drukowana A5
30.5
Na zgliszczach Zakonu

Bezpłatny fragment - Na zgliszczach Zakonu


Objętość:
162 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0564-4

Goście

Na malborskim zamku byłobardzo ludno i gwarno jak chyba jeszcze nigdy od założenia tej wielkiej krzyżackiej siedziby. Cudzoziemskich rycerzy przybyła moc taka, że nie tylko Ulryk von Jungingen, mistrz Zakonu,od niedawna piastujący tę godność, ale najstarsi komturowie pamiętający rządy kilkujuż mistrzów, a też i braciszkowie tak wielkiej liczby cudzoziemskich gości nie pamiętali. Nie pamiętali i pospolitaki, i knechty,chociaż od lat dziecięcych Zakonowi służyli.

— Musi będzie wojna — ozwał się Biber,jeden z najstarszych knechtów, zajmującyobecnie stanowisko setnika, to jest przełożonego nad dziesiątym podwórcem.

— Oo!? — spytano go chórem ciekawie.

— Wojna, toć nie nowina — mruknąłFals, chłop młody, pociągając z wielkiejkonwi cienkusz, którym się wszyscy pokolei raczyli.

— Jeno z lekka, z lekka, bo czy wojna,czy nie, ty ciągniesz tak, że dla drugich nieostanie! — wołali inni, odciągając konewod chciwych ust Falsa.

Aż ten, nie mogąc podołać napastnikom,wypuścił z rąk konew, ale nabranym w ustanapojem parsknął na nich śmiechem, opryskując cienkim piwkiem jak rzęsistym deszczem. A kiedy poszkodowani ocierali sięrękawem, odgrażając, że mu nie darują,Fals, śmiejąc się, wołał:

— Jeszcze wam źle?! Od gębyście mi odjęli, a ja, żeby was nie uszkodzić, oddałemnawet to, co miałem w gębie!

Wtem dało się słyszeć gwałtowne kołatanie do głównej bramy i odgłos trąb oznajmujących nowych gości. Echo rozniosło jepo podwórcach i przerwało zabawę knechtów. — Przybywają nowi goście — mruknął Biber.

Ten i ów nadstawił uszu, zapominająco konwi, Fals zaś, skorzystawszy z zajęciasię czym innym towarzyszy, pochwyciłw ramiona wielką konew i usuwając sięz nią sprzed oczu zaciekawionych, myślał:

„Nadstawiajcie uszu, a ja tymczasem nadstawię gębę”.

Tak myśląc, łykał chciwie napój, zdążając jednocześnie do furtki prowadzącejna główny podwórzec.

I jego bowiem brała ciekawość, żeby zobaczyć nowo przybywających, nacieszyć sięwidokiem lśniących zbroi, rzędów na koniach i pokazać z dala pachołkom konewna dowód, że w murach zamkowych niezbraknie im napitku.

Ciężkie wrzeciądze wielkiej bramy, przywykłe do kilkakrotnego w ostatnich dniachotwierania się dla przybywających, lekko,bez najmniejszego zgrzytu się rozwarły.

Lecz jakież było zdziwienie Falsa, gdysurmy witające zwykle nowo przybywających umilkły, a na podwórzec wjechało kilkunastu zaledwie jezdnych. Odziani bylibez najmniejszych ozdób, nie znamionujących dostojeństwa ani bogactwa przybyłych.Jedyną osobliwością wśród tego nielicznegopocztu był młodzieniaszek, najwyżej latszesnastu, w połyskującej ciemną stalą półzbroiczce, którego inni z wielką czcią i uszanowaniem otaczali.

— Iii, miałem też po co biec i jeszczepiastować konew, nie nacieszywszy sięwprzódy jej zawartością — mruknął Fals.

To mówiąc stanął za rozwartą furtą podwórca, nachylił konew do ust szeroko rozwartych i łykał chciwie, jakby chciał wynagrodzić czas stracony.

Tak zaś był zajęty, że nie opatrzył się,gdy silna pięść spadła na jego plecy, a spadła tak potężnie, że aż zębami o wręby konwi zadzwonił i całą zawartość na siebiewylał. Stracił też równowagę i padł naodrzwia furty, a reszta nie dopitego cienkusza oblewała go rzęsiście.

— Żebyś się udławił! Żebyś nic nie miałw życiu, jeno ten ostatni łyk cienkiego piwa! — zawołał ten, który go tak po przyjacielsku przywitał. — Nie dość, że pijejak potwór morski, ale jeszcze sobie kąpielz piwa urządza! — dodał z wielkim oburzeniem, zaglądając do wnętrza konwi.

Zostało w niej jeszcze kilka łyków, którymi nie pogardził przybyły i wiernie doostatniej kropli wysączył. To zajęcie sięprzybysza smakowitym napitkiem pozwoliłoFalsowi oprzytomnieć, zerwać się i strząsnąć z siebie ociekające piwo.

— I żeby tak marnować dary boskie —westchnął oglądając się, kto go tak poczęstował. — Ba, nie kto inny, jeno ten kulas,Hilt — rzekł zbliżając się z podniesionąpięścią do pijącego.

Ale ten właśnie konew do szczętu wypróżnił, a obcierając dłonią usta, mówił:

— Nie z pięścią, lecz z wyciągniętą prawicą powinieneś przyjść do mnie — ozwałsię Hilt.

— Jak to? — spytał Fals, wytrzeszczającoczy.

— Przede wszystkim, żem ci przeszkodził w spełnieniu śmiertelnego grzechu, jakim jest łakomstwo i pijaństwo: po wtóre,żem cię uwolnił od konwi, za którą oglądająsię w podwórcu, a za którą zostałbyś przezBibera wtrącony do ciemnicy co najmniejna cały dzień o suchej gębie.

— Biber się zestarzał...

— Zestarzał się, ale niemniej z piwemjest w zgodzie, a obowiązki przełożonegonader pilnie sprawuje — przerwał Hilt.

Fals poskrobał się w gęstą czuprynę i leniwym krokiem od furty odchodził.

— Cóż ten bestia myśli, że ja próżną konew będę za nim nosił? — mruknął miłytowarzysz. Kopnął też z pogardą bezużyteczny sprzęt w tej chwili i krzyknął zaodchodzącym: — Dokąd się wleczesz, dokąd?!

Fals udał, że nie słyszy, i szedł dalej. Hiltzaś, jakby mu nagle przyszła jakaś myślszczęśliwa, uśmiechnął się i zabrał wzgardzoną konew. Szepnął też przy tym:

— Poczekaj, będziesz ty się miał z pyszna.

I kulejąc podążył za towarzyszem.

Wkrótce Fals stanął w drugim końcu dziesiątego podwórca, gdzie Biber powoli, nosowym, lecz donośnym głosem wykładał cośknechtom. Musiało to być coś bardzo ciekawego, bo wszyscy, porzuciwszy czyszczenie zardzewiałej broni, słuchali z wytrzeszczonymi oczami i otwartymi usty.

„Dobra nasza — pomyślał Fals — niespostrzegli, żem odszedł, a co więcej, żemzabrał prawie pełną konew”.

Tak myśląc, podniósł olbrzymi miecz,a wziąwszy w garść ubity włosień, udawał,że był zajęty czyszczeniem.

Ten zaś mówił:

— Wojna się szykuje, jakiej dotąd anioko nie widziało, ani ucho nie słyszało...

— Ale z kim? Z kim? — ozwały się głosy.

— Ciemni jesteście jak konew winem napełniona — oburzył się setnik. — Toć niez kim innym, jeno z Polską.

— A przecież powiadaliście niedawno, żezawarto z nią pokój — ozwał się Hilt, któryzdążył przybyć na ostatnie Bibera wyrazy.

— Głupiś — huknął tenże. — Pokój jestdlatego, żeby nowych sił nabrać i rozpatrzyćsię, co dalej czynić, nie zaś dlatego, żebygo utrzymać.

— A czy to w onej Polsce są pogany? —ozwał się któryś z młodszych knechtów.

— Widzieliście głupiego! — zaśmiał sięBiber. — Czy ty ksiądz, żebyś się pytał, czypogany, czy chrześcijany? — mówił dalej. —Przecie tu nie o chrześcijaństwo chodzi, aleo rozszerzenie granic i potęgi naszego zakonu — mówił z pewną wyższością setnik. — Gdy pokonamy Polskę, tego ich królaJagiełłę, Litwina, co rozsiadł się na troniepolskim i bruździ we wszystkim, to i z Litwą, i Żmudzią łatwo się będzie uporać. Ba,i tamte het, kraje dalej będą do nas należeć — mówił Biber z taką pewnością, jakgdyby najtajniejsze sprawy Zakonu były mudokładnie wiadome.

Puszył się też z tych swoich wiadomości,jakby co najmniej był poufnym wielkiegomistrza i na naradach zasiadał. Był ci onwprawdzie ulubieńcem wielkiego mistrza,Ulryka von Jungingena, i będąc w jegosłużbie podczas oględzin ziem zajętych, przysłuchiwał się rozmowom i stąd ta jego pewność i opowiadanie.

Przysłuchiwano się też opowiadaniom,każdy jakieś wtrącił słówko, korzystającz łaskawości setnika, jeden tylko młody,dziarski knecht, zwany Jakubem, nie wtrącił ani słówka.

Wsłuchiwał się wszakże ciekawie i twarzrozognioną i oczy błyszczące na mówiącegopodnosił.

I Fals wsłuchiwał się jak inni. Otworzyłnawet usta, bo i jego to opowiadanie zaciekawiło. Nagle pociemniało mu w oczach,uczuł ciężar na głowie, ale jednocześniewchłonął w siebie ulubiony zapach piwa.

Śmiech się rozległ dokoła, śmiech podobny do dzikich bestii, gdy znajdą się nadcielskiem upolowanej ofiary i radość swąrykiem objawiają.

Jeden Biber się nie śmiał, a powiódłszyzgorszonym okiem, szukał przyczyny tejnagłej wesołości. Postrzegł też zaraz sterczącą do góry dnem konew na głowie Falsai z całej siły krzyknął:

Tausend Teufel! Dawajcie mi tegołotra!

Fals, uczuwszy na głowie ciężar i wońprzyjemną, domyślił się, że to Hilt tak musię przysłużył. Usłyszawszy zaś śmiech, nieczekał, aż się przyczyna onego wykryje,jeno schwycił ze swojej głowy konewi wtłoczył ją z nadzwyczajną szybkością nagłowę najbliżej stojącego towarzysza. Tenuczynił to samo sąsiadowi, który ustroił niądrugiego, i tak dalej, i dalej. Konew przechodziła z jednej głowy na drugą. Śmiechwzrastał, dowcipy i przekleństwa jak gradleciały, a Biber wśród ogólnego zamieszanianie mógł dojść, kto był pierwszym sprawcąurządzonej naprędce krotochwili. Aż przyłapał w końcu Hilta, który śmiejąc się wrazz innymi, ani spostrzegł, gdy go w ten niezwykły hełm ustrojono.

— To wtedy gdy ja opowiadam o wielkości naszego zakonu, ty mi będziesz wychylał piwo przeznaczone dla wszystkichi stroił się w pustą konew?! — wrzeszczałna całe gardło przełożony dziesiątego podwórca, płazując plecy Hilta zardzewiałym,złamanym mieczem.

Hilt, oswobodzony z przygodnego hełmu,sumitował się, że ani łyka piwa nie wypiłi zgoła nie wie, kto go w konew ustroił,ale Biber nie słuchał jego wymówek, jenowypłazowawszy doskonale, zagroził:

— Jak mi raz jeszcze nie będziesz pilnował służby, jeno uganiał się za konwiąi żarty stroił, pójdziesz na cały dzień dociemnicy o suchej gębie.

Fals tymczasem z najzimniejszą krwią rozpowiadał:

— Wzięła mnie taka ciekawość, gdymusłyszał gwałtowne kołatanie do głównejbramy, żem chyłkiem podsunął się do furty.

— I cóż? I cóż? — zapytano dokoła.

— Iii... Nie warto było zachodu — odrzekłz lekceważeniem.

— No?

— Ani my uciechy, ani tamci pożytkuz przybyłych nie będą mieli.

— Przecie... — nalegano.

— Powiadam wam, wjechało kilkunastupowszednio odzianych, a na ich czele jakiś,co wyglądał raczej na pachołka.

— Eee?

— Przecie spodziewano się znakomitychgości? — ktoś zapytał.

— Jużci, nie tylko że był mizernie odziany, ale dałbym szyję, że to młokos jakiś —upewniał Fals.

— Ba, toć Zakon na młodych łasy! —rzucił ktoś ze słuchających.

— Młodych, ale i możnych — dodał inny.

— Może to jakiego Polaka lub Litwinaprzywiedli? — rzucono domysł.

— A może królewskiego lub książęcegosyna wzięto z Polski w niewolę? — rzuciłFals z tajemniczą miną.

I na tym tle poczęto snuć rozmaite domysły. Nawet Biber mówił swoim nosowymgłosem:

— Nie chybi, jeno król polski dowiedziawszy się, że mistrz nasz szykuje nańnową wyprawę, przysłał jednego ze swoich,żeby zawrzeć ugodę.

— A że przeczuwają, że bez okupu najprzewielebniejszy mistrz Ulryk nie zaniechawojny, przysłali umyślnie biednie odzianych,żeby jak najmniej powinnej daniny zapłacić... Oho, znam ja ich! — dodał z pewną niechęcią.

— I ja ich znam — ozwał się jakiś przyciszony głos spomiędzy pachołków.

Ale głos ten brzmiał butnie i wcale niebył podobny do lekceważenia.

Zawód

Tymczasem jeden z owegoniepokaźnego pocztu szedł śmiało do głównej sieni zamku, nie pytając zgoła nikogoo pozwolenie.

Śmiałość, z jaką sobie poczynał, torowała mu drogę,na podsieniu dopiero zastąpił mu Frydrych von Ulmen, który, jakomarszałek dworu wielkiego mistrza, miałobowiązek spotykać przybyłych gości i o ichprzybyciu wielkiemu mistrzowi oznajmiać.

Niepozorna odzież wchodzącego na podsienie, jako i poczet, stojący w głębi podwórca, wywołały nie tylko zdziwieniena oblicze Frydrycha, ale wprost niezadowolenie, a nawet zgrozę, że śmiałek wchodzi samopas w uprzywilejowane podwoje.Zmarszczył więc Frydrych brwi krzaczastei już miał wybuchnąć gniewem, gdy przybyły oddając dworny, rycerski ukłon, rzekłcoś przyciszonym głosem.

Wymówione wyrazy podziałały jak dotknięcie czarodziejskiej różdżki. Twarz Frydrycha rozpogodziła się, groźne spojrzeniezamieniło się w błysk oczu radosny. Spodrudego zarostu wyjrzał uśmiech pełnyuprzejmości. Słowem, cała postać zacnegomarszałka oznaczała wielkie zadowolenie,jak gdyby nagle padł promień słońca, rozjaśniający zasnute chmurami przestworze.Zgiął też w ukłonie swą potężną postać,z tym ukłonem zbiegł szybko ze schodówpodsienia i skierował się wraz z przybyłymku niewielkiemu, szczupłemu rycerzowi,który nie zsiadając z konia, w otoczeniuswego nielicznego orszaku rozglądał się poobszernym podwórcu i przypatrywał grubym, wspaniałym murom krzyżackiej siedziby.

Frydrych, idąc śpiesznie, nie zapomniałzadąć w niewielką trąbkę wiszącą muu pasa.

Głos rozszedł się przenikliwym, donośnymdźwiękiem; tak donośnym, iż dziwić sięnależało, że tak mały instrument wydawałtak przeraźliwe, długo nie milknące brzmienie.

Głos trąbki rozległ się po całym podwórcu, w najodleglejszych jego zakątkach; przeniknął też znać przez grube mury, bow wielkiej sali zrobił się rumor i huk jakbyprzewróconej nagłym ruchem ławy.

To Ulryk von Jungingen w swojej własnej osobie na dosłyszany dźwięk trąby marszałka wstawał z swego wywyższonegosiedzenia, które przewrócił na kamiennąposadzkę wielkiej sklepionej sali.

Ci, co byli bliżej, spojrzeli po sobie, a sędziwy Henryk Leuchter, komtur Elbląga,siedzący najbliżej mistrza, szepnął do swegosąsiada, Antona Ludwigsburga:

— Nie szczęści się dziś wielkiemu mistrzowi: przed chwilą oderwało się ucho odpucharu, gdy go niósł do ust, teraz przewrócił się jego stolec mistrzowski.

— Zły to omen, zły — mruknął Anton.

Dalej siedzący nie zwrócili uwagi ani nadźwięk sygnału danego przez Frydrycha, anina przewrócenie się ławy mistrzowskiej, anina opuszczenie przez niego biesiady, wszyscy bowiem byli zajęci wypróżnianiem wielkich pucharów i rozmową o wielkiej wyprawie, jaką mistrz Ulryk przeciw Polsceobiecywał.

Ku temu właśnie zaprosił liczne gronorycerzy, przedstawił swoje plany posunięciaswoich granic na wschód, a ku temu wojnęz Władysławem Jagiełłą. Mówił też wciążprzybyłym:

— Polska to kraj ludny i bogaty, madzielnych wojowników; prócz więc sławyz ich pokonania, weźmiemy łupy w ludziach,rzędach, koniach i rozmaitych bogactwach.

„A też i ziemi można będzie szmat sobieuszczknąć” — myślał niejeden z niemieckich rycerzy, mający tak niewielką jej ilość,że częstokroć na wyżywienie przybocznegoorszaku i psiarni nie wystarczała.

Wielki zaś mistrz, wyszedłszy z biesiadnej izby, na chwilę zatrzymał się w sieni,jakby się namyślał. Po chwili szepnął cośjednemu z pachołków będących zawsze narozkazy.

Zauważył znać, że spotykanie osobiścieprzybyłych ubliżałoby jego godności, skierował się do izby sklepionej, wspartej najednym tylko filarze, imponującej swojąpowagą, prostotą i zawieszonymi trofeamizdobytymi na licznych wyprawach.

Tu siadł w głębi na wywyższeniu, kazałna siebie zarzucić płaszcz z białym krzyżem, oparł się na mieczu, przybrał wyraztwarzy stosowny do swojej wielkości i patrząc na drzwi wchodowe, z niecierpliwościąoczekiwał przybycia gościa.

Jednocześnie z dziesiątego podwórca wybiegł do furty, przy której widzieliśmy Falsa,młody knecht i ukrywszy się we wnęcemuru, przypatrywał się przybyłym, łowiącuchem ich rozmowę.

Po chwili potrząsnął głową, westchnąłi szepnął w sobie:

— Nie, nie. Nie oni.

Zawrócił do wnętrza swego podwórza i zajął się przerwanym czyszczeniem miecza.Na twarzy jego młodzieńczej malowało sięuczucie nieokreślone. Był to jakby doznanyzawód, a zarazem pewne zadowolenie, z którego młodzian sam sobie może nie umiałzdać sprawy.

Oblicze wielkiego mistrza mieniło się również rozmaitymi uczuciami. Obok wieczniegoszczącej pychy, wypełzała jeszcze chytrość, a zarazem radość z dopięcia wielkiegojakiegoś zamiaru. Układał też znać powitalne wyrazy, bo usta jego poruszały się szeptem, lewa ręka, spoczywająca na poręczysiedzenia, wykonywała palcami najrozmaitsze ruchy, prawą zaś gładził krótką, rzadkąbrodę lub wyciągał przed siebie, jakbywskazywał ułożone przez siebie plany.

Zajęty tymi myślami nie liczył ubiegających chwil. A ubiegło ich niemało, nim gośćzrzucił zbroję i zapylone drogą obuwie.

Nareszcie Frydrych von Ulmen wszedłi uroczystym głosem oznajmił:

— Jego książęca mość Karol, książę naNiderlandach, Fryzlandii i innych posiadłościach nadmorskich.

Wszedł też zaraz młodzieniaszek o wątłej,lecz szlachetnej postawie. Bez zbroi i hełmuzdawał się jeszcze mniej okazałym, niż gdysiedział na koniu w pełnym rynsztunku.Twarz szczupła, blada, nie ozdobiona jeszczezarostem, długie, jasne włosy, wejrzeniebłękitnych, łagodnych oczu dawały mu pozór raczej natchnionego trubadura niż rycerza.

— Witaj, Karolu, książę Niderlandówi Fryzlandii. Witaj, najdostojniejszy a dawno oczekiwany gościu — ozwał się Ulryk,szukając wzrokiem przybyłego.

Odległość bowiem, w jakiej stanął, i wyniosłe sklepienie izby czyniły go jeszczemniejszym i niklejszym.

Frydrych, mimo odległości, na jakiej znajdowały się drzwi wchodowe od wielkiegomistrza, uchwycił bystrym okiem wzrok jego, uśmiechnął się też ironicznie, jakbychciał powiedzieć:

— Ów najdostojniejszy wygląda raczejna pachołka niż na udzielnego księcia ziemrozległych.

„A może to i dziedzictwo podobne doosoby?” — pomyślał w sobie.

Karol zaś posuwistym krokiem, dotykająckamiennej posadzki lekkim obuwiem z nadto długimi, spiczastymi nosami, zbliżył siędo wielkiego mistrza, a przyłożywszy prawądłoń do serca, skłonił się dwornie i mówił:

— Składam należny hołd wielkiemu mistrzowi, a Zakonowi całe moje dziedzictwoi wszelką majętność, błagając waszą miłośćo przyjęcie mnie do Zakonu i policzeniemiędzy rycerzy krzewiących wiarę świętąi stających w obronie krzyża.

— Życzenie wasze, najmiłościwszy książę, będzie spełnione, lecz nim odbierzemyprzysięgę i pasować was będziemy na rycerza, rozgośćcie się w naszej ubogiej siedzibie i odpocznijcie po trudach podróży.

— Podróż mnie nie umęczyła. Chęć jaknajszybszego otrzymania z rąk waszychprawa służenia w obronie krzyża Chrystusowego i pokonywania niewiernych dodawała mi siły i niweczyła wszelkie trudy —mówił młodziutki książę z zapałem, wznosząc oczy ku wysokim sklepieniom izby,jakby szukał tam znaku, w którego obroniepragnął walczyć.

Lecz sklepienie wiążąc misternie zakończone łuki, przedstawiało jeno chłodną potęgę, nie dając żadnej otuchy, przeniósł więcwzrok na wielkiego mistrza i spotkał sięz krzyżem czarnym, nakreślonym na jegopłaszczu. Pierś młodzieńca podniosła sięwestchnieniem, Ulryk zaś mówił z pobłażliwym uśmiechem:

— Wszystko jest przygotowane na tęwielką uroczystość. Wszelako musicie, najmiłościwszy książę, zapał wasz powstrzymać, póki nie zwołamy rady i dostojników,ażeby byli przytomni waszej przysiędzei pasowaniu na rycerza Zakonu — zakończył wielki mistrz z wielką godnością, dającjakiś znak porozumiewawczy swemu marszałkowi.

Ten, postąpiwszy kilka kroków, skłoniłsię przed gościem i rzekł:

— Pozwoli wasza książęca mość, że muwskażę jego siedzibę.

Karol westchnął poddając się wyrokowiprzyszłego przełożonego. Skłonił przed nimgłowę i cofając się wyszedł do obszernejsieni.

Frydrych powiódł go po szerokich kamiennych schodach, a otworzywszy zarazpierwsze drzwi na prawo, rzekł z ukłonem:

— Oto jest mieszkanie waszej książęcejmości... — I zatrzymawszy się nieco, dodał: — Protektora i przyszłej ozdoby naszego zakonu.

Znalazłszy się jednak za drzwiami,uśmiechnął się sam do siebie, splunął i rzekł:

— Na pozór niewart garści kłaków!

Ulryk po odejściu gościa wykrzywił również pogardliwym uśmiechem swe szerokieoblicze, rzucił płaszcz stojącym za jego plecami pachołkom, a idąc ku drzwiom leniwym krokiem, myślał:

„Śmierdziel, gołowąs... Chociaż z książątpanujących, diabli wiedzą, co z niego zapożytek i co pod tą układną postaciąkryje...”

Zastanowił się chwilę i miast wyjśćz komnaty, zawrócił ode drzwi i szedł napowrót wolnym, ociężałym krokiem, jakbysię nad czymś namyślał.

Mówił też w sobie:

„Myślał, że zaraz zaczniemy psalmy śpiewać. Cóż on sobie myśli, ten chłystek, żejesteśmy pustelnikami lub klechami, odprawiającymi wieczne praktyki? Ale mniejszao niego. Jeżeli zrzecze się swego dziedzictwa, przybędzie nam duży szmat ziemi nadmorzem, otworzy drogę na zachód i da nową podstawę potędze naszego zakonu” —zakończył.

I szybkim już krokiem opuścił komnatę.

W sieni znów się zatrzymał nasłuchując,czy go jakie słówko nie dojdzie z biesiadnej komnaty. Lecz dochodziły go tylko pijane, chrapliwe, zmieszane w jeden wielkigwar okrzyki.

— Piją, niech piją! Wkrótce żłopać będąkrew polską! Weźmiemy obszerne ziemiei zdepczemy tego dumnego polsko-litewskiego króla, a całe to podłe plemię u stópswoich ujrzymy!

To mówiąc, uderzył nogą o kamienną posadzkę, jakby już widział tysiące głów schylonych przed sobą i na ich karkach stawiałciężką swą krzyżacką stopę. Po czym zamienił słów kilka z powracającym od dostojnego gościa Frydrychem, przy czym obajrozchodząc się w dwie różne strony, mieliwielce pogardliwe, pełne niezadowoleniaoblicza.

Tymczasem młodziutki książę na Niderlandach i Fryzlandii, rozejrzawszy się pokomnatach oddanych mu przez Zakon, rzekłdo oczekującego nań Bonifacjusza z Groning, wiernego sobie piastuna i opiekuna:

— Nie zaraz odbędzie się tyle przezemnie upragniona uroczystość.

— To dobrze. Wasza miłość zmęczony.Przed tak ważnym krokiem trzeba wypocząć... i... ostatecznie rozważyć... — rzekłBonifacjusz.

— Och, wiesz dobrze, stary i jedyny przyjacielu, żem wszystko już dokładnie rozważył — odparł książę.

I stanął we wgłębieniu wąskiego okna.Okno to wychodziło na dziesiąty podwórzec.Książę rozglądał się, chcąc nasycić się widokiem wielkości i potęgi Zakonu, którąznać było w grubych niezwykle murachzamku, licznych podwórcach, zaułkach, kręcącej się wszędzie służbie, z dala widniejących nasypach i fosach okalających tę wielką obronną siedzibę krzyżacką. Ale znać towszystko nie zadowalało przybyłego rycerza, wzrok jego bowiem na żadnej z tychoznak krzyżackiej potęgi dłużej się nie zatrzymał.

Słońce czerwcowe ozłacało grube mury,kładło wielkie złociste plamy na podwórcach, wdarło się nawet we wgłębienie wielkiego okna i ozłociło jasną głowę zamyślonego Karola.

A on, jakby niezadowolony z widoku,z jakąś nudą czy zawodem na twarzy patrzył i patrzył, przenosząc wzrok z murówi wież obronnych na fosy i nasypy, to znówna ludzi krzątających się i przenoszącychwyczyszczoną broń, mieniącą się i lśniącą,przerażającą swoją ostrością. I miasto zadowolenia z osiągnięcia upragnionego zamiaru, coraz więcej na jego młodzieńczymobliczu siadało rozczarowania. Nagle wzrokjego się rozjaśnił. Rozjaśnił i spoczął naramieniu krzyża pławiącego się w krwawozłotym świetle zachodu słońca. Książę wyciągnął ku upragnionemu godłu dłonie,a usta jego z wielką gorącością szepnęły:

— Pod godłem twoim, o Chryste, pragnęwalczyć i cześć męki twej i nauki szerzyć!

W tej chwili rozległ się dzwon. Dzwongruby, chrapliwy, nie przynoszący ukojeniai błogości, lecz rozkaz.

Ludzie na ten głos, pełni radości i śmiechu, gwałtownym ruchem zbierali oczyszczoną broń, rozwieszoną na długich drągachodzież, rzędy na konie, zataczali walce, którymi równali ziemię podwórca, wyprzęgalikonie; słowem, kończyli pospiesznie całodzienną pracę.

Nie widać było wszakże skupienia, wzniesienia się ducha i ciszy, jakie, wedługmłodego księcia, głos dzwonu powinienbył wywołać. Owszem, przytłumiony gwari śmiechy wznosiły się z każdego zakątka,rozbijając się chrapliwym echem o potężnemury zamku.

Lecz młody przybysz wciąż nasłuchiwał,rozchylone jego usta czekały jakiegośdźwięku, który mógłby się połączyć z głosem wychodzącym z jego piersi przepełnionej wielką ekstazą. Wtem miasto owegogłosu doleciał jego uszu śmiech, śmiechchrapliwy, pijany, dochodzący z wielkiejbiesiadnej sali. Młodzieniec ze wstrętem cofnął się we wgłębienie okna, a dojrzawszystojącego opodal Bonifacjusza, z dziecięcymuczuciem padł na jego piersi, jakby chciałna nich uchronić się od coraz chrapliwiejrozchodzących się głosów.

Stary przyjaciel, który wciąż patrzył nastojącego w oknie księcia, jakkolwiek niewidział twarzy swego ukochanego wychowańca, domyślał się snadź jego uczuć, boobjąwszy go ramieniem, koił jak matkadziecię doznające jakiegoś strasznego zawodu.

Jednocześnie spod muru podwórca odchodził młody knecht krzyżacki, wlokąc za sobą miecz ciężki, przez długi czas w stojącegow oknie gościa wpatrywał się ciekawie.Odchodząc zaś, szepnął znów sobie:

„Nie, nie! Ale kto to?...”

Uroczystość

Karol von Leuwarden był pokądzieli potomkiem KarolaWielkiego, pochodził z liniiburgundzkiej i miał prawodo Niderlandów i Fryzlandii.Zatargi wszakże, jakie podczas jego małoletności w tych krajach panowały, zatruwałymu życie i zniechęcały do rządów wśródbezustannej walki z innymi książętami. Doszedłszy lat szesnastu, to jest wieku, w którym panujący uznawani są za pełnoletnich,postanowił poświęcić się życiu zakonnemu.Że zaś w owym czasie sława Krzyżaków,rozgospodarowanych nad Wisłą, szeroko nacałym zachodzie rozbrzmiewała, jako pogromców pogan, postanowił zapisać się dotego Zakonu.

„Służyć Bogu, a zarazem być rycerzem,to najszlachetniejsze powołanie — myślałsobie młody entuzjasta. — Niech Zakon weźmie wszystkie moje ziemie i bogactwa,niech ich użyje na rozkrzewianie wiaryświętej” — myślał dalej marzyciel.

I nosząc się z tymi myślami, wysłał z oznajmieniem swych zamiarów do Malborka.Że zamiary te były nader skwapliwie przyjęte, widzieliśmy z gorącego oczekiwaniatak hojnego gościa. Przybywał on właśniew chwili, gdy Ulryk von Jungingen zgromadził liczne rycerstwo i wybierał się na podbój ziem Polski.

„Te ziemie, leżące na południe od ziemnaszych, rozciągające się po obu brzegachWisły aż do jej źródła, z prawa nam się należą — myślał Jungingen. — Nie rozumiemnawet, czemu poprzednicy moi pozwoliliwrogim nam plemionom lackim na tych ziemiach się rozpanoszyć. Czemu bawili sięw jakieś układy — myślał dalej z oburzeniem. — Było to niedołęstwo Zakonu. Tak,niedołęstwo. Do mnie należy ten wielki błądich naprawić — zakończył z silnym postanowieniem, uderzając nogą w posadzkę, według swego zwyczaju. — Po zawojowaniuziem polskich z Litwą łatwo się uporamy.Gdyby nie Jagiełło, ten polsko-litewskiwładca, ta kukła w rękach swych doradców,dawno bym się z Witoldem uporał i Litwęmiał pod swoimi stopami — myślał znówpo chwili. — Szczęście samo nam w ręcewchodzi — mówił dalej sam w sobie. —Kraje nadmorskie z Fryzlandią otwierająnam handel, a z nim panowanie nad zachodem. Prawda, między naszymi posiadłościami nad Wisłą a Niderlandami jest jeszcze szmat ziemi, ale i temu się poradzi...Pomorze, Świecie — nasze. Ludy, dzielącenas od Niderlandów, same z siebie musząpotędze naszej ustąpić”.

— I to wszystko Zakon mnie zawdzięczaćbędzie, mnie, Ulrykowi von Jungingenowi! — mówił, wskazując dłonią na piersi,podnosząc głowę i prostując swą rozrosłąpostać. — Imię Ulryka von Jungingena słynąć będzie po całym świecie, a sława mojadaleko w przyszłość zasięgnie.

— Wszystko już do uroczystości przygotowane, radni Zakonu, a też rycerze cudzoziemscy zasiedli już ławy w kościele,oczekują jeno ukazania się waszej miłości —przerwał te rozkoszne marzenia głos marszałka.

Ocknął się z swych marzeń Jungingen,ocknął z pewnym niesmakiem. Sarknąłnawet:

— Ach, ten mydłek, śmierdziel! Będzienas zanudzał swymi ascetyczno-rycerskimipragnieniami. No, ale i z nim się prędkouporamy. Od czegóż wojna z Polską! — zakończył.

I przyoblókłszy oblicze w stosowny dookoliczności wyraz, szedł śpiesznym krokiem przez długie krużganki, łączące zamekz kościołem.

U wejścia czekało na niego sześciu urzędników, niosąc tarczę, buławę zakończonąkrzyżem, czapkę w kształcie hełmu i płaszczbiały, odmiennego od innych kroju. W tymotoczeniu przeszedł przez kościół z stosownym wyrazem twarzy. Na lekką, krótkązbroiczkę zarzucono mu płaszcz, oddanoberło, postawiono tarczę i Ulryk zasiadł namiejscu dla wielkich mistrzów przeznaczonym, miejscu, na którym od lat trzech, tojest od chwili swego obioru, jeszcze niesiedział.

Blade światło lampek i świec woskowych,rozstawionych na ołtarzu świątyni, gasiłzłoty promień czerwcowego słońca, wdzierający się przez wąskie okna.

Twarze wysokiej rady Zakonu, najznakomitszych komturów, jako i twarze rycerzy,nie wypoczęte jeszcze po długiej w noc pijatyce, nie mogły się również dostroić douroczystości. Przedstawiały nudę. Usiłowanie pokonania rozszerzających się ust doziewania wprawiało lica w jakiś skurcz, nadając im wyraz wprost wstrętny.

Niejeden też pytał ze zdziwieniem:

— Co to za uroczystość?

— Miał nas prowadzić po zdobycze,a wprowadza do ubogiej świątyni.

— Nie przybyliśmy przecie, aby byćświadkami obłóczyn zakonnika!

Szemranie to było uzasadnione.

Nie tylko bowiem cudzoziemscy rycerze,lecz żaden z braci, żaden z wysokich urzędników Zakonu nie pamiętał takiej uroczystości. Wstępowali do Zakonu na mocykrótkiej przysięgi, a raczej zobowiązania.Przyjmowano każdego, kto się wielkiemumistrzowi wydawał, że będzie dla Zakonupożyteczny. Swoboda zaś obyczajów, życiedostatnie, częste walki i łupy pociągałytłumy ludzi, po największej części Niemców,szukających w owym czasie przygód, a nieprzebierających w środkach ich znalezienia.

Przysięga, wprowadzona po wojnach krzyżowych podczas powstawania Zakonu w XIIwieku, została zupełnie zaniechana. Zresztą,nie było teraz prawie rycerzy-zakonnikówsłużących Najświętszej Maryi Pannie i świętemu Jerzemu, byli tylko rycerze Zakonu,noszący godło krzyża, rozgłaszający szczytne powołanie jego obrońców. Uroczystośćtę Ulryk postanowił wznowić: raz, że widział w młodym księciu odmienną odwszystkich naturę; po wtóre, iż z odebraniem przysięgi utrwali panowanie nad przyobiecanymi mu ziemiami.

Ten zaś, dla którego tę uroczystość urządzono, gotował się do niej z całą gorącościąi zapałem młodzieńczym. W tej właśniechwili szedł w otoczeniu urzędników Zakonu i komturów, obok niego szedł komturz Elbląga, Henryk Leuchter. Siwy był i znaćna barkach jego dużo już lat spoczywało.Przypomniał sobie chwilę, kiedy mając latczternaście, był główną osobą takiej uroczystości, i twarz jego przybrała jakiś błogiwyraz, który wszakże znikł w tej chwili,a dziwny, nieokreślony uśmiech siadł najego pomarszczonym obliczu. Spojrzał spodoka na idącego obok młodzieńca i jeszczewięcej się uśmiechnął.

Szli przez dziesiąty podwórzec, który łączył zamek z kościołem. Knechci pod dozorem Bibera, w odświętnych niebieskich kaftanach z krzyżem czarnym wyszytym napiersiach, stali w dwóch szeregach, międzyktórymi młody książę przechodził.

Najciekawszym wszakże okiem wpatrywałsię w niego młody knecht, który tak sięzapomniał, że wystąpił z szeregu, aby sięlepiej gościowi przypatrzyć.

— Jakub! — rozległ się gromiący głosBibera, a Fals, będący najbliżej, uszczypnąłgo przez bufiasty rękaw kaftana.

Ale Jakub, jakby nie słyszał i nie czułdanego znaku, jeno wyciągnąwszy szyję,zawiesił wzrok swój na twarzy młodegoksięcia. A wzrok to musiał być wielce natarczywy, bo Karol podniósł oczy i spotkałsię z wejrzeniem knechta. I oto dwaj młodzieńcy zajmujący tak różne stanowiskauśmiechnęli się do siebie przyjaźnie.

Książę wczoraj już zauważył wlepionyw siebie wzrok młodego knechta, a znaćtwarz ta zrobiła na nim miłe wrażenie, bodziś powitał ją jak znajomą.

Knecht zaś, stanąwszy na swym miejscu,szepnął znów swoje:

— Nie, nie!

I odetchnął, jakby mu kamień spadłz serca. Wtem ozwały się dzwony. Najpierwjeden, zwykły, zwołujący na nabożeństwo,potem po kolei odzywało się coraz więcej.Spiżowe tony przepełniały przestworze, strasząc lud, gęsto koło zamku i miasta Malborka osiadły. Dzieci, miast wybiec nadrogę na odgłos tych dzwonów, tuliły siędo matek, a ludność cała chyłkiem zamykała wrota, kryjąc się do swoich siedzib.

Dźwięk tych dzwonów wywarł równieżnieokreślony lęk na tego, którego uroczystość ogłaszały. Młody książę, wszedłszydo kościoła, nie doznawał tego błogiegouczucia, jakiego się spodziewał. Owszem,lękiem i niepokojem zadrgało jego serce.Z tym wszystkim ukląkł na wskazanymsobie miejscu, na wprost wielkiego mistrza,w takiej odległości, ażeby mógł słyszeć jegosłowa.

Ulryk zaś pytał:

— Karolu von Leuwardenie, książę Niderlandów, Fryzlandii i wielu ziem nadmorskich, czy pragniesz wejść do przemożnegoZakonu Krzyżaków?

— Pragnę! — odrzekł dźwięcznym głosemmłodzieniec.

— Nim wykonasz ostateczną przysięgę,dowiedz się najpierw, jakie są obowiązkiwstępującego — ozwał się Ulryk. Po chwilizaś, powiódłszy okiem po zebranych, mówił: — Jeżeli mniemasz mieć w tym zakoniespokojne i przyjemne życie, jesteś w wielkim błędzie, bo właśnie kiedy chcesz jeść,to musisz pościć; kiedy chcesz pościć, tomusisz jeść; kiedy chcesz spać, musisz czuwać; a kiedy chcesz czuwać, musisz spać.Od żadnej też posługi rycerskiej wymawiaćsię nie możesz, a zawsze iść tam, gdzie cikażą. Musisz ojca, matkę, siostrę, braci,przyjaciół niżej postawić, a spełniać jenoto, czego dobro Zakonu wymaga. Za towszystko Zakon ofiarowuje ci jeno chlebi wodę, skromny habit i zbroję rycerzai niczego więcej domagać się nie możesz,bo tak twoja osoba, jak i wszelka twojamajętność, jest własnością Zakonu!

Tak rycerze przybyli w gościnę, jak rycerze stowarzyszeni z Zakonem, z wielkąuwagą słuchali przemowy Ulryka. Żadenz nich bowiem o tych obowiązkach i ścisłej regule nie słyszał. Po wszystkich teżtwarzach przebiegło zdziwienie, zastąpionewkrótce szyderczym uśmiechem, przechodzącym w powstrzymywany śmiech, który,zdawało się, lada chwila wybuchnie głośnąwesołością. Nawet sędziwy Henryk, komtur ze Świecia, który przez chwilę wróciłmyślą do składanej przez siebie przysięgi,nie mógł powstrzymać się od sarkastycznego a pogardliwego uśmiechu.

Ulryk wszakże umiał utrzymać powagęchwili i dalej głosił rotę przysięgi:

— Przyrzekam i ślubuję, że czystość myśli i ciała zostanie jednym z mych przymiotów; będę posłuszny Bogu, a potem mistrzowi Zakonu podług reguły i obyczajutegoż Zakonu; a chcę być posłusznymi wszelkie jego rozkazy wypełniać aż dośmierci.

Przysięgę tę powtarzał z wielkim przejęciem młody książę, a obecni szeroko rozwarli oczy ze zdumienia, dając sobie znakinawzajem, jakby się pytali: co to znaczy?

Jeden tylko Bonifacjusz równie był przejęty, jak i przysięgający. Twarz jego wyrażała boleść, zdawało mu się bowiem, żetraci ukochanego wychowańca, którego jakwłasnego syna umiłował.

Tymczasem przeznaczeni ku temu szatniZakonu obnażyli prawe ramię Karola, a wielki mistrz uczynił na płask mieczem znakkrzyża, mówiąc:

— Oto jesteś prawym rycerzem Zakonu.Używaj tego miecza na pokonanie pogani wszystkich nieprzyjaciół Zakonu.

Po czym włożono nań zbroję, hełm z kruczym piórem, dano w lewą dłoń tarczę,w prawą miecz, a Henryk Leuchter, jakonajstarszy z całego zgromadzenia, wziął gopod rękę i podprowadził do wielkiego mistrza. Ten zsunął mu hełm z głowy, położyłdłoń na jego czole, mówiąc:

— Witaj, rycerzu!

Dzwony, które na chwilę umilkły, zagrałyznowu drgającym dźwiękiem. Karol, książęna Niderlandach i Fryzlandii, opuszczałświątynię, prowadzony przez samego wielkiego mistrza, z którego ramion wlókł siępłaszcz biały, czarnym nakreślony krzyżem.

Rycerze cudzoziemscy, jako i rycerze Zakonu przybyli z Marienwerder, czyli Kwidzynia, z Elbląga, Torunia i innych miast,które Krzyżacy na ziemi pruskiej jako swązdobycz zajęli, opuszczali również tłumnieświątynię. Gwar ich, rozmowy i śmiechyprzepełniły wkrótce nie tylko główny podwórzec, lecz i wszystkie jego zaułki.

Gwar ten niemiłe sprawiał wrażenie namłodym adepcie. Był to jakby zgrzyt zardzewiałego żelaza, kaleczący jego podniosłeuczucia.

Gdy przechodził przez dziesiąty podwórzec, wzrok jego spotkał się znów z wzrokiem młodego knechta, który z jakimś szczególnym wyrazem patrzył na niego, jakbyoczekując przyjaznego wejrzenia. I uśmiechnęli się znów obaj.

A był to jedyny uśmiech, jaki przewinąłsię dnia tego po ustach młodego rycerza.

Kobiałki z jagodami

Jakkolwiek dzwony wielkiejuroczystości w zamku krzyżackim nie czyniły miłegowrażenia, a ludność miejskai okoliczna kryła się, żebynawet dźwięku ich nie słyszeć, znalazły się wszakżetak odważne istoty, którepodszedłszy pod same mury, wsłuchiwałysię pilnie, jak gdyby chciały przeniknąć,co dzwony te głoszą.

Były to dwie niewiasty ubrane bardzobiednie, jak w ogóle lud zgnębiony w okolicach Marienburga się odziewał. Szare płótnianki, mocno połatane, nie sięgały kostek,duże biedne chusty na głowie, nasuniętena czoło, były związane tak szczelnie, żezaledwie oczy spod nich wyglądały. Niktteż nie mógł poznać, czy były stare, czymłode, a ruchy ich ociężałe również niezdradzały wieku. Obie niosły duże, z korybrzezinowej kobiałki, napełnione rumieniącymi się poziomkami. Nogi zaś bose, wsunięte w łapcie z łyka mocno zapylone świadczyły, iż z daleka przychodzą. Mimo tychruchów ociężałych, chwilami szły żwawiej,podsuwały się pod grube mury otaczającezamek, a wtedy postaci ich zgnębione prostowały się, a oczy wpatrywały się śmiałow czerwone cegły, jak gdyby w nich jakiegoś znaku czy otworu szukały. Wtedy można było dostrzec, że jedna była dużo wyższa i już w podeszłych leciech, druga ledwoz lat dziecięcych w hoże dziewczę rozkwitała.

Okrążyły tak dokoła zamek tuż nad samąfosą, czasem chwytały się za ręce, podtrzymując wzajem, jak gdyby lękały się spaśćz wału, i znów przypatrywały się murom.

— Próżna nasza droga. Dziś nic nie wskóramy — szepnęła duża.

— Może chociaż dowiemy się, co tedzwony znaczą — odrzekła druga.

— Czatownik obaczy — ostrzegała pierwsza.

— Nie bójcie się, babo, powiemy, żeprzynosimy dary dla Zakonu — mówiłodziewczę wesoło, wskazując na króbki napełnione czerwieniącymi się jagodami.

— Bylebyś jeno srogo nie okupiła zbytniej swojej śmiałości — szepnęła stara.

Wtem dzwony umilkły.

— Drugi raz już kołyszą się i dzwonią.To coś znamionuje. Nigdy jeszcze tak niebyło — mówiła dziewczyna.

I obie poczęły nasłuchiwać.

Dzwony przebrzmiały. Cisza zaległa dokoła. Jeno jakieś ptaszę cirkało w uwitymna murze gnieździe, a słońce czerwcowew całej swojej krasie złociło mury i u stópich porastające ziele. Tak zaś ta cisza czyteż nadchodzące południe ukołysało wszystkich, że przeszły koło głównej bramy, a czatownik ich nie spostrzegł.

Wtem głośny rozgwar wypełnił przestworze. Zmieszane głosy, śmiechy wznosiły sięjak tuman, przedzierając grube mury.

Kobiety wstrzymały oddech, żeby cośkolwiek z tego gwaru uchwycić. Nic wszakżeprócz zmieszanych głosów nie dochodziłoich ucha.

— Próżno, uchodźmy, bo jak się wysypieta gwarna czereda za mury, biada nam będzie — mówiła stara.

— To pewnikiem ci rycerze, co mieliprzybyć, tak głośno się zabawiają. Oni nieskorzy za mury — mówiła dziewczyna z taką pewnością, jakby świadoma obyczajówtych, co w zamku gościli.

I z pewnym uporem szła naprzód, niespuszczając z oczu żadnej cegły u stópmuru.

Baba, chcąc nie chcąc, podążała za nią,zachmurzona była wszakże, a w myśli szeptała:

„Zawsze to było takie przekorne. A niechją Bóg uchroni od niebezpieczeństwa, jakieod tych zbójów grozić jej może”.

Nagle z bocznej czatowni, wzniesionej tużprzy dziesiątym podwórcu, głos gromki sięozwał:

— Hej, wy diable pazury, czego się podmurami włóczycie?!

— Na Belzebuba, toć to niewiasty! Gdziepiekło nie może, to te zatyki piekielne pośle! — wrzeszczał na całe gardło czatownik. — Precz mi stąd, jeżeli nie chcecie,żebym was kamieniami jak psów wygonił! —wrzeszczał dalej.

Obie kobiety skuliły się zaraz i stały siępokorne, przygnębione, lękliwe, zgoła niepodobne do śmiałych przed chwilą, tak rezolutnie rozmawiających niewiast.

Starsza jednak wzięła na odwagę, podniosła kobiałkę z jagodami i poczęła cośbełkotać. Młodsza tymczasem, otuliwszy sięchustą, że jej wcale twarzy widać nie było,skuliła się jeszcze więcej i prawie przysiadła do ziemi.

Głos starej zapewne nie doszedł do czatowni, lecz wzrok Falsa, który w tej chwilistraż odbywał, dostrzegł czerwieniące sięjagody. Zaświeciły mu się oczy na widokleśnego owocu, nie mógł wszakże z swejwysokości sięgnąć po nie ani też zejść zeswego stanowiska. Krzyknął więc na całegardło uprzejmiejszym już nieco głosem:

— Poczekaj, stara czarownico! Poczekaj,małżonko najstarszego diabła, wiedźmo najśliczniejsza, zaraz ten piękny owoc z twoichczarnych pazurów odbiorę!

Baba zapewne nie dosłyszała tych uprzejmych wyrazów, zrozumiała za to wymowneruchy Falsa, który spuszczał dłonie ku dołowi, potem je cofał, jak gdyby coś wyciągał, wreszcie rozszerzał ramiona i przytulał je do siebie, jak gdyby ją chciał wrazz kobiałką wziąć w swoje objęcia.

Wrzeszczał też na całe gardło:

— Nie odchodź, nadobna małżonko najstarszego z szatanów, nie odchodź, zaklinamcię na smołę piekielną! Nie odchodź, pókijagody z twych czarnych pazurów nie znajdą się w moich dostojnych rękach. Potemniech cię piekło pochłonie! — dodał z humorem i odwrócił się w głąb podwórca.

Przechodził właśnie Jakub, począł więcFals do niego:

— Bracie, ozdobo wszystkich knechtów,skocz przez ukrytą furtę i odbierz dwomwiedźmom jagody, z którymi się przywlokły pod same mury!

Jakubowi oczy zabłysły i twarz cała sięrozjaśniła, odkrzyknął wszakże:

— Miłuję cię, Falsie, jak własne oko, alegdy kto dojrzy, że się wychylam za furtę!...

— Nikt nie dojrzy! — przerwał czatownik. — Biber z innymi zabawia się przymisie i konwi, kiedy my dwaj skazani jesteśmy na głód i pragnienie! Ty, jako najmłodszy, czekający swojej kolei, a skracający sobie czas zamiataniem podwórca, ja,jako wielki dostojnik czuwający nad bezpieczeństwem całego zamku! — wrzeszczałdalej Fals, wychylając się przez drzwi czatowni.

Jakub wcale się nie kwapił ze spełnieniem żądania, owszem, potrząsał głową,wciąż odkrzykując:

Nein, nein, kann nicht!

Lecz oczy coraz jaśniej mu błyszczałychęcią spełnienia tego rozkazu.

Fals wrzeszczał i nalegał, zaklinając gona wszystkie pożądane przez knechtówuciechy, dając przy tym nader wymowneznaki.

— Gdyby kto spostrzegł, powiem, żemdojrzał skradające się wiedźmy i ciebie jakonajodważniejszego z odważnych wysłał dlawyłomotania im skóry! — wrzeszczał dalejczatownik.

Czy pochlebstwo podziałało na Jakuba,czy też inny jakiś powód przeważył, dośćże nie oglądając się na nic, śpieszył w stronę ukrytej furtki.

— A nie połknij jagód wraz z kobiałką! — rzucił za nim Fals, oblizując się zawczasu na tyle pożądane przysmaki.

Odwrócił się też zaraz i wzrok łakomyposłał za mury.

Kobiety tymczasem, siedząc przytulone dosiebie, zgarbione, w postaci lękliwej, naradzały się znać z sobą, co dalej czynić.

— A jak mi cię porwą wraz z jagodami? — mówiła stara.

— Nie bójcie się, nie bójcie! Chłopakawzięliby, ale dziewkę...

I wzruszyła ramionami.

— Oj, Salo, Salo, nie wiesz sama, co pleciesz — rzekła stara, przygarniając dziewczynę, jakby ją chciała uchronić przed niebezpieczeństwem. — Te przeklęte Krzyżakina wszystko łakome.

— To był jeno czatownik, nie żaden rycerz, a ten chyba na jagody się złakomi —przerwała Sala.

— To i co, jagody zabierze, da nam pokarku, naszturcha i tyle! Nic nie wskóramy! — perswadowała stara.

— Toć krzyknął, żeby poczekać. Pewnikiem przyśle kogo po jagody, może namsię uda dowiedzieć, co znaczą te dzwony.A może...

Furta tak szczelnie była przywarta i takcicho się otwierała na wgłębionych w murzawiasach, że jeno ten mógł wiedzieć o jejistnieniu, kto był świadom wszelkich arkanów przez Krzyżaków wymyślonych. Nazewnątrz murów nikt nie dostrzegł najmniejszej szczeliny, ba, nawet kreski namurze, a i wewnątrz obce oko próżno byjej szukało.

Na widok knechta Sala krzyknęła i poczęła biec, potykając się, kulejąc i kołyszącw niezgrabnym chodzie. Dziw jeno, żemiasto uciekać w przeciwną stronę, zbliżałasię ku niemu, jakby straciwszy głowę z wielkiego lęku.

Stara podążała za nią również niezgrabnym, niedołężnym krokiem.

Jakub tymczasem z wielkim zamachemschwycił kobiałkę z jagodami, szepcąc jednocześnie:

— Udawaj, że nie chcesz oddać, ja ciębędę rzekomo walił w kark i szamotał.

Zaczęła się więc szarpanina dwóch kobietz knechtem, który zamierzając się udawał,że z całej siły okłada pięścią to jedną, todrugą. Tak okładając mówił:

— Książę niderlandzki składał przysięgęna rycerza. Darował im swe ziemie. Dzwonyto głosiły. Z naszych nikt nie przybył. Zakon szykuje się do wojny z Polską. Ladachwila wyruszą. Chciałbym, by i mnie wzięto. Moc ogromna rycerzy. Moc broni, koni.Pewni są zwycięstwa. Wiozą okowy, pęta.Mówią, że zabiorą moc ludu i ziemi. Trzebanaszych sił wiele.

— Kiedy wyruszają, jaką drogą? — pytała stara.

— Nie wiem, ale wkrótce. Jutro ponoprzednie straże mają wyruszyć, wkrótcerycerstwo. Ach, jakżebym chciał, żebyi mnie wysłano! — mówił gorączkowo,spuszczając rzekomo pięść na plecy Sali.

— Za trzy dni będziemy o świcie — szepnęła Sala.

— Przy której furcie? — rzekła stara.

— Pięćdziesiąt kroków od tej, cegła z białym brzegiem, naprzeciw dębu — odszepnął knecht.

Niepotrzebnie wszakże szeptali, bo choćby słyszał kto zza muru, nie rozumiałbyich mowy.

Podczas tego Jakub wciąż szarpał sięz kobietami, te się broniły, wieszając u rąkjego. On zaś uderzał to jedną, to drugą,opowiadał o wszystkim, co się działo w Zakonie, co jego uszu doszło, i to, co widziałi słyszał podczas dzisiejszej uroczystości.

— Synu, pamiętaj, coś winien ojczyźnie! Noś skórę wilczą, wślizguj się jak wąż, dowiaduj, a sercem bądź tym, kim być winieneś — szeptała stara.

— Nie bójcie się, pamiętam przelaną krewojca, krew mego narodu!

— Jest nas tylko dwoje. Na nas ciążycały obowiązek — szeptała Sala, czepiającsię rąk knechta.

Ten wszakże, nie chcąc przedłużać swego pobytu za murami, szepnął teraz:

— Trzeba o niebywałej sile krzyżackiejnaszych jak najprędzej powiadomić.

I ostatnim wysiłkiem wydzierał kobiałki.

Kobiety oddały je wreszcie, on zaś uderzył jedną i drugą w kark, te powaliły sięna ziemię, jęcząc wniebogłosy. Na zakończenie kopnął je nogą. Obie staczały się pogładkiej murawie wału. Jakub zabrawszykobiałki wracał śpiesznie tąż samą ukrytąfurtą.

Gdy znalazł się w podwórcu, z wielkimtriumfem i ożywieniem pokazał oczekującemu Falsowi swą zdobycz. Niebawem obajsiedząc w czatowni, raczyli się smacznymowocem.

— Te wiedźmy, to prawdziwe czarownice!Tfuj! — mówił Jakub, spluwając. — Najwidoczniej mają jakąś nieczystą w sobiesiłę. Ledwiem je zmógł!

— Ba, jak czarownice — rzekł Falsz przekonaniem, pakując do ust całą garśćjagód. — Ale się broniły, no! Myślałem, żeim nie podołasz! — dorzucił.

— Eh, toćem nie ułomek! Ale tak sięmnie czepiły na wszystkie strony jak pijawki, a gadają tak, że nic zrozumieć nie można.

— Ba, zwyczajnie, polskie świnie. Toć ichtu jeszcze pełno po wsiach — mówił Falsz pogardą.

Jakub haniebnie się w tej chwili skrzywił i splunął gwałtownie. Ale zaraz rzekł:

— Znać w jagody jakiegoś robaka wsadziły.

— Cha! cha! cha! To umyślnie dla ciebie! — zaśmiał się Fals. — Nie jedz już,bracie, nie jedz. Ostaw resztę dla mnie! —śmiał się dalej czatownik, wysypując resztęjagód z kobiałki do szeroko rozwartej gęby.

Zapach jagód rozszedł się po czatowni,ale Jakuba woń ta nie nęciła. Wciąż spluwał, a opuszczając czatownię, zaciskał pięści,jak gdyby chciał nimi kogoś uderzyć.

Zabrał się też zaraz do dalszego zamiatania podwórca, a czynił to z wielką zaciętością, wywierając złość na miotle, nadługim kiju osadzonej.

— O, najdroższe, najpiękniejsze wiedźmy,dzięki wam za onego robaka, co go zgryzłwasz pogromca, inaczej byłby mi z pewnością drugiej nie zostawił — mówił do siebieFals, zabierając się do otworzenia drugiejkobiałki.

Wtem zaroiło się w podwórcu wracającymi knechtami. Falsowi przyszła znać innamyśl do głowy, bo odstawił kobiałkę, nietkniętą, i patrzył za mury wzrokiem człowieka spełniającego pilnie swój obowiązek.Po chwili wszedł inny knecht, żeby go zastąpić, i zaraz na wstępie rzekł:

— O, jak tu wonieje!

Fals podetknął mu pod nos zamkniętąkobiałkę, którą poprzednio wraził w pętlędługiego sznura i śmiejąc się zawołał:

— Patrz jeno pilnie w niebo, to ci takiesame stamtąd spadną!

Po czym zbiegł prędko ze schodów i skierował się wprost do wychodzącego z izbyjadalnej Bibera. Podał mu kobiałkę i rzekłz tajemniczą miną:

— Jakaś wiedźma słaniała się tuż podmurami, chciałem ją wziąć na pętlę, aleznać była to czarownica, bo wraziła w pętlękobiałkę, a sama zniknęła.

Biber wziął delikatnie, z pewnym lękiem,szczelnie zamknięty koszyk, wciągnął w siebie woń z niego uchodzącą i rzekł:

— Coś jakby lasem wonieje!

— I mnie tak za nos chwyciło! — przyświadczył Fals. — Ciekawość jednak, co totakiego? — dorzucił, mrugając oczami.

— Czarownice to tak umieją omamić, nawet wonią — mówił Biber, oglądając kobiałkę.

— Eh, toć wiecie, że krzyż święty wszelką nieczystą siłę odpędza — zachęcał dowcipniś.

— No, tak... — odrzekł Biber z wielkądeterminacją i powagą, a udając bodaj samego mistrza Zakonu, począł: — In nominePatris et Filii, et Spiritus Sancti... Amen! —dokończył powstrzymując śmiech knecht.

Biber z pewną ostrożnością rozwiązał łykokobiałki.

— Jagody leśne, Boga mi, jagody! — zawołał z uciechą, wciągając woń dojrzałegoowocu.

— Po samej woni poznałem i dlatego nienaruszone w darze wam przynoszę — mówił Fals, oblizując się łakomie.

— Lepiej, że miasto wiedźmy ułowiłeśkobiałkę — rzekł Biber, zapychając ustajagodami.

Fals zaś myślał:

„Lepiej byłbym sam połknął. Ten starynic mi przecie nie da. Mogłem tak samomówić: in nomine czy jak tam i czary odegnać, boć ten robak, co go połknął Jakub,to pewnikiem czary. Chodzi teraz jak struty”.

W tej właśnie chwili przeszedł koło niego Jakub. Setnie był nachmurzony, patrzyłspode łba, zdawał się nikogo nie widzieć,a pięści wciąż zaciskał. Nie rzekł też nisłowa, zerknął jeno na zajadającego wonnejagody Bibera i wszedł do izby na południowy posiłek.

„Jemu wciąż się zdaje, że wali czarownice” — pomyślał Fals.

Nie spuszczał jednak z oka Bibera, który,nie bacząc na czary, wyjadał owoc z kobiałki.

„Pożre, Boga mi, pożre, nic nie ostawi” —myślał Fals.

Odchrząknął też i rzekł:

— Zawszeć te jagody od wiedźmy pochodzą... A nuż tam, na dnie, są jakie szkodliwe? Toćeście jeno z wierzchu je odżegnali...

Biber drgnął i garść jagód, niesioną doust, w połowie drogi zatrzymał.

— Przewąchałeś co? Możeś umyślnie dałmi zatruty owoc? — mówił przestraszonyBiber.

— Nicem nie przewąchał, bom nie wąchał, alem dał do powąchania Jakubowi, tenwciągnął w siebie woń, a że nie była jeszcze odżegnana, chodzi teraz jak otruty. Przyszło mi do głowy, żeście jeno z wierzchu kobiałkę odżegnali, a tam, od spodu...

— Żeby cię, psi synu, z twymi jagodami! — przerwał przestraszony dozorca.

I rzucił kobiałką w dowcipnisia, a samprzeżegnawszy się uchodził śpiesznie.

Ten uchwycił zręcznie kobiałkę. Niecojagód z niej wyleciało, a knecht usunąwszysię we wnękę ściany, wsypywał do ust resztę pozostałych, mlaskając językiem.

Teraz i Biber był markotny. Zapomniałnawet fukać i gderać, szeptał jeno coś podnosem, spluwał, bo zdawało mu się, że gopali we wnętrzu. Aż Fals zbliżył się do niegoz pokorną miną i mówił:

— Nie bójcie się, ojcze, nie zjedliście nicszkodliwego, bo oto dopiero na dnie podjagodami były dwa czarne robaki, któremzgniótł na krzyż, odmawiając jak wy in nomine... Resztę z kobiałki wrzuciłem do dołu,by nieczystości nieczystą siłę strawiły.

Biber zamierzył się na sprawcę jego umartwienia, ale wtem ukazał się jeden z urzędników Zakonu i rozkazującym głosemzawołał:

— Sekretarz wielkiego mistrza kazał siędozorcy dziesiątego podwórca w tej chwilistawić!

Sala i Sienicha

Kobiety podniosły się z ziemi,zataczały się jakby z wielkiego lęku i razów, jakieotrzymały, sił do dalszej podróży nie miały. Oczy imwszakże błyszczały, a obejmując jedna drugą, rzekomodla podparcia się wzajem,czuły, że im serce gwałtownie dygocze. Gdyzaś odeszły od wałów ze dwie staje, Salanie mogła powstrzymać swojej radości.

— Widzicie, babo, widzicie, chcieliściejuż uciekać, a tak nam się udało, jak nigdy!

— Bałam się o ciebie, dziecino, o ciebie...Byleby jeszcze za trzy dni można zasięgnąć języka, a naszym jak najprędzej daćwiedzenie — dorzuciła.

— Ach, ten Kuba, ten Kuba, jak on pociesznie udawał, że wali mnie pięścią,a szeptał: „Bądź spokojna, Salo, baczę nawszystko, co się dzieje w Zakonie, a choćbym miał życie położyć, dam wam o wszystkim wiedzenie”.

— Bóg znać posłał go między te wilki,aby służył narodowi — westchnęła stara.

— Twoja to zasługa, babo — ozwała sięmiękkim głosem dziewczyna — odkąd namgo zabrali, ty czuwasz nad nim i nie dałaśmu się zniemczyć.

— On dałby się zniemczyć, on?

— Gdybyś nad nim nie czuwała, kto wie,co by się stało, toć przecie nie miał latośmiu, kiedy nam go zabrano. Coś ty użyła,jakich fortelów, by nie zapomniał mowy,a udawał, że jej zapomniał i Niemcom sięzaprzedał. Coś ty użyła, wiesz tylko tyi sam Bóg na niebie — ciągnęła dalej Sala,przyciskając ramię baby z serdecznym uczuciem.

— Wszystko mi miłe, żem mojego Kubusia nie tylko od zniemczenia uchroniła,ale i jako węża wyhodowała, a przydatnymdla narodu uczyniła — mówiła stara jakbydo siebie.

Sala przycisnęła znów jej ramię i rzekła:

— Jak przez mgłę pamiętam jeno onęchwilę, boćem lat pięciu nie miała, kiedyojca Krzyżacy zabili, że bronił zamku i niechciał powiedzieć, jaką drogą poszli Jagiełłowi rycerze, Kubę krzyczącego wniebogłosy zabrali, a matce grozili, że ją ubiją —westchnęła dziewczyna.

— O, pamiętam to dobrze, jakeś ty sięza nimi powlokła, jakeś im nadskakiwała,a w domu potem mówiono, żeś Krzyżakówsłużka i że ich na nas naprowadzać będziesz.

— Cicho, cicho, nie wspominaj tych chwilstrasznych! — zawołała drżącym głosemstara.

— Pozwól, pozwól, babo, tak mam dziśserce wezbrane, że muszę wszystko wygadać — mówiła Sala. — Jeno matka kochanazawsze powtarzała: „Sienicha swoich niezdradzi, a że udawała służkę Krzyżaków,znać miała w tym myśl jakąś”. I jakby przeczuwając, żeś za Kubusiem poszła, mniejswego jedynaka płakała.

— Wiem to wszystko, wiem — przerwałastara. — A też i to, że prócz Kubusia byłotam moc dzieci. Krzyżacy, słysząc moją niemiecką mowę, przychylność udawaną, słysząc wymysły na Polaków i Litwę, a teżobietnice, że dzieci na wierne sługi Zakonuwychowam, mojej pieczy te niebożęta powierzyli. Nie ze wszystkimi się tak udało,jak z Kubusiem, nie wszystkim też mogłamufać, zawszeć przez dziesięć lat coś się tamzrobiło — mówiła dalej jakby do siebie.

— Dziesięć lat. Ale coś ty tam przez telata wycierpiała! — przerwała dziewczyna.

— Największą męką było dla mnie, żemsłyszała ciągle pogróżki i wymysły dla Polski i Litwy. Największym też trudem byłopowstrzymywanie się, żeby nie wybuchnąć,a krew burzącą się w żyłach przymileniemsię i przyświadczaniem powstrzymywać.

Sala z miłością przycisnęła się do jej ramienia.

— Największym też bólem było widziećzabieranie spod mej opieki dzieci, które psygończe pędziły, aby im ukryte wśród lasówchaty wskazywały. Spomiędzy tych zabieranych najwięcej było litewskich dzieci, z nimimogłam się porozumieć, boć mi zostałonieco tej mowy w pamięci. A te biedactwa,poczuwszy dym z ojczystej chaty, pędziływ oczerety i zarośla, naprowadzając nawłasnych ojców strasznego wroga.

Kobieta, znękana strasznym wspomnieniem, zamilkła, a z piersi jej wydarło sięgłębokie westchnienie. Westchnęła i Sala,a potem rzekła:

— Aż oto przed rokiem zjawiłaś się znóww naszym dworze, przyniosłaś wieść umierającej matce o ukochanym jej synu. A onacię błogosławiła i oddała twojej opiecei mnie, i jego — dodała.

I znów obie zamilkły.

— Aż oto, gdyś chciała odchodzić, uczepiłam się twej dłoni, a tyś pozwoliła, żebymposzła za tobą, aby ból serdeczny po matceutulić, brata obaczyć, a podpatrywać wrogów i o ich zamiarach swoim donosić...

— Pozwoliłam, a teraz ciągle to sobie wyrzucam! — odrzekła Sienicha.

— Uspokój się. Przecież opiekun mója krewniak matki, Jaśko z Tarnowa, pobłogosławił mi i rzekł: „Wszechmocny i wątłejdziewce doda siły, jeżeli dobrej sprawie chcesłużyć”.

— Pamiętam to, pamiętam, a jednak...

— Mam też duże porachunki z Krzyżakami — przerwała Sala. — Zabili ojca, zabrali brata, matka z tęsknoty życie skończyła, zamek zrabowali, lud z Bobrowniksrodze uciemiężali, do mnie więc należywszystkich sił użyć, by na każdym krokuprzeszkadzać im do dalszych zaborów —mówiła z zapałem dziewczyna.

— Wiem to wszystko, wiem, ale to nadsiły słabej dziewczyny.

— A ty, babo, a ty? Przecież i ty od najrańszej młodości stanęłaś do walki z wrogąnam potęgą.

— Niech cię Bóg uchowa, żebyś miaładoznać tego, co ja doznałam — westchnęłaSienicha.

— Pozwoliłaś pójść z sobą, a teraz zniechęcasz.

— Boga mi, nie zniechęcam, jeno drżę,żeby cię w swoje szpony te wilki nie dostały!

— Nie dostaną. Żywcem nie dostaną! —rzekła z mocą Sala. — Wszak wiesz, conoszę w krzyżyku — dodała.

Obie westchnęły.

— Brata odnalazłam, widywałam go przytwojej pomocy, przyniosłam mu otuchę,a choćem jeno dziewką, mogę być swoimużyteczna — mówiła dalej Sala.

— Dziewka i siedząc doma może dużodobrego uczynić, zwłaszcza kiedy zabrakłomatki, a jeno Przybora głową całego waszego mienia — rzekła stara surowo. — Zażywasz jeno biedy w moim schronisku i więdniesz jako kwiatek bez słonka — dodała.

— Cyt, cyt, babo! Nie czas na rozczulanie się nade mną, idzie głównie o to, żebyjak najprędzej zanieść do Krakowa wiadomość — mówiła namyślając się Sala.

— Za trzy dni dość będzie czasu — odrzekła stara.

— Za trzy dni może być za późno, drogibędą przez Krzyżaków zalane. Trzeba nampierwej — nalegała dziewczyna. I po chwilinamysłu, ze zwykłą stanowczością rzekła: —Ty ostaniesz, ja pójdę!

Stara aż stanęła ze zdumienia.

— Wiesz przecie, że mam łódź uwiązanąw przystani, że Lutek-niemowa jej pilnuje.Popłyniemy w górę rzeki, a kiedy ty zaledwie dowiesz się o ich wyjściu, ja będę jużw Bobrownikach, a stamtąd pchnę z wieściądo Krakowa o nadzwyczajnych siłach krzyżackich i ich zamiarze wkroczenia do Polski.

— Nie mogę cię wstrzymywać — odrzekła baba. — Kto raz poświęcił się służeniunarodowi, nie może w drodze ustawać.

Zamilkły obie, każda znać zajęta swoimimyślami.

Szły teraz śpiesznym krokiem, nie słaniając się i nie pochylając. Stara o wiele przewyższała wzrostem młodą dziewczynę, miałapewne, energiczne ruchy i nie znać w niejbyło znużenia i lat przebytych w trudzie,o którym Sala mówiła.

Wydostawszy się spod zamku, szły przezłąkę, na której prócz pastucha i pasącegosię bydła nikogo nie było.

W miarę jak się oddalały od miastai zamku, nabierały pewności. Wkrótce dostały się w zarośla, a nareszcie zginęływ ciemnym, gęsto podszytym lesie. Po uciążliwym przedzieraniu się przez krzaki i zarośla doszły do wzgórza porosłego puszystym mchem. Pod tym zielonym poszyciemnikt nie domyślał się w nim pieczary,a w niej mieszkania dwóch kobiet.

Znać ustroń ta nie była przez ludzi nawiedzana, bo ptaki nawet nie płoszyły sięna widok przybyłych, owszem, nader swobodnie przelatywały z gałęzi na gałąź, cirkając lub głośne wywodząc trele. Woń leśnaprzepełniała powietrze. Słonko miało się kuzachodowi. W lesie mrok był już prawie.Ptaki milkły powoli, rozgwar ich zastępowała cisza wieczorna. Jeno od czasu doczasu las zaszumiał, rozpoczynając zwykłąmodlitwę wieczorną. Lecz kobiety nie miałyczasu weń się wsłuchiwać ni zachwycaćpięknością wieczoru. Wsunęły się w mchygęste, potem do ciemnej pieczary.

— Nie wchodź dalej, póki nie zaświecę! —zawołała Sienicha.

Obracała się też wśród ciemności jak przynajlepszym świetle. Rozgarnęła leżący w kącie pieczary popiół, zapaliła łuczywo od iskier w nim tlejących, suchymi gałęźmi, nagromadzonymi w drugim kącie, podsyciłaogień.

Teraz dopiero Sala znalazła się przy niej.Teraz dopiero po trudach dnia i niepokojuuczuły się głodne i znużone. Przysiadły więckoło ognia. Sienicha przystawiła kociołekz wodą, wrzuciła kawałek wędzonego mięsa,wyjęła zeschły chleb z zanadrza i po niejakim czasie zawołała na milczącą, pogrążoną w myślach towarzyszkę:

— Posil się, dziecino. Sił ci potrzeba.

Sala ocknęła się z zadumy i rzekła:

— Potrzeba i mieć je muszę.

Po czym obydwie jadły w milczeniu, odczasu do czasu przyrzucając drewek do tlejącego ogniska.

Gdyby kto spojrzał na wnętrze pieczary,byłby się przekonał, że niepłonne były słowa Sienichy, gdy rzekła: „Więdniesz jakkwiatek bez słońca”. Pieczara była wilgotna,chłodem przejmująca, gdzieniegdzie widaćbyło na jej ścianach krople wody, któreteraz przy świetle ognia migotały jak drogocenne kamienie. Gdyby też kto widział tedwie kobiety siedzące nad tlejącym ogniskiem, byłby je posądził o odprawianie tajemnych czarów lub składanie ofiar jakiemuś podziemnemu bóstwu. I nie byłby sięomylił. Składały rzeczywiście ofiarę ze swoich trudów dni całego życia, a składały jąna ołtarzu miłości ojczyzny.

Pierwsza zerwała się dziewczyna.

— Dość już wypoczynku.

— Dość — powtórzyła baba.

I obie zajęły się przygotowaniem dodrogi.

Po północy wychodził z pieczary chłopiecw ubraniu flisaka. Krótki, płócienny spencerek, takież sięgające zaledwie do kolanspodenki, na głowie słomiany kapelusz,spod którego wydostawały się krótkie, ciemne włosy, ocieniające twarz i szyję czarną,jakby spaloną od słońca czy też umyślniepomalowaną. Na kiju przewieszonym przezplecy miał niewielki węzełek jak zwyklechłopak flisaczy. W łapciach ze skóry stąpał pewnym krokiem przez las gęsty, zwarty.Z początku ostrożnie, potem coraz pewniej,nawet z fantazją. Usta rozchylone byłybymoże zanuciły piosenkę, nie chciał wszakżebudzić mieszkańców lasu. Lecz oni sami siębudzić poczęli. Jakiś ptak ocknął się niespokojnym świergotem, inny mu odpowiedział sennie, nieśmiało, jakby przedzwaniając na zwykłą poranną modlitwę. Wkrótceozwało się kilka innych głosów nieco zdziwionych, potem coraz więcej, coraz śmielejdzwoniły na ranne pacierze.

Flisak przedzierał się przy tej muzyce,a gdy wychodził z lasu, przedświty wstającego dnia poczęły błąkać się po niebie.Gdy przebywał piaszczystą, nie porosłą zielem drogę, na niebie rozbłyskiwała zorzastrojna w złotawoczerwone fiolety. Gdyznalazł się nad Wisłą, zorza w całym swymmajestacie zaścielała mu drogę, wlokąc swójpłaszcz purpurowy po szarych toniach rzeki.Lutek śpiący w czółnie tuż nad brzegiem,zbudzony czerwonym blaskiem wschodzącej zorzy, z wielkim zdziwieniem spojrzałna stojącego nad nim flisaka.

Widok jego znać mu był przyjemny, bozaśmiał się na całe gardło i oczy mu radością zabłysły.

Chłopiec uśmiechnął się doń dobrotliwie,lecz jednocześnie położył palce na ustach,nakazując milczenie. Potem na migi dawałjakieś znaki, gładząc starego po twarzy, wskazywał ręką przed siebie, to znów rozszerzając ramiona, przytulał je do piersi.

Niemowa znać zrozumiał te znaki, zaśmiałsię, a potem całą siłą swych potężnych ramion odepchnął czółno z przystani gęsto zarosłej łoziną.

Wkrótce czółno, trzymając się brzegu,pruło powierzchnię mętnej wody. Wiatr popychał je w dół rzeki, a prócz ramion niemowy popychały je wiosła trzymane silnądłonią młodego flisaka.

W Bobrownikach

Niemało dni upłynęło, nimSala z wiernym sobie niemową do Bobrownik przybyła. Niemało też znać trudów w tej podróży użyła,bo lica jej teraz nie sztucznie, lecz naturalnie ogorzałebyły od słońca. W tej trudnej podróży pomagał im wiatr przyjaznyi wzburzone nieco fale rzeki, która zwyklew tym czasie przybiera.

Gdy późnym wieczorem weszła do swejojczystej siedziby, nikt jej nie poznał. Wzięto ją rzeczywiście za flisaka. Dopiero gdyprzemówiła i każdego z osobna nazywaćpoczęła po imieniu i gdy po odprowadzeniuczółna w bezpieczne miejsce przybył niemowa, poznano w niej dziedziczkę zamku.

Lutek na migi dużo rzeczy opowiadał,śmiał się i cieszył jak dziecko, ze wszystkimi się witał, niewiele sobie jednak z niegorobiono, każdy bowiem zajęty był ukochanąprzez wszystkich dzieweczką.

Począwszy od najniższych, z piekarni,którzy widzieli ją przechodzącą w strojuflisaka, a skończywszy na pełniących służbęw pokojach i tych, co zasiedli z nią do skromnego posiłku, nikt nie mógł myśleć o czyminnym, jeno o powrocie młodziutkiej swejpani, która, jak wczesną wiosną, kiedy jeszcze śniegi nie stopniały, nagle zamek opuściła, tak teraz nagle się zjawiła.

— Znać niemało biedy i trudów podjęła —mówiono. — I po co jej to, po co?

Posiłek i wypoczynek jej był nader krótki.Zastała bowiem wysłanego przez Jaśkaz Tarnowa dworzanina Marka, który miałiść brzegiem Wisły, ażeby o ruchach Krzyżaków języka zasięgnął i z tymi wieściamijak najprędzej do Krakowa wracał.

— Wracajmy więc niezwłocznie! — rzekła Sala.

Dworzanin spojrzał na nią zdziwiony.

— Nie potrzebujesz się waść w dalsząpodróż puszczać.

— Mam rozkaz od jaśnie wielmożnegokasztelana... — począł dworzanin.

— Usprawiedliwienie waszmości przedkasztelanem biorę na siebie — przerwałaSala.

Marek jeszcze większe zrobił oczy. Chciałteż coś mówić, lecz Sala rozkazującym głosem dodała:

— Jutro o świcie wyruszamy! Mości Przyboro — zwróciła się do zarządzającego jejmajątkiem — dla mnie niech będzie gotowynajlepszy koń, dwa luzem i czterech zaufanych ludzi a umiejętnych w podróży. Końniech będzie bogato osiodłany, ludzie dostatnio odziani, wozów dwa z przyboramipodróżnymi i na nich właściwa służba niewieścia — mówiła dalej.

Rozkaz wprawił w podziw dwór cały, wydany zaś był takim głosem, że nikt nie śmiałprotestować.

Po czym skinęła głową i wyszła.

Przybora z dworzaninem wielmożnegokasztelana spojrzeli na siebie i nic nie mówiąc wynieśli się zaraz dla spełnienia rozkazów.

— Osobliwa dziewka — szepnął Marek.

— Taka była od dziecka — odrzekł Przybora.

I poszli gotować się do drogi.

Sala opuściwszy izbę jadalną, udała siędo komnaty nieboszczki matki. Tu uklękłaprzed krucyfiksem i gorące zanosiła modły.

Cicha i krótka była modlitwa dziewczyny,lecz w niej z całą dziecięcą ufnością oddawała tę ziemię, naród i całą sprawę w opiekęTemu, który za wszystkich dał życie, zawszystkich cierpiał, aby się stało zadośćsprawiedliwości.

— Tyś, o Panie, świat cały wyrwał z pętgrzechu, pozwól mnie niegodnej przyczynić się do wydobycia mego narodu z pęttych, którzy niegodnie w imię Twoje chcągo zagarnąć w niewolę.

Potem zwróciła się myślą ku rodzicom:

„Ojcze, matko, pobłogosławcie zamiarommoim, pobłogosławcie tej ziemi, w którejobronie ty, ojcze, życie swe dałeś”.

I pokrzepiona modlitwą, wybiegła.

Wkrótce, wykąpana po trudach podróży,obleczona, jak przystało na dziedziczkę bobrownickiego zamku, wypoczywała na wygodnym łożu, którego od kilku miesięcy niezażywała.

Ledwie słonko wyszło zza chmur porannych i ozłociło wierzchołki drzew otaczających bobrownicki zameczek, poczet byłgotów.

Poczet był wcale pokaźny. Prócz bowiemwozów i koni, nakazanych przez Salę, stałorszak złożony z kilku ludzi otaczającychkasztelańskiego dworzanina. Był to poczetbardzo skromny, boć nie był wysłany w poselstwie, lecz z rozkazem, który trzeba byłospełnić umiejętnie, oględnie i bez wszelkiego splendoru. W każdym razie powiększał on poczet dziedziczki na Bobrownikach i stanowił niejako jej straż bezpieczeństwa.

Wkrótce ukazała się Sala. W obcisłymkubraczku szarym, w kołpaczku z gęstą zasłoną okręconą koło głowy i szyi wyglądałateraz, jak przystało na dziedziczkę bobrownickiego zameczku.

Przybora położył dłoń tuż przy strzemieniu. Sala lekko się na niej oparła, wskakując na siodło z oparciem.

Siodło, żółtą skórą obite, wysłane szarymsuknem, nie było wprawdzie, jak i cały rządna konia, bogate, lecz znamionowało dostatek.

Wozy, na których jedna starszego jużwieku, a druga młoda służebna swej panitowarzyszyły, były też doskonale ładownei wymoszczone.

Jeszcze słońce nie zdążyło się wzbić wysoko i zaledwie jedną czwartą część dniaoznaczało, gdy orszak cały wyruszył z bobrownickiego podwórca. Na czele jechałdworzanin wielmożnego kasztelana, jakoświadom drogi do Krakowa, za nim zaraz Sala w otoczeniu dwóch swoich ludzi, dalejwozy i dwóch pachołków pana Marka.

Nikogo nie dziwił ten poczet, dość zamożnie wyglądający, ani też młoda dziewkajadąca konno, boć to był zwykły sposóbpodróżowania. Podróżowano też zwyklewczesnym bardzo rankiem i od zachodusłonka do późnej nocy, dając wśród dniawypoczynek koniom i ludziom. Trzymanosię brzegów Wisły, boć to była droga najpewniejsza, wiodąca prosto do Krakowa.Nie doznawano też żadnych przygód aniprzeszkód i szczęśliwie, na kilka dni przed1 lipca, poczet stanął w Krakowie.

Tam nie szukano żadnej gospody, bo Salamiała ją u swego opiekuna, Jaśka Tarnowskiego. Ze zwykłą sobie śmiałością kazałasię prowadzić do komnat niewieścich.

Wielmożna kasztelanowa, z domu Spytkówna, dowiedziawszy się, kto na jej dwórzjechał, zaraz ją do swej komnaty przezjedną z dworek zaprosiła, co było niezwykłą łaską ze strony dostojnej matrony.

Sala oddała od progu należny ukłon,a ośmielona wdzięcznym uśmiechem i przyjaznym skinieniem głowy, zbliżyła się i objąwszy nisko za kolana, do stóp jej sięschyliła.

— Szczerym sercem i miłym wejrzeniemwitamy cię na naszym dworze, miła dzieweczko — rzekła kasztelanowa, kładąc dłońna głowie sieroty i gładząc jej lice ogorzałe od słońca.

Sala, nie znając dobrze dworskiej etykiety, złożyła na jej ręce pocałunek.

Taka poufałość dozwolona była na dworze kasztelanowej jeno wybranym. Cofnęłateż wprędce rękę, uśmiechnęła się, ale jużzgoła inaczej rzekła:

— Cóż waćpannę w nasze progi sprowadza?

Sala odczuła chłód w jej głosie, a niewiedząc, czemu to przypisać, stropiła sięnieco. Wprędce wszakże przyszła do siebiei kłaniając się powtórnie, mówiła:

— Do jaśnie wielmożnego kasztelana,a mego opiekuna przybywam.

Kasztelanowa, przypomniawszy sobieo smutnym losie sierot z Bobrownik, miększym już nieco głosem rzekła:

— Sierotami ja się opiekuję. Polecę cięochmistrzyni i na niczym ci w domu naszymzbywać nie będzie.

To mówiąc, srebrnym młotkiem uderzyław kowadełko stojące przy niej na stole.

Dźwięk donośny rozległ się po komnacie,Sala zaś nie czekając, aż się kto ukaże,przyśpieszonym głosem mówiła:

— Do samego wielmożnego kasztelanamam nie cierpiącą zwłoki sprawę i rzecztę muszę mu zaraz wyłuszczyć.

Kasztelanowa spojrzała z góry na mówiącą i znów chłodnym swym głosem wyrzekła:

— Do jaśnie wielmożnego niełatwo z bylejakąś prywatną sprawą przystępować.

— Jest to rzecz wielkiej wagi... — poczęła Sala.

— Polecam opiece waćpani imci pannęBobrownicką! — ozwała się kasztelanowado ochmistrzyni, która stawiła się na głosdzwonka.

I wstawszy, majestatycznym krokiem wyszła z komnaty.

— Proszę za mną — ozwała się ochmistrzyni wyniosłym głosem.

Sala ze ściśniętym sercem za nią podążała, myśląc wszakże:

„Muszę przecież dotrzeć do kasztelana,muszę”.

I układała rozmaite plany. Trudno byłobyjej je wykonać. Parę izb w lewym skrzydlezamku Tarnowskich oddane było na mieszkanie ochmistrzyni i dworek. Przylegały onedo komnat kasztelanowej, nie miały wszakże najmniejszej łączności z komnatami kasztelana. Były one tak oddzielone, że nikogoz jego dworu, mieszczącego się w prawymskrzydle, spotkać nie można było.

Sala nie wiedziała o tym i wszelkie podjęte przez nią trudy byłyby nie osiągnęłycelu, i wszelkie plany byłyby nie doszłydo skutku, jak nie dochodziły promieniesłońca do wąskiego korytarza, którym ochmistrzyni wiodła nową dworkę.

Gwar młodych głosów uciszył się za wejściem ochmistrzyni i Sala ujrzała kilkanaście młodych główek pochylonych nad krosnami, które ukradkiem zerkały na przybyłą.Ochmistrzyni nie zatrzymała się na ten razprzy pracujących, lecz skierowała się dobokówki i otworzywszy drzwi, rzekła doSali:

— Omyj się, waćpanna, z podróżnegopyłu. Przyślę ci tu ubranie, jakie wszystkiedworki noszą. Nie wiem nawet, kto ci wskazał drogę i jakeś śmiała tak jak jesteśprzedstawić się jaśnie wielmożnej kasztelanowej.

To mówiąc wyszła zatrzasnąwszy drzwiza sobą.

Mimo widnej, czystej izby, obwieszonejręcznikami i zastawionej cebrzykami z wodą, zdawało się Sali, że ją ktoś wepchnąłdo więzienia. Nie była jednakże z tych,co to łatwo się zniechęcają i odstępują odraz powziętego zamiaru.

Sala nie tylko się nie zniechęcała, ale niemogła zostawać bezczynnie. Skorzystaławięc z cebrzyka wody i, zrzuciwszy zwierzchnie odzienie, poczęła się oblewać.

Zaledwie zdążyła się umyć i narzucić nasiebie bieliznę, gdy ta sama ochmistrzyniukazała się w drzwiach, jeno nie tych, którymi weszła, lecz w przeciwnej ścianie,i zdyszanym głosem rzekła:

— Prędko, prędko skończ, waćpanna, teablucje. Zarzuć na siebie te oto szaty i pójdźze mną.

To mówiąc odebrała od stojącej podedrzwiami służebnej przyniesiony strój dworki i własnoręcznie pomagała Sali do przywdziania go. Wierna zaś swoim obowiązkom, pouczała:

— A wiedz, waćpanna, jak się ukłonić,niziutko, do kolan, a oczami po komnacienie wodzić, nie podnosić ich, jeno skromnie, ze schyloną głową słuchać, co do niejmówić będą! Boć nie lada honor waćpannęspotyka!

I poprzedziła zdziwioną dziewczynę, prowadząc ją tymże samym korytarzem, którym wprowadziła, a nawet przez tęż samąkomnatę, w której przed chwilą stała przedkasztelanową, jeno że w niej nikogo niebyło. Tutaj, odrzuciwszy zasłonę maskującądrzwi, rzekła z wdzięcznym uśmiechemi wdzięczniejszym jeszcze ukłonem do oczekującego pana Marka:

— Oddaję pod opiekę waszmości cotylko przybyłą na nasz dwór pannę Bobrownicką.

Marek nic nie odpowiedział, jeno z wielkim uszanowaniem ukłonił się Sali i rzekł:

— Jaśnie wielmożny kasztelan oczekuje.

Sala śpiesznie poszła za swoim przewodnikiem. Jemu też była winna, że opiekundowiedział się o jej przybyciu.

Gdy bowiem stawił się przed kasztelanem, wyłuszczając powody, dlaczego dotarł jeno do Bobrownik, ten nie tylko niezburczał go za niespełnienie rozkazów, leczuśmiechnąwszy się z zadowoleniem, zawołał:

— Dobrze, dobrze! Prosić natychmiastpannę Bobrownicką!

Zrobił się też niemały alarm przy szukaniu, a potem huczek, co to za panna,którą jaśnie wielmożny kasztelan wezwałdo siebie. Gdy zaś wróciła z pokojów, wskazano jej osobną izbę, z której wszakże niedługo korzystała.

Dodać też trzeba, że na drugi dzień kasztelanowa wezwała ją do siebie, bardzołaskawie rozmawiała i nie tylko pozwoliłapocałować się w rękę, lecz przytuliła dopiersi jej główkę, mówiąc:

— Niech cię Bóg ma w swojej opiecei dopomaga twoim zamiarom. — A wniósłszy oczy ku niebu, dodała jakby do siebie: — Niezbadane są wyroki Opatrzności!

Wojna!

W niewielkiej komnacie wawelskiego zamku, przeznaczonej na poufne naradyz otaczającymi króla panami, przechadzał się Jagiełło.Znać myśl jakaś głębokazajmowała jego umysł, bona wyniosłym czole osiadłyzmarszczki. Podnosił też często w górę brwisiwiejące, targał niecierpliwie rzadki zarost,a kroki jego oznaczały wewnętrzne wzburzenie. Stawał na chwilę, patrzył przed siebie, liczył coś na palcach i znów nierównymkrokiem mierzył komnatę.

Dwa wielkie czarne psy towarzyszyły muw tej przechadzce, z początku łasiły sięi skowytem oznajmiały swoją obecność, widząc wszakże, że pan nie zwraca na nieuwagi, chodziły z nim równomiernie, poglądając od czasu do czasu rozumnymi oczyma, jakby podzielały troskę czy zamyśleniepana. Wtem ukazał się w drzwiach dworzanin, oznajmiając:

— Jan z Tarnowa, kasztelan krakowski!

Król rozpogodził nieco oblicze, skinął głową na znak, że pozwala, i siadł na wywyższeniu za stołem.

Psy, korzystając z rozpogodzonej twarzypana, poczęły mu się łasić, a Pajks skoczyłmu na piersi. Lecz Jagiełło nie pogłaskałulubieńca, owszem, trzepnął po łbie, czymzawstydzony pies, spuściwszy łeb, odszedł,a potem ułożył się u stóp monarchy wrazz towarzyszem, Giwasem, zachowującym sięmniej poufale.

W tej chwili wszedł Jan Tarnowski.

— Cóż mi przynosisz, kasztelanie? —rzekł król, nie czekając na ukłon.

— Same dobre wieści, najmiłościwszy panie — odrzekł przybyły z uśmiechem. —Książę Witold na czele Litwy ciągnie z czterdziestoma chorągwiami, prócz tego zwołałTatarów, gotowych na każde jego skinienie;są też na zawołanie chorągwie czeskie poddowództwem Jana Jenczyka Morawca,w którego zastępach jest dzielny wojownik,Żyżka; zaś Zyndram z Maszkowic, miecznikkrakowski, staje na czele pięćdziesięciu jednej chorągwi.

— Pięknie, pięknie — przerwał z zadowoleniem monarcha.

— Mazowsze całe z ziemią płocką nieszpetne wiedzie szyki, nie licząc Kaliszan,Sieradzan i wszystkich ziem, gotowych dowalki z Zakonem — mówił dalej rozradowanym głosem Tarnowski, spoglądając nakróla.

Jagiełło słuchał z uwagą i, jak to miałzwyczaj, przebierał palcami to prawej, tolewej ręki, jak gdyby na nich liczył wypowiadane przez swego doradcę zastępy.Twarz jego wszakże nie wyrażała tej radości, jakiej się spodziewał kasztelan. Owszem,w głębokim zamyśleniu przyjmował przyniesione wieści. Po chwili zaś rzekł:

— Tak, tak, wojna z Zakonem nieunikniona. Nawet ta święta pani a zmarła małżonka nasza, królowa Jadwiga, ten przelewkrwi przebaczy.

— Świętej pamięci królowa, widząc krzywdy całego narodu, widząc dzieci zabieraneprzez Zakon, niemczenie onych, przyuczanie do posług wrogich dla ojczystego kraju,do wyrzeczenia się mowy ojców, błogosławić będzie naszym chorągwiom — odparłgorąco Tarnowski.

— A nie dodałeś, mości kasztelanie, żemimo zawartego rozejmu napadają naŻmudź, że nękają Litwę, że wysłane przeznas 47 łasztów żyta na Żmudź pochwycilina morzu, przy samym brzegu, a podrzuciwszy jakieś stare miecze i blachy, utrzymują,że dostarczamy broni Żmudzi i Litwie donowej z nimi walki.

— Jakżebym mógł o tym zapomnieć, a jeżeli nie wspomniałem, to jeno żeby nie rozdrażniać tym jego królewskiej mości.

— Och, rozdrażnić mnie przeciw tym obłudnikom nic już więcej nie może — odparł Jagiełło. — A jakkolwiek boleję nadwyrządzonymi całemu narodowi krzywdami,owo zajęcie zboża i posądzanie, że dostarczamy potajemnie broń, uważamy za uczynioną nam osobiście obrazę — dodał, usiłując przechadzaniem się po komnacieuciszyć wzburzenie. — Teraz żaden już ichwykręt nie odwiedzie nas od podjęcia walki,wszelkie przysyłanie memoriałów z ichstrony nic nie pomoże! Gdybyśmy wojnynie podjęli, zohydziliby nas jeszcze więcejprzed zachodnimi państwami, a przed papieżem oczernialiby dalej, że sprzyjamypogaństwu, nie pozwalając na rozszerzaniewiary świętej na Żmudzi — rzucił na zakończenie.

— O, tak, oni tam rozszerzają, ale zdzierstwa i gwałty, na których wspomnienieczłowiek drętwieje — mówił przyciszonymgłosem kasztelan.

Król westchnął i rzekł:

— Tak, wojna być musi, musi być zaraz,nieodwołalnie!

— Mistrz Ulryk sprosił, słyszę, wszystkich znakomitszych rycerzy z całych Niemiec, wzbogacił się też uroczystym przyjęciem do Zakonu Karola, księcia Niderlandówi Fryzlandii, a z nim jego ziem nadmorskich — począł Tarnowski.

— Skąd wiesz o tym? — spytał król ciekawie.

— Przyniesiono mi dziś wieści, a z nimii tę, że mistrz wysłał już przednie straże,a i sam dotąd zapewne już ze wzmożonymiprzez obce rycerstwo zastępami ku Polscewyruszył.

— Co?! — Zerwał się gwałtownie Jagiełło,kopnąwszy leżące u nóg psy, które żałośniezaskowyczały.

— Książę Witold jest już zapewne w drodze od wschodu — mówił spokojnie kasztelan.

— Ale my, my?! — przerwał mu król.

— Najmiłościwszy monarcho, wszelkierycerstwo czeka jeno waszych ostatecznychrozkazów.

— Rozesłać wici do tych, którzy nie sąjeszcze na stanowiskach, by jak najprędzejze wszystkich stron ruszali brzegiem Wisłyku północy. My jutro, najdalej pojutrze staniemy na czele, dopędzimy ich. UbieżymyWitolda, spotkamy wroga, a potem co Bógda! — wołał Jagiełło.

Kasztelan skłonił się i wyszedł, widząc,że wzburzenie monarchy nie pozwala naspokojne, z rozwagą obrady. Niezwłocznieteż wysłał wici. Zaufanych ludzi ku niesieniu rozkazów miał w pogotowiu.

Jagiełło po wyjściu kasztelana siadł znówna swym miejscu i począł w myśli liczyć:

„Nasze wojska wynoszą 52 chorągwie po300 konnych, to 15 000; Witoldowych 40chorągwi po 200 konnych, to 8 000; prócztego Tatarzy, posiłki czeskie...”

Zamyślił się.

— Nieszpetne siły — rzekł półgłosem.

I nieco uspokojony wyszedł sposobić siędo natychmiastowego wymarszu.

I oto, nim dobiegł koniec czerwca, a słońcewstąpiwszy w znak Raka jedną trzecią jużdrogi w wędrówce swojej na spotkanie Rakadobieżało, z Krakowa, jak i z innych stronPolski i Litwy, kroczyła niezwykle wielkamoc rycerstwa.

Jagiełło nie dał się wyprzedzić. Jechałna czele swoich hufców, dzieląc z nimi trudyi niewygody podróży.

Zda się, że od chwili, gdy zapadło ostatnie postanowienie, tak z oblicza króla, jaki całego rycerstwa, wyzierała wojna.

— Wojna — powtarzały wszystkie piersi.

— Wojna! — zdawały się wołać w każdym parsknięciu konie.

— Wojna! — wołały zwinięte do drogichorągwie.

— Wojna!... — szumiały lasy.

— Wojna! — przywtarzały wartko płynące rzeki.

A echo na wszystkie strony wołało donośnym głosem:

— Wojna! Wojna!

Pod Dąbrownem

Posuwanie się tak olbrzymichsił, jakimi były zastępy Jagiełły, nie było rzeczą łatwą,ile że im bliżej było środkowej Drwęcy, tym więcejtrzeba było zwracać uwagęna wysłańców krzyżackich,którzy, suto przez nich opłacani, mieli donosić o każdym ruszeniu sięwojsk polskich.

Ale jeżeli Krzyżacy mieli swoich donosicieli, miały ich i wojska polskie, i litewskie. A jeżeli Krzyżacy siłą pieniędzy zdobywali sobie wierne służki, wierniejszychmiała Litwa i Polska. Tu bowiem nie zapieniądze podpatrywano ruchy Krzyżaków,nie za pieniądze wsłuchiwano się w każdy oddźwięk ich myśli i zamiarów, leczz prawdziwej miłości dla tej ziemi udręczonej przez chciwych zaboru nieprzyjaciół.

Tak Polska, jak Litwa, miała całe zastępydoskonale zorganizowanych wywiadowców,a pomiędzy nimi nierzadko się trafiałymężne, z wielkim poświęceniem kobiety,jakeśmy to widzieli w Sali i Sienisze.

I teraz obie nie zaprzestały swej pracy,lecz każda inaczej.

Sala uprosiła Jana Tarnowskiego, że jejpozwolił jechać na wozach z ludźmi i rekwizytami potrzebnymi do opatrywania rannych. Dwie jej służebne nie odstąpiły swejpani, mówiąc:

— Jeżeli nasza dzieweczka może podejmować tyle trudów, czemuż byśmy i mynie miały służyć naszym wojakom?

Jechała więc Sala z całym taborem, bacząc pilnie i nasłuchując, czy z gęstwy lasów nie wychyli się jaki podjazd krzyżacki.Z pobytu swego pod Malborkiem, z tego,co słyszała od Sienichy, co jej brat szepnąłkilkakrotnie, wiedziała o ich umiejętnościzjawiania się tam, gdzie ich najmniej możnasię było spodziewać.

Co do Sienichy, ta nie zaprzestała udawaćczarownicy lub obłąkanej. To jej pozwalało dosłyszeć nieraz to, czego by inaczejnie podpatrzyła i nie usłyszała. Usłyszawszywięc, że Żmudź i Litwa ciągnie od wschodu,w tamtą stronę wszystkie swoje staraniaskierowała. Sienicha bowiem była Żmudzinką. Dzieckiem jeszcze, podczas wspólnychniejednokrotnych napadów, dostała się ażnad Wisłę. W Bobrownikach wychowana,zżyła się z jej mieszkańcami. Najazdy krzyżackie, ich gwałty i rabunki przywodziłyjej na pamięć te, które z lat najrańszychmajaczyły w jej pamięci.

„Jednaka nam dola — mówiła nierazw sobie — choć tutaj są już chrześcijany,a na Żmudzi Krzyżactwo gwoli chrześcijaństwa tak nas nękało”.

Teraz ozwała się w niej jakaś tęsknota dorodzinnego kraju, do ludzi, których pragnęła obaczyć i którym postanowiła służyć.

— Wypłaciłam się wiernie w Bobrownikach. Sala da sobie radę. Toć służąc tym,między którymi się urodziłam, służyć będęwszystkim. Boć jednaka nam dola.

Odtąd koło wysłanych wojsk krzyżackichzjawiała się na poły obłąkana żebraczka.Przyprowadzona do dowódcy, wznosiła rękędo góry, wołając wielkim głosem:

— A siłą sprawiedliwych jest Ten, cosprawiedliwość czyni, a z wielkim orężemjest wielkie zwycięstwo!

Przyjmowano tę przepowiednię na swojąkorzyść, obdarzano i puszczano ją wolno.

— A weźcież mnie z sobą, pozwólcie,niech nasycę wzrok waszą wielkością! —wołała.

Tym więc sposobem dowiadywała sięwielu rzeczy i odtąd siły żmudzkie i litewskie jak najbardziej szczegółowe miaływieści o każdym ruszeniu Krzyżaków.

Ale miał je i Jagiełło. Prawie w każdejwiosce przychodzili do obozu ludzie z prośbą, aby nie odrzucano ich usług.

— I ja, choć bronią robić nie umiem, chcęiść na Krzyżaka! — mówili młodzi.

— Niemało krzywd od nich zniosłem,niemało też krwi ich utoczyłem, a terazgdym już za słaby do miecza, mogę sięprzecie na coś przydać! — mówili starzy.

Dowódcy pilnie badali jednych i drugichi co zdatniejszych, sprytniejszych wysyłalina zwiady.

A król kazał sobie o każdej wieści donosić, a gdy było coś ważniejszego, i wywiadowcę przed siebie stawić.Aż oto gdy król zatrzymał się dnia 10lipca z przybocznym oddziałem około Kurzętnik, nie opodal Drwęcy, przybieżał Wojtek Krzywda, nie mający jak lat piętnaście,wołając:

— Gdy nasi poili konie, Krzyżacy wyskoczyli z zarośli po drugiej stronie rzeki,odczepili ukryte łodzie i nim nasi się spostrzegli i pościągali pławiące się konie, prawie wszystkich, co do nogi wysiekli!

Stawiono go przed króla.

— Wysłać na pomoc pięćdziesięciu najsprawniejszych! — rozkazał tenże, wysłuchawszy opowiadania.

— Nie dogonią! Krzyżacy już są za rzeką — wtrącił Wojtek.

— Za rzeką? — zdziwił się król.

— Tak, zaraz wsiedli na łodzie i plusk,plusk, ani ich oko — mówił zdyszany chłopak.

— Przez straże nasze porozstawiane i niktich nigdzie nie widział — rzekł król niedowierzająco.

— Ba, toć tam gęstwa lasu, trudno z daladopatrzeć! Ale tam dalej, dużo dalej, wzdłużDrwęcy, rozesłała się moc Krzyżaków. Jakokiem sięgnąć, oni i oni!

— Po drugiej stronie rzeki? — spytał Jagiełło.

— Po drugiej, ale z dala, bardzo z dala —mówił Wojtek, zachęcony łaskawością monarchy. — A prócz rycerzy na koniach jestmoc pieszych w blachach i z ogromnie długimi dzidami. A prowadzą takie wielkieskrzynki, a te skrzynki mają takie długiegardziele, a jak podsypią jakiś czarny proszek i podpalą, to z onych gardzieli wylatują wielkie okrągłe kamienie. I dym także,i ogień. A śmierdzi tak, że w gardle drapiei w nosie kręci — dodał chłopak, wstrząsając się cały.

— Jakżeś to wszystko spenetrował? —zdziwił się król, nie dowierzając opowiadaniu.

— Toćem był tam, w zaroślach, Boga mi!Potem buchnąłem do rzeki, ledwom nie utonął, alem dopłynął — dodał chwiejąc się.

Teraz dopiero spostrzeżono, że chłopakbył ociekły wodą i tak zmęczony, że ledwomógł się utrzymać na nogach. Uwierzonowięc. Uwierzono tym więcej, że już poprzednio dochodziły wieści, iż Krzyżacy wiodąz sobą jakieś maszyny piekielne, dotąd zgołanie znane.

— Opatrzyć chłopaka i trzymać pod strażą! — rozkazał król. A zamyśliwszy sięchwilkę, wydał znów rozkaz: — WezwaćJana z Tarnowa!

Ten, nie czekając wezwania, był już przednamiotem królewskim.

— Słyszałeś, mości kasztelanie? — spytał monarcha.

— Słyszałem wieści o ukrytych Krzyżakach po drugiej stronie rzeki.

— Hm — odrzekł król w zamyśleniu. —Zwołać radę! — rzucił stanowczym głosem.

Kasztelan wydał stosowne polecenie. Nieubiegło i trzech pacierzy, przybył Witold,wielki książę litewski, Ziemowit, książęmazowiecki, i kilku innych.

Jan z Tarnowa, kasztelan krakowski, jakogłówny doradca, stanął tuż przy monarsze.

— Wieści o Krzyżakach po drugiej stronie rzeki coraz gęstsze — począł król powolnym głosem, jak to miał zwyczaj przypoczątku obrad. I wejrzenie skierował naWitolda. A ten począł:

— Mistrz Ulryk rozłożył się z głównąswoją chorągwią, a tuż są maszyny piekielne, które z wielkich gardzieli wypluwają kule żelazne.

— Skąd wiesz o tym, miłościwy książę? —przerwał król.

— Od tych, których wysyłam na zwiady! — rzucił Witold na poły urażonymgłosem.

— Więc to prawda? — spytał król gorąco.

— Umiem prawdę odróżnić od fałszu,a wątpliwych wieści nie śmiałbym jegokrólewskiej mości donosić.

A kasztelan krakowski, widząc, że sięrozmowa zaognia, jak to często między braćmi bywało, ozwał się zaraz:

— Chętliwym wielce uchem najmiłościwszy pan słucha z waszych książęcych ustpotwierdzenia, bo przed chwilą przyniósł jechłopak, co wpław rzekę przepłynął.

— Dzielny to jakiś chłopak, można muwierzyć — przerwał Witold.

— Ku temu zwołałem was, miły bracie,i was, panowie radni, aby postanowić, codalej czynić — ozwał się król, poglądającpo zebranych.

— Nie czekać, aż się zbiorą, jeno uderzyć! — zawołał gorąco Ziemowit.

Król się uśmiechnął na tę gorącość młodego jeszcze księcia, a Witold zaraz tę gorącość poparł:

— Wszelkie układy na nic się nie zdadzą,wyczekiwanie jeno ducha w naszych osłabi.

— Więc niezwłocznie walka! — zawołałJagiełło.

I czarne niewielkie oczy tak mu zabłysły,jak zwykle, gdy w piersi jego ogień bitwysię rozpalał.

— Niezwłocznie!

— Nie czekając! — zawołali inni z wielkągorącością.

I poczęto się zaraz naradzać, a naradzanosię w tajemnicy, z wielką oględnością, żebyjaki szpieg krzyżacki pod namiot się podsunąwszy, narad ich nie podsłuchał.

Głównym naczelnikiem tej rady był Witold. Król zaś, oddając dowództwo oddziałów w ręce Zyndrama z Maszkowic, zwanego Słońcem, że znak ten w herbie swymnosił, Zawiszy Czarnego z Garbowa, Floriana Jelitczyka, Jaxy Lisa, Skarbka z Góry, Staszka Sulimy i wielu innych znanychz męstwa i wielkiej przytomności umysłurycerzy, sam objął główne dowództwo. Codo Witolda, ten prowadząc Żmudź, Litwę,Ruś i najemnych Tatarów, sam poszczególnych wodzów mianował i sam główne dowództwo miał nad nimi.

Nie chcąc swoich zastępów narażać napociski Krzyżaków przy przeprawie przezrzekę, cofnięto się zaraz dnia następnegodo źródeł Drwęcy, gdzie woda, wysuszonaprawie promieniami lipcowego słońca, dawała zastępom naszym łatwe, z dala odczujnego oka nieprzyjaciół, przejście.

I zaraz oto 13 lipca zdobyto Dąbrowno podrugiej stronie Drwęcy.

Kilka tysięcy krzyżackich najemnikówi rycerzy wzięto do niewoli, a też moc wozów z żywnością i wielką ilość koni prowadzonych luzem przez Krzyżaków.

Wziętych do niewoli Jagiełło wspaniałomyślnie obdarował wolnością, była wszakżemoc poległych i rannych, którzy na placuboju zostali.

Wśród krzyżackich szeregów, wierny danej przysiędze, walczył z całym młodzieńczym zapałem Karol niderlandzki. Wkrótceteż został ranny.

Sala, zbierając rannych na pobojowisku,kazała go przenieść do przeznaczonej kutemu w pobliskiej wiosce chaty, a widzącgo wielce cierpiącego, nie pytała, kto zacz,lecz pilnie się nim zajęła.

Zwycięstwo

Mistrz Jungingen, dowiedziawszy się o zdobyciu Dąbrowna, zawrzał gniewem.

— Jak on śmiał, ten litewsko-polski poganin, ten lis chrześcijańską skórą powleczony coś podobnego uczynić! — wołał w uniesieniu.

Najwięcej go to bolało, iż był pewien, żeJagiełło, zląkłszy się jego potęgi i prowadzonych maszyn piekielnych, cofnął się kuswojej granicy.

— Byłem pewien, że się ukorzy, że przyśle prosić o pokój, że bez narażania się nastraty posiędę nowy szmat ziemi, a ten...

I splunął, nie znajdując dość dosadnegowyrazu na wypowiedzenie swego gniewu.

— Poległ także Karol niderlandzki —rzekł Frydrych von Ulmen, który, jako marszałek, nie odstępował mistrza.

— Co?! — zawołał tenże.

— Tak, obdarowani wolnością jeńcy widzieli go na placu boju — odrzekł marszałek.

— Mogli go zabrać, choćby nieżywego,kiedy ten głupi królik kazał im wracać. —Zaśmiał się ironicznie i rzekł: — Po co sięten śmierdziel rwał do wojny, po co?

W duszy zaś myślał sobie:

„Dobrze, że poległ, prędzej jego ziemięposiądziemy!”

— Zresztą, mniejsza o niego — dodałgłośno. — Zapłacisz ty mi, mysi królu, i ty,przewrotny Witoldzie, za wszystkich! Nogaz waszych pachołków, co ich nazywacie rycerzami, nie zostanie! Po wiek wieków będąopłakiwać wasze niewiasty poległych i niewolników! Jeno tych dwóch, Jagiełłę i Witolda, muszę mieć w swoich rękach! Tychmi oszczędzać!...

I wydawał rozkazy do niezwłocznego marszu ku Lubawie.

— Nie spodziejesz się, ty przechero, jakci zmiotę twoje potężne wojsko, a z głowyzedrę koronę! — odgrażał się dalej.

I 14 lipca, pewny zwycięstwa, zjawił sięniespodziewanie z olbrzymimi siłami naprzeciw wojsk Jagiełłowych.

— Mieć w pogotowiu kajdany! — wołałJungingen.

I z nadzwyczajną sprawnością i pośpiechem sam objeżdżał wszystkie główniejszechorągwie, tak że cudzoziemscy rycerze mówili:

— Ten urodzony na wodza!

— Pod takim łacno zwyciężyć!

— A choćby głowę położyć, też sława —dodawali inni.

Jagiełło inaczej zupełnie przyjął wieść tako zwycięstwie pod Dąbrównem, jak i o nagłym zjawieniu się wojsk nieprzyjacielskich.Niechętny zrazu do walki, teraz, po pierwszym zwycięstwie, rozgorzały niepohamowaną jej żądzą, powstrzymywał jeno przyrodzoną swą ku niej gorącość.

— Nim ją rozpocznę, trzeba podziękować Najwyższemu za zwycięstwo i o dalsze błagać — rzekł i do wysłuchania mszyświętej o świcie 15 lipca się sposobił.

— Uderzyć nie zwlekając! Uderzyć, nimsię nieprzyjaciel opatrzy! — wołał Witold.

A król, skinąwszy ręką, rzekł:

— Sposobić się do boju. Nim wszystkobędzie gotowe, ja oddam siebie, ziemię tęi naród w opiekę Najwyższego.

Słuchał więc z pobożnością ofiary, a świtporanny promieniami zorzy oświecał purpurą modlącego się króla i jego niezliczoneszeregi.

A Zyndram z Maszkowic sprawiał wojskakoronne i ustawiał je w szyki. A Witoldtoż samo czynił z litewskimi i ruskimi.Czyniono to z wielkim pośpiechem, jednaknim wszystko doprowadzono do należytegoporządku, słońce już wzbiło się ku górze.Wzbiło się, lecz jakimś zasmuconym, jakbymgłą przysłoniętym okiem na świat poglądało.

A król po wysłuchaniu mszy świętej z nieodstępnym pocztem oddalił się na pagórekmiędzy lasami położony i z zadowoleniempoglądał na ustawione w bojowym szykuszeregi. A jednocześnie przez wielką lunetę,otrzymaną w darze od mistrza Jungingena,kiedy to chciał zawrzeć ugodę, poglądałw dal na pola.

Teraz przez ową lunetę dojrzał Jagiełło,że tenże sam mistrz rozłożył się ze swymiwielkimi wojskami między wsią Grunwaldem a Tannenbergiem. Zapałały więc królowi oczy jeszcze większym ogniem, a w piersi zakołatała jeszcze większa żądza natychmiastowego boju. Ale przedtem jeszczerozdawał rycerskie pasy, co było jakbymianowaniem młodzieniaszków na rycerzy.Pierwszy raz szli oni na nieprzyjaciela,a król zachęcał ich, mówiąc:

— Polecić się Bogu, nacierać śmiało! Bitwa, to najpiękniejsza chwila w życiu wojaka.

I błogosławił ich jako ojciec.

Ale Witold stojąc na uboczu, gotowy dowalki, dowiedziawszy się, czym się królzajmuje, szemrał:

— Właśnie też czas na takie zabawy!

I niecierpliwił się coraz więcej. A królpoczął wdziewać zbroję i sposobić się, abystanąć na czele. Miał złocistym hełmemokryć głowę, gdy dano mu znać, że dwajkrzyżaccy heroldowie proszą o posłuchanie.

— Niechaj się stawią! — rozkazał Jagiełło.

A przez myśl mu przebiegło:

„Zwycięstwo pod Dąbrównem przekonałoich, że nie dla zabawy przyszliśmy tutaj!Chcą pewnie zgody, ale... ”

Myśl tę przerwało wejście posłów krzyżackich. Prócz mieczów, które mieli przyboku, każdy z nich dźwigał jeszcze mieczwielki, ciężki, z skórzanej pochwy sterczący.

Jagiełło zmierzył ich badawczym wzrokiem, a starszy z przybyłych nie zwlekającpoczął:

— Najmiłościwszy nasz mistrz, Ulryk vonJungingen, przysyła te oto dwa miecze, jeden dla ciebie, najmiłościwszy monarcho,drugi dla Witolda, wielkiego księcia litewskiego, abyście się mieli czym bronić...

Krew zawrzała w Jagielle na to urągowisko, oczy zabłysły, zdało się, że iskryz nich sypną, powstrzymał się jednak,a obróciwszy się do otaczających go dostojników i porozumiawszy z nimi wzrokiem, spokojnym rzekł głosem:

— Mieczów u nas dostatnio, przyjmujemy wszakże dar z wdzięcznością. Zdadząsię na wasze karki.

Po czym odwrócił się plecami, a posłowiewynieśli się, nic już nie mówiąc. Przyprowadzono ich w milczeniu aż pod sam ichobóz, nie pozwalając rozglądać się wśródustawionych szeregów, podejrzewając, iżprzyszli przepatrzeć nasze siły, co bodajz tego wszystkiego najpewniejsze.

Jagiełło, zacisnąwszy zęby aż zgrzytnęły,uspokoił się wreszcie i począł dawać rozkazy do bitwy.

Siadł też na cisawego konia, przedniejokazałości i wielkiej cnoty rumaka, i chciałstanąć na czele. Wtedy zaczęto mu przedkładać:

— Najmiłościwszy monarcho, owi dwajheroldowie krzyżaccy nie po co innegoprzyszli, jeno żeby przyjrzeć się waszemuobliczu, a potem na was wszelkie swoje siłyskierować.

— A bodaj żywcem mistrzowi dostawić — dodawano.

Długo nie chciał król ustąpić i chciał iśćosobiście na czele, gdy jednak czas ubiegał,a wojsko z niecierpliwością oczekiwało naznak bitwy, król dał się ubłagać i z oddziałem, w którym był pisarz nadworny, młodyZbyszko z Oleśnicy, i wielu innych, stanąłna wzgórzu, skąd wszelkie ruchy i obrotywalki mógł widzieć jak na dłoni. I oto zabrzmiała pieśń:

Bogurodzica, Dziewica,

Bogiem sławiona Maryja...

I pieśń tę jedna chorągiew podawała drugiej, a z tysiąca piersi płynął jeden zgodnydźwięk. I zdawało się, że całe przestworzepieśń tę powtarza, a głos jej płynie tam,w górę, ku niebu. A chorągwi tych byłamoc wielka, a szły jakby nie do boju, leczna jakąś wielką uroczystość.

Aż oto ozwało się hasło. Trębacze królewscy je głosili. A za nimi powtórzyli trębacze wszystkich chorągwi. I szedł ów głosz lewego skrzydła, którym dowodził Zyndram z Maszkowic, do prawego, gdzie Witold stał na czele swych litewskich i ruskichhufców. A stamtąd zwrócił się odgłos trąbdo środkowych chorągwi z Ziemowitem,księciem mazowieckim, na czele. Trębaczepowtórzywszy hasło, krótkim, urywanymdźwiękiem je zakończyli. Umilkły dźwięki,echo rozniosło je w najodleglejsze szeregi.

I zrobiła się cisza. Cisza, jaka zwykle bywa przed burzą.

Wtem nagle z obozu nieprzyjacielskiegorozległ się huk tak straszny, jakiego dotądnikt nie słyszał. I oto przestworze naglezakryło się dymem, zakrywając słońce, które w czwartej części dnia wyjrzało na światciekawie. Dym dziwnie smrodliwy napełniłprzestworze i mimo wielkiej odległości doszedł do Jagiełłowego obozu. Był to huknie znanych dotąd armat, którymi Krzyżacychcieli przestraszyć naszych wojowników.Lecz, o dziwo, konie miasto z lękiem się cofnąć, leciały naprzód jak szalone. Wojownicy z podniesionym mieczem i okrzykiem:,,Bóg z nami”, rzucili się bez pamięci napierwsze szeregi nieprzyjacielskie. Zrobiłsię szczęk, zgrzyt, szum, łoskot. Zwierzprzestraszony krył się w najciaśniejsze nory swego legowiska. Ptaki przelękłe unosiłysię w górę lub oszołomione padały na ziemię. Drzewa zdziwione hukiem i łoskotem,dotąd nie znanym, zamilkły wstrzymującszum swych gałęzi.

Zawrzała walka. Walka tak straszna, jakgdyby nie ludzie, lecz obdarzone nadzwyczajną siłą bajeczne olbrzymy ją wiodły.Rycerz z rycerzem się zmagał, pierś o pierśuderzała, szczęk mieczów, huk toporów,świst, łamanie pancerzy, dzid i włócznimieszały się z okrzykami i wymysłami wzajemnymi, z jękiem rannych, rżeniem i charczeniem koni. Padał jeden zastęp, wyrastałz obu stron drugi jakby spod ziemi.

Król, stojąc na uboczu, wielkim głosemzachęcał do walki, dawał rozkazy.

Witold z podniesionym do góry mieczem,z obnażoną z hełmu głową z nadzwyczajnąszybkością przelatywał przed szeregami.Z rozwichrzonym włosem, z pałającymioczyma, w fioletowoczerwonej szacie kryjącej pod sobą zbroję był jako nadziemskiezjawisko. Żmudzini, którzy oblicza jego nieznali, mówili:

— Perkun, sam Perkun stanął do wojny.

I choć niektórzy pierwszy raz stawali napolu walki, choć piersi ich i ramiona miastozbroi okryte były jeno włochatą skórą zwierza, szli jednak do boju z wielką zaciętością,innym nie ustępując. Lecz natarcie krzyżackie było zbyt umiejętne i gwałtowne. Szerzyli oni wśród nieprzywykłych do bojustraszne zniszczenie.

Padł pierwszy szereg. I oto nagle nieszczęśliwych opanował jakiś niebywały lęk.

— Litwa ucieka! — zabrzmiał jakiś głoszłowrogi.

— Żmudź pierzchnęła! — powtórzyli inni.

Głos ten doszedł Witolda, doszedł wytrawnych wodzów. Witold w zapamiętaniuchciał biec za nimi, zawrócić, od sromuuchronić. Jedno wszakże spojrzenie, jedenrzut oka na pozostałe szeregi opamiętał gowkrótce. Pozostał dając dalsze rozkazy.

A Krzyżacy puścili się za uciekającymi,siekąc, bijąc, zabierając w niewolę.

Opamiętali się uciekający.

— Mamy ginąć, gińmy jako rycerze! — rzucił ktoś z uciekających.

I zwracać się poczęli.

A oto po jednej złej wieści nadchodziładruga. Chorągiew z białym orłem w rękuKrzyżaków.

— Co, chorągiew?! — zawołano głosemrozpaczy.

I jak wicher rzucono się ku jej obronie.Nie! Chorągiew nie dostała się jeszcze w ręce nieprzyjaciół. Wytrącono ją jeno z rąkMarcina Wrocimowskiego, chorążego krakowskiego.

Sam król, ujrzawszy ze wzgórza zniknięcie godła narodowego, zakrył oczy, a jednocześnie całą siłą swych potężnych piersiwołał:

— Bronić! Bronić!

Bronili jej bez tego rozkazu.

Chorąży krakowski, pod którym koniazabito, zdołał ją pochwycić, a dosiadłszy konia, z którego zrzucił Krzyżaka, podniósłją w górę z okrzykiem radości. Okrzyk tenwszystkie piersi powtórzyły.

— Boże, niechaj ci będą dzięki za uratowanie czci naszej! — zawołał w uniesieniuJagiełło.

I oto po tej smutnej chwili nadchodzićzaczęła radosna.

Bój wrzał gwałtowny. Zda się, ostatek siłkażdy oddawał. Wtem wśród niebywałychtumanów kurzu, wznoszącym się spod kopytkońskich, pojawiać się zaczynały białepłachty w przestworzu. To wicher bitwyunosił strzępy krzyżackich płaszczy. Potakichże szmatach stąpały konie rycerzy,pławiąc się jednocześnie we krwi szerokorozlanej. Deszcz drobny ochładzać począłpowietrze, rozpraszać tumany kurzu, dającswobodniejszy oddech znużonym piersiom.

Zwycięstwo przechylało się na nasząstronę.

Wtem nowy okrzyk zgrozy rozległ się odstrony wzgórza, gdzie król z niewielkimoddziałem się znajdował.

Dojrzano Jagiełłę z obozu nieprzyjacielskiego. Znakomity jeden rycerz niemiecki,Dyppold Kekeritz, w otoczeniu kilkunastuludzi wdarł się na wzgórze i pochyliwszywłócznię, pędził wprost na króla.

Król z podniesioną włócznią czekał naniego spokojnie, ale nim rycerz dotarł, młody pisarz kancelarii królewskiej, Zbyszkoz Oleśnicy, odłamem drzewca z włóczni,który trzymał w ręku, ugodził w bok Niemca i zwalił go z konia. Rycerstwo otaczającemonarchę rozsiekło śmiałka.

Gdy Jagiełło pojrzał na główne pole walki, już ujrzał inny obraz. Całe pole zasłane trupami krzyżackimi. Zyndram, Witoldi wielu innych dowódców dokazuje cudów.Najmłodsi rycerze nie pozwalają się wyprzedzić. Nawet pospolitaki walczą z najwyższą, nie dającą się opisać zaciętością.Nikt na nic nie zważa, dąży jeno do pokonania nieprzyjaciół. Szyk bojowy złamany,bezład, ale walka wre, kipi i wśród onegonieładu zwycięża. Ciała krzyżackie padająjak rażone gromem. To grom wylatującyz dłoni naszych rycerzy. Poległych i rannych polskich rycerzy stosunkowo niewielu.

— Wielki mistrz zabity! — wołają rozpaczliwe głosy krzyżackich zastępów.

I poddają się, nie widząc już dla siebie nicprócz pogromu.

Ziemowit, książę mazowiecki, spojrzawszyna wielkiego mistrza, z pogardliwym politowaniem kazał go podjąć z ziemi. Ale innidostojnicy tarzają się we krwi własnej, charkocząc śmiercią straszliwie.

— Markward, komandor brandenburski,sromotnie arkanem ściągnięty z konia!

— Zygfryd, dowódca roty, ma odciętągłowę! — wołają w największym lęku niedobitki krzyżackie.

I tak dalej, i dalej.

Popłoch wśród Krzyżaków ogólny. Ci, conie polegli, zabrani do niewoli.

— Klęska! Klęska! — powtarzają zdławionym głosem.

I garstka niedobitków ucieka. Na polu,jak okiem sięgnąć, krzyżackich ciał mnóstwo. W niewoli tysiące.

— Zwycięstwo! — głoszą piersi naszychwojowników.

A byli i tacy, co znużeni bitwą, dostawszysię do obozu krzyżackiego, poczęli chwytaćłupy, chłodząc się winem przywiezionymw mnogich beczkach przez pewnych zwycięstwa Krzyżaków.

— Kto wyciągnie dłoń po łup lub pokosztuje krzyżackiego wina, śmierć temu! —wydał rozkaz Jagiełło wzburzonym głosem. — Roztrzaskać beczki, niech winowraz z ich krwią użyźni nam ziemię! —rozkazał dalej. I upojony znojnym, leczszczęśliwie kończącym się dniem, wołał rozpromienionym głosem:

— Zwycięstwo! Zwycięstwo!

A Witold, uznojony walką, w pokrwawionej szacie, w blaskach zachodu wyglądał jak prawdziwy bóg wojny. Nie wołałwprawdzie głosem, lecz każde drgnienie jego twarzy, każdy włos rozwiany, każdybłysk oczu wyrażał: zwycięstwo, zwycięstwo!

I wszyscy dowódcy, każdy wojownik, ażdo ciurów obozowych, wołali pełną piersią:

— Zwycięstwo!

Nawet ci, co legli na polu walki, gasnącywzrok podnosili ku niebu, szepcząc:

— Zwycięstwo...

Jeno Sala, jakkolwiek oczy jej świeciłyblaskiem rozradowania, nie miała czasu radości tej objawiać. Do chat wieśniaczychznoszono rannych, a ona jak anioł pocieszyciel koiła ich cierpienia.

A słońce, które kilkakrotnie wśród dniasię wahało, czy ukazać swe promienne oblicze, teraz wielkim złotopurpurowym blaskiem oblewało uznojonych walką a upojonych zwycięstwem Jagiełłowych rycerzy.I tymiż samymi blaski przeglądało się w rozlanej krwi, rzucając ostatnie promienie zachodu na zasłane trupami obozowiskoKrzyżaków.

Zwyciężeni i zwycięzcy

Miłościwy panie, ojcze! — wołał zdławionym głosem Hilt,wpadając do izby HenrykaLeuchtera, który, jako obciążony wiekiem, pozostałw Malborku, nie biorącudziału w wyprawie.

— Czego wrzeszczysz?! —zgromił go komtur, który właśnie oddawałsię poobiedniej drzemce.

— Nasi wracają — wykrztusił zdławionym głosem knecht.

— Bić we wszystkie dzwony, głosić zwycięstwo! — porwał się starzec.

— Klęskę... — odrzekł Hilt przyciszonymgłosem.

— Jak śmiesz podobne wymawiać słowo! — zawołał komtur, przystępując z podniesioną pięścią do niego.

— Nim jego miłość mnie uderzy, niechsam raczy zobaczyć.

Komtur wybiegł śpiesznym krokiem z komnaty. I oto na wielkim podwórcu uderzyłgo widok niespodziewany. Kilkunastu krzyżackich wojowników zbiedzonych, okrytychpyłem leżało pod murem.

Nie kazał żadnego wołać, sam podszedłku leżącym. Podniósł jeden z nich głowę,spojrzał i odwrócił się, jak gdyby wzrokpytający komtura ból mu zadawał.

— Co zacz, co? — nalegał starzec.

I długo powtarzał pytanie, nim jedenz przybyłych powstał i chrapliwym wyrzuciłgłosem:

— Klęska!

— Co, jak, opowiadaj! — mówił trzęsącym się głosem komtur.

— Wielki mistrz zabity!

Leuchter podniósł ręce do góry i tak oniemiał, że długą chwilę słowa wyrzec niemógł.

— Niepodobna, niepodobna! — zawołałwreszcie.

— A jednak zabity — powtórzył któryśz przybyłych.

— Mów, mów, jak to było? — nalegałkomtur.

— Wielki mistrz do ostatniej chwili niemógł uwierzyć, że to polskie mrowie taknam na kark wsiądzie — począł Krzyżak —a gdy na wszystkie strony nas obiegło i nasi padali jak muchy, mistrz stanął na czeleszesnastu chorągwi. Błagali go rycerze, abyz życiem uchodził, lecz Ulryk z gniewemwszystkich odsuwał, mówiąc: ,,Zwyciężę lubzginę!”

Groza przebiegła wszystkich, opowiadający zamilkł na chwilę, wzruszenie nie pozwalało mu mówić. Wreszcie, zaczerpnąwszy powietrza, począł:

— I zginął. Litwini, których część w pierwszej chwili pierzchnęła przed naszym naciskiem, mścili się teraz za chwilową porażkę. Witold nimi dowodził, a wiemy, coto za wojak. Otoczyli ze wszech stron mistrza, wiatr skłębił mu płaszcz nad głową,zdawało się, że go uratuje. Gdzie tam! JakiśLitwin pchnął go sulicą w szyję, drugi ciąłw ramię, inny przeszył piersi... Spadł z konia. Głowa już się wtedy jeno trochę nakarku trzymała...

— I to Jungingen, Jungingen — westchnął Leuchter.

— Tak, wielki mistrz Jungingen tarzał sięteraz we krwi swoich własnych rycerzy —mówił dalej Krzyżak — a te litewskie psywalczyły dalej, rąbiąc, kłując, wżerając sięw krzyżackie ciała jak sępy.

— Znam ja ich — mruknął Hilt, chwytając się za skrzywione kolano, jak gdyby gow tej chwili otrzymana kiedyś od Litwinówrana nagle zabolała.

— Ze śmiercią mistrza wszystko się skończyło. Kto mógł, chronił się, uciekał. Pędziliza nami noc całą, chwytając jak dzikiegozwierza na długie sznury... Ledwie nam sięoto z życiem ujść udało — kończył znówjakiś niedobitek.

— A inni, inni? — wołał komtur.

— Tam — wskazał ktoś ręką w stronęGrunwaldu.

— Gadaj wyraźnie, biją się?! — wrzeszczał Leuchter.

— Kto?! — zawołał z urągowiskiem opowiadający i dziko się roześmiał.

A zaraz któryś znów podjął:

— Jedni, posiekani, leżą między Grunwaldem a Tannenbergiem, inni w niewoli,garstka poranionych, wzięta przez tych miłosiernych Polaków do opatrunku, wyjez ran i hańby.

— Niepodobna, niepodobna! — wołałkomtur, chwytając się za głowę.

A Hilt, wykrzywiwszy twarz jakimś nieokreślonym wyrazem, przestępował z nogina nogę i mruczał:

— Wszystko dlatego, że mnie tam niebyło.

— Hańba! — dał się słyszeć głos zdławiony.

I każdy ze zgrozą one wyrazy powtarzał.Jeden tylko z przybyłych nie rzekł ni słowa, jeno rozpatrując się bacznym okiem powszystkim, uparcie milczał. Ale inni, jedenpo drugim dźwigali się, wstawali i patrzącbłędnym okiem, powtarzali:

— Hańba! Klęska!

I naraz w obszernym podwórcu malborskiego zamku słychać było jeno:

— Klęska! Hańba!

Wyrazy te, wypowiadane grobowym głosem, rozlegały się głuchym echem, przylegały do grubych murów, a echo roznosiłoje po innych podwórcach i zaułkach.

I oto nim księżyc zdołał twarz swą pyzatąukazać, którą poglądał na wychodzące pewne zwycięstwa zastępy Jungingena, w tychże samych podwórcach, przepełnionych głośną wrzawą rycerską i rycerską pieśnią, teraz brzmiały jeno ponure słowa:

— Klęska! Hańba!

A Henryk Leuchter wołał wciąż bezprzytomnie:

— Niepodobna, niepodobna! — Aż opamiętał się wreszcie i rozkazł: — Przeprowadzić przybyłych do komnat w lewym skrzydle, pożywić, niech wypoczną! — I zarazdodał: — Po wypoczynku inaczej może tęrzecz przedstawią?

A w myśli mówił:

„Ale mistrz Jungingen! Mistrz Jungingen!... Zaraz sobie myślałem, że ta przewrócona ława i strzaskany puchar niedobrzewróżą”.

— Czyżby to już być miały jeno zgliszczaZakonu?! — rzucił zdławionym głosem.

I wolnym, chwiejącym się krokiem powlókłsię do swej komnaty, powtarzając ciągle: —Niepodobna, niepodobna!

Jednocześnie w obozie polskim upojenizwycięstwem rycerze składali przed monarchą zdobyte chorągwie. A była ich takamoc, że wielką przestrzeń wzdłuż i wszerznimi założyli.

Przyprowadzono też znakomitszych jeńców krzyżackich, a między innymi księciaKazimierza szczecińskiego, który niedawnoprzyjaźń Polsce przysięgał. Teraz nie śmiałoczu podnieść na Jagiełłę, odwracał głowę,sromając się, a może i lękając, że za niedotrzymanie przysięgi sroższa go czeka kara.Lecz król spojrzał jeno na niego przenikliwym wzrokiem i rzekł:

— Bóg zawsze sprawiedliwy.

I odwrócił się, by innym jeńcom się przyjrzeć. Przebierał przy tym, według swegozwyczaju, palcami lewej to prawej ręki,jakby chciał onych policzyć. Aleć i palcównie stawało, a coraz innych przed obliczekrólewskie stawiano.

Aż oto i poległych znamienitszych Krzyżaków u stóp monarszych składać poczęto.

Więc byli tam między wieloma i DyppoldKekeritz, ów, co to na życie króla godził;i Henryk komtur, jeden z najdumniejszychi najzaciętszych wrogów Polski; i Markward,komandor brandenburski, z przewróconymiw straszliwy sposób oczyma, ów, co go tościągnął Tatar z konia arkanem; i wielkiskarbnik, Tomasz Mercheim; i FryderykWallenrod, marszałek Zakonu, i wielu, wielu innych, których i zliczyć trudno, a którzy, przybywszy z rozmaitych narodów nawezwanie wielkiego mistrza, miasto sławyi bogactw śmierć znaleźli.

Oto Litwini przywlekli i samego sprawcę tej wielkiej wojny, dumnego Ulrykavon Jungingena. Oblany posoką, skąpanyw krwi i błocie, z poszarpanym płaszczem,podziurawiony jak sito, z trzymającą się nakawałku skóry, zwisającą głową, leżał teraz gorzej niż niektóry z najostatniejszychknechtów albo i zwierz powalony oszczepem. A Jagiełło, spojrzawszy nań, westchnął i rzekł:

— Ten wielekroć obietnice łamał, dziś rano puszył się jeszcze nadzwyczajną potęgą,a oto sprawiedliwość Najwyższego nad nimzawisła. — I odwróciwszy wzrok od tegowstrętnego widowiska, rozkazał: — Obmyći odnieść ciało do krzyżackiej stolicy. —I ręką wskazał w stronę Malborka.

Deszcz rzęsisty, który kilkakrotnie siałmgłą podczas bitwy, lunął teraz całym strumieniem. Ochłodził on uznojonych rycerzyi zakończył dzień 15 lipca 1410 roku takpamiętny w dziejach nie tylko krzyżackichi polskich, lecz bodaj całego świata. I ukoiłdo snu uznojonych pracą całego dnia rycerzy.

Jeno książę Witold nie mógł zasnąć.Dziwne uczucia nim miotały.

„Mnie to się należy cześć za główne zwycięstwo, a tamtemu ją składają” — myślał.To znów: „Z potęgą Polski wzniesie się potęga Litwy i Żmudzi. Tak, ale ja zawszebędę jeno drugi, nie pierwszy”.

I przewracał się z boku na bok na łożuz mchu, pod zdobytym na wielkim mistrzunamiotem.

— Pomściłem się za wszelkie hańbyi okrucieństwa. Powinienem się tym nasycić... — starał się uspokoić.

— A jednak... — szeptał mu znów głosjakiś.

Aż i jego sen dobroczynny ukołysał.

I cisza się zrobiła. Słychać było jeno oddech śpiących, a przy zapalonych pod rozłożonymi namiotami pochodniach pisarzekrólewscy spisywali wypadki dnia, ażebyim nic nie wyszło z pamięci.

A tam, nad pobojowiskiem, krążyła mocżarłocznego ptactwa, aż spadła wielką czarną chmurą, sprawiając sobie wielką ucztęz ciał poległych.

Świt zapowiadał dzień pogodny. Rumianezorze rozsyłały purpurowe promienie, ażi złotofioletowe słońce wstawać poczęło.Z nim poczęło się budzić życie w całymobozie. Ten i ów przecierał oczy i głośnymziewnięciem przyprowadzał do porządkuuśpione spoczynkiem myśli.

Król najpierwszy był na nogach. Kazałteż zaraz gotować się do dziękczynnej ofiary. Z wielką okazałością, na ustawionychwojennych bębnach i zdobytym na Krzyżakach rynsztunku, zbudowano ołtarz. Chorągwie zdobyte nad nim powiewały. Arcybiskup Mikołaj Trąba odprawiał mszę świętą. Cały obóz z królem, księciem Witoldemi przedniejszymi wodzami na czele słuchałjej w wielkim skupieniu. Na zakończeniearcybiskup zaintonował Święty Boże.

Święty mocny, święty a nieśmiertelny — powtórzyli za nim niżej będący. Ażwreszcie ze wszystkich piersi buchnęło: —Zmiłuj się nad nami!

I echo pieśń tę rozniosło po polach i gajach, podzwaniając ją w najodleglejszestrony.

Po rannym posiłku, który się wiernie należał wygłodzonym wczorajszego dnia żołądkom, król zawołał:

— Godzi się wszystkie ciała, tak nasze, jako i nieprzyjacielskie, uczciwie pogrześć!

— Boga mi, godzi! — ozwali się wszyscypanowie radni.

I oto na cmentarzu w Tannenbergu poczęto kopać wielkie mogiły.

W pracy tej ciurom i sługom obozowymdopomagał lud okoliczny, nasłuchując, czydłoń zwycięzców nie będzie tak groźna, jakkrzyżacka. Uspokajano ich, mówiąc:

— Pod rządami króla Władysława Jagiełły nikt ucisku nie doznaje.

Niezwłocznie też król do Krakowa, dokrólowej Anny Cylejskiej, co to była wnuczką Kazimierza Wielkiego, jako też dopaństw sąsiednich wysłał gońców z oznajmieniem o odniesionym zwycięstwie.

Pod wieczór, na zbitych ze ściętych drzewstołach, zastawiono ucztę. Ucztę, która sięzwycięzcom słusznie należała. Nie mianokłopotu z gromadzeniem chleba, mięsa i rozmaitych przysmaków. Dostarczyły ich wozy, przez Krzyżaków przyprowadzone.

Prowadziłyć z sobą i wojska Jagiełłowe,i zastępy Witolda zapasy żywności i na czaswojny byłoby ich wystarczyło, ale o takichprzysmakach, jakie poległy wielki mistrzkazał prowadzić, nikomu się nawet nie śniło. Ba, toć i przybywający do Malborka zewszystkich stron zachodniej i południowejEuropy rycerze wieźli też z sobą specjałyużywane wyłącznie w ich krajach.

Nie brakło więc ani olbrzymich ryb solonych i wędzonych, ani też malusieńkich,w oliwie pływających, których maleńkościwydziwić się nasi rycerze nie mogli. Niebrakło i wielkich udźców ze zwierza, w ogóle nad Wisłą nieznanego, ani też owocóww wielkich beczkach ugniecionych, a taksłodkich, iż niejednemu aż ta słodycz niemiła się wydawała. A chociaż wiele beczekwina w krew wylano, ostałoć jeszcze kilkanaście z dala za obozem trzymanych, a najprzedniejszego, snadź dla samego wielkiego mistrza i czoła gości przeznaczonego.A na ucztę tę zaprosił zabranych do niewoli: Kazimierza, księcia szczecińskiego,i Konrada Białego, księcia na Oleśnicy.

Ci, jako przyuczeni do zbytku w jadlei napojach w Malborku, niczemu się zgołanie dziwowali wiedząc, jak się wziąć do podawanych potraw. Nasi rycerze tymczasemnie tylko z podziwem i nieufnością na niektóre dania poglądali, lecz nie wiedzieli nawet, jak się do jadła zabrać. Jeno z małmazją każdy wiedział, jak sobie poczynać.A podczas uczty Jagiełło rzekł:

— Jakośmy z Kazimierzem, księciem naSzczecinie, a toż z Konradem, księciem naOleśnicy, chleb połamali i puchar wychylili,nie godzi się ich jako niewolników zatrzymywać.

Spojrzano po sobie, wielu z panów radnych niechętnie tej przemowy słuchało,a Witold zwrócił nawet groźne, ponure wejrzenie w stronę monarchy. Lecz Jagiełło,raz co postanowiwszy, nie ustępował, nieustąpił więc i teraz, a dodał:

— Książę Kazimierzu na Szczecinie i Konradzie na Oleśnicy, wolni jesteście!

Wtedy Kazimierz podniósł napełnionypuchar i zawołał:

— Szlachetność Władysława Jagiełły,króla polskiego, niechaj po wiek wiekówsłynie!

I wychyliwszy puchar, ostatnią kroplę wysączył na paznokieć dużego palca, spił ją,pucharem zaś uderzył się trzykrotnie w głowę i rzucił go na ziemię. A książę Biały,toż samo uczyniwszy, nie wyrzekł i słowa,jeno westchnął z całej piersi.

Witold zaś szepnął w sobie:

„Dobrze, że nie dodał ten przechera:

»I wielki książę litewski«, byłbym mu wielkiego księcia mieczem w gardło wpakował”.

A Jagiełło, chcąc ułagodzić ponure wejrzenie stryjecznego, rzekł:

— Bracie, tobie się cały hołd za zwycięstwo należy, w twoje więc ręce piję za zdrowie wszystkich dzielnych, niestrudzonychrycerzy.

I dotknąwszy ustami nalanego pucharu,co oznaczało cześć, oddał go własnoręcznieWitoldowi.

Udobruchało to nieco nachmurzone oblicze księcia i uczta zwycięzców żadnym zatargiem zakłócona nie została.

— Spisać wszystkich znakomitszych jeńców! — rozkazał monarcha.

— Już uczynione! — ozwał się młodziutki pisarz nadworny, Zbyszko z Oleśnicy.

I zbliżywszy się z należytym ukłonem, podał królowi pergamin.

— Przeczytaj! — rozkazał Jagiełło.

Długi to był szereg, długa też upłynęłachwila nim wszystkich Zbyszko wyczytał.

Nie dłużyło się wszakże nikomu czytanie.Owszem, wodzowie z wielką lubością słuchali wymienianych nazwisk najznakomitszych wszelkich krajów rycerzy. Pochlebiało im to, że za ich przyczyną tyle jest zacnego niewolnika.

— Wziąć od nich rycerskie słowo, że naświęty Marcin powrócą, niech jadą dla załatwienia spraw swoich! — rozkazał król.

I to nie bardzo było po myśli panów radnych, nie oponowali jednak, choć niejedenpomyślał:

„Rozporządza się, jak gdyby sam wszystkich do niewoli zabierał”.

— Prócz tych, co nie są zbytnio pocięcii sami się poddawali — mówił dalej Zbyszko — jest jeszcze wielu znakomitych takszpetnie pociętych, że ruszyć się nie mogą.

— Ci są pod opieką służby opatrunkowej,nad którą ma pieczę Sala z Bobrownik —ozwał się z pewną chlubą Jan z Tarnowa.

Król uśmiechnął się i rzekł:

— Dzięki ci, kasztelanie, żeś o tym pomyślał.

Jednocześnie przy dalszych stołach posilał się cały zastęp dzielnych wojowników,wynagradzając sobie post i trudy dnia wczorajszego.

A na wszystkich czołach było rozradowanie, a na wszystkich obliczach pooranychtrudami walki, począwszy od dowódców,rycerzy, wojaków, a skończywszy na ciurach obozowych, jaśniał uśmiech zadowolenia i wielkie słowo: zwycięstwo.

— Zwycięstwo! — powtarzali nawet ci,co szpetnie posiekani, leżąc na wozach lubw chatach wieśniaczych, nie wiedzieli, czydrugiego świtu będzie im dożyć sądzone.

To ci bestia

Ranni jeńcy pod opieką licznej wykwalifikowanej służby zdrowia, nad którą miałapieczę Sala i jej dwie służebne, rozmieszczeni na wozachi po chatach wieśniaczych,nie mogli się skarżyć nabrak właściwych starań. Gdyjednak doszła do nich wieść o poniesionejklęsce, byli tacy, co kryli twarz, przysłaniali uszy, nie chcąc słyszeć radosnych szeptów swych towarzyszy-zwycięzców, a bylii tacy, co usiłowali zerwać opatrunek, abynie stanąć twarzą w twarz z hańbą, jaka wojska krzyżackie spotkała.

Jeno Karol von Leuwarden, książę Fryzlandii, leżąc bezprzytomnie, uśmiechał siędo jakichś wizji, które mu się snadź w gorączce przedstawiały. U wezgłowia siedziałwierny Bonifacjusz, który własnymi rękamiuniósł z pola bitwy swego ukochanego wychowańca, oddając się wraz z nim w niewolę.

Sala, dzieląc starania między wszystkich,często zatrzymywała się nad młodziutkimksięciem, przynosząc mu jakiś napój chłodzący lub badając, czy głowa jego szpetnieposiekana nie potrzebuje nowego opatrunku. Bonifacjusz, patrząc na nią z wdzięcznością, mówił sobie:

— Zaliż w Polsce miasto dziewek aniołymieszkają?

Sala zaś, spełniając swe obowiązki, biegła myślą do brata, do ukochanego Kuby.Szukała go między jeńcami wziętymi doniewoli i rannymi na polu walki, nigdzie goani oko.

„Może go nie wołali na wojnę? Może zginął? O knechta nikt się nie troszczy” — myślała.

I do Sienichy myśl jej również często sięzwracała.

— Co się z nią dzieje? Gdzie się obraca? — Lecz na te pytania wicher nawet nieodpowiadał.

I Sienicha toż samo pytanie sobie powtarzała.

Dziwić by się bodaj należało, jak jej siłstarczyło. Kręcąc się wciąż koło obozówkrzyżackich, miała jednak czas donosićo każdym ich obrocie dowódcom żmudzkimi litewskim.

Gdy ludzie podczas walk padali jakodrzewa leśne podcięte siekierą, starała sięim przyjść z pomocą, wlokąc nieraz rannych o kilka staj, do pierwszej lepszej chaty, gdzie lud okoliczny, jakkolwiek słuchający z lękiem odgłosów walki, chętnie rannym dawał schronienie.

Najwięcej jednak przebywała międzykrzyżackim taborem. — Długie nieraz wiodłaz knechtami rozmowy w niemieckim języku, którego wyuczyła się podczas pobytuw malborskim zamku. Omijała jeno skrzętnie znanego nam Jakuba, wstręt mu okazując. Jeżeli zaś przystąpiła do niego, to zawżdy z podniesioną pięścią i groźnymi wyrazy. Lecz między te groźby umiała zawszewpleść przyciszone jakieś słowo, które jenoona i Jakub rozumieli.

Inni patrząc na te zatargi między Jakubem a Hexą, jak ją nazywano, śmieli się,mówiąc:

— Jakub nie ma łask u Hexy, bodaj czygo w dziewkę albo i co gorszego nie zmieni.

Gdy klęska była już widoczna, a rozbiteszeregi i wielu z taboru rzuciło się do ucieczki, zbliżyła się do Jakuba, a poczęstowawszy go kułakiem, szepnęła jakieś słowo,na co wyszczerzeniem białych zębów i podniesioną pięścią odpowiedział. W onej chwili mogli sobie nie zadawać nawet trudu udawania, każdy bowiem był tak zajęty ocaleniem własnej skóry, że nikt na to, co gootaczało, nie zważał. To pewna, że Jakubw ucieczce swej wszelkich używał sposobów, żeby nie być schwytanym. Aż oto dostał się za mury malborskiego zamku.

Słowa dobadać się z niego nie można było, lecz temu nikt się nie dziwił, boć wszyscy byli zgnębieni i mimo wypoczynku jedno mieli tylko słowo: hańba, klęska!

Ale i tego młody knecht nie powtarzał.

A stary komtur, snując się po komnatachi podwórcach zamkowych, wciąż powtarzał:

— Tak, to są jeno zgliszcza Zakonu. —A potem na pociechę wołał: — Niepodobna! Niepodobna!

Coraz to jakiś zgłodzony, błąkający sięrozbitek krzyżacki przynosił wieści corazgroźniejsze. Więc jeden doniósł:

— Polacy zajęli Morąg w pruskiej marchii. A też i Dzierzgów!

A inni wołali:

— Miasto Elbląg wysłało z hołdem doJagiełły, oddając mu się ze wszystkimi bogactwami w opiekę!

— A także Toruń, Kwidzyń, Królewiec,a nawet pobliski nam Gdańsk!

Że zaś wieści te przynosili rycerze, nierzadko i dowódca świadomy rzeczy, możnaim było wierzyć. Rozpacz i przygnębienieosiadało w malborskim zamku jako onamgła gęsta jesienna, poza którą żadnagwiazda błyskiem swoim ciemności rozjaśnić nie mogła. Aż oto w dziesięć dni poklęsce pod Grunwaldem doniesiono:

— Jagiełło z nieprzeliczonym wojskiem,a też i Witold na czele Litwinów i pogańskich Żmudzinów, zbliża się pod zamek!

Wtedy już nie tylko stary komtur, lecz iletylko było piersi, z wielkim jękiem powtórzyło:

— Teraz już tylko zgliszcza Zakonu!

Aż naraz z wieżycy czatownik zatrąbiłradośniejszym głosem. Jednocześnie do bramy zakołatano gwałtownie.

— Polacy pod bramą! — ozwał się jakiśgłos przelękły.

— Witold w mury taranem uderza! —powtórzył ktoś naznaczony litewską sulicą.

I padł strach na wszystkich. Jedni krylisię po zaułkach i lochach zamku, inni doradzali:

— Poddać się!

— Poddać się, uratować życie!

— I tak są to już tylko zgliszcza Zakonu — mówił Leuchter, były komtur Kwidzynia, kręcąc się bezładnie.

— Przecie radośnie zatrąbiono z czatowni — ozwał się Hilt.

Spojrzano ze zdziwieniem na knechta,chwytając się słów tych jak zbawienia.Wtem brama się rozwarła i Henryk vonPlauen, komtur ze Świecia, wkroczył z oddziałem kilkuset zbrojnych, zebranych zeswej komandorii.

— Klęska!

— Hańba!

— Jeno zgliszcza wielkiego Zakonu! —rozpaczliwie wołano sądząc, że i on zeswoim oddziałem uchodzi jako rozbitek.

— Cicho! — wrzasnął Plauen potężnymgłosem. — Cicho! Jak kto powtórzy te słowa, śmierć! — wrzasnął jeszcze groźniej.

Nagle zrobiła się cisza. Jednym oczy zabłysły, inni machnęli ręką, inni byli takprzygnębieni, że nie odczuwali nawet najmniejszej nadziei, bo po tym, co widzieli,czego doznali, nie wyobrażali sobie, żebymogła się jaka znaleźć. Jeden tylko knecht,ów milczący i ponury, z wielkim zdziwieniem zwrócił wzrok w stronę przybyłegokomtura i cały w słuch się zamienił, chwytając też każdy ruch, każde słowo Plauena.A ten zsiadłszy z konia, rozkazywał głosemdowódcy:

— Ilu was jest, pod broń!

Spojrzano zdziwionymi oczyma. Nikt sięnie ruszył.

— Opatrywać broń, szykować się do obrony zamku! — rozkazywał.

— Anton Ludwigsburg! — wrzasnął.

Ten zbliżył się leniwym krokiem.

— Weźmiesz, bracie, wielebny komturze,ludzi, pójdziesz do okolicznych wiosek niezajętych jeszcze przez nieprzyjaciela, zbierzesz, ile się da wołów, baranów, świń i rozmaitej żywiny, a też krup, zboża, mąki.

Słuchano tych rozkazów z niedowierzaniem i zdziwieniem.

— W tej chwili ruszać! — rozkazał. —Wszystko pakować na wozy, prowadzić zamury! — dokończył.

— Ale skąd wozów? — spytał nieśmiałoAnton.

— Mało ich we wsiach okolicznych?! —wrzasnął zniecierpliwionym głosem Plauen.

I rozglądał się, jakby kogoś szukając.Wzrok jego padł na Hilta.

— Ty, kulasie, jak ci tam?!

— Hilt, starszy knecht z dziesiątego podwórca, do usług jego miłości.

— Weźmiesz, ilu jest knechtów, zwołaszpospolitaków i robotników z miasta, pogłębicie fosy i zrobicie jak najwyższe kołomurów nasypy!

— Będzie spełnione według rozkazu waszej miłości — odrzekł Hilt, uważając się zawielce ważną w tej chwili osobę.

— Nasypy muszą być skończone do świtu! — rozkazał Plauen. I znów spojrzał popatrzących na niego ze zdziwieniem. —A, Michel z Gołuba! Właśnie mi cię, bracie,potrzeba! — zawołał na jednego z Krzyżaków, który zdołał schronić się przed pogonią. — Pójdziesz do miasta, zbierzesz co silniejszych, umiejących robić bronią mieszczan i sprowadzisz ich do zamku.

W zgnębionego Michela wstąpiła jakaśotucha, rozglądał się za ludźmi, którychmiał wziąć do pomocy.

A Plauen rzekł jakby do siebie:

— I z tych opasłych mieszczuchów zrobięobrońców zamku, niech jeno ich dostanę.

Po niejakiej chwili Anton Ludwigsburgz trzema innymi wychodził za bramę.

Hilt na czele kilkunastu z łopatamii szpadlami w ręku zabierał się do odejścia.

— Jakub! — krzyknął Hilt głosem dowódcy do wsłuchującego się w dalsze rozkazy Plauena. — Nie słyszałeś, co nowymistrz rozkazał?

— Nowy mistrz? — spytał tenże zdziwiony.

— Przemówiłeś nareszcie! — roześmiałsię Hilt. — Ale cóż się dziwisz? Tamtegouśmiercili Litwini czy Polacy, toć Zakonnie obejdzie się bez następcy — mówił głosem świadomego wszelkich spraw Zakonu. — Nie obejdzie się też bez Hilta,oho! — dodał z wielką chełpliwością, kuśtykając na skrzywionej nodze.

W tej chwili trębacz ogłosił nowo przybywających. Trąba ozwała się miarowo, poważnie, z odcieniem radości, jak zwykle,gdy witano gości.

Plauen zatarł ręce. To jeden z uformowanych przez niego po wszystkich komandoriach oddział ciągnął do zamku.

Hilt wstrzymał się ze swoimi, jakby chciałwzrok nasycić widokiem przybywających.

Przypatrywał się im i Jakub. Przypatrywał nader ciekawie, oglądając nie tylko ludzi, lecz ich uzbrojenie i rumaki. Zdołał teżuchwycić, że z Prus, gdzie wojna nie dosięgła, nadciągnie jeszcze wielu rycerzy naobronę Malborka. Po chwili, wielce zamyślony, udał się za Hiltem, który z miną dowódcy zebranych ludzi boczną furtą wyprowadził za mury.

Hilt przyśpieszał robotę i jak było nakazane, wschód słońca oświecił świeżo narzucone nasypy i pogłębione fosy. Nie mielinawet zbyt wiele do czynienia, bo zamek,oblany z jednej strony odnogą Wisły, z dawna był doskonale obwarowany i tylkoniektóre nasypy trzeba było poprawić. Wracał więc Hilt ze swoimi z triumfującą miną,ale gdy się rozejrzał, młodego knechta nigdzie nie było. Brakowało też pary szczudełdo poglądania z ich wysokości na okolicę.

— Gdzie się ten psia noga podział? —pytał robotników.

Ale nikt go przy nasypach nie widział.

— Urwipołć, nicpoń, pasibrzuch, dawniejdo roboty był jedyny, teraz, jak powąchałwojny i Polacy przyłożyli mu parą płazówna skórę, zmyka od wszystkiego i kuli sięjak pies, gdy go wodą obleją! — krzyczałrozgniewany kulas. — Ale ja mu dam, pozna, co to Hilt znaczy — zakończył.

Nie mógł wszakże pogróżki swej spełnić,bo Jakuba nigdzie nie było. Zresztą, niktnie miał czasu troszczyć się o niego. Wewszystkich podwórcach zamku kipiało gorączkowym przygotowaniem do odparciaspodziewanego oblężenia przez wojska Jagiełłowe.

I słusznie mogli się tego spodziewać. Jagiełło bowiem po uczcie zebrał radę wojenną, złożoną z najżyczliwszych i najwaleczniejszych rycerzy. Byli więc: Zyndramz Maszkowic; Ziemko i Kazimierz, książętamazowieccy; wytrawny doradca, Jaśkoz Tarnowa, kasztelan krakowski; SkarbekHabdank z Góry; Mikołaj Nałęcz; a przedwszystkimi Witold, książę litewski.

Otoczyli oni ciasnym kołem króla i przyciszonym głosem, miarkując wewnętrznepodniecenie, radzili:

— Zaliż skończymy walkę na tym szczęśliwym zwycięstwie? — zapytał monarcha.

— Nie, nie!

— Boga mi, nie! — odpowiedziano jednogłośnie z zapałem.

— Gdybyśmy wilkowi ostawili główne jego legowisko, łacno by się w nim rozrodził — rzekł poważnie Witold.

— Na Malbork! Na Malbork! — wyrzucono ze wszystkich piersi.

Król z zadowoleniem pogłaskał skąpy zarost i rzekł:

— Z rozkoszą słyszę wasz zapał, mili panowie. Słowa wasze są jeno powtórzeniemtego, co w moim sercu kołacze.

I po jednodniowym wypoczynku wyruszono ku krzyżackiej stolicy.

Odniesione po drodze zwycięstwa, posłowie od poddających się miast jeszcze większy budzili zapał. Niepokoiło jednak Jagiełłę, że nie wiedział, jakie są siły w Malborku.

Aż oto nie opodal zajętego co tylkoDzierzgowa, o trzy dni jeszcze od Malborka, przyprowadzono do obozu młodegochłopca w ubraniu żebraczym. Wspierał sięna kulach, twarz miał wykrzywioną, a całąpostać skuloną.

— Ważne przynoszę wieści — rzekł dotych, którzy go przytrzymali.

— Krzyżacy cię może na zwiady przysłali! — wrzasnął ktoś z zapalczywszych.

Był nawet ktoś, co go widział wśród uciekających Krzyżaków.

— Na gałąź z nim! — zawołano.

— Dobrze, pójdę i na gałąź, pierwej jednak stawcie mnie choćby przed samym monarchą.

To mówiąc rzucił kule, wyprostował się,stanął na obu nogach, wykrzywioną szpetnie twarz doprowadził do porządku, a oczyzapałały mu jak u młodego żbika. Śmiałośći nagłe przeobrażenie się w dorodnego młodzieńca stropiły wszystkich. Nagle ozwałsię głos:

— Ho, ho, ho!

I wysoka postać Sienichy, podpierającejsię długim kosturem, ukazała się tuż przygromadce otaczającej przybyłego.

— Ho, ho, ho! — wołała coraz donośniej.

A zbliżywszy się, rzekła: — Byłam w chacieprzy rannych, gdy mi się mignął jakiś pokraka. Chciałabym zbadać, co zacz.

Rozstąpili się wszyscy, boć znali ją dobrze i w wielkim mieli poszanowaniu.

— To ty, byłam pewna, że nie kto inny! — zawołała spojrzawszy na młodzieńca. — Setnego z siebie zrobiłeś dziwotwora — mówiła wesoło. — Dobrze, dobrze, alecóż przynosisz?

— Leciałem dzień i noc, a tu chcieli mniewziąć na gałąź. Niech ta, ale pierw muszęwypowiedzieć to, z czym przyszedłem, choćby samemu królowi. — To mówiąc, schyliłsię do nóg Sienichy. Ta z lubością położyładłoń na jego głowie, a potem rzekła:

— Prowadźcie go, prowadźcie! A potempożywcie. To nasz, nasz!

Położywszy raz jeszcze dłoń na jego ramieniu, ruszyła z powrotem.

Teraz zupełnie inaczej spojrzano na przybyłego. Niebawem stawiono go przed królem.

— Co rzekniesz? — spytał monarcha.

— Plauen, komtur ze Świecia, przybyłtrzy dni temu do Malborka, z nim liczny oddział rycerzy. Wkrótce nadciągnęło więcej,będzie ich ze trzy tysiące. Kazał jeszczei z miasta ludzi do zamku zwołać, i żywności jak najwięcej sprowadzić, i szańce poprawiać, a ja od tych szańców uciekłem, żeby wam, najmiłościwszy królu, o wszystkimdonieść — mówił jednym tchem były knechtkrzyżacki.

— Hm, hm — powtarzał Jagiełło, słuchając tej opowieści. — A coś ty za jeden? —zapytał nagle.

— Jakub Bobrownicki, brat Sali, porwanyongi przez Krzyżaków, w ich zamku wychowany, a przez Sienichę od zagłady uchroniony — mówił chłopak tak śmiało, jakbydo równego sobie.

— Niezbadane wyroki boskie! — rzuciłkról, który od kasztelana krakowskiego słyszał o Sali, a i o uprowadzeniu jej bratajakoś sobie przypomniał. — Powtórzysz towszystko raz jeszcze — rzekł monarcha.

I wydał rozkaz, żeby się niezwłocznieprzyboczna rada zebrała.

Jakub schylił się do nóg królewskich,a stanąwszy na uboczu, widział przybywających na naradę rycerzy. Gdy ujrzał Witolda, oczy mu zaświeciły i o mało nie wyskoczył ku niemu, tak mu wielka radośćw piersiach się rozparła. Widział go bowiempodczas bitwy i wielkie umiłowanie ku niemu powziął.

Na rozkaz królewski powtórzył wszystko,co już poprzednio mówił.

Król dał rozkaz, żeby Jakubem się zajęto,a panowie poczęli się naradzać.

— Zamek to wielce mocny — mówili niektórzy.

— Trudno mu będzie poradzić, ile że żywności nagromadzili — dodawali inni.

— A jednak go zdobędziemy! — zawołałkról.

— Tak, musimy zdobyć! — powtórzyłWitold.

Obu oczy zabłysły.

— Trzeba jeno pośpieszać, by zbytniow siłę nie urośli — dodał Jan z Tarnowa.

A inni widząc, że król i Witold nie tracąotuchy, nabrali jakoś serca.

— Przed północą wyruszymy! — rozkazałJagiełło.

A że słońce już dogasało, każdy szedł doswoich chorągwi, ażeby dawać rozkazy i domarszu się sposobić.

Niebo wyiskrzone gwiazdami i jasny księżyc przyświecały przygotowaniom.

Mimo to nie wszyscy mieli ochotę na dalszą wyprawę.

— Trudna to będzie z nimi sprawa —szepnął ktoś, komu już wojaczka dojadłai rad by był choćby przed siewami do domuwrócić.

— Co za trudna! — huknął Zyndramz Maszkowic. — Mamy przecie maszynypiekielne, na Krzyżakach zdobyte! — dodał.

— Mamyć, ale kto tam wie, jak z nimipocząć? — ozwał się jakiś głos wątpiący.

— Ja! — dało się słyszeć z ubocza.

I Jakub wysunął się z ukrycia.

— Ktoś ty?! — poczęto gniewnie pytać.

Lecz Zyndram pojrzawszy poznał w nimtego, co przed chwilą w obliczu samegomonarchy śmiało zdawał sprawę o siłachmalborskiego zamku, zwrócił więc wzrokbadawczy ku niemu i zapytał:

— Potrafisz?

— O, wa! Niepróżnom przecie jadł chlebkrzyżacki! — zaśmiał się były knecht.

— A nie zdradzisz? — ozwał sią głos jakiś.

— Co, ja?! Bobrownicki, syn tego, którego Krzyżacy usiekli! — zawołał chłopakz oburzeniem.

I poprowadzony do owych piekielnychmaszyn, z wielkim sprytem, a też i ostrożnością, pokazywał, jak się brać do nich.

Rozochoceni śmiałością wojacy przyswajali sobie jego objaśnienia, a przyswajającmówili:

— To ci bestia!

Gołębice

Wojsko Jagiełłowe raźno sięposuwało. Wątpiący nabraliotuchy albo też nie odzywalisię z chęcią powrotu, wlokąc się za innymi. Wieczory, części nocy i ranki widziały ich w pochodzie,południe — na wypoczynku.

Aż kiedy już byli o jedną tylko dobę odsiedziby krzyżackiej, wśród ciemnej nocyujrzeli wielkie krwawe smugi na niebie.

— To znaki krwawe, by dalej nie chodzić — rzekł ktoś z szeregów Witolda.

A tenże, jakby przeczuwając, że owe znaki mogą przestraszyć zabobonnych, objeżdżał wszystkie szeregi, mówiąc:

— Albo łuna pożaru, przez Krzyżakówdla strachu wzniecona, albo znaki, że krwiązalejemy ich zamek.

A w obozie polskim Jędrzej Półkozic mówił:

— Czasu wojny nieraz już były takieostrzegające przepowiednie.

Lecz jeszcze nie dokończył onych przepowiedni, gdy całe niebo okryło się wielkączerwoną łuną. Czasami na tej czerwieniukazywały sią jakieś złotawofioletowe płomienie i zlewając się z czerwienią, obejmowały coraz większy krąg nieba.

— Krzyżacy nas się zlękli i zamek swójpodpalili! — zawołał tenże Jędrzej Półkozicz taką pewnością, jakby wprost z Malborkaotrzymał wieści.

Słowa jego poszły między szeregi jakwicher. I jak poprzednio zwątpieniem, takteraz wielką radością wszystkich przejęły.

— Zlękli się naszych toporów!

— Dobra nasza!

— Zajrzymy im w oczy!

— Obaczymy, kto mocniejszy! — powtarzano butnie.

A łuna coraz większe obejmowała kręgii zdawało się, że całe niebo krwią płynęło.

Witold nie cieszył się z tej łuny, mówiąc:

— Jeżeli mury wedle zamku podpalili, niebędziemy mieli co do roboty. Za łaską bożądostałoby się nam ich gniazdo bez wielkiego rozlewu.

W miarę jednak jak się zbliżali, nie mogliwymiarkować, skąd ten pożar. Szedł ci onbowiem nie z góry, gdzie stał zamek, leczjakoby z ubocza.

Dopiero gdy się zbliżyli, poznali całąprzebiegłość i nie przewidziane plany krzyżackie.

To Plauen, usunąwszy mieszkańców, kazał miasto podpalić, by tym sposobem utrudnić pochód nieprzyjaciela. Że zaś wicherzerwał się od północy, żar idącym od południa zasypywał drogę, nie dając wolnegodostępu. I oto wojska Jagiełłowe, tak pełneprzed chwilą otuchy, teraz musiały sięwstrzymać. Konie się strachały, a ludzie dusili się od dymu. Trzeba było dobę całąprzeczekać, a potem naddawać drogi, by oddrugiej strony dostać się pod zamek.

Była to nie tylko mitręga, ale i trudnośćwielka, bo zamek właśnie od strony południowo-wschodniej najlepiej był obwarowany.

Stąd dopiero o zachodzie słońca, 25 lipca,wojska Jagiełłowe stanęły pod malborskimzamkiem, zostawiając piekielne maszynypo drugiej stronie Wisły, ale skierowanetak, że ich wielkie gardziele patrzyły na mury zamku.

Tutaj stał pilnie Jakub, dawny knechtkrzyżacki, i z młodzieńczym zapałem, a doświadczeniem męża, dawał wskazówki codo obchodzenia się z onymi piekielnymi maszynami. Starsi i doświadczeni nie sromalisię uczyć od niego, mówiąc:

— Jak Najwyższy zrządzi, i w niewoliu najsroższego wroga można się coś pożytecznego nauczyć.

A inni dodawali:

— Byle jeno udało się ten pożytek doswoich przynieść.

Jednocześnie też gdy mniejsze maszynyoblężnicze jak kusze poczęły bić w murytaranami, a z podprowadzonych oblężniczych wieżyc rzucano pociski, z drugiejstrony, zza Wisły, niegdyś krzyżackie armaty plwały ogniem i wielkimi kulami zeswych potężnych gardzieli. Kule te, uderzając o grube mury, wprawdzie nie robiływyłomów, ale rozpryskując się wydawałysmrodliwy odór i rozrzucały grad maleńkichżelaznych siekańców, tak że ci, co byli namurach, porażeni nimi, spadali w głąb obszernych podwórców malborskiego zamku,utrudniając swymi ciałami przystęp następnym szeregom.

Od strony spalonego miasta po niejakimczasie również zdołano się przedrzeć. Tlejące jeszcze zgliszcza posłużyły oblegającymjako pociski.

Kazimierz, książę mazowiecki, spojrzawszy na rozwalone, ziejące dymem, nie dopalone szczątki, zawołał:

— Brać w kusze gorące jeszcze cegły,popiół i walić nimi na tych, co tam, na murach!

Rozkaz ten podobał się wielu. Zasypywano więc oblężonych ich własnymi zgliszczami.

— Tlejące kawały drew z tkwiącymw nich żelastwem rzucać na tych wilków! —rozkazał z kolei Marcin Wrocimowski.

Napełniono zaraz maszyny oblężnicze,a pociski te wielką szkodę czyniły Krzyżakom. Wielu z nich było oślepionych, inni,szpetnie poranieni, nie mogli stawać skutecznie do walki. Szeregi Plauena z każdymdniem się przerzedzały, z każdym też dniemubywało żywności, lecz mury dokoła zamku były nienaruszone.

Księżyc już powtórnie spojrzał pełnymswoim obliczem i zawsze widział krzyżackie mury jednako ponure i jednako z wielkim spokojem patrzące.

Henryk von Plauen marszczył brwi, patrząc na ubywające zapasy, ale nie okazywał niepokoju, jaki nim miotał. Owszem, immniejszą miał nadzieję wytrzymania oblężenia, tym więcej dodawał otuchy upadającej częstokroć załodze.

I w Jagiełłowych, i w Witoldowych szeregach wielki był ubytek w ludziach. Pociski Krzyżaków, rzucane z murów, setnie ichraziły. Pojawiać się też poczynały chorobypowstające ze złego powietrza, z ciał nie pogrzebanych a gnijących po zaułkach. Wojsko zaś, nie przyzwyczajone do tego rodzaju walki, w wielu razach okazywało nieudolność w wykonywaniu rozkazów.

Niejednokrotnie dawało się słyszeć szemranie:

— Jensza w otwartym polu, siłą zmogękażdego! — mówił jakiś Mazur.

— On mnie łbem i mój nie z ciasta! —wołali z zaciętością Litwini.

— Choćby miał bary jak niedźwiedź, tomnie i z takim nie pierwszyzna się potykać! — chwalił się Półkozic.

— Ba, jensza z człekiem, choćby Krzyżakiem, a jensza ze ścianą. Nie odpowie,a stoi nietknięta — narzekano.

— Żeby choć wiedzieć, na jak długo mają żywności — mówił król do swych przybocznych.

— Żebyć jak najwięcej, musi w końcuzabraknąć — ozwał się Jan z Tarnowa.

— Tak, ale i nam nie przybywa — rzuciłMikołaj Nałęcz.

— Owszem, przybywa — odrzekł poważnie arcybiskup Trąba.

Pojrzano nań ze zdziwieniem.

— Jużci wielkich delicji nie mamy, alemoże kto powiedzieć, że był głodny? — spytał arcybiskup.

— Co to, to nie — ozwano się — ale...

— Ale — pochwycił kapłan — jesteśmyw okolicy, gdzie każdy wre na pięść krzyżacką, a chcąc się od niej uchronić, dostarczy nam choćby spod ziemi jadła, ile wlezie.

Wtem stojący na straży urzędnik szepnąłcoś Zbyszkowi z Oleśnicy, a ten zbliżywszysię rzekł:

— Z Elbląga ciągnie trzydzieści wozówz żywnością!

Arcybiskup pojrzał triumfująco, w innychwstąpiła otucha.

— Byle nie te chłody nocne i nie choroby, można by ich długo jeszcze za muramipotrzymać — ozwał się Witold. — Choćtaka walka, to... — dodał i machnął rękąz lekceważeniem.

Postanowiono wszakże od murów nie odstępować.

— Nie orężem, to głodem ich zmusimy —mówił kasztelan krakowski.

— Ten i razu miecza nie podniósł, a namkaże czekać, aż krzyżackie kiszki poczną lament — mruknął Witold.

A w obozie krzyżackim psuło się jakoś.

Psuło się, lecz o tym nie miał kto oblegającym donieść.

Mury były tak strzeżone, że nikt się niemógł w głąb przedostać ani też spoza nichwymknąć.

Wprawdzie wodzowie krzyżaccy, jak Anton Ludwigsburg, Henryk Leuchter, Michelz Gołuba i wielu innych, podczas przerwwojennych wychodzili za mury, witali sięz wodzami naszymi i, według ówczesnegozwyczaju, częstowali się wzajem, pijącz jednego pucharu, nikt jednak z nimi przecisnąć się nie zdołał, a w rozmowie tak jedni, jak drudzy, starannie unikali każdegosłówka, co by mogło zdradzić tajemnice siłoblężonych lub oblegających.

Aż jednego dnia przy takiej rozmowieAnton Ludwigsburg, pijąc do Zyndramaz Maszkowic, wykrztusił swym nosowymgłosem:

— My sobie poza bitwą jesteśmy równeczłeki i w razie przyjacielstwo możemy zawrzeć, ale ciekawość, jakby też gadali takina przykład Henryk von Plauen, który miejsce poległego wielkiego mistrza zajął, z takim wielkim wodzem, jak książę Witold albo i sam król Władysław Jagiełło.

— Hm — chrząknął obojętnie Zyndram.

— Za wasze zdrowie — rzekł Anton, wychylając puchar.

— Za wasze — odparł Zyndram, spełniając swoją kolej.

— Jak myślicie, mogliby się oni spotkać? — spytał Anton.

— Czemu nie, w bitwie, w polu pewniejeden drugiemu pola dotrzyma — odparłZyndram.

— Eh, o tym nie wątpię — mówił dalejAnton — znanyć nam Witold, jako rycerznad rycerze, a król wasz Władysław nie próżno nosi nazwę Jagiełło, co z litewskaznaczy: doskonały jeździec i doskonaływódz, ale gdyby oni tak ze sobą porozmawiali... Jak myślisz?

— Nic nie myślę, bo mi to nawet nieprzyszło do głowy.

Anton widząc, że nic nie wskóra, skończył rozmowę.

Jednocześnie Michel z Gołuba z Geradajosem, dowódcą litewskiej chorągwi, świadczyli sobie godność, nie szczędząc napitku.

Niejednokrotnie spotykali się na poluwalki, niejednokrotnie krwi sobie upuścilipodczas krzyżackich napadów na Litwę,znajomość więc była godna, nie przeszkadzająca wszakże do wychylenia pucharuczasu chwilowego wypoczynku. Nie żałowali też sobie, a Michel mówił:

— Pamiętam ja wasze lasy, wasze zameczki, z was dobrzy żmones, a co u wasdzieci!

— Niemało ich Krzyżacy do niewoli zabrali — westchnął Geradajos.

— Na wojnie, jak na wojnie, i wy byście brali, gdybyście u nas takie znaleźli —odparł Michel.

— Ba — westchnął Geradajos. — Chłopaki, już jako chłopaki, toć jeszcze, ale na cozabierać dziewuchy?

— Toć służki się zdadzą, krzywdy niemają, a wyuczone też będą w wierze świętej — odparł Michel.

Litwin machnął jeno ręką.

— I za dziewuchą też serce ojcowskieboli — szepnął.

— Kto by tam się spodziewał, że wamtak o dziewczęta chodzi — mówił miękkimgłosem Michel. — Ale wiecie co, namz nich niewiele. Plauen to zupełnie innyczłowiek niż mistrz Ulryk. Jest tam u nastego białego mrowia, żeby je tak wypuścił...

Geradajosowi oczy zabłysły. Spojrzał ciekawie na mówiącego, lecz milczał.

— Nie wiem, jak tam nasz nowy mistrzrozumuje, ale zda mi się, że mu nie chodzio te białe myszki, co się tam, w naszymzamku, hodują, a zawsze waszemu Witoldowi do serca by to trafiło, gdyby je tak ujrzał za murami zamku, uwolnione.

Litwin pokiwał głową, znać, że uwolnienie dziewcząt litewskich radowałoby jegoserce, ale nic nie rzekł.

— Byłby to nawet zadatek przyjacielstwa — dodał Michel i trącił się pucharemz Geradajosem.

Ten słuchał, popijał miód litewski, którym częstował Krzyżaka, i milczał uparcie.

Rozeszli się.

Litwin rozważał:

— Czemu ten wilk o tym gada? Czemubudzi nadzieję? Biedne, biedne gołębiczki!Tyle lat, tyle lat! — westchnął. — Trzebao tym księciu donieść — zakończył.

Że jednak Witold wielce był zajęty przeglądaniem swoich chorągwi, a i Geradajosmusiał stanąć przy swojej, nie mógł tegoranka przystąpić do księcia. A był to właśnie dzień wypoczynku i dopiero pod wieczór miano znów do rozbijania krzyżackichmurów i do bitwy przystąpić. Aż tu zarazz południa na murach malborskiego zamkupoczęły się ukazywać w słońcu jakieś drobne białe postacie.

— Wywieszają białe szmaty, dopiekł imznać głód! — zawyrokował Jacek Półkozic.

— Hę? — zapytano się z wszech stron,poglądając ciekawie.

— Pomiarkowali, że z nami nie przelewkii chcą się poddać! — dokończył głosemwielce pewnym Półkozic.

Radość przeleciała jak błyskawica, zakołatała we wszystkich sercach nadzieją odwrotu. Poglądano ciekawie.

Białe postacie, zbite w gromadkę, stałyteraz, nie ruszając się. Ale spuszczono z murów sznurową drabinę, po niej zaczął zstępować Henryk Leuchter, obecnie sekretarzPlauena. Jego płaszcz biały, rozwiewającyszeroko, złudził samego nawet Jagiełłę i Witolda.

— Poddają się? — spytał monarcha.

— Dobrze, bo w moim obozie biegunka,coraz więcej chorych... — odparł ponuroWitold. Lecz gdy się przypatrzył, rzekł: —

— Nie, to coś innego.

I wskazał ręką na mury.

A oto po tejże samej drabinie za Leuchterem zstępowały białe dziewczęce postaci. W blasku promieni słonecznych wyglądały jak stado gołębi, które w przestrachuprzysiadają ku ziemi.

— Co to zacz? — spytał Jagiełło, przysłaniając ręką oczy od słońca.

Witold podjął również dłoń swą szerokądo czoła.

— Co to za sztuczka krzyżacka? — mruknął.

A ostawiwszy dalszą rozmowę z królem,odszedł ku miejscu, gdzie się owo zjawiskoukazało.

Aż oto drabinę zabrano za mury, a owegołębie zniknęły jako widziadło. Po niejakim dopiero czasie ukazał się Geradajos, zanim spora gromadka dziewcząt, w białe płótnianki z litewska odzianych. Za nimi kroczący poważnie w białym swym płaszczuHenryk Leuchter.

— Najmiłościwszy panie... — począł Geradajos, ujrzawszy Witolda.

Lecz sekretarz Plauena nie dał mu dokończyć, jeno wysunąwszy się naprzód, począł:

— Henryk von Plauen, przyszły mistrzZakonu, prowadzący wszelkie w nim obecnie sprawy, odsyła te oto gołębice zabraneróżnymi czasy w żmudzkiej i litewskiej ziemi, chcąc tym sposobem dać zadatek przyjaźni, w jaką chce wejść z waszą miłością,jako wielkim księciem Litwy.

Zaiskrzyły się ciemne źrenice Witolda,spojrzał przenikliwie na mówiącego, potempodniósł wzrok na gromadkę wylękłychdziewcząt. Widok ich przypomniał mu snadźlitewskie zagrody. Serce wojaka zakołatałocieplejszym jakimś tętnem, pohamował jednak wzruszenie i rzucił suchym, obojętnymgłosem:

— Wdzięczenem bardzo wielkiemu mistrzowi. — Potem, spojrzawszy na stadkoprzytulonych do siebie dziewcząt, dodał: —Odpłacimy hojnie, uwolnimy tyluż jeńców...

— Och! — odparł kładąc rękę na sercuLeuchter i zginając się w ukłonie.

— Geradajosie, wierny mój druhu! —zwrócił się książę do przypatrującego siętak ciekawie przybyłym, jakby każdą z osobna chciał zbadać.

Leuchter widząc, że Witold podziękowaniem zakończył z nim rozmowę, odszedł niewyrzekłszy już i słowa.

A Witold, zamieniwszy poufnie kilka słówz Geradajosem, rzekł:

— Nie ma innej rady, jeno te gołębicetrzeba zaraz do granicy litewskiej odstawić.

I począł osobiście przechodzić między wylęknionymi dziewczętami, nie wiedzącymizgoła, co za los je czeka, po co je tu przysłano. A na pierwsze odezwanie się księciapatrzyły na niego z przestrachem i żadnaani słowa się nie ozwała.

I jakże się miały ozwać, kiedyć ojczystejswej mowy zupełnie zapomniały. Dopierogdy w niemieckiej mowie począł je książęuspokajać, że nie tylko nic im się złego niestanie, ale wrócą do domu, do rodziców, licaich zaczęły się rozjaśniać i okrzyki radościwyrywały się z ich piersi. A nawet tu i tamdał się słyszeć okrzyk:

Motina!

Tews!

A pod tę chwilę Jagiełło, uwiadomionyjuż o wszystkim, szedł osobiście, jak to miałzwyczaj, gdy chodziło o rzeczy ważne, żebysię przekonać. Słuchał też z daleka zapytańWitolda i łzy mu w oczach zabłysły, gdysię dowiedział, że te gołębice mowy ojczystej w krzyżackiej niewoli zapomniały. Ażoto Witold stanął przed monarchą, a wskazując ręką na weselszą już teraz gromadkę,rzekł:

— Dar od nowego mistrza Zakonu!

Król westchnął. Po chwili zaś rzekł:

— Trzeba je jak najprędzej do dom odesłać.

— Poradziłem to już Geradajosowi — odparł Witold. I zaraz dodał: — Słusznie musię to należy, ran nie zagojonych ma wiele,a bodaj ta najcięższa, że mu się przypomniała córka, którą mu przed laty dziecięciemzabrali.

Jagiełło, któremu może nie w smak było,że Witolda z pominięciem jego królewskiejosoby dar ten spotkał, teraz rozczulony widokiem tych krzyżackich branek, rzekł:

— Trzebaż wozów, by je jak najprędzejna Litwę odstawić.

I obaj z Witoldem dawali ku temu właściwe rozporządzenia. I oto pod wieczór wozyw otoczeniu kilkunastu jeźdźców, pod przewodnictwem Geradajosa, ciągnęły na północny wschód. A z każdego wozu wyglądały ciekawie rozglądające się oczy uwolnionych branek krzyżackich.

Niejeden biegł za nimi myślą, wzrokiemi westchnieniem, a Półkozic rzekł:

— Znać w obozie krzyżackim mało jadła,to i wyzbyto się paruset gąb. Chociaż tojeno dziewki, zawszeć jadła potrzebują —dodał i westchnął.

Lecz westchnienie jego w inną zgoła, bowięcej ku południowej stronie było, hen, kuMazowszu wysłane.

Poseł krzyżacki

Witold i Jagiełło naradzali siępoufnie, nawet przybocznii sekretarze nie byli tej narady świadkami.

— W tym krzyżackim darze bodaj czy nie mieści sięjakiś podstęp — mówił Jagiełło, pozierając przenikliwym wzrokiem na Witolda.

— Chcą nas sobie zjednać, to widoczne,a bodaj może i prawda to, co po obozachgadają — odrzekł tenże.

— Jakoż? — spytał król ciekawie.

— Że za murami żywności mało i wyzbyto się paru setek gąb — odparł Witold.

— U nas jadła nie braknie — uśmiechnąłsię król z zadowoleniem.

— Gdyby nie ta biegunka i jakaś gorączka, co trapi moich, można by ich wziąć głodem — mówił Witold, namyślając się nadkażdym wyrazem.

— Chyba dziś nie rozpoczniemy szturmu.Damy im folgę noc całą. Niech myślą, żeśmy usnęli, a jutro o świcie, znienacka... —ozwał się Jagiełło.

— I nasi lepiej też wypoczną — odrzekłWitold będący w tej chwili w dziwnie zgodnym usposobieniu.

Wtem zapukano dyskretnie do namiotu.Król klasnął w ręce. Wszedł urzędnik będący na straży i rzekł:

— Sekretarz z kancelarii najmiłościwszego pana, Zbyszko z Oleśnicy, ma coś pilnego do zameldowania.

Król skinął głową.

Niezwłocznie wszedł Zbyszko, a po zwykłym ukłonie zbliżył się do króla i mówiłprzyciszonym głosem:

— Jego miłość kasztelan krakowski wysłał mnie z opowieścią, iż przybył posełkrzyżacki i prosi najmiłościwszego panao posłuchanie.

Król spojrzał na Witolda porozumiewająco. Obaj chcieli się wzrokiem przeniknąć.Obaj, podejrzliwi z natury, radzi byli jedendrugiego do głębi przejrzeć. Był to jedenmig jeno, z którego żaden nie mógł nic wyrozumieć. Po czym król rzucił:

— Niech wejdzie!

Witold w tejże chwili podniósł się dowyjścia. Lecz Jagiełło rzekł:

— Ostań, bracie. Co by rzekł ów poseł,obu nas jednako obchodzi.

Siadł więc książę na dawnym swym miejscu. Chwila przeszła w milczeniu. Króli książę rozważali coś w sobie. Wkrótceuchylił opony przyboczny urzędnik, ukazałsię sekretarz królewski i rzekł oznajmiając:

— Kasztelan krakowski, Jan z Tarnowa.

W tejże chwili ukazała się wyniosła postać kasztelana, szeroko wszakże rozwartaopona namiotu pozwoliła jednocześnie wkroczyć posłowi krzyżackiemu. Stanęli obajprzy drzwiach namiotu. Krzyżak skłonił sięnisko, a kasztelan rzekł:

— Henryk Leuchter, marszałek Zakonu,sekretarz Henryka von Plauena, zastępującego w obecnej chwili osobę wielkiego mistrza.

A zaraz ów marszałek, postąpiwszy dwakroki ku królowi, skłonił się raz jeszczei rzekł:.

— Najmiłościwszy monarcho, potężnykrólu Polski, Litwy, Rusi i wszech ziem podberłem Polski będących, Henryk von Plauen, dzierżący tymczasową władzę w malborskim zamku, przysyła przez niegodnegoswego sługę pozdrowienie i cześć należną,jako wielkiemu wojownikowi, znanemu nietylko Zakonowi, lecz i innym państwom,z nieustraszonego męstwa.

Tu złożył znów ukłon najpierw Jagielle,potem Witoldowi.

Król skłonił lekko głową, Witold spojrzałjeno przenikliwie i uśmiech przebiegł pojego ogorzałym licu.

Leuchter zaś, nabrawszy powietrza w płuca, tak dalej mówił:

— Henryk von Plauen pragnie żyć w największej zgodzie tak z Polską, jak i Litwą,jako też wszystkimi ludami, w skład obutych państw wchodzącymi.

Teraz już nie tylko po licu Witolda, leczi króla, uśmiech przeleciał. Nie uszło touwagi bystrego oka Krzyżaka, lecz odchrząknąwszy mówił dalej:

— Wiadomo tak najmiłościwszemu królowi polskiemu, wszechpotężnemu Władysławowi Jagielle, jako i wielkiemu księciuWitoldowi, że Zakon bez wielkiego mistrzaostać się nie może. Ten bowiem stojąc naczele, sam jeno mocen jest ze wszystkimisąsiednimi państwami sprawy załatwiać.Otóż najpilniejszą dla Zakonu rzeczą jestobrać wielkiego mistrza i głosy padły naHenryka von Plauena, komtura ze Świecia.

Jagiełło milczał nie dając znać żadnymruchem twarzy, jakie mowa Krzyżacka nanim czyni wrażenie. Witold wciąż patrzałna mówiącego, chcąc jego ukryte myśli przeniknąć. Leuchter ciągnął dalej:

— Lecz Henryk von Plauen nie chce przyjąć naszego wyboru, a nawet nie pozwalasię wielkim mistrzem wołać, póki nie otrzyma pozwolenia od obu najmiłościwszychpanów. W tym celu zanoszą do nich prośbętak od całego Zakonu, jako i od Henrykavon Plauena, tymczasowo zawiadującegomalborskim zamkiem, i o rezolucję upraszam.

Na to Jagiełło rzekł obojętnym głosem:

— Obiór wielkiego mistrza jest rzecząprzewidzianą i słuszną. Z naszej strony Plauen nie dozna przeszkody, a że sąsiedniepaństwa zwykle w takich razach są zawiadamiane, przyjmuję wasze słowa do wiadomości.

A spojrzawszy na stojącego na uboczuJana z Tarnowa, z którym podczas mowyKrzyżaka wzrokiem się porozumiewał, dodał:

— Was, mości kasztelanie krakowski,świadkiem moich słów czynię.

Krzyżak zwrócił wzrok na Witolda.

Ten położeniem szerokiej dłoni na stolei skinieniem głowy dał znak przyzwalającyi dodał:

— Niechże kasztelan krakowski i mnieświadkiem być zechce.

Jaśko z Tarnowa skłonił się w milczeniu.A król, zwracając się do Zbyszka z Oleśnicy, zawołał:

— Wpisać rzecz całą!

Zdawałoby się, że po tym zakończeniuKrzyżak powinien się skłonić i odnieść rezultat swego poselstwa. Lecz Henryk Leuchter ani myślał odchodzić. Dnia tego kilkakrotnie spełniał rozmaite misje, a to dlabraku ludzi w Zakonie obeznanych z jegosprawami, jako też dla braku tych, którzyby w języku polskim i litewskim wymownibyli, mimo to był wprost niestrudzony i poselstwo swoje do końca chciał przeprowadzić. Odchrząknąwszy więc, począł:

— Uzyskawszy sankcję najmiłościwszychpanów co do obioru wielkiego mistrza, przede wszystkim składam im za tę łaskawośćnajpokorniejsze dzięki. — Przyłożywszyznów rękę do serca, zgiął się w ukłoniei mówił dalej: — Otóż uważam ową sankcję jako dobry omen przyszłego sojuszumiędzy Zakonem a wszechpotężnym królem Polski i wielkim księciem litewskim.Lecz aby ten sojusz mógł być zawarty, pragnę wiedzieć ostatnie słowo co do losównaszej siedziby, malborskiego zamku...

I zatrzymał się czekając odpowiedzi.

Jagiełło bystro spojrzał i rzekł:

— Zakon bronić się, my zdobywać będziemy.

Krzyżak podniósł wzrok na Witolda. Tenmilcząc wytrzymał spojrzenie. Więc Leuchter ciągnął znów swoje:

— Mistrz Henryk von Plauen zgodzi sięna odstąpienie Pomorza oraz chełmińskieji michałowskiej ziemi, byleby jeno pokójmógł być zawarty.

— I Malborka — dodał Jagiełło.

— Nie mam prawa o tym mówić — począł znów Leuchter — lecz Malbork jestźrenicą oka Zakonu, jedynym zakątkiem,z którego spokojnie Plauen mógłby misjęnawracania ludów prowadzić.

— Znamy gorliwość Zakonu! — przerwałurągliwie Witold.

— Ludy są nawrócone! — rzucił Jagiełło.

— Za cenę wyżej wymienionych ziemchcielibyśmy uzyskać odstąpienie wojskpolskich i litewskich spod murów naszegozamku.

— Co?! — zawołał król groźnie i odwrócił się od mówiącego.

— Cóż mam donieść wielkiemu mistrzowi? — zapytał układnym głosem Krzyżak,nie zrażając się ani głosem, ani ruchemJagiełły.

— Rzekłem! — rzucił król niedbale i zwrócił wzrok na Jana z Tarnowa, dając znak,żeby mówił.

— Warunki pokoju omawiane są zwykleprzez obustronnie wybrane ku temu osoby — wycedził wymijająco kasztelan.

— Ku temu prosiłbym o zawieszenie bronii o pozwolenie wejścia za mury komturomBałgi, Brandenburga, Osterode i Samlanduwraz z ich pocztem dla omówienia warunków pokoju, które jego królewskiej mości,najmiłościwszemu panu, jako i wielkiemuksięciu przedstawione zostaną — rzekł Krzyżak do kasztelana, widząc, że po ostatnim:,,Co?” próżno by do króla przemawiał.

— Wasza królewska mość, najmiłościwszy panie? — zwrócił się kasztelan do Jagiełły.

— Niechaj! — rzucił Jagiełło.

— Zawieszenie broni? — spytał znów kasztelan.

Król otworzył już usta, żeby coś wyrzec,zamknął je wszakże i nachyliwszy się kusiedzącemu z drugiej strony Witoldowi,kilka słów z nim zamienił.

— Na dwie niedziele! — rzucił wreszcieJagiełło.

— Do 29 septembra — dorzucił Witold.

Krzyżak po wyjściu otarł pot z czoła,a zarzuciwszy róg płaszcza na głowę, śpiesznie się oddalał.

Jagiełło, pozostawszy w swym otoczeniu,wstał i nie mówiąc słowa, począł się ponamiocie przechadzać. Nikt nie śmiał przerwać milczenia. Każdy pozostawał na swoimmiejscu, lecz Witold bystrym okiem śledziłruchy stryjecznego. Wreszcie Jagiełło stanął przed nim i rzekł:

— Mamy jeno mitręgę...

— Wojsko odpocznie — odparł Witold.

Jagiełło machnął ręką i westchnął.

— Uniżenie się Plauena jest rzeczą bardzo ważną i na przyszłość wielce rokującą —ozwał się Jan z Tarnowa.

— Brak im jadła! — rzucił król. — Pilnować, żeby się z komturami i ich pocztemjakie zapasy nie dostały! — dorzucił.

I klasnął w dłonie. Zjawił się urzędnikoczekujący przy namiocie rozkazów.

— Wezwać marszałków czuwających nadżywnością! — rozkazał król.

I znów cisza zaległa.

— Moi im nie użyczą i wozów z żywnością nie przepuszczą — ozwał się Witold. — Wycieńczeni biegunką sobie by ostawili —mruknął jakby do siebie.

— Kogo najmiłościwszy pan do układówz Zakonem przeznacza? — zapytał kasztelan.

— Czterech jeno ów Krzyżak wymienił,a pewnie i sam będzie, i szósty się znajdzie,nam tyleż osób postawić trzeba — mówiłkról. — Więc ty, bracie, obok mnie — zwrócił się do Witolda. — Ty, mości kasztelanie,jako nasz główny doradca, a dalej ci, conajwięcej do zwycięstwa się przyczynili. —I zmarszczywszy brwi, chwilkę się zastanowił, a potem mówił zastanawiając się nadkażdym: — Zyndram z Maszkowic. ZawiszaCzarny Sulimczyk. Florian Jelitczyk. DzielnyFarurej, a też i Habdank Skarbek. Ba, i JanNałęcz. Dobrze by i Lisa z Targowiska,i wielu innych, aleć trudno wszystkich tychdzielnych rycerzy... Ba, a przede wszystkimZiemka i Kazimierza, książąt mazowieckich.

— Jest już dziesięciu — ozwał się Zbyszko, który z rozkazu króla wymienionychspisywał.

— Farurej, Skarbek i Jaśko Nałęcz z rozkazu najmiłościwszego pana zostali w zajętych grodach, a Florian Jelitczyk w pięćdziesiąt człeka odstawił do granicy uwolnione branki krzyżackie. Bo to i sam, jako wielce poturbowany, potrzebował wypoczynku — mówił kasztelan.

— To iluż tam? — spytał król.

— Sześciu ostało — odrzekł Zbyszko, policzywszy.

A oto weszli właśnie wołani oboźni, a króldawał osobiście rozkazy, żeby rozstawilistraże i dawali baczenie, iżby z tymi, comają szczególne pozwolenie, żaden wózz żywnością za mury Malborka się nie dostał, a też i konie żeby nie były objuczone.

— Baczyć, żeby bodaj ptak w dziobie żywności im nie doniósł — dodał żartobliwie.

Słuchający pilnie rozkazów urzędnicyskłonili się i odeszli, a i Witold, i kasztelankrakowski po zamienieniu jeszcze kilku wyrazów namiot opuścili.

Tymczasem wieść o zawieszeniu broniw mig się po obozach rozeszła. Jednymsprawiła radość, drudzy sarkać zaczęli.

— Walić mury, to walić! — wołano.

— Człek odwyknie od tej psiej roboty,potem mu gorzej będzie — mówili niezadowoleni.

— Znać głód im po kiszkach harce wyprawia, kiedy się tak upokorzyli — mówiliinni.

— Żeby aby od murów nie nakazano odwrotu! — rzucił Półkozic.

— Ee? — pytano na wszystkie strony.

— Odstąpić, to i odstąpić — westchnąłktoś, któremu nagle zapachniał dym z własnego komina i rzechotanie dzieci w uszachzagrało.

— Co, odstąpić?! — zawołał Półkozic. —Odstąpić nie zajrzawszy do wnętrza zamku,nie dowiedziawszy się, co te niemieckiebestie pod koniec żarły, nie przyjrzeć się,jak im brzuszyska opadły?!

Zaśmiano się, ale nikt nie dołożył konceptu, bo oto zgoła nowy widok oczom ichsię przedstawił. Z dala zjeżdżały pocztyniemieckie jeden po drugim i jeden po drugim meldowali się odstawionym ku temuwartom. Te, obejrzawszy od stóp do główkażdego, przepuszczały przez obóz. Odprowadzali ich nawet do murów klasztornych,bacząc pilnie, żeby jaki wóz albo i juki nakoniach nie przedostały się za mury. Więcowym przyjezdnym nie dziwowano by sięwielce, bo wieść o mających przybyć dozamku rycerzach i o bezpieczeństwie, jakimbyli z rozkazu króla otoczeni w przejściuprzez nasze obozy, wszystkim była wiadoma. Nie dziwowano by się więc, ale...

Rycerze owi byli tak dziwnie opaśli,a poczet nie ustępował im w niczym, iżmożna się było dziwić, skąd się wzięło tyluludzi tak nadzwyczajnej tuszy.

— Niczym karmne woły — mówił spluwając Półkozic.

— Nie wieda, czy przez cały dzień jedenkoń podoła takiego nosić — mówiono.

— Spadnie z nich to cielsko, spadnie!

— Zostaną jak patyki na wikcie zamkowym! — śmiano się dokoła.

Wtem ozwało się gwałtowne szczekaniei nie wiedzieć skąd, moc psów poczęła lecieć za onymi Niemcami. Szczekały, ujadały,rzucały się do koni, robiąc taki harmider, żew najdalszych zakątkach wszystkich obozowisk się rozlegało.

— Psy takich grubych jeszcze nie widziały. Myślą, że wieprze, i chcą napocząć! — dowcipkowano.

Lecz ta nadzwyczajna psia muzyka wywołała ciekawych z najdalszych nawet obozowisk. Kto jeno żył, a ruszać się mógł,nawet chorzy się wychylili. Przybieżał teżJakub, były knecht krzyżacki, który odchwili jak go odstawiono do obsługi owychpiekielnych maszyn, tak się w nich rozmiłował, że go oderwać od nich nie możnabyło. Każde kółko, każdą śrubkę w nichoglądał, a czyścił, a smarował, że świeciłysię nawet w ciemności. Ale teraz ujadaniepsów i jego wywabiło. Biegł w stronę,w której ten hałas się rozlegał, przybieżałteż zdyszany, kiedy już ostatnie pocztyw rozwartą bramę zamku wjeżdżały.

— Przypatrz się! — zawołał ktoś, wskazując grubasów.

— Bójcie się Boga, toć każdy z nichokręcony kilkakrotnie kiełbasą, a bodaji połcie słoniny, i mięsa na sobie wiozą! —zawołał z przerażeniem.

— Co ty gadasz?! — ozwano się na wszystkie strony.

— To, co słyszycie! Małom się napatrzył,jak wyjeżdżali z zamku?! — Niejednemusam musiałem pomagać do wtłoczenia sięw odzienie albo i w zbroję, gdy się całymięsiwem obłożył — dodał.

— To ci juchy!

— To psubraty!

— Ba, Niemiec przemyślny.

— Na żarcie też łasy.

— Obawiali się głodu, to się zaopatrzyli! — wołano.

— Każdemu bodaj na dwie niedzielestarczy — mruknął Jakub.

I zgnębiony odszedł do swoich maszyn.Lecz nie zdołał jeszcze zabrać się do nich,gdy go wezwano do króla. Wieść bowiem,jak wieść, leci prędzej niż błyskawica, a żekról jegomość, zdziwiony nadzwyczajnympsów szczekaniem, wysłał na zwiady, przyniesiono mu więc i ozwanie się młodegopuszkarza.

— Coś ty gadał o kiełbasach? — zapytał król, gdy Kuba przed nim stanął.

Młodzieniec tak był zgnębiony tym, żeNiemcy tyle żywności z sobą za mury wnieśli, iż na chwilę zapomniał, gdzie się znajduje. Zawołał więc:

— A tak, te psubraty przynajmniej nadwie niedziele mają co żreć!

— Skąd ci to przyszło do głowy? — badał Jagiełło.

— Znam ich zwyczaje! Ci byli tak grubi,że ślepy mógł namacać, że się obładowali.Psy też od razu kiełbasę zwęszyły.

Potem opowiadał o zwyczajach rycerzyniemieckich, król słuchał pilnie, potemchrząknął: — Hm. — I wielce się zamyślił.

Skinął wszakże ręką, że nie ma nic dopowiedzenia.

Kuba oddalił się, a tak był zły i markotny,że na pytania, czego król chciał od niego,odpowiadał jeno machnięciem ręki.

Król zaś myślał:

„Źle się stało, aleć tych kilkudziesięciu,choćby nie wiem jak objuczonych, nie wyżywi kilku tysięcy. Ale zawsze mitręga”.

Chciał nawet przywołać straże, którewpuszczały przybyłych, i dać im surowe napomnienie albo i ukarać, ale w czas sobieprzypomniał, że nie dawał polecenia, żebybaczyli na rycerzy, jeno na konie, czy juknie wiozą, i sam sobie winę musiał przypisać.

— Źle się stało — szepnął — ale któż sięmógł takiego podstępu i chytrości spodziewać?

Zgryzło go to jednak niemało.

„Będą nam jeszcze urągali” — mówiłw sobie. I trzaskając palcami, chodził po namiocie wielce markotny.

A Witold dowiedziawszy się o wszystkim,zaklął siarczyście, a potem urągliwie sięuśmiechnął, dodając w myśli:

„Zawsze to nieoględność i nieumiejętność przy dawaniu rozkazów”.

A w obozie rosła bajka coraz potworniejsza o owych kiełbasach, śmiano się,dowcipkowano i dodawano:

— Jeno psy zwęszyły.

Matka i córka

Florian Jelitczyk z Korytnicy,odprowadziwszy do samegoNiemna owo stadko gołębic,rzekł:

— Mości Geradajosie, tobie już ostawiam wszelki nadtym stadkiem starunek, wylizałem się nieco z ran podczas podróży, nie przystoi mi dłużej siępieścić, dziewczętom choćby i najzacniejszym się wysługiwać, kiedy inni waląw krzyżackie mury.

Geradajos spojrzał na niego i mruknął:

— Damyć już sobie radę.

— Ostawić ci co z mojego pocztu? —zapytał Jelitczyk.

— I... Mam kilku swoich, a na Żmudzi,kiedyć Krzyżaków nie ma, to już każdy nambrat — odparł Litwin. Po chwili zaś dodał: —I ja bym rad jeszcze jakiego Krzyżaka nawłócznię nadziać, aleć wiecie, co mi nasercu.

— Wiem, wiem. Ostańcież, a między tymi gołębicami, Bóg da, i waszą znajdziecie —odparł rycerz, mrugnąwszy jednym okiem,boć drugie na polach grunwaldzkich zostało.

Podali sobie dłonie. Po czym Jelitczykpodchodził od jednego stadka do drugiego,bo właśnie na wypoczynek nocny się zabierały, pośmiał się jeszcze do nich i pobaraszkował jako ojciec i zabierał się ruszyćw swoją drogę wraz z szesnastoma jezdnymi, których miał z sobą. Aleć z tymi miałnieco kłopotu. Byli to ludzie młodzi, a podczas podróży nadto one dziewczęta polubili. A że prócz drobiazgu były i takie, cochoćby i dziś do ołtarza, niejednemu więcserce goręcej zakołatało. Radzi byliby i dalej je prowadzić, a może i na zawsze pozostać. Ale pan Florian huknął:

— Cóżeście to za jedni, czymżeście sięojczyźnie zasłużyli, że już wam amoryw głowie! Tfu! Do biesa, miałbym taką zaniegodną dziewki imienia, która by amorytakiego przyjęła, co jeszcze i jedną głową,zdjętą z karku wroga, pochwalić się niemoże!

Więc owi młodzieńcy przycichli jak trusie i nic już nie mówiąc, a jeno w myślisobie sumując słowa zasłużonego rycerza,wnet się zebrali. I oto nim księżyc się ukazał na niebie, wraz z Jelitczykiem od Niemnasię oddalali, w drogę ku obozom Jagiełłypośpieszając.

Geradajos zaś miał zupełną słuszność, żeod chwili jak na wielkich promach przebylirzekę, co się Niemnem zwie, granicę między Żmudzią, Litwą a ziemiami polskimistanowiąc, byli już jak w domu. Toć zarazw pierwszej wiosce, Dregnasach, zbiegłosię tyle ludzi, ilu ich w onej żyło. A każdywypytywał, a każdy przechodził od jednejdziewczyny do drugiej, a każdy rad byłpoznać swoją, boć niejednemu po częstychnapadach krzyżackich brakło dzieciątka. AleGeradajos niełacno je oddawał, mówiąc:

— Radzi byście się przyznać, aleć pomnijcie, że takich matek i ojców, co im dziewuchy zabrano, w całej Żmudzi i Litwie jestmoc.

Że zaś po napadzie zeszłorocznym i z pogranicznych wiosek Krzyżacy wyłowili niemało dziewczątek i lat pięciu nie mających,łatwo jakoś przyszło do porozumienia.

Matki poznały swoje, a i dziewczątka, głosich usłyszawszy, szczebiotać poczęły:

Motina, motina!

Tak się załatwiwszy w Dregnasach, ciągnął dalej, boć mu pilno było do Geradajosów, gdzie żonę ostawił na nieszpetnymdworze i gospodarstwo.

— Trudnoć mnie po dziesięciu latachmoją Uagę poznać, dzieckiem była, nie więcej niż pięciolatką, ale matka najdzie na tosposób — pocieszał się wojak.

Niemniej co dzień przechodził międzyonymi gołębicami, a przypatrując się costarszym, w wieku jego Uagi będącym, wywoływał je tym imieniem. Lecz na wołaniewiele dziewcząt wychodziło, boć imię tonie było rzadkością na Żmudzi i Litwie, jakooznaczające leśną jagodę.

Przez czas drogi, trwającej przeszło trzyniedziele, dawne branki krzyżackie przypomniały sobie mowę ojczystą, a choć je tam,za murami, innymi imionami przezwano,wprędce sobie przybaczyły te, jakimi nanie niegdyś ojcowie wołali.

Im głębiej wjeżdżali w ojczystą ziemię,tym więcej ludu się zbierało. Rozeszła siębowiem wieść, że branki krzyżackie wracają, biegli więc ojcowie i matki, ba, nawetci, którym nie zabrano dzieci. Każdy chciałwidzieć powrócone, dowiedzieć się o niedoli, jaką przecierpiały, i radować się z ichpowrotu. A wystraszone z początku dziewczęta, teraz stanąwszy na rodzinnej ziemi,nabierały śmiałości i świergotały jako wróble, kiedy się w podwórcu zbiorą albo teżpod strzechą dobrze napełnionej stodoły.Wiele było takich, co poznawały rodzicówi domowe progi, ale i wiele takich, którekręciły głową, mówiąc:

Ne buwau cze...

Ne primit sau!

A jeżeli ktoś upierał się powtarzając:

— Maleńka była, jakże może sobie przypomnieć? — a potem domagał się, żebymu dziewczynę oddano, Geradajos mówił:

— Dobrze, weźcie, ale pamiętajcie, gdybyście się przekonali, że to nie wasza, a prawdziwi rodzice się znaleźli, oddajcie!

Gwaru też i radości, i łez, i zaklinań byłoco niemiara. Zwierzęta domowe rżeniem,rykiem, kwikiem, a kury gdakaniem gwarten powiększały. Wystraszone ptaki z lasówzbiegały się krążąc nad głowami ludzi i dziwiły się, co to tak zwykłą ciszę zakłóciło,a może i radując się z uradowanymi.

Geradajos najwięcej wzbraniał się oddawać każdą, w wieku jego Uagi będącą,a każdą też Uagę, choćby maleńką, serdecznym żegnał westchnieniem. A takiej też pozwolił jeno odejść, za którą ze wszystkimiszczegółami rodzice się opowiadali, a onai ich, i ich dom poznawała.

I tak oto się stało, że do swoich Geradajosów dowiózł jeno kilka dziewczynek. Jednatylko w wieku jego Uagi była, a też i Uagasię wołała. Geradajosowie, czterech dorodnych synów w walce z Krzyżakami straciwszy, mieli jeno najmłodsze dziewczątko;gdy i tę Krzyżacy pochwycili, oboje niemogli się z żalu utulić. Geradajos chodziłna wszelkie wyprawy i troskę, co go żarła,w bitwie, na karkach wrogów uśmierzał. Ależona jego, Skruzda, ostając w pustym domu, każdy kąt, a również i przędzę łzamirzewnymi oblewała. Chowała też wszystkieszatki, choćby najmniejszy płateczek, i codzień je oglądając, do służby mówiła:

— To wszystko, co mi ostało po Uadze...

— Wróci jeszcze i ona, wróci — pocieszała Peleda, stara, zaufana sługa.

— Eh... — odpowiadała strapiona matka,nie dowierzając jej słowom.

A że w nieszczęściu każdy chwyta choćby niteczkę nadziei, więc i Skruzda powtarzała sobie:

— Peleda nie na próżno mądrego ptakaimię nosi, może jej co duchy nocne objawiły?

Z początku wychodziła na szeroką drogę,patrzyła, czy gdzie utracone dziecko się nieukaże, to znów razem z Peledą szły w głąblasu, szukały w zaroślach, a Geradajosowamówiła:

— Żebyć ją ostawili, a zwierz poszarpał,toćby choć szmateczki ostały.

A jako zaraz po zniknięciu dziecka czyniła owe poszukiwania, tak niepomna lat,które biegły, czyniła to, ile razy ból więcejw jej sercu wzbierał.

— Gdybyć ją śmierć zabrała, nie tyle bymi serce pękało. Miałabym chocia mogiłkęi kosteczki jej użyźniłyby ziemię, a duszyczka byłaby z nami i w każdej jagódce cowiosnę by się odrodziła — żaliła się nieszczęśliwa matka.

— Nie płaczcie, kiej nie zmarła, toć onaz nami przebywa, a także i wrócić może —pocieszała po swojemu Peleda.

— Wiesz? Duchy ci mówiły?

— Nie mówiły, aleć one wiedzą — odparła stara.

— Krzyżacy ją zabrali... Co oni z niejzrobią? Choćby wróciła, nie będzie już tąsamą, nie będzie nasza — wzdychała matka.

Teraz gdy się rozeszła wieść o wracających brankach, Geradajosowej nie możnabyło utrzymać w domu. Wybiegała o świciei do późnej nocy błąkała się wypatrującukochanej córki.

Pewnego dnia znużoną i spłakaną przyniesiono do domu. Leżała bez ruchu, bezskargi, przyjmowała wszelkie starania, niemówiąc i słowa, nie odpowiadając na pytania, z oczyma skierowanymi na drzwi,jakby spodziewała się wejścia ukochanegodziecięcia.

Tak przeszło niedziel kilka.

Peleda nie odstępowała prawie swej pani,pozwalając jeno od czasu do czasu wejśćdwom jeszcze zaufanym służebnym i przeznie na chwilę się zastąpić. Aż pewnego dnia,gdy słonko wrześniowe kryć się już za laspoczęło chora zerwała się nagle, wołając:

— Jadą!

I nim Peleda opatrzeć się zdołała, Geradajosowa wyskoczyła z łóżka i ku drzwiom sięskierowała.

Peleda już od niejakiego czasu słyszałajakieś przyciszone gwary koło domostwa,nie szła jednak dowiedzieć się, co by tobyło, nie chcąc przerywać spokoju swejpani, która, jak zwykle, z zamkniętymioczyma leżała. Teraz, widząc ją biegnącą,zarzuciła na nią futrzaną jubkę i wraz z niąwybiegła. W tejże chwili właśnie zajechałwóz i towarzyszący mu jezdni. Otoczyli gosłudzy, pomagając wysiąść dwom małym,a trzeciej wysokiej, doskonale rozrosłejdziewczynie.

Geradajosowa spojrzała obojętnie na dwiemałe, a onej dorosłej rzuciła się z krzykiemna szyję.

— Uaga, Uaga! Córko moja!

Geradajos, zsiadłszy z konia, poglądał nato powitanie, a nie przerywając uścisków,ukradkiem łzy cisnące się do oczu ocierał,mówiąc:

— Taki wiedziałem, że matka pozna!

Geradajosowa nie wypuszczała przybyłejz objęć, odsunęła ją jeno nieco i przypatrywała się jej hożemu, kwitnącemu zdrowiem licu.

Wszyscy byli wielce wzruszeni, lecz niktnie przerywał powitania. Nawet ojciec sam,Geradajos, nie zbliżał się, jeno patrzył.

„Jak dwie krople wody podobna. Takąbyła Skruzda, gdym ją pod dach mój wprowadził” — myślał z wielkim rozrzewnieniem,patrząc na matkę i córkę.

Rzeczywiście, trudno było o większe podobieństwo. Tenże sam wzrost, ten sam nos,owal twarzy, też same niezabudki w oczach.Jeno że Uagi wzrok jaśniał młodością,a Skruzda miała oczy wypłakane. Lecz w tejchwili źrenice jej błyszczały, a cała wychudzona twarz jaśniała radością i stała sięjakby nagle odmłodniałą.

Nikt też nie wątpił, że przybyła jest tąukochaną, długo opłakiwaną Uagą.

Wreszcie Geradajos zbliżył się do żony,a ona, jakby przypomniawszy sobie w tejchwili jego istnienie, schyliła mu się do kolan, a obejmując, wołała:

O, pon's mano, o, wir's mano! —I nic więcej wymówić nie mogła.

Więc Geradajos wziął ją jak dzieciątkona ręce i wniósł do komnaty, jakby jej radość i swoją przed wzrokiem ludzkim chciałukryć.

A pozostali kiwając głowami, mówili:

Dinos es didelis!

Lecz Uaga stała patrząc obojętnym okiemdokoła, a jej młodziutkie lico nie okazywało ani wzruszenia, ani zdziwienia. WięcPeleda zbliżyła się do niej i wziąwszy zarękę, śpiewnym głosem rzekła:

Swejkił, mergajtu!

I za rękę wiodła do komnat w głąb domu.

Lecz Uaga, jak pierwej, tak i teraz, nicnie rzekła i żadnego wzruszenia nie okazała. Dała się prowadzić i tyle. Wtedy dwamałe dziewczątka uczepiły się ręki Peledy,wołając:

E mano, Żwajżgde!

E mano, Kregżde!

Więc Peleda przytuliła je do siebie i głaszcząc, serdecznym rzekła głosem:

— Mano Zwajżgde!

— Mano Kregżde!

A Żwajżgda i Kregżda całowały jej rękę,owijały się rąbkiem jej zapaski, skakałyjako te jaskółki, gdy się cieszą, że podstrzechę znajomą wchodzą. Pozostali zaśnie mogli się wszystkiemu dość wydziwić.

— Że to Uaga nic się nie raduje.

— Stoi jak oniemiała...

— Jakby nie czuła, że do matki, do ojcaprzyszła — mówiono.

— Bo jużci że oniemiała z wielkiegoszczęścia! — ozwał się Skida, jeden zestarszej służby w Geradajosach.

— A może i niewiele z tego rozumie? —dodał inny.

— Ee? — pytano.

— Przecie, boć i mowy naszej zapomniała — tłumaczył Skida.

— Ee? — znów pytano.

— Jużci, u Krzyżaków jej nie słyszała —dodał.

— Rozumieć, to ona rozumie — ozwał sięUkwata, jeden z przybocznych Geradajosa,który z nim drogę odbywał. — Jeno znaćjuż taka nic nie dziwująca się i nie kochająca dziewka — dodał.

— No, no — ktoś mruknął.

— Gdyby nie to podobieństwo ze starą,można by sobie i tak, i owak myśleć... —rzucił ktoś pod nosem.

— A te dwie maluśkie to takie przylipne.

— Prawdziwe Żwajżgde i Kregżde!

— Ciekawość, czy też znajdą ojców —mówiono.

— Znajdą, znajdą! — pocieszali inni.

— Toż to będą mieli z takich pociechę!

I tak gwarząc, a szczególniej zastanawiając się nad Uagą, zabierali wozy, koniei każdy szedł do swoich zajęć.

Odwrót

Florian Jelitczyk, zawróciwszy od Niemna, chciałbybył lotem ptaka dostać siędo obozowisk pod Malbork.Cniło mu się bez bitwyi wiadomości, co tam robią.

— Może już są za murami? — mówił do swoichprzybocznych.

— Może.

— Szkoda, żeśmy nie byli przy wejściu —ozwał się któryś.

— Ba! — rzucił Jelitczyk.

I westchnął. Serce mu się bowiem ścisnęło, że nie był przy tej uroczystości.

Spojrzał wszakże z lubością na mówiącego i mruknął do siebie:

— Z tego będzie pociecha!

Spieszył się i dłużej nad jedną dobę codni kilka wypoczynku ni sobie, ni koniomi ludziom nie dawał. Wszelako, jako doświadczony żołnierz, wiedział, że zbytecznypośpiech, to podwójna mitręga. Przy każdymwięc postoju mówił, jakby tłumacząc się samprzed sobą:

— Co nagle, to po diable!

Mimo tej ostrożności musiał raz coś czterydoby w miejscu pozostać, bo konie byłyodsednione, trzeba im było dać folgę i z siodeł uwolnić.

— Pośpieszymy, gdy się wyliżą! — pocieszał się oglądając co dzień konie.

Z tym wszystkim mitręga była mitręgąi chociaż znad Niemna wyruszył w pierwszej połowie września, już dobrze było podrugiej połowie, gdy stanął na granicyWarmii.

Warmia była posiadłością krzyżacką, alegdy przeprawiali przez nią wypuszczonebranki, ludność, a nawet wójtowie witaliich chętnie, dostarczając żywności i przyjmując po chatach i dworach. Teraz ci sami,z którymi się poprzednio zaznajomili, napowracających kosym okiem poglądali.O żywność trudno się było doprosić, nawetza drogie pieniądze, a paszę dla koni z trudnością mogli zdobywać. Na uprzejme, żartobliwe pozdrowienie pana Jelitczyka ledwo odpowiadano niewyraźnym mruknięciem, udając, że mowy ich nie rozumieją,choć doskonale rozumieli kilka niedzieltemu, jako że ludność była mieszana, składająca się z niedawno przez Krzyżakównawróconych Prusaków i Mazurów znadWisły, przeprowadzonych tutaj przez tychże samych Krzyżaków.

— Ki diabeł w nich wlazł? — pytał swojego pocztu Jelitczyk.

— A może i wlazł, boć to wiadomo —odmieńce.

— Albo i mieszańce — odpowiadano.

Niemniej podróż była utrudniona. Ażkiedy już wyjechali za Lidzbark, co to nadŁyną się rozsiadł, jakiś Prusak, sprzyjaźniony znać z Krzyżaki, rzucił urągliwie:

— Pośpieszajcie, bo nie dogonicie waszego Jagiełły.

— Jakoże? — spytał zdziwiony Jelitczyk.

— Zląkł się potęgi krzyżackiej, murównie nadgryzł i zabrawszy swoje niedobitki,do dom wrócił.

— Co waść gadasz?! — krzyknął oburzony Jelitczyk.

— To, co waść słyszysz!

I odwróciwszy się, ów Prusak poszedłw swoją stronę.

A całe też jego szczęście, bo pan Florian,nie zważając na nic, byłby go za tę wieśćpłatnął po uchu, a może i głowę zdjął z karku. Krew wzburzona tak w nim grała, iżnie mogąc usiedzieć na miejscu, nie pozwolił koniom dojeść, kazał w torby obrok zabrać i ruszył z kopyta. W drodze zaś myślał sobie:

„Ten przechera, diabli go wiedzą. To byćnie może. Ale zawsze nie wadzi pośpieszać”.

W drodze, kiedy z konieczności musiałdać folgę koniom, tu i ówdzie jakieś gopółsłówka dolatywały. Kiedy zaś był jużjeno o trzy doby od obozowisk, a to byłojuż w końcu września, spotkał ciągnącewozy, w nich chorych i rannych pod opiekąSienichy.

— Co to? Co się stało? — spytał widzącwozy nie ku Malborkowi, lecz w przeciwnąstronę skierowane.

Na pierwszym wozie ktoś machnął rękąi jęknął, nic mu nie odrzekłszy. Zły i zgryziony szukał Sienichy. Jakoż znalazł ją najednym z wozów, przy najciężej chorych.

— Babo, co się dzieje?! — począł z miejsca.

Sienicha wzrok smutny na niego podniosła, lecz poznawszy, kto zacz, poweselałajakoś i ze zwykłym sobie humorem rzekła:

— Ano, wracamy, boć nowy mistrz krzyżacki o zgodę przysyłał.

— Co?! Zgoda z tymi wilkami?! — wrzasnął Jelitczyk.

— Nie będzie zgody, to będzie wojna,a jak drugi raz będzie Grunwald, a mistrza Plauena jak Ulryka na stryczek wezmą, odechce im się leźć w nasze granice.

— Babo, czy aby mówicie prawdę?! —pytał zrozpaczonym głosem Jelitczyk.

— Godny z was rycerz, zaś bym takiegośmiała tumanić?

— Więc mi nie wracać pod Malbork?

— Na cóż? Chyba na urągowisko — rzekła Sienicha.

— Więc mi taka dola! Na hańbę jak ułomek jaki albo niedołęga z chorymi wlecsię będę?

— Nie gadajcie tak, nie gadajcie, cnyrycerzu — przerwała baba — nie żadna tohańba iść z tymi, którzy gdy się wyliżą,chwycą znów wilka za bary.

W duszy zaś myślała:

„Hańba to tym, którzy nie doczekawszykońca, Jagiełłę i jego wojska opuścili”.

A myśląc tak, miała na pamięci Witolda,który nie doczekawszy żadnych rokowań,18 września ze swoimi chorągwiami od oblężenia odstąpił. Nie rzekła wszakże nico tym do rycerza Jelitczyka, jeno z głębiserca westchnęła.

Jelitczyk też już nie wypytywał.

Król odstąpił od Malborka i wraca! Tobyło dość dla niego. Przyłączył się ze swoimpocztem do taboru Sienichy i każde z nichw ciszy przeżuwało smutne wieści, a przełknąć ich nie mogło.

Sienicha też wciąż myślała sobie:

„Ach, ten Witold, Witold, szczery Litwin,niepomny na krzywdy, jakie te psy jegoziemi zadały, zniósł się z Krzyżaki potajemnie... Prowadził konszachty za plecamiJagiełły. Musieli mu dużo obiecać... Może,że mu pomogą do ogłoszenia się udzielnymksięciem Litwy? Boże, mój Boże!... A towszystko na nowe nieszczęścia i kłótniemiędzy braćmi... — wzdychała. — A ja takmyślałam, tak wierzyłam, że Witold sięuspokoił, że przekonał się o chytrości Krzyżaków. Tak się cieszyłam, gdym go ujrzaław zapamiętaniu wojennym, kiedy jak wicher, jak sam Perkun miotał pociski podGrunwaldem i w jasności błyskawic stałgroźny, i rzucał pioruny”.

I tak mieszając bóstwa pogańskie z wiarąw pomoc jedynego Boga, przechodziła myślą ubiegłe, pełne świetności chwile i ostatnią brzydką zdradę Witolda.

— Tak pragnęłam ujrzeć onego księcia,co się na Litwie, jako ja, urodził. Tak musłużyłam, a teraz...

I zakryła oczy, jakby je chciała od smutnego widoku i przykrych wspomnieńuchronić. A westchnąwszy z głębi piersi, pochwili znów myślała:

„Zastawiał się, że w jego obozie biegunka, to i co? Byłabym im dała leki, gdybymbyła wiedziała. Mówił, że w jego oboziewięcej chorych niż zdrowych... No, jużciprawda, zbiednieli, połowa zaledwie doswoich domów zdąży, aleć tak odstąpić odmurów, tak odstąpić!” — biadała w sobie.

I z tymi myślami żyła od chwili opuszczenia obozowisk spod Malborka.

A obozowiska te płonęły rozlewając szeroką łunę i niejednego nieświadomego złudzić mogły, że zamek malborski płonie. Lecznikt się nie łudził. Wieść bowiem o mających nastąpić układach i odstąpieniu Jagiełły spod Malborka 19 września rozbiegła się nader szybko po okolicy.

Jagiełło kazał podpalić resztki obozów,a ci, przez których ziemię przejeżdżał, doskonale wiedzieli już o tym. Podnosili nawet tak łacno głowy, jak łacno po pogromiegrunwaldzkim je przed nim chylili.

Ba, nawet nie tylko te ziemie, przez któreprzejeżdżał, ale i miasta dalsze, jak Królewiec, Elbląg, Gdańsk, Brodnica, Ostróda,a nawet pograniczne Działdowo, złamałyprzysięgę daną królowi polskiemu i dowiedziawszy się o ustąpieniu jego spod Malborka, na powrót poddały się Krzyżakom.

Najwięcej zaś podnosił głowę Henryk vonPlauen, on, co kilka niedziel temu korzyłsię przed królem, prosząc o pozwolenie,żeby go wielkim mistrzem obrano. I miałz czego się puszyć i nadymać, boć zarazpo odstąpieniu polskich obozów spod Malborka dopełniono ceremoniału, jaki zwykleprzy obiorze wielkiego mistrza miał miejsce.

— I czemu to wszystko przypisać, czemu? — pytał Jan z Tarnowa innych panówradnych, gdy na jakimś postoju po opuszczeniu Malborka razem się zebrali.

— Tajemne układy Witolda z komturami i samym Plauenem, odjazd wielkiegoksięcia z hufcami, oto przyczyna — mówiłpodkanclerzy Mikołaj, nie tając niechęci doWitolda.

— I jeszcze mu król dla bezpieczeństwadał szesnaście chorągwi! — utyskiwał Habdank Skarbek.

— A przecie mogliśmy ich wziąć choćbygłodem, boć nam na jadle zbywało — mówiłJędrzej z Brochocic.

— A oto za Witoldem zwinęli obóz książęta mazowieccy i precz odjechali — wtrącił ktoś inny.

— To też najwięcej zgryzło Jagiełłę —rzekł podkanclerzy. I zaraz dodał: — Przedstawiałem, prosiłem najmiłościwszego, żesiły jeszcze mamy, że lada dzień muszą siępoddać. Ale król jedno tylko powtarzał:wolę odwrót i układy, niż żeby wszyscybez mego zezwolenia obóz opuścili.

— Tak, ogólne było zniechęcenie —westchnął Jan z Tarnowa.

Ze wszystkich piersi wydobyło się również westchnienie. Zaległa cisza.

— Najpierwszym błędem było pozwolenie na wejście onych komturów za mury! —rzucił Zyndram z Maszkowic.

I mimo woli stanęli wszystkim w oczachowi niezwykle grubi rycerze. Aż Jan z Tarnowa się ozwał:

— Nie czas nam teraz rozmyślać nadtym, co się stało, kiedy już obozy popalone,lecz czas, aby spodziewane układy jaknajwiększą korzyść przyniosły.

— Wiemy, jakie to będą układy! — Machnął ręką Zyndram.

— Krzyżak wszystko obieca, a nic niedotrzyma — mruknął Habdank.

— Zawszeć nie będzie tak butny, jakwprzódy. Przecie gdy komu krwi upuszczą,nie jest taki skory do bitwy — ozwał siępan Jędrzej z Brochocic. — Ja sam niejednego pluchę na tamten świat wysłałem,krwią krzyżacką zasiliwszy pola pod Grunwaldem! — dodał z błyskiem rozradowaniaw oczach.

A inni też poczęli opowiadać o onej bitwie i wspomnieniem zwycięstwa jakoś sięnieco rozradowali.

A po innych obozach rycerze, pospolitaki,a nawet ciury obozowe główną winę przypisywali wejściu owych obładowanych komturów, mówiąc:

— Póki im głód doskwierał, byli pokorni,byliby się bodaj poddali. Jak im przynieślimięsiwa, jak się nażarli, zaraz na kiełwzięli...

— Szkoda, żeśmy się za mury nie dostali,byłoćby się tam czemu napatrzeć, a teżi ucieszyć widokiem wygłodniałych Niemców.

— Co to zastawiają się imieniem Maryii samego Pana Jezusa, a gorsze od najgorszych pogan — dodawano.

Ale byli i tacy, co niepomni na nic, cieszyli się z powrotu. Ci zaś mówili:

— Jużci, piękna byłaby rzecz za murysię dostać, a krwi niemieckiej jeszcze utoczyć, aleć już się i cniło niepomału... Nocei ranki chłodne, jeno patrzeć, jak się jesieńrozhula, a tu człek w polu. A co tam w domu,to jeno Bogu wiadomo...

I na wspomnienie buchającego ogniemkomina piersi tak się podnosiły i takie szłyz nich odgłosy, jak z kowalskiego miecha,kiedy chłopak węgle rozżarza.

A król jegomość od chwili opuszczeniaMalborka, choć legł pod namiotem, nie mógłsobie dać rady ze smutkiem, jaki wżerałsię w niego. Często też siadał, głowę rękąpodpierał i myślał:

„Żeby nie ten mój stryjeczny, byłoby sięmoże za murami, ale ten zawsze mi okoniem staje. Coś on tam z Plauenem poszachrował... Ba, i Ziemko, i Kazik zaraz naswoje Mazowsze pociągnęli. Nie mogłemsiedzieć dłużej, Boga mi, nie mogłem!

I bił się w piersi, aż po namiocie się rozlegało.

„Doszły też przecie wieści, jakoby Zygmunt Luksemburski, ten przechera, granicenam od południa najeżdżał — rozmyślał. —Nie, nie mogłem na to pozwolić”.

Wreszcie klasnął w dłonie i kazał wezwaćpodkanclerzego Mikołaja, ażeby na jegołono swoje wątpliwości oddać i w mądrychjego słowach ukojenia szukać. A chociaż tojuż była spóźniona pora, nikt jakoś do spoczynku się nie kwapił, bo im więcej odMalborka się oddalali, a wieści o miastachłamiących przysięgę dochodziły, tym więcejtroska każdego żarła. Zjawił się więc zarazpodkanclerzy, a król począł:

— Nie mogę sobie dać rady z troskąi smutkiem...

— Nie tylko najmiłościwszego pana troska pożera, aleć nas wszystkich, co jesteśmy mu wierni, a ziemię i naród miłujemy — westchnął Mikołaj.

Na chwilę obaj zamilkli.

— Nie mogłem dłużej pod Malborkiemmieszkać, wiecie już przyczyny, aleć niemogę pozwolić, żeby się to Krzyżactwoznów rozpanoszyło — począł monarcha.

Podkanclerzy pojrzał nań, a nie spuszczając wzroku, badał twarz króla, jakby chciałwyczytać, jakie są jego zamiary. Lecz Jagiełło tak był zatopiony w myślach, żewzroku podkanclerzego na sobie nie czuł.Więc tenże począł:

— Najmiłościwszy pan każe przybocznąradę zwołać?

Król drgnął, jakby się z jakiegoś gnębiącego snu zbudził, i spytał:

— Zaliż jeszcze kto czuwa?

— Nikogo sen nie chce jakoś ukoić —odrzekł podkanclerzy.

— Niech przyjdą, razem jakoś nam raźniej będzie — rzekł Jagiełło.

I klasnął w dłonie.

Ukazał się Zbyszko z Oleśnicy.

— Nie śpisz? — rzucił król.

— Spisuję wszystko, jako przystało — odrzekł młodzieniec, uśmiechając się smutnie.

I zarumienił się cały. Król wydał rozkazwezwania znaczniejszych panów.

— Kto tam jeszcze czuwa, niech pośpieszy — dodał.

Więc zaraz prócz Jana z Tarnowa i tych,którzy przed chwilą biadali nad odwrotem,przybył Zawisza Czarny i kilku jeszcze znakomitszych panów. A król ujrzawszy ich,uśmiechnął się i rzekł:

— Nie do snu nam i wypoczynku, pókiznów walki nie rozpoczniemy.

— Nie, najmiłościwszy panie, nie, niktspocząć nie może — westchnął Zawisza,a za nim wszyscy powtórzyli jednogłośnie:

— Nie, nie, Boga mi, nie!

I poczęli się naradzać. A król rzekł:

— Trzeba by ubiec tych Inflantczyków,co się sprzymierzyli z Krzyżactwem...

— Toć słyszę, ciągną pod Gołub — ozwałsię Zawisza Czarny.

— I mnie ta wieść dochodzi. Więc zbieraj się i staw im, braciszku, czoło! — rozkazał Jagiełło.

— A też dobrze byłoby i w Nowej Marchii zabiec drogę Krzyżakom. Więc niechajpan z Maszkowic przejdzie Wisłę — mówiłdalej król.

— Niewielkać to rzecz, jesteśmy nie opodal Torunia, a tu Wisła nie tak szeroka —podchwycił Zyndram, a oczy mu poweselały.

I wszyscy jakoś poweseleli po tej naradzie. Król rozchmurzył czoło i mówił:

— Braciaszki, panowie radni, najmilsi rycerze, aż mi lżej po tej naradzie z wami!

I wszyscy jakoś nieco uspokojeni rozeszlisię z myślą o nowej walce.

Tabor Sali

Po bitwie pod Grunwaldemtylu było rannych, zwłaszczawziętych do niewoli Krzyżaków, że Sala z rozkazu Jana z Tarnowa musiała odjechać z nimi w głąb kraju.

— Szukaj jakiegoś bezpiecznego schronienia, posuńsię ku dołowi Wisły. Tu ani jadła, ani wygody — mówił jej opiekun.

Sala byłaby rada dowiedzieć się czegośo bracie i o Sienisze, lecz rozkazu trzebabyło słuchać. Sama też wiedziała, że zwycięzcy nie potrzebują jej starań, a ranniżądni są bardzo wypoczynku.

„Gdzież może im być lepiej niż w Bobrownikach?” — pomyślała.

I rozkazała wozom, by się w tę stronęskierowały.

Wszyscy ranni, nie wyłączając jeńcówkrzyżackich, uważali ją za anioła opiekuńczego, najwięcej wszakże wdzięczność tęokazywał Karol, książę Fryzlandii. Odchwili jak przyszedł do przytomności, wypowiadał wyrazy podzięki, których wprawdzie Sala nie rozumiała, po sposobie jednak wyrażania, po głosie pełnym modlitewnego dźwięku, a przede wszystkim pospojrzeniu, domyślała się ich znaczenia. Nakazywała mu milczenie, które, jako ciężkochoremu, koniecznie było potrzebne. Samateż unikała go i nieraz dzień cały nie zbliżała się do jego łoża. Wtedy Bonifacjusz,który nauczył się nieco mowy polskiej, zbliżał się i błagał, żeby choć na chwilę przyszła do jego wychowańca.

Tak książę, jak jego opiekun, między sobą rozmawiali w ojczystym swym języku,do porozumiewania się z otoczeniem i Saląużywali mowy niemieckiej, której umyślniesię wyuczyli przed udaniem się do Malborka.

Sala przy częstych stosunkach z najeźdźcami z konieczności rozumiała tę mowę, starała się nawet o jej poznanie, mówiąc:

— Trzeba przecież wiedzieć, co oni między sobą szwargocą, jakie knują zamiary,aby łatwiej się od nich uchronić.

Od biedy mogła się nawet rozmówić niemiecką mową, używała jej jednak tylkoz konieczności, a przy porozumieniu się takz innymi, jak z księciem Fryzlandii, mówiłazawsze po polsku.

Po przybyciu do Bobrownik dała najlepszą, choć niewielką izdebkę dla Karolai Bonifacjusza.

— Najciężej chory, potrzebuje najlepszejwygody.

Więc chociaż sama nie zawsze się ukazywała, dbała, żeby gościom jej nie zbywałona niczym. A gości była moc. Zameczekbobrownicki nie mógł wszystkich pomieścić. Wielu umieściła w chatach chłopskich.

Przybora miał tyle do roboty, iż mimocałej czci, jaką nosił w sercu dla swej młodej pani, powtarzał:

— Jak dalej tak pójdzie, człowiekowi siłnie stanie! A mniejsza o siły, ale całe Bobrowniki pójdą na leki i jadło dla tychgości. Zjedzą je, ze szczętem zjedzą! I żebyto jeszcze swoi, aleć to Niemcy i zbieranina z całego świata, co nawet ludzkiej mowy nie rozumieją — dodawał.

Przy czym wykrzywiał się pociesznie,przekręcając jeszcze pocieszniej zasłyszaneod onych obce wyrazy. Obawy wszakże, żecałe Bobrowniki zjedzą owi goście, byłypłonne. Wieść bowiem o przybyciu całegoobozu rannych rozeszła się po okolicy. Zaraz też z sąsiednich wiosek zaczęły się zgłaszać jejmoście, a która bogatsza, przewoziła do siebie po kilkunastu, inne zabierałychoćby dwóch czy jednego, mówiąc:

— Jeżelić dziedziczka Bobrownik możemieć koło rannych staranie, pokażę, że i jana Żabieńcu to samo potrafię!

A inne znów mówiły:

— Może tam mój syn, godnie pocięty,znajdzie u obcych opiekę...

— Albo i mój małżonek...

— Albo brat, ojciec — dodawały inne.

Boć przecie każda miała kogoś ze swoichbliskich na tej srogiej wojnie, na którą ktojeno mógł dźwignąć topór czy oszczep, pośpieszył, ostawiając na głowie niewiast starunek koło gospodarstwa i całego mienia.

Tak więc Drobin, Raciąż, Bieżuń aż poWkrę z prawej strony do Raciąża i dalej,a za Wisłą po lewej stronie do Osięcin,a niżej za Duninowo, Gąbin aż do Wyszogrodu, wszędzie pełno było wylizującychsię z ran swych chorych. Wszędzie doznawali gościnności i opieki. W niejednymz rannych poznawano krewniaka, a i wcale bliskiego sobie, wtedy nie było końcaradości i wypytywaniu o przygody wojenne.

Swojacy, jak tylko mogli dźwignąć się o swoich siłach, pośpieszali do swoich siedzib, aleć było dużo Litwinów, którzy, jakkolwiek tęsknili do swoich lasów i domowych progów, nie mogli jeszcze tak od razuw tak daleką puszczać się drogę. Ile żelistopad, nie czekając świętego Marcina, sypnął śniegiem, a i mrozem postraszał. Z konieczności musieli pozostać, a długie wieczory przy buchającym ogniem kominie niecniły się nikomu.

Niewiasty i dziewczęta przędły, przygodnigoście opatrywali oszczepy, wiązali sieci,śpiewali pieśni, powiadali o wojnie, too zwyczajach litewskich i nawzajem uczylisię, jak też to żyją nad Wisłą. Żmudzini, żeto jeszcze w pogaństwie żyli, nie mogli sięwydziwić, że Bóg jeden, którego nad Wisłąwyznają, mocen jest nad wszystkich i wszystkiemu radę daje, kiedy u nich tyle bogów i do każdego trzeba się udawać, chcąc sobie jakąś łaskę wyprosić. Najwięcej zaśnie mogło im się pomieścić w głowie, żeten Bóg, wziąwszy na siebie postać człowieka, dał się umęczyć z wielkiej miłościdla ludzi i ludziom też wzajem kazał sięmiłować. I oto wśród tych gawęd padłopierwsze ziarno wiary, która potem z wielką gorliwością na całej Żmudzi się rozrodziła. A jak w pieśniach dziewczęta niedały się wyprzedzić i ucząc się żmudzkich,pouczały swych gości tych, które nad Wisłąśpiewają, tak znów w opowiadaniu o świętej wierze starsze kobiety były niewyczerpane.

Po powrocie spod Malborka i ojcowie rodzin, i synowie ściągać do dom poczęli.Wielu się nie doliczono, ale przybyli upewniali, żeć ich widzieli żywych, jeno że albosię gdzie na Żmudź lub Litwę podczas odwrotu Witolda dostali, albo liżą się z ranjeszcze. Wtedy niewiasty z radością tegosłuchały, pomnąc, iż mówiły:

— Może tam gdzie opiekę znajdzie...

I z większym jeszcze staraniem opiekęprzygarniętym świadczyły. A tak owymobcym było dobrze, że niejeden, zwłaszczaz młodych Żmudzinów i Litwinów, myślał:

„Żebym sobie łaskę u ojców zaskarbił,może by mi córkę dali?... Ile że krzywymokiem na mnie nie patrzy...”

— Dobrze by też taką żonkę na Żmudźprzywieźć. Wiela by nauczyć mogła, a teżdzieci inaczej wychowała — dodawano.

A ktoś z Litwinów myślał sobie:

„Jeżelić Jagiełło wziął sobie żonkę w Polsce i taką z niej miał świętą panią, czemużbym i ja nie miał na taką trafić...”

I tak sobie myślano, i tak sobie dogadywano w ciszy, a owo przyjęcie pod dachchorych stało się zadatkiem połączenia rodzin polskich, litewskich, żmudzkich i zbrataniem dwóch sąsiednich, a jednakowoprzez krzyżacką pięść nękanych narodów.

A kiedy święta Bożego Narodzenia nadeszły w każdym dworze nakryto stół utkanymobrusem, podesłano sianem, w którym ukryto po kilka orzechów, goście wydziwić siętemu nie mogli. Pytali więc każdego:

— Co to? Na co to?

— Obaczycie! — odpowiadały figlarniedziewczęta, stawiając mak mielony z miodem, gotowane ulęgałki i pierniki staraniemich upieczone.

Pan domu, jeżeli już przybył, albo dziadziuś stary, lub sama jejmość wziąwszyopłatek, z każdym go łamała, dodając życzenie:

— Obyśmy w dobrym zdrowiu za rokznowu się wszyscy naleźli...

Goście wtedy szeroko otwierali oczy i zezdziwienia wyjść już nie mogli, bo takiegoobyczaju zgoła jeszcze nie znali. Ale jakoś,patrząc na gospodarzy i domowników, na ich powagę i rozrzewnienie, wprędce się pomiarkowali, a do obyczaju się przystosowawszy, pięknie przy łamaniu opłatkiemwdzięczność swą wypowiadali. A zerkającna dziewczęta, z całego serca powtarzano:

— Obyśmy w dobrym zdrowiu za rok znowu wszyscy się naleźli!

Kiedy zaś poczęto stawiać misy ryb gotowanych i pieczonych, a pan domu nalawszy kubek miodem syconym, wychylając, zawołał:

— Za zdrowie moich gości! — goście,wznosząc napełnione kubki, łzami się zalewali i radości swej i rozrzewnienia nie mogli dość wypowiedzieć.

Nie tylko więc opowiadanie, ale i obyczaj do wiary świętej usposabiał, siejąc braterstwo między tymi znad Niemna a tymi,co nad Wisłą siedzieli.

W tym posiewie dopomogli wiela żaki,co ze szkółek podczas Bożego Narodzeniana wieś się zgłosiwszy, nie tylko kolędyśpiewali, ale też, przebrani stosownie, piękne opowiadania prowadzili.

Sala wraz z domownikami i gośćmi właśnie wieczerzę wigilijną kończyła, a sięgnąwszy pod obrus, wyjęła z siana garstkęorzechów.

— Co to, co to znaczy? — spytał Karolvon Leuwarden.

Z chwilą bowiem wstąpienia do komnatyjadalnej i z całego wigilijnego obrządkurozumiał, że każdy ruch, każda czynnośćma dziś w tym kraju symboliczne znaczenie. Poetyczna jego wyobraźnia, podniecona jeszcze długą chorobą, przedstawiała sobie nie tylko Bobrowniki i ich właścicielkę,lecz wprost całą Polskę, cały naród jakow jakąś mistyczną szatę spowity.

„Kraj nasz może piękniejszy, bogatszy,ma ludzi uczonych, prowadzi handel z innymi narodami, ale w kraju naszym i wiarajest inna, choć niby taka sama, i rycerskośćinna. A zwłaszcza Sala...” — myślał sobie.

Nic więc dziwnego, że widząc ową garstkę orzechów w ręku dziedziczki Bobrownik, z wielką skwapliwością po dwakroćzapytał:

— Co to znaczy?

— Wyjmijcie spod obrusa garstkę, jeżeli znajdziecie do pary, dola wasza będzieszczęśliwa — odrzekła Sala.

Karol skwapliwie spełnił rozkaz. Przeliczył orzechy. Było ich siedemnaście. Posmutniał i westchnął. A Sala, widząc, że mu toprzykrość sprawiło, przeliczyła szybko swoje orzechy i tęż samą liczbę znalazła. I onajakoś posmutniała, a nawet lica jej niecopobladły. Pokonała wszakże chwilowy smutek i odsuwając jeden ze swoich orzechów,rzekła:

— Weźcie ten jeszcze. Będziecie mieli dopary.

— I tak smutnej doli nie odwrócę —rzekł drżącym głosem Leuwarden. — Wezmę go jednak, nosić będę na sercu, jakodar z waszej ręki pochodzący.

Spojrzeli na siebie.

Oczy ich były smutne i tym smutkiemchwilę się porozumiewały. Sala pierwszawzrok swój w inną skierowała stronę, a Karol, wyjąwszy z zanadrza duży złoty medalion wiszący na złotym łańcuchu, otworzył go i między włosy matki w nim będące dar Sali skwapliwie ukrył.

Wtem z podsienia ozwały się wesołe głosy. Byli to żacy z Lipna, ze szkółki przykościele, oznajmiający, że z kolędą przybyli. Wprowadzono ich zaraz.

A oto trzech strojnych było w krasneszaty, z długimi brodami z konopi i przedstawiało trzech królów; trzech miało w ręku piszczałki; jeden zaś, najwyższy, dzierżyłwielką tykę, na której w kształcie kuliobciągnięty był kawał wywoskowanego płótna, wewnątrz olejną lampką oświetlony.Migocąc ową kulą, niby gwiazdą, śpiewaćpoczęli:

Bóg się rodzi, moc truchleje,

Pan niebiosów obnażony.

Ogień krzepnie, blask ciemnieje,

Ma granice Nieskończony...

Ocucony ze swego smutku Karol słuchałz zajęciem śpiewu i z dziwnym drżeniemi rozmarzony poglądał, gdy bogaci trzej królowie składali w ręce Sali jagody jałowcowe, kawałek bursztynu, znać z trudem wydostany z piasków znad Bałtyku, i kawałek kredy. A jeden z nich rzekł:

W kościele składane,

Godnie poświęcane,

Jeno złota tu brakuje,

Boć w twym sercu przemieszkuje ono.

Po wypowiedzeniu oracji żak wziął kredę i dość wprawną ręką na drzwiach wypisał: C. M. B. anno 1410.

Sala, przyjąwszy kadzidło, oddała je żonie Przybory, imci pani Benignie. Ta, wziąwszy węgli żarzących z komina w skorupkę,nasypała na nią jagód jałowcowych. Dymbuchnął, ale i zapachem ostrym, leśnym napełnił komnatę. Po czym poszła w głąb dworzyszcza, następnie do obór, stajen i całegopodwórca gospodarskiego, wszędzie wykadzając, ażeby wszelkie zło i choroby tak oddworu, jak i od dobytku odpędzić.

Żaków zabrano, ugoszczono, obdarzonochlebem, rybą suszoną, ulęgałkami, mięsiwem, a nawet dostało im się nieco i z odzieży, boć każdy na żaczków był łaskaw.

Karol i Bonifacjusz, a także i Niemcy wylizujący się jeszcze z ran lub ostający w niewoli, w osłupieniu poglądali na to wszystko. A Karol rzekł, nachylając się do Sali:

— Dziwny kraj, dziwny naród, jak w cudownej bajce! A wy, jako królewna... I jasprzysiągłem się z Krzyżakami i przeciw takiemu narodowi rękę podniosłem — westchnął i szczery żal poczuł w swym sercu.

I lice jego więcej jeszcze przybladło,a smutek coraz głębszy wżerał się w jegoduszę.

Bonifacjusz, choć mu młody książę nic nie mówił, doskonale rozumiał, co się w jego duszy dzieje. Bolał srodze nad jego cierpieniem, rozmyślając:

„A gdyby tak ojca świętego o zwolnienie od przysięgi prosić, a zarazem o gwałtach krzyżackich, a pobożności i cnotach narodu powiedzieć?...”

Niezadowolenie

Wielki mistrz Plauen czuł, żedymiące zgliszcza Zakonuniełatwo do dawnej świetności powrócą. Pod Grunwaldem legło 18 000, w niewoli przeszło 40 000 i to najcelniejszych z całej środkowej i zachodniej Europy rycerzy. Z 700 braci zakonnych ocalało jeno 15.

— Klęska, klęska! — powtarzał sobiew chwilach zniechęcenia.

Wrodzona wszakże energia i chęć panowania nie pozwalały mu na smutne rozmyślania. Stawał więc na środku wielkiej komnaty, a wziąwszy się pod bok, w głos powtarzał:

— Nie myślcie, że to są zgliszcza Zakonu! Obaczycie, co na tych zgliszczach urośnie! — I wznosząc rękę, z groźbą dodawał: — Obaczysz, ty przechero Witoldziei ty dumny Jagiełło! Ogłoszę przeciw wamkrucjatę, jako niewiernym!

I słał po zamkach rycerskich całej Europyi do dworów panujących, i do papieża. Leczpapież, zajęty sprawami stolicy apostolskiej,nie dał żadnej odpowiedzi, dwory panująceuczyniły toż samo, a rycerze wprost orzekli:

— Nie widzimy dla siebie ni sławy, nikorzyści materialnej z tej rzekomej krucjaty.

Zgrzytnął zębami Plauen, nie wątpiłwszakże, że mu coś szczęśliwszego przyjdzie do głowy.

— Mamy przecież dużo rycerstwa w niewoli, trzeba chwilowo zawrzeć rozejm; jeńców wypuści ten głupi królik.

A królik tymczasem otrzymał wieść, żepod Koronowem w Nowej Marchii 10 października odniesiono zwycięstwo, a dowódcę, Michała Kochmajstra, i wielu znaczniejszych rycerzy wzięto do niewoli. A zarazpotem doniesiono:

— Pod Gołubem nad Drwęcą do szczętuzniesiono Inflantczyków, którzy jakby spodziemi wyrósłszy, przyszli w pomoc Krzyżakom.

Król zatarł ręce z zadowoleniem.

— Niewolnika dużo? — spytał.

— Będzie do dwóch tysięcy, i zacnego! —zawołał Jelitczyk, który po połączeniu sięz wojskami Jagiełłowymi zaraz się do idących na wyprawę wprosił.

— Z tymi niewolnikami bieda — szepnąłkról.

— Co za bieda, każde dworzyszcze weźmie do chwili, póki najmiłościwszy pan cośz nimi nie postanowi, a okupu nieszpetnego nie naznaczy! — odparł pan Florian. I zaraz dodał: — Ci Inflantczycy to przewrotnyi chytry naród niczym...

Chciał powiedzieć: niczym Litwini, ale sięwprędce pomiarkował, żeć to i król z tegonarodu pochodzi.

Jagiełło się uśmiechnął. Może się domyślił, ale nie badał. Kazał jeno zwołać radęi zaraz powołał pod broń Kujawy, Dobrzyńskie, Wielkopolskę, Sieradzkie, Łęczyckie.Tak że wielu, ledwo do dworzyszcz i chatwróciwszy, oszczepy a topory opatrywaćmusieli i na nową znów szli walkę. Nikt jednak nie utyskiwał. Przeciw Krzyżakomwielka była zawziętość, a niektórych i odwrót spod Malborka bolał setnie. Zwinął sięteż dzielny wódz, Sędziwój z Ostroroga,i nim słotny listopad się skończył, zdobyłwiele miast na Pomorzu i z chorągwiamii zacnym łupem wracał. Zwycięstwo to takkrólewskie, jak i panów koronnych obliczarozpogodziło.

— Bóg wielki, sprawiedliwość czyniący,nie pozwoli tej krzyżackiej hydrze łba dogóry podnosić! — powtarzano.

— I książę Witold powołał pod brońswoich, i gotów do walki pod Grodnemstoi — rzekł Jan z Tarnowa w jakiejś poufnej rozmowie z królem. — A i Żmudź gotowa choćby zaraz walkę rozpocząć. Przewodzi jej Geradajos, rycerz zacny.

— Geradajos? — powtórzył król. — Aha,to ten, co owe gołębice na Żmudź odstawiał.

— Tak, tak, najmiłościwszy panie —przyświadczył podkanclerzy Mikołaj.

A wszyscy się wielce dziwowali, że królprzy tylu najrozmaitszych sprawach o odjeździe owych gołębic pamiętał. Lecz nie mniej był zdziwiony Plauen, gdy się o zbrojeniu Witolda dowiedział.

— Cóż to, mało obiecałem temu przecherze?! — wołał wzburzony.

Niemniej i zwycięstwa odniesione przezoddziały polskie, jako i zbrojenie Witolda,zaniepokoiły go jakoś. Niezwłocznie więcwysłał, prosząc o rozejm.

— Osobiście pragnąłbym się z królem polskim porozumieć — mówił do Leuchtera,pełniącego przy nim urząd sekretarza.

Leuchter zrozumiał, co te słowa znaczą,i podążywszy za obozem Jagiełły, spotkałgo pod Raciążem. I póty używał swej olśniewającej wymowy, póki Jagiełło nie zgodziłsię na osobiste z wielkim mistrzem porozumienie.

Zjawił się też zaraz 8 grudnia Plauenw Raciążu, bo wyjechawszy jednocześnieze swoim posłem, czekał jeno na jego wezwanie. Ksiądz podkanclerzy Mikołaj i Janz Tarnowa oraz Zbigniew z Oleśnicy, jakorozumiejący mowę niemiecką, byli przy królu. A kiedy dwaj pierwsi z największą dokładnością powtarzali każdy wyraz wielkiego mistrza, Zbigniew zapisywał jeno całąrozmowę, ażeby ją dla potomności podać.

Z Plauenem był jeno Henryk Leuchter,jako znający mowę polską, Anton Ludwigsburg, jako pisarz i powaga Zakonu, i o dziwo, kulas Hilt.

Ten, chociaż jeno knecht, znał równieżmowę polską, potrzebny więc był do wysłuchania, co tam w obozie mówią, i dopodpatrzenia, jaki duch w nim panuje. Hiltdumny był ogromnie z tej podróży. Wyjeżdżając mówił:

— I na głód, i na niewygody trzeba sięnarazić, gdy idzie o dobro Zakonu. A bezHilta nic, nic! A może spotkam gdzie i Falsa, może do Polaków przystał, jeżeli godiabeł w tej grunwaldzkiej smole nie ugotował. Brrr! — Otrząsnął się i mrowie ponim przeszło. — Przecie bitwy nie będzie! ---dodał dla dodania sobie odwagi.

Falsa wprawdzie nie spotkał, ale też niewygód i głodu nie zaznał. Owszem, raczono go, ile wlazło, mówiąc:

— Pij, psiakrew, Niemcze, żebyś wiedział,że Polacy niczego gościom nie żałują!

— Nawet gorącej smoły nie pożałowalibyśmy takiemu!

— A czego nie zjesz, nie wypijesz, to cichoćby tym wtłoczymy w gardło! — dodawano ze śmiechem, pokazując miecz nieszpetny.

Hilt niby się bał, ale widząc, że jeno dlakrotochwili tak mówią, śmiał się wraz z nimi. Był zaś pewien, że do żadnego gwałtunie dojdzie, bo sumiennie wymiatał misy,a jeszcze sumienniej wysuszał dzbany. Łypał też na wszystkie strony oczyma jakwiewiórka, strzygł uszami jak zając, chwytał każde słówko, ażeby wielkiemu mistrzowi zanieść.

— Czego nie wyrozumiem, nie dosłyszę,nie dowidzę, to dodam, wymyślę. Od czegóżłeb na karku — mówił pukając się w cofnięte ku czaszce czoło.

Kiedy więc zawołano go, aby stał przydrzwiach za oponą podczas obrad prowadzonych na poły po polsku, na poły po niemiecku, a każde słowo doskonale pamiętał,nie był z tej godności zadowolony.

„Toć tam wielebny Anton Ludwigsburgwszystko spisuje...” — myślał sobie.

Stanął jednak. Ale i tu jakoś sobie radził. Idąc wziął pod opończę nieszpetną konew doskonałego, wystałego, chmielem zaprawnego piwa. Nie tylko mu tego nie broniono, lecz dodano jeszcze nieco staregomiodu. Połykał więc, mlaskał językiem, głaskał się z lubością po piersiach i żołądku,łowiąc uchem, co tam panowie między sobągadają. Ale naraz poczęło się wszystko kręcić koło niego, nie mógł się utrzymać nanogach, uderzył łbem o drzwi, otwierającje szeroko, i runął jak długi na ziemię.

Zerwał się wielki mistrz, zerwał się Henryk Leuchter, Anton zaś Ludwigsburg z wielkiego przestrachu wypuścił z rąk pióro, rozlewając na pergamin strugę inkaustu.

Lecz Jagiełło i jego otoczenie spojrzelijeno, nie drgnąwszy nawet. A oto oczomwszystkich ukazał się Hilt leżący jak długi na ziemi, ściskający mimo to konew,z której sączyło się jeszcze nieco brunatnego płynu.

Plauen, ujrzawszy knechta, stropił się jakoś, boć tym sposobem wychodziło nawierzch podsłuchiwanie. Spojrzeli na siebie panowie niemieccy, a Henryk Leuchter,chcąc ratować sytuację, rzekł:

— To nasz sługa, znać coś ważnego sięstało, kiedy z wiadomością dotarł aż tutaj.Pozwoli najmiłościwszy monarcha i naszmistrz wielki oraz prześwietne zgromadzenie, że o przyczynie się dowiem — mówiłkłaniając się dokoła.

Jagiełło uśmiechnął się i skinął głową,Jan z Tarnowa i inni spojrzeli na siebie porozumiewająco, a Zbyszko, kryjąc śmiechw kułak, przy oddzielnym stole zapisywałcałe zdarzenie.

Tymczasem straż, stojąca przy drzwiach,podnosiła kulasa. Ten szamotał się wołając:

— Kazał mi wielki mistrz, najdostojniejszypan mój, stać tutaj, stoję! Czego chcecie?!

Dopiero gdy Leuchter dłoń swą ciężkąpołożył mu na karku i popchnął, dał sięwyprowadzić bełkocząc:

— Wielki mistrz kazał... Godny naród...Napitek... Ale konew...

Przerwane tym epizodem obrady rozpoczęto na nowo. Lecz czy kulas poplątał ichwątek, czy inna jakaś przyczyna, dość żenie doszło do porozumienia. Dopiero nadrugi dzień zjechano się w Nieszawie. Przybyło jeszcze więcej panów polskich i niemieckich i uradzono pięcioniedzielny rozejm.

Przez ten czas obie strony miały rozważać podane warunki pokoju, a Henrykvon Plauen tyle tylko skorzystał, że Jagiełłoza niewielkim okupem, i to za znamienitszych rycerzy, wypuścił do 20 000 jeńców.Inni wprost nie chcieli wracać.

— Wygrana! — zawołał Plauen. — Mając tylu rycerzy, po miesiącu rozpoczniemywalkę!

Lecz Anton Ludwigsburg spuścił jeno głowę i szepnął w sobie:

„Próżno, toć to jeno zgliszcza Zakonu”.

I miał poniekąd słuszność. Wielu rycerzybyło tak okaleczonych, często bez ręki, nogi, oka albo i obydwóch, że mogli jeno zaświadczyć o pogromie pod Grunwaldem.Inni mówili:

— Nie czujemy się jeszcze na siłach,trzeba do siedzib swoich!

Mała jeno garstka awanturników przyKrzyżakach została. Ci, tak samo jak i inni,opowiadali o wielkiej gościnności Polaków,dodając:

— Wszelako oni barbarzyńcami nie są,owszem, grzeczny naród.

Jeno Karol, książę Niderlandów i Fryzlandii, nic nie opowiadał. I on bowiem wrócił, nie dając za siebie żadnego okupu, leczserce, myśli, część siebie samego w Bobrownikach zostawił.

Sala z każdym dniem stawała mu się droższą. Lecz dziedziczka Bobrownik, spełniającprawa gościnności i obowiązek dozorczynichorych, niczym nie dała poznać, że i onnie był jej obojętny.

— Jestem związany przysięgą zakonną —rzekł raz smutnie. — Nie znałem krzyżackiego zakonu, nie znałem polskiego narodu...

— Jesteście naszym nieprzyjacielem? —spytała Sala.

— Ja nieprzyjacielem najszlachetniejszego narodu?! — zawołał Karol.

— A jednak stanęliście przeciw namz Krzyżaki!

— Stanąłem jako rycerz chrześcijańskiidący na krucjatę przeciw poganom...

— My poganie?! — krzyknęła Sala.

— Wy, wasz król jesteście prawdziwi wyznawcy Chrystusa. Powiedziano mi mylnie...Oszukano... Chcę szukać w Rzymie zwolnienia ze ślubów zakonnych, chcę zerwaćz Krzyżaki!

Sala nic na to nie rzekła, spuściła jenogłowę. A książę począł:

— Ty, coś się mną tak opiekowała, Salo,ty jesteś aniołem...

— Nie, ja jestem Polką — przerwała podnosząc głowę.

— A jako Polka, czy złączysz swe losyz księciem Fryzlandii, gdy otrzyma od papieża zwolnienie z przysięgi?

Sala chwilkę milczała. Karol oczekiwałwyroku.

— Polką być nie przestanę, kraju megonie opuszczę — rzekła wreszcie, siląc sięna spokój.

— Wygnaniec z ojczystego księstwa, pragnę kraj twój za swój przyjąć, pragnę bezwiedną przeciw twemu narodowi winę nagrodzić...

Była długa chwila milczenia. Sala walczyła sama z sobą, ważyła swoje obowiązkii uczucie, jakie książę w niej wzbudził.

Karol po raz wtóry oczekiwał wyroku.

Wreszcie Sala podniosła głowę, a podając mu rękę, rzekła:

— Niech cię Bóg prowadzi, szukaj w Rzymie rozwiązania ślubów zakonnych.

— Salo, wracasz mnie powtórnie do życia! — zawołał książę.

I z sercem pełnym otuchy Bobrownikiwraz z Bonifacjuszem opuścił.

Uważał sobie za obowiązek wrócić doMalborka, opowiedzieć się wielkiemu mistrzowi, bo przecież na posłuszeństwo przysięgał. Wrócił więc milczący, w sobie zamknięty. Na wzmiankę jednak o wojnierzekł:

— Najmiłościwiej proszę wielkiego mistrza o pozwolenie udania się do Rzymu...Ślub uczyniłem.

Plauen pojrzał na niego i nagle znać jakaś myśl mu błysnęła, rzekł więc przychylnie:

— Wszelkie śluby Zakon wielce szanujei do szanowania onych stowarzyszonychskłania. Jedź więc, bracie miły, a że jesteśprzykładnym synem Zakonu, dodamy ci na wet stosowne otoczenie, ażebyś mógł przedojcem świętym godnie stanąć.

— Pragnę jako pielgrzym ubogi podróżtę odbyć — odparł przyciszonym głosemksiążę.

— Wysoko cenię twą pobożność, niemniejobowiązkiem naszym wysłać jednocześniedoświadczonych ludzi, którzy choć z dalabędą nad twym bezpieczeństwem czuwali.

To rzekłszy, Plauen odwrócił się, czymdał znak, że dyskusję uważa za wyczerpaną.

Ten orszak, czuwający nad bezpieczeństwem młodego księcia, nie był dlań pożądany, zaś dla wielkiego mistrza był podtę chwilę koniecznością, myślał bowiem:

„Na tego młokosa liczyć nic nie można.Słaba głowa. Oddany dewocji, ale ma stanowisko wśród dworów. To zawsze popłaca.Będzie kołkiem, ale w książęcej skórze.Sprzysiężony z Zakonem... Na prawdziwegoprzedstawiciela naszej sprawy trzeba wybrać... — Tu zamyślił się przebiegając myśląkomturów i znakomitszych rycerzy Zakonu. — Henryk Leuchter byłby najodpowiedniejszy, ale ten na miejscu potrzebny... —Zamyślił się. — Prawda, Michał Kochmajster, którego głupi Jagiełło nawet miesiącaw niewoli nie trzymał, a bez okupu wypuścił...”

I uśmiechnął się drwiąco. A jako postanowił, tak zaraz wydał stosowne polecenie.

Prócz tego pchnął poselstwo do KarolaSzóstego, króla francuskiego, do HenrykaCzwartego angielskiego, do Zygmunta Luksemburskiego niemieckiego i do wielu znakomitszych rycerzy, przedstawiając Jagiełłę jako barbarzyńcę z poganami sprzyjaźnionego, nie dającego spokoju Zakonowi, a tymsamym nie pozwalającego mu rozszerzaćwiary świętej.

Czy dwory w to uwierzyły, czy w ichinteresie było pomagać Zakonowi, dość żepomoc przyrzekały, a przede wszystkimu papieża sprawę Zakonu w myśl Plauenapoparły. Podnosił więc wielki mistrz corazwięcej głowę, a chociaż doskonale rozumiał,że świetność Zakonu pogrzebana, puszył sięi z właściwą sobie energią uderzając pięścią w stół, mówił:

— Na zgliszczach nowy zbuduję!

Papież, Jan XXIII, miał właśnie dużo kłopotu z utrzymaniem się na stolicy Piotrowej,pozbył się więc Krzyżaków, przyznając imsłuszność. To jeszcze więcej rozzuchwaliłowielkiego mistrza. O wojnie myśleć niemógł, bo siły jego były wyczerpane, a zachodni rycerze nie daliby się wciągnąćw walkę z narodem, który nauczyli się szanować. Przystał więc na zawarcie pokoju.

I oto 1 lutego 1411 roku zawarto gow Toruniu.

Przy układach był sam król, był Witold,było bardzo wielu panów polskich i litewskich, lecz pokój ten nie przyniósł korzyści, jakich się można było po zwycięstwiegrunwaldzkim spodziewać.

— Tyle ziem zostało przy Krzyżakach! —wołano.

— Za tyle krwi przelanej, za tylu wydanych jeńców ledwo 100 000 kop groszy mająwypłacić, toć kpiny!

Rzeczywiście, po takim pogromie, jakiegodoznali Krzyżacy pod Grunwaldem, zbytmałą ponosili w ziemiach i bogactwieszkodę.

— Witold wszystkiemu winien!

— Wszedł w układy z Krzyżaki! — wołano w Koronie.

A na Żmudzi i Litwie obwiniano Jagiełłę,mówiąc:

— Dba on jeno o Polskę, nas na uboczuzostawia.

— Toć ułożyli, że Żmudź po śmierci Jagiełły i Witolda pójdzie pod pięść Krzyżacką — biadano.

Uaga

W dworzyszczu Geradajosamiasto radości z powrotu Uagi zapanował przygnębiający smutek.

Uaga spełniała wszelkiepolecenia, wprędce prząśćsię wyuczyła, słuchała pilnie, co do niej mówiono, rozumiała już mowę litewską, sama jednakuczyła się z trudnością ojczystej mowy. Nigdy też wesołością nie zadźwięczał jej głosdziewczęcy, nigdy nie tuliła się z pieszczotądo matki, nie skłoniła do nóg rodzica. Z Peledą rozmawiała tyle jeno, ile koniecznośćwymagała. Do domowników nie starała sięzbliżyć. Od służby wprost stroniła.

I oto, zamiast wiosny, którą młodośćwśród najtęższej zimy przynosi, zawisły jakieś mgły i chmury w Geradajosowym dworzyszczu. Chmury cięższe może niż dawniej,bo wywołane zawiedzioną nadzieją.

— Rozrusza się, rozrusza, przywyknie —pocieszała Peleda.

Pocieszała, sama słowom jednak swoimnie dowierzając.

Jeszcze póki była Żwajżgda i Kregżda,smutek i przygnębienie nie dały się tak odczuwać, wesołością bowiem swoją napełniały wszystkie kąty. Lecz wkrótce znaleźlisię prawowici rodzice, którzy tyle dowodówprawowitości swojej złożyli, iż nie możnaich było od dziewczątek odsądzać, ile żei one, wiele sobie przypominając, szczebiotały o tym bez ustanku.

— Czemu nasza nie taka, czemu? — pytała imci pani Geradajosowa małżonka, żegnając swe ulubienice.

— Bo już dziewka dorodna, niezadługo i o mężu trzeba pomyśleć — pocieszałżonę.

Lecz pani Skruzda kiwała głową i mówiła:

— Gdyby nie to, że mnie od razu do niejserce pociągnęło... A możem się omyliła?...

— Ee, co za gadanie! — oburzał się małżonek. — Toć jak dwie krople wody podobna do ciebie!

W duszy jednak i tak, i owak sobie myślał, powtarzając:

— No, no, gdyby nie to podobieństwo! Niema co, trzeba ją za mąż wydać!

I upatrywał sobie godnego zięcia, tymwięcej że po zawarciu pokoju toruńskiegodo żadnej wyprawy się nie szykowano.Lecz Uaga jaka była dla rodziców i domowników, taka była i dla gości zjeżdżającychsię z różnych stron dla podzielenia z Geradajosami radości z szczęśliwego powrotucórki.

Geradajos, jak był dzielny i wytrwaływ walce z Krzyżaki, tak był wytrwały i wierny swym bogom. Małżonka jego wierzyław opiekę starego dębu, rozrosłego o kilkastaj od ich dworzyszcza, podtrzymywałaznicz domowy, a gdy na chwilę przygasałna urządzonym ku temu palenisku, na którym nigdy się nic nie warzyło, podsycałago gałązkami jałowca, roznoszącymi wońprzyjemną. Nie brała się też do jadła, pókipierwej łyżki czy kęsa nie wrzuciła w ogień,wymawiając:

Szławe diewus!

Węże w dworzyszczu były tak oswojone,że przypełzłszy do jedzących, podnosiły łeb,otwierały paszcze i syczeniem dopominałysię datku. A jak państwo, tak dworzaniei służba w wielkim poszanowaniu je mieli,a wszystkich obrządków pilnie przestrzegali.Tak zaś państwo, jak i otoczenie wiarę Chrystusową, jako wiarę przez Krzyżaków narzucaną, mieli w wielkiej ohydzie i wprostz lękiem, ba, nawet ze wstrętem się o niejwyrażali.

Uaga znów ze wstrętem i lękiem patrzyłana obrządki pogańskie i węże tak poufalew domu jej rodziców żyjące. Bolało ją teżlekceważenie wiary Chrystusowej, bolał jąbrak znaku krzyża świętego, który w wielkiej tajemnicy codziennie na czole swoimkładła. Ochrzczona wraz z wieloma innymizaraz po przybyciu do Malborka, wychowywana również wraz z innymi poza murami zamku, w mieście, pod opieką jakiejśstarej pobożnej kobiety umiłowała nowąwiarę, wskazującą jej niedościgłą, nieziemską, a pełną uroku przyszłość.

W murach zamku była jeno czas krótki,to jest od chwili, gdy spalono miasto, niemiała więc czasu rozpatrzeć się w życiuKrzyżaków, w ich przewrotności. Nie wnikała w żadne pobudki, jakie nimi kierowałyprzy zabieraniu dzieci żmudzkich i litewskich, wierzyła, że doprowadzanie do wiaryświętej głównym ich było celem. Uwolnienie tylu dziewcząt, odesłanie ich do rodziców uważała za akt wielkiej gorliwościw krzewieniu wiary. Innych pobudek, innychcelów nie znała, nie rozumiała.

„Jeżeli są jeszcze tacy, co nie wierząw prawdziwego Boga, opowiem im, uwierzą!” — myślała wracając z całą prostotądziewiczej, nie skażonej duszy.

W drodze nie rozumiała jeszcze ojcówswych mowy; od chwili gdy zaczęła ją nieco pojmować, pojmowała jednocześnie, żewszyscy, co ją otaczali, byli poganami.

Dom więc, rodzice, domownicy, służba,słowem, całe Geradajosy, ze swymi obrządkami pogańskimi, stały się dla niej obce.Ona z nimi, oni z nią nie mieli nic wspólnego.

Próbowała też nieraz opowiadać o jedynym Bogu; że jednak dostatecznie mowylitewskiej nie umiała, plątała wyrazy niemieckie, które jeno oburzenie w słuchaczachwzniecały. Po wielekroć razy chciała upaśćdo nóg matce, wyznać, że jest chrześcijanką,prosić, żeby i ona wiarę tę przyjęła, ale jeden błysk oczu, jedno słówko niechętne dlaprawdziwej wiary i ich krzewicieli ochładzały Uagę w zapale.

— Później to uczynię — mówiła sobie.

Tymczasem mowa niemiecka, oschłośći chłód od niej wiejący, miasto zbliżać, oddalały ją od nich. Wyradzała się wprostobopólna niechęć.

„Gdybym tak ścięła ten wielki dąb uważany za świętość? — myślała sobie, kopiącsię po głębokim śniegu i przypatrując rozłożystym, smutnym konarom drzewa.

Przypatrywała się długo i wyniosła toprzekonanie, że nie jeden jej topór, leczkilkadziesiąt nie poradziłoby olbrzymowi.

— Miłowanie ma dla świętego dębu —mówiła Peleda, wskazując ją swej pani.

— Oby natchnął ją i odmienił — wzdychała strapiona matka.

A Uaga, spojrzawszy na wielki pień, nawykrzywione dziwacznie gałęzie, na chrzęstwywołany poświstem zimowego wichru,z drżeniem się odwracała, mówiąc:

— Nie, nie!

I mimo woli strach ją przejmował. I kilka razy tak się zaciekała, wracając zawszez jakimś zabobonnym strachem. Co więcej,widok starego dębu budził w niej jakąścześć i dziwne umiłowanie. To znów przychodziło jej na myśl:

— Zgaszę ten święty znicz!

I stawała przed ogniem, namyślając się,jak by płomienie zgasić.

A kiedy raz, wielce zadumana, wpatrywała się w jego ciemnoczerwone płomienie,prześliznął się koło niej wąż i podniósłszyłeb, zasyczał. Uaga odskoczyła od paleniska, lecz wstrętny gad popełzał za nią, sycząc coraz głośniej. Co gorsza spomiędzypolnych kamieni, którymi podłoga izby byławyłożona, gady, zwabione sykiem swego towarzysza, ze wszystkich stron zaczęły wyłazić, otaczając wystraszoną dziewczynę. Uciekła przed nimi, ukryła się w swej bokówce,wzięła w rękę krzyżyk, który sama sobiez dwóch drewienek związała, padła na kolana i zatonęła w głębokiej modlitwie. Niesłyszała nawet skrzypnięcia drzwi, usłyszała jeno rozpaczliwy krzyk matki i runięcie jej ciała na podłogę.

Podbiegła do niej, podniosła obejmującsilnym ramieniem, lecz matka ją odtrąciła,wołając:

— Precz! Tyś Niemka, Niemka!

Niemka i chrześcijanka w pojęciu Geradajosowej było to jedno. Wiara szła do nichod Niemców, niemiecka więc dla Żmudzibyła.

Na krzyk pani wbiegła Peleda, zdziwionymi oczyma pojrzała, na chwilę błysk radosny rozjaśnił jej źrenice na widok obejmującej matkę Uagi. Lecz gdy usłyszała:

— Ona Niemka, Niemka! — zrozumiałaod razu, co zaszło.

Od dawna domyślała się, że Uaga jestchrześcijanką, domysłami jednak z nikimsię nie dzieliła.

— Przecie i Litwini wierzą w jednegoBoga, a nie są Niemcami. I ta święta królowa, co zmarła... — poczęła sługa.

Lecz Skruzda nie dała się przekonać, powtarzała jedno i jedno:

— Wiedziałam, że tak będzie, że nie oddadzą takiej, jak była! Oby była na wiekizginęła! Srom, hańba!

I wspierając się na ramieniu Peledy,szybko opuściła bokówkę.

Uaga stała wciąż w jednym miejscu,z rękami skrzyżowanymi na piersiach oczywznosiła ku górze, jak gdyby szukała opiekiNajwyższego. Lecz miasto błękitu nieba widziała jeno czarne, okopcone belki, przygniatające ją niejako swoją ciemnością. Runęła więc na ziemię z rozkrzyżowanymirękoma i z głębi zbolałej duszy poczęławołać Tego, który oddał życie swe dla zbratania wszystkich ludzi.

Tak ją zastał ojciec.

Geradajos nie widział nigdy modlącychsię w ten sposób, przeląkł się więc, a zbliżywszy się, podniósł ją delikatnie i przytulił ku sobie.

Uaga złożyła głowę na jego piersi i poraz pierwszy zalała się łzami. Ze łzami tymispłynął ból tak długo tajony, szepnęła więc:

— Ojcze, jam wasza, lecz chrześcijanka!

Rycerz drgnął.

Widział już tylu chrześcijan, rozumiał, żejest różnica między Niemcami a chrześcijanami, którzy bronili się od krzyżackiegonajazdu. Bądź co bądź Uaga, chrześcijankaczy poganka, była jego córką, córką, przeztyle lat opłakiwaną. Przytulił ją więc poraz wtóry do piersi, położył dłoń szerokąna jej jasnych włosach i wyszedł, nic niemówiąc, z bokówki.

Lecz w dworzyszczu zapanował teraz mrokzupełny, cisza przygnębiająca, życie w najstraszniejszej rozterce. Córka unikała matki,matka nie chciała widzieć córki, odtrącałanawet Peledę, gdy ta usiłowała je pojednać.

Co gorsze, nastąpiła jakaś głucha rozterkamiędzy małżonkami.

Geradajos widział w Uadze utraconą córkę, Geradajosowa widziała jeno Niemkę.

— Odmienili ją, urzekli! Gdyby była prawdziwą Uagą, nie byłaby Niemką! Precz jąwygonić! Nawet węże podnoszą łby do góry,czują w niej Niemkę! Psami wyszczuć, spalić! — wołała.

— Nie! — zawołał groźnie Geradajos.

To „nie” uratowało życie Uagi. Lecz co tobyło za życie!

Jak jejmość Skruzda, wszechwładna paniw całym dworzyszczu, tak wszyscy odwracali się od Uagi. Gdy przemówiła do jakiegodziecka lub chciała je wziąć za rękę, uciekało z krzykiem, kryjąc się za węgieł, a słudzy i dworzanie spod oka na nią patrzyli.Jedna tylko Peleda okazywała jej życzliwość, z którą wszakże musiała się kryćprzed ukochaną swą panią.

Uaga z nadejściem wiosny kryła siędzień cały w lesie. Tu mogła się modlić.Lecz z tą modlitwą kryć się również musiała.

Gdy wiosenna burza drzewami wstrząsnęła, Uaga myślała sobie:

— Drzewa gniewają się, że im zakłócamspokój...

I oto ona, która w drodze myślała sobie:

„Nawrócę ich wszystkich, będą jako pierwotni chrześcijanie!”

Teraz żyła bezradna, nie umiejąc pięknych swych marzeń urzeczywistnić.

Aż oto pewnego dnia znaleziono nieszczęśliwą w lesie, ale znaleziono ją nieżywą. Odzież miała poszarpaną, twarz mocno zeszpeconą, włosy z czaszki obdarte.

— Niedźwiedź ją pogłaskał — zawyrokowali ci, co ją znaleźli.

Przyniesiono ją i złożono nie opodal świętego dębu. Skruzda ni jednej łzy nie uroniła.

— Kara bogów, wola bogów! — zawołała jeno, wpatrując się w oszpeconą twarzcórki.

Geradajos ryknął ciężkim płaczem i rzucił gałąź na zeszpeconą twarz córki. A słudzy rzucali również gałęzie, aż usłali z nichstos wielki. Wtedy Peleda podpaliła stosze stron wielu.

Buchnął ogień, ogarniając jedlinowei świerkowe igły. Zatrzeszczało, zahuczało i płomienie ogarnęły zwłoki Uagi. I długo,długo palił się stos, nim zwęglił młodeczłonki.

Skruzda patrzyła na stos ten rozszerzonymi oczyma. Z trudnością ją od niego oderwano. Geradajos, nic nie mówiąc, wziąłoszczep i odszedł. A płaczki według zwyczaju zawodziły, powtarzając:

— Uaga! Uaga!

A gdy w jakiś czas została jeno kupa dymiącego popiołu, Skruzda kazała nad nimusypać mogiłę, a obejmując ją, mówiła:

— Teraz mam córkę.

I śpiewała pieśni, jakby ją do snu kołysząc. Wkrótce znaleziono ją nieżywą namogile córki.

Usypano obok drugą.

O Geradajosie nikt nigdy nic nie słyszał.Nad jego dworzyszczem zawisły czarne mgłyi dąb stary szumiał pieśń żałobną.

Znicz wygasł do szczętu.

Na zgliszczach Zakonu

Krzyżacy, mimo stosunkowokorzystnego dla nich pokojutoruńskiego, również nie byli zadowoleni.

Sam mistrz Henryk von Plauen, ilekroć o tym pokojubyła mowa, zwracał zaraz rozmowę na co innego. Samzaś z sobą mówił:

— Musielibyśmy chyba całą Litwę i Polskę zagarnąć, żeby wynagrodzić straty. Towszystko, co mamy, nie pokryje zgliszczZakonu i zniesławienia nas w Europie.

W całym zaś Zakonie jakieś ukryte głosyjak zjadliwe gady poczęły się przeciw Plauenowi podnosić.

— Nie umiał wyzyskać chwili. Przyjąłopłatę 100 000 kop groszy. Skąd ichwziąć? — mówił Marcin Herencog, komtur Świecia.

— Skarb wielce wyczerpany... — szepnął Henryk Leuchter, marszałek Zakonu.

— Przecie wy głównie robiliście układy,was głównie do tego używał! — syknąłktoś urągliwie.

— Prawda, lecz spełniałem jeno polecenia wielkiego mistrza, sam z siebie nic niewysnuwając — rzekł układnie marszałek.

Zaśmiano się na całe gardło. Leuchterzdawał się tego śmiechu nie słyszeć i począł:

— Mistrz Plauen położył wielkie zasługi,uratował Malbork...

— Który jest tylko zgliszczem dawnejświetności — przerwał Anton Ludwigsburg.

Inni kiwnęli głowami potakująco.

— Według mnie wszakże — ciągnął dalej Leuchter — nie trzeba było przystawaćna pokój, jeno dalej walkę prowadzić.

— Czym?! Kim?! — zawołano jednogłośnie.

— Ludzie legli pod Grunwaldem i Tannenbergiem, pieniędzy w skarbie nikt zeświecą nie znajdzie! — wołano.

— Nie trzeba było walki rozpoczynać, niewiedząc, jakie są siły przeciwnika — rzucił ktoś.

Zawrzało jak w ulu i wrzało dalej. Niezadowolenie rosło, jedność zakonna corazwięcej była podkopywana, a wszechwładzawielkiego mistrza chwiała się jak budynek,z którego fundamentów pousuwał ktoś największe kamienie.

A Plauen, mimo zawartego pokoju, wysyłał od czasu do czasu małe oddziałki naŻmudź, niby dla zobaczenia, czy tam wszystko spokojnie, w rzeczywistości zaś dla zabrania dobytku nieraz najbiedniejszej ludności.

W Zakonie wytworzyły się dwa stronnictwa.

Jedno, bardzo nieliczne, z Henrykiem vonPlauenem, stryjecznym bratem mistrza, naczele; drugie, bardzo liczne, z MichałemKochmajstrem, obecnym komturem Torunia.Ten otworzył gościnne wrota swojej komturii, zapraszając głównych przedstawicielidla narady. W gruncie zaś chował śmiałezamiary, by po zrzuceniu Plauena z mistrzostwa sam na to dostojeństwo został obrany.

Stryjeczny mistrza Plauena, stanąwszyw dumnej postawie, gorąco bronił swegokrewniaka, wołając:

— Mistrz Plauen energią swą uratowałhonor Zakonu, ochronił go od zagłady!

A Michał Kochmajster wrzasnął:

— Mistrz Plauen swą gwałtownością popchnął Zakon do ostatecznej zagłady!

— Tak, to są już tylko zgliszcza Zakonu — szepnął Anton Ludwigsburg.

I dalej wrzało na niekorzyść Plauena.

— A poza Zakonem jeszcze większa niechęć ku Krzyżakom wzrosła. Wysyłanie oddziałów na Żmudź i Litwę, zdzierstwa i grabieże usposabiają jak najgorzej ludność.Jeżeli dawniej patrzono na Zakon z bojaźnią, teraz na widok białego płaszcza z krzykiem uciekają chowając, co mają najdroższego, chowają zaś najskrzętniej kobietyi dzieci — zakończył Kochmajster.

— Matki straszą Krzyżakiem dzieci, a nawet psy na wołanie: „Krzyżaki” wyć poczynają — dodał ktoś z jego stronnictwa.

Jedni więc na to przemówienie Kochmajstra kiwali potakująco głowami, drudzyuśmiechali się urągliwie, Marcin zaś Herencog, obecny komtur Świecia, rzekł:

— A Władysław Jagiełło korzysta z tejniechęci i czyni kroki, żeby Litwę z Polskąpołączyć.

— I połączył — wrzasnął Kochmajster. —Skorzysta z niechęci, jaką zaszczepił Plaueni całą ludność Litwy i Żmudzi ku sobie nawróci! — zakończył.

— I nam będzie urągał — dodał komturElbląga, Wilhelm Wallenrod.

— A czy to tylko Żmudź i Litwa takzniechęcona? Trzeba widzieć, co się dziejekoło Świecia — ozwał się znów Herencog.

— Albo koło Elbląga! — dorzucił Wallenrod.

— Albo i koło Królewca!

— I koło Torunia!

— I Kwidzynia!

— Albo i Grudziądza!

I tak jeden po drugim wymieniali miastabędące pod ich rządami.

Wrzało coraz głośniej, jak gdyby ktoś dorzucał drew pod kocioł, w którym nakrytaszczelnie woda nie mogła znaleźć ujściado wylania się na zewnątrz.

— Co to szukać daleko! — wrzasnął znówKochmajster, a stanąwszy wyciągnął dłońprzed siebie i mówił: — Tam, tam, kołosamego Malborka, głównej siedziby Zakonu, gdzie tyle dobrodziejstw Zakon posiał: zakładał miasta, uczył rzemiosł, rozszerzał handel, z barbarzyńców czynił ludzi,bogacił ich, dziś ludność wre na Krzyżaków niechęcią i każdemu by z ochotą mizerykordię w gardło wcisnęła! A wszystkoto ucisk, ucisk, jeszcze raz ucisk i nieumiejętne postępowanie Plauena.

Stronnictwo Plauena, i tak bardzo nieliczne, coraz więcej porozumiewało sięwzrokiem i coraz więcej przyznawało słuszności swoim przeciwnikom. Jeden tylko bratmistrza podnosił jego zasługi, szukając głosem i wzrokiem poparcia u swoich stronników. Z bólem wszakże widział, że głos jegojest najzupełniej odosobniony.

— Trzeba ratować Zakon! — zawyrokował Wilhelm Wallenrod.

— Trzeba! — zawołali wszyscy jednogłośnie, nie wyłączając garstki stronników mistrza Plauena.

— Mistrz Henryk von Plauen wiem, żeobmyśla środki ku temu, ma nawet zamiarrozpocząć wojnę z Polską — począł bratjego.

— Cha! cha! cha! Cha! cha! cha! — zaśmiano się na całe gardło.

A potem, jak w zamku malborskim napoufnej naradzie, wrzaśnięto z całą wściekłością:

— Kim?!

— Czym?!

I znów śmiech piekielny, szyderczy napełnił całą salę.

Gdy się nieco uciszyło, ozwał się słodkimgłosem milczący Henryk Leuchter, marszałek Zakonu:

— Można by poddać jakąś dobrą myślnajdostojniejszemu wielkiemu mistrzowiPlauenowi ku naprawieniu złego, które bezzłej woli uczynił.

— Zło szło przez lat wiele każdą szczeliną, a teraz i otwartymi wrotami niełacno jewypędzić — rzekł Marcin Herencog.

— A jednak musimy je wypędzić! — zawołał grzmiącym głosem Michał Kochmajster.

— Musimy!

— Musimy! — poparto go ze wszechstron, zwracając nań wzrok jako do jedynej przystani, która im może dać jakiś ratunek.

Jeno brat wielkiego mistrza siedział zespuszczonym wzrokiem.

Michał Kochmajster dał jakiś niepostrzeżony znak Henrykowi Leuchterowi, a tennie odzywając się już ani słówkiem, wymknął się z posiedzenia.

A w komnacie wrzało i wrzało. Stare wino z piwnic Kochmajstra, napełnianych daniną kupców z Torunia i całej komandorii,podniecało umysły, rozgrzewało niechęciądo Plauena, zapalając miłością i uwielbieniem ku Kochmajstrowi, jakby w nie piwniczy wsypał stosownego do okolicznościproszku.

A na zamku malborskim siedział mistrzHenryk von Plauen i wcale niewesołymi bawił się myślami.

Wiedział on o wrzeniu i niechęci, jakiesię podnosiły w Zakonie, nie przypuszczałjednak nigdy, żeby gad zjadliwy aż tak daleko zapuścił swe korzenie. Czuł się wielkim i o tej wielkości i sile miał jak najwyższe pojęcie. Ba, nie tylko pojęcie, leczwprost mówił:

— Nikt mnie zastąpić nie zdoła, bezemnie byłyby to tylko zgliszcza Zakonu!

Nie trapił go więc niepokój o jego własną osobę, zdawała mu się nadto potężnąi nietykalną, lecz w tej chwili otrzymałwieści o bliskim już dojściu do skutku zjednoczenia Litwy z Polską. To go nurtowało.

— Byłoby to już rzeczywistą zgubą Zakonu — wyszeptał targając szeroką dłoniąsiwiejącą brodę.

Wtem krótki głos trąbki z wieżycy ozwałsię po dwakroć.

„Ktoś ze swoich” — pomyślał Plauenz pewną otuchą.

I mimo woli przysunął się do okna. Lecznic nie dojrzał. Okno wychodziło na boczny dziedziniec. Chciał klasnąć w dłonie i kazać dowiedzieć się, kto by przybywał,wstrzymał się wszakże i szepnął:

— Zbytnia ciekawość w żadnym razie nieprzystoi.

Nie potrzebował wszakże długo czekać.Zjawił się Hilt, od niejakiego czasu knechtsłużbowy, i rzekł:

— Jego miłość Henryk Leuchter, marszałek Zakonu.

I oto zaraz wkroczył znany nam dostojnik, a za nim kilku uzbrojonych rycerzy.

— Każ im odejść! — zawołał wielkimistrz, marszcząc brwi groźnie.

Lecz marszałek stanął przed nim i skłoniwszy się według wszelkiego regulaminu,uroczystym rzekł głosem:

— Z postanowienia najwyższej rady Zakonu mam rozkaz uwięzienia waszej dostojności!

I trzymał przed jego oczyma pergaminopatrzony podpisami dwunastu komturów,na których czele widniało nazwisko Kochmajstra.

Plauen rzucił okiem na pismo.

Wszystko było według nakreślonej ustawyZakonu. Wstał więc, wyprostował się, obrzucił pełnym pogardy wzrokiem byłegoswego doradcę i rzekł:

— Gdzież mnie zawiedziesz, ty podłylisie?

Leuchter skinął na przybyłych z nimzbrojnych. Ci przysunęli się z przygotowanymi więzami.

— Co? — zapytał Plauen tak wyniosłymgłosem i zmierzył ich tak dumnym spojrzeniem, że ci opuścili ręce. — Czy myślisz, typsie podły, ty hańbo Zakonu, że ja, wielkiwasz mistrz, jestem takim, jak ty, gadem?! — zawołał Plauen. I splunął w twarzLeuchterowi, a otworzywszy okno, grzmiącym głosem rozkazał: — Zbroję i konia!

I siadł najspokojniej na dawnym swymmiejscu. Leuchter nie spuszczał go z oczu.Plauen zdawał się nie postrzegać jego obecności. Patrzył dumnie przed siebie, a żadenmuskuł na jego twarzy nie drgnął niepokojem. Lecz żaden też odgłos w podwórcach nie znamionował obrony.

Głuche stąpanie kopyt końskich i chrzęstniesionej zbroi przerwał ciszę. Plauen podniósł się. Otoczyli go zbrojni.

Gdy był przed gankiem i giermek chciałmu podać zbroję, Leuchter odsunął go, odzywając się rozkazującym głosem:

— Zbroja i miecz niepotrzebne!

Hilt wykrzywił uśmiechem swą płaskątwarz. Ulubiony pies nawinął się pod nogiPlauena, lecz ten kopnął go w brzuch ostrogą tak silnie, że od razu jelita z niego wyszły, a biedne zwierzę tarzało się w konwulsjach konania.

— Tak będzie z całym Zakonem! — rzuciłPlauen, wskazując psa, i dosiadł konia.

Otoczono go ze wszech stron. Leuchterjechał tuż obok, bacząc na każdy ruchwięźnia.

Po kilku dniach smutnej jak pogrzeb podróży dojechano do Pokrzywna, czyli Engelsburga, w Grudziądzkiem. Gdy podwoje engelsburskiego zamku zamykały się za byłymmistrzem, ten donośnym głosem zawołał:

— Przy obiorze Kochmajstra wyprawciejednocześnie ucztę na zgliszczach Zakonu!

Uniaw Horodle

Jagiełło, chcąc przyciszyćumysły niezadowolone z pokoju toruńskiego, starał sięwszelkimi siłami kraj wewnątrz i zewnątrz umocnić.Nadarzyła się ku temu sposobność. Zygmunt Luksemburski w tym czasie ogłosił się cesarzem niemieckim, potrzebny muwięc był spokój od strony wschodniej. Zaprosił więc Jagiełłę na uroczystości koronacyjne, a chociaż ten nie wierzył chytremuLuksemburczykowi, chociaż niechętnie podróż do Wiednia i węgierskiego Budzyniapodejmował, pojechał wszakże w otoczeniu najznakomitszych panów duchownychi świeckich, na których czele stał uczonypodkanclerzy, arcybiskup Mikołaj Trąba,oraz Jan z Tarnowa i wielu innych. Brakowało jeno ulubieńca i sekretarza królewskiego, Zbigniewa z Oleśnicy, bo ten zazezwoleniem króla na duchownego właśniesię kształcił. Miejsce jego zastąpił Jan Mężyk, również biegły w piśmie i językach cudzoziemskich.

Zygmunt dla zjednania sobie sojusznikaw Polsce odstąpił jej 12 miast polskich,o które ciągłe były spory.

Węgrzy chętnie na to patrzyli, mieli bowiem swoje rachuby na Władysława Jagiełłę.Panowie polscy również nie byli krzywi z nabytku na granicy węgierskiej, mówiąc:

— Choć tym sposobem wynagrodzimysobie nieco niedobory, które nam się odKrzyżaków należały.

— A trzeba też baczyć i na przyjaźńz Węgrami — dodawano.

Ale chytry Zygmunt, jak zwykle, płaszczna dwóch ramionach nosił, jednocześniewięc i Jagielle składał hołdy, i Krzyżakówdo wojny z Polską podburzał, i Plauena namawiał do przyjaźni z Witoldem ku oderwaniu Litwy.

Całym szczęściem dla nas były owe niezgody w Zakonie.

Witold nie wchodził w układy z Krzyżakami, bo na swoją rękę politykę prowadził,obracając wciąż oczy na wschód, na Ruś.Ludność zaś Litwy i Żmudzi, nękana wciążprzez Krzyżaków, skłaniała się coraz więcejku Polsce, widząc w niej jedyną dla siebiepomoc. Tę ostatnią skłonność postanowiłJagiełło wyzyskać i na jednej z poufnychnarad rzekł:

— Trzeba Litwę z Polską w jedno państwo połączyć.

— Jest to myśl tak wielkiej doniosłości,iż możemy jeno najmiłościwszemu panuspełnienia onej życzyć! — skłonił się Janz Tarnowa.

— A najpierwszym krokiem ku temu jestpilne rozszerzenie i ugruntowanie chrześcijaństwa na Litwie i zaprowadzenie wiaryświętej na Żmudzi — ozwał się podkanclerzy państwa, arcybiskup Mikołaj Trąba.

— Rzecz to duchowieństwa — odparł monarcha.

— I niewiast — dodał podkanclerzyz uśmiechem.

Spojrzano na niego z wielkim zdziwieniem.

— Tak, niewiast — powtórzył. — Tamgdzie ksiądz dotrzeć nie zdoła, niewiasta obdarzona silną wiarą, a także delikatnościąobejścia, potrafi. A ku temu potrzebuję waszego zezwolenia, miły kasztelanie — zwrócił się do Jana z Tarnowa.

Kasztelan pojrzał nań zdziwiony.

— Nie dziwujcie się — pochwycił podkanclerzy — Salomea Bobrownicka jest podwaszą opieką. Bez waszego zezwolenia żadnego ważniejszego kroku nie uczyni.

— A bez mego zezwolenia zaręczyła sięz jakimś fryzlandzkim książątkiem bez znaczenia i ziemi — przerwał dość niechętniekasztelan.

— Ale zaraz ku wam z tą wieścią wysłała, a Karol von Leuwarden po uzyskaniurozwiązania ślubów w Rzymie osobiściewam hołd złożył — przypomniał podkanclerzy. — A nawet najmiłościwszemu panumiał szczęście być przedstawionym — dodał.

— Przypominam sobie — rzucił Jagiełło. — Ale o cóż rzecz właściwie idzie? —zapytał.

— Żeby kasztelan, jako opiekun, dał pozwolenie Salomei Bobrownickiej do przybrania sobie właściwego otoczenia i wyruszeniana Żmudź w celu szerzenia i wszczepianiawiary świętej, a tym sposobem przygotowania jeszcze więcej umysłów do połączeniasię zupełnego z Polską.

— Przecież ta wasza misjonarka ma jużnaturalnego opiekuna w małżonku, owymksiążątku — uśmiechnął się Jagiełło.

— Nie, najmiłościwszy panie — ozwał siękasztelan — Karol von Leuwarden otrzymał uwolnienie od przysięgi danej Krzyżakom, z warunkiem, że przez lat trzy odbywać będzie pokutę w jednym z najsurowszych klasztorów. Wybrał sobie klasztorojców cystersów w Jędrzejowie, a tam odbywając pokutę, uczy się jednocześnie polskiej mowy.

Król, który lubił wiedzieć o domowychsprawach swych poddanych, uśmiechnął sięi rzekł:

— Wielce osobliwa historia!

A kasztelan rzekł uprzejmie do arcybiskupa:

— Skoro jego ekscelencja uważa, że mieszanie się kobiet w sprawy rozszerzaniawiary świętej może być przydatne, wydamzaraz rozkazy, żeby do Bobrownik zaniesiono moje pozwolenie.

— Będzie to krok ku połączeniu Litwyz Polską — uśmiechnął się król.

I zaczął snuć rozmaite plany co do zwołania szerszej narady.

Było to już w jego charakterze, że gdyraz co postanowił, chciał niezwłocznie postanowienia onego dokonać. Rozesłano teżzaraz wici, zapraszając panów polskich nazjazd do Sieradza.

Jednocześnie Mikołaj Habdank Skarbekz Góry i Jan Nałęcz wyjechali na Litwę dlaporozumienia się z Witoldem, który wowym czasie świeżo zbudowany w Wieloniezamek obsadzał. Przybycie panów polskichwielce było na rękę Witoldowi.

„Muszą się ze mną liczyć — myślał sobie — zarazem dam tym dowód mistrzowiinflanckiemu, że mam takich, którzy po mojej stronie staną, i o jego groźby zgoła niedbam”.

Przyjął też posłów z wielką okazałością,mówiąc:

— Dobry to znak dla nowego zamku, gdynajpierw takich dostojników w podwojachswoich gości.

— Z rozkazu monarchy przynosimy jegowielkości darowiznę zameczków na Podolu — ozwał się Habdank i wymienił nazwęonych.

Witold uśmiechnął się i rzekł:

— Wielcem wdzięczen królowi polskiemu, a memu stryjecznemu. Od przybytkugłowa nie zaboli.

W duszy zaś rzekł:

„Musi mnie potrzebować, że tak obdarza.Ano, zobaczymy”.

W dalszej rozmowie Jan Nałęcz tak począł:

— Nie będzie nigdy spokoju ani od Krzyżaków, ani od mistrza inflanckiego, pókiLitwa i Polska nie zjednoczą się w jednopaństwo.

„Aha, już wiem, gdzie raki zimują — pomyślał sobie Witold — chce mnie stryjeczny z Litwy wydziedziczyć”.

Głośno zaś rzekł:

— Toć się Jagiełło mieni królem Polskii Litwy...

— Tak — podjął Habdank — ale dlaszczęśliwości obu narodów trzeba zupełnegozjednoczenia; trzeba żeby Litwa i Polskamiały jednakowe prawa.

Wtem gwar, płacz i szczęk broni dał sięsłyszeć za oknami zamku.

Zerwał się Witold, zerwali się goście.Wtem wszedł urzędnik skarbowy, oznajmiając:

— Tłum ludu przyszedł ze skargą, żeim podjazd krzyżacki zabrał dobytek, a kobiety i dzieci zabiera do niewoli. Tenżesam podjazd gotuje się do obleganiazamku.

— Gotować się do obrony, zwołać, ktożyw w zamku! — wydawał Witold rozkazy,zgrzytając zębami. I przypasywał miecz,a jednocześnie zwracając się do posłów,mówił: — Wybaczcie, muszę przyjąć nowych gości.

— My z wami! — zawołał Skarbek, oglądając się za odpasanym mieczem.

— Mamy nieszpetny, dobrze uzbrojonypoczet. Trzeba mu dać rozkazy — rzekł Nałęcz.

I pochwyciwszy miecz, wybiegł, a Skarbek i książę pospieszyli za nim.

— Nie czekać, aż się wezmą do szturmu,wyjść naprzeciw! W polu damy im radę! —rozkazywał Witold.

Wkrótce niewielka załoga co tylko wystawionego zamku przebiegła most i nim Krzyżacy się opatrzyli, otoczyła ich ze wszechstron.

Zawrzała walka sroga, zacięta.

Chłopi okoliczni usłyszawszy, że książęstanął w ich obronie, pochwycili topory, siekiery, drągi, co kto miał pod ręką, zajęlityły Krzyżakom, a kobiety i dzieci podawały kamienie lub z całej siły rzucały je nanieprzyjaciół. Dowództwo nad nimi objęłamłoda i rosła dziewka, z nią druga, dośćleciwa, ale wielce krzepka i sprawna, umiejąca sobie radzić jakoby wódz wyćwiczony.

Po dwugodzinnej walce Krzyżacy leżelizabici lub ranni pod murami Wielony; inni,powiązani przez chłopów, rzuceni jak snopy, oczekiwali swego losu.

Był to ostatni już krok gwałtów i napadów, uczynionych z rozkazu mistrza Plauena.Witold, uradowany z odniesionego zwycięstwa, odpasując miecz okrwawiony, rzekłjakby do siebie:

— Tak, połączenie Litwy z Polską jest konieczne! Zatoczyć beczki z piwem w podwórzec, nie żałować jadła! — rozkazał. Azasiadłszy z posłami przy biesiadnym stole,napełnił puchar miodem i wzniósłszy go dogóry, zawołał: — Za zdrowie naszych gości,a też za pomyślność połączenia Litwyz Polską!

I wychylił puchar do dna.

— Za zdrowie księcia Witolda, wielkiego wojownika, i pomyślność obu złączonychnarodów! — zawołał Skarbek, wznosząc zkolei puchar.

— Za szczęśliwe powodzenie zamku Wielony, który z wspólnie przelanej naszej krwichrzest otrzymał! — zakończył Nałęcz.

Serdeczności, wylaniu uczuć i wypróżnianiu pucharów nie było końca. Aż książęrzekł:

— Toć się i tym dzielnym białogłowomcoś należy, które objąwszy nad niewiastamidowództwo, tak umiejętnie nam dopomagały.

— Nie darmo ksiądz arcybiskup Mikołajmówił, że gdzie duchowny ni rycerz wcisnąć się nie zdoła, tam niewiasta dosięże! —rzekł z uśmiechem Skarbek.

— Jakoż? — zapytał Witold.

Więc mu opowiedziano rozmowę i wysłanie niewiast na Żmudź dla szerzenia wiaryświętej.

Witold szczerze był tym opowiadaniemnie tylko ubawiony, ale wprost do głębiprzejęty.

— Pozwolicie, ichmoście, aby one białogłowy weszły? — zapytał.

— Ba, czemu nie! — odpowiedzieli jednogłośnie.

Niebawem z rozkazu Witolda wprowadzono owe dwie niewiasty. Miały już czas zrzucić opylone i okrwawione szaty, a w szarych płótniankach i takichże namitkach bardzo dostojnie wyglądały. Nie zasromały sięteż widokiem rycerzy.

— Sienicha! — zawołał Witold.

— Do usług jego książęcej mości —rzekła skłaniając się stara.

— Boga mi, toć to dziedziczka Bobrownik! — zawołał Nałęcz.

— Nie mylisz się, cny rycerzu — odparłaskinąwszy głową Sala.

— Toć i mnie z waszych rąk opatruneksię dostał pod Grunwaldem — mówił podchodząc ku niej Skarbek.

— Jako przystało, jako przystało — rzekła z uśmiechem Sala.

— Ale skądże was losy tutaj jako aniołów opiekuńczych przyniosły? — zapytałWitold, przypatrując się z wielkim zajęciemSali.

— Przyszłyśmy na Żmudź, by jak najprędzej ujrzeć zatknięty krzyż na miejscu pogańskich ołtarzy — rzekła dziedziczka Bobrownik.

— I doczekać się zbratania obu ludów —dodała Sienicha.

— No no, jakaż to siła i wytrwałość! —dziwił się Witold.

— Bo jestem Polką! — rzekła Sala, podnosząc głowę.

— A ja Żmudzinką! — dodała Sienicha.

I nie było końca zapytań.

Zaproszone do biesiadnego stołu, wcalesię nie sromały. Opowiadały jeno z wielkąprostotą, że lud coraz więcej nabiera zaufania do wiary świętej.

— Jeżeli tak dalej pójdzie, przy łasce bożej wkrótce cała Żmudź zostanie nawrócona — mówiła Sienicha.

— I wraz z Litwą złączona z Polską —dodała Sala.

Witold w wielkim uniesieniu i podziwietraktował obie jako rycerzy. Wychylił puchar za zdrowie, a napełniony znów miodem, podawał jednej i drugiej. Lecz kobietypodziękowały mówiąc:

— Prócz wody, żadnego innego napitkunie używamy.

A posiliwszy się nieco, wysunęły się prawie niepostrzeżenie, zostawiając w podziwie i wielkiej zadumie tak Witolda, jak i jego gości.

Rzeczywiście, praca Sienichy i Sali, podejmowana niespełna od roku, dawała zdumiewające wyniki. Zdawało się, że jakaśnadzwyczajna łaska, cud towarzyszy poświęceniu dwóch przejętych wielką ideąniewiast.

Gdy Skarbek i Nałęcz wrócili do Krakowa, niosąc wieść pomyślnie załatwionejsprawy z Witoldem, król, który przez tenczas zwoływał zjazdy i przygotowywał przezswych zaufanych umysły, powitał ich z rozradowanym obliczem, mówiąc:

— Wszystko idzie jak najlepiej, za kilkaniedziel dokonamy zjednoczenia!

A wybrał ku temu Horodło nad Bugiem,w ziemi chełmskiej, uważając je jako punktśrodkowy tak dla Polski, jak i Litwy, a również Wołynia i wielu innych ziem do Korony należących.

I oto od pierwszej połowy 1413 roku czyniono ku temu przygotowania.

Król wysłał ładowne wozy nie tylko zżywnością, lecz i bogatą bronią, szatami,futrami, przeznaczonymi na podarunki dlapanów żmudzkich i litewskich. Nie brakłoteż i rozmaitych bisiorów, łańcuchów i złotogłowia dla ich żon i córek.

A jako król wysłał wozy ładowne, tak zewszystkich stron: z południa, ze wschodu,zachodu i północy ciągnęły wozy panówpolskich i litewskich oraz poczty strojnoodziane. A wśród pocztów rycerskich widniały ciężkie kolebki, w których jechały białogłowy, ale jeno co starsze i poważniejsze.Młode bowiem konno, na siodłach doskonale wymoszczonych i bogato odzianych, żenieraz i szmat ziemi kupiłby za takowe. Jechały buńczuczno, dotrzymując rycerzom.A co było żartów i śmiechu w onej podróży,to trudno byłoby spisać, a nawet opowiedzieć.

Oprócz zaś tych strojnych i bogatychpocztów i kolebek ciągnęły skromnie odziane oddziały jezdnych i parcianką okrytychwozów. Boć jeżeli możni mówili sobie:

— Połączenie Litwy i Polski przyniesieszczęście krajowi — to lud z westchnieniempowtarzał: — Jeżelić mądre głowy robią topołączenie, nie tylkoć samych bogatych mają na myśli.

A inni dodawali:

— Aby jeno raz na zawsze od Krzyżakównas uwolniono.

Szczególniej lud Litwy i Żmudzi tuszył sobie, że gniotąca go ciągle pięść krzyżackabędzie miała w onym połączeniu zaporę.

A niewiasty tak z Litwy, Żmudzi, jakoi Polski myślały sobie:

„Świat szerszy się obaczy i wielu rycerzy, trzeba strojno wystąpić”.

Co starsze, mające córki dorodne, gładziłyim włosy, dodawały do sepetów świecideł,żeby w nie dziewki swe w dzień uroczystyustroić, a w myśli szeptały modlitwę:

„Żeby jej też najwyższy godnego zdarzyłmałżonka”.

Książę Karol von Leuwarden, skończywszy pokutę zakonną, wydobył zaledwie z całego swego dziedzictwa jeno skarbiec i częśćpieniędzy, które mu opieka rzuciła. Ale niedbał on o swoje księstwo. Przyjął poddaństwo polskie, chodziło mu jedynie o SalęBobrownicką i dotrzymanie przez nią danego słowa. Wielce też był zmartwiony, gdy,po odbyciu pokuty, w Bobrownikach jej niezastał. Gdy mu powiedziano cel, dla któregoporzuciła domowe progi, rzekł:

— Poznaję w tym szlachetne serce Sali!

Przybrał więc nieszpetny poczet i z wiernym sobie Bonifacjuszem pociągnął pod Horodło.

Tam rumor był wielki, bo oto właśnieprzygotowano po lewej stronie Bugu wzniesienie dla monarchy i przedniejszych panów,a nieco na uboczu dla ich żon i córek. A poprawej stronie rzeki — dla Witolda, jego dostojników, znaczniejszych bojarów, takżei ich niewiast.

Kiedy Karol von Leuwarden pokłonił sięJanowi z Tarnowa, jako opiekunowi Sali,ten rzekł:

— Szczęście, jakie cię czeka z pojęciemza małżonkę takiej narzeczonej, jaką jestSala, nie byle szczęściem nazwać się może!

— Postaram się zasłużyć na nie, wypłacając się swą pracą krajowi, któremu wiernie chcę służyć — odrzekł Karol.

Po czym kasztelan przypomniał go królowi, a monarcha polecił w swoim orszakugo umieścić.

Aż oto wśród iskrzącego się pogodą jesiennego słońca wypłynęły łodzie od jednego i drugiego brzegu rzeki. Na jednychpowiewały chorągwie i znaki polskie, nadrugich — litewskie i żmudzkie. A w słońcu błyszczały tysiącem najcudniejszychbarw, a skłaniając się wzajem ku sobie, zdawały się mówić:

— Niechaj, jak to słońce, co nas ogrzewa, i miłość bratnia nas zjednoczy!

Wtem uderzył dzwon. Uciszyło się wszystko. Wtedy arcybiskup i podkanclerzy państwa, Mikołaj, powstał i donośnym głosemczytał:

My, prałaci, rycerstwo, szlachta i całynaród Korony Polskiej, chcąc pod tarczą miłości spocząć i pobożnym ku niej dyszącuczuciem, dokumentem niniejszym zespalamy się i jednoczymy ze szlachtą, bojaramii narodem wszech ziem litewskich. A jakood dnia dzisiejszego, 2 octobra anno 1413,zjednoczeni, jako dwa bratnie narody, takodtąd też szlachtę i bojarów litewskichprzypuszczamy na wieczne czasy do naszych herbów i klejnotów, i godności, i godeł naszych, któreśmy odziedziczyli po ojcach i przodkach naszych, a którymi onicieszyć się mają, jak gdyby takowe po swoich własnych przodkach otrzymali dziedzictwem. Niechaj więc zjednoczą się z namii staną się równymi we wszystkich przywilejach i prawach. I przyrzekamy im słowemczci i przysięgi nie opuścić ich w żadnymniebezpieczeństwie, a u panów naszych, Władysława, króla polskiego, jako i u księciaWitolda, stawać zawsze i wyjednać, aby coraz szerzej rozwierali dla nich rękę szczodrobliwości, aby ich coraz hojniejszymi darzyli swobodami, aby nigdy nie przestawaliprzymnażać im łask i pożytków.

Nie wiadomo, czy wszyscy przedstawiciele obu narodów ten akt wielkiej doniosłościusłyszeli, lecz ozwały się głośne okrzykia wybuchy serdeczności i braterstwa, że bodaj rzucać się jeno sobie będą w objęcia,do czego nawet i bystro płynący Bugprzeszkody bodaj nie uczynił.

A Jagiełło powstawszy położył rękę nasercu i głosem pełnym wzruszenia mówił:

— Niech mi Najwyższy dopomoże, ażebym mógł zawsze pracować dla szczęściaobu zjednoczonych ludów, a tak Polskę, jakLitwę, broniąc od nieprzyjaciół, do wielkiejszczęśliwości doprowadził.

— Bracie, dokonajmy zjednoczenia! — zawołał z pełnych piersi Witold.

I obaj rzucili się sobie w ramiona, zapominając w onej chwili wszelkich uraz, jakie między nimi wciąż tkwiły.

A po tej serdeczności panujących już każdy dał folgę swoim uczuciom.

Stoły zastawione gromadziły wszystkich,a przy wspólnej biesiadzie spełniło się życzenie wielu matek: córki ich znalazły zacnych rycerzy, którzy im przyrzekli miłość,cześć i opiekę dozgonną.

A między innymi Jakub Bobrownicki, puszkarz nad puszkarze, który nosił już mianochorążego, oprócz wielkiej miłości do armat, nabrał również wielkiego sentymentudla Żwajżgdy, która z rodzicami na tę uroczystość przybyła.

Król obdarzał znaczniejszych panów litewskich szatami, bisiorami i klejnotami, a już najhojniej narzeczonych. Rzekłbyś, niemonarcha wśród poddanych, lecz patriarchamiędzy liczną rzeszą swych krewniaków.

Aż oto Jaśko z Tarnowa przywiódł przedniego księcia Karola von Leuwardena i Salę.Król spojrzał na dorodną parę z upodobaniem i rzekł:

— Tej bojowniczce należy się wiele. Jejstaraniom zawdzięczamy życie wielu rycerzy, bodaj i jej gorliwości skłonność Żmudzido świętej wiary i dzisiejsze pojednanie.

I własnoręcznie włożył na jej palec sygnet z tak wielkim i czerwonym kamieniem,iż zdawało się, że zorze blasku zazdrościćmu będą.

— Ale ty, książę Karolu von Leuwardenie, nowy nasz poddany, musisz sobie zasłużyć na szczęście, jakie cię spotyka, jakoteż zasłużyć się nowej ojczyźnie.

Karol schylił głowę w ukłonie, a król mówił dalej:

— Nim odprawimy gody weselne, powieziesz do państw włoskich, a szczególniejdo potężnej a handlowej Wenecji, naszezawiadomienie o wielkim spełnionym akcie,to jest o unii w Horodle między Litwąa Polską.

Zaszczyt ten może nie w smak był Leuwardenowi, ubrał jednak w uśmiech twarzswą dorodną, a przykląkłszy na jedno kolano, rzekł:

— Dołożę wszelkich sił, ażeby godniespełnić rozkazy waszej królewskiej mości.

Król obdarzył go wielkim szczerozłotymłańcuchem ze znakiem Polski i Litwy,a zwracając się do podkanclerzego, polecił:

— Wasza miłość opatrzy naszego posławe właściwe ku temu papiery. — Potemrzekł do Witolda z uśmiechem: — Że tenposeł wkrótce powróci, jestem przekonany.

— Nie wątpię! — odparł książę, uśmiechając się przyjaźnie.

Bonifacjusz i Sienicha, również obdarzonadobrym słowem i datkiem przez monarchę,patrzyli ze łzami na swych ukochanych.

W niespełna pół roku Karol von Leuwarden wrócił niosąc odpowiedź dworów włoskich nader przychylną. Wyrażano zadowolenie z połączenia się dwóch narodów przezKrzyżaków prześladowanych.

Odpowiedź ta, a zwłaszcza odpowiedźWenecji wielce przemożnej i handlowej,a wchodzącej z Polską w przymierze, uradowała Jagiełłę. Podnosiła bowiem znaczeniePolski i Litwy wobec państw europejskich,a zarazem przedstawiała widomie Zygmuntowi Luksemburskiemu, że knowania jegoi zdrady nie mają już znaczenia.

Polska i Litwa urastały w potęgę, gdytymczasem Zakon był już w zgliszczach.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.