drukowana A5
16.03
O literaturze rosyjskiej i naszym do niej stosunku dziś i lat temu trzysta

Bezpłatny fragment - O literaturze rosyjskiej i naszym do niej stosunku dziś i lat temu trzysta


Objętość:
51 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0111-0

Zawiązkiem szkicu niniejszego był odczyt, wygłoszony w lwowskim Związku naukowo-literackim 19 października 1905, wydrukowany z dopełnieniami i poprawkami w odcinku Słowa Polskiego, w listopadzie 1905. Wydaję go ponownie, rozszerzywszy go znaczniej i dodawszy całe nowe ustępy.

Berlin w listopadzie 1905.

A. Br.

„Wielokrotnie powtarzano niemiłą uwagę, że mylne pojęcia o dzisiejszym stanie Rosji utrzymują się dotąd między pisarzami obcymi, lecz jeszcze niemiłej wspomnieć, że te same mylne pojęcia utrzymują się dotąd w krajach, których mieszkańcy dla podobieństwa języka i obyczajów pierwotnych tyle mają sposobności poprawić stare lub nabyć nowe o Rosji wiadomości. Mimo tylu i tak silnych podniet nie zaprzyjaźniły się dotąd literatury rosyjska i polska. Bogactwa jednej pozostawały i pozostają nieznanymi dla drugiej i ta obojętność niemal zaciera ślady prawdziwego pokrewieństwa. Napróżno powstawali przeciw niej nieraz znakomici pisarze rosyjscy i polscy — dotąd nie było prawdziwej i jakiejby życzyć należało, wymiany płodów uczonych, chociaż te sztuczno przesadzane płody, znajdując tę samę ziemię i niebo, zawsze mogą się dobrze dać zaszczepić. Redakcja czasopisma, zamierzanego w Moskwie, wobec przyrzeczonej pomocy literatów rosyjskich i wobec łatwości dostawania dzieł i czasopism, pragnęłaby dawać wiadomości o znakomitych dziełach, drukowanych po rosyjsku i tym sposobem zwracać na nie uwagę czytelników polskich, przyczym mogłaby słuszną żywić nadzieję, że zjawienie się czasopisma polskiego w Moskwie zachęcałoby Rosjan do poznania literatury polskiej.”

Takichto, między innymi, argumentów używał kandydat i urzędnik dwunastej rangi, Adam Mickiewicz, gdy 25 października 1827 r. podawał do moskiewskiego komitetu cenzury prośbę o pozwolenie wydawania „Irydy, dziennika (właściwie: miesięcznika) literaturze i historyi poświęconego”. W Moskwie nic przeciw temu nie miano, odesłano rzecz do głównego komitetu petersburskiego, który zgłosił się do ministra oświaty; cenzura podlegała wtedy jeszcze ministerjum oświaty. Minister, admirał Szyszków, wielki patryota, sławofil i wróg francuszczyzny i nowej literatury, polecił „towarzyszowi” swemu, Błudowowi, rozpatrzenie sprawy.

Towarzysz ten nie tak dawno jeszcze otwartym był przeciwnikiem ministra, bronił nowej literatury, t. j. języka i pojęć przeciw zakusom spleśniałym języka cerkiewnego i pojęć przedpotopowych; był towarzyszem Żukowskiego, sekretarzując w „Arzamasie”, t. j. w gronie literackim parodjującym nielitościwie Szyszkowa i „Słowian”; Kasandra (u Arzamasców każdy nosił przezwisko osobne, np. od balad Szylerowych) — Błudow jeszcze po latach szczycił się, że był Arzamascem, nazywał synka swego Wadymem (z balad Żukowskiego), udawał zajęcie się literaturą. W istocie należał do owych nierzadkich wówczas Rosjan, co to rokując najświetniejsze nadzieje mimo to nad pięć lat przy literaturze, jako nierokującej jeszcze żadnych nadziei, nie zabezpieczającej żadnego powodzenia, nie wytrzymywali; rzucali ją i oddawali się karjerze urzędniczej, żegnając się po drodze z wszelkimi ideałami. I z Błudowym tak było, hrabią potym i przewodniczącym Rady Państwa, filarem i jedynym „liberałem” rządów Mikołajowskich. Miał on niegdyś dzieło historyczne Karamzyna dalej poprowadzić, — z czego ani stronicy nie napisał, napisał zato raport śledczy o dekabrystach, czego nigdy pisać nie należało --- szydził Hercen.

Tento towarzysz ministra, rozpatrzywszy się w aktach ministerialnych co do przeszłości Mickiewicza (i Malewskiego, figurującego jako zastępca redaktora przyszłej Irydy), orzekł, że nie znając szczegółów śledztwa wileńskiego, ani stopnia winy obu petentów, niemogąc również osądzić, czy będą obaj jako żurnaliści „błahonadieżny”, zauważa tylko, że jeśli rząd uznał raz za stosowne, zakazać im żyć i służyć w Polsce, nie może ten sam rząd dla tych samych przyczyn dozwolić im działania na umysły w Polsce za pośrednictwem czasopisma. Minister powtórzył tę argumentację Błudowa i pozwolenia Mickiewicz nie dostał. A może i lepiej tak się stało, bo nic go już nie wiązało do Moskwy; nic nie przeszkadzało rozwinąć skrzydeł do lotu, na wyżyny, dokąd za nim podążyć już nie mógł wielki rywal i rówieśnik, ów druh z pod pomnika Piotra Wielkiego, Aleksander Puszkin.

W ciągu lat osiemdziesiąt, jakie od owej rezolucyi upłynęły, zmieniło się wszystko. Uczucia jakiejś sympatji, węzła słowiańskiego, o czym jeszcze i Mickiewicz i Puszkin marzyli, wypadki lat następnych, roku 1831-goa jeszcze bardziej 1863 raz na zawsze zatarły. Te lata dopiero wyżłobiły przepaść, której dawniej nie było, która pochłonęła wszystkie mżonki o braterstwie, o wspólnocie i jedności słowiańskiej i napróżno starali się inni, uczeni jak Maciejowski, publicyści — beletryści jak Grabowski i kółko jego, poruszać strunę wzajemności słowiańskiej. U nastakie próby odgłosu znaleźć naturalnie nie mogły, ale i po stronie rosyjskiej przebrzmiały bez echa. Po dawnej obojętności, po nowszych wahaniach się, wątpliwościach, nastało ochłodzenie, które z czasem przerodziło się w istotną nienawiść, systematycznie wywoływaną i podtrzymywaną, głównie w publicystyce przez nie-świętej pamięci Katkowa i jego chrześniaka i następcę, wychrztę Gringmutha, przez najrozmaitszych „działaczy” aż do dnidzisiejszych.

Nawet poeci słowianofile przestali wylewać łzy — nie będę w to wchodził, czy szczere, czy krokodylowe, które jeszcze po r. 1831-ym wylewali, a wyrażają się o Polaku tylko z nienawiścią i wzgardą, jako o marnotrawnym synu, jako o wyrodku z plemienia słowiańskiego, co potargał wszelkie więzy rodzinne.

I stanęły przeciw sobie wrogo dwa społeczeństwa, dwie literatury. Co u nas o „Moskalach” pisano (gdyż tylko o literaturze rozprawiamy), począwszy od „Petersburga” i Dziadów (części trzeciej), aż do dzieł Bolesławity, Maskoffa, Zycha, Sclavusa i t. d., nie potrzebujemy chyba przypominać. Po stronie rosyjskiej były nienawiść, uprzedzenia, przesądy równie silne; nie mogły się im obronić nawet najcelniejsze umysły i mimowoli dopuszczali się nietaktownych wybryków, ukłóć szpilką, całkiem ubocznie, przypadkowo, pisarze i uczeni rosyjscy, spłacając dań społeczeństwu, z którego wyszli. I zdawało się, że nawet możliwość spokojnego traktowania rzeczy po jednej i po drugiej stronie chimerą tylko pozostanie na zawsze.

Gdy tak się wszystko zmieniło, w ciągu tych lat fatalnych, jedno pozostało nietknięte, to jest nasza nieznajomość literatury rosyjskiej, taka sama, jaka była za czasów Mickiewicza. Ba, wyrozumowano sobie po prostu przyczyny, dlaczego tę nieświadomość, to ignorowanie podtrzymywać należy, i już nie książki, ale całą wielką literaturę wielkiego narodu wstawiono u nas niby na index librorum prohibitorum. I skutek był ten, że można było trafiać ludzi najwykształceńszych, którzy nawet i Luizyady Camoensa choćby w tłumaczeniu czy w wyrywkach czytali, a dla których imiona: Puszkin i Gogol, Turgenjew i Dostojewski, pustym pozostawały brzmieniem. Co najdziwniejsza, nawet wychowańcy szkoły rosyjskiej, gdyż rosyjską była szkoła Królestwa Polskiego, nawet ci literatury rosyjskiej nie znali; wina to po części samego programu rządowego, urywającego literaturę na tym punkcie, na którym się ona dopiero zaczyna, na Puszkinie i na Gogolu, a rozpychającego program gimnazyalny potwornymi baśniami średniowiecznymi, jak lub lokajskimi Dierżawina himnami, i z takiej literatury słusznie śmiała się młodzież i naigrawała.

Nieznajomość i ignorowanie literatury rosyjskiej pozostały u nas po dziś dzień w całej sile, i nic na tym nie zmieni fakt, że w ostatnich kilku latach sypią się, i u nas, jak z rękawa, przekłady Andrejewa i Gorkiego.

Ani Andrejew bowiem, ani Gorkij, literatury rosyjskiej nie stanowią. O Gorkim ogółem powątpiewać można, czy to jakiś wielki talent literacki; on nas zainteresował raz samymi tematami, powiedziałbym etnograficznie, przedstawianiem tych „bosiaków” w przeróżnych perypetjach życia i nędzy, a jeszcze bardziej interesuje on nas jako natura protestu, jako człowiek, który nie jak inni na jakiś kompromis trwożliwie się zgadza, lecz zawsze na przebój idzie, prawdziwy rewolucjonista, wieszcz burzy.

O Andrejewie dziś jeszcze trudno coś orzec; wybitny to talent, ale dotychczas tylko w małostkach nowelistycznych i szkicach się przejawił, między którymi ów Śmiech czerwony, owe okropności z pola walk mandżurskich i ich odbicie w umysłach chorych, szalonego doznał powodzenia; sam autor chwilowo, zdaje się, polityce się oddał. Więc te tłumaczenia Gorkiego i Andrejewa, goniące formalnie jedno drugie, nie stanowią bynajmniej o tym, jakobyśmy się z literaturą rosyjską już zapoznali. I podczas gdy ta literatura odbyła tryumfalny pochód po całym zachodzie, gdy wszyscy uznają jej nadzwyczajną siłę i potęgę, gdy taki Nietzsche np. mówi, że od nikogo w świecie tylko od Dostojewskiego czegoś się nauczyć potrafił, my dalej brnęliśmy swobodnie i spokojnie w tej nieznajomości jednej z największych literatur ościennych.

Rosja przez to nie traci, ale spytałbym, czyśmy my przez to nie ponieśli jakiej szkody, bo zważmy przedewszystkiem, że w literaturze własnej złożył i naród rosyjski „myśli swoich przędzę i swych uczuć kwiaty”, złożył to, co mu najdroższe i najwyższe i nie zawadziłoby może nam, gdybyśmy poznali te dążenia i te ideały rosyjskie. Nie wchodząc tutaj w wyczerpującą ocenę motywów tych, którzy strzegli nas i siebie przed tą literaturą, nie chcieli nas wystawiać na jej pokusy, zwrócę uwagę przelotną na kilka momentów.

Ignorowano u nas literaturę rosyjską, bo nie chciano mieć nic do czynienia z wrogiem, bo odosabniano się od niego szczelnie i ściśle na każdym polu, a więc i na duchowym. Obawiano się, czy poznanie szlachetnej strony u wroga nie osłabi, nie poczyni szczerbów w naszej antypatji; czy sympatje literackie nie pociągną za sobą politycznych, społecznych, czy nie będą wodą na młyn „ugodowców”. I odgraniczono Królestwo od literatury rosyjskiej, a Królestwo przesłoniło ją i Galicji i dzielnicy Poznańskiej.

Lecz nie same pobudki polityczne tu działały. W owym systemie prohibicyjnym odegrały rolę i momenty czysto etyczne: obawiano się jakiegoś rozkładowego działania literatury rosyjskiej, jakoby ona propagowała jakiś nihilizm, szerzyła obojętność ku aspiracjom narodowym, umarzała sam patrjotyzm. Spostrzegano, że młodzież nasza gorętsza w szkole rosyjskiej przesiąka nieraz utopjami, pomiata „starymi garnkami”, brata się na gruncie idei socjalistycznych z rosyjską. Fakt znany, niezaprzeczony — tylko nie na karb literatury rosyjskiej odnosić go należy. Ci, którzy u nas, a raczej w prowincjach zabranych, litewskoruskich, nawet czerwone bluzy ubierali, jak obaj bohaterowie w Widmach Orzeszkowej, nie od Dostojewskiego ani od Turgenjewa tych nowych nabierali maksym: propaganda nihilistów, rewolucyjna, podziemna, nie otwarte czytanie romansów rosyjskich zrobiły ich obcymi naszym tradycjom i umysłom.

Cóż bowiem jest literatura rosyjska?

Zanim na to pytanie odpowiemy, zapytajmyż wpierw, cóż jest ogółem literatura, jaki jej cel i znaczenie? Jaki cel i znaczenie historyi literatury? Czyżby literatura miała tylko służyć bawieniu rozpróżniaczonego tłumu, zabijaniu chwil nudy i przesytu? Czyż historja literatury na to istnieje, aby dobadywać się, skąd np. Słowacki zapożyczał motywów: u p. X czy u p. Y, albo czy lektura tej lub owej książki natchnęła Mickiewicza do snucia swoich wątków, albo na to, aby śledzić liczbę, następstwo, rysopisy kochanek Goethego czy Krasińskiego? Jeżeli tak, to literatura i historja literatury byłaby tylko kupą anegdot, która się rozlecieć musi, niegodna oka poważnego człowieka. Ale tak nie jest. Prawdziwy cel i zadanie literatury, a więc i historji literatury, da się w jednym, jedynym słowie streścić: wyzwolenie. Wyzwolenie ducha ludzkiego nieśmiertelnego z pęt codziennego życia, z niedoli banalnej, z tych wszystkich łańcuchów, które za sobą wleczemy. Literatura wskazuje nam drogę ad astra; jej hasłem Excelsior, które ludzkości zawsze przyświecać będzie — i zadaniem nawet szkoły powinnoby być, w porównawczy sposób wykazywać na pomnikach literatury całej ludzkości, to dążenie do góry, to podawanie pochodni światła z rąk do rąk w całym wieków ciągu. Jeżeli nasze gimnazjum kiedyś ozdrowieje, jeżeli wyrzucą z niego tę zawalidrogę, te drwiny z wszelkiej pedagogji: naukę języka greckiego, wtedy może znajdzie się w rozszerzonym programie szkół miejsce i dla takiej historji literatury porównawczej, i prowadzić będą młodzież od liryki i epiki hebrajskiej poprzez cudowne kształty ziemskiej piękności starogreckiego świata, do wizji piekielnych i mistycznych Dantego, do koncepcji ogólnoludzkich i nieśmiertelnych Szekspira, do bojów tytanicznych zapaśnika za wolność Byrona. Wtedy, w takim porównawczym wykładzie literatur świata, i literatura rosyjska zajmie miejsce poczestne.

Kiedy system i program rządowy spodlił w Rosji człowieka, kiedy wygnał wszelką myśl swobodną i ludzką, zakneblował usta, zrównał wszystkich przed samowolą, wtedy to ukryły się poszanowanie człowieka (bez tabeli o rangach) i myśl, nie cenzurowana, nie prostytuowana, do literatury. Aleksander II, patrząc na obrazy Wereszczagina, powiedział, żachnąwszy się niecierpliwie: „oto prawdziwy nihilista” — toż samo mogliby i poprzednicy i następcy jego powiedzieć o całej literaturze rosyjskiej: toć „nihiliści”, nie wchodzący w kompromisy z tym systemem, z tym programem i rządem. Gdyby kiedykolwiek ta literatura służyła nizko i podle temu programowi i systemowi, gdyby im choć kiedykolwiek pobłażała — ah, wtedy i jabym powiedział: Apage satanas! — ale tak nie było, literatura rosyjska zawsze czystą i wielką pozostawała.

Naturalnie i w tej literaturze jest hołota, tandeta — a gdzież jej na świecie niema? Ale przecież nie ta do nieśmiertelności przejdzie, do szkół się dostanie; literatura, o której tu myślimy, nigdy niczem się nie spodliła. Mogła się pomylić i potknąć, chwilowo złudę za prawdę przyjąć, dać się unieść prądom spółczesnym, zapomnieć na chwilę o posłannictwie swoim, lecz któż z nas nie błądził! Płaszczem miłosierdzia chrześcjańskiego pokrywamy zapomnienia się jej chwilowe — toć my nie Chamy, by je wytykać! Dosyć miejmy na tym, że ta literatura zawsze ostatecznie wybrnęła z sideł na nią zastawianych, i już dla tego powodu mogłaby ona i nam być zrozumiałą i cenną. Nigdy Polak nie pisał takich rzeczy na Rosję, jak Rosjanie sami — to jest nie przeciw niej, i oniż kochają gorąco swoję ojczyznę, ale przeciw „systemowi” i „programowi”. Przykładów przytaczać chyba nie potrzeba. Możnaby wspomnieć o ludziach, którzy ogółem całe życie tylko z Rosją oficjalną literacko walczyli; taki Hercen w przepięknych książkach, przepełnionych miłością i sympatją ku Polsce; taki Sałtykow (Szczedrin), piszący z pianą u ust i zgrzytem zębów przeciw spodleniu spółczesnego towarzystwa rosyjskiego, za które wina w pierwszej linii spada na ów system i program. A cóż mówić o ludziach, co strawili całe życie na walce z tymi różnymi przeszkodami i zakazami; nawet byle jaki, skalą tylko znaczniejszy, prawdziwy artysta — i on pisze rzeczy, jakichbyśmy napróżno w literaturze polskiej szukali, gdzie przecież przekleństw i złorzeczeń na „Moskali” nie braknie.

Oto Czechow, nowelista, niedoszły Maupassant rosyjski, który zaprawiał się na humorystyce, na różnych tematach, nieraz bardzo draźliwych, więc pisarz, którego nie można pomawiać o tendencje polityczne, ale czytając te szkice szare, bezbarwne, a mimo to tak wyraziste, tylko jedno odnosiło się uczucie: „jaka ta Rosja straszna, jakiej odwagi trzeba, aby tam żyć!” Byle jaki z licznych szkiców, ot kilkanaście stronic jego Mużyków — gdyby to Polak napisał, powiedzianoby: Oto nienawiść polska tak zaślepiła autora, że bluzga szyderstwem i potwarzą na tę ostoję życia rosyjskiego, na chłopa. Tymczasem Mużyków napisał Czechow, któremu się o jakim bluźnierstwie ani nienawiści nie śniło; owszem gorąco on kochał tych nienawistnych „mużyków”. I tak ciągle. Więc literatura rosyjska a system dawny rosyjski, to są rzeczy różniące się między sobą jak niebo i piekło, jak dzień i noc, a zwalać odjum z systemu na literaturę znaczyłoby tylko karać niewinnego za winnego.

Lecz może ktoś powie: Trudnoż nam zalecać literaturę rosyjską, tam chyba co krok spotkamy się z rzeczami, stosunkami nam co najmniej nieprzyjemnymi; nas tam przedstawiają, lżą i sromocą. Otóż i co do tego można być spokojnym: rzadka literatura w świecie, któraby tak mało o Polakach mówiła jak właśnie rosyjska; w literaturze francuskiej lub angielskiej znajdzie się nieraz wzmianek o Polaku więcej, niż w rosyjskiej. Na pozór to bardzo dziwne, a w istocie konieczne. Proszę wziąć np. takiego Turgenjewa: kilkanaście tomów bitego druku znacznego formatu, powieści z całego życia rosyjskiego, kalejdoskop wyżyn i nizin przez kilka lat dziesiątek, a o Polakach najmniejszej wzmianki!

Raz, przypominam sobie, w jednym szkicu, w Królu Lirze stepowym, wymienia Turgenjew rządcę dóbr Polaka, który dziwi się tylko i ściska ramionami, patrząc na wybryki swych chlebodawców, ale ten Polak nawet nie jest nazwany i tylko paru wierszami zbyty. Innej wzmianki u Turgenjewa się nie doszukałem, u Turgenjewa, który przecież o Niemcach, Francuzach, Włochach i t. d. rozprawia. I nie mówi on o Polakach nawet wręcz ze szkodą dla swojego przedmiotu.

W takiej powieści, jak np. Na Kanunie, sam temat dopraszał się formalnie tego, żeby zamiast nieco fantastycznego i nienaturalnego Inzarowa, Bułgara, przedstawić Polaka, — lecz i tu nawet zawodzi Turgenjew i woli problematycznego Słowianina zamiast przedstawiać to, co miał niejako pod ręką.

Albo Tołstoj. Naturalnie nie mówię tu o jego rzeczach politycznych, np. o odpowiedzi na list i zapytania p. Zdziechowskiego co do narodowości i patrjotyzmu, ale Tołstoj jako poeta, jako artysta, chociaż takie olbrzymie zostawił dzieło, również nigdzie Polaków nie wprowadza. Raz tylko, w Zmartwychwstaniu, ale i tam trzeba sięgnąć dopiero do wydania zagranicznego (londyńskiego), aby się tej wzmianki doszukać; w rosyjskich i berlińskich wydaniach jej niema.

Ba, taki Dostojewski, który przecież całe lata w jednej kaźni przeżył z Polakami-więźniami, i on nigdy o Polakach nie wspomina, nawet w zapiskach swoich z Domu Martwego; dopiero w wydaniach pośmiertnych objawiono dość pobieżne wzmianki o tych towarzyszach niedoli. A zresztą raz coś wspomniał o szulerach Polakach, którzy innego szulera do szczętu obegrali, zresztą milczy o nich. Ów Czechow, rozglądający się po całej Rosji Pobiedonoscewa i Plehwego wszerz i wzdłuż, wspomina raz o jakimś „nadętym Polaku”, ale i to nie Polaka, tylko Rosjanina tak przezwano, a innym razem wspomnienie niepochlebne oficera, przygodę miłośną z manewrów, przytacza.

A więc o nas literatura rosyjska mówi jak najmniej. Naturalnie zdarzają się wyjątki, jeżeli np. Rosjanin zapuszcza się w dramat historyczny i mimowoli sięga do jedynego epizodu dramatycznego w swych dziejach dawnych, do Samozwańców i ich walk i udziału w nich polskiego. Więc Puszkin wystawił Polkę w „Mniszkównie”, ale czuje się formalnie, że ci Polacy chyba więcej przypadkowo w tragedji moskiewskiej się znaleźli. Albo Aleksy Tołstoj w trylogji swojej o „Groźnym”, a raczej o Godunowie musi posłów polskich, Haraburdę i t. d., wprowadzać, lecz wszystko to znowu całkiem epizodycznie się dzieje, niby przypadkowo, i bywa to stale tak od czasów fatalnej Sumarokowa tragedji aż do nudnych nieco dramatów Ostrowskiego. Osobno tu chyba wytknę potknięcie się p. Kukolnika (z familji w Wilnie Mickiewiczowskim nadto dobrze znanej), co w tragedji „Ręka Najwyższego ojczyznę zbawiła” po r. 1831 (!) „w polskiej krwi używać” kazał; — gdy uczciwy Polewoj podły ten dramat wedle zasługi ocenił, nie pytając o „patrjotyzm” roryjski (dosyć świeżej daty zresztą) p. Kukolnika, sam sobie grób wykopał i „Ręka Najwyższego” nietylko 1612 r. „ojczyznę zbawiła”, lecz wedle znanego kupletu, i „Polewego uchodziła” (dobiła), a Kukolnika sławnym uczyniła — próbował przecież sam Mikołaj I i malarza francuskiego Werneta wspomnieniem 1612 r. i roli polskiej ówczesnej przeciw Polakom podburzyć, napróżno.

Ukraińcy w literaturze rosyjskiej zwracali się również ku polsko-kozackim dziejom, a więc Gogol, póki się nie przedzierzgnął w pisarza rosyjskiego, póki w nim przeważały wspomnienia małoruskiej ojczyzny i pochodzenia od dygnitarzy kozackich, pisał i Tarasa Bulbę z połowy XVII wieku i na Polskę i Polaków piorunował — ale Taras Bulba jest jedną z jego najsłabszych rzeczy, z bohaterami romansowymi, zato całkiem nierealnymi. To wszystko więc są wyjątki, nie znoszące reguły samej; takimi pozostaną i żytomierskie wspomnienia młodości u Korolenka, Małorusina z rodu.

W latach między 1863 a 1871 rokiem, pojawiały się częściej romanse rosyjskie, odnoszące się i do Sprawy polskiej. Były to romanse pisane przeważnie przez ludzi z obozu konserwatywnego, patrzącego z największą nieufnością na rozpędy liberalne rządu, które długo nie przetrwały, na zakusy o wiele dalej idące społeczeństwa samego, które próby ogniowej również nie wytrzymało.

Wtedy to rewolucjoniści rosyjscy, zrozpaczeni co do energji i siły spółrodaków, kończyli nieraz tym, że rzucali się w objęcia Sprawy polskiej, i takichto Rosjan, rewolucjonistów i rewolucjonistki, kreślili w tych latach Pisemskij i inni. Gdy rozegrał się krwawy dramat, gdy udało się Katkowowi poszczuć całe społeczeństwo rosyjskie na Polskę, wtedy głównie w jego czasopiśmie, w „Wiestniku russkim”, pojawiały się romanse Markiewicza, Krestowskiego i innych, gdzie również Polaków traktowano jako tych zawziętych rewolucjonistów, maczających palce w każdej sprawie na szkodę Rosji. Tych rzeczy dziś nikt już nie czyta; gdym o tandecie literackiej wspominał, właśnie tych panów i ich romanse miałem na oku. Więc tu jeszcze miejsce wspomnieć o szanownym bracie szanownej wielkorządczyni Warszawskiej — siostra gnębiła po swojemu Polaków spółczesnych (pani Hurko); jej brat zaś (hrabia Salias) gnębił Polaków w historycznych romansach z 18. wieku, w swoich Pugaczewcach, ten bunt prawdziwie rosyjski zaliczając całkiem na karb intrygi polskiej, i chwała Bogu, że choć samego Pugaczewa fizjognomja tak wyraźnie kałmucka, że już nie mógł hr. Salias nas przekonać o tym, jakoby ten Pugaczew był jakimś przebranym Polakiem, emigrantem i emisarjuszem polskim.

Oto niemal już wszystkie wyjątki. Zdarzają się one i w prasie, zwłaszcza słowianofilskiej, ale, powtarzamy, w samej literaturze rosyjskiej o nas dosyć głucho, całkiem inaczej niż u nas, gdzie nieraz i całe dzieła wyłącznie około Rosji, naszego stanowiska, naszych rachunków z nią się obracają, chociaż w nich ani słowa o Rosji niema. My wiemy przecież, o jakim to Rzymie myślał autor Irydiona, gdy mu z Masynissą — piekłem kazał pakt zawierać, aby mógł kiedyś deptać po owym zmiażdżonym i zniszczonym Rzymie; wiemy, czyje to filary Samson-Wallenrod właściwie chciał skruszyć. Więc inaczej niż u nas ma się rzecz w rosyjskiej literaturze: ona odpłaca naszą niewiedzę o niej absolutnym o nas milczeniem, tak jaskrawym, że mimowoli budzi się pytanie, skąd to milczenie, czy i ono może równie wyrozumowane, jak nasza niewiedza?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.