drukowana A5
48.68
Żydzi dnia powszedniego

Bezpłatny fragment - Żydzi dnia powszedniego


Objętość:
347 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0683-2

Rozdział I

Płacz kotów za oknem wyrwał mnie ze snu. Leżałem zwrócony twarzą do pleców ojca i wdychałem kwaśny zapach jego ciężkiego, owłosionego ciała. Ojciec głośno chrapał. Chwilami zachłystywał się, bo w gardle zaczynało mu coś bulgotać. Widocznie większy kawałek flegmy dawał o sobie znać. Uniosłem powoli głowę ponad kościste ramię ojca i spróbowałem rozejrzeć się po pokoju. Na komodzie, ciemniejącej między łóżkami rodziców, stała mała lampa naftowa, która rzucała słabe zakopcone światło. Szkiełko lampy wykreśliło na nisko osadzonej belce pod sufitem małe świetlne kółko, które, drgając, rozcinało obszary ciemności izby.

Oba miedziane ciężarki ciemnego wiszącego zegara widocznie zatrzymały się podczas nocy. Jeden zatrzymał się nad blatem komody, drugi w połowie drogi, wyglądał teraz jak noga, która została odpiłowana.

Rozległo się pianie koguta. Wdarło się głęboko w płacz kotów. Na dworze, widać, zaczynało jaśnieć.

Zauważyłem, że łóżko, na którym matka miała jeszcze spać, jest puste. Nawet zaścielone. Na jego środku widniała czarna plama ubrania. Chyba jakaś jej suknia naprędce rzucona.

Wywnioskowałem, że matka nie zdążyła jeszcze wrócić z wizyty w szpitalu. Wieczorem poprzedniego dnia wybierała się do szpitala. Podała ojcu kolację. Ten, zmęczony siedział przy stole i po cichu pod nosem odmówił błogosławieństwo, a ja dopiero co, w nie najlepszym nastroju, wróciłem z chederu. Matka szybko postawiła przede mną kolację i okutawszy się w szarą grubą, wełnianą chustę, w te pędy pobiegła do szpitala, do swego najmłodszego syna z pierwszego małżeństwa.

Syn jej był ze wszech miar udanym młodzieńcem. Nazywał się Mojsze. Ojcowie, mający córki na wydaniu, badawczym wzrokiem przyglądali mu się i raz po raz podsyłali swatów. Mojsze był przystojnym chłopcem. Pełna, okrągła niczym księżyc twarz, ozdobiona była dołeczkami pełnymi czaru. Policzki jędrne, gładkie, piękne. Były nieraz z miłością szczypane. Znany był z pięknego, kaligraficznego charakteru pisma. Miał już osiemnaście lat i posadę subiekta w sklepie papierniczym Izraela Ajnbindera. Przez cały dzień rozwijał przed klientami długie pasy papieru zamalowanego ptakami i kwiatami.

Nasz niski długi pokój z oknem o czterech szybach, Mojsze zamierzał wytapetować pasami papieru, na których on sam namalował ptaki i kwiaty.

Ale Mojsze lubił chodzić na spacery z dziewczętami. Zwykle wkładał wtedy na siebie wiatrem podszyty płaszczyk. Wracał z tych spacerów późno. Nawet bardzo późno w nocy.

Józia, córka bednarza, mieszkała u nas w kuchni. Za to pomagała matce w gospodarstwie domowym. To ona otwierała mu w nocy drzwi.

Ale kto mógł wiedzieć? Komu mogło to wpaść do głowy?

Pewnego dnia Mojsze nie mógł się podnieść z łóżka. Cicho wzdychając oświadczył, że coś kłuje go w boku.

W naszym niskim, długim pokoju zaczęli się zjawiać obcy ludzie w okularach. Józia, córka bednarza, dzień po dniu musiała myć podłogę. Obcym ludziom zdejmować i nakładać płaszcze.

Ci obcy ludzie kazali choremu Mojsze głęboko oddychać. Opukiwali go wciąż po żebrach, po czym zostawiali po sobie jakieś zapisane karteczki, z którymi biegało się do apteki i przynosiło do domu buteleczki z płynem o dziwnych kolorach.

Szyby w oknie wyhaftowane były białymi szpilkowymi drzewami. Czasami z tych szpilkowych drzew wyłaniał się zarys niby okrętu na morzu, a czasami jakiś stary Żydek ze szpiczastą bródką i z kołpakiem na głowie.

Mojsze wpatrywał się w szyby oczami pełnymi łez. Twarz mu się ściągnęła, pozieleniała, a wokół oczu pojawiły się brązowe bruzdy.

W pokoju osiadł na stałe gęsty słodkawo-kwaśny zapach lekarstw i potu chorego. Matka zapomniała uczesać swoją perukę. W czasie, kiedy Mojsze wpatrywał się w zamarznięte szyby, twarz matki wydłużyła się; stała się niemal szpiczasta. Na jej rękach wyraźnie zaznaczyły się żyły. Józia z rozwichrzoną czarną czupryną, na bosaka, dreptała po podłodze i raz po raz klękała przed swoim żelaznym łóżkiem w kuchni, żeby się pomodlić.

Ojciec, wróciwszy w nocy, obrzucił zaspanym wzrokiem obecnych i zapytał, pod nosem:

— No, jak się ma Mojsze?

Ale Mojsze już w domu nie było. Trzeba go było zawieźć do szpitala.

Ojciec odmówił modlitwę Mincha w zasnutym cieniem kącie. Na czterech zamarzniętych szybkach osiadł jakiś daleki błękit, który przywodził na myśl zatopione okręty.

Chorego opasano poduszką, opatulono matczyną wełnianą derką i na to wszystko wciągnięto płaszcz, w którym się przeziębił.

Nieznany goj, w żółtym kożuchu, razem z matką i Józią wyprowadził Mojsze z domu. Prowadzili go powolutku, raczej posuwano go tak, jak posuwa się kredens czy szafę.

Na dworze było niebiesko. Niebieski był śnieg, niebieskie były domy, niebieskie były dachy.

Chorego ułożono na szerokich, niskich saniach. Leżał jak chuda martwa ryba. Okutana derką twarz spoglądała w niebo. Matka usiadła u jego stóp, zwrócona twarzą ku jego głowie. Nogi zwisały jej z sań i robiły w śniegu bruzdy. Kilka kobiet ze zmarzniętymi nosami westchnęło i na pożegnanie rzuciło:

— Wyzdrowienia! Pełnego wyzdrowienia...

Sanie zaczęły się ślizgać po miękkim, niebieskim śniegu, zostawiając po sobie szerokie koleiny, jak dwa cięcia na żywym ciele. Im dalej się posuwały, tym stawały się mniejsze. A wieczór coraz bardziej nabierał koloru niebieskiego.

W domu zostało po Mojsze żelazne składane łóżko z wygniecioną i ogrzaną pościelą. Na podłodze walały się wilgotne źdźbła słomy. Buteleczki z lekarstwami na parapecie zbiły się w kupę, bratersko tuląc się szyjkami jedna do drugiej. Pod stołem leżała jego spinka z perłowej masy i spoglądała na nas jak białe martwe oko.

W szpitalu wypompowano choremu wodę z boku. Z tego samego boku usunięto dwa żebra. Leżał w separatce z dwoma długimi oknami. Drzewo z pokręconymi u góry gałęziami ogołocone i nagie zaglądało do niego przez jasnoniebieskie szyby.

Do tego właśnie szpitala matka udawała się codziennie na noc. W domu Józia narąbała już wcześniej trochę drzewa i zapaliwszy pod płytą kuchenną rozniecała dmuchaniem ogień. Na ścianach leżał jeszcze ciężki, ciemny chłód. Ojciec przy słabym świetle małej lampy odmawiał kilka psalmów. Wtedy to właśnie matka wracała ze szpitala. Wchodziła cicha, milcząca. Oczy miała czerwone od niewyspania. Z miejsca podchodziła do kuchni i nachylała głowę pod okap, który przypominał chłopski kapelusz. Tu gotowała śniadanie dla ojca i tu pod okapem, nad garnkami po cichu i w ukryciu wypłakiwała się.

Ojciec, zjadając kromkę chleba umaczaną w soli, zapytał:

— A więc jak tam, Frumet?

Matka nieco zgarbiła się, schowała głowę w ramiona i mówiąc jakby do garnków, odpowiedziała:

— On potrzebuje miłosierdzia!

Dzisiaj matka nie stała pod blaszanym okapem kuchennym. Koty za oknem widocznie zmęczyły się płaczem. Gdzieś w pustej ciemności pokoju słychać było krzątaninę myszki. Łóżko w kuchni, na którym spała Józia, córka bednarza, trzeszczało. Myszka nie przestawała myszkować. Józi musiało coś spaść w pustą ciemność, bo rozległ się trzask glinianego garnka. Skurczyłem nogi i przysunąłem się bliżej do spoconych pleców ojca.

I nagle rozległo się gwałtowne, na trwogę bijące, pukanie do drzwi. Józia pobiegła otworzyć. Z impetem korka wysadzonego z beczki, wdarł się do pokoju rozedrgany krzyk:

— Lejzorku, Lejzorku, ty moja pociecho!

Chrapanie ojca natychmiast się urwało. Po prostu coś go zatkało. Otworzyłem oczy i zauważyłem matkę stojącą na środku pokoju. Kiwając się, raz po raz, chwytała się rękami za głowę. Po chwili opuszczała ze zmęczenia ręce. Jakby chciała się pozbyć bólu, przed którym nie mogła się ukryć.

— Takie młode drzewo! Taka ministerialna głowa!

Teraz dopiero ojciec podniósł się z łóżka.

— Co się stało?

Zachrypnięty głos zaspanego ojca odbił się głuchym echem w pokoju.

— Nie ma go! Umarł!

I rozwarłszy ramiona na kształt krzyża, dodała:

— Umarł, Lejzorze kochany! Umarł mi syn!

Obok matki stała Józia w nocnej koszuli. Zwichrzone włosy jak runo czarnej owcy. Palcami obu rąk szczypała swoje policzki, jakby chciała z nich wyrwać żywe kawałki.

Podeszła do lampy i podkręciła knot. Drgające czerwone świetlne kółko na belce powiększyło się. Wyglądało jak potworne, wyrwane z orbity, oko. W pokoju hulał wiatr. Wyskoczyłem z łóżka i zacząłem się szybko ubierać. Ojciec postawił na podłodze zimnego pokoju sine nogi i zaczął szukać onuc. Za czterema małymi szybkami niebieszczało. I nagle w tej niebieskości pojawiły się obce twarze. Przegięta wpół kobieta w czerwonym, pierzem pokrytym, czepku nocnym. Przysunęła się do matki i schyliwszy głowę jak kurczę podczas drzemki wbiła wzrok w twarz matki. Sąsiadka z pierwszego piętra, kobieta krzykliwa, przybiegła w rozsznurowanych bucikach. Potem zjawił się rudy Fajwel ze swoim blaszanym dzbanem. Ten sam Fajwel, który codziennie napełniał nam garnek kwartą mleka prosto od krowy. Dzisiaj nikt nie wyszedł mu z garnkiem na spotkanie. Razem z nim wpakowały się do pokoju dwie zupełnie obce kobiety. Jedna wysoka rozglądała się po wszystkich kątach jakby coś lub kogoś zgubiła. Druga, w drucianych okularach, z zawiązanymi za uszami białymi wstążkami jak u dziewcząt, dreptała po pokoju niczym stara domownica. Jej wąskie, zapadnięte wargi szeptały coś do ojca.

Drzemiące oczy ojca patrzyły na nie z boku. Jego duża czarna broda powoli unosiła się w górę.

— Tak, tak — mówiła broda — syn Frumet, Mojsze, mój pasierb.

Tymczasem w pokoju zrobiło się już jasno. Lampki na komodzie nikt nie zgasił. Obca kobieta w okularach odezwała się, wskazując palcem na wiszący na ścianie zegar:

— Zegar stoi. Zatrzymał się...

W tej samej chwili drzwi się nagle rozwarły i do pokoju wpadła ciotka Miriam. Usta miała ściągnięte przez małe zmarszczki podobne do głębokich żyłek. Ostry, wąski nosek czerwieniał. Wszystko wydawało się dziwne. Ciotka Miriam przez całe życie mówiła cicho. Posługiwała się bardziej gestem, mimiką niż ustami. Uważała, że głośne mówienie przystoi gojom. Żydzi — powiadała — powinni mówić cicho i spokojnie. Dowodem tego jest pramatka Rachela, która też była spokojna i z całą pewnością nie rozmawiała głośno.

Tymczasem ciotka Miriam wpadła z hukiem do pokoju. Na jej ustach leżał już przeraźliwy krzyk. Dostrzegałem go zawczasu w rozwartych źrenicach jej oczu.

Pogrążona w bólu matka siedziała na ławeczce z głową objętą rękami i widać było, że wyczuła w izbie obecność bliskiej osoby. I chociaż wzrokiem nie dostrzegała swojej siostry, to jednak zerwała się z ławeczki i wyciągnąwszy przed sobą ręce zarzuciła głowę do tyłu i lamentującym głosem zawołała:

— Siostro kochana, ratuj moje dziecko!

I ciotka Miriam jakby tylko czekała na zawołanie matki, wybuchła straszliwym, do szpiku kości przejmującym płaczem.

Ojciec stanął twarzą do okna. Szloch matki zdawał się teraz wydobywać nie z gardła, ale z jej ciężkich zamarzniętych szat. Nagle jakby ogłuchła, zatrzymała się w środku pokoju. Zrobiło się cicho. Oczyma pełnymi łez rozglądała się dookoła.

— Frumet! Frumet! — zerwała się ciotka Miriam i jednym susem podbiegła do niej.

Matka widocznie jednak dobrze nie słyszała. W jednej chwili jakby urosła, stała się większa, nie do poznania. Nie ta sama kobieta, która przed chwilą była zupełnie załamana.

Zgromadzeni w pokoju ludzie zwarli się w kupę. Nad ich głowami unosiła się milcząca, z trudem hamowana zgroza.

Wśród tej ciszy matka zerwała się z miejsca i przypadłszy do szafy z ubraniami, jednym mocnym pociągnięciem otworzyła drzwi tak, jak, nie przymierzając, otwiera się w czas próby drzwiczki Arki Przymierza w bóżnicy. I dopiero teraz rozpłakała się na nowo i na dobre.

— Do czego mi to wszystko jest teraz potrzebne, kiedy moje dziecko umiera? Ludzie kochani, bierzcie to!

I zaczęła szybko wyrzucać z szafy ubrania syna.

— Módlcie się za moje nieszczęśliwe dziecko! Proście Boga, żeby unieważnił wydany na nie wyrok śmierci!

Ojciec przybliżył twarz do zamarzniętych szyb okna. „Kochani ludzie” zaczęli brać pozostałe po Mojsze rzeczy. Szafa była już prawie pusta. I wtedy matka z podniesionymi rękami, jakby niosła w nich chłopca do uroczystości obrzezania, wybiegła z domu. Z otwartej szafy wiała opróżniona ciemność. Ojciec odstąpił od okna i przykręcił knot w lampie. Józia, córka bednarza, nagle przystąpiła do mnie. Objęła mnie swoimi dużymi ciepłymi rękami i cichym głosem powiedziała:

— Biedny, biedny chłopczyku...

Obcy ludzie jeden za drugim zaczęli po cichu wychodzić z domu. W pokoju czuć było zapach czczych żołądków. Ojciec jak zwykle rano zasiadł do odmówienia psalmów. Z tą tylko różnicą, że dzisiaj szybciej się rozkołysał i rozkiwał. Później kilka razy powtarzał jedno i to samo słowo. Jego głos przypominał muchę bzyczącą na szybie. Na niskiej belce głowa ojca w świetlanym kółku od lampy miotała się to w górę to w dół. Przypominał rozmazaną plamę jakiegoś dziwacznego stwora.

Strasznego jednak wyroku śmierci Bóg nie odwołał. Mojsze niestety umarł.

Kiedy przybiegłem do szpitala czarna brama była zamknięta. Dwaj wysocy Żydzi z gęstymi brodami przemawiali jakiemuś gojowi do rozumu. Kilka kobiet tupało nogami na śniegu. Kudłaty, liniejący pies obwąchiwał poły płaszczy Żydów.

Po chwili zjawił się Szmuel, mąż ciotki Miriam. Z rozłożonymi jakby od niemocy rękami, podszedł prosto do rozmawiających z gojem Żydów i swoim donośnym głosem pijaka i obżartucha zawołał:

— Umarł! no, macie pojęcie?

Obaj wysocy Żydzi odwrócili ku niemu swoje brody i oczyma pełnymi zdumienia zmierzyli go od stóp do głów. Mnie nagle zachciało się kopnąć liniejącego psa. Wuj Szmuel wydął grube, wyblakłe wargi, cmoknął i raptem, jakby zupełnie zaskoczony, zauważył mnie:

— I ty także tu jesteś? Kto cię tu przysłał?

A kto jego przysłał? Do czego był tu potrzebny ze swoim pijackim głosem? I zaczął biegać tam i z powrotem pod czarną bramą, spluwał na śnieg, zatrzymywał przejeżdżające furmanki chłopów, macał worki ze zbożem, pytał o cenę, chociaż nigdy ziarnem nie handlował. Nie wiedział nawet, czy zboże rośnie na polu, czy też na drzewach w lesie. Tymczasem nadszedł ojciec. Zbliżał się powolnym ciężkim krokiem. Zaraz po nim nadjechała dorożką ciotka Noemi z wujem Ben-Cijonem. Wuj Ben-Cijon był mały i okrągły jak wypchana poszwa. Nie mógł wykaraskać się z dorożki. Dlatego ciotka Noemi, kobieta o delikatnych wargach i zachowaniu wskazującym na osobę wykształconą, podała mu ramię. On oparł się o nie i dopiero w ten sposób zlazł z dorożki.

Na chwilę zatrzymał się. Wypiął okrągły brzuch, rozejrzał dookoła i przez syte, czerwone wargi wydmuchał słowa:

— Zimno... masz pojęcie, co za mróz! Ile też stopni może być dziś?...

Nikt mu nie odpowiedział. Kudłaty pies zaczął obwąchiwać kalosze Ben-Cijona. Ten odsunął się od psa i zawołał:

— A pójdziesz!

Pies pokornie spuścił łeb i przylazł do mnie. Wystawił na pokaz wilgotne ciepłe oczy, pokręcił smutno ogonem i gdyby mógł mówić, to zapytałby:

— Twój brat umarł. Dlaczego więc wujowi Ben-Cijonowi jest zimno?

Nim się spostrzegłem, zaczęło zmierzchać. Stado wron uniosło się w górę i uleciało w chmury. Po obu stronach szosy leżał śnieg. W jednym miejscu widniały czarne pasy, w drugim niebieskie, a gdzieniegdzie biało-czerwone. Naprzeciw szpitala, na ganku karczmy stały dwie tęgie, ubrane w kożuchy dziewoje i głośno przekomarzały się z dwoma pochylonymi cieniami mężczyzn.

I oto otworzyła się czarna brama szpitala. Dwa zmęczone, kołyszące się końskie łby wystawiły dwie pary czarnych uszu. Za długimi, zapuszczonymi ogonami koni kołysała się wąska fura, którą ojciec obejmował swoimi długimi ramionami. I raptem rozkołysał się tłum mężczyzn czarnych, ruchliwych, w rozchełstanych kapotach. Jak ptaki nagle wyrwane ze snu biegły rozproszone kobiety. Popędzały się i bez przerwy poprawiały szale na ramionach. Matka i ciotka Miriam szły tuż za mężczyznami. Obie z głowami odrzuconymi do tyłu. Obie ledwie żywe. Obie z otwartymi ustami. Wuj Ben-Cijon z ciotką Noemi jechali w dorożce do samego końca. Pies szedł obok mnie, patrzył na swoje łapy. Raz po raz z wilgotnego pyska wydobywało się głośne warczenie.

Jakaś kobieta nachyliła się nade mną i miłym głosem powiedziała mi, że chłopcy, których rodzice żyją, nie powinni chodzić na cmentarz.

Toteż doszedłem w kondukcie tylko do „trzech drzew”. Stanowiło to połowę drogi. Karawan, który zlał się z tłumem w jedną wielką czerń, posuwał się dalej po szosie na miejsce wiecznego spoczynku.

W drodze powrotnej do domu nikt mi nie towarzyszył. Tylko ten obcy kudłaty pies kołysał się u moich nóg i warczał.

Przy drzwiach naszego domu on pierwszy się zatrzymał i nastawił uszy. Czyżby wiedział, że ja tu mieszkam?

Ja również zatrzymałem się i w nastawione uszy psa rzuciłem pytanie:

— Jak się nazywasz? Burek?

Pies odrzucał łeb raz w jedną, raz w drugą stronę. Wyglądało na to, że odżegnuje się od takiego pospolitego imienia jak „Burek”. Rzuciłem wtedy jeszcze kilka psich imion jak „Łapa”, „Bukiet”.

— Nie! — pies ruchem łba znowu zaprzeczył. Zrobiło mi się zimno.

Ciężki płaszcz ściągnął mi ramiona w dół. Po raz ostatni krzyknąłem do ucha psa:

— Dobranoc, psie!

Pies parsknął, położył się na śniegu i wystawił dwie łapy w stronę naszego domu.

Kiedy wszedłem do domu, Józia siedziała w kuchni. Była sama. Na małym stoliku, na którym stała lampa naftowa, oparła objętą rękami twarz i zmęczonymi oczyma wpatrywała się w czerwono-niebieski płomyczek.

Na mój widok ręce jej opadły i wyprostowawszy się na cały wzrost zawołała:

— Już po pogrzebie?

— Nie. Jeszcze nie.

— Nie poszedłeś razem z konduktem?

— Nie. Doszedłem tylko do „trzech drzew”.

— Jesteś głodny? Tak?

— Nie. Nie jestem głodny.

— A nie zimno ci? Podejdź tu. Usiądź!

Wzięła mnie tak jak się bierze worek z watą albo z pierzem i posadziła obok siebie. Objęła mnie swoimi dużymi wygrzanymi rękami i prosto w twarz mi szepnęła:

— Ogrzej się! Dobrze się ogrzej!

Ciepłym oddechem dmuchała w moje zesztywniałe od zimna ręce.

Przytknęła je potem do swoich ust, po czym nie przestała ocierać moich rąk o własne.

— Możesz się położyć?

Nie wiem, czy odpowiedziałem coś na jej pytanie. Zostawiła mnie siedzącego przy stoliku i sama weszła do pokoju, aby pościelić łóżko ojca. Potem rozebrała mnie i położywszy do łóżka nakryła pierzyną po samą szyję. Usiadła u moich nóg, tak jak to niegdyś czyniła moja matka, kiedy byłem chory na szkarlatynę.

— Wkrótce chyba przyjdą. Nie wiesz, kiedy? — raptem zapytała mnie Józia.

— Po pogrzebie przyjdą.

— Kiedy będzie po pogrzebie?

— Nie wiem.

Józia weszła na chwilę do kuchni. Słyszałem, jak majstruje przy zamku do drzwi. W pokoju było już dość ciemno. Tylko od kuchni ciągnęło się pasemko światła, które przełamywało się w środku izby.

Józia wróciła z kuchni i usiadła na łóżku, ale już nie u moich nóg. Buchało od niej zapachem gorącego potu. Czułem jego słodkość pod podniebieniem i w nosie. Takiego ludzkiego zapachu jeszcze nigdy nie odczułem.

— Jest ci ciepło? — zapytała, przybliżając do mnie swoją dużą twarz.

— Trochę — odpowiedziałem, czując jak zapach Józi wdziera się w moje gardło, a z niego powoli przenika do moich trzewi.

— Zaraz. Wnet ci będzie całkiem ciepło.

Usłyszałem jak od podłogi odbiły się echem dwa głuche stuknięcia. To Józia, widocznie, zrzuciła jeden pantofel za drugim.

— Zaraz... wnet... — zaskrzeczał jej zachrypnięty głos.

Na pół zaspanymi, zmarzniętymi i zmęczonymi oczyma widziałem, jak Józia zdejmuje z siebie czerwony kaftan, jak rozsznurowuje barchankę. Widocznie wstążki wokół barchanki poplątały się. Oddech Józi stawał się ciężki. Zaczynała sapać. I sapiącym głosem rzuciła w przestrzeń:

— Psia krew, cholera...

Nie trwało to jednak długo. Pierzyna nade mną nagle się podniosła i za chwilę poczułem obok siebie ogromne, wygrzane ciało Józi. Zrobiło mi się ciasno w gardle. Ze strachu zapewne albo wskutek zaskoczenia przysunąłem się do ściany.

— Przysuń się tu, bliżej mnie...

I przyciągnąwszy mnie do siebie, dodała:

— Tu będzie ci ciepło. Podaj ręce. No? Prawda, że ciepło?

— Ciepło...

— Przytul głowę tu,... prawda, że ciepło?

— Ciepło...

— Wargi masz takie zimne, mój chłopczyku, odmroziłeś je sobie, biedaczysko!

Skurczyłem nogi. W łóżku zrobiło się ciasno. Nie rozumiałem dlaczego. Przecież zawsze śpię z ojcem i nigdy nie było mi ciasno. Dlaczego raptem zrobiło się ciasno? Dlaczego ciało ojca tak nie parzy? I dlaczego ja się stałem jakiś inny? Czy dlatego, że jej wargi nie przestają ogrzewać moich?

Jak i kiedy zasnąłem — nie wiem. Nie słyszałem, jak Józia wyszła z łóżka. Nie słyszałem też, jak i kiedy wrócili rodzice.

Kiedy otworzyłem oczy, ojciec już siedział na łóżku i wciągał na nogi buty z cholewami. Matka opatulona w gruby szal przycupnęła na małej ławeczce i zaczęła się kiwać na wszystkie strony. W kuchni Józia porąbała kilka drewienek. Uderzenia siekierą były szybkie. Tak jak gdyby Józia chciała wyładować na kimś swój gniew.

Ano właśnie Józia. Co było z Józią? Skąd naraz się wzięła do rąbania drzewa? Przecież dopiero co ogrzewała moje wargi. A tu siedzi ojciec na łóżku odwrócony do mnie plecami. Matka kołysze się na dziecięcej ławeczce, a Józia jest właśnie w kuchni. Już dnieje. Na szarych, od lat niebielonych ścianach osiadła zielona, zaspana jasność.

Z grubego szkła w oknie ciągnie się mały niebieskawy płomyk. Tymczasem ojciec zdążył wciągnąć oba buty. Żółty mały tałes-kuten marszczył się na jego plecach jak świstek papieru ze świętych ksiąg. Obrócił ku mnie brodę i powiedział:

— Wstań. Czas przystąpić do modlitwy.

Sam zaś wsadził ręce do rękawów starego cajgowego chałata i wyszedł z domu.

Niedługo kazał na siebie czekać. Wrócił razem z dwoma małymi Żydami, którzy ze zdziwieniem rozglądali się po obcym mieszkaniu. Ojciec zostawił ich w środku i znowu wyszedł z domu. I tak kilka razy postąpił, aż nasze mieszkanie wypełniło się ludźmi, odzianymi w powszednie, zimne kapoty i ze zmierzwionymi, nieuczesanymi brodami.

Od okna do ściany i od ściany do okna rozchodziło się szybkie mruczenie. Na komodzie i na szafie załamywały się spłaszczone kontury cieni, które przesuwały się również w górę aż pod belkę sufitową. Jakby im za ciasno było w izbie.

Matka ze swoją ławeczką przysunęła się do pieca. Józia od czasu do czasu stawała w otwartych drzwiach z wiązką drewna w rękach. Wcisnąłem się między zimne kapoty obcych Żydów i bałem się patrzeć tam, gdzie stała Józia. Frędzle od tałesów ciągnęły się i wiły po podłodze niczym białe robaki. Żyd o głodnym głosie rozkołysał się nad stołem i głośno połykał słowa.

Ojciec, który stał u mego wezgłowia położył na moim ramieniu pięć palców i pokazywał mi oczami tekst w modlitewniku:

— No, tu...

Po modlitwie Żydzi zaczęli powoli się rozchodzić. Mocno zabłocone buty nieprzyjemnie człapały po podłodze. Przechodzili obok ławeczki matki i coś tam jej do ucha pomrukiwali.

W pokoju unosił się zatęchły zapach starej waty i zużytych ubrań. Na stole walały się dwa rozrzucone tałesy z pożółkłymi frędzlami. Ojciec spokojnie odwiązał tefilinowe wytłuszczone, twarde rzemyki z sinej zimnej ręki.

Ścisła żałoba zwana sziwa, trwała siedem dni. Mama prawie nie wstawała z ławeczki. Józia skoro tylko uporała się z rąbaniem drzewa i zapaleniem pod fajerkami, również przycupnęła na podnóżku i tak samo jak matka kołysała się i kiwała.

Ciotki, które wieczorem przychodziły pocieszać żałobników, przynosiły ze sobą milczenie śniegu na dworze. Zatrzymywały się w domu jakby na „tymczasem”, na pół sennie. Nie zdejmowały płaszczy. Nie odzywały się słowem. Posiedziały i nie pożegnawszy się ściągały ramiona i szybko opuszczały pokój, wracały do swoich domów, w których nikt nie umarł i w których nikt nie odsiaduje żałoby.

Tylko dwaj wujowie dali o sobie znać. Wuj Szmuel z rozbieganymi rękami nie mógł wybaczyć Mojsze, że ten „wziął i umarł”. Drugi, Ben-Cijon, ciągle wycierał swoje pulchne rączki i nie przestawał wnosić pretensji do Pana Boga:

— Masz pojęcie jaki mróz mamy... Węgiel w cenie złota już jest! Powiadam ja do mojej żony...

Ale w tym miejscu ciotka Noemi przymknęła swoje ciche oczy i trochę pod nosem, modulując głos w sposób charakterystyczny dla osoby zamożnej oświadczyła:

— Ben-Cijonie, a może byśmy już sobie poszli? Co Ben-Cijonie?

Rozdział II

Skończyły się wizyty ludzi, którzy przychodzili pocieszać nas w żałobie. Na komodzie pojawiała się fotografia Mojsze, oprawiona w ramkę. Na tej fotografii Mojsze nie miał już okrągłej twarzy ani wyszczypanych policzków. Na martwym papierze stał chudy młodzieniec o bladej i przerażonej twarzy. Jedna ręka biała, druga czarna. Jakby ją trzymał w gumowej rękawiczce. Patrzył na bok, sztywnym obcym wzrokiem jakby nikogo w tym pokoju nie poznawał.

W owych dniach pokazała się w naszym domu jeszcze jedna fotografia. Nadeszła z Jekatierynosławia, miasta, w którym odbywał służbę w carskim wojsku Lejbke, syn ojca z pierwszego małżeństwa.

Lejbke to człowiek w niczym niepodobny do Mojsze. Zupełnie inny wygląd, zupełnie inna postawa. Wysoki, z ostro przyciętymi wąsikami. Na głowie czapka bez daszka. Szlify i guziki. Siedzi obok stolika. Zacięta twarz. Oczy rozwarte. Wnikliwy wzrok. Jakby z daleka zobaczył nadciągającego w pełnym uzbrojeniu nieprzyjaciela.

Ojciec przysunął bliżej lampkę i zaczął wpatrywać się w fotografię Lejbke. W trakcie oglądania zdjęcia czarna broda ojca rozciągnęła się na dwie części. Na jasną część i na ciemną część. Między jasnością a ciemnością migał koniuszek języka, który ojciec z przejęcia wystawił.

— I co powiesz o moim Lejbke? — przemawiał ojciec do fotografii.

Przesunął zdjęcie trochę do tyłu, potem znowu do siebie:

— Oficer pełną gębą. Dosłużył się za Iwana.

Chciał, żeby jego słowa usłyszała mama, żeby się odezwała i podzieliła jego zdanie, że Lejbke wyrósł na wielkiego człowieka. Mama jednak fotografię zdążyła już obejrzeć wcześniej. Zdążyła się już wypłakać patrząc na zdjęcie swego syna Mojsze. Wytarła nos i westchnęła:

— A mój Mojsze leży w ziemi. Biedaczysko.

Teraz, kiedy tato zapytał, co sądzi o Lejbke, pochyliła tylko głowę, pociągnęła nosem i nic nie powiedziała.

Ojciec nie należał do osób gadatliwych. W jego na pół zaspanych oczach zawsze tkwiła głucha cisza. Nigdy człowiekowi w oczy nie patrzył. Patrzył tylko na usta, jakby nie miał zbytniego zaufania do jego słów. Mama uważała, że jest nieco głuchawy i dlatego mówiła do niego głośniej niż do innych osób. Ojciec lubił przechadzać się po pokoju w ciepłym trykotowym swetrze. Lubił zawsze coś robić w domu. Coś tam naprawiać. To reperował ławeczkę, to nakręcał zegar. Wtem zatrzymał się w środku pokoju, popatrzył na mamę swoimi na pół drzemiącymi oczyma i zawołał:

— Czego krzyczysz? Czym głuchy?

— A co? Nie głuchy jesteś?

Zdecydowanym głosem mama zawyrokowała, że tato jest głuchy i koniec.

Tato podszedł bliżej do mamy, która siedziała na moim łóżku. W jego oczach tliła się niepewność, jaką odczuwamy, kiedy spotykamy człowieka i nie wiemy, czy go znamy czy nie.

— Jakoś dzisiaj mówisz całkiem cicho — powiedział do niej.

— Nic nie mówię, kto twierdzi, że coś mówię?

— Ale przecież coś powiedziałaś.

— Nic nie powiedziałam. Daj spokój!

Tato patrzył na usta mamy. Głucha cisza tląca się w jej oczach pokryła się cieniem. Mama wyglądała teraz na obcą, nietutejszą osobę.

Wtedy tato popatrzył na mnie i powiedział:

— Trzeba do niego napisać list. Do Lejbke, ma się rozumieć. Do Jekatierynosławia trzeba napisać.

Chciał przez to powiedzieć, że gdyby sam umiał pisać, to by jeszcze dzisiaj napisał liścik do Lejbke. Ale z napisaniem listu trzeba się zwrócić do mamy, bo nie ma innego wyjścia, jak tylko zaczekać, aż mama będzie skłonna to uczynić.

Tymczasem ojciec włożył fotografię do szuflady komody, gdzie leżała czysta pościel. Od czasu do czasu, zwłaszcza w wieczory pożegnania soboty, wyjmował z szuflady fotografię — na nowo ją oglądał i na nowo sobie przypominał, że trzeba napisać list do Jekatierynosławia. Ale mama nadal nie była w nastroju do pisania, nadal jeszcze nie miała głowy ani do męża, ani do jego syna Lejbke.

Zima owego roku była długa i ostra. Studnia głębinowa na podwórzu obwieszona była nabrzmiałymi soplami lodu, przypominającymi ciężkie kawałki odlanego szkła. W rynsztokach zamarzły wylane podczas nocy pomyje i inne nieczystości. Kłódka na drzwiach domu srebrzyła się bielą i śliskością. Ściany kuchni, w której spała Józia, błyszczały wieczorem niebieskawo-zielonawą wilgocią. Taka sama wilgoć obsiadła ścianę, przy której stało łóżko ojca. Nie pomógł piecyk z zardzewiałymi, ciągnącymi się aż do belki pod sufitem rurami, który stał w środku pokoju. Nie pomogła glina, którą zapchano wszystkie szpary przy oknie. Nie pomogła nawet wata, która przez całą zimę leżała wilgotna między podwójnymi szybami.

Ojcu to jednak nie przeszkadzało. Spał mocnym snem zmęczonego człowieka. O czwartej nad ranem zaczynał się ruszać, gotów do wstawania. A wstawał tej zimy tak wcześnie, bo zawarł spółkę z pewnym Żydem, który nazywał się Motl Sztroj. Był ów Motl mężczyzną wysokiego wzrostu, z ruchliwym jabłkiem Adama, szpiczastą, rzadką bródką i długimi, cienkimi, ruchliwymi rękami.

W ciągu całego swego życia Motl Sztroj obracał się wśród chłopskich furmanek, obmacywał worki zboża, żuł słomę, wpadał od czasu do czasu do garkuchni Mordechaja na ćwiartkę gęsi i układał w długim, skórzanym portfelu banknoty. Tak długo je układał, aż przyszedł do ojca z propozycją utworzenia wspólnego interesu.

— Tak się składa, że jest do nabycia — oświadczył — duży magazyn słomy. Dobrej słomy.

Motl włożył w interes pieniądze, a mój ojciec doświadczenie i znawstwo przedmiotu. Pieniędzy, jak wiadomo, ojciec nie posiadał. W Nowym Młynie, w tamtej wsi, z której ojciec przybył do miasta, rozciągały się duże rozgrzane pola, otoczone niebieskimi, zaciemnionymi lasami. Chatki w Nowym Młynie były drewniane, prymitywne, złożone z nieheblowanych desek. Dachy kryła słoma, a podłogi ulepione były z gliny. Pożywienie chłopów to zazwyczaj zsiadłe mleko, przechowywane w glinianych garnkach. Płaskie bochenki chleba, wypieczone we własnych piecach, uzupełniały posiłek. Latem wieśniacy kąpali się w rzece, sypiali pod stogiem siana i wpatrywali się w polną dal. Być może właśnie w tej wsi ojciec poznał się na sianie.

I zaczęło się po śmierci Mojsze nowe życie w naszym domu. Życie według nowego porządku.

Noc leżała jeszcze senna na zamarzniętych szybach, kiedy ojciec się budził. Przez zimny, ciemny pokój raz po raz przedzierało się głośne ziewnięcie obudzonego ojca. Obróciłem się twarzą do migocącej błękitem ściany i czekałem z niecierpliwością, aż ojciec postawi nogę na podłodze, bo wtedy stanę się panem całego łóżka. Ojciec jednak czekał na jakiś sygnał, na znak, który by go wyciągnął spod ciepłej pierzyny.

I sygnał się rozległ. Codziennie rano, o tej samej porze, dało się słyszeć stukanie palców w szyby i zachrypnięty od zimna głos:

— Panie kupiec! Panie kupiec?

To wołał stary Mateusz, furman, z którym ojciec jeździł po wsiach, żeby skupować siano u dziedziców. Rozstękał się ojciec ciężko, nim opuścił nogi z łóżka na zimną podłogę. Przekręcił knot w lampie. W czerwonym blasku płomyka, który mrugał jak obudzone nagle oko, ojciec zmagał się z nogą, która od wielu lat przysparzała mu cierpień z powodu niezagojonej rany. Ojciec przykładał do rany szczypior z cebuli, która rosła w glinianym garnku na parapecie naszego okna.

Uporawszy się z nogą, ojciec kilka razy westchnął, ziewnął i dopiero wtedy przypomniał sobie, że na dworze czeka stary Mateusz. Podszedł do drzwi, otworzył je i wpuścił starego do pokoju.

Chłop wszedł do izby. Wysoki, siny na twarzy, odziany w pożółkły, śmierdzący kożuch, z batem w ręku. Wyglądał jak strach na wróble.

Stanął i czekał, aż „pan kupiec” będzie gotów do wyjazdu.

„Pan kupiec” tymczasem umył się nad wiadrem z pomyjami, po czym zaczął się głośno modlić.

Matka wiła się i kręciła na łóżku, niczym robak w piasku.

Wcisnęła głowę w poduszkę i wzdychała:

— Cholerne interesy mojego męża. Nie można zmrużyć oka.

Ojciec jednak nie słyszał tego. Józia, córka bednarza, wystawiła swoją czarną, owczą głowę spod kołdry. Wyciągnęła nagie ręce i leniwym wypoczętym głosem zapytała chłopa:

— Ojczulku, masz syna?

— Jasne, że mam — odpowiedział Mateusz, odwracając twarz ku łóżku Józi.

— A młody ten twój syn?

— Młody. Pewnie, że młody.

— To poślij go tu ojczulku. Nie zapomnij!

— On już ma żonę. Nie potrzebuje drugiej.

— I co z tego, że ma żonę? Ja też mogę nią być.

Ojciec krążył po izbie i głośno odmawiał modlitwę.

Rozmowa Józi z chłopem nakładała się na modlitwę. Łóżko mamy zaczęło głośno skrzypieć:

— Lejzorze! Lejzorze! A może by trochę ciszej?

Ale i tego ojciec nie usłyszał. Zanim zamknął za sobą drzwi, matka nieraz obróciła się w łóżku i nieraz wspominała pierwszego męża, u którego w domu klamki przy drzwiach były z mosiądzu.

Po wyjściu ojca z domu, zaległa uspokajająca cisza. Taka jaka nastaje po przejeździe wozu po kocich łbach. Lampka dalej się paliła. Matka po raz ostatni westchnęła z ulgą. Ja zaś w półśnie słyszałem:

— Młody? Przyślij go tu ojczulku...

Domyśliłem się, o co Józi chodzi. Stanął mi przed oczami ów wieczór, kiedy Józia zaczęła mnie ogrzewać. Od tego wieczoru minęło już sporo czasu. Wyglądało na to, że Józia całkiem zapomniała o mnie. Wiele razy wracałem do domu, zesztywniały niemal od chłodu. Wracałem, kiedy w domu nie było ani ojca, ani matki, a Józia siedziała sama przy stole w kuchni i nieruchomymi oczyma wpatrywała się w drżący płomyczek lampy. Musiałem sam wykaraskać się z szarego, żołnierskiego baszłyku. Sam musiałem poszukać sobie na płycie cośkolwiek do jedzenia. Nawet łóżko musiałem sam ścielić, Józia nie zauważała mnie.

Pewnego razu jednak i chyba był to ostatni raz, Józia przywołała mnie do siebie:

— Podejdź no, mały — powiedziała i odwracając oczy od lampki, ustawiła mnie wśród fałdów swojej barchanowej sukni. Przechyliła swoją twarz do mojej i otarłszy swój nos o mój, ochrypłym głosem zapytała:

— Opowiedziałeś matce?

— Nie. Nic nie powiedziałem.

— Na pewno?

— Na pewno!

— Przysięgnij!

— Żebym tak żył!

Moja twarz znalazła się w jej obu rękach.

— Chcesz, żebym cię pocałowała?

Nie byłem w stanie odpowiedzieć. Znowu zrobiło mi się ciasno.

— Chcesz tak jak wtedy? Tak?

Nie czekając na moją odpowiedź raptem przykręciła knot w lampie. W ciemności szybko ściągnęła ze mnie ubranie. Zrozumiałem, że mam się cicho zachowywać.

— Tu, u mnie będzie ci ciepło.

Głos Józi stał się bardziej ochrypły i ręce jej bardziej ciepłe.

— Chodź tu mały. Dzisiaj po raz ostatni. Wyprowadzam się bowiem od was. Nie opowiedziałeś matce?

— Nie... — powiedziałem zdławionym głosem, z twarzą przytuloną do jej ciała.

— Twoja matka kazała mi się wyprowadzić. Na pewno jej nic nie powiedziałeś?

— Na pewno!

— To dlaczego matka każe mi się wyprowadzić?

— Nie wiem.

Więcej nie mogłem mówić. Moje ciało płonęło. Ostry ból przenikał mnie od głowy do nóg.

— Nie gryź — krzyknęła. I śmiejąc się, przysunęła wargi do moich:

— Cha, cha... jesteś już duży. Całkiem duży...

Nie zdawałem sobie sprawy z tego, co się dzieje, ale pragnąłem, żeby ból, który odczuwałem trwał jak najdłużej.

I nagle powstała we mnie pustka. Taka próżnia. Coś ze mnie odeszło. Coś zostało ode mnie odjęte. W sercu czułem żar. Wydawało mi się, że wycięto mi z ciała kawałek żywego mięsa.

— Czemu płaczesz, głupi cielaku? Taki duży chłopak już nie płacze. Ano, podejdź, chodź tu, psiaku jeden...

Zacisnąłem zęby. Wyrwałem się z jej rąk i stoczyłem się z łóżka na podłogę. Dopiero wtedy rozpłakałem się na dobre.

Józia z powrotem odkręciła knot w lampie i zrobiło się jaśniej. Jej owcza głowa stała się dwa razy większa niż zwykle. Rozwichrzona, rozchełstana i zmieszana stała nade mną i szybko wciągała na siebie barchanową kieckę. Niecierpliwie wiązała wstążki sukni i rzuciła w ciemną przestrzeń pokoju:

— Więcej nie będę się z tobą bawiła. Jesteś jeszcze głupi szczylek. Ale uważaj, jeśli komuś powiesz... — pogroziła pięścią.

Drżałem ze strachu i kiwnąłem głową na znak, że nikomu nie powiem. Mama późno wróciła do domu. Nie byłem w stanie zjeść kolacji. Matka widocznie miała własne kłopoty, bo nie zapytała nawet, dlaczego nie chcę jeść. Prawie, że mnie nie dostrzegała. Na fajerkach kuchni stały zimne, puste garnki.

Ojciec wrócił jeszcze później. W połach płaszcza przyniósł do domu zacinający wiatr. Długo mocował się ze ściągnięciem butów. Miał przy tym wykrzywioną twarz i głośno wzdychał.

We mnie płacz jeszcze nie przebrzmiał. Matka, zdaje się, coś zauważyła. Przysiadła się do mnie na łóżku. W półśnie, w jakim już trwałem, usłyszałem, jak powiedziała do ojca:

— Zdaje się, że Mendel ma gorączkę.

— Gorączkę? — powtórzył ojciec, nie przestając się mocować z butami.

— Kiedy ma się gorączkę, to znak, że chory... Podaj mi szczypior.

Więcej już nie słyszałem, ale kiedy ojciec wlazł do łóżka, obudziłem się i obróciłem twarzą do ściany. Bałem się, że ojciec odczuje zmianę, jaka zaszła w moim ciele.

Rozdział III

To, że mama owego wieczoru niczego nie zauważyła i nawet nie zapytała mnie, dlaczego nie chcę jeść, miało widocznie swoją przyczynę. Pomyślałem, że mama była zaabsorbowana poważnym kłopotem. Mówiły o tym wyraźnie jej zamknięte usta i oczy, w których tlił się niepokój i niepewność.

Miałem rację, później kłopot mamy wypłynął na powierzchnię, tak jak oliwa na wodę.

Na dworze padał śnieg. Tego wieczoru ojciec przyszedł do domu wcześniej niż zwykle. Wszedł do mieszkania obrosły pulchną bielą śniegu. Wyglądał jak pierzyna. Na brodzie, na wąsach, na zmarszczkach pluszowej czapki i na obu ramionach leżały grudki śniegu.

Matki nie było w domu. Od śmierci Mojsze nie mogła usiedzieć w domu. Dniami i wieczorami przesiadywała u sąsiadki albo u cioci Miriam, którym bez przerwy opowiadała o cudownych zaletach syna.

Otóż owego zimowego wieczora, kiedy ojciec wrócił wcześniej do domu i zastał w kuchni puste, zimne garnki i mnie, który dopiero co przyszedłem z chederu i nie zdążyłem jeszcze uwolnić się od żołnierskiego baszłyka, powiódł oczami po ciemnych i wilgotnych ścianach, po Józi, która klęczała przy otwartym kuferku. Mimo zmęczenia jakby otrzeźwiał i suchym głosem zapytał:

— A gdzie się podziała moja żona?

— Pani Frymet nie ma w domu — odpowiedziała Józia.

— Że jej nie ma, sam widzę. Dokąd jednak poszła?

— Nie powiedziała mi.

— A może jednak jest tu gdzieś?

— Nie, jeszcze rano wyszła z domu.

— Jeszcze rano? Dokąd mogła pójść?

— Skąd mogę wiedzieć — odpowiedziała ze złością Józia.

Ojciec machnął ręką i zaczął zdejmować płaszcz.

— A ty, Mendel, dopiero co wróciłeś z chederu?

— Tak.

— Jadłeś już coś?

— Nie. Jeszcze nie.

— Jesteś głodny?

— Niespecjalnie.

— A gdzie mama?

— Zapewne u ciotki Miriam.

— A może byś tam pobiegł?

Drobnostka. Ciotka Miriam mieszka na drugim krańcu miasta, przy koszernych jatkach. Żeby się tam dostać, trzeba było najpierw przejść przez okrągły rynek, przez uliczkę Szewców, ulicę Warszawską i dopiero przy gojowskim szpitalu wyjść naprzeciw domu ciotki.

Ale do ciotki Miriam zawsze chodziłem chętnie.

Mieszkała w samotnie stojącym drewnianym domku, objętym z czterech stron świata wiatrem i niebem. Podłoga w domku ciotki była żółta, myła ją bowiem trzy razy na tydzień. Na ścianach błyszczały miedziane brytfanny. Szklany kredens zawsze pełen był czterofuntowych bochenków chleba, suszonych farfelków i starego pińczowskiego sera. Stał otworem dla wszystkich, którzy przychodzili do ciotki w odwiedziny.

Nic dziwnego więc, że znowu zawiązałem żołnierski baszłyk i wyruszyłem w drogę do ciotki Miriam.

Na dworze leżały zaspy świeżego śniegu. Szedłem krokiem cichym i spokojnym. Jak człowiek, który boi się obudzić ciężko chorego.

Miałem pójść przez uliczkę Szewców. Tam jednak chodnik był wąski i kręty. Po jednej stronie niskie daszki nad pochylonymi, pojedynczymi domkami, po drugiej stronie ogołocone kamienie z ogromnymi kawałkami wapna.

W tej kamienicy, w małym mieszkaniu z czerwonymi drzwiami, mieszkała Dobrele, kobieta, która wróciła z Buenos Aires. Miała twarz okrągłą, żeby tak rzec, koszerną, mleczną. Zawsze nosiła czarny, z szerokim rondem kapelusz. O Dobrele opowiadano, że po powrocie z Argentyny stała się kobietą pobożną. Myje ręce i odmawia błogosławieństwo nad każdym piorunem. Panowie dziedzicowie zjeżdżają do niej w karetach, a kiedy idzie z nimi do łóżka, to odmawia Krias Szma. Dobrele jednak miała oko na chłopców z chederu. Kiedy nastaje wieczór, a karety z dziedzicami nie zajeżdżają pod jej dom, Dobrele wychodzi z domu, staje w drzwiach i wciąga chłopców chederowych do mieszkania, gdzie odmawia z nimi Krias Szma.

Uznałem za stosowne ominąć dziś uliczkę Szewców i pójść dłuższą ulicą: Spacerową. Tu śnieg padał ciszej i tu był bardziej niebieski niż na okrągłym rynku. Przy wąskim, strzelistym niemieckim zborze, który stanął właśnie tu wśród sadów i ogrodów, zobaczyłem człowieka, który klęcząc z pochyloną twarzą ku śnieżnej ziemi, nieustannie się żegnał znakiem krzyża.

Do ciotki Miriam było jeszcze daleko. Przed moimi oczyma wyrósł nagle budynek ogrodzony wysokim, murowanym parkanem. Było to więzienie. Przed parkanem paradował tam i z powrotem żołnierz w kożuchu, z karabinem na ramieniu. Nie wolno przechodzić blisko niego. Trzeba przejść na drugą stronę. Stąd droga wiedzie przez ulicę Więzienną, a za nią dopiero ciągnie się ulica Warszawska.

Idę dobrze. Droga do ciotki Miriam jest mi dobrze znana. Oto jest już szynk Szymszona-Szlomy. Dalej pod górę wznosi się szeroka cerkiew. Tam powinna się znajdować czerwona, drewniana budka, w której strażnicy grzeją sobie przemarznięte ręce.

Jakoś tej budki nie widzę. Czy dlatego, że śnieg prószy w twarz? Ale oto zauważyłem, jak prosto na mnie wali jakaś wysoka, rozrosła postać, która śpiewa. Czy to nie dziwne? Jak można śpiewać, kiedy śnieg smaga twarz? Okazuje się, że nikt nie śpiewa. To tylko ja stoję przed długą obłupaną kamienicą. Nic innego tylko to, że wlazłem w uliczkę Szewców i posuwam się wzdłuż muru. W tej kamienicy znajduje się mieszkanie Dobrele, która ma mleczną, okrągłą twarz.

Wtem spostrzegam, że to wcale nie ten mur. To parkan gojskiego szpitala. Stąd już blisko do mieszkania ciotki Miriam. To chyba już w tym domku. To te dwa znane mi jasne okna. Ale nie widzę wcale drewnianego ganku, który normalnie przylepiony jest do jej domu, jak dziecko do fartucha matki. Nie widzę też okrągłej studni głębinowej.

Słyszę dźwięk dzwonka i przed moją twarzą przemykają sanie.

— Chłopczyku, chłopczyku, dokąd idziesz? Chłopczyku, chłopczyku, gdzie ty stoisz?

Nie wiem, kto mnie woła. Nie wiem, skąd dochodzi mnie głos. Czy z sań, czy z domu cioci Miriam. A może — przychodzi mi na myśl — to Mordechaj Wariat, zwany Hoke, który ma zwyczaj łapać za ucho i wyśpiewywać:

— Chłopczyku, chłopczyku, dokąd idziesz? Chłopczyku, chłopczyku, gdzie ty stoisz?

A ja właśnie stoję... nie, chyba jednak leżę... jest miękko, ciepło, swędzi w nosie, powieki zrobiły się takie ciężkie. Tak, leżę twarzą do pleców ojca i wcale nie czuję teraz zapachu jego owłosionego ciała. Czuję zupełnie inny. Jest to zapach dolatujący od koszernych jatek w piątek. Ale dzisiaj nie jest przecież piątek. To ja dobrze wiem. Wiem też, że ojciec jest głodny... dziwi to mnie... przecież śpi, nie może we śnie odczuwać głodu.

Końca już nie potrafiłem się domyślić. Wokół mnie było niebiesko i gorąco. Leżałem zakopany na wysokim łóżku, opatulony w pierzynę i w poduszki. W mieszkaniu unosił się mocny zapach żelazek do prasowania. Nade mną pochyliła się głowa w nocnym czepku.

— Zażyj — powiedział „czepek” i wepchnął mi w usta drewnianą łyżkę z mlekiem migdałowym wraz z magnezją — to ci pomoże. Gorączka spadnie.

U moich nóg na łóżku majaczyła podobna do krzyża postać chudego Żyda z małą białą bródką. Miał na sobie rozpiętą kamizelkę. W ustach trzymał białą nitkę podobną do cienkiego żywego robaczka. Z ramienia zwisał mu centymetr krawiecki, zielony z czarnymi kropkami. Wyglądał jak wąż wynurzający się z rękawa. Żyd z przeciągniętej między zębami nitki odgryzał małe kawałeczki i wypluwając je mruczał:

— Zażyj, zażyj! Masz pojęcie... w taką zawieruchę wysyłać dziecko!

Okazuje się, że jestem nie u cioci Miriam, ale u dziadków. Stara zapadła twarz, która wpycha mi w usta drewnianą łyżkę, to właśnie babcia Rachela. Ta sama babcia, która wyrzucała mojej mamie, że nie dba o własne dzieci.

Pracowita babcia w dzień, a i często w nocy, siedziała na drewnianym kuferku i zerkając przez jedno szkiełko swoich drucianych okularów, wyszywała czepki z białego twardego muślinu dla starych pobożnych kobiet. Stojący u moich stóp przy łóżku Żyd, to właśnie mój dziadek, Dawid Frojke, krawiec. Nosił długą czarną pelerynę, sztywny żółty kapelusz i lubił zaglądać do kieliszka, a w sobotnie wieczory wpadać do „koleżki” na całonocną grę w karty. Co by jednak nie powiedzieć, dziadkiem był dobrym. Odwiedziny u niego należały do wielkich przyjemności. Był co prawda tylko krawcem, ale zupełnie innym niż pozostali ludzie jego profesji. Nie przyjmował do szycia ani kapot, ani marynarek, ani spodni. Szył wyłącznie mundurki dla uczniów rosyjskiego gimnazjum. Takie krótkie mundurki granatowe ze srebrnymi guzikami.

Nitkę fastrygową przeciągał przez żółte kawałki wosku. Siedział zwykle na wysokim taborecie. Jedną nogę zakładał na drugą i szyjąc podśpiewywał sobie:

W sosze leży błogosławieństwo

Prawdziwe szczęście życia.

A kiedy „socha” obrzydła mu, zdejmował prawą nogę z lewej, brał nową nitkę, przeciągał przez wosk i rozśpiewywał się na nową nutę z nowymi słowami:

Piękne jesteś moje życie jak to szczere złoto.

Kogom rzucił, tegom rzucił, ale ciebie zawsze chciałem.

Na to babcia Rachela siedząca na kuferku spoglądała na niego przez szkiełko drucianych okularów i gniewnym, nieprzyjaznym głosem wołała:

— A może byś przestał śpiewać te swoje piosenki?

— A czemu to moja połowica jest taka ostra?

— Przestań już trajlować, głupcze!

Dziadek jednak nie przestawał śpiewać. Rozśpiewywał się jeszcze bardziej i szybciej zaczynał manipulować igłą i ze śpiewem, jaki towarzyszy zwykle czytaniu Gemary, zaciągał:

— Skoro ja jestem głupcem, to wyobrażam sobie, jaka z ciebie jest idiotka!

I po to, żeby babcia nie zdążyła mu odpowiedzieć, jeszcze bardziej się rozkrzyczał, zmarszczył twarz i po kantorsku wyśpiewywał werset z modlitwy na Straszne Dni.

W mieszkaniu dziadków panowała teraz cisza. Między szybami podwójnych okien leżały kawałki ciemnej waty. Znad wąskiego warsztaciku spoglądał na mnie leżącego w łóżku car Aleksander III, goj z rudą, dużą brodą. Obraz był upstrzony śladami po muchach.

Dziadek siedział teraz pochylony na swoim wysokim taborecie. Nie śpiewał i nie dowcipkował. Z zacięciem przyszywał srebrne guziki do mundurków i od czasu do czasu wtrącał:

— A może jednak wezwać doktora Pompera?

— Co tu doktor Pomper pomoże?

— Powiadają, że to wielki specjalista.

— Daj spokój z twoimi specjalistami. Kazałam kupić słoninę. Przy bożej pomocy wyzdrowieje.

Ale okazało się, że słonina nie pomogła. Trzeba było posłać po doktora Pompera. Ten zaczął bić laską o podłogę i krzyczeć na babcię. Mnie zaś parzono ciało wrzątkiem, puszczano krew z palców i wlewano w usta rozmaite lekarstwa — gorzkie, słodkie, słone. Długo to trwało, aż wreszcie przyszło wyzdrowienie. Otworzyłem oczy i zobaczyłem, jak zmarszczki na twarzy babci znikają i biała bródka dziadka kołysze się miarowo.

Mamy jednak w mieszkaniu nie było. Owej nocy, kiedy udałem się do ciotki Miriam w poszukiwaniu matki, zasnąłem w śniegu. Tak opowiedziała mi babcia. Stróż gojskiego szpitala zauważył leżący w śniegu jakiś tłumok. Podniósł alarm. Zbiegli się ludzie. Kobieta, dla której babcia szyła czepek, poznała w tłumoku mnie. Poleciła więc zanieść mnie do babci Racheli. A dokąd miano mnie zanieść? Przecież matki nie było ani w domu, ani u ciotki Miriam.

Matka właśnie pojechała, i to do samej Warszawy.

Musiała tam pojechać. Dostała telegram. Jej jedyna córka, Cypele, z pierwszego małżeństwa, miała się zaręczyć.

Przez wiele lat mama posyłała tejże Cypele paczki z żółtymi, dużymi jak dzwony, gruszkami, tabliczkami czekolady, kołaczami, plecionymi ciastami i od czasu do czasu posyłała jej papierowe ruble.

Od tych darów policzki Cypele nabrały rumieńców, ciało stało się kształtne i nie dziwota, że znalazł się młodzieniec skory do żeniaczki bez posagu. No to mama miała nie pojechać? A że nie pożegnała się z nikim? Czas po prostu jej nie pozwolił.

Dlaczego więc ojciec żywił urazę do mamy, babci Racheli i nawet do mnie?

Przecież wiedział, że leżę chory w domu babci. Mimo to nie przyszedł mnie odwiedzić. Przysłał jakiegoś chłopca, żeby się dowiedzieć, jak się czuję.

Babcia powiedziała, że wypchnęła chłopca za drzwi, krzycząc:

— Co on sobie myśli, że jego syn to bękart? A samemu przyjść to nie łaska? Nie przystoi mu?

Dziadek ukrył głowę w ramionach i donośnym głosem, skierowanym do mundurków, oświadczył, że ojciec ma rację, żywiąc urazę do mamy.

— Nie wolno wyjechać bez pożegnania.

— A to, że córka ma zaręczyny to pies?

— W takim przypadku należy przełożyć zaręczyny.

— Głupi jesteś!

— Idiotka z ciebie!

Rozdział IV

Tak czy owak mama zatrzymała się w Warszawie na dłużej. Mrozy nie ustępowały. Wysokie miękkie łóżko babci, w którym doktor Pomper co drugi dzień opukiwał moje plecy, stało teraz zaścielone.

Człapałem już powoli po pokoju. Mały, wychudzony, z pozieleniałą twarzą, pijałem kozie mleko, które babcia przynosiła aż z ulicy Mariańskiej.

Dziadek podczas mojej choroby bardziej osiwiał. Policzki mu poczerwieniały, a nos się wyostrzył. A zachowywał się dziadek tak, że kiedy ja wypijałem swoje kozie mleko, on pociągał z buteleczki, którą ukrywał w jakimś ciemnym kącie mieszkania. Zarzucał przy tym, wzorem goja, głowę do tyłu, otwierał usta na całą szerokość i łykał zawartość aż do dna.

Mnie raziło to, że dziadek pił wprost z butelki. Do czego służą szlifowane kieliszki, które stoją w kredensie?

Miał na to dziadek odpowiedź, że gdy się pije z butelki to jest tak, jakby człowiek w czasie wielkiego upału chodził spragniony po polu i nagle ujrzał przed sobą źródło wody. Kto wtedy szuka szklanki? Przypadnie natychmiast do wody i zacznie pić, aż opije się jak cap.

— Wskaż mi, bardzo o to proszę — powiedział dziadek — jakąkolwiek roślinę, jakikolwiek kwiatek lub jakiekolwiek zwierzę, które by używało do picia szklanki. Chyba nie uważasz, że człowiek nie jest zwierzęciem?

No cóż. Trochę to dziadek ma rację. Niewątpliwie dobrze jest pić prosto ze źródła, ale mimo to czegoś nie zrozumiałem, albo trudno mi było zrozumieć. Dziadek twierdził, że po wypiciu takiej buteleczki przejaśnia mu się w głowie. Pracuje mu się zupełnie inaczej. Ma na to dowód: gdyby Mojsze-Rabejnu nie lubił wódki, to by nie mógł wyprowadzić Żydów z Egiptu.

Tę samą rację przedstawił memu mełamedowi Szyme-Josefowi, który przyszedł mnie odwiedzić podczas choroby.

Szyme-Josef był człowiekiem niskiego wzrostu. Miał dużą, gęsto zarośniętą twarz i małe świdrujące oczka. Usłyszawszy wywód dziadka, skrzywił się z niesmakiem. Mojsze-Rabejnu w przedstawieniu dziadka nie przypadł mu do gustu. Stwierdził, że za czasów Mojsze-Rabejnu nie było jeszcze wódki na świecie.

— Co znaczy, że nie było wódki? — dziadek nie posiadał się ze zdumienia.

— Jak to mogło być? A jak Żydzi mogli wyjść z Egiptu nie łyknąwszy na drogę wódki?

— Przecież powiadam panu wyraźnie, że wódki wtedy nie było.

— A co zatem było wtedy?

— Bo ja wiem. Chyba wino. Na pewno wino.

— A wino to nie alkohol? — ucieszył się dziadek. — Obym ja i moja Rachela byli tak szczęśliwi, jak dobra jest szklanka wina.

— Przestań wreszcie paplać — wtrąciła się babcia. — Musiałeś już zdrowo sobie łyknąć.

— Broń Boże, Rachelciu, przysięgam, żem wódki do ust dzisiaj nie wziął.

I obróciwszy swoją małą, białą bródkę ku zarośniętej twarzy mełameda powiedział:

— Ona, ta moja Rachela, oby długo żyła, także lubi pokrzepić się szklaneczką likieru.

— Niechaj już za ciebie wrogowie mówią. Patrzcie tylko, jak się dziś rozgadał. Rebe Szymie-Josefie, niech go pan nie słucha. Przecież to wariat.

— Ale ona to robi po cichutku — powiedział dziadek — ona sobie popija w nocy. Ja bynajmniej nie uważam tego za grzech. Człowiek stary dlaczego ma sobie odmówić?

I oto dziadek mój od chwili, kiedym zszedł z wysokiego ciepłego łóżka, a doktor Pomper przestał opukiwać moje plecy, stał się zupełnie nowym człowiekiem.

Babcia szyła muślinowe czepki. Od czasu do czasu przerywała pracę i pochylała się nad kuchnią, zaglądając do małych garnków na fajerkach. Dziadek zaś za każdym wbijaniem igły w materiał rozkołysywał się i nucił swoim cienkim głosem:

A kiedy Bóg mnie uraduje

To i tyłkiem se pokręcę.

Wtedy babcia zdjęła druciane okulary z wpatrzonych w czepek oczu i z pogardą kiwając głową oświadczyła:

— Stary Żydzie, jak tobie nie wstyd!

Dziadek jednak nie przejął się babciną pogardą. Wyśpiewał piosenkę do końca i zaraz rozpoczął nową z ciepłym, płaczliwym westchnieniem.

Kocham cię, możesz mi wierzyć.

Jak życie jesteś mi droga.

Ale ożenić się z tobą nie mogę.

— Oczywiście — powiedziała babcia do czepka — kochać to ją kocha, ale ożenić się nie może. A idź ty do wszystkich diabłów! Kto chce, żebyś mnie kochał?

— Głupia Rachelo! To przecież tylko piosenka. Taka przypowiastka.

— Znam te twoje przypowiastki...

Wiele razy dziadek stawał przy pokrytym czarno-brązowymi plamami od żelazka stole i zaczynał przykrawać mundurek. Wtedy w izbie zalegała kompletna cisza. Wyraźnie słychać było kipienie wody w garnkach i głuchy powiew niepokoju.

Dziadek stał w rozpiętej kamizelce, z zarzuconym na ramiona centymetrem. Patrzył na płachtę, która pokrywała stół. Wyprostował materiał i kredą zaznaczył miejsca do krojenia. Jeszcze raz rozciągnął materiał, po czym zmazał poprzedni ślad kredy i na nowo wykreślił linie kroju. Mruczał przy tym coś pod nosem. Miało to w sobie coś smutnego. Powoli ciche mruczenie stawało się głośniejsze, aż biedny krawczyk, którym był mój dziadek, zaczął wzdychać:

— Oj, oj, jam biedny...

Ruch głową. Bródka w szpic. Kreda sama przesuwała się po suknie. Ciche westchnienie przeszło w głośniejszą, wyższą tonację, płaczliwszą.

— „Ani — ani”... Ojcze w Niebie... — modlitewny werset hebrajski dziadek zaczął tłumaczyć na żydowski — „ja biedny człowiek, który pada do Twoich stóp, przyszedłem modlić się za Twój naród, Izrael...”

Babcia pochyliła głowę tak, jak to często robi kura. Biały kawałek muślinu zawisł bez ruchu między jej palcami. Igła nieruchomo zawisła. Zdaje się, że kipienie wody w garnkach również przycichło. Bezwolnie pociągnęła nosem i wydobyła z serca słabiutkie kobiece westchnienie:

— Oj, Ojcze serdeczny w niebie, zmiłuj się nad Twoimi nieszczęsnymi sierotami...

Kogo babcia Rachela zaliczała do sierot, nie bardzo wiedziałem, ale kiedy dziadek zaciągnął na smutną melodię werset modlitewny „jam biedny”, babcia zaczęła snuć opowieść od środka:

— Kiedy matka miała urodzić Rywkę, zabrakło w domu wody. Wtedy ojciec, pokój jego duszy, wziął wiadro...

— Już tysiąc razy słyszałem tę historię — przerwał jej dziadek i energicznym ruchem wciął się nożyczkami w żywe sukno.

— Popatrzcie tylko, jak ten Haman nie pozwala słowa powiedzieć!

— Ile razy twoja matka rodziła Rywkę?

— Żeby ci język kołkiem stanął!

— Tra-la-la, tri-li-li... — rozśpiewał się dziadek na nową nutę.

Babcia nie mogła sobie podarować, że dziadek nie dał jej skończyć. Szukała sposobności, żeby się na nim odkuć. Szukała i znalazła. Dziadek bowiem miał pewną słabostkę. Lubił mianowicie przekomarzać się z głupim Władkiem, który u dziadka uchodził za swojaka, za niemal domownika. Zostawał nawet na noc.

Późnym wieczorem, około godziny dziesiątej, kiedy dziadek kończył już robotę, otwierały się drzwi i do mieszkania wpakowywał się Władek. Niskiego wzrostu chłop z rozwichrzoną, rudą brodą i z obwisłymi wargami.

Nogi miał obwinięte płachtami starych worków. Na sobie kurtkę pełną dziur, z których wystawała wata. Opasany był zwyczajnym sznurem. Zalatywało od niego naftą i kurzym łajnem. Na ramieniu nosił długą, ciężką torbę podobną do tych, które wiszą u boku listonoszy.

Zachowywał się zawsze cicho i łagodnie. Zdejmował torbę i kładł ją w kącie, po czym brał puste wiadra i szedł po wodę do studni przy kościele bernardynów. Przyniósłszy wodę, wylewał ją do beczki. Powtarzał to kilka razy, aż beczka wypełniła się po brzegi.

Dopiero wtedy dziadek, nie odwracając głowy od warsztaciku, pytał go:

— Już jesteś, Władku?

— Hm, hm — mruczał Władek i kiwał głową jak koń idący w zaprzęgu między dyszlami.

— A co tam słychać Władku? Dużo wody nalałeś do beczek w domach bogaczy?

Władek siadał na podłodze, w pobliżu ciepłej kuchni, zwijał nogi pod siebie jak Turek, otwierał torbę i z jej ciemnej czeluści wyciągał półokrągłe, twarde skórki chleba. Wyglądały jak podkowy.

Do chleba wyjmował z torby parę dużych kości, na których tu i ówdzie pozostawały kawałki mięsa i zaczynał je obgryzać. Czasami Władek urozmaicał swoją kolację przejrzałą cebulą, połówką jabłka lub miękkim przekwaszonym ogórkiem. Jadł powoli, tak jak żuje krowa.

Babcia znała już nawyki Władka. Wiedziała, że dopóki nie opróżni całej torby, można do niego gadać i gadać, i nic z tego nie będzie.

Czekała więc, aż torba stanie się płaska i aż Władek swobodnie odetchnie. Wtedy dopiero babcia pozwoliła sobie zapytać go:

— Napijesz się herbaty, Władku?

— Hm, hm... — mruknął przez usta pełne jeszcze jadła.

Babcia podała mu herbatę w ciemnym garnku. Trzymał garnek mocno w rękach i głośno siorbał. Na wąsach osiadły mu krople herbaty. Władek zlizywał je językiem, a resztki jadła rozmazywał na brodzie.

— A jednak co tam słychać w świecie, Władku? Dużo wody wyżłopali ci przeklęci bogacze? — zapytał jeszcze raz dziadek.

— Oho, oho — odezwał się Władek — Pan krawiec stroi sobie żarty. Pan krawiec skory do śmiechu...

— Wcale się nie śmieję, uchowaj Bóg. Jestem tylko ciekaw, ile wody wlałeś dzisiaj do beczek bogaczy.

— Oho, dużo, panie krawiec. Bardzo dużo.

— Powinieneś więc mieć trzos pełen forsy.

— Skąd bym miał mieć dużo forsy, kiedy za całą beczkę dają dwójaka.

— Nie więcej?

— Oczywiście, że nie. A u pani Dancygerowej beczka jest duża. Taka duża!

I mówiąc to, pokazał palcem na szeroki brązowy kredens stojący między łóżkami babci i dziadka.

— A co słychać poza tym?

— U Dancygerowej jest duża beczka. Taka beczka! — Władek widocznie nie usłyszał pytania dziadka.

— Przecież już wiem, że Dancygerowa posiada dużą beczkę.

— Taką dużą, wielgachną beczkę.

Beczka Dancygerowej stała się ogromnym problemem Władka.

Nie mógł z jej powodu spokojnie spać. Kiedy nawet udawało mu się po kolacji zdrzemnąć, nie przestawał mruczeć:

— U Dancygerowej beczka duża. Taka duża beczka!

Przez pół dnia wlewał do niej dziesięć wiader wody. Wchodził po schodach na górę. Wchodził i schodził. Ale nie dostawał więcej niż dwa grosze.

— Niechby się spalili ci bogacze, prawda, Władku? — zapytał go dziadek, stuknąwszy żelazkiem w poły mundurka.

— Hm, hm...

— Nie bój się Władku. Przyjdzie na nich czas. Jeszcze będą wlewać wodę do twoich beczek.

— Oho, oho...

— Przyszykuj sobie dużą beczkę, większą od tej, co jest u Dancygerowej.

Teraz nadszedł moment wzięcia odwetu na dziadku. Babcia otworzyła usta:

— A może byś już przestał gadać z tym gojem?

— A co? Goj nie człowiek?

— Pewnie, że goj jest także człowiekiem, ale ty z twoimi mądrościami gorszy jesteś od goja.

— A ty, czy nie opowiadasz mi swoich głupich historyjek?

— Opowiadam. I ten, któremu się to nie podoba, może sobie uszy zatkać.

Władek wciąż jeszcze przeżuwał jadło. Patrzył wprost na babci usta i potakiwał głową.

— Tak, tak. U Dancygerowej duża beczka.

— Zostaw już tę swoją Dancygerową — powiedziała babcia, zdejmując okulary. — Idź, połóż się, głupi chłopie.

— Nie pędź go. Co ci szkodzi, że sobie trochę pogadamy.

— Popatrz no, z kim to zaczął gadać!

— Jak się ma głupią żonę, to trzeba rozmawiać z Władkiem.

Babcia machnęła ręką. Jakby chciała powiedzieć: „Stracony człowiek”. I dziadek zamilkł.

W pokoju zalegała cisza. Babcia zdjęła z łóżka poduszki i położyła je na ławkach. Zza pieca odezwało się cykanie świerszcza.

— Powiedz mi tylko, Władku — dziadek długo milczeć nie potrafił — co ty wyprawiasz? Czego chcesz od dziewek? Powiedz!

Władek, który przed chwilą potężnie ziewnął, mrugnął oczami, po czym wbił cielęcy wzrok w dziadka.

— Czy to prawda, Władku, że podnosisz dziewczętom na ulicy suknie?

— To dobra rzecz, panie krawiec.

— Taka dobra?

— Panie krawiec — chłopska twarz Władka wykrzywiła się — te dziewki to dobra rzecz...

— Przestań trajkotać! — zawołała babcia, gwałtownie wstając z łóżka. — Zaraz cię zrzucę ze schodów, razem ze swoim głupim mężem!

— Pani Rachelo, co ja mogę zrobić, kiedy te dziewki...

— A więc ta dziewka — dziadek odwrócił twarz od krawieckiego stołu — tobie się aż tak podoba? Uwa...

— Tak, panie krawiec. Podoba mi się. Z dziewkami dobrze jest spać.

— Przestaniesz?

Babcia zerwała się i przyskoczyła do Władka z podniesioną pięścią.

— Natychmiast wynoś się stąd, ty bydlaku! A ty, krawczyku, przestań i to zaraz.

Władek z trudem podniósł się z podłogi, wziął pustą torbę i mrucząc pod nosem, wyniósł się do komórki, w której pozostał całą noc.

— Rozgadali się! — mruczała babcia i ze złością uderzyła pięścią w poduszki.

— Chciałem tylko się dowiedzieć, czy to prawda — powiedział dziadek głosem poczuwającym się do winy.

— Tylko to masz w głowie! Nie jesteś lepszy od niego. A ty, przepuszczasz dziewkę na ulicy?

— Jak się ma taką żonę...

— Nie podoba ci się? Możesz się rozwieść.

Tym razem dziadek nie replikował już. Babcia gniewnie jeszcze mruczała, że gdyby nie zima, to by stąd uciekła gdzie oczy poniosą i gdyby nie to, że Władek przynosi do domu wodę do picia ze studni obok kościoła bernardynów, to by go zrzuciła ze wszystkich schodów. Komórka, do której wszedł Władek, była zamknięta. Nie spuszczałem oka z pomalowanych na żółto niskich drzwi, które zawierały w sobie jakąś niedostępność. Miałem ochotę wejść do komórki i spytać Władka, czy podniósł również Józi sukienkę.

Rozdział V

Za oknem dziadków stał ogrodzony żelaznymi sztachetami kościół bernardynów. Był to czerwony budynek o długich, ciemnych oknach i wysokich, szpiczastych drzwiach. Wokół wysokich murów kościoła rosły szeroko rozgałęzione drzewa kasztanowe, które swą chłodnawą ciszą chroniły ciemne oblicze Świętej Madonny z Dzieciątkiem.

Teraz, zimą, gałęzie kasztanów obsypane były śniegiem, niby rozkruszoną solą. Mury odsłonięte, zimne. Ciemna twarz Matki Boskiej pochylona była ku półobnażonej piersi, jakby ze wstydu przed otaczającą pustką.

Pewnego wieczoru siedziałem sobie przy oknie i patrzyłem na to, co dzieje się na zewnątrz. Słońce zachodziło za drugą stronę krzyża. Było to zachodzące słońce duże, nawet bardzo duże.

Wyglądało jak płaski złoty talerz. Nad dachem i krzyżem błyszczało drżące, jasne, ogniste światło, które odbijało się w szybach stojących po przeciwnej stronie domów.

W moim pokoju lampa jeszcze nie była zapalona. Widocznie pod wpływem ciszy babcia zapadła w drzemkę na swoim kuferku.

Dziadek poszedł do bóżnicy odmówić Kadisz. Patrzyłem więc na płonący krzyż i myślałem o tym, że już jutro będę musiał znów pójść do chederu. I na myśl o tym zrobiło mi się ciężko na duszy. Przed oczyma stanęła mi niska, zapuszczona izba chederu Szyme-Josefa.

Izba ta była nawet dość duża, ale sufit jej leżał prawie na naszych ramionach. Ściany ciemnozielone, stare, opstrzone plamami po przestawianych kredensach i zdjętych zegarach. Przy ścianach długie, wytłuszczone, chwiejące się ławki, które opierały się na podstawionych nóżkach. Ja, wespół z moimi kolegami, wykrzykujemy tam przez cały dzień przerabiane teksty, smarkamy w dłonie, które potem wycieramy o klapy naszych kapotek.

Szyme-Josef chce uchodzić w oczach ludzi za łagodnego mełameda i niezbyt surowego rebego. Nie krzyczy i nie bije. Kiedy jednak nie wytrzymuje i zaczyna krzyczeć, od razu krztusi się i kaszle. Usta wypełniają mu się flegmą. Jeśli zaś postanawia kogoś zbić, przeszkadza mu w tym ogromny tyłek ciągnący go w dół. Nie pozwala mu unieść rąk tak wysoko, by bić chłopców po głowie. Ale skoro jest już mełamedem, to leżą u niego na stole: czerwona chusta, tabakierka i owłosiona owcza nóżka, z której jakby wyrastają skórzane, okrągłe, mięsiste rzemyki, świadczące o tym, że mogą z nich posypać się na głowy i na gołe tyłki chłopców dotkliwe razy.

Taka kara nie zdarza się jednak często. Szyme-Josef ma inny nawyk. Lubi wciągać w nos sporą porcję tabaki, wywołać ot tak sobie jakiegoś chłopca z kąta i uszczypnąć go solidnie w tyłek. Otwiera przy tym usta, rozszerza nozdrza i głęboko oddycha. Słychać wtedy jego przeciągłe: aaaaaaaaaaa.

I oto już jutro muszę iść do jego chederu. Mełamedowa, wysoka, długa Szyme-Josefowa z pewnością będzie siedziała jak zwykle przy drzwiach tam, gdzie stoi wiadro z pomyjami i wyliniała miotła. Prawdopodobnie będzie trzymała między nogami wyszczerbioną blaszaną miskę, do której wrzucać będzie obierane kartofle i wołać:

— Szyme-Josef! Szyme-Josef!

Zadrży wtedy rebe, szybko sięgnie po czerwoną chustę i zapyta:

— Aha, powiedziałaś coś?

— Powiedziałam, żebyś już zasnął na wieki, ty mój Szyme-Josef najdroższy.

Kiedy przestąpię próg chederu, opuści obierany kartofel na podłogę i swoim ostrym, piskliwym głosem zawoła:

— Popatrzcie, zjawił się wreszcie nasz gagatek.

Już ona nie pozwoli mi zdjąć paletka i nie da rozwiązać baszłyka. Tak jak stoję, będę musiał wziąć wiadra i iść po wodę do pompy.

To wszystko, o czym mówię, zdarzy się dopiero jutro. Do jutra pozostało jeszcze sporo godzin. Gdyby tak policzyć, to będzie ich mnóstwo. Można powiedzieć, że bez liku.

Tymczasem siedzę sobie przy oknie w pokoju dziadków. Kościół ciemnieje coraz głębiej i coraz błękitniej. Nad krzyżem niebo nadal jest czerwone. Nic tylko smażą w tym miejscu grzeszników. I gdy tak siedzę, wydaje mi się, że słyszę głos dziadka. Taki niewyraźny, przytłumiony. Jakby dochodził z tamtej strony drzwi. Po chwili drzwi się otwierają i do pokoju wpada głos. Obcy, nietutejszy:

— Dlaczego tak ciemno?

Odrywam się od okna. Przysiągłbym, że to głos mojej matki.

— Naprawdę przyjechałaś? — słyszę w ciemnościach głos dziadka.

Wydaje mi się, że ten głos również w tej chwili ściemniał.

— Przed chwilą właśnie wysiadłam z omnibusu. A dlaczego tu tak ciemno?

Babcia ocknęła się ze snu.

— Zdaje się, że Frumet przyjechała? Co?

W głosie babci wyczuwa się ciepło snu.

— Tak, właśnie przyjechała — odpowiada dziadek. — Ale zapal światło. Można sobie oko wykoleć.

— A gdzie jest mój Mendel? — pyta matka.

— Tu jestem, mamusiu!

Zeskakuję z warsztaciku dziadka i biegnę do drzwi, w których rysuje się ciemna postać mamy.

Z płaszcza mamy bije zapach mrozu.

— Mendełe? — Zimna ręka głaszcze moją twarz. — Pokaż no się.

Przysuwam do niej twarz jeszcze bliżej. Ona pochyla swoją głowę ku mojej. Między nami stoi ciemność. Babcia krząta się przy lampie, która nie chce się zapalić. Mimo ciemności mama widzi moją twarz.

— Biedne moje dziecko! Zmizerniałeś i wychudłeś! Biada mi!

— Dziękuj Bogu i za to! — odzywa się babcia.

— Dlaczego nie napisałaś mi, że biedaczysko jest tak chory.

— Po pierwsze właśnie, że napisałam — powiada babcia z wyrzutem.

— Napisałaś, że lekko niedomaga.

— A co chciałaś, żebym napisała?

— Przyjechałabym natychmiast.

— Uzdrowiłabyś go? Babcia też, dzięki Bogu, wiedziała, co robi, nie Mendel?

Po pokoju rozchodzi się ciepłe, czerwonawe światło zapalonej lampy. Dziadek zawiesza na drzwiach swój zimowy płaszcz z dwoma guzikami na bokach. Babcia nazywa ten płaszcz „chłopskim kożuchem”. Wyraźnie go nie lubi. Dziadek jednak przesuwa rękę po żółtawej, starej owczej skórze tak, jakby głaskał główkę ukochanego wnuka i z dumą powiada:

— To nie chłopski strój, tylko żupan.

— Żupan, żupan — kpi babcia. — Jak to wygląda, żeby Żyd chciał chodzić w gojskich szatach!

Mama zachowuje się tak, jakby była obcą w domu. Wróciła z Warszawy w długim czarnym płaszczu z czarnym futrzanym kołnierzem. Długość płaszcza albo jego czerń czyni matkę wyższą, niż była przed wyjazdem.

Zdążyła już wycałować mnie z wszystkich stron. Teraz mnie obejmuje.

— Biedne moje dziecko! Tak ciężko chorowałeś!

— Ciężko, nie ciężko... — odzywa się dziadek, który już zasiada do warsztatu. — Zdejm płaszcz, rozbierz się. Czego tak stoisz?

Mama zdejmuje wełniany szal z głowy, ściąga długi czarny płaszcz i rzuca go na łóżko. Babcia bierze płaszcz i zawiesza na drzwiach, koło gojskiego żupana dziadka.

— Sprawiłaś sobie nowy płaszcz?

Mówiąc to babcia delikatnie głaszcze kołnierz płaszcza.

— Gitl-Hudl podarowała mi go.

— Aha! A jak się oni mają?

— Dobrze. Obyśmy się, bez ich szkody, tak mieli.

— A co porabia Hersz-Wolf?

— Tak jak to on.

— Co z jego ręką? Już nią rusza?

— Tak, dzięki Bogu.

Teraz dopiero przyglądam się mamie dokładnie. Bez płaszcza wygląda tak, jak przed wyjazdem. Na głowie ma jednak inną perukę. Bardzo czarną, błyszczącą, splecioną z przodu w gruby węzeł, podobny do ptaka. Być może, że z powodu tej peruki twarz matki wydaje mi się pełniejsza, gładsza, młodsza.

— A jak się mają dzieci Gitl-Hudl, oby zdrowe były?

— Jak najlepiej, Piniek pracuje już w aptece.

— A Pola?

— Ona już ukończyła...

— A Szlemke?

— Wkrótce ma się żenić.

Zdaję sobie sprawę, że mama opowiada o swojej siostrze a mojej ciotce z Warszawy, Gitl-Hadasie, która ma obszerne, wieloizbowe mieszkanie z licznymi balkonami. Jej dzieci nazywają się nie Mendel, ale Piniek i Pola. Powinna tam być również Edzia i mały chłopczyk, który nie posiada w ogóle imienia, bo wszyscy wołają na niego Mały. Nigdy tych dzieci nie widziałem. Wiem tylko, że od czasu do czasu noszę krótkie spodenki z mosiężnymi guzikami na bokach, które pochodzą od tego właśnie Małego.

— A co porabia Mały? — zapytałem ja z kolei.

— On — uśmiechnęła się matka — nie jest już mały. Wyrósł, na psa urok. Uczęszcza do gimnazjum.

Dziadek, który siedział pochylony nad warsztatem, odwrócił się i zapytał:

— Co? Co powiadasz?

— Już jest w trzeciej klasie.

— Gimnazjalnej?

— Tak. Trzeciej gimnazjalnej.

— Nosi już mundurek?

— Oczywiście. Taki sam jak ty szyjesz.

— Coś takiego!

Dziadek nie mógł się nadziwić.

— Szkoda, że nie przywiozłaś jakiegoś starego jego mundurka.

— Do czego ci potrzebny?

— Tak sobie. Żeby tylko popatrzeć, jak szyją mundurki w Warszawie.

— Nie lepiej od ciebie, tato.

— Również granatowe ze srebrnymi guzikami?

— Tak. Takie same, jak ten tu.

— Hmmmm... wszędzie ten sam świat.

Dziadkowi sprawiało przyjemność, że w Warszawie szyją takie same mundurki. Przerwał pracę ciekawy dalszych nowin z Warszawy.

— A kto szyje mu mundurki?

— Kto ma szyć? Krawiec.

— To znaczy, że w Warszawie jest również taki Dawid Frojke?

— On myśli, że jest jedynym mężczyzną w Moskwie... — wtrąciła się babcia.

— Przestań już, kobieto. Przecież rozmawiamy poważnie.

Stałem oparty o kolano mamy. Nie przestawała mnie głaskać po głowie, obejmować moją twarz i cicho wzdychać.

— I co jeszcze słychać? — przerwała babcia ciszę. — Odbyły się zaręczyny Cypele?

— Tak, mamo. Należą mi się gratulacje.

— Oby szczęście dopisało. Jakiś porządny człowiek z tego narzeczonego?

— Szczotkarz.

— Szczotkarz? — Dziadek zmarszczył czoło. — Dlaczego właśnie szczotkarz, a nie krawiec?

— W czym lepszy krawiec od szczotkarza?

— Krawiec to człowiek, zaś szczotkarz to tylko szczotkarz.

— Nie przystoi ci? — babcia gniewnie nastroszyła swoje druciane okulary.

— Pewnie, że nie przystoi.

— Posłuchajcie, Dawidowi-Frojce nie odpowiada spowinowacenie się ze szczotkarzem!

— Wziął ją bez grosza posagu — wtrąciła mama.

— Łaskę mi uczynił? Jeszcze pieniądze mu dać!

— Nie słuchaj, co ten głupiec wygaduje — oświadczyła gniewnie babcia. — Gdzie odbyły się zaręczyny?

— U Abrahama-Ajzyka.

— Dlaczego nie u Gitl-Hadasy?

— Nie wiem, jak to jest. Bogacze... widocznie jej nie pasowało.

— Ma się rozumieć. Jak można wpuścić do domu szczotkarza! — odciął się dziadek.

Babcia powoli spuściła głowę, a dziadek zaczął szybko manipulować igłą.

— Abraham-Ajzyk nadal ma parnose?

— Boryka się. Zadłużył się.

— A Sime-Lea?

— Piękna jak złoto.

— Dlaczego nie wydają jej za mąż?

— Nie trafia się okazja.

Babcia głęboko odetchnęła. W pokoju zapadła cisza. Jakby wszyscy drzemali.

Z wujkiem Abramem-Ajzykiem jest wesoło. To rodzony brat mojej mamy, cioci Miriam i bogatej cioci Gitl-Hadasy z Warszawy. Znam go dobrze. Przed rokiem, w święto Rosz Haszana był u nas w domu. Miał rzadką jasnoblond brodę i okulary. Na głowie ośmiokątną czapkę. Takiej nikt przed nim, a pewnie i nikt po nim nigdy nie nosił. Głos miał donośny i wymowę śpiewną. Toteż w święto Jom Kipur przewodził modlitwie musaf w naszej krawieckiej bóżniczce.

Mówiono, że śpiewał znakomicie. Że każde jego słowo zasługiwało na pochwałę. Jak to się stało, że biedak nie ma parnose, a jego córka, piękna Sime-Lea powinna już wyjść za mąż, ale syn z Londynu, który miał wysłać pieniądze na jej posag, jakoś się z tym nie spieszy?

Nic dziwnego, że w domu wujka Abrama-Ajzyka nie jest wesoło.

To wszystko opowiedziała mama przy rozpakowywaniu paczki, którą dała jej ciocia Gitl-Hadasa. Wypadły z niej: para butów ze sznurowadłami, marynarka z przydługimi rękawami, czapka z gojskim daszkiem, spodnie, kamizelka, słowem cały skarb.

Wszystko to jednak tym razem nie uradowało mnie. Szczególnie nie spodobała mi się ośmiokątna czapka.

— Nie włożę jej! — oświadczyłem energicznie.

— Dlaczego? To przecież piękna czapka.

— U nas w chederze nikt takich nie nosi.

— A ty ją będziesz nosił.

— Nie. Nie będę.

Zegar zaczął bić. Naliczyłem dziesięć uderzeń. Wskazówki zegara wskazywały jednak godzinę dziewiątą.

— Widziałaś się już z Lejzorem? — nagle odezwał się dziadek.

— Nie — odpowiedziała mama niechętnie.

— Dziwiłem się właśnie, dlaczego nie zajechałaś prosto do domu.

— Już nigdy tam nie zajadę.

Dwie nieme zatroskane twarze jednocześnie skierowały się ku mamie. Ja również tego nie zrozumiałem.

— Do swego domu nie zajedziesz?

— Nie. Już dosyć mam swego zaprzęgu.

Obie twarze wyglądają teraz jak głuche.

— Co tobie znowu jest, Frumet?

— Co ma być? Tylko jego straszne przekleństwa, które miota na mnie, oby spadły na...

— Sza. Cicho. Nie bluźnij — zawołała babcia, zrywając się z kuferka.

— Wstydziłby się Żyd. Żaden goj by tak nie klął na swoją żonę.

— Kiedy to on miał czas przeklinać ciebie? Przecież ciebie tu nie było.

— W liście mnie sklął. Co z tego, że wyjechałam? Mam jedyną córkę. Miałam nie być na zaręczynach?

— Trzeba było powiedzieć, że się jedzie — wtrącił się dziadek.

— A komu miałam powiedzieć? Czy on kiedyś przebywa w domu?

— A co chciałabyś? Żeby sterczał w domu i cackał się z tobą?

— Kto mówi o cackaniu? Nie może mi przecież zabronić wyjazdu na zaręczyny.

— Ale nikt nie wiedział, gdzie jesteś. Jak można nie mieć w sobie krzty żydowskiej troski, żeby zostawić męża i dzieciaki na pastwę losu?

— Co się stało? Nie miał mu kto ugotować jedzenia?

— A co byś chciała? Żeby sam sobie gotował?

— Wszystko mi jedno, czy sobie ugotuje, czy sobie nie ugotuje. Mam tego dosyć!

— Masz już drugiego na jego miejscu? Co ty sobie myślisz — zawołał dziadek, mrugając okiem — że jesteś młodą kobietą?

— Przestań już, stary głupcze! — wtrąciła się babcia. — A ty Frumet nie rób głupstwa i idź do domu.

— Wyrzucasz mnie, mamo?

— Nie wyrzucam. Uchowaj Bóg, ale żona powinna iść do męża.

— Nie chcę go więcej znać! Co ja u niego miałam? Najlepsze moje młode lata straciłam. Przed ślubem opowiadał mi, że jest dziedzicem, że ma folwark. Pożal się Boże, co to za folwark!

Oczy matki poczerwieniały i jakby się zmniejszyły. Stały się nieładne. Nos jej również poczerwieniał i zaostrzył się.

— No. Wystarczy. — Babcia chciała jakoś załagodzić grzechy mego ojca. — Myślisz, że nie dopytywał się o ciebie?

— Łaskę mi sprawił!

— Kilka razy dziennie przychodził na nasze podwórze.

— Na podwórze... a wstąpić do domu nie wypadało mu?

— Wiesz przecież — powiedziała babcia, jakby mamie na ucho — że my oboje nie bardzo jesteśmy w zgodzie.

— A z kim jest w zgodzie?

— No, dobrze. Jeszcze nie należy do najgorszych... Teraz jest rzeczywiście późno, ale jutro, jak Bóg da, wrócisz do domu.

— Nie, mamo. Żebym miała podłogi myć, nie będę z nim razem mieszkała.

— Co się z tobą stało w Warszawie? — zawołał dziadek, który nie mógł już usiedzieć na miejscu.

— W Warszawie ludzie żyją jak należy. Gitl-Hadasa jest prawdziwą panią, pełną gębą światową damą! U pierwszego mego męża, Berła, mieszkałam w pokojach. Na drzwiach były mosiężne klamki.

— No, cóż. Berła! Nie zawsze przecież — powiedziała babcia — jest tak, jak sobie człowiek wymarzy.

I tak wykłócali się do późna w nocy. O mnie zupełnie zapomnieli. Pilnie słuchałem wszystkich i wszystkiego i w żaden sposób nie mogłem zrozumieć, dlaczego mama wróciła z Warszawy rozgniewana na ojca. Ja raczej uważałem, że to ojciec powinien gniewać się na mamę. Przecież to ona, nie mówiąc nikomu, wyjechała.

Prawdę mówiąc, ja nie gniewałem się na mamę. Bolało mnie tylko to, że wspominała swego pierwszego męża, u którego miała „pokoje” i mosiężne klamki na drzwiach. Co to za porównanie? Jej pierwszy mąż był felczerem w Końskiej Woli, a mój ojciec handlował sianem. Co tu mają do rzeczy „pokoje” i mosiężne klamki?

Rozdział VI

Nazajutrz z rana szykowałem się do pójścia do chederu. Wstałem wcześniej, umyłem się, włożyłem spodnie, które mama przywiozła z Warszawy i wziąłem do ręki dwa obwarzanki nasmarowane przez babcię masłem.

Nie chciało mi się opuszczać ciepłego mieszkania, rozstawać z piosenkami dziadka i dopiero przybyłą matką.

Mama to widocznie wyczuła, bo kiedy wciągałem na siebie paletko, zawołała z łóżka:

— Niech jeszcze dzisiaj nie idzie. Tora mu nie ucieknie.

Innymi oczyma spojrzałem przez okno.

Było niebiesko i jasno. Dziadek widocznie zdążył już pokrzepić się łykiem okowity. Chodził teraz po pokoju raźnym krokiem, wyśpiewując swoje powszednie i świąteczne piosenki.

Babcia w czerwonym czepku nocnym, mała i pochylona jak przewrócony krzak, cicho poczłapała do kuchni, żeby rozpalić ogień i ugotować śniadanie.

Mama wstała później od wszystkich. Przy niebiesko-białym świetle wpadającym przez szyby okna twarz matki była jaśniejsza i młodsza. Zdaje się, że aż do dzisiejszego poranka nie zauważyłem, żeby mama miała taki ciepły podbródek i takie czystoniebieskie oczy.

Chodziła po pokoju w czarnej, cienkiej, jedwabnej spódnicy.

— Kupiłaś ją? — zapytała babcia obmacując spódnicę.

— Skąd ja do takich drogich rzeczy? Gitl-Hadasa mi podarowała — oświadczyła mama z goryczą nie przystającą do jej czystej, klarownej twarzy.

— To jedwab?

— A co? Barchan?

Babcia dwoma palcami wytarła kąciki ust. Dziadek spojrzał z boku i z głupia frant zapytał:

— Ile na przykład taka spódnica jest warta?

Nikt mu nie odpowiedział.

Matka odwróciła się plecami do nas i zaczęła palcami rozczesywać perukę.

Nie wiem dlaczego, ale mnie ta czarna spódnica warszawskiej ciotki nie przypadła do gustu. Mnie się zdawało, że mama w tej spódnicy jest jakaś inna. Nie ta, która kiedyś rano wpadła do pokoju z rozpaczliwym okrzykiem:

— Mojsze umarł!

U nas w domu nigdy nie widziałem mamy w takiej spódnicy.

Nigdy też nie miała obnażonych ramion. Nigdy nie używała pachnącego mydła. Nie stawała przed lustrem i nie stroiła się tak, jak to teraz czyni.

— Dlaczego to tak długo trwa? — zapytała babcia. — Śniadanie jest już na stole.

— Nie szkodzi — odpowiedziała mama głaszcząc perukę. — W Warszawie tak się ludzie prowadzą.

— Ale tu nie jest Warszawa.

Upłynęło jednak sporo czasu, zanim mama uporała się z toaletą i podeszła do stołu. Podchodziła zaś sztywna i napuszona jak paw.

Przy stole już wszyscy siedzieli. Mama usiadła naprzeciw mnie. Jej ciepły, mały podbródek lekko się kołysał. Dopiero teraz zauważyłem, że mama przywiozła z Warszawy dwa czarujące dołeczki na policzkach. Zrobiła sobie małe kanapeczki i powoli małymi łyczkami piła kawę. Nagle powiedziała do mnie:

— Mendelku, jak ty jesz?

— A jak ma jeść? — wtrącił się dziadek.

— W Warszawie je się inaczej.

— Daj mu już spokój z tą twoją Warszawą! Przeżyłem sześćdziesiąt dwa lata i nie miałem pojęcia, że nieładnie jem. Coś takiego! A jak się ładnie je?

— Nie je się szybko i łapczywie. Je się małymi kęsami.

— Ważna mi nauka.

Mama nie odpowiedziała. Ja starałem się jeść powoli, małymi kęsami, ale zaciskało mi się gardło i oczy zaczęły łzawić. I nagle babcia z hukiem odstawiła kubek kawy i donośnym głosem zawołała:

— Mendel, ty płaczesz?

Mama również postawiła swój kubek kawy. Jej podbródek nieco się wykrzywił.

— Sza, Mendelku, nie płacz.

I mówiąc to, nie przestawała mnie głaskać po głowie.

— Nie płacz. Powiedziałam to dla żartu. Przestań płakać... zupełnie ładnie jesz.

Dziadek gniewnie mruczał.

— Warszawa! Też mi coś!

Matka w końcu dała za wygraną. Ale mnie nadal było ciężko na sercu.

— Taki piękny dzień na dworze — zawołał pochylony nad warsztatem dziadek. — Może by Mendel wyszedł na spacer? Niech się przyzwyczai do powietrza.

— Słusznie, ale jeszcze się o niego boję — wahała się mama.

— Nie ma obawy. Niech się przejdzie trochę — wtrąciła babcia — dopóki słońce świeci.

Opatulono mnie jak trzeba. Wyszedłem na ulicę. Wyglądałem jak człowiek, który wydostał się spod wody.

— Uważaj na sanki — zawołała za mną babcia. — I długo nie chodź. Słyszysz?

— Słyszę, babciu, słyszę.

Na dworze było tak jasno i cicho, że na dłuższą chwilę musiałem zamknąć oczy. Wydawało mi się, że znalazłem się w obcym mieście. Wszyscy wyglądają tu na głuchych i stawiają jakby przytłumione kroki.

Śnieg leży między żelaznymi kratami ogrodzenia kościoła, na jego gzymsach i oknach. Śnieg pośrodku ulicy jest głęboki, miękki. Oto sanki dzwoniąc przemykają z dumą po jego powierzchni. Z gimnazjum wracają uczniowie. Obrzucają się śnieżnymi kulkami. Biegają. Krzyczą.

Jakże się to miasto zmieniło od czasu, gdy zachorowałem i leżałem w łóżku. Na ulicy Lubelskiej wznoszą się wysokie zaśnieżone słupy, podparte małymi słupkami w kształcie rozstawionych nóg. Sama ulica biegnie w górę. Jest długa i wydaje się, że została poszerzona. Przed budką celną nie stoi już polski strażnik z sinym nosem.

Na ulicy Warszawskiej, tam gdzie żona Motla-Sztroj ma sklep, nie widać wystawionych przedtem słomianych koszy... Jest tam teraz biało i głucho. Na ulicy Spacerowej mój wzrok zatrzymał się na krzyżu niemieckiego zboru. Przypomniałem sobie, że tędy przechodziłem, kiedy szukałem mamy u ciotki Miriam. Teraz panuje tu cisza. Nie widać żywej duszy. Ale nagle wyrasta przede mną Żyd w wysokiej pluszowej czapce.

— Mendel, dokąd ty idziesz? — jego ciepły głos wydaje mi się znajomy.

— Tato! — w pierwszej chwili przestraszyłem się i poczułem coś dławiącego w gardle.

— Dokąd idziesz? Jesteś już zdrowy, co?

— Tak, tato, już jestem zdrów.

Żyd w wysokiej pluszowej czapce jest więc moim ojcem. Osiwiał. Patrzy na mnie trochę sennym i łagodnym wzrokiem.

— Byłem dzisiaj u twojego mełameda, żeby zapytać o ciebie.

— Miałem już dzisiaj iść do chederu.

— Dlaczego więc nie poszedłeś?

— Mama przyjechała.

— Tak? — tato marszczy twarz i mruży oczy. — Powiadasz, że mama wróciła?

— Tak. Wróciła.

— Kiedy?

— Wczoraj w nocy.

— Jeszcze wczoraj? Dlaczego więc nie widzimy jej?

— Jest na górze, u babci...

— Tak, u babci...

Na chwilę zapada między nami milczenie. Ojciec otwiera szerzej półsenne oczy. Są teraz znacznie większe niż były. Wąsy przybrały kolor zielono-żółty.

— Nie wszedłem na górę — powiada raczej do niemieckiego zboru niż do mnie — bo nie kocham tej twojej babci. Nie myśl jednak... wiedziałem o tobie wszystko. Kto, myślisz, posłał po doktora Pompera?

Jego głos staje się z minuty na minutę coraz cichszy.

— Więc wróciła — przypomina mu się na nowo i ojciec wzdycha — zajechała do nich... a jak wygląda twoja matka?

— Dobrze. Bardzo dobrze.

Milkniemy. Jest cicho. Idziemy razem. Naprzeciw nas idzie żołnierz z karabinem. Pilnuje więźnia.

— Jadłeś już coś? — przerywa ojciec ciszę.

— Tak. Zjadłem śniadanie.

— Czy nie jest ci zimno? Może byśmy wstąpili do garkuchni Mordechaja? Ogrzejesz się trochę.

— Nie, tato. Tu jest całkiem dobrze.

— Co tu robisz, na ulicy?

— Wyszedłem trochę na powietrze.

— No to bardzo dobrze. Odprowadzę cię.

Bierze mnie pod rękę. Nigdy dotychczas nie chodziłem tak z ojcem. Nie wiem, czy mam się wstydzić, czy cieszyć.

Jedno tylko wiem, że jest mi teraz dobrze.

— Byłem dziś u twego mełameda — powtarza ojciec — a ten mi powiada...

Nie kończy zdania. Zamyśla się i wpatruje w siną dal. Jego duży mięsisty nos wydaje się być oddzielony od twarzy. Powoli zaczyna odpinać swój zimowy płaszcz, wsadza rękę do głębokiej kieszeni i wyciąga sfatygowany skórzany portfel, po czym wkłada mi coś do ręki.

— Na — powiada — masz pieniądze. Kup sobie coś.

Pierwszy raz tato daje mi pieniądze. Na co mi one potrzebne? Co można za nie kupić?

— Kup coś dla mamy — powiada do mnie po cichu i podprowadza mnie do samych drzwi domu dziadków.

— Idź już, jeszcze się przeziębisz, nie daj Bóg.

Chcę pocałować tatusia w rękę. Zdaje mi się, również po raz pierwszy w życiu. On jednak szybko wyrywa rękę i mruczy:

— No, już... nie trzeba... idź, idź.

Oddala się, ale zaraz odwraca się i przywołuje mnie z powrotem.

— Mendel, co to ja chciałem ci powiedzieć? Tak, już wiem. Nie mów im tam, że... Nie lubię tej twojej babci. Nie lubię.

W ten sam wieczór Władek, ten trochę stuknięty chłop, przyszedł wcześniej niż zwykle. Był czerwony jak burak. Jego ruda broda była skołtuniona i zmoczona.

— Czego się dzisiaj pospieszyłeś, Władku?

Ten, żując coś w gębie, powiada niby do swojej brody:

— A niech ją cholera trafi, tę Magdę. Żeby jeszcze tej nocy zdechła. Przeklęta dziewka!

— Kto to jest Magda? Dlaczego ją tak przeklinasz?

— Dlaczego nie miałbym jej przeklinać? Przecież uderzyła mnie w twarz rybą.

Dziadek wybucha gromkim śmiechem. Babcia odwraca okulary od swoich czepków.

— A niech cię szlag trafi! — woła babcia kołysząc głową. — Kto ci każe zaczepiać dziewczyny? Kto?

— A czy ja ją zaczepiłem? Żeby ją piorun trzasł!

— Wiadomo. Dobrze wiadomo. — Babcia aż się zachłystuje słowami. Dziadek pokłada się ze śmiechu.

— Rybą, powiadasz? Pękam ze śmiechu... opowiedz, jak to było!

— Nie trzeba. Dziękuję — wtrąca się babcia — za nowinę, której on chce wysłuchać.

Władek wygląda na człowieka, który się złości. Żuje coś z zamkniętymi ustami. Moja matka nie wtrąca się do rozmowy. Siedzi przy warsztacie dziadka ze złotymi okularami na nosie i czyta książkę.

Władek siada na swoim stałym miejscu przy kuchni. Ściąga, wzdychając, buty. Rozwija onuce i z torby, w której trzyma wałówkę zaczyna wydobywać garście słomy.

W mieszkaniu jest teraz cicho. Wszyscy są czymś zajęci. Lampka, która płonie na warsztacie dziadka oświetla kącik, w którym dziadek pracuje i miejsce, w którym mama czyta książkę. Reszta izby tonie w cieniu.

Dziadek spieszy się z wykończeniem jakiejś części mundurka. Od czasu do czasu rusza ramionami, jakby ciarki przez nie przeszły. Nikt nie zwraca uwagi na to, co Władek robi w kuchni. Wszyscy wiedzą, że żuje kawałki chleba, które dostał we wszystkich odwiedzonych domach.

W istocie jednak Władek wcale tym się dziś nie zajmuje. Ułożył przy swoich nogach dużą kupę słomy. I oto zaczyna grzebać w kieszeniach. Grzebie i grzebie, aż wydobył pudełko zapałek. Przyglądam się temu i jestem pewien, że chce zapalić fajkę. Ale nie. Władek nie zapala fajki. Zapala natomiast zapałkę i przystawia ją do kupki słomy przy nogach.

Zaczyna się unosić mały dymek. Władek wyciąga nogi do dymku. Wygląda na to, że chłop chce się spalić.

Nie mogę spokojnie przyglądać się temu i głośno wołam:

— Babciu, popatrz, co robi Władek!

Wszyscy odrywają się od zajęć. Dziadek odwraca się tylko jednym ramieniem. Mruży oczy. Mama szybko odwraca oczy od książki. Babcia pierwsza zrywa się z krzykiem:

— Biada mi! Coś ty zrobił, zwariowany chłopie!

Tymczasem słoma bucha płomieniem.

— Dawidzie, pójdziemy z dymem — wymachuje rękami babcia — zobacz, co tam się dzieje! Gwałtu! Rety!

Dziadek rzuca robotę. Okulary zsunęły mu się z nosa. Daszek pokręconej czapki opiera się o ucho. Stara się wbić igłę w klapę, ale nie może trafić. Ze złością rzuca ją na stół i skacze na palącą się słomę. Skoczył i zaczyna na niej tańczyć. Nic innego tylko zwariował. Babcia również, bo nagle chwyta poduszkę i rzuca ją pod nogi tańczącego dziadka.

— Wariatko, co robisz! — krzyczy dziadek i jednym kopnięciem odrzuca poduszkę.

Matka szybko chwyta wełniany szal babci i biegnie do drzwi. Tylko Władek nie rusza się z miejsca. Siedzi ze swoimi czerwonymi zmarzniętymi piętami. Żuje coś w ustach i kiwa się.

— Zakuta pało! Coś ty zrobił? — pyta dziadek nie przestając tańczyć na słomie.

— Co zrobiłem? — mruczy przez nos Władek. — A dlaczego pan krawiec tak krzyczy? Przecież jest zima! Chciałem sobie ogrzać nogi. Oby tę Magdę szlag trafił! Dlaczego nie wpuściła mnie do łóżka?

— Obyś ręce i nogi połamał razem z Magdą! — błogosławi go babcia, unosząc obie ręce. — Dlaczego nas chciałeś podpalić?

— Nie chciałem was podpalić. Co też pani krawcowa wygaduje!

— Obyś tak gadał w malignie! Ty idioto! Czy tak się grzeje nogi?

Dziadek tańcem na słomie ugasił jednak ogień. Zaczął sapać jak astmatyk. Otworzyli okno. Dym wychodzi przez nie ledwo widocznym obłoczkiem. Mama okrywa się szalem i zasłania mnie przed otwartym oknem. Babcia owija się chustą mamy. Tylko dziadek ma nadal na sobie tylko kamizelkę i szuka czegoś w klapie.

— Gdzie ja podziałem igłę? Gdzie?

W chwili, gdy wszyscy byli zamieszani tym, co się stało, powoli otworzyły się drzwi i w progu stanął tato.

— Tato przyszedł! — krzyknąłem i pobiegłem do drzwi.

— Dobry wieczór! — Tato, mówiąc to, rozejrzał się zdziwiony zamieszaniem panującym w izbie.

— Dobry wieczór! Dobrego roku! — I dziadek, podszedłszy do niego, dodał:

Szolem Alejchem! Witaj!! Jak się masz?

Babcia szybko zamknęła okno. Mamie spadły okulary na podłogę.

— Natychmiast wynieś mi śmieci! — rozkazała babcia Władkowi. — Słyszysz, co do ciebie mówię? Wynoś się, ty hyclu!

Władek nie odpowiadał. Podniósł się, zebrał pozostałą niedopaloną słomę i wzdychając, wyniósł ją.

— Dlaczego stoisz? Usiądź! — powiedział dziadek do mojego ojca.

— Co tu się stało? — zapytał ojciec, patrząc na mamę, która zdejmowała szal.

— Nic takiego. Taki głupi goj. Zachciało mu się ogrzać nogi, to wziął i zapalił słomę.

— Kto takiego goja trzyma w domu?

— No, wiesz... czasami przynosi do domu wiadro wody, wynosi śmieci...

Mama podniosła okulary. Kącik, na który tato skierował wzrok, wydawał się mamie za ciemny, toteż przeniosła się na drugą stronę krawieckiego stołu i pogrążyła w lekturze.

Czy nie zauważyła spojrzeń taty, którego półsenne oczy spoczęły w końcu na krawieckim stole dziadka?

Siedziała z głową nieco zadartą, niczym jakaś wielka dama. Jej piękna twarz była ściągnięta. Miękki, ciepły podbródek lekko się ruszał.

— Warszawa, widać nieźle tuczy... — wąsy ojca zadrżały w uśmiechu.

Nikt mu nie odpowiedział. Babcia szybko zaczęła wbijać igłę w biały muślin. Dziadek przeciągnął fastrygę między wargami.

Stanąłem przy ojcu i spojrzałem mu prosto w twarz.

— Już ci lepiej, Mendel?

— Tak, już jestem zdrowy.

— Kiedy pójdziesz do chederu?

— Jak Bóg da, jutro.

W mieszkaniu zawisła prawie namacalna cisza. Tato dwoma palcami lekko uderzył w stół. Mnie w gardle coś dławiło. Zrobiło mi się ciasno w ubraniu. Złote okulary na nosie mamy błyszczały ostrym blaskiem, który kłuł mnie w oczy. Cała zresztą twarz matki również błyszczała.

— Jak się masz, Lejzorze? — przerwał ciszę dziadek.

— Bogu dzięki.

— A co słychać na temat parnose?

— Nie najgorzej... można wytrzymać.

I znowu zapadła cisza. Pod kuchnią rozległ się uparty, gniewny, świdrujący śpiew świerszcza.

Władek zdążył już wyrzucić całą przypaloną słomę. Siedział znowu w swoim dawnym miejscu i pykał fajkę.

— Nie cieszysz się z powrotu żony? — usiłował kontynuować rozmowę dziadek.

— Z czego? — zapytał tato, patrząc na usta dziadka.

— Nie cieszy cię, że wróciła twoja żona?

— Tak... ale ona mnie nie dostrzega...

W tej chwili mama podniosła książkę ponad swoją głowę. Złote okulary przestały błyszczeć.

— Frumet — zawołał dziadek, odkładając robotę. — Lejzor tu jest.

— No to jest!

— Przestań czytać książkę. Przestań! — głos dziadka stał się ochrypły. — W twoim wieku już się książek nie czyta.

— Taka stara już jestem? W Warszawie starsze ode mnie kobiety książki czytają.

— Wszystko w tej Warszawie... ale ty przecież nie mieszkasz w Warszawie. Ty masz męża, dziecko...

— Ładny mi mąż! To zaprzęg, a nie mąż!

Do oczu nabiegły mi łzy. Tato siedział z zamkniętymi ustami. Palce, którymi przedtem wybijał takt na stole, były teraz martwe.

— A co ja jej złego zrobiłem? — odezwał się ojciec.

— A straszne przekleństwa, którymi obrzucił mnie w liście do Warszawy, to pies? Za co? Nie wolno mi było pojechać na zaręczyny córki? A ile to ja córek posiadam?

— No, dobrze. Wygłupił się. Ale jak długo można się gniewać?

— Czy ja się gniewam?

— A co innego czynisz? Zabrałaś się do czytania... i co będziesz miała z tego?

— A co będę miała z niego?

— Co to za pytanie? On jest twoim mężem. Tak czy nie?

— Nie. On nie jest moim mężem.

— Przestań już. Głupia gęś.

— Tato, czego chcesz ode mnie?

— Chcę, żebyś się nie wygłupiała. Masz dom, rodzinę... Co za życie czeka cię tu, w domu twoich rodziców?

— Nie bój się tato, nie spadnę na twoje barki. Na własny kawałek chleba zawsze zarobię.

— Co takiego będziesz robiła? — wtrącił się mój tato.

— Niech cię o to głowa nie boli!

— Co jednak będziesz robiła? — zapytał dziadek, wysuwając do przodu bródkę.

— Coś tam będę robiła. Nie martw się. Potrafię trzymać pióro w ręku. Umiem czytać, umiem pisać. Gdyby nawet zachciało mi się udzielać korepetycji, to na kawałek chleba zarobię.

— Chcesz zostać mełamedem dla dziewcząt?

— A jeśli nawet, to co?

Tu już babcia nie zdzierżyła. Zerwała się z kuferka i powiedziała:

— Nie chciałam się wtrącać, ale kiedy zaczynasz pleść głupstwa, muszę ci oświadczyć, że nie masz racji.

Babcia wypowiedziała to cichym głosem. Tylko głowa jej się trzęsła. Tata zrozumiał jej słowa tylko po ruchu warg. Zrobiło mu się trochę cieplej na duszy.

— W naszym domu pali się w piecu — powiedział tata jakby do stołu. — Poleciłem przygotować mleko, ser i masło...

— Pięknie dziękuję! Popatrzcie tylko, jak się wykosztował. A kiedy czasami proszę go o dodatkowy złoty na wydatki, to zaraz wybucha z awanturą.

— Chodzi ci o ten jeden złoty? — wzruszył ojciec ramionami.

— Chodzi mi o wszystko. Chodzi o to, żebyś mnie dobrze traktował. U Berła, nie przymierzając, miałam mosiężne klamki przy drzwiach. A u niego, co mam?

— Jak Bóg mi pomoże, to każę zainstalować miedziane klamki.

— A głównie chodzi o to, że wynalazł nam paskudne mieszkanie! — powiedziała to jakby nie do ojca, ale do Władka. — Ciemne, zimne...

— Kto jest temu winien? Przecież ty sama je wybrałaś.

— Ja wybrałam? Jak ja mogłam je wybrać, skoro Mojsze, biedaczysko, w nim zachorował.

— Widocznie w niebie było to pisane. Ale jeśli chodzi ci o mieszkanie, to jeśli Bóg da, to na święto Pesach wynajmiemy nowe.

— Czekaj tatka latka...

— Jak długo do święta Pesach? — wtrącił się dziadek — widzisz przecież, moja Frumet, że przyszedł cię przeprosić. Czego jeszcze chcesz?

— Ładnie mnie przeprasza.

— Chodzi ci o to, żebym cię przeprosił? — tato rozłożył bezradnie ręce. — Więc cię bardzo przepraszam.

Znowu zapadła cisza. Władek drzemał sobie z fajką w ustach. Dziadek podniósł igłę do lampy i przeciągnął nitkę.

— Kto tam napalił w piecu? — mama przerwała ciszę.

— Ja kazałem napalić. Jest mleko, masło... mięsa nie poleciłem przygotować. Wiem, że...

— A pościel zmieniona?

— Tak. Poleciłem dać świeżą. Jest w domu ciepło, czysto.

Głos ojca też był ciepły i czysty. Podszedł do warsztatu dziadka, przy którym siedziała mama.

— Masz jakieś rzeczy? Wezmę dorożkę.

— Gdzie teraz można dostać dorożkę?

— Dostanie się.

Mama odłożyła książkę. Nie wiem, czy pokazała ojcu, gdzie leżą jej rzeczy, ale on od razu podszedł do warszawskiej paczki i wziął ją.

— Może by tak łyknąć po kropelce, Lejzorze? — dziadek odłożył robotę i podszedł do kuchennego kredensu, w którym zawsze była butelka mocnego, drogiego płynu.

Żółtawosiwe wąsy ojca stały się jakieś większe i gęstsze od uśmiechu, który rozjaśnił mu twarz.

Lechaim! Na zdrowie!

— Za dobre życie i pokój. Obyśmy zdrowi byli i dużo radości mieli.

Władek obudził się z drzemki. Wyjął fajkę z ust i wstał. Uśmiechnął się do buteleczki dziadka, kiwając głową i przebierając jak w tańcu nogami.

Haim, haim, panie krawiec!

— Napijesz się, Władku?

— Hm, hm...

— No to masz! — dziadek podał mu pół szklanki wódki. — I wypij za zdrowie Magdy, która cię uderzyła rybą.

— Nie. Niech ją szlag trafi. Wypiję za zdrowie pana krawca. Zdrowie!

Haim! Haim!

Mama też nadpiła wódki ze szklaneczki. Ja bym teraz mógł wypić całą butelkę.

— Robi się późno.

— Dobrej nocy.

— Dobrej nocy. Dobrego roku. W szczęśliwą godzinę.

Ojciec szedł z przodu. W obu rękach trzymał pakunki matki. Ja z matką szliśmy z tyłu. Władek podskakiwał w tańcu. Dziadek z babcią stali w otwartych drzwiach. Babcia trzymała lampę na wysokości głowy. Dziadek trzymał między wargami nitkę fastrygową i nucił pod nosem:

Przeprośmy się, przeprośmy,

kup mi pomarańczę!

Rozdział VII

Panował u nas zwyczaj, a nawet prawo, że przenosiny z jednego do drugiego mieszkania musiały się odbyć w gojski dzień świętego Jana, który wypada w tygodniu zamykanym przez Szabat Nachmu. Tego dnia walała się po chodnikach słoma z rozprutych sienników. Drzwi i okna były otwarte na oścież i chłopcy wpadali i wypadali z domów. Psy łaziły po świeżo usypanych śmietnikach. Nobliwi Żydzi w środku tygodnia kroczyli przy wozach naładowanych żywnością i sprzętem gospodarskim.

Mama nie chciała jednak tak długo czekać. Na stare mieszkanie nie mogła po prostu patrzeć. Z każdego kąta coś człowieka wyganiało. Toteż natychmiast po opuszczeniu domu dziadków zaczęła szukać nowego mieszkania. Wkrótce znalazła i wynajęła najlepsze chyba w mieście mieszkanie. Istny pałac.

Poczekano, aż minie sobota i we wtorek, jako że jest to dzień szczęśliwy, zorganizowano przeprowadzkę.

Chłop, który codziennie rano przychodził budzić ojca, nie wiedział nic o naszych planach. Zgodnie ze zwyczajem stanął przed oknem starego mieszkania i zaczął pukać w szybę, wołając:

— Panie kupiec! Panie kupiec!

Ale pan kupiec, to znaczy mój tato, był już ubrany. Wpuścił chłopa do mieszkania i powiedział mu, że dzisiaj nie pojedzie na wieś. Dzisiaj przeprowadza się do nowego mieszkania. Chłop zaś pomoże mu z przeniesieniem rzeczy.

Tego dnia nie poszedłem do chederu. Modlitwę odmówiliśmy wcześniej niż zwykle. Szybko, na jednej nodze zjedliśmy gorące śniadanie, odmówiliśmy błogosławieństwo dziękczynne i zabraliśmy się do roboty.

Ojciec razem z chłopem z trudem odsunęli szafę od ściany, na której pozostała duża ciemna plama, mieszanka pajęczyny i kurzu. Na podłodze nieposprzątanego mieszkania walały się niedopałki papierosów, pogięte łyżki cynowe, drewniane formy do odlewania chanukowych bączków i parę sztywnych mankietów zmarłego Mojsze.

Kiedy zdjęto lustro wiszące nad komodą, ukazał się pająk, który w popłochu zaczął uciekać po ścianie w kierunku belki pod sufitem. Tam się zatrzymał i jakby zdziwiony popatrzył na zamieszanie i nieporządek powstały w mieszkaniu.

Łóżko ojciec sam rozebrał. Chłop chciał mu pomóc, ale ojciec się nie zgodził. Rozwarł wargi i pokazawszy mu dwa rzędy białych, zdrowych zębów, oświadczył chłopu po żydowsku:

— Nie pomagaj mi, sam to zrobię.

Łóżka były od zawsze słabostką ojca. Twierdził, że łóżko to jakby żona. Jeśli obcy go dotknie, zepsuje na amen.

Mama opatulona w ciepły szal, nie miała już nic z warszawskiego wyglądu. Nalała do dzbana wrzątku i polewała nim rozmontowane łóżko.

Na podłodze leżała wilgotna słoma, która przyklejała się do nóg chodzących po mieszkaniu.

W powietrzu unosił się zapach nieświeżej pościeli oraz szmat, które walały się pod łóżkiem Józi. Spod odsuniętej komody ukazały się puste pogniecione puszki po sardynkach. O tym, jak się tam dostały, nikt z domowników nie miał pojęcia.

To tylko pozostało. Pozostało również echo biegnące od jednego do drugiego kąta i mroczna samotność, która pozostaje w każdym mieszkaniu, z którego wyprowadzają się żywi ludzie.

Na saniach rzeczy leżały w nieładzie, bez jakiegokolwiek porządku. Cztery nogi odwróconego stołu sterczały ku niebu. Czerwona pościel wtłoczona została między nogi stołu. Wiadro na pomyje razem z czarnymi nadtłuczonymi garnkami leżały w otwartej szufladzie komody.

Sanie trzeszczały pod tym ładunkiem.

Po jednej stronie szedł ojciec ze ściennym zegarem w rękach. Niósł go tak jak, nie przymierzając, nosi się zwój Tory dookoła bimy w Święto Radości Tory. Z drugiej strony sań szła mama taszcząc lampę stojącą, która w starym mieszkaniu zapalana była tylko w święta.

Ja siedziałem na saniach z tyłu, z twarzą zwróconą do ulicy. Ręce miałem zajęte trzymaniem lichtarzy. U moich nóg leżało stare żelazko do prasowania, które dziadek podarował nam z okazji mego wyzdrowienia.

I w taki sposób dotarliśmy do nowego mieszkania. Ze stojących w jednym równym rzędzie drewnianych domów wystawał jeden mały murowany żółty domek kryty blaszanym dachem. Spoglądał z niego na nas biały, bielszy nad śnieg, kot. Wąsy mu drgały, gdy wyciągnął ku nam łebek. Z wielkiego widać zdumienia nagle zaczął ziewać.

Sanie z rzeczami musiały pozostać na ulicy. Brama okazała się za wąska. Podwórko jeszcze węższe. Studni nie było widać. Zalatywało wieprzowiną i starymi, wilgotnymi szmatami, które wisiały na drewnianym ganku.

Pod tym właśnie gankiem znajdowało się nasze nowe mieszkanie. Było mniejsze od poprzedniego. Kuchnia pomalowana była na niebiesko. Tynk na ścianach kruszył się. Sufit był jakoś dziwnie wykrzywiony. Samo mieszkanie miało kształt kwadratu. Dwa okna wychodziły na wąskie podwórko. Jasno w nim nie było. Podłoga za to pomalowana była na czerwono. Chyba z jej powodu mama wybrała to mieszkanie.

— W Warszawie — powiedziała — podłogi są pomalowane na czerwono.

Tato lekko się zachmurzył i patrząc na ściany, powiedział:

— Jakoś tu ciemno.

— Przecież jest zima — usprawiedliwiała się mama. — Latem, jak Bóg da, będzie jaśniej.

Mamie podobało się nowe mieszkanie. Było przestronne i czyste. Bez plam na ścianach. Mokra słoma nie walała się na podłodze. Nie będzie tu myszy. Tu już Mojsze nie umrze. Nie będzie też Józi, która nie przestaje mi się śnić.

Z zewnątrz zagląda do mieszkania szary, dymiący wieczór. Ktoś biega po ganku. Od tego biegania drga nasz sufit.

W mieszkaniu jest teraz ciepło i jasno. Mama zapaliła dużą lampę, tę od święta.

Ojciec przestawia szafę. Otworzył przy tym usta. Pokazuje swoje białe, piękne zęby i trochę postękuje. Ja przyświecam mu małą lampką naftową i za każdym ruchem, kiedy tata postękuje, wtóruję mu westchnieniem. Jest zupełnie inaczej niż w starym mieszkaniu. Pod kuchnią bucha ogień. Stare wyszczerbione garnki stoją na fajerkach. Kipi już i gotuje się. Tak jak u babci w kuchni. Twarz mamy z jednej strony jest czerwona. Rękawy bluzki zawinięte aż po łokcie. Wyglądają jak obwarzanki.

Co chwila pokazuje się na progu pokoju i spokojnym, troskliwym głosem przypomina:

— Lejzorze, może byś się umył? Jedzenie nie może długo czekać.

Ale ojciec jeszcze nadal męczy się z szafą. Montuje właśnie górną jej część. Podparł ją ramieniem pochylając nieco głowę w bok. Stoi mocno na nogach. Nagle opuszcza ramię, nachyla się i górna część wchodzi lekko w szyny dolnej części szafy.

W kuchni mama szykuje już stół. Z miseczek kaszy bucha gorąca biała para. Na stole leży chleb pytlowy. Mama kroi duże pajdy, z których tato wykraja małe kromki. Moczy je w soli i dopiero wtedy bierze do ust.

Kilka much zostawia chleb i siada na brzegach miseczek z kaszą.

Ojciec co chwila odkłada łyżkę. Badawczym wzrokiem śledzi poczynania much. Chce ustalić, gdzie mają zamiar usiąść. Mama odgania je łyżką, potem ręką i popędza przy tym ojca:

— Jedz już. Jedzenie wystygnie.

Ja wiem, dlaczego go popędza.

Nie było w naszym domu większego zmartwienia jak wtedy, gdy ojciec znalazł muchę w swoim jedzeniu. Jedzenie mogło być nadzwyczajne, mogło się nawet składać z łebków kur, ale ojciec nie tknął go już. Wolał być głodny.

Tym razem jednak muchy zmęczyły się. Jedną matka zabiła ręcznikiem. Pozostałe przylepiły się do sufitu i stamtąd spoglądały do misek, z których jedliśmy i na chleb, który znikał powoli ze stołu.

W nowym mieszkaniu zgodnie z zarządzeniem mamy spożywano posiłki w kuchni. Tylko w sobotę i święto jedliśmy w pokoju. Pokój mama sprzątała sama. Stół stał pośrodku, a nie przy oknie, jak to było w starym mieszkaniu. Na stole zawsze leżał kolorowy obrus z wyhaftowanymi szkatułkami, bezgłowymi ptakami i dzikimi kwiatami.

Nad komodą, obok zielonego lustra mama zawieszała fotografie swoich synów i jedynej córki, Cypele, która niedawno się zaręczyła.

Na komodzie leżała gruba bawełniana, ręcznie wyszydełkowana serweta obramowana frędzelkami. Stał tam też klosz ze szlifowanego szkła w kształcie łódki. Można było w nim przechowywać guziki z masy perłowej, szpilki, naparstki. Leżał w nim żabot ubierany przez mamę od przyjazdu z Warszawy tylko w sobotę i święta.

Nic jednak tak nie zdobiło komody, jak pocztówki z życzeniami, które mama otrzymała od swoich synów przebywających na obczyźnie. Obie pocztówki błyszczały w pokoju złotem i srebrem. Obie miały okrągłe ramki ze złotymi literami: „Herzliche Glückwunsche zum neuen Jahre!”. I przy obu tych ramkach stały tak, jak strażnicy przy wejściu do raju, dwa małe gołębie trzymające w dzióbkach koperty.

Ojciec nie miał pojęcia o tej nowej ozdobie. W starym mieszkaniu nigdy tych pocztówek z życzeniami nie widział. Kiedy się teraz pojawiły na komodzie, oglądał je najpierw z pewnego dystansu, wycierając przy tym pot z czoła. Potem podszedł bliżej i tak, jakby to była delikatna rzecz ze szkła, wziął pocztówki w swoje duże, zmarznięte ręce.

— Co to ma być?

— Pocztówki z życzeniami — wyjaśniła mama.

— Pocztówki? Od kogo?

— Od Jojny i od Abramka.

Broda ojca oparła się o klapy marynarki. Jedną ręką włożył okulary, drugą postawił pocztówki na komodzie. Już więcej nie patrzył na nie. Drzemiącymi oczyma szukał czegoś po bokach lustra, gdzie wisiały fotografie dzieci matki.

Tata widocznie szukał fotografii swego syna, Lejbke, który odbywał służbę wojskową w Jekatierynosławiu. Znalazł ją, ale trochę dalej od lustra. Wisiała w sąsiedztwie jakiejś kobiecej postaci, której nikt z domowników nie znał.

Tato nie miał pretensji o to, że jego Lejbke wisi gdzieś na uboczu. Potem jednak, kiedy siedzieliśmy przy kolacji patrzył na mnie swoimi niebieskimi oczami i powiedział:

— Nic nie pisze ten Lejbke.

Nikt nie zareagował na to. Tato powoli ukroił małe kromki chleba, wsadził łyżkę do miski i znowu się odezwał:

— Wśród gojów... Jekatierynosław... tam nie otrzymują takich pocztówek.

W nowym mieszkaniu życie płynęło tym samym rytmem co w starym. Codziennie rano przychodził ten sam chłop i przez szybę wołał:

— Panie kupiec! Panie kupiec!

Przed wyjściem z domu ojciec zostawiał pod serwetą na komodzie pieniądze na wydatki. Mama targowała się, twierdząc, że za te pieniądze domu nie wyżywi. Mimo to wszystkie posiłki przygotowane były na czas. W mieszkaniu było czysto i ciepło.

A jednak przy tym wszystkim unosił się w nowym mieszkaniu smutek. Może dlatego, że było zbyt czyste i zbyt uprzątnięte. Może dlatego, że nad oknami zwisał drewniany ganek, który nie dopuszczał światła słońca. A może po prostu było to smutne mieszkanie.

Pierwszą osobą, która odczuwała ten nastrój była mama. Była jak ta jaskółka, która przy pierwszym deszczyku czuje, że lato już mija. Stała się niespokojna. Z każdym dniem zaczęła mniej uwagi przywiązywać do czystości i porządku w domu. Zdarzało jej się zapominać o przygotowaniu posiłków na czas.

Nie można było jednak mieć do niej o to pretensji. Bo jak inaczej mogła postępować? W pobliżu nie było sąsiadów. Ja zaś cały dzień przebywałem w chederze. Ojciec jeździł po wsiach, żeby skupować siano.

Nic więc dziwnego, że zostawiała dom na łaskę losu i wpadała do ciotki Miriam, a czasem spędzała długie godziny u babci Ruchli. Garnki na płycie kuchennej znowu zaczęły świecić pustym wnętrzem.

Dopiero kiedy ojciec wrócił, mama zaczynała szykować kolację. Głodny tato wpadał w złość. Bywało, że i przekleństwo wymykało mu się z ust, a czasami kładł się spać bez kolacji. Stąd też nie dziw, że w domu zapanował smutek. Wielki smutek.

I oto pewnego dnia, zimą, nagle otwarły się drzwi i do mieszkania wpakował się wysoki młodzian z uniesioną głową. Na ramionach miał składane łóżko żelazne, a w ręku tobołek z pościelą.

— Gdzie mam postawić? — mruknął surowym głosem.

— Tu za przeproszeniem — powiedziała mama i wskazała na miejsce między kredensem z zastawą kuchenną i beczką z wodą.

Młodzieniec postawił łóżko i tobołek na wskazanym miejscu, odsapnął i wyszedł. Po kilku chwilach znowu otwarły się drzwi i młodzian wjechał niebieskim kufrem na kółkach. Kufer obity był żelaznymi obręczami, zamknięty na dwa zamki.

— A gdzie jest Hudl? — zapytała mama.

— Już idzie — odpowiedział młodzieniec.

Nie mylił się. Hudl rzeczywiście się pokazała. Nie szła normalnym krokiem, ale jakimś tanecznym. Okrąglutka, pulchniutka. Z progu zawołała:

— Dobry wieczór, Frumet!

— Dobry wieczór! Dobry wieczór! Dlaczego tak późno?

— Na co się spóźniłam?

Hudl, ubrana w brązową szubę z wytartym kołnierzem, ciekawie rozejrzała się po naszej kuchni. Postawiwszy przy drzwiach męski parasol, głęboko odetchnęła.

— No, masz pojęcie? Szmat drogi...

— Czy to tak daleko?

— Daleko — odpowiedziała Hudl, zdejmując z głowy wełniany szal. Po chwili odwróciła twarz w stronę młodego człowieka i zapytała:

— Ile ci się należy?

— Dwa złote, ciociu — odpowiedział młodzieniec, ścierając pot z czoła.

— Nie jestem dla ciebie żadną ciotką, rozumiesz?

Hudl wykrzywiła z niesmakiem nos:

— I dlaczego raptem dwa złote? Zgodziłam się na czterdzieści groszy.

— Taki szmat drogi za czterdziestaka?

— Nie chcesz? To możesz mnie podać do sądu.

— Cioteczko! Niech pani nie odstawia chojraka i buli forsę.

— Jaka ci jestem ciotka, ty wsioku jeden!

— A co nie przystoi pani?

— Jasne, że nie przystoi.

— No cóż. Jeśli nie przystoi, to może mi pani zrobić przysługę i...

— Jak ci dam w pysk, to zobaczysz swoją prababkę.

I jednym skokiem znalazła się z zaciśniętymi pięściami przed chłopakiem.

— Bardzo proszę, chcę zobaczyć, co taka baba potrafi.

Hudl była kobietą krzykliwą, energiczną i ambitną. Gdyby w sprawę nie wmieszała się moja mama, która na widok kłócących się ludzi dostawała drgawek i gdyby nie dodała chłopakowi jeszcze dziesięć groszy, to by doszło do bójki.

Chłopak wyszedł z domu z okrzykiem „cholera”. Hudl odpłaciła mu tym samym. Zła i gniewna zaczęła nerwowo rozpinać nieco za ciasną dla niej szubę.

— Pomóż mi zdjąć ją, Frumet — poprosiła mamę.

Matka położyła potem szubę na krześle. Hudl skrzywiła się:

— Dlaczego na krześle? Dlaczego nie w szafie?

— W szafie trochę za ciasno — usprawiedliwiała się mama.

— Jeśli w szafie za ciasno, to się nie przyjmuje lokatorów. Co jest? Moja szuba jest gorsza od twoich ciuchów?

— Kto mówi, że gorsza? Uchowaj Bóg! Zaczekaj, rzucę okiem. Może znajdzie się miejsce w szafie.

Niebawem szuba zawisła w naszej szafie. Hudl ściągnęła z siebie jeszcze kaftan i watowany serdak. Została w barchanowej bluzce i spódnicy. Teraz zaczęła się na nowo rozglądać po kuchni.

— Tutaj będę?

— Tak, Hudl.

— Czy tu jest tak ciepło, jak mi mówiłaś?

— Ciepło jak w piecu.

— A gdzie tu ubikacja?

— Na dworze. Dwa kroki od drzwi.

Mama rozmawiała z Hudl pokornie, z przymilnym uśmiechem. Jakby czuła się winna.

— A gdzie podziewa się twój mąż?

— Zaraz zapewne się zjawi.

— Kto mi złoży łóżko? Kto?

— Jakoś złożymy.

— A nocnik masz?

— A jak można nie mieć?

— A ten, to twój syn? — Hudl nagle skierowała swoje duże, kocie oczy ku mnie. I patrząc tak, rozdziawiała w uśmiechu swoje szerokie usta.

— Tak. To mój syn, Mendel. Najmłodszy, oby zdrowy był.

— Więcej dzieci z mężem nie miałaś?

— Miałam jeszcze dziewczynkę, ale umarła. Oby on za to długo żył.

— Na psa urok. Niczego sobie chłopak. Chłopak jak świeca. Podejdź no bliżej.

Nie podszedłem. Ta kobieta nie spodobała mi się.

— U kogo się uczysz?

— U Szymy-Josefa — odpowiedziała za mnie mama.

— A z pianą już odlewasz się?

Zauważyłem, jak mama oblewa się rumieńcem. Usta Hudl rozszerzyły się od ucha do ucha. Nie wiedziałem, co ze sobą począć. Ta baba wdarła się do nas jak choroba. Nie przejęła się ani moim zakłopotaniem, ani rumieńcem mamy. Śmiała się bezczelnie w oczy, pociągała nosem. Wyciągnęła z kieszeni garść cukierków i gryząc je zapytała mamę znowu:

— Kiedy twój mąż wstaje?

— Raniutko.

— To przecież nie da mi zmrużyć oka.

— Nic podobnego. Mnie, która śpi jak kura, nigdy nie budzi.

Z całej tej rozmowy wywnioskowałem, że Hudl wprowadziła się na stałe do naszej kuchni. Mamie już nie będzie smutno. Jeszcze jeden człowiek będzie w domu. Będzie mieszkał u nas tak, jak w starym domu Józia, córka bednarza.

Tej nocy późno zasnąłem. Z przymkniętymi oczami widziałem, jak po mieszkaniu krąży ta obca kobieta, okrągła i pulchna jak pierzyna. Potem słyszałem, jak żelazne łóżko Hudl skrzypi. Jak pociąga nosem, jak mlaska językiem. Słyszałem nawet, jak oddaje mocz do blaszanego nocnika.

Rozdział VIII

Hudl mogła mieć ze czterdzieści lat. Ona sama twierdziła, że zbliża się do trzydziestki. To tylko gorzkie życie i parszywa profesja uczyniły ją starą.

Kiedyś Hudl miała męża, ale był to człowiek nie do życia. Niedorajda i w dodatku dotknięty chroniczną chorobą. Hudl bez dłuższego namysłu porzuciła go i wyszła za mąż po raz drugi. Pragnęła mieć dzieci, ale nic z tego nie wyszło. Jeździła do wielu cadyków. Zasięgała porad najlepszych lekarzy i wypijała morze wywarów z ziół.

Na dużym podwórzu za bóżnicą, gdzie był dom Hudl, zbierały się kobiety i dziewczęta ciekawe posłuchać, jak Hudl miota przekleństwa na głowy swoich mężów. Obaj mężowie Hudl byli widać nieco głuchawi i nie słyszeli, czego Hudl od nich chce. Ona sama — krzyczała — jest zdrowa jak rzepa. Wszyscy lekarze i wszyscy święci Żydzi z Kongresówki zapewnili ją o tym. Słowem winni są tylko jej mężowie, oby gniew nieba spadł na nich.

Wyjść za mąż po raz trzeci już nie chciała. Jeśli wszyscy mężowie warci są śmierci, to ona nie będzie ryzykować życiem. W wieku więc trzydziestu kilku lat, w pełni sił żywotnych, Hudl została wdową.

Smutny jest los samotnej wdowy, nawet kiedy jest się kobietą typu Hudl. Szukała więc kontaktów z ludźmi. Chciała mieszkać i żyć wśród obcych rodzin. Wszędzie woziła ze sobą niebieski, opasany żelaznymi obręczami kufer na kółkach, który z każdym dniem stawał się cięższy od sobotnich lichtarzy, poduszek, ubrań i innych fantów, które biedni ludzie zastawiali u niej i nie mogli potem wykupić.

To chyba mama postarała się o to, by Hudl z nami zamieszkała.

— Po pierwsze — stwierdziła mama — mniej nas będzie kosztował czynsz. A po drugie będzie jakoś przytulniej w mieszkaniu.

Ojciec nie był specjalnie zadowolony z nowej lokatorki. W owym czasie był w stanie sam opłacać czynsz, a co się tyczy przytulności, nie rozumiał, dlaczego mamie miałoby jej w tym mieszkaniu brakować.

Toteż patrzył na Hudl złym okiem. Nie mówiąc słowa, obejrzał kuty kufer, po czym wbił oczy w mamę. W jego spojrzeniu było nieme pytanie:

— Po co nam to było, Frumet?

Hudl wyczytała pytanie z jego oczu. Rozdziawiła więc gębę:

— Czemu pan tak patrzy, panie Lejzorze?

— Dlaczego nie miałbym patrzeć? Na piękną kobietę warto popatrzeć... — zażartował ojciec.

— Cha, cha, cha — skóra okrągłej twarzy Hudl zmarszczyła się.

— Prawda, panie Lejzorze, że jeszcze jestem warta grzechu?

— No, Hudl, przestałabyś — wtrąciła się szybko mama.

— Dlaczego miałabym przestać? W imię czego? Czyżbyś była zazdrosna?

— Nie jestem zazdrosna. Nie lubię takich żartów.

— On przecież, tak czy owak, nie słyszy tego, co się do niego mówi.

Być może tato rzeczywiście nie słyszał, ale za to ja wszystko dobrze słyszałem. Od samego początku. Zabolało mnie, że Hudl stroiła sobie żarty z głuchoty taty. Jej głośne i bezczelne gadanie dotknęło mnie do żywego. Znienawidziłem tę wypasioną babę. Wniosła do naszego domu krzykliwość i obcość. Kuty zielony kufer, który przedtem stał w kuchni, nagle wjechał do dużego pokoju. Hudl z każdym dniem stawała się grubsza. Z dnia na dzień coraz bardziej błyszczała.

Mama w tym czasie całkiem prawie straciła swój miękki, ładny, w Warszawie wyhodowany, podbródek. Twarz jej ściągnęła się i wyostrzyła. Z rana nie nosiła już czarnej jedwabnej spódnicy, którą dostała od ciotki Gitl-Hadasy. Miała teraz na sobie zwykłą barchanową. Stała się jakby wyższa, szczuplejsza.

Hudl chodziła po mieszkaniu, kołysząc biodrami i demonstrując gołe ramiona. Swoją perukę wysmarowała jakimś gęstym smarem, którego zapach drażnił nozdrza. Bez przerwy żuła kawałki słodkiego ciasta, na przemian z żółtą, tłustą chałwą. Oblizywała się przy tym tak samo jak Władek przy swoich wyżebranych kromkach chleba.

Kiedy żarła, odwracała twarz ku ścianie. Nigdy nie uważała za stosowne kogoś poczęstować. Jeśli ktoś zastawał ją przy jedzeniu, przestawała żuć, zamykała usta pełne żarcia i czekała, aż ów odejdzie.

Bała się strasznie uroków. Co najmniej dwa razy w tygodniu mama musiała nalać do szklanki wody, wrzucić do niej węgielek, umoczyć palce w wodzie, obmyć twarz Hudl i kilka razy splunąć wymawiając zaklęcie: „Niech to spłynie na wszystkie puste pola”.

W ten sposób mama odczyniała uroki, które jakoby spadały na Hudl. Zapach zjadanych przez Hudl pomarańczy nieraz łaskotał moje podniebienie. W nosie mi się kręciło od konfitur, które Hudl trzymała pod łóżkiem. Mimo że jej serdecznie nie znosiłem, nie mogłem się powstrzymać, żeby od czasu do czasu nie popatrzeć na to, jak zajada się tymi smakołykami.

Pewnego razu Hudl przywołała mnie do siebie, zajrzała mi w oczy i podała kawałek strudla.

— Masz młokosie! Jeśli będziesz się dobrze sprawował, dostaniesz więcej.

Czy sprawowałem się dobrze, nie wiem, ale kilka dni później znowu mnie przywołała. Obejrzała mnie ze wszystkich stron i poczęstowała chałwą.

— Jedz braciszku. Zasłużyłeś — powiedziała z uśmiechem cwaniaczki, szczypiąc mnie w policzek. — Dobra chałwa? Smakuje?

Chałwa była rzeczywiście dobra, ale dlaczego mnie uszczypnęła?

Bolał mnie policzek. Pozostał na nim siniak, który potem sczerniał. Bałem się, że mama go zauważy. Gotów byłem Hudl oddać i chałwę, i strudel, byle tylko przestała mnie szczypać.

I oto pewnego dnia w sobotę rano zdarzyła się rzecz następująca. Mieszkanie nie było jeszcze sprzątnięte. Żółty wilgotny piasek, którym posypano podłogi wczoraj, był teraz biały i suchy. Na parapecie okiennym stały zimne talerze z jeszcze zimniejszą rybą. Mamy nie było w domu. Poszła do ciotki Miriam. Ktoś tam miał wpaść. Herbaty w domu nie było. Stara Pawłowa, która w sobotę paliła u nas w kuchni, jakoś spóźniała się. Tato przeczytał już rozdział Tory przypadający na ten tydzień i chciał się napić herbaty. Być może z powodu pragnienia zaczął mnie co chwila budzić, żebym wstał.

— Już czas pójść się modlić.

Pod kołdrą było ciepło. W mieszkaniu panował chłód. Jakże mógłbym chcieć opuścić łóżko? Zacząłem więc grać na zwłokę:

— Zaraz, tatusiu, jeszcze troszeczkę.

Tato nie mógł się doczekać. Ani mnie, ani Pawłowej. Zarzucił na kapotę tałes, a na tałes wciągnął płaszcz i poleciwszy mi zaraz podążyć za sobą, udał się do bóżnicy.

Mnie nadal nie chciało się wstać. Zacząłem liczyć do stu, bo postanowiłem przy stu jeden wyskoczyć z łóżka. Ale doszedłem do dwustu i dalej leżałem.

I oto w trakcie liczenia usłyszałem, jak ktoś zamyka drzwi w kuchni.

W jakim celu ni z tego, ni z owego zamyka się drzwi w kuchni? Co ta Hudl zamierza robić?

Niedługo przyszło mi czekać na odpowiedź. W pokoju pojawiła się Hudl. Sama chyba nie wiedziała, jak wygląda. Zamiast sukni miała na sobie spodnie zakończone szpicami. Takie spodnie noszą sztukmistrze, którzy pokazują magiczne sztuczki w „budzie”. Nocnego czepka Hudl na głowie nie miała, dlatego też po raz pierwszy zauważyłem, że ma rzadkie włosy. Do tego siwe. Co się z nią stało? Szybko się rozejrzała po mieszkaniu. Podeszła do okien i zaciągnęła firanki.

Zdziwiło mnie to niepomiernie. W czym zawadzały jej firanki?

Ale Hudl widocznie miała swój plan. Nim zdążyłem się domyśleć, o co jej chodzi, jednym skokiem dopadła mego łóżka i usiadła na nim.

Gorący pot oblał moje ciało. Wstyd mi było, że obca kobieta przysiadła na moim łóżku.

Nadal nie wiedziałem, o co Hudl chodzi. Ale instynktownie naciągnąłem na głowę kołdrę i po prostu ukryłem się w jej cieple.

— Dlaczego się chowasz? — powiedziała Hudl, odkrywając kołdrę.

— No, masz cukierek.

— Nie chcę cukierków! Niech pani pozwoli mi wstać!

— Nie krzycz tak. Wiedz, że ja kiedyś zadusiłam chłopca, który tak jak ty krzyczał.

Głos jej stał się chrapliwy. Zdawało mi się, że ja właśnie jestem tym chłopcem i Hudl już mnie udusiła.

Inaczej nie mogłem tego zrozumieć. Język mi zesztywniał.

Poczułem chłód w nogach. Miałem wrażenie, że setki szpilek kłuje moje stopy.

— Głuptasku — powiedziała Hudl pochyliwszy się nade mną — przygotowałam dla ciebie pomarańcze, winogrona i orzechy laskowe. Jak myślisz, czego od ciebie chcę?

Nie powiedziała mi, czego chce, ale raptem swoimi grubymi wargami przycisnęła moje usta.

Straciłem oddech. Dusiłem się. Starałem się wyrwać moje wargi spod jej ust, ale ona był silniejsza. Rękami niby obcęgami przytrzymywała moją głowę. Po chwili poczułem przy sobie czterdziestoletnie wypasione ciało Hudl.

— Kochany — już nie mówiła tylko charczała. — Dam ci pieniądze... mam dużo pieniędzy. I zegarek też dostaniesz. Przecież już jesteś dorosły. Powinieneś mieć zegarek.

Jak w gorączkowym śnie przypomniałem sobie, że Józia, córka bednarza, też takim ochrypłym głosem do mnie mówiła. Ale Józia mnie objęła, kiedy było mi zimno po powrocie z pogrzebu. Czego Hudl chce ode mnie? Jestem teraz w jej rękach słaby i bezbronny.

I oto podnosi mnie. Nie mogę się bronić.

— Jak ja chcę, to musisz! — zgrzyta zębami i chce mnie położyć na sobie.

Ale w tym momencie zdarza się cud. Czuję w sobie napływ sił. Padam nie tam, gdzie Hudl chce. Jednym ślizgiem wykręcam się z jej rąk. Skok i jestem na podłodze.

— Ludzie, ratujcie! — krzyczę.

— Przestaniesz krzyczeć?!

Hudl wyskakuje z łóżka i gdy ja czołgam się po podłodze, ona podbiega do mnie i stawia mi na karku swoją ciężką nogę.

Nic innego, jak tylko chce mnie udusić. Tak jak to zrobiła z owym chłopcem.

Nie wiem, jak na to wpadłem. Chyba Pan Bóg pomógł mi wyrwać się z jej rąk. W jednej chwili wpiłem się zębami w nogę Hudl.

— Złodziej! Morderca! — zaczęła wrzeszczeć płaczliwym głosem.

Puściłem nogę. Zaczęła skakać na drugiej jak spętana gęś.

— Żeby cię ogień spalił, ty podły sukinsynu! Zaczekaj, już ja cię urządzę! Taki mały bękart, a już łazi do kobiet. Żeby cię cholera!

Nagle chwyta ze stołu lichtarz i rzuca go w moją stronę. Ja, szybko wciągając spodnie, ledwo zdążyłem uchylić się przed ciosem. Lichtarz spadł na kołdrę. Leży teraz na łóżku jak nieboszczyk. Hudl, skacząc na jednej nodze, znalazła się w kuchni.

Ja sam musiałem teraz wyglądać jak nieboszczyk.

Ubrałem się w mig. Przez kuchnię nie mogłem przejść. Tam była Hudl. Otworzyłem więc okno i wyskoczyłem na dwór.

Z kuchni doszło mnie błogosławieństwo Hudl:

— Żebyś połamał ręce i nogi!

Na ulicy wpadłem na mijanych ludzie. Którędy się idzie do bóżnicy? Zaszedłem nie tam, gdzie trzeba. Znalazłem się w starym ogrodzie miejskim. Biada mi! Co powie tato i co ja jemu powiem?

Droga do bóżnicy zajęła mi znacznie więcej czasu niż zwykle. Przyszedłem w połowie nabożeństwa. Ojciec popatrzył na mnie wzrokiem pełnym złości. Nic nie powiedział. Położył rękę na moim ramieniu. Pokazując mi palcem odmawiany właśnie werset w modlitewniku mruknął:

— No, o...

Wbiłem wzrok w żółte na pół podarte kartki modlitewnika, ale liter nie widziałem. Na karku czułem palące spojrzenie ojca. Wśród linijek tekstu pojawiała się Hudl. Nie wiedziałem, czy już należy odwrócić stronicę. Nie słyszałem, jaki werset odmawia teraz kantor. Ojciec co kilka chwil wychylał głowę spod tałesu i mruczał:

— No, oo...

Nie wolno mu było rozmawiać, ale w jego mruknięciu, które pochodziło raczej z nosa niż ust, usłyszałem z uporem powtarzane pytanie:

— Gdzie tak długo byłeś? Dlaczego nie modlisz się? Dlaczego jesteś taki zmieszany?

Modlitwa stała się dla mnie istną pańszczyźnianą męką, piekłem. Prosiłem Boga, żeby się prędzej skończyła, żebyśmy mogli już pójść do domu. Ale znaleźć się w domu też nie było dobrym rozwiązaniem.

— Co się z tobą dzieje, Mendel? — głos ojca niby świder, wiercił mi dziurę w mózgu.

— Nic. Co ma się dziać?

— Dlaczego od razu nie przyszedłeś do bóżnicy?

— Nie miałem czystej koszuli — szybko zmyśliłem kłamstwo.

— Co znaczy, żeś nie miał czystej koszuli? Przecież leżała na krześle.

— Nie mogłem jej znaleźć.

— A matka jeszcze nie wróciła?

— Nie.

— Coś mi wyglądasz na zmieszanego. Mendel, co ci jest? Może jesteś chory?

— Głowa mnie troszkę boli.

Nie kłamałem. Głowa faktycznie mnie bolała. I pod sercem coś mnie kłuło. Ojciec powoli i dokładnie obejrzał mnie. Nie mogłem ustalić, czy mi wierzy, ale nie zamęczał mnie więcej pytaniami.

Szliśmy w milczeniu. Śnieg przyjemnie skrzypiał pod nogami. W innych okolicznościach pozwoliłbym sobie na ślizganie po zamarzniętym rynsztoku. Po cichu oderwałbym się od ojca i z kumplami zabralibyśmy się do lepienia bałwana. Dzisiaj jednak biała sobotnia ulica wyglądała czarno w moich oczach.

Było mi zimno. Zdawało mi się, że w skrzypieniu śniegu słyszę słowa o mojej winie, o moim grzechu. Wstydziłem się kroczyć tuż przy ojcu. Bałem się bowiem, że swoim brudnym ciałem zanieczyszczam jego sobotnią kapotę.

Kiedy przyszliśmy do domu, fajerki na płycie były już białe od gorąca. Z pełnych garnków rozchodził się zapach gęsiny i słodkiej kapusty.

Jak widać, matka wróciła już od ciotki Miriam. Opowiedziała, że wuj Szmuel przejadł się wczoraj i zachorował na żołądek. Lekarz Towie przystawił mu pijawki. Mama zaczęła się krzątać przy łóżku. Wygładziła kapy i poduszki. Przy łóżku ojca zatrzymała się trochę dłużej. Serce podskoczyło mi do gardła. Czyżby coś zauważyła?

Ale po chwili przewróciła tylko na drugą stronę kołdrę i rozciągnąwszy ją, wygładziła.

Hudl stała w naszym pokoju twarzą zwrócona ku oknu. Była ubrana w czarną suknię i miała złoty, długi łańcuch na szyi. Gruba, rozłożysta, lekko kiwała się nad otwartym modlitewnikiem.

Patrzyłem na nią z boku. Byłem pewny, że zaraz obróci się twarzą ku mnie i głośno powie, dlaczego dzisiaj spóźniłem się do bóżnicy. Szykowałem się już do odpowiedzi. Przecież ja również miałem coś do opowiedzenia.

Hudl jednak nic nie powiedziała. Zaczęła chodzić po pokoju, gniewna, chmurna, z opuszczoną głową. Nikomu w oczy nie patrzyła.

— Hudl — zapytała mama — czy masz, nie daj Bóg, jakieś zmartwienie?

Hudl nie odpowiedziała. Zaraz po obiedzie wyszła do miasta i przez całą sobotę nie było jej w domu. Dopiero późno w nocy, kiedy ojciec siedział już na łóżku i ściągał buty, zjawiła się.

Postanowiłem trzymać się jak najdalej od Hudl. Już wiedziałem, do czego zmierza swoją chałwą i strudlem. W sobotę już nie wylegiwałem się w łóżku. Wręcz przeciwnie. Wstałem wcześniej od ojca.

Sama Hudl przestała od tamtego czasu rozmawiać nie tylko ze mną, ale również z mamą i z ojcem. Nikogo nie poznawała i nikogo o nic nie pytała. Przez cały dzień paradowała po mieszkaniu w koszuli z dekoltem i z obnażonymi w całości ramionami. Siedem razy dziennie otwierała i zamykała kufer. Jedzenie swoje gotowała w garnkach mamy. Rozbijała szklanki. Jednym słowem oszalała. Mama przyglądała się temu i milczała. Ojciec, który wyjeżdżał raniutko, nigdy Hudl w takim stanie nie widział. Kiedy zamykał za sobą drzwi, Hudl właśnie przewracała się na drugi bok. Kiedy w nocy wracał i otwierał drzwi, Hudl spała już, zmęczona złością obnoszoną za dnia.

Raz tylko, kiedy mama była chora, ojciec został w domu. Wtedy zobaczył Hudl.

Kręciła się po mieszkaniu w wydekoltowanej koszuli nocnej. Co chwila podchodziła do swojego kuferka. Otwierała go, wyciągała jakieś rzeczy, potem wkładała je z powrotem i zamykała.

Ojciec z tałesem na ramionach modlił się. Czy jego oczy na dłużej zatrzymały się na postaci Hudl, trudno powiedzieć. Faktem jest, że w pewnej chwili zaczął modlitwę szybciej i głośniej recytować.

Mama leżała w łóżku. Była osłabiona. Nie mogła rozmawiać. Kiedy jednak, przy bożej pomocy, wstała z łóżka, a Hudl dalej kręciła się po pokoju w swojej wydekoltowanej koszuli, nie wytrzymała i zawołała:

— Hudl, czy ci nie zimno?

Hudl podeszła do kuchni i wetknąwszy prawie twarz w garnek z gotującą się strawą odpowiedziała:

— Dlaczego ma mi być zimno? Czy nie pali się w kuchni?

— Ale jak można w taki sposób paradować po mieszkaniu?

— A w jaki to sposób paraduję?

— No wiesz... może byś coś tak włożyła na siebie? Nie wypada...

— Popatrz, no, popatrz... nie wypada... czego mam się wstydzić? Czy to nie moje?

— Ależ posłuchaj, Hudelciu, w twoim wieku... no wiesz... w mieszkaniu przebywa przecież chłopiec...

— Widzicie ją? Boi się o chłopca! Dobra, dobra, ten twój chłopaczek, to twoje biedaczysko, wie więcej niż my obie.

Krew napłynęła mi do twarzy. Wybiła chwila. Hudl zaraz opowie, zaraz powie. Gdzie się tu schować? Co powiedzieć?

— Sza! Ani słowa! — Mama jakby odpędzając rękami słowa Hudl, odskoczyła od niej i zawołała:

— Niech już lepiej twoi wrogowie mówią za ciebie!

Hudl założyła ręce na biodra i stanąwszy pośrodku pokoju powiedziała:

— Od kiedy to stałaś się taką pobożną matroną?

Twarz matki wydała mi się w tej chwili dwukrotnie większa niż zwykle. Malowało się na niej zmieszanie i niepewność.

— Nie stałam się pobożną matroną — tłumaczyła się — ale w domu są mężczyźni...

— Przyzwoici mi mężczyźni! Ładni mi mężczyźni! Żebym tak zdrowa była, jak ci mężczyźni lubią to, czym inni nie gardzą...

Wypowiedziała to z triumfującym, tajemniczym uśmieszkiem na twarzy i z taką zuchwałością, że wargi matki w mig się zamknęły. Widać było, że z trudem łapie powietrze.

Dotknęło mnie to do żywego. Gotów byłbym puścić w niepamięć własną krzywdę, ale ból matki przejął mnie do głębi. Gdybym tak mógł przyskoczyć do Hudl i kopnąć ją w brzuch, sto lat życia przybyłoby mi.

Matka chyba czegoś się domyśliła. Spojrzała na mnie jakoś smutnie swoimi niebieskimi, na pół drzemiącymi oczami. Wydawało się, że w jej wzroku tkwi żądanie, żebym zdał jej sprawozdanie, żebym powiedział jej, co jest grane.

Powiedziałbym. Opowiedziałbym wszystko, ale bałem się, że to może jeszcze pogorszyć sprawę.

Przez wiele dni matka pogrążona była w milczeniu. Jakoś zmalała i skurczyła się. Jakby Hudl przygniotła ją do ziemi, nie słowami, ale kamieniami.

Wieczory stały się ciemnoszare, nieprzyjemne, ciężkie. Matka cerowała, poprawiała i łatała bieliznę. Hudl zaś dalej zajmowała się gotowaniem jedzenia. Jak przedtem odwracała się przy jedzeniu twarzą do ściany i wcinała rosół z kurzymi skrzydełkami.

Myśmy w owym czasie mięsa w powszednie dni tygodnia nie jedli. Rano mama gotowała kaszę, wieczorem barszcz z kartoflami.

Zapach kurzych rosołów łaskotał podniebienie. Przed zaśnięciem Hudl z zamkniętymi ustami żuła kawałki pomarańczy.

Czy można było taką kobietę lubić? Nie mówię już o tym, że kiedy myśmy się kładli spać z brzuchem pełnym kartofli, ona delektowała się pomarańczami, ale czego chciała ode mnie? Co miała do zarzucenia ojcu? Właśnie, co?

Mama przez jakiś czas milczała. Było to długie i bolesne milczenie. Aż pewnego wieczoru, kiedy ojciec spokojnie przekrawał łyżką ugotowany kartofel, matka, kładąc łatę na koszuli, przysunęła się do niego i cichym głosem powiedziała:

— Lejzorze!

Drzwi do kuchni były przymknięte. Ja już zapadałem w sen. Miałem zamknięte oczy. Czułem, że matka chce powiedzieć ojcu coś takiego, czego nie powinienem usłyszeć.

Może przyczynił się do tego jej dziwny szept, a może jej długie milczenie. Fakt, że postanowiłem nadstawić uszu i podsłuchiwać.

— Lejzorze — powtórzyła matka i jeszcze bardziej przybliżyła się do ojca.

— Co? — zapytał ojciec zostawiając łyżkę w talerzu.

— Powiedz mi prawdę, Lejzorze...

Ojciec obrócił brodę ku mamie. Na jego twarzy malowała się ciekawość.

— Co?

— Widzisz, Lejzorze — słowa utkwiły mamie w gardle — Hudl...

— Co Hudl?

— Hudl powiada... to znaczy, nie mówi tego otwarcie...

Mama położyła rękę na ramieniu ojca. Ojca, widać, sprawa zaczęła obchodzić. Odsunął od siebie talerz i wbił wzrok w twarz mamy:

— Nie mam pojęcia, o czym ty mówisz, Frumet! Co chcesz powiedzieć?

— Chcę powiedzieć — głos mamy obniżył się — to znaczy zadaję ci pytanie. Powiedz mi prawdę... czy ty z Hudl? No wiesz.

— Co?

Oboje siedzieli zwróceni twarzą ku łóżku, w którym leżałem. Przez chwilę panowała cisza. Przyglądali się sobie i milczeli. W głosie mamy brzmiała płaczliwa prośba. Twarz ojca pobladła:

— Frumet! Kto ci to powiedział?

— Ona sama... Hudl...

— Co ona sama?

— Ona powiedziała, że ty z nią...

Trwało to chwilę. Chwila zastanowienia. I nagle ojciec zerwał się z miejsca, odsunął na bok krzesło i postawił krok w kierunku przymkniętych drzwi kuchni.

— Lejzorze! — Matka zagrodziła mu drogę. — Co chcesz zrobić?

— Daj mi tylko wejść do niej!

— Lejzorze! Zaklinam cię, nie rób tego! Jeśli chcesz, żebym żyła!

— Nie zaklinaj mnie Frumet! Muszę tej czarownicy dać nauczkę. Raz i na zawsze!

— Nie pójdziesz do niej. Wierzę ci. Gdybym ci nie wierzyła, to bym ani przez chwilę tu nie pozostała. No już, daj spokój. Chodź tu, usiądź przy stole.

— Nie, Frumet! Ona musi natychmiast się wynieść stąd! Podła baba! Bezczelna wiedźma!

Mama objęła ojca za szyję.

— Lejzorze, nie pójdziesz do niej! Za duży to dla niej zaszczyt. Usiądź, proszę cię.

Ojciec usiadł przy stole. Co chwila jednak kierował wzrok ku drzwiom kuchni. W końcu mamie udało się go przekonać, ale jeść już nie chciał.

We mnie wszystko się burzyło. Pierwszy i chyba ostatni raz w życiu widziałem ręce mamy na szyi ojca.

Przez jakiś czas rozmawiali jeszcze. Ich słowa powoli i z trudem cedzone przypominały powolne ruchy zmęczonych, łażących po ścianach much. Sen odebrał mi słuch. Zasnąłem z widokiem rąk mamy zarzuconych na szyję ojca. W mojej wyobraźni ręce mamy wyglądały jak dwa białe, czyste ptaki.

Pośrodku nocy coś mnie obudziło. Poczułem ból w ustach. Jakby mnie szydłem kłuto. W głowie mi szumiało. Ojca już nie było. Widocznie zdążył już wyruszyć z chłopem na wieś.

— Co mnie tak boli? Co mi w głowie szumi? Może ząb? Nie. To nie jeden ząb, ale cała połowa ust. Ból świdruje mi głowę, czuję go w plecach. Sięga już do palców u nóg.

Boję się krzyczeć. Nie chcę nikogo budzić. Wiję się i stękam. Chowam głowę pod kołdrę, ale mama mimo to usłyszała, że nie śpię.

— Mendełe? Dlaczego stękasz? Boli cię coś?

— Oj, zęby mnie bolą.

— Biada mi syneczku! Gdzie cię boli?

I nie czekając na moją odpowiedź, wstała z łóżka i w ciemności zaczęła czegoś szukać.

— Gdzie zapałki?

Panująca w pokoju ciemność była dzisiaj gęstsza niż zwykle. Zupełnie nieprzenikniona. W ciemności wzmagał się ból. Kłuł mnie w plecy. Świdrował mózg. Mama wreszcie znalazła zapałki i zapaliła lampkę. Teraz dopiero zacząłem się wiercić i wić jak wąż.

— Pokaż, Mendełe, gdzie cię boli.

Długim palcem dotknęła wnętrza moich ust. Szukała miejsca bólu. Zacząłem się dusić. Nie mogłem uleżeć w łóżku. To podnosiłem się, to kładłem znowu. Ból nie ustępował.

Mama zaczęła szukać spirytusu, czosnku i pieprzu. Chciała zrobić gorący kompres z rozgrzanego piasku. Cała izba poszła w ruch. Szafa, komoda z wiszącym zegarem. Tylko Hudl głośno chrapała. Wreszcie i ona się obudziła. Panicznym głosem zawołała:

— Co tam się dzieje? Dlaczego tak krzyczą?

— Oj, droga Hudl — mama zapomniała, że się na nią gniewa — ząb... biedaczysko... strasznie go boli. Nie wiem, czy w domu mamy spirytus. Może ty, Hudl, masz trochę spirytusu?

— Nie mam spirytusu! Skąd u mnie spirytus!

— Co w takim razie mam zrobić?

— Co zrobić? — piskliwym głosem zawołała Hudl. — Co za pytanie? Zadusić go trzeba i koniec. Żeby taki młokos nie dawał oka zmrużyć!

Mama już więcej o nic nie prosiła Hudl. Tak długo szukała, aż znalazła w domu spirytus. Wziąłem krople na ząb. Przyłożyła mi do policzka kompres z gorącego piasku. Ciepłymi rękami głaskała mnie po twarzy i w ten sposób złagodziła moje cierpienie.

Hudl jednak nie spała już. Jej głos wgryzał się w mózg jak rdza w żelazo.

— Oka nie dadzą zmrużyć. Przez pół nocy przeszeptywała się z mężem. Jak się chce gruchać z mężem, to nie trzeba przyjmować sublokatorów. I ten bękart ze swoimi zębami. Kto mu kazał mieć zęby? Chętnie bym go zadusiła.

— Obyś się sama udławiła i udusiła! Boże jedyny!

Słowa te mama wymówiła z głębi serca. I jeszcze czulej objęła moją głowę ciepłymi rękami.

Rozdział IX

Ojciec nie chciał dłużej tolerować Hudl w domu. Gdyby nawet przyszło mu mieszkać na ulicy, to z tą przeklętą babą nie chciał mieszkać pod jednym dachem.

Hudl nie miała zamiaru się wyprowadzić. Krzyczała, że jest wdową, że chcemy ją unieszczęśliwić, że się na nią uwzięliśmy.

Ojciec jednak się uparł. Nic nie pomagało. Musiała się wyprowadzić.

Tego dnia słońce świeciło niezwykle jasno i odbijało się srebrzystym blaskiem od rynsztoków, szyb okiennych i mokrych dachów.

Dziewczęta z rozwichrzonymi fryzurami, w nocnych koszulach stały w otwartych oknach i czyszcząc szyby, śpiewały pieśni o miłości i o sierotach.

Zbliżało się święto Pesach. Piękne święto wiosny i wyzwolenia, na cześć którego moja mama zawsze śpiewała:

— Święto Pesach — najpiękniejsze święto,

człowiek je do syta.

Żona jest królową, mąż jest królem,

a nędza aż piszczy w domu.

Na naszym podwórku, na którym przez cały rok pachniało wieprzowiną i kwaśnymi ogórkami, walały się teraz części łóżek, odłamane nóżki od szaf i wydarte kartki z rozsypującej się Biblii.

Mama z głową owiniętą w kawałek szarego płótna wzięła do ręki miotełkę i oczyszczała z kurzu i pajęczyny puste miejsca na ścianie powstałe po odsunięciu komody i łóżka.

I oto w chwili, kiedy wszystko już zostało wymiecione z kuchni, zjawił się w naszym mieszkaniu ów wysoki młodzian, który w swoim czasie przyprowadził Hudl. Z uśmieszkiem na twarzy, wesołym głosem zawołał:

— Co, Hudele, znowu się przeprowadzamy?

— Nie twój interes. Weź rzeczy i jazda!

Młodzian ściągnął pasek od spodni, rozstawił nogi na kształt nożyc i zabrał się do kufra Hudl.

W czasie, kiedy Hudl u nas zamieszkiwała, jej kufer stał się widocznie cięższy, albowiem młodzieniec spocił się z wysiłku.

Jeszcze mocniej ściągnął pasek i zaczął gadać do kufra tak, jak się mówi do upartego żywego stworzenia:

— No, ruszże się! Żeby cię szlag trafił! Popatrzcie jak się nażarł! No, ważniaku, poddaj się! Cholerę ci w bok!

— Do kogo, wariacie, mówisz? — zawołała Hudl zdumiona.

— Proszę mnie zrozumieć pani Hudl — odpowiedział młodzian, przymykając szelmowsko oko. — Kufer, na psa urok, jest jakoś tłusty. Przybył mu brzuszek prawdziwego bogacza. Taką świnię należy trochę podepchnąć.

— Podepchnij sobie własną durną łepetynę! Idioto! No, zjeżdżaj z nim razem, chojraku!

W końcu młodzian wyniósł się z kufrem. Postawił go na ręcznym wózku, obwiązał sznurem, po czym zabrał się do wyniesienia paki z pościelą Hudl. Z trudem ją podniósł. Widocznie bielizna również przybrała na wadze od czasu zamieszkania Hudl w naszym domu. Krzywiąc usta i ciężko sapiąc, młodzian wykrztusił:

— Co do cholery! W ciążę bielizna zaszła?

— Przestań paplać, idioto!

I tak przekomarzając się z Hudl i z jej rzeczami, młodzieniec powoli ogołocił kuchnię z jej dobytku.

Hudl bez pożegnania, nie obracając nawet głowy do nas, wyszła. Za drzwiami, dopiero kiedy na wózku znalazły się wszystkie jej rzeczy, podbiegając do okna zawołała:

— Żebyś spłonęła jak sucha szczapa! Razem z twoim mężulkiem rozpustnikiem i tym twoim bękartem!

Mama pozostała głucha na jej przekleństwa.

To widocznie Hudl jeszcze bardziej rozjuszyło. Przechyliła się przez parapet okienny i zaczęła wrzucać do pokoju nową wiązankę przekleństw:

— Znam cię, ty „pobożnisio”! Myślisz, że nie wiem, do kogo ty pojechałaś do Warszawy? Do twego kochanka poleciałaś! Doigrasz ty się jeszcze! Przyjdzie kryska na Matyska! Nie myśl, że ci to ujdzie płazem!

Ręce mamy drżały. Z niepokojem w oczach zaczęła czegoś szukać. Szary kawałek płótna zwisł jej teraz z drugiej strony głowy, niczym pęknięty balon. Hudl wymyślała tymczasem coraz nowe przekleństwa i coraz nowe grzechy mamy. Aż ta nie wytrzymała. Chwyciła wiaderko z wodą i chlusnęła w rozkrzyczaną twarz Hudl.

Ta odskoczyła od parapetu, a mama szybko zamknęła okno. Młodzian stojący przy wózku z bagażem Hudl chichotał. Nagle rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Kamień uderzył w szybę, wybił ją i trafił prosto w ścianę, na której wisiały fotografie dzieci mamy. Do nosa Abramka na środkowym zdjęciu przylepił się kawałek błota.

Po rzuceniu kamienia ustały złorzeczenia Hudl. Widocznie się uspokoiła. W mieszkaniu zaległa również cisza. Matka jednak musiała bez przerwy moczyć drżące ręce w zimnej wodzie i przykładać do czoła kompres z tartego chrzanu. Ojcu nic nie powiedziała. Kiedy ten wrócił na noc do domu, zauważył, że w kuchni nie ma już kufra i łóżka Hudl. Uśmiechnął się i zapytał:

— Wyniosła się, wiedźma?

— Wyniosła.

— Chwała Bogu!

Przez kilka dni kuchnia świeciła pustką. Każde głośniejsze słowo odbijało się w niej jakimś obcym echem. Czegoś brakowało. Lepiej jednak było odczuwać brak czegoś, niż oglądać tłustą gębę Hudl.

Tak więc w święto Pesach miało nam zabraknąć sublokatora w kuchni. Ojciec był z tego zadowolony. Gdzie to jest napisane, że w kuchni ma spać sublokator? Matka wyraźnie nie podzielała zadowolenia ojca. Po wyprowadzeniu się Hudl nadal nacierała skronie chrzanem. Po przekleństwach Hudl nie mogła dojść do siebie. Stękając po cichu z bólu, oświadczyła, że jak Bóg da, to w święto uda się do lekarza. Bóg dał, święto było, ale mama do lekarza nie poszła. Widocznie zapomniała. Bo oto w święto zjawili się u nas goście. Niespodziewani, ale bliscy, swoi, mile widziani.

Na miejscu, gdzie przedtem stało łóżko Hudl, postawiono nowe, również żelazne.

Pościel, w odróżnieniu od tej, której używała Hudl, była teraz czysta i świeża, nowa jak spod igły.

Przywiozła tę pościel Ita, najmłodsza córka ojca z pierwszego małżeństwa.

Ita przybyła z Warszawy. Była to silna, piersista brunetka, o dużych błyszczących oczach. Niska, o szerokich biodrach. Ręce miała tak spracowane, że z trudem udawało się jej nałożyć zamszowe rękawiczki.

W Warszawie pracowała jako służąca. Przez całą zimę stała przy kuchni okutej miedzianymi obręczami. W emaliowanych białych garnkach i miedzianych brytfannach gotowała i piekła dla brzuchatych, bogato ubranych mężczyzn i delikatnych, piersistych kobiet żydowskich.

— W Warszawie — powiedziała Ita — są tylko „panowie” i „madames”. Czasami trafia się „starsza pani” albo „młody pan”. Innych, znaczy się, ludzi tam nie ma.

Tam w Warszawie Ita także sypiała w kuchni. Była to jednak duża kuchnia. Wodę czerpała ze ściany, a ubikację miała tuż przy kuchni, w której spała. Nie paliła lampy naftowej. Palił się tam niebieski płomień zwany gazem.

Nijak nie mogłem zrozumieć, jak można palić lampę bez nafty. Ita wytłumaczyła mi, że w Warszawie jest taka fabryka, w której używają węgla jako opału. Spalają tam tysiące stosów węgla. Z tego węgla wydobywa się taki gaz odprowadzany rurami pod ziemią do każdego mieszkania. Mama powiedziała, że Ita nie kłamie. U ciotki Gitl-Hadasy jest też taki gaz. Mimo to nie mogłem tego pojąć. Tato zaś powiedział, że z tym gazem musi być jakoś inaczej. Nie może przecież tak być, żeby z palenia w fabryce dostawało się światło do wszystkich mieszkań.

Za to gotowanie i pieczenie w wysokich kaflowych piecach Ita miała własną książeczkę kasową. Nosiła prasowane haftowane bluzki. W każdy wieczór szabasowy chodziła do żydowskiego teatru na przedstawienie Baba-Jachna, Trefnik oraz na wiele innych umoralniających sztuk.

Wiele zim i lat spędziła Ita w Warszawie. Na święta wolała wpaść do domu, do ojca. Chciała popatrzeć na bliskie osoby i nacieszyć się nimi. W Warszawie — mówiła — czuję się samotna jak palec. Tęskniła za ojcem, za miastem, za ciotką Frumet, za mną. Przecież bardzo długo mnie nie widziała. Toteż patrzy teraz na mnie rozszerzonymi i jakby rozgorączkowanymi oczami. Cała jej twarz zmarszczyła się od nieustannego uśmiechu.

— Wyrosłeś, bez uroku — powiada do mnie. — Nie poznałam ciebie... Masz, przywiozłam ci nożyk. A tu masz modlitewnik, zaś tu tefilin, warszawskie tefilin. Oby Bóg dał, żebyś je mógł założyć na bar micwę.

Tak powiedziała moja siostra Ita i zaraz następnego dnia z rana zaczęła pomagać mamie przy porządkowaniu mieszkania na cześć nadchodzącego święta Pesach.

Stoi w otwartym oknie. Jest szeroka w biodrach. Z zakasanymi rękawami, rozkołysana, czyści kredą szyby. Bije od niej niepohamowana siła. Do podwórza, nad którym wciąż unosi się zapach wieprzowiny, docierają słowa piosenki, którą Ita przywiozła z Warszawy.

Kochałam ja chłopca, który z Wiednia był.

Kochałam ja chłopca, który z Wiednia był.

Pojechał do rodziców zobaczyć, jak się mają.

Pojechał do rodziców zobaczyć, jak się mają.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.