drukowana A5
28.28
Na zgliszczach Zakonu

Bezpłatny fragment - Na zgliszczach Zakonu


Objętość:
162 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0564-4

Goście

Na malborskim zamku byłobardzo ludno i gwarno jak chyba jeszcze nigdy od założenia tej wielkiej krzyżackiej siedziby. Cudzoziemskich rycerzy przybyła moc taka, że nie tylko Ulryk von Jungingen, mistrz Zakonu,od niedawna piastujący tę godność, ale najstarsi komturowie pamiętający rządy kilkujuż mistrzów, a też i braciszkowie tak wielkiej liczby cudzoziemskich gości nie pamiętali. Nie pamiętali i pospolitaki, i knechty,chociaż od lat dziecięcych Zakonowi służyli.

— Musi będzie wojna — ozwał się Biber,jeden z najstarszych knechtów, zajmującyobecnie stanowisko setnika, to jest przełożonego nad dziesiątym podwórcem.

— Oo!? — spytano go chórem ciekawie.

— Wojna, toć nie nowina — mruknąłFals, chłop młody, pociągając z wielkiejkonwi cienkusz, którym się wszyscy pokolei raczyli.

— Jeno z lekka, z lekka, bo czy wojna,czy nie, ty ciągniesz tak, że dla drugich nieostanie! — wołali inni, odciągając konewod chciwych ust Falsa.

Aż ten, nie mogąc podołać napastnikom,wypuścił z rąk konew, ale nabranym w ustanapojem parsknął na nich śmiechem, opryskując cienkim piwkiem jak rzęsistym deszczem. A kiedy poszkodowani ocierali sięrękawem, odgrażając, że mu nie darują,Fals, śmiejąc się, wołał:

— Jeszcze wam źle?! Od gębyście mi odjęli, a ja, żeby was nie uszkodzić, oddałemnawet to, co miałem w gębie!

Wtem dało się słyszeć gwałtowne kołatanie do głównej bramy i odgłos trąb oznajmujących nowych gości. Echo rozniosło jepo podwórcach i przerwało zabawę knechtów. — Przybywają nowi goście — mruknął Biber.

Ten i ów nadstawił uszu, zapominająco konwi, Fals zaś, skorzystawszy z zajęciasię czym innym towarzyszy, pochwyciłw ramiona wielką konew i usuwając sięz nią sprzed oczu zaciekawionych, myślał:

„Nadstawiajcie uszu, a ja tymczasem nadstawię gębę”.

Tak myśląc, łykał chciwie napój, zdążając jednocześnie do furtki prowadzącejna główny podwórzec.

I jego bowiem brała ciekawość, żeby zobaczyć nowo przybywających, nacieszyć sięwidokiem lśniących zbroi, rzędów na koniach i pokazać z dala pachołkom konewna dowód, że w murach zamkowych niezbraknie im napitku.

Ciężkie wrzeciądze wielkiej bramy, przywykłe do kilkakrotnego w ostatnich dniachotwierania się dla przybywających, lekko,bez najmniejszego zgrzytu się rozwarły.

Lecz jakież było zdziwienie Falsa, gdysurmy witające zwykle nowo przybywających umilkły, a na podwórzec wjechało kilkunastu zaledwie jezdnych. Odziani bylibez najmniejszych ozdób, nie znamionujących dostojeństwa ani bogactwa przybyłych.Jedyną osobliwością wśród tego nielicznegopocztu był młodzieniaszek, najwyżej latszesnastu, w połyskującej ciemną stalą półzbroiczce, którego inni z wielką czcią i uszanowaniem otaczali.

— Iii, miałem też po co biec i jeszczepiastować konew, nie nacieszywszy sięwprzódy jej zawartością — mruknął Fals.

To mówiąc stanął za rozwartą furtą podwórca, nachylił konew do ust szeroko rozwartych i łykał chciwie, jakby chciał wynagrodzić czas stracony.

Tak zaś był zajęty, że nie opatrzył się,gdy silna pięść spadła na jego plecy, a spadła tak potężnie, że aż zębami o wręby konwi zadzwonił i całą zawartość na siebiewylał. Stracił też równowagę i padł naodrzwia furty, a reszta nie dopitego cienkusza oblewała go rzęsiście.

— Żebyś się udławił! Żebyś nic nie miałw życiu, jeno ten ostatni łyk cienkiego piwa! — zawołał ten, który go tak po przyjacielsku przywitał. — Nie dość, że pijejak potwór morski, ale jeszcze sobie kąpielz piwa urządza! — dodał z wielkim oburzeniem, zaglądając do wnętrza konwi.

Zostało w niej jeszcze kilka łyków, którymi nie pogardził przybyły i wiernie doostatniej kropli wysączył. To zajęcie sięprzybysza smakowitym napitkiem pozwoliłoFalsowi oprzytomnieć, zerwać się i strząsnąć z siebie ociekające piwo.

— I żeby tak marnować dary boskie —westchnął oglądając się, kto go tak poczęstował. — Ba, nie kto inny, jeno ten kulas,Hilt — rzekł zbliżając się z podniesionąpięścią do pijącego.

Ale ten właśnie konew do szczętu wypróżnił, a obcierając dłonią usta, mówił:

— Nie z pięścią, lecz z wyciągniętą prawicą powinieneś przyjść do mnie — ozwałsię Hilt.

— Jak to? — spytał Fals, wytrzeszczającoczy.

— Przede wszystkim, żem ci przeszkodził w spełnieniu śmiertelnego grzechu, jakim jest łakomstwo i pijaństwo: po wtóre,żem cię uwolnił od konwi, za którą oglądająsię w podwórcu, a za którą zostałbyś przezBibera wtrącony do ciemnicy co najmniejna cały dzień o suchej gębie.

— Biber się zestarzał...

— Zestarzał się, ale niemniej z piwemjest w zgodzie, a obowiązki przełożonegonader pilnie sprawuje — przerwał Hilt.

Fals poskrobał się w gęstą czuprynę i leniwym krokiem od furty odchodził.

— Cóż ten bestia myśli, że ja próżną konew będę za nim nosił? — mruknął miłytowarzysz. Kopnął też z pogardą bezużyteczny sprzęt w tej chwili i krzyknął zaodchodzącym: — Dokąd się wleczesz, dokąd?!

Fals udał, że nie słyszy, i szedł dalej. Hiltzaś, jakby mu nagle przyszła jakaś myślszczęśliwa, uśmiechnął się i zabrał wzgardzoną konew. Szepnął też przy tym:

— Poczekaj, będziesz ty się miał z pyszna.

I kulejąc podążył za towarzyszem.

Wkrótce Fals stanął w drugim końcu dziesiątego podwórca, gdzie Biber powoli, nosowym, lecz donośnym głosem wykładał cośknechtom. Musiało to być coś bardzo ciekawego, bo wszyscy, porzuciwszy czyszczenie zardzewiałej broni, słuchali z wytrzeszczonymi oczami i otwartymi usty.

„Dobra nasza — pomyślał Fals — niespostrzegli, żem odszedł, a co więcej, żemzabrał prawie pełną konew”.

Tak myśląc, podniósł olbrzymi miecz,a wziąwszy w garść ubity włosień, udawał,że był zajęty czyszczeniem.

Ten zaś mówił:

— Wojna się szykuje, jakiej dotąd anioko nie widziało, ani ucho nie słyszało...

— Ale z kim? Z kim? — ozwały się głosy.

— Ciemni jesteście jak konew winem napełniona — oburzył się setnik. — Toć niez kim innym, jeno z Polską.

— A przecież powiadaliście niedawno, żezawarto z nią pokój — ozwał się Hilt, któryzdążył przybyć na ostatnie Bibera wyrazy.

— Głupiś — huknął tenże. — Pokój jestdlatego, żeby nowych sił nabrać i rozpatrzyćsię, co dalej czynić, nie zaś dlatego, żebygo utrzymać.

— A czy to w onej Polsce są pogany? —ozwał się któryś z młodszych knechtów.

— Widzieliście głupiego! — zaśmiał sięBiber. — Czy ty ksiądz, żebyś się pytał, czypogany, czy chrześcijany? — mówił dalej. —Przecie tu nie o chrześcijaństwo chodzi, aleo rozszerzenie granic i potęgi naszego zakonu — mówił z pewną wyższością setnik. — Gdy pokonamy Polskę, tego ich królaJagiełłę, Litwina, co rozsiadł się na troniepolskim i bruździ we wszystkim, to i z Litwą, i Żmudzią łatwo się będzie uporać. Ba,i tamte het, kraje dalej będą do nas należeć — mówił Biber z taką pewnością, jakgdyby najtajniejsze sprawy Zakonu były mudokładnie wiadome.

Puszył się też z tych swoich wiadomości,jakby co najmniej był poufnym wielkiegomistrza i na naradach zasiadał. Był ci onwprawdzie ulubieńcem wielkiego mistrza,Ulryka von Jungingena, i będąc w jegosłużbie podczas oględzin ziem zajętych, przysłuchiwał się rozmowom i stąd ta jego pewność i opowiadanie.

Przysłuchiwano się też opowiadaniom,każdy jakieś wtrącił słówko, korzystającz łaskawości setnika, jeden tylko młody,dziarski knecht, zwany Jakubem, nie wtrącił ani słówka.

Wsłuchiwał się wszakże ciekawie i twarzrozognioną i oczy błyszczące na mówiącegopodnosił.

I Fals wsłuchiwał się jak inni. Otworzyłnawet usta, bo i jego to opowiadanie zaciekawiło. Nagle pociemniało mu w oczach,uczuł ciężar na głowie, ale jednocześniewchłonął w siebie ulubiony zapach piwa.

Śmiech się rozległ dokoła, śmiech podobny do dzikich bestii, gdy znajdą się nadcielskiem upolowanej ofiary i radość swąrykiem objawiają.

Jeden Biber się nie śmiał, a powiódłszyzgorszonym okiem, szukał przyczyny tejnagłej wesołości. Postrzegł też zaraz sterczącą do góry dnem konew na głowie Falsai z całej siły krzyknął:

Tausend Teufel! Dawajcie mi tegołotra!

Fals, uczuwszy na głowie ciężar i wońprzyjemną, domyślił się, że to Hilt tak musię przysłużył. Usłyszawszy zaś śmiech, nieczekał, aż się przyczyna onego wykryje,jeno schwycił ze swojej głowy konewi wtłoczył ją z nadzwyczajną szybkością nagłowę najbliżej stojącego towarzysza. Tenuczynił to samo sąsiadowi, który ustroił niądrugiego, i tak dalej, i dalej. Konew przechodziła z jednej głowy na drugą. Śmiechwzrastał, dowcipy i przekleństwa jak gradleciały, a Biber wśród ogólnego zamieszanianie mógł dojść, kto był pierwszym sprawcąurządzonej naprędce krotochwili. Aż przyłapał w końcu Hilta, który śmiejąc się wrazz innymi, ani spostrzegł, gdy go w ten niezwykły hełm ustrojono.

— To wtedy gdy ja opowiadam o wielkości naszego zakonu, ty mi będziesz wychylał piwo przeznaczone dla wszystkichi stroił się w pustą konew?! — wrzeszczałna całe gardło przełożony dziesiątego podwórca, płazując plecy Hilta zardzewiałym,złamanym mieczem.

Hilt, oswobodzony z przygodnego hełmu,sumitował się, że ani łyka piwa nie wypiłi zgoła nie wie, kto go w konew ustroił,ale Biber nie słuchał jego wymówek, jenowypłazowawszy doskonale, zagroził:

— Jak mi raz jeszcze nie będziesz pilnował służby, jeno uganiał się za konwiąi żarty stroił, pójdziesz na cały dzień dociemnicy o suchej gębie.

Fals tymczasem z najzimniejszą krwią rozpowiadał:

— Wzięła mnie taka ciekawość, gdymusłyszał gwałtowne kołatanie do głównejbramy, żem chyłkiem podsunął się do furty.

— I cóż? I cóż? — zapytano dokoła.

— Iii... Nie warto było zachodu — odrzekłz lekceważeniem.

— No?

— Ani my uciechy, ani tamci pożytkuz przybyłych nie będą mieli.

— Przecie... — nalegano.

— Powiadam wam, wjechało kilkunastupowszednio odzianych, a na ich czele jakiś,co wyglądał raczej na pachołka.

— Eee?

— Przecie spodziewano się znakomitychgości? — ktoś zapytał.

— Jużci, nie tylko że był mizernie odziany, ale dałbym szyję, że to młokos jakiś —upewniał Fals.

— Ba, toć Zakon na młodych łasy! —rzucił ktoś ze słuchających.

— Młodych, ale i możnych — dodał inny.

— Może to jakiego Polaka lub Litwinaprzywiedli? — rzucono domysł.

— A może królewskiego lub książęcegosyna wzięto z Polski w niewolę? — rzuciłFals z tajemniczą miną.

I na tym tle poczęto snuć rozmaite domysły. Nawet Biber mówił swoim nosowymgłosem:

— Nie chybi, jeno król polski dowiedziawszy się, że mistrz nasz szykuje nańnową wyprawę, przysłał jednego ze swoich,żeby zawrzeć ugodę.

— A że przeczuwają, że bez okupu najprzewielebniejszy mistrz Ulryk nie zaniechawojny, przysłali umyślnie biednie odzianych,żeby jak najmniej powinnej daniny zapłacić... Oho, znam ja ich! — dodał z pewną niechęcią.

— I ja ich znam — ozwał się jakiś przyciszony głos spomiędzy pachołków.

Ale głos ten brzmiał butnie i wcale niebył podobny do lekceważenia.

Zawód

Tymczasem jeden z owegoniepokaźnego pocztu szedł śmiało do głównej sieni zamku, nie pytając zgoła nikogoo pozwolenie.

Śmiałość, z jaką sobie poczynał, torowała mu drogę,na podsieniu dopiero zastąpił mu Frydrych von Ulmen, który, jakomarszałek dworu wielkiego mistrza, miałobowiązek spotykać przybyłych gości i o ichprzybyciu wielkiemu mistrzowi oznajmiać.

Niepozorna odzież wchodzącego na podsienie, jako i poczet, stojący w głębi podwórca, wywołały nie tylko zdziwieniena oblicze Frydrycha, ale wprost niezadowolenie, a nawet zgrozę, że śmiałek wchodzi samopas w uprzywilejowane podwoje.Zmarszczył więc Frydrych brwi krzaczastei już miał wybuchnąć gniewem, gdy przybyły oddając dworny, rycerski ukłon, rzekłcoś przyciszonym głosem.

Wymówione wyrazy podziałały jak dotknięcie czarodziejskiej różdżki. Twarz Frydrycha rozpogodziła się, groźne spojrzeniezamieniło się w błysk oczu radosny. Spodrudego zarostu wyjrzał uśmiech pełnyuprzejmości. Słowem, cała postać zacnegomarszałka oznaczała wielkie zadowolenie,jak gdyby nagle padł promień słońca, rozjaśniający zasnute chmurami przestworze.Zgiął też w ukłonie swą potężną postać,z tym ukłonem zbiegł szybko ze schodówpodsienia i skierował się wraz z przybyłymku niewielkiemu, szczupłemu rycerzowi,który nie zsiadając z konia, w otoczeniuswego nielicznego orszaku rozglądał się poobszernym podwórcu i przypatrywał grubym, wspaniałym murom krzyżackiej siedziby.

Frydrych, idąc śpiesznie, nie zapomniałzadąć w niewielką trąbkę wiszącą muu pasa.

Głos rozszedł się przenikliwym, donośnymdźwiękiem; tak donośnym, iż dziwić sięnależało, że tak mały instrument wydawałtak przeraźliwe, długo nie milknące brzmienie.

Głos trąbki rozległ się po całym podwórcu, w najodleglejszych jego zakątkach; przeniknął też znać przez grube mury, bow wielkiej sali zrobił się rumor i huk jakbyprzewróconej nagłym ruchem ławy.

To Ulryk von Jungingen w swojej własnej osobie na dosłyszany dźwięk trąby marszałka wstawał z swego wywyższonegosiedzenia, które przewrócił na kamiennąposadzkę wielkiej sklepionej sali.

Ci, co byli bliżej, spojrzeli po sobie, a sędziwy Henryk Leuchter, komtur Elbląga,siedzący najbliżej mistrza, szepnął do swegosąsiada, Antona Ludwigsburga:

— Nie szczęści się dziś wielkiemu mistrzowi: przed chwilą oderwało się ucho odpucharu, gdy go niósł do ust, teraz przewrócił się jego stolec mistrzowski.

— Zły to omen, zły — mruknął Anton.

Dalej siedzący nie zwrócili uwagi ani nadźwięk sygnału danego przez Frydrycha, anina przewrócenie się ławy mistrzowskiej, anina opuszczenie przez niego biesiady, wszyscy bowiem byli zajęci wypróżnianiem wielkich pucharów i rozmową o wielkiej wyprawie, jaką mistrz Ulryk przeciw Polsceobiecywał.

Ku temu właśnie zaprosił liczne gronorycerzy, przedstawił swoje plany posunięciaswoich granic na wschód, a ku temu wojnęz Władysławem Jagiełłą. Mówił też wciążprzybyłym:

— Polska to kraj ludny i bogaty, madzielnych wojowników; prócz więc sławyz ich pokonania, weźmiemy łupy w ludziach,rzędach, koniach i rozmaitych bogactwach.

„A też i ziemi można będzie szmat sobieuszczknąć” — myślał niejeden z niemieckich rycerzy, mający tak niewielką jej ilość,że częstokroć na wyżywienie przybocznegoorszaku i psiarni nie wystarczała.

Wielki zaś mistrz, wyszedłszy z biesiadnej izby, na chwilę zatrzymał się w sieni,jakby się namyślał. Po chwili szepnął cośjednemu z pachołków będących zawsze narozkazy.

Zauważył znać, że spotykanie osobiścieprzybyłych ubliżałoby jego godności, skierował się do izby sklepionej, wspartej najednym tylko filarze, imponującej swojąpowagą, prostotą i zawieszonymi trofeamizdobytymi na licznych wyprawach.

Tu siadł w głębi na wywyższeniu, kazałna siebie zarzucić płaszcz z białym krzyżem, oparł się na mieczu, przybrał wyraztwarzy stosowny do swojej wielkości i patrząc na drzwi wchodowe, z niecierpliwościąoczekiwał przybycia gościa.

Jednocześnie z dziesiątego podwórca wybiegł do furty, przy której widzieliśmy Falsa,młody knecht i ukrywszy się we wnęcemuru, przypatrywał się przybyłym, łowiącuchem ich rozmowę.

Po chwili potrząsnął głową, westchnąłi szepnął w sobie:

— Nie, nie. Nie oni.

Zawrócił do wnętrza swego podwórza i zajął się przerwanym czyszczeniem miecza.Na twarzy jego młodzieńczej malowało sięuczucie nieokreślone. Był to jakby doznanyzawód, a zarazem pewne zadowolenie, z którego młodzian sam sobie może nie umiałzdać sprawy.

Oblicze wielkiego mistrza mieniło się również rozmaitymi uczuciami. Obok wieczniegoszczącej pychy, wypełzała jeszcze chytrość, a zarazem radość z dopięcia wielkiegojakiegoś zamiaru. Układał też znać powitalne wyrazy, bo usta jego poruszały się szeptem, lewa ręka, spoczywająca na poręczysiedzenia, wykonywała palcami najrozmaitsze ruchy, prawą zaś gładził krótką, rzadkąbrodę lub wyciągał przed siebie, jakbywskazywał ułożone przez siebie plany.

Zajęty tymi myślami nie liczył ubiegających chwil. A ubiegło ich niemało, nim gośćzrzucił zbroję i zapylone drogą obuwie.

Nareszcie Frydrych von Ulmen wszedłi uroczystym głosem oznajmił:

— Jego książęca mość Karol, książę naNiderlandach, Fryzlandii i innych posiadłościach nadmorskich.

Wszedł też zaraz młodzieniaszek o wątłej,lecz szlachetnej postawie. Bez zbroi i hełmuzdawał się jeszcze mniej okazałym, niż gdysiedział na koniu w pełnym rynsztunku.Twarz szczupła, blada, nie ozdobiona jeszczezarostem, długie, jasne włosy, wejrzeniebłękitnych, łagodnych oczu dawały mu pozór raczej natchnionego trubadura niż rycerza.

— Witaj, Karolu, książę Niderlandówi Fryzlandii. Witaj, najdostojniejszy a dawno oczekiwany gościu — ozwał się Ulryk,szukając wzrokiem przybyłego.

Odległość bowiem, w jakiej stanął, i wyniosłe sklepienie izby czyniły go jeszczemniejszym i niklejszym.

Frydrych, mimo odległości, na jakiej znajdowały się drzwi wchodowe od wielkiegomistrza, uchwycił bystrym okiem wzrok jego, uśmiechnął się też ironicznie, jakbychciał powiedzieć:

— Ów najdostojniejszy wygląda raczejna pachołka niż na udzielnego księcia ziemrozległych.

„A może to i dziedzictwo podobne doosoby?” — pomyślał w sobie.

Karol zaś posuwistym krokiem, dotykająckamiennej posadzki lekkim obuwiem z nadto długimi, spiczastymi nosami, zbliżył siędo wielkiego mistrza, a przyłożywszy prawądłoń do serca, skłonił się dwornie i mówił:

— Składam należny hołd wielkiemu mistrzowi, a Zakonowi całe moje dziedzictwoi wszelką majętność, błagając waszą miłośćo przyjęcie mnie do Zakonu i policzeniemiędzy rycerzy krzewiących wiarę świętąi stających w obronie krzyża.

— Życzenie wasze, najmiłościwszy książę, będzie spełnione, lecz nim odbierzemyprzysięgę i pasować was będziemy na rycerza, rozgośćcie się w naszej ubogiej siedzibie i odpocznijcie po trudach podróży.

— Podróż mnie nie umęczyła. Chęć jaknajszybszego otrzymania z rąk waszychprawa służenia w obronie krzyża Chrystusowego i pokonywania niewiernych dodawała mi siły i niweczyła wszelkie trudy —mówił młodziutki książę z zapałem, wznosząc oczy ku wysokim sklepieniom izby,jakby szukał tam znaku, w którego obroniepragnął walczyć.

Lecz sklepienie wiążąc misternie zakończone łuki, przedstawiało jeno chłodną potęgę, nie dając żadnej otuchy, przeniósł więcwzrok na wielkiego mistrza i spotkał sięz krzyżem czarnym, nakreślonym na jegopłaszczu. Pierś młodzieńca podniosła sięwestchnieniem, Ulryk zaś mówił z pobłażliwym uśmiechem:

— Wszystko jest przygotowane na tęwielką uroczystość. Wszelako musicie, najmiłościwszy książę, zapał wasz powstrzymać, póki nie zwołamy rady i dostojników,ażeby byli przytomni waszej przysiędzei pasowaniu na rycerza Zakonu — zakończył wielki mistrz z wielką godnością, dającjakiś znak porozumiewawczy swemu marszałkowi.

Ten, postąpiwszy kilka kroków, skłoniłsię przed gościem i rzekł:

— Pozwoli wasza książęca mość, że muwskażę jego siedzibę.

Karol westchnął poddając się wyrokowiprzyszłego przełożonego. Skłonił przed nimgłowę i cofając się wyszedł do obszernejsieni.

Frydrych powiódł go po szerokich kamiennych schodach, a otworzywszy zarazpierwsze drzwi na prawo, rzekł z ukłonem:

— Oto jest mieszkanie waszej książęcejmości... — I zatrzymawszy się nieco, dodał: — Protektora i przyszłej ozdoby naszego zakonu.

Znalazłszy się jednak za drzwiami,uśmiechnął się sam do siebie, splunął i rzekł:

— Na pozór niewart garści kłaków!

Ulryk po odejściu gościa wykrzywił również pogardliwym uśmiechem swe szerokieoblicze, rzucił płaszcz stojącym za jego plecami pachołkom, a idąc ku drzwiom leniwym krokiem, myślał:

„Śmierdziel, gołowąs... Chociaż z książątpanujących, diabli wiedzą, co z niego zapożytek i co pod tą układną postaciąkryje...”

Zastanowił się chwilę i miast wyjśćz komnaty, zawrócił ode drzwi i szedł napowrót wolnym, ociężałym krokiem, jakbysię nad czymś namyślał.

Mówił też w sobie:

„Myślał, że zaraz zaczniemy psalmy śpiewać. Cóż on sobie myśli, ten chłystek, żejesteśmy pustelnikami lub klechami, odprawiającymi wieczne praktyki? Ale mniejszao niego. Jeżeli zrzecze się swego dziedzictwa, przybędzie nam duży szmat ziemi nadmorzem, otworzy drogę na zachód i da nową podstawę potędze naszego zakonu” —zakończył.

I szybkim już krokiem opuścił komnatę.

W sieni znów się zatrzymał nasłuchując,czy go jakie słówko nie dojdzie z biesiadnej komnaty. Lecz dochodziły go tylko pijane, chrapliwe, zmieszane w jeden wielkigwar okrzyki.

— Piją, niech piją! Wkrótce żłopać będąkrew polską! Weźmiemy obszerne ziemiei zdepczemy tego dumnego polsko-litewskiego króla, a całe to podłe plemię u stópswoich ujrzymy!

To mówiąc, uderzył nogą o kamienną posadzkę, jakby już widział tysiące głów schylonych przed sobą i na ich karkach stawiałciężką swą krzyżacką stopę. Po czym zamienił słów kilka z powracającym od dostojnego gościa Frydrychem, przy czym obajrozchodząc się w dwie różne strony, mieliwielce pogardliwe, pełne niezadowoleniaoblicza.

Tymczasem młodziutki książę na Niderlandach i Fryzlandii, rozejrzawszy się pokomnatach oddanych mu przez Zakon, rzekłdo oczekującego nań Bonifacjusza z Groning, wiernego sobie piastuna i opiekuna:

— Nie zaraz odbędzie się tyle przezemnie upragniona uroczystość.

— To dobrze. Wasza miłość zmęczony.Przed tak ważnym krokiem trzeba wypocząć... i... ostatecznie rozważyć... — rzekłBonifacjusz.

— Och, wiesz dobrze, stary i jedyny przyjacielu, żem wszystko już dokładnie rozważył — odparł książę.

I stanął we wgłębieniu wąskiego okna.Okno to wychodziło na dziesiąty podwórzec.Książę rozglądał się, chcąc nasycić się widokiem wielkości i potęgi Zakonu, którąznać było w grubych niezwykle murachzamku, licznych podwórcach, zaułkach, kręcącej się wszędzie służbie, z dala widniejących nasypach i fosach okalających tę wielką obronną siedzibę krzyżacką. Ale znać towszystko nie zadowalało przybyłego rycerza, wzrok jego bowiem na żadnej z tychoznak krzyżackiej potęgi dłużej się nie zatrzymał.

Słońce czerwcowe ozłacało grube mury,kładło wielkie złociste plamy na podwórcach, wdarło się nawet we wgłębienie wielkiego okna i ozłociło jasną głowę zamyślonego Karola.

A on, jakby niezadowolony z widoku,z jakąś nudą czy zawodem na twarzy patrzył i patrzył, przenosząc wzrok z murówi wież obronnych na fosy i nasypy, to znówna ludzi krzątających się i przenoszącychwyczyszczoną broń, mieniącą się i lśniącą,przerażającą swoją ostrością. I miasto zadowolenia z osiągnięcia upragnionego zamiaru, coraz więcej na jego młodzieńczymobliczu siadało rozczarowania. Nagle wzrokjego się rozjaśnił. Rozjaśnił i spoczął naramieniu krzyża pławiącego się w krwawozłotym świetle zachodu słońca. Książę wyciągnął ku upragnionemu godłu dłonie,a usta jego z wielką gorącością szepnęły:

— Pod godłem twoim, o Chryste, pragnęwalczyć i cześć męki twej i nauki szerzyć!

W tej chwili rozległ się dzwon. Dzwongruby, chrapliwy, nie przynoszący ukojeniai błogości, lecz rozkaz.

Ludzie na ten głos, pełni radości i śmiechu, gwałtownym ruchem zbierali oczyszczoną broń, rozwieszoną na długich drągachodzież, rzędy na konie, zataczali walce, którymi równali ziemię podwórca, wyprzęgalikonie; słowem, kończyli pospiesznie całodzienną pracę.

Nie widać było wszakże skupienia, wzniesienia się ducha i ciszy, jakie, wedługmłodego księcia, głos dzwonu powinienbył wywołać. Owszem, przytłumiony gwari śmiechy wznosiły się z każdego zakątka,rozbijając się chrapliwym echem o potężnemury zamku.

Lecz młody przybysz wciąż nasłuchiwał,rozchylone jego usta czekały jakiegośdźwięku, który mógłby się połączyć z głosem wychodzącym z jego piersi przepełnionej wielką ekstazą. Wtem miasto owegogłosu doleciał jego uszu śmiech, śmiechchrapliwy, pijany, dochodzący z wielkiejbiesiadnej sali. Młodzieniec ze wstrętem cofnął się we wgłębienie okna, a dojrzawszystojącego opodal Bonifacjusza, z dziecięcymuczuciem padł na jego piersi, jakby chciałna nich uchronić się od coraz chrapliwiejrozchodzących się głosów.

Stary przyjaciel, który wciąż patrzył nastojącego w oknie księcia, jakkolwiek niewidział twarzy swego ukochanego wychowańca, domyślał się snadź jego uczuć, boobjąwszy go ramieniem, koił jak matkadziecię doznające jakiegoś strasznego zawodu.

Jednocześnie spod muru podwórca odchodził młody knecht krzyżacki, wlokąc za sobą miecz ciężki, przez długi czas w stojącegow oknie gościa wpatrywał się ciekawie.Odchodząc zaś, szepnął znów sobie:

„Nie, nie! Ale kto to?...”

Uroczystość

Karol von Leuwarden był pokądzieli potomkiem KarolaWielkiego, pochodził z liniiburgundzkiej i miał prawodo Niderlandów i Fryzlandii.Zatargi wszakże, jakie podczas jego małoletności w tych krajach panowały, zatruwałymu życie i zniechęcały do rządów wśródbezustannej walki z innymi książętami. Doszedłszy lat szesnastu, to jest wieku, w którym panujący uznawani są za pełnoletnich,postanowił poświęcić się życiu zakonnemu.Że zaś w owym czasie sława Krzyżaków,rozgospodarowanych nad Wisłą, szeroko nacałym zachodzie rozbrzmiewała, jako pogromców pogan, postanowił zapisać się dotego Zakonu.

„Służyć Bogu, a zarazem być rycerzem,to najszlachetniejsze powołanie — myślałsobie młody entuzjasta. — Niech Zakon weźmie wszystkie moje ziemie i bogactwa,niech ich użyje na rozkrzewianie wiaryświętej” — myślał dalej marzyciel.

I nosząc się z tymi myślami, wysłał z oznajmieniem swych zamiarów do Malborka.Że zamiary te były nader skwapliwie przyjęte, widzieliśmy z gorącego oczekiwaniatak hojnego gościa. Przybywał on właśniew chwili, gdy Ulryk von Jungingen zgromadził liczne rycerstwo i wybierał się na podbój ziem Polski.

„Te ziemie, leżące na południe od ziemnaszych, rozciągające się po obu brzegachWisły aż do jej źródła, z prawa nam się należą — myślał Jungingen. — Nie rozumiemnawet, czemu poprzednicy moi pozwoliliwrogim nam plemionom lackim na tych ziemiach się rozpanoszyć. Czemu bawili sięw jakieś układy — myślał dalej z oburzeniem. — Było to niedołęstwo Zakonu. Tak,niedołęstwo. Do mnie należy ten wielki błądich naprawić — zakończył z silnym postanowieniem, uderzając nogą w posadzkę, według swego zwyczaju. — Po zawojowaniuziem polskich z Litwą łatwo się uporamy.Gdyby nie Jagiełło, ten polsko-litewskiwładca, ta kukła w rękach swych doradców,dawno bym się z Witoldem uporał i Litwęmiał pod swoimi stopami — myślał znówpo chwili. — Szczęście samo nam w ręcewchodzi — mówił dalej sam w sobie. —Kraje nadmorskie z Fryzlandią otwierająnam handel, a z nim panowanie nad zachodem. Prawda, między naszymi posiadłościami nad Wisłą a Niderlandami jest jeszcze szmat ziemi, ale i temu się poradzi...Pomorze, Świecie — nasze. Ludy, dzielącenas od Niderlandów, same z siebie musząpotędze naszej ustąpić”.

— I to wszystko Zakon mnie zawdzięczaćbędzie, mnie, Ulrykowi von Jungingenowi! — mówił, wskazując dłonią na piersi,podnosząc głowę i prostując swą rozrosłąpostać. — Imię Ulryka von Jungingena słynąć będzie po całym świecie, a sława mojadaleko w przyszłość zasięgnie.

— Wszystko już do uroczystości przygotowane, radni Zakonu, a też rycerze cudzoziemscy zasiedli już ławy w kościele,oczekują jeno ukazania się waszej miłości —przerwał te rozkoszne marzenia głos marszałka.

Ocknął się z swych marzeń Jungingen,ocknął z pewnym niesmakiem. Sarknąłnawet:

— Ach, ten mydłek, śmierdziel! Będzienas zanudzał swymi ascetyczno-rycerskimipragnieniami. No, ale i z nim się prędkouporamy. Od czegóż wojna z Polską! — zakończył.

I przyoblókłszy oblicze w stosowny dookoliczności wyraz, szedł śpiesznym krokiem przez długie krużganki, łączące zamekz kościołem.

U wejścia czekało na niego sześciu urzędników, niosąc tarczę, buławę zakończonąkrzyżem, czapkę w kształcie hełmu i płaszczbiały, odmiennego od innych kroju. W tymotoczeniu przeszedł przez kościół z stosownym wyrazem twarzy. Na lekką, krótkązbroiczkę zarzucono mu płaszcz, oddanoberło, postawiono tarczę i Ulryk zasiadł namiejscu dla wielkich mistrzów przeznaczonym, miejscu, na którym od lat trzech, tojest od chwili swego obioru, jeszcze niesiedział.

Blade światło lampek i świec woskowych,rozstawionych na ołtarzu świątyni, gasiłzłoty promień czerwcowego słońca, wdzierający się przez wąskie okna.

Twarze wysokiej rady Zakonu, najznakomitszych komturów, jako i twarze rycerzy,nie wypoczęte jeszcze po długiej w noc pijatyce, nie mogły się również dostroić douroczystości. Przedstawiały nudę. Usiłowanie pokonania rozszerzających się ust doziewania wprawiało lica w jakiś skurcz, nadając im wyraz wprost wstrętny.

Niejeden też pytał ze zdziwieniem:

— Co to za uroczystość?

— Miał nas prowadzić po zdobycze,a wprowadza do ubogiej świątyni.

— Nie przybyliśmy przecie, aby byćświadkami obłóczyn zakonnika!

Szemranie to było uzasadnione.

Nie tylko bowiem cudzoziemscy rycerze,lecz żaden z braci, żaden z wysokich urzędników Zakonu nie pamiętał takiej uroczystości. Wstępowali do Zakonu na mocykrótkiej przysięgi, a raczej zobowiązania.Przyjmowano każdego, kto się wielkiemumistrzowi wydawał, że będzie dla Zakonupożyteczny. Swoboda zaś obyczajów, życiedostatnie, częste walki i łupy pociągałytłumy ludzi, po największej części Niemców,szukających w owym czasie przygód, a nieprzebierających w środkach ich znalezienia.

Przysięga, wprowadzona po wojnach krzyżowych podczas powstawania Zakonu w XIIwieku, została zupełnie zaniechana. Zresztą,nie było teraz prawie rycerzy-zakonnikówsłużących Najświętszej Maryi Pannie i świętemu Jerzemu, byli tylko rycerze Zakonu,noszący godło krzyża, rozgłaszający szczytne powołanie jego obrońców. Uroczystośćtę Ulryk postanowił wznowić: raz, że widział w młodym księciu odmienną odwszystkich naturę; po wtóre, iż z odebraniem przysięgi utrwali panowanie nad przyobiecanymi mu ziemiami.

Ten zaś, dla którego tę uroczystość urządzono, gotował się do niej z całą gorącościąi zapałem młodzieńczym. W tej właśniechwili szedł w otoczeniu urzędników Zakonu i komturów, obok niego szedł komturz Elbląga, Henryk Leuchter. Siwy był i znaćna barkach jego dużo już lat spoczywało.Przypomniał sobie chwilę, kiedy mając latczternaście, był główną osobą takiej uroczystości, i twarz jego przybrała jakiś błogiwyraz, który wszakże znikł w tej chwili,a dziwny, nieokreślony uśmiech siadł najego pomarszczonym obliczu. Spojrzał spodoka na idącego obok młodzieńca i jeszczewięcej się uśmiechnął.

Szli przez dziesiąty podwórzec, który łączył zamek z kościołem. Knechci pod dozorem Bibera, w odświętnych niebieskich kaftanach z krzyżem czarnym wyszytym napiersiach, stali w dwóch szeregach, międzyktórymi młody książę przechodził.

Najciekawszym wszakże okiem wpatrywałsię w niego młody knecht, który tak sięzapomniał, że wystąpił z szeregu, aby sięlepiej gościowi przypatrzyć.

— Jakub! — rozległ się gromiący głosBibera, a Fals, będący najbliżej, uszczypnąłgo przez bufiasty rękaw kaftana.

Ale Jakub, jakby nie słyszał i nie czułdanego znaku, jeno wyciągnąwszy szyję,zawiesił wzrok swój na twarzy młodegoksięcia. A wzrok to musiał być wielce natarczywy, bo Karol podniósł oczy i spotkałsię z wejrzeniem knechta. I oto dwaj młodzieńcy zajmujący tak różne stanowiskauśmiechnęli się do siebie przyjaźnie.

Książę wczoraj już zauważył wlepionyw siebie wzrok młodego knechta, a znaćtwarz ta zrobiła na nim miłe wrażenie, bodziś powitał ją jak znajomą.

Knecht zaś, stanąwszy na swym miejscu,szepnął znów swoje:

— Nie, nie!

I odetchnął, jakby mu kamień spadłz serca. Wtem ozwały się dzwony. Najpierwjeden, zwykły, zwołujący na nabożeństwo,potem po kolei odzywało się coraz więcej.Spiżowe tony przepełniały przestworze, strasząc lud, gęsto koło zamku i miasta Malborka osiadły. Dzieci, miast wybiec nadrogę na odgłos tych dzwonów, tuliły siędo matek, a ludność cała chyłkiem zamykała wrota, kryjąc się do swoich siedzib.

Dźwięk tych dzwonów wywarł równieżnieokreślony lęk na tego, którego uroczystość ogłaszały. Młody książę, wszedłszydo kościoła, nie doznawał tego błogiegouczucia, jakiego się spodziewał. Owszem,lękiem i niepokojem zadrgało jego serce.Z tym wszystkim ukląkł na wskazanymsobie miejscu, na wprost wielkiego mistrza,w takiej odległości, ażeby mógł słyszeć jegosłowa.

Ulryk zaś pytał:

— Karolu von Leuwardenie, książę Niderlandów, Fryzlandii i wielu ziem nadmorskich, czy pragniesz wejść do przemożnegoZakonu Krzyżaków?

— Pragnę! — odrzekł dźwięcznym głosemmłodzieniec.

— Nim wykonasz ostateczną przysięgę,dowiedz się najpierw, jakie są obowiązkiwstępującego — ozwał się Ulryk. Po chwilizaś, powiódłszy okiem po zebranych, mówił: — Jeżeli mniemasz mieć w tym zakoniespokojne i przyjemne życie, jesteś w wielkim błędzie, bo właśnie kiedy chcesz jeść,to musisz pościć; kiedy chcesz pościć, tomusisz jeść; kiedy chcesz spać, musisz czuwać; a kiedy chcesz czuwać, musisz spać.Od żadnej też posługi rycerskiej wymawiaćsię nie możesz, a zawsze iść tam, gdzie cikażą. Musisz ojca, matkę, siostrę, braci,przyjaciół niżej postawić, a spełniać jenoto, czego dobro Zakonu wymaga. Za towszystko Zakon ofiarowuje ci jeno chlebi wodę, skromny habit i zbroję rycerzai niczego więcej domagać się nie możesz,bo tak twoja osoba, jak i wszelka twojamajętność, jest własnością Zakonu!

Tak rycerze przybyli w gościnę, jak rycerze stowarzyszeni z Zakonem, z wielkąuwagą słuchali przemowy Ulryka. Żadenz nich bowiem o tych obowiązkach i ścisłej regule nie słyszał. Po wszystkich teżtwarzach przebiegło zdziwienie, zastąpionewkrótce szyderczym uśmiechem, przechodzącym w powstrzymywany śmiech, który,zdawało się, lada chwila wybuchnie głośnąwesołością. Nawet sędziwy Henryk, komtur ze Świecia, który przez chwilę wróciłmyślą do składanej przez siebie przysięgi,nie mógł powstrzymać się od sarkastycznego a pogardliwego uśmiechu.

Ulryk wszakże umiał utrzymać powagęchwili i dalej głosił rotę przysięgi:

— Przyrzekam i ślubuję, że czystość myśli i ciała zostanie jednym z mych przymiotów; będę posłuszny Bogu, a potem mistrzowi Zakonu podług reguły i obyczajutegoż Zakonu; a chcę być posłusznymi wszelkie jego rozkazy wypełniać aż dośmierci.

Przysięgę tę powtarzał z wielkim przejęciem młody książę, a obecni szeroko rozwarli oczy ze zdumienia, dając sobie znakinawzajem, jakby się pytali: co to znaczy?

Jeden tylko Bonifacjusz równie był przejęty, jak i przysięgający. Twarz jego wyrażała boleść, zdawało mu się bowiem, żetraci ukochanego wychowańca, którego jakwłasnego syna umiłował.

Tymczasem przeznaczeni ku temu szatniZakonu obnażyli prawe ramię Karola, a wielki mistrz uczynił na płask mieczem znakkrzyża, mówiąc:

— Oto jesteś prawym rycerzem Zakonu.Używaj tego miecza na pokonanie pogani wszystkich nieprzyjaciół Zakonu.

Po czym włożono nań zbroję, hełm z kruczym piórem, dano w lewą dłoń tarczę,w prawą miecz, a Henryk Leuchter, jakonajstarszy z całego zgromadzenia, wziął gopod rękę i podprowadził do wielkiego mistrza. Ten zsunął mu hełm z głowy, położyłdłoń na jego czole, mówiąc:

— Witaj, rycerzu!

Dzwony, które na chwilę umilkły, zagrałyznowu drgającym dźwiękiem. Karol, książęna Niderlandach i Fryzlandii, opuszczałświątynię, prowadzony przez samego wielkiego mistrza, z którego ramion wlókł siępłaszcz biały, czarnym nakreślony krzyżem.

Rycerze cudzoziemscy, jako i rycerze Zakonu przybyli z Marienwerder, czyli Kwidzynia, z Elbląga, Torunia i innych miast,które Krzyżacy na ziemi pruskiej jako swązdobycz zajęli, opuszczali również tłumnieświątynię. Gwar ich, rozmowy i śmiechyprzepełniły wkrótce nie tylko główny podwórzec, lecz i wszystkie jego zaułki.

Gwar ten niemiłe sprawiał wrażenie namłodym adepcie. Był to jakby zgrzyt zardzewiałego żelaza, kaleczący jego podniosłeuczucia.

Gdy przechodził przez dziesiąty podwórzec, wzrok jego spotkał się znów z wzrokiem młodego knechta, który z jakimś szczególnym wyrazem patrzył na niego, jakbyoczekując przyjaznego wejrzenia. I uśmiechnęli się znów obaj.

A był to jedyny uśmiech, jaki przewinąłsię dnia tego po ustach młodego rycerza.

Kobiałki z jagodami

Jakkolwiek dzwony wielkiejuroczystości w zamku krzyżackim nie czyniły miłegowrażenia, a ludność miejskai okoliczna kryła się, żebynawet dźwięku ich nie słyszeć, znalazły się wszakżetak odważne istoty, którepodszedłszy pod same mury, wsłuchiwałysię pilnie, jak gdyby chciały przeniknąć,co dzwony te głoszą.

Były to dwie niewiasty ubrane bardzobiednie, jak w ogóle lud zgnębiony w okolicach Marienburga się odziewał. Szare płótnianki, mocno połatane, nie sięgały kostek,duże biedne chusty na głowie, nasuniętena czoło, były związane tak szczelnie, żezaledwie oczy spod nich wyglądały. Niktteż nie mógł poznać, czy były stare, czymłode, a ruchy ich ociężałe również niezdradzały wieku. Obie niosły duże, z korybrzezinowej kobiałki, napełnione rumieniącymi się poziomkami. Nogi zaś bose, wsunięte w łapcie z łyka mocno zapylone świadczyły, iż z daleka przychodzą. Mimo tychruchów ociężałych, chwilami szły żwawiej,podsuwały się pod grube mury otaczającezamek, a wtedy postaci ich zgnębione prostowały się, a oczy wpatrywały się śmiałow czerwone cegły, jak gdyby w nich jakiegoś znaku czy otworu szukały. Wtedy można było dostrzec, że jedna była dużo wyższa i już w podeszłych leciech, druga ledwoz lat dziecięcych w hoże dziewczę rozkwitała.

Okrążyły tak dokoła zamek tuż nad samąfosą, czasem chwytały się za ręce, podtrzymując wzajem, jak gdyby lękały się spaśćz wału, i znów przypatrywały się murom.

— Próżna nasza droga. Dziś nic nie wskóramy — szepnęła duża.

— Może chociaż dowiemy się, co tedzwony znaczą — odrzekła druga.

— Czatownik obaczy — ostrzegała pierwsza.

— Nie bójcie się, babo, powiemy, żeprzynosimy dary dla Zakonu — mówiłodziewczę wesoło, wskazując na króbki napełnione czerwieniącymi się jagodami.

— Bylebyś jeno srogo nie okupiła zbytniej swojej śmiałości — szepnęła stara.

Wtem dzwony umilkły.

— Drugi raz już kołyszą się i dzwonią.To coś znamionuje. Nigdy jeszcze tak niebyło — mówiła dziewczyna.

I obie poczęły nasłuchiwać.

Dzwony przebrzmiały. Cisza zaległa dokoła. Jeno jakieś ptaszę cirkało w uwitymna murze gnieździe, a słońce czerwcowew całej swojej krasie złociło mury i u stópich porastające ziele. Tak zaś ta cisza czyteż nadchodzące południe ukołysało wszystkich, że przeszły koło głównej bramy, a czatownik ich nie spostrzegł.

Wtem głośny rozgwar wypełnił przestworze. Zmieszane głosy, śmiechy wznosiły sięjak tuman, przedzierając grube mury.

Kobiety wstrzymały oddech, żeby cośkolwiek z tego gwaru uchwycić. Nic wszakżeprócz zmieszanych głosów nie dochodziłoich ucha.

— Próżno, uchodźmy, bo jak się wysypieta gwarna czereda za mury, biada nam będzie — mówiła stara.

— To pewnikiem ci rycerze, co mieliprzybyć, tak głośno się zabawiają. Oni nieskorzy za mury — mówiła dziewczyna z taką pewnością, jakby świadoma obyczajówtych, co w zamku gościli.

I z pewnym uporem szła naprzód, niespuszczając z oczu żadnej cegły u stópmuru.

Baba, chcąc nie chcąc, podążała za nią,zachmurzona była wszakże, a w myśli szeptała:

„Zawsze to było takie przekorne. A niechją Bóg uchroni od niebezpieczeństwa, jakieod tych zbójów grozić jej może”.

Nagle z bocznej czatowni, wzniesionej tużprzy dziesiątym podwórcu, głos gromki sięozwał:

— Hej, wy diable pazury, czego się podmurami włóczycie?!

— Na Belzebuba, toć to niewiasty! Gdziepiekło nie może, to te zatyki piekielne pośle! — wrzeszczał na całe gardło czatownik. — Precz mi stąd, jeżeli nie chcecie,żebym was kamieniami jak psów wygonił! —wrzeszczał dalej.

Obie kobiety skuliły się zaraz i stały siępokorne, przygnębione, lękliwe, zgoła niepodobne do śmiałych przed chwilą, tak rezolutnie rozmawiających niewiast.

Starsza jednak wzięła na odwagę, podniosła kobiałkę z jagodami i poczęła cośbełkotać. Młodsza tymczasem, otuliwszy sięchustą, że jej wcale twarzy widać nie było,skuliła się jeszcze więcej i prawie przysiadła do ziemi.

Głos starej zapewne nie doszedł do czatowni, lecz wzrok Falsa, który w tej chwilistraż odbywał, dostrzegł czerwieniące sięjagody. Zaświeciły mu się oczy na widokleśnego owocu, nie mógł wszakże z swejwysokości sięgnąć po nie ani też zejść zeswego stanowiska. Krzyknął więc na całegardło uprzejmiejszym już nieco głosem:

— Poczekaj, stara czarownico! Poczekaj,małżonko najstarszego diabła, wiedźmo najśliczniejsza, zaraz ten piękny owoc z twoichczarnych pazurów odbiorę!

Baba zapewne nie dosłyszała tych uprzejmych wyrazów, zrozumiała za to wymowneruchy Falsa, który spuszczał dłonie ku dołowi, potem je cofał, jak gdyby coś wyciągał, wreszcie rozszerzał ramiona i przytulał je do siebie, jak gdyby ją chciał wrazz kobiałką wziąć w swoje objęcia.

Wrzeszczał też na całe gardło:

— Nie odchodź, nadobna małżonko najstarszego z szatanów, nie odchodź, zaklinamcię na smołę piekielną! Nie odchodź, pókijagody z twych czarnych pazurów nie znajdą się w moich dostojnych rękach. Potemniech cię piekło pochłonie! — dodał z humorem i odwrócił się w głąb podwórca.

Przechodził właśnie Jakub, począł więcFals do niego:

— Bracie, ozdobo wszystkich knechtów,skocz przez ukrytą furtę i odbierz dwomwiedźmom jagody, z którymi się przywlokły pod same mury!

Jakubowi oczy zabłysły i twarz cała sięrozjaśniła, odkrzyknął wszakże:

— Miłuję cię, Falsie, jak własne oko, alegdy kto dojrzy, że się wychylam za furtę!...

— Nikt nie dojrzy! — przerwał czatownik. — Biber z innymi zabawia się przymisie i konwi, kiedy my dwaj skazani jesteśmy na głód i pragnienie! Ty, jako najmłodszy, czekający swojej kolei, a skracający sobie czas zamiataniem podwórca, ja,jako wielki dostojnik czuwający nad bezpieczeństwem całego zamku! — wrzeszczałdalej Fals, wychylając się przez drzwi czatowni.

Jakub wcale się nie kwapił ze spełnieniem żądania, owszem, potrząsał głową,wciąż odkrzykując:

Nein, nein, kann nicht!

Lecz oczy coraz jaśniej mu błyszczałychęcią spełnienia tego rozkazu.

Fals wrzeszczał i nalegał, zaklinając gona wszystkie pożądane przez knechtówuciechy, dając przy tym nader wymowneznaki.

— Gdyby kto spostrzegł, powiem, żemdojrzał skradające się wiedźmy i ciebie jakonajodważniejszego z odważnych wysłał dlawyłomotania im skóry! — wrzeszczał dalejczatownik.

Czy pochlebstwo podziałało na Jakuba,czy też inny jakiś powód przeważył, dośćże nie oglądając się na nic, śpieszył w stronę ukrytej furtki.

— A nie połknij jagód wraz z kobiałką! — rzucił za nim Fals, oblizując się zawczasu na tyle pożądane przysmaki.

Odwrócił się też zaraz i wzrok łakomyposłał za mury.

Kobiety tymczasem, siedząc przytulone dosiebie, zgarbione, w postaci lękliwej, naradzały się znać z sobą, co dalej czynić.

— A jak mi cię porwą wraz z jagodami? — mówiła stara.

— Nie bójcie się, nie bójcie! Chłopakawzięliby, ale dziewkę...

I wzruszyła ramionami.

— Oj, Salo, Salo, nie wiesz sama, co pleciesz — rzekła stara, przygarniając dziewczynę, jakby ją chciała uchronić przed niebezpieczeństwem. — Te przeklęte Krzyżakina wszystko łakome.

— To był jeno czatownik, nie żaden rycerz, a ten chyba na jagody się złakomi —przerwała Sala.

— To i co, jagody zabierze, da nam pokarku, naszturcha i tyle! Nic nie wskóramy! — perswadowała stara.

— Toć krzyknął, żeby poczekać. Pewnikiem przyśle kogo po jagody, może namsię uda dowiedzieć, co znaczą te dzwony.A może...

Furta tak szczelnie była przywarta i takcicho się otwierała na wgłębionych w murzawiasach, że jeno ten mógł wiedzieć o jejistnieniu, kto był świadom wszelkich arkanów przez Krzyżaków wymyślonych. Nazewnątrz murów nikt nie dostrzegł najmniejszej szczeliny, ba, nawet kreski namurze, a i wewnątrz obce oko próżno byjej szukało.

Na widok knechta Sala krzyknęła i poczęła biec, potykając się, kulejąc i kołyszącw niezgrabnym chodzie. Dziw jeno, żemiasto uciekać w przeciwną stronę, zbliżałasię ku niemu, jakby straciwszy głowę z wielkiego lęku.

Stara podążała za nią również niezgrabnym, niedołężnym krokiem.

Jakub tymczasem z wielkim zamachemschwycił kobiałkę z jagodami, szepcąc jednocześnie:

— Udawaj, że nie chcesz oddać, ja ciębędę rzekomo walił w kark i szamotał.

Zaczęła się więc szarpanina dwóch kobietz knechtem, który zamierzając się udawał,że z całej siły okłada pięścią to jedną, todrugą. Tak okładając mówił:

— Książę niderlandzki składał przysięgęna rycerza. Darował im swe ziemie. Dzwonyto głosiły. Z naszych nikt nie przybył. Zakon szykuje się do wojny z Polską. Ladachwila wyruszą. Chciałbym, by i mnie wzięto. Moc ogromna rycerzy. Moc broni, koni.Pewni są zwycięstwa. Wiozą okowy, pęta.Mówią, że zabiorą moc ludu i ziemi. Trzebanaszych sił wiele.

— Kiedy wyruszają, jaką drogą? — pytała stara.

— Nie wiem, ale wkrótce. Jutro ponoprzednie straże mają wyruszyć, wkrótcerycerstwo. Ach, jakżebym chciał, żebyi mnie wysłano! — mówił gorączkowo,spuszczając rzekomo pięść na plecy Sali.

— Za trzy dni będziemy o świcie — szepnęła Sala.

— Przy której furcie? — rzekła stara.

— Pięćdziesiąt kroków od tej, cegła z białym brzegiem, naprzeciw dębu — odszepnął knecht.

Niepotrzebnie wszakże szeptali, bo choćby słyszał kto zza muru, nie rozumiałbyich mowy.

Podczas tego Jakub wciąż szarpał sięz kobietami, te się broniły, wieszając u rąkjego. On zaś uderzał to jedną, to drugą,opowiadał o wszystkim, co się działo w Zakonie, co jego uszu doszło, i to, co widziałi słyszał podczas dzisiejszej uroczystości.

— Synu, pamiętaj, coś winien ojczyźnie! Noś skórę wilczą, wślizguj się jak wąż, dowiaduj, a sercem bądź tym, kim być winieneś — szeptała stara.

— Nie bójcie się, pamiętam przelaną krewojca, krew mego narodu!

— Jest nas tylko dwoje. Na nas ciążycały obowiązek — szeptała Sala, czepiającsię rąk knechta.

Ten wszakże, nie chcąc przedłużać swego pobytu za murami, szepnął teraz:

— Trzeba o niebywałej sile krzyżackiejnaszych jak najprędzej powiadomić.

I ostatnim wysiłkiem wydzierał kobiałki.

Kobiety oddały je wreszcie, on zaś uderzył jedną i drugą w kark, te powaliły sięna ziemię, jęcząc wniebogłosy. Na zakończenie kopnął je nogą. Obie staczały się pogładkiej murawie wału. Jakub zabrawszykobiałki wracał śpiesznie tąż samą ukrytąfurtą.

Gdy znalazł się w podwórcu, z wielkimtriumfem i ożywieniem pokazał oczekującemu Falsowi swą zdobycz. Niebawem obajsiedząc w czatowni, raczyli się smacznymowocem.

— Te wiedźmy, to prawdziwe czarownice!Tfuj! — mówił Jakub, spluwając. — Najwidoczniej mają jakąś nieczystą w sobiesiłę. Ledwiem je zmógł!

— Ba, jak czarownice — rzekł Falsz przekonaniem, pakując do ust całą garśćjagód. — Ale się broniły, no! Myślałem, żeim nie podołasz! — dorzucił.

— Eh, toćem nie ułomek! Ale tak sięmnie czepiły na wszystkie strony jak pijawki, a gadają tak, że nic zrozumieć nie można.

— Ba, zwyczajnie, polskie świnie. Toć ichtu jeszcze pełno po wsiach — mówił Falsz pogardą.

Jakub haniebnie się w tej chwili skrzywił i splunął gwałtownie. Ale zaraz rzekł:

— Znać w jagody jakiegoś robaka wsadziły.

— Cha! cha! cha! To umyślnie dla ciebie! — zaśmiał się Fals. — Nie jedz już,bracie, nie jedz. Ostaw resztę dla mnie! —śmiał się dalej czatownik, wysypując resztęjagód z kobiałki do szeroko rozwartej gęby.

Zapach jagód rozszedł się po czatowni,ale Jakuba woń ta nie nęciła. Wciąż spluwał, a opuszczając czatownię, zaciskał pięści,jak gdyby chciał nimi kogoś uderzyć.

Zabrał się też zaraz do dalszego zamiatania podwórca, a czynił to z wielką zaciętością, wywierając złość na miotle, nadługim kiju osadzonej.

— O, najdroższe, najpiękniejsze wiedźmy,dzięki wam za onego robaka, co go zgryzłwasz pogromca, inaczej byłby mi z pewnością drugiej nie zostawił — mówił do siebieFals, zabierając się do otworzenia drugiejkobiałki.

Wtem zaroiło się w podwórcu wracającymi knechtami. Falsowi przyszła znać innamyśl do głowy, bo odstawił kobiałkę, nietkniętą, i patrzył za mury wzrokiem człowieka spełniającego pilnie swój obowiązek.Po chwili wszedł inny knecht, żeby go zastąpić, i zaraz na wstępie rzekł:

— O, jak tu wonieje!

Fals podetknął mu pod nos zamkniętąkobiałkę, którą poprzednio wraził w pętlędługiego sznura i śmiejąc się zawołał:

— Patrz jeno pilnie w niebo, to ci takiesame stamtąd spadną!

Po czym zbiegł prędko ze schodów i skierował się wprost do wychodzącego z izbyjadalnej Bibera. Podał mu kobiałkę i rzekłz tajemniczą miną:

— Jakaś wiedźma słaniała się tuż podmurami, chciałem ją wziąć na pętlę, aleznać była to czarownica, bo wraziła w pętlękobiałkę, a sama zniknęła.

Biber wziął delikatnie, z pewnym lękiem,szczelnie zamknięty koszyk, wciągnął w siebie woń z niego uchodzącą i rzekł:

— Coś jakby lasem wonieje!

— I mnie tak za nos chwyciło! — przyświadczył Fals. — Ciekawość jednak, co totakiego? — dorzucił, mrugając oczami.

— Czarownice to tak umieją omamić, nawet wonią — mówił Biber, oglądając kobiałkę.

— Eh, toć wiecie, że krzyż święty wszelką nieczystą siłę odpędza — zachęcał dowcipniś.

— No, tak... — odrzekł Biber z wielkądeterminacją i powagą, a udając bodaj samego mistrza Zakonu, począł: — In nominePatris et Filii, et Spiritus Sancti... Amen! —dokończył powstrzymując śmiech knecht.

Biber z pewną ostrożnością rozwiązał łykokobiałki.

— Jagody leśne, Boga mi, jagody! — zawołał z uciechą, wciągając woń dojrzałegoowocu.

— Po samej woni poznałem i dlatego nienaruszone w darze wam przynoszę — mówił Fals, oblizując się łakomie.

— Lepiej, że miasto wiedźmy ułowiłeśkobiałkę — rzekł Biber, zapychając ustajagodami.

Fals zaś myślał:

„Lepiej byłbym sam połknął. Ten starynic mi przecie nie da. Mogłem tak samomówić: in nomine czy jak tam i czary odegnać, boć ten robak, co go połknął Jakub,to pewnikiem czary. Chodzi teraz jak struty”.

W tej właśnie chwili przeszedł koło niego Jakub. Setnie był nachmurzony, patrzyłspode łba, zdawał się nikogo nie widzieć,a pięści wciąż zaciskał. Nie rzekł też nisłowa, zerknął jeno na zajadającego wonnejagody Bibera i wszedł do izby na południowy posiłek.

„Jemu wciąż się zdaje, że wali czarownice” — pomyślał Fals.

Nie spuszczał jednak z oka Bibera, który,nie bacząc na czary, wyjadał owoc z kobiałki.

„Pożre, Boga mi, pożre, nic nie ostawi” —myślał Fals.

Odchrząknął też i rzekł:

— Zawszeć te jagody od wiedźmy pochodzą... A nuż tam, na dnie, są jakie szkodliwe? Toćeście jeno z wierzchu je odżegnali...

Biber drgnął i garść jagód, niesioną doust, w połowie drogi zatrzymał.

— Przewąchałeś co? Możeś umyślnie dałmi zatruty owoc? — mówił przestraszonyBiber.

— Nicem nie przewąchał, bom nie wąchał, alem dał do powąchania Jakubowi, tenwciągnął w siebie woń, a że nie była jeszcze odżegnana, chodzi teraz jak otruty. Przyszło mi do głowy, żeście jeno z wierzchu kobiałkę odżegnali, a tam, od spodu...

— Żeby cię, psi synu, z twymi jagodami! — przerwał przestraszony dozorca.

I rzucił kobiałką w dowcipnisia, a samprzeżegnawszy się uchodził śpiesznie.

Ten uchwycił zręcznie kobiałkę. Niecojagód z niej wyleciało, a knecht usunąwszysię we wnękę ściany, wsypywał do ust resztę pozostałych, mlaskając językiem.

Teraz i Biber był markotny. Zapomniałnawet fukać i gderać, szeptał jeno coś podnosem, spluwał, bo zdawało mu się, że gopali we wnętrzu. Aż Fals zbliżył się do niegoz pokorną miną i mówił:

— Nie bójcie się, ojcze, nie zjedliście nicszkodliwego, bo oto dopiero na dnie podjagodami były dwa czarne robaki, któremzgniótł na krzyż, odmawiając jak wy in nomine... Resztę z kobiałki wrzuciłem do dołu,by nieczystości nieczystą siłę strawiły.

Biber zamierzył się na sprawcę jego umartwienia, ale wtem ukazał się jeden z urzędników Zakonu i rozkazującym głosemzawołał:

— Sekretarz wielkiego mistrza kazał siędozorcy dziesiątego podwórca w tej chwilistawić!

Sala i Sienicha

Kobiety podniosły się z ziemi,zataczały się jakby z wielkiego lęku i razów, jakieotrzymały, sił do dalszej podróży nie miały. Oczy imwszakże błyszczały, a obejmując jedna drugą, rzekomodla podparcia się wzajem,czuły, że im serce gwałtownie dygocze. Gdyzaś odeszły od wałów ze dwie staje, Salanie mogła powstrzymać swojej radości.

— Widzicie, babo, widzicie, chcieliściejuż uciekać, a tak nam się udało, jak nigdy!

— Bałam się o ciebie, dziecino, o ciebie...Byleby jeszcze za trzy dni można zasięgnąć języka, a naszym jak najprędzej daćwiedzenie — dorzuciła.

— Ach, ten Kuba, ten Kuba, jak on pociesznie udawał, że wali mnie pięścią,a szeptał: „Bądź spokojna, Salo, baczę nawszystko, co się dzieje w Zakonie, a choćbym miał życie położyć, dam wam o wszystkim wiedzenie”.

— Bóg znać posłał go między te wilki,aby służył narodowi — westchnęła stara.

— Twoja to zasługa, babo — ozwała sięmiękkim głosem dziewczyna — odkąd namgo zabrali, ty czuwasz nad nim i nie dałaśmu się zniemczyć.

— On dałby się zniemczyć, on?

— Gdybyś nad nim nie czuwała, kto wie,co by się stało, toć przecie nie miał latośmiu, kiedy nam go zabrano. Coś ty użyła,jakich fortelów, by nie zapomniał mowy,a udawał, że jej zapomniał i Niemcom sięzaprzedał. Coś ty użyła, wiesz tylko tyi sam Bóg na niebie — ciągnęła dalej Sala,przyciskając ramię baby z serdecznym uczuciem.

— Wszystko mi miłe, żem mojego Kubusia nie tylko od zniemczenia uchroniła,ale i jako węża wyhodowała, a przydatnymdla narodu uczyniła — mówiła stara jakbydo siebie.

Sala przycisnęła znów jej ramię i rzekła:

— Jak przez mgłę pamiętam jeno onęchwilę, boćem lat pięciu nie miała, kiedyojca Krzyżacy zabili, że bronił zamku i niechciał powiedzieć, jaką drogą poszli Jagiełłowi rycerze, Kubę krzyczącego wniebogłosy zabrali, a matce grozili, że ją ubiją —westchnęła dziewczyna.

— O, pamiętam to dobrze, jakeś ty sięza nimi powlokła, jakeś im nadskakiwała,a w domu potem mówiono, żeś Krzyżakówsłużka i że ich na nas naprowadzać będziesz.

— Cicho, cicho, nie wspominaj tych chwilstrasznych! — zawołała drżącym głosemstara.

— Pozwól, pozwól, babo, tak mam dziśserce wezbrane, że muszę wszystko wygadać — mówiła Sala. — Jeno matka kochanazawsze powtarzała: „Sienicha swoich niezdradzi, a że udawała służkę Krzyżaków,znać miała w tym myśl jakąś”. I jakby przeczuwając, żeś za Kubusiem poszła, mniejswego jedynaka płakała.

— Wiem to wszystko, wiem — przerwałastara. — A też i to, że prócz Kubusia byłotam moc dzieci. Krzyżacy, słysząc moją niemiecką mowę, przychylność udawaną, słysząc wymysły na Polaków i Litwę, a teżobietnice, że dzieci na wierne sługi Zakonuwychowam, mojej pieczy te niebożęta powierzyli. Nie ze wszystkimi się tak udało,jak z Kubusiem, nie wszystkim też mogłamufać, zawszeć przez dziesięć lat coś się tamzrobiło — mówiła dalej jakby do siebie.

— Dziesięć lat. Ale coś ty tam przez telata wycierpiała! — przerwała dziewczyna.

— Największą męką było dla mnie, żemsłyszała ciągle pogróżki i wymysły dla Polski i Litwy. Największym też trudem byłopowstrzymywanie się, żeby nie wybuchnąć,a krew burzącą się w żyłach przymileniemsię i przyświadczaniem powstrzymywać.

Sala z miłością przycisnęła się do jej ramienia.

— Największym też bólem było widziećzabieranie spod mej opieki dzieci, które psygończe pędziły, aby im ukryte wśród lasówchaty wskazywały. Spomiędzy tych zabieranych najwięcej było litewskich dzieci, z nimimogłam się porozumieć, boć mi zostałonieco tej mowy w pamięci. A te biedactwa,poczuwszy dym z ojczystej chaty, pędziływ oczerety i zarośla, naprowadzając nawłasnych ojców strasznego wroga.

Kobieta, znękana strasznym wspomnieniem, zamilkła, a z piersi jej wydarło sięgłębokie westchnienie. Westchnęła i Sala,a potem rzekła:

— Aż oto przed rokiem zjawiłaś się znóww naszym dworze, przyniosłaś wieść umierającej matce o ukochanym jej synu. A onacię błogosławiła i oddała twojej opiecei mnie, i jego — dodała.

I znów obie zamilkły.

— Aż oto, gdyś chciała odchodzić, uczepiłam się twej dłoni, a tyś pozwoliła, żebymposzła za tobą, aby ból serdeczny po matceutulić, brata obaczyć, a podpatrywać wrogów i o ich zamiarach swoim donosić...

— Pozwoliłam, a teraz ciągle to sobie wyrzucam! — odrzekła Sienicha.

— Uspokój się. Przecież opiekun mója krewniak matki, Jaśko z Tarnowa, pobłogosławił mi i rzekł: „Wszechmocny i wątłejdziewce doda siły, jeżeli dobrej sprawie chcesłużyć”.

— Pamiętam to, pamiętam, a jednak...

— Mam też duże porachunki z Krzyżakami — przerwała Sala. — Zabili ojca, zabrali brata, matka z tęsknoty życie skończyła, zamek zrabowali, lud z Bobrowniksrodze uciemiężali, do mnie więc należywszystkich sił użyć, by na każdym krokuprzeszkadzać im do dalszych zaborów —mówiła z zapałem dziewczyna.

— Wiem to wszystko, wiem, ale to nadsiły słabej dziewczyny.

— A ty, babo, a ty? Przecież i ty od najrańszej młodości stanęłaś do walki z wrogąnam potęgą.

— Niech cię Bóg uchowa, żebyś miaładoznać tego, co ja doznałam — westchnęłaSienicha.

— Pozwoliłaś pójść z sobą, a teraz zniechęcasz.

— Boga mi, nie zniechęcam, jeno drżę,żeby cię w swoje szpony te wilki nie dostały!

— Nie dostaną. Żywcem nie dostaną! —rzekła z mocą Sala. — Wszak wiesz, conoszę w krzyżyku — dodała.

Obie westchnęły.

— Brata odnalazłam, widywałam go przytwojej pomocy, przyniosłam mu otuchę,a choćem jeno dziewką, mogę być swoimużyteczna — mówiła dalej Sala.

— Dziewka i siedząc doma może dużodobrego uczynić, zwłaszcza kiedy zabrakłomatki, a jeno Przybora głową całego waszego mienia — rzekła stara surowo. — Zażywasz jeno biedy w moim schronisku i więdniesz jako kwiatek bez słonka — dodała.

— Cyt, cyt, babo! Nie czas na rozczulanie się nade mną, idzie głównie o to, żebyjak najprędzej zanieść do Krakowa wiadomość — mówiła namyślając się Sala.

— Za trzy dni dość będzie czasu — odrzekła stara.

— Za trzy dni może być za późno, drogibędą przez Krzyżaków zalane. Trzeba nampierwej — nalegała dziewczyna. I po chwilinamysłu, ze zwykłą stanowczością rzekła: —Ty ostaniesz, ja pójdę!

Stara aż stanęła ze zdumienia.

— Wiesz przecie, że mam łódź uwiązanąw przystani, że Lutek-niemowa jej pilnuje.Popłyniemy w górę rzeki, a kiedy ty zaledwie dowiesz się o ich wyjściu, ja będę jużw Bobrownikach, a stamtąd pchnę z wieściądo Krakowa o nadzwyczajnych siłach krzyżackich i ich zamiarze wkroczenia do Polski.

— Nie mogę cię wstrzymywać — odrzekła baba. — Kto raz poświęcił się służeniunarodowi, nie może w drodze ustawać.

Zamilkły obie, każda znać zajęta swoimimyślami.

Szły teraz śpiesznym krokiem, nie słaniając się i nie pochylając. Stara o wiele przewyższała wzrostem młodą dziewczynę, miałapewne, energiczne ruchy i nie znać w niejbyło znużenia i lat przebytych w trudzie,o którym Sala mówiła.

Wydostawszy się spod zamku, szły przezłąkę, na której prócz pastucha i pasącegosię bydła nikogo nie było.

W miarę jak się oddalały od miastai zamku, nabierały pewności. Wkrótce dostały się w zarośla, a nareszcie zginęływ ciemnym, gęsto podszytym lesie. Po uciążliwym przedzieraniu się przez krzaki i zarośla doszły do wzgórza porosłego puszystym mchem. Pod tym zielonym poszyciemnikt nie domyślał się w nim pieczary,a w niej mieszkania dwóch kobiet.

Znać ustroń ta nie była przez ludzi nawiedzana, bo ptaki nawet nie płoszyły sięna widok przybyłych, owszem, nader swobodnie przelatywały z gałęzi na gałąź, cirkając lub głośne wywodząc trele. Woń leśnaprzepełniała powietrze. Słonko miało się kuzachodowi. W lesie mrok był już prawie.Ptaki milkły powoli, rozgwar ich zastępowała cisza wieczorna. Jeno od czasu doczasu las zaszumiał, rozpoczynając zwykłąmodlitwę wieczorną. Lecz kobiety nie miałyczasu weń się wsłuchiwać ni zachwycaćpięknością wieczoru. Wsunęły się w mchygęste, potem do ciemnej pieczary.

— Nie wchodź dalej, póki nie zaświecę! —zawołała Sienicha.

Obracała się też wśród ciemności jak przynajlepszym świetle. Rozgarnęła leżący w kącie pieczary popiół, zapaliła łuczywo od iskier w nim tlejących, suchymi gałęźmi, nagromadzonymi w drugim kącie, podsyciłaogień.

Teraz dopiero Sala znalazła się przy niej.Teraz dopiero po trudach dnia i niepokojuuczuły się głodne i znużone. Przysiadły więckoło ognia. Sienicha przystawiła kociołekz wodą, wrzuciła kawałek wędzonego mięsa,wyjęła zeschły chleb z zanadrza i po niejakim czasie zawołała na milczącą, pogrążoną w myślach towarzyszkę:

— Posil się, dziecino. Sił ci potrzeba.

Sala ocknęła się z zadumy i rzekła:

— Potrzeba i mieć je muszę.

Po czym obydwie jadły w milczeniu, odczasu do czasu przyrzucając drewek do tlejącego ogniska.

Gdyby kto spojrzał na wnętrze pieczary,byłby się przekonał, że niepłonne były słowa Sienichy, gdy rzekła: „Więdniesz jakkwiatek bez słońca”. Pieczara była wilgotna,chłodem przejmująca, gdzieniegdzie widaćbyło na jej ścianach krople wody, któreteraz przy świetle ognia migotały jak drogocenne kamienie. Gdyby też kto widział tedwie kobiety siedzące nad tlejącym ogniskiem, byłby je posądził o odprawianie tajemnych czarów lub składanie ofiar jakiemuś podziemnemu bóstwu. I nie byłby sięomylił. Składały rzeczywiście ofiarę ze swoich trudów dni całego życia, a składały jąna ołtarzu miłości ojczyzny.

Pierwsza zerwała się dziewczyna.

— Dość już wypoczynku.

— Dość — powtórzyła baba.

I obie zajęły się przygotowaniem dodrogi.

Po północy wychodził z pieczary chłopiecw ubraniu flisaka. Krótki, płócienny spencerek, takież sięgające zaledwie do kolanspodenki, na głowie słomiany kapelusz,spod którego wydostawały się krótkie, ciemne włosy, ocieniające twarz i szyję czarną,jakby spaloną od słońca czy też umyślniepomalowaną. Na kiju przewieszonym przezplecy miał niewielki węzełek jak zwyklechłopak flisaczy. W łapciach ze skóry stąpał pewnym krokiem przez las gęsty, zwarty.Z początku ostrożnie, potem coraz pewniej,nawet z fantazją. Usta rozchylone byłybymoże zanuciły piosenkę, nie chciał wszakżebudzić mieszkańców lasu. Lecz oni sami siębudzić poczęli. Jakiś ptak ocknął się niespokojnym świergotem, inny mu odpowiedział sennie, nieśmiało, jakby przedzwaniając na zwykłą poranną modlitwę. Wkrótceozwało się kilka innych głosów nieco zdziwionych, potem coraz więcej, coraz śmielejdzwoniły na ranne pacierze.

Flisak przedzierał się przy tej muzyce,a gdy wychodził z lasu, przedświty wstającego dnia poczęły błąkać się po niebie.Gdy przebywał piaszczystą, nie porosłą zielem drogę, na niebie rozbłyskiwała zorzastrojna w złotawoczerwone fiolety. Gdyznalazł się nad Wisłą, zorza w całym swymmajestacie zaścielała mu drogę, wlokąc swójpłaszcz purpurowy po szarych toniach rzeki.Lutek śpiący w czółnie tuż nad brzegiem,zbudzony czerwonym blaskiem wschodzącej zorzy, z wielkim zdziwieniem spojrzałna stojącego nad nim flisaka.

Widok jego znać mu był przyjemny, bozaśmiał się na całe gardło i oczy mu radością zabłysły.

Chłopiec uśmiechnął się doń dobrotliwie,lecz jednocześnie położył palce na ustach,nakazując milczenie. Potem na migi dawałjakieś znaki, gładząc starego po twarzy, wskazywał ręką przed siebie, to znów rozszerzając ramiona, przytulał je do piersi.

Niemowa znać zrozumiał te znaki, zaśmiałsię, a potem całą siłą swych potężnych ramion odepchnął czółno z przystani gęsto zarosłej łoziną.

Wkrótce czółno, trzymając się brzegu,pruło powierzchnię mętnej wody. Wiatr popychał je w dół rzeki, a prócz ramion niemowy popychały je wiosła trzymane silnądłonią młodego flisaka.

W Bobrownikach

Niemało dni upłynęło, nimSala z wiernym sobie niemową do Bobrownik przybyła. Niemało też znać trudów w tej podróży użyła,bo lica jej teraz nie sztucznie, lecz naturalnie ogorzałebyły od słońca. W tej trudnej podróży pomagał im wiatr przyjaznyi wzburzone nieco fale rzeki, która zwyklew tym czasie przybiera.

Gdy późnym wieczorem weszła do swejojczystej siedziby, nikt jej nie poznał. Wzięto ją rzeczywiście za flisaka. Dopiero gdyprzemówiła i każdego z osobna nazywaćpoczęła po imieniu i gdy po odprowadzeniuczółna w bezpieczne miejsce przybył niemowa, poznano w niej dziedziczkę zamku.

Lutek na migi dużo rzeczy opowiadał,śmiał się i cieszył jak dziecko, ze wszystkimi się witał, niewiele sobie jednak z niegorobiono, każdy bowiem zajęty był ukochanąprzez wszystkich dzieweczką.

Począwszy od najniższych, z piekarni,którzy widzieli ją przechodzącą w strojuflisaka, a skończywszy na pełniących służbęw pokojach i tych, co zasiedli z nią do skromnego posiłku, nikt nie mógł myśleć o czyminnym, jeno o powrocie młodziutkiej swejpani, która, jak wczesną wiosną, kiedy jeszcze śniegi nie stopniały, nagle zamek opuściła, tak teraz nagle się zjawiła.

— Znać niemało biedy i trudów podjęła —mówiono. — I po co jej to, po co?

Posiłek i wypoczynek jej był nader krótki.Zastała bowiem wysłanego przez Jaśkaz Tarnowa dworzanina Marka, który miałiść brzegiem Wisły, ażeby o ruchach Krzyżaków języka zasięgnął i z tymi wieściamijak najprędzej do Krakowa wracał.

— Wracajmy więc niezwłocznie! — rzekła Sala.

Dworzanin spojrzał na nią zdziwiony.

— Nie potrzebujesz się waść w dalsząpodróż puszczać.

— Mam rozkaz od jaśnie wielmożnegokasztelana... — począł dworzanin.

— Usprawiedliwienie waszmości przedkasztelanem biorę na siebie — przerwałaSala.

Marek jeszcze większe zrobił oczy. Chciałteż coś mówić, lecz Sala rozkazującym głosem dodała:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.