drukowana A5
18.9
Medea

Bezpłatny fragment - Medea


Objętość:
77 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0211-7

OSOBY DRAMATU:

Piastunka

Piastun

Medea

Chór kobiet

Kreon

Jazon

Ajgeus

Poseł

Dzieci Medei

Rzecz dzieje się w Koryncie.

PIASTUNKA

Bodajby nie był Argo krajał głębi sinej

Symplegad, do kolchidzkiej pędzący krainy!

Bodajżeby też nigdy na leśnym Pelionie

Nie padła była sosna! Dzielnych mężów dłonie

Bodajżeby nie były pochwyciły wiosła

Tej łodzi, co po runo złociste ich niosła

Na rozkaz Peliasa! Medea, ma pani,

Nie byłaby płynęła wonczas ku przystani

Jolkijskiej! Miłująca Jazona, ta nasza

Władczyni, poradziwszy córkom Peliasza

Własnego ubić ojca, do korynckiej ziemi

Nie byłaby uciekła z małżonkiem i z swymi

Dziecięty! Juścić prawda, przybywszy tu w gości,

Oddana Jazonowi, doznała miłości

Powszechnej, boć największe to szczęście, jeżeli

Zgodliwa żona z mężem wierny żywot dzieli.

Dziś wszystko się rozprzęgło i najbliżsi sobie

Wrogami dziś, gdyż Jazon porzucił w tej dobie

Mą panią i swe dziatki, poślubiwszy zdradnie

Królewski płód Kreonta, co w tym kraju władnie.

Nieszczęsna zaś Medea, tak strasznie wzgardzona,

Przysięgi wypomina, z rozdartego łona

Do rąk się odwołuje przymierza, na świadki

Przyzywa oto bóstwa, że dziś się tak rzadkiej

Odpłaty doczekała z Jazonowej woli.

Wzgardziwszy wszelką strawą, gdy ją serce boli,

We łzach dzień cały trawiąc, zdradzona przez męża,

I oczu nie podniesie… Przyjaźń się wytęża

Daremnie: słów pociechy słucha, niby skała,

Lub morza spienionego fala rozszalała.

Czasami, odwróciwszy śnieżnobiałą szyję.

Uskarża się sam na sam, z bólem się nie kryje,

Rodzica wspominając i ojczyste łany,

Dla męża porzucone, co dziś dla stroskanej

Litości nie ma żadnej!… Ach! jakżeż szczęśliwy —

Tak myśli — kto rodzinnej nie opuszcza niwy!

Znienawidziła dzieci; ja-ć wielce się trwożę,

Czy nie ma złych zamiarów, czy nie knuje może

W swej duszy jakiej zemsty: gwałtowną ma duszę,

Nie zniesie żadnej krzywdy… Obawiać się muszę,

Ażeby do sypialni wszedłszy po kryjomu,

Nie wbiła w serce córki królewskiego domu

Wyostrzonego noża. Nikt też dzisiaj nie wie,

Czy króla nie uśmierci w swym szalonym gniewie,

Nie sprzątnie oblubieńca i na większą jeszcze

Narazi się niedolę. Serce ma złowieszcze,

Nie wchodzić w nią w zatargi, droga-ć to jest śliska!

Lecz oto już dziecięta wracają z boiska.

Nie wiedzą nic o matce. Tak, umysł dziecięcy

Ma troskę o zabawę, zresztą o nic więcej.

Na scenę wchodzi z dziećmi Medei

PIASTUN

Ty w domu mej władczyni siwy skarbie stary!

Dlaczego tak sam na sam skarżysz się bez miary

Na dworze na tę naszą niedolę? Czyż zdoła

Obywać się bez ciebie pani chmurnoczoła?

PIASTUNKA

Sędziwy towarzyszu Jazonowych dzieci!

Nieszczęście chlebodawców w dobrych sługach nieci

Współczucie, ich cierpieniom równa się ich męka,

Więc ja też, gdy mnie dzisiaj straszna boleść nęka,

Wybiegłam i o losach Medei, tak srodze

Dotkniętej, wobec ziemi i nieba zawodzę…

PIASTUN

Co? Jeszcze nie przestała się żalić ta biedna?

PIASTUNKA

Draśnięta ledwie kora, daleko do sedna!

PIASTUN

Niemądra — jeśli wolno tak nazywać pany!

Więc dotąd ból najświeższy jeszcze jej nie znany?

PIASTUNKA

Cóż stało się, mój stary? Wyjaw wszystko szczerze.

PIASTUN

Nic! Nic! Żem to w ogóle mówił, żal mnie bierze.

PIASTUNKA

Opowiedz, towarzyszu, powiedz! Na twą brodę!

Gdy trzeba, milczeć będę, wierz mi, nie zawiodę.

PIASTUN

Poszedłem po warcaby i niepostrzeżenie

Usiadłszy przy źródlisku, przy świętej Pejrenie,

Gdzie starcy się zbierają, usłyszałem słowa,

Że z ziemi chce korynckiej wola Kreontowa

Wydalić matkę a dziećmi. Czy prawda się mieści

W tych słowach, juścić nie wiem, chciałbym też w ich treści

Dopatrzyć się li kłamu… Odpowiedź niełatwa.

PIASTUNKA

A Jazon czyż dopuści, iżby jego dziatwa

Cierpiała, choć dla matki tak jest dzisiaj srogi?

PIASTUN

Dawniejsze związki nowym ustępują z drogi:

On dziś już szczęścia domu swojego nie strzeże.

PIASTUNKA

Zginiemy więc, gdy klęski łączą się dziś świeże

Z dawnymi, co nam dotąd biedne serca straszą.

PIASTUN

Nie pora powiadamiać o tym panią naszą,

Dlatego trzeba milczeć. Weź-że to w rachubę!

PIASTUNKA

Strasznego wy rodzica macie, dziatki lube!

Lecz ja mu źle nie życzę, wszak on moim panem,

Choć bliskich swych cierpieniem darzy niesłychanem.

PIASTUN

Rzecz ludzka! Teraz widzisz, że człek zawsze kocha

Więcej siebie niż innych. I ma racji trocha,

Choć często zysk go ciągnie. Toć, najoczywiściej,

I Jazon wzgardził dziećmi swymi dla korzyści.

PIASTUNKA

A teraz niech się dziatwa do domu potrudzi,

Ty zaś ją trzymaj z dala od gromady ludzi

I nie wiedź przed oblicze zatroskanej matki.

Widziałam-ci ja wzrok jej, jak w zawiści rzadkiej

Kierował się w ich stronę. Snać coś złego knowa!

Wiem o tym, że w swym gniewie nie spocznie jej głowa,

Dopóki nie porazi swych ofiar. Zaiste!

Nie w swych, lecz w wroga gromy niech rzuca ogniste!

MEDEA

poza sceną

O jej!

O miej-że litość, ty bolu, o miej!

O jej! A dlaczego nie zginę

W tę przeraźliwą godzinę?

PIASTUNKA

To właśnie mówiłam, najdroższe me dzieci:

W jej sercu znękanym gniew srogi się nieci!

O spieszcie co prędzej! O idźcie już w dom!

A baczcie, by na was nie spłynął jej grom!

Unikać wam trzeba jej dzikiej natury,

Jej myśli wzburzonej, jej duszy ponurej,

Zabójczym oddanej tchom.

O idźcie już, idźcie, biegnijcie co prędzej!

Już widzę, jak rośnie ten obłok jej nędzy —

Przed chwilą zaledwie dostrzegły go oczy,

A teraz jak rośnie w bolesnej swej mroczy

Ten potwór! Ach! Stanie się rzecz niepojęta,

Gdy mściwy duch zerwie swe pęta.

MEDEA

jw.

Ajaj! Ajaj!

Zbyt wiele ja nieszczęść doznałam, to znaj,

Ty dziatwo wzgardzonej, zhańbionej macierzy!

Niech piorun mej klątwy w twe życie uderzy:

I ojciec, i dom niech zaginie!

PIASTUNKA

O, jej mnie nieszczęsnej, o jej!

A jakiż ta dziatwa w ojcowskiej tej winie

Ma udział? Dlaczegoż nienawiść twa do niej?

O dzieci wy biedne! A któż was obroni?

Zbyt chełpi się pycha wodzących dziś rej,

Zbyt gniew się nadyma tych władców, co, sami

Zbyt się nie krępując ustawy więzami

Krępują wciąż innych prawem samowoli —

Tylko gdzie jest równość, życie nas nie boli!

Nie pragnę ja bogactw, chcę li mieć ostoję

Bezpieczną na stare, słabe lata moje.

Dla umiarkowanych już w samym ich mianie

Dostatnia jest chwała, boć umiarkowanie

To dobro najwyższe! A kto je przekroczy,

Ten nigdy już szczęścia w swym domu nie zoczy.

A, mówię, dla domu stokrotnie jest gorzej,

Gdy nad nim gniew boski się sroży.

CHÓR

Słyszałam-ci głosy, te skargi na losy,

Płynące z warg

Nieszczęsnej tej niewiasty kolchidzkiej. O, kiedy

Otrząśnie się, mów, stara! z swej straszliwej biedy?!

Że tak w niej pełno jest skarg!

PIASTUNKA

Nie dom to już przecie! Przeminie na świecie

Blask jego! Co więcej! Łożnicy książęcej

Od spragnion, a ona, we łzach zatopiona,

Po twojej tej stracie narzeka w komnacie,

A któż ją pocieszy z przyjaciół jej rzeszy?

MEDEA

jw.

Ajaj!

O niechaj w mą głowę pociski gromowe

Uderzą, bo za nic mam żywot, gdy granic

Mój ból nie posiada! Ach! Ach! Oby blada

Przerwała już śmierć to me życie!

CHÓR

O Zeusie! O światło! O ziemio! Słyszycie

Te skargi gorące, obficie płynące

Z warg najbiedniejszej z żon?

Szalona! Tęsknota, co sercem twym miota

I pcha tak zawzięcie w mężowskie objęcie,

Przyspieszy ci, mówię, twój skon!

Nie pragnij tego! Gdy on

Do innych zrywa się łoży,

Niech gniew się twój nie sroży:

W stosownej cię dobie Bóg pomści. Ty sobie

Daj spokój! Nie brnij po nim w zbytecznej żałobie!

MEDEA

jw.

O wielka Temido i ty, Artemido!

Ach! W jakiej ja męce wżdyć ginę, gdy ręce

Przeklętymi śluby związał mi dzień zguby!

Niech ujrzą me oczy, jak klęska się stoczy

Na niego i na nią, co taką otchłanią

Cierpienia mnie raczą! Ach! Z jakąż rozpaczą

Wspominam, żem, brata sprzątnąwszy ze świata,

Tak ciebie rzuciła, o ziemio ty miła,

O biedny ty ojcze rodzony!

PIASTUNKA

Słuchajcie, jak bije ten głos w nieboskłony!

Ku mściwej Temidzie, do Zeusa on idzie,

Którego opieka ma śluby człowieka

Na oku!… Ja zasię nie widzę w tym czasie,

By zemsta zbyt mała ukoić zdołała

Tę naszą nieszczęsną kniahinię!

CHÓR

Bogdajby się tylko zjawia tu ninie

Przed naszem obliczem! Smagana tym biczem,

Bogdajby zechciała wraz

Nakłonić też ucha mej radzie, co ducha

Gniewnego rozbroi i serce ukoi,

Zrzuci zeń ciężki ten głaz!

Bo juścić w każdy ja czas

Przyjaciół popieram szczerze!

Idź, otwórz domu dźwierze

I wyznaj niebodze mą miłość… Lecz srodze

Ty spiesz się, nim swej zemście straszne puści wodze!

PIASTUNKA

Uczynić to mogę, przecież czuję trwogę,

Czy mnie wysłucha?

Z miłości ku tobie przechętnie to zrobię,

Choć na domowniki sypie ogień dziki

Z płomiennej źrenicy. Żar jako u lwicy,

Co młode swe broni, skrzy się, jeśli do niej

Zbliżyć się odważy ktoś z sług i szafarzy.

Prawda jest w twym słowie, że nasi przodkowie

Niewiele zmyślili mądrego tej chwili,

Gdy ludzkiej gromadzie przy tańcu, biesiadzie

Kazali obleśnie piać wesołe pieśnie,

Zaś nauczycieli myśmy w nich nie mieli,

Jak dźwięcznymi tony żywot zachmurzony

Rozjaśniać… Na świecie tak ciągle się plecie,

Że gdy ludzie smutni, to przenigdy lutni

Wielostrunnej dźwięki nie tłumią ich męki.

A oto wciąż gromy biją w nasze domy!

A oto — o losy! — nowe wciąż pokosy

Śmierć kładzie na łanie! Bodajby to granie

Koiło nam bole!… Lecz w biesiadnym kole

Po cóż pieśni trzeba, gdy sam widok chleba

Głodne serca cieszy ucztującej rzeszy?!

Znika.

CHÓR

Tysiącznych jęków rozkłębiona fala

Razi me uszy! Zamęt głosów wzrasta!

Nieszczęsna niewiasta

Na zdrajcę się łoża ślubnego użala!

Ku Zeusa córce, przysiąg strażniczce, Temidzie,

Ten krzyk cierpienia idzie!

Ona śród nocy do greckiej ją ziemi

Morzami niosła wzdętymi…

Z pałacu wychodzi

MEDEA

Rzuciłam progi domu, korynckie me panie,

By waszej przypadkowo nie ulec naganie.

Pysznymi zwą tu wielu — wiem to — że od ludzi

Wciąż stronią, zaś człek inny zarzut pychy budzi,

Że ciągle poza domu ścianami wystawa,

A innych wreszcie bliźnich spotyka niesława

I wzgarda za to znowu, że im życie płynie

W spokoju arcygnuśnym, w hańbiącym bezczynie.

Źrenicom świata słuszność jakież jest daleka!

Nie zdołał człowiek dotrzeć do serca współczłeka,

A już go nienawidzi, chociaż krzywdy żadnej

Nie doznał, zasię przybysz winien żywot składny

Prowadzić według ustaw gościnnego kraju.

Nie chwalę-ć ja też ludzi, co mają w zwyczaju

Dla samej tylko pychy pogardzić innymi.

Mnie los niespodziewanie pogrążył w olbrzymiej

Niedoli; niczym dla mnie uroki żywota,

Ku śmierci, o me drogie, pcha mnie dziś tęsknota.

Bo ten, w którym złożyłam wszystką moją wiarę,

Najgorszym stał się z ludzi. Za jakąż to karę

Z wszystkiego, co oddycha i myśli na świecie,

Najsroższy los się dostał nieszczęsnej kobiecie?

Małżonka trzeba cennym okupywać wianem,

Naszego ciała władcę — złem to niesłychanym,

Lecz gorszym traf: nie wiada, jakim mąż ten będzie,

Szlachetnym czy też podłym, stanąć bowiem w rzędzie

Rozwódek wstyd to wielki, nie można też męża

Odtrącać! A już darmo umysł się wytęża,

Jeżeli w obcym kraju i pod obcym prawem

Z człowiekiem ma się obcym połączyć niebawem.

Zaiste! Trzeba być jej jako prorokinie,

Ażeby móc odgadnąć, azali nie zginie.

Lecz gdy się wszystko dobrze zakończy nareszcie.

Gdy mąż w tym jarzmie życia chodzi przy niewieście

Godziwie, los to godny zazdrości; gdy zasię

Inaczej ma się sprawa, śmierć li dobrą zda się.

Poza tym, gdy mężowi dolega coś w domu,

Uskarżyć się on przecie może lada komu,

Druhowi, z którym wyrósł, a my, złych katuszy

Doznawszy, musim własnej spowiadać się duszy!

A mówią też, iż życie prowadzim bezpieczne

W komnatce, kiedy oni na zatargi wieczne

Wyruszać muszą w pole, gdzie oszczepy warczą!

O głupcy! Trzykroć wolę ja stanąć pod tarczą,

Niż rodzić choć raz jeden! Ale to się ciebie

Nie tyczy; masz ojczyznę, masz swój dom, w potrzebie

Przyjaciół możesz znaleźć, żywota rozkosze

Otworem ci tu stoją… Za to co ja znoszę!

Samotna, bez ojczyzny, zdrady mężowskimi

Nękana, z obcej ku wam przywiedziona ziemi,

Ni matki, ani brata, ani żadnej siostry,

Do których mi się uciec w mej niedoli ostrej!

To jedno tylko raczcie mi spełnić: jeżeli

Wynajdę jakiś środek na mych krzywdzicieli,

Na męża i na ojca, co mu córkę dawa,

I na nią — jeśli wszystkich zniszczę według prawa,

Wy milczcie!… Tak, kobieta będzie pełna trwogi

We wszystkim; tchórz do wojny, z pochew broni srogiej

Nie wyjmie, lecz gdy ślubne zbezczeszczą jej łoże,

Nikt mściwszym ani krwawszym od niej być nie może.

CHÓR

Uczynię tak, Medeo! choć mi nie dziwota,

że tobą żądza pomsty i żal taki miota.

Lecz, widzę, Kreon idzie, władca tej dziedziny:

Zapewne jakieś świeże niesie ci nowiny.

Na scenę wchodzi

KREON

Medeo strasznooka, swą zapalczywością

Małżonka ścigająca! Masz mi się z tą włością

Pożegnać jak najprędzej! Weź swych dzieci dwoje

I ruszaj mi bez zwłoki za granice moje,

Gdyż ja, dzierżyciel prawa, do domu nie wrócę,

Dopóki cię na zawsze z ziem tych nie wyrzucę!

MEDEA

Ojej! Ja nieszczęśliwa! Ach! Ginąć tak nagle!

Doszczętnie! Już wrogowie rozpuścili żagle

I nie ma dla mnie wyjścia! Okrutny manowiec!

Lecz ja, com tyle zniosła, pytam się: Odpowiedz,

Kreonie, za co z swojej wypędzasz mnie ziemi?

KREON

Obawiam się — bo po cóż mam się taić z swymi

Obawy? — że chcesz klęskę sprowadzić na głowę

Mej córki: toć po temu znaki są gotowe!

Przebiegły jest twój umysł, w knowania bogaty,

Podniecon nadto bólem z powodu utraty

Małżonka. Mam też wieści, że myślisz o zgubie

Nas wszystkich, ojca, córki i zięcia… Nie lubię

Wżdyć czekać, aż się groźby wypełnią… Dziś wolę

Zarobić na twą zawiść, niż potem niedolę

Sromotną opłakiwać, zmiękczon twymi łzami.

MEDEA

Ach! Ach!

Nie pierwszy raz, Kreonie, miej litość nad nami —

W nieszczęście mnie zapędza ma sława. O, radzę,

By człowiek, który w mózgu ma rozumu władzę,

Nie chował swoich dzieci w zbytecznej mądrości…

Bo nie dość, że człowieka, w którym mądrość gości,

O gnuśność obwiniają cni obywatele,

Lecz jeszcze nienawiści mają nazbyt wiele.

Gdy mędrzec się przed głupcem z czymś nowym pochwali,

Otrzyma wnet przydomek pustego mądrali.

A jeśli więcej znaczysz od tych, co mniemanie

O sobie mają wielkie, wnet ci się dostanie

W udziale zawiść tłumu. I mnie się to samej

Zdarzyło, kiedym weszła w tego miasta bramy.

Żem mędrsza, więc też mądrość ma nienawiść budzi:

Dla jednych jestem szorstką, zaś dla innych ludzi

Jam taką czy owaką, tylko dla nikogo

Rozumną. Tak i ty się obawiasz, że srogo

Me serce, o Kreonie, bije przeciw tobie.

Nie lękaj się! Nic złego ja królom nie zrobię.

Bo czymżeś ty mnie skrzywdził? Zabiera mężczyzna

Twą córkę, więc go lubisz; dusza ma się przyzna,

Że mam nienawiść k'niemu — wszak to mój małżonek!

Lecz tyś postąpił mądrze, mówię bez obsłonek,

I żadnej nie czuję ku tobie zawiści,

Jeżeli ci się wszystko jak najlepiej ziści.

Tak, żeście się, weselcie! Tylko mnie w tym mieście

Zostawcie! Chociaż krzywdę mnie, biednej niewieście,

Niemałą wyrządzili, umilknę, jak pono

Przystało zawsze ludziom, których zwyciężono.

KREON

Łagodnie brzmią twe słowa, lecz powiedzieć mogę,

Że teraz jeszcze większą czuję w sercu trwogę,

Azali coś nie knujesz: teraz mniej ci wierzę,

Niż przedtem. Każdy bowiem łatwiej się ustrzeże

Kobiety popędliwej i takiegoż męża

Niż milczków… Próżno dziś się twój umysł wytęża:

Uciekaj! Na nic podstęp, wszelkie środki na nic!

Wszak wrogiem jesteś moim! A więc precz z tych granic!

MEDEA

O nie! Na twe kolana! Na tę pannę młodą!

KREON

Na próżno tracisz słowa, duszy mej nie zwiodą.

MEDEA

Wypędzasz mnie, na prośby nie zważając moje?

KREON

Od ciebie dom mój droższy, o niego ja stoję.

MEDEA

Jak drogaś ty mi dzisiaj, ojczyzno zdradzona!

KREON

Po dzieciach i dla mego najdroższa jest łona.

MEDEA

O jakimż to dla człeka przekleństwem jest miłość!

KREON

Ja sądzę, że rozstrzyga tu losów zawiłość.

MEDEA

Nie spuszczaj z oka sprawców mej krzywdy, o Boże!

KREON

Szalona! Przestań dręczyć, nic ci nie pomoże.

MEDEA

Dość mękiśmy już znieśli, nie trzeba jej więcej.

KREON

Czy mam się do mej służby odwołać książęcej?

MEDEA

Kreonie, nie czyń tego, daj gwałtowi spokój!

KREON

Dokuczasz, łaski sobie, Medeo, nie rokuj!

MEDEA

Odejdę, lecz nie o tom ciebie błagać chciała.

KREON

Więc czemu się ociągasz, ty duszo zuchwała?

MEDEA

Ten jeden dzień mi pozwól pozostać, o królu,

Bym mogła coś obmyśleć dla dzieci, co w bólu

Zostały i bez środków, gdyż ojciec rodzony

Już przestał dbać o płód swój. W jakie mam je strony

Prowadzić, jeszcze nie wiem. Zlituj się nad nimi,

Boś sam jest przecież ojcem. Wszak litość na ziemi

Być winna! Nie o sobie też myślę, że muszę

Uciekać! Tak to losy dręczą dziś mą duszę.

KREON

Tyrański duch mi obcy — we mnie on nie gości,

Choć nieraz się zawiodłem na mojej litości,

I dzisiaj również błądzę! Jednak niech się stanie!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.