drukowana A5
17.97
nuta człowiecza (tomik)

Bezpłatny fragment - nuta człowiecza (tomik)


Objętość:
51 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0174-5

Jesienią

w oknie chmur plamy deszczowa sieć

ogród to rdzawość czerwień i śniedź

w kroplach co ciężkie na brzoskwiń listkach

niebo kuliste błyska i pryska

słucham szelestów jesienny gość

mało wód szmeru szumu nie dość

czujnie czatuję rankiem przy oknie

gdy kwiat opada w kałużę ogniem

może usłyszę któregoś dnia

nutę człowieczą z samego dna

nutę co dzwoni mocno i ostro

a niebo całe dźwiga jak sosrąb

Jabłko życia

niejeden rok uchodzi od dłoni które piszą

aby odgonić wizyj puszysty zwarty natłok

oddając oczy nocom a serce swe narcyzom

uchodzę i ja także ucieczka nie jest łatwa

zakwitną kiedyś dymy na czasu złych otchłaniach

spokojnie wejdę starzec w odwiecznych ognisk światło

bom żył dwojaką siłą czekania i kochania

i nie ucieknę dłonią żywot ujmę jak jabłko

Rymy pobożne

smutku pora siwa

porosła mieszkania sprzęty

wiatr chmurzyska przywiał

bladym odmętem

okno szumiące krzaki

kosaciec powiewa dłonią

to ty dajesz znaki

persefono

jutro czyha we wszystkim

nim do niego zegary dotrą

błyskawic jarzy się błyskiem

widnokrąg

koniec dnia ma oczy sarnie

błyskawice chwytają za nóż

nam i bitwom elementarnym

na dwoje wróżący janus

błądząc miastem nad sobą się użal

an ang ang

katedr sennych dzwonienie

łamie ulic promienie

tak bym tę sprawę nazwał

neonów konstelacje

jak męki pańskiej stacje

krwawią asfalt

blask czerwona perła duża

ang ang ang

błądząc miastem nad sobą się użal

tak by szepnąć mogła z mozaiki w bazylice

roniąca perły eleusa

Pod dworcem głównym w Warszawie

z okien bryzgało blaskiem

królował w niklach bufet

biły pod sufit płaski

fontanny kwiatów kruche

są tam firanki płyną

dają tło cieniom sytych

czy to nocną godziną

czy szronowym przedświtem

alkoholu symfonie

fugi jarzyn i mięsa

ciszej grajcie w agonii

żywy głód się wałęsa

jeden głód kaszle szczeka

drugi głód palce łamie

na cóż trzeci głód czeka

drżąc we wnęce przy bramie

wielookie zarosłe

twarze głodów człowieczych

to są biedne księżyce

spustoszałych wszechrzeczy

dyszą kaszlają w runo

wytartego szalika

mówię wam przez nie runą

mocne twierdze jerycha

Żal

głowę która siwieje a świeci jak świecznik

kiedy srebrne pasemka wiatrów przefruwają

niosę po dnach uliczek

jaskółki nadrzeczne

świergocą to mało idźże

tak chodzić tak oglądać sceny sny festyny

roztrzaskane szybki synagog

płomień połykający grube statków liny

płomień miłości

nagość

tak wysłuchiwać ryku głodnych ludów

a to jest inny głos niż ludzi głodnych płacz

zniża się wieczór świata tego

nozdrza wietrzą czerwony udój

z potopu gorącego

zapytamy się wzajem ktoś zacz

rozmnożony cudownie na wszystkich nas

będę strzelał do siebie i marł wielokrotnie

ja gdym z pługiem do bruzdy przywarł

ja przy foliałach jurysta

zakrztuszony wołaniem gaz

ja śpiąca pośród jaskrów

i dziecko w żywej pochodni

i bombą trafiony w stallach

i powieszony podpalacz

ja czarny krzyżyk na listach

o żniwa żniwa huku i blasków

czy zdąży kręta rzeka z braterskiej krwi odrdzawieć

nim się kolumny stolic znów podźwigną nade mną

naleci wtedy jaskółek zamieć

świśnie u głowy skrzydło poprzez ptasią ciemność

idźże idź dalej

Elegia czwarta

spokój falowałby ścichał drżąc u studziennych cembrowin

mżąc na płomiennych topolach coś nucąc w oczach krowich

tylko że ty mi szalejesz

skrzydła teopais o skrzydła

furkocą furkocą płosząc

z mroku pastwiska

parę bułanych łoszątpod gajem z porcelany

przebłyska

zachodu złoty dar kałuża o teopais

i domy są znane jak zygzak na starej tapecie

biegną ze wzgórz dyszą

oknami otwartymi w białym zakurzonym lecie

tak się na nas nasuwa przedmieścia obszerny futerał

ciszą

tyś wrastał w wiślane lato

gdy tratwy pluskały tędy ciemną na toniach łatą

gdy w niski pułap upału tłukły ospałe ptaki

tyś dzień kołysał pomału

a jaki byłeś jaki

no miasto naroża w godłach rzemiosł

wetknął się skośny promień

w sklepu framugę i zgasł

dokoła rżał na górach gaj i żółty las

bizantyjskie niebo rżało

na dachy budynków bo dzień wiądł

czerwone płaszcze rzucało

sentencja elegijna miłosna

  kiedyś wzejdzie hesperus nad mym sarkofagiem

  i drobnych kropel srebra w ciemności nastruże

  ty w dłoń zbierzesz blask nikły ciałem jak wiatr nagim

  rozweselając smętarz choć tylko w marmurze

sentencja ostateczna

  nie pod krzyżem mi spać

Polacy

więc najpierw blaski pną się po domach

wyżej i wyżej i gasną na rosie okien

warszawa wisła w układzie zodiakalnym nieomal

bo widzę wodnika pannę ryby

wieczór niweluje zieleń i purpurę

wchodzi po schodach wyżyn na niebo krok za krokiem

otrząsa się w zenicie zatrzymuje rdzawe obłoki

ciemno

jak gdyby

aksamitu fałdy urosły w całą górę

wieczór codzienna daremna

forma syntez

wsparci wzrokiem o rzekę o kratowany most

dajemy się ogarniać muzyce horyzontu

błyski w wodzie chodzą gwintem

gwintem spływa hałas uliczny

rozplusk mokry klaszcze dłońmi czarnymi o ponton

rejestrując zdarzenia milczmy

bowiem pod świateł strażą sypią się perły uroku

pod świateł strażą błogo leją się wieczór i lato

wiatr żarliwy radośnie parska

zginęły w drzew zadymce geniusze mroku

jest tak jakby nie grzmiała granica zamorska

jakby nigdy przez falę nie stąpał skrzydlaty tanatos

przypomnij

przypomnij przypomnij

za miastem sprężona droga

przestrzeń mdli na niej w okrytych pyłem stopach

rozpostarły się szerokie rozłogizły ugór pod noc podsuwa się bezdomnie

o uwierzyć że to ona

obmyta w zimnych potopach

jak ranni

w syntez formie którą jest wieczór

utkwił po rękojeść głos

jego stal drży

jego smukłość wyrywa się z porządku rzeczy

we mnie to czy w nas czy za mną

ten gniew bez żalu

czyś to ty ojczyzno serce los

czyś to ty słoneczna Jeruzalem

Moje zaduszki

Wyprowadzam królów szeregi

mają szaty zorzanozłote

ja nad falą ładogi oniegi

złote szaty fałduję młotem

przeznaczenie to moje umarli

wam krokami pożarów grać

cienie wzywać na grobów darni

słów muzyką ku wam je gnać

a w tym kraju inaczej świta

łuski wodne u kryp się łamią

gwiazdę bladą przez kraty widać

głosy fabryk ranią i kłamią

o piwiarnio w której się budzę

obnażone konary lip

ci pijani ubodzy ludzie

dorożkarska szkapa u szyb

wolno kładę na kartach rękę

trudno śpiewać śpiewaniem pisać

zziębli z torów zbierają węgiel

węgiel brudzi listopad liszaj

lepię tęcze na rudej darni

królów gonię na złoty bieg

to co stworzę wesprzyjcie zmarli

może przetrwa i nas i brzeg

Przedświt

pół globu wypływa spod nocnych gwiezdności

śpiący już ręce unoszą a zasiani są gęsto jak sieć

przedświt schodzi łagodnie ma moc uspokoić uprościć

lecz zginie gdy się w niebo wleje płonąca miedź

północ sączyła udrękę cóż z tego zabłysła woda

można choć konno uciec uciec wzdłuż niskich wierzb

tu koń tu na wprost drogą pachnie jesienna uroda

zaranna rosa liże po rękach liże jak zwierz

jest wybawienie kupcy cieśle prorocy złodzieje

patrzeć młodo

widnokrąg ugnie się niby rzemień

zanim rozdnieje strzemię

powietrze rwiesz to pęd to pęd u czoła wiatr i wiatr

u pięt promienie wierzb unosi wiatr i wiatrem koń

w czerwony pęd w niebieski pęd w zielony pęd

ha w wodospadach pagórków tętent lotnej pogoni

najbliżsi nienawistni na koniach smolistych i rydzych

chcesz czy nie chcesz zaliczonyś do nich

widzisz

w świtaniu pałającym przewala się tłum jeźdźców

a oddalając się rosną

o klęsko

dno

zawrzały jednocześnie noc północ świt i wieczór

droga strumień wierzbiny burzą się wirują grzmią

a konie jak urastają gniotąc ogromem jesień

w potwornych obłoków leju znikasz i ty i oni i wszystko

i nie wiadomo gdzie się

ozwała trąbka żołnierska

grając opadłym z wierzb listkom

Wigilia

kolędo czarujesz a łowisz jak niewóda rośniesz jedlicznyś żywiczny bór

tak radziśmy cackom i świeczkom i drzewu

co z gęstwin przybyło w zieleni piór

lulajże Jezuniu lulajże lulaj

a ty go Matuniu w płaczu utulaj

królowie i święci w kamiennych portalach

czuwają noc każe natężyć słuch

muzyką sypnęło z wysoka i z dala

zachrzęścił jak perły pierwszy ruch

lulajże Jezuniu

widziadło śnieżycy wyszydza to świszcze

dłoń trędowatą raniące o głóg

wiesz w łunie wigilii śpiewają chórmistrze

krzewino zaiste zrodził się bóg

lulajże Jezuniu lulajże lulaj

ty nigdy nie będziesz chodził o kulach

ach ślepi ach głodni nakryci gazetą

po bramach śpią ludzie centurie chór

im sianem stajenki jest asfalt i beton

z ciał można ułożyć piękny wzór

lulajże człowieku lulajże lulaj

ulubione pieścidełko samotności

Co spływa ku nam

listek łódeczka żółta opadający motyl

z dębu na czarnorole

teraz dokoła płoty i płoty

drewniane aureole

wieczorem księżycowy srebrnik

wichr węszy

jesienią bywa rzewniej

bo smutek gęstszy

bo znad bałtyku od mgieł włochata

skrzypi sośnina

i w naddniestrzańskich słyszysz winogradach

deszcz zacina

    biły tarabany biły tarabany

    dobyli surmacze głosu z surm

    tupotały pułki turkotały czołgi

    u stóp gór

    biły tarabany biły tarabany

    kołysały łany jasnych ostrz

    dudniły armaty tętnili ułani

    wojsko szło

zaolziespoza leśnych granicznych przesiek

w żelazie brązie

rąbek mapy nam wzeszedł

a to dobra nowina

choć słota skośna słota stroma

słota sina

choć listopad

i słomy chocholej mokry aromat

w drewnianych drewnianych płotach

za nami tylko lat dwudziestu ginący obłok

ten czas co spływa ku nam będzie inaczej

niemało znaczy

o mesjaniczna o zmartwychwstała

płowąś purpurą w oczy powiała

więc nowe horodłowięc święty stefan bliżej

bratersko bór litewski będzie grał

i pomożemy błysną chrześcijańskie krzyże

jak dawniej z kijowskich soborów i ławrz katedry mińskiej

chłop czy kto inny z żołnierskich onuc

to u nas rycerz to u nas konungnie nazywajcie mi go sołdatem

bo jeśli idzie to na krucjatę

z mogił co gąszczem po polach broczą z mogił

z rąk co upadły jak żółty listek dębu

wyśniłaś się wyszłaś na drogi

choć sztandarów zetlały strzępy

o matczyna

z jałowcowych gęstwin

co splątały się jak strumyczki krwi w zawiły ścieg

daj nam drugi wiek jagielloński zwycięskizłoty czas wielkiego pokoju wiek

Sen sielski

od powały nocy co zwisa

przez szum jaskrów i bylic

byłby bulgot deszczu jak zmora parskał

lecz znane są słowa zaklęć siarka

zwełnienie grzyw kobylich

chodziła Maria Panna między gwiazdami

chłodziła Maria Panna dusz cierpiących upalenie

a ja w gromie stoję północy się boję

po co wam przebywać ze śpiącymi i ze snami

nie meczcie odfruńcie dokąd chcecie

kruki wilcy niedźwiedziowie jelenie

amen

o ciemności tak czysta teraz

błysnął nad gankiem twój srebrny grzebień

ta cicha mowa w rowie

to lepiechogłasza wodną spowiedź

gwiazdy maryjne palcami przeciera

a nam jak mówić gdy za szybą sad

i dalej ule grzędy kopru marchwi

oczyść nas ktokolwiek jesteś wszędzie

odfruńcie od nas dzieła ludzkie i zwierzęce

po to klęczymy leżąc na słomie jak martwi

od niezliczonych lat

Plan akacji

gałąź akacji woń to lichtarzy miodu i uciech

ach poi jakbyś nad sobą sam się pochylał gnuśnie

westchniesz jak niebo uśniesz

i liśćmi zamulisz ciepłe wybrzeże

ta gałąź skrzydło nieziemskie nagość twoją ubierze

muzyczny cień karuzeli zdobywa wody i pień

z dymnych błękitów rumieniec

na drzewo na miasto zachodzi

napełnia także domu sień

tętentem godzin

oto podwórza cierpienie oto ogrodu śmiech

bo upadł mocno i głucho

niby spętany jeniec

akacji starej plan w łopuchy

w łopuchy w ciernie pokrzywy

a mnoży się tam a troi

musując wulkanicznie jutrzenkowo

białych płatków zastęp

ku wybrzeżu powietrzem steruje

tam bulgocące żarem hipogryfy

do wodopoju gna koryncki pasterz

czy nazareńczyk szanujący słowo

któż wreszcie wyzna co trzeba

różyce korabie nieba

lub smutno mówić ogrójec

Kompozycja

O gniadym zarankuświerk w ptaszęcym wianku

pod zielenią grube niedźwiedzie

krystka nuci na hałdach

radość tupie po ganku

szosą ja sam nie wiem co jedzie

na to srebrnie płowo

z malinowym błyskiem

promieniują płytkich wód pasma

wypadł bożyc z byliny

a tratuje po wszystkim

w smugach jasny pod słońce hasa

nieznany a śliczny

snami połowiczny

daj nam swe obce hierarchie

mówi krystka

ciął ręką po strumieniu krynicznym

mokry pył tęczą wzbił nad jej karkiem

jakiż upał

grono chwil znojnych in quartosamolotu cień pomknął po miedzy

cóż na szosie

tam jedzie nawet spojrzeć nie warto

lepiej w książki po łaskę wiedzy

Ze wsi

tych kijanek tych praczek u potoczka

kujawiak kujawiaczek

siwe oczko śpij

bura burza od boru

i jak bór dudni piorun

rzucili na wodę złocisty kij

pogryzł deszcz widnokręgi niedobry pies

w glinie zburzył krople rude

mokra wieś wieczna wieś

takie dno zielonego świata

znad wisien czeresien zmyło błękit

śpij dziecko niezabudekno śpij

w okno patrzysz a pocóż

to znasz

niepogoda na uwrociu opłakała trawkę

mam ja za obrazem grający kij

mam ja ligawkę

kujawiak kujawiaczek

w muzyce śpij

Pieśń o niedobrej burzy

Oj zaszumiały chmiele winogrady

ponuro ponuro

kiedy sypnęło lazurowym gradem

za górą

oj i pomknęły nadobne panienki

po ługu po ługu

zsunął się wężyk srebrzysty maleńki

po pługu

oj malowany panie muzykancie

zła chwila zła chwila

już się most z pawiem na młynowym stawie

przechyla

oj w siwej burzy opadało kwiecie

i liście i liście

jużci pług w kuźni młotkami bijecie

ogniście

oj malowany panie muzykancie

umykaj umykajśmierć twoja błyszczy na stalowym kancie

jak mika

oj skrzypki skrzypki z samorodnej lipki

zakwilą zakwilądługo się będą osmucały chmiele

tą chwilą

nie chciałeś panie kudłatym kowalom

uwierzyć uwierzyć

głowa pod mostem nad nią wody welon

już bieży

organy grają panieneczki łkają

pług dzwoni pług dzwoni

czy będziesz w raju czy ty będziesz w rajskiej

koronie

ej malowany panie muzykancie po coś

grał z gradem grał z gradem

nie lepiej było kochać skrzypki nocą

chodzić srebrnego wężyka śladem

Obłoki

obłoki przyjaciele pastuszego świtania

nad wioską biały wieniec u strzech i kalenic

umilknij mokre niebo dosyć modrego grania

obłoki nam ukażą galop i uciszenie

obłoki siła dźwiga spoza namiotów jodeł

bór obalają rdzawy ku wodzie bruzdy szklącej

biją jak cichy werbel powracającej rotyobłoki czeremchowe chłodne płynne i rącze

obłoki srebrny łopuch na firmamentów dunaju

chłoną się drą i dzielą i rosną w zakosach

te kamienie bez wagi skądś z fruwających krajów

czy może tuman pyłu po niewidzialnych wozach

obłoki ujrzeć z góry to ujrzeć niw rozłogi

świat z białymi dziurami niby książka we śnie

oczy się niepokoją wtedy szukają drogi

bo oczy plam nie lubią ślepoty ani pleśni

jest droga pod olbrzymim niebem nisko na którym

obłoki obłoki obłoki drogą idzie staruszka tobołek

niesie w ręce ciemnej spracowanej

Jeszcze pejzaż

drogę wóz turkotem napoił

ptak to obleciał jasną pręgą

oplótł oplatał

na koński łeb i chomąto

wionęło żywicą z choin

gdzie Boża Męka

jedź

dom blisko

dom blisko już

pod pianą fal przyboisko

prom jak zabawka malutki

gołębie i krzyże się iskrzą

na widocznych zza wzgórz

białych wieżach kościoła słobódki

a jezioro u drogi jak szklane słońce

dzień po zaściankach białoruski dymi

wodę ugrzewa w obrywistych brzegach

dzień białoruski w rybach grzybach mące

przez pola piosnka przebiega

spod sznurów opada i wzlata

echo ją goni a huśtawka skrzypi

jedź

wielkanoc tuż tuż

kraszanka w barwie tych z obrazka róż

za wodą ku rojstom spadła

Modlitwa żałobna

że pod kwiatami niema dna

to wiemy wiemy

gdy spłynie zórz ogniowa kra

wszyscy uśniemy

będzie się toczył wielki grom

z niebiańskich lewad

na młodość pól na cichy dom

w mosiężnych gniewach

świat nieistnienia skryje nas

wodnistą chustą

zamilknie czas potłucze czas

owale luster

Póki się sączy trwania mus

przez godzin upływ

niech się nie stanie by ból rósł

wiążąc nas w supły

chcemy śpiewania gwiazd i raf

lasów pachnących bukiem

świergotu rybitą w tnących staw

i dzwonów co jak bukiet

chcemy światłości muzyk twych

dźwięków topieli

jeść da nam takt pić da nam rytm

i da się uweselić

którego wzywam tak rzadko Panie bolesny

skryty w firmamentu konchach

nim przyjdzie noc ostatnia

od żywota pustego bez muzyki bez pieśni

chroń nas

Opowiadanie

dian kończący rachunki zatęsknił tak za obrazem

że nawet w słojach stołu frunęły dymy nad rzeką

za jabłkiem odpływającym spoglądał wędkarz starzec

punkt perspektywy je wciągał rzucony dość daleko

owoc ten targowisko zroniło skłute dżdżu szydłem

a przylepione do wzgórz rojnymi plastrami tłumów

gdzie mleko w obłych blaszankach białym trzepało skrzydłem

targ ów zroniło miasto niech się poleje ku wodzie

miasto wsporniki pochyłe igły gotyckich wieżyc

które krzyżami od Trójcy bodzie obłoków łodzie

i biega w jarach zielonych nie chce jak inne leżeć

dian przechodził tamtędy niedostrzegalny a hardy

darł ornaty lazuru aż słodko w zaułkach grało

natknął się na włóczęgów tak ostro sypali karty

nie patrząc znad gry do góry na pięknej tęczy pałąk

odbiegam od rytmu wiersza dian patrzy ze schodów wielkich

znów targowisko w błocie dwóch dorożkarzy podeszwy

jeden kiełbasę dzielił drugi bulgotał z butelki

na przyjacielskie śniadanie pośród drzew kałuż i mierzwy

dian wracaj wróć do wyliczeń świeżość poranka wiotczeje

zachłanny świat jak banię wynosi nad siebie światło

dian czas na ciebie spełnij matematyczne nadzieje

doprawdy starzec rybaczy stracił już z oczu jabłko

Westchnienie

którem nieraz w księżyca pobiałach przemierzał

urocze miasteczko

włodzimierzu

pod perłowym stepem nieba

kiedy noc majowa

ogrom cerkwi płynął w drzewach

gwiazdy stały w rowach

parowozy gdzieś za stacją

oddychały długo

powiew niósł to i akacją

pachniało nad rzeczką

nad ługącień dzwonnicy na ogrodzie

wskazał krzak słowiczy

wołynieje coraz słodziej

pianie okolicy

o miasteczko

Piosenka czeski domek

od strony strun od strony strun

kończy się fantaplastyczny tom

zbudował anioł na łąkach łun

z rozkwitłych witek migdałowca

czeski domek taki mały figlarny dom

dla mnie świętowego wędrowca

matko skąd ptaki w kieszeniach masz

ach lecą lecą piosenki ros

domek jak bemol odwraca twarz

pójdą deszcze batami po owcach

nieco w górę i w prawo na wskroś

do mnie świętowego wędrowca

nie wiem i wiem nie wiesz i wieszśmieje się toń przemądrzała mórz

czeski domek mi żółknie jak papier wszerz

prócz dachu stanie żółtolity

o przynieście tu lubelskiej rzeczułki nóż

ukroimy wędrówkę świtu

Je le sois

la journée d'autre passe

des années passent

non sans peine

les mains du poete brûlent d'amour

couronne tu reste toujours

lointaine

tu ne tombes pas sur le front

mais au lieu de toi les gouttes de l'orage

dans les jardins du feu

les éclats que le tonnere présage

j'attendrai encore

et puis

je m'abattrai comme tousmort

un jour la gloire de son or sombre

inondera la tombe

tu ne tombes pas sur le front

mais au lieu de toi les gouttes de l'orage

dans les jardins du feu

les éclats que le tonnere présage

j'attendrai encore

et puis

je m'abattrai comme tousmort

un jour la gloire de son or sombre

inondera la tombe

Paysage nocturne

la nuit coupe ronde

qui dans la laine bleue du calme s'enlise

vilno ville église

dort blanche colombe

enjambant la ruelle cette arcade

maison serrant la main d'une autre

c'est figée soudain

le reverbére leur blafarde

se panche sur la pave clignote

et le vent fait vibre le jardin

la vilia s'allonge

gronde contre la berge

lithuanie pays des forêts vierges

qu'il fait bon

Elegie der Trauer

ich:

du grüner stern aus norwegen

die nachtlager an den baümen im mai

auf dem schnnee glatt gleitend erzähle

dein schein

der stern:

feurige weiberfeiern stiegen zu den wassern nieder

ein leichter wind wiegte unsere welt in gesang

als goldener streifen schritt er

wenn er leuchtete so wurde den sternen bang

es rauchten karminrote lieder

aus der dickicht der farnkräuter steigend

regte sich der waldabend in ihrer duft

ich:

woher kam er wie hat er den zauber besiegt

der schatten der vorzeitige

im kalten flug

der stern:

die heiligen feiern die zu den wassern steigenden hat er überwunden

weil er meinen gedanken geahnt

ich traure um die verstorbenen die jungen

und die schwerter in ihrer hand

ich:

mit offner hand verdeck ich mich vor der verzweiflung einziger schützen

der november hält mich in den armen fest

dies gedicht hat man zerrissen

sieh schon stirbt es

der stern:

wenn es verstummen wird vom tod geblendet

auf meine hände wird es sinken als tau

schweigsam werd ich es tragen durch den pfad

den bläulichen

der ist nirgends da

da auf ihm erloschen bäume wind der meere geflüster

hier gingen die zu früh verschollenen

zerschlagener schwerter metallischer staub schwebt vor im finstern

und ich der nordstern werde still voruberrollen

hier gehst du

eh noch dein herz sich gestillt

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.