drukowana A5
16.03
nuta człowiecza (tomik)

Bezpłatny fragment - nuta człowiecza (tomik)


Objętość:
51 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0174-5

Jesienią

w oknie chmur plamy deszczowa sieć

ogród to rdzawość czerwień i śniedź

w kroplach co ciężkie na brzoskwiń listkach

niebo kuliste błyska i pryska

słucham szelestów jesienny gość

mało wód szmeru szumu nie dość

czujnie czatuję rankiem przy oknie

gdy kwiat opada w kałużę ogniem

może usłyszę któregoś dnia

nutę człowieczą z samego dna

nutę co dzwoni mocno i ostro

a niebo całe dźwiga jak sosrąb

Jabłko życia

niejeden rok uchodzi od dłoni które piszą

aby odgonić wizyj puszysty zwarty natłok

oddając oczy nocom a serce swe narcyzom

uchodzę i ja także ucieczka nie jest łatwa

zakwitną kiedyś dymy na czasu złych otchłaniach

spokojnie wejdę starzec w odwiecznych ognisk światło

bom żył dwojaką siłą czekania i kochania

i nie ucieknę dłonią żywot ujmę jak jabłko

Rymy pobożne

smutku pora siwa

porosła mieszkania sprzęty

wiatr chmurzyska przywiał

bladym odmętem

okno szumiące krzaki

kosaciec powiewa dłonią

to ty dajesz znaki

persefono

jutro czyha we wszystkim

nim do niego zegary dotrą

błyskawic jarzy się błyskiem

widnokrąg

koniec dnia ma oczy sarnie

błyskawice chwytają za nóż

nam i bitwom elementarnym

na dwoje wróżący janus

błądząc miastem nad sobą się użal

an ang ang

katedr sennych dzwonienie

łamie ulic promienie

tak bym tę sprawę nazwał

neonów konstelacje

jak męki pańskiej stacje

krwawią asfalt

blask czerwona perła duża

ang ang ang

błądząc miastem nad sobą się użal

tak by szepnąć mogła z mozaiki w bazylice

roniąca perły eleusa

Pod dworcem głównym w Warszawie

z okien bryzgało blaskiem

królował w niklach bufet

biły pod sufit płaski

fontanny kwiatów kruche

są tam firanki płyną

dają tło cieniom sytych

czy to nocną godziną

czy szronowym przedświtem

alkoholu symfonie

fugi jarzyn i mięsa

ciszej grajcie w agonii

żywy głód się wałęsa

jeden głód kaszle szczeka

drugi głód palce łamie

na cóż trzeci głód czeka

drżąc we wnęce przy bramie

wielookie zarosłe

twarze głodów człowieczych

to są biedne księżyce

spustoszałych wszechrzeczy

dyszą kaszlają w runo

wytartego szalika

mówię wam przez nie runą

mocne twierdze jerycha

Żal

głowę która siwieje a świeci jak świecznik

kiedy srebrne pasemka wiatrów przefruwają

niosę po dnach uliczek

jaskółki nadrzeczne

świergocą to mało idźże

tak chodzić tak oglądać sceny sny festyny

roztrzaskane szybki synagog

płomień połykający grube statków liny

płomień miłości

nagość

tak wysłuchiwać ryku głodnych ludów

a to jest inny głos niż ludzi głodnych płacz

zniża się wieczór świata tego

nozdrza wietrzą czerwony udój

z potopu gorącego

zapytamy się wzajem ktoś zacz

rozmnożony cudownie na wszystkich nas

będę strzelał do siebie i marł wielokrotnie

ja gdym z pługiem do bruzdy przywarł

ja przy foliałach jurysta

zakrztuszony wołaniem gaz

ja śpiąca pośród jaskrów

i dziecko w żywej pochodni

i bombą trafiony w stallach

i powieszony podpalacz

ja czarny krzyżyk na listach

o żniwa żniwa huku i blasków

czy zdąży kręta rzeka z braterskiej krwi odrdzawieć

nim się kolumny stolic znów podźwigną nade mną

naleci wtedy jaskółek zamieć

świśnie u głowy skrzydło poprzez ptasią ciemność

idźże idź dalej

Elegia czwarta

spokój falowałby ścichał drżąc u studziennych cembrowin

mżąc na płomiennych topolach coś nucąc w oczach krowich

tylko że ty mi szalejesz

skrzydła teopais o skrzydła

furkocą furkocą płosząc

z mroku pastwiska

parę bułanych łoszątpod gajem z porcelany

przebłyska

zachodu złoty dar kałuża o teopais

i domy są znane jak zygzak na starej tapecie

biegną ze wzgórz dyszą

oknami otwartymi w białym zakurzonym lecie

tak się na nas nasuwa przedmieścia obszerny futerał

ciszą

tyś wrastał w wiślane lato

gdy tratwy pluskały tędy ciemną na toniach łatą

gdy w niski pułap upału tłukły ospałe ptaki

tyś dzień kołysał pomału

a jaki byłeś jaki

no miasto naroża w godłach rzemiosł

wetknął się skośny promień

w sklepu framugę i zgasł

dokoła rżał na górach gaj i żółty las

bizantyjskie niebo rżało

na dachy budynków bo dzień wiądł

czerwone płaszcze rzucało

sentencja elegijna miłosna

  kiedyś wzejdzie hesperus nad mym sarkofagiem

  i drobnych kropel srebra w ciemności nastruże

  ty w dłoń zbierzesz blask nikły ciałem jak wiatr nagim

  rozweselając smętarz choć tylko w marmurze

sentencja ostateczna

  nie pod krzyżem mi spać

Polacy

więc najpierw blaski pną się po domach

wyżej i wyżej i gasną na rosie okien

warszawa wisła w układzie zodiakalnym nieomal

bo widzę wodnika pannę ryby

wieczór niweluje zieleń i purpurę

wchodzi po schodach wyżyn na niebo krok za krokiem

otrząsa się w zenicie zatrzymuje rdzawe obłoki

ciemno

jak gdyby

aksamitu fałdy urosły w całą górę

wieczór codzienna daremna

forma syntez

wsparci wzrokiem o rzekę o kratowany most

dajemy się ogarniać muzyce horyzontu

błyski w wodzie chodzą gwintem

gwintem spływa hałas uliczny

rozplusk mokry klaszcze dłońmi czarnymi o ponton

rejestrując zdarzenia milczmy

bowiem pod świateł strażą sypią się perły uroku

pod świateł strażą błogo leją się wieczór i lato

wiatr żarliwy radośnie parska

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.