drukowana A5
15.28
Szopka. Wiersze Or-Ota

Bezpłatny fragment - Szopka. Wiersze Or-Ota


Objętość:
32 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0598-9

Szopka

Chodźcieno bliżej, kochane dzieci!

Patrzcie! tu gwiazda nad szopką świeci,

Ona to, złocąc niebieskie stropy,

Wiodła trzech królów do biednej szopy;

Śpiących pasterzy blaskiem zbudziła,

Do stóp Jezuska zaprowadziła,

A teraz stoi i jasno świeci,

Więc pójdźcie tutaj, kochane dzieci!

W szopce, we żłobku, na miękkiem sianie

Leży Jezusek, świata kochanie;

On, co ma zbawić narody ziemi,

Leży, spowity szaty biednemi;

Nie ma sukienki, kolebki nie ma,

Lecz wesołemi patrzy oczyma,

Bo się raduje Święte biedactwo,

Że się do Niego zbiegło prostactwo.

Możni królowie składają dary:

Mirrę, kadzidło, złota bez miary;

Lecz Jezus, wdzięczny za ich ofiarę,

Woli poglądać na świtki szare,

Na tych pastuszków, których gromada

Przyszła do Niego od owiec stada

I w zachwyceniu patrzy na Dziecię,

Na swoje skarby największe w świecie.

Ten Mu dwa białe daje baranki,

Ów śliczną piosnkę ciągnie z multanki,

Trzeci zerwane w polu kwiatuszki

Kładzie z pokłonem pod drobne nóżki,

A jeszcze inny sukmankę zdziewa,

Pana Jezusa ciepło okrywa.

Dziecię z uśmiechem patrzy na niego

I łezki szczęścia z oczu mu biegą.

Najświętsza Matka i Józef święty

Nabrali trawy świeżutko zżętej,

Karmią osiołka, co razem z wołem

Przy żłobku Bożym stoją pospołem:

Ciepłym oddechem dobre zwierzęta

Ogrzały Dziecku nóżki, rączęta,

I one wiedzą, że owo Dziecię

Przyszło, by cnotę czynić na świecie.

Czekajcie, dzieci! zaraz w stajence

Zaczną pastuszki grać na lirence,

Będą śpiewali śliczne kolędy,

By się nowina rozeszła wszędy,

By ziemia cała o tem wiedziała,

Że wielka radość światu się stała.

A wy też Bogu pokłon oddajcie

I z pastuszkami pieśń zaśpiewajcie.

Piaskarz

Ej, ta szara Wisełka

I odziewa i żywi,

Jakby matka serdeczna,

Jakby ludzie poczciwi.

Ona daje zarobek

Dla sieroty biednego,

Kupcie, panie, panowie,

Kupcie piasku białego.

Hej! hej! piasku białego!

Od poranka do zmroku

Po podwórkach wciąż chodzę,

Boć trza przynieść kęs chleba

Starej babce niebodze;

Lat już setka jej prawie

Zaciężyła na głowie.

Kupcie piasku białego,

Kupcie, panie, panowie.

Piasku wiślanego!

Oj, szczęśliwe te dzieci,

Co to uczą się w szkole;

Kiedy o tem pomyślę,

Żalę się na swą dolę:

Jabym czytał i nocą,

Aż do świtu jasnego;

Kupcie, panie, panowie,

Kupcie piasku białego!

Hej! piasku białego!

Gdy do snu się już kładę,

Nieraz sobie zamarzę,

Może da mi kto książkę

I litery pokaże.

Boć to z książek człek przecie

Pozna tyle dobrego.

Kupcie, panie, panowie,

Kupcie piasku białego!

Piasku wiślanego!

Przewoźnik

Hej! poczciwe moje wiosło,

Ho! ho!

Już do ręki mi przyrosło!

Ho! ho!

Już bez niego żyć nie mogę,

Bo z niem codzień ruszam w drogę

Ho! ho!

   Ho! ho!

Fale Wisły ono pruje,

A łódź chyża w dal szybuje,

Na błękitnej, na głębinie,

Jak jaskółka lotna, płynie.

Stara Wisła, dobra macierz,

Szepce z cicha ranny pacierz,

Po kościołach dzwony dzwonią —

Głos ich leci ponad tonią.

Stare Miasto w słonku świeci,

A po falach łódka leci,

I omija wiry, piaski,

Mknąc do brzegów Kępy Saskiej.

Hej, ty Wisło! ty kochana!

Od małego tyś mi znana!

Kocham ciebie duszą całą

Taką wielką i wspaniałą.

Ty mnie żywisz i odziewasz,

Ty mi pieśni do snu śpiewasz,

Płyń swobodnie, płyń daleko,

Droga rzeko! nasza rzeko!

(Po pierwszym, drugim i czwartym wierszu każdej strofki dodaje się: „ho! ho!”)

Żak

Chodzę sobie, chodzę

Z garnuszkiem po mieście;

Żaczek nieboraczek

Wędruję po kweście.

Do możnych i biednych

Pukam w imię Boże;

Kto ma dobre serce,

Ten mi dopomoże!

Ciężko to się uczyć

O głodzie i chłodzie,

Ależ nie brak serca

W tym naszym narodzie.

Jeden mnie nakarmi,

Drugi mnie odzieje,

A w głowinie żaka

Codzień zajaśnieje.

A gdy już pokończę

Nauki najpierwsze,

Wejść do akademji

Chęci mam najszczersze.

Sławną akademją

Słynie ten nasz Kraków,

Ona głosi światu

O chwale Polaków.

Może też da Pan Bóg,

Że, pracując pilnie,

Z żaka — profesorem

Zostanę niemylnie.

Wtedy, pamiętając

Przeszłość młodocianą,

Będę wspierał biednych,

Tak jak mnie wspierano.

Krakowiaczek Skuba

Pod wawelską skałą

Mieszkał smok-potwora,

Czatował na ludzi

Z rana do wieczora.

  Czatował i ludzi

   Zjadał tuzinami,

  Aż kraj płakał cały

   Gorącemi łzami.

Tedym se pomyślał,

Że to sprawa kusa,

I poszedłem prosto

Do króla Krakusa.

   — Daj, królu, barana,

   Daj mi worek siarki,

  A ja Kraków zwolnię

   Od tej gospodarki. —

Do baraniej skóry

Siarki nałożyłem,

Potem mocną dratwą

Po szewcku zaszyłem.

Buch! pod smoczą jamę

Kąsek smakowity —

I wyłazi potwór,

Jak zawdy, niesyty.

Już skórę ze siarką

Połknął smok przeklęty,

Już go srodze piecze

Ogień zażegnięty.

Poleciał do Wisły,

Wodą się zapija

I żłopie, i żłopie,

Aż pękła bestyja!

Gdy się król dowiedział

O zgonie szkodnika,

Dał mi złotą zbroję,

Dzielnego konika.

A lud, rad, że przyszła,

Na potwora zguba,

Wołał: — Niechaj żyje

Krakowiaczek Skuba!

Kominiarczyk

Choć mam ledwo lat dwanaście,

Tęgi ze mnie zuch!

Umiem drapać się po dachu,

I wprost w komin buch!

Choć tam czarno, gdyby w piekle,

Nie boję się nic,

Tylko sznurem się opaszę

I odrazu hyc!

Z miotłą w ręku wnet tam jadę,

Ciasno, ciemno wkrąg,

Już szoruję brudne ściany,

Ile siły rąk.

Trzeba dobrze wytrzeć sadze,

Bo nuż zatlą się,

Może pożar wnet wybuchnąć,

I byłoby źle.

Chociem czarny, jak djabełek,

Przeciem z siebie rad,

Kto zna pracę kominiarza,

Ten powie, żem chwat!

Toć w kominie i na dachu

Nie tak łatwy trud,

Często życie swe naraża

Kominiarzów ród.

Więc nie śmiejcie się z biedaka,

Co pracować chce,

I nie z sukni, ale z czynów

Uszanujcie mnie.

Młodszych braci mną nie straszcie,

To bolesny żart,

Bo uznania za swą służbę

Kominiarczyk wart.

Czarownica

Jestem stara czarownica

Z babki i prababki,

Mam brodate, brzydkie lica

A nos jak grabki.

Mieszkam w chacie, co to stoi

Na kurzej nodze;

Kto do puszczy trafi mojej,

Połknę go srodze.

Gdy miesiąca światło blade

Świeci ponure,

Na ożogu pędem jadę

Na Łysą górę.

Tam co piątek się zbierają

Złe jędze-baby,

Piją smołę, zajadają

Koty i żaby.

Lecz ty, dobre, pilne dziecię,

Spokojnie zaśnij,

Bo zła jędza żyje przecie

Jedynie w baśni.

Kto ma rozum, ten nie wierzy

W gusła i czary;

  (zacina ożóg batem)

Hej! z kopyta, niech waść bieży,

Ożogu stary.

Jestem stara czarownica

Z babki i prababki.

      (znika)

Owczarek

Kędy stoi krzyż przy drodze,

Co go dobrze znam,

Za owcami w polu chodzę,

Na fujarce gram.

Piosnkę echo niesie

Po zielonym lesie,

Wtórzą jej skowronki

Z nad kwiecistej łąki.

Skubią trawkę białe owce

Albo kwiatki pstre;

By nie poszły na manowce,

Kruczek strzeże je.

Poczciwości psisko

Wciąż się kręci blizko,

I patrzy co chwilka,

Czy nie widać wilka.

Gdy południe się przybliża,

Słonko mocno lśni,

To w dwojakach Maryś chyża

Obiad niesie mi.

Od kaszy i mleka

Aż pachnie zdaleka,

Maryś wyśpiewuje,

A ja pałaszuję.

A gdy schodzi już wieczorek,

W blaskach stoi krzyż,

Płynie stamtąd mój paciorek

Do stóp Boga wzwyż.

Proszę Matki Boskiej

O szczęście dla wioski,

Dla mojej rodziny

I całej krainy.

Emigrant

Za morzami, za górami,

Błądzę w obcej ziemi,

Smutne oczy mocząc łzami

W tęsknocie za swemi.

Kiedy spojrzę rozżalony

Ku rodzinnej stronie,

Serce bije jakby dzwony,

Płacze w biednem łonie.

Oj, ty wiosko, droga wiosko,

Na com ja cię rzucił?

I tę świętą Mękę Boską,

Gdziem pacierze nucił?

Ten kościołek pochylony,

Taki sercu miły,

I cmentarzyk ów zielony,

Gdzie ojców mogiły.

Tutaj spojrzeć dookoła

Aż się oczy boją;

Obcy ludzie, obce sioła

I duszy nieswojo.

Ni przemówić po naszemu,

Ni się uradować, —

Chyba przyjdzie nieszczęsnemu

Do grobu wędrować!

Oj, ty ziemio, ziemio droga,

Z tobą jakby w niebie!

Codzień kornie proszę Boga,

Bym zobaczył ciebie!

Tożbym leciał ku wschodowi

Na sokolich piórach! —

Żyć, umierać Mazurowi

Tylko na Mazurach!

Sierotka

Matusia leży w grobie,

A ja wędruję sobie,

Do każdej chaty pukam

I dobrych ludzi szukam.

Na świecie sroga zima,

A tu kożuszka niema,

Nic prócz chusty, koszulki,

Oj, biada bez matulki.

Nieraz głód mnie przyciśnie,

Aż łza w oczach zabłyśnie.

Nieraz chłód mnie przejmuje,

Że rąk i nóg nie czuję.

Ogień płonie po chatkach,

Dzieci siedzą przy matkach,

A ja patrzę przez okno

I w łzach oczy mi mokną.

Uczyćbym się tak chciała!

Cały dzieńbym czytała!

Ale śliczne książeczki

Nie dla biednej dzieweczki!

Och, szczęśliwaś ty, dziatwo,

Gdy ci uczyć się łatwo,

Gdy literki twa mama

Pokazuje ci sama.

Panieneczki, chłopczyki,

Odkładajcie grosiki

I książeczki swe stare,

I zabawek swych parę,

Bo sierotek na świecie

Tyle biednych znajdziecie,

Którym dar ten wasz, dzieci,

Smutne życie rozświeci.

Myśliwy

Wokół puszcza dzika,

Zwierza słychać ryk,

Niedźwiedź się przemyka,

Zdala biegnie dzik.

Nie dbam o to wcale,

Czy napadną mnie,

Zaraz z fuzji palę

I kulkę im ślę.

Hej, niema jak łowy!

Proszę wierzyć mi...

W mroźny dzień grudniowy,

Gdy śnieg srebrem lśni.

Las dokoła cały,

Jak zaklęty świat,

Promienieje biały

Od zimowych szat.

Ktoś gałęzie łamie,

Ryk przelata w dal,

Dalej! broń na ramię!

Baczność! celuj! pal!

Choć nie było blizko,

Kulka trafia w lot,

Padło niedźwiedzisko,

Aż się rozległ grzmot.

Więc jak Wojski stary,

Róg dobywam wnet,

Wesołe fanfary

Lecą het, het, het!

Wtórzy bór sosnowy,

Gdy gra lasu pan, —

Hej, niema jak łowy

I myśliwski stan!

Strażak

Czy Warszawę zmrok osnuwa,

Czy ją złocą zorze,

Na wieżycy strażak czuwa,

Czuwa w imię Boże.

Niechno tylko ze swej wieży

Dojrzy odblask krwawy,

Wnet na sygnał w dzwon uderzy

Dla swej braci żwawej.

Błyszczą kaski, grzmi podkowa

Wśród Warszawian rzeszy,

Pędzi cwałem straż ogniowa,

Na ratunek śpieszy.

Zuchowate widać twarze,

Bez śladu obawy —

I już stoją przy pożarze

Strażacy Warszawy.

Ci kierują sikawkami,

Inni pną się w górę,

Płomień bucha wkrąg iskrami,

Pędzi chmury bure.

Lecz strażacy z butą znaną

Niczem się nie straszą,

I dopóty nie ustaną,

Aż pożar ugaszą.

Choć im nieraz grożą rany,

Tak jakby na wojnie,

Pod ich strażą gród kochany

Może spać spokojnie.

Dzielne serca w piersiach biją,

Szczerzy z nich junacy,

Więc krzyknijcie: Niechaj żyją

Warszawscy strażacy!

Przekupka Marcinowa

Jestem Marcinowa,

Do usług gotowa!

Uczciwa niewiasta

Ze Starego Miasta.

Lubię się wykłócić,

Ale wolę nucić:

Oj, dana, dana, dana!

Warszawo kochana!

Mam kramik niewielki,

Na nim kartofelki, Świeże zieleninki

I różne jarzynki.

Dla posłusznych dzieci

Jabłuszko się świeci,

Oj, dana, dana, dana!

Warszawo kochana!

Język — niech Bóg broni!

Lecz serce na dłoni!...

Ręka pracowita

I tusza obfita.

Przekupka prawdziwa,

Dobra, lecz swarliwa,

Oj, da dana, dana!

Warszawo kochana!

7 i 8 wiersz każdej strofki powtarza się.

Twardowski

Jeżdżę sobie na kogucie

Zapomocą dyablą.

Kto mi kiwnie palcem w bucie,

Tego zaraz szablą!

Jem i piję, wesół żyję,

Bez wszelakiej troski.

Dobra nasza, w górę flasza!

Wiwat, pan Twardowski!

Djabeł drżący i struchlały,

Gdy mój głos go zmusza,

Wszystko srebro z ziemi całej

Przeniósł do Olkusza.

Jam przywołał cień Barbary

Na zamek krakowski,

Znam zaklęcia, leki, czary.

Wiwat, pan Twardowski!

A gdy bies mi spojrzy w ślepie

I w górę uniesie,

Do księżyca się uczepię:

Żegnaj, panie biesie!

Choć się z piekła ćma ich zleci,

Obetnę im noski,

Czas, kogutku na waszeci,

Wiwat, pan Twardowski!

Szewc

Szewc warszawski, miły bracie,

To nie partacz kiepski,

Siedzi sobie przy warsztacie

Wesoły i łebski.

Tak się zwija jakby fryga,

Choć praca niełatwa,

Jeno w ręku szydło miga,

Jeno skrzypi dratwa.

Szewckiej cnoty, mocium panie,

Nie trzeba dowodzić,

Bo nikt przecie w żadnym stanie

Nie rad boso chodzić.

Dobra kurtka i sukmana.

I kapelusz suty,

Ale z cholew poznać pana, —

Tedy grunt — to buty.

Na warszawskiem Starem Mieście,

Z wiary staroświeckiej,

Lat już słynie przeszło dwieście

Sławny cech szewiecki.

Więc wykrzyknie razem z nami,

Kto świadomy sprawy:

Wiwat buty nad butami

I szewcy z Warszawy!

Dziadek

Już skończone przedstawienie,

Będzie pustka wnet na scenie,

Tylko jeszcze, państwo młodzi,

Dziadek z torbą swą wychodzi.

Nie trwóżcie się, mówię szczerze,

Dziad was w torbę nie zabierze,

Bo on woli wziąć bez krzyku

Od każdego po grosiku.

Zwiedziłem już kawał świata,

Bo przeżyłem długie lata.

Raz też kiedyś, w chmurny dzionek,

Wszedłem sobie do ochronek.

Co tam dziatwy, miły Boże!

Któż je wszystkie zliczyć może?

I chłopczyki, i dziewczynki;

Wszystkie mają smutne minki.

Czemu smutne? wiedzieć chcecie,

No, to powiem wam w sekrecie:

To są bardzo biedne dzieci,

Nie wesoło dzień im leci.

Choć to były wielkie święta,

O nich mało kto pamięta,

Ni zabawek, ni książeczek

Nie dostały od mateczek.

Więc wam powiem: książki stare

I zbytecznych cacek parę,

Co kto może, niech do dziada

Dla tych biednych dzieci składa.

Ja zaniosę im te dary,

Nie żałujcie więc ofiary,

Biedni za was, dziatwo droga,

Będą modlić się do Boga.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.