drukowana A5
24.53
Obiad literacki

Bezpłatny fragment - Obiad literacki

Objętość:
128 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0097-7

Wstęp

Na wstępie pozwolę sobie w niewielu słowach podmalować dekorację tych obiadów, oraz zdradzić sekret kulinarny, wedle którego je przyrządziłem.

Najpierw trochę historii.

Zamach Stanu 2 grudnia 1851 zamknął nie tylko w polityce, ale i w literaturze pewną epokę, zwłaszcza że spotkał się z postępującą od kilku lat likwidacją romantyzmu. Romantyczną była jeszcze rewolucja lutowa (1848), która na fali wydarzeń wyniosła poetę Lamartine'a, czyniąc zeń przez chwilę głowę rządu. Zniesienie niewolnictwa, zniesienie kary śmierci za przestępstwa polityczne, powszechne głosowanie, republika… Niebawem przyszła konfrontacja marzeń z rzeczywistością. Rozkołysane nadzieje ludu stłumiło przerażone mieszczaństwo w potokach krwi w okrutnych dniach czerwcowych r. 1848; nastąpiła reakcja wojskowa; obiór księcia Ludwika Napoleona prezydentem republiki zdawał się już zapowiedzią niedalekiej monarchii. Jakoż, ziściła się owa monarchia, w niewiele miesięcy po zamachu grudniowym, przeprowadzonym z zimną bezwzględnością przez tego milczącego człowieka. Zamach zeskamotował władzę na rzecz księcia-prezydenta, uprzedzając moment, w którym ów — po ukończeniu swego czterolecia — miał ustąpić bez prawa do ponownego wyboru. Zmasakrowano przeciwników (4 grudnia), rozstrzelano lub deportowano podejrzanych, rozwiązano Izbę, wprowadzono najsurowsze rygory. Dokonany w tych warunkach plebiscyt zalegalizował ogromną większością głosów fakt zamachu: niebawem taż sama „wola ludu” awansowała księcia prezydenta na cesarza Napoleona III, z władzą niemal absolutną. Cesarz kneblował prasę, oniemił Izbę, zakazując podawać sprawozdań z przemówień posłów, zastosował w sposobie rządzenia i wychowywania wszystkie środki despotyzmu. Stan ten, mimo pewnych złagodzeń, miał się utrzymać przez lat blisko dziewiętnaście, aż do upadku cesarstwa w r. 1870.

Drugie cesarstwo! Ileż obrazów przywodzi nam przed oczy, sceptyczniejsze od oczu starego Rzeckiego w Lalce. Cesarzowa Eugenia ładna, niezbyt inteligentna Hiszpanka z obnażonymi ramionami, w krynolinie; obok niej cesarz w źle skrojonym tużurku, małomówny sfinks z wywoskowanymi wąsami i z bródką, polityk nieodgadniony a może tylko niedorzeczny, pracujący bezwiednie a wytrwale dla stworzenia potęgi Prus, która go miała połknąć. Religianctwo bez wiary, propagowane na zimno jako środek władzy; świętoszkostwo cenzury, proces Pani Bovary a tryumf Pięknej Heleny… Dalekie wojny i dalekie afery. Wewnątrz kraju cynizm środków rządzenia, wzgardliwy i obojętny; w powietrzu jakiś niepokój, mgliste uczucie że leci się w przepaść… ale interesy prosperują, giełda huczy, zbytek się przewala, w Lasku tłoczą się pojazdy. Wystawę paryską odwiedzają wszyscy monarchowie Europy — wciąż fety, tryumfy, ponawiane zwycięskie plebiscyty. Ostatni plebiscyt dat pół ósma miliona głosów (na dziewięć blisko milionów głosujących) za cesarstwem: było to w maju r. 1870. W parę miesięcy potem zaczął się generalny krach: — Sedan, detronizacja, okupacja kraju, wojna domowa, komuna

Co robi przez ten czas myśl francuska, odsunięta niejako od odpowiedzialności za sprawy publiczne? Od kilku dziesiątków lat czynny rząd dusz był w tradycjach literatury. Chateaubriand stał się niegdyś mimowolnym współpracownikiem Bonapartego w odnowieniu religii; później, sławną swoją broszurą przeważył szalę na rzecz Burbonów, był ministrem spraw zagranicznych. Balzac pełno polityki wprowadzał w swoje utwory a całe życie marzył o roli politycznej; któryż zresztą współczesny mu literat nie widział się w marzeniach posłem lub ministrem? Wiktor Hugo był parem Francji, wybitnym oratorem, mimo że Jules Simon złośliwie mówił, iż każde jego przemówienie można by ułożyć wierszem.

Otóż, tym ambicjom literatury — jak i parlamentaryzmowi — zadał dzień 2 grudnia brutalny i stanowczy cios. Lamartine przestał istnieć; Hugo znalazł się na liście proskrybowanych; osiemnaście lat spędzi na wygnaniu, smagając nienawistne Cesarstwo pamfletami — wierszem i prozą. Wróci aż z upadkiem regime'u. Wygnany toż samo Edgar Quinet. Michelet i Renan stracili katedry. Wszyscy żyją pod grozą represji. Ówczesna ustawa prasowa pozostała, jak ktoś powiedział, „wzorem dla tych, którzy chcieliby zniszczyć prasę”. Rujnowała pisarzy, szukających ucieczki w dziennikarstwie, bo pisma, uderzane dotkliwie po kieszeni, same wprowadzały tym gorliwszą cenzurę domową. Prokurator wdzierał się w sferę krytyki literackiej i artystycznej. Prefekci mieli rozkaz czuwania nad powieściami drukowanymi w felietonach. Dziennikom literackim i naukowym zabroniono najformalniej zajmować się nawet przygodnie polityką i ekonomią społeczną. W sferach miarodajnych rozważano bardzo poważnie ideę „uzgodnienia literatury z całokształtem instytucji cesarstwa”…

Cóż więc robi literatura, ta która została w kraju i która, rada nie rada, musi się przystosować do istniejących warunków? Częścią zamyka się w „wieży z kości słoniowej” — wyrażenia tego pierwszy raz użył, zdaje się, Flaubert; — w kulcie formy, w doktrynie sztuki dla sztuki. Trudno ocenić ilościowo, ile udziału w tych hasłach (które zresztą przetrwały długo, nawet w zmienionych warunkach) miała — cenzura; ale że miała, to zdaje się nie ulegać wątpliwości. Częścią znowuż zwraca się literatura tam, gdzie i bez owego przymusu kierował ją duch czasu: — ku nauce. Jak w dobie romantyzmu literatura kuma się z polityką, tak w dobie pozytywizmu współżyje ona z nauką.

Do tego konkubinatu dojrzewała zresztą od dawna. Poezja ustępuje na drugi plan pod naporem nowej rzeczywistości. Zdobycze techniki, wynalazki, odkrycia, przegrupowania społeczne — wszystko to stwarza inny świat — świat, który tak genialnie zrozumiał lub przeczuł Balzac. Przyszłość wiedzy, pisana w latach 1848--1849 przez Renana, najlepiej wyraża stan dusz, olśnionych wiarą we wszechpotęgę rozumu, nauki, zanim ta wiara ustąpi słodyczom wątpienia. U Augusta Comte kult wiedzy pozytywnej zmienia się w religijny niemal mistycyzm. Poezja robi miejsce prozie, romantyczny dramat teatrowi mieszczańskiemu, natchnienie analizie krytycznej. Powieść, wywodząc się w tym również od Balzaka, nabiera ambicji naukowych, nawet eksperymentalnych.

Ale dominującą tendencją chwili jest krytyka. Jest to dość zrozumiałe. Po tak fenomenalnym wybuchu twórczości, jakiego świadkiem były minione dziesiątki lat, po tylu przewrotach politycznych i społecznych, myśl odczuwa jak gdyby potrzebę uporządkowania tego wszystkiego. Chce wytchnąć nieco, chce ogarnąć i powiązać fakty, spiąć przeszłość z teraźniejszością, ustalić jakieś prawidła. Wyłania się nowa nauka — socjologia; kształtuje się nowoczesna historia i nowoczesna krytyka. Ale ta krytyka jakże odmienna jest od dawnej; nie dogmatyczna, nie pouczająca pisarzy jak mają pisać, ale żądna zrozumieć wszystko, co jest, i wszystko objaśnić. Sainte-Beuve, Taine, Renan — oto typy nowej umysłowości, nowi władcy dusz. A że z tego nawyku oglądania rzeczy ze wszystkich stron, rozumienia najsprzeczniejszych stanowisk, zaglądania za wszystkie kulisy i prucia wszystkich podszewek, rodzi się sceptycyzm — to jest nieuniknione. Inteligentny ten i wyrafinowany sceptycyzm stanie się zwiastunem „końca wieku”; pojęcie jego zrośnie się z nazwiskiem Renana, przeciągnie się w osobie Anatola France w dobę największego promieniowania myśli francuskiej na Europę.

Tak więc, gdy błyskotliwy światowy Paryż drugiego Cesarstwa bawi się, nuci Offenbacha, spekuluje, czyta słodkawe powieści Oktawa Feuillet — garść ludzi czuwa późno w noc przy biurku lub w pracowni, topiąc życie w wytężonej pracy. Praca ta, mimo że prowadzona na bardzo rozmaitych polach, schodzi się z sobą w konkluzjach, a nawet w metodach. Hipotezy naukowe jakiegoś Berthelot pożyczają skrzydeł od poezji, gdy powieść Goncourtów lub krytyka Taine'a, wyrosłe z cierpliwego badania dokumentów ludzkich, wkraczają w dziedzinę nauki ścisłej. Ale wszyscy oni dławią się po trosze pod reżymem, który, zasadniczo lekceważąc myśl i wiedzę, chce w myśli i wiedzy mieć jedynie wierne — lub bodaj dyskretnie milczące — sługi władzy. Nie mogąc się wypisać ze wszystkim, owi literaci, uczeni, potrzebują się wygadać. Stąd potrzeba schodzenia się, wymieniania myśli, utyskiwania wspólnie na to, co ich gnębi. Jeść obiad razem, rzucać przy kieliszku wina teorie i paradoksy, cieszyć się inteligencją własną i inteligencją sąsiada, puszczać w powietrze myśli niby kółka wonnego dymu cygar, po trosze wymyślać na rząd, który, na szczęście, nie mieszał się zbytnio do tego, co się mówiło w zaciszu prywatnym — to miało we Francji swoje tradycje. Salon sąsiadował tam zawsze z jadalnią, a jadalni takich było w owej epoce sporo.

Jedna z najświetniejszych mieściła się w pobliżu tronu. Gospodynią jej była owa tak niezmiernie popularna (aż po rok 1904, w którym umarła jako staruszka osiemdziesięciokilkuletnia) — księżniczka Matylda. Rodzona bratanica Wielkiego Napoleona, stryjeczna siostra Napoleona III (o ile Napoleon III miał w żyłach krew Bonapartych, co do czego podnoszono poważne wątpliwości), piękna, imponująca, trochę artystka, lubiła się otaczać ludźmi myśli i pióra. Może to była polityka dworu, aby ich w ten sposób trzymać na uwięzi? może księżniczka bezwiednie spełniała rolę mediatorki między rządem a tymi, których niechęć mogłaby, bądź co bądź, być nieporęczna? Faktem jest, że niezależna, inteligentna i ciekawa, rywalizująca po trosze z cesarzową Eugenią, księżniczka Matylda umiała dać swemu salonowi cechę — och, bardzo niewinnej — frondy intelektualnej.

Księżniczka Matylda, która dwukrotnie w życiu nie raczyła zostać cesarzową, korzystnie rozwiedziona z nababem rosyjskim Demidowem, żyła cnotliwie ze swoim morganatycznym kochankiem, hr. Nieuwerkerke, którego postarała się zrobić — dla decorum — intendentem sztuki. W ten sposób, w ręku tej dostojnej pary skupiała się cała opieka rządu nad sztukami plastycznymi. Obawiam się, że wpływ tej cesarskiej amatorki, pilnie malującej akwarelą, oraz utytułowanego niedoszłego rzeźbiarza — jakim był hr. Nieuwerkerke — wpływ wykonywany bardzo despotycznie — nie był może najlepszy… ale to nie moja rzecz. W literaturze nie mogła mieć księżniczka równie czynnej ingerencji. Tolerancja jej posuwała się aż do szanowania nałogu Musseta, któremu zdarzało się przyjść na jej obiad w stanie kompletnego pijaństwa. Flaubert, Sainte-Beuve, bracia Goncourt, Gautier — to byli jej nadworni. Swoboda słowa była przy tym stole niemal zupełna. W jednym była księżniczka nieubłagana: w tym, co tyczyło chwały jej wielkiego stryja. Sławny jest bilecik „p.p.c.”, którym, po jego ostatnich tomach Początków Francji współczesnej, ta Napoleonka — jak ją nazywali najbliżsi — dała uczuć biednemu Taine'owi, że nie życzy sobie widzieć go więcej na oczy.

Innym takim obiadem, jeszcze liberalniejszym co do swobód języka, bo czysto męskim, był obiad tzw. chez Magny, od nazwiska właściciela restauracji, w której się zbierano. Powstał w drugim dziesiątku lat Cesarstwa; założycielami jego byli bracia Goncourt, rysownik Gavarni i Sainte-Beuve; filarami Saint-Victor, Berthelot i inni. Schodzili się co sobotę. Przetrwał ten obiad aż do katastrofy roku 1870, rozprószył się w owej dobie, potem skupił się na nowo, ale już w innej postaci. Zjawili się inni w miejsce tych, co ubyli; pod rządami republiki obiad przeobraził się po trosze w obiad polityczny pod wezwaniem dziennika Le Temps, i stracił pierwotny charakter czystego gaju Akademosa z wiktem.

Bracia Goncourt, którzy w Dzienniku swoim protokółowali wszystko z pasją poszukiwaczy „dokumentu”, utrwalili niejedną scenę i niejedną rozmowę z tego obiadu chez Magny, jak zresztą i z innych zebrań. Odczytując te ich relacje, byłem uderzony, jak bardzo obiad ów wyraża ducha epoki. Już swoim składem osób. Wszystko tam jest, i wszystko pierwszorzędnie reprezentowane: nauka, sztuka, krytyka, matematyka, medycyna, powieść, polityka. Powagę myśli łagodzi na przemian nuta paryskiego urwisa, z którego coś zawsze przetrwało w Teofilu Gautier; — sceptycyzm smakosza zaproszonego na widowisko świata, humor artysty, ostry wybryk żonglera idei. Charakterystyczna jest pewna bierność ludzi będących raczej ciekawymi świadkami niż aktorami życia społecznego; — więcej zrzędzenia niż buntu, raczej dąs niż opozycja, odcień niesmaku i znużenia swoją epoką. O czymkolwiek jest mowa, nikt nie lęka się użyć właściwego wyrazu; ale zarazem, przy całej pogardzie dla mieszczucha, jest tu niejaka mieszczańskość horyzontu, bezwiedny nawyk pewnej postawy społecznej. To jest owa Francja intelektualna, uczona, obżarta myślą, nawykła wszystko brać pod swój mikroskop lub skalpel, która, przymusowo zwolniona od odpowiedzialności za los kraju, korzysta ze swoich pracowitych wywczasów, i dla której coraz bliższa już katastrofa, wyrywając ją z zacisza gabinetu lub jadalni, stanie się straszliwym i niepojętym wstrząsem.

Dokumentem owych obiadów pozostał tedy Dziennik Goncourtów. Ale trzeba mi tu powiedzieć kilka słów o samych Goncourtach i o ich Dzienniku. Zjawisko niemal jedyne w literaturze, przykład najściślejszego współpracownictwa dwóch braci, które pozwoliło im nawet rzecz tak osobistą jak dziennik prowadzić wspólnie. Edmund (1822 — 1896), starszy od brata, przeżył Juliusza (1830 — 1870) o wiele lat i strata ta pozostała dlań nigdy nie zgojoną raną. Historycy, powieściopisarze, autorzy sceniczni, kolekcjonerzy, estetycy, byli Goncourtowie pod wieloma względami awangardą literatury i sztuki. Dziś jako twórcy raczej zapomniani, przetrwali przez swoją Akademię Goncourtów, którą Edmund ufundował w intencji przeciwstawienia jej oficjalnej martwocie Akademii francuskiej, oraz przez swój Dziennik, bezcenny zbiór dokumentów, portretów, anegdot — półwiecze literatury, sztuki i obyczajów.

Bracia Goncourt prowadzili wspólnie swój Dziennik od roku 1851 (pierwsza ich książka ukazała się w dzień zamachu Stanu 2 grudnia, i tej zabójczej konkurencji nie mogli nigdy darować Napoleonowi) do śmierci Juliusza w 1870. Po stracie brata, Edmund prowadził Dziennik sam; ale w obiadach u Magny brali jeszcze udział obaj. Wracając do domu utrwalali ten czy ów szczegół, jakiś fragment dyskusji; dali atmosferę tych obiadów, zaprawną oczywiście własnym kostycznym humorem, swoimi sympatiami i antypatiami.

Otóż, przyszło mi na myśl zebrać razem te dość skąpe ich zapiski i stopić je w jeden obiad-monstre. W trakcie roboty, która mnie bardzo bawiła, pomyślałem: „Ci sami ludzie spotykali się raz po raz i gdzie indziej, u księżniczki Matyldy, u siebie wzajem, rozmawiali tak samo, w tej samej atmosferze; czemu by i tych rozmów — o ile są zanotowane u Goncourtów — nie przenieść chez Magny i nie wpleść w ogólny rozgardiasz obiadu? A w końcu poszedłem jeszcze dalej. Ileż jest w tym Dzienniku anegdot, powiedzeń, myśli nieraz sprzecznych, jak gdyby dyskutujących z sobą na odległość wielu kartek lub nawet tomów — będących w sumie żywym i wiernym odbiciem nastrojów epoki! Czemu by i tych strzępów nie wprząść w mój dywanik? Tak więc, tekst rozszerzał mi się stopniowo; wciąż trzymając się litery Dziennika Goncourtów, przekroczył znacznie ramy autentycznego obiadu u Magny. Splecenie biegu rozmów, ułożenie tej mozaiki myśli dokonane jest na moją odpowiedzialność.

Uczestnicy obiadu u Magny, liczący od czwartego po szósty krzyżyk, są to ludzie częścią znajdujący się na szczycie najchlubniejszej kariery, częścią walczący z powodzeniem o swój udział w sławie. Schodzą się. Sainte-Beuve, wielki krytyk, liczący wówczas koło sześćdziesiątki, najwcześniej przybyły, grzeje nogi przy kominku: mały, krótki, z okrągłą wygoloną twarzą, w swojej czarnej mycce na łysej głowie. Ciężkim krokiem wchodzi ulubiony przez wszystkich Théo Gautier, niegdyś autor młodzieńczej i zuchwałej Panny de Maupin, dziś już po pięćdziesiątce, wielki, barczysty, brodaty, piękny; wygłasza z olimpijskim spokojem paradoksy, które później będą się tułały przez wiele dziesiątków lat po wszystkich literackich knajpach Europy. Wsuwa się, zacierając ręce księżym gestem, Renan, który świeżo wrócił ze swojej wyprawy na Wschód szlakami chrześcijaństwa, i któremu niebawem jego Życie Jezusa miało dać wielką i gorszącą cokolwiek sławę. Wchodzą kolejno: świetny eseista Saint Victor, żółciowy nieco burczymucha; Berthelot, trzydziestokilkuletni znakomity już uczony, mający się stać jednym z największych chemików świata; Gavarni, mały, żywy, o ruchliwej niespokojnej twarzy i oczach na przemian to bacznych i bystrych, to znów zgubionych gdzieś w zaświatach matematyki. Dalej Soulié (nie Frédéric, ale Eudore); dalej w binoklach, z poprawną miną „guwernera z wielkiego domu” lub profesora przerabiającego lekcje, Taine, który niebawem, na marginesie najpoważniejszych studiów, miał dać swoje Życie i myśli pana Tomasza Graindorge, drukowane w płochej La Vie Parisienne. Dalej Flaubert, spędzający po parę miesięcy w Paryżu, olbrzym z obwisłym płowym wąsem i wypukłymi oczami, którego debiut powieściopisarski (Pani Bovary, 1857) wysunął na czoło walk literackich, czyniąc go, bez jego woli, chorążym realizmu. Dalej Nefftzer, publicysta, założyciel dziennika Le Temps; Scherer, również głośny publicysta, polityki. krytyk, fanatyczny protestant; Baudry, ceniony malarz; doktór Robin, anatom, dla którego stworzono właśnie katedrę nowej nauki, histologii; — drugi lekarz doktór Veyne; jeszcze kilku innych, bardziej przygodnych i zmieniających się gości, wreszcie E. i J. Goncourt, nierozłączni bracia (rozstali się w życiu tylko dwa razy, na dwadzieścia cztery godzin), melancholicy), dość zgryźliwi, szanowani przez wszystkich, ale cierpiący od swojej niepopularności, tworzą tu skrajnie lewe skrzydło we wszystkich sporach natury estetycznej. Oczekiwany jest Turgieniew — ten większą część życia spędzi w Paryżu, przyjmowany serdecznie przez francuskich pisarzy, których potem w swoich znów niedyskrecjach „urządzi” dosyć zjadliwie. Sami mężczyźni… kobiety strzegły wówczas domowego ogniska.

Siadajmy tedy do stołu i starajmy się być inteligentni. Inaczej lepiej nie siadać. I nie gorszmy się lada czym.

Pierwszy obiad

Jeszcze się nie rozsiedli, a Sainte-Beuve już gada. Ten, ze swoją fenomenalną pamięcią i kopalnią anegdot, jest w swoim żywiole. Kogóż on nie znał, czegóż nie pamięta! Znał (powiada) w Boulogne starego bibliotekarza nazwiskiem Isnard, który byt niegdyś nauczycielem u oratorianów w Arras i miał za ucznia Robespierre'a. Ów Isnard opowiadał mu, że jego wychowanek, będąc adwokatem z bardzo małą klientelą, ułożył poemat pt. Sztuka spluwania i wycierania nosa. Siostra Robespierre'a, obawiając się, aby brat nie stracił nielicznych klientów w razie ogłoszenia tego utworu, udała się do pana Isnard z prośbą, aby pomógł temu zapobiec. Isnard poprosił Robespierre'a o przeczytanie mu poematu i powiedział: „To bardzo, bardzo dobre, ale trzeba trochę retuszów”. Rewolucja zaskoczyła Robespierre'a wśród tych retuszów, i poemat nie ujrzał światła dziennego.

Z rewolucji Sainte-Beuve przechodzi na Micheleta. Twierdzi, że talent jego zasadza się jedynie na wyolbrzymianiu drobiazgów i na odwracaniu zdrowego sensu do góry nogami; że jego pracowita oryginalność zapożyczona jest z rozmów z Quinetem. Kiedy wszyscy protestują i kiedy Flaubert sławi dzieło wielkiego historyka, Sainte-Beuve wpada w istny szał, wali pięścią w stół — nie zważając na bóle w stawach — i wykrzykuje, że cała histeria książek Micheleta pochodzi stąd, że miał tylko jedną kobietę, i jest u niego zahamowaną pożądliwością, jak u księdza.

— Michelet — mówi ktoś — to historia opiumowana, narkotyczna, denerwująca…

GONCOURT: — Urok książek Micheleta, to że robią wrażenie rzeczy pisanych ręką. Nie mają nic banalności druku, są jakby autografem myśli…

Ale już Sainte-Beuve opuszcza Micheleta i szkicuje obraz tego, co musiała cierpieć Maria Antonina z Ludwikiem XVI, brutalem, chamem, który rzuca kamieniem na śpiącego wieśniaka, pryka w odpowiedzi jakiemuś dworakowi proszącemu go o szambelanię, i leżąc rano w łóżku, ciska na dygnitarzy dworu kuleczkami brudu z nóg… Na to Renan odzywa się swoim pieszczonym głosikiem, że nie trzeba być tak surowym dla „tych ludzi”.

— Królowie — powiada — nie wybierali przecież swojego rzemiosła… trzeba im darować ich mierność…

— Ba — mówi ktoś — trzeba też pamiętać o obyczajach epoki. Pewien starszy jegomość opowiadał mi, że za Ludwika XVI ciotkę jego mianowano damą dworu którejś z księżniczek. W dniu, w którym obejmowała obowiązki, dama, którą luzowała, spytała ją, czy już robiła toaletę: widząc jej zdziwienie, wyjaśniła jej znaczenie tego słowa. Każda dama, mająca służbę na dworze, brała przed objęciem obowiązków jedną, dwie, trzy lewatywy, tyle ile było trzeba, aby przez cały dzień nie mieć żadnej przeszkody w służbie…

— Cóż chcecie! do dziś jeszcze etykieta niemiecka nie pozwala wycierać nosa ani kichać przy panującym…

Tymczasem Sainte-Beuve zwierza jednemu z Goncourtów do ucha prawdziwy cel artykułu, jaki poświęca Marii Antoninie; chce, poprzez nią, wbić parę szpileczek cesarzowej…

— Historia — mruczy Goncourt do brata — jest w ogóle dla pewnych historyków tylko arsenałem szpilek…

Wchodzi, trochę spóźniony, Turgieniew, „łagodny jasnowłosy olbrzym z miną dobrodusznego geniusza z bajki, geniusza jakiej góry albo lasu”. Piękny jest z tym błękitem w oczach, z urokiem tego rosyjskiego zapiewania „które ma coś z dziecka a coś z murzyna”. Wzruszony owacyjnym przyjęciem, mówi ciekawe rzeczy o literaturze rosyjskiej, która wchodzi na drogę studium realistycznego, tak w powieści, jak w teatrze. Mówi o upodobaniu, z jakim publiczność rosyjska czytuje miesięczniki i dwutygodniki; cytuje, rumieniąc się, ogromne honoraria, jakie biorą od stronicy druku on i dziesiątek innych pisarzy. Natomiast książka rozchodzi się w Rosji słabo i nie przynosi autorowi prawie nic.

Mówi dalej, że w Rosji jest tylko jeden człowiek popularny: Dickens; że, od roku 1830, literatura francuska straciła tam wpływ, wszystko zagarnęły powieści angielskie i amerykańskie.

GAVARNI: — Nie lubię twarzy Dickensa. Jest w nim jakaś olbrzymia paraliżująca próżność, odbijająca się w fizjonomii.

Turgieniew wspomniał nazwisko Heinego; kiedy zebranie wyraża głośno podziw dla niemieckiego poety, Sainte-Beuve, który powiada, że go dobrze znał, wykrzykuje, że to był łajdak, nędznik, po czym, na ogólny zgiełk wywołany tym sądem, milknie, zasłaniając rękami oczy przez cały czas, kiedy trwają pochwały.

Gautier opiewa fizyczny urok tego poety, mówiąc że za młodu był piękny jak bóg, mimo trochę żydowskiego nosa.

— To był — powiada — Apollo skrzyżowany z Mefistem

— Doprawdy — wybucha Sainte-Beuve — dziwię się, że wy możecie mówić o tym człowieku. Łajdak, który wszystko, co o kimś wiedział, pakował do gazet; szarpał wszystkich swoich przyjaciół…

GAUTIER: — Przepraszam, ja byłem jego serdecznym przyjacielem i nigdy nie miałem powodu skarżyć się na niego. Mówił źle tylko o tych, których nie cenił.

— Nic bardziej uroczego — powiada ktoś — niż francuski dowcip cudzoziemców, takiego księcia de Ligne, księdza Galiani, Heinego…

— A to powiedzenie Heinego — powiada Saint Victor: — „Pytamy się, co to są gwiazdy, co to jest Bóg, co to jest życie… Zasypują nam usta garścią gliny… ale czy to jest odpowiedź?…”

— Aber ist das eine Antwort? To nie powiedzenie, to wiersz.

— Biedny Heine! Do śmierci zachował fason. Był już sparaliżowany, kiedy go odwiedził lekarz i, badając go, zapytał, czy potrafiłby gwizdnąć. Chory dał znak głową że nie: „Nawet na najlepszej sztuce Scribe'a”, wyjąkał.

Potem Sainte-Beuve opowiada o Mussecie. Veron prosił poetę o felieton dla swego pisma. Musset zażądał 4000 franków, twierdząc, że mu są koniecznie potrzebne. Veron wręczył mu je rano; wieczór idzie na obiad do Very'ego, widzi schody przybrane najpiękniejszymi kwiatami. Pyta, kto wydaje ucztę. Garson, z podejrzanie rozjaśnioną twarzą, powiada mu, że pan de Musset. Veron zagląda na górę, widzi cały burdel, któremu wielki poeta wyprawił ucztę za 4000 franków. Ale kiedy kobiety przyszły, Musset był już tak pijany, że usnął gdzieś w kącie…

— Wiecie, ile osób szło za trumną Musseta? Najwyżej czterdzieści. A za trumną Heinego sześć czy siedem.

Na drugim końcu stołu rozprawia Taine. Taine, ze swoim spojrzeniem kryjącym się za okularami, ze swą życzliwą uwagą, łatwym i obrazowym wysłowieniem, obfitą informacją, ma coś z owej dystynkcji, jakiej nabywają guwernerowie w wielkich domach. Mówi o braku ruchu umysłowego na prowincji francuskiej, w porównaniu z licznymi związkami literackimi w hrabstwach angielskich i miastach niemieckich; mówi o przekrwieniu tego Paryża, który wszystko pochłania, wszystko skupia, wszystko fabrykuje; słowem, o przyszłości Francji, która w tych warunkach musi skończyć na udar mózgu… Na tę pochwałę Anglii, wygłoszoną przez Taine'a, Sainte-Beuve, powołując się na swoje urodzenie w Boulogne i na babkę Angielkę, zwierza się, że go mierzi być Francuzem:

— Ja wiem, co ktoś na to powie: że być paryżaninem, to nie znaczy być Francuzem, ale po prostu być paryżaninem; ale zawsze jest się Francuzem, to znaczy jest się niczym… Kraj, gdzie wszędzie natykasz się na policjanta…

— Tak, to straszna rzecz podróżować po Francji, będąc Francuzem. Białe mięso przy table d'hôte zawsze wędruje do Anglika. A czemu? Bo Anglik nie uważa garsona za człowieka, a wszelki służący gardzi tym, który go traktuje po ludzku.

— Herzen opowiadał nam o służącym Angliku, który podziękował za służbę u Francuzów, mówiąc: „To nie są eleganccy ludzie. Nie tylko pani, ale pan mówią do mnie przy stole”.

— To przynosi zaszczyt Francji! Cechą szlachcica jest, że mówi do swego służącego; człowiek z gminu rozkazuje mu, ale do niego nie mówi.

— Ba! nasz Flaubert, kiedy pracuje, daje rozkaz służącemu, aby mówił do niego tylko w niedzielę, po to aby powiedzieć: „Proszę pana, dziś niedziela”.

— To by była ciekawa książka, tak, to by był wręcz dokument do historii Francji i ludzkości, gdyby ktoś zebrał i opisał anegdoty przywiązane do pewnych typów prowincjonalnych. Co za dziwadła, co za oryginały; tego nie znajdzie się wśród mieszczuchów paryskich. Ta świeżość, ta czystość komizmu…

— Tak, życie przelicytowuje powieść. Nikt na przykład nie wymyśliłby żony komendanta żandarmerii, układającej wierszem kazania swego wikarego.

— Znałem człowieka, który został merem, wykazawszy swemu prefektowi, że jest jedynym człowiekiem w miasteczku, używającym chustki do nosa.

TAINE: — Boję się, że wpływ literacki Francji będzie wciąż malał… Od XVIII wieku mamy świetny front, ale nie mamy rezerw. Brak ruchu umysłowego na prowincji jest zastraszający.

— Dawniej prowincja nie czytała i nie miała żadnych opinii o autorach i o książkach. Dziś także nie czyta, ale ma opinie, zaczerpnięte z gazet. Żałosny postęp…

— Że nie czyta, to fakt. Prowincja nie sprowadza już książek z Paryża. Mówił mi kiedyś Montalambert, który mieszka część roku na wsi, że, kiedy przyjadą do niego sąsiedzi, częstuje ich książkami; nikt ich nie tyka.

SAINT-VICTOR: — Ech, ja żyłem blisko z Lamartinem: wiecie, co on czytał? Wyłącznie Gibbona, Podróż do Chin lorda Macarthney i Korespondencję Woltera; zawsze tylko te książki, i tylko po to, żeby zasnąć.

— Pewien bibliofil, który sprzedał bardzo drogo swoją bibliotekę, powiadał całkiem serio: „Zaleta moich książek, to że nigdy nie były otwierane”.

— Ja znałem człowieka, który, za pierwszego Cesarstwa, zarobił, w ciągu trzydziestu lat, cztery miliony na fabrykacji mundurów; człowiek ten nie umiał pisać; powiadał: „Zawsze się znajdzie jakiegoś idiotę, który umie czytać i pisać”.

— Ludzie ambitni na prowincji są przeważnie tylko instrumentami ambicji swoich żon: kariera męża jest niemal jedyną rozrywką, jaką tam może sobie sprokurować inteligentna kobieta.

FLAUBERT: — Żona prezydenta sądu mówiła do mnie: „Jesteśmy bardzo szczęśliwi, mąż miał tylko jedno uwolnienie podczas całej kadencji”. Pomyśleć, co się zawiera w tym zdaniu!

— Cały Balzac

Naraz, nie wiadomo skąd, wszczyna się wielka dyskusja o Bogu i o religii, dyskusja, jak powiadają Goncourtowie, „zrodzona w wielkich mózgach z obfitego trawienia”. Taine tłumaczy zalety i wygody protestantyzmu dla wyższych umysłów, dzięki elastyczności dogmatu i dzięki interpretacji, jaką każdy, zgodnie z własnym temperamentem, może dać swoim wierzeniom.

— W gruncie (powiada), wszystko to jest sprawa uczucia; jestem przekonany, że natury muzykalne skłaniają się do protestantyzmu, a natury plastyczne do katolicyzmu.

Sainte-Beuve wtrąca, że pogaństwo było zrazu ładną rzeczą, ale potem zmieniło się w istną zgniliznę, syfilis. Chrystianizm był rtęcią na ten syfilis, ale za dużo jej użyto, a teraz trzeba, żeby ludzkość leczyła się z lekarstwa…

Po czym, porzucając wielkie teorie, opowiada o ambicjach swego dzieciństwa, o uczuciach, jakie budziło w nim, w Boulogne, za cesarstwa, przejście armii; o swoich marzeniach, aby zostać wojskowym.

— Istnieje tylko jedna prawdziwa sława: sława wojenna! — wykrzykuje. — Wielcy matematycy i wielcy generałowie; oto co uznaję!…

— Tak, marzeniem jego — mruknął starszy Goncourt do brata — byłoby być pułkownikiem huzarów, aby mieć dużo kobiet. A prawdziwą jego ambicją byłoby być ładnym chłopcem; ale rzadko zdarzyło im się spotkać bardziej chybione powołanie…

Wszczyna się — z powodu jakiegoś świeżego artykułu — bitwa około Woltera. Obaj Goncourtowie, mówiąc o pisarzu i nie biorąc w rachubę jego oddziaływania społeczno-politycznego, kwestionują jego wartość literacką; cytują księdza Trublet, który nazwał Woltera „tryumfem miernoty”. Przyznają mu jedynie wartość wulgaryzatora, dziennikarza — wreszcie dowcip, zgoda, ale dowcip nie wyższy od tego, jaki posiadały wszystkie inteligentne starsze damy owej epoki… Teatr Woltera? — wykrzykują — któż ośmieli się jeszcze mówić o tym! Jego historia — kłamstwo; pompatyczna i płaska parafraza najstarszego i najbardziej konwencjonalnego „dziejopisarstwa”… Jego wiedza, jego hipotezy, to pośmiewisko dzisiejszej nauki! Wreszcie, jedyne dzieło, przez które wart jest żyć, jego sławny Kandyd, to La Fontaine prozą, skastrowany Rabelais… Cóż warte te 80 tomów przy Kuzynku mistrza Rameau, przy To nie bajka Diderota, w których mieszczą się już cała powieść i nowela XIX wieku?

— Wiecie, spotkałem kuzynkę tego miłego kuzynka Rameau; to osoba, która powiadała do mnie: „Niepojęty jest ten Girardin, mam jego kilkaset listów, wszystkie kompromitujące, i on nie chce ich odkupić!”

Wszyscy wsiadają na Goncourtów, a Sainte Beuve oświadcza, że Francja nie będzie wolna, dopóki Wolter nie będzie miał pomnika na najpiękniejszym placu Paryża. I z kolei intonuje pochwałę Roussa, o którym mówi jak o pokrewnej naturze, jak o człowieku swojej rasy. Ale pochwałę tę przerywa jakiś brutal, mówiąc:

— Rousseau to lokaj, który się bawi w kredensie swoim…

Wobec tej ostrości słów i myśli Renan jest trochę oszołomiony. Siedzi ze swoją miną zażywnego proboszcza, prawie milczący, ale ciekawy, pełen zainteresowania, chłonący cynizm słów niby uczciwa kobieta, która się zaawanturowała na kolacyjkę w podejrzanym towarzystwie.

Znów wraca rzecz do Boga.

— To zadziwiające — mruczy Goncourt — jak przy burgundzie mówi się zawsze o nieśmiertelności duszy.

— Tak — odpowiada Sainte-Beuve — kiedy się już nie wie, co się gada.

— Ja — rzecze Renan — admiruję Jezusa bez zastrzeżeń.

— Ależ — wykrzykuje Sainte-Beuve — w jego ewangeliach jest mnóstwo rzeczy idiotycznych. „Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię”. To nie ma sensu.

— A Sakja Muni — wtrąca Gautier; — gdyby tak wypić zdrowie Sakja Muni?

— A Konfucjusz? — rzekł kłoś.

— Och, nudziarz.

— A czy jest coś głupszego niż Koran?

— Ba — rzekł Sainte-Beuve, pochylając się do Goncourta — trzeba wszystko poznać, a nie wierzyć w nic. Prawda jest tylko w kobiecie…

— Oczywiście, miły sceptycyzm, to jeszcze summum człowieka. Nie wierzyć w nic, nawet w swoje wątpienie… Wszelkie przeświadczenie jest głupie jak… jak papież…

— Ja — zwierza się tymczasem Gautier doktorowi Veyne w innej materii — ja nigdy nie byłem zażarty na ten rodzaj intymnej gimnastyki… To nie znaczy, abym nie miał kwalifikacji po temu. Zrobiłem w życiu siedemnaścioro dzieci, wszystkie dość piękne… Można oglądać próbki… Ale zupełnie wystarczy załatwić się z tym raz do roku. Zachowuję przy tym najdoskonalszą zimną krew; mógłbym rozwiązywać równanie matematyczne… A wreszcie, mnie się to wydaje upokarzające, aby lada klempa mogła sobie wyobrażać, że człowiek koniecznie chce na nią wleźć…

I Gautier rozwija teorię, że człowiek nigdy nie powinien się poddać żadnemu wzruszeniu, że to jest poniżające, że nigdy nie należy dopuszczać własnej uczuciowości do swego dzieła; uczuciowość, to jest coś pośledniejszego w sztuce.

— Tę siłę, którą mam i która pozwoliła mi usunąć serce z moich książek, nabyłem przez stoicyzm mięśni. Jedna rzecz posłużyła mi za naukę. Oglądałem w pewnym majątku psy, straszliwie złe, zdolne w pięć minut ogryźć żywego osła do kosteczki; po czym pokazano mi inne psy, tchórzliwe, pełzające przed człowiekiem, liżące mu buty. „To inny gatunek?” — spytałem. — „Zupełnie ten sam; tylko tamtym daje się mięso, a tym zupkę jarzynową”. To mnie oświeciło; od tego dnia jadłem dziennie sześć funtów baraniny i chodziłem za rogatki bić się z murarzami — kończy z przekonaniem Gautier, którego poczciwość i miękkie serce są znane.

— Ale kobieta…

— Ba, kobieta!… Ale kobieta nie płciowa, istota tak młoda, aby nie budziła cienia idei o porodzie, nic z akuszerii…

Popiera go Flaubert:

— W ogóle piękność nie jest erotyczna; piękne kobiety nie są w gruncie stworzone na to, aby je kochać konkretnie; nadają się jedynie do rzeźbienia w marmurze. Miłość, to jest coś nieuchwytnego, podniecającego, co rzadko bywa produktem piękności.

Ktoś wtrąca:

— Znacie powiedzenie aktorki Dorval, która mówiła: „Ja nie jestem ładna, ja jestem gorzej…”

GAUTIER: — Pamiętacie Gustawa Planche?

— Krytyka z przydomkiem „okrutny”?

— Właśnie. Sekret jego okrucieństwa tkwił w tym, że on był impotent. Pewnego razu, u tej właśnie Dorval, tarzał się po podłodze i jęczał tak rozpaczliwie, że odźwierny słyszał go ze swej izdebki.

— Ktoś się dowiedział o jednym z naszych najsławniejszych autorów dramatycznych, że się stał impotentem; na co ów ktoś rzekł: „To dla niego bardzo szczęśliwie; uwolniony jest od męczarni niepewności”.

Naraz ogromny Flaubert wykrzykuje, że nigdy naprawdę nie posiadał kobiety, że jest właściwie dziewicą i że wszystkie kobiety, jakie miał, były tylko „materacem dla kobiety jego marzeń”. Przez ten czas, Nefftzer i Taine wszczęli dyskusję nad zawartością etymologiczną słowa „konkretny”.

Sainte-Beuve zaczyna długą historię, jak 24 lutego r. 1848 szedł na randkę z pewną praczką. „No tak, moi panowie, z praczką” — oświadcza mężnie. Nie mógł się dostać przez most, zapchany tłumem ludu, który krzyczał: „Niech żyje armia!”…

Soulié przerywa mu, aby opowiedzieć, że podczas rewolucji r. 1848, ktoś, ujrzawszy na moście jak pies ukąsił swego ślepca, sprzedał wszystkie akcje, mówiąc: „To już koniec świata”…

W innym kącie stołu Renan, bardzo podniecony, miota się na pustkę poezji Chińczyków, ludów Wschodu… Przychodzi mu na odsiecz Berthelot, wielki chemik, „jegomość który rozkłada i składa pierwiastki, rodzaj Pana Boga w szlafroku”. Potem rozlega się głos tego świetnego poety hipotez naukowych, jak, wśród ogólnej rozmowy, rzuca te słowa:

— Wszelkie ciało, wszelki ruch, oddziałujące chemicznie na ciała organiczne, z którymi się znalazły przez sekundę w styczności, wszystko — od czasu trwania świata — istnieje i drzemie, przechowane, sfotografowane w miliardach naturalnych klisz; i może to jest jedyny ślad naszego przejścia przez tę wieczność… Kto wie, czy pewnego dnia, wiedza, przy swoim postępie, nie odnajdzie portretu Aleksandra Wielkiego na jakiej skale, gdzie przez chwilę spoczął jego cień?…

Rozmowa zbacza na hipotezy o zaludnieniu planet. Niby wpół napełniony balon, uderza o nieskończoność, a z nieskończoności przechodzi znów na Boga. Padają formuły silące się go określić. Przeciw plastykom i Latynom, którzy pojmują Boga — jeżeli istnieje — jedynie jako starca o ludzkiej twarzy, poczciwego Boga michał-aniolowego z wielką brodą, Taine, Renan, Berthelot wysuwają koncepcję heglowską, ukazując w Bogu jakiś bezkresny i mglisty rozczyn, którego światy są jedynie drobinami.

I Renan, podniecony, szukając barwnego obrazu owej Wszystkości, po głębokim szukaniu w mózgownicy i po długiem milczeniu wróżącym poród czegoś genialnego, Renan, najpoważniej i najuroczyściej w świecie, wśród skupionej ciszy słuchaczy, przyrównywa Boga do… zgadnijcie do czego… (powiada Goncourt) — do ostrygi i jej wegetatywnego istnienia. Och, oczywiście ostrygi bardzo wielkiego formatu…

Na to porównanie cały stół parska straszliwym śmiechem, do którego, po chwili zdumienia tym, co powiedział, Renan przyłącza się z wdziękiem.

Nie wiadomo, czy to ów śmiech homeryczny sprowadza rzecz na Homera, faktem jest, że Homer znajduje się na tapecie. I oto wszyscy ci obrazoburcy Boga, niszczyciele wiary, rozpływają się — wciąż powiada Goncourt — we wstrętnym bałwochwalstwie. Wszyscy ci hiperkrytycy obwieszczają jednym głosem, że był na początku ludzkości czas, kraj, dzieło, gdzie wszystko jest boskie ponad wszelką dyskusję, nawet ponad wszelkie rozważanie.

I zaczynają się rozpadać nad każdym słowem.

— Ptaki długoogoniaste! — wykrzykuje Taine z entuzjazmem.

— Morze nie rodzące winnego grona! Czy to nie piękne? — woła swoim dyszkantem Sainte-Beuve.

— W gruncie to nie ma żadnego sensu — wtrąca Renan. — Istnieje pewne stowarzyszenie niemieckie, które odkryło inny wykład.

— Jaki?

— Nie pamiętam już — powiada Renan — ale cudowny!

— No i co na to panowie Goncourt, którzy pisali, że starożytność istniała tylko po to, aby profesorowie mieli z czego żyć?

Goncourt nie chce zabierać głosu, bo wie, na czym się to kończy, ale, drażniony ze wszystkich stron, odpowiada możliwie najłagodniej, że większą mu robi przyjemność czytać Wiktora Hugo niż Homera.

Na to bluźnierstwo Saint-Victor, „robiący dosłownie wrażenie furiata”, zaczął ryczeć i wyć, że to już za wiele, że tego nie można słuchać i że to jest obraza religii ludzi inteligentnych.

Goncourt odpala:

— To bardzo osobliwe, że w towarzystwie, gdzie dopuszcza się dyskusję nad wszystkim, nie ma ktoś prawa powiedzieć swojego zdania o Homerze.

Saint-Victor krzyczy, unosi się. Na to Goncourt zaczyna krzyczeć jeszcze głośniej, wzburzony (jak mruczy potem do sąsiada) na tego człowieka nie bez talentu ale bez zdania, który zawsze schlebia utartym mniemaniom, lecz spuszcza z tonu, kiedy mu pokazać zęby.

Sainte-Beuve, bardzo przejęty kłótnią, przyzywa Goncourta do siebie, próbuje go uspokoić, stara się załagodzić wszystko, proponując z jednej strony jego przeciwnikom założenie klubu homerystów, a jemu znów basując z drugiej. Wszystko wreszcie uspokaja się, Saint-Victor podaje Goncourtowi rękę, którą ten przyjmuje dość opornie.

— Och, ta grekomania Saint-Victora i Flauberta! — mruczy Goncourt.— Flaubert doszedł do tego, że zachwyca się w Partenonie cudowną białością marmuru, który jest — powiada — „czarny jak heban”…

Ktoś rzuca ciekawe szczegóły tyczące uczonych Y… i Z… Niemców, którzy nie są zapewne uczeńsi od innych, ale którzy modzie germanizmu w obecnym świecie naukowym zawdzięczają fantastyczne kariery.

Ów opowiadający znał uczonego Y… biednego, skromnego, nieznanego, grającego na fortepianie na swoim poddaszu jak wszyscy Niemcy. Spotyka go później w krawacie w różowe groszki, w oszołamiającym garniturze. — „Zmieniłem się, prawda? — powiada uczony. Ba, przekonałem się, że praca, wytrwałość, to głupstwo. Profesor Haase wytłumaczył mi, że można dojść do czegoś jedynie przez kobiety… Patrz pan na takiego L…; czym on byłby, gdyby nie kręcił się w salonach?”.

Za drugim widzeniem, ten sam uczony, spotkawszy tegoż znajomego, odciągnął go na bok i spytał nieśmiało, czy myśli, że Niemiec taki jak on może kiedy nauczyć się, wzorem Francuzów, mówić pieprzne rzeczy kobietom; że próbował, ale zawsze to wypadało za ordynarnie, robiło się świństwo niemożliwe do strawienia.

— Cóż za symptom czasu, powiada Goncourt. Nauka używająca niskich środków, aby się wybić; nauka reprezentowana przez dwóch chamów, zrodzonych w kraju prostoty, a silących się na lekkość i wdzięk francuskiego zepsucia…

— W bibliotece widziałem przechodząc człowieka, który czytał: trzymał w ręce dłoń młodej kobiety siedzącej koło niego. Wracałem tamtędy w dwie godziny później. Czytał ciągle i wciąż trzymał rękę młodej kobiety w dłoni. To było małżeństwo niemieckie.

— Nie, to były Niemcy.

— Widziałem wczoraj, idąc do biblioteki, rzecz bardzo zabawną: wielki pies, który się rzucał z wściekłem szczekaniem na wodotrysk, próbując rozszarpać strumień wody, płynący ciągle.

— Wspaniały symbol naszej choroby narodowej, zawiści. Miałem krewniaka, był bardzo bogaty i bardzo skąpy: otóż, byłby swego czasu grubo zapłacił, aby widzieć upadek Lamartine'a, którego wcale nie znał.

— Pański krewniak był po prostu wyrazicielem wielkiej burżuazji francuskiej, której sprawiają cierpienia dzieła stworzone przez poetę, zwycięstwa generałów, odkrycia uczonego. Doprawdy, można by rzec, że wszelka sława, jaka się skupi we Francji dokoła nazwiska Francuza, wyrządza krzywdę każdemu Francuzowi, każdy żółknie po trosze.

— Tak. Gdyby nie było żandarmów, wszelkiego człowieka mającego trochę rozgłosu rozszarpano by na ulicy w biały dzień…

Z kolei doktór Robin opowiada szczegóły doświadczeń na skazańcach, na ciałach ludzi bez głowy, którzy w trzy kwadranse po śmierci podnoszą rękę jak żywi do piersi w miejsce, gdzie ich uszczypnąć; — i wiele innych doświadczeń, przemawiających za autonomią mózgu i serca. Ale już rozmowa przeskakuje na Balzaka. Sainte-Beuve atakuje wielkiego powieściopisarza:

— Balzac nie jest prawdziwy… — to człowiek genialny, zgoda, ale to monstrum!

— Ależ my wszyscy jesteśmy monstra! — odpala Gautier. — Zatem kto odmalował nasze czasy? Gdzie odnajdziemy nasze społeczeństwo, w czyjej książce, jeżeli nie u Balzaka? Może w powieściach pani Sand?

— Pokażcie mi cokolwiek, czego by nie było w Balzaku! — woła ktoś.

— Mój Boże — szepce Renan do jednego z Goncourtów — mnie się pani Sand wydaje dużo prawdziwsza od Balzaka. Tak, tak, u niej namiętności są bardziej ogólnoludzkie…

— A przy tym u Balzaka ten styl! — krzywi się Sainte-Beuve — jakie to wymęczone, pokręcone…

— Panowie — obstaje Renan — za trzysta lat będą czytali panią Sand.

— Ależ taki Hulot — krzyczy Nefftzer — to ludzkie, to wspaniałe!

— Piękno to prostota — odpowiada Saint-Victor. — nie ma nic piękniejszego nad uczucia Homera, są wiecznie młode… Weźmy Andromakę, to bardziej interesujące niż pani Marneffe!

— Nie dla mnie — odpowiada Edmund Goncourt.

— Znowu!!

— Pański Homer maluje jedynie cierpienia fizyczne. Malować cierpienia moralne — oto sztuka! Mam być szczery? Najmniejszy romans psychologiczny bardziej mnie bierze niż cały pański Homer… Tak, z większą pasją czytam Adolfa niż Iliadę.

— Można oknem wyskoczyć, kiedy się słyszy takie rzeczy — ryczy znów Saint-Victor. Trzęsie się i bełkoce:

— To absurd… Jak można… Grecy są poza dyskusją. Wszystko u nich jest boskie…

A Goncourt znów do sąsiada: — Można przeczyć istnieniu Boga, kwestionować papieża, pyskować na wszystko, ale Homer!… To osobliwa rzecz, te religie w literaturze…

GAUTIER: — Kto z nas zna Homera?… Homera trzeba czytać po grecku. To bardzo dzikie.

Renan powiada, że pracuje nad tym, aby usunąć ze swojej nowej książki wszelki styl dziennikarski; próbuje pisać prawdziwym językiem XVIII wieku, językiem ostatecznym, który starczy na oddanie wszystkich uczuć.

— Źle pan robi i nie osiągnie pan tego — powiada Gautier. — Pokażę panu w pańskiej książce setkę słów, które nie będą z XVII wieku. Ma pan nowe myśli, nieprawdaż; dla nowych myśli trzeba nowych słów!… Może tamtym ludziom wystarczały słowa, które mieli, zgoda. Nie wiedzieli nic, nie znali nic, trochę łaciny i trochę greki. Ani litery ze sztuki. Czyż nie nazywali Rafaela „Mignardem swoich czasów”? Ani słowa z historii. Ani słowa z archeologii. Zobaczy pan we wtorek mój felieton o Baudrym: niech go pan spróbuje sporządzić słownikiem XVII wieku!

RENAN: — Wiecie panowie, pani Sand chce coś napisać o synu Jana Jakuba Rousseau w czasie Rewolucji… To będzie ujęte bardzo szlachetnie… Cała przejęta jest swoim tematem… Miałem od niej w ubiegłym tygodniu trzy listy… To wspaniała organizacja artystyczna!

SOULIÉ: — E, jest już jakiś wodewil o dzieciach Roussa…

RENAN: — Pani Sand to największa artystka naszych czasów, talent najprawdziwszy!

CAŁY STÓŁ: — Och!… Ach!… Och!… Ach!…

RENAN: — Przez „prawdziwy” nie rozumiem realizmu.

SAINTE-BEUVE: — Pijmy. Ja piję. No, dalej, panie Scherer. Zdrowie naszego Hugo!

TAINE: — Hugo? Hugo nie jest szczery… Taki Musset…

SAINTE-BEUVE: — Jak to, Taine, pan stawiasz Musseta ponad Wiktora Hugo?! Ależ Hugo to fenomen! Skradł pod nosem temu rządowi, który jest przecież wszechmocny, największy sukces naszych czasów — popularność… Książka jego wyczerpana jest od ósmej rano do dwunastej w południe. Wniknął wszędzie: kobiety, lud, wszyscy go czytali. A ja? Kiedy przeczytałem jego Ody i ballady, pobiegłem zanieść mu wszystkie swoje wiersze… Panowie z Globu nazywają go barbarzyńcą… Otóż wszystko, co zrobiłem, jemu zawdzięczam. W ciągu dziesięciu lat panowie saint-simoniści z Globu nie nauczyli mnie nic…

— Ależ, panie Sainte-Beuve, niedawno pamiętamy, jak się pan miotał jak wściekły na samo jego nazwisko, mówiąc że Hugo to jest szarlatan, że to jest pierwszy spekulant literacki! Mówił pan…

— Mówiłem, mówiłem, różne się rzeczy mówi i zawsze się ma trochę racji… Krytyka, to mówić to co człowiekowi przejdzie przez głowę… tylko tyle. Ale cóż, to on nauczył mnie pisać wiersze… Bajeczny temperament. Jego fryzjer mówił mi, że u niego włosy na brodzie są trzy razy grubsze niż u każdego innego, że się na nich każda brzytwa szczerbi. Bajeczny temperament.

SAINT-VICTOR: — Wszyscy jesteśmy z niego.

TAINE: — Pozwólcie, panowie, Hugo jest to olbrzymi ewenement naszych czasów, ale…

SAINTE-BEUVE, bardzo podniecony: — Niech pan nie mówi o Wiktorze Hugo. Nie zna go pan. Jest tu nas tylko dwóch, którzy go znamy: Gautier i ja. To, co stworzył Hugo, jest wspaniałe!

TAINE: — To jest, jeżeli się nie mylę, to co wy dziś nazywacie poezją: odmalować drzewo, wieżę, niebo; słowem, pokazać rzeczy. Dla mnie to nie jest poezja, to jest malarstwo.

GAUTIER: — Zdaje mi się, że pan popadasz w idiotyzm filistrów. Żądać od poezji sentymentalizmu… nonsens! Słowa promieniste, słowa nasycone światłem — oto co jest poezja… Poezja nie ma dowodzić niczego… Nic, tylko słowa.

— Hugo to przykład, jak wspaniałą rzeczą jest oddalenie dla żyjącej sławy. Wolter w Ferney, Hugo w Jersey, dwie samotnie, które rymują się i tworzą jakby echo. Dla genialnego lub choćby utalentowanego człowieka pokazywać się, znaczy się pomniejszać.

— Hugo znosi wygnanie zupełnie obojętnie; nie uznaje, aby ojczyzna to była tylko ziemia. Powtarza: „Ojczyzna, co to jest? Idea. Cóż to jest Paryż? Nie potrzebuję go. Paryż to ulica Rivoli, a ja nie cierpię ulicy Rivoli”.

— Cóż to za żelazna siła! Kąpie się w morzu dwa razy dziennie, chodzi goło, wstaje o trzeciej, pracuje ciągiem do południa…

— Wiecie, że Hugo nigdy nie chorował?

Ktoś wspomniał wielką batalię dokoła Hernaniego. Gautier oświadcza, że na premierze Hernaniego miał nie czerwoną kamizelkę, ale różowy kaftan. Kiedy cały stół się śmieje, on dodaje:

— Ależ to bardzo ważne. Czerwona kamizelka wyrażałaby republikanizm, a nie było nic podobnego. Byliśmy tylko średniowieczni. Wszyscy, Hugo także. Republikanin? Ani wiedzieliśmy co to takiego. Jeden Petrus Borel był republikanin.

I znów, przy likierze, rzecz schodzi na kobiety…

TAINE: — Na przykład Angielki…

SAINTE-BEUVE: — Och, mówmy o Francuzkach… nie ma nic bardziej uroczego. Jedna, dwie, trzy, cztery, pięć kobiet… to rozkoszne… I powiedzieć, że przed pierwszym można mieć mnóstwo takich uroczych… za bezcen… tych nieszczęśliwych… Bo zarobki kobiet… nędza! Oto rzecz, o której tacy ludzie jak pan Thiers nigdy nie pomyślą… Trzeba od tej strony przebudować ustrój… To są kwestie…

SAINT-VICTOR: — Nie ma sposobu dla kobiety utrzymać się. Mała X… z Gymnase, która ma cztery tysiące franków rocznie, mówiła mi wczoraj…

GAUTIER: — Prostytucja jest naturalnym stanem kobiety. Rzekłem.

KTOŚ: — W grucie rzeczy, Malthus

DOKTÓR VEYNE: — Malthus to ohyda.

BERTHELOT: — Nie tylko Francja ma najmniej dzieci, ale do tego ma najwięcej starców. W cyfrach wynosi to mniej więcej 100 w stosunku do 58 w Prusach.

TAINE: — Ależ zdaje mi się, że powinno się mieć dzieci jedynie wówczas, kiedy im można zapewnić byt… Młode dziewczęta, które jadą na guwernantki do Rosji, to okropne!

KTOŚ: — Niech żyją bezpłodne żony i kochanki!

SAINT-VICTOR: — Ależ natura, wielki grecki PAN!…

GAVARNI, nagle: — Czy zauważyliście, że nigdy dziewica, młoda czy stara, nie wydała nic w sztuce?

Rozmowa staje się bezładna.

— Dużo się ludzie żenią w tym roku.

— Zwłaszcza mężczyźni.

— Idiota.

— Słuchajcie, sentencja. Społeczeństwa zaczynają od wielożeństwa, a kończą na wielomęstwie.

— Powiem wam ładne słówko podmiejskiego restauratora. Ktoś mówił mu: „Tak, w lecie pan zarabia, ale w zimie nie ma nic. — W zimie, proszę pana, mamy wiarołomstwa”.

— Dzisiejsze małżeństwo bez zalotów, bez flirtu, brutalne, cyniczne, to prosty gwałt w obliczu pana mera, z aprobatą rodziców.

— Mówiono gdzieś o gałęzi pewnej rodziny, popadłej niemal w ubóstwo; na to, pani domu wykrzyknęła: „Pojmuje pan, ludzie, którzy od pięciu pokoleń żenią się z miłości!”…

— Rzecz ciekawa, że tego, co mężczyzna kupuje za sto tysięcy franków u kobiety, która sprzedaje mu swoje ciało, mianowicie piękności, nie ceni ani na dziesięć tysięcy u tej, którą bierze za żonę i która wnosi mu w dodatku posag…

SAINTE-BEUVE: — Małżeństwo to instytucja skazana na śmierć: niedługo w ogóle nie będzie istniało.

— Nic lepszego, niż stosunki czysto fizyczne, połączone z prawdziwą koleżeńską przyjaźnią — z kochanką.

— Pewien ksiądz, mój znajomy, powiadał żonie, której mąż zaczynał dla niej stygnąć: „Widzisz, moje dziecko, trzeba, żeby uczciwa kobieta miała leciutki zapaszek kokoty”…

— A to powiedzenie pewnego proboszcza o osobie, która rodzi co rok: „Ta kobieta to jak konfesjonał, zawsze pełno ludzi”.

SAINTE-BEUVE: — Sprzedaję co rok prawo własności małego tomiku. To mi pozwala dawać coś nie coś kobietkom… około nowego Roku. Są takie milusie, że nie można, doprawdy…

Tu Sainte-Beuve, rozgrzany wspomnieniami, robi sobie kolczyki z pęków czereśni. Efekt!

NEFFTZER, do Gautiera: — Popełniłeś dziś bezeceństwo. Zareklamowałeś w swoim felietonie w „Monitorze” sztukę Racine'a.

GAUTIER: — Ano cóż, mój minister ma tego ćwieka, że wierzy w arcydzieła. Musiałem nagryzmolić recenzję z Fedry… Zresztą nie rzekłem ani jednego pochwalnego słówka o Racinie, o tym człowieku, który robił wiersze jak prosię.

GONCOURT: — W gruncie rzeczy, Racine i Corneille zawsze tylko aranżowali wierszem sztuki greckie, łacińskie, hiszpańskie. Sami z siebie nic nie wymyślili, nic nie stworzyli.

SCHERER, przerażony, patrząc wkoło przez binokle: — Panowie, wasza nietolerancja… wasza ekskluzywność… Ostatecznie, jakieś kryteria… Trzeba zwalczać formowanie sądów instynktem. Gust to jest nic. Jedynie zasada, przede wszystkim zasada…

KTOŚ: — Do czarta z zasadą; nic tylko smak, gust, węch, nos…

Zgiełk. Wśród zgiełku słychać śpiewny głos Gautiera, który, nie zważając na tok dyskusji, powtarza: — Ja jestem silny. Podnoszę jedną ręką itd.

Taine zmienia temat, intonując z jakiejś okazji pochwałę mieszczaństwa.

GAUTIER: — Mieszczaństwo! Burżuazja! W mieszczaństwie dzieją się potworne rzeczy. Znam sporo rodzin… Oczy sobie trzeba zasłaniać… Lesbos, to rzecz normalna; kazirodztwo nie wychodzi z domu, a sodomia…

TAINE: — Ależ i ja znam dobrze mieszczaństwo, jestem z rodziny mieszczańskiej. A przede wszystkim co pan rozumie pod mieszczaństwem czy burżuazją?

GAUTIER: — Ludzi, którzy mają piętnaście lub dwadzieścia tysięcy franków renty i nie robią nic.

TAINE: — No więc, zacytuję panu trzydzieści kobiet z tej sfery, które znam i które są cnotliwe.

KTOŚ: — Co pan wie o tym, panie Taine, w takich rzeczach sam Bóg nie ma pewności…

TAINE: — O, na przykład w Angers kobiety są pod takim dozorem, że nie ma ani jednej, o której by mówiono coś złego.

SAINT-VICTOR: — Ba, w Angers, ależ tam sami pederaści! Czytaj pan świeże procesy…

Poziom rozmowy obniża się wydatnie. Wielki czas, aby rozwiązać zebranie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.