drukowana A5
29.59
Paziowie króla Zygmunta

Bezpłatny fragment - Paziowie króla Zygmunta


Objętość:
174 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0201-8

Wstęp

Pięciu zgrabnych wyrostków, w barwie paziów królewskich, przechodziło gwarząc, podskakując i śmiejąc się przez długi, ciemnawy korytarz, ciągnący się przez całą szerokość drugiego piętra starej, kazimierzowskiej jeszcze części zamku krakowskiego. Za nimi stąpał ciężko pachołek, niosąc na plecach ogromny tłumok z pościelą.

— No, a teraz którędy? — spytał paź, biegnący przodem,zatrzymując się bezradnie w miejscu, gdzie się dwa korytarzekrzyżowały.

— Prosto przed się, paniczku — odpowiedział parobek — dopiero na drugim zakręcie obrócimy się na lewo, potem przyjdą trzyschodki na dół, znowuj prosto, potem pięć schodków do góry,jeszcze raz na lewo, no i już.

— Dobre mi już! Toć się człek nieszczęsny zgubić może w onym labiryncie... — zawołał pierwszy z paziów z udanym przerażeniem.

— Ino łaska boska, że smoka nie masz! — dodał krępy rudawy blondynek, rzucając czapką na najbliższego kolegę.

— Krzysztof Czema mniema, że smoka nie ma! — zaśmiał się tamten, odrzucając czapkę dalej.

— Jak to nie ma? A stara Papacoda nie smok? A Marina Arcamone nie smok?

— Hola, hola, nie tak głośno, pomnijcie, że ściany mają uszy!

— Ostroróg własnego cienia się boi!

— Nie boję się niczego! — krzyknął dumnie zaczepiony, chłopak wysoki, o pięknych regularnych rysach, śniady jak Cygan.

— Przecz więc przerywasz nam mowę jakimiś uszami?

— Słusznie czyni — zawyrokował najstarszy z paziów, siedemnastoletni Paweł Szydłowiecki. — Nie tylko ściany mają uszy, ale ostre języki latają po komnatach i donoszą co trza i co nie trza, komu trza i komu nie trza.

— Bogiem a prawdą, dzieją się tu od niejakiego czasu różne cudeńka — rzekł z cicha Jaś Drohojowski, oglądając się za siebie.

— Taj coże znów takiego?

— Dobranoc ci, Montwiłł, jeszcześ nie dospał, że jak wieloryb naJonasza paszczękę na mnie rozwierasz?

— Nu gadaj, jakowe cudeńka?

— Ano, kichnie kto w swojej izbie, jużci w jedenastej komnaciewiedzą, że ma katar. Zabawi się jeden z drugim przystojnie, przezobrazy boskiej, ino że świeczkę bez noc wypalą, oho, już jego miłość pan ochmistrz Strasz skoro świt wpada i łaje. A skąd się mógł dowiedzieć? Okno jego sypialni wychodzi na wirydarz, a naszewszystkie na podwórzec. Którędyż uwidział? I tak co dzień cośnowego.

— Et, głupstwo, taj koniec — rzekł Montwiłł — gorzej, że nasw takie zaświaty przenoszą. Czegóż nie pozostawili nas razem w kupie, cożeśmy to pośledniejszego od innych?

— Nie narzekaj, nie marudź, bo nie masz o co — tłumaczyłSzydłowiecki — jeżeli cały dwór się ścieśnia, jeżeli nawet królewskie osoby niewygody cierpieć muszą, to chyba nam, paziom,milczeć przystoi.

— Jaże nic nie gadam, a taki mnie żal, że nas rozdzielono odtowarzyszy.

— Stare skrzydła burzą, nowy pałac ozdobny, wedle woli i gustumiłościwej pani, budowniczowie z Włoch sprowadzeni stawiać mają, to i nie dziw, że miejsca zabrakło; a trochę ciasnoty zażyć sięgodzi, zanim wspaniałe komnaty dla waszych miłościów zostanąwykończone — kłaniając się z przesadną uniżonością Litwinowi,rzekł Jaś Drohojowski. — Rodzic mój powiada, że za jego młodościdwunastu było paziów i usługa wedle króla jegomości szła składno,jak na kółkach.

— Toć i za pierwszej żony miłościwego pana, nieboszczki królowej Zapolyi, także ponoć nie było ich więcej. Dopiero z nową panią nowe nastają czasy: zamek za ciasny, paziów dwustu, a usługa licha; parlare italiano, utrapiare polono, wymyślare androno, nullaniente di buono i tak dalej... Czy prawdę mówię?

— Mądrze i słusznie, Mikołajku!

— Na miły Bóg... pókiż tymi zaułkami wędrować mamy? — krzyknął zniecierpliwiony Szydłowiecki.

— Wżdy gadałem waszej wielmożności — odparł pachołekflegmatycznie — że dwa razy na lewo, raz na dół, raz na górę, a my dopiero jedne schodki minęli.

— Gedroyć!

— Boner! — krzyknęli ze zdziwieniem chłopcy na widok dwóch paziów biegnących z przeciwnej strony ku nim. — Skędżeście się tuwzięli?

— Jędruś mi chciał pokazać naszą nową sypialnię — odpowiedział Konstanty Gedroyć — i zanimeście się spakowali, jużeśmy tu przybiegli.

— Jakżeście trafili?

— Ja bym miał nie znać grodu, każdego krużganka, każdego zakamarka? — zaperzył się Boner.

— Co on się tak buci, ten krasomędrek?

— Nie łajże mu, bo sprawiedliwie gada: toć od małego dzieckakręci się po całym grodzie, po podwórcach, po wirydarzach, lepiejchyba zna one wszystkie zakątki niż sam król jegomość.

— I nic mu za takowe wścibstwo?

— Wnuczek pana żupnika i wielkorządcy miasta... ino tyle rzekę. Pokąd był maluśki, to za panem dziadkiem bieżał a poły sięimał; skoro zaś podrósł, wszędy go pełno, a ot, trzeci rok mija, jak paziem ostał.

— Słuchajże, Jędrek... dobrze nam tam będzie?

— Niezgorzej, niezgorzej; przestronno, ustronno, stary Strasz trzy razy się zatchnie i trzy razy spocznie, zanim do nas dolezie.W Bogu nadzieja, że nieczęsto nas będzie nawiedzał. Jedno mi niena rękę...

— Coże?

— My na lewo w jednym kącie, a czwarte drzwi na prawo fraucymer.

— Wiwat!

— Kamilla!

— Lauretta!

— Beatrycze!

— Hipolita!

— Geronima!

— Aha, cieszcie się, błazenkowie! Po pierwsze, takie dorosłe i przerosłe panny ani patrzą na nas, a po drugie, ich pokoje położonesą w głębi, od strony zaś naszego korytarza ino komnaty signoryIzabeli Papacoda i Mariny Arcamone.

— Niechże cię nie znam z taką nowiną!

— Oho, stary Krabatius głowę beze drzwi wyścibia, widno go przeniesiono, jako i nas, na insze mieszkanie.

— Któż to jest? — spytał Gedroyć, niedawno do Krakowa przybyły.

— Medyk pana marszałka Kmity.

— Nie znam go; muszę się mu przypatrzyć.

Chłopcy, doszedłszy do drzwi swego nowego mieszkania, pchnęli Kubę z pościelą do izby, a sami nie kwapili się z wchodzeniem, obiecując sobie jakąś śmieszną krotochwilę ze spotkania z magistrem Johannesem Krabatiusem.

Tenże, człowiek niemłody, w czarnym aksamitnym długawymubraniu i takiejże płaskiej czapeczce na łysinie, stał we drzwiachswej komnaty i poglądał w korytarz przez szkła osadzone w rogowych widełkach na długim trzonku, które przysuwał prawą ręką do oczu, wyciągając jeszcze naprzód chudą szyję, ruchem właściwymkrótkowidzom. Bocianiej cienkości nogi, o dużych płaskich stopach,tkwiły w czarnych pończochach i czarnych safianowych trzewikach, zakończonych według najnowszej mody niepomiernie szeroko.

— Pan Szydłowiecki, pan Boner, panowie pazie... dobry wieczór.Co tu oni mają za jaką robotę? — zapytał Niemiec łamaną polszczyzną.

Przez twarz Jasia Drohojowskiego przeleciało drgnienie złowrogie, zwykła zapowiedź mniej lub więcej szalonego figla. Podbiegł z uprzejmą minką do Niemca:

— Dzień dobry, panie magister: my tu na nową kwaterę, waszamiłość takoż?

— Moja miłość takoż.

— Ach, co za szkoda, że sypialnia pana magistra wychodzi na północ... przy waszym niemocnym zdrowiu...

— Ja nigdy nie wychodzę na północ. Dwadzieścia jedna godzina, to ja już dawno śpię.

— Słusznie to waszmość czyni: ale co inszego chciałem rzec: powiadam, co okna są od północy.

— Ach tak... to jest bardzo niedobrze... od północ...

— A zwłaszcza że wasza miłość taki blady od kilku dni; przymizerniał srodze.

Mówiąc to, Drohojowski kopnął najbliżej za sobą stojącego kolegę wzywając jego pomocy. Jędruś Boner, jedyny do konceptów, w mgnieniu oka się zorientował i niby półgłosem do siebie, ale tak,że każde słowo wyraźnie było słychać, mruknął:

— Biedny człowiek... zmienił się nie do poznania.

— Co on mówi?

— Nic, nic, niech się wasza miłość ciepło odziewa, o febrę nietrudno.

— Nie stójcie w tym ponurym, wilgotnym korytarzu, dobry panieKrabatius! — jęknął Krystek Czema z rozrzewnieniem w głosie.

— Kochane chłopcy... poczciwe dzieci... posłucham waszej dobrej rady.

I zaniepokojony medykus cofnął się do swej izby licząc puls,naturalnie ze strachu mocno przyśpieszony. Wyjął z kieszeni małesrebrne lusterko, obejrzał język... brzydki; oczy wydały mu siędziwnie zaiskrzone, a białka żółte. Usiadł znękany na ławie i zdumał się gorzko.

Chłopcy tymczasem wpadli z krzykiem i śmiechem do swego nowego mieszkania i zaczęli porządkować swe rzeczy zniesione na miejsce przez służbę i porozrzucane bezładnie. Siedem tapczanów z siennikami twardo wysłanymi słomą stało dokoła ścian; reszta gratów, co prawda niezbyt misternych i właścicielom jedynie miłych, a niezbędnych, leżała lub stała na podłodze.

Montwiłł najpierw jął przewracać między poduszkami: wyszukał swoją, porwał kilim gruby, wojłokowy, co mu za przykrycie służył, i w mig posłał sobie łóżko. Ostroróg zawiesił łuk tatarski i sajdaczek niewielki na haku nad swoim tapczanem; Gedroyć, porwawszy bałałajkę o trzech strunach, puścił się w prysiudy doDrohojowskiego.

Jaśkowi w to graj! Hrymnął podkówkami o podłogę i dalejże kozaka. Czema w niemym uwielbieniu patrzał na nieznany mu, a ze strasznym ogniem wykonywany taniec.

Jeden Pawełek Szydłowiecki, nie dbając na wrzaski dokoła siebie, wyjmował z tobołów bieliznę i świąteczne szatki kolegów i jak dobra matka układał je z systematycznym porządkiem w drewnianych, jaskrawo pomalowanych skrzynkach, ustawionych przy łóżku każdego chłopca.

Boner, rozpalony widokiem kozaka przez prawdziwych Rusinówtańczonego, porwał mosiężną miednicę i rzemień ze sprzączką odtłumoka i walił w przyśpieszonym tempie, ile sił starczyło...

Che orgia! Che demoni! Che bestie infernale! Czicho mi saras!I'orecchie mi crepano! Taki tańcy to piekło balet... powi sarasmilościwa krolowa!

Piekielny balet zamarł w jednej sekundzie, miednica i bałałajkawypadły z rąk, oczy wszystkich chłopców skoczyły ku drzwiom otwartym, w których stała przemożna i przegruba, najstarsza damadworska królowej Bony — Izabela Papacoda.

— Powi milościwa pani, che pazie diaboli incarnati... zawola panStrasz... — piszczała przeraźliwie granatowa ze złości Włoszka.

Pawełek Szydłowiecki, jedyny, który umiał po włosku, pokłonił się z uszanowaniem i przepraszał za siebie i za towarzyszy, że przez nieuwagę i zapomnienie dopuścili się takiej niegrzeczności.

Donna Izabela przestała sapać; uprzejme słówka płynnie wypowiedziane złagodziły jej furię; spojrzała nawet dość mile na przystojnego i układnego pazia i całe zajście byłoby się ku zadowoleniu wszystkich zakończyło, gdyby nie... Kupido! Nie ten malutki bożek skrzydlaty z zawiązanymi oczkami, ach nie!

Był to inny Kupido, czworonożny, z wydłużonym pyszczkiem i cieniuchnymi nóżkami... najukochańszy charcik signory Papacody. Przez nie domknięte drzwi komnaty wybiegł za swoją panią, a usłyszawszy wrzaski wpadł, szczekając zajadle, między paziów, rzucił się na oślep z wściekłością i ostrymi ząbkami rozdarłjedwabną nogawicę małego Czemy, kalecząc go przy tym w nogę.

Wtedy Krystek, acz cichy i ślamazarny, nie pozbawiony jednakludzkich uczuć, kopnął psa z całej siły tak, aż na łokieć w góręwyleciał i skomląc żałośnie, skrył się w gęstych fałdach sukni donny Izabeli.

Włoszka syknęła przez zęby jakąś specjalną klątwę, chwyciła pieska na ręce i trzasnąwszy drzwiami, aż szyby zadzwoniły, pobiegła do siebie.

— Nu, ależ baba wąsata! Chciałby ja za rok mieć pół takie wąsy! — dziwował się Montwiłł.

— Wąsy, nie wąsy... — westchnął Szydłowiecki — będzie jutrobigos.

— Komu? Chyba nie nam, ino tej starej włoszczyźnie — zapiszczał Krystek oglądając swą zadraśniętą łydkę. — Wżdy ludzieważniejsi od psów!

— Ale pies panny Papacody to coś wcale przedniejszego niżjakiś tam durny paź — drwił Ostroróg.

— Patrzcie, patrzcie, jak się Czema zaindyczył...

— Kto by się spodział, takie to zawżdy potulne...

— Jam go miał za ciepłe piwo... — podjudzali malca koledzy.

— Durny paź? Ja wam pokażę durnego pazia! Jeszcze mnie dotąd nie znali!

— Krzysztofie Czemo, zaklinam cię, wyznaj, co zamyślasz uczynić? — z udanym patosem zawołał Drohojowski.

— Wspomnicie moje słowo; zapłacę ja onemu Kupidynkowi z nadsypką; rodzic by się mnie wyparł, gdybym się nie pomścił.

— Na psie? Cha, cha, cha!...

— Jemu doczynię, a jego pani zapłacze.

— A kto on zacz, ten malec? — spytał z cicha Gedroyć Drohojowskiego.

— Syn kasztelana gdańskiego; ród możny i wielce szanowany w województwie pomorskim.

— Ojoj, chłopcy... Odmiwąs idzie! — krzyknął Montwiłł wskazując na przypiecek.

— Cóż znowu? Co ci się uwidziało?

— A prawda, chrząka na umor, aże grzmi w całym korytarzu.

— Chrząka? To zły znak.

— Już mu ta stara jędza nabajała, co wlazło.

— O rety!... Szydłowiecki... stań na wierzchu, on cię lubi, mniejbędzie łajał.

— Bóg ci zapłać, wolę nie.

Hhhrrrum... zahuczało donośnie i jegomość pan Stanisław Odrowąż Strasz wszedł majestatycznie z groźną miną do izby.

— Matko najśliczniejsza... wie wszystko... — szepnął Czema naucho Ostrorogowi.

— Cóż, chłopcy, roztasowaliście się. W skrzynkach groch z kapustą? Hhhrum.

— Już poskładane podług rozkazu waszej miłości; może raczycie zajrzeć do skrzynek, jak porządnie wszystko leży: bielizna pojednej stronie, a...

— Dobrze, dobrze; nie zapraszałbyś tak skwapliwie, gdyby coszwankowało.

— Nie wie o niczym — mruknął Drohojowski.

— A gdzież to Montwiłł? Raz na zawsze przykazowałem, po zachodzie słońca wychodzić nie wolno i basta.

— Oooch... — dało się słyszeć stękanie za kapą komina — głowamię tak strasznie rozbolała, więc ległem co niebądź zdrzemnąć się,za pozwoleniem waszej miłości.

— Za moim? Kiedyżeś mnie o pozwolenie pytał? A ty, Czema, co się tak wciskasz za Mikołkę?

— Nogawicęm rozdarł, proszę waszej miłości.

— Pewnikiem z psikusów? Hhhrrrum.

— Nie, widział się z Papacodą... — zaszemrało w stronie Bonera.

— Na gwoździu zaczepiłem.

— Oddaj w czas rano do szatni, to ci Salomeja albo Grzybowskanaprawi. A przykażcie Kubie, coby was skoro świt pobudził;Szydłowiecki i Gedroyć jutro na służbie przy osobie miłościwejpani.

— Za łaską pana ochmistrza, mógłbym się zapytać, którzy wrazz nami na pokoje iść mają?

— Zbędna ciekawość; dowiesz się jutro. Zresztą drobnostka to, nie tajemnica. Herburt, Zbylitowski, Pieniążek, Stadnicki, Tarnowski, Zborowski, Korybut, Kazanowski, Bielski i Czarnkowski.

— Dziękuję waszej miłości.

— Barwa odświętna, ciżmy nowe, zachowanie jak najprzystojniejsze, bym się was nie powstydził!

— Panie ochmistrzu, toć...

— Milczeć! Wiem, co mówię. Niejednokrotnie już dochodzą mnie słuchy o nieokiełznanych swawolach waszych; nie próbujcie mej cierpliwości, bowiem wątła jest i łacno się zrywa. Jak wam tozresztą z dawna wiadome.

— Wasza miłość nam przygania, zawżdy ino nam... wszak paziów jest dwustu!

— Tamci stu dziewięćdziesięciu trzej to baranki bieluchne naprzeciw was; Boner jeden obstoi za czterdziestu.

— Żebym ino złapał tego, co o mnie takowe oszczerstwa sieje!

— Milczeć! Już ja was znam jak złe szelągi, niecnoty jedne!Gedroycia mniej, bo za krótki czas; że się ano was czepił odpierwszego wejrzenia, to mi starczy; poznał swój swego! Co się zasię tyczy nowego mieszkania, ostro przykazuję sprawiać się skromnie, przez hałasów, przez krzyków; w pobliskości są sypialnie panów medyków, komnaty panien dworskich.

— Bóg łaskaw na sługi swoje... nie widział się z tą czarownicą.

— Ale, nie, Krystek... chodź ino bliżej — rzekł pan ochmistrzi pokręcił za ucho nieszczęsnego Czemę — jakże to pieskowisignory Papacody? Amor... Kupido... nie pomnę.

— Bo on mnie ugryzł do krwi! Niech wasza miłość pojrzy...

— Ugryzł cię? A... to co inszego; ale po cóż kłamałeś, żeś rozdarł na gwoździu? Dzwonią na wieczerzę, marsz!

I ruszył przodem, a chłopcy w podskokach za nim. Nie wszystkim jednak pilno było: Jędruś Boner i Krystek Czema wlekli się na ostatku, zawzięcie o czymś rozprawiając.

— Jędrek... mojeś ty, pójdziesz ze mną do miasta jutro rano? Tyśmądry i sprawny do wszystkiego, a ja bym sobie nie dał rady.

— Ehe, a Odmiwąs co na to?

— Wżdy nie łazi za mną jak niańka; służby jutro nie mam, skoczymy do miasta jak po ogień i w te pędy z powrotem.

— Ino, jak... tego... to drzwi zasuń dobrze, coby cię kto niespłoszył.

— To się wie; Szydłowiecki i Gedroyć na pokojach królowej,Montwiłł nikomu nie wadzi, ino mu spanie w głowie, Jasiekz Mikołką mają iść na palcaty do tamtych, a my dwaj... no bo mipomożesz i przy robocie, prawda?

— A jakże; nie pomógłbym? Naczynie jakie dobre masz?

— Jak będziemy wracali z miasta, można będzie kupić garnekpo drodze.

— U Kasprowej?

— Lepiej u Maguliny, co pod Długoszowym domem z garnkami siedzi; prosto od niej skoczymy na górę i jużeśmy w domu.

— Słuchaj no, o kiełbasie nie zabacz.

— Ho, ho, kupię choć z pół łokcia.

— Czy się ino da zwabić?

— Ij... kiełbasa wszystko sprawi; zobaczysz, jak mnie umiłuje,ino gwizdnę, przyleci, a potem... chi, chi, chi... żeby się tylko udało!

— Co się nie ma udać? Dołoży się wszelkiego starania; no już moja głowa w tym, że go i rodzona matka nie pozna.

Rozdział I. FigielKrzysztofaCzemy

Już od pierwszych chwil przybycia swego do Polski założyła sobie królowa Bona szereg zmian, upiększeń, przeróbek w starej, wiekowym trwaniem czcigodnej siedzibie Piastów i Jagiellonów, a Zygmunt, zakochany w młodziutkiej żonie, wszystkim jej zachciankom przytakiwał, na wszystkie nowości pozwalał.

Jak już z rozmowy chłopców dowiedzieli się czytelnicy, pierwotna liczba paziów pomnożona została blisko dwadzieścia razy; najstarsze części zamku burzono, by na ich miejsce wznieść nową,piękną budowlę, pałac w stylu Odrodzenia.

I urodzajne sady, rozsiadłe od wieków na stokach wawelskiej góry, nie znalazły łaski przed obliczem młodej pani. Stare grusze i jabłonie w pobliżu komnat królowej padły w pierwszym zaraz rokupod ciosami siekiery, a ogrodnicy włoscy sadzili co wiosnę i cojesień z niezmiernym trudem sprowadzane krzewy południowe, kopali sadzawki, urządzali fontanny, grupowali piękne klomby, a w cieniu wonnych krzaków migdału wyznaczali miejsca na ławki, które znów kamieniarze, ociosawszy foremnie, jak najśpieszniej wkopywali w ziemię.

Na szczęście, wirydarzyk maleńki, ulubiony zakątek królowej Barbary Zapolyi, wciśnięty w załomie góry u stóp Baszty Sandomierskiej, uszedł bacznych oczu ogrodników, czyli też możejedno słówko z ust króla powstrzymało ich zapał, dość że parę liprozłożystych, jabłonka, śliwek i wiśni kilka ocalało od śmierci,a w miejscach do słońca zwróconych kwitły konwalie wiosenną porą, później róże, lilie, malwy i ostróżki na grządkach, a w głębi podmurem srebrzystozielone mięty, ruta drobnolistna i fiołkowe główkimacierzanek.

W tym to ustronnym ogródku bawiły się całymi dniami sierotki po Barbarze, malutkie królewny Jadwiga i Anna, pod dozorem paniSzczepanowej, starej doświadczonej służebnej, która jeszcze nieboszczkę królowę była wyniańczyła.

Gdy w roku 1520 umarła młodsza dziecinka, czteroletnia księżniczka Anna, starsza Jadwiga, nieco zaniedbana przez obojętną macochę, rosła swobodnie pod opieką najzacniejszej i całą duszą przywiązanej niańki, która jednak mimo najlepszej woli nie umiaławychowywać córki królewskiej tak, jak tego jej wysokie urodzeniei przyszłe stanowisko wymagało. Pani Szczepanowa była kobietąprostą i jedynie skutkiem długiej służby przy dworze nabrała trochęogłady. Od śmierci Anusi minęło lat cztery, a jedenastoletniaksiężniczka Jadwiga prócz pacierza, łatwych ręcznych robóteki odrobiny włoskiej mowy — nie umiała nic więcej.

Nazajutrz po przeprowadzce paziów dobrze już było z południa, gdy drzwi przedsionka zamkowego, prowadzące na ogród, służba otwarła na rozcież, a w nich ukazała się królowa z orszakiem swych ulubionych Włoszek i kilkunastu paziów.

Sześć lat minęło, odkąd piękna księżniczka mediolańska poślubiła Zygmunta I, a uroda jej wspaniała nie tylko nic nie straciła naswej świetności, ale owszem wzmogła się i przyodziała majestatem.Królewski małżonek, zakochany nieledwie do szaleństwa, uwielbiałjej wdzięki, jej wszechstronne wykształcenie, jej dowcip wykwintny, a nie widział — czy nie chciał widzieć — licznych wad i brzydkich stron jej charakteru, którymi w późniejszych latachzatruwała mu życie i ciężko się dała we znaki nielubianemu przezsię narodowi.

W czasie owym jednak była Bona zjawiskiem przecudnym, jedną z najpiękniejszych niewiast na świecie.

Szła tedy wysoka, kształtna, pełnej a smukłej kibici: w każdymcalu królowa. Główkę jej wieńczyły faliste zwoje bujnych złotychwłosów, zdobne upięciem splecionym z pereł; delikatna płeć blondynki w przeciwieństwie do hebanowych brwi i ciemnych wielkich oczu olśniewała białością; długi, zgrabny nos i bródka śliczna zaokrąglona tworzyły całość nad wszelki wyraz piękną. Suknię miała z jedwabiu srebrzystego, haftowaną w girlandy z róż. Stanik głęboko wycięty w kwadrat, a krojem swym przedłużającymniepomiernie kibić, miał z przodu trzy równoległe wyszycia z drobnych pereł. Rękawy bardzo wąskie rozszerzały się powyżej łokcia, a ściągnięte srebrną wstęgą sterczały na ramieniu sztywną bufą. Spódnica, układana w grube fałdy, rozciągała się po ziemi, co było uważane za konieczne dopełnienie stroju i nazywało się powłokiem. Złoty łańcuszek, wysadzany drogimi kamieniami, otaczał szyję Bony i przytrzymywany u góry diamentową przepinką, spadał aż do pasa, gdzie znowu zakończała go klamerka z rubinów.

Królowa przebierała od niechcenia palcami ogniwa łańcucha, okazując przy tej niby bezwiednej zabawce wąziutką małą rączkę i pierścionki drogocenne na długich, różowo zakończonych paluszkach. W lewej ręce trzymała cieniuchną chusteczkę z szerokim szlakiem koronkowym.

Damy dworskie, same Włoszki, towarzyszyły królowej. IzabelaPapacoda niosła krosienka najjaśniejszej pani; Marina Arcamone,ochmistrzyni dworu, miała w pogotowiu duży wachlarz od słońca;Laura Beltrani, lektorka, dźwigała kilka tomów poezyj do wyboru;Beatrycze de Macris — kosz z jedwabiami i perełkami; LukrecjaCaldorra i Hipolita de Opulo, najmłodsze z dam dworskich, niezaszczycone w tym dniu żadnym poleceniem, szły na ostatku i szeptały sobie widno coś bardzo wesołego, bo to jedna, to drugazasłaniała usta chusteczką, tłumiąc niestosowne w pobliżu królowejchichotanie. Sześciu paziów w barwie Sforzów postępowało po obustronach alei równolegle z paniami, drugich sześciu zamykałoorszak królowej.

Pan ochmistrz wybierał zazwyczaj najurodziwszych i najzręczniejszych ze swych wychowanków do usług miłościwej pani. Ani ospały Montwiłł, ani przysadzisty Czema, ani Wiśniowiecki jąkała, ani czerwonowłosy Kosta nie dostępowali tego zaszczytu. Za to król jegomość nie zwracał uwagi na powierzchowność, dla każdegoz malców zarówno bywał łaskawym i sprawiedliwym.

Na co dzień nosili paziowie szaraczkowe lub granatowe sukienne ubrania; od święta i na służbie musieli być strojnie przyodziani.Dziś więc każdy z dwunastu miał berecik jasnoszafirowy, aksamitny, z białym strusim piórkiem, koszulę białą, atłasową, z koronkowąkrezką, suto marszczoną i sztywnie przylegającą do szyi aż pod sameuszy. Szatka zwierzchnia z tego samego aksamitu co beret, niskowycięta wzorem kobiecych sukien, a wdziewana przez głowę i dlatego zwana nasuwaniem, nie miała wcale zapięcia ani guzików; w pasie zaś przytrzymana była złotą taśmą, u której wisiała jedwabna torebka. Sute rękawy ujęte były w trzy bufy i ponacinane szeroko w kilku miejscach, przez które to przecięcia wyglądał biały atłas koszulki; od ramienia po łokieć aksamitne, od łokcia do ręki białe atłasowe, zakończone koronką dokoła ręki. Nogawice bardzo obcisłe, z niebieskiego jedwabiu, takież safianowe ciżemki.

Donna Marina Arcamone, wysoka siwiejąca brunetka, złagodziła swe zazwyczaj złośliwe skrzywione usta słodkawym uśmiechem i z wyrazem uwielbienia słuchała słów królowej, rzucając od czasu do czasu jakieś krótkie zdanie dla podtrzymania rozmowy. Orli jej nos, zapewne bardzo kształtny za młodu, zaostrzył się z biegiem lat i począł mieć niejakie konszachty z brodą, która się ku niemu uprzejmie wysuwała. Brwi, podniesione wysoko nad wypukłymi oczami, nadawały jej twarzy wyraz wiecznego pytania. I rzeczywiście pytanie, a raczej badanie i podpatrywanie były treścią jej życiai zajęcia przy dworze. Z lubością wywiadywała się o ważniejszych,mniej ważnych i zupełnie błahych zajściach, snuła domysły, a czasem nawet przędła leciuchne, pajęcze nici intrygi.

— Warto by zajrzeć do nowego ogrodu — rzekła Bona — ciekawam, jak się sprawiają moje pinie i cyprysy i co Paolo obsadził dokoła altany.

— Wasza królewska mość raczy sobie skrócić drogę przez wirydarzyk czy woli obejść wzdłuż murów? — spytała Beatrycze deMacris.

— Ach, oczywiście, że lepiej prosto niż kołować — odparła Bona.I całe towarzystwo skierowało się ku ogródkowi księżniczki Jadwigi.

Dziewczynka klęczała właśnie przed krzakiem róży i ostrym nożykiem obcinała przekwitłe kwiatki. W cieniu lipy na ławce darniowej siedziała Szczepanowa i szyła jakąś bieliznę. Na widok przechodzącej królowej staruszka dźwignęła się z trudem i skłoniłapokornie; mała królewna przerwała także swe zajęcie, powstałaz klęczek i złożyła ukłon nie przynoszący niestety wielkiegozaszczytu jej wychowawczyni.

Bona skinęła z lekka głową i uśmiechnęła się do signory Arcamone ze wzgardliwą litością. Gdy jednak minęły wirydarzyk, przystanęła, coś sobie jakby przypominając, i rzekła do ochmistrzyni:

— Zechciejcie poprosić królewnę, by się połączyła z nami i przeszła do nowych ogrodów, gdzie zasiądziemy z robotą i słuchaćbędziemy zajmującej lektury.

Stara dama zawróciła skwapliwie i pobiegła, o ile jej nogi starczyły, do wirydarza.

— Przychodzę z zaproszeniem od najmiłościwszej pani na robótkę i czytanie w nowym ogrodzie — wyrecytowała urzędowym tonem, bez cienia uprzejmości.

Dziewczynka skrzywiła się nieznacznie i spojrzała pytająco na niańkę.

— Proszę pójść za mną, najmiłościwsza pani czeka.

Na twarz Szczepanowej uderzył ciemny rumieniec, płótno zadrżało w jej rękach.

— Czy waszmość panna nie wiesz, jak się przemawia do królewskiego dziecka? Swojej równej gadaj, wasza miłość, „proszępójść ze mną”. Gdyby król jegomość słyszał podobne zuchwalstwo!

— Nie przyszłam tu po nauki do pani Szczepanowej — odparłaochmistrzyni drwiąco. — Jeżeli się tak rozumiecie na dworskichprzepisach, to lepiej nauczcie jej królewską wysokość wytworniejszych ukłonów... bardzo by się to przydało, bo istotnie chyba nikt nie odgadnie, patrząc na nią, że ma z księżniczką do czynienia.

— Cicho, nianiu — głaszcząc staruszkę po rozognionej twarzy,szepnęła Jadwiga i dodała głośniej: — ja nie zważam na mowę tejpani; słyszę ino, że jej królewska mość matka najmiłościwsza prosido siebie, więc chętnie idę.

Podniosła główkę dumnie, nie racząc spojrzeć w stronę donny Mariny, i wybiegła szybko, ani się na nią oglądając.

Włoszka zbladła i zacisnęła pięści w bezsilnej złości...

Nie ona jedna, zacisnął je także Konstanty Gedroyć, przechodzący w orszaku paziów za królową. Widział i słyszał wszystko i gniewem wezbrało mu serce.

Księżniczka Jadwiga przysunęła się do królowej i szła ciągle tużprzy jej boku, z pogodną twarzyczką, jakby niepomna tylko co doznanej przykrości.

Nowy ogród zawiódł nadzieje Bony: piękne krzewy południowe, z największą troskliwością zasadzone o wczesnej wiośnie, do starannie przyrządzonej i użyźnionej ziemi, strzeżone i pielęgnowane umiejętnie przez ogrodników nie chciały się jakoś przyjąć, wyglądały słabo i wątło, marniały w oczach, a niektóre z nich uschły na dobre i wznosiły w górę nagie, czarne badyle. Królowa spoglądała z gorzkim uśmiechem na biedne karłowate roślinki, obeszła kilka ścieżek, dotknęła ręką więdnących liści, pochyliła się nad grządkami zamorskich kwiatów, wreszcie ruszyła ramionami i rzekła z gniewem:

— Zaiste, martwe stworzenia rozumniej się zachowują od ludzi,nie chcąc żyć w tym kraju bez słońca i ciepła. Stęsknione oczy mojenie ujrzą już pinii rozłożystych ani cytryn o połyskliwych liściachi złotych owocach, ani wysmukłych cyprysów, ani srebrnozielonejoliwy... Ach, co za kraj! Niedźwiedzi i turów ojczyzna... jakże dumną jestem, że danym mi było urodzić się w słonecznej Italii.

— Słowa najmiłościwszej pani znajdują echo w naszych sercach— rzekła z przymileniem donna Arcamone — lecz komu lospozwolił zażyć szczęścia z przebywania w pobliżu waszej królewskiej mości, ten jako żywo nigdy dziwić się nie będzie, że dla kwiatu tak doskonałego ino boska Italia mogła być ojczyzną.

— Gdy sobie spomnę — mówiła dalej Bona z łaskawym wejrzeniem na ochmistrzynię — to nasze niebo z ciemnego szafiru, takprzecudne, tę wieczną zieleń i z różnobarwnego kwiecia kobierce,to słońce pełne żaru, te wonne gaje pomarańczowe, a patrzę nasmętne szare obłoki, przysłaniające przez połowę roku blade słońcePółnocy, próżne siły żywiącej, gdy widzę one wierzby i brzozy zezwieszonymi żałobnie gałęźmi, to mi jakiś lęk serce ogarnia i zda mi się, że nie wytrwam na tym wygnaniu i raczej królowanie porzucę,byle...

— Najmiłościwsza pani... król jegomość przechadza się po tamtej ścieżce z mistrzem Bereccim; zapewne ku nam się zwrócą.

— Lauretta... pojrzyj no, kto jest ten przygarbiony człek, co siętam na ławie w słońcu wygrzewa. Głowę wsparł na ręku, nie widzętwarzy.

— To magister Johannes Krabatius, miłościwa pani.

— On? Przecz tak znękany?

— Rozkaże najjaśniejsza pani spytać go?

— Nie trzeba, sama go zagadnę.

Jedną ręką wspierając się na lasce, drugą na poręczy ławki, z ciężkim wysiłkiem powstał stary Niemiec na powitanie królowej.

— Dzień dobry, signore Krabatio — rzekła Bona uprzejmie— cóż tam u was słychać?

— Pokorne służby u stóp waszej królewskiej mości składam; ze mną jest bardzo źle.

— Czy kłopot, czy zmartwienie jakie?

— To jest największy kłopot... to jest największe zmartwienie...ja jestem bardzo słaby.

— Nie trapcie się waszmość; wżdy, jako medyk, łacno zwyciężycie chorobę.

— To jest właśnie największe nieszczęście, że ani przyczynyzrozumieć, ani symptomatów poznać dotąd nie mogłem. Jak piorun to na mnie nagle spadło... wczoraj w południe zdawało mi się, że jajestem zdrów jak jedna ryba.

— A dziś?

— Na przemian ogień mię pali, to jest mi zimno jak lód, głowachodzi w kółko, żaden apetyt, serca pukanie, ani godzina snu... ach, darujcie mi, najjaśniejsza pani, nadto się rozgadałem; lecz wiadomo: ex abundantia cordis...

— Życzliwym uchem słucham i chętnie bym ulżyła. Nie próbowaliście żadnych leków?

— Zaraz wieczorem puściłem sobie sześć uncyj krwi; dziś południe jeszcze jeden raz tak wiele.

— Powinno się okazać polepszenie; co by to była za chorość? Nistąd, ni zowąd; czy nie zawianie, a prędzej jeszcze malocchio... nie macie posądzenia, by was kto urzekł podstępnie?

— Żaden ślad takiej myśli, miłościwa pani! Chorość już z dawnawe mnie skrycie musiała tkwić, ino nie dawałem na to uwagi. Przedwieczorem dopiero paziowie, co podle mej sypialni od wczorajzamieszkali, spostrzegli, że idzie mi źle i wiele mi przychylnośćokazali. Niech, jak się to nagle objawiło, Szydłowiecki sam powie,prawda? Waszmościowie ze mną sąsiadujecie; ten drugi młodzieniec takoż. Bardzo poczciwe chłopcy.

Gedroyć i Szydłowiecki, na poły zmieszani, na poły rozbawieniwidokiem choroby z przywidzenia, którą Jaś Drohojowski jednymniebacznym żartem wywołał, stali zaczerwienieni po uszy i milczeli.

— A czyby nie było dobrze, gdybyś waszmość wyjechał na południe? Często zmiana powietrza gubi chorobę. Ot, wysyłam w tych dniach zaufanego a wielce uczonego męża do Italii, by zakupił dla Akademii Krakowskiej dzieła autorów greckich i łacińskich, świeżowydane w typografii weneckiej. Moglibyście się wybrać razem.

— Silvius Siculus?

— Tak jest; wyjeżdża w przyszłym tygodniu. Miłym byłby dlawaszmości towarzyszem, a podróż do ukochanego kraju mego,ojczyzny wszelkich nauk wyzwolonych, kolebki sztuki i poezji,odświeżyłaby i podniosła ducha waszego. Choćbyście nic więcejwidzieć nie mieli, jak najnowsze dzieło mistrza Leonarda, malowidło przedstawiające Wieczerzę Pańską, tuszę śmiele, że od zachwytu dusznego zdrowie by wam w pełni powróciło. A tu... czyżw tym barbarzyńskim kraju wiedzą, czują, rozumieją cośkolwiek?Czy tu jest jaka nauka albo sztuka?

— Wdzięcznie przyjmie Akademia wspaniały dar waszej miłości — rzekł król, stając niespodzianie pomiędzy rozmawiającymi. — Cieszyć was będzie, małżonko miła — mówił dalej — gdyspomnicie, że w godne ręce dostaną się one księgi uczone; toćprzeszło od wieka szkoła krakowska wydaje męże mądrością sławne, a jej uczeń, Mikołaj Kopernikus, nieśmiertelną chwałą polskiego imienia właśnie napełnia świat cały.

Bona słuchała słów męża ze spuszczonymi oczyma, zmieszana i zawstydzona.

— Prośbę mam wielką, miłościwy królu — zawołał znienacka Stańczyk, nieodstępny trefniś Zygmunta I, i pokłonił się do samejziemi, aż dzwonki u czapki zabrzęczały.

— Cóż tam nowego umyśliłeś?

— Aha, zgadłeś, królu, o nowość mi chodzi. Wybieram się jutro do Włoch; dasz mi pieniędzy na drogę?

— A ty tam po co?

— Po błazeństwo.

— Zaliż go mało masz w Polsce? — ostrym głosem spytała Bona.

— Jest ci ta coś niecoś na codzienną potrzebę; lecz gdy wszystkozdaniem pani najmiłościwszej znamienitsze jest w tej krainiewybranej, przeto i błazeństwa nowomodnego, a doskonalszego niegdzie indziej dostanę. Daj, królu, na drogę; zobaczycie, jakim ja to arcybłaznem powrócę.

Roześmiał się Zygmunt, zachichotali paziowie, królowa skrzywiła usta z niesmakiem, a panny dworskie, znalazłszy się między młotem a kowadłem, stały sztywne, poważne i bez wyrazu, istne lalki drewniane.

— A gdy chodzi o sztukę — mówił król, nawiązując przerwanąrozmowę — nie tak znów ubodzy jesteśmy, byśmy się aż trapić mieli, toć mistrza Wita piękne dzieła nie mają sobie równych. Co się zaś tyczy nowej sztuki, radzi ją w naszym kraju zaszczepimy. Oto właśnie mistrz Bartolomeo wykończył abrysy do budowy nowegopałacu, jaki wasza królewska mość mieć żądasz. Oglądałem to jużi właśnie zdania waszej miłości przyszliśmy zasięgnąć, czy krużganki kolumnowe, okalające podworzec, należy dać ino na pierwszym i drugim piętrze, czy takoż i na dole?

Mistrz Berecci rozwinął przed królową plany i tłumaczył, co te lub owe linie oznaczały, a król, zadowolony z delikatnej nauczki, jaką dał żonie za jej niesprawiedliwe mowy, uśmiechał się nieznacznie i w roztargnieniu głaskał po główce małą księżniczkę Jadwigę.

Król Zygmunt, mężczyzna wówczas pięćdziesięciokilkoletni, robił wrażenie człowieka jeszcze młodego, w całej pełni sił męskich.Wyniosłej budowy ciała, szeroki w ramionach, dobrej, lecz proporcjonalnej tuszy, postacią swą uosabiał potęgę i silną wolę. Głowę miał bardzo foremną, profil rzymski, oczy przenikliwe i mądre, ocienione gęstymi brwiami, usta dumnie zarysowane z wysuniętą naprzód dolną wargą, wspólne Jagiellonom dziedzictwo po Elżbiecie austriackiej. Ciemne włosy nosił ówczesną modą długie, lecz dla wygody lub w gorące dni letnie podczesywał je nieco w góręi pokrywał nagłownikiem siatkowym, z cienkich jedwabnych sznurków złocistych plecionym. Toteż dziejopis jego robi wzmiankę, że „w czepcu rad chadzał”.

Nosił się zazwyczaj ciemno i dziś więc odziany był w szubę z cienkiego, cynamonowej barwy sukna, bramowaną sobolami. Nogawice obcisłe, ciemne, ciżmy naturalnego koloru skóry. Tak przedstawiał się król Zygmunt na zewnątrz.

Dusza królewska równie wspaniałe i imponujące miała cechy, jak ciało. Z natury małomówny bardzo, roztropny i sprawiedliwy, nad czynem każdym, jak i nad słowem rozważał długo; za to razpowziąwszy jakiś zamiar lub wypowiedziawszy stanowcze zdanie,trzymał się go uparcie i nigdy nie zmieniał. Gdy co przyrzekł,dotrzymał święcie i za największą chlubę uznawał, jeżeli sprawdził,że na czyimś słowie polegać było można.

Jedyne, co go kiedykolwiek zastraszało, to myśl, czy ten lub ówpostępek zgodny jest z prawem i z chrześcijańską uczciwością.Nawet w rzeczach małej wagi pytanie: uchodzi? nie uchodzi?— było mu zawsze probierzem. Szczęście osobiste, pomyślnośćkraju niczym mu były, gdyby je przyszło okupić czynem nieprawym. Przysłowiowe wyrażenie „dedecet” (nie uchodzi) często bardzo miał na ustach. Gorliwy chrześcijanin, brzydził się nowatorstwami religijnymi i wzgardę miał dla odstępców od Kościołarzymskokatolickiego.

Gdy tak stali przy sobie oboje z Boną, tworzyli parę małżonkówskończenie piękną i fizycznie jak najdoskonalej dobraną. Rozumi wykształcenie Bony również znakomitymi nazwać można było;jedynie dusza jej i charakter odbiegły od ideału, którego żywymwcieleniem był Zygmunt.

Budowniczy, odebrawszy pewne wskazówki i zanotowawszy sobie życzenia królowej, oddalił się; król pozostał z całym towarzystwem.

— Wybrałyście się, wasze miłoście, jak widzę, z robótkami doogrodu na pogawędkę. Gdzież dziatki? Czy w sadzie?

— Bellina kaszle, a Zygmunta lękam się wypuszczać z komnaty,powietrze za ostre.

— Pieścisz je wasza miłość nad miarę; ciepło, sucho, powietrzezdrowe; ja bym radził nawet Zosieńkę wynosić na parę godzin nasłońce, a starsi śmiało po całych dniach bawić się mogą z Jadwisiąprzy Szczepanowej.

— Obawiam się...

— Pomnijcie, królowo moja, że nie ino włoska, ale i pełnawigoru polsko-litewska krew płynie w żyłach naszego potomstwa.Nie wygrzewać przy piecu, nie chronić od lada powiewu; zdrowe córy chcę mieć i syna dzielnego, a nie panięta z morskiej piany!

— Jutro nie omieszkam spełnić wolę waszej miłości; dziś zda mi się już za późno.

— Zapewne. Aa... księgi na stole! Jejmość panna Beltrani przeczyta nam coć pięknego. Zasiądźmy i słuchajmy.

— Na czymżeśmy to stanęli? — spytała Bona.

— Czytałam wczoraj, jako Rugier zwyciężył Eryfilę dziewięsiłkę i szedł do pałacu Alcyny — odpowiedziała Laura.

— Ariosto? — spytał król.

— Tak jest, proszę waszej królewskiej mości, Orland szalony.

— A Jadwisia rozumie do tyla włoską mowę?

— Przysłuchuję się ciekawie i rozumiem bez mała, najmiłościwszy ojcze — odpowiedziała dziewczynka, całując króla w rękę.

— Zacznijcie, proszę, słuchamy.

Laura szukała chwilę po strofach oczami i tak zaczęła:

  Zbiwszy bohatyr z konia sprosną białogłowę

  Dobył miecza...

— To już było... — przerwała czytanie królowa.

Mrucząc półgłosem, lektorka przebiegła parę strof i czytała dalej:

Sama tylko Alcyna wszystkich zaś pięknością

Przechodzi, jako słońce, gwiazdy swą jasnością.

Stan tak piękny i tak ma dobrze pomierzony,

Jaki tylko zmaluje malarz nauczony;

U długiej i na węzły powiązanej kosyLśniły się jako złoto jej żółtawe włosy.

Róże się, wychowane w sabejskich ogrodach,

Z fijołkami rozeszły po gładkich jagodach;

Z gładzonych alabarstrów ma wyniosłe czoło,

Którem po wszystkich stronach obraca wesoło.

Pode dwiema cienkiemi, czarnemi łukami

Są dwie oczy, ale je lepiej zwać gwiazdami,

Oczy, pełne litości, samy w się ubrane,

W których skrzydlata Miłość gniazdo ma usłane,

I widać prawie dobrze, kiedy z nich wychodzi

I łuk ciągnie, i w serce widomie ugodzi.

Twarz dzieli nos tak piękny — wolę was nie bawić —

Że sama Zazdrość nie wie, gdzie by go poprawić.

Pod niem wdzięczne, w nie mniejszej zostawując chwale,

Są usta, w przyrodzone ubrane korale.

W nie dwa rzędy wybranych pereł...

Morisco!... Dio mio... sono morta!... — przeraźliwy pisk Lukrecji Caldorry przerwał czytanie.

Najmłodsza z panien dworskich tak się czegoś przelękła, że niebacząc na majestat i osoby królewskie, wskoczyła na ławkę i drżącna całym ciele, krzyczała wniebogłosy. Wszyscy patrzyli na nią zezdumieniem; biedactwo było tak nieprzytomne, że nawet Bona niepoczuła się obrażoną jej niesfornym zachowaniem.

— Czego krzyczysz?

— Co ci się stało? Czy cię żmija ugryzła? — pytały towarzyszkiprzestraszone.

— Tam... tam... potwór... ach! sunie ku nam... Santa Margueritta!San Giorgio! Diffendete mi! — wzywała świętych skutecznych przeciw smokom.

Inne panny, spojrzawszy w kierunku jej oczu osłupiale zapatrzonych, zerwały się jak oparzone i chórem zawiodły wrzasknieludzki.

A na samym końcu ścieżki, tuż za wirydarzykiem królewny Jadwigi, poruszało się ciężko jakieś istotnie niesamowite stworzenie...

Mała księżniczka przytuliła się do ojca, który ją objął ramieniemi patrzał ze śmiechem na dziwaczne miny i konwulsyjne podskokipanien dworskich.

— Idźże waść, zobacz, co tam takiego! — krzyknął na Stańczyka.

Ale ten padł na trawnik i tarzał się ze śmiechu, wierzgając nogami jak źróbek, rozhukany w szale wesołości.

— Co za uszy kłapciaste! — wołała jedna.

— Czerwone jak płomień! — wrzeszczała druga.

— Pysk biały, ślepia w krwawych orbitach!

— Cielsko obmierzłe!

— Pręgi jak u tygrysa!

— Co za sierść niewidzianej maści!

— Zielona niczym trawa, a smugi po niej ceglaste!

— Ogon ptasi!

— Na nogach guzy jakieś czy narośle!

Potwór, co z początku wlókł się ociężale i wahająco, nagle spuścił łeb ku ziemi, a uszy olbrzymie opadając łeb mu cały zasłoniły i biegł... pędził... leciał... aż... skoczył w objęcia na wpół omdlałej signory Izabeli Papacody. Nie ma na świecie pióra, któreby zdolne było odtworzyć martwymi literami skrzypienie ochrypłe,jakie wydała z siebie nieszczęsna dziewica.

Znalazłszy się w bezpiecznej przystani straszydło wspięło się natylne łapy, przednie oparło na szyi donny Izabeli i jęło ją lizać po twarzy różowym języczkiem.

— Kupido!... Poverino mio! Carissima bellezza mia! — oblewającpieska strumieniami łez gorących, wołała dama.

A łzy te serdeczne zmywały po części farbę z sierści Kupidynka,przenosząc ją na stanik, spódnicę, rękawy, a nawet, o zgrozo, nawygorsowaną szyję i wąsate oblicze signory.

— Jedno urodne i drugie niczego — dziwował się Stańczyk,potrząsając dzwonkami.

A król Zygmunt rozbawiony, jak może od młodości mu się nieprzytrafiło, śmiał się, śmiał, śmiał do rozpuku.

Guardate che disgrazia! Pomalowali cudni Kupidu! Uszy doprawili... do śliczny ogonek pióry kogutu... la mia povera bestiolina! Lapeczki mala owiązali con conce... Briganti! Lazzaroni! Maladetti!

— Nie domyślasz się, wasza miłość, kto może być sprawcą tak niecnego figla? — spytała królowa ochmistrzynię.

Lecz nim signora Arcamone zdołała zebrać rozpierzchłe myśli,Papacoda krzyknęła łkając:

— Kto? Ja przysięgała na główka mój piesek, co to pazie uczynili... nie kogo innemu, ino pazie! A nawet powiedziała który:questa canaglia di Cristophoro, il piccolo barbaro Czi... Cza... miramento giá! Czema! Certissimo!

— Zaraz się to wyśledzi i bądź wasza miłość przekonaną, że z całąsurowością wymierzymy karę — uspokajała rozszlochaną Włoszkękrólowa — mocno mię ino dziwi, że wam, najmiłościwszy panie,ucieszną i śmiechu godną widzi się psota, która dokuczyła aż dorzewnych łez osobie tak zacnej i tak bardzo mi bliskiej, jak signora Papacoda. Gdyby coś podobnego Polkę spotkało, znalazłaby się sprawiedliwość.

Król spojrzał surowo na żonę, lecz nie odpowiadając wprost na niesłuszny zarzut, dał znak ręką jednemu z paziów:

— Hej, Zbylitowski! Biegaj co żywo do pana ochmistrza Strasza,powiedz, że go prosimy tutaj w bardzo ważnej sprawie. Z nikim podrodze nie mówić słowa! Rozumiesz?

— Słucham, najmiłościwszy panie!

Pobiegł paź, sprowadził ochmistrza i wytoczono przed jego trybunał całe zajście z Kupidynkiem. Jegomość pan Strasz, zarówno jak i Papacoda, sumiennie był przeświadczony, że to zemsta KrystkaCzemy za pokąsaną łydkę; lecz na żądanie króla, który nie poszlaki podejrzeń, ale niezbitej pewności się domagał, postanowionozwołać wszystkich dwustu paziów do ogrodu i badać jednego podrugim. Który by nie umiał się wytłumaczyć, co robił od godzinyobiadowej do tej pory, będzie prawdopodobnie winowajcą. Przyobiedzie bowiem najmilejszy Kupidło kręcił się jeszcze po pokojachfraucymeru, we własnej swej, nie zmienionej postaci.

Paziowie, zajęci cały dzień na służbie u króla jegomości i u najmiłościwszej pani, nie wchodzili oczywiście w rachubę, gdyż ani na krótki czas nie opuszczali pokoi królewskich. Tak więc nazwiska tych dwudziestu czterech szczęśliwców wypisano na karcie papieru, a resztę zwołano. Pokazało się, że wszyscy mieli lekcję łaciny zaraz po obiedzie aż do godziny czwartej, czyli podług ówczesnych zegarów do godziny szesnastej; następnie grali w palcaty na wielkim podwórcu i prosto stamtąd zawołani przybiegli do ogrodu. Pan bakałarz, mistrz Ambroży z Olkusza, zaręczał, że na początku lekcji czytał ich nazwiska i nie brakowało żadnego; to jest właściwie trzech tylko nie stawiło się.

— Aha... hhhrrrum — odchrząknął ochmistrz — którzyż to?

— Dymitr Montwiłł, Andrzej Boner i Krzysztof Czema.

— Nie mówiła? Nie mówiła? — krzyczała Papacoda, wznosząc w górę pięści i dysząc zemstą.

Pan Strasz i pan bakałarz pośpieszyli na górę zrewidowaćmieszkanie obwinionych i osadzić ich w karceresie. Lecz niestety,ani resztek farby, ani zrzynków czerwonej materii, ani piórkajednego... nic nie znaleźli. Na oknie ino leżał ogryzek kiełbasy, atoli nikomu na myśl nie przyszło, by ten drobny szczegół miał jakikolwiek związek ze sprawą biednego Kupidynka. W izbie nie byłonikogo prócz Dymitra Montwiłła śpiącego twardo. Szarpali nim i trzęśli — ledwie się ocknął; a każde jego słowo i całe zachowaniesię wobec sędziów świadczyły wymownie, że jak do łaciny, tak i dosztuki malarskiej nie posiada najmniejszej zdolności. Wzięty w krzyżowy ogień zdradliwych pytań ochmistrza i bakałarza, odpowiadał spokojnie, patrzył im prosto w oczy, a ziewał przy tymtak serdecznie, że chcąc nie chcąc, musieli mu wtórować.

Gdy prześladowcy odeszli, zadumał się Dmytruś głęboko; chodziłsumując wzdłuż komnaty i parę razy wyrwało mu się z ust pytanie:

— Taj czego oni chcieli ode mnie? Coże mnie wykręcali na wszystkie boki? Ot, tobi masz z taką robotą!

Nagle stanął, uderzył się ręką w czoło...

— Mamoż ty moja mileńka! Głupi ja, że nie zgadł od razu! Chłopcy nabroili znowuż i stary Odmiwąs obławę robi. Ani wątpić, Jędrek... jakbym go widział... a może i który jeszcze... tak, coże onimyśleli? Że ja im wydam kolegów, jak Judasz? Żeby mi się byliprzyznali, tak może bym i obronił, ale co gadać, kiedy nic nie wiem. Wpadliście, sierotki, w kałabanię... nic to, nie bójcie się, już ja was wytaszczę, choćby się sam miał stalapać.

Zostawiam wyobraźni czytelników odtworzenie onej pracowitej godziny, w której dwie pary pilnych rąk przeistoczyły zgrabnegoKupidynka w potwór apokaliptyczny, a uprzedzając astmatycznegoStrasza i pulchnego, na krótkich nóżkach bakałarza, biegnę ślademzłoczyńców. Nieśli oni cichaczem jak najustronniejszymi schodkami i korytarzami kosz z pokrywą do ogrodu. Tam również zapadli w boczne ścieżki gęsto zarosłe; dopiero przy Baszcie Sandomierskiej, tuż obok wirydarza królewny, skrywszy się za szkarpę, wypuścili swoją ofiarę.

— Teraz nie ma co dłużej popasać, drała nad rzekę! — zakomenderował Boner.

— Jak to... bez mur? Wżdy nas kto pewnikiem spostrzeże.

— Głupiś... czy ci kazuję bez mur? Stoi przy furtce i pyta się.

— Nie zamknięta?

— Po zachodzie słońca dopiero straż zamyka wszystkie wyjścia na kłody; teraz ino zasunięte na skubel.

— A z koszem co?

— Weźmiemy go do rzeki, wypłukać trzeba dobrze, bo się ano cudnie usmarował i mógłby nas niechybnie zdradzić.

Wymknęli się tedy przez furtkę i zbiegli pędem po pochyłości góry nad Wisłę. Tam Jędruś, który miał w całym mieście przeróżne stosunki, skoczył do znajomego rybaka.

— Pożyczcie mi dwóch wędek, Szymonie. A śpieszcie się na miły Bóg!

— Toli są, paniczku; ledwiem co z Frankiem od wody powrócił.

— Rety... ryby może macie?

— Juści mam, pełen koszyk.

— Co za nie?

— Ile ta paniczek dadzą, tyle wezmę.

— Dwa złote chcecie?

— Dorzućcie ta parę groszy, bo ładnie mi się ułowiły.

— Na, macie; dawajcie chyżo. A niech was Bóg broni jedno słówko pisnąć komukolwiek, żeście je nam sprzedali! Złamanego szeląga nie dałbym wam już nigdy zarobić!

— Co bym miał gadać, pojem se ano i spać legnę, bo od rana w gębie nic nie miałem.

— Pamiętajcież!

Zbiegli chłopcy trzydzieści kroków nad sam brzeg rzeki, wypłukali kosz skrzętnie, przesypali doń ryby, kobiałkę Szymona wrzucili do jego łodzi, a sami zasiedli do pracy i zapuścili wędki.

— Panie ochmistrzu... tędy, tędy, prosto nad rzekę — szeptałbakałarz — przeczucie mi mówi, że ich tu gdzieś znajdziemy.Pewnikiem polecieli wykąpać się, bo to i ręce, i twarze muszą miećuwalane jak nieboskie stworzenia.

— Pst... widzisz ich waszmość?

— Toli siedzą z wędkami, jak niewiniątka...

— Ha! Tuście mi, niewstydniki! Ciężki sąd i kara was nie minie!

— Ach, najdroższy panie bakałarzu! Wżdy nigdy nie jesteście srogim dla nas!

— Miłościwy panie ochmistrzu! My się jutro wszystkiego wyuczymy expedite...

— Tak nas coś kusiło dzisiaj na rybki...

— No, no, bardzo proszę, przez krotofil... nie pomnażajcie swojejwiny!

— Niechże nas Bóg broni przed takowym pomnażaniem! Wżdy błagamy o przebaczenie po stokroć, żeśmy lekcję łaciny opuścili, ale na cześć naszą przyrzekamy powetować to jutro w dwójnasób.

— Milczeć! Hhhrrrum... o pieska donny Papacody chodzi, niecnoty jedne!

— A to łotr bezecny... — oburzył się Krystek — kogóż znowupokąsał?

— Dość już wykrętów... nie na gadanie do was przyszedłem; marsz na górę! Król jegomość wie o wszystkim i będzie was sądził.

— Co? Za parę werbów?

— Za jedną lekcję? Sam król?

— Milczeć! Marsz na górę, powiadam.

— Ale idziemy, idziemy, ino kosz z rybami trza zabrać.

— Z jakimi rybami?

— A o... tyle ślicznych karpi, karasi, nawet dwie szczuki...

— Od samego obiadu człek siedzi, pełen kosz nałowiliśmy.

— Wżdy ich nie wrzucimy na powrót do wody — burknął zuchwale Boner.

— Wasza miłość pozwoli odnieść to do marszałkowskiej kuchni.

— Chcieliśmy się Serczykowej podchlebić; pięknieśmy wyszli!

— Za taką błahostkę do samego króla!

— Gdyby wasza miłość nie był tak zagniewanym, przysiągłbym, że sobie ino dworuje.

— Niechże pan ochmistrz ulituje się ten ostatni raz, każe namwlepić po dziesięć batów na kobiercu, pocałujemy go w rękę i sza!

— Jak Boga kocham, nijakiej uciechy biedny paź zażyć nie może!

Malcy paplali bez wytchnienia, jak najęci, a biedny Strasz i mistrz Ambroży stali zmieszani, zupełnie zbici z tropu i poglądalina siebie, ruszając ramionami.

— Alibi... — westchnął ochmistrz.

— Alibi... — westchnął bakałarz.

— Słyszałeś, co mówili? — w samo ucho syknął Jędruś Krystkowi.

— No, to jakże... czegóż czekamy? Idziemy na tę górę czy nie? — domagał się Czema z odwagą męczennika wiedzionego na tortury.

— Idźcie precz na złamanie karku! Niech was moje oczy nie widzą!

— Bóg zapłać waszej miłości; trzymajże i ty kosz, bo ciężki.

— Chodźmy — rzekł Strasz — trzeba królowi jegomości zdać sprawę.

— Właściwie rzekłszy, to chyba nie między paziami szukać trzeba winowajcy — zauważył Ambroży.

— I mnie się tak zdaje. Chwała Bogu.

W zamkowym ogrodzie tymczasem niewesoło się bawiono: królowa, rozdrażniona do najwyższego stopnia, mówiła niby do swych towarzyszek, lecz co drugie zdanie wtrącała jakiś przytyk do męża, tonem szorstkim, zjadliwym. Robiła to jednak o tyle zręcznie, że można było nie rozumieć tych przykrych słówek i król Zygmunt, nie chcąc doprowadzać do poważniejszego nieporozumienia, starał się nie słuchać i nie słyszeć tej niebezpiecznej rozmowy.

Signora Papacoda pobiegła z ukochanym zwierzątkiem do swej komnaty, by za pomocą wody, mydła i ścierek przywrócić Kupidynkowi jego pierwotną urodę. Poczciwy Stańczyk coraz to nowymi konceptami silił się zabawić króla, ale w powietrzu ciągle jeszcze wisiała burza.

I paziów rola łatwą nie była: jeśli nie oni osobiście, to kilku z ich grona obraziło ulubioną damę dworu, a obrazę odczuła gniewniekrólowa. Stali więc wyprostowani w szeregu, nie śmiejąc po cichunawet rozmawiać z sobą.

Wtem wielkie zdziwienie odmalowało się na ich twarzach, najpierwsi spostrzegli coś niebywałego i niespodziewanego: oto na ścieżce, wiodącej od strony podwórza, ukazał się Dymitr Montwiłł... nie wołany, nie będący w służbie, w szarym codziennym ubraniu. Kołpaczek barankowy miał w rękach i szedł z jakimś wahaniem, toprzyśpieszając kroku, to stając, to wlokąc się noga za nogą... W końcu przemogła silna wola nad obawą; biegnąc prawie, doszedł do króla i upadł przed nim na kolana.

— Raczcie, najmiłościwszy panie — zaczął, jąkając się — raczcie rozkazać, bym został ukarany, bo... to... ja zawiniłem.

— Ty? Wszak ochmistrz...

— Jam to uczynił; przyznaję się waszej królewskiej mości.

— Dwadzieścia pięć korbaczów! — krzyknęła, nie hamując swejzłości, Bona.

— Dlaczegożeś to zrobił? Powiedz szczerze.

Montwiłł milczał.

A Stańczyk, wsparty na poręczy ławy królewskiej, rzucał badawcze i przenikliwe spojrzenie w twarz klęczącego chłopaka.

— Wiedziałżeś, że to koń miłościwej pani, gdyś mu obcinał ogon? — spytał.

— Jak możecie posądzać mnie nawet o podobne bezeceństwo! — krzyknął paź z oburzeniem. — Obciąłem ogon, to prawda, alemniemałem, że to wierzchowiec panny de Opulo; te siwki takie dosiebie podobne.

— Wstań i pójdź bliżej — rzekł król łagodnie.

Położył rękę na ramieniu Dymitra i spytał:

— Dlaczego kłamiesz?

— Ja... praw...

— Kłamiesz. Przyznajesz się do winy, a wcale nie wiesz, o cochodzi. Konie wszystkie zdrowe, żadnemu ogona nie brakuje. Przecz skłamałeś?

Chłopak milczał.

— A to Litwin uparty! — szepnął król do Stańczyka. — Jeżelipowiesz prawdę, choćbyś i winien był, nie spotka cię kara. Nie chcesz, to cię każę natychmiast odesłać rodzicowi.

— O panie najmiłościwszy... najlepszy... tak już powiem. Jegomiłość pan ochmistrz, jego miłość pan bakałarz przyszli do naszejizby, a zbudziwszy mnie nagle ze snu, rozpytywali, a trapili, a wyciągnąć ze mnie duszę chcieli, aż mnie z tego wszystkiegow głowie zakręciło się. Dopiero, kiedy się zabrali z komnaty, jasność mnie ogarnęła... chyba gdzie niektóry z paziów co przeskrobawszy. Także ja rzekę do siebie: „I nic nie zrobisz dla dobrych kolegów, Montwiłł? Choćbyś i bicie dostał, nu to i co? Lepiej tobie wytrzymać, coś twardy i zęby ściśniesz, niż Boże broń na słabszego by padło”. Tak ja i przyszedł przyznać się najmiłościwszemu panu jedno bieda, że nie wiedział do czego.

I znowu runął do nóg królowi.

Zygmunt spojrzał przeciągle na żonę i rzekł:

— Zbyt pochopne sądy najczęściej okazują się mylnymi.

A gładząc dobrotliwie płową czuprynę Dmytrusia dodał:

— Zaiste warto paziem zostać, by zyskać takiego przyjaciela!

Rozdział II. FigielJanaDrohojowskiego

Nazajutrz rano w izbie paziów żywa toczy się rozmowa przy ubieraniu.

— Wiesz, Jędruś — zagadnął Kostuś Gedroyć Bonera — że o włos, o pajęczynę, a byłoby się wszystko wydało.

— Juści, jakim sposobem?

— Sprawiliśmy się tajemnie: zrzynki, strzępki, szmatki pozmiatałem własną ręką i do cna spaliłem na kominie; popiół nawetrozgarnąłem aż do samej głębi.

— A miednicę z wodą, cośmy sobie ręce z farby myli — dodałCzema — wyniosłem na strych i het porozlewałem po polepie.

— Co nas miało zdradzić? Ciekaw jestem — puszył się Boner.

— Zaraz ci powiem: pani Szczepanowa.

— Ona? Aniśmy jej nosa nie widzieli.

— Za to ona widziała wasze oba i koszyk, i Kupidynka. Zahaczyliście o wirydarzu królewny; babina tam siedziała cichuśko, no i miała sobie najpiersze miejsce w onym teatrum, jakieście Papacodzie sprawili.

— Rety... — wyrzucą nas ze służby! — wrzasnął Krystek.

— Z jednej ręki strapienie i z tejże otrzymacie pociechę! —zadeklamował Gedroyć. — Gdyśmy z ogrodu wracali po niefortunnym śledztwie, królowa jejmość kwaśna i nachmurzona, panny złe, jak jędzonki, a król i my wszyscy rozmiłowani w Montwille na umór...

— Masz gadać co mądrego, to gadaj, a pleść nie wiedzieć jakiegłupstwa, to lepiej...

— Wżdyś chyba nie zapomniał, jako cię miłościwy pan piękniepochwalił? A żeśmy cię dopiero wczoraj naprawdę poznali, że naszeserca k'tobie się kłonią, to i mówić nie trzeba... każdy to czuje.

— Et... nie marudziłbyś. Cożeś zaczął o Szczepanowej?

— Ano, wyszła naprzeciw nas po królewnę Jadwigę, a skorom jąmijał (szedłem w ostatniej parze), szepnęła mi na ucho: „Kłaniaj się waść ode mnie panom malarzom i doradź, coby na drugi raz pilniej się strzegli, bo gdyby tak kto inszy, a nie stara Szczepanowa, toby było krucho”. „Dla Boga, nie wydajcie ich!” szepnąłem. Zaśmiała się, machnęła ręką: „Śpijcie spokojnie”. I rozeszliśmy się.

— Prawdziwa łaska boska, że to ona była, a nie na ten przykładwielebna dzwonnica Serczykowa.

— Ale co tam rozmyślać o przeszłorocznym śniegu! Dobrze było,udało się, nie wydało się, po całym ogrodzie huczek poszedł,miłościwy pan przykazał szukać pilnie onego mistrza od pieskówmalowania, więc też pilnie szukają... wiatra w polu. A waszmośćpanowie, sercem umiłowani, radujcie się, iże Andrzeja Bonera maciepośród siebie, jako chwałę i piękną ozdobę stanu paziowskiego.

— Zarozumialec jakiś! — żachnął się Czema. — Wżdy pieska jasam, przez twojej rady umyśliłem.

— A byłbyś co wskórał, matusina kukiełko, gdyby nie ja? Podziesięćkroć dałbyś się złapać na uczynku.

— Słuchaj no, Jędrek — przerwał mu Ostroróg — nie masz się z czego bucić, bo do figlów i psot wszyscyśmy skorzy, ilu nas tu jest, i gdy ino zechcemy dokazować, to starego Odmiwąsa w żółtaczkęwpędzimy.

— Oho, w gębieście mocni, robotym nie widział!

— To zobaczysz. Słuchajcie wszyscy, zali wam się zda, co powiem.

— Pst!

— Czego chcesz?

— Coś się szmera za drzwiami...

— Podejdźmy wszyscy na palcach... dość już tego podsłuchiwania, trza ptaszka złapać.

— Ty, Szydłowiecki, stań przy oknie i gadaj głośno, niby że torozmawiamy ze sobą, co by się w izbie cicho nie zrobiło, bo gotowouciec.

Gedroyć na przedzie, tamci za nim, podsunęli się ostrożnie dodrzwi, otwarli je znienacka... Signora Marina Arcamone w czepcunocnym na głowie i luźnej kwiaciastej sukni stała w korytarzu o półkroku ode drzwi i tak złapana niespodzianie, że nawet odskoczyć nie miała czasu.

Ostroróg, Montwiłł, Czema, Drohojowski i Boner parsknęli śmiechem szyderczym, a Gedroyć pokłonił się w pas jak przed królową.

— Cóż za niewysłowiona i niczym nie zasłużona łaska, że czcigodna pani ochmistrzyni raczy nawiedzić marnych paziów o takrannej dobie?

— Prosimy, prosimy! — wrzasnął chór jednogłośnie.

Schiocchi senza vergogna! Somari! — drżąc z wściekłości,zapiszczała dama i pobiegła do swej komnaty.

— A tośmy babę przyhaczyli! Cha, cha, cha...

— Nieprędko się chyba drugi raz odważy.

— Dobrze jej tak, niech nie myszkuje.

— A co tam wygadywała na nas? Nie słyszałeś, Pawełku?

— Przezwała nas niewstydnymi głupcami i osłami — przetłumaczył Szydłowiecki.

Gedroyć uderzył silnie pięścią w stół.

— Poczekaj, stara sowo! Jużem ci wczoraj nakarbował w pamięci za królewnę Jadwigę, dziś znowu... osły! Doznasz ty mojej wdzięczności, aż ci one osły bokiem wylezą!

— A teraz zasiądźcie spokojnie i posłuchajcie — zaczął znowuOstroróg.

— Słuchamy pilnie.

— Jędruś Boner się szczyci, że ino on jeden ma głowę dotrefnych figli; ja zasię twierdzę, że nie ma w tym nijakiej sztuki,a przy dobrej woli każdy z nas mu dorówna abo i prześcignie.

— Powtarzam swoje: w gęboście mocni!

— Tedy ustanówmy związek alboli bractwo i niech każdy własnym pomysłem, własnymi siłami popisze się, jako zdoła najlepiej.

— Figlikowe turnieje! — zawołał Gedroyć.

— A po włosku jak?

— Nie wiem: concorso chyba.

— Jak się zwie, tak się zwie, ja przystępuję do bractwa! — zawołał Jaś Drohojowski.

— Nu, to i ja — zawtórował dziwnie ożywiony od wczoraj Montwiłł.

— Ja także!

— I ja! — wołali wszyscy.

— Ale poczekajcie, to jeszcze nie koniec; zrobimy siedem gałekz chleba, sześć jednakich, a siódmą usmarujemy sadzą, coby byłaczarna. Będziemy je wszyscy ciągnąć, a który dostanie czarną, nienależy do współzawodów, ino będzie naszym sędzią.

— Ojoj!

— Czyją on sprawkę uzna za najtrefniejszą, ten zostanie naszymhetmanem na cały rok.

— E... ja tak nie chcę...

— Wielka mi łaska być sędzią...

— Ale zaszczyt nie lada!

— A to ci go darujemy!

— A gdyby tak sędziego do pomocy w robocie wołać?

— O, nie wolno! Sprawiedliwy sędzia nie może się w takie rzeczy wdawać.

— Rety... cobym to ino ja nie był!

— Róbcie gałki, śpieszcie się!

— Już są.

— Czarna także?

— Juści, o... niczym diabeł.

— Ale, ale, jedną odrzucić, bo Krystek już wczoraj swoje spełnił.

— No, wsyp je do kołpaka, przykryj połą, a wy nie patrzącciągnijcie.

— Biała!

— Biała!

— Biała!

— Biała!

— O nieszczęsna godzino! — jęknął Szydłowiecki.

— Taj dosyć, bo mnie na ostatku takoż biała znalazła się.

— Więc, Czema, ad acta.

— Szkoda!

— Kto co ma do powiedzenia? — rozpoczął z powagą sweurzędowanie Szydłowiecki.

— Ja — rzekł Drohojowski. — Upraszam pokornie wasząwielmożność, miłościwy sędzio, coby mi przyznane było prawozakończenia sprawy z Niemcem. Gdy za moim to jednym słowem stało się, iże ów medyk znamienity legł powalon ciężką chorością, tedy niech go już do końca operuję, za czym zdrowego i wesoluchnego waszym miłościom okazać nie omieszkam.

— Przyzwalamy! Pierwszy tedy numerus: Krzysztof Czema, drugi: Jan Drohojowski. Kto się zgłasza dalej?

— Ja proszę o trzecie miejsce.

— Konstanty Gedroyć. Już wpisane.

— Zapisz wasza wielmożność: Mikołaj Ostroróg — czwarty.

— Tażeż mnie nie pchajcie na sam koniec! Cierpliwemu zawżdykrzywda! Niechajże będę choć piąty... — narzekał Montwiłł.

— A ja tam nie żalę się — skromnie oczki spuszczając, cichymgłosem odezwał się Boner. — Przyjmuję najpośledniejsze miejsce. Od dzisiejszego dnia zacznę się ćwiczyć w pokorze.

— O, ty Judaszu!

— Pan sędzia nie wierzy?

— Mikołka, chodź ze mną do Krabatiusa; wczoraj mu już wszelakie niemoce dolegały, godzi się odwiedzić biedaka.

— A my?

— Was się później przywoła albo sami z własnej woli zgłoście się do pielęgnowania. No chodźże!

Przebiegli na drugą stronę korytarza, zapukali do drzwi. Słabymgłosem odpowiedziano „proszę”.

— Przychodzimy zapytać, jak zdrowie waszej miłości — zacząłDrohojowski.

— Zawsze gorzej... zawsze gorzej; już mnie ostatnia nadziejaopuszcza — jęknął Niemiec.

— Niech pan magister daruje moją śmiałość, ale czy nie pomnażacie swej słabości imaginacją?

— Żadną drogą. Przytomność mam, Bogu dzięki, stale pełną i z każdego uderzenia pulsu zdaję sobie sprawę... bije coraz słabiej.

— Przyczyną tego, łacno zrozumieć, jest krwi puszczenie. Jakomedyk, wiecie lepiej od nas, że takowy środek siły odbiera.

— Ale zarazem i chorość wigor swój traci. Najjaśniejsza paniraczyła w jej wielkiej łaskawości przysłać mi własnego doktora.

— Signora Bisantizzi?

— Tak jest; a bawiący tu w przejazdu signore Giulio di SantaCroce nawiedził mnie również z własna przychylność. Uczoność tych mężów zdumieniem mnie napełnia. Wyjrzyjcie ino, chłopcy, w antykamera i zobaczycie, jak wiele mi leki signore Bisantizziprzysposobił; zda się niepodobieństwem, by najsroższa febris tyluspecyfikom oprzeć się miała.

Zaciekawieni paziowie skoczyli do alkierzyka (pracowni Krabatiusa) i teraz dopiero Jaś Drohojowski zdrętwiał na myśl o możliwych skutkach swego płochego żartu: na okrągłym drewnianym stole w pośrodku izby stała cała bateria flaszek, puzderek, słoiczkówitd.; było tego około trzydziestu sztuk.

Rzucili okiem dokoła... półki z księgami i rękopisami piętrzyły sięprzy dwóch ścianach; długi, wąski stół pod samym oknem zarzuconybył instrumentami lekarskimi, retortami do badań chemicznych; naścianie nad stołem wisiały dwie wagi, jedna na pospolitszy użytek,druga maluchna aptekarska. Moździerz czarny, marmurowy, do ucierania proszków, drewniana forma do kręcenia pigułek, zioła suszone w ogromnych pękach, słowem, laboratorium alchemiczne i lekarskie.

Ale te mikstury czerwone, białe, zielone, brunatne! Te jakieśdriakwie czy balsamy... Zaliż to wszystko miał spożyć nieszczęsnychory z urojenia?

Jasiek jednym susem wrócił do sypialni i stanął przy łożuKrabatiusa.

— O kochany panie magister... miejcie litość nad sobą! Nietykajcie tych podłych leków! Ino leżcie spokojnie, krwi już więcejnie puszczajcie, my wam z kuchni samego króla miłościwegodostarczymy rosołu i kurczątka w polewce lub wędliny świeżej.Wypoczynek, zdrowe jadło, to najlepsze leki. Chciejcie mi wierzyć!

— Ty jesteś dobre dziecko — odparł chory wzruszonym głosem— ale się tyle znasz na medycyna, co ja na teologia. Chorość mojatkwi w żołądku, podkrada się ku pluc; chce zająć moje nerki i mojawątroba, zanieczyszcza żyły. To wszystko jasno i uczenie wyłożył midoktor Bisantizzi; ano i ja sam, o ile mnie wybadać mogę, tesymptoma rozumiem nie inaczej.

Odpocząwszy chwilę, chory mówił dalej żałośnie:

— Przeto najpierw organismus należy skrupulatnie wyczyścić,co, dzięki uczynność tego zacnego męża, nad wyraz dokładnieuskuteczniłem. Następnie mamy się wziąć do każdej wnętrznościz osobna; Bóg miłosierny ulitował się nade mną zsyłając mi takąjedną przemądrą pomoc. Może choć powoli odzyskam moje zdrowie.

— Na Boga was zaklinam, dobry panie Krabatius... wstrzymajciesię choć do jutra z tą straszną kuracją! Wspomnicie moje słowo, że się wam polepszy jak amen w pacierzu, ino nie pijcie tych bezecnychjadów ani kropelki.

— A ten drugi medyk nic wam nie zalecił? — spytał Ostroróg.

— Santa Croce? O, to jest jeden mąż także niepomiernej nauki! Ale jego metoda jest cale jedna inna; przepisał mi ciepłe kataplazmy na całe ciało, twierdzi bowiem, że wszelakich dolegliwości przyczyną są wilgotne wapory, dają się które wyprowadzić i precz usunąć przez gorące jedynie okłady.

— No, to chyba nieszkodliwe — szepnął Jaś do Mikołki i zaraz tonem pełnym przekonania prawił:

— Taki lekarz to prawdziwa gwiazda jaśniejąca; jego rady siętrzymajcie, panie magister! A wiecie dlaczego? Śmiało wam doradzam, gdyż właśnie (tu się zaciął, szukając konceptu) stryj mójrodzony, który śmiertelnie zachorzał był przed miesiącem i przeznadziei nieprzytomny już a konający leżał, kataplazmami jakbycudem uleczony, krzepki i rzeźwy po czterech dniach z łoża powstał.

— Może i dobrze radzisz, mój kochany chłopiec; będę tedy zostać przy kataplazmach. Zaiste, już pierwsza doza mikstury omdlenie mi przyciągnęła, a przykazał mi z sześciu flaszek kolejno co godzina trzy łyżki... lecz gdy nadejdzie Bisantizzi, a spostrzeże żaden ubytek leków...

— O taką drobnostkę trapilibyście się, miły panie? Poulewamyz każdej flaszki po trosze, niech ano ma uciechę, że was uzdrowił.Kataplazmy gorące... to mi rada! Tego się trzymajcie: a rosół i wina dobrego kieliszek jeszcze nikomu nie zaszkodził. Przyniosę wam, dobrze?

— Apetyt by się znalazł, niesmak czułem srogi po miksturze, aleto już przeszło: ino ten straszny żołądek kurcz.

— Z głodu, panie magister, z głodu.

— Ha... ja zaryzykuję... rosołu parę łyżeczki.

— Zobaczycie, jak się wam polepszy! Lecę, a wrócę jak najrychlej. Spokój i ciepłe okłady! Tymczasem zaś przyjdą moi koledzy posługować waszej miłości, grzać i odmieniać kataplazmy.

— Zaliżby chcieli?

— Oni? Jeszcze nas, panie magister, nie znacie: zabawę rzucą, a do was przybiegną.

— A tom sobie piwa nawarzył! — zaśmiał się z cicha Jasiek dokolegi, wychodząc z mieszkania chorego.

— Ino przypilnujmy, coby go ten truciciel nie przerobił na swojąwiarę, to wszystko będzie dobrze — odparł Ostroróg.

— Bogiem a prawdą żal mi starego i nie spocznę, póki go nieuleczę. A co się wyleży, przepości, wygrzeje pod kataplazmami, toino na dobre mu się przyda, a nam ku zabawie. Krzyknij no podrodze na tamtych, niech idą nie mieszkając do Niemca i godnie muposługują. Dogonisz mnie przed kuchnią.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.