drukowana A5
14.05
Nad przepaściami

Bezpłatny fragment - Nad przepaściami


Objętość:
33 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0337-4

I (Miriamowi)

Miriamowi

  z szczerą przyjaźnią.

I

Olbrzymie baszty stromych skał

Spadają w głąb bezdenną,

Gdzie fale mgławic wicher zwiał

W toń nieruchomą, senną.

W słońcu goreje szczytów skroń,

Smug opalowy spada

W mgieł nieruchomą, senną toń,

Gdzie śmierć spoczywa blada.

Lśni się w opalach wiewny puch

Mgły błękitnawo--mlecznej,

A ponad śmiercią ludzki duch

Zawisł, jak blask słoneczny.

Ciała przytulił ogrom skał,

W przepaściach śmierć pod nami,

A duch, zrzuciwszy brzemię ciał,

Zawisł nad przepaściami.

II

Na głaźnych stokach drzemie las

W błękitnej mgieł oponie —

W ten południowy, cichy czas,

Co wokół żarem płonie.

Wczoraj tu szalał błysk i grom,

Burza waliła kłody,

Dziś towarzyszy cichym snom

Szept wysrebrzonej wody.

Wczoraj z tych bezdni wyszła śmierć,

Opoki pod nią drżały,

A dziś się skrada na jej perćSierpniowy wiew nieśmiały.

Lśni niezmącona jezior toń

Pośród urwistych zboczy,

Gdzie wczoraj śmierci groźna dłoń

Gasiła blask przezroczy.

Jako źrenica szklana lśni

Tej ekstatycznej duszy,

Co pragnie przejrzeć tajność dni

W przyszłości strasznej głuszy.

Co pragnie przeciąć gruby len,

Rozedrzeć mgieł okrycie,

Otaczające — wieczny sen,

Czy też wieczyste życie?..

III

Nad przepaściami ludzki duch

Zawisnął nieruchomy,

Wpatrzony w światła ciągły ruch,

W słonecznych nieb ogromy.

Wokół jasności taka moc

Wypełnia widnokręgi,

Jakby świat nie znał, czym jest noc,

Czym skryte jej potęgi.

Na miękką zieleń halnych łąk,

Na kamieniste ławy

Blask z niewidzialnych płynie rąk,

Perłowy lub złotawy.

Skrzy się i pali każdy głaz,

Siklawa ognie ciska,

Bór rozbłękitniał, tęczy pas

Wiesza się na urwiska.

Tonie w światłościach ludzki duch,

Jak nurek w mórz głębinie;

Zlewa się razem wzrok i słuch

Granica zmysłów ginie.

Co było przedtem mocą barw,

Śród falistego drżenia

Staje się dźwiękiem setnych harf,

W melodię się przemienia.

Ponad przepaście, ponad żleb,

Gdzie śmierć cierpliwa drzemie,

Rozbrzmiały hymny jasnych nieb

I ogarniają ziemię.

Ponad łańcuchy lśnistych gór

Płynąc falami słońca,

Śpiewa anielski, wieszczy chór,

Że trwaniom nie ma końca.

Śpiewa — a pieśń ta jako chrzest,

Odradzający wiarą —,

Że tylko życie prawdą jest,

A śmierć jest złudną marą.

Śpiewa, akordów dziwny tok

Śląc na promienne drogi,

Że złudą tylko cień i mrok,

Że płód to ludzkiej trwogi.

Że prawdą światło, pełne łask,

Że nad tych dni zamętem

W spokój swój każdy łączy blask

W Wieczystym, w Niepojętem.

I dalej śpiewa złota pieśń,

Mknąc znikającym łanem,

Że widomego świata cieśń

Rozszerza się w Nieznanem.

W nieznanym oku ziemskich dusz,

Spowitych w ciał osłony,

Ćmiące niezgasłych odblask zórz,

Z bożego tchu zrodzony.

Ale kto starga przędzę ciał,

Ten, pijąc z czar zachwytu,

Będzie świadomość jasną miał

Bezkresowego bytu...

IV

Mgieł opalowych wiewny len

Otula strome głazy,

A duch nad mgłami zapadł w sen,

W promienny sen ekstazy.

Ponad skalisty wzniósł się loch,

Nad śmierci żlebne cienie,

Stracił sprzed oczu ciała proch,

Wieczności ma widzenie.

Kroplą dżdżu wrócił do swych mórz,

Do pierwotnego łona:

Granice czasu znikły już,

Gdzież przestrzeń określona?

W bezmiarze świetlnych tęcz i łun,

W błękitów, w barw bezkresie

Cicho sferycznych nuta strun

W słodkich się szumach niesie.

Przesłodkich szumów żaden zgrzyt

Nie skłóci w tym bezmiarze,

Gdzie bezkresowy twórczy byt

Rozlewa swe miraże.

Gdzie tajemniczy, wielki „on”,

Obcy ziemskiemu oku,

Wysnuwa z siebie plonów plon

W nieustającym toku.

Gdzie „on”, co jeden jest i wraz

Milionem jest milionów,

Wchłania znów w siebie w ciągły czas.

Pierwiastki swoich plonów.

I, niby świetlny, wiewny puch,

Wzniósłszy się do tych szczytów

We śnie ekstazy, ludzki duch

Stapia się z bytem bytów.

Ale jak kropla blask ma swój

W blaskach wielkiego morza,

Gdy na nie ogni złoty zdrój

Poranna zleje zorza:

Tak duch swym własnym światłem lśni,

W światłości tej bezkresie,

Co jest początkiem ziemskich dni,

Co źródłem życia zwie się.

Dziwnych zespoleń święty chrzest

Natury mu nie zmienia:

On czuje rozkosz, że on jest,

I rozkosz ma tworzenia.

On ma świadomość swoich sił,

On wie, że wnika wszędzie,

Że mu początek obcy był,

Że końca mieć nie będzie.

On w skojarzeniu widzi tem,Że, jako on, świadomie

Wypełnia ogrom swoim tchem

I mieści się w atomie.

W ten bezgraniczny wszedłszy chram,

On dzisiaj czuje w sobie,

Że żyje dalej w nim, co tam

W ponurym legło grobie:

Słońca i gwiazdy, które już

Zagasły ludzkim oczom,

Ognie rozpierzchłych dawno zórz

W nim swoje blaski toczą.

Długich pokoleń rojny tłum,

Co zginął w czasu fali,

Zgniłych już dębów zgłuchły szum

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.