drukowana A5
22.31
Wilcze gniazdo

Bezpłatny fragment - Wilcze gniazdo


Objętość:
108 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0565-1

Dawno to już, dawno, przy zwiedzaniu malborskiego zamku, wskazano nam stojący w obrębie jego murów budynek, nazywając go Wolfshöhle lub szkołą, w której niegdyś kształcono młodzież, zostającą pod opieką krzyżackiego zakonu.W lochach zaś zamczyska pokazywano otworykanałów, prowadzących aż do odnogi Wisły. „Tędyto nieraz uchodzili ludzie, przynosząc nie jednębiedę krzyżakom,” — dodał oprowadzający.

Opowiadanie to nie schodziło nam z myśli, —w zamczysku, zamiast rzeczywistości, przesuwałynam się tylko zamierzchłe postacie. Zestawiwszyopowiadanie z wypadkami, zapisanemi na kartachhistoryi, powołujemy owe postacie do życia, przedstawiając je młodym czytelnikom.

Z. M.

I

Pomiędzy dwiema ścianami gęstego litewskiego lasu, stało wielkie ludzkie schronisko. Ba, i tonie byle schronisko, lecz jakoby zamek obronny. Na wysokiem wzgórzu, na wzniesieniu grubychkłód, i nieociosanych bierwion modrzewiowych, stałdworzec długi, z jednej strony dziwnie jakoś oddachu spuszczający się ku ziemi, — tak jak otoczasami drzewo, które wyrosłszy z korzenia, nieod razu strzela ku górze pniem prostym, lecz niemogąc oderwać się od łona swej karmicielki, wyrasta pochyło, czepia się jej jeszcze odroślami,wreszcie wzmocnione, prostuje pień i rozszerzającgałęzie, roztacza z nich osłonę szeroką, lecz przysadkowatą.

Z takich to drzew wziął i człowiek wzór wznosząc dla siebie mieszkanie.

I zamczysko na wzgórzu nie inaczej było sklecone. Wyrastało od jednej strony pochyło, aż oddrugiej wzniosło się wysoko, i jak drzewo gałęziami, tak zamczysko szeroko rozpiętym dachem osłaniało swoich mieszkańców. Ściany tego schroniska były z wierzchu tak gęsto chrustem obłożone od stóp, aż do okapu tak utkane mchem,gliną i tak razem zbite i złączone, iż próżnobyśszukał, co tam jest pod tą grubą warstwą, — drzewo czy kamienie.

Wśród tej warstwy zwierzchniej, widać byłotylko czworokątne niewielkie okienka, w którewiosenne promyki słonka gwałtem się wciskały,jakby ciekawe, co tam we wnętrzu się dzieje.Lecz żółto-białe pęcherze, któremi przesłonionookna, walczyły z promykiem słonka, wydając tylko od czasu do czasu mrukliwy trzask, to jest,gdy wysuszone zwierzchnie żyłki pęcherza, kurcząc się pękały. Lecz jeden otwór nie zasłoniony był pęcherzem, a od wnętrza odsunięta drewniana zapora łatwo przepuszczała ciekawe słonko,które wniknąwszy do głębi, zawstydzało swoją świeżością czerwono-żółte światło ognia, rozchodzącesię na całą izbę od palącej się kłody drzewa, natrzonie ułożonym z płaskich kamieni.

Dym, wychodzący z pod szerokiego okapunad trzonem, znajdował obszerne ujście otworemw dachu. Ten wielki trzon, buchający ogniemi światłem, był przyjacielem całej rodziny. Obecnie jednak odwracano oczy od ognia, wyglądającrychło słonko wszystkich ze schroniska wywabi.A słonko wyjrzawszy z za mgły gęstej, przedarłszyjej sino-białą oponę, rzuciło cały snop promieni.Promienie te były jasne, wesołe i uśmiechnięte, jakto zwykle na wiosnę. Igrały więc i ze śniegiemi z wodą, błyszcząc w niej miliardem świateł, ażzawisły złotemi smugami na skraju czarnego lasu,który wierzchołkiem wyniosłych sosen strzelał kugórze.

I woniało w powietrzu od rozgrzanych iglic świerkowych a sosnowych, woniało świeżością ziemi wypuszczonej z pęt zimowych, a też i wodąszumiącą, której dostarczały coraz więcej śniegi rozpływające się pod wejrzeniem wiośnianego słonka. Niekiedy zaświergotało ptaszę, wzniosło sięku górze i przysiadło na świeżej roli... Tam znówrobaczek wywabiony ciepłym podmuchem, wypełzał z ziemi i znów skrył się w czarne jej łono, niemając jeszcze dosyć odwagi, aby stawić czołoniebezpieczeństwu, które nań czyhało w postacimaleńkiego skowronka. Z lasu dochodziły również odgłosy, to łamanie się i trzask gałęzi,to ryk dzikiego zwierza, który przeczuwając powrót wiosny, wychodził ze swoich kryjówek,aby szukać jasnych ożywczych promieni. W ludziach, jak i w całej przyrodzie, rozbudziło siężycie, ostrą zimą uśpione; dzieci chwytały wdzierające się przez okna promienie, dziwiąc się, żemimo mozolnych usiłowań, nie mogą ich w rękach utrzymać.

Stary zaś Tubingas, pan zamku, nieopuszczając przez całą zimę łoża okrytego niedźwiedziąskórą i wpatrzony ciągle w wielkie ognisko swejkomnaty, odwracał teraz coraz częściej głowęw stronę największego, nie zawartego ni zaporą,ni pęcherzem okna, aż wreszcie dnia jednegoklasnął w potężne dłonie. Z sąsiedniej izby wychyliła się młoda niewiasta, pytając:

Ko notet, Tew’s Kunige?.

Starzec ręką wskazał na wdzierające się słońcerzeki:

Saule Szilditis.

Kobieta roześmiała się radośnie, pokazując białe zęby i żywo wybiegła napowrót, a w zamczysku zapanował ruch niezwykły. Dziecięce głosy powtarzały szczebiotem: „Saule szilditis!”;powtarzały też same wyrazy usta niewieście, a gdyz powagą wymówiły te wyrazy usta dojrzałych mężów, cała drużyna skupiła się około Tubingasa. Wtedy wszyscy wyszli przez niskie drzwischroniska, a spuszczając się przez most ułożonyz chrustu i kamieni, ciągnęli do ciemnego nieopodal stojącego lasu.

Tubingas był niegdyś jednym z najmężniejszych Litwinów. Nieraz Lachom, ba i Krzyżakom dał się we znaki, lecz już od lat wielu mógłtylko jako Kunigas przewodniczyć ludowi, prowadząc go na doroczne obrzędy. Prowadził go więc i teraz na powitanie wiosennego słońca.

Z siwą sięgającą aż do pasa brodą, oczymając otwarte, lecz tak dziwnie nieruchome, iżod razu poznać mogłeś, że one ni owego jasnegosłonka, ni ziemi pod stopami, ni czerniejącego lasu nie widzą. A jednak starzec szedł prosto i krzepko, podpierając się grubym sękatym kijem, czasem tylko wyciągnął lewą dłoń przed siebie, niewiedzieć, czy aby poszukać nią miejsca, czy teżby usunąć zawadę, gdyby się jaka na jego drodze znalazła. Obok niego szedł z jednej stronymłody silny mężczyzna. Był to wnuk jego, Chroniwos. Mimo wczesnej pory nogi miał obnażone,a tylko stopy obute w łapcie z kory przywiązanej rzemieniem, za to skóra, futrem do ciała obrócona, ściągnięta w pasie rzemieniem, okrywałago od ramion aż po kolana, za pasem zaś sterczałzatknięty topór. Ramiona również jak i nogi byływolne od odzieży, a silne i żylaste dłonie samejuż zdawały się być obroną. Po drugiej stroniestarca szła znana nam już niewiasta, Dowrusa,żona Chroniwosa. Odzież jej niczem nie różniłasię od ubioru męża, ino głowę miała owiązanąbiałą chustą, której długie końce spadały na plecy czerwonawo-żółtej skóry kożucha, a drugątakąż chustę przewieszoną miała przez ramię.Tuż obok niej biegło kilkuletnie chłopię, Siewrosem zwane, na którego głowie matka od czasudo czasu z widoczną miłością kładła dłoń swoją.Po za nimi szło jeszcze kilka dziewek Chroniwosa, szła liczna czeladź męzka i żeńska, a z chat, co stały rozrzucone u stóp wielkiego schroniska, również wychodzili mężowie, niewiasty i dzieci, by wspólnie z wojem-kapłanem oddać cześćwiośnie.

Szli więc wgłąb lasu na niewielką wyciętąpolanę, gdzie pośrodku stał dąb wyniosły. A dąbto był dziwny. Niski, gruby od korzenia, wyrastał na kilkanaście silnych i krzepkich gałęzi, szeroko a rozłożyście, które wznosząc się ku górze, skupiały się razem i tworząc jakby w wieniec ubraną głowę na szerokich barkach olbrzyma. Korzenie tego olbrzyma powychodziły nawierzch daleko, a wokoło nich ręka ludzka, czynatura wyżłobiła wgłębienie, tak, że całe drzewootoczone było obronnym rowem, w który pobożnedłonie nawrzucały kamieni mniejszych i większych. Z jednej strony kamienie te ułożonew stos, coraz wyżej, stanowiły schody, po których można było wejść aż do gałęzi tworzącychkoronę. U stóp tych schodów, kilka kamieni,wgłębionych płasko w ziemię, służyło za trzon,na którym zwęglona i dogasająca kłoda drzewa świadczyła o składanej wiecznie płonącej objacie.

Tubingas, mimo zagasłych oczu, kroczył prostodo tej świątyni. Dziecięciem składał tutaj objaty, przez życie całe wiódł syny i wnuki, łatwo mu więc było trafić do tego miejsca.

— Dogasa ogień — rzekł stanąwszy przed dębem i wciągnąwszy w siebie powietrze, przepełnione żywicznym dymem. — Dogasa, lecz nie zgaśnie, bo światło z góry da mu iskrę świętą.

I to mówiąc, trzymanym w ręku kosturem odkrzesywał zwęglone cząstki drzewa, Chroniwos zaś rzucił pęk suchych korzeni i krótko połamanych gałęzi, które jeszcze w jesieni zatknął pod powałę, iżby, wyschłe przez zimę, posłużyły do podsycenia wiosennego ognia. Wślad zaraz za mężem, rzuciła Dowrusa pęk zboża i ziół przeróżnych, również na ten cel przetrzymanych w chacie, po niej zaś Siewros, chłopczyna, rzucił garść zboża. Przystępowały potem dziewczęta i czeladź, a wszyscy przybyli dorzucając zeschłe zioła i korzenie, wołali:

— Cześć słońcu, cześć wiośnie!

— Cześć słońcu, cześć wiośnie! — powtarzanodo koła. Powoli głosy te przeszły w jakiś śpiew tęskny, a ogień wznosił się, rozlewając szeroko. Dąb stary szumiał tam w górze rozłożystemi konary, jakby przywtarzał śpiewom smętnymzebranej drużyny. Drzewa chyliły wierzchołki, podając jedne drugim ów śpiew błagalny, któryzlawszy się w jedną harmonijną całość, szumem rozniosły od polany do polany jedność objaty świętego ognia, Zniczem zwanego.

Lecz wtem, wśród szumu drzew i tęsknegośpiewu, dał się słyszeć łomot gałęzi i ciężki tętent koni, a nawet chrzęst i szczęk broni.

Nagle umilkły śpiewy, a natomiast wzniósł sięokrzyk trwogi i przerażenia. Tubingas ścisnąłpięść, aż zatrzeszczały członki krzepkiej jego dłoni, i rzucił przekleństwo, a z niem razem polano w palący się ogień, i nie odwracając zagasłych oczu od płomienia, stał nieruchomie. Lecz Chroniwos sięgnął za topór, będący za pasem, bo po tym odgłosie poznał odrazu nieproszonych gości, z którymi już nieraz chodził w zapasy.

Nie potrzebował też czekać długo, bo oto z gęstwiny, co otaczała polanę, ukazało się kilkunastujezdnych na koniach, a nakreślony biały krzyżna ich lekkich zbrojach, łatwo dawał poznać,jacy to byli przybysze.

— Niewiasty do schronisk! — krzyknął ochrypłym z przerażenia głosem Chroniwos, ujrzawszywyłaniające się postacie. I począł szykować sięz czeladzią do boju.

— Do schroniska z dziećmi! — powtórzył groźnie, spojrzawszy na Dowrusę, tulącą do kolanchłopię i na skupiające się około niej dziewczęta,gdy tymczasem reszta niewiast i dzieci z krzykiem w las uciekały. Dowrusa nie posłuchałajednak głosu męża, stała nieruchomie, jak gdybywidok przybywających zamienił ją w martwą postać pilnującą świętego ognia. Dopiero Chroniwos krzyknął:

— Siewrosa ocalić!

Dowrusa drgnęła, pochwyciła syna, owinęłaprzewieszoną przez ramię płachtą, i go dopiersi, uciekać co tchu poczęła, a za nią trzymające się jej rańtucha dziewczęta.

Wielki też był czas potemu, bo przybyszeotoczyli polanę dokoła, a krzyk dochodzący z lasu świadczył, że musiało ich tam być więcej w gęstwinie, czyhających na zdobycz, która im się łatwym sposobem w uciekających nastręczyła.

Przybyli nie myśleli jednak staczać walki,lecz rzucili się na bezbronną a jednak gotową do obrony gromadkę i jęli wiązać, nie żałując przytem razów.

Chroniwos, nie czekając napadu, bronił przysępu toporem, wyjętym z za pasa, a inni, choćzlekka uzbrojeni, dopomagali mu w walce.

Tubingas, nie odwracając się od dębu, szeptałciche wyrazy, zaciskał pięści, i podsycał ogień,jak gdyby walka wrząca wokoło, wcale go nie obchodziła. Aż wreszcie przypadł któryś z krzyżaków do niego i uchwycił za skórę kożucha,otaczającego obrosły kark starego kapłana. Tubingas szarpnął się i przypadł ku ziemi, a szarpnięcie musiało być nie lada, gdyż w ręku krzyżaka zostało kawał skóry, okrywającej krzepkie ciało starca.

— Ha, ha, ha! — zaśmiał się napastnik, schylając się, by porwać swoją ofiarę, gdy tymczasem Tubingas, odwróciwszy się rzucił mu w twarzgorejącą kłodą drzewa, która rozsypując drobnewęgle i odłamki gorejące, raniła bliżej stojących.

Teusend Teufel! — wrzasnęli oślepieni ogniem i dymem.

Tubingas zaś brał gołemi rękami zarzewiei rzucał je do koła, a pociski były tak celne, iż każdy, co się usiłował przybliżyć, padał oślepiony, lub uciekał, wrzeszcząc:

Teufel! Es ist selbst Teufel!

I rzeczywiście można było przypisać jakąś nadprzyrodzoną siłę ślepemu starcowi, broniącemu się tym świętym ogniem, któremu cześć oddawał. Lecz spojrzawszy na dłonie jego szerokie, grube, jakby mułem porosłe, można byłouwierzyć, że w dłonie te, jako w żelazne kleszcze, brać mógł żar bezkarnie.

I cofali się przed tą jego bronią krzyżacy,strachały się oślepione konie, tratując zarównoupadłe ciała panów swoich, jak i broniących się Litwinów.

A był to mały oddziałek krzyżacki, który,często w kilkadziesiąt koni, na ochotnika przedzierał się przez litewskie lasy dla zdobyczy skór,a głównie niewolnika. Najznakomitszą jednakzdobyczą, były dla nich małe litewskie chłopięta; pojmawszy je, hodowali, ucząc się od nich niektórych wyrazów litewskiej mowy, przyuczającswojej i zmuszając zarazem podczas napadów dowskazywania dróg, sobie nieznanych. Wychowane chłopię wśród wrogów, gdy ujrzało się naziemi swojej, gdy owionął je szum lasów, lubdoleciał dźwięk mowy, nie znając niebezpieczeństwa, na jakie narażało swoich, z wyciągniętemirękami biegło do miejsc sobie drogich, wskazującbezwiednie drogę do kryjówek, im tylko znanych. To też i teraz przybyli, nie widząc dla siebie dostatecznej zdobyczy, wyparci żarem, rozbiegli się po za polanę. Kilku tylko zajadłychobstąpiło Chroniwosa, który cięciem topora zadawał razy, nie dając do siebie przystępu.

Lecz naraz ujrzawszy opróżnioną polanę, jaklew rzucił się za goniącymi w stronę schronisk wrogami, a torując sobie drogę toporem, pędził na pomoc tym, którym, jak sądził, żadne niegrozi niebezpieczeństwo. Wśród biegu zdało się,iż słyszy głosy niewieście i płacz jękliwy dziecięcia.

Wtem ciężki miecz spadł na jego ramię;ugiął się pod tem uderzeniem, jęknął, chciał biedz mimo to dalej, lecz zachwiał się i runął na ziemię, tuż na skraju polany. Krew trysnęła z przecięgo ramienia, tocząc czerwoną smugę na zieleniejącą pod wiosennym słonkiem ziemię...

Wkrótce tętent cichł powoli, zda się przybyli w dal pomknęli, ino tam od schronisk dochodziły jęki, roznosząc daleko wieść o napadziena spokojne siedlisko Litwinów. A wśród jękówwiatr echem powtarzał rozpaczliwe wołanie niewieście:

— Siewros! Siewros!

Jakieś wycie nieludzkie, jakby zranionej wilczycy, której wilczęta zabrano, napełniło powietrze. A głos ten górował nad innemi, równieżnabrzmiałemi rozpaczą, mieszał się z tętentemkoni, jękiem rannych i szumem lasu... Słonkotymczasem, rzuciwszy ostatnie promienie, skryłosię za czarną chmurę. Tubingas pozostawszy naopróżnionej polanie, wstrząsł się na te odgłosy:dorzucił na ogień nową kłodę drzewa, kopnąłnogą czepiającą się stopy jego jakąś dłoń chłodną, odwalił ciało okryte półzbroiczką, i szedł zaodgłosem tych jęków, co do uszu jego dolatywały. Tak idąc z kosturem i ręką wyciągniętąprzed siebie, pośliznął się o krew niezakrzepłą ipotknął o leżące ciało. Jęk cichy wyszedł z niezmarłej jeszcze piersi...

Tubingas pochylił się i przytknął usta doczoła leżącego.

— Chroniwos! on mój ostatni! — jęknął starzec i objął wnuka szerokiemi ramiony.

— Żyje! żyje! lecz gdzie rana! — i zacząłjej szukać na ciele wnuka.

A od strony schroniska pędziła postać niewieścia. Odzież na niej poszarpana, ramiona poranione, włosy rozwiane świadczyły, iż wyrwałasię ze strasznej walki. Biegła z oczami w słupstojącemi, rękami rwała włosy, lub rzucając niemi przed siebie, z całych sił jękliwym głosemwołała:

— Siewros! Siewros!

Z tym jękiem Dowrusa padła tuż obok rannego męża i starego Tubiagasa.

II

Kilkunastu różnego wieku chłopców bawiło sięw wielkiej izbie. Okna wązkie, umieszczone wysoko, wpuszczały nie wiele światła, nadając jejmimo panującego gwaru i śmiechu jakąś cechęponurą. Drągi, drabiny, kozły wysokie nakształtkoni, oraz okrągłe kule, które chłopcy podrzucali do góry, dostarczały zabawy. Szwargotalimiędzy sobą po niemiecku, lecz w żywszej jakiejś walce, wybuchu radości, gniewu, wyrywałsię wyraz polski lub litewski, co od razu wskazywało pochodzenie całej tej drużyny.

— Hej, ty, Fryc, chcesz się ze mną sprobować, zawołał mały, krępy, przysadkowaty chłopak, podsuwając jeszcze wyżej i tak dość kuserękawy wełnianego odzienia, i stając przed cienkim, długim towarzyszem, który żylastemi rękamiwdrapywał się na drąg wysoki.

— Słuchaj, Fryc! czyś ogłuchł, czyś się zrósł z tym drągiem! — wołał niecierpliwie krępy towarzysz.

— Daj mu pokój — ozwał się inny — on siętak wyciągnął, że ino skóra oblepiona, a uszysię w drąg schowały.

— Uderz go w piętę, to się skóra skurczy,a i uszy na wierzch wylezą, — wołał inny.

A nie czekając, aż ktoś tego dokona, przybliżył się do wchodzącego na stojący w pośrodkudrąg chłopaka. Wyrostek ów rzeczywiście takprzylgnął do owego drąga, i tak się wydłużył,iż można było wziąć go zdala za jakąś kunsztownie wykonaną płaskorzeźbę. W chwili jednak gdy towarzysz przybliżył się do słupa, dałdowód, iż nie był przylepiony, bo wskoczył wprost na ramiona stojącego pod słupem chłopca, a przysiadłszy na nich, zeskoczył zwinnie na ziemię,wśród oklasków i śmiechu wszystkich towarzyszy.Potem wyciągnąwszy pięść do góry, zawołał:

— Słuchajcie, jak mnie który raz jeszcze nazwie Frycem, to mu kości pogruchocę.

— Ba, a jak cię nazwę inaczej, to namwszystkim Hex skórę wyłoi! ozwał się przysadkowaty towarzysz, ten sam, po którego karkuFryc zsunął się na ziemię.

— No, a jak ci tam, jakoś... eh, djabeł zapewne, bo jak złe wszędzie się wdrapie i zewsządzeskoczy, rzekł ten, który go najpierwszy dowalki wyzywał.

— A wolę być djabłem, niż Frycem! zawołałchłopak butnie.

— A żebyś na drugi raz wiedział, że mnieSiewros zwano, masz dla pamięci.

I ująwszy za bary mówiącego rzucił go o ziemię.

A inni krzyczeli radośnie:

— Chwat Siewros!

— Ritter, Siewros!

— Djabeł, Siewros!

— Zuch, Siewros!

— Nasz, Siewros!

I krzycząc podskakiwali radośnie. Tymczasem rzucony na ziemię chłopak, powstał żwawo,porwał wpół wysokiego i chudego Siewrosa, podniósł go ku górze, a gdy ten złożywszy się, ująłtrzymającego za bary, ten postawił go dopierona ziemi, a zarzuciwszy ręce na szyję Siewosawołał:

— Niech żyje Siewros! nie ma już Fryców,Hansów, a są Siewrosy, Jaśki...

I ściskali się obydwaj, jak gdyby przedchwilą nie było między nimi bójki; inni zaś krzyczeli:

— Hura! niech żyje Jasiek i Siewros, nie majuż Fryca ni Hansa.

— A i ja nie Ferdynand ino Maciek.

— A i ja nie Franc ino Franek! powtarzanodokoła. Wrzawa wzrastała, chłopcy z całą serdecznością ściskali się, a ta serdeczność dziwnieodbijała od niemieckiej mowy.

W tem drzwi się otworzyły i wszedł człekwysoki, barczysty, w ciemnej odzieży o nieprzyjemnem wejrzeniu i z progu głośno zawołał:

Still, junge Wölfe!

Chłopcy, którzy nie słyszeli wśród wrzawy,ani otwierających się drzwi, ani też nie widzieliukazania się dozorcy, na głos jego odrazu ucichli,a twarz każdego z wesołej zarumienionej i ożywionej bójką i zabawą, zmieniła się nagle, i pobladła, przybierając wyraz jakiś chytry i podstępny.

— Ach, wy, nikczemne, wilcze pokolenie, wężowy rodzie, czego wrzeszczycie! Głodem a powrozem ujarzmić was tylko, a pokonać, ciągnąłdalej niemiecką mową.

— Który z was tutaj najwinniejszy?

Cisza zaległa izbę, — wśród której tylko oddech przyśpieszony zmęczeniem słychać byłoowych dziesięciu chłopiąt, wychowywanych podokiem stojącego obecnie wśród nich Hexa.

— Kto najpierwszy był do krzyków! wrzasnął Hex powtórnie.

Jeszcze większa zaległa cisza. Powstrzymanonawet oddech, a zda się, że uderzenie dziesięciuserc młodocianych można było policzyć.

— Odpowiadać, — kto pierwszy wszczął bójkę!? I... spuścił żylastą dłoń na ramię Siewrosa.Chłopiec nie drgnął nawet, oka nie zmrużył,tylko ze zwykłą sobie zręcznością usunął sięz pod żylastej dłoni dozorcy.

— Ty! będziesz mi umykał! wrzasnął rozwścieczony dozorca. — Zgniotę cię, ty podłe litewskie szczenię, — zgniotę was wszystkich! a niemiarkując się w gniewie, porwał za gardło najbliżej stojącego. Lecz zamiast krzyku z piersichłopięcia, wyrwał się krzyk z gardła Hexa, doktórego ręki porwany za gardło wszczepił zębyz taką zajadłością, iż zda się chciał odgryźć jącałą. Po chwili chłopiec odjął zęby, nic nierzekłszy, — splunął tylko i patrzył błyszącemioczyma, jak z ręki Hexa krew się polała. Innioniemieli, lecz znać było, iż trzeba tylko lekkiegopodmuchu, a wszyscy, jak ich było dziesięciu,rzucą się na znienawidzonego niemca. Ten syknął z bólu, zaklął straszliwie i wyszedł zaryglowawszy drzwi za sobą.

Chłopcom odechciało się jakoś zabawy, każdyzostał, gdzie stał, spoglądając na towarzyszy. —Mijały chwile, nikt nie wchodził, chłopakom sprzykrzyła się cisza. Jeden drugiego popchnął, któryśkrzyknął:

— Bawmy się w Hexa.

— Dobrze, odpowiedziano gromadnie; ale ktobędzie Hexem?

Nikt się nie znalazł, gwar powstał, rzucanokulkami do góry, lecz Hexem nikt być nie chciał.W końcu głód doskwierać zaczął, żaden jednaknie obwiniał współtowarzyszy.

— Ale to oni nas tu o głodzie trzymać będą!zawołał chłopiec Francem zwany.

— Ba żebyśmy przynajmniej jak Hans krwiHexa pokosztowali, toby i głodu czuć tak niebyło; zawołał inny.

— Słuchajno, już ci Siewros zapowiedział, żetu nie ma Hansa ino Jaśko, a jak mi raz jeszczetak się ozwiesz, to cię to samo co Hexa spotka.

— Oh, jak się to zaprawił! poczęto wołać,śmiejąc się, lecz w tej chwili skrzypnęły drzwii zamiast Hexa, ukazała się żona jego Kobolda.Drobna i chuderlawa niewiasta, o małych i biegających oczach, miała silne i wielkie ręce, jakgdyby na postrach chłopców od kogo innegopożyczone.

— O moje dzieciaki, moje wilczki kochane, —mówiła niemczyzną Kobolda, — rozbrykałyście się,jak widzę, trzeba was trochę wziąć do łaźni.Post i łaźnia wrócą was do pokory jak należyi wszelkie krzyki z głowy wybiją.

To mówiąc, otworzyła drzwi w podłodze, abiorąc za kark jednego po drugim, popychaław głąb do podziemia. Chłopcy tak butni przedchwilą, spokojnie poddawali się żylastym dłoniomKoboldy, która wszedłszy ostatnia za nimi, drzwizamknęła za sobą.

W izbie, przed chwila gwarnej, zapanowałanajzupełniejsza cisza, tylko tam z po za drzwizamkniętych dochodził plusk wody, a czasem okrzyk, lub jęk bolesny. Dla dopełnienia bowiemwychowania dzieci, zabranych do niewoli przezKrzyżaków, była łaźnia, w której chłostą uczonoje pokory i uległości.

Chociaż izba, w której spotkaliśmy bawiącychsię chłopców, zwana była szkołą, po okrzykachjednak i całej rozmowie łatwo się domyślić, że chłopcy byli w niewoli. Krzyżacy bowiem wziąwszy litewskie lub mazurskie chłopię, starali sięcałem wychowaniem zatrzeć w nich pamięć o pochodzeniu. W tym celu w obrębie Malborskiegozamku wzniesiony był obszerny budynek, mieszczący zarazem wychowańców i Hexa z żoną,umyślnie sprowadzonych z głębi Germanii dlaopiekowania się, jak ich nazywano, młodemi wilczkami. A i cała też szkoła zwaną była Wolfshöhle(wilcze gniazdo).

Grube mury, okna wysokie, wąskie, wgłębione izby sklepione nadawały pozór smutny i ponury, różniący się najzupełniej od szerokich pól, lub szumiących lasów, w których chłopięta spędzili najpierwsze dziecięce lata. Chłopcom kazanoprzedewszystkiem zapomnieć ojczystej mowy, uczono niemieckiej, wszystko zaś, co tylko chytrość i przebiegłość wymyślić zdołała, wpajano w umysły i serca młodzieńcze, a przy tych naukachobznajmiano z zasadami wiary Chrystusowej. Natakich warunkach wiara ta nie mogła przyjąćsię i rozrosnąć; jeżeli w którem sercu rozbudziłosię uczucie ku nowej wierze, to chyba roznieciłje widok obrazu w kościele, gdzie Chrystusz miłością przygarniał dzieci ku sobie, lub teżwielki posąg Matki Zbawiciela stojący w zagłębieniu zamkowego muru a tulący do piersi dzieciątko. Nie raz chłopię, wbiegłszy na podwórzec zamkowy, wpatrywało się w ów posąg,przypominając sobie chwile, kiedy i jego do piersitulono... Wtedy dźwięczała mu w uszach pieśń,którą go kiedyś macierz do snu usypiała. A chwila taka psuła długie krzyżackie nauki....

III

W podziemiach tuż obok owej łaźni na słomieleżało dwóch chłopców. Obszerna choć ciemnaizba służyć mogła również dobrze za składy jaki więzienie. I rzeczywiście znać też miała onaprzeznaczenie podwójne, bo oprócz dwóch chłopców, było tam dużo przewróconych do góry dnemwielkich beczek, lub nagromadzonych klepek drewnianych i obręczy żelaznych z rozsypanych ibezużytecznych statków. Światło wcale niedochodziło, a tylko wzrok przyzwyczajony do ciemności z trudnością mógł rozróżnić otaczające goprzedmioty.

— Jak myślisz, na długo nas tu zamknięto? —ozwał się jedeu z chłopiąt, przysuwając się dotowarzysza.

— Bo ja wiem! a pewnie posiedzimy. Postawili nam dzban z wodą, ba i kęs chleba. Odpowiedział drugi.

— Hm! hm! mruknął towarzysz. A gdybyśmyteż tak spróbowali wydostać się raz jeszcze naswobodę?

— Ba, ale jak, czarno jak w kominie, aninawet szczeliny, przez którąby się wydostać. Jeszcze ty cienki jak piskorz, przeciśniesz się wszędy, ale ja!

— Eh, byleby tylko rozpatrzeć się, to się taobaj przeciśniemy, a jak po za murem to i jakośpójdzie, odparł chłopak zwany piskorzem.

— Aha, po za murem, łatwoć to wyrzec, alejak się dostać, a jak nas jeszcze raz złapią, toim się nie wykręcimy, żeśmy chcieli obaczyć, czypod murem zamkowym gniazd nie ma, rzekłychłopak biadający nad swoją rozrosłą postacią,która mu się przecisnąć przez byle jaką szczelinęnie dozwalała.

— No tak i co, — siedzieć tu w ciemnicybędziemy? lepiej niech nas raz już uśmiercą, aniżeli tak kryją po lochach, zawołał jego towarzysz.

I nastała chwila ciszy.

— Słuchajno Siewros, dawnoś ty tutaj między Krzyżaki? — przerwał milczenie ów grubas.

— A pewnie, że dawno! Ot, byłem chłopię,co się w byle chwastach a między zbożem skryćmogło, a teraz sami przecie mówicie, że jak się wyciągnę tom nie ledwie jak słup w szkole długi.

— To ci chleb krzyżacki jakoś poplagował.A żeś to do Niemców ze szczętem nie przyrósł.

— Ja, do Niemców! zawołał z oburzeniemSiewros. Toś ty jeszcze chyba nie poznał, co toza gady, kiedy się dziwujesz, żem jeszcze doniemców nie przystał.

— A juści, niepoznałem! Toć już dwa rokiminęło na gody, jak oni mnie przyprowadzili.

— To możeś ty z jakich Niemców?

— Coś ty wyrzekł Siewros! ja z Niemców!nie powtarzaj tego, bo się żywy z mojej garścinie wydostaniesz! zawołał znany nam już Jaśko,zacisnąwszy pięść z taką siłą, aż kości zatrzeszczały.

— No, — nie gniewaj się bracie, ja tylkochciałem się upewnić, czy i ty tak jako ja wrzeszna Krzyżaki.

— Ho, — a może więcej! oni to między nastam daleko jako świnie w szkodę włażą, — bagorzej, boć świnia szkodę zrobi w polu, a ludziżywi, a Krzyżak pole zniszczy, a człeka połknie!

— Eh!? a to oni człeków żywcem zjadają?zapytał niedowierzająco z pewnym strachem Siewros.

— Ba, gorzej jakby zjedli, bo ciągną ot podswoje zamczysko!

— Ta, prawda, gorzej! jakby raz zjedli, tobymowy dziwnej nie uczyli! mówił Siewros powoli,jakby sobie chciał coś przypomnieć

— A ty dawniej miałeś inną, nie krzyżackąmowę? zapytał Jaśko.

— A jakże, a przecie nasza mowa to jakszum lasów, gdy wiatr powoli iglicami drzew kołysze, a taka, że chociaż jużeś skończył, to cisię zda że jeszcze w uszach dźwięczy: nie, aleja jej przypomnieć sobie nie mogę.

— Oho, ja jeszcze pamiętam, a wciąż mi sięplącze między niemieckie wyrazy, a pieśni w uszach grają, co je na polach a w kościołachśpiewają.

I Jaśko, jakby idąc za własną myślą począłcichym głosem: Po nad Wisłą... po nad wodą...wrogi straszne kroczą... nie dam ciebie, dziecięmoje... nie dam cię mój synu!...

— Ba, tak mi to macierz śpiewała, mówił jużdalej niemiecką mową Jaśko, a no przyszli zabrali, ba i jam wszystkiego zapomniał!

— U nas nie taką, inszą mową śpiewają, aleja już swojej nie baczę! rzekł Siewros i zamyśliłsię smutnie, a po chwili dodał:

— A no, próżno, tutaj w ciemnicy żyć niemożemy! trzeba się wydostać.

— A trzeba, powtórzył Jasiek. I to mówiąccałą siłą kopnął nogą kadź obok stojącą.

Przegniła klepka rozsypała się pod uderzeniem silnego chłopaka, a jakaś nie miła wońzgnilizny rozeszła się do koła, lecz z nią zarazemi ciąg wiatru doleciał.

— Oh, a toś jeszcze do ciemnicy i zgniliznynapuścił! rzekł Siewros, wstając z ziemi i prostując swoje długie chude nogi. Eh, a to tamciągnie jakby ode dworu! zawołał nagle.

— A może tam jakie przejście, dodał.

— A może. I Jaśko jeszcze silniej w stojącąprzed niemi kadź nogą uderzył.

Wyłom większy się zrobił, a wpadająca wewnątrz klepka chlupnęła najwyraźniej w wodę,ale gdzieś bardzo głęboko.

Woń jeszcze szkaradniejsza napełniła podziemię, lecz teraz najwyraźniej przeciąg już czućsię dawał.

— Cuchnie, bo cuchnie, — rzeki Siewros, —ale tu dochodzi wiatr, to może... W tem usłyszeli odgłos kroków, ale to tak tuż jakby okołonich kto przechodził.

Przycichli obaj, i po omacku odsunęli się odowej beczki, siadłszy na jakichś deskach.

Zdawało im się, że ktoś wchodzi, chwilę siedzieli cicho. Stąpanie dochodziło ich uszu, leczstąpanie było zdala, a chód to był nie jednegoczłeka, lecz jakby oddalony tętent koni. Chłopcyspojrzeli na siebie, oczy im w ciemności zabłysły, mimowoli wstrzymali oddech, ażeby się upewnić czy ich słuch nie myli i milcząc ścisnęli sięza ręce. Po chwili stąpanie ucichło, wiatr tylkocoraz silniej ciągnął od owej rozbitej beczki.I znów zdala jakiś turkot, czy szum wody doszedł ich uszu.

— Bracie, ta beczka jakiś otwór snać zakrywa! szepnął Siewros.

— Ba, i ja tak myślę! rzekł z pewnym tryumfem Jaśko. I obadwaj rzucili się sobie w objęcia, jak gdyby ten słaby promyk nadziei dawałim już niechybne ocalenie.

— A teraz do roboty! zawołali razem, szukając po omacku owego otworu, z którego ich oddalone głosy dolatywały.

Beczka była tak wielka, iż mogłaby służyćza mieszkanie, chłopcy po ciemku, gdzie mogliwyrywali nadgniłe klepki. A gdy jakaś cuchnącawoda sączyła się z jednego otworu, drugim tymczasem dochodził powiew wiatru. Najwidoczniejbyła to kadź do piwa o dnie podwójnem. W jednej więc połowie zostały resztki odwaru i te stojąc zbyt długo zepsuły się i zatęchły, a sącząc się wydawały ową woń zgnilizny, gdy tymczasem druga połowa kadzi była pustą i ta nakrywała jakiś otwór wgłąb ziemi idący. Chłopcypracując i odrywając palcami i zębami klepki,oblani od stóp do głów cuchnącą spadającą nanich z wierzchu cieczą, zrobili taki wyłom, iżobaj się mogli weń zmieścić. Przewiew wiatrui ów szum oddalony coraz widoczniej czuć siędawał, lecz ciemność niepozwalała nic do kołarozeznać. Po omacku chłopcy kawałem jakiegośznalezionego kija doszukali się, iż tam jest otwór,który ogromna kadź w zupełności zakrywała.

— Hej, nie nachylaj się, bo jeszcze wleciszna łeb; mówił Jaśko, przytrzymując towarzysza.

— Ta i cóż, to tylko z jednej jamy w drugąwlezę, a może z tamtej łacniej się wydostać — odrzekł Siewros, rzucając jedną ręką na chybił trafił w głąb otworu kawałek cegły czy kamienia,a drugą przytrzymując się zrębu kadzi. Po chwiliodgłos upadającego kamienia się odezwał, a takjakby się staczał po jakiej nierównej pochyłości,aż wreszcie plusk dał się słyszeć.

— Oh, oh! słyszysz! — zawołał Siewros, chwytając towarzysza za rękę.

— Słyszę, otwór jest, lecz gdzie prowadzi,jak się weń dostać? mówił rozważny Jaśko. Mimo to jednak zaczął drągiem szukać i po omacku mierzyć jak daleko od zrębu beczki do otworu. Tak szukając, doszli, iż był po środku otwórniewielki, który miasto drzwi przykryto wielkąkadzią. Ziemi jednak ubitej między zrębem a otworem było tak dużo, że obaj więźnie stanąćna niej mogli bezpiecznie.

— Utrzymasz ty mnie i wyciągniesz, gdy niebędę mógł sięgnąć uogami gruntu, zapytał Siewros.

— Ba, i trzechbym takich wyciągnął, odrzekłJaśko, a nie utrzymam, to i sam za tobą wskoczę. Jak ginąć, to już lepiej odrazu, niż gnićw tej krzyżackiej jamie!

— Ba, ale na czem się spuszczać? skąd rzemienia albo sznura? zamyślił się Siewros.

— Czekaj, zawołał Jaśko; a ściągnąwszyz siebie zwierzchnie odzienie, zaczął je drzeć zębami na pasy i wkrótce obaj towarzysze zostalitylko w płóciennej spodniej odzieży, a za to z podartych kaftanów ukręcili dość długie sznury.Wiatr zimny ciągnący od wnętrza otworu corazsilniej dochodził, lecz zmęczeni towarzysze nieczuli tego: owszem, pot spływał im z czoła.Wkrótce Siewros trzymając sznur, spuszczał sięw otwór, drugi koniec owego sznura trzymałJaśko. Naraz sznur stał się lekkim, Jaśko uczuł,iż źle skręcony powróz zerwał się i został muw rękach, jednocześnie usłyszał staczanie się nieszczęśliwego Siewrosa;

— Więc i ja z nim ginąć muszę, zawołałJaśko. Boże, uratuj nas obu!

I nie namyślając się długo, Jaśko, chcąc lepiej wgłąb skoczyć, uchwycił za zwieszające sięna wpół odłamane wewnętrzne dno beczki. Pociągnięte ciężarem chłopca przegniłe drzewo, zerwało się z nim razem, głuchy odgłos rozległ siępo sklepionych podziemiach, a nad otworem tylkoco przez więźniów odkrytym, z porozbijanych klepek wielkiej kadzi, utworzył się stos ogromnydrzewa, nad którym tu i tam sterczały w półkole żelazne, rdzą przegryzione obręcze.

IV

W jednej z komnat malborskiego zamku, wewgłębieniu okna, dwóch ludzi rozmawiało po cichu. W jednym, mimo iż okrywał go tylkokaftan skórzany, krótki, poznać było łatwo rycerza, drugim był Hex, znany nam już przełożonyWolfshöhle.

— Muszą być! rozumiesz? — rzekł rycerz, kładąc silną dłoń na ramieniu Hexa.

— Rycerzu von Altenburg, — odparł Hexuginając się pod żelazną dłonią, spoczywającą najego ramieniu, wszystko uczynię, lecz gdzie ichszukać! Całe podziemie przetrząśnięto, nad otworem kupa klepek i desek, szmat strzępy, snać tewściekle psy w kanał skoczyły!

— Jakeś mógł ich zamykać w owym podziemiu, gdy tylko więzienie, nie śmierć im była przeznaczona! — syknął przez zęby Dietrich z Altenburga. — Ja ich mieć muszę, muszę! czy znasz to słowo?

— Znam, — powtórzył Hex ponuro — lecz miejcie miłosierdzie, innych wam przysposobię, sprawniejsi będą, aniżeli ten cienki Fryc i gruby Hans.

— Ja tamtych chcę, tamtych, a nie innych,właśnie tylko szlachetne charaktery dadzą sięobietnicą ułudzić, bo same do obłudy nie zdolne.

— Panie, to są psy wściekłe, co kąsają człowieka. — I Hex podniósł dłoń ze świeżą, jeszcze niezagojoną raną.

Dietrich brwi zmarszczył.

— Pokąsały ciebie, Hexa, a nie człowieka —a kąsać będą każdego, kogo wskażę jako nieprzyjaciela ich plemienia.

— Idź, szukaj! — do jutra mieć muszę obu.

Hex ociągał się jeszcze, lecz Dietrich zawołałprzyciśnionym, lecz stanowczym głosem.

— Precz!!

Echo głucho powtórzyło ten wyraz, który zdasię towarzyszył przygnębionemu Hexowi przez całądługość wielkiej komnaty, a w przedsionku jeszcze się odbiło o sklepione mury. Dopiero gdy wyszedł z zamku, odetchnął swobodniej, a potemzacisnąwszy pięść i zgrzytnąwszy zębami mruknął jakieś przekleństwo, a krocząc powoli do domostwa, potrącił wierną swoją Koboldę, któranie wiedzieć po co i dla czego przemykała siępod murem. A szła tak ukradkiem i milczkiem,jakby potajemnie kogo podsłuchać lub podpatrzeć chciała.

— Gdzie się włóczysz! — syknął Hex, zadowolony, że miał na kogo pierwszy gniew spędzić.

— Cicho! ty niedołęgo! — odmruknęła Kobolda.I położywszy palec na ustach, wskazała ręką,aby nie pytając, szedł do Wolfshöhle, sama zaśwcisnęła się jeszcze głębiej we wnętrze muru,łowiąc uchem rozmowę dwu stojących opodalludzi.

— Mówią, że zniknęli zupełnie — rzekł szeptem młodzieniec smagły, ubrany w ciemną krótką odzież, na której miał przewieszoną gęśl przez ramię.

— Przecież muszą być jakieś ślady po zaginionych? — spytał starszy w ubraniu duchownem.

— Ach ojcze Germanie, kogo raz wepchnąw podziemia, stamtąd go nikt nie wyciągnie.

— Tak, lecz opieka Najwyższego sięga tam,gdzie nikt dosięgnąć nie zdoła, — odpowiedziałOjciec German z powagą.

— Lecz kogo Krzyżak chce zgubić, nic gonie ochroni...

— Cicho — odrzekł gromiąc duchowny. —Nie bluźnij Bernardzie; niezbadane są wyrokiStwórcy. Może te pacholęta miały zdradzić swoich, może miały być narzędziem złego, zbrodni,lepiej, że w młodości zginęły... Czy śladów żadnych nie odkryto? — zapytał po chwili.

— Mówią, że z owego podziemia prowadzijaki otwór w głębinę, że tam znaleziono potargane szmaty odzienia, strzępy włosów a nawetślady krwi, zresztą nic, nic! Ach, ojcze, ja sięboję, czy ten mściwy Hex nie uśmiercił ich —mówił Bernard ze drżeniem w głosie.

— Dzieciak jesteś — odparł ojciec German ze smutnym uśmiechem. — Hex raz powierzonych,chłopców strzeże jako oka swego, jako strzegłciebie i wielu braci naszych, inna w tem jakowaś przyczyna. Gdy cię wyślą dziś za mury,staraj się dowiedzieć, czy gdzie jakich śladówniema. Możeby ukrytym kęs jadła lub otuchęzanieść. Smutna to sprawa, dziecię moje, a kiedy nas Bóg przeznaczył, by żyć między wrogami,starajmyż się przynajmniej braci cierpiącej w pomoc przychodzić.

— Ojcze, przykrzy się życie takie. Słuchaći słuchać, jak coraz to więcej pacholąt naszychprzybywa! ach, jabym wszystkich rad jednejchwili wypuścić z tych murów, roztargałbym je,rzuciłbym się...

— Bernardzie, uspokój się; synu mój. Ciałotwoje wątłe a słabe, przed oczami noc wieczna,co możesz uczynić, biedne chłopię moje? Tu,razem we dwóch, możemy te pacholęta wprowadzać na drogę wiary, a uczyć ich, by nie zapomnieli o swoich. Ty, chłopcze, z innego, a ja z innego plemienia, ongi może plemiona naszewiodły walkę ze sobą, lecz tutaj połączyła naswspólna niedola i jedna myśl, że braciom naszymsłużyć będziemy.

— Ach, ojcze, gdyby raz jeszcze przejrzeć,gdyby przedrzeć tę ciemność, co wzrok mój zakrywa, i ujrzeć lasy nasze tam, tam daleko, jakoTubingas ciemny służyć świętemu dębowi.

— Cicho Bernardzie, przyjąłeś wiarę Świętą,a wracasz myślą do ofiar pogańskich.

— Ojcze, ten Bóg, któregoście czcić nas nauczyli, jest wielki, lecz on przecież nie każe zapomnieć tych, cośmy ukochali?

— Nie, owszem, Najwyższy każe ich miłować, a miłości największej dasz dowody, gdyoddalony od ziemi swojej nieść będziesz pomoctym, co jak ty wyrwani w latach dziecięcych,zapomnieliby o swoich, gdybyś im pieśnią ichnie przypominał. Wasz Tubingas, składając objaty poświęconym dębom, wielbi Najwyższego, oddając mu cześć, podziwiając wielkość przyrody; jak on w ojczyznie, tak ty służ braciom w niewoli; a pieśń niechaj w nich miłość ku tej ziemirozbudza. Idź ślepcze młody, mów im o ziemitwojej, śpiewaj niezrozumiałą dla Niemców mową;Niemiec jej nie rozumie, dźwięk mu się podoba,a częstokroć w piersi zamarłej twego rodakarozbudzisz uczucie do rodzinnej ziemi.

— Tak, ślepcom a śpiewakom wszędzie dojśćmożna — rzekł, westchnąwszy, Bernard — możeteż i ich odszukam.

— Idź. — I duchowny zakreślił znak krzyżaświętego nad głową młodzieńca, spuścił potemrękę na jego ramię i dodał: — Idź, ja pospieszędo szkoły, by chłopiętom zanieść słowa wiary.

I ojciec German powoli kroczył do Wolfshöhle.

Nie wielki, naprzód pochylony, zdawał siębyć niemłodym, a jednak gdy podniósł wzrokpogodny, widziałeś twarz nie latami, lecz cierpieniem znękaną.

Oddawna, oblokłszy suknię duchowną, u Krzyżaków przebywał, w zasadach wiary Świętej byłbiegły, a życiem wzbudzał poszanowanie wewszystkich. Niemiecką jako Krzyżak znał mowę,lecz umiał i inną, bo gdy z wyprawy wracano,prowadząc za sobą młode pacholęta, rozmawiał z nimi odrazu, a pacholęta garnęły się do niego,opowiadając mazurską mową o ojcu i macierzy.Pacholąt jednak z tamtej strony mniej do Wolfshöhle sprowadzano, więcej daleko było takich,co Perkuna a dęby czcili, a wiary Świętej nieznali, tych mowę Ojciec German lepiej jeszczerozumiał, na jej dźwięk oczy mu błyszczały, chłopięta wypytywał, ba i w płaczu utulił.

Skąd był? a któż o to pytał. Krzyżacy goszanowali, czasem do wielkiego Mistrza był wołany. Dietrich von Altenburg, zastępujący Mistrza,często z nim rozprawy miewał. Snąć był im potrzebny, bo ile razy młodzieniec jaki z przywiezionych z wojny, począł się buntować, słowaOjca Germana zawsze go uspokoiły. Pod jegoteż wejrzeniem najbardziej rozgniewany Krzyżakprzychodził do siebie, a psy szczekające i rzucające się zajadle na przechodniów, na głos jegomilkły i łasząc się, przychodziły do jego kolan.Jedna tylko Kobolda, choć nisko zawsze przedOjcem Germanem schylała głowę, w duszy niecierpiała go, gdyż nie pozwalając złośliwej niewieście źle się obchodzić z pacholętami, powierzonemi jej pieczy, nieraz surowo ją gromił.

To też na każdym kroku chciała mu szkodzić, a liżąc się i przymilając, śledziła go wszędy.

Zaledwie więc Ojciec German poszedł do Wolfshöhle, Kobolda wysunęła się ze swojej kryjówki.Zacisnęła pięść swą ogromną, syknęła coś przezzęby, a stanąwszy przy wejściu do zamku, postanowiła czekać wyjścia rycerza von Altenburg. I niedługo czekała, wkrótce Krzyżak wyszedł,poprawiając na sobie opończę, którą zwykle byłodziany, gdy pozostawał wśród murów. Stanąłwe drzwiach, mierzył wzrokiem z oddali owoWolfshöhle, najdłużej zaś zatrzymał się na maleńkiem okratowanem okienku w sklepieniu okrągłem nad ziemią, a prowadzącem od głównegobudynku do muru, okalającego podwórzec zamkowy.

— Ha, bydlę! — syknął i targnąwszy niecierpiwie pas, otaczający jego postać okazałą, chciałiść dalej, gdy Kobolda zabiegła mu drogę.

— Rycerzu von Altenburg, szlachetny panie!

— Precz! — krzyknął rycerz, zastawiając sięręką, jak gdyby chciał złe widmo z przed siebieodpędzić.

Lecz Kobolda nie łatwo się zrażała. Pozostałana chwilę za nim, a potem idąc cichutko, skradając się jak kot, znowu poczęła:

— Wiem już, kto wszystkiemu winien.

— Ty i twój mąż, niecne potwory! — krzyknął von Altenburg, wznosząc swą dłoń potężną,a nie oglądając się na idącą tuż obok niego,dodał:

— Precz mi z oczu!

Kobolda pozostała na miejscu; nie dała jednakza wygraną. Cichutko podreptała do Wolfshöhle,gdzie wsunąwszy się głównem wejściem, wkrótceukazała się bocznemi drzwiami na podwórzu,a gdy von Altenburg opatrywał uważnie sklepienie i okienko, ona podkradłszy się kocim swoimchodem, szepnęła:

— Ojciec German, i ślepiec Bernard byli z nimi w zmowie; German polecił ślepcowi, by ichszukał po za murem.

Dietrich drgnął pomimowoli, nie zdawał sięjednak zważać na szept Koboldy, która jak cicho podeszła, ciszej jeszcze usunęła się, a na jejohydnej twarzy znać było rozradowanie i uśmiechpiekielny. W tejże samej chwili z Wolfshöhlewyszedł Ojciec German, który spojrzał na niąłagodnym wzrokiem, zatrzymując czas jakiś pogodne swe oczy na jej rozradowanej twarzy.Chytra niewiasta nie mogła snać wytrzymać tegospojrzenia, gdyż schyliwszy skronie, przycisnęłasię do muru, jakby przez uszanowanie dla przechodzącego. German spojrzawszy raz jeszcze nanią, przysunął się do Dietricha i rzekł:

— Badałem innych, nic nie wiedzą, lecz wysłałem Bernarda po za mury, ten choć ślepiec,często lepiej dojrzy, aniżeli stu patrzących. Daleko ujść nie mogli, gdy ich znajdzie, zatrzymaza bramą, w ukryciu opodal od zamku, a stamtąd ja ich sprowadzę.

— Czy wam można ufać? — zapytał Dietrichprzytłumionym głosem, wpatrując się w duchownego.

— Czym was kiedy zdradził? — odparł tenże,zatrzymując znów wzrok na Dietrichu, który taksamo jak Kobolda nie wytrzymał tego spojrzenia.

— Po raz ostatni wam ufam — rzekł, kładącrękę na ramieniu Germana — ale gdybym sięzawiódł, biada wam, biada tym wilczętom. I tomówiąc, wskazał ręką na Wolfshöhle.

— Bezpotrzebne pogróżki wasze, krew sobieino psujecie — odparł poważnie German — a krewwasza powinna być spokojna, boć nową szykujecie wyprawę, nie warto jej na takie małe sprawy zażywać.

— To nie małe sprawy! — krzyknął, prostując się Krzyżak. Mnie oni obaj potrzebni byli,jam z nich pragnął mieć psy gończe z delikatnym węchem, co umiejętnie użyte, na jamę naprowadzić zdolne.

— Gdy się psa układa, to go się w podziemiach nie zamyka, bo węch stracić może.

W tej chwili Hex znów się ukazał.

— Rycerzu, panie! — rzeki, ukazując strzęppodartej, skręconej w sznur odzieży i kosmykzakrwawionych jasnych włosów.

— To wszystko co odnaleźć zdołałem.

— Ja cię nie po strzępy posłałem — ofuknąłDietrich — ja chcę ich widzieć żywych!

Hex począł się jeszcze tłómaczyć, lecz Krzyżak nie słuchał jego wyrazów, świsnął tylkow świstawkę, którą miał zatkniętą u pasa. Dwóchknechtów potężnej postaci stawiło się na zawołanie. Dietrich ręką wskazał na Hexa.

— Zaprowadzić go do podziemia, w prawem skrzydle.

Hex złożył ręce i padł na kolana, nic jednaknie pomogło. Knechty ujęli go pod ręce, a silneto było ujęcie, gdyż nie drgnął nawet, tylko szedł,kroki swe stosując do idących obok niego. Kobolda wyjrzawszy z za drzwi, zgrzytnęła tylko zębami, pięść zacisnęła, a schroniwszy się napowrót, gdy Hexa prowadzono do prawego skrzydła, ona stojąc we wgłębieniu muru, dawała mujakieś znaki, na które skazany spoglądał szklanemi oczami.

V

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.