drukowana A5
17.35
Nic więcej (tomik)

Bezpłatny fragment - Nic więcej (tomik)


Objętość:
63 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0173-8

To wiem

dzień bursztynowy mija

rok za rokiem przemija

nielekko

dłonie poety płoną

aleś korono

daleko

nie spadasz jakoś na czoło

a spadły pierwsze krople burzy

w ogrodach ognia

pomruk wybuchy wróży

jeszcze zaczekam

potem

obalę się jak wszyscy trup

i tak kiedyś zaleje sława ciemnym złotem

grób

Sen

ziemio wonna winna i łunna

bita mrokiem nocy szklannej

śpiewem dzwonów dzwonna burgundiadurzy czarem snów porannych

był ciemny po niwach tupał ulewą

potem bębnił bębnił w napiętą przedmieść pustkę

a wymykał się zwinnie lampom cieniom

wieloręcznym drzewom

sypiąc bezdźwięczny pieniądz

szklisty boraks lęku złego łuskę

jeżeli nie podbiegnie do wodotrysku nie

samo mu się nachyla lustrzane dno kwiaciarni

a on obuchem w szybę

gwizdnęły gwiazdy w szkle

uch pękło i to jak w poprzek w głąb i wzdłuż

no teraz jeszcze czarniej

tyle tylko że w zapachu róż

tancerkę skąd znów tancerka wiatrem wysoko nad bruk

tancerka właściwie tancerz ministrant w złotogłowiu chłopię

ten ciemny ten dudniący potoczył mu się do stóp

snopem

po obydwu szedł blask bo to był kwadrans rosy

w rosie w blasku ptaki krakały jak podpalony las

nie wstaniesz nie będziesz mógł

złotogłów coraz wyżej słabo jaśnieje w górze

i dobrze tak fala półkolami zalewała miasto emalią

piana u klamek i szyb i biały szum na marmurze

będzie gdzie rosnąć koralom

gdy firmament od wód oddzieli struna

smuga cienia wiotsza niż tego snu konstrukcje

na wysokości świetlany punkt świetlik ministrant frunął

na toni chyba już nic aha płatek nasturcji

ziemia dzwonna głosami dzwonnic

dźwięki w stuleciach niezmienne

sny nad ranne bory sosenne

pod brzaskiem przedświtu goni

a ja gdzie jestem ja pod siecią promienistą

która pulsuje łagodnie wówczas gdy światło przygasa

leżę na złotej ikonie

na łono przyjął mnie chłodne porfirogeneta chrystus

wielkim znużeniem rubinów opasał

rubiny nieszlifowane ciekną po dłoniach po skroni

w przepaściach cisz odrywa się pierwszy kształt

jest to obraz człowieka i snu i słowa wyśpiewanego

dlaczego leżę tu i razem odpływam wzwyż

dlaczego on będzie tam a ja na blachach ikony

w głębinie cisz

na piersi czy naprawdę na piersi ciemnolicego

odpływa nowy mój kształt znów jeden znowu znów

tak właśnie banie powietrza płyną z dna stawu pod nów

byłżebym leżąc tak pełen duchów jak spichrz

w niezrozumiałej z nimi żyjąc paralelipatrzę słucham bledsze się stają blaski powietrze głusza

rubinowy urasta liść

nie w gąszczu na bandaża bieli

głowa głowa

po nocy słońce na oczach muskało brew

brew ziemi sennej w kołysance drzew

ziemi sennej w drzewach gonnych stupokłonnych

od szkarłatu obłoków tak łunna

szklannym brzękiem cudów podchmurna

w winnobraniach budzi się wonnych

ziemia

Przez kresy

monotonnie koń głowę unosi

grzywa spływa raz po raz rytmem

koła koła

zioła

terkocze senne półżycie

drożyną leśną łąkową

dołem dołem

polem

nad wieczorem o rżyska zawadza

księżyc ciemny czerwony

wołam

złoty kołacz

nic nie ma nawet snu tylko kół skrzyp

mgława noc jawa rozlewna

wołam kołacz złoty

wołam koła dołem polem kołacz złoty

Kwiecień tych co bez troski

wiosną jasnych oddechów gołębianych słuchaj

w pianie promyków ranek wiosnę wartko wiózł

aż kipiał lazurowy puchar

bo to radość biegła wzwyż po drzewach

a seledyn młodziutkiej korony owych brzóz

poblask z wisły od dołu rozgrzebał

na wodzie lekki przewiew

grzebieniem jeszcze sennym

falę sycił

promienny

i szyby świecą kwietniowołagodny brzask

w który się niebo wtula bo niebo tam osiada

brzozy na błękit zachodzą

od chwieją się znów przy chwieją

raz wraz koleją

raz wraz

każda jest szumu strużącego się zieloną balladą

a jak ten bruk uliczny kryształem błyszczy

jakiem dudnieniem wtóruje wodogrzmotom kół

jeszcze nie wszystko nie wszystko

dzieciaczki po świętach w tornistrze

resztę wiosny przywieziecie z pól

Nic więcej

niepokój z ognia

siwobiały wodospad

rozwiane włosy matki

gdy je czesze rozcięły na pół

smutek wlatuje przez okna

dośnić dospać

dosięgnąć katedr ostatnim

obrotem kół

jak tło mozaiki spękana

ręka na trzonie łopaty

moja może być zbrodnia

i dobry dar

janku joanno anna

szepcze jesienny badyl

skądże to w oczach wilgotnych

rudy żar

tak naznaczyło mnie signumtonąc widzę w odmęcie

widzę kto dni me ciosa

z bólu i cyfr

niczego nie rozstrzygną

słupy płomienne w rzędzie

kładą się

jest kosa

będzie wichr

Z pamiętnika

już ty nie zejdziesz pewno haneczko na wybrzeże

a lato znów tak jarkie i śmiech mój dobrze znasz

dym szary polatuje nad barką nad więcierzemoplata wtedy także oplatał bujny maszt

i lampy tu i echo krokami pustkę zszywa

wyznaję było trwało braliśmy pełną garść

a nikt nie wiedział o tym deszcze biegły po szybach

tygodnie umykały spłoszony głupi chart

nie zejdziesz ani nie wiem kto snu twojego strzeże

lato haneczko śmiech mój z dymem oplata maszt

o fali przemijanie tak barka tak wybrzeże

a liczko miałaś mokre i chłodne to od gwiazd

spod bystro tnącej wodę kiedyś płynęła ręki

pluskało kliny czarne niszczyły wiotką gładź

wybijał odblask lampy srebrne i srebrne sęki

dziecko

po co mnie było brać

Śpiewny pocałunek

o śpiew mój czochra suchą grzywę koń

żurawie strzelają ciemne race

za śpiewem wyrywa się z betonów klon

chce iść

a tylko kruche skrzydła gubi i liść

skrzydła którymi bawią się blade i rumiane dzieci

skowronek trąca strunę

żurawie skowronki żurawie skowronki

a jeszcze przecież

obłoki białorune

sypią się na staw na łąki

na rano

i namiot gładkich ramion

miłość

śpiew mój sam się lekko jak wstążka wysrebrnia

ze mnie skowronków klonów konia obłoków

światło niebios światło pieśni przebrną

dno dnia zasłane pniami promieni sekund rosą

śpiew mój ciało śpiewało

melodię niosąc

malowaną

na kamienisty załom

bryzgami pianą

o chabrowe oczy nie dbam

chabrowe oczy miał brat

ale słodyczą krzepką napełnij

łodygę ust jedwab

zamilknę jak złoty kwiat

nieśmiertelnik

już już po pieśni chwyconej na pocałunku smycz

Nienazwane niejasne

smyczki ze struny na strunę

karabiny z ramienia na ramię

złotej firanki łunę

uśmiech rozpruje

choć tak smutna chorągiew na bramie

chociaż kowal niósł podkowę w ogorzałej ręce

niósł i grzmiało z głębi kuźni mimo pory wczesnej

a tramwaje śpiewne kryły się czym prędzej

za rogiem ulicy gdzie budynki rzeźni

chmura szła i ciemny dym z komina statku

tutaj na powiślu sam nie wiem co gra

kozę prowadzili w starodrzewiu cień

była pstra

liryczne okno to i naprzeciw matko

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.