drukowana A5
28.16
Uczone białogłowy

Bezpłatny fragment - Uczone białogłowy


Objętość:
161 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0560-6

Wstęp

Zbliżamy się do końca kariery pisarskiej Moliera. Niebawem, ściśle w rok po śmierci wiernej towarzyszki młodości, Magdaleny Béjart, i jemu śmierć zamknie powieki. Ale, jak gdyby chciał dać miarę tego, iż schodzi z pola w pełni twórczości i geniuszu, zalśni jeszcze tą komedią, jedną z najdoskonalszych, najtroskliwiej wypieszczonych w jego dziele. W przeciwstawieniu do większości swoich utworów z tej epoki, kreślonych pospiesznie na zamówienie dworu lub dla potrzeb repertuaru, tu Molier daje sztukę doskonale obmyśloną, długo trzymaną na warsztacie, będącą nieśmiertelnym wzorem „klasycznego” teatru.

Widzieliśmy już nieraz, że Molier chętnie bierze za temat utwory z czasu swej młodości i, już jako mistrz świadomy sztuki, opracowuje je na nowo, rozszerza i pogłębia. Tak z Zazdrości Kocmołucha powstał Grzegorz Dyndała; z Latającego lekarza powstała Miłość lekarzem etc. Tu ważył się Molier na śmielsze zadanie, gdyż utwór, którego obrobienie zamierzył jak gdyby na nowo, nie był błahą pierwociną talentu, lecz komedią, której Molier zawdzięczał pierwszy tryumf paryski i która była w swoim rodzaju arcydziełem. Molier podejmuje po prostu jeszcze raz Pocieszne wykwintnisie; ten sam temat, inaczej ujęty, zmieni się w Uczone białogłowy. Pełen rozmachu szkic rozpostrze się w szerokie i soczyste malowidło, w obraz będący przekrojem domu, rodziny, społeczeństwa; karykaturalne maski zmienią się w wyraziste twarze ludzkie.

Rozszerzy się sam przedmiot satyry. Kasia i Magdusia dublują właściwie jedną rolę; są to głupie gąski, snobki, których śmieszność i głupota leżą jak na dłoni. Tu pojęcie „kobiety wyższej” rozmieni się na trzy doskonale zróżniczkowane typy, bardziej wyczerpujące kwestię. Przede wszystkim Molier wyczuł nową odmianę gatunku „wykwintnisi”. Kasia i Magdusia oczytane były jedynie w romansach; tu mamy już typ kobiety, która posunęła się dalej w zdobyczach duchowych: w domu Filaminty uprawia się filozofię i fizykę, kokietuje się z łaciną i greką, z Platonem i Kartezjuszem. Jak często w swojej satyrze, tak i tu Molier przeczuł niejako przyszłość: ten typ kobiecy, wówczas należący do rzadszych, później, w XVIII w. — epoce margrabiny du Châtelet, pani d'Epinay, etc. — miał się stać bardzo znamiennym. Nie przepomniał Molier jeszcze raz wziąć w obroty działalności językoznawczej „wykwintniś”, owego puryzmu językowego, który już w niejednym utworze ściga swymi sarkazmami. Pod tym względem potomność zrehabilitowała nieco wyśmiane précieusy, przyznając im w dziedzinie oczyszczenia i wysubtelnienia języka niejedną zasługę. Znakomicie podchwycił Molier na wskroś kobiecy charakter „flirtu” z naukowością: Armanda lubi wiry Kartezjusza, Filaminta lubi jego „ciążenie światów”. Jesteśmy w epoce, w której jakiś labuś ułożył Kartezjusza w madrygały. Wreszcie, o ile Kasia i Magdusia miały ambicje wyłącznie światowo-erotyczne, o tyle tutaj rysuje się już dość wyraźnie program feminizmu, takiego jaki właściwie zrealizował dopiero wiek XIX.

Godne uwagi jest zróżniczkowanie tych trzech charakterów kobiecych. Filaminty nie chciał uczynić Molier wyłącznie śmieszną i pospolitą; śmieszności jej są z rzędu tych, które właśnie chwytają się umysłów kobiecych wyrastających nad przeciętną miarę. Możemy wątpić, czy naukowa jej działalność przyniosła światu jaką korzyść; radosne jej zapewnienie, że „ludzi na księżycu spostrzegła wyraźnie”, budzi w nas pewną nieufność. Jakie mogą być jej płody literackie, to, wobec tego, iż znamy jej ideał — p. Trysotyna — jest również mocno podejrzane. Tyle jest pewne, że jej charakter nie jest płaski, wzniesienie nad „rzeczy ziemskie” jest szczere i że jej miłość nauki nie jest skwaszonym erotyzmem lub czystą próżnością, ale jest szczerym, choć może na nieprzygotowanym gruncie wyrosłym upodobaniem. Rysy charakteru kobiety naprawdę „wyższej” zaznaczył Molier w owym szlachetnym stoicyzmie, z jakim Filaminta znosi katastrofę majątkową, w jej naiwnej wierze w czystość intencji Trysotyna, w zachwycie wreszcie, z jakim przyjmuje szlachetny postępek Klitandra. Ta Filaminta nie jest na ogół niesympatyczna.

Siostra Chryzala, Beliza, to chodzący anachronizm, przeżytek wczorajszego dnia. Pozostała starą romantyczką z epoki pałacu Rambouillet, gdy tymczasem „feminizm” zrobił postępy i wywiesił flagę naukową. I ona wprawdzie wykłada, za swą szwagierką, „punkt ciężkości w bryle” chłopcu, który bęcnął na ziemię; ale platoniczna erotomania, ozdobiona subtelnościami gramatycznymi, świadczy, iż mamy w tej Belizie okaz précieusy dawniejszego autoramentu.

Armanda chciałaby być Filamintą, ale raczej jest kandydatką na Belizę. Zapatrzona w matkę, która jej imponuje, sili się na te same „orle loty”, ale czujemy, że jej skrzydełka są nie tyle orle, ile gęsie. Wiele przejęła z ciotki: ta miłość „oczyszczona ze zmysłów”, te lata wzdychań, których żąda, trącą również echem Pałacu Rambouillet i słynnej Julii d'Angennes. Jest to biedne stworzenie wykolejone, zatrute atmosferą, w której się wychowała; w głowie kłębią się jej wszelakie niestrawione filozofie, gdy młoda krew ściąga ją ku ziemi i ku „nieskromnym obrazom”, na które się tak otrząsa. Fałszywa ambicja każe jej dręczyć i odtrącać Klitandra, ambicja również każe jej go później wabić, i tak ta mała oschła duszyczka obija się po omacku, aby w końcu wszystko przegrać i zostać sama, skwaszona i zawistna.

To jedna strona. Tym „uczonym białogłowom” przeciwstawia Molier drugi obóz: Henrykę, jedyny może bezwzględnie dodatni typ kobiecy, jaki nakreślił, dziewczynę prostą, uczciwą i pewną. Krytyka zrzędziła czasem, iż ta Henryka zbyt realistycznie patrzy na życie, zbyt mało jest dziewicza w swoim przekomarzaniu z Armandą (I, 1): ależ celem Moliera nie jest ideał dla grzecznych dzieci, ale prawda. Otóż, jeżeli ktoś przypuszcza, że żarciki, na jakie sobie pozwala Henryka w tej scenie z Armandą, są zbyt śmiałe, ten ma nieco naiwne pojęcia o konwersacji młodych panien między sobą. Można by zresztą wywodzić, iż owo starcie dziewiczego puszku z tej Henryki podyktowane jest głębokim instynktem artystycznym. Jak dzieci Harpagona są wyrazem atmosfery domowej, tak i Henryka jest poniekąd odbiciem tego domu, gdzie młodość jej spłynęła między matką filozofką a ojcem rubachą. Owocem tego dwoistego wychowania jest — uświadomienie; jest ta jasność, ta przedwczesna i aż nazbyt rozsądna trzeźwość w spojrzeniu na życie, która z Henryki czyni nie „uczoną białogłowę” wprawdzie, ale też „emancypantkę” i kto wie, czy nie najśmielszą duchem z czterech kobiet w sztuce.

Marionetka Gorgoniego (Pocieszne wykwintnisie) rozwinęła się w ideał pantofla w osobie Chryzala, nieoszacowanego zarówno w swych gniewach, jak i w swych lękach, sięgającego szczytów naiwnego komizmu, np. w owym zwrocie: „Cóż, dzieci, czy zgadzacie się na te układy?” (V, 3) do zakochanej pary Henryki i Klitandra, ofiarując im „polubowne” rozwiązanie sporu domowego, polegające na tym, aby Klitander ożenił się z — Armandą. To są te dyskretne, ale nie najmniej olśniewające rysy geniuszu komicznego Moliera, zawierające w jednym zdaniu cały traktat psychologii.

Sztuka ta dała, w dwieście lat po urodzeniu, początek zajadłym dyskusjom nad tym, jakie są pojęcia Moliera o wychowaniu i wykształceniu kobiet; czy on sam przemawia ustami Chryzala żądającego, aby kobieta nie wychylała się poza kuchnię i szatnię mężowską, czy ustami Klitandra, który przyzwala, aby kobieta „miała o wszystkim pojęcie”. Ta komedia zrobiła Molierowi wiele wrogów wśród nowoczesnych kobiet, które — czy rzecznikiem jego jest Chryzal, czy Klitander — okrzyczały go za „wstecznika”.

To przykładanie nowoczesnej miary do komedii powstałej w XVII w. jest nieco ryzykowne. Powagę kwestii kobiecej stworzył dopiero fakt pracy zarobkowej kobiety z klas wykształconych; otóż, za czasów Moliera, praca zarobkowa nie istniała niemal dla mężczyzny, a cóż dopiero dla kobiety! Nie żądajmy więc od Moliera, aby się wypowiadał w tej kwestii; tak daleko on nie sięga. Widzi po prostu objawy, jakie niestrawiona nauka daje w nie dość przygotowanych mózgach kobiecych, i podstawia krzywe zwierciadło temu faktowi społecznemu; co w niczym nie przeszkadza pani Curie-Skłodowskiej odkryć radium. Jeżeli Filaminta je odkryje, w takim razie darujemy jej smutny los Chryzala; na razie odkryła dopiero — ludzi na księżycu.

Ale w tym szerokim obrazie zawarty jest drugi obrazek, który kojarzy się z nim bardzo szczęśliwie. Mania naukowa splata się w domu Filaminty z literacką; jak Tartuffe łączył w jednej osobie jansenizm z molinizmem, tak te damy uprawiają nauki ścisłe, filozofię i płody wdzięcznej Muzy, poezję. I, jak w Wykwintnisiach satyra Moliera dobiera się energicznie do literaturki salonowej i alkowianej w osobie pociesznego markiza de Mascarille, tak tutaj przypuszcza do niej atak jeszcze bardziej bezpośredni, jeszcze ostrzejszy, tworząc wiekopomnego Trysotyna. Snadź przedmiot ten musiał Moliera szczególnie niecierpliwić, gdyż między jedną a drugą sztuką porusza go w Mizantropie, gdzie z niezwykłą i oryginalną śmiałością wplata w tok akcji lekcję estetyki ad hominem, w scenie sonetu Oronta.

Jak Molier zróżniczkował starannie swoje „białogłowy”, tak i ten egzemplarz rozszczepia na dwa głosy: Trysotyn pięknoduch, autor madrygałów, i Wadius, pedant cuchnący greczyzną. Trysotyn kwitnie w atmosferze salonu, buja jak motylek wśród zachwyconych dam, które spłaca wzajemną monetą pochlebstwa; Wadius, cięższego kalibru, wymaga, aby go holować. I w świetnej scenie piętnuje Molier istotę wszystkich takich cénaclów literackich; pokazuje nam owo wieczne „towarzystwo wzajemnej adoracji”, w którym wystarcza jednej niezręczności, jednego uchybienia niemym statutom towarzystwa, aby niestrawne zachwyty zmieniły się w równie niestrawne obelgi. Ileż razy w życiu literackim przychodzą na pamięć te sceny z komedii Moliera!

Molier bronił się (Improwizacja w Wersalu), kiedy mu zarzucano, że kreśli portrety, że zbiera wzorki z żywych ludzi; istotnie, zwykle obraz wyrastał poza model. I tu tak jest, niewątpliwie; bądź co bądź, obie te postacie — zwłaszcza Trysotyn — noszą cechy osobistej wycieczki, której Molier nie zaciera śladów, przeciwnie, podkreśla je. Sonet Trysotyna, jak również epigram na karocę, są dosłownie wyjęte ze zbioru utworów księdza Cotin. Pierwotne nazwisko figury Moliera miało brzmieć Tricotin; później przerobił je jeszcze jadowiciej na Trissotin (potrójny głuptas). Ksiądz Cotin, zresztą wówczas blisko siedemdziesięcioletni, członek Akademii, cieszył się w Paryżu uznaniem i popularnością jako poeta; komedia Moliera ośmieszyła go tak, że odtąd nie mógł się nigdzie pokazać; dokończył życia w opuszczeniu i melancholii.

Ten i ów z komentatorów Moliera kręcił mocno głową nad tym atakiem Moliera, uważając, iż przekracza on może dozwoloną miarę. Ośmieszyć czyjeś wiersze — to wolno, mimo iż operacja ta przykrą jest dla pacjenta; to pozostaje w granicach krytyki literackiej. Ale przeźroczyście odmalować jakąś rzeczywistą postać, a później doczepić jej, już z czystej fantazji (siedemdziesięcioletni księżyna nie mógł być owym łowcą posagowym, jakim jest Trissotin), rysy będące ciężką ujmą dla charakteru, to rzecz, którą w literaturze spotyka się czasem, ale która, istotnie, może budzić wątpliwości.

Trysotyn to jeden z najgwałtowniejszych przejawów satyry Moliera, o którym mówił ktoś ze współczesnych, że „szyderstwo jego było tak silne, iż działało niby uderzenie biczem; ten, którego ugodził, stawał się jak zapowietrzony, nie śmiano się doń zbliżyć”. Wplotły się tu i osobiste urazy do Cotina, których historię zbyt długo by opowiadać; ale zarazem był to epizod wielkiej walki o przyszłość literatury, jaką toczy Molier przez cały czas swojej działalności, i dzieło, które spełnia, jest dobrym dziełem.

I Wadius jest portretem; przejrzystym portretem Ménage'a, jednego z nielicznych znawców greczyzny w XVII w. Kłótnia między Ménagem a Cotinem istotnie miała miejsce w jednym z salonów. Sonet Cotina „na febrę księżnej Uranii” pisany był dla grande Mademoiselle, stryjecznej siostry samego króla. Widzimy stąd, jak daleko idące prawa umiał wywalczyć Molier dla swej satyry i jak śmiało z nich korzystał, gdy chodziło o jego wierzenie i ideały.

Klitander, wzorowy ale nie banalny honnete homme, jak go pojmowała ówczesna epoka, zamyka ten bogaty szereg figur. Jeżeli dodamy doń jeszcze Marcynę, której ustami przemówi z rubaszną prostotą zdrowy rozum ludu, ujrzymy — poza „rezonerem” Arystem — galerię żywych figur, między którymi zadzierzguje się równie żywa akcja, płynąca wyłącznie z ich charakterów, zgodna z powszedniością wypadków domowego kręgu, ale niemniej zajmująca. Uczone białogłowy to może ideał „wysokiej komedii”. Tu Molier wzniósł się najwyżej doskonałością faktury. Akcja pełniejsza i żywsza niż w Mizantropie, spoistsza niż w Tartuffie, który może ucierpiał nieco od musowych przeróbek; oczyszczona — poza zakończeniem — z konwencjonalizmu teatralnego: nie ma tu zupełnie owych powierników, służących i subretek teatralnych, walczących za miłość swoich państwa. Miłość Klitandra i Henryki ujęta jest po prostu, po ludzku; sami mówią za siebie, i pierwszy to raz u Moliera miłość odzywa się z taką prostotą i powagą. Element farsy, który spotykamy jeszcze w Świętoszku (Orgon pod stołem), tutaj znika prawie zupełnie; nawet farsowy upadek Lepina spożytkowany jest dla rysu wysokiego komizmu. A w swoich najcelniejszych scenach komedia ta ujawnia taki artyzm w prowadzeniu dialogu, iż rodzi mimowolne uczucie zaplatania się o siebie instrumentów muzycznych. Doznawałem tego uczucia niezmiernie żywo, przekładając niektóre sceny; później dopiero dowiedziałem się, iż któryś z aktorów francuskich napisał rozprawkę o muzycznym prowadzeniu motywów w dialogu u Moliera.

Uczone białogłowy

OSOBY:

CHRYZAL, zamożny mieszczanin.

FILAMINTA, żona Chryzala.

ARMANDA, córka ChryzalaFilaminty.

HENRYKA, córka ChryzalaFilaminty.

ARYST, brat Chryzala.

BELIZA, siostra Chryzala.

KLITANDER, zalotnik Henryki.

TRYSOTYN, literat.

WADIUS, uczony.

MARCYNA, kucharka.

LEPINE, lokajczyk.

JULIAN, służący Wadiusa.

REJENT.

Rzecz dzieje się w Paryżu, w domu Chryzala.

AKT PIERWSZY

SCENA PIERWSZA

Armanda, Henryka.

ARMANDA

Co słyszę, moja siostro, więc ty jesteś bliską

Rzucić słodką dziewicy godność i nazwisko?

Małżeństwo się twym oczom w szczęścia stroi blaski?

Mógłże powstać w twej głowie ten zamiar tak płaski?

HENRYKA

Tak, siostro.

ARMANDA

      To „tak” twoje jest nie do zniesienia;

Trudno go słuchać sercu bez odrazy drżenia.

HENRYKA

Lecz cóż widzisz w małżeństwie, siostro, co cię zmusza…

ARMANDA

Ach, mój Boże, pfe!

HENRYKA

      Jak to?

ARMANDA

      Czyliż twoja dusza

Pojąć nawet niezdolna, jaką szpetną plamą

Kala uczucia nasze już to słowo samo?

Jak nieskromne obrazy oczom naszym kréśli,

Przez jak brudne widoki wlecze nasze myśli?

Ty nie drżysz przed nim, siostro? Ty byłabyś zdolną

Przyjąć jego następstwa z chęcią tak powolną?

HENRYKA

W moich oczach następstwa owe są nie inne,

Jak tylko mąż i dzieci, i życie rodzinne;

I kiedy myślę o tym, nic nie widzę jeszcze,

Co by w mym sercu miało wstrętu budzić dreszcze.

ARMANDA

Nieba! I takie związki twą rozkoszą całą?

HENRYKA

I cóż lepszego młodej dziewczynie przystało,

Niż związać swoje losy, zgodnie z obyczajem,

Z mężem kochanym, który nas ukocha wzajem,

I wierzyć, że tych uczuć niezłomne ogniwo

Życie całe wypełni słodyczą godziwą?

Czyż mogą nas nie nęcić tak dobrane śluby?

ARMANDA

Boże! Jakże twój umysł niski jest i gruby!

Jakże ty drobną czujesz się w świecie istotką,

Skoro w kuchni się zamknąć jest twą chęcią słodką

I żadne wyższe szczęście oczom twym nie świeci,

Jak tylko król-małżonek i wrzaskliwe dzieci!

Dla pospólstwa, dla grubo wyciosanych osób

Pozostaw, siostro, życia tak poziomy sposób;

Ty ku szczytniejszym celom podnieś swoje chęci:

Niech wyższa rozkosz twoje pragnienia uświęci,

I, z pogardą na zmysłów świat patrząc i ciała,

Jak my, rozkoszom ducha chciej się oddać cała.

Niech ci za przykład chlubny matka nasza staje,

Której świat wszystek miano uczonej przyznaje:

Jak ja, staraj się córką jej zostać prawdziwą;

Dąż ku światłu, co w rodzie tym płonie tak żywo;

Niechaj cię owa słodycz czarowna poruszy,

Co przez nauki miłość wypływa nam z duszy.

Miast skuta z mężem gnuśnieć w tym jarzmie wszetecznym,

Z filozofią, siostrzyczko, złącz się ślubem wiecznym,

Co wznosi nas wysoko ponad rodzaj ludzi

I rozumu wszechwładztwo w sercu naszym budzi,

Poddając jego prawom istotę zwierzęcą,

Którą chucie pożądań niskich zawdy nęcą.

Oto płomienie, oto czucia niezawodne,

Co życie nasze całe wypełnić są godne;

A ta miłość, co w sercu zwykłych kobiet gości,

W moich oczach jest wartą jedynie litości.

HENRYKA

Niebo, którego głosu słuchać jest niezgorzej,

Do przeróżnych nas zadań na tym świecie tworzy;

I nie każdy wszak umysł posiada te cnoty,

Z których filozof czerpie treść swojej istoty.

Jeśli twoja myśl zdolną jest bujać w przestrzeni,

W której tak górnie trawią życie swe uczeni,

Mnie znów po ziemi stąpać losy przeznaczyły,

I w drobnych troskach mierzyć słabe moje siły.

Co niebo zsyła, tego nikt nie przeinaczy:

Każda za swą skłonnością niech więc idzie raczej.

Ty, przez swego umysłu geniusz znamienity,

Wznoś się na filozofii niebosiężne szczyty,

Podczas gdy moja dusza tu, na tym padole,

Niech pozna wdzięk małżeństwa i przyziemną dolę.

W ten sposób, choć odmienne ścigając przykłady,

Obie możemy wstąpić w matki naszej ślady:

Ty przez ducha i jego rozkosze szlachetne,

Ja przez ziemskie uciechy, dla ciebie tak szpetne;

Ty płodami natchnienia i myśli wspaniałej,

A ja znów, siostro, tymi, co z gliny powstały.

ARMANDA

Jeśli kto chce się zbliżyć do jakiejś istoty,

W tym niechaj szuka wzorów, co tworzy jej cnoty;

Toż nie znaczy iść w ślady znamienitych osób,

Gdy ktoś pluje i kaszle w ten jak one sposób.

HENRYKA

Lecz pomnij, że nie byłabyś tym, czymś się stała,

Gdyby matka tak wzniośle na świat ten patrzała;

I nie możesz się żalić na to, że jej zmysły

Nie z samą filozofią w związek weszły ścisły.

Nie żałujże i mnie więc, siostro, z swojej łaski,

Tych marności, gdyś własnych dni im winna brzaski;

I nie pozbawiaj świata rady surowémi

Małego filozofka, co rwie się do ziemi.

ARMANDA

Widzę już, że zbyt trudno uleczyć cię będzie,

Tak się zawzięłaś w swoim małżeńskim obłędzie;

Niech wiem chociaż, do kogóż to wzdychasz tak ostro:

Mniemam, nie do Klitandra chyba, moja siostro?

HENRYKA

I cóż by w mym wyborze było tak dziwnego?

Czyż zbywa mu przymiotów? Czy nie wart jest tego?

ARMANDA

Nie; lecz tego do czynów uczciwych nie liczę,

Aby w ten sposób cudze chcieć sprzątać zdobycze;

Wszak ci to rzecz jest w świecie nazbyt dobrze znana,

Że to ja byłam celem westchnień tego pana.

HENRYKA

Tak, lecz wzdychania owe to dla ciebie fraszki,

Tyś wyższa jest nad takie poziome igraszki;

Tobie małżeństwo ani w myśli nie postało

I filozofia tylko ma twą tkliwość całą.

Gdy więc miłość Klitandra nic cię nie obchodzi,

Że inna chcieć jej może, cóż tobie to szkodzi?

ARMANDA

Głos rozumu, co kiełza zmysłów szał zwodniczy,

Nie broni nam kadzideł kosztować słodyczy;

I, chociaż jako męża nie pragnie się kogo,

Uwielbień jego hołdy przyjemne być mogą.

HENRYKA

Jam mu też, moja siostro, nie broniła wcale,

By nadal uwielbienie swe niósł ci wytrwale;

I przyjęłam jedynie, kiedy w moją stronę

Zwrócił płomienie, wprzódy przez ciebie wzgardzone.

ARMANDA

I te odepchniętego kochanka zapały

Z zupełną się u ciebie ufnością spotkały?

Mniemasz tedy, że szczere dla cię chęci żywi

Serce, co mnie niedawno kochało najtkliwiej?

HENRYKA

Tak mi powiedział, siostro, i ja temu wierzę.

ARMANDA

Radzę, siostrzyczko, nie bądź zbyt ufną w tej mierze;

Gdy mówi, że nie za mną, lecz za tobą ginie,

Nie myśli tego lub też łudzi się jedynie.

HENRYKA

Nie wiem, lecz jeśli pragniesz, przystaję z ochotą,

By po prostu Klitandra zapytać się o to:

Oto nadchodzi; będzie mógł tedy najprościej

Swym oświadczeniem wszelkie przeciąć wątpliwości.

SCENA DRUGA

Klitander, Armanda, Henryka.

HENRYKA

By stłumić myśl przez siostrę zbudzoną w mej głowie,

Proszę, Klitandrze, niech się twe serce opowie;

Zechciej oto rozstrzygnąć, w stanowczym wyborze,

Która z nas do twych uczuć prawa rościć może.

ARMANDA

Nie, wcale twym płomieniom narzucać nie myślę,

By miały cel swych pragnień określać tak ściśle;

Rozumiem delikatność i wiem, jak się wzbrania

Wstyd serca przed przymusem jawnego wyznania.

KLITANDER

Przeciwnie, pani; skłonność mego serca szczera

Ogniów swoich bynajmniej tu się nie wypiera

Ani też w ich wyborze na rozdrożu stoi;

I wyznam głośno, jawnie, z głębi duszy mojej,

Że tkliwe czucia, które dziś goszczą w mym łonie,

Miłość moja i śluby

wskazując Henrykę

      wszystkie po tej stronie.

Niech cię nie wzburza, pani, ten serca głos śmiały:

Wszak z twojej woli sprawy tę postać przybrały.

Twe wdzięki mnie uwiodły, i westchnienia moje

Dość ci zdradziły wnętrza tkliwe niepokoje;

Dusza moja niezłomną miłość ci przysięgła,

Lecz po wyższą snadź zdobycz pycha twoja sięgła!

Długo znosiłem, pani, brzemię twojej wzgardy;

Władałaś mą istotą niby tyran hardy,

Aż wreszciem znalazł sobie, dolą swą znękany,

Bardziej ludzkiego władcę, mniej ciężkie kajdany.

wskazując Henrykę

Znalazłem je w tych oczach, co dziś wszystkim moim;

Ich blask odtąd jedynym chcę mieć szczęścia zdrojem;

One mi osuszyły łzy swoim oddaniem

I nie wzgardziły sercem, dla ciebie zbyt taniém.

Dobrocią tą tak silnie je do się przykuły,

Że nic go dziś nie wydrze z tej niewoli czułéj:

I dlatego, śmiem błagać, pani, abyś we mnie

Dawnych płomieni budzić nie chciała daremnie;

Nie kusiła się serca zdobywać z powrotem,

Co inną czyni pragnień najsłodszych przedmiotem.

ARMANDA

I skądże to mniemanie, że ktoś ma te chęci

I że pańska osoba tyle kogoś nęci?

Takie pojęcie dość mi się pociesznym zdało,

A ta pretensja pańska aż nazbyt zuchwałą!

HENRYKA

Spokojniej, moja siostro. Gdzież zasad potęga,

Co zwierzęce porywy w służbę ducha wprzęga

I namiętnościom gniewu wędzidło nakłada?

ARMANDA

Gdy o zasadach mówisz, cóż to za zasada,

By miłosne gruchania uprawiać tak skrycie,

Bez wiedzy tych, od których w darze wzięłaś życie?

Wiedz, że ich to jest prawem kierować twą dolą,

Że kochać wolno wtedy, gdy oni pozwolą,

Że o twym sercu ich ma stanowić orędzie

I że zbrodnią jest samej rządzić się w tym względzie.

HENRYKA

Podziękować mi tylko za dobroć przystoi,

Z jaką mi kreślisz drogę powinności mojej.

Serce moje z przestrogi najchętniej skorzysta;

By więc korzyść tych nauk była oczywista,

Pospiesz się z tym, Klitandrze, niech twe słodkie prawa

Życiodawców mych wola uświęci łaskawa;

Przywilej serca mego wyproś sobie od niej

I daj sposób, bym mogła kochać cię bez zbrodni.

KLITANDER

Idę wraz, by rodzicom zdradzić me płomienie:

Czekałem jeno na to słodkie przyzwolenie.

ARMANDA

Tryumfujesz, siostrzyczko; i trudno wyraźniej

Jawić, iż myślisz sobie, że ta rzecz mnie drażni.

HENRYKA

Ja, siostro? Ani trochę. Wiem, że twoje zmysły

Od rozumu potężnych praw jeno zawisły

I że, szczytną mądrością zbrojne, twoje oko

Ponad słabostki ludzkie szybuje wysoko.

Nie tylko nie przypuszczam gniewu, ale wierzę,

Że wpływem swoim raczysz dopomóc mi szczerze,

Poprzeć prośby Klitandra i uzyskać tyle,

By przyspieszyć naszego związku szczęsną chwilę.

Proszę cię o to, siostro, chciej, w dobroci swojej…

ARMANDA

Twój dowcipek, jak widzę, drwinki sobie stroi;

Dumnaś bardzo, że serce z łaski ci rzucono!

HENRYKA

Chociaż rzucone, jednak nęci ciebie ono;

I gdybyś to, czym niby gardzisz tak namiętnie,

Mogła dziś zdobyć, trud ten podjęłabyś chętnie.

ARMANDA

W dalsze dyskursy z tobą wdawać się nie raczę:

Nie warte odpowiedzi te brednie prostacze.

HENRYKA

Pięknie to z twojej strony i trudno, w istocie,

Wyżej w umiarkowania posunąć się cnocie.

SCENA TRZECIA

Henryka, Klitander.

HENRYKA

Szczerość twa zaskoczyła ją ponoć niemało.

KLITANDER

Myślę, że dosyć słusznie jej się to dostało:

I że wszystkie wybryki jej pychy szalonej

Zasłużyły na taką odprawę z mej strony.

Lecz, skoro mi już wolno, pójdę, w drodze gładkiej,

Ojcu pani…

HENRYKA

      Ważniejsze jest zacząć od matki.

Ojciec łatwo zazwyczaj na wszystko się zgadza,

Lecz cóż, gdy z zgodą w parze nie idzie tu władza;

Dobroć zbytnia, przez niebo w serce mu włożona,

Sprawia, że wszystkim w domu trzęsie jego żona.

Ona rządzi i ona tu stanowczym tonem

Oznajmia to, co święcie ma być wypełnioném.

Chciałabym, byś pan dla niej, a także dla ciotki,

Umiał się zrobić bardziej uprzejmy i słodki;

Byś, nawet ich fantazjom schlebiając w potrzebie,

Sympatię ich wzajemną pozyskał dla siebie.

KLITANDER

Tych dziwactw, w które matka pani dom ten stroi,

Nigdy nie mogłem uznać, nawet w siostrze twojej,

I doktorów w spódnicach mam w głębokim wstręcie.

Owszem; niech ma kobieta o wszystkim pojęcie:

Lecz drażni mnie uczoność owa, dziś u wielu

Spotykana, co jeno popis ma na celu;

I wolę, gdy kobieta wśród lada rozmowy

Wszystkiego, co wie, zaraz nie wytrząsa z głowy.

Niech swą naukę raczej wstydliwie osłania,

Niech ma wiedzę, lecz nie dla ludzkiego mniemania,

Nie cytuje autorów, zbyt górnie nie śpiewa

I dowcipem najmniejszych słówek nie nadziewa.

Matkę twą niewątpliwie ja wysoko cenię,

Lecz nie sposób mi włożyć się w jej urojenie

Ni dorzucić mój listek do zachwytów wieńca,

Którymi stroi głowę swego ulubieńca.

Jej cały pan Trysotyn nudzi mnie i złości;

Gniewa mnie kult składany temu jegomości;

Dziw mi, że matka stawiać chce w geniuszów rzędzie

Błazna, z którego ramot już śmieją się wszędzie,

Nudziarza, co, wciąż bazgrząc do dziesiątych potów,

Papierów stertą cały targ zarzucić gotów.

HENRYKA

Poezja czy rozmowa równie w nim jest nudną

I zgodzić się z twym zdaniem nie będzie mi trudno;

Ale, że on na matkę miewa wpływ niemały,

Musisz się dlań już zdobyć na słówko pochwały.

Kochanek dla swej lubej chętnie karku nagnie,

Wszystkich dla swoich uczuć zyskać wkoło pragnie

I, aby dobrą notę kupić sobie wszędy,

o pieska domowego nawet stoi względy.

KLITANDER

Masz słuszność; lecz cóż robić? To nie moja wina,

Żem nie jest zdolny strawić tego Trysotyna.

Nie potrafiłbym, mimo najszczerszej ochoty,

Spodlić się tak, by chwalić obmierzłe bazgroty;

Przez nie właśnie odsłonił mi się w świetle całem

I, nimem go na oczy ujrzał, już go znałem.

Odgadłem, przeglądając te ckliwe gawędy,

To, co ta kompatura wnosi z sobą wszędy:

To pojecie o sobie w swej pysze niezmienne,

Tę wiarę niewzruszoną w swe przymioty cenne,

Tę ufność, co się własnym sądem zadowala

I w własnym uwielbieniu gnuśnie się przewala;

Co sprawia, że w próżności swej wszystko ma za nic,

Że z wszystkiego, co spłodzi, sam rad jest bez granic

I nie chciałby pomieniać swej rzekomej chwały

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.