drukowana A5
23.94
Wilcze gniazdo

Bezpłatny fragment - Wilcze gniazdo


Objętość:
108 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0565-1

Dawno to już, dawno, przy zwiedzaniu malborskiego zamku, wskazano nam stojący w obrębie jego murów budynek, nazywając go Wolfshöhle lub szkołą, w której niegdyś kształcono młodzież, zostającą pod opieką krzyżackiego zakonu.W lochach zaś zamczyska pokazywano otworykanałów, prowadzących aż do odnogi Wisły. „Tędyto nieraz uchodzili ludzie, przynosząc nie jednębiedę krzyżakom,” — dodał oprowadzający.

Opowiadanie to nie schodziło nam z myśli, —w zamczysku, zamiast rzeczywistości, przesuwałynam się tylko zamierzchłe postacie. Zestawiwszyopowiadanie z wypadkami, zapisanemi na kartachhistoryi, powołujemy owe postacie do życia, przedstawiając je młodym czytelnikom.

Z. M.

I

Pomiędzy dwiema ścianami gęstego litewskiego lasu, stało wielkie ludzkie schronisko. Ba, i tonie byle schronisko, lecz jakoby zamek obronny. Na wysokiem wzgórzu, na wzniesieniu grubychkłód, i nieociosanych bierwion modrzewiowych, stałdworzec długi, z jednej strony dziwnie jakoś oddachu spuszczający się ku ziemi, — tak jak otoczasami drzewo, które wyrosłszy z korzenia, nieod razu strzela ku górze pniem prostym, lecz niemogąc oderwać się od łona swej karmicielki, wyrasta pochyło, czepia się jej jeszcze odroślami,wreszcie wzmocnione, prostuje pień i rozszerzającgałęzie, roztacza z nich osłonę szeroką, lecz przysadkowatą.

Z takich to drzew wziął i człowiek wzór wznosząc dla siebie mieszkanie.

I zamczysko na wzgórzu nie inaczej było sklecone. Wyrastało od jednej strony pochyło, aż oddrugiej wzniosło się wysoko, i jak drzewo gałęziami, tak zamczysko szeroko rozpiętym dachem osłaniało swoich mieszkańców. Ściany tego schroniska były z wierzchu tak gęsto chrustem obłożone od stóp, aż do okapu tak utkane mchem,gliną i tak razem zbite i złączone, iż próżnobyśszukał, co tam jest pod tą grubą warstwą, — drzewo czy kamienie.

Wśród tej warstwy zwierzchniej, widać byłotylko czworokątne niewielkie okienka, w którewiosenne promyki słonka gwałtem się wciskały,jakby ciekawe, co tam we wnętrzu się dzieje.Lecz żółto-białe pęcherze, któremi przesłonionookna, walczyły z promykiem słonka, wydając tylko od czasu do czasu mrukliwy trzask, to jest,gdy wysuszone zwierzchnie żyłki pęcherza, kurcząc się pękały. Lecz jeden otwór nie zasłoniony był pęcherzem, a od wnętrza odsunięta drewniana zapora łatwo przepuszczała ciekawe słonko,które wniknąwszy do głębi, zawstydzało swoją świeżością czerwono-żółte światło ognia, rozchodzącesię na całą izbę od palącej się kłody drzewa, natrzonie ułożonym z płaskich kamieni.

Dym, wychodzący z pod szerokiego okapunad trzonem, znajdował obszerne ujście otworemw dachu. Ten wielki trzon, buchający ogniemi światłem, był przyjacielem całej rodziny. Obecnie jednak odwracano oczy od ognia, wyglądającrychło słonko wszystkich ze schroniska wywabi.A słonko wyjrzawszy z za mgły gęstej, przedarłszyjej sino-białą oponę, rzuciło cały snop promieni.Promienie te były jasne, wesołe i uśmiechnięte, jakto zwykle na wiosnę. Igrały więc i ze śniegiemi z wodą, błyszcząc w niej miliardem świateł, ażzawisły złotemi smugami na skraju czarnego lasu,który wierzchołkiem wyniosłych sosen strzelał kugórze.

I woniało w powietrzu od rozgrzanych iglic świerkowych a sosnowych, woniało świeżością ziemi wypuszczonej z pęt zimowych, a też i wodąszumiącą, której dostarczały coraz więcej śniegi rozpływające się pod wejrzeniem wiośnianego słonka. Niekiedy zaświergotało ptaszę, wzniosło sięku górze i przysiadło na świeżej roli... Tam znówrobaczek wywabiony ciepłym podmuchem, wypełzał z ziemi i znów skrył się w czarne jej łono, niemając jeszcze dosyć odwagi, aby stawić czołoniebezpieczeństwu, które nań czyhało w postacimaleńkiego skowronka. Z lasu dochodziły również odgłosy, to łamanie się i trzask gałęzi,to ryk dzikiego zwierza, który przeczuwając powrót wiosny, wychodził ze swoich kryjówek,aby szukać jasnych ożywczych promieni. W ludziach, jak i w całej przyrodzie, rozbudziło siężycie, ostrą zimą uśpione; dzieci chwytały wdzierające się przez okna promienie, dziwiąc się, żemimo mozolnych usiłowań, nie mogą ich w rękach utrzymać.

Stary zaś Tubingas, pan zamku, nieopuszczając przez całą zimę łoża okrytego niedźwiedziąskórą i wpatrzony ciągle w wielkie ognisko swejkomnaty, odwracał teraz coraz częściej głowęw stronę największego, nie zawartego ni zaporą,ni pęcherzem okna, aż wreszcie dnia jednegoklasnął w potężne dłonie. Z sąsiedniej izby wychyliła się młoda niewiasta, pytając:

Ko notet, Tew’s Kunige?.

Starzec ręką wskazał na wdzierające się słońcerzeki:

Saule Szilditis.

Kobieta roześmiała się radośnie, pokazując białe zęby i żywo wybiegła napowrót, a w zamczysku zapanował ruch niezwykły. Dziecięce głosy powtarzały szczebiotem: „Saule szilditis!”;powtarzały też same wyrazy usta niewieście, a gdyz powagą wymówiły te wyrazy usta dojrzałych mężów, cała drużyna skupiła się około Tubingasa. Wtedy wszyscy wyszli przez niskie drzwischroniska, a spuszczając się przez most ułożonyz chrustu i kamieni, ciągnęli do ciemnego nieopodal stojącego lasu.

Tubingas był niegdyś jednym z najmężniejszych Litwinów. Nieraz Lachom, ba i Krzyżakom dał się we znaki, lecz już od lat wielu mógłtylko jako Kunigas przewodniczyć ludowi, prowadząc go na doroczne obrzędy. Prowadził go więc i teraz na powitanie wiosennego słońca.

Z siwą sięgającą aż do pasa brodą, oczymając otwarte, lecz tak dziwnie nieruchome, iżod razu poznać mogłeś, że one ni owego jasnegosłonka, ni ziemi pod stopami, ni czerniejącego lasu nie widzą. A jednak starzec szedł prosto i krzepko, podpierając się grubym sękatym kijem, czasem tylko wyciągnął lewą dłoń przed siebie, niewiedzieć, czy aby poszukać nią miejsca, czy teżby usunąć zawadę, gdyby się jaka na jego drodze znalazła. Obok niego szedł z jednej stronymłody silny mężczyzna. Był to wnuk jego, Chroniwos. Mimo wczesnej pory nogi miał obnażone,a tylko stopy obute w łapcie z kory przywiązanej rzemieniem, za to skóra, futrem do ciała obrócona, ściągnięta w pasie rzemieniem, okrywałago od ramion aż po kolana, za pasem zaś sterczałzatknięty topór. Ramiona również jak i nogi byływolne od odzieży, a silne i żylaste dłonie samejuż zdawały się być obroną. Po drugiej stroniestarca szła znana nam już niewiasta, Dowrusa,żona Chroniwosa. Odzież jej niczem nie różniłasię od ubioru męża, ino głowę miała owiązanąbiałą chustą, której długie końce spadały na plecy czerwonawo-żółtej skóry kożucha, a drugątakąż chustę przewieszoną miała przez ramię.Tuż obok niej biegło kilkuletnie chłopię, Siewrosem zwane, na którego głowie matka od czasudo czasu z widoczną miłością kładła dłoń swoją.Po za nimi szło jeszcze kilka dziewek Chroniwosa, szła liczna czeladź męzka i żeńska, a z chat, co stały rozrzucone u stóp wielkiego schroniska, również wychodzili mężowie, niewiasty i dzieci, by wspólnie z wojem-kapłanem oddać cześćwiośnie.

Szli więc wgłąb lasu na niewielką wyciętąpolanę, gdzie pośrodku stał dąb wyniosły. A dąbto był dziwny. Niski, gruby od korzenia, wyrastał na kilkanaście silnych i krzepkich gałęzi, szeroko a rozłożyście, które wznosząc się ku górze, skupiały się razem i tworząc jakby w wieniec ubraną głowę na szerokich barkach olbrzyma. Korzenie tego olbrzyma powychodziły nawierzch daleko, a wokoło nich ręka ludzka, czynatura wyżłobiła wgłębienie, tak, że całe drzewootoczone było obronnym rowem, w który pobożnedłonie nawrzucały kamieni mniejszych i większych. Z jednej strony kamienie te ułożonew stos, coraz wyżej, stanowiły schody, po których można było wejść aż do gałęzi tworzącychkoronę. U stóp tych schodów, kilka kamieni,wgłębionych płasko w ziemię, służyło za trzon,na którym zwęglona i dogasająca kłoda drzewa świadczyła o składanej wiecznie płonącej objacie.

Tubingas, mimo zagasłych oczu, kroczył prostodo tej świątyni. Dziecięciem składał tutaj objaty, przez życie całe wiódł syny i wnuki, łatwo mu więc było trafić do tego miejsca.

— Dogasa ogień — rzekł stanąwszy przed dębem i wciągnąwszy w siebie powietrze, przepełnione żywicznym dymem. — Dogasa, lecz nie zgaśnie, bo światło z góry da mu iskrę świętą.

I to mówiąc, trzymanym w ręku kosturem odkrzesywał zwęglone cząstki drzewa, Chroniwos zaś rzucił pęk suchych korzeni i krótko połamanych gałęzi, które jeszcze w jesieni zatknął pod powałę, iżby, wyschłe przez zimę, posłużyły do podsycenia wiosennego ognia. Wślad zaraz za mężem, rzuciła Dowrusa pęk zboża i ziół przeróżnych, również na ten cel przetrzymanych w chacie, po niej zaś Siewros, chłopczyna, rzucił garść zboża. Przystępowały potem dziewczęta i czeladź, a wszyscy przybyli dorzucając zeschłe zioła i korzenie, wołali:

— Cześć słońcu, cześć wiośnie!

— Cześć słońcu, cześć wiośnie! — powtarzanodo koła. Powoli głosy te przeszły w jakiś śpiew tęskny, a ogień wznosił się, rozlewając szeroko. Dąb stary szumiał tam w górze rozłożystemi konary, jakby przywtarzał śpiewom smętnymzebranej drużyny. Drzewa chyliły wierzchołki, podając jedne drugim ów śpiew błagalny, któryzlawszy się w jedną harmonijną całość, szumem rozniosły od polany do polany jedność objaty świętego ognia, Zniczem zwanego.

Lecz wtem, wśród szumu drzew i tęsknegośpiewu, dał się słyszeć łomot gałęzi i ciężki tętent koni, a nawet chrzęst i szczęk broni.

Nagle umilkły śpiewy, a natomiast wzniósł sięokrzyk trwogi i przerażenia. Tubingas ścisnąłpięść, aż zatrzeszczały członki krzepkiej jego dłoni, i rzucił przekleństwo, a z niem razem polano w palący się ogień, i nie odwracając zagasłych oczu od płomienia, stał nieruchomie. Lecz Chroniwos sięgnął za topór, będący za pasem, bo po tym odgłosie poznał odrazu nieproszonych gości, z którymi już nieraz chodził w zapasy.

Nie potrzebował też czekać długo, bo oto z gęstwiny, co otaczała polanę, ukazało się kilkunastujezdnych na koniach, a nakreślony biały krzyżna ich lekkich zbrojach, łatwo dawał poznać,jacy to byli przybysze.

— Niewiasty do schronisk! — krzyknął ochrypłym z przerażenia głosem Chroniwos, ujrzawszywyłaniające się postacie. I począł szykować sięz czeladzią do boju.

— Do schroniska z dziećmi! — powtórzył groźnie, spojrzawszy na Dowrusę, tulącą do kolanchłopię i na skupiające się około niej dziewczęta,gdy tymczasem reszta niewiast i dzieci z krzykiem w las uciekały. Dowrusa nie posłuchałajednak głosu męża, stała nieruchomie, jak gdybywidok przybywających zamienił ją w martwą postać pilnującą świętego ognia. Dopiero Chroniwos krzyknął:

— Siewrosa ocalić!

Dowrusa drgnęła, pochwyciła syna, owinęłaprzewieszoną przez ramię płachtą, i go dopiersi, uciekać co tchu poczęła, a za nią trzymające się jej rańtucha dziewczęta.

Wielki też był czas potemu, bo przybyszeotoczyli polanę dokoła, a krzyk dochodzący z lasu świadczył, że musiało ich tam być więcej w gęstwinie, czyhających na zdobycz, która im się łatwym sposobem w uciekających nastręczyła.

Przybyli nie myśleli jednak staczać walki,lecz rzucili się na bezbronną a jednak gotową do obrony gromadkę i jęli wiązać, nie żałując przytem razów.

Chroniwos, nie czekając napadu, bronił przysępu toporem, wyjętym z za pasa, a inni, choćzlekka uzbrojeni, dopomagali mu w walce.

Tubingas, nie odwracając się od dębu, szeptałciche wyrazy, zaciskał pięści, i podsycał ogień,jak gdyby walka wrząca wokoło, wcale go nie obchodziła. Aż wreszcie przypadł któryś z krzyżaków do niego i uchwycił za skórę kożucha,otaczającego obrosły kark starego kapłana. Tubingas szarpnął się i przypadł ku ziemi, a szarpnięcie musiało być nie lada, gdyż w ręku krzyżaka zostało kawał skóry, okrywającej krzepkie ciało starca.

— Ha, ha, ha! — zaśmiał się napastnik, schylając się, by porwać swoją ofiarę, gdy tymczasem Tubingas, odwróciwszy się rzucił mu w twarzgorejącą kłodą drzewa, która rozsypując drobnewęgle i odłamki gorejące, raniła bliżej stojących.

Teusend Teufel! — wrzasnęli oślepieni ogniem i dymem.

Tubingas zaś brał gołemi rękami zarzewiei rzucał je do koła, a pociski były tak celne, iż każdy, co się usiłował przybliżyć, padał oślepiony, lub uciekał, wrzeszcząc:

Teufel! Es ist selbst Teufel!

I rzeczywiście można było przypisać jakąś nadprzyrodzoną siłę ślepemu starcowi, broniącemu się tym świętym ogniem, któremu cześć oddawał. Lecz spojrzawszy na dłonie jego szerokie, grube, jakby mułem porosłe, można byłouwierzyć, że w dłonie te, jako w żelazne kleszcze, brać mógł żar bezkarnie.

I cofali się przed tą jego bronią krzyżacy,strachały się oślepione konie, tratując zarównoupadłe ciała panów swoich, jak i broniących się Litwinów.

A był to mały oddziałek krzyżacki, który,często w kilkadziesiąt koni, na ochotnika przedzierał się przez litewskie lasy dla zdobyczy skór,a głównie niewolnika. Najznakomitszą jednakzdobyczą, były dla nich małe litewskie chłopięta; pojmawszy je, hodowali, ucząc się od nich niektórych wyrazów litewskiej mowy, przyuczającswojej i zmuszając zarazem podczas napadów dowskazywania dróg, sobie nieznanych. Wychowane chłopię wśród wrogów, gdy ujrzało się naziemi swojej, gdy owionął je szum lasów, lubdoleciał dźwięk mowy, nie znając niebezpieczeństwa, na jakie narażało swoich, z wyciągniętemirękami biegło do miejsc sobie drogich, wskazującbezwiednie drogę do kryjówek, im tylko znanych. To też i teraz przybyli, nie widząc dla siebie dostatecznej zdobyczy, wyparci żarem, rozbiegli się po za polanę. Kilku tylko zajadłychobstąpiło Chroniwosa, który cięciem topora zadawał razy, nie dając do siebie przystępu.

Lecz naraz ujrzawszy opróżnioną polanę, jaklew rzucił się za goniącymi w stronę schronisk wrogami, a torując sobie drogę toporem, pędził na pomoc tym, którym, jak sądził, żadne niegrozi niebezpieczeństwo. Wśród biegu zdało się,iż słyszy głosy niewieście i płacz jękliwy dziecięcia.

Wtem ciężki miecz spadł na jego ramię;ugiął się pod tem uderzeniem, jęknął, chciał biedz mimo to dalej, lecz zachwiał się i runął na ziemię, tuż na skraju polany. Krew trysnęła z przecięgo ramienia, tocząc czerwoną smugę na zieleniejącą pod wiosennym słonkiem ziemię...

Wkrótce tętent cichł powoli, zda się przybyli w dal pomknęli, ino tam od schronisk dochodziły jęki, roznosząc daleko wieść o napadziena spokojne siedlisko Litwinów. A wśród jękówwiatr echem powtarzał rozpaczliwe wołanie niewieście:

— Siewros! Siewros!

Jakieś wycie nieludzkie, jakby zranionej wilczycy, której wilczęta zabrano, napełniło powietrze. A głos ten górował nad innemi, równieżnabrzmiałemi rozpaczą, mieszał się z tętentemkoni, jękiem rannych i szumem lasu... Słonkotymczasem, rzuciwszy ostatnie promienie, skryłosię za czarną chmurę. Tubingas pozostawszy naopróżnionej polanie, wstrząsł się na te odgłosy:dorzucił na ogień nową kłodę drzewa, kopnąłnogą czepiającą się stopy jego jakąś dłoń chłodną, odwalił ciało okryte półzbroiczką, i szedł zaodgłosem tych jęków, co do uszu jego dolatywały. Tak idąc z kosturem i ręką wyciągniętąprzed siebie, pośliznął się o krew niezakrzepłą ipotknął o leżące ciało. Jęk cichy wyszedł z niezmarłej jeszcze piersi...

Tubingas pochylił się i przytknął usta doczoła leżącego.

— Chroniwos! on mój ostatni! — jęknął starzec i objął wnuka szerokiemi ramiony.

— Żyje! żyje! lecz gdzie rana! — i zacząłjej szukać na ciele wnuka.

A od strony schroniska pędziła postać niewieścia. Odzież na niej poszarpana, ramiona poranione, włosy rozwiane świadczyły, iż wyrwałasię ze strasznej walki. Biegła z oczami w słupstojącemi, rękami rwała włosy, lub rzucając niemi przed siebie, z całych sił jękliwym głosemwołała:

— Siewros! Siewros!

Z tym jękiem Dowrusa padła tuż obok rannego męża i starego Tubiagasa.

II

Kilkunastu różnego wieku chłopców bawiło sięw wielkiej izbie. Okna wązkie, umieszczone wysoko, wpuszczały nie wiele światła, nadając jejmimo panującego gwaru i śmiechu jakąś cechęponurą. Drągi, drabiny, kozły wysokie nakształtkoni, oraz okrągłe kule, które chłopcy podrzucali do góry, dostarczały zabawy. Szwargotalimiędzy sobą po niemiecku, lecz w żywszej jakiejś walce, wybuchu radości, gniewu, wyrywałsię wyraz polski lub litewski, co od razu wskazywało pochodzenie całej tej drużyny.

— Hej, ty, Fryc, chcesz się ze mną sprobować, zawołał mały, krępy, przysadkowaty chłopak, podsuwając jeszcze wyżej i tak dość kuserękawy wełnianego odzienia, i stając przed cienkim, długim towarzyszem, który żylastemi rękamiwdrapywał się na drąg wysoki.

— Słuchaj, Fryc! czyś ogłuchł, czyś się zrósł z tym drągiem! — wołał niecierpliwie krępy towarzysz.

— Daj mu pokój — ozwał się inny — on siętak wyciągnął, że ino skóra oblepiona, a uszysię w drąg schowały.

— Uderz go w piętę, to się skóra skurczy,a i uszy na wierzch wylezą, — wołał inny.

A nie czekając, aż ktoś tego dokona, przybliżył się do wchodzącego na stojący w pośrodkudrąg chłopaka. Wyrostek ów rzeczywiście takprzylgnął do owego drąga, i tak się wydłużył,iż można było wziąć go zdala za jakąś kunsztownie wykonaną płaskorzeźbę. W chwili jednak gdy towarzysz przybliżył się do słupa, dałdowód, iż nie był przylepiony, bo wskoczył wprost na ramiona stojącego pod słupem chłopca, a przysiadłszy na nich, zeskoczył zwinnie na ziemię,wśród oklasków i śmiechu wszystkich towarzyszy.Potem wyciągnąwszy pięść do góry, zawołał:

— Słuchajcie, jak mnie który raz jeszcze nazwie Frycem, to mu kości pogruchocę.

— Ba, a jak cię nazwę inaczej, to namwszystkim Hex skórę wyłoi! ozwał się przysadkowaty towarzysz, ten sam, po którego karkuFryc zsunął się na ziemię.

— No, a jak ci tam, jakoś... eh, djabeł zapewne, bo jak złe wszędzie się wdrapie i zewsządzeskoczy, rzekł ten, który go najpierwszy dowalki wyzywał.

— A wolę być djabłem, niż Frycem! zawołałchłopak butnie.

— A żebyś na drugi raz wiedział, że mnieSiewros zwano, masz dla pamięci.

I ująwszy za bary mówiącego rzucił go o ziemię.

A inni krzyczeli radośnie:

— Chwat Siewros!

— Ritter, Siewros!

— Djabeł, Siewros!

— Zuch, Siewros!

— Nasz, Siewros!

I krzycząc podskakiwali radośnie. Tymczasem rzucony na ziemię chłopak, powstał żwawo,porwał wpół wysokiego i chudego Siewrosa, podniósł go ku górze, a gdy ten złożywszy się, ująłtrzymającego za bary, ten postawił go dopierona ziemi, a zarzuciwszy ręce na szyję Siewosawołał:

— Niech żyje Siewros! nie ma już Fryców,Hansów, a są Siewrosy, Jaśki...

I ściskali się obydwaj, jak gdyby przedchwilą nie było między nimi bójki; inni zaś krzyczeli:

— Hura! niech żyje Jasiek i Siewros, nie majuż Fryca ni Hansa.

— A i ja nie Ferdynand ino Maciek.

— A i ja nie Franc ino Franek! powtarzanodokoła. Wrzawa wzrastała, chłopcy z całą serdecznością ściskali się, a ta serdeczność dziwnieodbijała od niemieckiej mowy.

W tem drzwi się otworzyły i wszedł człekwysoki, barczysty, w ciemnej odzieży o nieprzyjemnem wejrzeniu i z progu głośno zawołał:

Still, junge Wölfe!

Chłopcy, którzy nie słyszeli wśród wrzawy,ani otwierających się drzwi, ani też nie widzieliukazania się dozorcy, na głos jego odrazu ucichli,a twarz każdego z wesołej zarumienionej i ożywionej bójką i zabawą, zmieniła się nagle, i pobladła, przybierając wyraz jakiś chytry i podstępny.

— Ach, wy, nikczemne, wilcze pokolenie, wężowy rodzie, czego wrzeszczycie! Głodem a powrozem ujarzmić was tylko, a pokonać, ciągnąłdalej niemiecką mową.

— Który z was tutaj najwinniejszy?

Cisza zaległa izbę, — wśród której tylko oddech przyśpieszony zmęczeniem słychać byłoowych dziesięciu chłopiąt, wychowywanych podokiem stojącego obecnie wśród nich Hexa.

— Kto najpierwszy był do krzyków! wrzasnął Hex powtórnie.

Jeszcze większa zaległa cisza. Powstrzymanonawet oddech, a zda się, że uderzenie dziesięciuserc młodocianych można było policzyć.

— Odpowiadać, — kto pierwszy wszczął bójkę!? I... spuścił żylastą dłoń na ramię Siewrosa.Chłopiec nie drgnął nawet, oka nie zmrużył,tylko ze zwykłą sobie zręcznością usunął sięz pod żylastej dłoni dozorcy.

— Ty! będziesz mi umykał! wrzasnął rozwścieczony dozorca. — Zgniotę cię, ty podłe litewskie szczenię, — zgniotę was wszystkich! a niemiarkując się w gniewie, porwał za gardło najbliżej stojącego. Lecz zamiast krzyku z piersichłopięcia, wyrwał się krzyk z gardła Hexa, doktórego ręki porwany za gardło wszczepił zębyz taką zajadłością, iż zda się chciał odgryźć jącałą. Po chwili chłopiec odjął zęby, nic nierzekłszy, — splunął tylko i patrzył błyszącemioczyma, jak z ręki Hexa krew się polała. Innioniemieli, lecz znać było, iż trzeba tylko lekkiegopodmuchu, a wszyscy, jak ich było dziesięciu,rzucą się na znienawidzonego niemca. Ten syknął z bólu, zaklął straszliwie i wyszedł zaryglowawszy drzwi za sobą.

Chłopcom odechciało się jakoś zabawy, każdyzostał, gdzie stał, spoglądając na towarzyszy. —Mijały chwile, nikt nie wchodził, chłopakom sprzykrzyła się cisza. Jeden drugiego popchnął, któryśkrzyknął:

— Bawmy się w Hexa.

— Dobrze, odpowiedziano gromadnie; ale ktobędzie Hexem?

Nikt się nie znalazł, gwar powstał, rzucanokulkami do góry, lecz Hexem nikt być nie chciał.W końcu głód doskwierać zaczął, żaden jednaknie obwiniał współtowarzyszy.

— Ale to oni nas tu o głodzie trzymać będą!zawołał chłopiec Francem zwany.

— Ba żebyśmy przynajmniej jak Hans krwiHexa pokosztowali, toby i głodu czuć tak niebyło; zawołał inny.

— Słuchajno, już ci Siewros zapowiedział, żetu nie ma Hansa ino Jaśko, a jak mi raz jeszczetak się ozwiesz, to cię to samo co Hexa spotka.

— Oh, jak się to zaprawił! poczęto wołać,śmiejąc się, lecz w tej chwili skrzypnęły drzwii zamiast Hexa, ukazała się żona jego Kobolda.Drobna i chuderlawa niewiasta, o małych i biegających oczach, miała silne i wielkie ręce, jakgdyby na postrach chłopców od kogo innegopożyczone.

— O moje dzieciaki, moje wilczki kochane, —mówiła niemczyzną Kobolda, — rozbrykałyście się,jak widzę, trzeba was trochę wziąć do łaźni.Post i łaźnia wrócą was do pokory jak należyi wszelkie krzyki z głowy wybiją.

To mówiąc, otworzyła drzwi w podłodze, abiorąc za kark jednego po drugim, popychaław głąb do podziemia. Chłopcy tak butni przedchwilą, spokojnie poddawali się żylastym dłoniomKoboldy, która wszedłszy ostatnia za nimi, drzwizamknęła za sobą.

W izbie, przed chwila gwarnej, zapanowałanajzupełniejsza cisza, tylko tam z po za drzwizamkniętych dochodził plusk wody, a czasem okrzyk, lub jęk bolesny. Dla dopełnienia bowiemwychowania dzieci, zabranych do niewoli przezKrzyżaków, była łaźnia, w której chłostą uczonoje pokory i uległości.

Chociaż izba, w której spotkaliśmy bawiącychsię chłopców, zwana była szkołą, po okrzykachjednak i całej rozmowie łatwo się domyślić, że chłopcy byli w niewoli. Krzyżacy bowiem wziąwszy litewskie lub mazurskie chłopię, starali sięcałem wychowaniem zatrzeć w nich pamięć o pochodzeniu. W tym celu w obrębie Malborskiegozamku wzniesiony był obszerny budynek, mieszczący zarazem wychowańców i Hexa z żoną,umyślnie sprowadzonych z głębi Germanii dlaopiekowania się, jak ich nazywano, młodemi wilczkami. A i cała też szkoła zwaną była Wolfshöhle(wilcze gniazdo).

Grube mury, okna wysokie, wąskie, wgłębione izby sklepione nadawały pozór smutny i ponury, różniący się najzupełniej od szerokich pól, lub szumiących lasów, w których chłopięta spędzili najpierwsze dziecięce lata. Chłopcom kazanoprzedewszystkiem zapomnieć ojczystej mowy, uczono niemieckiej, wszystko zaś, co tylko chytrość i przebiegłość wymyślić zdołała, wpajano w umysły i serca młodzieńcze, a przy tych naukachobznajmiano z zasadami wiary Chrystusowej. Natakich warunkach wiara ta nie mogła przyjąćsię i rozrosnąć; jeżeli w którem sercu rozbudziłosię uczucie ku nowej wierze, to chyba roznieciłje widok obrazu w kościele, gdzie Chrystusz miłością przygarniał dzieci ku sobie, lub teżwielki posąg Matki Zbawiciela stojący w zagłębieniu zamkowego muru a tulący do piersi dzieciątko. Nie raz chłopię, wbiegłszy na podwórzec zamkowy, wpatrywało się w ów posąg,przypominając sobie chwile, kiedy i jego do piersitulono... Wtedy dźwięczała mu w uszach pieśń,którą go kiedyś macierz do snu usypiała. A chwila taka psuła długie krzyżackie nauki....

III

W podziemiach tuż obok owej łaźni na słomieleżało dwóch chłopców. Obszerna choć ciemnaizba służyć mogła również dobrze za składy jaki więzienie. I rzeczywiście znać też miała onaprzeznaczenie podwójne, bo oprócz dwóch chłopców, było tam dużo przewróconych do góry dnemwielkich beczek, lub nagromadzonych klepek drewnianych i obręczy żelaznych z rozsypanych ibezużytecznych statków. Światło wcale niedochodziło, a tylko wzrok przyzwyczajony do ciemności z trudnością mógł rozróżnić otaczające goprzedmioty.

— Jak myślisz, na długo nas tu zamknięto? —ozwał się jedeu z chłopiąt, przysuwając się dotowarzysza.

— Bo ja wiem! a pewnie posiedzimy. Postawili nam dzban z wodą, ba i kęs chleba. Odpowiedział drugi.

— Hm! hm! mruknął towarzysz. A gdybyśmyteż tak spróbowali wydostać się raz jeszcze naswobodę?

— Ba, ale jak, czarno jak w kominie, aninawet szczeliny, przez którąby się wydostać. Jeszcze ty cienki jak piskorz, przeciśniesz się wszędy, ale ja!

— Eh, byleby tylko rozpatrzeć się, to się taobaj przeciśniemy, a jak po za murem to i jakośpójdzie, odparł chłopak zwany piskorzem.

— Aha, po za murem, łatwoć to wyrzec, alejak się dostać, a jak nas jeszcze raz złapią, toim się nie wykręcimy, żeśmy chcieli obaczyć, czypod murem zamkowym gniazd nie ma, rzekłychłopak biadający nad swoją rozrosłą postacią,która mu się przecisnąć przez byle jaką szczelinęnie dozwalała.

— No tak i co, — siedzieć tu w ciemnicybędziemy? lepiej niech nas raz już uśmiercą, aniżeli tak kryją po lochach, zawołał jego towarzysz.

I nastała chwila ciszy.

— Słuchajno Siewros, dawnoś ty tutaj między Krzyżaki? — przerwał milczenie ów grubas.

— A pewnie, że dawno! Ot, byłem chłopię,co się w byle chwastach a między zbożem skryćmogło, a teraz sami przecie mówicie, że jak się wyciągnę tom nie ledwie jak słup w szkole długi.

— To ci chleb krzyżacki jakoś poplagował.A żeś to do Niemców ze szczętem nie przyrósł.

— Ja, do Niemców! zawołał z oburzeniemSiewros. Toś ty jeszcze chyba nie poznał, co toza gady, kiedy się dziwujesz, żem jeszcze doniemców nie przystał.

— A juści, niepoznałem! Toć już dwa rokiminęło na gody, jak oni mnie przyprowadzili.

— To możeś ty z jakich Niemców?

— Coś ty wyrzekł Siewros! ja z Niemców!nie powtarzaj tego, bo się żywy z mojej garścinie wydostaniesz! zawołał znany nam już Jaśko,zacisnąwszy pięść z taką siłą, aż kości zatrzeszczały.

— No, — nie gniewaj się bracie, ja tylkochciałem się upewnić, czy i ty tak jako ja wrzeszna Krzyżaki.

— Ho, — a może więcej! oni to między nastam daleko jako świnie w szkodę włażą, — bagorzej, boć świnia szkodę zrobi w polu, a ludziżywi, a Krzyżak pole zniszczy, a człeka połknie!

— Eh!? a to oni człeków żywcem zjadają?zapytał niedowierzająco z pewnym strachem Siewros.

— Ba, gorzej jakby zjedli, bo ciągną ot podswoje zamczysko!

— Ta, prawda, gorzej! jakby raz zjedli, tobymowy dziwnej nie uczyli! mówił Siewros powoli,jakby sobie chciał coś przypomnieć

— A ty dawniej miałeś inną, nie krzyżackąmowę? zapytał Jaśko.

— A jakże, a przecie nasza mowa to jakszum lasów, gdy wiatr powoli iglicami drzew kołysze, a taka, że chociaż jużeś skończył, to cisię zda że jeszcze w uszach dźwięczy: nie, aleja jej przypomnieć sobie nie mogę.

— Oho, ja jeszcze pamiętam, a wciąż mi sięplącze między niemieckie wyrazy, a pieśni w uszach grają, co je na polach a w kościołachśpiewają.

I Jaśko, jakby idąc za własną myślą począłcichym głosem: Po nad Wisłą... po nad wodą...wrogi straszne kroczą... nie dam ciebie, dziecięmoje... nie dam cię mój synu!...

— Ba, tak mi to macierz śpiewała, mówił jużdalej niemiecką mową Jaśko, a no przyszli zabrali, ba i jam wszystkiego zapomniał!

— U nas nie taką, inszą mową śpiewają, aleja już swojej nie baczę! rzekł Siewros i zamyśliłsię smutnie, a po chwili dodał:

— A no, próżno, tutaj w ciemnicy żyć niemożemy! trzeba się wydostać.

— A trzeba, powtórzył Jasiek. I to mówiąccałą siłą kopnął nogą kadź obok stojącą.

Przegniła klepka rozsypała się pod uderzeniem silnego chłopaka, a jakaś nie miła wońzgnilizny rozeszła się do koła, lecz z nią zarazemi ciąg wiatru doleciał.

— Oh, a toś jeszcze do ciemnicy i zgniliznynapuścił! rzekł Siewros, wstając z ziemi i prostując swoje długie chude nogi. Eh, a to tamciągnie jakby ode dworu! zawołał nagle.

— A może tam jakie przejście, dodał.

— A może. I Jaśko jeszcze silniej w stojącąprzed niemi kadź nogą uderzył.

Wyłom większy się zrobił, a wpadająca wewnątrz klepka chlupnęła najwyraźniej w wodę,ale gdzieś bardzo głęboko.

Woń jeszcze szkaradniejsza napełniła podziemię, lecz teraz najwyraźniej przeciąg już czućsię dawał.

— Cuchnie, bo cuchnie, — rzeki Siewros, —ale tu dochodzi wiatr, to może... W tem usłyszeli odgłos kroków, ale to tak tuż jakby okołonich kto przechodził.

Przycichli obaj, i po omacku odsunęli się odowej beczki, siadłszy na jakichś deskach.

Zdawało im się, że ktoś wchodzi, chwilę siedzieli cicho. Stąpanie dochodziło ich uszu, leczstąpanie było zdala, a chód to był nie jednegoczłeka, lecz jakby oddalony tętent koni. Chłopcyspojrzeli na siebie, oczy im w ciemności zabłysły, mimowoli wstrzymali oddech, ażeby się upewnić czy ich słuch nie myli i milcząc ścisnęli sięza ręce. Po chwili stąpanie ucichło, wiatr tylkocoraz silniej ciągnął od owej rozbitej beczki.I znów zdala jakiś turkot, czy szum wody doszedł ich uszu.

— Bracie, ta beczka jakiś otwór snać zakrywa! szepnął Siewros.

— Ba, i ja tak myślę! rzekł z pewnym tryumfem Jaśko. I obadwaj rzucili się sobie w objęcia, jak gdyby ten słaby promyk nadziei dawałim już niechybne ocalenie.

— A teraz do roboty! zawołali razem, szukając po omacku owego otworu, z którego ich oddalone głosy dolatywały.

Beczka była tak wielka, iż mogłaby służyćza mieszkanie, chłopcy po ciemku, gdzie mogliwyrywali nadgniłe klepki. A gdy jakaś cuchnącawoda sączyła się z jednego otworu, drugim tymczasem dochodził powiew wiatru. Najwidoczniejbyła to kadź do piwa o dnie podwójnem. W jednej więc połowie zostały resztki odwaru i te stojąc zbyt długo zepsuły się i zatęchły, a sącząc się wydawały ową woń zgnilizny, gdy tymczasem druga połowa kadzi była pustą i ta nakrywała jakiś otwór wgłąb ziemi idący. Chłopcypracując i odrywając palcami i zębami klepki,oblani od stóp do głów cuchnącą spadającą nanich z wierzchu cieczą, zrobili taki wyłom, iżobaj się mogli weń zmieścić. Przewiew wiatrui ów szum oddalony coraz widoczniej czuć siędawał, lecz ciemność niepozwalała nic do kołarozeznać. Po omacku chłopcy kawałem jakiegośznalezionego kija doszukali się, iż tam jest otwór,który ogromna kadź w zupełności zakrywała.

— Hej, nie nachylaj się, bo jeszcze wleciszna łeb; mówił Jaśko, przytrzymując towarzysza.

— Ta i cóż, to tylko z jednej jamy w drugąwlezę, a może z tamtej łacniej się wydostać — odrzekł Siewros, rzucając jedną ręką na chybił trafił w głąb otworu kawałek cegły czy kamienia,a drugą przytrzymując się zrębu kadzi. Po chwiliodgłos upadającego kamienia się odezwał, a takjakby się staczał po jakiej nierównej pochyłości,aż wreszcie plusk dał się słyszeć.

— Oh, oh! słyszysz! — zawołał Siewros, chwytając towarzysza za rękę.

— Słyszę, otwór jest, lecz gdzie prowadzi,jak się weń dostać? mówił rozważny Jaśko. Mimo to jednak zaczął drągiem szukać i po omacku mierzyć jak daleko od zrębu beczki do otworu. Tak szukając, doszli, iż był po środku otwórniewielki, który miasto drzwi przykryto wielkąkadzią. Ziemi jednak ubitej między zrębem a otworem było tak dużo, że obaj więźnie stanąćna niej mogli bezpiecznie.

— Utrzymasz ty mnie i wyciągniesz, gdy niebędę mógł sięgnąć uogami gruntu, zapytał Siewros.

— Ba, i trzechbym takich wyciągnął, odrzekłJaśko, a nie utrzymam, to i sam za tobą wskoczę. Jak ginąć, to już lepiej odrazu, niż gnićw tej krzyżackiej jamie!

— Ba, ale na czem się spuszczać? skąd rzemienia albo sznura? zamyślił się Siewros.

— Czekaj, zawołał Jaśko; a ściągnąwszyz siebie zwierzchnie odzienie, zaczął je drzeć zębami na pasy i wkrótce obaj towarzysze zostalitylko w płóciennej spodniej odzieży, a za to z podartych kaftanów ukręcili dość długie sznury.Wiatr zimny ciągnący od wnętrza otworu corazsilniej dochodził, lecz zmęczeni towarzysze nieczuli tego: owszem, pot spływał im z czoła.Wkrótce Siewros trzymając sznur, spuszczał sięw otwór, drugi koniec owego sznura trzymałJaśko. Naraz sznur stał się lekkim, Jaśko uczuł,iż źle skręcony powróz zerwał się i został muw rękach, jednocześnie usłyszał staczanie się nieszczęśliwego Siewrosa;

— Więc i ja z nim ginąć muszę, zawołałJaśko. Boże, uratuj nas obu!

I nie namyślając się długo, Jaśko, chcąc lepiej wgłąb skoczyć, uchwycił za zwieszające sięna wpół odłamane wewnętrzne dno beczki. Pociągnięte ciężarem chłopca przegniłe drzewo, zerwało się z nim razem, głuchy odgłos rozległ siępo sklepionych podziemiach, a nad otworem tylkoco przez więźniów odkrytym, z porozbijanych klepek wielkiej kadzi, utworzył się stos ogromnydrzewa, nad którym tu i tam sterczały w półkole żelazne, rdzą przegryzione obręcze.

IV

W jednej z komnat malborskiego zamku, wewgłębieniu okna, dwóch ludzi rozmawiało po cichu. W jednym, mimo iż okrywał go tylkokaftan skórzany, krótki, poznać było łatwo rycerza, drugim był Hex, znany nam już przełożonyWolfshöhle.

— Muszą być! rozumiesz? — rzekł rycerz, kładąc silną dłoń na ramieniu Hexa.

— Rycerzu von Altenburg, — odparł Hexuginając się pod żelazną dłonią, spoczywającą najego ramieniu, wszystko uczynię, lecz gdzie ichszukać! Całe podziemie przetrząśnięto, nad otworem kupa klepek i desek, szmat strzępy, snać tewściekle psy w kanał skoczyły!

— Jakeś mógł ich zamykać w owym podziemiu, gdy tylko więzienie, nie śmierć im była przeznaczona! — syknął przez zęby Dietrich z Altenburga. — Ja ich mieć muszę, muszę! czy znasz to słowo?

— Znam, — powtórzył Hex ponuro — lecz miejcie miłosierdzie, innych wam przysposobię, sprawniejsi będą, aniżeli ten cienki Fryc i gruby Hans.

— Ja tamtych chcę, tamtych, a nie innych,właśnie tylko szlachetne charaktery dadzą sięobietnicą ułudzić, bo same do obłudy nie zdolne.

— Panie, to są psy wściekłe, co kąsają człowieka. — I Hex podniósł dłoń ze świeżą, jeszcze niezagojoną raną.

Dietrich brwi zmarszczył.

— Pokąsały ciebie, Hexa, a nie człowieka —a kąsać będą każdego, kogo wskażę jako nieprzyjaciela ich plemienia.

— Idź, szukaj! — do jutra mieć muszę obu.

Hex ociągał się jeszcze, lecz Dietrich zawołałprzyciśnionym, lecz stanowczym głosem.

— Precz!!

Echo głucho powtórzyło ten wyraz, który zdasię towarzyszył przygnębionemu Hexowi przez całądługość wielkiej komnaty, a w przedsionku jeszcze się odbiło o sklepione mury. Dopiero gdy wyszedł z zamku, odetchnął swobodniej, a potemzacisnąwszy pięść i zgrzytnąwszy zębami mruknął jakieś przekleństwo, a krocząc powoli do domostwa, potrącił wierną swoją Koboldę, któranie wiedzieć po co i dla czego przemykała siępod murem. A szła tak ukradkiem i milczkiem,jakby potajemnie kogo podsłuchać lub podpatrzeć chciała.

— Gdzie się włóczysz! — syknął Hex, zadowolony, że miał na kogo pierwszy gniew spędzić.

— Cicho! ty niedołęgo! — odmruknęła Kobolda.I położywszy palec na ustach, wskazała ręką,aby nie pytając, szedł do Wolfshöhle, sama zaśwcisnęła się jeszcze głębiej we wnętrze muru,łowiąc uchem rozmowę dwu stojących opodalludzi.

— Mówią, że zniknęli zupełnie — rzekł szeptem młodzieniec smagły, ubrany w ciemną krótką odzież, na której miał przewieszoną gęśl przez ramię.

— Przecież muszą być jakieś ślady po zaginionych? — spytał starszy w ubraniu duchownem.

— Ach ojcze Germanie, kogo raz wepchnąw podziemia, stamtąd go nikt nie wyciągnie.

— Tak, lecz opieka Najwyższego sięga tam,gdzie nikt dosięgnąć nie zdoła, — odpowiedziałOjciec German z powagą.

— Lecz kogo Krzyżak chce zgubić, nic gonie ochroni...

— Cicho — odrzekł gromiąc duchowny. —Nie bluźnij Bernardzie; niezbadane są wyrokiStwórcy. Może te pacholęta miały zdradzić swoich, może miały być narzędziem złego, zbrodni,lepiej, że w młodości zginęły... Czy śladów żadnych nie odkryto? — zapytał po chwili.

— Mówią, że z owego podziemia prowadzijaki otwór w głębinę, że tam znaleziono potargane szmaty odzienia, strzępy włosów a nawetślady krwi, zresztą nic, nic! Ach, ojcze, ja sięboję, czy ten mściwy Hex nie uśmiercił ich —mówił Bernard ze drżeniem w głosie.

— Dzieciak jesteś — odparł ojciec German ze smutnym uśmiechem. — Hex raz powierzonych,chłopców strzeże jako oka swego, jako strzegłciebie i wielu braci naszych, inna w tem jakowaś przyczyna. Gdy cię wyślą dziś za mury,staraj się dowiedzieć, czy gdzie jakich śladówniema. Możeby ukrytym kęs jadła lub otuchęzanieść. Smutna to sprawa, dziecię moje, a kiedy nas Bóg przeznaczył, by żyć między wrogami,starajmyż się przynajmniej braci cierpiącej w pomoc przychodzić.

— Ojcze, przykrzy się życie takie. Słuchaći słuchać, jak coraz to więcej pacholąt naszychprzybywa! ach, jabym wszystkich rad jednejchwili wypuścić z tych murów, roztargałbym je,rzuciłbym się...

— Bernardzie, uspokój się; synu mój. Ciałotwoje wątłe a słabe, przed oczami noc wieczna,co możesz uczynić, biedne chłopię moje? Tu,razem we dwóch, możemy te pacholęta wprowadzać na drogę wiary, a uczyć ich, by nie zapomnieli o swoich. Ty, chłopcze, z innego, a ja z innego plemienia, ongi może plemiona naszewiodły walkę ze sobą, lecz tutaj połączyła naswspólna niedola i jedna myśl, że braciom naszymsłużyć będziemy.

— Ach, ojcze, gdyby raz jeszcze przejrzeć,gdyby przedrzeć tę ciemność, co wzrok mój zakrywa, i ujrzeć lasy nasze tam, tam daleko, jakoTubingas ciemny służyć świętemu dębowi.

— Cicho Bernardzie, przyjąłeś wiarę Świętą,a wracasz myślą do ofiar pogańskich.

— Ojcze, ten Bóg, któregoście czcić nas nauczyli, jest wielki, lecz on przecież nie każe zapomnieć tych, cośmy ukochali?

— Nie, owszem, Najwyższy każe ich miłować, a miłości największej dasz dowody, gdyoddalony od ziemi swojej nieść będziesz pomoctym, co jak ty wyrwani w latach dziecięcych,zapomnieliby o swoich, gdybyś im pieśnią ichnie przypominał. Wasz Tubingas, składając objaty poświęconym dębom, wielbi Najwyższego, oddając mu cześć, podziwiając wielkość przyrody; jak on w ojczyznie, tak ty służ braciom w niewoli; a pieśń niechaj w nich miłość ku tej ziemirozbudza. Idź ślepcze młody, mów im o ziemitwojej, śpiewaj niezrozumiałą dla Niemców mową;Niemiec jej nie rozumie, dźwięk mu się podoba,a częstokroć w piersi zamarłej twego rodakarozbudzisz uczucie do rodzinnej ziemi.

— Tak, ślepcom a śpiewakom wszędzie dojśćmożna — rzekł, westchnąwszy, Bernard — możeteż i ich odszukam.

— Idź. — I duchowny zakreślił znak krzyżaświętego nad głową młodzieńca, spuścił potemrękę na jego ramię i dodał: — Idź, ja pospieszędo szkoły, by chłopiętom zanieść słowa wiary.

I ojciec German powoli kroczył do Wolfshöhle.

Nie wielki, naprzód pochylony, zdawał siębyć niemłodym, a jednak gdy podniósł wzrokpogodny, widziałeś twarz nie latami, lecz cierpieniem znękaną.

Oddawna, oblokłszy suknię duchowną, u Krzyżaków przebywał, w zasadach wiary Świętej byłbiegły, a życiem wzbudzał poszanowanie wewszystkich. Niemiecką jako Krzyżak znał mowę,lecz umiał i inną, bo gdy z wyprawy wracano,prowadząc za sobą młode pacholęta, rozmawiał z nimi odrazu, a pacholęta garnęły się do niego,opowiadając mazurską mową o ojcu i macierzy.Pacholąt jednak z tamtej strony mniej do Wolfshöhle sprowadzano, więcej daleko było takich,co Perkuna a dęby czcili, a wiary Świętej nieznali, tych mowę Ojciec German lepiej jeszczerozumiał, na jej dźwięk oczy mu błyszczały, chłopięta wypytywał, ba i w płaczu utulił.

Skąd był? a któż o to pytał. Krzyżacy goszanowali, czasem do wielkiego Mistrza był wołany. Dietrich von Altenburg, zastępujący Mistrza,często z nim rozprawy miewał. Snąć był im potrzebny, bo ile razy młodzieniec jaki z przywiezionych z wojny, począł się buntować, słowaOjca Germana zawsze go uspokoiły. Pod jegoteż wejrzeniem najbardziej rozgniewany Krzyżakprzychodził do siebie, a psy szczekające i rzucające się zajadle na przechodniów, na głos jegomilkły i łasząc się, przychodziły do jego kolan.Jedna tylko Kobolda, choć nisko zawsze przedOjcem Germanem schylała głowę, w duszy niecierpiała go, gdyż nie pozwalając złośliwej niewieście źle się obchodzić z pacholętami, powierzonemi jej pieczy, nieraz surowo ją gromił.

To też na każdym kroku chciała mu szkodzić, a liżąc się i przymilając, śledziła go wszędy.

Zaledwie więc Ojciec German poszedł do Wolfshöhle, Kobolda wysunęła się ze swojej kryjówki.Zacisnęła pięść swą ogromną, syknęła coś przezzęby, a stanąwszy przy wejściu do zamku, postanowiła czekać wyjścia rycerza von Altenburg. I niedługo czekała, wkrótce Krzyżak wyszedł,poprawiając na sobie opończę, którą zwykle byłodziany, gdy pozostawał wśród murów. Stanąłwe drzwiach, mierzył wzrokiem z oddali owoWolfshöhle, najdłużej zaś zatrzymał się na maleńkiem okratowanem okienku w sklepieniu okrągłem nad ziemią, a prowadzącem od głównegobudynku do muru, okalającego podwórzec zamkowy.

— Ha, bydlę! — syknął i targnąwszy niecierpiwie pas, otaczający jego postać okazałą, chciałiść dalej, gdy Kobolda zabiegła mu drogę.

— Rycerzu von Altenburg, szlachetny panie!

— Precz! — krzyknął rycerz, zastawiając sięręką, jak gdyby chciał złe widmo z przed siebieodpędzić.

Lecz Kobolda nie łatwo się zrażała. Pozostałana chwilę za nim, a potem idąc cichutko, skradając się jak kot, znowu poczęła:

— Wiem już, kto wszystkiemu winien.

— Ty i twój mąż, niecne potwory! — krzyknął von Altenburg, wznosząc swą dłoń potężną,a nie oglądając się na idącą tuż obok niego,dodał:

— Precz mi z oczu!

Kobolda pozostała na miejscu; nie dała jednakza wygraną. Cichutko podreptała do Wolfshöhle,gdzie wsunąwszy się głównem wejściem, wkrótceukazała się bocznemi drzwiami na podwórzu,a gdy von Altenburg opatrywał uważnie sklepienie i okienko, ona podkradłszy się kocim swoimchodem, szepnęła:

— Ojciec German, i ślepiec Bernard byli z nimi w zmowie; German polecił ślepcowi, by ichszukał po za murem.

Dietrich drgnął pomimowoli, nie zdawał sięjednak zważać na szept Koboldy, która jak cicho podeszła, ciszej jeszcze usunęła się, a na jejohydnej twarzy znać było rozradowanie i uśmiechpiekielny. W tejże samej chwili z Wolfshöhlewyszedł Ojciec German, który spojrzał na niąłagodnym wzrokiem, zatrzymując czas jakiś pogodne swe oczy na jej rozradowanej twarzy.Chytra niewiasta nie mogła snać wytrzymać tegospojrzenia, gdyż schyliwszy skronie, przycisnęłasię do muru, jakby przez uszanowanie dla przechodzącego. German spojrzawszy raz jeszcze nanią, przysunął się do Dietricha i rzekł:

— Badałem innych, nic nie wiedzą, lecz wysłałem Bernarda po za mury, ten choć ślepiec,często lepiej dojrzy, aniżeli stu patrzących. Daleko ujść nie mogli, gdy ich znajdzie, zatrzymaza bramą, w ukryciu opodal od zamku, a stamtąd ja ich sprowadzę.

— Czy wam można ufać? — zapytał Dietrichprzytłumionym głosem, wpatrując się w duchownego.

— Czym was kiedy zdradził? — odparł tenże,zatrzymując znów wzrok na Dietrichu, który taksamo jak Kobolda nie wytrzymał tego spojrzenia.

— Po raz ostatni wam ufam — rzekł, kładącrękę na ramieniu Germana — ale gdybym sięzawiódł, biada wam, biada tym wilczętom. I tomówiąc, wskazał ręką na Wolfshöhle.

— Bezpotrzebne pogróżki wasze, krew sobieino psujecie — odparł poważnie German — a krewwasza powinna być spokojna, boć nową szykujecie wyprawę, nie warto jej na takie małe sprawy zażywać.

— To nie małe sprawy! — krzyknął, prostując się Krzyżak. Mnie oni obaj potrzebni byli,jam z nich pragnął mieć psy gończe z delikatnym węchem, co umiejętnie użyte, na jamę naprowadzić zdolne.

— Gdy się psa układa, to go się w podziemiach nie zamyka, bo węch stracić może.

W tej chwili Hex znów się ukazał.

— Rycerzu, panie! — rzeki, ukazując strzęppodartej, skręconej w sznur odzieży i kosmykzakrwawionych jasnych włosów.

— To wszystko co odnaleźć zdołałem.

— Ja cię nie po strzępy posłałem — ofuknąłDietrich — ja chcę ich widzieć żywych!

Hex począł się jeszcze tłómaczyć, lecz Krzyżak nie słuchał jego wyrazów, świsnął tylkow świstawkę, którą miał zatkniętą u pasa. Dwóchknechtów potężnej postaci stawiło się na zawołanie. Dietrich ręką wskazał na Hexa.

— Zaprowadzić go do podziemia, w prawem skrzydle.

Hex złożył ręce i padł na kolana, nic jednaknie pomogło. Knechty ujęli go pod ręce, a silneto było ujęcie, gdyż nie drgnął nawet, tylko szedł,kroki swe stosując do idących obok niego. Kobolda wyjrzawszy z za drzwi, zgrzytnęła tylko zębami, pięść zacisnęła, a schroniwszy się napowrót, gdy Hexa prowadzono do prawego skrzydła, ona stojąc we wgłębieniu muru, dawała mujakieś znaki, na które skazany spoglądał szklanemi oczami.

V

Podziemia krzyżackiego zamku łączyły sięz kanałami, ciągnącemi się, aż ku samej Wiśle.Kanały te pochłaniały wszelkie odpadki ucztkrzyżackich, pochłaniały też i resztki tych, których mściwa ręka rycerzy pozbawiała życia. Żeby jednak przez otwory zakratowane kanałów,znajdujących się w niektórych miejscach podwórca, nie psowało się powietrze, były znów przeprowadzone rury, któremi bezprzestannie napływała woda, sprowadzana z odnogi Wiślanej.Woda ta, idąc z góry, zabierała wszystko, spychając gwałtownie do rzeki.

To też gdy Siewros a za nim Jaśko, wskoczyli w owo podziemie, pochwyceni zostali tympędem i niesieni niewiedzieć jak długo. Biednechłopięta instynktownie, chcąc się ratować, robiliruchy rękami i nogami, co chroniło ich od zalaniawodą. Pierwszy Siewros, pędząc tak, zahaczyłsię o jakiś wyłom i uchwycił się ręką wystającychkamieni. Siły go opuszczały, ręce drętwiały, zdawało mu się, że już ostatnia godzina nadeszła.

Wkrótce jednak otrząsnął się, ręką posunąłcoraz dalej wgłąb wyżłobienia... Woda tutajsłabo się dostawała, wyżłobienie zagłębiało sięw bok: wyciągnął się więc na nim i odpoczywał, chwytając w siebie wilgotne i cuchnące powietrze.Naraz usłyszał zsuwanie się przez kanał jakiegościężaru, a około zwieszonych nóg uczuł najwyraźniej dotknięcie ręki ludzkiej.

— Jaśko! — krzyknął Siewros zamierającymjuż głosem i nie namyślając się, zsunął się zeswego wilgotnego łożyska.

Pchani tak dalej wodą, pędzili przez całądługość kanału, a jakim sposobem obadwaj znaleźli się wśród trzciny i szuwarów, rosnących nabłotnistem wybrzeżu rzeki, i jak długo tam leżeli,zdać sobie z tego sprawy nie umieli. Gdy sięocknął Siewros, słyszał w dalszym ciągu szumwody, gwary dochodzące z oddalonego miasta,nie wiedział jednak gdzie jest, co się około niegodzieje. Olśniewała go tylko jasność promienisłonecznych, odurzał powiew od wody, pól i łąk,a tam w trzcinie głosy ptaków oznajmiały, iż jestjakoweś około niego życie. Chłopak przetarł oczy, otrząsnął się cały, gdy nagle jęk uszu jego doleciał. Resztkami sił podniósł się i oparł na łokciu.Opodal niego leżał Jaśko, cały obłocony i poraniony..., nad nimi niebo błękitne.

— Jaśko! — zawołał Siewros — Jaśko! — powtórzył raz jeszcze, chcąc się przekonać, czyżyje i czy rzeczywiście widzi to, co mu się przedstawia.

— Co? — zajęczał głos z pobliskiego sitowia.

Serce zakołatało w piersi Siewrosa, podniósłgłowę i nadsłuchiwał jak zając, gdy chce się upewnić, z której strony niebezpieczeństwo zagraża.Lecz za każdem poruszeniem biedne pacholę czułoból w całem ciele; senność go ogarniała, nie dawał się jednak.

— Co? — powtórzył głos z sitowia — kto mniewoła?

Ocknął się na to zapytanie Siewros, a mimobolu, na czworakach zaczołgał się w stronę, skądgo głos dochodził.

Jaśko obłocony, ociekły krwią, jęczał w sitowiu; ogołocony z odzienia, świecąc poranionemciałem, leżał nawpół przymkniętemi powiekami,powtarzając uparcie:

— Co? co?...

Siewros położył rękę na jego głowie, wołając:

— Jaśko! to ja, otwórz oczy... jesteśmy obapod gołem niebem... słonko świeci... ptacy wabiąw sitowiu... Jak się to stało?

— Jak się to stało? — powtórzył Jaśko, odchylił powieki, spojrzał dokoła, lecz znać byłoz jego wzroku, że nie nierozumiał.

— Ba, gotów zamrzeć — zawołał Siewros,i obejrzawszy się, postrzegł dopiero teraz, że i on był tak samo bez odzienia jak i Jaśko, że krewsączyła się z obnażonej jego piersi, a cały byłobłocony.

— Tośmy się ustroili — rzekł półgłosem —brrr! jak mnie wszystko boli.

Woda tuż około szuwaru, z dnem czystem, zwirowem, będąca odłamkiem rzeki, zwróciła jego uwagę. Nie namyślając się, wszedł w owąnęcącą wodę, a chociaż go rany bolały, pluskał się w niej jak ryba i jakoś orzeźwiony wyszedł z tej kąpieli, a położywszy się między trzciną,wygrzewał się na słońcu. Po niejakimś czasieraźniej mu się zrobiło, lecz głód dokuczać muzaczął.

— Ba, żeby tak Jaśka w tę wodę, toby teżożył! we dwu raźniejby nam było. — Jaśku!Jaśku! — począł, trącając towarzysza, lecz chłopak poruszał tylko ustami, nic budząc się z półsnu, w jakim zostawał.

— No, to jak widzę, ja ciebie chyba, braciszku, poniosę!

— Ależ ciężki! — dodał po chwili, usiłującJaśka podnieść z ziemi.

Siadł więc, plecami zwrócony do leżącego, ręce jego założył sobie na szyję i usiłował dopieropodnieść się wraz z towarzyszem. Lecz i to byłonapróżno; biedny Siewros resztek sił dobywał,wszystko nic nie pomagało, tem więcej, że krępyJaśko nietylko mu niedopomagał, lecz owszemopadał całym ciężarem ku ziemi.

— Eh, czy ty myślisz braciszku, że ja ci pozwolę tak leżeć w błocie i głód cierpieć będęwraz z tobą? Oho, ja znajdę sposób i tak cięopłuczę jak siebie.

A widząc, że wszelkie usiłowania poniesieniatowarzysza do wody, były dotąd daremne, Siewros podniósł głowę Jaśka, oparł ją sobie nakolanach, potem, wziąwszy go pod ramiona, ciągnął do rzeki. Odpocząwszy chwilkę, wszedł dowody, a nabrawszy jej oburącz, oblewał twarztowarzysza, potem ostrożnie zsunął go w wodę,posadził przy brzegu, podtrzymywał głowę nawłasnej piersi, lecz nagle stracił równowagę i obadwaj znaleźli się pod wodą.

Siewros w chwili niebezpieczeństwa nieopuściłjednak towarzysza, razem z nim chciał się wydobyć, i z radością uczuł, że Jaśko zaczyna ruszać rękami. Po chwili obadwaj płynąc obok siebie, wyszli na brzeg, a ujrzawszy się ocalonymi, rzucili się sobie w objęcia. Woda orzeźwiłapotłuczonego i pokaleczonego Jaśka, młodośćprzemogła: otrząsnął się, jak źrebiec, gdy przepłynąwszy wodę, stanie na zielonej łące.

— Zkądżeś się ty wziął? — zapytał Jasiek.

— Albo ja wiem? a ty skąd? — odparł zapytany.

I rzeczywiście obaj nie wiedzieli jakim sposobem, wpadłszy w ciemny kanał, ujrzeli się naraz pod gołem niebem, i oto teraz mogą mówići ruszać się. Czuli to doskonale, że żyją, bogłód im coraz więcej dokuczać począł, lecz odarciz odzienia, nie śmieli się ruszyć z pomiędzy trzciny. Wtem głosy jakieś zaczęły ich dochodzić,rozchylili szuwary, kobiety z przedmieścia szłyprać bieliznę w rzece, rozprawiając między sobąwesoło.

Na widok zbliżających się, chłopcy schowalisię w szuwary i przylegli do ziemi. Lecz Siewros, znużony ostatnim wysiłkiem, ledwie oddychał, a tylko przy pomocy Jaśka mógł popełzać dalej.

— Aj, żeby nam tak szmat odzienia, szepnąłJaśko, patrząc na nagie, poranione swoje i towarzysza ciało.

Siewros otworzył tylko na wpół oczy i nicna to nie odrzekł.

— Eh! — jęknął po chwili Siewros.

— Cicho! — szepnął mu Jaśko — jeszcze nasujrzą i wydadzą!

Szept jednak nic nie pomagał; Siewros odczasu do czasu wydawał głuche jęki, szarpał sięi miotał leżąc wśród szuwaru, a ostre trawy raniły jeszcze więcej jego ciało. Jaśko dobywałreszty sił, aby towarzysza uspokoić, rwał wodneliście, brał błoto i okładał niem szarpiącego sięSiewrosa. Mimo to jednak jęki doszły do uszupiorących kobiet.

— Oj, a to co?! — zawołały z przestrachem,zbliżając się razem i czyniąc znak krzyża.

— To złe przeszkadza — szepnęła najmłodsza.

— Cicho! — przerwała jej najstarsza — jeżeli złe, nie przeszkadzaj, niech jęczy.

I zamieszała nogą wodę na krzyż, splunąwszyza siebie trzy razy.

W szuwarach jęknęło znowu, a trzcina zakołysała się jeszcze bardziej.

— Oh! oh! — zawołała milcząca dotąd dziewka,a zakrywszy oczy, poczęła uciekać. Dwie drugiespojrzawszy w stronę, skąd dochodziły jęki,a ujrzawszy, że z pomiędzy trzcin wyglądała nibygłowa człowiecza obłocona i oblepiona liśćmi,i jakieś dłonie, usiłujące trzcinę pochwycić, gdycoraz więcej dochodzić ich zaczęło szamotaniei jęki, uciekały za pierwszą, wołając:

— Thor! Teufel! — lub:

— Ach, Gott!

I było się czego przestraszyć. Siewros miotając się w dziwnej gorączce podnosił się, rozgarniał szuwary, usiłował pędzić przed siebie,Jaśko, chcąc go powstrzymać, szamotał się z uciekającym.

Nareszcie wszystko ucichło. Nikt nie śmiałsię zbliżyć do owych szuwarów, kobiety rozniosływieść o złem, przeszkadzającem nad odnogą rzeki,żal im było porzuconej bielizny, nie śmiały jednakwrócić.

O zmierzchu po nad tą samą rzeką przechodził ślepiec Bernard, cichym głosem śpiewając;wiatr roznosił pieśń pobożną, wreszcie pieśń taumilkła. Zadźwięczały inne jakieś tony na wpółdziko, smutno brzęczały struny przewieszonejgęśli, wtórował im głos tęskny, przypominającyszum lasu... Obce wyrazy niemieckiej mowy rozlegały się dokoła. Od czasu do czasu dolatywało:

Motina łankta tawe! Motina łankta tawe!!

W trzcinie zaszeleścialo. Siewros nawpół senny, przeciągłym głosem powtórzył: Motina łankta tawe! Głos słaby zginął wśród szuwaru nadwodą. Delikatne ucho Bernarda zdawało sięchwytać ostatnie wyrazy swej pieśni, stanął, wyciągnął szyję, rękę oderwał od gęśli, wyprostowałją przed siebie, jakby chciał ułowić ów powtórzony wyraz.

— Ach, to echo tylko mi wtórzy — szepnął po chwili. — Echo przynosi mi pieśń, którą tam,tam gdzieś daleko śpiewają!

Westchnął raz jeszcze:

— Ach, gdyby choć tych chłopców znaleźć.Ha, może uciec zdołali!

W szuwarach jęknęło znowu i szmer wyraźniejszy dochodził. Ściemniło się już prawie zupełnie, a dla ślepca Bernarda noc też była wieczna.

— Może oni się tu gdzie kryją, może to ichjęki?...

I począł znów pieśń pobożną, znaną w murach krzyżackiego zamku, jakby nią dawał znaki;głos jego przecież znać musieli. Lecz pieśń ucichła, w szuwarach nie słychać było jęku, wszystko zdawało się układać do nocnego spoczynku.

— Oni, czy ktokolwiek, zawsze tam jakieś głosy ludzkie, te jęki zawsze coś znaczą, możekto potrzebuje pomocy...

I ślepiec, wyjąwszy z pod opończy chleb i glinianą bańkę, poszukał miejsca nad rzeką, a znalazłszy wilgotne skręcone szmaty, położył przynich przyniesione zapasy, mówiąc:

— Tak, tak, tutaj snać jest człek jakiś potrzebujący pomocy, niechajże chleb i napój pokrzepi jego siły!

Rękę wyciągnął przed siebie, węchem wciągałpowietrze, rozpoznając tym sposobem drogę i milcząc posuwał się dalej... A gwiazdy migotały naciemnem niebios błękicie, jedne mrugały i kryłysię, inne złotawym blaskiem rzucały światło nasrebrną wstęgę Wisły, przedzierając mgłę gęstą,wznoszącą się nad rzeką. Wreszcie gwiazdy zagasły, mgła okryła płaszczem białym nisko, niziutko łąki i pola.

Wśród tej mgły gęstej, czernieją dwie ludzkiepostacie, idące chwiejnym krokiem.

To Siewros, wspierający się na Jaśku. Silnanatura chłopięcia, świeżość nocy, a może dźwiękojczystej zasłyszanej pieśni, otrząsły go ze strasznej niemocy i trapiących widziadeł. Z wyrazami pieśni: Motina łankta tawe, sen skleił mupowieki.

Świegotanie ptactwa, które po północy z pierwszym brzaskiem budzić się zaczęło, rozbudziłoi Siewrosa. Przetarł oczy i starał się przywołaćrozpierzchnięte myśli. Chrapanie śpiącego obokJaśka, przypomniało mu towarzysza. Pociągnąłgo i zbudził.

— Gdzie jesteśmy? — zapytał Siewros.

— Uciekajmy! — rzekł Jaśko. — Uciekajmypóki noc; jesteśmy bez odzienia.

— Tak, nadzy, głodni i bezsilni — odezwałsię Siewros — jednak uciekać trzeba.

I zerwał się chłopak, a chociaż chwiał sięcały jak trzcina obok rosnąca, starał się jednakutrzymać na nogach.

Podparł go rozbudzony Jaśko.

— Uciekajmy, uciekać musimy — powtórzyłSiewros.

— Wpław przez rzekę.

I rzucili się oba do wody. Los opatrzny zaprowadził ich w miejsce, gdzie niewiasty porzuciły szmaty, a litosna ręka Bernarda położyłachleb i napój. Odziani i pokrzepieni szli dalejpod osłoną mgły gęstej porannej.

— Aby jak najdalej od krzyżackiej ziemi! —mówił Siewros.

— Aby jak najdalej! — powtarzał Jaśko. —Gdybyśmy się dostali do moich.

— Albo do moich! — wzdychał Siewros.

I szli dalej.

VI

Jak sięgnąć okiem wzdłuż środkowego Niemna, wszędy znać straszne zniszczenie. Zameczkiobronne w gruzach leżą, a gdzie ciągnęły sięuprawne i bogate sioła, widnieją tylko zgliszcza,a rumowiska. Zdeptane pola, walające się strzępy odzienia, złamana żelazna zbroica, lub tarczatrzcinowa, ciężki miecz w zaciśniętej jeszcze dłoni świeżego a na poły przez zwierza ogryzionegotrupa, odcięta noga lub ręka, ba nawet i głowapatrząca przewróconemi białkiem oczyma, dymiące niedogasłe ognisko, dym ciężki przesuwającysię po nad tem zniszczeniem i woń zgnilizny,napełniająca powietrze, wszystko mówiło o niedawno stoczonej bitwie. Połamane zbroice, strzępy płaszczów białych z godłem Krzyża, świadczyłyo napadzie Krzyżaków. Nie przebaczyli oni nikomu i niczemu, co znaleźli na drodze. Zwycięzcyczy pokonani, zostawili ślady swego przejścia.A chociaż jeńców uwozili i zdobycz brali, swoich też nie mało zostawiali na pobojowisku, ba i żywcem, rannego lub związanego, dostawało sięniemało krzyżackiego żołdactwa w ręce litewskiego ludu.

We wgłębieniu więc lasu, opodal od owegostrasznego pobojowiska, na świętem snać miejsculeżało czterech związanych ludzi. Jeden silnyi barczysty pocięty był i poraniony, głowa zwisłaku ziemi, usta krwią ociekłe od czasu do czasurzucały przekleństwa, dwu zaś młodych chłopaków leżało z nawpół otwartemi oczyma, a zda się, że i w nich nie wiele już było życia. Jedenodwrócił się twarzą do ziemi, jak gdyby nie chciałpatrzeć na słońce, które miało zapewne wkrótcedla niego zagasnąć. Westchnienie tylko przeciągłepodobne do jęku, oznajmiało w nim jeszcze resztkę życia. Drugi ze związanemi w tył dłońmioparty, czy przywiązany do drzewa spoglądałzamglonem okiem dokoła, czasami kurczowozadrgały mu usta jakby chciał przemówić, a słowa ni tchu nie stało. Tuż obok niego starszywiekiem młodzian z długiemi włosami, z oczamiw jeden punkt wlepionemi, związany, leżał napół oparty o zwaloną kłodę drzewa. Twarz wycieńczona, łagodna, oczy zamknięte, nie wyrażałybólu ni trwogi, usta poruszały się powoli, niewydając głosu. O kilkaset kroków od nich, stałdąb, a raczej pień wielkiego dębu, do któregowchodziło się po kamieniach jakoby po schodach,a nad nim pokrzywione w rozmaite strony gałęzie wyrastały ku górze w wielką koronę... Dąbten i polana są nam już znane, jak i Tubingas,kroczący z tą samą co i przed laty powagą,a obok niego Chroniwos z przewiązaną skronią,z ręką prawą trzymaną na pasie skórzanym,a owiązaną lnianą szmatą od ramienia aż do dłoni. Za nimi ludzie z wejrzeniem dzikiem,każdy z toporem, i zgrają wybladłych z wejrzeniem wystraszonem kobiet i dzieci. Wszyscy szlitak, jak wtedy, gdyśmy ich widzieli kroczących napowitanie pierwszego dnia wiosny. Ino oczy ichspoglądają teraz złowrogo, nie mając tego, coongi spokoju: na wielu ślady jeszcze przebytejwalki, z niektórych piersi dziki okrzyk się odzywa... Tubingas stanął na kamiennych schodachwiodących do pnia świętego dębu.

— Ugni Perkun! zawołał.

— Ugni! powtórzono.

Chroniwos zgrzytnął zębami, oczy mu zabłysły, głośniej nad innych powtórzył:

— Ugni! Ugni! chciałby niemal biedz, leczrany, ba i powaga kapłańskiego syna przytrzymywała go na miejscu... Na znak dany przezTubingasa dziesięciu ludzi rzuciło się ku oczekującym śmierci jeńcom. Zemsta napadanych i zniszczonych przez krzyżackie zastępy Litwinów, chciała się nasycić kilkoma pozostałemi w ichrękach ofiarami. Przywleczono ich do stosu. Tubingas rzucił kamieniem, padł on na najstarszegojeńca. Stary Krzyżak głowę podniósł do góry,przekleństwo rzucił niezrozumiałe dla obecnych,oczy jego zaświeciły chytrym złowrogim blaskiem.

— Żywym na stos mnie nie zawleczecie!wrzasnął swoją mową, szarpnął się jakąś nadludzką siłą, rzucił się i roztrzaskał głowę o wielki stojący śpiczasto kamień. Mózg wyleciał z tejsilnej głowy i obryzgał szarą krwawą masą stojących przy nim. Z piersi ofiarników wyrwał siękrzyk przeciągły, jeńcy nawet okrzykiem i drżeniem przyjęli tę śmierć chroniącą go przed powolnem na stosie konaniem, a długowłosy z zamkniętemi oczyma jeniec zawołał:

— Panie okaż miłosierdzie nad nim i nadnami!

— Przekleństwa zionie ten! jego na stos! —wrzasnął któryś ze stojących bliżej i chciał sięrzucić na modlącego się niezrozumiałą dla nicha wrogą niemiecką mową. Tubingas usłyszawszyzamieszanie wyciągnął dłoń żylastą, zadął w rógwiszący u pasa i nakazał spokój. Cisza zaległawśród ludu, echo powtórzyło dziki odgłos rogu,a wydającego doraźny wyrok śmiałka na bokusunięto. Święto to było zbyt wielkie, ażeby ktośkolwiek z tłumu ośmielił się mieszać jego uroczystośc. Rzadko się zdarzało Litwinom pochwycićkrzyżackich jeńców, bogowie domagali się snaćludzkiej krwi na objatę, bo ciężkie plagi spadały na lud ten cały. Krew przelaną pod świętym dębem, lub żywcem spalonych jeńców trzebabyło poświęcić na ołtarzu dla przebłagania ich gniewu. W każdej więc okolicy po walce, gdy jeszcze dymiło pobojowisko, palono wziętych doniewoli. Uroczystość to była, wśród której z dziką radością i w skupieniu a ciszy gotowano siędo ujrzenia dymu krwi objatnej, lecz krew tę trzeba było przelać na ołtarzu, z ciekawościąwięc spoglądano co będzie teraz, gdy jeniec pozbawił się życia.

— Czemu nie nie niesiecie, stos gore... wołał Tubingas.

— Zabił się!

— Zabił się! powtórzono do koła.

— Łeb sobie rostrzaskał! wołano.

Tabiugas zgrzytnął zębami.

— Za koło święte z tem ścierwem! wrzasnąłTubingas.

Szczątki nieszczęśliwego jeńca wkrótce uprzątnięto.

— Gdzie inni? brać ich!

Na rozkaz w mgnieniu oka pochwycono bladego smagłego młodzieńca, który górując wzrostem nad dwu pozostałymi, patrzył spokojnie błękitnemi oczami na otaczających, tylko jakieśdrganie ust objawiało wzruszenie. Usta drgałylecz nie wydały głosu. Pochwycono nieszczęśliwego i związanego położyli na stosie... ogień od spodu obejmował drzewo, wężykowemi płomyki przydzierał się przez drobne chrusty, liżąc wielkie kłody drzewa i osmalając je, aby potem zajaśnieć wielkim płomieniem. Cisza była dokoła,objata miała być spełniona, uroczystość jej powstrzymywała od dzikich okrzyków. Tubingastylko wołał:

— Perkun Ugni! Ugni! Ugni! i podniósł rękęz toporem, aby leżącego ugodzić.

— Siewros, mano Wajks dał się słyszećgłos z góry z rozrastających się w wysokie konary nad świętym pniem gałęzi. I ze zwinnościąpantery rzuciła się jakaś postać, a odtrąciwszymający spaść topór, ciałem swoim przykryła leżącego na stosie. Postać to była dziwna, podobnado kobiety, lecz strasznie oszpecona. Włos długi,spływający w nieładzie, okrywał na wpół obnażone ciało, zamiast odzienia były tylko strzępyskóry powiązane ze sobą łykiem, miejscami przetkane zielonemi liśćmi. Plamy błota, rany na całem ciele, ręce i nogi opatrzone długiemi, jak u zwierzęcia paznogciami, oczy patrzące dzikimwyrazem z pod rozczochranych spadających nawychudzoną twarz kościstą włosów, czyniły tę postać wstrętną, niepodobną prawie do człowieka.A jednak na głos jej Tubingas zatrzymał rękę;w niemem jakiemś oczekiwaniu stał nad stosem,a ogień coraz więcej obejmując podkłady drzewahuczał i rzucał czerwono-błękitne płomienie.

Siewros, mano Wajks! krzyczała dzikokobieta, a uchwyciwszy leżącego młodzieńca, z tąsamą zręcznością, z jaką na stos wskoczyła, zbiegła po palących się belkach, niosąc związanechłopię na rękach tak, jak się niesie dziecię maleńkie. Lud ze czcią rozstępował się idącej, samTubingas z wzniesioną dłonią odwrócił się zanią, jakby zagasłemi oczami chciał przypatrzećsię temu dziwnemu zjawisku. Ona tymczasemzłożyła zdobycz swoją na trawie, a śmiejąc sięi płacząc rozwiązywała krępujące ją węzły, całując poranione ciało wydartej kapłanom ofiary.Nikt nie śmiał się ruszyć z miejsca, wszyscy patrzyli z podziwem. Ci co byli dalej a nie widzielico się stało, słysząc tylko dzikie okrzyki i zamieszanie powtarzali z pewnem poszanowaniemi grozą.

— Szalona! Dowrusa, szalona!

— Idź, zobacz! zawołał Tubingas, trącającobok stojącego Chroniwosa.

Na znak dany przez sprawiającego objatę,Chroniwos nie śmiejący się dotąd ruszyć, z młodzieńczą żywością pobiegł do skaczącej nad oniemiałym ze zdziwienia i przestrachu Siewrosem.Dowrusa, ujrzawszy zbliżającego się Chroniwosa,poczęła na nowo objawiać swoją radość, powtarzając:

— Siewros Wajks! dając znaki przybyłemu, aby się wraz z nią młodzieńcowi przypatrywał. Przy tem głaskała leżącego po twarzy, przytulałajego głowę, podnoiła twarz ku sobie, a wpatrując się w zdziwione oczy młodzieńcu, dotykała rąk jego, a nawet lizała jego rany, chcąc mu okazać swą czułość.

Chroniwos z pewnem poszanowaniem i przesądnym strachem spoglądał na obłąkaną, u ludów bowiem pierwotnych pozbawieni zmysłów otaczani byli czcią szczególniejszą. Na ich skinienie nawet kapłani byli posłuszni, sam Tubingas nie śmiał odtrącić obłąkanej i odebrać ofiary, uważając działanie jej za zrządzenie bogów — wyższych duchów, które według ich mniemania w obłąkanych wstępowały. Więc i Chroniwos nie śmiał dotknąć ofiary trzymanej przez obłąkaną,dopiero na jej skinienie, pochylił się nad leżącymi krzyknąwszy Siewros! objął młodzieńca lewązdrową ręką.

— Siewros! powtórzył młodzieniec, Siewros! rzekł, oddając uściski obłąkanej swej rodzicielcei Chroniwosowi, wymawiając przy tem wyrazy, na dźwięk których Chroniwos odskoczył.

— Tyś Niemiec! syn mój Niemiec! wołał drącsobie włosy.

Siewros o ile mógł okazywał czułość, silił siężeby wyraz jaki przypomnieć sobie, całował ziemię, przyciskał ręce matki do piersi, nie lękając się jej długich paznogei, dawał wszelkie znakiradości, nie mogąc się porozumieć z tymi, którzyokazywali mu uczucie, a w których przeczuwałrodziców, nie rozumiejąc ich mowy. Wreszcieprzypomniał sobie wyraz słyszany jakby echem,podobny do tych, które oni wymawiali, i zawołał:

— Motina! (Matka!)

— Motina tawe! Motina! krzyczała Dowrusa,ściskając młodzieńca. Wzrok jej błędny zacząłnabierać łagodniejszego wyrazu, na blade wynędzniałe policzki spłynęły łzy rzęsiste, zwilżająctrzymaną rękę syna.

— Bogi mi go oddały! Bogi mi go oddały!Chroniwos, patrz, to nasz syn, to Siewros, tenznak na lewem ramieniu! wszak sameś mu tenznak wypalił mówiła kobieta coraz przytomniej.

— Tak, i jam go poznał po tym znaku, rzekłponuro Chroniwos, tak to Siewros, to on, leczczyż on nam synem? niemiecką ma mowę. Przekleństwo tym, którzy mu ją w usta włożyli, przekleństwo im wszystkim, wrogom naszym, naszegoplemienia! Syn nas zrozumieć nie może! I darłwłosy z rozpaczy. Wtem Tubingas szedł z wyciągniętą dłonią przed siebie, tłum otaczający Dowrusę rozstąpił się na widok starca, któregoszanowano jako kapłana.

— Zrozumie — zawołał starzec, — gdyż jakowilczę chowane do jamy powraca, tak i on gdygo szum naszych lasów, dym naszych ogniskowieje, powróci i stanie jako krew z krwi a kośćz kości naszej. Bogi nam wróciły! nie chciałykrwi jego! I szorstką dłonią dotykał głowy wnuka, a dłoń ta co z taką siłą garść zarzewia brała, stała się lekką jako dłoń wlewająca uczuciemiłości dla swego plemienia.

— Ofiar nam już tej nocy sprawiać nie należy, snać bogowie ich dziś nie pragną, a i wkrągzłoty ogień na niebie posyła już swoje smugito już krwi na ołtarzu święcić nie można: mówiłstarzec powłócząc zagasłemi oczami, wskazującna krąg nieba od wschodu, kędy różowa jutrzenka posłała już pierwsze brzaski. Ślepy starzecprzeczuł ją, chociaż nie widział.

Na znak przez Tubingasa dany, wszyscy zaczęli się rozchodzić. Dowrusa, nieodstepując synatuliła go, prowadząc obok dziada i męża, wrazz całą skupiającą się około nich drużyną. NagleSiewros drgnął, jak gdyby sobie coś przypomniał.Gwałtownym ruchem chciał się wyrwać z pomiędzy otaczających, wskazując w stronę jeńców,których pod strażą pozostawić miano na świętejpolanie. Na ten ruch Chroniwos rzucił znowuprzekleństwo. Tubingas zmarszczył brwi siwe, pytając, co ono znaczy.

— Wyrywa się do swoich, do tych... och, onnie nasz! ryczał z bólu nieszczęsny ojciec.

— Nasz, nasz! mój! krzyczała Dowrusa, przytrzymując syna, jak gdyby go chciała bronićprzed gniewem ojca.

Siewros zaś dawał znaki błagalne, wskazującna jeńców i darł się ku nim.

— Jeńców dać tutaj, krzyknął Tubingas, posłuchajmy co chce z nimi zrobić.

Na głos ten przywleczono dwóch nieszczęśliwych. Siewros rzucał się od nóg Tubingasa doChroniwosa, dając znaki błagalne i wskazującna jeńców.

— I któż zrozumie jego mowę, ci tylko, ci!wołał rozpaczliwie Chroniwos. Ach, on nie nasz!

— Wasz, zawołał litewską mową jeden z jeńców, a był nim ślepiec Bernard, wasz jako i wielu co choć krzyżacką mówią mową, litewskiew piersi mają serce!

— I on nasz? zawołał Tubingas.

— I jam wasz! choć dawno w niewoli krzyżackiej. Wydarto mi oczy, lecz z piersi uczuciawydrzeć nie zdołano, ono wracało zawsze doTubiugasowego ogniska.

— Tyś ślepcem, tyś ślepcem! a znać i z megopokolenia! wrogi ci wydarli oczy, jako i mnie,teraz mogę już spokojnie odejść, gdy bogowiewezwą mnie do siebie, ty ślepiec ślepca przedświętym dębem a ogniem zastąpisz. I położyłdłoń na głowie leżącego u stóp jego jeńca, rozkazując rozcinać więzy.

— Tyś ślepiec, tyś mój następca! wołał starzec. Chroniwos do boju, ty bogom służyć będziesz!

Bernard schylił głowę nie odpowiadając nic na mowę Tubingasa. Zabierano się znów do dalszego pochodu, nie troszcząc się o pozostałegozwiązanego jeńca, który też zresztą zdał się niewiele troszczyć o to, co się w około niego dzieje.Z oczami zamkniętemi leżał nieruchomie, nie wiedząc i nie słysząc nic co dokoła niego mówiono. Siewros jednak postąpić dalej nie chciał, doBernarda przemawiał, a ten był tłómaczem pamiętając ojców mowę.

— Jeżeli my znaleźliśmy ziemię naszą, ojcównaszych, wołał ślepiec, przez miłość dla tej ziemii dla nas, uwolnijcie trzeciego. Szmer jakiś niezadowolenia powstał pomiędzy ludem. Lud chciałobjaty bogom, a jakkolwiek podzielał radośćz odzyskanych synów Tubingasowej rodziny, pragnął obiecanej uroczystości, a z czterech krzyżackich jeńców wybranych na objatę ten jeden jużtylko pozostał. Bernard jednak nie zważał nawznoszące się szmery, wołając:

— Przez miłość dla ziemi, przez miłość dla nas, dajcie wolność tamtemu. On razem z Siewrosem niewolę podzielał, razem z nim uciekł.

— On nie Niemiec, nie Krzyżak? pytał Tubingas.

— Nie, on jako i my niewolnik!

— Ale nie nasz? zapytał Chroniwos.

— Nie, on z innego lecz również nieszczęśliwego najeżdżanego przez Krzyżaków ludu, on od tych, co na południo-zachód od naszych lasów,tam po nad jeziorami a Wisłą mieszkają, on jestod Mazurów.

— To tam, kędy jasne pola a złote zboże,kędy wsie a miasta w broń i lud zasobne, mówiłChroniwos z pewną chciwością. Nie, ale on nienasz! mamy ich dosyć! Nie!... Nie!

— On był z twoim synem w niewoli, razem z nim uciekł! wołał Bernard, a Siewros włóczyłsię od nóg dziada do ojca niemą zanosząc prośbę.Tubingas wreszcie podniósł dłoń, a spuszczając ją na ramię Chroniwosa zawołał.

— Nie godzi się zabijać druha naszych synów, on z owego plemienia skąd łupy pewne, —bogaty można okup pozyskać, ba i tam podobnood Gedyminowego grodu nowa gotuje się wyprawa, — jeżeli zna ziemie?...

— On był w niewoli, on nie zna ziemi swoich ojców! mruknął niechętnie Chroniwos!

— Ale zna ojców swych mowę, może wambyć przydatny, gdy się gotujecie na nich! rzekłBernard, chwytając sposobność do ocalenia współtowarzysza niedoli.

Chroniwos mruknął coś niezrozumiale, Tubingas kazał więzy rozciąć ostatniego jeńca, Siewrosrzucił się w jego objęcia wołając:

— Jaśko, myśmy u moich, bywaj z nami!Tubingas dla uspokojenia ludu kazał okrzyknąćna jutro ucztę z tłustego wołu i baranów, których krew miała być na ołtarzu dla bogów przelaną. I cała drużyna pociągnęła do Tubingasowego zamczyska. Stary Kunigas, cieszył się z powrotu wnuka i krewniaka, Chroniwos oprócz synaodzyskiwał jeszcze żonę, która od porwania Siewrosa straciła zmysły i jako zwierz dziki kryłasię po lasach, a teraz wraz z synem wracała.Lud radząc o przerwanej ofierze i jutrzejszejuczcie, pociągnął do chat nawpół rozwalonych,lub legł wśród lasu, a słonko wschodzące zakreśliwszy złoty krąg na niebie, rzuciło jasne promienie,kryjąc mgłą ranną straszny obraz nie uprzątnionego jeszcze świeżego pobojowiska.

VII

Do wielkiej sali na malborskim zamku wszedłKrzyżak niższej godności i ze czcią należną spojrzał na dwóch poważnych wiekiem rycerzy. W jednym poznajemy rycerza Dietricha, marszałkaZakonu, drugi wyższy od niego godnością, bai wzrostem, był sam mistrz krzyżacki Zygfrydvon Furchtwangen. Stuknięciem młotka wiszącegoprzy drzwiach przybyły oznajmił się siedzącym.

— Zbliż się i powiadaj, — rzekł mistrz Zygfryd wyniośle.

— Już po dwakroć pragnę Waszej wysokościoznajmić wieść ważną, jaką przyniosła Kobolda,żona Hexa z Wolfshöhle.

— Mów, a niezaprzątaj czasu!

— Wróciła wczoraj jeszcze z południa, domagając się, aby Waszej wysokości oznajmić, żeowych dwóch chłopców zaginionych znalazła.

— Gdzie są? porwał się rycerz Dietrich vonAltenburg. —.

— Biedna niewiasta, chcąc jak najprędzej wyswobodzić z jamy Hexa błąkała się dniem, i nocą,aby na jakiś ślad zaginionych natrafić, szła więcciągle brzegiem Wisły, będą pewną, że jeżelimłode wilczęta jeszcze żyją, to je znajdzie w jakiem legowisku...

— Nie rozwlekaj opowiadania, a mów gdziesą! ozwał się niecierpliwie Dietrich, który oparłszy się na stojącym przed nim stole, chciwiechwytał każdy wyraz, kiedy tymczasem Wielkimistrz, rozparłszy się na ławie, zdawał się nawpółdrzemiąc słuchać opowiadania. Na uczynionąprzerwę przez Dietricha skinął tylko ręką, jakbytym ruchem mówił.

— Daj mu pokój, niech się wygada!

— Ja nic nie rozwlekam, a tylko mówię,co się stało, a wszystko trzeba orzec jak najdokładniej, żeby Ich wysokoście wiedzieli, jakie to chytre te wilczęta, co raczejby lisami zwać jemożna: ciągnął dalej, przestępując z nogi na nogę, opowiadający. Gdyby nie chytrzejsza jeszczeod nich Hexowa niewiasta, byliby z pewnością się wymknęli aż na dno swojej jamy, a stamtądnie tak łatwo byłoby ich wydostać!... Dietrichuczynił znów pewien ruch niecierpliwy, lecz Zygfryd spojrzał nań tylko, a krewki rycerz jeszczewięcej łokcie na stół założył, a podparłszy sięna nich słuchał już cierpliwie opowieści.

— Otóż szła ona brzegiem Wisły, najpierwtą stroną, co prowadzi od kanałów malborskiego zamku, a potem skręciła nad łachą rzeki, a żetam moc trzciny porosła, węszyła więc jak wyżeł, czy gdzie jakiego śladu nie wytropi. Nieraznawet wchodziła w wodę i dotarłszy do trzcinyszukała w niej legowiska drogich wilcząt: alegdzie tam, nigdzie nic nie było. Aż jakoś natrzeci czy czwarty dzień spotkała kobiety, któreskradając się nieśmiało szły również nad brzegiem, a oglądały się dokoła, jakby je co straszyło; Kobolda też zaraz pomyślała sobie, że tomoże one skryły wilczęta, kiedy się tak czegośstrachają. Zbliżyła się więc do nich, lecz oweniewiasty zobaczywszy ją, poczęły uciekać, krzyżświęty czynić, pluć za siebie i garście rozmiękłego błota z trawą rzucać. Wtedy ona poczęła wołać, że i ona też krzyż święty wyznaje,złego im nie życzy, a w imię Boga wzywa, abyjej dały pomoc, bo jest strasznie strapioną i zabłąkaną podróżną. Na jej wołanie najśmielszaz uciekających zatrzymała się, a wtedy Koboldajęła płakać i narzekać jako jest z wioski oddalonej, a oto dwóch jej chwackich synaczkówgdzieś się podziało. Śladu po nich nie znaleźć,a ona strapiona matka, już błąka się, nawet niewiedzieć dni ile, aby choć ślad, choćby strzępodzienia znaleść po swoich najdroższych. Niegdzieindziej, tylko ku rzece musiał je zły człeklub zwierz uprowadzić, boć na rozmiękłej ziemispostrzegła stopeczki ich ukochane, ba nawetślady krwi dojrzała. Niewiasty widząc, żenajśmielszej nic się nie stało, zbliżyły się, a wzdychając wysłuchały opowiadania Koboldy. Aż nareszcie jako wszystkie słuchały, wszystkie też naraz i mówić poczęły, a przypominać sobie owochrapanie.

— Oh! oh! toć w trzcinie szumiało, a krzykibyły!

— Gdzie? w której? spytała je zaraz Kobolda, a niewiasty opowiadały, jako druga już dobaupływa, gdy chusty prały z rzeki, wtedy w trzcinie dziwnie coś szumiało, a takie głosy się odzywały, jakby złe ucztę sobie wyprawiało. Żezaś mrok zapadał więc się też bardzo przestraszyły, chusty zostawiły nad rzeką i same uciekły,a teraz przyszły zobaczyć czy się chusty nie znalazły. Lecz snać złe porwało je sobie na obwijki,bo przecie żaden człowiek nie wziąłby chust zmoczonych cudzych, boć to mór zaraz przynosi.

— To pewnie moje synaczki złe gdzie udusiło, albo je na swoją stronę chciało przedzierzgnąć: oni byli jakoby anieli, wolała Kobolda.Dowiedziawszy się w której trzcinie straszyło,weszła do wody i częścią idąc, a częścią płynąc,i dotarła do rosnących szuwarów. Tam znalazłatrzcinę i trawę wygniecioną tak, jakby w niejdwa ciała leżały a i dopatrzyła się ludzkich śladów. Trzcina była otoczona wodą, a nie moglisię stamtąd inaczej, jak dopłynąwszy brzegu, wydostać. Powróciła wiec do czekających i biadających nad jej rzekomem nieszczęściem niewiast,które jej pokazały miejsce, gdzie leżała bielizna.Opodal od rzeki znać było ślady zaschłe stópludzkich w obuwiu, te wkrótce ginęły, skręcającku malborskim murom, a natomiast brzegiemrzeki znać było obok siebie ślady dwóch par nógbosych.

Kobolda ujrzawszy je, już dalej nie czekała,tylko zostawiwszy zdziwione i żałujące ją niewiasty za owym szła śladem, aż nareszcie dotarła w gęstwie i krzaki. Było to już w samo południe, słońce przypiekało silnie, lecz Kobolda nanic nie zważała, ale jak poprzednio w trzcinie,tak teraz w gęstej trawie i zaroślach szukaćpoczęła. I oto zdala doszło ją jakieś chrapanie.Zbliżyła się po cichu i ujrzała jednego z naszychwilków rozciągniętego a drugiego siedzącego nadnim i usiłującego go snać obudzić. Lecz niedokonał tego bo żelazne dłonie Koboldy uchwyciłygo za kark. Chłopak usiłował jej się wydrzeć,drapał, kąsał a nawet wyrwał kawałek ciała z chudego policzka Koboldy, ona jednak powaliłago na ziemię, przygniotła piersi i w otwartą gębęwlała płynu, po którym nie tak łatwo się ktoobudzi....

— Co! otruła go? krzyknął Dietrich zrywającsię z siedzenia i uderzając w stół silną dłonią.

Wielki mistrz znów skinął ręką na uspokojonie rycerza, a Drega mówił dalej.

— Nie obawiajcie się, szlachetny rycerzu, wszak Kobolda chciała oswobodzić swego małżonka, nie trułaby więc wilcząt, które nakazaliście żywcem sobie dostawić: dając to za warunekwyzwolenia starego Hexa. Wilczkowi nic się nie stanie, był to tylko napój usypiający, po którym też legł bezwładnie, a ona nie potrzebowała się z nim borykać. Drugi tylko, leżąc dotąd jakby kawał drzewa, zaczął się rzucać i zrywać jak szalony, lecz Kobolda nie zważając na ociekły krwią policzek, przytrzymała ptaszka, pochwyciła jak pierwszego za gardziel i gwałtem w gębę nalała tego napoju, który ona doskonale umie przyrządzać, a który przezorna niewiasta wzięła ze sobą. Uśpiwszy tak obu, opatrzyła sobie rany, porobione przez szalonego wilka i ruszyła ku drodze, żeby sprowadzić jakie wozisko dla zabrania ich obu. Zaledwie jednak wyszła ku drodze, kiedy od drugiej strony usłyszała tupot koni, chrzęst zbroi i przedzierający się oddział naszych. Jakkolwiek ze trzy staje drogi oddzielało ją od idących, mężna jednak niewiasta pędem rzuciła się, a dognawszy, przełożyła rzecz całą. I oto zaraz z oddziału wysłano kilku knechtów,którzy przenieśli uśpionych, niewiedzących o bożym świecie wilczków. Prosiła, żeby można ich zaraz odstawić na zamek, lecz rycerz Günter,prowadzący oddział, nie pozwolił na oddalanie się ludzi, owszem mówił, że im te ptaszki mogąbyć użyteczne. Kazał ich więc umieścić pomiędzy ciurami i powiódł dalej ze sobą. Mnie zaśkazał wracać z Hexową kobietą, abym wam rzecz całą przełożył. Ano tylko jeszcze i to muszęrzec także, jako Kobolda widziała ślady najwyraźniejsze ślepca Bernarda. Ten, po ucieczcewilcząt, także gdzieś przez parę dni się włóczył, a przed wyjściem z za murów i po powrocie gadał długo potajemnie z ojcem Germanem, który teraz w miejsce Hexa, ma dozór nad Wolfshöhle.

— Stul pysk! — porwał się milczący dotądi jakby nawpół senny Zygfryd von Furchtvangen — nie kalaj ludzi świętych twą bezwstydnągębą.

Drega stał się naraz maleńki, zda się, żeprzed tym potężnym głosem byłby się chętnieskrył w najciaśniejszy zakątek olbrzymiej komnaty. Zygfryd jednak krzyknąwszy, opadł napowrót całym ciężarem wielkiego swego ciała naławę i znowu przymknął powieki, jak gdyby sięzmęczył zbytecznie tym jednym wybuchem. Wyciągnąwszy zaś rękę ku siedzącemu z opartą nadłoniach głową Dietrichowi, dał tem znak, abyten w jego zastępstwie mówił dalej.

Po surowych lecz pięknych rysach Krzyżakaprzebiegł uśmiech szyderczy, spojrzał na olbrzymią bryłę mięsa, noszącą miano Wielkiego mistrza, z ócz jego czarnych posypały się iskrygniewu i niecierpliwości: powściągnął je jednak,a tylko podniosłszy ramiona z pewnem lekceważeniem, zwrócił się do stojącego przy ścianieDrega i głosem, jakby go co dusiło w gardle,zapytał:

— Gdzież więc są owi odnalezieni?

— Jak to mówiłem Waszej wysokości, rycerzGünter kazał ich zabrać ze sobą, mówiąc, że niema ludzi dla odwożenia wilczków i że właśniemogą mu się przydać.

— Tak więc i ślepiec Bernard i chłopakiwszystko naraz, na ową marną wyprawę — mruknął przez zęby Dietrich — a wszystko na djabłasię przyda.

I znowu z pewnem lekceważeniem spojrzałna leżącego Wielkiego mistrza, a po chwili rzekłzwracając się do Drega.

— Idź do djabła!

— A Kobolda? — zapytał tenże.

— I ona niech idzie razem z tobą.

— A Hex? — pytał ciągle przyciszanym głosem stojący uparcie Drega, a jego chytre niewielkie oczy błąkały się po twarzy wzburzonejrycerza, zatrzymując się od czasu do czasu na wielkiem opasłem licu drzemiącego mistrza.

— Do stu piorunów! Niechaj z was trojgapiekło się ucieszy! — wrzasnął Dietrich uderzającpięścią!

Zygfryd podniósł znów głowę, zwracając wzrokpytający na towarzysza.

— Czy Hexa wypuścić? — zapytał Drega, przybierając jak najpokorniejszą minę.

Zygfryd poruszył leniwie ustami i skinął znowu rękę ku Dietrichowi, jakby już wszystkochciał uczynić, byleby się jak najprędzej uwolnić od opowiadającego i miły sobie spokój zapewnić.

— Idźcie wszyscy troje do djabła! — zawołałraz jeszcze Dietrich — rzekłem już, a niech siężadne Wielkiemu Mistrzowi nie pokazuje na oczy.

Drega cichuteńko lisim krokiem wyniósł się z komnaty.

Dietrich wstał i wielkiemi krokami zaczął sięprzechadzać, jak gdyby chciał uspokoić umysłwzburzony. Zygfryd zaś westchnął jak człowiek,któremu ciężar opadł z serca i pragnie teraz spoczynku, lecz z Dietrichem nie łatwa była sprawa.

— Nie pojmuję czemu Jego wysokość zezwoliła na tę wyprawę; obecnie Polska robi jakieśrokowania, by tę ciemną Litwę ku sobie przygarnąć. Nie drażnić więc nam Litwy napadami.

Zygfryd westchnął powtórnie, a później machnął tylko po swojemu ręką, chcąc przerwaćrozmowę. Dietrich jednak mówił dalej:

— Teraz nie wojną i napadami, lecz przyjaźnią z Litwą trzeba było wojować, słać obietnicę a nie wojnę Gedyminowi, na obietnicę potęgi,Litwina, jak szczupaka na przynętę, brać namnależy. Ten polski Ladislaus nie wyrosłe i marne ma ciało, lecz umysł wyniosły, sięga szerokoi daleko, przyjaźń jego a swadźba z Węgrami,utrze mu drogę do cesarza a Rzymu, a przy takich rządach potęga Zakonu, i tak już zachwiana, do szczętu zmarnieje.

— Nie zmarnieje! — porwał się Zygfryd, słuchający dotąd tak samo z zamkniętemi oczamimowy Dietricha, jak poprzednio słuchał opowieściDrega.

— Nie zmarnieje! — wołał, uderzając w stółpotężną pięścią.

— Nie zmarnieje, pókim ja mistrzem Zakonu!Nie zmarnieje! — powtórzył raz jeszcze i całyczerwony, z pianą na ustach, zwalił się na ławę.

Dietrich spojrzał na niego z pewnem politowaniem i przeszedłszy wolnym krokiem wzdłużkomnaty, we drzwiach rzekł do stojącego sługi:

— Powiedz ojcu Germanowi, że Wielki mistrzżąda się z nim widzieć.

I poszedł długim korytarzem w głąb komnatzamkowych.

Do wielkiej zaś sali wszedł wkrótce ojciecGerman ze zwykłym sobie spokojem na twarzy.Wszedłszy, rozejrzał się, a gdy w komnacie nikogo zrazu nie ujrzał, przyłożył rękę do czoła, zasłaniając się od bystrych promieni słońca, wpadających przez długie, wązkie okno jaskrawąbarwą. A potem wprost skierował się do zagłębienia, gdzie leżał bezwładny Zygfryd. Schylił się nad nim, dotknął jego skroni, a natarłszy jewyjętym z zanadrza balsamem, rozerwał też kaftan, cisnący szeroką pierś mistrza, dając co chwilawąchać maleńką amforkę...

Zygfryd począł wkrótce oddychać swobodniej,otworzył oczy, spojrzał na pochylonego nad nimkapłana, a ująwszy dłoń jego wychudzoną w olbrzymią lewicę, prawą szukał kubka z napojem.

German odsnuął kubek mówiąc łagodnie:

— Nie dla Waszej miłości teraz napój gorący.

Zygfryd, jak posłuszne dziecię, dłoń opuścił,po chwili podniósł głowę wołając:

— Jam potęgą Zakonu!

I wielką pięść wyciągnął przed siebie.

German dłoń tę ujął i powoli, ze spokojempołożył, mówiąc cichym głosem:

— Niech się Wasza wysokość uspokoi, dla dobra Zakonu i jego potęgi; nikt Waszej miłości tejpotęgi nie odbierze.

— Nikt? — powtórzył Zygfryd leniwym głosem i spojrzawszy na nachylonego kapłana, dałsię jego słowom ukołysać i wkrótce cisza, przerywana tylko ciężkiem sapaniem Wielkiego mistrza,zapanowała w komnacie.

Ojciec German podszedł do drzwi, a na znak dany przez niego, czterech olbrzymich knechtówpostawiło ławę ze śpiącym na kołach i wtoczyłogo do przybocznej sypialni.

German zostawił w spokoju Zygfryda i w zamyśleniu kroczył korytarzem do podziemia zamczyska.

Z głębi dziedzińca wchodził tam właśnie Dietrich w towarzystwie komturów. Ujrzawszy Germana, zawołał, wskazując na kilku, nędznie odzianych, zsiadających na podwórcu z wychudzonychkoni, żołnierzy:

— Oto robota i polityka Wielkiego mistrza!Günter zaprzepaścił najlepszych wojaków, nawet odnalezionych wychowańców Wolfshöhle wrazz jeńcami Litwa zabrała!

To mówiąc, jak szalony wbiegł w głąb zamku, a wpadłszy do izby, w której Zygfryda nawpół omdlałego zostawił, obejrzał się do koła.Nie zastawszy go, rzucił tylko pogardliwe spojrzenie w stronę, gdzie przed chwilą siedział,oczy mu zabłysły złowrogo i mruknął coś podnosem.

Potem oparł się o framugę okna, jak to miałwe zwyczaju, i jął wypytywać o szczegóły przywiedzionych przez siebie, okrytych jeszcze pyłempodróżnym, żołnierzy.

Ojciec German tymczasem widząc wzburzonego marszałka, spojrzał tylko za wchodzącymw komnaty zamkowe i szepcząc: „Pax Dei”,powoli ku Wolfshöhle pociągnął.

VIII

Wieść o niepomyślnej wyprawie na Litwędość znacznego oddziału, lotem ptaka rozniosłasię po wszystkich krzyżackich ziemiach. Komturowie, zarządzający powiatami, spodziewali sięco chwila głośnego wezwania w imieniu Wielkiego mistrza, lub potajemnych rozkazów Dietrichaz Altenburga, najpierwszego marszałka Zakonu.

Rozkazy jednak nie przychodziły, jakaś złowroga cisza zaległa ziemie krzyżackie; tylko tui tam przytłumione szmery słyszeć się dawałyna brak szerszego zajęcia, a tym sposobem iwojennych łupów.

Malborg nie wzywał ich ani na wojnę, ani naucztę, któremi Wielki mistrz podczas pokoju zwykłbył zabawiać swoich rycerzy. Na grudziązkimpowiecie siedział komtur Hochswald, prawa rękaDietricha, sojusznik w wielu sprawach tajemnych;ten najpierw spodziewał się wezwania od marszałka, lecz wezwanie nie przychodziło. Tymczasem jednego poranku, zdala, drogą od dolnejWisły, ukazywać się zaczęli jezdni. Nie byli tosąsiedzcy komturowie, ani ich wysłańcy, lecz niebyli to i nieprzyjaciele, na przyjęcie których grudziązki zameczek ani nie był przygotowany, ani też nie spodziewał się ich przybycia. Od tamtejbowiem strony mogli jednak ciągnąć tylko polscy rycerze, lecz ci wprzód zawadzićby musieli o Chełmno i sąsiednie powiaty. Byli to więc jacyśposłowie, którzy też niebawem stanęli w Grudziążu.

Hochswald przyjął przybyłych, kilka słów z nimi zamienił i zostawiwszy ich w swojej siedzibie,sam, nie czekając wezwania, udał się do Malborga, gdzie przybył równocześnie prawie z powracającymi z niepomyślnej wyprawy.

Na widok rycerza Hochswalda rozpogodziłosię chmurne oblicze Dietricha.

— Witaj nam komturze — rzekł doń marszałek łaskawie. Cóż, musimy obmyśleć jakiś środek, któryby zaradził popełnionemu głupstwu wielkiej głowy — ciągnął poufnie Dietrich, ujrzawszy się sam na sam z przybyłym.

— Wszak marszałek i komturowie od tego! — rzekł szyderczo Hochswald, uśmiechając się porozumiewająco. Obejrzał się jednak dokoła, jakbychciał się przekonać, czy są sami w niewielkiej komnacie Dietricha.

Dietrich zrozumiał wzrok jego, a spojrzawszybadawczo w twarz wiernego sobie komtura, zasępił czoło, pytając:

— Czy i stamtąd coś nowego!

— Tak, ze strony Ladislausa przybywają posłowie...

— Posłowie? — przerwał Dietrich — czegóżchce ten Klein-König, czy przyjaźni? ha, ha,ha! — zaśmiał się Dietrich.

— Z posłami Ladislausa ciągnie Bartelemo,legat Jego Świątobliwości Jana XXII i ten Gerward, biskup Kujawski, który tak gardłowałw sprawie koronacyi Klein-Königa.

— Więc cóż? — przerwał niecierpliwie Dietrich.

— Legatowi papieskiemu towarzyszy próczGerwarda, Janisław, arcybiskup gnieźnieński i Domarat, opat mogielnicki — ciągnął dalej Hochswald w odpowiedzi.

— Może przywiedziesz jeszcze kogo — rzekłDietrich, hamując wzburzenie.

— I tych chciałbym odwrócić od Waszej miłości, uważałem jednak za stosowne dać wamo nich wieści, najdalej bowiem za dwie doby staną w Malborgu, lub...

— Lub? — przerwał znowu Dietrich.

— Lub wezwą do ugody Wielkiego mistrza —dokończył Hochswald.

— A niech spróbują ruszyć z miejsca tenokseft na dwóch nogach — rzekł pogardliwieDietrich. I wielkiemi krokami zaczął się przechadzać po sklepionej komnacie, a chód jegociężki i cięższy jeszcze gniewliwy oddech, odpowiadał echem.

— Niech spróbują! — mówił jakby na połydo siebie. — Ale ten dla świętego spokoju, bylebygo z miejsca nie ruszono, przystanie na wszystko, zgubi Zakon i przyniesie hańbę imieniowijego.

— Obok tamtego, co dla spokoju wszystkopoświęca, jest ten, którego rozkazy nauczyliśmy sięspełniać więcej, aniżeli Wielkiego mistrza —rzekł poufnie Hochswald. — Rozkazuj więc Dietrichu von Altenburg, wielki marszałku krzyżackiego Zakonu.

— Rozkazuj, rozkazuj, tak łatwo wam mówić! Wam wszystkim się zdaje, że ja tutaj wszystko mogę, a oto macie najlepszy dowód, iż takiGünter umiał podejść tę beczkę, i oto poszedł,zatracił najpiękniejszy oddział, a prócz tego, zatracił dwóch najdzielniejszych chłopców z całego Wolfshöhle, na których budowałem wielkie nadzieje. Za jednego byłbym może uzyskał zupełnąugodę z Gedyminem, bo ten chytry Litwin jestzakamieniałym poganinem, — a chłopiec był wnukiem najbardziej szanowanego w ich pogaństwiekapłana.

— Widzicie więc, że moje rady niewiele pomagają! — dodał po chwili, jakby uspokojony; że mógł wypowiedzieć całą złość która mu na serce spadła kamieniem.

— Trudno nad tem rozpaczać — mówił Hochswald — wiemy, że co tamten rozkaże, zawszejest z krzywdą. Lecz właśnie w Was jedyna nadzieja. Teraz, gdy się zdarza sposobność i Ladislaus sam śle posłów o pokój, możemy granicerozszerzyć, a tym sposobem zagrozimy Gedyminowi.

— Co nam po groźbie, kiedy nam z nimi zgody potrzeba, inaczej Gedymin się wzmoże i ladadzień spadnie nam na kark i poodbiera ziemie na pruskiej Litwie! A wtedy hańba imieniowiKrzyżaków! — rzucił się Dietrich.

— Lecz Gedymin, widząc przymierze naszez Ladislausem, nie będzie śmiał ziem odbierać,bo potęga Zakonu wzrośnie przyjaźnią z tą nowąpotęgą polską, na którą i cesarz patrzy podejrzliwie — wtrącił Hochswald.

— Właśnie, że wszyscy, wszyscy patrzą natę potęgę, a nikt nie stanie przeciw nim widomie — mówił Dietrich z coraz większym gniewem. — Ten Ladislaus koronował się, papież nato zezwolił, Jan luxemburczyk słabo się opierał,bo i to niedołęga, a mógł był ten szmat ziemico Ladislaus zabrał, do Czech przyłączyć. W cesarstwie nie wiedzieć do kogo się udawać, gdy tron rozdwojony między Fryderyka austryackiego i Ludwika bawarskiego: jedność niemiecka sięchwieje, a jedność polska pod Ladislausem wzrasta. Nam więc, nam trzeba stanąć teraz na czeletej jedności germańskich ludów! nasza potęgapowinna im zastąpić cesarską i stać sie silną całemu światu. My, jako zakon pochodzący odnajpierwszych wojowników chrześcijańskiego świata, powinniśmy światu całemu przewodzić, nampowinny trony wszystkie hołdować! Tymczasem nędzne polskie książątko koronę sobie kładzie na głowę, a Zakon na czele ma takągłowę, która nic nie rozumie tego, jest tylko wielkim lejkiem, przez który wlewa się napój do beczki!

— Ha, to hańba! — wołał zapamiętale Krzyżak, pieniąc się ze złości, aż wreszcie, jakby mujuż słów na określenie tej hańby nie stało, usiadł,a oburącz podparłszy się na stole, skłonił na szerokie dłonie stroskane czoło.

— Od czegóż Dietrich von Altenburg! Wszakwszyscy, ilu nas jest komturów, uważamy cięzawczasu jako Wielkiego mistrza. Zygfryda więcrozkazy mogą być pominięte, a wola Dietrichastokroć przy układach szanowaną — mówił Hochswald przyciszonym głosem.

— Pochlebstwem chcesz mnie ująć, przyjacielu — rzekł, podniósłszy głowę Dietrich. — Czymyślisz, żem ja żądny władzy dla siebie? Wiem,ile ta władza trosk przynosi, ile wrogich ma umysłów, lecz jej pragnę dla Zakonu, który chciałbym postawić na najwyższym szczeblu potęgi.Jam Krzyżak z krwi i kości, dla mnie nieistniejąludzie tam, gdzie krzyżacki miecz nie włada,a widzę, że im dalej odwlecze się moje mistrzostwo, tem trudniej mi będzie podźwignąć upadający Zakon, tem ciężej przenieść całą potęgę germańską na ręce krzyżackiego Zakonu. Tak, terazczas zgnębić sąsiadów, za jakąkolwiek cenę zgnębić ich pragnę! Teraz jedynie przyjazna chwila!cesarze gryzą się o koronę, papież musiał opuścićRzym i tam w Awinionie zamieszkać. Tak, terazZakon musi pochwycić najwyższą władzę i w swojej potędze zjednoczy wielkość germańską!

— Więc Zygfryda usunąć... — szepnął Hochswald.

— Nie, strącić go z mistrzowstwa nie możemy,ma on swoich przyjaciół, nie możemy uczynićtego bez zezwolenia papieża, a wiesz jak on jestku nam źle usposobiony...

I spojrzał Dietrich na przyjaciela, gdy oczyich się spotkały, w źrenicach ich zabłysła myśl,którą obaj doskonale rozumieli, a której jednakżaden z nich głośno wyjawić nie śmiał. Popatrzyli więc tylko na siebie porozumiewająco,a Dietrich, jakby po krótkiej walce ze sobą,wstrząsnął głową, mówiąc:

— Nie, po stokroć, nie!

I wstrząsnął się, a twarz jego, oszpeconagniewem, jakoś wyszlachetniała, jak gdyby z gładkiej płyty marmuru zrzucił kto pokrywającą warstwę błota, lub gad, kalający go swoją posoką.Powoli stawał się spokojniejszym, lecz odbłyskszlachetności, szyderstwo i chytry podstęp zajęły,a sfałdowane czoło świadczyło o głębokiej trosce,nurtującej duszę Krzyżaka.

Zapanowało milczenie, tylko ciężki oddechdwóch ludzi słychać było w komnacie.

— Tak — przerwał nagłe Dietrich — musiciemi dopomódz, ja nie dam ginąć Zakonowi, niepozwolę, by jakieś lackie książątko nabierałoprzewagi. Posłów przyjąć trzeba z całą hojnościąi bogactwem Zakonu, trzeba ująć sobie legata,Włoch musi być naszym, a to co on przedstawipapieżowi, powinno nas w dobrem świetle przednim przedstawić. Biskupów polskich, którzy całyproces Ladislausa o ziemię z nami prowadzą,trzeba również ująć, choćby datkiem, obietnicamidostojeństw...

— Niebezpieczna to droga i nią nam wojować nie można — rzekł Hochswald — mają tobyć tacy, jakim był ich pierwowzór biskupi w tymkraju, św. Stanislaus, który się królowi porąbaćpozwolił, a nie ustąpił.

— Ha, nie datkiem, to obietnicą rozszerzeniawiary i potęgi państwa, ująć ich można. A gdyzawrzemy z nimi ugodę, wtedy łatwiej pokonaćnam będzie dumnego Gedymina, który, słyszę,zamek nad Wilją buduje obronny i gród nowyzakłada.

— Tak, i to zamczysko podobno kamienne,bodaj, czy nie na wzór naszego, tak mówią przybyli z ostatniej wyprawy — podsunął Hochswald.

— Niechaj buduje, i z nim nam potrzebaprzyjaźni. Kiedy my więc tutaj układać się będziemy z posłami Ladislausa z wiedzą Zygfryda;potajemnie wraz z Robertem von Wartburg i Zygfrydem von Papenheim poniesiecie Gedyminowidary i wejdziecie z nim w przyjaźń, nakłaniającdo pognębienia Ladislausa, jako czyhającego naziemie za Bugiem. Wasza głowa w tem, żebyGedymin zgodził się iść z nami ręka w rękęi skłonił lud swój do wyprawy na wschodnie polskie ziemie. My tymczasem wytargujemy na polskich posłach, jak najdalej w ich ziemiachgranice, podpiszemy ugodę, zostawiając sobie jakiś uboczny punkt do zerwania; łatwo nam będzie, boć ani ów Bartelemo, ani przemądrzały Gerward, ani też dwaj gardłujący za sprawą Ludislausa biskupi, na prawie zgoła się nie znają.

— Rozumiem — odrzekł słuchający pilnieHochswald. — A potem, gdy Gedymin spadnie na polskie karki, podburzyć można mazowieckiego księcia, aby dopominał się o ziemie, które Ladislaus pod swą władzę zagarnął.

— Do tego łatwo Ziemowita skłonimy, on i tak niechętnie na wyniesienie się Klein-Königa patrzy, boć te szmaty ziemi, związane w jednąkoronę, zagrażają i dumnym mazowieckim książętom — prowadził dalej Dietrich myśl podsuniętą przez Hochswalda. — Zresztą, chciwe toksiążątko, łatwo obietnicą pomocy pozyskać, trzeba tylko rąk, któreby w pracy dopomagały,a przedewszystkiem głów, coby umiejętnie, bezwiedzy Zygfryda, lub choćby za jego wiedzą leczz potwierdzeniem tego opaśnego wołu, wzięły dodzieła.

— Rąk i głów na wykonanie waszych rozkazów, marszałku, nie zbraknie — rzekł Hochswald. — O mojej wierności mówić nie potrzebuję,lecz jesteścież pewni, że w poselstwie na LitwęRobert von Wartburg i von Papenheim dzielniewam dopomogą?

— Dopomogą, jeśli wy, Hochswahldzie, rękaw rękę ze mną idąc, rzecz całą przeprowadzicierozumnie. Wielki mistrz, chcąc mieć Wielkiegomistrza miano, udaje że słucha, gdy mu mówiąo sprawach Zakonu, a zwłaszcza o nabyciu ziemod lechickiej strony, ba, jako też i o rokowaniachz Ziemowitem, boć wie, że na tej drodze zyskidla Zakonu pewne, pewniejsze niżeli w otwartejwalce. Lecz gdy mu kto wspomni o ugodziez Gedyminem, wytrząsa się i burzy, jako napójdługo w zamkniętej beczce stojący. Zdaje musię, że gdy ten szum a burzyny na litewskiepola wypuści, zaleje oczy całemu ludowi. Tymczasem lud ten coraz staje się sroższym, posuwagranice ku Rusi i pod Nowogród, używając wszelkich sposobów, by stać się podobnym ucywilizowanym ludom. Bodaj nawet potajemnie i dopapieża Gedymin sięga i obietnice przyjęcia wiary Chrystusowej czyni, byleby tylko naszego apostolstwa nie potrzebował. Co gorsza nawet, stawiając zamki, staje się nam groźnym, napadynasze nie są mu już straszne jak wtedy, gdyw chatach chruścianych siedział... Niewiele potrzeba, by z bronią do naszej podobną, wpadł nanasze ziemie i na naszych karkach, w krzyżackichdzielnicach sprobował ich mocy. Lecz ten opasnie wierzy temu, dla niego Litwa jest zawszetym samym dzikim, co dawniej, krajem i w żadne z nią rokowania wejść nie chce...

— Lecz wy tego chcecie, chce tego Zakoncały, wszyscy komturowie — przerwał ogniścieHochswald — cóż więc oglądać się mamy na tębryłę mięsiwa.

— A jednak dla utrzymania porządku w Zakonie, bryła ta jak wiecie potrzebna — podjął Dietrich. — Ten sam Wartburg lub Papenheim, dziśmówiący ze mną tak otwarcie, kto wie, czy niekryją dumnych zamiarów, aby po zejściu Zygfryda ująć mistrzowskie berło, trzeba więc każdego z osobna utrzymywać w tej wierze, że imtylko godność się ta należy. Dla tego nawet wzywam ich do potajemnego na Litwę poselstwa...

— Upewnię ich więc, szepcząc każdemu naucho, że zawarcie z Litwą przyjaznych stosunków, będzie dla każdego szczeblem do godnościWielkiego mistrza; nie obawiajcie się, Dietrichuvon Altenburg, Hochswald umie szanować waszezaufanie i tak jak wy pragnie wielkości zakonu.

— Przy którym marszałkostwo główne wam,dla dobra tegoż Zakonu musi być powierzone —rzekł Dietrich, kładąc rękę na ramieniu przyjaciela.

— Dla dobra Zakonu, na sławy krzyżackiegoimienia, które pragnąłbym, jako i wy, podnieśćdo najwyższej potęgi — odrzekł Hochswald i uścisnąwszy podaną sobie dłoń przyszłego mistrza,poszedł spocząć, a Dietrich rozweselony, podążyłdo Wielkiego mistrza z oznajmieniem przybywających gości.

Zygfryd leżał, jak zwykle, w swej komnacie,na szerokiej ławie, okrytej miękką oponą i niedźwiedzią skórą, zdobyczą zapewne z Litewskiejwyprawy. Ogień z marmurowego komina rzucałjaskrawe światło, oświecając rozrosłe, lecz bezwładne jego ciało i twarz bezmyślną, ułożoną dozupełnego spokoju. Na odgłos otwierających siędrzwi i znanych mu dobrze kroków, Zygfryd poruszył ustami z pewnem skrzywieniem, jak gdyby czuł przedsmak gorzkiego lekarstwa, potem przymknął oczy, westchnął głęboko, lecz mimo to dałznak ręką wchodzącemu, ażeby się przybliżył.

— Zawsze ta niemoc w nogach, obezwładniamnie ona zupełnie... — począł leżący, tłómacząc sięniejako ze swego spoczynku.

Dietrich nie słuchał nawet jego wyrazów, leczstanąwszy obok Zygfryda, rzekł:

— Przybywają nam goście, z którymi trzebasię rachować, tak w przyjęciu, jak w słowach.

Zygfryd jeszcze więcej przymknął powieki,jak gdyby chciał się uchronić od widoku przybywających.

— Legat jego świątobliwości Jana XXII w towarzystwie Gerwarda, biskupa Kujawskiego, Janisława, arcybiskupa gnieźnieńskiego i Domarata,opata mogielnickiego, tych dwu krzykaczy w sprawie Ladislausa o Pomorze — ciągnął dalej Dietrich.

— Jego świątobliwości Jana XXII — powtórzyłleniwie Zygfryd. — Wszak już ojciec święty przysyłał legata w sprawie biskupa ryskiego i sprawa ta zakończona — dodał po chwili, z widocznym wysiłkiem.

— Z biskupem już zakończona — rzekł Dietrich, hamując niecierpliwość — lecz rozpoczynasię sprawa Ladislausa o ziemie Dobrzyńską i Michałowską, o które proces nam wytoczył królpolski, a ze skargą śle wciąż do papieża. Gerward prócz tego, rości sobie pretensyje do częściKujaw, przez nas zajętych... Bóg wie, co przynoszą ci posłowie.

— Więc radź, marszałku — rzekł Zygfryd —wszak widzisz żem niemocen...

— Radzić mogę, lecz na ostateczną ugodętrzeba zezwolenia Wielkiego mistrza, musicie więcstanąć osobą swoją wśród przybyłych, lub...

— Lub? — przerwał z ożywieniem Zygfryd.

— Lub przy zwołanych pospiesznie komturachdać rozkaz, aby moja wola była wypełnioną jakowasza — rzeki powoli Dietrich.

— Nigdy! — krzyknął Zygfryd, zrywając się.To pognębi moją powagę, postawi waszą władzęobok mojej, a tylko ja, ja tutaj Mistrzem! Ja,Zygfryd von Feuchtwangen! nikt mojej władzynie zagarnie, rozumiecie, nie zagarnie! — zerwawszy się, wołał, i pienił się i czerwienił coraz więcej Zygfryd.

— Nikt nie śmiałby podnosić na tę władzęręki — odparł Dietrich spokojnie — jak też i nikt z radą nie wystąpi. Niech ojciec święty przysyłaklątwy, a Zakon niech za zdobyte krwią swojąziemie płaci grzywnami, rozsiewając hańbę swojego imienia, my z pokorą tylko schylimy głowę,szanując w tem wolę Wielkiego mistrza — dodałDietrich, a schylając głowę z udaną pokorą, cofałsię ku drzwiom.

— Co to, groźba! rozprzężenie w Zakonie! —krzyczał Zygfryd zrywając się z ławy i stającna całą wielkość olbrzymiej swojej postaci.

— Nie, to uległość — rzekł szyderczo Dietrich.

— Ja zdepczę was wszystkich, tu, pod mojąstopą — rzekł Zygfryd, uderzając potężną nogąo podłogę. — Tu, pod moją stopą zegnie głowęLadislaus, zetrę potęgę Gedymina i Zakon uczynię potężnym! — wołał, podnosząc pięść do góry.

Lecz nagle zachwiał się i runął na ziemię.

A marszałek spojrzawszy z pogardą na leżącego, rzucił, odchodząc:

— Gdyby nie Dietrich von Altenburg, tak runęłaby potęga krzyżacka!

I uderzywszy młotem żelaznym o wiszącąblachę przy drzwiach komnaty, wyszedł z minązwycięzcy, a na odgłos młota zbiegła się służba,czuwająca snać w pobliżu nad Zygfrydem, którypo każdym wybuchu gniewu wpadał w omdlenie.

I znowu powtórzyła się znana nam już scena przywołania ojca Germana z trzeźwiącemi lekami.

Gdy potężny Zygfryd przychodził do siebie,stawał się zwykle łagodnym jak baranek, a raczej obojętnym, spoglądającym na wszystko z bezmiernym spokojem, byleby mu tylko nikt tegopokoju nie naruszał.

To też gdy we dwa dni potem Malborski zamek roił się przyjezdnymi, Dietrich von Altenburg w otoczeniu najprzedniejszych komturówprzyjmował dostojnych gości i w imieniu Zygfryda, zawierał z nimi układy. Gdy zaś po skończonych ucztach i rycerskich ćwiczeniach, które na zamku dla przybyłych wyprawiono, goście ciopuszczali krzyżackie zamczysko, Barthelemo niósłpapieżowi dary, na znak uległości Zakonu, a posłowie Władysława Łokietka obietnicę zwróceniaziem żądanych, zapewnienie przyjaźni i prośbę,aby nowo koronowany król wszedł w ugodęz krzyżackim Zakonem dla podniesienia wyprawykrzyżowej przeciw pogańskiej Litwie. Jednocześnie zaś Hochswald z Zygfrydem z Papenheimu i Karolem z Wartburga, dążyli szlakiem kupółnocno-wschodniej stronie, niosąc sojusz zakonuprzeciw zjednoczonym ziemiom pod potężnem ramieniem ukoronowanego małego Ladislausa.

IX

Gdy na malborskim zamku zamieszki i kłótniewprawiały w wściekłość rycerzy krzyżackiegoZakonu, a rządy Zygfryda rozprzęgającego sięporządku przywrócić nie zdołały, gdy marszałekzakonu Dietrich von Altenburg, miotający się bezprzestannie na słabe rządy mistrza, usiłował na swój sposób potajemne prowadzić umowy, Polskapod mądremi rządami Władysława Łokietka wzrastała w potęgę, jednocząc rozproszone ziemie podjednem berłem.

Monarcha ten zapewniwszy sobie przyjaźńi pozwolenie papieża, Jana XXII, wezwał biskupów i kazał się koronować w Krakowie roku1319. Koronacyją tą uczynił Kraków najpierwszemmiastem w kraju, stolicą, czem przejednał zupełnie niechętnych sobie jego mieszkańców. Sprzymierzył się też i z Węgrami wydając córkę swą Elżbietę za mężnego ich króla Karola RobertaAndegaweńskiego, który również kosem okiemna niemieckie sprawy poglądał, a przeciw Krzyżakom, jako odrośl germańskiej potęgi chętniepomoc swą Łokietkowi obiecał. Tak więc ówzakon musiał się teraz rachować z Polską, a chociaż mimo rozkazu papieża, nie oddał jej ziemimichałowskiej i pomorskiej, wyzywając ją niejakodo wojny, teraz sprawę z potężnym jej królemuważał jako ostrą kość, do przełknięcia trudną.Dietrich więc, nie mogąc od południa lub zachodu zjednać sobie sprzymierzeńców przeciw Polsce, postanowił nieprzyjazną jej dotąd Litwęjeszcze więcej wrogą uczynić. Przez lat trzy żadne znaczniejsze napady od strony Krzyżakównie trapiły mieszkańców ciemnych puszcz i lasów;jeżeli zaś jaki niewielki napad zniszczył siołoi mieszkańców uprowadził, Dietrich von Altenburg słał zaraz do Gedymina z zapewnieniem,iż to tylko część nieposłusznych ciurów napad uczyniła, on zaś domniemany przyszły Wielkimistrz, dzierżący i teraz już władzę, obiecujeprzyjaźń i braterstwo. Prócz tego obiecywał Wielkiemu księciu królewską koronę od samego papieża i cesarza, równającą się godnością i potęgąinnym panującym. Namawiał też do wspólnychnapadów na Polskę, które i tak Litwa uspokojona od strony Krzyżaków często przedsiębrała.

Wyprawy te robiono tak dla łupu, jako teżi z przyzwyczajenia do walki, bez której ludy owe już obejść się nie mogły. Szły więc posłyZakonu do książęcej stolicy, ciesząc się z walkidwóch ludów i zagrzewając do niej tajemnie. Ludlitewski krzywem okiem spoglądał na przeciągających posłów krzyżackich; przeczuwał bowiem,iż chcą knezia na wiarę krzyża nawrócić, obawiając się jednak potęgi Zakonu i władzy Gedymina, nie zrywał się do boju.

Lecz i Łokietek miał równą broń z Zakonem.Krzyżacy mieli potęgę miecza, Łokietek miałnowe zjednoczone państwo, łaskę papieża, przyjaźń chwilową niemieckiego cesarza, przyrzeczonąpomoc Węgier a własnych rycerzy i miecze wyrównywające sile i obosieczności krzyżackiej.Odpierał więc napady Litwy, zabierał w walcejeńców, lecz z tymi rozkazywał dobrze się obchodzić. Nie jednemu pozwolił wracać do swoich,a ten, uszczęśliwiony ze swobody, roznosił wśródludu wieść o malutkim człowieku u sąsiadównad Wisłą, co wielkim rządzi narodem. I jednałsobie przychylnych pośród zapadłych grodkówlitewskich, a wielu już Kunigasów miał za sobą.

Słał więc swoich Dietrich, lecz słał i Łokietek na dwór Gedymina a zwykle tak się działo,że ledwo wyjechali zbrojni Krzyżacy, wjeżdżałorycerstwo Łokietkowe. Łączyło się też z Łokietkowemi ziemiami i mazowieckie księstwo, a nieprzychylny mu dotąd stryj Ziemowit, książę naPłocku, widząc potęgę małego synowca, zawarłz nim ugodę przeciw Krzyżakom i wspólnie z nimgarnął się do litewskiego knezia. Tak więc zamekjego w Wilnie od dwóch lat ciągłych przyjmowałgości, a wzbogacona zajęciem ziem ruskich Litwa,coraz to więcej wychylała się z za ciemnychswoich lasów. Gedymin zaś, zawarłszy roku 1321przymierze z arcybiskupem ryskim Wilhelmemi przez niego torując sobie drogę do papieża, niewiele sobie w ostatnich latach robił z Krzyżaków.

Tymczasem wysłani posłowie Zakonu, spotykając po drodze drewniano, gdzieniegdzie opatrzone chrustem zamczyska, wzruszali tylko ramionami z pogardą.

— Po co tyle zachodu? — mówił Zygfrydvon Papenheim, u nas stajnie a psiarnie są lepsze,aniżeli te domostwa!

— Nogą kopnąć a cała Litwa się rozwali.Nie rozumiem czemu Wielki mistrz tyle pracysobie zadaje, mówił dalej Zygfryd nieznającydotąd Litwy. Z tymi, którzy są z nami, podjąłbymsię tę psiarnię rozproszyć.

— Boście jeszcze nie probowali litewskiegoramienia, a nie znacie też ich skrytych zabiegów,ozwał się Robert z Wartburga, rycerz doświadczony, co już w niejednej był tutaj walce. Zdasię, że to kupa chrustu, gliny, kamieni i kłóddrzewa, a gdy z pod tego wszystkiego wyroi sięlud gruby i nieociosany jako te kłody i siądziena karku, to i ostry miecz krzyżacki i świadomość wojenna nie wiele pomoże. Dzikie to, a teżjako dzikie rwie się bez pamięci i rzuca na najbardziej uzbrojonego człowieka. A twarde i dumnejako te bory, przez które nie łacno nam się przedzierać było.

I rzeczywiście, na pozór wszystko było dozdobycia łatwe, bo zamiast wałów doskonale usypanych i fos obronnych, tam był rów, owdziedół na poły napełniony kamieniami, od jednejtylko strony zaczęto kopać porządną fosę, a z wyrzuconej ziemi sypać wał, przekładając go i ubijając gęsto kamieniami a strojąc kopaną murawą.Po chwili trudnej przeprawy przez rowy i korzenie, zaczął się ukazywać na wzgórzu nowowznoszący się z kamienia zamek, którego wieżyce i baszty jeszcze wykończone nie były.

— I wilki uczą fcguwiaka swoje ochraniać, już nie tylko na swoje rachują pazury, — Zygfryd, spostrzegłszy ów wal obronnyi kainieuue mury Gedyniinówejro zuuiku, a wreszcie i domostwa porządnitysze, które WiłijaiWilejkn okrążając, jakby dwoma ramionami, czyniła z natury miastem obronnem.

— Hm, Zakon miał słuszność wysyłając zezgodą, bo gdy te wilki będą miały oprócz przyjaźni z ryskim biskupem, władzę nad Rusią, wałyochronne i braterstwo z polskim Ladislausem, toz marnej garści dziczy staną się wrogiem, z którym Zakon musi się pilnie rachować, rzekł Robert przypatrując się wałom.

— Robercie von Wartburg, mówisz tak, jakobyś we własną sprawę wiary nie miał, ozwałsię milczący dotąd Hochswald. Jesteśmy nato wysłani, przez Wielkiego mistrza, żeby zgodyz Ladislausem niedopuścić, a ku nam ją obrócić.

— A który to Wielki mistrz was wysłał, rycerzu von Hochswald, czy ten, co jak beczka naligarach leży dniem i nocą na ławie, czy ten, corwie się by jak najprędzej po nim władzę zagarnął? ozwał się z uśmiechem Robert.

— Gardłujcież tak, żeby wam za powrotemmądra głowa od gardzieli na wieki nie odskoczyła, dodał po chwili.

— Co to, groźba? zawołał z iskrzącem okiemHochswald.

— Nie, to przyjacielska rada towarzysza Zakonu, odrzekł szyderczo Robert.

A w tem od błotnistej strony zamku, gdziemost ruchomy z desek był ściągnięty, a bystropłynąca Wilija niedozwalała przystępu, ozwały siętrąby, a potem głos donośny pytający w jakimcelu przybywają posłowie. Zygfryd kazał zatrąbić na znak pokoju i zgody. Wkrótce po przedstawieniu tych oznak most z ruchomych desekzostał rzucony na rzekę, a posłowie Zakonu,trzymając przed sobą miecze w pochwach wjechali w głąb podwórca, pogardzanego przez siebie drewnianego zamczyska.

Tu i owdzie błysnęło za nimi złowrogie spojrzenie Litwina, tu i owdzie syknęło przekleństwo,lecz posłowie ni oka, ni ucha na to w tej chwilinie mieli. Im była potrzebna przyjaźń Gedyminowa!

A snać spodziewano się tych posłów na książęcem zamczysku; bo Gedymin otoczony najprzedniejszymi Kunigasami, mając po prawejstronie sędziwego Tubingasa, a po lewej synaLubarta, księcia wołyńskiego, siedział na wzniesieniu. Na głowie śpiczasta z sobolich skór kneziowska czapa, na ramionach rysia zarzuconaskóra, nogi oparł na żywym w kłąb zwiniętymniedźwiedziu, a stojące przy nim lipowe chodakiświadczyły, iż kneź na przyjęcie posłów niezaniechał codziennych obyczajów. Nogom bez obuwia pozwalał odpoczywać wygodnie w kudłatychzwojach żywego podnóżka, obok którego leżałyjeszcze, pysk oparłszy na przednich łapach, dwaniedźwiedzie, jakby gotowe na każde skinienie swojego pana. Żadnego uzbrojenia nie miał Gedymin, lecz za nim stali pachołkowie ze zwieszonym łukiem ku ziemi. Obok Chroniwosa stałSiewros i Jaśko w lniane szaty odziani, a wyrośli i wśród puszcz litewskich zmężnieli. Tużzaraz za księciem stał ślepiec Bernard z nieodłączną swą gęślą, był on jeszcze bardziej wybladły i zwiędły z otwartemi, choć nic niewidzącemi, w jeden punkt zapatrzonymi oczyma. Tenostatni miał służyć za tłómacza między przybyłymi a Giedyminem, który, obawiając się zdrady chciał oprócz tłómacza przywiezionej przez posłów Zakonu, mieć jeszcze swojego.

Od chwili bowiem, gdy się Gedymin dowiedział o wychowańcach Wilczego Gniazda tak cudownie Litwie wróconych, zażądał, aby ci dodworu jego należeli. Bernard zaś szczególne miałłaski; nie wydawał on się jawnie z wyznawanąprzez siebie wiarą, dziwny jednak urok ciszyi pokoju na otaczających wywierał; rzekłbyś zaczerpnął tego uroku od swego mistrza ojca Germana w zakonie... Sam Gedymin nawet chętniesłuchał jego głosu. Wychowańcy zaś WilczegoGniazda postawieni byli na urągowisko Krzyżakom, a nie omylił się też w swojej rachubie Gedymin, bo zaledwie weszli pogłowie do komnatyzamkową, rycerz Hochswald aż pokraśniałi zgrzytnął zębami ujrzawszy dawnych wychowawców Zakonu groźnie patrzących na siebie.

— Witam was, mili goście w moim ubogimzamku, wielki to zaszczyt dla tak mizernegoksięcia, że posłów potężnego Zakonu widzi u siebie. Mówił z udaną pokorą, choć wyniosłym głosem Gedymin, rozkazując wyrazy swe powtórzyćBernardowi.

— Rozumieliśmy doskonale waszą mowę wielkii potężny książę na Wilnie i całej Litwie. Namto zaszczyt przynosi, że nas wysłuchać raczycie —ozwał się rycerz Hochswald, władający doskonalelitewską mową i właśnie jako tłómacz przybyły.

— Och. nie wiedziałem, że tak znacie naszdziki język! dla tego też zapewne i nasz tłómacz,który w wojnie oczy postradał, i te oto młokosydodał wskazując na Siewrosa i Jaśka mowy swejwśród was nie zapomnieli. Jednak chociaż wywładacie naszą dziką mową, wasi towarzysze,a mnie mili goście, zapewne jej nierozumieją i dlatego niechaj ów młody ślepiec powtarza naszewyrazy. Ale skoro przynosicie nam pokój a zgodę, bywajcie nam mili w naszym biednym grodzisku, jakoby w swoich komnatach, a zasiądźciez nami do uczty i czarny chleb, co nasza ziemiawydaje i mięsiwo zwierza naszych lasów i miódod naszych pszczół raczcie spożywać.

To mówiąc Wielki książę klasnął w dłonie,a pachołcy postawili przed wzniesieniem książecem stół wielki, dostający wysokością siedzącegoGedymina i całego otoczenia, kiedy w drugimrogu naprzeciwko książęcego wzniesienia, stół sięznacznie zniżał. Przy nim na przystawionej ławieGedymin wskazał miejsca gościom. Wszystko tozaś kazał urządzić przebiegły książę, żeby mającposłów Zakonu przy jednym ze sobą stole, z góryna nich spoglądał.

Posłowie spojrzeli wzajem na siebie, po dumuem czole Hochswalda przeszedł błysk złowrogi,nic jednak żaden nie rzekł na to widoczne niedobrze wróżące dla sprawy upokorzenie. Nie siedli też na wskazanych miejscach, owszem usunąwszy się na bok zamienili kilka słów po niemiecka półgłosem, tak, że ani ucho Gedymina,ani nawet delikatny słuch Bernarda wyrazówpochwycić nie mógł. Na rozkaz Zygfryda pachołkowie przybyli z nimi, a trzymając dary postąpili ku Gedyminowi, stół zastawiony okrążając;niedźwiedzie jednak nie pozwalały zbliżyć się doknezia. Nie objawiały one swojej ku nieznajomym niechęci, ale spojrzały na nich rozumnemioczami, co wstrzymało w należytej odległościprzynoszących pod czerwoną oponą od Zakonudary.

— W księgach naszej wiary stoi, — ozwałsię Hochswald, — że dobry i wiemy sługa nie powinien tknąć jadła i napoju, nie powinien strząsnąć pyłu podróżnego z odzienia, póki nie spełnirozkazów swojego pana. My też chcemy być wiernymi temu, co zapisano w księgach, a i wiernymi Wielkiemu mistrzowi Zygfrydowi von Feuchtwangen. W imieniu więc tegoż Wielkiego mistrzajako i całego Zakonu, przynosimy dary wielkiemuksięciu litewskiemu Gedyminowi, potężnemu władcy ziem ruskich, prosząc, ażeby je przyjął jakoznak zgody a braterstwa z Zakonem.

— Dary przyjmujemy, ozwał się Gedymin,kryjąc pod obfitym zarostem uśmiech szyderczy,boć jakżebyśmy śmieli odrzucić dary tak bogatej i potężnej dłoni, jak dłoń krzyżackiegoZakonu.

Posłowie się skłonili nabierając otuchy.

— Zgoda takoż nam do scrca idzie, a braterstwo, chcielibyśmy chadzać w nim z wami, —mówił po chwili Gedymin, lecz u nas jako i u wassą postanowienia, że bracia jednaką tylko drogą iśćmają, a Zakonu droga i litewskiego księcia,to bodaj wcale jest różna.

— Braterstwo łacno przyjdzie skoro jeno zgodę i dary przyjmujecie; odrzekł Hochswald. Tomówiąc, dał znak dwom potężnym pachołkom,którzy się pod owemi uginali darami. Pachołcyzbliżyć się chcieli, lecz zwrócone oczy niedźwiedzi powstrzymały ich znowu na miejscu. Gedymin skinął, Siewros i Jaśko podeszli czekając narozkazy.

— Mam ja tu, rzekł książę, swoich młodzieniaszków, pewnoć znana Zakonowi ich siła, podołają oni choćby największym ciężarom, a waszym pachołkom oszczędzą strachu przed mojemisługi, dodał, wskazując na leżące niedźwiedzie.

Siewros zdjął oponę i wziął z rąk pachołkówprzyłbicę i na konia oponę, Jaśko ujął piękniewyrobioną zbroję jedną ręką, drugą miecz wielki,a przytrzymawszy pochwę zębami wyciągnął goi podniósłszy ku górze lekko zabłysnął przedoczyma zdziwionych jego siłą posłów krzyżackich.Z temi darami wskoczył na wzniesienie, a takzwinnie i lekko jakby zamiast miecza trzymałsokoła. Poczem przykląkł przed księciem i podałmu miecz obnażony.

— Dobra wróżba — rzekł Gedymiu wesoło,lackie pacholę miecz obnażony podaje, i to mieczkrzyżacki, a litwin prawy hełm od Zakonu przynosi.

To mówiąc, odebranym mieczem, nie wstającze swego książęcego tronu, krąg przed sobą zakreślił i kilka cięć na prawo i na lewo w powietrzu wykonał. I wreszcie oddał go Jaśkowi,który włożywszy miecz w pochwę, oparł go przyboku księcia, i podając zbroję, gdy jednocześniehełm i piękną na konia oponę Siewros składał u nóg Gedymina.

— No, tego przymierzać nie będę rzekł Gedymin, bo czapka wielkiego Kunigasa a kneziai te rysie skóry, równie mnie od nieprzyjaciółzasłaniają jako i najtęższe zbroje. Lecz dar Wielkiego mistrza jest my bardzo drogi, a na zamkuzłożonym będzie jako dowód jego ku nam przyjaźni.

— Przyjaźń ta szczera, a tak przez będącegoobecnie Wielkiego mistrza Zygfryda von Feuchtwangen, jako i wszystkich marszałków zakonuz Dietrichem vou Altenburg na czele, jest najgorętszem na przyszłość życzeniem — ozwał się Zygfryd von Pappenheim.

— Przyjaźń ta większą jeszcze miałaby pewność, gdyby wasza książęca mość powolną była pokornym radom zakonu... — dodał Hochswaldzbliżając się ku Gedyminowi.

— Na wszelkie rady dość jeszcze czasu —odparł niecierpliwie Gedymin. Stary zaś Tubingaszwrócił swoje ślepe białkiem przewrócone źrenicena mówiącego, chcąc temi oczami, bez wzroku, dogłębi mówiącego przeniknąć. Tak zaś kneź, jaki Tubingas co innego pod tą radą rozumieli,pierwszy połączenie się z zakonem przeciw Polsce, drugi przyjęcie chrystyjanizmu. To też Gedymin zmarszczył tylko brwi i wpadł w zadumę,kiedy stary kapłan zacisnął pięść, zerwał sięz siedzenia, lecz przypomniawszy sobie słowodane kneziowi, opadł na siedzenie, tylko rękąw krawędź ławy tak uderzył, jak gdyby chciałją wyrwać z pod siebie i rzucić na przybyłych.Chroniwos również uczynił jakiś ruch niespokojnyi bezwiednie prawie ujął toporek tkwiący zapasem.

— Najlepsza rada pokrzepić się po dalekiejdrodze — przerwał wreszcie milczenie Gedymini klasnął w potężne dłonie.

Na znak ten, pachołkowie wnieśli ogromnemisy dymiącego się mięsiwa. Na jednych leżałzwierz poćwiertowany, na innych w całości, nadogniskiem pieczone wielkie łosie i dziki. Przedkneziem stawiano owe niepocięte zwierzęta, a tenbiorąc za nogi darł je w kawały, jeden dającślepemu Tubingasowi, drugi zabierając sobie, resztę oddawano godownikom, stawiając tylko przedLubarteni, jako synem książęcym nienapoczęte misy, jako też i przed posłami zakonu. Ci mimopewnej niechęci jaką widzieli w kneziu i całemjego otoczeniu, dość często rzucali ogryzione kości psom czekającym na kęs swój pod stołem.

Zaraz też za każdym prawie ucztującym zjawił się pachołek, nalewając z wielkich pozłocistych dzbanów napój sycony z miodu i chmielu,a wielce przez krzyżaków lubiany, chociaż onibyli więcej do wina przyzwyczajeni.

Jeden tylko Tubingas nie tknął owego napoju,wylał go za siebie na objatę bogom, a wody kryniczucj kazał przed sobą postawić.

Wkrótce przy uczcie zrobiło się gwarno, twarze zaczerwienione zwiastowały pewne zadowolenie, kryjące jednak w głębi gryzącego robakanieufności. Bernard, na znak Gedymina śpiewałtrącając w gęśle, nucił pieśń starą, lecz pieśń tabyła tylko szumem, echem odległem, które przygłuszone zostało coraz to gwarniejszą rozmową.

X

Uczta przeciągnęła się prawie do słonka zachodu, godownicy, jak i gdzie który mógł, leglina spoczynek, a że niewielkie były wymaganialudzi nawykłych do niewczasów wojennych, niewielkiego też potrzeba było przygotowania dlaprzybyłych gości. Z tem wszystkiem starzec, zarządzający zamkiem Gedymina, krzyżackim posłom wskazał izbę z zasłanemi wilczurą łożamii misternie tkanemi lnianemi ręcznikami, misąwody, a także i przygotowanym dzbanem napoju.

Gedymin legł w swojej komnacie, mimo jednak napoju, długo przewracał się na łożu, a sennie sklejał jego powiek. Po wesołej uczcie snaćjakaś myśl niespokojna trapiła jego głowę. Zasnął wreszcie, lecz widocznie jakieś straszne widziadła snuły mu się po głowie, bo zrywał się często,wymawiając urywane wyrazy, a zaledwie jutrzenka wychyliła się z szarego pomroku, książę siadłna posłaniu i przetarł oczy, otwierając je szeroko. Westchnął wreszcie jak człowiek, który zrzuciłz siebie ciężar, lecz jeszcze czuje brzemię jegona swoich barkach.

Na to westchnienie obrócił się ulubiony niedźwiedź, spoczywający opodal łoża, przysiadł natylnych łapach, łeb podniósł do góry i słuchał,oczekując rozkazów, a może codziennej pieszczoty. Gedymin jednak nie zwrócił na to uwagi,zgło rozerwał na piersiach, jakby to lniane odzienie nawet go dusiło. Spojrzał w ognisko, którejakieś słabe rozlewało światło, odwrócił się od okna, zasuniętego zaporą i plunął trzykrotnieprzed siebie, a to wszystko dla tego, żeby zapomnieć snu trapiącego, wreszcie klasnął w dłonie.Na odgłos ten przyczołgał się ulubiony niedźwiedź,dwa inne, śpiące u drzwi wraz z pachołkiem,leniwie mruknęły, a pachołek też otrzeźwionyklapnięciem, jednocześnie z niedźwiedziem stanąłprzed Gedyminem.

— Tubingas! — zawołał książę.

Pachołek, nierozumiejąc, co znaczy imię ślepca-kapłana, pochylił tylko pokornie głowę, a potem głupowato na księcia poglądał.

— Zwij do mnie ślepego Kunigasa — i rękąwskazał ku drzwiom.

Pachołek czemprędzej zwrócił się, by spełnićwolę pana. Niedźwiedź, widząc biegnącego, posunął się za nim, jakby go chciał ubiedz w spełnieniu rozkazów, rzucił się i jednym susem oparłszy łapy o drzwi, na rozcież je rozwarł. Potwarzy Gedymina przeleciał uśmiech zadowolenia.

— Mądra bestya! — mruknął książę a jednocześnie lekko świsnął.

Niedźwiedź, zwróciwszy swe cielsko, znówjednym susem był u nóg księcia, a przypadłszyna ziemię brzuchem, skulił pod siebie łapy i warował, mrucząc żałośnie, jakby chciał przeprosić,że nie w porę się wybrał ze swą gorliwością.Książę podsunął nogi pod pysk zwierzęcia, niedźwiedź przytrzymując je w wielkich swych łapach,oblizał szerokim jeżykiem. Książę otarł nogio kudłaty grzbiet ulubieńca, czyniąc to prawiebezwiednie, co dowodziło, że był to jego obyczajcodzienny. Po tych pierwszych krokach rannejtoalety, książę, jakby nagle przypomniał sobiejakąś myśl trapiącą, siadł na ławie, niezważając,że niedźwiedź ująwszy w łapy krótkie skórzanespodnie wciągał je księciu, a potem nasuwał nanogi chodaki. Książę poddawał się tym operacyom swego czworonożnego pokojowa, jak siępoddaje człowiek, który mając czem innem myślzaprzątniętą, zezwala na wszystko, co się w okołoniego dzieje. Gdy jednak niedźwiedź ujął pasi stojąc na dwóch łapach z nim przed panem,nie mógł się doczekać, aby Gedymin go odebrałi dopełnił ubrania, zniecierpliwił się wierny pokojowiec, i cichem mruczeniem oznajmiał swąobecność.

Wtem drzwi się otworzyły i wszedł Tubingasprzez Siewrosa poprzedzany. Prąd porannegopowietrza, jaki przybyli przynosili ze sobą, orzeźwiłGedymina, podniósł głowę, ujrzał stojącego przedsobą wiernego Meszkę, wziął od niego pas zeskór borsuczych szyty, a zakładając na siebie, zawołał:

— Do kąta, Meszka!

Niedźwiedź posunął się leniwie, spoglądającna lnianą opończę, którą zwykł był jeszcze swemu panu podawać, poszedł jednak na swoje miejsce, a zwinąwszy się w kłębek, pomrukując,spał, czy też sen udawał, gdy tymczasem dwajjego towarzysze, śpiący dotąd, przy drzwiach, zaotwarciem się takowych stanęli na dwóch tylnychłapach, przednie założywszy na piersi, jakby dwajnajbardziej wyuczeni pokojowcy.

— Witajcie nam, miły Kunigasie — rzekł Gedymin, biorąc dłoń przybyłego.

— Witajcie, Gedyminie, ojcze Litwy! a niechbogowie, którzy was zbudzili wczesnym rankiem,dobrą myśl w waszą głowę i serce przyślą, a odwrócą wszelką nieczystą siłę!

Gedymin w miejsce odpowiedzi westchnął głęboko, podsuwając ławę przybyłemu, aby spoczął.

— Nie, nie siądę, póki nie dowiem się czyw sercu twojem nie zagnieździł się robak przezwrogów wprowadzony, robak, co chce zgryźćświęte nasze dęby, podkopać je i zwalić, a naich miejscu wystawić to samo godło, co czerniejena płaszczach krzyżackiego zakonu. Godło to stoi mi ciągle w ślepych moich oczach jako straszne widmo, i serce moje się wstrząsa na samo wspomnienie, że siekiera wroga wyciesze je z tych drzew, co nam przez wieki szumem opowiadały wolę bogów, a na opustoszałych polanach postawi swe znaki... Wtedy przekleństwo tobie, przekleństwo tym, którzy cię do tego namówili, bo zginie przeszłość nasza, i bogowie — w proch wielkość imienia Litwy obrócą.

I starzec stojąc przed wielkim księciem, wzniósłoba ramiona ku górze, jakby chciał wraz ze słowami rzucić gromy na głowę stojącego przednim Gedymina. Ten ze schyloną głową i pewną trwogą słuchał głosu przybyłego.

Starzec wlepił białkiem świecące swe oczy,a tym zaślepłym wzrokiem zdawał się wpijaćw głąb duszy wielkiego księcia i przenikać jegonajtajniejsze zamiary. Chwila była milczenia,wśród którego Gedymin zdawał się walczyć zesobą i zabobonnym strachem, jakim go napełniłysłowa przybyłego. Opamiętał się jednak wkrótce, a wyprostowawszy swą wyniosłą postać, zawołał:

— Wstrzymaj Tubingasie groźby swoje! przyzwać cię kazałem, więc rady twej nie przekleństwa żądam. Gdybym chciał jąć się kryżackichposłów i na wiarę ojców nastawał, nie wzywałbym rady kapłanów, tylko według mojej woli postąpił.

— Wola twoja byłaby podłą, gdyby nie byławolą całego narodu: wtedybym podłożył ogień pod twój zamek i wraz z nim na objatę Perkunowi oddał ciebie i siebie — mówił Tubingas, kładąc dłoń swą na ramieniu księcia.

— Nie sroż się ojcze, powtarzam, zamek mójmiły jest bogom naszym, chociaż go obcych zbudowały dłonie, bo pierwej nim wzniosłem jegomury, wystawiłem świątynię Perkunowi: a zamekten potrzebny, bo gdy przez lasy nasze przedarłysię wrogi i coraz więcej w głąb ziem postępują, itrzeba im dać poznać, że i my umiemy obronnemury wznosić, i my możemy im zrównać potęgą.

— Potęgą wiary ojców i miłości ziemi naszejpokonamy ich, jakeśmy dotąd pokonywali, inaczejbiada tobie, biada twoim synom i wnukom, biadacałemu ludowi, on aż do imienia zaginie!.. Zaginie! — powtórzył ślepiec, wstrząsając ramieniemGedymina, jeżeli się złączysz z posłami zakonu.

— Nic chcę się z nimi łączyć i dla tegou ciebie rady szukam Kunigasie, lecz ich drażnićnie mogę, a przybyłym dać trzeba odpowiedź,oni chcą z nami się łączyć przeciw innej potędze,która również dla nas jest groźną...

— Wszystko nam jest groźne — przerwał Tubingas — odkąd do chat naszych wnikają obceprzybysze, opowiadając o wielkości swych bogów,odkąd dla świętych dębów cześć osłabła, a potajemne szepty modłów się rozchodzą! Wzrok mójciemny widzi dalej aniżeli oczy tych, co jasnowidzą słońce: bo w tem słońcu szukają tylko dlasiebie blasku, któreby im oświeciło koronę nagłowie. I ty po nią sięgasz, Gedyminie! a z koroną na głowie będziesz słabszym, aniżeli twoiojcowie, którzy siłę swą czerpali ino w potędzemiecza i jedności ludu.

— I ja pragnę jedności tego ładu — odrzekłGedymin..

— Pragniesz, to nie łącz się z nikim.

— Więc najadą wrogi ziemie nasze! bo gdysię nie połączę z Krzyżakami przeciw Władysławowi lackiemu, on połączy się z Wielkim mistrzem i z dwóch stron najadą ziemie.

— O święte bogi, czemuż opieka wasza odwróciła się od wiernego wam ludu! czemu siładłoni naszych tak zmalała, że nie może już samaocalić ziemi! — rzekł Tubingas, skłoniwszy głowęna piersi.

— Dłonie nasze nie zesłabły, staną one i teraz w obronie ziemi i ludu! lecz gdy żyć będziemy wiecznie sami poza lasami, nie wiedząc, cosię u sąsiadów dzieje i nie przypatrując się jakoni żyją, łatwiej nas pokonują. Boć mają i brońlepszą i różne wojenne fortele, a też i rozmaiteumieją rzeczy, o których lud nasz nic dotąd niewiedział.

— I dobrze mu z tem było! — przerwał Tubingas. — Teraz sprowadziłeś rzemieślników zestron dalekich, i oto patrz, co się dzieje, przybysze ci, a jeszcze więcej laccy niewolnicy, którycheś wolno puścił, aby przy budowie pomagali,uczą lud nasz swoich pieśni, uczą czcić ich Boga.. Ba, i ty sam słałeś do najstarszego w ichreligii kapłana! — dodał po chwili — winieneświęc przeciw bogom i przeciw ludowi, pozbawiając go największego skarbu: starej ojców wiary....

— Kunigasie, bluźnisz, wywołując złe! Typrzy ognisku świętych dębów nie widzisz nic, — cosię dzieje poza lasami, ja za te lasy z mieczemwychodzę, a znam mój lud! I on w bojach widzi jako jest u innych i u siebie chce mieć takież opatrzenie...

— Przekleństwo im, przekleństwo tobie! jeżelilud swój do złego prowadzisz! — krzyknął znówTubingas.

I jakby opadły z sił i pognębiony oporemksięcia, padł na lawę, zwieszając głowę na piersi.

Gedymin zmarszczył brwi i jakby go znużyła rozmowa ze ślepcem, gromkim głosem zawołał:

— Dość tego! Księciem jestem, panem Litwycałej! sięgam ramieniem na wschód po dalekieziemie, mam prawo rozkazywać i rządzić wedługmej woli! Jeślim was wezwał, to znak, że szanuję ojców zwyczaje i bez najstarszego Kunigasa-ślepca, miłego bogom, nie chcę nic stanowić,lecz groźb się nie ulęknę, nie! a bogi, co widzączyny moje, sądzić je będą.

A mówił to Gedymin tak groźnym głosem, teaż niedźwiedzie przytuliwszy uszy, na brzuchachprzypełzały do nóg pana, jakby go chciały błagać o miłosierdzie. Siewros, blady, stał opartymiędzy dziadem i kneziem, a na jego młodzieńczej twarzy nie drgnął muskuł żaden, lecz znać,że w duszy młodego wychowańca Wilczego gniazda tajemna jakaś toczyła się walka.

I znowu była chwila milczenia, słuchać byłotylko ciężki oddech dwu rozgniewanych ludzii lekkie mruczenie przyłaszonych, nie śmiejącychsię ruszyć niedźwiedzi.

Gedymin wstał z miejsca, potrącając nogąo łeb wiernego Meszki.

— Na miejsce, bestye! — krzyknął gniewliwie,a Meszka ze swoimi towarzyszami jednym skokiem usunęli się z drogi panu.

— Ha! — zerwał się Tubingas — przyzwyczaiłeś się rozkazywać zwierzętom, i z ludu twego takie pokorne, płaszczące się bydlęta chceszuczynić!

— Zrobiłem te bestye pokorne, lecz nauczyłem je tego, czego żyjąc w lasach nie umiały!nauczyłem ich życia z ludźmi! — odrzekł wielkiksiąże, biorąc się pod boki i stając z wzniesionągłową przed ślepcem. — Nauczę tego samegoi lud mój.

— Więc giń! zawieraj przymierze i pędź dozguby. Niechaj bogowie sądzą sprawy twoje!Ja, ślepiec, nie umiem patrzeć już jasno na sprawy świata tego! leci póki tchu w piersi stanie,bronić będę świętego ogniska i dębu. A gdy gościnać przyjdą wpiję pazury jako niedźwiedźw pierś tego, co podniesie siekierę, i szarpać będę, a cielska rzucać na ogień dla przebłaganiabogów. A gdy mi sił do walki nie stanie, obejmę dąb nasz stary i z nim razem skonam!

I wzniósłszy dłoń jednę ku górze, drugą wyciągnął przed siebie, idąc pewnym krokiem. Wtedy ocknął się Siewros i zbliżył chcąc ująć ramiędziada, lecz ten odsunął rękę i szybciej niżbyna to wiek i brak wzroku pozwalał, opuścił wielkoksiążęcą komnatę.

Siewros, odtrącony, nie śmiał się ruszyć: wyniosły postawą, stanął jako stap graniczny między dawnemi pojęciami dziada, a dążącym docywilizacyi księciem.

Gedymin zwrócił wę nagle ku niemu.

— Tyś długo u Krzyżaków zostawał?

Ocknął się młodziec i zwrócił niewielkie, lecz przebiegłe swe oczy na twarz księcia.

— Jak długo, nie umiem Waszej książęcejwysokości powiedzieć, lecz małem musiałem byćchłopięciem, a skorom podrósł i stałem się szparkim, choćby do miecza gotowym, uciekłem z ichWilczego Gniazda, boć tak swoją szkołę nazywają.

— A w tej szkole czego was uczono?

— Zapomnieć mowy i wiary ojców.

— A czyś je zapomniał?

Siewros się wstrząsnął.

— Widzicie, miłościwy książę, że choć mniewzięli gdy jeszcze dobrze imienia ojców wymawiać nie umiałem, mowa ta była we krwii w piersiach moich, dźwięczała mi w uszachjako szum lasów, a gdym poczuł dym chaty ojczystej, wprędce i mowa mi się znalazła.

— A czy tam oprócz tego, co z tobą przybył,i więcej lackich pacholąt?

— Oj, było ich, było, a tako jak i nam wymyślali im, nazywając wilkami, a plemię ich jaki nasze mieli w poniewierce, i oni tęsknili zaswoimi i nieraz mówiliśmy sobie, że gdybyśmywspólnie się wzięli a ogień podłożyli, toby i Wilcze Gniazdo i cały potężny zamek w gruzy sięzapadł. Lecz to były tylko dziecięce igraszki,boć zamek ich silny, cały kamienny! — dodałmłodzieniec z westchnieniem.

— Lecz ramię Gedymina i lackiego króla niesą dziecięcą igraszką — mruknął wielki książęjakby do siebie, a twarz jego, chmurna przed chwilą, rozpogodziła się uśmiechem, jakby jakaśmyśl nagle przemknęła przez jego głowę.

— Tak, tak — mówił Gedymin do siebie,wpatrując się w twarz młodzieńca — często przezusta niedoświadczonych chłopiąt bogowie zsyłająnam radę!

Wtem z za ciężkiej, wzorzystej, snać na wrogach zdobytej opony, ukazała się jasna główkadziewczęcia, zielonym strojna wieńcem i zabrzmiałgłos:

Tew's.

Gedymin na głos ten uśmiechnął się i zwrócił rozpogodzone oblicze. A z za opony weszłodziewczę w białej lnianej odzieży, pasem czerwono barwionym opasane. Tuż za nią szła druga, również młoda, o ciemniejszych włosach, również w lnianej odzieży, lecz bez wieńca nagłowie, a zamiast czerwonego pasa, obejmowałają w pasie wicina spleciona. W rękach niosładzban duży i kubek, gdy tymczasem pierwszatrzymała ręcznik lniany, wzorzysto-wyszyty przybrzegu. Dalej, zaraz za niemi szły jeszcze dwieinne, niosąc dymiącą się misę jadła i kubekz wodą zdrojową.

— Tew's! — mówiła pierwsza — tak dawnojuż słońce wstało, czas tobie się posilić.

Gedymin dłoń położył na główce córki i z lubością wpatrzył się w to młode, świeże oblicze.

— Dobrze, Aldono, córo moja, daj posiłek,boć nam trzeba się pokrzepić... a gniew zalać.

— Do zalania gniewu jest tutaj doskonałynapój, którego mnie Bogna przyrządzać nauczyła.To napój, który piją w jej kraju: a snać miłymbyć musi naszym bogom, bo gdym część na ogieńwylała, błysnął niebieskim płomykiem, a potemjakby złotem na wszystkie strony objął polano!

To mówiąc, wzięła kubek z rąk stojącej obokniej Bogny, a ta weń nalała ciemno-żółtawegopłynu. Gedymin przyjął podany napój, znów jakiś uśmiech przeszedł po jego obrosłej twarzy,a wylawszy część napoju przez ramię w płonącyogień, odwrócił się ku ognisku i spojrzał ciekawie.

— Napój to musi być dobry, bo ognia niezalewa, ni go też zbytnio nie syci.

I przytknąwszy do ust, wypróżnił podanykubek.

— Aa! — rzeki, oddając kubek — napój miły,w piersiach po nim błogo.

I pogładził pierś włochatą na poły obnażoną,gdy stojąca obok córa z ciekawością na niegopatrzyła.

— Napój lacki — szepnął do siebie Gedymin — chłodzi i orzeźwia... I tego mowa, wszystko się dziwnie składa... takich rad, zsyłanychod bogów, odrzucać nie trzeba — mruczał dosiebie książę, jak to było w jego zwyczaju, gdymyśl ciężka głowę mu obsiadła.

Naraz zwrócił się do córki.

— Tego lackiego napoju daj i jemu.

To mówiąc, wskazał na stojącego w głębiSiewrosa i przypatrującego się ciekawie książęcej córze i jej dziewkom służebnym.

Na znak Aldony, Bogna przysunęła się doSiewrosa i podała mu nalany kubek. Chłopiecwziął kubek, lecz nim go poniósł do ust, wpatrzyłsię w młodziutką twarz dziewczęcia, które zespuszczonym wzrokiem przed nim stanęło. Naciemne jej włosy padł promień wiosennego słonkaprzez otwarte z zapory okno i dziwnym blaskiemozłocił pogodne, choć smutne czoło Bogny.

Siewros stał z podanym kubkiem w rękui wciąż patrzył na nią ciekawie, aż wreszcieBogna, podniosłszy na niego spuszczone dotądoczy, szepnęła:

— Pijcie, to nasz napój, lacki, książę wampodać kazał.

Siewros machinalnie poniósł napój do usti wychylił go duszkiem, a oddając kubek Bogniewpatrzył się w nią znowu.

I tak samo jak książę, bezwiednym prawieruchem pogładził się po piersiach bo napój i jemunajwidoczniej przypadł do smaku.

— No, cóż, ten lacki napój? — zapytał Gedymin, patrząc na rozjaśnioną twarz chłopca z zadowoleniem.

— Jeszczem nigdy nic takiego nie pił, cobyodrazu i ochłodziło i jakąś myśl wesołą przyniosło! — rzekł w odpowiedzi Siewros.

— Lacki napój smakuje młodemu litwinowi! —zaśmiał się książę. — Idź, opowiedz, że lachy dobry mają napój, a książęca córa nauczyła siętego napoju przyprawiać — rzekł wesoło książęi zabrał się do porannego posiłku.

A Siewros odchodząc mówił do siebie:

— Napój lacki godny, jak nie znałem dotądnapoju, lecz i dziewka, co mi go podała, pięknajakby królewna. Ona laszka, lecz jam ją jużspotkał. Oj, spotkał; nie pierwszy to raz obaczyłem ją chyba.

I mówiąc tak, w myśli szukał, czemu twarzBogny tak mu wydaje się znaną.

XII

Gdy o południu posłowie Krzyżaccy stanęliw komnacie zamku Gedyminowego, książę mialzamyślone oblicze, szarpał brodę i chmurno przedsiebie spoglądał. W otoczeniu zaś księcia brakowało Tubingasa, inni jak wczoraj byli przyjego boku. Lecz jeżeli Gedymin spoglądał ponuro, na twarzy Chroniwosa znać było troskęi jakąś tajemną walkę; stał on w tem samemmiejscu co wczoraj, a obok niego świeciło pustkąmiejsce, nie zajęte przez starego Tubingasa.

Z tych chmurnych twarzy nie dobrze snaćwróżyli sobie posłowie; krótkie też było posłuchanie, w którem Gedymin rzucił w odpowiedzi,że szanuje wielce przyjaźń Wielkiego Mistrza,pochlebnym jest mu związek z potężnym zakonem, nie może jednak stanowczej dać odpowiedzi, czy się skłoni do wojny z lackim Władysławem.

— Biedneć to moje i nieliczne państwo, niemoże tak od razu zbierać ludu, by napadać cudze ziemie, kiedy i swoich bronić i ład jakiś zaprowadzić w nich trzeba. Wilczeć to tylko gniazdo, ale dla tego, że wilcze, trzeba stać na jegostraży, aby młode wilczęta wychowane w cudzemgnieździe zawsze węchem do swojego wracały —dodał, chytrze spoglądając na posłów.

I zawoławszy ulubionego Meszkę, jął się z nimbawić, a potem spuściwszy głowę na piersi, zamknął oczy, jakby w półśnie chciał odpoczynkuposzukać. Był-li to fortel, czy spoczynek, trudnoodgadnąć.

Posłowie, widząc, że innej odpowiedzi nieusłyszą, opuścili książęcą komnatę, a nim słonkozeszło z południa, przebywali most zamkowy, niemieszkając poza nim jak dobę.

Gedymin, usłyszawszy skrzypiące wrzeciądze zsuwającego się po ich przejeździe mostu, splunąłtrzy razy przed siebie, odetchnął jak człowiek,któremu zdjęto ciężar z piersi i posunął się kukomnatom niewieścim.

Ujrzawszy Aldonę, siedzącą na przyzbie i stojącą przed nią Bognę, podszedł ku nim, chcącpo wszelkich trudach przy swej córze odpocząć.

Lecz książęca córa tak była zasłuchana w opowiadanie Bogny, a Bogna tak snać przejęta dźwiękiem słów wlasnych, że nie słyszały nawet ciężkich książęcych kroków.

Gedymin, słysząc podniesiony głos Bogny,stanął, chcąc dowiedzieć się, co ta lacka brankajego córze prawi.

Były to jednak dla niego niezrozumiale wyrazy, ale Aldona je rozumiała, ba, nawet samamową Bogny się odezwała.

— To opowiedz mi, jak to u was po dziewkęprzychodzą swaty?

Bogna nie zdążyła odpowiedzieć, bo Gedyminzniecierpliwiony oczekiwaniem, zawołał:

— A pójdź no tu sroczko moja, toś ty siętak z Bogną zbratała, że już nawet mową jejgadasz?

Aldona zasromała się, lękając gniewu ojca,spuściła głowę nieśmiało, spoglądając ku niemu,lecz gdy zamiast gniewu, ujrzała dobrodusznyuśmiech na jego obliczu, zaczęła szczebiotać, opowiadać, co tylko słyszała od Bogny o zwyczajach lackiego kraju, i o swatach, jakie tam zwykle po dziewczęta przysyłają.

Gedymin jeszcze więcej się uśmiechnął, a ująwszy jasną kosę córki, rzekł wesoło:

— Ano, może i po ciebie jakie swaty przyślą,to dowiesz się najlepiej, jaki jest po świecieobyczaj!

I mrugnął okiem, patrząc na pokraśniałatwarz córki.

— Ale nim swaty przyjdą, a kosę swoją podczepiec schowasz, przygotuj nam wczesny posiłek:jutro, zaraz gdy gwiazdy pogasną, a świt sięocknie, trzeba nam w knieje. A i napitka Bognynaładuj w pęcherze. Dobry to napój lacki!

— A jeżeli nam szczęście przyniesie i wróżbysię spełnią... Hm! hm! — mruczał już sam dosiebie, krocząc dalej.

Aldona i Bogna pobiegły w głąb dworca, abyspełnić rozkaz księcia.

Gdy na drugi dzień książę wyciągnął na łowy, wśród osad, okalających zamczysko, gwarnobyło i wesoło. Lud zgnębiony pobytem posłówKrzyżackich, wysypywał się teraz z chat swoich,bo widział się bezpiecznym, jeżeli nawet sam książęz zupełnym spokojem oddawał się ulubionej rozrywce. Skupiał się zaś lud ten najwięcej okołoświątyni Perkuna, gdzie przez drzwi otwarte widział wiecznie płonący ogień, a dym zwierzchnimotworem wydobywał się gęstemi kłębami, otaczając sinym obłokiem ogromnego wilka żelaznego,stojącego u szczytu świątyni, przez którego rozwartą paszczękę, widać było często wymykającesię płomyki.

— Nie darmo bogi zesłały wolę swoją Gedyminowi we śnie — mówiono — odsunął on Krzyżaki, a jako ten wilk ziejący ogniem, kneź mieczem na nieprzyjaciół zionąć potrafi.

— Cześć Perkunowi!

— A niechaj ogień w świątyni nigdy nie zgaśnie! — wołano.

I każdy z przechodzących rzucał w otwartedrzwi pęk ziół, lub zwierzę, które stojący pozadrzwiami ofiarnicy Perkunowi oddawali.

— Perkun! Perkun! — wznosiły się głosy dokoła.

A były to głosy jakiegoś spokoju i lud pozłożeniu objaty, spieszył do pracy około rozpoczętych chat, dworców, lub do sypania wałówokoło wznoszącego się Wilna, stolicy Gedyminowej, która rozciągając się w dolinie, otoczonaz jednej strony górami, a z drugiej rzeką, samajuż przez się poniekąd obronną była.

Przy gontynie jednak Perkuna był zakątekosamotniony, drzewami otoczony, a wysokiemogrodzeniem z chrustu przed ciekawych wzrokiemzakryty. Do tego zacisza nietylko obcym leczi najwierniejszemu Litwinowi wchodzić nie byłowolno, miejsce to bowiem było schroniskiem dziewic, które na obsługę świątyni, na cześć bogówżywot swój oddały. Która raz przestąpiła wrotatego zakątka, już z poza nich nie wracała.

Obowiązkiem pobożnego ludu było składaću wrót dary, każdy też, a zwłaszcza niewiasty,składały je hojnie, a zaledwie słonko wzbiło sięod wschodu, gdy Aldona i Bogna u wrót tychstanęły. Niosły one w dzbanach ów lacki napój,pęki ziół i wielkie chleby: była to objata za pomyślne łowy knezia, a może do niej łączyła sięinna, którą skrycie Gedyminowa córa w swemsercu chowała. Zatrzymać się jednak musiały,bo właśnie przed wrotami stanął Tubingas prowadząc dziewczę młode, smagłe, chwiejące sięa wystraszonym wzrokiem spoglądające do koła.

Od drugiej strony biegł szybko Siewros z Jaśkiem, na twarzach ich znać było przestrach i zdziwienie.

— Grażusa! — krzyknął Jaśko, i biegł kustojącej u wrót dziewczynie.

— Grażusa! — powtórzył Siewros smutnie,lecz powstrzymał towarzysza, mówiąc:

— Nie obronisz jej, Tubingas oddaje ją Perkunowi.

— Grażusę Perkunowi! — powtórzył Jaśkoi chciał odtrącić powstrzymujące go ramię. — Janie dam jej spalić! — krzyknął, wyrywając sięSiewrosowi.

— Nie spalą jej! Tubingas ją na służbę Perkunowi oddaje! wola jego spełnić się musi!

— Nie dam jej, nie dam! życiem swojemocalę! — wołał Jaśko, szarpiąc się z Siewrosem.

— Próżno, jedno z nas bogom poświęconembyć winno — mówił Siewros, przytrzymując przyjaciela.

Wtem Tubingas popchuął przyprowadzonądziewczynę za otwierające się wrota.

— Nic ją już nic ocali! — zawołał Siewros.

— Grażusa! Grażusa! — wołał na cały głosJaśko, a snać głos ten doszedł poza wrota, bodziewczynka obejrzała się z taką siłą, że dwie kapłanki, prowadzące ją pod ramiona, musiały stanąć na chwilę. Potem, unosząc ją prawie gwałtem, zniknęły wśród bocznych skrzydeł gontyny.

Tubingas spełniwszy swe dzieło, szedł z wyciągniętą naprzód dłonią; i on usłyszał okrzykJaśka, odwrócił się w stronę, skąd go okrzykdoszedł, a potem, szepcąc jakieś wyrazy, biegłz młodzieńczą żywością, aż zniknął wreszcie tom,kędy Ponary wznoszą swoje szczyty.

Aldona i Bogna, wstrzymane w swej pobożnejpielgrzymce, patrzyły wylęknione na odbywającąsię scenę, a gdy krzyk Jaśka ich doleciał, odwróciły się ku niemu. Bogna, ujrzawszy tegosamego młodzieńca, któremu wczoraj lacki podawała napój, żywym pokraśniała rumieńcem.

Siewros spojrzał na nią, potem wzrok przeniósł na stojącego w niemej rozpaczy Jaśkai szepnął:

— To czary, Jaśko i ta dziewa, to jedno lice,tylko ona gładsza i piękniejsza. Oh! i jak piękniejsza!

— Czy ona wasza, ta, co ją dali Perknnowi? —zagadnęła Aldona, zbliżając się do Siewrosa.

— To moja siostra! — rzekł smutno Siewros.

— I jego? — wskazała na obok stojącego w bezsilnej rozpaczy Jaśka.

— Nie, ale on ją miłował — rzekł Siewros.

— Miłował, a Perkunowi ją oddali! — powtórzyła smutnie Aldona.

— Czy i u was oddają bogom dziewki nasłużbę? — zapytała, zwracając się do Bogny.

— U nas Bóg jest tylko jeden, a temu zawszesię służy, gdy się jest dobrym — odrzekła Bogna.

— Gdy się jest dobrym — powtórzyła Aldona. — Ja chciałabym być bardzo dobrą — dodała.

I poniosła swoje dary, a postawiwszy u wrótschronienia dziewic, odeszła w zamyśleniu wrazz Bogną.

Jaśko z Siewrosem stali długo na miejscu,każdy zasmucony, a każdy inaczej. Jaśko wreszcie ocknął się, zacisnął pięść i pogroził niąw stronę gontyny, rzucając przekleństwo.

— Nie miota się bogom cudzym, bo tem sięNajwyższego obraża! — ozwał się taż obok niegołagodny głos Bernarda. — On cię może wybrał,abyś był pośrednikiem między twoim a tutejszymludem — mówił dalej Bernard.

I położywszy dłoń na ramieniu młodzieńca,odwiódł go w inną stronę, cichą z nim prowadząc rozmowę.

Nikt też, oprócz najbliżej przechodzących, niezwrócił uwagi na okrzyki Jaśka; każdy głosemswoim wzywał opieki bóstwa, nic więc dziwnego,że ktoś tam głośniej zawołał, a w zamieszaniuogólnem nie rozumiano nawet, co kto wykrzykiwał.

I wkrótce wszystko ucichło; lud, oddawszycześć Perkunowi z początkiem dnia, dążył dopracy. Jedni biegli do owych wznoszonych przezGedymina budowli, przy których cudzoziemcy rejwiedli, inni naprawiali i odbudowywali własnedomostwa, aby nim mgły szare do długiego zimowego snu słonko ukołyszą, wznieść dach zawalony, lub przęsła podeprzeć. A każda chatapotrzebowała podparcia i naprawy, bo choć niebyło wielkich napadów ze strony Zakonu, w mniejszych wyprawach, czynionych na ochotnika, nieoszczędzali oni ni człeka, ni zwierza, ni drzewa,ni schronisk, które lud litewski klecił sobie z chrustu i kamienia.

XIII

Książęca stolica ponętny w owym czasie przedstawiała widok. Oprócz Greków, Włochów, Niemców sprowadzonych z odległych krajów do stawiania zamczyska, ba i całego miasta, któreGedymin chciał wznieść z kamienia, nie licząc pomagających im robotników, wiło się tam niemałowszelakiego ludu. Bo Wilno stało na drodzehandlowej do bogatego Nowogrodu; przeciągaliwięc kupcy z Zachodu, a każdy zatrzymując siędla wypoczynku, widząc miasto wznoszące sięcoraz więcej, chętnie jakiś czas zostawał, abyzachwalając towar, część jego pomiędzy mieszkańcami zostawić.

Kapłani krzywo na to patrzyli, ba i starcyszemrali: ale Gedymin chętnie pozwalał, bo pragnął, ażeby lud jego przyjmował ogładę; schlebiałomu też nie mało i to, że po wszystkich stronachświata o jego stolicy ludzie rozpowiadać będą.Lecz oprócz kupców, coraz to więcej przyciągałoludzi z lackiej ziemi. Snuli się oni oddawna nadworze książęcym, często Gedymin zamykał sięz nimi i długie prowadził rozmowy, a odjeżdżając do kniei, kazał czuwać Chroniwosowi i nowych lackich przybyszów do siebie w puszczę,aż nad rzekę Świętą prowadzić.

Niebawem też po wyjezdzie knezia na łowyprzybył zbrojny poczet, oznajmiając, że król Polski Władysław III, co go też Łokietkiem zowią,wyprawił do wielkiego księcia Gedymina, panawszej Litwy poselstwo, złożone z najprzedniejszych panów duchownych i świeckich, którzy tuniebawem nadciągną.

Przybyli z tą wieścią doznali jak najlepszegoprzyjęcia. Rozsypali się po dworach i zamczyskach litewskich, a za nimi nadciągnęli wkrótcei inni dla oznajmienia, że dostojni laccy posłowiesą już tylko o kilka dni drogi od stolicy książęcej. Chroniwos, zaraz po przybyciu pierwszegopocztu, słał z wieścią do Gedymina, który wracałjuż właśnie ku domowi, lecz mimo obfitych łowówjakiś zły i chmurny.

Na wieść o posłach Łokietkowych rozpogodziło się oblicze knezia: zadął radośnie w myśliwskątrąbę, którą chętnie się bawił, gdy był w dobrymhumorze, a ujrzawszy wypędzonego z gniazdatym odgłosem olbrzymiego dzika i przedzierającego się przez gęstwinę w głąb lasu, rzucił zanim oszczepem. Zwierz kwiknął chrapliwie, przeciągle, chciał się zwrócić w stronę zkąd pociskotrzymał, lecz zachwiał się i runął całym ciężarem, nurzając się w kałuży własnej posoki, któraz rozwalonego łba obficie pociekła.

Coraz jękliwsze, bardziej razdzierające głosywychodziły z gardzieli zwierza: las je mimo gąszczu powtarzał, zwierz podrzucał się do góryz wściekłością bezsilną. Nim nadszedł pogromca,by mu się przypatrzeć, dzik drgał już tylkow ostatniem pasowaniu się ze śmiercią, wyrzucając wraz z posoką coraz chrapliwsze lecz i corazsłabsze jęki. Gedymin z obojętnością prawdziwego zwycięzcy wyciągnął oszczep ze łba zwierzęcia, które drgnąwszy po raz ostatni, obryzgałokrwią kożuch książęcy, a wyciągnąwszy się, legło już najzupełniej bezwładne.

— Ha, ha, ha! — zaśmiał się książę i oddawszy oszczep pachołkowi, aby go otarł z posoki,zawołał wesoło:

— No, taki to dobra wróżba dla litewskiegoknezia, ba i dla całego ludu, w chwili wieścio lackich posłach, zwierz, co nam chciał zajśćdrogę, ubity. Tak my i Krzyżaków zachodzących w nasze ziemie ubijem.

— Na Perkuna, ubijem! — posypały się zewsząd głosy drużyny i wesołe okrzyki rozległysię po milczącej gęstwinie puszczy.

Pod tak dobrą wróżbą Gedymin wrócił doswego książęcego Wilna. Na zamku kazał robićprzygotowania do przyjęcia posłów, nie spraszając jednak na ucztę, prócz Chroniwosa i kilkunajzaufańszych a wiernych sobie Kunigasów,prawie nikogo.

Lecz nim dojechał do stolicy, posłał do starego Tubingasa: ale tego ani pachołkowie Gedymina, ani przybysze laccy, szukający z poleceniaChroniwosa gościny w schronisku starego ślepca,nie znaleźli. Były tam tylko same niewiasty,opłakujące Grażusę; dziad uprowadziwszy ją nasłużbę Perkunowi, dotąd nie wrócił.

Dowiedziawszy się o tem Gedymin, będącyjuż na zamku, zmarszczył czoło, szarpnął się niecierpliwie za brodę, a nogą łaszącego się Meszkę,kopnął tak silnie, że ten aż kilkakrotnie koziołkaprzewrócił.

Przynoszący wieść ze schroniska Tubingasowego umknęli skwapliwie z przed oczu gniewnego pana, a Gedymin jął chodzić po wielkiej swojej komnacie, mówiąc półgłosem do siebie niecierpliwie:

— Mojeć to sprawy i mojej dziewki! nie potrzebuję rady Kunigasów, którzy mi swoją wolę narzucać chcieli... Tak, obejdę się bez tego starego ślepca, świętego ognia jemu już tylko pilnować a nie w sprawy ludu się wdawać!

I zamilkł, rzuciwszy się na ławę, okrytą skórą niedźwiedzią.

Po chwili znów mówił, lecz już z rozpogodzonem obliczem:

— Ba, gdy dziewka moja zasiądzie na lackimtronie, Lubart na księztwie Wołyńskiem, Olgierdodziedziczy po mnie Wileński zamek, KiejstutTroki i sąsiednie na wschód ziemie, to ród Gedymina wzniesie się potęgą nad inne. Tak, tak,zapanuje i Krzyżakom pod sam bok wlezie! Oj,boć ten mały Władysław wywlecze im z gardzielizabrane ziemie!

I zamyślił się znów, a siadłszy na ławie, jakna konin, kołysał się z jednej strony w drugąi coraz ciszej ze sobą rozmawiał.

A taki to już był jego obyczaj, że gdy miałjakie ważne sprawy na głowie, siedział sam w komnacie, a biada każdemu, ktoby tę samotnośćprzerwać się odważył. Sam ze sobą najlepiej sięnagadał, i woli swojej zadość uczynił i myśljuż dojrzałą objawiał kunigasom zebranym. Rzadkoteż który ośmielił się przeczyć kneziowi, z którego wejrzenia padała taka stanowczość, iż wszelkie nie według jego woli słowo, daremnie nawet byłoby powtarzać. To też i teraz prócz trzasku ognia na kominie i mruczenia zwiniętychw kłębek w kącie niedźwiedzi, nikt mu biegumyśli nie przerywał.

Po chwili jednak wstał i gwizdnął głośnoa przeciągle; musiało to być znane gwizdnięcie, boniedźwiedź żaden z miejsca się nie ruszył, aledrzwi się otworzyły i wszedł czuwający w przybocznej komnacie pachołek. Niósł on wielką sobolową czapą i kaftan łosiowy, szyty barwistemikolorami i złotem.

Prędko przywdział te ozdobne szaty Gedymin,a włożywszy ręce za pas, szedł do wielkiej komnaty, każąc Siewrosowi nieść przed sobą otrzymany od Krzyżaków miecz w pochwie czerwonej,Jaśkowi zaś kołczan zamknięty i łuk bez strzały,na znak przyjaźni i zgody z królem, któregoposłów miał przyjmować.

XIV

Już słonko dawno schyliło się ku zachodowi,cisza po przyjęciu przyjaznych posłów zapanowała nietylko na zamku książęcym, lecz i w całem Wilnie. Tylko z nad szczytu świątyni Perkuna wilk żelazny zionął otwartą paszczęką i dymi skry wyrzucał, mieszając je ze mgłą jesienną.

Wzdłuż ogrodzenia schroniska poświęconychdziewic przesuwał się Jaśko, przystając i nasłuchując co chwila, lecz prócz szumu gałęzi, otrząsających pożółkłe liście, żaden dźwięk stamtądnie dolatywał. Nagle przeszyło nocną ciszę jakieśjękliwe westchnienie, jak gdyby szamotanie sięze snem, który gwałtownie ktoś chce od siebieodpędzić, potem popłynęła cicha pieśń z za ogrodzenia...

Pieśń przeciągła, tkliwa, którą wychowaniecWilczego Gniazda tak często słyszał w domustarego ślepca, a którą najpiękniej śpiewała Grażusa... Młodzieniec wstrzymał oddech, chcąc siętej pieśni przysłuchać, gdy nagle, tuż prawiezaświecił mu przed oczami blask zapalonego łuczywa, które wyciągnięta dłoń przechodzącegotrzymała zdala od siebie, jak gdyby nią sobiechciała drogę rozświecić...

Idący jednak nie potrzebował tego, był tobowiem Tubingas, któremu noc nie przeszkadzałaciemnością, ani słonko nie pomagało swem światłem.

Szedł on szybko, trzymając syczące i miotające złotawe ognie drzazgi, na plecach dźwigałpęk ziół suchych, podpierał się jak zwykle laską,a podążał od tej strony świątyni Perkuna, którąkapłani przechodzący mogli wejść o każdej porzedla złożenia objaty podróżnej. Łuczywo snaćzapalił u świętego ognia i spieszno z niem kierował się pod wzgórze, na którem stało nowowznoszące się Gedyminowe zamczysko.

Część jego była z kamienia, lecz to cząstkazaledwie, w której się mieściły książęce skarbyi do której w ostateczności uchodzić mieli ludzieprzed nieprzyjacielem, reszta jednak zamku byłaz drzewa na podmurowaniu kamiennem.

Ślepiec, pchany jakąś niezwykłą siłą, przebyłokalającą zamek fosę, a szedł z taką pewnością,jakiej najlepiej widzący człek wśród jasnegodnia nie posiada; wdarł się później po wystających kamieniach podmurowania i tuż u stópdrewnianej ściany zatknął łuczywo, otaczając jeprzyniesionemi trawami i rzucając ciche, leczpełno grozy wyrazy, wśród których wzywał kilkakrotnie Perkuna...

Jaśko, ujrzawszy idącego spiesznie Tubingasaz łuczywem, niepostrzeżenie posunął za nim.

Wyraz grozy na pomarszczonej twarzy ślepca,oświeconej krwawym blaskiem palącego się łuczywa, kazał się domyślać, iż nie próżno z ogniemw dłoni drogę tę przebiega.

Lecz Tubiugasowi, zda się, ubyło lat, takszybko bieżał, a w przechodzeniu głębokiej fosy,nawet zręczny i przyzwyczajony do niebezpiecznych skoków, wychowaniec Wilczego Gniazdanie mógł mu dorównać. Tem więcej, iż nie chciał,aby starzec domyślił się czyjejśkolwiek obecności;zdala więc tylko, ukryty w rowie, przypatrywał sięrobocie starca, wiedząc, iż żadna siła nie byłabymu zdolną przeszkodzić.

Tubingas, dokonawszy swojej zemsty, odwrócił się ku zamkowi, podniósł obie dłonie do góry, jakby rzucał niemi pociski, a jednocześniemiotał wyrazy klątwy, które głuchem echem odbijały się od ścian otaczającego zamek parowu.

Uchodził tak, oświecony łuną coraz szerzącego się ognia, który zamiast obejmować ścianę,pod którą był podłożony, zajął stos nagromadzonych, tuż po przeciwnej stronie, do dalszej budowy, berwion i desek.

Zaledwie zeszedł z podmurowania ślepiec, oddrugiej strony wdarł się Jaśko i jął rozrywaćpalące się już drzewo, a jednocześnie zaczęto budzić się po okolicznych, rozrzuconych u stóp zamczyska, siedzibach.

Gwar i wrzask przestrachu wzrastał corazwięcej, lecz zbudzeni z pierwszego snu, nie wiedzieli, co się dzieje, i myśl o napadzie nieprzyjaciół, najpierw im przyszła do głowy.

Jeden więc brał oszczep i biegł na wroga,inny wołał do wspólnej obrony, inny jeszczechciał uprowadzać niewiasty i dzieci, kryć dobytek i mienie, nikt nie spieszył gasić pożaru.

Tylko Jaśko rozrywał z nadzwyczajnym wysiłkiem deski, aby płomieni nie dopuścić na ścianę książęcej siedziby. Nagle jednak runęło przepalone drzewo, a z niem i dzielny młodzian stoczył się w rów, przysypany palącemi się jeszczegłowniami.

Tem zarwaniem palących się desek, ogieńoderwał się od głównego budynku, resztę żarustraż zamkowa ugasiła, a schodząc, dobrze jużnad ranem, w fosę, okalającą zamczysko, spotkała leżącego pod niemi Jaśka.

Potłuczony był jak jabłko leśne, spadającez wysokiej jabłoni, obłocony i oblany wodą, cuchnącą, na poły przegniłą. Lecz ta trocha wodyw rowie ocaliła mu właśnie życie, bo deski palące się, w niej ugasły, a błoto goiło jego rany.

— To ten podłożył ogień i nie zdoławszyuciec, sam runął z żarem! — zawołał ktoś zestraży.

— Perkunowi go na objatę! — krzyczał inny.

— To teu sam, co z wnukiem Tubingasowymuciekł od Krzyżaków!

— Ten sam, co go Siewros u dziada od spalenia wyprosił!

— Spalić go teraz!

— Perkun! Perkun! Tubingas! — wrzeszczanodokoła, chwytając na wpół zemdlonego, i wywlókłszy z fosy, podążano z nim do świątyni.

— Stójcie! — krzyknął nagle głos tuż okołorozjuszonych ludzi.

Na ten głos łagodny, lecz stanowczy, ucichłygwary roznamiętnionych czcicieli Perkuna, którzy rzuciwszy biednego Jaśka, stanęli w pokorze.

— Jak śmiecie wlec człeka na objatę bezzezwolenia wielkiego Kunigasa, lub knezia Gedymina? — rzeki powoli Bernard.

Przywykli do poszanowania tego ślepca, którego obok Tubingasa i samego księcia widywali,zaczęli się uniewinniać.

Bernard z mowy ich dowiedział się, kto byłów nieszczęśliwy młodzieniec i o co go posądzano. Tem gorliwiej więc zajął się omdlonym,rozkazawszy odnieść do swojej siedziby, gdziejął leczyć jego rany. Wytłomaczył też zżymającym się po chwili posłuszeństwa ludziom, że powinni całą sprawę najpierw Gedyminowi przedstawić, a pod sąd starszyzny i Wielkiego kneziają oddać.

Tymczasem o nieszczęściu przyjaciela dowiedział się wkrótce i Siewros: przybieżal więc doizby Bernarda i już obadwaj czuwali nad poranionym i oparzonym Jaśkiem.

XV

Gedymin po uczcie z polskimi posłami zasnął snać mocno, a sen musiał być razem twardy i spokojny, kiedy go ani trzask palących siędesek tuż po za ścianą zamczyska, ani łuna pożaru, ani krzątanina ludzi nie zbudziła. Niezbudził też hałas i jego córy, mającej wraz z otoczeniem niewieściem w drugiej stronie zamczyska schronienie.

Słonko więc już zajrzało przez wąskie oknazasłonione do połowy zaporą, gdy się Gedyminobudził. Nawet dym tłukący się po komnacie,nie zdziwił kniezia, boć dym często z komina,gdy się miało na słotę, zawiewał. Zresztą Gedymin miał snać ważne a przyjemne myśli nagłowie, a czując się od napadu nieprzyjaciół bezpiecznym, nie zważał wiele na takie rzeczymarne.

Obudziwszy się, wzrok zaraz skierował na niewielką misternie rzeźbioną skrzynkę stojącąu jego wezgłowia; spojrzawszy na nią uśmiechnął się z zadowoleniem, a potem świsnąwszy napachołka i Meszkę, jął się spiesznie ubierać, niezapomniawszy ni razu pierwej na lewą nogęwlożyć chodak i lewy rękaw opończy naciągnąć, co mu dawało otuchę, że w tym dniu niepójdzie nic już w jego zamysłach na marne.Okrywszy bowiem najpierw lewą połowę ciała,niedozwolił już przystępu złym duchom...

Ubierając się zaś, mówił do siebie:

— Tak, to moje rodzinne sprawy! wreszcieusunął pachołka i coraz głośniej powtarzał:

— Tak, tak! Tak, to moje rodzinne sprawy! ha, choć i ziem takoż! No, dodał jakbydla uspokojenia siebie, ziemie... toż dla nich będzie dobrze.

I zamyślił się.

— A bogate to musi być królestwo tego Władysława, boć i dary nie szpetne! takich błyszczących kamieni i w Nowogrodzie nie łatwoujrzy. I przeniósłszy na ławę przed komin owąwyrzynaną skrzynię, począł z niej wyjmowaćdługie łańcuchy przetykane czerwonemi i niebieskiemi oczkami, a też zausznice trzymające pocztery cale długości, i czapki szyte złotem a kamieniami.

Ukladał to wszystko na ławie i stole, a kamienie migotały blaskiem przed jego oczamibarw tysiącem.

Gedymin przechylał na wszystkie strony głowę, odchodził i przybliżał się igrając z klejnotami jak dziecię igra z promieniem słońca, którego uchwycić nie może. Wreszcie zawołał:

— Meszka! i wskazał na drzwi ciężką zasłonięte oponą.

Meszka w susach i skokach, jeszcze więcejuwydatniających niekształtność jego cielska, podsunął się pode drzwi. Rozsunął łbem oponę, łapami oparł się o drzwi i po chwili trzymającdelikatnie w zębach brzeg szaty Aldony, wprowadził ją przed ojca.

Gedymin uśmiechnął się na widok córki, poklepał Meszkę po łbie kudłatym, a gdy niedźwiedź z mruczeniem zaczął się panu przymilać,kopnął go nogą. Po tej ostatniej pieszczocie Meszka się usunął, przycupnąwszy z pokorą,a Gedymin rzekł, wskazując córce rozłożoneklejnoty.

— Widziała ty kiedy takie bogactwa?

Aldona z otwartemi szeroko oczami, spojrzałana świecące się przed nią złoto i kamienie. Pochwili przymknęła powieki i znów je otworzyła.

— Oj, ta że, aż oczy bolą patrzeć na nie,rzekła, przysuwając się do ojca z pewną bojaźnią, lecz spoglądając ciekawie.

— Czy to żywe? — zapytała po chwili.

Gedymin rozśmiał się, a biorąc do ręki łańcuch, rzekł.

— Nie — one nie żyją, chociaż migocą! tosą kamienie, w które stroją się królewny.

I wziąwszy wielki łańcuch, począł okręcaćgo koło kształtnej kibici dziewczęcia, która poddając się ojcu, drżała jednak bojaźliwie przedtą ozdobą, która ją jakby wąż do koła owijała.

Widząc jednak, że łańcuch nie dusi, chętniejuż poddała szyję i uszy, na których książęz pewną dumą zawiesił długie złociste ozdoby.

— Córo moja, te śliczności, to twoje! rzekłGedymin przypatrując się z pewną dumą stojącej przed nim i nieśmiejącej się ruszyć Aldonie.

— Tak, tobie to przysłał Władysław króllacki w darze, żądając cię w małżeństwo dlaswego syna królewicza Kazimierza.

Aldona spuściła oczy i żywym spłonęła rumieńcem.

A w duchu pomyślała:

— Bogna mówiła o swatach, ale tam byłypieśni i dary, a tu same tylko dary... Czemu? —i zamyśliła się głęboko.

— No, cóż, dziewko, nie cieszysz się z takiego zamężcia? — a nic czekając odpowiedzirzekł.

— Gotuj się, bo niedługo przyjadą posłowie,a moja córa pójdzie w lackie kraje!

I jakby uczucie ojca w tej chwili się ode zwało, przygarnął do swojej piersi stojącą dzieweczkę.

Aldona drżąca, odurzona niezwykłą pieszczotąrodzica, nie wiedziała sama, co się z nią dzieje.

Wprędce się jednak opamiętała, pytając, jakoprzystało kneziowskiej córze:

— Nam przysłano dary, a co my królowii królewiczowi polskiemu poślemy w darze?

Gedymin zmarszczył wyniosłe czoło.

— Przyjaźń wielkiego Gedymina i jego córawięcej warte, aniżeli wszelkie te błyskotki, odrzekł dumnie książę.

Aldona jednak nie łatwo się zbyć dała. Zsunęła brwi, jakby je tam myśl w głowie do tegoruchu zmusiła, a potem rzekła schylając się donóg ojcowskich.

— Przyjaźń król polski w zamian za przyjaźń Wielkiego knezia litewskiego daje, córkęjego bierze, dając jej swego syna, a za dary?

Gedymin szarpnął brodę i zamilkł, lecz jeszcze więcej zmarszczył brwi krzaczaste, a z tymwyrazem ojciec i córa byli tak podobni do siebie, iż nikt nie mógł wątpić, że jedna kreww ich żyłach płynie.

— Za te bogactwa dozwól mi ojcze zabraćjeńców polskich, co są u ciebie w niewoli. Gdycóra Gedymina ma być lackiego królewicza małżonką, lud jego nie może zostawać u Wielkiegoknezia litewskiego w niewoli.

I nieśmiało podniosła wzrok na ojca.

Chmurna twarz Gedymina jakoś się rozjaśniła, gdy nagle w przedsionku dały się słyszećzmieszane głosy.

Niedźwiedzie podniosły łby, jakby chciałyokazać gotowość do zgromienia śmiałków, a ujrzawszy wzrok Gedymina zawisły na zamkniętych podwojach, wzięły to za rozkaz i rozwarłyje, stając po obu stronach, według zwyczaju, natylnych łapach.

We drzwiach nkazał się Chroniwos, a za nimBernard.

Chroniwos miał chmurne jakąś wewnętrznąwalką oblicze. Bernard, jak zwykle ze swemizamkniętemi oczami, postępował z pewną stanowczą rezygnacyą.

— Miłościwy nam Kunigasie a Wielki kneziuLitwy, rzekł Chroniwos, pożar podłożono podwęgła Waszego zamczyska.

— Zalać go! rzucił gniewnie kneź, zły że muprzerywają rozkoszne chwile.

— Już ugaszony — szepnął Bernard. Gedymin, jak gdyby nie słyszał odpowiedzi — zapytał:

— Wrogi? i obejrzał się na miecz wiszącynad jego łożem.

Bogowie wiedzą! rzekł Chroniwos, tłumiącwyraz cisnący na usta.

— Jaśko, Lach podłożył ogień! wrzeszczałtłum! krwi jego na objatę Perkunowi.

— Lach? zapytał Gedymin, a wargi mugniewem zadrżały.

— Znaleziono w fosie Jaśka, tego co uciekłz moim chłopakiem z Wilczego Gniazda, rzekłChroniwos.

Gedymin jeszcze chmurniej spojrzał do koła.

— Ale chłopak ten poraniony był i przywalony opalonemi deskami, nie mógł więc podpalać,jął Bernard.

— Krwi jego!

— Na objatę Perkunowi!

— On już raz miał być spalony!

— Bogowie domagają się jego życia! wrzeszczał lud rozjuszony.

Tew’s, rzekła Aldona, śmiało podnosząc głowę, Lacha skazywać na śmierć nie można, gdyja mam być żoną królewicza polskiego.

Błyszcząca klejnotami książęca córa, spoglądająca z pewną powagą na lud zebrany, takiena tej wrzeszczącej tłuszczy zrobiła wrażenie, żegłosy wszystkie umilkły.

Gedymiu spojrzał z zadowoleniem na córęi znowu rozjaśniło się jego oblicze.

— Obwinionego przyprowadzić przedemnie!rzekł.

— Leży bezprzytomny i poraniony! rzekłBernard.

Baby i znachory sprowadzić — niech go okładają ziołami: żyć musi, abym się dowiedział prawdy — zawołał Gedymin. Na poły zdechłegoPerkunowi na objatę rzucać nie wolno! Wołuzabić, krew rozlać Perkunowi, mięso oddać ludowi na podziękowanie bogom, żeśmy uszli pożaru! I odwrócił się od stojących.

Chroniwos i Bernard usunęli się, widząc, żeksiążę nie rad był mówić dalej, niedźwiedziedrzwi zatrzasnęły, a lud mrucząc po trochu, szedłjednak korzystać z darowanego wołu.

Gedymin, jak gdyby nie nic zaszło, odwróciłsię do córki, położył dłoń na jej schylonej głowie i rzekł:

— Weźmiesz ich wszystkich ze sobą — a teraz idź do Bogny niech cię uczy mowy lackieji ich obyczaju. A i o napitku lackim nie przepominaj.

Aldona przywykła do lekkiej odzieży lnianej,ledwie mogła się ruszyć w ozdobach na nią włożonych, na rozkaz, jednak ojca przeszła tam i napowrót po komnacie, a potem usunęła się doukochanej Bogny.

Za odchodzącą Gedymin spojrzał z uśmiechem.

— Prawdziwie to kneziowska córa, dumnajako i ja — lecz ten lach co podpalił? i znowusię zamyślił:

— To bajka — dodał po chwili.

No — niechaj wyzdrowieje — mówił znówdo siebie — dowiemy się prawdy! — ukarzę —gdy winien...

— Ale Aldona, jak wiedziała, co rzec doludu! a śmiało, jakby już królowa! A te jeńce?to zaprawdę myśl książęca.

I znów, myśli markotliwe snać głowę jegozajęły; jakaś nieufność wybiła się na jego twarzy. Wyszedł przed zamek, nie spojrzał jednakna pogorzelisko, długą tylko z Chroniwosemwiódł rozmowę, po której i Chroniwos i książęchmurne i zamyślone mieli oblicza.

Gedymin, jakby umyślnie, nie kierował prawienigdy kroków w stronę, owego pogorzeliska,z którego też oprócz osmolonej ściany i spalonego przygotowanego drzewa straty też żadnejnie było. I jakoś powoli i lud uciszony objatąi ucztą z wołu i sam kneź o Jaśku i o pożarzezapomniał. Ino Chroniwos wiecznie chmurnyi z podełba spoglądający groźnie wymawiał synowi, że do obcych ciągnie, a tego wydartegoPerkunowi kocha jako brata.

— Bratem ci on mi był tam w WilczemGnieździe, a i tu zawsze stawał za swojaka —odpowiadał młodzieniec i szedł do Jaśka.

A co raz więcej trapił sobie tem głowę, żekiedy patrzył na Bognę, to mu twarz Jaśka stawała w pamięci, a kiedy był z Jaśkiem, to musię zdało, że na Bognę pogląda.

Jaśko tymczasem doglądany i leczony przezBernarda przychodził powoli do siebie, rany mu się po zgorzelisku pogoiły, ale blady był jak teresztki śniegu, co się w głębinach lasu w cieniu długo na wiosnę chowają. Mało też mówiłi nieraz trudno było z niego słowa wydobyć.Na zapytania Siewrosa i Bernarda, jakimby sposobem znalazł się w fosie, w nocy, sam jedenpodczas pożaru, potrząsał tylko głową i nic nieodpowiadał. Aż razu jednego, gdy jakoś późnąjuż jesienią w dzień łagodny przed chatą siedział Jaśko na przyzbie społem z towarzyszami, nagle krzyknął, zerwał się, chcąc biedzprzed siebie, lecz siły go opuściły upadł bezwładny. Jedną ręką oczy sobie zasłonił, drugą wyciągnął przed siebie. Bernard myślał, że jakiból w ranach wstrząsnął tak biedakiem, leczSiewros spojrzał w stronę wyciągniętej dłoniprzyjaciela.

I on także krzyknął na wskazany widok.

Z góry schodził Tubingas z łuczywem wyciągniętej dłoni, a idąc spiesznie jako wichrychodzą, ku zamkowi Gedyminowemu podążał...

Nim Siewros zdołał przyjść do siebie starzecdobiegł ścian zamkowych, brzemię drzewa przyniesione rzucił tuż przy kamiennym murze, podłożył pod nie zapalone łuczywo, a gdy zeschłegałęzie żywo objął ogień, Tubingas sam się naten stos rzucił, miotając do góry wzniesionemidłońmi, wymawiając klątwy wyrazy.

Siewros biegł do bram zamkowych, i lud zwoływał. Wyszedł nawet wywabiony krzykiemsam Gedymin, lecz gdy ujrzano gorejącego nastosie Tubingasa, nikt nie śmiał ognia zalewać.Każdy stał obezwładniony w pobożnem zdziwieniu i trwodze.

Ogień podłożony tuż pod zamczyskiem, byłbyjego całości zagroził, gdyby Tubingas był jakpoprzednio trafił pod drewnianą ścianę, lecz kamienie rumieniły się tylko i odbijały krwawąłuną, nie pękając pod naciskiem płomienia.

Gedymin, patrząc na dogasające szczątki kapłana, nagle jakby sobie coś przypomniawszyuderzył się w czoło i zapytał. A ten, co go jesienią w fosie podczas pożaru znaleziono?

— Jaśko, mój towarzysz z Wilczego Gniazda,odrzekł Siewros stojący wówczas przy księciu, on to pierwszy i dziś dziada Tubingasa zobaczył, chciał biedz, lecz nie mógł, bo jeszcze schorzały, ino ręką mi wskazał.

— Z Wilczego Gniazda! powtórzył kilkakrotnie Gedymin.

I znowu się zamyślił, lecz snać myśli to niebyły przykre, bo surowe oblicze knezia wcale się niemi nie zasępiło.

Lud tymczasem gromadził się około stosu,bo wieść się rozeszła, że Tubingas pod ścianązamkową na ofiarę siebie bogom złożył...

Szeptano o tem różnie, nikt nie śmiał głośnowybuchnąć, bo potęga Gedymina zapanowała nadludem.

I Gedymina obejmowała jakaś zabobonnatrwoga, nie poddawał się jej jednak, a gdy podwieczór ciało już zupełnie na węgiel się spaliło,a wiatr wieczorny chłodził spalone szczątki, cow popiół je rozsypywał, kazał wtedy przynieśćwielką popielnicę glinianą i sam z należytą czciązgarnął gorące popioły.

W towarzystwie ludu wśród należytych pogrzebowych śpiewów, modłów i zwykłych obrządkówzłożył te popioły w świątyni Perkuna.

Kilka dni trwały żale i płacze, lecz jesieńjuż miała się na schyłku, wszystkiemu trzebabyło kres położyć, aby się na zimowe życie zabezpieczyć. Zaraz też po skończonych obrzędachGedymin kazał przywołać do siebie Jaśka. Przyszedł, chwiejąc się, prowadzony przez Bernarda.Kneż spojrzał łaskawie na blade chłopię.

— Zostaniesz nie tylko na moim dworze,lecz przy mnie, będziesz mi wiernym, a będzieszmoim przybocznym.

Jaśko padł do nóg Gedyminowych. Gdy powstał, kneź wpatrzył się w niego.

— Ten sam, co mi miecz krzyżacki podawał!A Lach — rzekł nawpół do siebie.

— A miecz teraz udźwigniesz? zwrócił się dJaśka.

— W potrzebie siły się znajdą.

Gedymin się uśmiechnął, a Jaśko odtąd został przy boku książęcym.

XVI

A dobrze, że się skończyły te domowe litewskie sprawy, bo na dwór knezia znowu przybywali goście.

Nietylko bowiem Bogna uczyć miała Gedyminową córę lackiej mowy i obyczaju, lecz wkrótce przybył znany nam już Gerward, biskup Kujawski, w otoczeniu duchowieństwa, aby przyszłąswą panią nauczyć zasad świętej wiary, a w czemmu wielką pomocą był ślepiec Bernard.

Nie wydawał on się ze świętą wiarą przednikim, po cichu tylko modlił sio do Pana, by muzesłał wytrwanie i pozwalał nawracać. Pokątnieteż już wielu było przez niego do przyjęcia nowej wiary przygotowanych, a łagodnością i lekami, których się nauczył u Krzyżaków od ojcaGermana, zjednywał sobie zaufanie ludu. Gdyzapotrzebowano jego pomocy na dworze książęcym, stanął z całą gorliwością wyznawcy.

Na naukach i przygotowaniu Aldony do przyjęcia Chrztu świętego, upłynęła zima, upłynęłaona w ciszy i spokoju.

Krzyżacy jakoś nie napadali, mając niesnaskiu siebie i z Polską o Pomorze sprawę, o którąwciąż do papieża musieli wysyłać. Robili tużpotajemne starania i u króla czeskiego, JanaLuxemburskiego, w celu nowych napadów naPolskę. Litwie więc dali pokój, obiecując sobie,że ją kiedyś zagarną.

Ani więc Gedymin, ani nikt w jego ziemiachnie wyciągał strzał z kołczana przez całą zimę,chyba w lesie na zwierza.

Z wiosną nowi goście zawitali od polskiejstrony.

Byli to możni panowie przybywający po książęcą córę. W orszaku tym było i kilka niewiaststatecznych, mających stanowić otoczenie przyszłej królowej.

Przewodniczącą im była Małgorzata z Zabierzowa, niewiasta wielkich cnót, a wdowa podzielnym rycerzu.

Gdy niewiasta ta po przybyciu na dwór Gedymina, ujrzała z za Aldony wychylającą siępostać Bogny, krzyknęła, wyciągając ku niejdłonie. Bogna, spojrzawszy na przybyłą, równieżz krzykiem rzuciła się do jej kolan.

Matka i córka odnalazły się w chwili połączenia królewskiej pary.

Aldona, siedząca obok Gedymina, gdy ujrzałaradość Bogny, uśmiechnęła się dobrotliwie.

Wielki kneź snąc z tego przywitania matkii córki dobre rokował sobie wróżby, bo twarzmu się rozpogodziła wesołym uśmiechem i rzekł:

— I więcej matek lackich odnajdzie dzieciswoje. Ja, Gedymin, Wielki Książę Wilna, wszejLitwy i części Rusi, wszystkich jeńców zabranychna wojnie w waszym kraju, wraz z córą moją,Aldoną, oddaję! — mówił, spoglądając na przybyłych lackich posłów.

W odpowiedzi głowy przybyłych skłoniły siękornie, a Gerward, biskup Kujawski, z właściwąsobie godnością odrzekł w imieniu swego monarchy.

— Król polski, Władysław, a pan nasz, wielceGedyminowi, Wielkiemu księciu wszej Litwy i części Rusi, wdzięczen jest za ten dowód przyjaźni,a nie chcąc być dłużnym, również jeńców, zabranych na ziemiach litewskich, odsyła. Ciągną onijuż ku granicom Wielkiego księstwa, a za niewiele dni ukażą się u stóp tronu potężnego Gedymina!

Wieść ta obiegła lotem ptaka po całem państwie Gedyminowem, nietylko więc na dworzeksiążęcym, lecz w całej Litwie radość wstrząsałasercem ludu, który niebawem począł się kupićokoło Wilna, wyczekując przybywających. Prócztego lud cieszył się jeszcze, że z powodu zaślubin książęcej córy, będzie miał wspaniałą ucztę.

Wojacy i młodzież obiecywali znów sobie, żeksiążę, uspokoiwszy się z weselem i posłamilackimi, na Krzyżaków lub też dalej na wschódich poprowadzi.

Tylko Jaśko i Siewros nie dzielili ogólnej radości. Jaśko, mając czas wolny od służby przykneziu, włóczył się około gontyny, a gdy gostamtąd śpiew smętny dochodził, przystawał, słuchał, a czasem i sam pieśń smętną zawodził.Siewros znów rad był tylko wtedy, gdy wezwanyprzed knezia, mógł choć zdaleka dojrzeć Bognę.

Od czasu jednak, gdy się dowiedział, że Bogna w jednej z przybyłych po księżniczkę niewiastach znalazła matkę, i wraz z księżniczkądo polskich ziem odjedzie i on do orszaku Aldony się wprosił.

— I ty z nami pociągniesz, wszak tam ziemiatwoja — mówił mu Siewros.

Jaśko w odpowiedzi trząsnął tylko głową.

I nic go skłonić nie mogło, aby się dał namówić.

Gdy rachowano lackich ludzi, którzy mieliwracać do ziemi swojej i przed oblicze Gedyminowe ich przedstawiono, kneź rzekł do stojącegoprzy jego boku Jaśka.

— I tyś Lach, pewnie do swoich chciałbyś?

— Miłościwy książę, pozwólcie mi przy sobiepozostać! — rzekł Jaśko, schylając głowo.

Gedymin pogładził brodę z zadowoleniemi rzekł:

— Zostaniesz.

A potem dodał jakby do siebie:

— Oj, to Wilcze Gniazdo Krzyżackie miałosiać niezgodę między lackim i naszym ludem,a wychowało dzielnych mołojców, co braterstwoprzynaszają!

— A twój towarzysz z Wilczego Gniazda —dodał Gedymin — idzie w orszaku naszej córy,ciągną go tam ciemne oczy Bogny, co swoimlackim napojem wszystkich oczarowała. Idź tamdo nich, swojaków o baczysz.

Jaśko, posłuszny rozkazowi, pociągnął w stronę, gdzie białogłowy mieszkały.

Tam właśnie Małgorzata z Zabierzowa ugaszczała Siewrosa, jako przyszłego zięcia, gdy Jaśkowszedł nieśmiało i stanął nieopodal Bogny, twarzjego — wydelikatniona długą chorobą, jeszcze więcej uwydatniała podobieństwo z narzeczoną Siewrosa.

Małgorzata, spojrzawszy na niego, wyciągnęłaku niemu dłonie, a nie wiedząc, co się z niądzieje, wzywała na pomoc Jezusa ukrzyżowanegoi świętych Pańskich, myśląc, że to chyba jakieczary ją oplątały.

Po niejakiem jednak wyjaśnieniu i opowieścio Wilczem Gnieździe, pani z Zabierzowa poznaław Jaśku syna, przed dwunastu laty przez Krzyżaków uprowadzonego.

I znowu więc radość i łzy, jak przy powitaniu z Bogną.

Lecz i to Jaśka do powrotu skłonić nie mogło. Zresztą zostawał on przy księciu, nie łatwowięc było nim rozporządzać.

Widząc niepodobieństwo uprowadzenia go z sobą, matka skłoniła głowę mówiąc:

— Ha, Wielki książę daje nam córę, odsyłatylu jeńców, słuszna więc, żeby w Litwie zostałjeden, a z nami poszedł drugi wychowaniec Wilczego Gniazda.

Gdy drogi obeschły, szlakiem ku ziemiomPolski ciągnęły tłumy za córą Gedyminową, a taklicznego ślubnego orszaku nikt nigdy nie widział;bo też żadna królowa nie przyniosła w wianie24,000 jeńców wracających z niewoli, ani sercprzyjaznych całego ludu, do wspólnych dążąccelów.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.