MAK-YKS

przerywając czytanie:

Oto pierwszy promień, z tych, co rażą…

Posuwa zasłonę w oknie.

   Jakby jedne były nam znajome,

Drugie obce — i te szły w szyby,

Jak ktoś obcy lub obcych zwiastujący…

Zatrzymując się u okna, porzuca nieco chleba.

Ci — swoi — z owąd… powietrzni bracia,

Którym ostatnia chleba starczy kruszyna,

I jeszcze są za nią szczebiotliwi…

Wracający i nadlatujący…

— nie wzięli mnie nigdy więcej czasu,

Ani życia więcej, niż ile dałem!

Wracając do czytania:

— Ptaszek taki odlata z kruszyną chleba

I nie pozostawia chwili bólu —

Godziny wstrętu — dnia cierpienia

Roku niewiary w społeczeństwo!

— Przybył i odszedł w lazur oka

Niebieskiego — — jak mimowiedna łza

Ludzi dobrych…

      — podobnie płaczącą

Raz, dostrzegłem … PRZYCZYNY NIE WIEM.

Scena druga

SALOME

oględnie wchodząc:

— O godzinie niezwykłej, tak rano

Wchodzę, ażeby Pana uprzedzić,

Że właściciel, Sędzia Durejko,

Cały dziś dom osobiście zwiedza.

Stąd dawno jesteśmy już na nogach,

Nieco się lękając o nas samych,

W jakimkolwiek wszystko jest porządku.

Starannie i czule:

— Wiem, że Pan z nim teraz ma rachunek

nieco opóźniony… ale… cóż stąd!

Hrabina HARRYS, pokrewna pańska

(Istny anioł!), czyliż nie jest główną

Całego tu placu właścicielką?

Oględnie:

— Pan nawet mnie daruje tę wątpliwość,

Iż w rozumie gminnym moim nie wiem,

Dlaczego Pan tu mieszka?… nie owdzie,

W pawilonie, obok krewnej swojej?

— Nie byłożby to Panu przyjemnie

Anioła takiego mieć przy sobie — —

Spostrzegając wrażenie na twarzy Mak-Yksa:

To, co mówię, niechże Pan wybaczy

Starej kobiecie i starej matce,

Która, o synu myśląc rodzonym

(A lat tyle zwłaszcza go nie widząc!…),

W każdym młodym człowieku spomina

Macierzyńskie swoje obowiązki.

Po chwili:

— Myślałam też Pana i ja prosić

O protekcję do Hrabiny Harrys

Dla onego to właśnie jedynaka —

(Co jest teraz w Japonii, z okrętem,

Skąd i sam list idzie dwa miesiące!) —

A Hrabina że zna Admirałów

I niemało Ministrów…

Spostrzegając się:

      — lecz, ja to

Mówię Panu jedno jako matka

I więcej nic, tylko jako matka…

Ocierającąc oczy:

Żeby coś o synu mówić swoim!

MAK-YKS

Ta rzecz druga, którą mi mówicie,

Dobra pani Salome!… ta druga

Rzecz jest pierwszą dla mojego serca:

Tak bym rad być usłużnym i wdzięcznym.

Ale pierwsza… to jest: zapytanie,

Czemu tu mnie spotykasz? nie indziej?

Oświecić winna by z licznych względów…

Dobitnie:

Hrabina jest Aniołem… a jednak

Podejrzewa w ludziach złe języki

I, młodą będąc wdową, chce w domu

Nie mieszkać nikogo mego wieku.

— Zaś pokrewieństwo nasze, to jej wzgląd

Na oddalonego bardzo członka,

To dobroć Jej — ja jestem jej niczem.

Męża jej powinowatym… Wreszcie:

interesie własnym mam ją widzieć —

I, cokolwiek sama byś pragnęła,

Zrobię…

Podnosząc ramię Salome:

      — tylko mnie nie dziękuj, matko,

Nie zrobiłem jeszcze nic a nic!

Poufnie:

— Hrabina ma nadto rzecz szczególną!…

Tyle pełni usług miłosiernych,

Obejma tak wiele i tak szybko,

Że się jej wydarza zapominać

Ja to mówię tylko k'temu… tylko,

Żeby błahej nie dać ci nadziei…

Dobitnie:

Nie mówię, że kogo zapomniała — —

Donośnie:

Nie! bynajmniej… lecz, że się to zdarza

Osobom, pełniącym wiele dobra!

Po chwili:

— Podobno, że i Cherubin, zbyt szybko

Lecący z pociechą do cierpliwych,

Traci nieraz pióro, które spada

Wyrzucone z anielskiego skrzydła…

Cny jest pośpiech, lecz powoduje stratę! —

SALOME

— Ludzie nauczeni lub duchowni

Wiedzą wszystko, nie pytając o nic;

Dlategoż ja pana przeprosiłam

Za me proste słowa starej-matki.

Lat niemało służę w tym tu domu

(A panu służyłabym i życie!),

Lecz właściciel nasz, Sędzia Durejko,

Zmienić pono chce cały porządek,

Dla kogoś z przyjezdnych oddać wszystko —

Dla pana jakiegoś, z którym chodzi…

Mając się ku oknu:

Oto właśnie oni — — niech Pan wyjrzy:

Obrócili się ku schodom — idą…

Wyminąć ich ledwo że pośpieszę.

Wychodzi.

Scena trzecia

MAK-YKS

Z szczerem westchnieniem za odchodzącą Salome:

Gdyby ta kobieta to wiedziała,

Co odlatujący teraz ptaszek

Zna i co innym ptaszkom zwiastuje…

Że — rzuciłem im ostatni chleba pył!

Obłędnie:

I — gdyby wiedziała to… ach!… ONA,

Właśnie może pełniąca jałmużny,

Jako która ze świętych na szybach

Gotyckiego kościoła — — perłowa,

Z ametystowemi szat fałdami

I ze złotą limbą wkoło skroni…

— Zacna Pani!

Głęboko:

      — — coś jest szczególnego

W tym powszednim-chlebie — w rozłamaniu

Ziarnka ostatniego… istnieje coś:

Jakby się jakiegoś tam: OGÓŁU

Dotykało zabłąkanym palcem…

— Coś (mówię), co albo milczeć każe,

Lub przynajmniej starannie zabrania

Głosić o wypełnieniu niedoli — —

— Jakby niedostatek jaki mniejszy

Wyznać było łacniej, bez zranienia

Bliskich, a fortunniej postawionych.

Tajemniczo:

Stąd — prawdziwie, iż tam coś z-istniewa,

Dotycząc moralnie i tej swojej

Miłości-własnej i wszech-Człowieczej!

Po chwili:

— Czemuż? głosić tego nierada jest

Uczoność…

      — czemu i prostota

Mniej wstydzi się opowiadać boleść,

Niźli prawdę przez boleść zyskaną!?

Oglądając naokoło mieszkanie swoje:

Pociechy mam ja mnogie!… ot… ten kąt…

Ku oknu:

— Tam! Marii cień dostrzegalny z dala…

Ku wnętrzu:

— Ciszę umarłych serc w księgach moich,

Co nie samem obcują czytaniem. —

Tajemniczo:

— Bywa, iż zewnętrzność tych tu pism,

Rozesłanych tam i sam, przypadkiem

Ożywiona rzutem światła naraz,

Jako grupy mumii w piramidzie,

Szerokiemi wargi coś powiada,

A mury zejmują to w powietrze,

Które całe należy tu do mnie! —

Z politowaniem:

Mało-czynnym niech mnie kto nazywa —

(Jeszcze nie obliczyliśmy pracy!

Dzień zaświta jaśniejszy ku temu —)

Solennie:

— W Babilonie, za Ezechiela dni,

Najmniej czynnym, zaiste, ten bywał,

Kto z załamanemi nie stał dłońmi,

Patrząc smętnie i kiwając głową,

nie robiąc nic więcej — — więcej nic!

Scena czwarta

SĘDZIA

wchodząc z Szeligą:

Jakem Klemens Durejko! dotrzymam

Choćby nawet sekretu — co więcej,

Że to żaden sekret, to dyskrecja…

Głośno:

— Co komu do tego, czy lokator —

Dwu-stronnie:

(— Mówi się tu, lokator godziwy,

Przyzwoity człowiek, akuratny,

Nie zawalidroga albo próżniak,

Nie lada kto z ulicy — włóczęga…) —

(Mak-Yks, bez powitania, zostaje u swego zatrudnienia.)

Jeśli, mówię, czyni to lub owo?…

Doktrynalnie:

— Sekret a dyskrecja — są dwie rzeczy.

Rozróżnienie zaś sensuliterą

Należy do prostej prawa wiedzy,

Którego się pierwej Sędzia uczy,

Niż sędzią jest… a Durejko bywał

I jest… (choć na teraz polubownym).

do Szeligi:

Astronomię pan zna — ja Prawo znam.

Niemieckiego mieliśmy Doktora

W Akademii Dorpackiej — ten uczył,

Bywało, z an-zacem szczególniejszym!

SZELIGA

— Astronomia nie jest tajemnicą,

Ni jedynem mojem zatrudnieniem.

Szło mnie tylko, bym się wytłumaczył,

Dlaczego okna te, ta wysokość,

Stosowniejsze są dla mnie, niż owe…

Poglądając uważnie w okno:

— Co to jest ów roz-stęp między mury,

Dający na drogę czy ulicę?

SĘDZIA

— Nie ulica to, lecz zajazd owdzie

Do pałacu, na lewo w tym parku

Okno jego boczne przełyskuje

Przez gałęzie klonów i akacji —

— Do Hrabiny HARRYS on należy,

Która tu rozszerza swoje włości

I opiekę swą nad sierotami

Płci obojej, a zwłaszcza niewieściej.

Lecz Durejki dom, jak stał, tak stoi,

Durejkowej-pensja pełna panien!

SZELIGA

do siebie, w oknie:

— Któryż kiedy Astronom trafniej

Perturbacje-gwiazdy mógł uważać —

(— Każdy powóz zajeżdża tą stroną,

Tamtędy powraca — a te okno

Salonowej oknem jest cieplarni…)

Lat dwa! śladu stóp JEJ nie widziałem.

SĘDZIA

prowadząc spór z Mak-Yksem, stanowczo daje się niekiedy słyszeć:

— Nie słów tu potrzeba, ale czynów

W całym domu odmienia się wszystko!

MAK-YKS

(— Umowy wszelako pozostają —)

SZELIGA

do siebie:

(— Powóz Jej… i nawet kraniec szaty!…)

SĘDZIA

do Mak-Yksa, głośniej:

— Co do umów, są ważne i żadne…

Dotrzymane z obu stron lub wcale.

SZELIGA

dwuznacznie, lubo w monologu, i patrząc w okno:

— Promiennie tu musi jaśnieć Wenus!

SĘDZIA

do Mak-Yksa:

— Właśnie że decyzja Astronoma

Dziś lub jutro wszystko poodmienia!

Obracając się do Szeligi — patetycznie:

Wenus i Mars, i Saturn — i inne

Ciała tu niebieskie, jak na dłoni,

Mości Dobrodzieju!… noce! i dnie!

Czynią swoje mądre aparycje —

(Które znał litewski nasz Poczobut

I opisał lepiej niż Kopernik!)

SZELIGA

— Idzie mi więc (czego nie ukrywam)

O widok właśnie że w tę stronę

Doktrynalnie:

— Mam astronomiczne doświadczenia

Sprawdzić — na różnych punktach globowych

Probowane z pilnością szczególną.

— Łaskawemu Panu, widząc Jego,

Nie potrzebuję dodawać, ile

Astronomia jest nauką cenną.

A że tu jedynie mam na celu,

Niższy apartament sobie wziąłem

I zatrzymam — te zaś wyższe pokoiki

Ułatwiać mnie będą obserwacje.

SĘDZIA

gwałtownie do Mak-Yksa:

Acan się wyniesie pod strych — i dość.

SZELIGA

dostrzegając spór:

— Myślę wszakże, że praw tu niczyich

Nie nadwerężyłem przyjściem mojem,

Ani że te stało się istotną

Dla kogokolwiek bądź zawadą…

— Inaczej albowiem: ustąpiłbym!

SĘDZIA

w ucho Mak-Yksa, groźnie:

— Pod strych… i dość…

MAK-YKS

ustępując, szuka między książkami:

      — Coś… znaleźć pierw… chciałem…

Znajduje pistolet — uważa go — chowa i mówi:

Ojca mego pamiątka… jedyna…!

Kiedy Mak-Yks wychodzi —

SĘDZIA

do Szeligi:

— Lokator ten musiałby ustąpić

Dla powodów, których wyjaśnienie

Do osobnego należy paragrafu —

SZELIGA

Usuwam się przeto od dyskusji — —

SĘDZIA

— Jest to któś… bliski czegoś… w głowie!…

— Na przypadek zaś silnego paroksyzmu

Mnie należy pamiętać o wszystkich,

Którzy zamieszkują dom …

      Nieprawdaż?…

Poglądając dokoła mieszkania:

— Książki może mózg zniepokoiły —

Rychło:

— Jeśli (mówię) książki, to bynajmniej

Nie specjalne, nie astronomiczne!…

Doktrynalnie:

— Są złe książki i dobre — są, tak rzekę:

«Zdrowe-treści»«próżne-frazesy».

Tamte uczą… lub księgarz je szybko

Na okrągłe pieniądze przemienia;

Te są (za pozwoleniem) do czegóż?…

Na cóż, radbym wiedział: greckie baśnie?!

Kaznodziejsko:

— Czyli to nauczyło kogokolwiek,

Jak dopełniać swoich z-obowiązań?

Wstać rano — zimną wodą umyć się,

Rachunki swe akuratnie przejrzeć,

Posłusznym być sługą, czułym mężem!

W monologu:

— Durejko zna cenę Literatur,

Lecz przeciwny jest konceptom błahym.

Lubi on i książkę… w chwilach wolnych:

Dziewiętnaście lat mając, cóż, bywało,

Nie czytałem w lesie na wakacjach…

Z zapałem:

— Natchnienie u Litwina jest jak nic!…

do Szeligi:

— Wszakże zna Pan wiersze Mickiewicza

(Co zgniótł «wszystkich mędrców i proroków»)?

— U nas jak Radziwił, to Radziwił,

Nie potrzebujemy wielujeden dość…!

SZELIGA

powolnie:

Tak — — lecz ileż w kopalniach trzeba

Piasku podrzędnego wagi różnej,

Aby tam był rodzimym diament,

Nie zgubionym przypadkiem z pierścienia?

SĘDZIA

bez-rozmyślnie, potakując:

Ślicznie to pan mówi, u nas jest tak,

Mości Dobrodzieju, jak w kopalniach.

SZELIGA

dwuznacznie:

Raz wraz jedna lampa zajaśnieje,

Korytarze oświecając ciemne — —

— A u której można i cygaro

Zatlić… to rozwesela znudzenie…

Melancholijnie:

Obeliski jednak pojedyncze

Miewają tę niedogodność znaczną,

Że z nich domu stawić niepodobna…

I zaledwo próżne zdobią place.

SĘDZIA

— Durejkowa trzyma całą pensję

Córek domów, ze wszech okolicy

Najbogatszych i uznania godnych.

Tam można nasłuchać, cóż nie uczą?

Obojej płci wiedzę stosując

Do tego, co panna znać powinna —

(Ale rzeczą pierwszą jest moralność.)

W monologu:

«Wiedza»?… idzie od «Jaźni» — ta znowu

Na odwrót stawa się «Jaźnio-wiedzą»,

Jak to nasz FILOZOF-NARODOWY

Skreślił — i jest przez to popularnym,

Że w przysłowiach od razu gotowych

Więcej odkrył niż w głębokich studiach,

Dając tym sposobem dla każdego

Patent — kto jest przyzwoity rodak,

Dziedzic zacny — kto ziomek porządny,

Czysty patriota i nie «Turan»!

SZELIGA

grzecznie:

— Najprzyjemniej byłoby mnie tezę

Z Dorpackiej alumnem akademii

Podjąć — lecz powróćmy do układów…

— Dolny i ten biorę apartament —

Gdyby nawet dziś przyszło wypadkiem,

Że lunety sprobowałbym mojej,

Będę mógł wnijść? nieprawdaż?…

Salome wchodzi i zatrzymuje się u drzwi.

      — te rzeczy,

Najmniejszej nie zrobią mnie zawady,

Poza domem albowiem jest cel mój.

Oko on gdy ujmie, porywa myśl,

Podrzędnemi czyniąc miejsce i czas.

— Nieco przed oknem próżni i chwilę

Samotności od doby do doby —

Oto wszystko, czego potrzebuję — —

SĘDZIA

do Salome

— Czy słyszałaś dobrze, co pan mówił?

Groźnie:

— Należy być uważną i pełnić —

SZELIGA

Na dół teraz cofam się i żegnam.

Skoro Graf wychodzi. Sędzia zacierając ręce przechadza się i odzywa:

Scena piąta

SĘDZIA

— Egzekucji przyszedł czas i wigor —

do Salome:

Dodzwonić się nie mogłem — gdzież uszy?

SALOME

Pani rozesłała ludzi wszystkich,

O pana troszcząc się — i tu idzie…

SĘDZIA

— Egzekucji przyszedł czas i rigor —

Poglądając na rzeczy:

Przenieść tego rychło niepodobna.

Więc złożyć tak, jak do przeniesienia,

Lub ażeby razem można było

Wyrzucić za drzwi… czy pod strych schronić.

Zatrzymując się i podsłuchując:

— Durejkowej słyszę chód pośpieszny.

Wiedzieć rada chce o Astronomie

I o apartamentach do wzięcia — —

— Ciekawa, jak poprowadzę sprawkę? —

Czuły mąż z dobrą czeka nowinką.

SĘDZINA

Gonię wciąż za tobą, o! Durejko,

Ty, któremu dziś się zwierzyć życzę

(Nie żebym się nie zwierzała zawsze,

Ale że okoliczność rzadka jest).

Patetycznie:

Czemuż widzę Klemensa nieczułym!

SĘDZIA

surowo:

Mnie — pierw — spytać trzeba o fakt ważny.

W ucho żony:

Astronoma mam w domu — pojmujesz?

Apartamenta wzięte…

SĘDZINA

obojętnie i zimno:

      — Cóż to jest

Przy nowinie, którą ja-ć przynoszę!?…

Posłuchaj: rano Hrabina HARRYS

Przysłała na pensję z zapytaniem

listę-panien

SĘDZIA

z politowaniem:

No, to niewiele…

SĘDZINA

Słuchajże mnie… ciekawa przyczyny

Wypytałam się posłańca — słuchaj

— O! Durejko, wszystkie panny będą

Zaproszone dziś na wieczorynek!…

SĘDZIA

ze śmiechem:

To jest akt dopiero — gdy nowina

Durejki jest fakt, i niewątpliwy!

SĘDZINA

obojętnie:

Czy akt, czy fakt, jeżeli pomyślny…

SĘDZIA

zimno:

Logiki coś nie zna Durejkowa —

SĘDZINA

żywiej:

Ona pewno przeczytała więcej

Niż kto inny — —

SĘDZIA

odwracając się tyłem:

      W Dorpacie czytają…

SĘDZINA

ironicznie:

Czy całą «Chowannę»? Klemensulku!

SĘDZIA

przez ramię:

I «Ojczyźniaka»! panienko!

Obracając się:

Akt do faktu jest «jak pięść do nosa».

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.