drukowana A5
13.93
Mikromegas

Bezpłatny fragment - Mikromegas


Objętość:
32 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-1024-2

I. Podróż pewnego mieszkańca gwiazdy Syriuszowej na planetę Saturna

Na jednej z planet kręcących się dokoła gwiazdy imieniem Syriusz, żył pewien młody człowiek, bardzo rozgarnięty, którego miałem zaszczyt poznać w czasie ostatniej podróży, jaką podjął na nasze mrowisko. Nazywał się Mikromegas, które to imię bardzo jest właściwe dla wszystkich wielkości. Miał osiem mil wysokości; przez osiem mil rozumiem dwadzieścia cztery tysiące kroków geometrycznych, po pięć stóp każdy.

Ten i ów z geometrów, ludzi na każdym kroku użytecznych ludzkości, weźmie natychmiast pióro do ręki i wykryje, iż skoro pan Mikromegas, mieszkaniec krainy Syriusza, liczy od głowy do nóg dwadzieścia cztery tysiące kroków, co czyni sto dwadzieścia tysięcy stóp królewskich, my zaś, mieszkańcy Ziemi, liczymy tylko pięć stóp, a nasza Ziemia ma dziewięć tysięcy mil obwodu, znajdzie, powiadam, iż glob, który go wydał, musi bezwarunkowo posiadać ściśle dwadzieścia jeden milionów sześćset tysięcy razy więcej obwodu niż nasza mała Ziemia. Nic prostszego i bardziej pospolitego w naturze. Państwa niektórych mocarzy Niemiec lub Włoch, które można obejść w ciągu pół godziny, w porównaniu z cesarstwem tureckim, moskiewskim lub chińskim są jedynie bardzo słabym obrazem zdumiewających różnic, jakie natura stworzyła między istotami.

Skoro postać Jego Ekscelencji posiadała wzmiankowaną przeze mnie wysokość, wszyscy nasi rzeźbiarze i malarze zgodzą się bez trudności, że mógł on mieć w pasie jakie pięćdziesiąt tysięcy stóp królewskich obwodu; co stanowi proporcję nader przyzwoitą. Ponieważ nos wynosił trzecią część długości pięknej twarzy, piękna zaś twarz stanowiła siódmą część wzrostu pięknego ciała, trzeba się zgodzić, że nos naszego Syryjczyka liczył sześć tysięcy trzysta trzydzieści trzy stóp królewskich z ułamkiem; co było do udowodnienia.

Co do umysłu, jest to jeden z najbardziej oświeconych, jakie znałem; wie mnóstwo rzeczy; wynalazł też sam niejedno. Nie miał jeszcze dwustu pięćdziesięciu lat i studiował, wedle zwyczaju, w najsłynniejszym kolegium swej planety, kiedy siłą swego umysłu odgadł więcej niż pięćdziesiąt twierdzeń Euklida, czyli o osiemnaście więcej niż Błażej Pascal, który, rozwiązawszy ich wśród zabawy trzydzieści dwa, został później dość średnim geometrą, a bardzo lichym metafizykiem. Mając około czterystu pięćdziesięciu lat, na schyłku dziecięctwa, bawił się sekcjonowaniem owych drobniutkich owadów, które nie mają ani stu stóp średnicy i umykają się zwyczajnym mikroskopom. Napisał o tym książkę nader ciekawą, która ściągnęła nań nieco kłopotów. Mufti tego kraju, wielki wścibski i równie wielki nieuk, znalazł w jego dziele twierdzenia podejrzane, nieprawomyślne, zuchwałe, heretyckie, cuchnące herezją i zaczął go prześladować. Chodziło mianowicie o to, czy zasadnicza istota pcheł na Syriuszu jest tej samej natury co ślimaków. Mikromegas bronił się z wielką ciętością; pozyskał kobiety dla swego stronnictwa: proces trwał dwieście dwadzieścia lat. Wreszcie mufti uzyskał wyrok potępiający książkę z ust mężów uczonych w prawie, którzy jej nie czytali; autor otrzymał rozkaz niepojawiania się na dworze przez przeciąg ośmiuset lat.

Wygnanie z dworu, który roił się od intryg i małostek, nie zmartwiło go zanadto. Ułożył bardzo ucieszną piosnkę na muftiego, co było temu dygnitarzowi dosyć obojętne; po czym puścił się w podróż od planety do planety, aby wykształcić umysł i serce, jak to powiadają. Ci, którzy podróżują jedynie w kariolce pocztowej lub berlince, będą niewątpliwie zdumieni ekwipażami owych planet; my ludzie bowiem, na naszej kupce gliny, nie wyobrażamy sobie nic poza naszymi zwyczajami. Podróżnik ów znał doskonale prawa ciążenia i wszystkie siły przyciągające i odpychające. Posługiwał się nimi tak zręcznie, iż, to przy pomocy słonecznego promienia, to za pośrednictwem komety, wędrował wraz ze swą kompanią od globu do globu, jak ptak buja z gałęzi na gałąź. Przebiegł w krótkim czasie Drogę Mleczną; zmuszony jestem wyznać, iż nie widział zgoła, poprzez gwiazdy, jakimi jest usiana, owego pięknego empiryjskiego nieba, które znakomity wikary Derham ujrzał, jak się chlubi, na końcu swej lunety. To nie znaczy, bym twierdził, iż pan Derham źle widział, niech mnie Bóg zachowa! Ale, ostatecznie, Mikromegas był na miejscu, jest to dobry obserwator, słowem, nie chcę się sprzeciwiać nikomu. Mikromegas, zasterowawszy umiejętnie, dostał się na Saturna. Mimo iż przyzwyczajony do oglądania nowych rzeczy, w pierwszej chwili, widząc małość globu i jego mieszkańców, nie mógł się powstrzymać od uśmiechu wyższości, jaki wymyka się niekiedy nawet najroztropniejszym. Ostatecznie bowiem, Saturn jest ledwie dziewięćset razy większy od Ziemi, a obywatele tego kraju są to karły, mające ledwie tysiąc łokci wzrostu lub coś koło tego. Zrazu przybysz pożartował sobie z tego ze swoją świtą, tak mniej więcej, jak muzyk włoski przybywszy do Francji podśmiechuje się z muzyki Lulliego. Ale ponieważ Syryjczyk miał nieco oleju w głowie, zrozumiał rychło, iż osoba obdarzona myślą może nie być śmieszna, mimo że ma tylko sześć tysięcy stóp wysokości. Napełniwszy z początku mieszkańców Saturna przestrachem i zdumieniem, zżył się z nimi stopniowo. Zawarł ścisłą przyjaźń z sekretarzem akademii Saturna, człowiekiem nader światłym, który, po prawdzie, nic nie wynalazł, ale zdawał bardzo dobrze sprawę z wynalazków drugich i z niejakim talentem uprawiał małe wierszyki i duże rachunki. Przytoczę tu, ku zadowoleniu czytelników, osobliwą rozmowę, jaką jednego dnia Mikromegas odbył z panem sekretarzem.

II. Rozmowa mieszkańca Syriusza z mieszkańcem Saturna

Skoro Jego Ekscelencja położyła się, sekretarz zaś zbliżył się do jej twarzy, Mikromegas rzekł:

— Trzeba przyznać, że natura jest bardzo różnorodna.

— Tak — rzekł Saturnijczyk — natura jest niby klomb, którego kwiaty...

— Ech — przerwał tamten — daj pokój swoim klombom.

— Jest — podjął sekretarz — niby wieniec blondynek i brunetek, których stroje...

— Ech, co tu mają do rzeczy jakieś brunetki? — rzekł tamten.

— Jest zatem niby galeria malowideł, których rysy...

— Ech, nie — rzekł podróżny — jeszcze raz, natura jest jak natura. Po co tu szukać porównań?

— Aby pana zabawić — rzekł sekretarz.

— Ja nie chcę, aby mnie bawiono — odparł podróżny — chcę, aby mnie pouczano. Na początek powiedz mi, ile na twoim globie ludzie mają zmysłów?

— Siedemdziesiąt dwa — odparł akademik — i wciąż uskarżamy się, że mamy ich tak mało. Wyobraźnia wybiega poza nasze potrzeby; uważamy, że przy naszych siedemdziesięciu dwu zmysłach, naszym pierścieniu, naszych pięciu księżycach, jesteśmy zbyt ograniczeni; mimo całej żądzy poznania i dość znacznej liczby namiętności, jakie wypływają z naszych siedemdziesięciu dwóch zmysłów, mamy pod dostatkiem czasu, aby się nudzić.

— Bardzo temu wierzę — rzekł Mikromegas — my bowiem, na naszym globie, mamy blisko tysiąc zmysłów; a mimo to pozostaje nam jakieś mgliste pragnienie, jakiś nieokreślony niepokój, który ostrzega nas bez ustanku, że jesteśmy niczym i że istnieją stworzenia o wiele doskonalsze. Podróżowałem nieco; widziałem śmiertelników o wiele niższych od nas; widziałem znacznie wyższych: ale nie widziałem takich, którzy by nie mieli więcej pragnień niż prawdziwych potrzeb, a więcej potrzeb niż zadowolenia. Dotrę może kiedyś do kraju, gdzie nie brak jest niczego; ale aż dotąd nikt nie udzielił mi pewnych wiadomości o tym kraju.

Zaczem Saturnin i Syryjczyk zapuścili się w głębokie koniektury; ale, po wielu rozumowaniach bardzo przemyślnych i bardzo niepewnych, trzeba było wrócić do faktów.

— Jak długo żyjecie? — spytał Syryjczyk.

— Ach, bardzo krótko — odparł mały człowieczek z Saturna.

— To tak jak u nas — rzekł Syryjczyk — zawsze skarżymy się, że krótko. Musi to być widocznie powszechne prawo natury.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.