drukowana A5
14.85
Nad przepaściami

Bezpłatny fragment - Nad przepaściami


Objętość:
33 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0337-4

I (Miriamowi)

Miriamowi

  z szczerą przyjaźnią.

I

Olbrzymie baszty stromych skał

Spadają w głąb bezdenną,

Gdzie fale mgławic wicher zwiał

W toń nieruchomą, senną.

W słońcu goreje szczytów skroń,

Smug opalowy spada

W mgieł nieruchomą, senną toń,

Gdzie śmierć spoczywa blada.

Lśni się w opalach wiewny puch

Mgły błękitnawo--mlecznej,

A ponad śmiercią ludzki duch

Zawisł, jak blask słoneczny.

Ciała przytulił ogrom skał,

W przepaściach śmierć pod nami,

A duch, zrzuciwszy brzemię ciał,

Zawisł nad przepaściami.

II

Na głaźnych stokach drzemie las

W błękitnej mgieł oponie —

W ten południowy, cichy czas,

Co wokół żarem płonie.

Wczoraj tu szalał błysk i grom,

Burza waliła kłody,

Dziś towarzyszy cichym snom

Szept wysrebrzonej wody.

Wczoraj z tych bezdni wyszła śmierć,

Opoki pod nią drżały,

A dziś się skrada na jej perćSierpniowy wiew nieśmiały.

Lśni niezmącona jezior toń

Pośród urwistych zboczy,

Gdzie wczoraj śmierci groźna dłoń

Gasiła blask przezroczy.

Jako źrenica szklana lśni

Tej ekstatycznej duszy,

Co pragnie przejrzeć tajność dni

W przyszłości strasznej głuszy.

Co pragnie przeciąć gruby len,

Rozedrzeć mgieł okrycie,

Otaczające — wieczny sen,

Czy też wieczyste życie?..

III

Nad przepaściami ludzki duch

Zawisnął nieruchomy,

Wpatrzony w światła ciągły ruch,

W słonecznych nieb ogromy.

Wokół jasności taka moc

Wypełnia widnokręgi,

Jakby świat nie znał, czym jest noc,

Czym skryte jej potęgi.

Na miękką zieleń halnych łąk,

Na kamieniste ławy

Blask z niewidzialnych płynie rąk,

Perłowy lub złotawy.

Skrzy się i pali każdy głaz,

Siklawa ognie ciska,

Bór rozbłękitniał, tęczy pas

Wiesza się na urwiska.

Tonie w światłościach ludzki duch,

Jak nurek w mórz głębinie;

Zlewa się razem wzrok i słuch

Granica zmysłów ginie.

Co było przedtem mocą barw,

Śród falistego drżenia

Staje się dźwiękiem setnych harf,

W melodię się przemienia.

Ponad przepaście, ponad żleb,

Gdzie śmierć cierpliwa drzemie,

Rozbrzmiały hymny jasnych nieb

I ogarniają ziemię.

Ponad łańcuchy lśnistych gór

Płynąc falami słońca,

Śpiewa anielski, wieszczy chór,

Że trwaniom nie ma końca.

Śpiewa — a pieśń ta jako chrzest,

Odradzający wiarą —,

Że tylko życie prawdą jest,

A śmierć jest złudną marą.

Śpiewa, akordów dziwny tok

Śląc na promienne drogi,

Że złudą tylko cień i mrok,

Że płód to ludzkiej trwogi.

Że prawdą światło, pełne łask,

Że nad tych dni zamętem

W spokój swój każdy łączy blask

W Wieczystym, w Niepojętem.

I dalej śpiewa złota pieśń,

Mknąc znikającym łanem,

Że widomego świata cieśń

Rozszerza się w Nieznanem.

W nieznanym oku ziemskich dusz,

Spowitych w ciał osłony,

Ćmiące niezgasłych odblask zórz,

Z bożego tchu zrodzony.

Ale kto starga przędzę ciał,

Ten, pijąc z czar zachwytu,

Będzie świadomość jasną miał

Bezkresowego bytu...

IV

Mgieł opalowych wiewny len

Otula strome głazy,

A duch nad mgłami zapadł w sen,

W promienny sen ekstazy.

Ponad skalisty wzniósł się loch,

Nad śmierci żlebne cienie,

Stracił sprzed oczu ciała proch,

Wieczności ma widzenie.

Kroplą dżdżu wrócił do swych mórz,

Do pierwotnego łona:

Granice czasu znikły już,

Gdzież przestrzeń określona?

W bezmiarze świetlnych tęcz i łun,

W błękitów, w barw bezkresie

Cicho sferycznych nuta strun

W słodkich się szumach niesie.

Przesłodkich szumów żaden zgrzyt

Nie skłóci w tym bezmiarze,

Gdzie bezkresowy twórczy byt

Rozlewa swe miraże.

Gdzie tajemniczy, wielki „on”,

Obcy ziemskiemu oku,

Wysnuwa z siebie plonów plon

W nieustającym toku.

Gdzie „on”, co jeden jest i wraz

Milionem jest milionów,

Wchłania znów w siebie w ciągły czas.

Pierwiastki swoich plonów.

I, niby świetlny, wiewny puch,

Wzniósłszy się do tych szczytów

We śnie ekstazy, ludzki duch

Stapia się z bytem bytów.

Ale jak kropla blask ma swój

W blaskach wielkiego morza,

Gdy na nie ogni złoty zdrój

Poranna zleje zorza:

Tak duch swym własnym światłem lśni,

W światłości tej bezkresie,

Co jest początkiem ziemskich dni,

Co źródłem życia zwie się.

Dziwnych zespoleń święty chrzest

Natury mu nie zmienia:

On czuje rozkosz, że on jest,

I rozkosz ma tworzenia.

On ma świadomość swoich sił,

On wie, że wnika wszędzie,

Że mu początek obcy był,

Że końca mieć nie będzie.

On w skojarzeniu widzi tem,Że, jako on, świadomie

Wypełnia ogrom swoim tchem

I mieści się w atomie.

W ten bezgraniczny wszedłszy chram,

On dzisiaj czuje w sobie,

Że żyje dalej w nim, co tam

W ponurym legło grobie:

Słońca i gwiazdy, które już

Zagasły ludzkim oczom,

Ognie rozpierzchłych dawno zórz

W nim swoje blaski toczą.

Długich pokoleń rojny tłum,

Co zginął w czasu fali,

Zgniłych już dębów zgłuchły szum

W nim ciągle żyje dalej.

Barwy zdeptanych dawno ziół,

Traw pokoszonych wonie,

Wody, po których został muł,

Wciąż żyją w jego łonie.

Myśl, co rozparła ludzki mózg,

I instynkt, co był w płazie,

Wielkie uczucie, co od rózg

Zginęło jak w ekstazie;

Wola i zmarły odruch ciał,

Bytów materia wszystka,

Szept, co go z wargi powiew zwiał,

Przelotne drgnięcie listka:

Cały ten bezmiar, bezlik ten

Życioświadczego ruchu,

Co tam snać w wieczny zapadł sen,

Tu wiecznie żyje w duchu.

I on, zlan z bytów bytem on,

On, co w tworzenia niebie

Wysnuwa z siebie plonów plon

I znów go wchłania w siebie

On, co na słońca wzniósł się perć,

Zrzuciwszy ciał okrycie,

On wie, że złudą li jest śmierć,

A zasię prawdą: życie!

V

Ponad olbrzymie baszty skał,

Nad śmierci mgławe cienie

Duch się unosi — duch, co miał

Wieczności przywidzenie.

Wzniósł się, jak gdyby w blasku zórz,

Nad przepaść, nad głęboką,

A tam od dołu innych dusz

Ciche się cienie wloką.

Pną się w promienny, stromy szczyt,

Nad żleby, ponad granie —

W górę, gdzie wieczny dzierży byt

Nad śmiercią panowanie.

Tak się leniwie pną w ten smug,

Z słonecznych skier utkany,

Jak gdyby miały u swych nóg

Ciężary i kajdany.

Tak się czepiają ostrych ścian,

Tak przy tym kurczą ręce,

Jak pod pieczeniem krwawych ran,

Jak w boleściwej męce.

Tak odwracają błędny wzrok,

Snać bielmem przysłonięty,

Jak gdyby wrogów czarny tłok

Nastawał im na pięty.

Nieraz się potkną, tak się pnąc

Tą przepaścistą percią,

Opiłe winem szczytnych żądz,

By górę wziąć nad śmiercią...

Nieraz się potkną — wtedy śmiech

Rozlega się w przestworzu

Tysiącem strasznych, dzikich ech,

Jak echa burz na morzu.

Jak przeraźliwe echa burz,

Gdy z nieb padają gromy,

A wielkie statki idą już

Na drzazgi i na złomy.

To śmierć wysłała z swoich nor

Widm rozpętane moce

Na ten urwisty, skalny tor,

Skąd wieczny byt migoce;

To niepewności straszny ptak

Bije ciemnymi pióry:

Cień jego pada na ten szlak,

Co wiedzie w jasne góry.

Wyrzut się zrywa, niby szał,

Zadaje duszom razy,

Że obłamują kwiat swych ciał

O te krzemienne głazy.

Że pnąc się w sfery marnych złud,

Nie pomną w swej podróży,

Iż ten nadludzki, płonny trud Rozkwitom ciał nie służy.

I wraz świadomość w ślad tych mąk,

Niby potworna żmija,

Ten swój oślizły pręży krąg,

W dusze się żądłem wpija.

Wpija się w duszę olbrzym wąż,

Ze swojej rad zdobyczy,

Wyrywa wszystką siły miążI syczy, syczy, syczy...

Syczy, że wieki ziemski lud

Wyprawiał swe wybrance

Do tych tajemnych życia wrót,

Na te zawrotne krańce.

I że już długich wieków wiek,

Wspinając się daremnie,

Upadał w przepaść słaby człek,

W jej nieprzejrzane ciemnie.

Że do padolnych tylko niw

Przyrosły byt człowieka:

Tu on kwitnący, tu on żyw,

Aż — końca się doczeka...

I syczy, syczy potwór--gad

Na tej przepastnej perci,

Że wszystko: człowiek, zwierz i kwiat

Podlega jednej śmierci.

Że śmierć nad wszystkim tron ma swój,

Owity w groźne cienie,

Że zmienia wszystko w rozkład, w gnój

I w mrok i w zapomnienie.

Tak syczy... syczy... na ten syk,

Wijący się u zboczy,

Trwoga wyrzuca z siebie krzyk,

Z ust białą pianę toczy

Rozpacz, idąca, niby straż,

W ślady błędnego grona,

Wykrzywia z śmiechu bladą twarz,

Wykręca swe ramiona...

VI

Rozpacz i trwoga i ów płaz —

Straszna świadomość końca —

Zmieniają w zamęt cichy czas

Południowego słońca.

Syk, krzyk, płacz, jęk i szału śmiech

I westchnień szept głęboki

Leją się ciężką falą ech

Na szczyty i na stoki.

Z każdego żlebu ciemnych gór,

Z każdej przepaści mgławej

Jęk się dobywa: wzdycha bór

I płacze pas siklawy.

Potok odbrzmiewa jęków tchom,

Cały w łkających pianach;

Szaleje głazów szary złom,

Skacząc po zdartych ścianach.

Z opocznych szczelin, z skrytych jam,

Z wnętrza ponurej puszczy,

Jak długie pasmo mgławych plam,

Snuje się widmo tłuszczy.

Snuje się, wzmaga, gęsty kłąb

Wypełnia przestwór cały;

Szczytów zszarpanych zniknął zrąb,

Znikły urwiste skały.

Świat na nie spłynął, wszystek świat

Po tych przestworach sunie —

Za nim tysiące idą lat

W rozwianym w krąg całunie.

Świat tutaj spłynął... Łzy do stóp

Zlewają się zmroczone:

Ten płacze ojca, a ten w grób

Najdroższą niesie żonę.

Temu już w piersi zbrakło tchnień:

Na wieki żegna dziecię!

Rośnie łez fala... straszny dzień!...

O świecie! świecie! świecie!

Twojej boleści gdzie jest kres?

Gdzie raju ciche niwy?

O świecie! świecie! ziemio łez,

O świecie nieszczęśliwy!...

Fala łez rośnie... W bezmiar mórz

Ta fala łez wyrosła...

Chwila — a świat pochłonie już —

A gdzież jest łódź? gdzie wiosła?

Bez łodzi, wioseł, w smutku dal

Posępny orszak płynie

Po tym bezmiarze słonych fal,

Po wzdętej łez głębinie.

Trumny porywa gorzki wir,

W bolesną pędzi sferę;

Za nimi żywy płynie kirI jęczy „Miserere”.

Płynie — ach! dokąd? gdzież jest kres?

Kiedyż się ból twój prześni?

O świecie! świecie! ziemio łez!

Kraju pogrzebnej pieśni!

Płynie — ach! dokąd? tam, gdzie łan

Wielkiego cmentarzyska,

Gdzie myśli ludzkiej kres jest dan,

Gdzie fosfor prawdy błyska.

Gdzie myśl, co biegła w słońca wyż,

Ku niezgłębionej treści,

Płacząc całuje drogi krzyż

I słania się z boleści.

Gdzie myśl, odziana w czarny len,

W żałoby to okrycie,

Przestaje pytać: wieczny sen,

Czy też wieczyste życie?

VII

Cisza... sierpniowy jasny dzień

Otula widma szczytów

Wiewną powłoką ciepłych tchnień,

Idących z nieb błękitów.

Na stromych stokach lśnistych gór,

Wsparty o głaźne ściany,

Śni, marzy, drzemie cichy bór,

W błękitne mgły odziany.

Czasem się ozwie dusza drzew

I z cicha coś poszepce,

Gdy je pogładzi cichy wiew,

Co skalne trawy depce.

Potok, w słonecznych złocie skier,

Szemrze w kamiennym łożu;

Falami cichy idzie szmer,

Rozpływa się w przestworzu.

Między szczątkami zdartych pni,

Między szarymi ławy

W cichej kotlinie szkliwość lśni:

Milczące, ciche stawy.

Znieruchomioną, dziwną kruczMają te wód źrenice:

Snać kryje głębia stawnych ócz

Niezgadłą tajemnicę!...

Głaz niewidzialna rzuca dłoń...

I głaz szczytowy spada

W przepaści cichą, mgławą toń,

Gdzie śmierć spoczywa blada.

Ponad przepaścią, której głąb

Pomroka mgieł schowała,

Na skał wirchowych wszedłszy zrąb,

Leżą śmiertelne ciała.

Do ciał powrócił ludzki duch —

Dziwną przebywszy drogę,

Spojrzał w przepastnych mgławic puch

I czuje trwogę — trwogę...

II (Z motywów wedyckich)

Nie było bytu, ani też niebytu...

Nie było głębi powietrznego morza,

Która wypełnia od szczytu do szczytu

Bezmiar przestworza...

Cóż się ruszało i pod czyją pieczą,

Zanim nadany kres był wszystkim rzeczom,

Zanim przepaści stały się widzialne,

Zanim turnice wystrzeliły skalne —Nieb sięgające opoki —,

Nim ląd się oddzielił od wody?

O wiecznie świeży i młody,

Wartki, jak rzeka,

A jak ocean, głęboki

Duchu człowieka,

Ty, od początku do końca

Mknący ku treści,

W której się koniec i początek mieści:

Gdzież miało swoje ukrycie

To, co się kryje, ponure i senne?

W promieniach słońca,

W wiecznym kochanku, zakochane życie,

Gdzież miało blaski promienne?

Nim się początek urodził z początku,

Zanim się stało

To, co się stało; zanim w przemian wątku

Łączyła byty łączność, dzieliła rozdzielność,

Ni śmierć nie władła, ani nieśmiertelność,

Nad zmrokami nocy

Dzień jeszcze nie miał rozświtowej mocy,

Ani też białość dnia w swą brała moc

Ta czarna noc:

Ciemność jedynie

W ciemności legła głębinie,

Próżni ogromy

W próżni przybytek miały niewidomy.

Nad wszystkim i nad niczym było tylko Jedno,

Wszystkiego i niczego niedosięgłe sedno,

Spokój i tętno.

Bezruch i ruch.

O duchu ludzki, wychowan w mądrości,

Która z Jednego w twoje wnętrze spływa

I niegasnąca, żywa,

Dopóki pragniesz, w twoim wnętrzu gości

I niegasnące, żywe ryje piętno

Na twoim bycie,

Że zwiesz się: duch,

Że zwiesz się: życie —

O duchu ludzki, zwrócony obliczem

Ku onej treści,

W której się koniec i początek mieści,

Ty wiesz, że Jedno w wszechpotężnej mocy —

Stało nad wszystkim i niczem,

Nad próżnią próżni i nad nocą nocy...

A może nie wiesz?!...

      A ponad bezmiary

Pustki i ciemni, nad bezgranicami

Uczuło Jedno w bezmiarze

I w bezgranicach swojego istnienia

Palącą miłość...

Byłoż istnieniem, czego duch człowieka

Nie umie pojąć, acz pełen jest wiary,

Czystej, przejasnej, jak Gangesu rzeka,

Wielka i święta,

Pełna jest świetlanych opali,

Kiedy jej wody spromienia

Słońce południa? Opiłość

Narkotycznego uczucia powali,

O Jedno, wszystkich przed tobą ---

W pobożnym żarze,

Jako pokosy zbóż,

Wszyscy już leżą:

Tylko się zlituj nad nami,

Niewiadomości zdejm pęta,

Niech twoja moc niepojęta

Będzie pojętą dla dusz!...

I oną dobą,

Która się stała porą por, macierzą

I dnia i nocy i pełni i nowiu

I gwiazd i słońca i świtów i zórz,

W owym bezmiernym pustkowiu,

Gdy Jednym miłość owładła,

Na ciemnię jasność upadła:

Nasienie nasion, wszechnasienie ducha,

Zapładniający żar...

I ciemnia głucha

Zmienia się w światłość i gwar...

Tak przyszła siła,

Co byt z niebytem spoiła,

Z łącznością rozdzielność,

Ze śmiercią nieśmiertelność.

O duchu ludzki, urodzony z siły,

Co nad krawędzią mogiły

Śród cmentarnego pola

Zmartwychwstające postawiła życie,

Ty wiesz, że jest przedział w wszechbycie —

Tutaj: przyroda, tam: siła i wola,

Tutaj: spoczynek, tam dotąd: dążenie —

O duchu ludzki, nasienie

Duchów, idących z zwróconym obliczem

Ku onej treści,

W której się koniec i początek mieści,

Ty wiesz, kto stanął nad wszystkim i niczem,

Ty wiesz, skąd wyszło stworzenie...

A może nie wiesz?!..

      On jeden,

Co ma w niebiosach swój Eden,

W słonecznej skąpany ulewie,

On, w promienistym siedzący Edenie,

On wie sam jeden, kto wóz świata wdrożył,

On wie, skąd wszystko wzięło się stworzenie —

Bądź On je stworzył, bądź On go nie stworzył...

On wie sam jeden. — A może On nie wie?!...

III (Waruno!...)

Waruno!...

Ręce się moje podnoszą ku tobie,

Wielki Waruno,

Porannej zorzy rozkrwawiona łuno,

Strugi promieni lejąca po globie!...

W twą stronę —

Ku twym wyżynom, o słońce,

Wzlatują myśli moje utęsknione,

A niespokojne, wciąż się poza siebie

Obracające,

Czy nie mkną za niemi

Nagie, wychudłe od dzikiej chciwości

Upiory mroków...

Kiedy na niebie

Blask twój zapłonie

Falą iskrzystych potoków

Ponad posępnym cmentarzyskiem ziemi,

Kryjących w sobie zgasłych wieków kości —

Ku twej słonecznej koronie

Ze snu rozwarte kiedy spojrzą oczy,

Czemu nie radość rozdźwięcza mą duszę

W błogosławieństwa święty hymn, w ochoczy

Wielebnych melodyj szał,

A tylko w wnętrzu wciąż przytłumiać muszę

Skryte, tajemne, natarczywe lęki?

Traw twoich pęki

Lśnią szmaragdami, zaścielając miękki,

Wonny, puszysty kobierzec dla ciał,

Zaróżowionych pragnieniem rozkoszy!

Na toś w nie ogień swego życia wlał,

Na toś je z ziemią wielką żądzą skuł,

Ażeby więdły z trawami,

By blakły z barwą ziół,

By opadały razem z liśćmi drzew,

Nim zdążył przebrzmieć rozpoczęty śpiew?

Zanim nad nami

Zdoła się stoczyć w grób czerwonych mórz

Żar twego słońca, światło twoich zórz,

Czemu nas ręka niewidzialna płoszy ?

Czemu nas spycha w cień,

W chłodną, wilgotną toń,

W przygniatającą cieśń,

Nielitościwy, straszny, srogi boże,

Twa niewidzialna dłoń?

O życie!

O rytmie krótkich, urywanych tchnień,

Których największy arcymistrz nie złączy

W pełną, zamkniętą, harmonijną pieśń!

A ty, na szczycie,

Spokoju mając zgotowane łoże,

Srebrnym, przejrzystym naodzian obłokiem,

Słonecznym śmiejesz się okiem,

O płomienisty, a tak zimny boże!

Gdy oddech mięknie śród starganych łon,

Gdy krew się sączy

Z palców, silących się uderzać w lutnie,

By z tych przez ciebie naciągniętych strun

Wydobyć ton,

Co się nie urwie, nim się z tonem zleje,

Ty z głębi cichych, przedwieczornych łun

Wychylasz cichą twarz —

Cichą okrutnie!

O wielki smutku nasz!

O wyczerpanie wszystkiej naszej siły,

O w oceanu głąb schodzące zorze!

Któż ci jest miły?

O kogo ty dbasz?

Czyje wypełniasz nadzieje,

O bezgranicznie obojętny boże?!...

Mglistą świadomość człowieka

W swoim bezdennym pochłaniasz Erebie,

Jak ten ostatni blasków promień mgławy

W swe bezgraniczne zatapiasz ją morze,

Zamykające się nad nią bez wrzawy,

Bez burz, bez gromów, bez pomruku fal,

Bez rozplenionych pierścieni,

Zanim się mogła stać świadomą siebie!

W nieogarniętą, w niedosięgłą dal,

Która jest pełna ciebie,

Twych żywych ogni i twych martwych cieni,

Podnoszą ręce się moje...

Mrok na nie ścieka —

Mrok na nie zlewa swych ołowiów zdroje.

O ciemnią nocy posępny pogrzebie!

Drogo nieznana! o drogo daleka,

Ginąca w ciemni przepastnej otchłani!

Widma tułacze —

Potworne strachy, lęki i rozpacze,

Oślepłe, głuche, o piersi zapadłej,

Gęsto twe brzegi obsiadły:

Oblazłe z włosów czaszki pożółkniałe

Biją o czaszek nawałęI pięść o pięść się rani

I z zachrypniętej krtani

Okrzyk bezdźwięczny kracze

Twą nieśmiertelną chwałę,

O słońce! o życie!

O ty gasnących zórz wieczornych boże!

O ty posępny pogrzebie!

O ty nieznana, o daleka drogo!...

Mnogo

Globów ognistych —

Ty wiesz: tak mnogo, że milion rozumów,

Lat miliony liczących, nie zdoła

Wyczerpać miary — rozsiałeś dokoła

W tym pełnym ciebie przestworze.

W błękicie

Dnia słonecznego, o promienny boże,

I w nocy roztoczach mglistych,

O ty pomroków panie,

Krążą śród szumów,

Niedosłyszalnych dla ucha,

Te światy.

I każdy z nich ma swe zorze,

Co gasną,

Każdy blaknącą ma swą jutrznię własną,

Swych słońc zachodnich każdy ma szkarłaty

I swe przepastne otchłanie...

Życia i śmierci ty harmonio głucha!...

Na szczycie

Swoich ogromów, pomiędzy ogromy

Siadłeś, Waruno, i patrzysz na ziemię,

Na pył ten marny, na proch ten znikomy,

Na to robactwo, na te lwy, na trawy,

Na wód kropelkę, na plemię

Ptaków i ludzi,

Na krwawy,

Na nieopłatny znój...

Zabłysły zorze —

Na łan zorany spłynął blasków zdrój,

Pieśń skowrończana ze snu siewcę budzi...

Ziarna wyrosły w twoich deszczów rosie,

Kłosy dojrzały w cieple twego słońca.

Orkanny tabun twój

Przebiegł po roli i stratował siew...

O zmilkły pieśni skowrończanej głosie!

O ty zdeptany ugorze,

Na którym sterczy zwiędły, czarny krzew —

Oset żałoby...

Bez końca

Wicher uderza o wierzchołki drzew...

Czerwone liście padają na groby

Głucho, bez dźwięku...

Upiorne dusze obiegły rozdroże...

Patrzą... gdzie patrzą?... Suną... dokąd suną?...

O lęku !...

O ty słoneczny, o jasny Waruno!...

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.