drukowana A5
12.82
Najpiękniejsza

Bezpłatny fragment - Najpiękniejsza


Objętość:
22 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0293-3

W dniu 19 Kwietnia 1889 roku, w Operze, podczas przedstawienia trzeciego aktu Romea i Julii, książe Agenor literalnie stracił głowę. Biegał od loży do loży, objawiając wszędzie tenże sam zachwyt.

— Ach! ta blondynka! Ach! jaka to blondynka! Ach! jaka to idealna blondynka! Widzieliście tę blondynkę? Czy znacie tę blondynkę?

Jak na teraz, loża to pani de Marizy, wielka parterowa loża, tuż obok sceny położona, rozlegała się temi i tym podobnemi okrzykami uwielbienia.

— Jaką blondynkę? — spytała pani de Marizy.

— Jakto! jaką? Jedna tylko jest taka w całéj sali teatralnéj! Spojrzyj pani przed siebie... tam w loży piérwszopiętrowéj... w loży państwa de Sainte-Mesme. Przypatrz się jéj pani baronowo, przypatrz się dobrze... Widzisz ją pani?

— Widzę. Niegodziwie ubrana, ale... niebrzydka.

— Niebrzydka! Cudo! Istne cudo! Niedobrze ubrana? no... tak! na to się zgadzam... Państwo Sainte-Mesme mają rodzinę zamieszkującą okolice Perigordu: musi to być jakaś krewna z prowincyi. Ale jaki ma uśmiech! A jak osadzoną szyję! A jakie ramiona! Ach! szczególniéj ramiona....

— Mój drogi panie, albo pan idź sobie, albo bądź cicho.... Przeszkadzasz mi pan słuchać Reszkego....

Książę poszedł więc sobie. Pokazało się, że nikt, ale to nikt zupełnie nie zna téj nieporównanéj blondynki. Nieraz jednak była przedtém w Operze, ale na mieszczańskich miejscach: w loży drugiego piętra. Dla księcia Agenora zaś po-za lożami piérwszopiętrowemi nic już nie istniało: próżnia tylko i nicość ponad niemi. Noga księcia nigdy jeszcze nie postała w loży drugopiętrowéj, a zatém — lóż drugopiętrowych nie było wcale na świecie.

Podczas gdy Romeo, klęcząc u nóg brata Laurentego, przysięgał, że wiekuiście kochać będzie Julią, książę błąkał się po kurytarzach Opery. Kim jest ta przecudna blondynka? Książę Agenor chce to wiedziéć i koniecznie dowiedziéć się tego musi. Raptem przypomniał sobie książę, że ta poczciwa pani Picard jest tak zwaną ouvreuse’ą loży państwa de Sainte-Mesme, i że on, książę Agenor de Nérius, ma zaszczyt być oddawna przyjacielem, blizkim przyjacielem téj poczciwéj, téj nieoszacowanéj pani Picard. Ona-to, w ostatnich latach drugiego cesarstwa, uczyła księcia bezika, oraz wszystkich odmian téj gry o tyle szlachetnéj, o ile zajmującéj; a mianowicie: bezika chińskiego, bezika japońskiego i t. d. Książę miał wówczas lat dwadzieścia, pani Picard — czterdzieści. Nie miała wówczas jeszcze posady, jaką zajmowała obecnie w narodowéj Akademii muzycznéj, gdzie powierzonym jej był urząd otwierania kilku lóż piérwszopiętrowych. Pełniła ona wtedy urząd inny — i nie synekurą będący — ciotką była młodziutkiéj i nader miłéj osóbki, któréj prześliczna buzia i niemniéj prześliczne nogi pokazywały się w teatrze „Variétés,” w sztukach stanowiących przegląd widowisk w ciągu roku przedstawianych. Książę, młodziutki jeszcze wówczas i zaledwie w świat wchodzący, przepędził sobie spokojnie ze trzy lub ze cztery lata życia pomiędzy tą ciocią a siostrzenicą, zupełnie jak w rodzinném kółeczku. Potém — one sobie poszły w swoję stronę, on w swoję i dopiéro w jakie lat dziesięć przynajmniéj, gdy poszedłszy pewnego wieczoru na Operę, oddawał książę Agenor swój paltot niemłodéj, czcigodnie wyglądającéj damie, usłyszał powitalną mówkę:

— Ach! jakże się cieszę, że znowu księcia widzę! Nic się książę nie zmienił:.. Nic a nic! Zawsze jednakowy... Zupełnie jednakowy! Jakby miał lat dwadzieścia!

Witała go tak pani Picard, wyniesiona do godności oficyalistki Opery. Książę pogawędził z nią trochę, o tém i owém, trochę téż o przeszłości, i od téj pory, nigdy nie przeszedł obok pani Picard, nie pozdrowiwszy jéj uprzejmém kiwnięciem głową, na co ona odpowiadała pełném uszanowania powitaniem. Należała bowiem do tych osób, coraz to dzisiaj rzadszych, które, posiadając wielki ów przymiot, taktem zwany, potrafią pojąć różnicę stanowiska towarzyskiego i do niéj postępowanie swoje zastosować. W głosie jéj przecież, gdy wymawiała książę, słychać było niby pozostałość jakąś dawnéj poufałości, nieledwie przywiązania, czego wcale nie miał jéj za złe książę Agenor. Przeciwnie, zachował on o pani Picard jak najlepsze wspomnienie.

— Ach! proszę księcia, — odezwała się pani Picard, ujrzawszy go, idącego kurytarzem, — niéma dziś w moich lożach żadnéj z pań znajomych księcia. Pani de Simiane nie przyjechała, a pani de Sainte-Mesme oddała lożę...

— Właśnie téż o to mi chodzi. Nie wiész pani, kto siedzi w loży pani de Sainte-Mesme?

— Nie wiem. Po raz piérwszy widzę tych państwa w loży pani margrabiny.

— Nie masz pani nawet pojęcia, kto to taki....

— Żadnego. Tylko.... zdaje mi się, proszę księcia, że ci państwo nie należą do....

O mało co nie powiedziała: do naszego świata. Taka jejmość, otwierająca wieczorem piérwszopiętrowe loże Opery, miewa tylko zazwyczaj do czynienia z ludźmi dobrze urodzonymi i niezmierną téż okazuje wzgardę dla ludzi należących do niższych sfer towarzyskich: niemiła to rzecz dla niéj otwierać swoje loże ludziom tego gatunku.

Z tym wrodzonym wszakże taktem, który ją rzadko opuszczał, potrafiła pani Picard powstrzymać się w samę porę i dodała:

— Nie należą do świata, w którym książę bywa.... To jacyś mieszczanie... dobrze się miéć muszą, ale zawsze to mieszczanie. Nie wystarcza księciu ta wiadomość... Książę chciałby się dowiedziéć coś więcéj... z racyi téj blondyneczki.... Prawda?

Te ostatnie wyrazy wyrzekła z delikatnością, opisać się nie dającą — wyszeptała je raczéj! Odźwierna, mówiąca coś podobnego do księcia? ach! to było-by nie do zniesienia, gdyby odźwierna nie wymówiła słów tych z niezrównanym taktem, objawiającym się tak w samych-że wyrazów doborze, jak i w tonie, którym wymówione zostały. Tak! odźwierna to mówiła, ale — odźwierna, ciocią jeszcze po troszę będąca, ciocią, daleką wprawdzie, ale uznaną za ciocię w krainie, rządzonéj prawami miłości. Daléj więc jeszcze prawiła pani Picard:

— Prześliczna to osoba! Przyszła z jakimś brunecikiem... to pewno mąż? bo przez cały czas, co zdejmowała z siebie okrycie, a to zawsze trochę czasu zabierze, nie odezwał się do niéj ani słowa... Nie nadskakiwał jéj, o nie! ani trochę... tak, tak, to pewno mąż! tylko mężowie tak robią. Przypatrzyłam się okryciu... Zawsze i to budzi ciekawość, szczególniéj, jak się kogoś nie zna... to téż obie z panią Flochet, moją kolegą, zabawiamy się probując zgadywać po rzeczach. Otóż, proszę księcia, płaszcz pochodzi z dobrego magazynu, ale nie z żadnego z najpiérwszych... Przyzwoity, porządny, ale niéma tam szyku. Jak ja sobie myślę, proszę księcia, to pewno nie co innego, jak z bogatych mieszczanek... Ale jakaż ja niemądra! Książę zna przecie pana Palmera? prawda? A pan Palmer był tylko co z wizytą u téj pięknéj blondynki.

— Pan Palmer?

— Tak. Od niego dowié się książę jéj nazwiska.

— Dziękuję, pani Picard; bardzo pani dziękuję.

— Do miłego widzenia z księciem, do widzenia.

I wróciła pani Picard na zwykłe miejsce, a siadając na stołku obok pani Flochet, swojéj kolegi, mówiła:

— Ach, pani kochana, jakiż to miły człowiek, ten książę! Doprawdy, niéma to, jak ludzie dobrze urodzeni!

Książę Agenor świadczył ten zaszczyt Palmerowi — temu grubemu, bogatemu, próżnemu Palmerowi — że pozwalał mu się zaliczać do swych przyjaciół; raczył téż łaskawie (i to nawet dość często) zwierzać się Palmerowi ze swoich kłopotów finansowych, a bankier zawsze jak najchętniéj przychodził mu z pomocą; za co książę rad nie rad wejść musiał do dwóch komitetów, których prezesem był Palmer, a temu znów bardzo było miło czuć, że ma prawo do wdzięczności przedstawiciela jednéj z najstarszych rodzin szlacheckich we Francyi. Książę zresztą, łaskawym okazywał się księciem: publicznie przyznawał się do Palmera, ukazywał się w jego lożach, urządzał jego przyjęcia, zajmował się jego wyścigową stajnią. Posunął nawet do tego stopnia swoję wdzięczność, że skompromitował panią Palmer, i to bardzo — najbardziéj jak mógł. „Oskrobuję z niéj mieszczaństwo, — mawiał, — należy się to ode mnie Palmerowi, który jest najpoczciwszym człowiekiem pod słońcem.

Książę udał się do loży bankiera; zastał go w niéj samego.

— Ta blondynka? jak się nazywa ta blondynka w loży pani de Sainte-Mesme?

— Pani Dagand.

— Czy jest i jaki pan Dagand?

— Ma się rozumiéć, że jest! Regent. Mój regent... jest także regentem państwa de Sainte-Mesme. A jeżeli książę chcesz przyjrzéć się bliżéj pani Dagand, to bądź u mnie na balu w przyszły Czwartek. Obiecała być na balu...

Żona regenta — regentowa! Więc była to tylko regentowa! Książę zasiadł w loży pani de Marizy, naprzeciwko loży pani Dagand, i przyglądając się téj „tylko regentowéj” rozmyślał.

— Będę-ż miał, — mówił sobie, — tyle powagi, tyle wiary u ludzi, ażeby zrobić z takiéj pani Dagand najpiękniejszą w całym Paryżu osobę?

Bo zawsze jest jakaś najpiękniejsza w całym Paryżu osoba, i on-to, książe Agenor, rościł sobie teraz pretensyą do wykrycia, do ogłoszenia, do ukoronowania, oraz do namaszczenia na królową téj — najpiękniejszéj! Wprowadzić w modę panią Dagand, lansować ją, jak się to mówi w języku wielkiego świata? A dlaczegóżby nie? Nigdy jeszcze nie lansował mieszczanki. Było-by to przedsięwzięcie nowe, zabawne i śmiałe. Przyglądał się pani Dagand przez lornetkę i w ślicznéj jéj twarzy coraz to nowe powaby odkrywał i nowe doskonałości.

Gdy, po skończoném już widowisku, wychodzić zaczęto, książę stanął na dole, zaraz obok głównych schodów. Pociągnął tu za sobą dwóch przyjaciół swoich:

— Chodźcie, — rzekł im, — pokażę wam najpiękniejszą osobę w Paryżu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.