drukowana A5
39.35
Oko proroka

Bezpłatny fragment - Oko proroka

Objętość:
235 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0483-8

I. Mój ojciec wyjeżdża do Turek

Było święto Trzech Królów. Ojciec mój ubrał się od święta,przywdział kopieniak podbity lisami, bo mróz był mocny,a nim się jeszcze matka zebrała, aby z nim pójść do kościoła,wziął z półki kredę święconą, wyszedł z izby na dwór i naddrzwiami kowanymi, na ocapie, wypisał ciężką ręką, bardzodużymi a nie bardzo foremnymi litery:

K + M + B

1614

Owoż ten tu wypisany rok Zbawienia Pańskiego 1614to jest najdawniejszy czas żywota mego, jaki zapamiętałem.A miałem tego czasu rok szósty. Jako zaś potem się działoi co ze mną było i z rodzicami, i co Bóg dawał złego i dobrego,to mi to już tak w pamięci się chowa, jakoby w zamczystejskrzyni, gdzie wszystko bezpiecznie leży, że kiedy i po mnogich leciech odewrzesz, wszystko znajdziesz, jako było. Jenoże to wszystko było jeszcze jakoby w samym oku, a nie w rozumie; aż dopiero, kiedy rozum z laty przyszedł, to zacząłczytać w pamięci jak w księdze, co już dawno drukowanabyła, nimeś ty czytać się nauczył.

Ta wieś, gdzie moi rodzice żyli i gdziem się ja rodził,nazywa się Podborze, a leży przy samym trakcie głównym,który wiedzie w rozmaite dalekie strony i kraje bożegoświata, boś nim jechał i do Węgier na Sambor, i do Wołoszyna Stryj, i do Krakowa na Felsztyn i Przemyśl, a także doLwowa i dalej, na Ukrainę albo do Turek nawet. Pisze sięta wieś na Ziemię Przemyską, a na ekonomię samborską;należy do królewszczyzny i nie ma dziedzica, a siedział w niejza moich najmłodszych lat podstarości, a raczej wierniktylko pana wojewody Jerzego Mniszcha, a podstarościmto go tylko zwano, bo tak chciał i kazał, wydając się z pychyza zacniejszą osobę, niżeli był po prawdzie.

Ojciec mój nie był poddanym chłopem, bo siedział nasołtystwie. Ale i sołtysem też nie był takim, jako bywająinni, bo ani ludzi nie sądził, ani czynszów i danin królewskich nie wybierał, ani na wojnę nie chadzał i pachołkaw pole nie stawiał. Ale grunt ojca mojego, półtora łana niespełna, to było kiedyś sołtystwo dawniejszymi czasy, a terazjuż tylko wolnictwo, a ojciec wziął te grunta w macierzystym spadku i miał wolność na nich, tak jakby był szlachcicem, tylko do ekonomii samborskiej płacił czynszu i żyrowszczyzny 20 złotych, a na św. Marcin i na św. Wojciechpo równej połowie. Gdyby bezpieczno siedział na tym wolnictwie, byłoby mu dobrze, bo chleba ono dać mogło dostatek — ale cóż, kiedy mu przeczono prawa posesji i ruszyćgo z niego chciano koniecznie, jako się o tym później powie.

Gospodarstwem na roli to się mój ojciec nie bardzoparał, jeno matka, jako że go mało było w domu, bo byłdostatkowym furmanem i kupieckim rozwoźnikiem, i co rokuprzez kilka miesięcy był w drodze. Wyuczył się wprawdziemój ojciec ciesielskiego rzemiosła, ale że ciesielka nie dawałamu dosyć zarobku, a do furmaństwa go bardzo ciągnęło, tedyciesielkę cale był zarzucił. Już dziad mój był furmanemsolnym, jako to zowią u nas prasołem; bo tu wszędy okołow samborskiej i drohobyckiej krainie żupa na żupie: i w StarejSoli, i w Lacku, i w Drohobyczu, i w Truskawcu, Modryczu, Stebniku i w Kotowie, a zewsząd kwotnicy wysyłająbeczkami sól na końce świata, aż do Kijowa, na dalekąUkrainę, hen aż po Dzikie Pola, bo chleba zbytek, ale solinic, choćby na zaprószenie oka.

Furmańskie rzemiosło przeszło tak z dziadka na megoojca, tylko że ojciec nie woził już soli, ale wziąwszy niecogrosza po dziadku, zabrał się do furmanki kupieckiej. Tobył sowity zarobek, ale ciężki; rzemiosło zyskowne, ale niebezpieczne, a czasem i bardzo stratne, jeśli tego nieszczęściechciało. Boś jechał jak na wojnę i chyba to Bóg miłosiernywiedział, kiedy wrócisz, i czy żyw i cały wrócisz, i w jakiejfortunie na swoim domowym progu staniesz. Wyjechaćmożesz pięknym kowanym wozem w cztery konie, opasanypełnym trzosem, a powrócić pieszo i boso, o proszonymchlebie, z gołym jeno biczyskiem w ręku za cały dorobeki rad tylko, żeś głowę przyniósł. Wszędy drogi niebezpieczne,wszędy siła opryszków i hultajów, łakomych na grosz kupiecki i bogaty towar; już jak do Wołoszy czy do Węgierz towarem jedziesz lub stamtąd wracasz, strachu i biedynajesz się często do syta, a cóż rzec wtedy, kiedy droga wiedzie aż do Turek, w pogańskie strony, szlakiem tatarskim?

Owoż wiedzieć macie, że ojciec mój właśnie aż do Turekfurmanił, a tak tedy w samą paszczę zbójecką. Miał ojciecmój u Ormian lwowskich wielką łaskę i zachowanie, bo byłwierny, trzeźwy i śmiałego serca, a Ormianie wielkie handleprowadzą z tureckimi krajami, wywożą tam moc złota i kosztownego towaru, a stamtąd do Polski wracają z jeszczewiększymi skarbami w bławatach, złotogłowiach, korzeniachzamorskich, a nierzadko i w perłach, koralach i kamieniachtakich drogich, że i korona królewska by się ich nie powstydziła, a za jeden taki kamyk i pańskie dziedzictwo kupićmożna. Dwa razy mój ojciec był aż w Stambule samym,stolicy Turków, gdzie sam ich cesarz czyli sułtan siedzi,oba razy szczęśliwie i z dużym zarobkiem wrócił, ale zarzekał się, że już trzeci raz nie pojedzie. Tymczasem pojechał, bo musiał, a to przez to właśnie sołtystwo, z któregoniecnotliwi ludzie wyścigać go chcieli.

Ojciec był prawowitym posesorem tego wolnictwa, bo byłodziedziczne, ale że nie po męskiej głowie poszło na ojca, jenopo białogłowskiej, więc ów nasz podstarości podborecki,o którym już wspomniałem, p. Bałczyńki, koniecznie je chciałojcu wydrzeć, jeśli się nie okupi. Na zamku ojca nigdy o to nieturbowano, byle czynsz w ekonomii samborskiej zapłacił,a sam pan wojewoda Mniszech jeszcze nieboszczykowidziadkowi mawiał, jako może być cale bezpieczny o swojeposiadanie. Ale od czasu, kiedy pan wojewoda wydał córkęswoją za owego cara moskiewskiego Dymitra, co z państwswoich gołe życie unosząc o Sambor się był oparł, i wrazz nim do Moskwy z wojskami się wyprawił, aby go na carskimtronie osadzić, już na zamku inne rządy nastały. Po roku1611 nastał p. starosta Daniłłowicz, a jakoś w cztery lataznowu p. Samuel Koniecpolski — i do tego czasu p. Bałczyński coraz to ostrzej naścigał, ojca mojego nękał, rumacjągroził, tak że ojciec i prosić się, i opłacać musiał, a tylkopomocy Bożej i ludzkiej czekał.

Zdało się też, że mu ta pomoc przyszła, i to potężna,bo owo kiedy Król Jegomość, panujący wtedy szczęśliwiew Polsce Zygmunt, w roku 1621 do Lwowa za wojskiemjechał, ojcu memu, że miał wóz duży dostatkowy i czterykonie rosłe i mocne, kazano z zamku stawić się w Gródkudo podwód królewskich za opuszczeniem czynszu. Z niemałymstrachem ojciec jechał, bo to był czas wielkiego ciągnieniana wojnę turecką, bał się tedy bardzo, aby go z chudobągdzieś aż do obozu nie wleczono, albo do wiezienia armatze Lwowa nie wzięto. Ale kiedy musiał, tedy, acz z płaczem,pojechał. Tak się zdarzyło, że na bardzo złej drodze powielkich dżdżach jesiennych, bo to było jakoś pod dobrąjesień, kolasa królewska za wsią Zalesie, niedaleko Janowa,ugrzęzła w trzęsawisku. Woźnica królewski siłą mocą chciałsię wydobyć, śmignął batem zanadto; konie ogniste jakolwy, a było ich sześć w zaprzęgu, kiedy się nie zepną i niewyskoczą jak szalone, tak owo jednej chwili zrobił się z tegowszystkiego jakoby tylko jeden kłąb poplątany i okrutnatrzaskająca wierzganina, że aż woda z trzęsawiska bryznęłado góry jakoby z sikawek; forysi pospadali z siodeł, lejcesię porwały, orczyki potrzaskały, rzemienie poplątały, że aniweź, ani przystąp. Kolasa królewska bardzo się przechyliła;tylko patrzeć, kiedy się cale wywróci; sam Król Jegomośćna szwankowanie zdrowia narażon.

Było przy królu dużo ludzi, dworzan, dragonii, szlachty,a wszystko to konno jechało; jak się tedy zwali gęstą kupąna ratunek, to jeszcze gorzej, bo ten chwyta za to, ten zaowo, ten szarpie tędy, ten owędy, ten sobie krzyczy, a tensobie — owo hałas, trzask, zamieszanie, że chyba siekierąsię przerąbiesz do kolasy. Tak się zdarzyło, że wozy dworskie,co szły przed królem, odsadziły się daleko naprzód, a z wozówskarbnych, co jechały z tyłu, ojcowski był najbliższy. Przybieżał tedy ojciec mój już z samej ciekawości, widzi, jako jedenz dragonów, co pozsiadali z koni, aby zaprzęg znowu przywrócić do ładu, padł jak nieżywy od kopyta, a drugi nieboraczek pod kołami jeno dysze; nie namyślając się zatem długo,zuchwałym sercem skacze ojciec między konie, podsadza siępod cug dyszlowy i nożem wielkim krakowskim, co go takżetulichem zowią, rzeze postronki i rzemienie. Ledwo się z życiem wybiegał i bez szwanku ojciec mój z tej niebezpiecznejroboty — ale teraz to już z łatwością rozplątano konie.Kolasa została w miejscu, a konie, zhukane i znarowione,a który i skaleczony, rzuciły się strzałą w pole. Wysadziłsię naprzód ku wozom skarbnym jeden starszy dworzanini woła:

— Masz tam który dobre konie?

Ojciec mój podbiegł do swojego wozu i mówi:

— Mam, panie.

— Dawaj sam, a duchem!

Ojciec w mig wyprzągł swoje konie i kazano mu je założyć do kolasy królewskiej. Mówił potem ojciec matce, jakogo strach wielki ogarnął, kiedy pomyślał, że nuż nie wywlecze kolasy królewskiej z trzęsawiska, a tak i wstyd, a możei co gorszego go spotka. Polecił się tylko Najśw. Panniei św. Jerzemu, co jest niebieskim patronem furmanów,popatrzył tak miłosiernie na swoje szkapy, jakżeby je prosił,aby go w tym ciężkim terminie nie opuszczały, a potembiorąc się cały jakby w kupę, nie bacząc już na nic, ani nawetna majestat królewski, jak nie trzaśnie z bicza, jak nie hukniez całej mocy: „Au! Aju! Hyj!!!”, a konie, jakżeby zrozumiały,że tu idzie o dobrego pana i o własny ich honor, jak się niewypną gdyby pałąki, jak się nie wysadzą całe garbate, jaknie szarpną z miejsca — i oto kolasa królewska już na twardejdrodze i jeno wio! dalej!

Tak podwiózł ojciec króla do Janowa, a niedaleko jużbyło do tej stacji, i tu dwór zatrzymał się. Kiedy ojciec koniska udręczone wyprzągł, aby wracać po swój wóz, cozostał w tyle na drodze, każą mu do króla. Stanął ojciectruchlejący przed majestatem pańskim po raz pierwszy w życiu,a i po raz ostatni, a oczu nawet podnieść się nie ważył naoblicze królewskie. Mówi król Zygmunt:

— A jako się zowiesz?

— Marek Bystry, Miłościwy Królu!

— Wierę, Bystry — król na to — boś też i chłop bystry.A skąd ty?

— Z Podborza, z ekonomii samborskiej, Miłościwy Panie.

— Tedy z Rusi, a mówisz dobrze po polsku.

— Bom ja jest Polak i łaciński.

A trzeba wam wiedzieć, że wśród Rusi samborskiej jestdużo osad jakoby mazurskich, to w całych osobnych gromadach, to z Rusią pomieszanych: Powtórnia, Powodowa,Strzałkowice, Biskowice, Radłowice i tak dalej, które toosady, jako ludzie opowiadają, jeszcze ongi dawnymi latystara królowa, co się Bona zwała, pono znad Wisły tu naRuś sprowadziła po wielkim powietrzu, kiedy Ruś miejscamicałkiem wymarła; to i ojciec mój z takiej osady pochodził.

— Masz tobie, Bystry; jedźże z Bogiem — rzecze dalejkról i rzuca ojcu do czapki czerwony złoty ze swoim wizerunkiem.

Łaskawość Króla Jegomości dodała ojcu serca; powiadałpotem, że mu się tej chwili przypomniało owo mądre przysłowie: „Chwytaj okazję z przodu, bo z tyłu łysa”. Jak tedystał, tak padł plackiem pod stopy króla, wołając:

— Najmiłościwszy Królu! Błagam ja pokornie miłosierdzia Waszego, biedny pachołek!

Król wstać mu kazał i pytał, czego by chciał? Ojciecjednakowoż nie wstał; tylko w klęczki się podniósł i takklęczący suplikować zaczął o konfirmacją na sołtystwo, któregomu źli ludzie przeczą, a w żebraka obrócić by go radzi.

Król słuchał chwilę cierpliwie, a potem, wskazując najednego z dworzan swoich, rzekł:

— Opowiedz to temu. — I uśmiechając się dodał: — Słyszcie, Solski! Miejcie tam na baczeniu, co za sprawę ma ten człowiek, bo to przecież jest nasz furman królewski, aurigaregius.

Stanąwszy we Lwowie, ojciec mój przypomniał się pokornie p. Solskiemu, któremu król prośbę jego poruczył,a ten go znowu odesłał do innego, a ten inny do drugiego,a ten drugi do trzeciego, i tak go posyłali od Annasza doKajfasza, aż nareszcie podpisek kanclerski zapisał sobie,o co rzecz chodzi, i rzekł ojcu:

— Jedź ty, człeku poczciwy, do domu, przyjdzie tobiedekret królewski na grunt; wyprawi się pisanie do zamkuw Samborze.

Rad nierad, ojciec na tej obietnicy poprzestać musiał,bo gdzież to ubogiemu chłopu niebodze napychać się takimpanom, przez drabanty, pokojowce, pajuki, łokciami się przeszturchiwać, a to jeszcze i w bardzo niesposobnym czasie,kiedy wszyscy mieli nabite głowy wojennymi sprawami, bowłaśnie królewicz naonczas, Władysław, a dziś miłościwy naszmonarcha, wojował Turków, i kto żyw był we Lwowie,tylko o tej wojnie mówił i o nią się frasował. A też i niebezpieczno bawić się było we Lwowie — raczej uciekaj,człecze, bo ci do Chocimia z armaty każą. Ale przecieżojciec mój wrócił wesół i dobrej myśli do domu, a mocciekawości matce i mnie opowiadał o królu, chwalił sięprzed sąsiady i przed podstarościm, i przed wujem kantorem,że go Król Jegomość jakoby furmanem swoim mianował,a nawet sobie spamiętał słowa łacińskie auriga regius, cowłaśnie tyle znaczy po polsku, co woźnica królewski. Jamwtedy miał lat 13, a brat matki mojej, sługa kościelny albojak go zwano kantor, wuj Walenty, nauczył mnie po troszeczytać i pisać. Tedy ja, kędy trzeba i nie trzeba, na drzwiach,na skrzyniach, na stole, wypisywałem to kredą, to węglemgrube i krzywe litery, układając owe łacińskie słowa: AURIGAREGIUS — a tak mi się zdało, jakoby to tyle znaczyło, cohetman nad furmany.

Ale tym dobrym myślom wrychle miał być koniec markotny,bo miesiąc mijał za miesiącem, a ona konfirmacja królewskana ojcowskie wolnictwo, co miała przyjść na zamek, jaknie nadchodziła, tak nie nadchodziła. Podstarości, kiedyojciec wrócił taki bezpieczny obiecaniem królewskim, schowałbył trochę rogi, ale teraz następować zaczął na ojca corazto ciaśniej, a miał za wspólnika Węgrzyna pewnego, hajdukai wielkiego niegdyś ulubieńca pana wojewody Mniszcha.Ten Węgrzyn, Kajdasz nazwiskiem, jeszcze pacholęciem wzięty był na dwór pański, a teraz w Podborzu przy podstarościm jakoby na łaskawym chlebie siedział, i on to nibymiał dane sobie od starego pana sołtystwo nasze. Tedyobaj przypiekali ojcu, turbując go groźbami: „albo się po dobremu wynoś, albo cię wytrzęsiemy z tego wolnictwa, bo myjuż wygrali sprawę na zamku”; a było to kłamstwo niecnotliwe,bo dekretu nie mieli, a nawet sami w sobie nie bardzo bylibezpieczni, czy wżdy naprawdę owa królewska konfirmacjanie przyjdzie. Owoż tak stały rzeczy, że obie strony się bały — ojciec: nuż go skrzywdzą? — podstarości i Kajdasz: nużkonfirmacja będzie? Kiedy się jeden i drugi boi, łacno sięgodzić.

— Zapłacisz ty nam 200 złotych, a już cię zaniechaćobiecujemy dla miłości ludzkiej — mówił Bałczyński.

— Nie macie wy miłości ludzkiej ani boskiej — mówiłojciec — żeście się tak sromotnie na zniszczenie moje nasadzili. Za grzechy moje dam 100 złotych, ale już mnie razzaniechajcie i na wieczność kwitujcie, i niech was Bóg sądziza mnie, biednego pachołka!

— Dawajże zaraz, choćby i sto; z miłosierdzia tylkoczynimy.

Ojciec grosza tyle nie miał, tedy po długich namowachtak stanęło, że ojciec się na tych sto złotych do przyszłegośw. Michała zapisał, a za poczekanie dać musiał lichwytego dukata, który od Króla Jegomości w Janowie dostał.Kiedym ja, małe chłopię, patrzył na to, jako w oczach płaczącej matki ów dukat królewski zapadł jakoby w głębokąstudnię w skórzany mieszek Bałczyńskiego, tak mi się serceskrajało i tak krzywda ona mojego ojca padła mi cała ciężkai paląca na duszę, jako kiedybym w piersiach miał żywyogień, że dnia tego i godziny całego żywota mego nie zapomnę, i choć potem jeszcze okrutniejsze dopuszczeniaBoże spadły na naszą chatę i na nasze głowy, tej najpierwszej żałości mojej nie przytłumiły, tak jako dzwon,kiedy raz pęknie, już nie jęczy, choć weń jeszcze z większąmocą uderzysz, aniżeli wtedy, kiedy się spadał.

Miał ojciec mój tej zimy słabo zarobku, a jakoś bliskowiosny roku Pańskiego 1622 wyjechał do Lwowa z solą,choć już nierad sól woził, owszem cale już był prasolstwozarzucił, jako się to rzekło, ale musiał jechać raz dla zarobku,wziąwszy sobie na głowę taki dług ciężki do św. Michała,a także i dla widzenia się z kupcy ormiańskimi, czy gogdzie z towarem w zyskowniejszą jaką drogę nie poszlą.Wróciwszy, mówi do matki jakoś nieśmiało, jakoby bał się jąutrapić:

— Nie będzie tego roku wielkich frachtów ani do Krakowa,ani do Węgier, ani do Wołoszy, a co w tę stronę iść ma, nato się już inni furmani ujednali. Dla mnie to nic z tego niezostało i musiałbym chyba wozić Żydom samborskim woski skórę na spław do Sanu. Ale pan Krzysztof Serebkowiczwyprawia za pięć niedziel ze Lwowa karawanę...

— Do Turek! O ja nieszczęśliwa! — zawołała mojamatka, nie dając ojcu dokończyć.

— A jużciż, że do Turek — rzecze ojciec — bo p. Krzysztoftylko z tureckimi kupcy ma swoje handle. Ale nie tak głęboko do samych Turek, bo nie aż na sam Konstantynopol,jeno do Jędrna i Warny, nad morze, bo tam okręty z towarem p. Krzysztofa przybić mają. Ujednałem się tedy z p. Krzysztofem, a jak na mój rachunek, to aby z pomocą Bożą, tam i nazad po 100 talarów zarobię.

Dużo było płaczu i lamentu w domu dla tej wyprawyojcowskiej w dzikie i niebezpieczne kraje, aż nad CzarneMorze, które, jako mi się naonczas w głowie moje zdało,musiało być takie czarne jak sadza, a całe pełne straszliwychbestyj i smoków, tako samo czarnych, jako i one głębinybezustannie nocujące, w których ani boże słoneczko, aniksiężyc, ani gwiazdy przezierać się nie mogły; nie tak, jakw naszym Dniestrze, na którego dnie modre niebo się kładłojakby w zwierciadle, a chmury płynęły pod wodą jak ryby.Płakała matka, że ojciec się puszcza co wiedzieć na jakieprzygody; płakał ja, ale nie za to, że jedzie, jeno iż mniez sobą wziąć nie chce, a tak w niemałej żałości czas ubiegał.Tymczasem ojciec milczący gotował się do jazdy, a ja, wtedyjuż otrok dość rosły, pomagałem, jak umiałem.

Tedy zaczęliśmy koniom dawać owsa na dwie niedzieleprzed wyjazdem, bo dotąd sieczkę tylko i siano gryzłyi bardzo były posłabły i pochudły — a było ich już tylko trzy,same brożkowe, duże, jeden wrony, którego ojciec zwałDżumbas, bo go od handlarza Turka kupił, a takich handlarzydżumbusami nazywają, drugi cisawy, Kłus, trzeci podżary,bo ani całogniady, ani całowrony, i ten był najpiękniejszy,a zwał się Sudany; pochodził z bardzo zacnej stadniny pańskiej, ale był bardzo stary i na jedno oko ślepy. Potem zacząłojciec wóz opatrywać i oprawiać, wszystko z osobna i z wielkim baczeniem od największej do najmniejszej rzeczy, od kół,osi, obręczy, do najmarniejszego gwoździa i śrubki, a byłato pałuba okrutnie duża, cała setnie kowana, z ogromnymkoszem łubianym i przykoszkami, z poklatem na obręczach,który wyglądał jak duża buda, że w niej chyba i mieszkaćby można jakby w izbie, a pokryty był grubym a gęstymcwelichem wrocławskim, że i człek, i towar bezpieczny byłod deszczów, jak pod dobrym dachem. A tyle było na tymwozie żelaza, tyle łańcuchów, że, bywało, jak po twardejdrodze ojciec puści konie rysią, to taki brzęk, taki łoskot,taki tętent i dzwonienie, a przy tym tak huczy, jakoby w kotłybito, co zawsze było z podziwieniem ludzi, jako że w tychstronach ruskich, a osobliwie pod górami, mają chłopy wózkimizerne, że w nich i jednego ćwieczka żelaznego nie maszna pokazanie, a wszystko to piszcze i skrzypie, i trzeszczy,że kiedy z gór długim żurawiem z klepkami ku spławomjadą, to na milę słyszysz tę muzykę.

Dużo by pisać, jak opatrznie ojciec na tę drogę się wybierał, jak osobno zładował woreczek owsa święconego nadzień św. Szczepana Męczennika, aby go po drodze do karmydosypywać dla odżegnania złego od koni, jak dobierał zielana różne choroby końskie: lulkę, lipkę, wilżynę, kopytnikitd., jak robił zapas smarowidła na rzemienie: z wódki, sadłai sadzy gdańskiej; jak w osobny skórzany mieszek wkładałnaczynie przygodnie: młot, obcęgi, dłuto, szydła, kopę całąufnali; jak czyścił topór, samopał i szeroką szablę multankę,bo bez tego ani ruszaj się z domu, skoro cię droga prowadziw takie dalekie a dzikie krainy. Tymczasem matka ładowałaodzież i bieliznę, a i o strawie na drogę pamiętała: chleba,jagieł, słoniny, gomółek, choćby tyle, aby nie od razu z gotowego grosza żyć, ale na swoim jaki tydzień i drugi poprzestać. Dał ojciec na mszę księdzu plebanowi, wysłuchaliśmyjej w wielkim nabożeństwie; ojciec się wyspowiadał i Przenajśw.Sakrament przyjął, pożegnał się z wujem kantorem i znajomymi na wsi; w skruszeniu serca po Sakramencie nie zapomniał nawet o podstarościm i hajduku Kajdaszu, choć za ichto sprawą musiał się hazardować i tam jechać, gdzie się jużjeździć zarzekał, bo się tym pogańskim szlakiem człek wyprawia jak na wojnę, niepewny jutra i życia.

Nazajutrz rano jeszcze słońca nie było na niebie, a jużpałuba zaprzężona stała gotowa, konie parskały żwawo,jakby na dobrą wróżbę i grzebały ziemię kopytami, tak imprzybyło ochoty i gorąca po dwuniedzielnym obroku.Ojciec przeżegnał znakiem krzyża św. matkę i mnie, a matkajego, obłapił i ucałował nas oboje, zrobił biczem znak krzyżaświętego przed końmi, siadł na kozioł, trzasnął z bicza...,,Aju! Hyj!” Zaturkotał wóz po suchej drodze, a mnie i matcesię zdało, że te jego kowane koła po sercu nam przejechały.

II. Kozak Semen

Wkrótce po tym wyjeździe mojego ojca stało się u naswielkie zamieszanie i jakoby trzask okrutny, jeno że bardzoniewesoły. Wracały wojska z wojny tureckiej, a wracałybiedne, chude, odarte i głodne, a w onej biedzie własnejniepamiętne biedy ludzkiej. Rozsypał się żołnierz szerokąsiecią; zawadził i o ekonomię samborską, jako że to byłakrólewszczyzna, a tedy najbardziej na gospody żołnierskiewystawiona. Napatrzyłem się wonczas i buty, i nędzy wojackiej do syta. Najpierw zaczęła się przewijać szlachta,wracająca do dom z pospolitego ruszenia, ale tej spiesznobyło do własnego komina, a podobno mało tam który z niejwidział żywego Turka, bo się to wszystko zaraz po chocimskiejpotrzebie jeszcze spode Lwowa wróciło, nie zażywszy obozui nie powąchawszy prochu. Ale za nią posypał się dopieroprawdziwy żołnierz najrozmaitszej broni, jeszcze jakoby mokryod krwi pogańskiej, a i od swojej własnej, kurzem bitwyokryty, czarny od wiatrów i słońca — często chory, częstoranny i okaleczały, a zawsze głodny; odarty i prawie żedziki. Napatrzyłeś się wtedy, bracie, co to wojna umie!

Husaria, pancerni, dragonia, rajtaria, piechota łanowa,kozacy, i Bóg tam wie jaki jeszcze lud zbrojny, bo bylimiędzy nimi i Wołosi, i Węgrzyni, i Niemcy — wszystekten żołnierz to mijał, to się zatrzymywał, a najczęściej takbywało, że ledwie jedni się osadzą, a już drudzy ich spędzająz gospód siłą mocą, tak że bez trzasku szabel i bez strzelaniny często się nie obyło. A wszystko z uciskiem i ze łzamiubogiego ludu, bo żołnierz długo był niepłatny; tym żył,co mu dano, a raczej tym, co sam wziął. Były między nimiszarpacze, że ano nie wiesz, czy to swój, czy nieprzyjaciel;z Tatarem stali za jedno. Gdzie był jaki kogut, to gozjedli; cielęta rżnęli, płótno babom wydzierali, ziarnkożyta i źdźbło słomy nie zostało po nich w stodole.

Tak i u nas w Podborzu działo się z wielkim strachemmoim, a z niemałym płaczem mej matki. A ta jedna tylkobyła pociecha dla mnie, że zaraz pierwszego dnia żołnierzeokrutnie zbili podstarościego i hajduka Kajdasza za to, że ichdo dworu puścić nie chciano, każąc im na nas, ubogichchłopkach, poprzestawać. Za zmiłowaniem Bożym poszli nareszcie, albo raczej wyścigano ich z całej okolicy, zaś na ichmiejsce przyszły roty husarskie, a między nimi i rota p. kasztelana Samuela Koniecpolskiego, który po panu Daniłłowiczutrzymał starostwo samborskie. Podstarości z hajdukiem Kajdaszem pisali dla nich gospody, a jako chata nasza byłanajdostatniejsza we wsi i była przy niej duża stajnia, to nasnajpierwszych pisali. We dworze, w którym tylko podstarości Bałczyński siedział, stanął sam pan chorąży husarskiz kilku towarzyszami, a na naszą zagrodę przypadły trzy koniez jednym czeladnikiem służebnym.

Pamiętam, było to już pod wieczór, a wrota naszegopodwórza były przywarte, kiedy siedząc w izbie, słyszę mocnewołanie:

— Hej, ho! Hej, ho!

Wychodzę ja i spojrzę: przed wrotami stoją trzy konie;dwa z nich wyniosłe i szumne, całe czerwonymi suknaminakryte, bardzo pańskie i harde, żem takich pięknych jeszczenie widział, zaś trzeci o wiele mniejszy, chudy i bardzo naoko niepoczesny, a na nim siedzi młody człek, jakoby wyrostekdopiero, w kaftanie z cielęcej skóry, na której sierść byłazostawiona, w czapce baraniej wysokiej i spiczastej, przegiętej na lewy bok, z długą spisą i przy szabli, a na plecachi przy boku wiszą mu trzy jakoby sakwy, jedna bardzo długa,druga krótsza, trzecia jakby okrągła, a wszystkie trzy mocnokudłate, bo z koziego kożucha szyte.

— Hej, ho! Hej, ho! — woła na mnie patrzącego — a odewrzesz ty wrota, kotiuho!

Idę otwierać, a tymczasem wyszła i matka, już zła bardzo,cała czerwona i chmurna, z zaciśniętymi od gniewu ustami,bo już jej były te gospody żołnierskie dojęły do żywegoi tak nas zniszczyły, że i chleba suchego w domu nieraznie było, że pamiętam, matka zwykła była mówić: przyszedłjeden, wziął sukmanę; przyszedł drugi, wziął koszulę; przyjdzietrzeci, to chyba skórę z ciała zedrze.

Ale ten nowy gość w cielęcym kaftanie jakoś tak niewyglądał, jakoby nas ze skóry miał łupić. Choć mnie przedchwilą nazwał kotiuhą, teraz kiwnął mi głową i uśmiechnąłsię wesoło, zeskoczył z konia, zdjął czapkę, pokłonił się piękniematce, pocałował ją w rękę i rzekł:

Sława Bohu! Daj Boże zdrowie, pani matko!

Kiedy zdjął czapkę i grzecznie nas pozdrowił, my obojejeno gęby pootwierali od zdziwienia, bo ano ten człowiekmiał całą głowę ogoloną, a na wierzchu jeno został mudługi kosmyk włosów, jakoby warkocz zapleciony, a ten sobiezawinął aż poza ucho. Pomiarkował to ten człowiek, że naniego jakby na dziw patrzymy i śmiejąc się rzecze:

— Ano, to wy, jako baczę, żywego Kozaka jeszcze niewidali?

Jam przecież widywał często kozaków starościńskich,bo z zamku samborskiego z listami jeździli, ale ci byliw barwie przystojnej i włosy tak strzygli, jak my wszyscy, i nie wieszali na siebie takich biesag kosmatych, i spistakich długich u nich nie widziałem, jeno szable i pletnie.Tak mu też powiadam.

— Bo tamto to sobie czeladź służebna, starościńska — rzecze on na to — a ja mołojec rzetelny, wolny, i z Kozaków,,nieposłusznych”, zaporoskich.

— A kiedy wy nieposłuszny i niesłużebny, to czemu służycie i słuchacie? — mówi matka.

— Bo teraz muszę, ale mój ojciec nie musiał i ja przodynie musiał, i niezadługo to znowu nie będę musiał, jak Bógda... U nas tak powiadają: Terpy, Kozacze, budesz otomanom!

Mówił po rusku, lubo umiał także po polsku, ale myi po rusku dobrze go rozumieli, jako żeśmy między samąRusią i porodzili się, i wychowali.

— A ciebie jak wołają? — pyta mnie ten Kozak.

— Hanusz — odpowiadam, bo na imię było mi Jan, aleojciec z miejska Hanusz mnie wołał, i pytam: — A was jak?

— Ja się nazywam Semen Bedryszko, spod Czerkas,assawułów syn.

Zawiódł konie do stajni, a już mu było ze dworu obrokiprzystawiono, ustawił w przeworynach, uwiązał, nasypał jeść,założył siano, a przed tym jeszcze długą spisę i owe kosmate biesagi w kącie złożył. Potem z jednej biesagi wydobyłluk, z drugiej łubie ze strzałami, a z trzeciej kobzę kozackąz dereniowego drzewa, i wszystko to obok siodła i dwóchpistoletów, które miał w olstrach kulbaki, porządnie nakołkach porozwieszał.

Ja przez cały czas chodziłem za nim oczami w ciekawościwielkiej, a kiedy wyszedł ze stajni, pobiegłem i ja, czekając,rychłoli, tak jak inni żołnierze, weźmie kląć na matkę, wołać:,,Dawaj, babo, jeść!” — Matka była właśnie na podwórzu z siekierą w ręku i zabierała się do rąbania drwa, bo sługi jużwtedy nie mieliśmy, a tu Kozak skoczy do niej, odbierze jejsiekierę i powie:

— Zostawcie; ja to lepiej umiem!

Narąbał drew, zaniósł do izby, wziął dwie próżne konewkii nie pytając nawet, gdzie we wsi studnia, bo ją po drodzewidział, nanosił wody, a widząc, że matka nieci ogień nakuchni, podsunął się i sam go tak prędko rozniecił, że jaz matką z podziwieniem na to patrzyliśmy. Zobaczył garnekczysty, który matka nagotowała była, nalał doń wody,przystawił do ognia, a zrobiwszy to wszystko, siadł na ławcei mrugając do nas wesoło, mówi:

— Ogień jest, woda jest, ino waryty, koby buło szczo!

Tak się ten Semen grzecznie przymówił do wieczerzy,a że matka mu rada była za tę jego poczciwość, tedy miałi kaszę jaglaną z mlekiem, i trochę szperki do chleba sięznalazło — a jadł jak wilk, taki był głodny.

Wziął nas od razu za serce ten Kozaczek i z każdymdniem milszy był mojej matce; ja zaś tom go tak polubił,jak gdyby to był mój rodzony. Nie był nam ciężki, owszem,niepomału pomocny; nie jadał nawet z nami, bo go jakoczeladniczka p. kasztelana Koniecpolskiego podstarości wedworze żywić musiał, a matce, kiedy tylko mógł, to pomagał:drwa rąbał, wodę nosił, izbę zamiatał, na pole chodził,sieczkę rżnął, na żarnach mąkę mełł; co weźmie, to mu siępod ręką pali, taki żwawy robotnik, a wesoły, a śpiewający,aż w chacie miło.

Bywało weźmie wieczorem tę kobzę swoją i zacznieśpiewać, a przerwami na strunach przebierać, że ano i oneśpiewają jakoby żywe, i zda ci się raz, że płaczą żałośnie,albo jak wesołe skrzypki do tańca wołają, że jeno podskoczz miejsca; to znowu szumią cicho jak wiatr w burzanachi giną gdzieś daleko, daleko, jakby to aż za górami, zaborami było, że już nie do ucha gadają, ale do samej duszyczłowieczej, i tak ci się robi, jak kiedyby coś bardzo dobregoi umiłowanego od ciebie uciekało, uciekało, a nareszciecałkiem uciekło i wrócić nie obiecało... Matce mojej zawszesię wtedy na płacz brało i zawsze jej stawał na oczachojciec, biedny, samotny, wędrowny, w dalekich pogańskichkrainach.

— Miły Boże — rzecze tak raz matka — co tam teraz mójporabia!

— Wasz? — pyta Semen i mówi dalej: — Ot, ja głupi,to ja myślał, że wy wdowa, a gdzież wasz?

— Pojechał z furmanką, z ormiańskim towarem... jużtemu kilka niedziel będzie.

— A gdzie pojechał? — pyta Kozak.

— Daleko, bardzo daleko, aż do Czarnego Morza.

Kozak klasnął w dłonie i woła:

— Czarne Morze! Znaju, znaju! Bywał ja na CzarnymMorzu, oj, bywał! Tak rok jeszcze bywał! Hej, hej, to jakbymoja ojczyzna!...

A kiedy to mówił, to tak jak gdyby i radość, i żałośćjakaś zarazem go zbierała, a oczy mu się zapaliły jak dważywe węgle.

— Nad Czarne Morze pojechał; ot, i patrzcie, a nic minie mówicie! Ale gdzie, na jaką stronę? Widzicie, CzarneMorze wielkie, wielkie jak świat! A po brzegach grodyi sioła, i zamki, a od jednych do drugich daleko, daleko,znowu świat! Biłogród, Kilia, Sulima, Tarabozan, Synopa,Warna...

— Warna, Warna! — zawołała matka — do Warnyz kupcami pojechał.

— Ot, co, tak i gadajcie, do Warny! Znaju, znaju! To nietam od Zaporoża, gdzie nasz Dniepr, ani tam od Wołoszy,gdzie wasz Dniestr do morza wpada, to na dole, na dole...

— Jakoż to Dniestr? — rzekę ja z wielkim zdziwieniem,bo Dniestr płynął pod naszą wsią i ledwie go z okna naszego nie widać — to Dniestr płynie aż do Czarnego Morza?

— Co nie ma płynąć?... płynie aż do samego morza,a jakby ty, mołojczyku, wyszedł tu z Podborza, a szedłbrzegiem, a szedł i szedł... tobyś do limanu, a z limanu doCzarnego Morza zaszedł, ot, co!

Zadumał ja się bardzo, a tymczasem matka mówi:

— A wy tam byli, Semen?

— Czemu ja nie miał być? Był ja tam, był ja i dalej.Kędy to Semen nie bywał z ojcem assawułą i mołojcami!...

— Tak piechotą, brzegiem dniestrowym? — pytam ja teraz.

— Widzisz go! Piechotą, brzegiem! Jeszcze ty durnymołojczyk jesteś! Na czajkach my tam byli.

I zaczął się śmiać bardzo ze mnie, a ja się już wstydziłem pytać, co to są czajki, bo znałem tylko czajki ptaki i słyszałem, że jesienią wybierają się za morze, ale matka pyta:

— A cóż to są czajki?

Tedy dowiedzieliśmy się od Semena, że to są takie dużeczółna, żłobione z lipowych kłód, skórą w środku wybite,a dokoła trzciną, czyli oczeretem oplatane, na których i rzekami, i morzem chyżo płynie, kto wiosłowania dobrze świadom.

— A co wy tam robili, Semen, na Czarnym Morzui w Warnie? — pyta matka.

— Co my tam robili? Hulali! W gościnie my tam byli,hej, w gościnie! Tylko że nam tam nie byli radzi, oj, nie byli,pewno nie byli!

I tu przerwał i nie chciał dalej mówić, jeno taki stanął,jakby go kto odmienił; coś mu takiego z oczu błysnęło,czego my przedtem nigdy w nim nie widzieli, tak jakobyw tym Kozaku jeszcze drugi jakiś człek siedział, ale zły i srogi,a dopiero teraz niby z jaskini na nas spojrzał. Ale to nachwilę tylko było, bo zaraz potem znowu był wesół.

Mieli my dużo pociechy z tego Kozaka, i ja, i matka,i sąsiedzi, a ja to już pewno najwięcej. Nauczył mnie naswej kobzie grać, nauczył z łuku strzelać, a był taki sprawnyw tym strzelaniu i taką miał dziwną pewność w oku, że bywałoptaka w lot strzałą przeszyje; pokazał, jak mam sobie strugać wereszki na strzały, jak na nie nabijać ostre płoszczyki,jak robić zatrzaski, sidła i siatki na ptactwo i zwierzynę,jak wypłatać więciorki na ryby, jak w czystym polu lub w lesierozeznać się, gdzie słonko wstaje, a gdzie się chowa, i gdziena niebie południe a gdzie siewierz, a to nawet w nocy,wedle gwiazd, jak przykładać ucho do ziemi i nasłuchiwać,i poznać, czy kto jedzie z daleka i czy to wozy, czy konniludzie, i czy ich mało, czy więcej — owo zgoła nauczyłrozmaitych ciekawości, których u nas we wsi nikt albo calenie znał, albo niedobrze wiedział. Z koniem swoim, chudymi na oko marnym, to był jakoby z przyjacielem albo z rodzonym bratem, mówił do niego jak do człowieka i powiadał,że koń jego rozumie, a on konia; jakoż była to szkapa osobliwa, jak dobrze chowany pies zmyślna i posłuszna, i jakpies do swego pana przywiązana. Pozwalał mi też na swegokonia wsiadać, a kiedy tamte dwa konie husarskie prowadziłna przekłuskę, pozwalał mi jechać na swoim, a sam jednegoz husarskich dosiadał.

Jednego ranka wyjechaliśmy tak z końmi i wzięliśmysię drogą ku Samborowi. Ujechaliśmy może jaką ćwierć mili,kiedy się natkniemy na wóz mały, ale dobrze naładowany,tak jakby jakiś towar wiózł, z dwoma mocnymi końmiw zaprzęgu węgierskim i z furmanem ubranym nie po naszemu,bo u nas takich świtek z samodziału i takich czapek wysokich, spiczastych, a bardzo podobnych do tej, jaką KozakSemen miał na głowie, nigdzie dokoła nie naszano. Jak goSemen zobaczył, to aż prawie podskoczył na koniu i zarazdo niego po rusku:

Sława Bohu! A wy od Taraszczy?

— A od Taraszczy. Od Łebedynej Grobli.

— A skąd jedziecie?

— Aż z siedmiogrodzkiej ziemi.

— A dokąd Bóg prowadzi?

— Do Lwowa, a stamtąd, pomagaj Boże, do domu, naUkrainę.

— A wóz i konie wasze?

— Gdyby moje! Ja czumak biedny. Nie moje, żydowskie...

— A jaki to Żyd?

— Chocimski, turski Żyd, Czarny Mordach.

— Czarny Mordach, co go po tursku Kara-Mordachnazywają! — krzyknął Semen i tak rzucił sobą na koniu,jakby go kto strzałą przebódł. — A gdzież on?

— Został w tyle — mówi furman — jedzie konno, nasiwym bachmacie, ot, i słychać kopyta.

Patrzę ja w tę stronę i widzę: jedzie na siwym koniuchłop setny, w czarnej żupicy, przepasany szerokim rzemieniem z surowej skóry, z twarzą ciemną jakby u Cygana,z dużą czarną brodą i z małymi bystrymi oczyma, świecącymi jak u kota, ale kosooki, tak że tym zezowatym spojrzeniem brał cię jakoby we dwoje szydeł i chciał niby przekłućczłowieka brzydkimi ślepiami na wskróś z obojej strony.

Jak go tylko Semen zobaczył, poczerwieniał cały jakmak polny, żyły mu nabiegły krwią na czole, a oczy mu sięzapaliły takim gniewem, że aż mnie samemu stał się straszny.

— Bóg mi jego dał! Bóg mi jego dał! — woła wielkimgłosem i sadzi z koniem prosto na onego Żyda.

Żyd patrzył więcej na nasze konie niż na nas, dopierogdy Samen tak krzyknął i tak do niego podjechał, że swoimkolanem prawie jego kolana dotknął, podniósł oczy na Kozaka.

— Kara-Mordach! Kara-Mordach! — krzyknął terazSemen. — Pogański synu! Sobako! Znasz ty mnie? Znaszty Bedryszkę?

Żyd się zatrząsł, pobladł i z nagłym strachem umknąłsię w zad konia, ale w tej samej chwili Kozak łap! go za gardłoi tak okrutnie ścisnął, że małe oczka Żyda krwią nabiegłyi wysadziły się na wierzch jak gałki. Żyd aż zacharczał, alew tej chwili, jako miał pleciony kańczug w ręku, tak nimz całej siły uderzył konia, na którym Semen siedział. Świsnęłażydowska pletnia w powietrzu jak żmija, i jak żmija zwinęłasię na koniu, a koń zapiszczał z bolu i strachu, i jak wściekłyrzucił się wielkim skokiem na bok. Semen spadł na ziemię.Żyd zaciął pletnią swego bachmata i zaczął uciekać gwałtownym cwałem. Jak wicher rozmiatał za sobą kurzawę i przepadł z oczu jakoby w ciemnej chmurze.

Semen porwał się na nogi, strącił mnie z swojego kozackiego konia jak kluskę na ziemię, wspiął się w kulbakęi nie rzekłszy do mnie ani słówka, puścił się strzałą w pogońza Żydem.

Tylem go widział i słyszał, co świszcz puszczony z łuku...Zerwał się w górę wysoko drugi tuman kurzu i zakrył i Semena, i konia. Zostałem sam na drodze, a konie husarskietymczasem popędziły na pola. Nie wiedziałem, co czynić, czyłapać konie, czy czekać na Semena — stałem jak głupi odstrachu i ciekawości, z oczyma wlepionymi w obłoki kurzu,które umykały coraz dalej, coraz dalej, aż opadły pod górami.

III. Tajemnica kozacka

Minął dzień, a Semen nie powrócił. Konie, połapanew polu, dopiero pod wieczór przywiedziono do wsi, ale jużich nie postawiono w naszej stajni, tylko we dworze u podstarościego. Przyszedł hajduk Kajdasz do naszej chaty i kazałmi z sobą iść do dworu. Szedłem z wielkim strachem, jakkiedybym współwinny był w tym, co się stało z owym Żydemi Semenem. Pytano mnie surowo, a nawet chłostą grożono,abym wszystko powiadał, co jeno wiem, bez wszelkiegozatajenia; jam też wszystko powiedział, choć tego niewielebyło i nikt z tego mądry być nie mógł. Całą noc tego dnia niespałem; matka także; zawsze nam się zdawało, że Kozakwróci; a kiedy się tylko co ruszyło na podwórzu, wiatrczymś potrącił, pies gdzieś we wsi zaszczekał, wybiegałemz chaty, czy to nie Semen wraca.

— Niechajby już nie wrócił i niechbyśmy go już nigdynie obaczyli — rzecze mi matka nazajutrz rano — bylebygo nie złapano. Bo co wiedzieć, jako to było i co się stało?Może co strasznego; może rozbój jaki, zabicie tego czarnegoŻyda...

Trafiła matka w samą prawdę, bo pod wieczór wuj kantor,który Semena u nas poznał i bardzo polubił, przybieżał donas zadyszany i prawi:

— Jechali dziś solarze z Drohobycza; powiadali, że tamniedaleko Bronnicy znaleźli ludzie na polu jakiegoś turskiegoŻyda, szablą srodze zrąbanego, że już znaku życia nie dawał.Złożyli go u Żyda kwotnika, co niedaleko mieszka, a balwierz, co go zawołano, jeszcze się w nim życia domacał,ale mówi, że mu śmierć pewna od rozłupanej czaszki.

— Od Semenowej szabli! — zawołałem prawie z uciechą,bo lubom z tej całej przygody nic nie rozumiał, przeciemna ślepo trzymał z Kozakiem przeciw Żydowi.

— Pewno, że nie inaczej — mówił na to wuj — ale ktotam wie, czy się i Semenowi nie dostało, bo Żyd ów prawieże jeszcze trzymał w ręce wystrzelony pistolet.

— Może i Semen zabity! — woła matka. — Może, postrzelony, powlókł się gdzie w las albo w pole i tam skonał.Nieszczęśliwy sierota!

— Toby jego koń został — mówię ja na to — a jak konianie ma, to Semen pewnie zdrowo uszedł. Znam ja tego koniadobrze; nie odstąpiłby on swego pana na krok; tak by przynim wartował, jak pies, i prędzej by zdechł, niżby go odbieżał.

Tak my i wszyscy we wsi gadali, i zachodzili w głowę,co to była za rzecz między Semenem a tym podróżnymŻydem turskim, a tymczasem znowu dzień minął bez słychui wieści, i wszystko, jako nam było tajemnicą, tak i pozostało.Tej nocy ja znowu usnąć nie mogłem, ciągle myśląc o Żydziei Semenie, a obaj stali mi tak w oczach, jak gdybym obużywych miał przed sobą. Leżę tak w małej izbie z otwartymioczyma — matka spała obok w świetlicy — i w głowie misię kłębi od samych dziwnych rzeczy, jak gdyby w jakiejstrasznej bajce, i patrzę w małe okienko naprzeciw mojegoposłania, a noc była dość jasna, choć księżyc nie dochodził jeszcze do pełni — kiedy nagle widzę, że jakiś cieńpodsuwa się pod okno i słyszę jakoby lekkie pukanie. Niewierzę zrazu ani oczom, ani uszom, myśląc, że to tylkoprzywidzenie, ale oto znowu i cień widzę wyraźniejszy,i pukanie słyszę głośniejsze. Zrywam się z posłania i w tejchwili przychodzi mi na myśl, że to chyba Semen być musi.

Ostrożnie, po cichutku, aby matki nie budzić, wymykamsię do sionki, odsuwam zaworę, i z progu wyglądam napodwórze. Patrzę, a tu pod oknem stoi Semen. Zobaczyłmnie zaraz i przystąpiwszy mówi do mnie szeptem:

— To ja, Hanusiku, ja. Semen. Gdzie moje pistolety?

— Schowałem je w izbie — odpowiem.

A trzeba wiedzieć, że najazutrz po zniknięciu Semenazabraliśmy z matką z pustej stajni wszystkie jego rzeczy:łuk, sajdak, pistolety, kobzę, do komory.

— Łuk i kobza niech będą twoje, na niezabudysz poSemenie, ale pistolety mi wynieś i sam się zbieraj, bo miciebie trzeba.

Wpadłem do chaty, ogarnąłem się prędko, po cichuz komory zabrałem pistolety i wykradłem się na dwór jakzłodziej, aby matka nie słyszała. Kozak wziął pistolety,chwycił mnie mocno za ramię i tylko jedno słowo powiedział:

— Chodźmy.

Zagroda nasza stała dość daleko za wsią, prawie na bezludziu, nie było tedy wielkiej obawy, aby nas kto widział,choć jak rzekłem, noc jasna była. Jednakże Semen rozglądałsię dobrze dokoła, jakiś czas nasłuchiwał, a potem ruszył zemną bardzo szybkim krokiem. Przebiegliśmy pole i zapadliw las, a od Podborza zaczynają się ogromne lasy i idą daleko,daleko w góry, aż pod Beskid ku Węgrom, ciemne, gęstebory, jakoby jedna nieprzebrana puszcza. Na brzegu lasuSemen się zatrzymał i mówi:

— Otwórz ty dobrze oczy jak ryś, bacz ostro i miarkujsobie a zapamiętaj drogę, abyś się tu dobrze wyznał i abyśtam mógł trafić beze mnie, czy dniem, czy nocą, dokąd jaciebie teraz zawiodę. Tam uważaj i pamiętaj, jak gdyby cio śmierć albo życie chodziło.

Wstąpiliśmy w las i szliśmy długo, bardzo długo, że misię to parę godzin zdało, a Semen po drodze ciągle mnieuczył, jako poznawać drogę, pokazywał mi znaki, wedługktórych mam się brać, to prosto, to w lewo, to w prawo;tu debra, tu ruczaj, tu jar, tu polanka, tu wywrócisko, tumajdanek, tu zielony od mchu moczar; tędy pójdziesz,tak skręcisz, stąd prosto jak strzelanie z łuku na północsię weźmiesz. Kazał mi leźć na bardzo wysoką sosnę i samwylazł, a stamtąd na gwiazdy uważać kazał, które z nich dobrzedrogę mi wskażą, gdyby tego była potrzeba.

Nareszcie przyszliśmy na polanę większą, w czarnej gęstwinie ukrytą, z jednej strony od lasu jarem głębokim przeprutą. Od polany lej ku północy las wyraźnie jakby do góryskoczył, albowiem tak się nagle i stromo grunt leśny podnosił, żeśmy naraz stanęli przed urwistą skałą, jakoby przedścianą, i gdybyśmy byli chcieli dostać się dalej, nie zbaczającz drogi, to chyba leźć po drabinie byłoby trzeba. Tu Semenstanął i pyta:

— Spamiętałeś dobrze drogę?

— Spamiętałem.

— Trafisz do domu?

— Trafię.

— A z domu?

— I z domu.

— Ile tobie lal? — pyta dalej.

— Piętnasty.

— Piętnasty rok — rzecze na to Semen — a to w twoichleciech już był mołojec ze mnie! Brał mnie ojciec na wojnęi na chadzkę do czajki na Czarne Morze! Czy ja jednegoTatara strzałą z konia zsadził, jak ja miał piętnaście lat!Wiem, że ty ciekawy i niedurny; i szczera dusza jesteś, i wierna; wiem, wiem. Zdrady jeszcze nie znasz, pewnie nie znasz,ale czy nie poznasz? Kto to wie. Boh znaje... Za nami,Kozakami, chodzi zdrada jako cień za człowiekiem; więcejmołojców ginie od zdrady niż od lackiego samopału, niżod tatarskiej strzały, niż od janczarskiej szabli! A przysięgniesz, że mi wiary dochowasz?

— Przysięgnę! — mówię śmiało.

Semen wyjął z zanadrza mały krzyżyk drewniany, kijowski,rzezany, pocałował go, kazał mnie pocałować i tak się ozwał:

— Na ten krzyż, na św. Spasa, na Bogarodzicę, naśw. Mikołaja i na wszystkich świętych i błażennych ŁawryPieczarskiej przysięgnij, że to, czego się tu dowiesz, zachowasz w tajemnicy, że nikomu tego nie pokażesz, co ja tobiepokażę, i że wszystko tak zrobisz, jako ja ciebie nauczę!Czy przysięgasz?

— Przysięgam.

— Ten turski Żyd, Kara-Mordach, cośmy go spotkali, tobył taki przeklęty pies i zdrajca, co krew kozacką pił. Bógmi go w ręce dał; zginęła żmija od szabli kozackiej.

— Co on wam zrobił, Semen? — zapytałem.

— Co zrobił? — zawołał Semen — ojca mojego zdradziłi sprzedał, Turkom pohańcom go sprzedał, jak podłe bydlęsprzedał, jak psa na łańcuchu go wydał!

— A kto był wasz ojciec? Czy także Kozak? — pytamznowu.

— Jakże nie Kozak? — rzecze Semen. — OczywiścieKozak, my wszyscy z Kozaków i Kozacy; każdy BedryszkoKozak! Ale jaki był Kozak! Takiego drugiego nie ma w Siczy,w całej Ukrainie nie ma ani na Zaporożu! On jeszczehetmana Kosińskiego widział, z Borodawką wojował, z Łobodąna Turków chodził, z Nalewajką i z Sahajdacznymi! On byłprawą ręką Sahajdacznego Konaszewicza, okiem w głowie byłu niego. Czarne Morze go zna i sam sułtan wie o nim, i baszowie turscy trzęśli się przed nim ze strachu! On Synopęzłupił i Archiokę z dymem puścił, i Oczaków; z Konaszewiczem Warnę spalił — niedawno, ledwie dwa roki temu!Z Lachami chodził na Turków; hetman Żółkiewski go znałi hetman Chodkiewicz; pan Koniecpolski prawie go za bratai towarzysza miał, tak jego lubił. Ale nie ten wasz Koniecpolski, pan Samuel, tylko ten drugi, p. Stanisław, choroszypan i rycerska krew, co go Turcy pod Cecorą w jasyr wzięli!I to całe nieszczęście, że go wzięli! Pan Stanisław Koniecpolski byłby ojca mojego od Turków pewno wykupił; panto praworny, hojny i sam żołnierz wielki; ale cóż, sam onteraz w nieszczęściu; kto wie, czy jeszcze żyje, może go jużTurcy w Czarnej Wieży udusili, może na haku wisi, jakkniaź Dymitr sławnej pamięci!

— A czemuż wy, Semen, nie ratujecie ojca? — pytamKozaka.

— A co by ja tu był u was robił, gdybym ojca ratowaćnie chciał! A po co mnie było wybierać się tu, aż pod Sambor?Ja Kozak wolny, nieposłuszny, nigdym ja panom nie sługiwał,a tak przecie wziąłem służbę u pana Samuela Koniecpolskiego,dlatego że to Koniecpolski, bom sobie tak dumał, że on miojca wykupi z rąk pogańskich, bo go także zna i wie o nim;od swego krewniaka wie i od innych panów rotmistrzów wie.Ale to już nie taki pan, jak Stanisław, i nie taki żołnierz,choć z jednego rodu i z jednej krwi. Ot, jak to powiadają:z jednego drzewa krzyż i łopata! Czekałem na niego i doczekać się go nie mogłem: byłbym przecie czekał jeszczedłużej — ale Bóg mi dał w ręce Kara-Mordacha i już teraznikogo nie potrzebuję. Wiem ja już, co robić, i jak ojcaratować!

— A macie pewność, że wasz ojciec żyw jeszcze międzyTurkami? — pytam Semena. — Może już zabit!

— Zabit! — woła na to Semen. — Turcy go pewnie niezabili! Oni radzi, że go żywego mają, aby najdłużej: onigo sobie na wagę złota kładą. Trzeba ci wiedzieć, że mójojciec to sławny puszkarz; głośny po świecie, hen, na całąUkrainę. Drugiego takiego nie znaleźć, chyba w niemieckichkrajach.

Chciałem się pytać Semena, co to jest puszkarz, bowtenczas tego nic wiedziałem, ale on jak gdyby zgadł, że tegonie rozumiem, rzecze dalej:

— Albo wiesz, co to jest puszkarz? Pewnie nie wiesz!Ot, co, piętnasty rok chleb je, a durny, o puszkarzu nic słyszał!Ale o armatach słyszałeś, o działach, jako wy w Polszczenazywacie? Puszka a działo to jedna rzecz. Mój ojciec umiekoło armat chodzić, jak nikt nie umie... Jak nastawi, wymierzy, wyceluje, wypali, to kula ani na piędź nie chybi; jakchce komu urwać głowę, to urwie jak nic. Ja tak z łukustrzelić nie umiem, jak mój ojciec z puszki! Jego kule słuchają; tam każda leci, kędy ją poszle, jak Kozak z listem.Ale to jeszcze nie wszystko, chociaż to bardzo wiele.Mój ojciec sam umie puszki robić. Umie on ulać ze spiżutaką okrutną armatę, że chłop w nią wlezie, a jak z niejstrzelą, to ziemia się trzęsie, a kula z niej wieże i mury wali,w kupę kamieni je obraca. On i dzwony lać umie, a jakie!Jak zadzwonią, to jakoby ze szczerego srebra były; jak sięrozhuczą, to aż się serce raduje; głos po polach i stepachmilami płynie, do nieba bije... bam! całe powietrze gra i śpiewa!Może kiedyś usłyszysz taki dzwon, co go ojciec lał, albozobaczysz taką puszkę jego roboty; czemu nie? U Nalewajkibyła jedna, wzięli ją wasi do Krakowa. A na każdej puszcei na każdym dzwonie napisano ładnymi bukwami: OPANAS —bo memu ojcu Opanas na imię. To jakże takiego majstraTurcy by zabijali? On żyje, ale gdzie? Bóg zna. Możew Chocimiu, może w Benderze, może w samym Stambulekoło puszek robić musi, na pożytek pogan, a na zgubęi kozacką, i laszą. Ale ja go znajdę, koniecznie znajdę, jakBóg na niebie! Teraz już wiem, jak, i mam, czego mi trzeba.

— A to obdarliście pewnie Żyda Mordacha, Semen —zawołałem — macie teraz dużo złota na wykup...

— Obdarł, nie obdarł — mówi Kozak — miał, psi syn,na sobie trzos pewnie pełny dukatów; nie wziąłem ani jednego. Ja szukał czego innego i tak Bóg dał, żem znalazł.I dlatego nie dbałem już o jego pieniądze.

— A co to było? — pytam.

— Patrzcie owo, skąd ty taki wziął się ciekawy! To byłocoś, co więcej warte złota, niżby go był mógł udźwignąćna sobie Kara-Mordach, choć widziałeś, jaki chłop! To było to,co zgubiło mego ojca!

— A mówiliście, Semen, że ojca nie co innego zgubiło,tylko zdrada żydowska.

— Ale zdrada z tego poszła, że ojciec miał to, na coŻyd był łakomy jak wilk na barana, a czego kupić nie mógł,bo ojciec wiedział, co to warte. Widzisz bo, mołojczyku,u nas tak się dzieje: Idzie Kozak na wyprawę, na chadzkę,czajkami płynie na turskie brzegi, pali grody i zamki, łupimiasta, zabiera Turkom wielkie skarby — każdy z mołojcówwraca z bogatą zdobyczą, ale cóż, kiedy zdobyczy sprzedaćnie umie, a czasem i nie może. Jak zdobył gotowe pieniądze,aspry, lewki, piastry, czerwone złoto, to rzecz łatwa: napieniądze nie trzeba kupca. Ale jak z chadzki wrócą z drogim towarem — z złotogłowiem, kobiercami, koralami,naczyniem złotym i srebrnym, bo naród turski bogaty i w zbytkach się bardzo kocha — co z tym robić? Sprzedać. A komuKozak sprzeda? Niechże sam próbuje pójść z tym do miastaalbo do dworu, między kupcy czy między pany — oho, dobrzesię wybrał! To właśnie tak, jakby własną głowę na targponiósł. A skąd to masz, a kędyś zrabował? a kogoś zabił?Odbiorą, kijem napędzą, i to najlepszy jeszcze koniec: rad bądźBogu i dziękuj, że cię do tarasa nie dadzą, na męki nie wezmą,abyś prawdę wyśpiewał, a czasem i nie powieszą! A przecież to Kozak szablą zdobył, i na kim? Na psim synu, na poganinie, niewiernym wrogu Chrześcijaństwa: a przecie Kozakkrwią swoją zapłacił, krzywdy się tylko pomścił, bo ano,ile to narodu, ile złota, ile srebra z cerkwi świętych nie biorąTurcy i Tatarzy! Czy to sprawiedliwość? Ale cóż robić, takono już jest. Tedy rad nierad Kozak musi sobie zachodzićz Żydem, z Ormianinem, z Wołochem, co na takie kupnołakomy, ale najczęściej z Żydem. Tak i z tym Kara-Mordachembywało. Po każdej chadzce przyjeżdżał szelma do nas i kupował;za byle co kupował, dziesiątej, setnej części tego nie dał,co rzecz warta, ale ojciec niegłupi, wiedział, co za skarbrzadki ma, że i sto takich Żydów wytrząść, a tyle groszanie wytrzęsiesz. O jedno Mordachowi chodziło, jak diabłuo duszę, a tego dostać nie mógł. Zwabił ojca niby do bogatego kupca, co jakoby z Moskwy umyślnie przyjechał, przedni sługa carski. Ten pewno kupi, dla samego cara gosudarado Kremla kupi. Mój ojciec znał z dawien dawna Mordacha,handlował z nim długie lata, uwierzył. Pojechał z Żydemna granicę wołoską, wpadł w zasadzkę, Mordach zabrał muwszystko, co było przy nim, a samego Turkom wydał i jeszcze zapłacić sobie kazał, bo im puszkarza naraił, jakiegona świecie szukać... Ot, widzisz, tak to było.

Chwilę Semen milczał i chmurno przed siebie patrzał,jakby dumał nad tym, co się stało, i nad tym, co się jutrostać może, a nagle zawołał:

— Dosyć tego gadania; wiesz więcej, niż ci wiedziećpotrzeba, ale tego właśnie nie wiesz, po com cię tu wołał.Mnie czas w drogę. Przysiągłeś na Krzyż Święty i pod wielkąklątwą, a kto takiej przysięgi nie dotrzyma, będzie od Trójcy św. oddzielony i na miejsce Judasza powołany. Słuchajżeteraz i uważaj! Widzisz tę rozpadlinę w skale?

— Widzę.

— Stań plecyma do skały, oprzyj się o nią, tak abyś sobąprzykrył rozpadlinę.

Zrobiłem tak, jak Semen chciał.

— Patrz teraz naprzód, prosto przed siebie, jak strzelił;dziewięć kroków zrób, ale dużych, dobrze rozsadzaj nogi,boś ty mniejszy ode mnie.

Zrobiłem dziewięć kroków.

— Teraz uklęknij na jedno kolano.

Ukląkłem — a Semen przystąpił do mnie, przysiadłi ziemię koło mego kolana dobrze oglądnął.

— Tak dobrze, wraz dobrze, jak strzelił. Czy widziszco na ziemi, znak jaki, ślad jaki?

— Nic takiego nie widzę — odpowiedziałem.

— Słuchajże! w tym miejscu, na którym jest teraz twojekolano, zakopałem to, co mego ojca zawiodło w jasyr, coMordacha wydało na moją zemstę, co już przedtem i mnogiejkrwi, i mnogiego nieszczęścia było przyczyną. Tego Persa,co to przyniósł był aż z indyjskiej ziemi, struł jeden Ormianin, tego Ormianina udusili trzej Greczyni w Białogrodzie,tych Greczynów utopić kazał basza jędropolski, tego baszęzabił ataman Łoboda, Łobodę rozsiekali mołojcy, aż się todostało memu ojcu, a ojciec usycha teraz w pogańskichłykach... Kiedybyś chciał wziąć, com zakopał, to i ciebiespotka nieszczęście i zguba!

— A ty tego nie weźmiesz? — pytam Semena.

— Wezmę, na tom zakopał, abym wziął. Ale teraz brać sięboję, bo mnie wywołali już wszędy dokoła za tego Mordacha jako zabójcę; muszę się dobrze pilnować, abym uszedłzdrowo. Nosić to przy sobie niebezpieczno; można zgubić,można przez złodzieja postradać. Ale jak z wywiadówpowrócę i będę już na pewno wiedział, gdzie mój ojciec,w jakim zamku, u jakiego baszy, przyjdę tu albo drugiegodo ciebie przyszlę, a ty temu wiernikowi, co przyjdziew moim imieniu, pokażesz miejsce, gdzie ma kopać.

— A jakoż ja go poznam i jako mu dam wiarę? — pytamja na to.

— Otóż tak; teraz mi się podobasz, mołojczyku! — zawołał Semen. — Czekałem tylko, czy się zapytasz; sławaBohu, żeś się zapytał! Bo teraz wiem, że masz rozum. Słuchaj i spamiętaj: Jak kto przyjdzie do ciebie, czy to będziestary, czy młody; czy chłop, czy baba; czy sługa, czy pan;czy czerniec, czy żołnierz; czy w łachmanach i z torbą dziadowską, czy w sajecie i przy bogatej szabli — wszystko tojedno — jeżeli ktoś przyjdzie do ciebie i uderzy cię dłoniąpo lewym ramieniu i powie te słowa:

Oko Proroka

Synopa Archioka

to ty mu odpowiesz: Musztułuk! On ci na to ma powiedzieć:— „Bedryszko cię pozdrawia” — a wtedy masz go zaprowadzićna tę polanę, pokazać mu to miejsce, które znasz; niechwykopie i idzie z Bogiem, a tym masz milczeć o tym jakogrób! Powtórz słowa!

Oko Proroka, Synopa Archioka, Musztułuk! — powtórzyłem, i to kilkanaście razy, póki Semen nie uwierzył, żenie zapomnę.

— A teraz w drogę! — zawołał Semen i ruszyliśmynazad tym samym szlakiem, i znowu po drodze kładł mi w pamięć wszystko, po czym miałem się rozeznać, aby nie zabłądzić i trafić do onej skały na polanie.

Kiedy już stanęliśmy w czystym polu, Semen uściskałmnie, pocałował w oba policzki i rzekł:

— Zostań zdrów, Hanusz, pomagaj ci Boże! A jak sięzdarzy szczęście, wrócę i wezmę cię z sobą na Sicz, na porogi,i nie będziesz się nazywał Hanusz, ale Iwaszko, i będzieszz nami hulał i na Turków chodził! Boś ty łepski chłopak,wart być Kozakiem! Zostań zdrów!

Jam go z rzewnością serca także jakby brata ucałowałi pytam:

— A koń kędy?

— A kędyżby był? Jest, czeka na mnie, zaraz on tubędzie! — i włożywszy palec w usta, świsnął dwa razy krótkoa przeraźliwie.

Za małą chwilę usłyszeliśmy kopyta w polu i koń nadbieżał do swego pana, rżąc radośnie. Semen skoczył w siodłoi jak wiatr popędził przez pola ku drodze.

Smutny wracałem do chaty, bom stracił przyjaciela,a w duszy czułem jakoby wielką ciężkość, bo ta cała rzecztajemna, którą mi zwierzył Semen i na którą mi przysiąckazał, tak mnie ugniatała, jakoby młyński kamień. Robiłomi się straszno, żem teraz powiernikiem wielkiego sekretu,którego sam nie znam, i jakoby stróżem czegoś, czegom niewidział, a co musi być i wielkim skarbem, i przeklętąjakąś rzeczą, skoro tyle krwi i nieszczęścia na tym było.Wchodzę na podwórze i widzę, matka stoi u drzwi i woła:

— Hanuszek, tyżeś to? Kędyż ty biegał po nocy?

Musiałem matce opowiedzieć, że mnie Semen wywołał,i żem w cichości się wymknął, nie chcąc jej budzić, że Semenchciał się tylko ze mną pożegnać i że mu wyniosłem pistolety.

— A czemuż cię taki czas nie było — rzecze matka —zbudziłam się za szelestem i patrzę, a ciebie nie ma. Cośty tak długo robił z Kozakiem?

— Odprowadziłem go do konia, którego zostawił byłpod lasem.

— I więcej nic? — pyta matka.

— Więcej nic.

Dobrze, że to noc była, bo inaczej matka byłaby widziała, jak oczy spuściłem ku ziemi i jak mi rumieniectwarz oblał. Nie uczył mnie nikt kłamać, jakoż i kłamaćnie umiałem, ale teraz skłamałem po raz pierwszy w życiu,i to przed własną rodzicielką. Markotność wielka mnie zdjęłai skrucha; było mi tak, jak żebym doznał nieszczęścia.Do świtu jeszcze było dość daleko — położyłem się i usnąłem.Już słonko wysoko stało na niebie, kiedy się obudziłem,i zdało mi się jakiś czas, że to wszystko co się stało, tylkosnem było i nocną marą. Zacząłem się prędko zbierać, kiedywchodzi matka i rzecze:

— Słuchaj no, Hanuszku, ludzie we wsi głoszą nowinę,że ten Żyd jeszcze żyje i że to jest bardzo znaczny kupiec,sługa i wiernik różnych książąt i wojewodów, którzy sięo niego wezmą. Semena już wszędy aż po Lwów i Przemyślwywołano, z zamku samborskiego wysłano pogoń w różnestrony, aż ku granicy węgierskiej: hajduków, smolaków,żołnierzy. Na głowę Semena nałożono 1000 złotych. Pogoniłowielu żołnierzy i chłopów na ochotnika imać złoczyńcę,nawet podstarości z hajdukiem Kajdaszem wyjechali o świciew pościg.

I mówiąc to patrzyła matka na mnie przenikliwym i przestraszonym wzrokiem, a ja ukląkłem niby do mówieniarannego pacierza, ale słowa utykały mi w gardle, a sercemi kołatało, jak gdyby mi kto młotem tłukł pod żebrami.

IV.Idę w świat

Nie darmo to mówi przysłowie, że klin klinem się wybija.Wlazła mi w głowę prawdziwym klinem historia Semenai ta jego tajna rzecz zakopana w lesie, której ja miałembyć niemym stróżem i wiernikiem, i o niczym już myśleć nicmogłem, jeno o tym i o tym bezustannie. Ale znalazł sięrychło klin drugi, a taki ostry i boleśny, że nie tylko jakobyrozłupał mi głowę, ale i serce przewiercił głęboko jak nóżzbójecki. Mój ojciec miał powrócić z owej tureckiej furmankinajdalej w sierpniu, a tymczasem owo i wrzesień końca dobiegał, a ojca jak nic było, tak nie było.

Strach o ojca i frasunek wielki nastał teraz w naszejchacie — matka płakała dniem i nocą, a ja w żałości mojejani jej pocieszyć, ani sobie dać otuchy nie umiałem, zaśludzie we wsi miasto nam dodać serca i nadziei — to jeno sięlitowali nad matką, nawiedzali ją jakoby po nieboszczykui ciągle prawili, jako to z turskiej ziemi teraz mało kto wraca,bo tam zawsze srogie rozruchy i krwi ludzkiej przelewanie,i że z wolą Bożą trzeba się pogodzić i na msze święte dawaćza duszę ojca, „bo — mówią matce — gdyby wasz żył, tobyznać o sobie dał nawet z turskiego więzienia, a tak pewnobez księdza między poganami marnie zginął”. Na domiarzłego jedyny nasz krewny i opiekun, wuj kantor, umarłz gorączki, zostaliśmy teraz sieroty.

Chodziliśmy z matką do Sambora, do pana Zybulta,kupca, co trzymał skład węgierskiego wina i miał handlez lwowskimi Ormiany, prosimy go, aby pisał, czyli czego niewiedzą o tej karawanie, z którą ojciec jechał: on też pisałzaraz, ale odpisano, że tam także między tymi Ormiany, comieli albo krewnych, albo towar w onej karawanie, wielkajest trwoga i umartwienie, bo żadnej wieści nie mają.

Wtedy to, w tym ciężkim czasie, przeświadczyłem się dobrze,że nad samą srogość ludzkiego nieszczęścia gorsza bywa ciągłaniepewność, kiedy to dusza człowieka, jakoby zawieszonamiędzy żałością a nadzieją, szarpie się w udręczeniu, a myślibiją się z sobą, a która z nich najsmutniejsza, ta zawszenajmocniejsza. A mnie i mojej matce tak było, jak gdybyojciec co dzień w naszych oczach umierał, a co dzień innąśmiercią: to od powietrza, to od dzikiego zwierza pustyni,to od ręki zbójeckiej; i co dzień znowu żyw wracał: to jakoczłek zdrów i wesół, to jako kaleka i żebrak, to jako znędzniały jeniec, wykupiony z rąk pogańskich. I tak w tym udręczeniu czas mijał, a jak gdyby tego nieszczęścia było zamało, przyszło drugie, z woli i z ręki złego człowieka.

Już swego czasu mówiłem, jako to było z naszym sołtystwem czy też wolnictwem, i jako się ojciec bronił odnapaści ludzkiej. Na św. Michał miał zapłacić podstarościemu100 złotych, i już go mieli zaniechać i zostawić spokojniejak na dziedzictwie. Termin dawno minął, ojciec przepadłbez śladu, o owej konfirmacji, którą król obiecał w Janowie,ani słychać było — owo zguba nasza ostateczna. Kazanonam wynosić się z naszej własnej majętności, gwałtem naswyrzucono. Matka się broniła, wołała pomocy boskiej i ludzkiej, biegała, biedna, na zamek samborski, błagała, na progusię kładła, wzywała pomsty niebieskiej na krzywdzicielisierot, na tych zbójów nieludzkich i wydzierców cudzejpracy, że lepszych po szubienicach wieszają — nie pomogłonic, tak od razu, za jednym rozmachem, z dziś na jutro,w dziady nas obrócono. Jam już był otrok duży i gdybypo mojej woli szło, byłbym siekierą ojcowskiego chlebabronił, z łuku Semenowego strzelał, podstarościego i hajduka Kajdasza pewno zabił i sam się zabić dał — ale matkabroniła mi tego: „nie pomożesz — mówi — a siebie i mniezgubisz”.

Tak to znieść musieliśmy. Ale mnie się zdało, żem jadowitą żmiję połknął i pod sercem ją jeszcze żywą noszę,bo i serce, i duszę miałem zatrute; na niebom patrzył, czysię nie rozewrze i czy ognisty piorun z niego nie padniena głowy tych zbójów; zrozumieć nie mogłem, że słonkonie gaśnie nad takim światem, na którym sprawiedliwościnie ma i pomsty na złoczyńców.

A Bóg gdzie? A król gdzie? Bóg jest wiekuisty i tajne sąJego wyroki, sprawiedliwość Jego może być nie z tego świata.Jego pomsta znajdzie grzesznika i poza ziemskim żywotem;Bóg jest nierychliwy, ale sprawiedliwy. Ale król gdzie? Jegomajestat jest z tego świata, jego moc jest ziemska, on takiśmiertelny, jako i ja, chłopek mizerny — on powinien byćrychliwy w sprawiedliwości swojej, bo tyko tu na ziemi sądzići karać może, a po śmierci sam sądzon i karan będzie.

Kiedy ojciec mój opowiadał, jako mu król Zygmuntw Janowie obiecał konfirmację sołtystwa i jako go swoimkrólewskim furmanem — aurgia regius — mianował, to jabył pewny, że już nie ma takiej mocy ludzkiej na świecie,co by na nasze dziedzictwo godzić śmiała. A tu ani hetmanżaden, ani wojewoda, ale podstarości i sługa hajduk dokazali tego!

Gdybym był królem, tobym jeździł po całej ziemi polskiej, a miał przy sobie wielki hufiec zbrojny, tysiąc takichhusarzy, jakich w Samborze widziałem, w stal zakutych,z szumnymi skrzydłami z piór żurawich na barku, że każdyz nich wygląda jak św. Michał Archanioł z ołtarza naszegokościółka, i kazałbym ścinać głowy wszystkim, co mordująsprawiedliwość, tak aby i najmocniejszy truchlał, a radowałasię cnota, i każdy ubogi człek bezpieczno pożywiał się swojąpracą.

Buntowała się we mnie dusza, żałowałem i wstyd mi było,żem nie taki, jak Kozak Semen, co się niczego nie bał i nikogo,ani popa, ani starosty, ani króla, i mawiał, że najlepszeprawo pisze szabla, a kula w łeb to lepsza pieczęć niż panakanclerzowa, i że lichy to człek, co się o swoją krzywdęnie weźmie. Ale pamiętam także, jako Semen często dumkęjedną śpiewał, a zawsze się w niej powtarzały słowa:

Terpyty, terpyty,Z Bohom sia ne byty!

Ot, co! Cierpieć, cierpieć, a z Bogiem się nie bić! A jasię będę z Bogiem bił? A ja się będę z królem bił? Poczekam,urosnę, nabiorę mocy i rozumu, a wtedy bić się będę, aleze złymi ludźmi tylko, z podstarościm i z Kajdaszem, a możeBóg da, że się na nich krzywdy pomszczę. A teraz to trzebabić się z biedą. I tak mi się zdało, jakobym wśród tegonieszczęścia stał się naraz dościgłym człowiekiem, a co byłowe mnie z dziecka, to opadło, gdyby kwiecie z jabłoni.

Miły Boże, żeby to wszystko tak rosło, bez słońca, bezrosy, jak bieda rośnie! Ledwie się przez okienko wciśnie,a już ona gospodyni jest w chacie, wszędy wlezie, wszędyzaglądnie, z każdego kąta jeno długie zęby do człeka szczerzy, tak jakoby mówiła: jak zjem wszystko, co masz, to i ciebiezjem! Słońca do chaty nie puści, wesele z niej wygania, zaplecyma ci siedzi, ognisko studzi, w nocy sen odbiera, a jakśpisz, to i we śnie zmorą cię dławi, z łokci dziurawych wyłazi.Z oczu ci świeci, z jednej miski z tobą jada i twoim głodemsię pasie, coraz mocniejsza, coraz czarniejsza.

Takiej biedy i my zaznali teraz. Sprowadziła się matka,wczoraj jeszcze sołtysowa i gospodyni dziedziczna, a dziśbiedna komornica, do sąsiadki jednej, ubogiej wdowy; mieszkaliśmy tam w ciasnocie i nędzy. Kiedy nas po zbójeckuwyrzucono z naszej zagrody, zagrabiono nam cały dobytekgospodarski: krówki, zboże, statek, „bo — rzecze podstarości — bezprawnie na cudzym tu siedzieliście tyle lat, za zaległyczynsz to wszystko pójdzie na skarb królewski”.

To, co zabrać pozwolili, to były tylko graty mizerne,szczebrzuch ubogi, świąteczna odzież matki i ojca. Wszystkotośmy pomału sprzedali i zjedli przez zimę, a gdy nadeszławiosna, trzeba było myśleć o tym, jako żyć dalej. W Podborzuzostać matka nie chciała, bo i zarobku znaleźć tu nie mogła,i zostać niebezpieczno było, bo się hajduk Kajdasz odgrażał,że nas na pańskie wypędzać będzie. A tymczasem on sam,niecnota, sprowadził się do naszego obejścia jakby dowłasnego dziedzictwa, bo na to też praktyki z podstarościmmiał i dla niego to nas wywłaszczono.

Miała matka bliskiego krewniaka w Strzałkowicach podSamborem, tkacza, do niego się przenieść umyśliła, i ja miałemtam zostać i tkactwa się uczyć. Przenieśliśmy się do Strzałkowic, ale mnie tkackie rzemiosło cale się nie podobałoi pozwoliła mi matka szukać chleba przy jakiej żupie, bomumiał czytać i pisać, a taki łatwiej przy warzelni i czechrynach znajdzie zarobek, jako że kwotnicy solni zawsze piszącego do rachunku beczek potrzebują. Po wuju, kantorzeWalentym, zostało nam trochę odzieży i mała książeczkado modlitwy, a była to Officium, czyli Godzinki do AniołaStróża. To była wyprawa moja cała; zrobiłem węzełek,pożegnałem się z matką z wielkim jej płaczem i moim, a takz kosturkiem w ręku, z węzełkiem na plecach, z jednymzłotym w ręku, samymi groszami w mieszku i z Godzinkamido Anioła Stróża w kieszeni, ruszyłem w świat Boży. ŁukSemenowy i łubie ze strzałami, że mi matka broniła braćze sobą, „bo — mówi — jako Tatar pójdziesz i jeszcze napaści sobie jakiej przydybiesz”, wyniosłem był już przedtemdaleko za chatę ukradkiem i wżdy go z sobą wziąłem, natroczkach łykowych dobrze uwiązawszy przez ramię: w czym,choć nieposłuszny byłem matce, przecież, jako się pokaże,słuszna rzecz była, bo owo potem w potrzebie jako przyjaciel mi stanął.

Miałem iść do Soli pod Dobromilem, bo tam była dużawarzelnia, ale zamiast wziąć się tam prostą drogą, umyśliłem pójść przedtem do Podborza, a to z tej przyczyny, żeskoro miałem, kto wie na jak długo, porzucić te strony,chciałem jeszcze raz być na „Semenowej polanie”, bo tak sobieją nazwałem, drogę do niej przez las raz jeszcze wbić w pamięć, miejsce ono tajemne opatrzeć, a także i ludziom podborskim powiedzieć, gdzie mnie znaleźć będzie można, gdybykto o mnie pytał. A miałem w tym Semena na myśli, bonuż wróci albo wiernika swego przyszłe, to jak się mniedopytać?

We wsi mnie powitano jak dziada, z podrwinkami i urąganiem. Poznałem, jaki to bieda gorzki chleb piecze. Co kogopozdrowię grzecznie, po ludzku, z uchyleniem kapelusza:,,Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!” — a on do mniena to:

— Ehe! Hanusik, pan-sołtys! A co ty po sołtystwo twojeprzyszedł!

— Z łukiem idzie — mówi inny — zbrojno, hej? Sołtystwa dobywać będzie!

Nigdym ja tego rozumieć nie mógł, dlaczego się ludziecieszą z cudzej biedy i nieszczęścia, nawet kiedy takiegotrafi, co ci nie był wrogiem, a owszem, czasami dobroć tobieświadczył: dlaczego właśnie i drugich za łeb weźmie? A z czegóż tu uciecha? Jakeś ty biedny, a drudzy także zbiednieją,toś ty przez to nie bogatszy, owszem biedniejszy jeszcze,bo ano kto cię wspomoże, kto ci da zarobić, przy kim sięzawiesisz? To właśnie tak, jak gdyby cieszył się ślepiec,że owo inni, co koło niego byli, także cale poślepli — a któżgo będzie wodził, kto mu da łyżkę do ręki i bodaj wodypoda?

Spotkałem nareszcie jedną dobrą duszę, kulawego Matyska,co u nieboszczyka wuja kantora służył, a teraz przy plebanii wisiał, za samą strawę bez przyodziewka. Ciekawybył bardzo chłopiec, ten Matysek, i do wszystkiego sprytny.Na skrzypcach dobrze grywał, przeróżne piosenki śpiewaćumiał — i ksiądz pleban zwał go rybałtem, a za księdzemi ludzie, bo po weselach z skrzypcami chodził, po kolędachbiegał, miesopustne maszkary robić umiał i fraszki wesołewyprawiał. Nieboszczyk wuj czytać go i pisać po troszenauczył, ale że biedy nie wystraszysz abecadłem, a Matysek był ubogi sierota, tedy poszturkiwał nim, kto chciał,a kiedy nas wypędzano z wolnictwa, tedy on stracił ostatniegoprzyjaciela i ostatni ratunek, bom ja go bardzo lubił, a matkazawsze go spomagała, jako mogła.

— A co u was słychać, Matysku? — pytam go.

— A co by słychać miało? — odpowiada — psy słychać,jak szczekają, i ludzi, jak płaczą.

— A tobie jako się dzieje?

— Tak się dzieje, że ani się odzieję, ani się nadzieję,a mam tylko nadzieję, że się raz przecie gdzieś stąd podzieję,bo tu w Podborzu już nikt nie wytrzyma. A wy co robicieteraz z matką, Hanusik?

— Widzisz, Matysku, tyś pierwszy, co tu ze mną po ludzkugadasz, a inni mnie jako powsinogę witali. Taki ja dzisiajbiedny, jako i ty, to nami gardzą.

— Ej, co tam — rzecze Matysek — wszyscyśmy ludzie, tylkoksiądz pleban człowiek! Gardzą, nie gardzą, a ja sobie pan.Bom ja królewicz niebieski, tak jako i ty.

— A pleciesz, Matysku, pleciesz! — mówię ja śmiejąc się.

— Albo nie tak? Jużci, że wierę tak. Ksiądz plebanco niedziela obiecuje mi z ambony królestwo niebieskiepo śmierci, a to nim to królestwo posiądę, tom ja za życiajest królewicz.

— Żart żartem, ale go już dosyć, Matysku — mówię nato — powiedzże mi bez żartów, co u was słychać?

— „Im dalej, tym gorzej — mówiła baba, jak leciałaz dachu”. Co by słychać?! Bieda i zniszczenie ludzkie. Podstarości ludziom coraz cięższy, że już jeden i drugi przemyśliwa, jak grunt porzucić i gdzieś na dalekie Podolewykoczować, a hajduk Kajdasz w waszej chacie siedzi, na ławieprzed wrotami w słońcu się wygrzewa jak wieprz, jenoczarnym łbem potrząsa i długie wąsiska kręci, słoninęwędzoną je i piwo łyka, a brzuch mu rośnie i rośnie, żejedno daj Boże, aby się wrychle rozpękł. Teraz nowe zniszczenie wymyślili, pędzą ludzi do lasu, budy robią, będąpopioły palić.

— A co to są budy i na co popioły palić będą? — pytamMatyska.

— Tom i ja przedtem nie wiedział, co to za rzecz, dopieroteraz pierwszy raz widzę. Przyjechali kupcy ze Lwowa,same Niemcy, starszy między nimi Hayder się zowie, zakupili u pana starosty Koniecpolskiego wolność na budy w lesie.Będą rąbać drzewa, kopać piece, układać stosami, a potempalić popioły, ługować i robić z tego potaż, a ten potażpowiozą na spław na Jarosław do Sanu, a Sanem do Wisły,a Wisłą, hen, daleko, do samego Gdańska. Już zaczęliw kilkanaście siekier; Kajdasz z harapem plecionym chodzi,trzaska nim i wrzeszczy, ubogi ludek do lasu pędzi.

— A w którymże to miejscu?

— Widzisz tam — pokazał palcem Matysek, prowadzaćmnie na pagórek.

— Masz tobie — pomyślałem w duchu, bo Matysekwłaśnie w tę stronę pokazywał, kędy my z Semenem przebierali się nocą do polanki — a nuż i tam trafią!

Ale nie pokazywałem tego przed Matyskiem, jeno mówiędalej:

— Mój Matysku, mam ja do ciebie prośbę; wiem, żeśty dobra dusza i zawsześ nam był życzliwy. Trafić się może,że tu o mnie albo o matkę pytać się będą; może o ojcujaka wieść przyjdzie, może i sam ojciec jeszcze wróci —kto wie. Bóg miłosierny i dziwnie się zdarza na świecie;może też ze Lwowa do Ormian przyjdzie jakie pisanie, możeod Kozaka Semena ktoś mnie szukać będzie, bo ja mam jeszczejego kobzę u siebie — tedy abyś o tym wiedział i wszystkimmówił, że matka moja jest w Strzałkowicach u tkacza Sebastiana, a ja będę w Soli, przy żupie na robocie. Możei pan Serebkiewicz, co ojcu tę niegodziwą furmankę naraił,przekazywać co będzie, a może i z zamku co przyjdzie...

— A może i Król Jegomość dopytywać się o ciebiebędzie — rzecze, żartując znowu Matysek — a co jemupowiedzieć?

— Może i sam Król Jegomość — odpowiem, obracającżart w prawdę — co wiedzieć? Bo przecież obiecał ojcudać konfirmację na sołtystwo. Boże mój, Boże, a nużbykrólewski dekret przyszedł!

— A ma ten dekret nogi? — pyta Matysek. — Bo jak nie ma,to sam nie przyjdzie.

— Matysku — rzekę, już zły — takiś wykrętniczek, żegadać szkoda do ciebie. Ja do ostatniej nędzy przyszedł,serce mi się pada od żałości, a ty sobie jeno śmieszki stroisz!

— „Czart swoje, a baba swoje”, jak mówią Rusini —odpowiada Matysek — ale masz wiedzieć, że ja tak nie z swawoli tylko mówię. Widzisz, bo ja się na tym nie znam, alepodsłuchałem, jak ksiądz pleban i pan chorąży o konfirmacjach mówili. Albo ty wiesz, czy król dał dekret, czy niedał? A może dał, to i tak tobie z tego piskorz, skoro o nimnie wiesz. Po konfirmację albo trzeba iść do kancelariikrólewskiej, albo trzeba wiedzieć, kędy ją wysłano, na czyjeręce. Król do was przez osobne posły dekretu nie wyprawi;albo dekret czeka w Krakowie na was, a wtedy nic sobiez tego nie robi, że ty na niego czekasz w Podborzu, albo jużwysłany jest z Krakowa, a wtedy poszedł na zamek samborskia z zamku dopiero do Podborza pójść by mu potrzeba, abysię wam dostał!

— To się nam nigdy nie dostanie! — wołam ja teraz,bo Matysek słowami swoimi jakby mi świeczkę zapaliłw ciemności.

— „Mądrej głowie dość dwie słowie, a obuchem w łeb!” — —rzecze Matysek.

— Jeżeli dekret przyszedł na zamek, to z zamku tylkoprzez ręce podstarościego albo Kajdasza mógł był przyjśćdo nas! Jakżeby oni go nie ukryli!

— Król z dekretem, a Kajdasz z muszkietem! — mówina to Matysek. — A teraz zostań zdrów, Hanusik! Na plebanii pewnie już pochrypli od wołania: — „Matys! Matys! a gdzieżeś to, psianogo!” Ani mnie to minie, że wezmę po uszach!Jak co zobaczę, jak co usłyszę, aby co ważnego a dobrego,to choćby do Soli posztykulam do ciebie, chociem chromy,boście wy dla mnie zawsze dobrzy byli, i ty, i Markowa!Hej, hej, żebyście to wy na sołtystwo wrócili! A tobym jarad zagrał Kajdaszowi na waletę ot, na tę nutę:

Żegnaj cię pies, żegnaj cię pies, Cyganku!

Witaj cię bies, witaj cię bies, Cyganku!

I Matysek odszedł śpiewający. Jak mnie zostawił, takdługą chwilę stałem na miejscu, rozmyślając nad tym, comi powiedział. Co teraz robić? A nuż dekret królewski dlaojca już był albo jest, albo niebawem będzie, jakże o tymwiedzieć? jako go dostać? Czy z kancelarii królewskiej,do której mnie, biednemu, jakże trafić? Czy z zamku, cojeszcze gorzej, bo go ci niecnotliwi ludzie zatrzymają, ukryją, zdrapią! Iśćże teraz w świat za zarobkiem, czy zostać i dekretu królewskiego patrzeć?

Tak mi kołatały myśli w głowie, a tymczasem wszedłemw las, kierując się ku polanie, na miejsce, gdzie Semen zakopał tę swoją tajemniczą rzecz, o której ja nie wiedziałem,co zacz była, a na którą trafić mogą ludzie, co w lesie piecekopać i popioły palić będą.

Pamiętałem dobrze każdy znak, z łatwością się rozpoznawałem, ale jeszcze dość daleko było do Semenowej Polany,a już słyszę: bach! bach! bach! walą chłopy siekierami,a las jakby gadać umiał, bach! bach! bach! milami odpowiada,że wyraźnie się zda, jakżeby drzewa ze strachu na siebiewołały.

Przychodzę na samo miejsce, patrzę i oczom nie wierzę:na polanie, o której Semen myślał, że tam chyba wilk czasemzabłądzi, roi się od ludzi, stoją szałasy z gałęzi i wózki,leżą wszędy topory, piły, rydle, sznury, drabiny. Masz tobietajemnicę! Zachodzę w głowę, jak ci ludzie tu się dostali, bompo drodze nigdzie śladu nogi ludzkiej nie widział; idę międzynich, jakobym także do roboty należał, i rozglądam się nawszystkie strony, aby obaczyć, którędy wszystko to przywędrowało na polanę.

Niedługo było szukać. Nie ma co mówić: Semen niegłupi,to prawda, ale tym razem kozackiego rozumu nie pokazał.Nie znał tutejszych lasów, tak jak i ja ich nie znał,wziął się do lasu z tej strony, z której do polany było i bardzodaleko, i bardzo ciężko, tedy myślał, że to właśnie głąbpuszczy i sam koniec świata, a nie wiedział, że z innegokońca brzeg lasu był blisko, a droga cale łatwa, bo równai gładka, że jeno drzewa wyciąć a furą na polanę zajedziesz.

Rozglądam się teraz jeszcze bardziej po ludziach i narzędziach; widzę: od onej skały, a to właśnie od rozpadlinyprosto, jakby strzelił, co krok prawie kołek po kołku wbityw ziemię i kto wie czy który z nich nie siedzi na samymdziewiątym kroku. Podszedłem do jednego z chłopów i pytam,na co te kołki powbijane.

— Tu się będzie kopać — odpowiada.

— A kiedyż zaczniecie?

— Może dzisiaj, ale najpewniej, że aż jutro, bo czekamyna tych Niemców ze Lwowa, a jakoś ich nie widać — rzeczechłop.

By mi obuchem po głowie nie dał, tak by mnie nie ogłuszył,jak tą wieścią. Poszedłem z polany w las, bom nie chciał,aby mnie jacy znajomi ludzie widzieli, ale niedaleko, tak żeco się tam działo, spoza drzew dobrze widzieć mogłem.

Siadłem na mchu, podparłem głowę rękami i tak siedziałem długo, a płakać mi się chciało, żem już teraz na to wszystko głupi i rady żadnej nie widzę. Bo a co robić? Zrobiłmnie Semen stróżem i wiernikiem swoim pod przysięgąi klątwą mnie zostawił; onej rzeczy zakopanej ruszyć minie wolno, ale patrzeć na to spokojnie nie mogę przecie,jak ją inni znajdą, ruszą i zabiorą. Wiedzieć o tym, a nieradzić i nie ratować, to przecież będzie także zdrada i złamanie przysięgi. Główna rzecz na tym, aby Semen miał to, cozakopał; jeżeli ja wykopię, to mu tego święcie dochowami gardło prędzej dam, niżeli dopuszczę, aby wzięte było.Ale jakby zrobić? Trzeba doczekać nocy; jak ludzie pójdąz polany, wezmę się do roboty, byle jeszcze za dnia samikopać nie zaczęli.

Tak tedy siedzę w ukryciu, czekam i czuwam. Słońce jużsię dobrze chylić zaczęło, las się nurzał w mrocznym cieniu,choć za lasem jeszcze dzień być musiał, kiedy rąbanie ustałoi widzę, że chłopy zabierają się do domu. Poszli wszyscy,jeden tylko został, pewnie dla wartowania narzędzi. Z jednymto już łacniej — myślę — ale przecie zawsze ciężko, bo goprzecież nie przemogę ani ubiję, tedy ciemnej nocy czekaćbędę musiał i uważać, kiedy zaśpi.

Nie spuszczam tego wartownika z oka, prosząc Boga,żeby mu się też wrychle spać zachciało. On się po troszekręcił po polanie, zaczął składać do kupy zaniechane narzędzia, ale przestał; nasłuchiwał, jakby kogoś wyglądał, możeswojej kobiety, która mu wieczerzę przynieść miała, świsnąłteż parę razy jakby na psa, pomyślał chwilę, a w końcu zarzucił płótniankę na plecy i poszedł.

Polana była pusta. Jakąś chwilę jeszcze przeczekałem,czy nie wróci, a widząc, że go już nigdzie wśród drzew niewidać, wyszedłem z ukrycia, chwyciłem rydel i z pukającymserem wziąłem się do roboty. Tak jak mnie Semen uczył,odmierzyłem dziewięć kroków, ukląkłem, naznaczyłem sobiemiejsce od kolana, powstałem i nuż kopać. Już się ani oglądałem, ani nasłuchiwałem, czy też kto nie idzie; na nic bysię to było zdało, bo mi od tego strachu i wzruszenia oczyi uszy zastąpiło, i tytko mi brzęczało w głowie jakby w ulu.

Niedługom kopał; ledwo kilkanaście razy rydlem ziemięwyrzuciłem, trafiłem na coś twardego. Był to duży czerepz garnka. Odrzucę go na bok i widzę drugi czerep takisam, a na nim mieszek skórzany, taki mały, że go w garśćsnadno wziąć, czerwonym sznurkiem zawiązany i dokoładobrze opleciony. Schowałem go szybko w zanadrze, a miałemna sobie sukmanę karazjową, jak ją u nas noszą na wsi,i chcę patrzeć, czy nie ma jeszcze czego więcej, kiedynagle czuję, jak mnie ktoś chwyta za kołnierz i słyszę za sobąwołane:

A, ty żłodeju, co ty kopasz!

Struchlałem i zdało mi się, że dusza ze mnie wyskoczy!Już mi się nie potrzeba było oglądać, kto to taki, bo pogłosie i po tych słowach z węgierska powiedzianych poznałem,że to hajduk Kajdasz!

Chwileczkę to jakobym skamieniał, ale tylko chwileczkę,bo kiedym raz wiedział, że to Kajdasz, wróg, rozbójnik,złodziej naszego chleba, taki we mnie duch pomsty wstąpił,takie gorąco serce mi oblało, na taką odwagę, a raczej nataką wściekłość mi się wzięło, że byłbym się dał poszarpaćw kawałki, a nie uciekał przed nim.

Porwę się na nogi i szarpnę z całej mocy, a on mnie zakark trzyma, jakby żelaznymi kleszczami chwycił, ku ziemimnie gniecie. Tedy chwycę oburącz rydel i jak nim nie machnęz całej siły poza siebie, tak na ślepo, nie wiedząc, w co ugodzę,czy w łeb, czy w ramię, czy w nogi hajduka — tak jeno usłyszę jęk i czuję, że mnie ręka puściła, a Kajdasz buch! naziemię.

Skoczę tedy naprzód i obracam się do Kajdasza, a trzymamrydel obiema rękami, gotów się bronić aż do śmierci, i widzę,że Kajdasz leży na ziemi, a krew mu z głowy ciurkiem ciecze,a koło niego stoi podstarości Bałczyński i jeszcze jakiśczłek wysoki, rudy, z cudzoziemska ubrany, w łosiowymkabacie i z mieczykiem przy boku, pewno jeden z tychNiemców lwowskich. Niemiec ten nie ruszał się z miejsca,tylko we mnie oczyma jakby strzelił, tak ostro i przenikliwie spojrzał — zaś podstarości z czekanem żelaznym na mniesadzi a:

— Bij! zabij! — woła.

Umknąłem głowy przed czekanem w sam czas, bo podstarości omal mnie nie ugodził ostrym nadziakiem, a wtedypewno bym się był z tego nie wybiegał z życiem. Jedynymój ratunek był w ucieczce, toteż jeno tyle mnie Bałczyńskiwidział, co mu było trzeba na rozpłatanie głowy, gdybyczekan jego był nie chybił — skoczyłem w las, uciekając,ile mi siły i tchu stawało. Słyszałem tylko wołanie: „Łapaj,łapaj!”, ale coraz dalsze i słabsze, aż całkiem umilkło w głuszyleśnej.

Padłem na ziemię jak nieżywy od srogiego zmęczenia,a snadź musiałem cale omdleć, bo nie wiedziałem o sobie,tak jakbym od życia i od wszelkiej pamięci odszedł. Gdysię nareszcie ocknąłem wśród szumu drzew, ogarnięty ciemnością nocy, nie wiedziałem zrazu, gdzie jestem i co się zemną dzieje, i dopiero po chwili stanęło mi wszystko przedoczyma, co zaszło na polanie.

Pomacałem zanadrze, czy ów wykopany mieszek mamjeszcze, a przekonawszy się, że mam, prawie nie żałowałemjuż mego węzełka z świąteczną odzieżą i z butami, któryzostał na polance, lubo to był cały mój majątek, i zasnąłemsmaczno jakoby na najmiększej pościeli.

V. Przygoda z Tatarami

Kiedy się obudziłem, już dzień się robił, a równo z poranną zorzą i w mojej biednej głowie świtać zaczęło, i terazmi jasno było, com narobił i na jakie nieszczęście samegosiebie przywiodłem. Zmówiłem pacierz z uciśnionym sercemi jąłem rozmyśliwać nad dolą swoją opłakaną, a czym więcejmyślałem, tym większa trwoga mnie brała, co ja pocznęteraz i na jaki koniec mi przyjdzie?

— Obaczże się, nieboże — tak sobie powiadałem w myślach — jako teraz wisisz i co ciebie czeka? Zabiłeś Kajdasza;widziano cię, jak wykopałeś skarb Semena. Semen zabiłŻyda, tyś zabił hajduka; obaście złoczyńcy, obaście mordercy, a co rzecz gorsza, obaście wspólnicy i rabownictwa,i zabójstwa, bo każde dziecko w Podborzu wie, żeście byliprzyjaciele. Semena już wywołano i poszły za nim listy i dogrodów, i do miast, i do żołnierskich stacyj; pójdą teraz listyi za tobą wszędy, a co będzie, jak cię złapią, a pewno złapią,bo gdzie ty ucieczesz, świata i ludzi niewiadom? Do ciemnegolochu najpierw cię rzucą, potem na męki cię wezmą, a nakońcu albo powieszą, albo kat mieczem głowę ci zetnie,a może cię i poćwiartują w Samborze na rynku, tak jak mito opowiadał ojciec o onym szewcu felsztyńskim, co kościółokradł i organistę zabił, kiedy go ten pojmać chciał. A dokądże teraz pójdziesz i gdzie głowę skłonisz? Do Podborzanie wrócisz ani do matki, ani na robotę do Soli nie pojedziesz, boś już rozgadać kazał Matysowi, żeby cię tamszukano, i wiedzą już o tym wszyscy.

Sroga mnie rozpacz ogarniała, gdym tak wszystko rozważał,a już najbardziej, kiedym pomyślał o matce i jako jej sercepękać będzie od żałości, żem się w złodzieja i mordercęobrócił, i żem już dla niej umarł, bo choć mnie nie złapiąi nie stracą, to i tak mnie przecie nie obaczy. Czy to nielepiej, abym się sam obwiesił w lesie na pierwszej suchejgałęzi?

Ale po dobrej chwili, kiedym się tego strachu i tychtrapiących myśli dobrze najadł, że mi się od nich aż sercewywracało, dał mi Bóg znowu i jakąkolwiek pociechę, bo takto już jest po staremu w człowieku, że znajdzie w sobiesamym i truciznę, i lek na nią, i z swojej własnej duszy,jakby z jednej i tej samej krynicy, i gorzkości, i słodkościsię napije, a skąd szła trwoga, stąd naraz i odwaga rośnie.

Albom ja naprawdę taki złoczyńca? Albom ja co z niecnotliwej pobudki uczynił, z chciwości, z okrutnego serca?Jeżelim zabił Kajdasza, tom go ja przecie zabić nie chciał,jeno siebie obronić, bo kto wie, czyby mnie na śmierć nie byłskatował zły ten człowiek, i co by mnie było czekało —a i tak jeszcze nie całkiem o własną skórę mi szło, ale takżeo ten sekret Semenowy, o tę tajemną rzecz zakopaną, na którąmu wierność przysiągłem. Tom ja może teraz przed ludźmizłoczyńca, ale przed własnym sumieniem to nie, Bóg widzi.I gdybym teraz przed matką stanął, mógłbym jej w oczyśmiało spojrzeć i za złoczyńcę by mnie pewno nie miała.

Kiedy mi tak nieco serca przyrosło, już mi się i głuszaleśna taką straszną nie zdała, i jutro nie takie czarne, chociażto rzecz pewna była, że mnie los rzucił w świat jak kamieńz procy, i że czułem jako lecę, a nie wiem, gdzie spadnę. Teraztrzeba było myśleć o najbliższych kłopotach: jak się z tegolasu bezpieczno wydobyć, w którą stronę iść, kędy ludziszukać i chleba. A co z wykopanym mieszkiem zrobić?Wyjąłem go z zanadrza — rzecz mała, leciuchna, a owo gnieciemi głowę, jakby za cały łaszt ważyła.

Nie miałem dotąd czasu obaczyć dobrze, co to jest,teraz dopiero przyglądnę się temu. Patrzę: mieszek małyz miękkiej skóry, co ją leszem zowią, jedwabnym sznurkiemczerwonym okręcony, a w tym mieszku coś twardego, krągłego,jakby jaje. Myślę jakiś czas: rozwiązać mieszek czy nie? —i nie wiem, czy mi to wolno i czy nie złamię przysięgi.Ale przecież nie dla ciekawości to uczynię, jeno ostrożnośćsama każe, abym wiedział, jako to chować, jako nosić,aby nie stłuc, jeśli to kruche, nie popsować, jeśli wątłe.

Z nieśmiałością rozwiążę sznurek, prawie, że ze strachem,jakoby tam żmija żywa siedziała; popatrzę, a w mieszkuwyraźnie czarne jaje! Biorę do ręki, widzę, że z żelaza,ale nie takie ciężkie, jakby być musiało, gdyby było lanei całe miąższe. Śledzę tedy bliżej i widzę, że z jednej stronytego żelaznego jaja są zawiaski, a z drugiej maleńki zameczek,bardzo snadź misterny, bo oczko w nim do klucza takiemałe, jak ziarenko pszenicy. Miarkuję tedy, że to żelaznejaje jest jeno olsterkiem, czyli puszką zamkniętą, któramieści coś w sobie, co zostanie dla mnie tajemnicą, bo kluczyka w mieszku nie było.

Jam był rad z tego, bo ciekawość ludzka, a dopierożkiedy młoda, zawsze gotowa wieść w pokuszenie i co wiedzieć, czy znalazłszy kluczyk, nie byłbm otworzył tegoolsterka, a przez to może nabawił się niepokoju i wyrzutusumienia, żem złamał przysięgę, bo kiedy Semen nie chciałmi powiedzieć, co za rzecz jest, którą zakopał, to snadź niechciał, aby je kiedykolwiek oko moje oglądało. Niechżesobie to skryte licho siedzi, gdzie je zamkniono; dość dlamnie wiedzieć, że to czarne jaje ani się stłucze, ani popsowa,i nosić je mogę w kieszeni, jako chcę.

Ale przecież, choć takie małe i lekkie, i do schowaniałacne, za cetnar mi ważyło to czarne olsterko, żem z nimniepewien był samego siebie, ani wolności mojej i zdrowia,bo jak tego nie zgubić, jak się nie zdradzić, jak się opowiedzieć, kiedy mnie gdzie trząść będą, chudego pachołka,a oto cale nietrudno, bo biednemu napaści i złej przygodydługo nie szukać. Jakoż było mi z tym jak z kradzionymzłotem, albo ze złym sumieniem, a tak na mnie niewinnym,jakby na złodzieju, bezustawnie czapka gorzała.

Ruszyłem w drogę tą ciemną, głuchą puszczą, bo trzebawiedzieć, że w owym czasie lasy, jak się poczynały od Sambora, tak się ciągnęły całymi milami w różne strony, jakosię już raz przedtem rzekło, i jeszcze ich było nie naruszono, jako to później czasu żywota mego się stało, że panowiesrodze rąbać, trzebić a palić lasy poczęli, to na klepki, to nawanczosy, to na maszty okrętowe, to na popioły i potaż, abyto spławić na handel Niemcom, tak że można było powiedzieć, iż całe lasy z polskiej ziemi spłynęły Wisłą ku Gdańskowi.Tyle mnie Kozak Semen nauczył, żem przebierając się przezlas nie gubił się i nie kołował, jak to się zdarza niebacznemu,że w takim borze błąka się tam i sam, wracając, skąd iśćzaczął, ale szedłem zawsze statecznie w jednym kierunkuku wschodowi, choć wiedzieć nie mogłem, gdzie mnie ta drogazawiedzie.

Tak cały niemal boży dzień szedłem, nie odpoczywając,jak tylko krótko i z rzadka, bom się chciał jako najrychlej oddalić od tego przeklętego miejsca, gdziem Kajdaszazabił, a byłem wtenczas pewien, żem go wierutnie zabił.Obdarłem i obszarpałem sobie odzież, pokaleczyłem bose nogi,ale nie bacząc ani na głód, ani na ból, ani na srogiezmęczenie, przebierałem się coraz dalej, nie widząc temukońca, bo już pewnie dobrze było z południa, a ani się lasprzede mną nie prześwietlał, ani też śladu w nim ludzkiegonie spotkałem. Już z głodu i znużenia przymierałem i rozpaczmnie brała, że mi tu chyba mamie zginąć przyjdzie, kiedyowo słyszę naraz jakby głosy ludzkie niedaleko przed sobą.

Pierwsza moja myśl była, że to może zbójcy, o jakichod dziecka nasłuchałem się najrozmaitszych strasznych baśni,jako po lasach koczują i łupy zrabowane między sobą dzielą,a zawsze ich bywa dwunastu, a herszt trzynasty. Ostrożniei pomału idę dalej, i spoza drzew widzę niedużą polankęleśną, a na niej gromadkę ludzi, a wszyscy z miejska ubranii żaden z nich na zbója nie wygląda. Całą noc i cały dzieńblisko samotny spędziłem w dzikości leśnej, tedy rad byłem,że widzę twarze ludzkie, ale nieśmiałość mnie brała, że tomiastowi, a nie wiejscy, bom ja z miastowymi jeszcze niebywał. Wychodzę na polankę i zdejmując czapczynę, grzeczniemówię:

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Snadź nikt nie zasłyszał mnie z dala i nikt się z tej strony,od samej gąszczy, gościa nie spodziewał, bo się wszyscy ażpoderwali z ziemi, jakby nastraszeni, i nikt mi nawet nieodpowiedział na to pozdrowienie chrześcijańskie. Zdało mi się,że nie mam co robić między nimi, biedny prostak, i już nawetnie patrząc na nich, chcę ich minąć i iść dalej w las, kiedysłyszę, jak jeden z nich woła:

— Hejże, hola, panie arkuariusz!...

Nie słyszałem nigdy tego słowa, nie rzekę tedy nic, a idędalej.

— Hejże, a kędy to? — woła na mnie ten sam głos —od Tatarów czy na Tatary?

Oglądam się, a ten, co to mówi, to, widzę, chłopak mniejszyod mnie, może ma lat czternaście, ubrany z miejska, alew wytartym i połatanym nieco giermaczku, w czapce pilśniowejz junacka brożkiem na ucho zasadzonej i z kogucim piórem naniej. Twarz ma szczerą i przyjemną, oczy ciekawe, śmieje siędo mnie i drwiąco patrzy na mój łuk, sterczący od ramienia.

— Anim Tatar, ani arkuariusz żaden — mówię temuwyrostkowi, bo mi już markotno było, że sobie ze mnieśmieszki chce stroić.

Arcuarius albo łucznik — rzecze ten wyrostek. —,,Gre, gre, gre, Gregory, idźże chłopie do szkoły”, kiedynie umiesz po łacinie.

Ja miarkuję, że to frant i rady mu gębą nie dam, bomnie głodnemu i zmęczonemu raczej do płaczu było niż dożartów, więc chcę mu ujść z drogi, a widząc dopiero teraz,że z jednej strony przez drzewa światło już dobrze bijei że tędy pewnie blisko w czyste pole się dostać, ku tej tostronie raźno się biorę.

— Stójże, człowieku! — woła znów ów wyrostek z kogucim piórem przy czapce i skoczywszy z miejsca, chwytamnie za ramię. — Na Boga żywego, czy ty się chcesz dostaćw tatarskie łyka? Pilno ci w Dzikie Pola, do Krymu?

Za tym chłopcem ruszyli się i ci wszyscy, co byli na polanie, i wołają:

— Nie rusz się, zostań! Licho cię bierz samego, ale jakz lasu łeb wystawisz, to drogę im do nas ukażesz, bierzciebie kat!

Tak na mnie wrzeszczą, a wszyscy naraz, że ani zrozumieć czego chcą, aż ów wyrostek do nich:

— Ukażecie wy to lepiej krzykiem swoim aniżeli on!Taki czynicie wrzask, że ano dziw by był, żeby Tatarowietego nie słyszeli, chociażby już u siebie doma na Perekopiebyli!

Zaraz się cicho zrobiło, żeby mak siał, a osobliwie jeden,co tak strasznie i mężnie patrzył, że owo przysiąc by, iżTatary żywe jakby orzechy zębyma gryźć będzie, człek z dużymiwąsiskami, szpiczastą brodą i przy zardzewiałej szabli u boku,osobliwie ten jeden jak chusta pobladł i siadł pokornie namurawę, trzęsąc się ze strachu.

— Żeby my to wszyscy na wojnach bywali — rzecze terazów bystry chłopak z kogucim piórem, a oczy jeno mu sięśmieją — jako owo pan Grygier, i taki miecz na karkachpogan i nieprzyjaciół Korony Polskiej srodze poszczerbionyprzy boku mieli, tobym ja był cale spokojny; moglibyściekrzyczeć, jako chcecie. A co, panie Grygier, wy się pewnoTatarów nie boicie?

— Ja bym się miał bać? — zawoła teraz ten człek zeszpiczastą brodą i nadyma się, i wąsy kręci, i znowu strasznodokoła patrzy, że mu się jeno oczy przewracają, a przy tymchrapie jak lew. — Albo mnie to nowina Tatary! Chrrry!Niechaj się jeno który pokaże! Chrrry! — i to mówiącuderzył po szabli.

— Kto by to rzekł — prawi dalej ów ciekawy wyrostek,który mi się coraz bardziej podobał — że ten rycerski człek,pan Grygier, do krawieckiego cechu należy! Taka hetmańskadusza, a owo igłą zabawiać się musi i nożycami! PanieGrygier, a na chocimskiej ile Turków zabiliście?

— Kto by ich tam rachował, chrry! — rzecze pan Grygierze srogim spojrzeniem. — Ale gdyby każdy z tych, co tambyli, tak samo sobie poczynał, jak ja, do jednej łapy bylibyśmy to pogaństwo wysiekli! Chrry!

Wyrostek z kogucim piórkiem mrugnął na mnie, a że tow młodości swawolnik swawolnika zawsze snadno odgadniei do psoty jest skory, tedy ja zrywam się z siedzenia i udającprzestrach, mówię:

— A co tam za nami rucha się między drzewy!

Ledwiem to powiedział, a tu pan Grygier aż się w małąkupkę cały zapadł, od razu z rycerza baba; trzęsie się i oczyma miłosierdzia prosi.

Zaczęli się wszyscy śmiać, a było na polanie jeszczedwóch mularczyków i jeden rzemieślniczek grzeczny, któryu złotników rabiał, a teraz do Lwowa za robotą szedł.Pan Grygier znowu nasrożył oczy i wąsy po husarskupotrząsł swoją szabliną i patrząc na mnie z okrutnym marsem,mówi:

— Temu pachołkowi zawadzają uszy, chrrry! już ja widzę,że mu zawadzają; wrychle ja mu je poobcinam, chrrry!Kiedyś po staremu tchórz i masz duszę na ramieniu od samegoszelestu liści...

— To nie strasz takich rycerzy, jak pan Grygier — skończy za niego ów chłopak. — Panie majster, chrry! co wamtak dzwoniło przed chwilą, czy wasze nożyce, czy zęby?

Zaczął ja teraz być śmielszy i pytam tego ciekawegowyrostka, a jak się potem dowiedziałem, nazywał się Urbanek, czemu to siedzą i skąd o Tatarach mówić im przyszło.Powiada mi tedy, że się nagle pojawili koło Lwowa Tatarowie na kilka mil dokoła, sioła popalili, siła krwi przelali,łupów moc nabrali, a co najżałośniejsza, pewno jakich kilkatysięcy ludu na łykach w niewolę pognali. Już się ich ordanawróciła, ale jeszcze w małych gromadkach się uwijająi szarpią jeszcze, co się da, jako diabeł na wylocie.

— Ja dla powietrza ze Lwowa wyjechałem z panemHeliaszem, który u pana Spytka jest pierwszym sprawcą,i byliśmy razem stąd niedaleko na wsi. We Lwowie czarnaśmierć ludzi codziennie setkami zmiatała; szczególna łaskaboska, kto tam w czasie tego morowego powietrza przebywał a żyw został. Powiadają, że 10 000 ludzi wymarło.A u was powietrza nie było?

Było i w naszych stronach powietrze, ale tylko w Samborzei po mieścinach między Żydami; na naszą wieś Bóg łaskawbył; tak nas minęła ta straszliwa klęska, jak czarna chmuragradowa, co jednych tylko postraszy, a na drugich za toz grzmotami się wysypie. Tak też powiadam Urbankowi, a onprawi dalej:

— Dziś rano wyjechaliśmy do Lwowa, bo już tam powietrze ustąpiło, a jechało nas trzech: ja, pan GrygierNiewczas i ten złotniczek Lorenc, co tu z nami siedział,a po drodze spotkaliśmy obu mularczyków. Pan Heliasz,który mnie z dobrej łaski wziął był z sobą ze Lwowa, a takpewno od śmierci wybawił, miał zaraz po nas wyjechaćdrugim wozem. Jedziemy boczną drożyną, strasznie wyboistą,i już niedaleko było do lwowskiego gościńca, kiedy owopędzi na koniu jakiś dworski służebnik, jakby go samaśmierć goniła, i mija nas wołając: „Uciekajcie, ludzie! Tatarzy idą! ” Na to chłop, co na wiózł, zeskoczy z wozu, odprzęgnie konie, dosiędzie jednego i uciecze, co tylko szkapawyskoczy, za onym dworskim, zostawiając wóz w polu i nasna nim. Pan Grygier Niewczas, co ze sławnym Albertusemwart wojować i na chocimskiej potrzebie był, że jest mężnego serca i rycerskich rzeczy świadom, zaraz do lasuukazał drogę, a my za nim. I teraz tak tu siedzimy. A takpan Grygier uratował nam życie, bo on to umie doskonaleratować życie, jako i pod Chocimiem cudownie je samemusobie uratował, bacząc pilnie na to:

      ...aby tak był śmiały,

Jakoby się z wojny zawsze wrócił cały.

— A czy nie tak było, panie Grygier? — dodał Urbaneki popatrzył na pana Grygiera z wesołym przekwintem.

— A może Tatarów cale nie masz — rzekę ja na to —może to jeno strachy? Pójdę ja z lasu i obaczę.

Jam Tatarów dotąd nie widział, choć od maleńkiegodziecka nasłuchałem się o tej straszliwej chłoście Bożej,która nieledwie rok w rok nawiedzała ruskie krainy, żeziemia aż krwią i łzami ociekała, a lament ludzki szedł lasamii polami, i z czerwoną łuną wsi i dworów gorejących wzbijał się ku niebu. Przed trzema laty, zaraz po owej żałośnejklęsce pod Cecorą, gdzie to sławnej pamięci pan hetmanŻółkiewski poległ, Tatarzy wielkim zagonem najechali polskieziemie, a wtedy wpadli i w nasze okolice samborskie, bo ażew Kulczycach byli.

Ojciec mój, który, jako się rzekło przedtem, dużoświata widział, i dużo słyszał, pewnie więcej niż niejedenksiądz lub szlachcic, chociaż był nieuczony, opowiadałwiele o Tatarach, o tych tysiącach biednego chrześcijańskiegonarodu, które oni łykami spętane gonili z Polski aż doKrymu, a stamtąd je jako podłe bydło sprzedawali w niewolęTurkom poganom, a sam też furmaniąc do turskiej ziemi,spotykał czasem zabranych biedaków i niekiedy nawet krewnym o nich wiadomość przywoził. Mój wujaszek, nieboszczykkantor Walenty, sam też śpiewał i mnie nauczył śpiewaćżałośną pieśń o Tatarach, którą ja dotąd dobrze pamiętam:

Serce się kraje patrząc na płacz srogi,

Bo wszędy pustki, popiół i pożogi.

Tak ciała leżą, strumieniem krew płynie

   w pustej krainie.

Córeczkom miłym przy rodzicach smutnych,

Ledwie stanęły w ich oczach okrutnych,

Nie przepuścili ani ich wstydowi,

   Ani stanowi.

Drugie w dalekie zaprzedane kraje,

Opłakiwując pogańskie zwyczaje,

Psom bisurmańskim ścielą brzydkie łoże,

   Pożal się Boże!

Synowie mili takie lamentują,

Ojca ni matki, ni przyjaciół czują,

W niewolę wzięci na ciężką robotę,

   Wieczną sromotę!

Czy nie żal gorzki, kiedy dziatki małe

Na rzeź prowadzą psie ręce zuchwałe?

Matki nieszczęsne, gdy na to patrzają,

   Wpół umierają.

Ale dopiero Kozak Semen na rozum i po prawdzieobznajomił mnie z tymi Tatary, o których ja tylko jako strachach z bajki, zawsze truchlejąc myślałem. Bo on ichznał, z nimi bywał, z nimi wojował i nic się ich nie bał, i siłaich z ojcem swoim pozabijał. Powiadał, że to lud tylko takimstraszny, co mu odporu nie dadzą w czas a mężnie, i że tylkow czystym polu, to nacierając, to uciekając, wielką hurmąprzewagę biorą, bo jak szarańcza opadają czterema wiatrami odrazu, ale byle się kupą, choćby małą ale zwartą, przeciwnim stawić, już pierzchają, a byle zameczek jaki mizerny,byle zasiek, byle chruściany zapłotek, a za nim chłop z rusznicą, to Tatar już umyka, że bywało garść Kozaków spozawałów i wozów tysiące Tatarów napędzi i do syta się ichnabije. Tak mi tedy znajomi byli ci pogańcy z żywej opowieści, że prawiem był rad temu, aby się gdzie za lasempokazali, i mówię znowuż:

— Wynijdę ja z lasu, a obaczę, co tam na polu.

Chcieli mnie zatrzymać ci mularczykowie wraz z panemGrygierem, alem ich upewnił, że spoza drzew łba nie wychylęi Tatar mnie nie obaczy, a zawsze lepiej, żeby mieli pewnośći uspokojenie, bo owo może podaremnie się strachają, a niema czego. Tedy mi dano pójść.

Do brzegu lasu było niedaleko; już widać czyste poległęboko i szeroko. Chowam się za krzakiem i patrzę, a tuprzez pola, nie bardzo daleko od lasu, sadzi gromadkajeźdźców. Jeszcze dzień był dobry, słońce jeszcze się chowaćnie zaczynało; dobrze ich widzieć było można. Na cale niepoczesnych szkapach, które miały bardzo bujne, a takie długiegrzywy i ogony, że prawie do samej ziemi sięgały, siedziałydzikie ludziska niby bestie z czarnymi twarzami, brodate,w czapkach baranich i takichże kożuchach, ale wywróconychkudłami na wierzch, tak że każdy z nich wyglądał jakoniedźwiedź. Ten i ów miał spisę, a u każdego był długiłuk na plecach. Jechali ostrym kłusem, mocno pochylenina koniach, prawie że w kabłąk, bo na zbyt krótkichstrzemionach, tak że im kolana sterczały, jak kiedy ktona bardzo niskim stołku siedzi.

— Tatary! — rzekę z cicha sam do siebie i nie mogęoderwać oczu od nich, tak mi się napatrzeć chciało tego,oczym się nasłuchałem takich straszliwych opowieści.

Wracam dopiero po chwili na polankę i rzekę:

— Mości panowie, na polu Tatary! Widziałem ich jakidziesiątek!

Ledwiem to powiedział, a pan Grygier od razu buch!do lasu jak zając i jakby utonął w chaszczach bez śladu.Urbanek zaś patrzy na mnie, czy nie żartuję tylko, alewnet widzi, że mi cale nie żarty w głowie. Wszyscy pobledli i pomilkli bardzo potrwożeni, a ja mówię:

— Pójdę ja znowu na czaty, czy jeszcze ich widać i czyich więcej nie nadciąga. A wy tu zostańcie, aż wam powiem,co zobaczę.

— A to i ja pójdę — mówi pierwszy Urbanek, któremujuż przeminęła była pierwsza trwoga.

— I my także — mówią mularczykowie i złotniczek, nabierając odwagi, a już wszyscy inaczej patrzą na mnie aniżeliprzedtem, bo mnie, bose chłopskie dziecko, za „bajbardzo” sobiemieli.

Idą tedy za mną i kładą się za moim przykładem w krzakina samym brzegu lasu. Ledwieśmy chwilę byli, aż tu słyszymyżałośne wołanie, jakby o pomoc, i patrzymy, bieży jakiśstarszy człek bez czapki, po miejsku uczciwie ubrany, zacniejszego stanu, zażywny bardzo; widać ostatniego tchudobywa z siebie nieboraczek, do lasu dąży pod górę, a nogimu się plączą i co raz to się potyka, a za nim ledwie na dwojeZdrowaś Maria dwaj Tatarzy gonią.

Widzę, że przepadł biedaczek, bo owo i piechotą dogoniono by go łatwo, tak słabo uciekał, a cóż dopiero nakoniu. Był już bardzo blisko lasu, żeby tak był młodszyi brzucha nie miał, może by był dopadł jeszcze do nas i znalazł ratunek w gęstwinie — a tak to już mu Tatar tuż tużbędzie na karku.

— O Jezu, o Jezu! O Panno Święta! — zawoła naglekoło mnie Urbanek — a to pan Heliasz, pan Heliasz!

I pocznie ręce łamać i płakać żałośnie jak dziecko,a nie ustaje wołać:

— O Jezu słodki! Pan Heliasz! Ratujcie, ratujcie, o Panno Święta! Tatarzy gonią pana Heliasza!

Ja na to chwytam łuk mój z ramienia, porywam strzałę,a mierzę okiem, czy mi Tatary pod samo strzelanie się zbliżą,i mówię:

— Teraz cicho bądźcie i ani się rusz który! A jak ja zawołam, tedy i wy wołajcie z całej mocy, co gardła starczy:Hu! hu! Hurra! hu! A taki róbcie gwałt i hukanie, jakby nastu siła razem było!

Mam już łuk napięty i patrzę. Ów pan Heliasz, jak goUrbanek nazwał, ledwie jeszcze kilkanaście kroków ubieżał,a Tatarowie już za nim. Widzę, jak jeden z nich łyka, tojest powrózki od kulbaki odtracza i już z konia ma zsiadać,pewno aby związać tego biedaczka. Wymierzę dobrze, z całejmocy łuk napnę, puszczę... Furknęła strzała, aż zaświstałopowietrze, a ja krzyknę:

— Hajże, hu!

— Hajże, hu! Hu, hu! — krzyknęli teraz wszyscy, a takiestraszliwe hukanie uczynili, że aż las zagrzmiał za nami,że ono dziw, jak im się gardła od takiego gwałtu nie pozdzierały.

Patrzę za moją strzałą i aż mi serce radośnie zabiło.Ugodziłem dobrze Tatara; jak mierzyłem w łeb, tak teżnie chybiłem, tylko że strzała nie utkwiła w samej głowie,ale przeszyła mu twarz pod okiem. Chwycił się Tatarzynza oczy oburącz, jakby ogłuszony, a towarzysz jego podniósłsię na koniu i patrzy, skąd ten łuk i strzelanie. Nie dałem mudługo patrzeć, strzeliłem znowu, a strzała przeszyła musnadź samą rękę, bo tylko strząsnął łapę i położył się naszyi konia, unikając nowej strzały. Ja teraz chwytam zatrzecią, ale Tatarowie obaj już uskoczyli i uciekają w pole,że się jeno migają między zbożem, a żaden się nawet nieoglądnie poza siebie.

Podźwignął się tymczasem pan Heliasz, oglądnął się,ręce podniósł ku niebu i uklęknął; widoczna rzecz, że zacud sobie miał to wyratowanie. Powstawszy wreszcie zacząłsię piąć w górę do lasu, a kolana się pod nim gięły od przebytego strachu i umęczenia, i jeno ciągle pot sobie z łysinyobcierał. Urbanek i ja zbiegliśmy ku niemu, a tak wziąwszygo między siebie, zawiedli aż na polankę w lesie.

Nic, biedak, nie mówił, jeno stękał a sapał jako miechkowalski, a usiadłszy na ziemię błędnymi od strachu oczymana nas patrzył, jakby się połapać chciał, gdzie jest i co sięz nim dzieje. Przyskoczył do niego Urbanek, cały jeszczełzami ociekły, i począł go całować w obie ręce jakby miłegopana ojca, a głaskać po twarzy, a łysinę mu z potu ocierać,a śmiać się i płakać z radości, że aż się rzewno robiłow sercu na taką poczciwość a wdzięczny umysł tego chłopca.

— Panie Heliaszu! — woła Urbanek — żebyście też wiedzieli, komu za zdrowie i życie dziękować macie po PanuJezusie i Pannie Świętej — to temu oto pacholikowi! —i wskazuje na mnie. — A jam się z jego łuku naśmiewał!

To mówiąc poskoczył Urbanek do mnie i w oba policzkimnie pocałował, a mnie się słodko w duszy zrobiło, że choćjestem jako pies bez pana na świecie, taki biedny i opuszczony,przecież ludzkości doznaję.

— A pan Grygier gdzie? — pyta złotniczek oglądając siędokoła.

— Widziałem tylko, jak w las zapadł — mówię — chodźmyżgo szukać.

Weszliśmy w las i poczęliśmy nań wołać i szukać, i międzychaszcze zaglądać, i długo było tego szukania, aż nareszciewylazł pan Grygier spod gęstej leszczyny i patrzy na nasokrągłymi od strachu oczyma. Nadbiegł i Urbanek i mówi:

— Panie Grygier, wielka wiktoria! Odpędziliśmy Tatarów, wyrwaliśmy im z rąk pana Heliasza, a już prawie byłw łykach!

Na tę wieść pan Grygier od razu stał się srogim rycerzem, zacznie oczyma przewracać i szabli dobywa.

— A czemuż mnie nie wołaliście, chrrry! — woła. —Ukażcie mi ich zaraz, chrrry!

— A jak było wołać, kiedyście uciekli schować się w leszczynę — mówi Urbanek.

— Jam nie uciekał ani się chował! Zdrzemało mi siętrochę, a szkoda, boby byli nie uciekli!

— Pewno, żeby byli przed wami nie uciekli! — rzeczeUrbanek — ale dajmy temu pokój; chodźcież z nami i otwórzcie to wasze duże torbisko, co z wami było na chocimskiej,jeść nam się chce!

Jakoż z dobrą chęcią zdjął pan Grygier torbisko, a byław nim cała spiżarnia: gorzałka i chleb, i ser, i jaja warzone.Tedy jedli wszyscy i mnie dali, a czas był, bom z głoduledwo na nogach się trzymał.

— Widzisz, Hanuszu — mówi do mnie na boku Urbanek,a już wiedział, jak się nazywam — ten Grygier Niewczasto bardzo dobra dusza, ludzki i poczciwy, jeno mu się najednym punkcie coś w głowie popsowało, a to od dwóchlat dopiero. Kiedy królewicz Władysław pod Chocim z wojskiem ciągnął, potrzeba mu było krawców do obozu, a tenGrygier z kilku lwowskimi krawcami ujednał się także.Tam pod Chocimiem w wielkich bywał trwogach i coś mu sięw głowie przewróciło. Zajęcze ma serce i przed myszkąmizerną by uciekał, ale mu się wżdy zdaje, że na wojnachbywał i Turków gromił. A tak z tym pewnie umrze, bo niktmu tego już nie wyperswaduje.

Tymczasem noc zapadała i nocować trzeba było w lesie,bo tak najbezpieczniej było. Pan Heliasz już dawno usnął,a tylko postękiwał od czasu do czasu, bo pewnie Tatarzymu się śnili, pan Grygier jeno się kiwał siedzący i nam sięteż spać bardzo chciało. Ale że, jak to mówią, strzeżonegoPan Bóg strzeże, tedy my, za tą mądrą regułą idąc, strażenocne między sobą poznaczyliśmy i zawsze jeden z nas pięciumłodych miał przez jedną godzinę czuwać.

Zasłyszał to Grygier, jako się o to umawialiśmy i ani goodwieść od tego, aby i on do warty należał, a wyciągnąwszyszablę, począł dużymi krokami sam i tam chodzić po polanie,ale nam spać nie dał, zawsze coś mając do zapytania, bo siębał bardzo, aż wreszcie złotniczek go zluzował i już spokójmieliśmy.

VI. Mendyczek

Ledwie się niebo zarumieniło od zorzy porannej, kiedysię zbudziłem, podczas gdy wszyscy jeszcze spali. Zmówiłempacierz nabożnie i z wdzięcznym sercem dla OpatrznościBożej, że mnie, opuszczonego pachołka, przygoda nie zawiodłaani między złych ludzi, których wszędy uwijało się dużow tych niespokojnych czasach, ani wydała w tatarskie ręce,o co, jako teraz widziałem, łacno było dnia wczorajszego,gdybym był tej dobrej kompanii nie spotkał — i wyszedłemz lasu, aby się rozpatrzeć, czy na świecie bezpieczno.

Nikogo nie było widać, jak tylko oko zasięgnąć mogło.Po dalekiej drożynie, która się bieliła między zielonymipolami, nikt nie szedł ani jechał, ale i Tatarów nie byłośladu, snadź te ostatki ich wczorajsze już się pomknęłyz okolicy. Wróciłem na leśną polankę, dobyłem z kieszenionej książeczki z Godzinkami do Anioła Stróża i modlićsię z niej zacząłem.

Pierwszy obudził się Urbanek, a widząc mnie z książeczką w ręku, rzecze zdziwiony:

— A ty umiesz czytać! No, patrzcież, ja znam takich,co w aksamicie chodzą i w bławatach, a czytać nie umieją,a ten pachołek wiejski czyta! A co ty więcej umiesz?

— Nic — mówię na to. — Ja chłopski syn jestem, a dotego sierota, o nauce mi nie myśleć; chleba i dachu nie mam.

— „A, B, C, chleba chce” — rzecze wesoło Urbanek —ale ja taki, jako i ty, ani dachu, ani chleba własnego nie mam,a przecież się uczę. Pan Heliasz mi pomaga i inni dobrzyludzie we Lwowie, bom ja mendyczek.

— A co to znaczy: mendyczek? — pytam.

— Żebraczek. Mendyczek a żebraczek to jedna rzeczjest. Mendico znaczy po łacinie: żebrzę, i dlatego biednych żaków szkolnych we Lwowie zwą mendyczkami, tak jakw Krakowie pauprami, a także z łaciny, bo pauper to tyle,co ubogi.

— Dobrzy tam ludzie u was być muszą — mówię —między takimi ludźmi to i słonko cieplejsze.

— Wszędy są dobrzy ludzie — rzecze mendyczek —wszędzie słonko ciepłe. Albo gdzie nie?

— U nas! — odpowiem. — U nas, gdybym ja chciałbyć taki mendyczek albo żebraczek, toby mnie psi zagryźli!Widać ja łaski boskiej nie godzien, a za łaską ludzką takiubogi pachołek, jako ja, niedaleko zajdzie.

— A ja jej także pewno nie godzien, a przecież w dalekądrogę się wybieram i nie tracę nadziei, że tam zajdę, gdzie idę.

— A dokąd idziesz? — pytam.

— Do Krakowa, a potem do Padwy.

— Do Krakowa to już daleko — mówię na to — ale doPadwy to pewnie jeszcze dużo dalej, może tak daleko, jakojciec towary ormiańskie powiózł.

Roześmiał się głośno mendyczek i powiada:

— Bo ty myślisz, że ja tytko tak wędrować chcę i tuzaraz z lasu do Padwy się wybieram! Jak skończę szkoływe Lwowie, to pójdę na akademię do Krakowa, a z Krakowapojadę do Włoch, do Padwy, i tam znowu w akademiiuczyć się będę.

Zawstydziłem się trochę, żem taki prostaczek i nigdynic o akademii żadnej nie słyszałem, i patrząc na jego łatanygiermaczek, mówię:

— A potem będziesz pan.

— Stary król nieboszczyk, powiadają, że mawiał: Disce,puer, faciam te Mości Panie! To znaczy po polsku: Ucz się,chłopcze, a zrobię ciebie Mości Panem! Ja tam panem niebędę, bo u nas w Polsce trzeba się już urodzić panem, a i niedbam tak o to, ale będę uczonym człowiekiem. DoctorClarissimus!

— Doktór Klarissimus! — powtarzam, a po cichu myślęsobie, że to pewno między uczonymi ludźmi tyle znaczy,co między furmanami auriga regius, ale nie mówię nic, abymendyczek nie śmiał się ze mnie. A potem bardzo smutnomi się zrobiło, i bardzo ciężko na duszy, że owo insi, tacybiedni, jako i ja, i tacy młodzi jako ja, a już wiedzą, kędyidą i gdzie zajdą, i jakie jutro ich czeka za wolą Bożą, a janie wiem, gdzie mam nogą stąpić, gdzie głowę skłonić, czegoszukać i czego czekać, i jestem jako marny liść przez wiatrpędzony, niepewny, kędy los mnie niesie i gdzie mnie rzuci,i jako zginę. Nie mogłem też pohamować żałości i począłempłakać zakrywając twarz rękami.

— Czemuż ty płaczesz, Hanusz — rzecze do mnie mendyczek i widać, że mi się z szczerego serca lituje, i siadakoło mnie, i obejmuje mi ramieniem szyję. — Posłuchaj,nauczę ciebie ładnej pieśni na zabicie smutku, takiej skutecznej, że jeno chyba modlitwa nad nią skuteczniejsza. Posłuchaj:

Nie porzucaj nadzieje,

Jakoć się kolwiek dzieje,

Bo nie już słońce ostatnie zachodzi,

A po złej chwili piękny dzień przychodzi...

Nic wiecznego na świecie,

Radość się z troską plecie:

A kiedy jedna weźmie moc największą,

Wtenczas masz ujrzeć odmianę najprędszą.

Ale człowiek hardzieje.

Gdy mu się dobrze dzieje.

Więc też, kiedy go fortuna omyli,

Wnet głowę zwiesi i powagę zmyli,

Lecz na szczęście wszelakie

Serce ma być jednakie,

Bo z nas fortuna w żywe oczy szydzi,

To da, co weźmie, jako się jej widzi.

Ty nie miej za stracone,

Co może być wrócone:

Siła Bóg może wywrócić w godzinie.

A kto mu kolwiek ufa, nie zaginie!

Słuchałem tej ślicznej pieśni, a za każdym słowem mendyczka spływała mi pociecha do serca. Powtórzył mi ją razjeszcze, bom go o to prosił, a potem rzekł:

— To jest pieśń, którą ułożył wierszopis pewien sławny,Jan Kochanowski. Już on nieżyw, ale jego pieśni żywe i pewnonas obu przeżyją i tych wszystkich, co po nas będą na świecie.Jako widzę, umiesz czytać, tedy jak będziesz we Lwowie,pożyczę ci książeczki z tymi pieśniami, a i innych co książekdam, a będzie ci świat jaśniejszy, bo jak ksiądz rektor naszejszkoły mówi, komu w duszy jasno, temu i świat jasny.

Zadumałem się nad tym wszystkim, co mi Urbanek powiadał, a było nad czym, bo wszystko było dla mnie nowei dziwne, a jakoby z obcej, bardzo dalekiej krainy, o którejdotąd nigdy nie słyszałem, żeby być mogła kędyś na świecie.

Tak mi było, jak żeby mnie kto spod ziemi od razu naświatło wywiódł, lub zamkniętemu w ciemnej komorze okno naświat wyrąbał. Już mi tak raz wyrąbano okno na świat daleki,a to wtedy było, kiedy mi Semen opowiadał o Siczy, o Kozakach, o Czarnym Morzu, o swoim ojcu Opanasie — terazowo wyrąbał mi drugie okno ten mendyczek Urbanek, ale tojuż był świat cale inszy, który mi się w nim ukazywał. Semenów świat dziki był i gwałtów, i przygód pełny, samerogate dusze i zuchwałe serca — Urbanka świat leżałprzede mną jakoby równe zielone pole, pełne skowronków,co w niebo biją, a niebo to zewsząd czyste i modre, zewsządotwarte, a pod nim w słońcu sami dobrzy i pokorni ludziechodzą i wszystkie ścieżyny pod ich stopami gładkie, i wszystkie wiodą to w ciche gaje, to pod domowe strzechy, a każdastrzecha ci rada. A między tymi ścieżynami jedna szerokajak gościniec, prosta jak strzelił, bardzo długa, a przecieżjuż jej koniec bezpiecznie masz w oku, a wiedzie do akademii między mądre księgi, do ratusza między Pany Rady,do kościoła na stopnie ołtarza i na rzezane formy, gdziekanoniki siedzą.

Czułem ja dobrze, że żaden z tych dwóch światów niebędzie mój, że nie pójdę ja ani Semenową, ani Urbankowądrogą — ale jakąś trzecią, moją własną, a jaka będzie i gdzienią zajdę, jak wiedzieć, kiedym na nią jeszcze nie wstąpił?Tak rozmyślałem, kiedy naraz Urbanek zawołał:

— Owo już słońce dobrze na niebie, trzeba zbudzićpana Heliasza i radzić o sobie, jako się do Lwowa dostać!

Stanął sobie tedy ten mendyczek na środku polany i zaczął głośno śpiewać:

Hejnał świta, już dzień biały,

Każdy człowiek, wierze stały,

Budzi się do Pańskiej chwały!

Hejnał świta, już i z morza

Rumiana powstaje zorza,

Jutrzenka w swojej jasności

Rozgania nocne ciemności.

Wstań, oraczu, hejnał świta,

Ciebie na polu sowita

Praca czeka; wstawaj i ty,

Rzemieślniku pracowity!

Na odgłos pieśni pobudzili się wszyscy, a pan Heliaszi pan Grygier, i złotniczek Lorenc zaraz także chóremśpiewać zaczęli, tylkom ja z mularczykami słuchał milczący,bośmy pieśni tej nabożnej nie znali. Jeden z tych mularczyków prostaczek był jako i ja, ale drugi hardo się trzymał,a był z włoskiej ziemi i po polsku mało co umiał, bo dopierood niedawna do Polski przybył z jednym majstrem, co gosobie panowie do budowania zamków i kościołów aż z Rzymuujednali.

Kiedy śpiewać skończono, przystąpił do mnie pan Heliasz,mało już nie starzec, z siwiejącą brodą, postawy bardzozacnej, z twarzą czerwoną i jakoby surową, że się na niegojak na pana ojca tylko z wielkim respektem patrzeć trzebabyło, lubo z siwych oczu wyglądała mu dobrotliwa poczciwość — przystąpił do mnie i kładąc obie ręce na mojeramiona, mówi:

— Jam ci jeszcze nie dziękował, synaczku, ale już ciebiemam w wdzięcznym sercu i tam na zawsze zostaniesz, a topo staremu większa rzecz jest niżeli samo dziękowanie. Janie wiem, ktoś ty i jakiś ty, cnotliwy albo nie, ale to wiem,że Bóg cię zesłał, wierę, na ocalenie moje, a tak chyba niebyłbym ja wdzięczen Bogu, gdybym nie był wdzięczen tobie.

I tak mówiąc pocałował mnie w głowę, a jam go pokorniew rękę.

— Jam nie pan żaden i nie bogacz — mówił dalej panHeliasz — ja sługa jestem i bardzo miernego staniczka,choć dobremu panu służę. Złotem ciebie nie zapłacę, bo gonie mam, a co bym dla syna mego zrobił, gdybym go miał,to i dla ciebie rad uczynię, jeżeli twoja wola za moją woląpójdzie. Bo, widzisz, odwaga nie zawsze z cnotą w parzechodzi. Strzelać umiesz, to wiem, ale czy pracować umiesz,tego nie wiem. Mówi Urbanek, żeś ty sierota i szukaszchleba. Powiadajże, jakbyś chciał, aby ci dopomożono?

— Weźcie mnie do Lwowa, panie Heliaszu — odpowiemi znowu w rękę go pocałuję.

— A co tam będziesz robił?

— Szukał chleba.

— Znajdziesz go u nas, przy mnie i przy panu Spytku,jeśli go wart będziesz. W imię Boże, jedź ze mną do Lwowa!

Taka mnie radość ogarnęła na te słowa, żem zapomniało wszystkim moim nieszczęściu, o przebytej nędzy, o trwodze,co mi jeszcze przed chwilą suszyła serce, o Kajdaszu, któregom zostawił we krwi na majdanie, o tym czarnym olsterku,w którym siedziało przekleństwo na klucz zamknięte, o wszystkim, jeno o matce nie, która mi zaraz stanęła w oczach,tak jakżeby bardzo rada patrzyła teraz na mnie i na to mojepocieszenie.

Siła by opowiadać, jak my nareszcie znaleźli się na woziew drodze ku Lwowowi; tyle chyba powiem, żeśmy brzegiemlasu ostrożnie, a ciągle ten las mając w odwodzie jako bezpieczną ucieczkę, zeszli do wsi Hoszan, gdzie nas uspokojono, że to ostatni Tatarzy, których wczoraj widzieliśmy,i że wszędy ku Lwowowi dziś już bezpieczno, bo i szlachtaz dworskimi tam jest, i żołnierzy znaczniejsza siła, i panchorążyc wieluński z Rudek z hajduki i chłopy swoimi nadbieżał, chociaż jako zawsze przedtem, tak i teraz za późnoi kiedy już po wszystkiemu. Dostaliśmy podwód i szczęśliwiejechali do Lwowa, litując się po drodze zniszczeniu ludzkiemu po tym tatarskim zagonie, z żałością mijając Lubieńcały w pustkowie i zgliszcze obrócony, że tylko z rzadkawychylał się z lasu na Garbach jaki człek wynędzniały,co z gołym życiem uszedł, a teraz ze łzami jałmużny błagał.

Jeszcze dobry dzień był, kiedy stanęliśmy we Lwowie.Nie widziałem dotąd dużego miasta; w Samborzem tylko kilkarazy z matką był, a wydał mi się bardzo wspaniały i myślałem, że piękniejszego kościoła nad farę i wyższej wieży nadratuszową, z takim złoconym jeleniem na szczycie, chyba jużw życiu nie obaczę, a może i nigdzie nie ma. Tedy oczyrozwarłem szeroko, kiedy naraz, zjeżdżając z góry ku miastu,ujrzałem tyle murów, tyle baszt i tyle wieżyc, że się zdało,iż tam w tych warownych murach nie ma domów, tylkosame kościoły i same zamki. A to wszystko dokoła okopanefosą i wałem, a zawarte wielkimi bronami na żelaznewrzeciądze, grube jakoby drągi, tak że kiedy to wszystkona noc zamkną, tedy Lwów cały jakoby w kowanej zamczystej komorze siedzi, że chyba się ptak do miasta dostanie.

Wjechaliśmy w rynek po kamiennym bruku, a jam sięzdziwił, że taki pusty, i oglądałem się za tymi ludźmi, comieszkają w tych wysokich kamienicach na dwa i trzy piętra,bo ledwie tu i ówdzie jakiś człowiek się przewinął, alewnet przypomniałem sobie, że to było po morowym powietrzu,które dopiero co było ustało, a i to jeszcze nie całkiem. Jeszcze mało kto powrócił był do miasta z tych, co uciekli przedzarazą, a z tych, co uciec gdzie nie mieli, mało kto żyw pozostał, a i z tych przy życiu pozostałych każdy nosił trwogęw oczach, że poznać po nim było, iż bezustannie na śmierćpatrzał i sam śmierci czekał przez ten cały czas boskiegopokarania. Tedy i mnie zrobiło się i smutno, i duszno, i zdałomi się tak, jakżeby mnie żywcem chciano zamurowaći jakżebym już teraz nie miał czym oddychać.

Stanęliśmy przed domem wysokim bardzo, a wąskim,bo tylko po trzy okna miał na każdym piętrze, z ciosanegokamienia zbudowanym, z bramą taką szeroką na dole,że już tylko na jedno okno z boku miejsca zostało. Bramabyła zamknięta, a dom cały wyglądał jakby pusty i calewymarły, bo wszystkie okna miały zawarte okiennice, a naturkot wozu po bruku nikt nie wyszedł ani wyglądnął.

Wyskoczył pierwszy z wozu mendyczek i chwyciwszyza żelazną kołatkę, co była w bramę wpuszczona, począłmocno kołatać, a z sieni mu jeno głuchy huk odpowiadałjakoby z ogromnego bębna. Jam się tymczasem zapatrzyłw dom, a osobliwie w bramę, bo nad nią były trzy głowyludzkie rzezane z kamienia, a każda z nich zdała się patrzećna mnie to śmiesznie, to groźnie, żem i we śnie takichmaszkar nie widział nigdy, bo jedna z nich była z rogamii paszczę srogą na mnie rozwarła, jakżeby mnie pożreć chciała, druga, kudłata, wykrzywiła do mnie szeroką gębę, trzeciamiała duże martwe oczyska, a spomiędzy okrutnych wąsówwisiał jej szpetny język. Strach by zbierał wejść do tejbramy, gdyby nad nią wyżej nie była Najświętsza Pannaz Dzieciątkiem, także z kamienia wyrzezana, cała w płomienistych promieniach i z wieńcem złotych gwiazd nad koroną.

Otworzył nam wreszcie setny chłop — wysoki i szerokijak on Waligóra z bajki, a był to stróż domowy — a wrazi parobek do ciężkich robót koło domu i handlu, czyli hamał, jak takie sługi we Lwowie z turecka nazywać zwyczajni.W długich, bardzo szerokich i sklepistych sieniach ogarnęłomnie powietrze jakoweś ciężkie a takie ostre i zapaszyste,że owo aż w oczy i w nos biło i gryzło, a jak mi już potempowiadano, było to dla odpędzenia morowej zarazy, bo bezustannie pod nieobecność pana Spytki i Heliasza hamał ów,który został był sam jeden dla pilnowania domu, kadziłpalonym octem, kamforą, siarką i rozmaitymi ziołami,a także kwieciem polkowym i różą.

Pan Heliasz porozmawiał chwilę z Worobą, bo tak sięnazywał ten hamał, i poszedł do górnych komnat, a Worobazaprowadził mnie do małego ciemnego alkierzyka w podwórzu,wskazał mi posłanie i słówka nie rzekłszy, zostawił mniesamego. Już i zmierzch był wieczorny, a w alkierzyku calejuż było ciemno, tedy nie myśląc o niczym, bo i myśli zebrać nie mogłem, nie tyle dla zmęczenia, co dla tej różnościzmian i przygód, i dla tej nowości ludzi i rzeczy, którejw jednej dobie zaznałem, położyłem się zaraz i zasnąłem.

Ale to spanie moje było jako sen człowieka palonegogorączką, żem owo rzucał się na posłaniu i co chwila budziłz okrutnym strachem, nie wiedząc, gdzie jestem i co się zemną dzieje, i czym nie żywcem zakopany w podziemnejciemności.

Z pułapu z zakratowanego okienka, przez które biłotrochę światła od księżyca, z podłogi, z każdego kąta, cośna mnie strasznie patrzyło: to hajduk Kajdasz z okrwawioną głową, to podstarości z czekanem, to Kozak Semen, jakściska gardło Czarnego Mordacha, a żydowskie oczy jak dwieogniste gałki wyskakują w powietrze aż pod pułap, a do tychdwóch ognistych gałek nadlatuje owa żelazna puszka przezemnie wykopana i lata po całej izbie, a one ogniste gałkigonią ją i dogonić nie mogą, a na to wszystko patrzą z okrutnąciekawością owe trzy kamienne głowy znad bramy i wywracająoczyska, jakby się nadziwować nie mogły temu, co siędzieje — aż nareszcie podchodzi do mnie jakiś dziad strasznyi uderza mnie czarną, szeroką jak łopata dłonią po lewymramieniu i mówi srogim a ochrypłym głosem:

Oko Proroka,

Synopa Archioka!

Zrywam się tedy z posłania i krzyczę z wielkim strachem:

Musztułuk!

A tu już dzień jasny patrzy przez okienko alkierza, a miastoowego srogiego dziada stoi przede mną hamał Woroba,potrząsa mnie za ramię i mówi:

— Wstawaj! Pan Heliasz cię woła.

VII.Na służbie

Pan Jarosz Spytek, u którego pan Heliasz służył zastarszego sprawcę i wiernika, był aromatariuszem, tj. kupcemkorzennym i aptekarskim, ale przy tym i inne wszelkiehandle miał, bo nie tylko w sklepie u niego na małą wagęsię sprzedawało, ale inni kupcy lwowscy i pozalwowscybrali z jego składu towar, a osobliwie korzenie i winaz dalekich krajów. W podwórzowej tylnej części jego domualbo w indermachu, jako to we Lwowie nazywają, były dwiewielkie izby sklepiste z żelaznymi drzwiami i kowanymikratami u okien, a pod tymi izbicami dwie głębokie piwnice, a tak izby jako i piwnice pełne były zamorskiegotowaru.

W piwnicach stały kufy wina, które najpierw morzem,a potem lądem przystawiano z dalekich wysp greckich,a było tych win siła gatunków, jeden przedniejszy nad drugi,a wszystkie bardzo drogie, jako to: małmazja, muszkatel,alikant, latyka, kocyfał — w izbach nad piwnicami byłyaromata, korzenie, zioła lekarskie, co wszystko po łacinienazywało się materia medica, a dalej przeróżny towar, samprzedni, osobliwy i prawie na wagę złota płatny, który prawie aż z samego końca świata, bo z zamorskich pogańskichkrajów, kędy czarne Murzyny tylko żyją pod gorącym słońcem, sprowadzać trzeba było okrętami przez morza, to nagarbatych wielbłądach przez nieskończone pustynie, na których nic nie rośnie w piasku, a od żaru słonecznego piasekten taki gorący, że ano jaje w nim bez ognia upiec możesz.

Jak się weszło do tych izb, to trzeba było co rychlejokienka rozwierać i powietrze wpuszczać, bo woń wprawdzieprzyjemna, jakby z kadzidła, ale taka mocna była, że się ażgłowa zawracała jakby od gorącego trunku. Tedy były tuobok ałunu, kamfory, merkuriuszu, bursztynu rozmaite wonneżywice, jak ambra, bryłeczka nawlekana niby pacierz alboróżaniec, benzoe, który pan Spytek z Indii od portugalskichkupców sprowadzał, manna sycyliska, mastyks grecki, tragantz wyspy Morei, co gorączkę u chorych chłodzi; dalej, bardzoosobliwe pachnące trzaski, jak aloes arabski, brazylia, sandałczerwony i żółty, indygo z Bagdadu, a wreszcie i korzeniena leki i na przyprawy dla pańskich kuchmistrzów, jakgoździki molluckie, bobki, kmin turecki, imbier albo zinziberum indyjskie, kardemony, muszkatowe kwiaty i gałki,tatarskie ziele, pieprze rozmaite, a najprzedniejszy z nichmalabarski, egipska kassia w strągach, szafrany, włoskii hiszpański, cynamony, cukier biały i lodowaty bagdadzki,i hiszpański w plackach, stożkach i mące, owoce zamorskie,jak limonie, migdały, figi, daktyle, rozyny i inne jeszczespecjały, które swego czasu prawie że wszystkie wymienićumiałem, kiedy jeszcze pamięć była młoda, a których terazjuż i w części nie pomnę.

Wszystko to leżało jeszcze tak, jak przyszło karawanądo Lwowa, w węzełkach, pakach, belach, pudłach, beczułkach, miechach albo łykowych kozubach, na których czarnąfarbą wypisane były rozmaite znaki i litery, a najczęściejwidzieć było można napis, któregom ja odczytać nie mógł,a który taki był:

КАТАКАЛЛО

Nie widziałem nigdy takich liter, choć i niemieckie,i ruskie od polskich odróżnić już umiałem, a taka mniezawsze zbierała ciekawość, co by napis ten znaczył, jakkiedyby od tego coś bardzo ważnego dla mnie zależało,a pan Dominik, który był młodszym sprawcą u pana Spytkai miał klucze od tych składów, czytać tego także nie umiał.Nareszcie mendyczek, który codziennie przychodził do nas poszkole i dostawał obiad u pana Heliasza, nauczył mnie,że to są litery greckie i że to słowo czyta się: Katakalloale co by znaczyło Katakallo: miasto, osobę czy rzecz jaką,tego i on nie wiedział.

Tak było w indermachu, zaś w dwóch izbach przy bramie,z których jedna miała okno z widokiem na rynek, był kantori sklep pana Spytka.

U wnijścia samego do sklepu wisiał obraz Matki Boskiej,i pod nim bezustawnie dniem i nocą paliła się lampa oliwna,a niżej nad ocapem drzwi były wykute w kamieniu wielkimiliterami słowa:

BOGA SIĘ BÓJ,

CNOTY SIĘ DZIERŻ,

FORTUNIE NIE UFAJ.

W sklepie tym wszystkie ściany aż po samo sklepieniezastawione były szafami i półkami z jasionowego drzewa,a na wszystkich półkach stały słoje z gdańskiej gliny polewanej, wszystkie jednakowe, a każda pięknie malowana i nakażdej napis łaciński, zaś w szafach same szufladki i almaryjki, niektóre zawsze otwarte, inne znowu zawsze na kluczpilnie zamykane, a wszędy znowu napisy po łacinie. W tychsłojach i almaryjkach było tego wszystkiego po trosze, cow indermachu było w całych pudłach i pakach, bo tu sięsprzedawało na małą wagę, a tam na wielką, ale były tutakże takie osobliwsze rzeczy, jakich tam nie było, co najdroższe i najprzedniejsze, pod kluczem bezustawnie trzymane,a nie wolno było ani sprzedawać, ani ruszyć ich nikomu, jenosamemu panu Spytkowi i Heliaszowi.

Były tu rzeczy i dla zdrowia, i dla rozkoszy, leki przeróżne, a także łakocie, jak konfekta, kandyzy, marcypany,soki i wódki drogie o rozmaitych przedziwnych smakachi zapachach. Ale z leków i przypraw sekretnych najdroższei jakoby skarb strzeżone były w sklepie balsam i driakiew.Opowiadał pan Heliasz, że balsam ciecze z osobliwychdrzewek, które na całym świecie tylko w jednym jedynymmiejscu rosną, a to jest w Afryce, między czarnymi ludźmi,w kraju Egipcie, na tym samym kawałku ziemi, na którymspoczywała ongi Najświętsza Panna z Najświętszym Dzieciątkiem Jezus i św. Józefem, kiedy do Egiptu uciekaćmusiała — a rośnie tych drzewek wszystkiego 400. Płynieten balsam z onych drzewek, jako oskoła z naszej brzozy,kiedy się ją natnie, a ma przedziwnie piękny zapach i potrzebny jest do Św. Krzyżma, na ostatnie pomazanie, i doran, które cudownie goi.

Driakiew była także zawsze pod kluczem i sprzedawała się bardzo drogo. Jam już o niej od dzieciństwa słyszał,bo ojciec miał jej zawsze małą odrobinę od Ormian lwowskich,których towary woził, ale teraz dopiero jasno mi było,dlaczego ją sobie jakoby za złoto a skarb ludzie mają, bodriakiew robić umieją tylko w jednej Wenecji, a robią jąnajmędrsi medykowie, co mają na to swoje sekreta, a trzebado niej 64 rozmaitych najrzadszych i najdroższych leków,a zaś najgłówniejszy i najcudowniejszy z tych leków, któretrzeba mieszać do tej driakwi, jest mięso z pewnego węża,którego znaleźć i pojmać jest rzecz okrutnie trudna, a maten wąż dlatego taką zbawczą moc w swoim ciele, bo żyjew Ziemi Świętej, i tam tylko na jednym miejscu, w Jerycho,a jest z tych samych wężów, z których jednego Żydzi uwiesili na krzyżu świętym obok Zbawiciela naszego JezusaChrystusa.

W tyle za tym sklepem była komnata z oknem na podwórze,mocno zakratowanym, a w tej komnacie były dwa pultynkiszerokie, stół z księgami i duża skrzynia, cała żelazna zesztucznym ingrytowym zamkiem na dwa klucze, i w niej byłypieniądze i ważne papiery. Tu zawsze siedział pan Heliaszprzy jednym pultynku, bo drugi był dla pana Spytka dopisania, a na tym pultynku leżała ogromna księga, że zaledwie ją udźwigniesz, cała w białą oślą skórę i mosiądzoprawna, której nikomu ruszyć nie było wolno, jakoby tojaka świętość była.

Ja raz tylko, kiedy mi proch ścierać w tej izbie kazano,księgę tę otworzyłem i samą pierwszą kartkę albo tytułz niej przeczytałem, i zaraz od samego pana Spytka, który mniena tym zeszedł, dobrze dostałem po uszach, żem ją potemz daleka obchodził jakoby złego psa, co milczkiem kąsa.Ale pamiętam, że na tej pierwszej karcie wypisano było:

Księga główna kredytorów i debitorów dla spraw mojego, JaroszaSpytkowego, handlu, którym sprawom niech Bóg dać raczy dobry początek,szczęśliwy środek i najdoskonalsze skończenie na chwałę Jego Święta,ku uczciwości ciała i dusznego zbawienia. Amen.

W tej książce zapisywał pan Heliasz wszystko, co siękupiło i co się sprzedało, kto co panu Spytkowi i co komupan Spytek był winien, i jakie handle z jakimi kupcy zawarto,i ile jakiego towaru ma być na składzie, żeś wszystko nałut i na grosz miał wyrachowane.

Niedaleko pultynka, przy którym siadywał pan Heliasz,przybita była na ścianie taka skarbonka ze szparą do wrzucania pieniędzy, jakie bywają po kruchtach kościelnych, a naskarbonce było wypisane:

URBANKOWI

DO PADWY

i tu rzucali nie tylko pan Heliasz i pan Spytek, ale za ichnamową także i kupcy, i mieszczanie, i panowie, co do sklepu przychodzili, od czasu do czasu to orcik, to złoty, togrosz, a jak się szczęśliwie zdarzyło i kiedy się trafił jakiwielki pan, co płacił rachunki swoje w sklepie, albo kontentbył z interesu, to i czerwony złoty zapadł tam między miedźi srebro.

Nie tak mi to łatwo poszło obeznać się ze wszystkim, co mi wiedzieć trzeba było, aby nie jeść daremnie chleba pana Jaroszowego. Z początku tom tylko sklep i kantor zamiatał, naczynia aptekarskie, tygle, kotły, alembiki czyścił,potem kazano mi do składu w indermachu chodzić, przyładowaniu towaru pomagać i inne podlejsze rzeczy odprawiać, a dopiero kiedy się przyuczyłem więcej, co Bogu dziękować coraz snadniej mi przychodziło, kiedym już wagęrozumiał i dobrze się poznał, co jest waga gdańska, co wrocławska, co norymberska, co jest łaszt, co kamień, co kwintal,co bezmian, co oka turecka, co szyffunt, co grzywna,a wszystko te różne wagi są w handlach lwowskich używane,bo tu i Niemiec, i Włoch, i Anglik, i Turek handluje, a każdypo swojemu waży i po swojemu płaci: ten czerwonymiwęgierskimi, ten weneckimi cekinami, ten asprami, ten piastrami, ten złotymi, ten lewkami i tak dalej, bez końca, że cisię, człecze, głową dobrze nakiwać trzeba, nim to na równąmonetę przerachujesz. Potem jużem i w sklepie pomagał,i cenę towarów połapał, jak się który płaci; sam też co sprzedaći jako trzeba zapisać umiałem, do czego mi nie tyle panHeliasz, bo nigdy czasu po temu nie miał, co mendyczekUrbanek pomógł, bo ten bywało, w alkierzyku do późnejnocy ze mną siedzi, a sprawniej pisać i rachować mnie uczy.

Pan Heliasz wszystko wiedział o mnie, bom mu sięze wszystkiego wyspowiadać musiał, tylko o Semenie, o ŻydzieKara-Mordachu i o owym żelaznym olsterku zamilczałem,bom się zawsze pod przysięgą być uważał. Znał też panHeliasz żałosną historię mego ojca, o którym ja ani chwilizapomnieć nie mogłem, zawsze się jeszcze spodziewając,że powróci, albo że żyjącego gdzie w pogańskiej niewoliodnajdę i wykupię. Chodził nawet ze mną mendyczek kilkarazy do pana Krzysztofa Serebkowicza, aby się wywiedzieć,co się stało z ową karawaną, z którą mój ojciec do Turekpojechał, ale pana Krzysztofa nie było we Lwowie, bo jakokrólewski posłaniec właśnie do Stambułu był pojechał i nieprędko miał wrócić, a jego sprawca tylko żałości mi dodał,,,bo — mówi — jakoż twego ojca odszukać, kiedy tę karawanę w górach rodopskich, czyli jak tameczni Bułgarowiemówią, na Despotowej Planinie, zbójcy zahamowali, towarzabrali, a kto nie uciekł, tego na galery tureckie sprzedali”.

A jam przecież nadziei nie tracił i tegom sobie z głowywybić nie dał, że sam do Turek pojadę i ojca odszukam.We Lwowie tylem się nasłuchał o ludziach, co połowę żywotaswego stracili w jasyrze u pogan, a przecie wrócili, a nawetmi takich żywych pokazywano; tylem ja tu widział kupców,co poza morza i poza góry za handlem jeździli, a zdrowoich Pan Bóg do dom przywodził, tyle Turków towaramiswoimi tu na samym rynku lwowskim kupczyło, że co mi sięjeszcze niedawno zdało rzeczą niepodobną a prawie żecudowną, tego teraz śmiałym sercem byłbym się podjął,aby tylko Bóg zdarzył jaką taką okazję i abym tylkojakiegoś grosza się dorobił.

Kto jeno bywał w Turczech, a jam go znał, tom goo ludzi, o drogi i obyczaje tamtejsze wypytywał, z barysznikami i tłumaczami miejskimi aby mówił, pana Heliaszabłagałem, bo oni o każdym wiedzieli, co z tureckich krajówdo Lwowa przyjechał albo tam się wybierał; jakem tylkomiał wolną chwilę, tom między Ormiany biegał i pytał, i nasłuchiwał, czy jaka karawana nie przyszła i czy jaka nieodchodzi, że mnie już we Lwowie znano z tego, a niejedento albo wyśmiał, albo ofuknął.

Pan Heliasz o tym nieraz z panem Jaroszem mówił,i luboć obaj te zamysły moje uważali za porywczość młodego serca, przecie tak mi się zdało, jakoby w duszy chwalili, że się tak rwę do tego, w czym poczciwość synowskabyła, a nie jeno ciekawość dalekiego świata. Ale owo jednego dnia, kiedyśmy w indermachu towary przebierali, panDominik cale niespodzianie rzeczy do mnie:

— Hanusz, dopieroż ty mi zazdrościć będziesz, jaksię dowiesz! Podsłuchałem, że mnie wysłać chce pan potowar do Turek, nie wiem tylko, czy jeszcze tego roku, czyna przyszłą wiosnę.

Ja aż skoczę do niego, całuję go w rękę i wołam:

— Panie Dominiku, macie brać czeladnika jakiego, weźcieżmnie z sobą!

— Ja bym cię rad wziął zamiast innego czeladnika —mówi pan Dominik — bo bez czeladnika pan Jarosz pewnie mnie nie wyprawi, ale to nie na mnie zależy, a naweti mówić mi się tobie o tym nie godziło. Myśl ty o sobie,ale żem ci ja co powiedział, ani słówkiem tego nie okaż,bobym pana rozgniewał. Alem ja słyszał także, że panZachnowicz wybiera się niebawem do Turek, ale tylko doDobrucza po konie, a pewno w tej karawanie pojedzie,co ją pan Harbarasz ma prowadzić.

Jużem i roboty dobrze dokonać nie mógł, tak mi te słowapana Dominika w głowie wszystko przewróciły, żem sięciągle w towarze mylił i jak ślepy między pudłami i miechamirękami macał. Kiedyśmy skończyli, przywołał mnie pan Heliaszdo kantoru, gdzie i sam pan Jarosz był, a kiedym wszedł,wziął mnie za rękę, podprowadził do pultynka i na ścianęukazał. Patrzę, a tu koło tej skarbonki Urbankowej przybitajest druga, taka sama, a na niej czytam napis:

HANUSZOWI

DO TUREK

Mnie się aż łzy puściły z oczu z wielkiej wdzięczności,przypadłem też najpierw do pana Spytka, a potem do panaHeliasza i ręce obudwom ucałowałem, a ciężko mi przenieść na sobie było, aby im zaraz także do nóg nie upaśći nie prosić, żeby mnie z panem Dominikiem jechać pozwolili, i byłbym tak pewno był zrobił, gdybym był panuDominikowi nie obiecał, że mu sekretu dochowam. Kiedytak dziękuję, pan Spytek rzecze:

— Trzeba tobie sprawić odzienie przystojniejsze, bochodzisz tyle co nie obdarty. Panie Heliaszu, poszlijciego z Urbankiem do pana Niewczasa, niechaj mu taką barwęzrobi, jako innym naszym czeladnikom.

Jak się tylko pojawił Urbanek, poszliśmy pod HalickiePrzedmieście do pana Grygiera Niewczasa, tego samego,który z nami w lesie był, kiedyśmy mieli ową przygodęz Tatarami. Pan Grygier miał własną kamieniczkę, którasię Kłopotowska nazywała, a lepiej się też nazywać niemogła, bo miał z nią pan Grygier ciężkich kłopotów coniemiara, jako iż ją z wielkimi długami, czyli wyderkafami,odziedziczył i ciągle z wierzycielami się gryźć musiał, także częściej siedział na ratuszu aniżeli u siebie w warsztacie.Przecie go zastaliśmy w domu, a Urbanek, jako zawsze byłżartowniczek, mówi do niego:

— Panie Grygier, zabierajcie się co tchu, a biegnijciedo pana Dziurdziego Boima po falendysz co najprzedniejszy,taki, jaki pan wojewoda Bonifacy Mniszech nosi, a potemwstąpcie do pana Duczego, niechaj co żywo za wami z atłasami,z tabinami, z aksamity, z złotogłowiem spieszy, a po inderlandzkie forboty szlijcie do Wilczka, a po złote knaflez rubinami do pana Kudlicza złotnika, a nie żałujcie niczego, bo oto ten pan kasztelanic, Jegomość Hanusz Bystry,ubranie sobie u was zamówić raczy, a ma być takie jakosenatorskiemu paniątku przystoi!

Pan Grygier śmiać się począł, ale na mnie poczciwymokiem spojrzał, zaraz mnie poznawszy, i już do miary sięzabierał, kiedy mendyczek prawi dalej:

— A może zostało wam co jeszcze z chocimskiej wojny,chrrry! z tych łupów, coście je na Turkach mieczem zdobyli,chrrry! to przeróbcie nań złotolity kaftan wezyrski alboprzykrójcie mu co z tej sułtańskiej sobolowej szuby...

— Albo skrójcie dobrze kurtkę Urbankowi! — zawołanagle za nami jakiś głos miły jako dzwonek ze srebra, chociaż gniewny — albo każcie mu porządnie wyłatać skóręw warsztacie, albo mu łokciem plecy wymierzajcie, albo całojuż przenicujcie tego mendyczka, bo może na wywrót będzielepszy!

Obracam się i widzę: w samych drzwiach drugiej izbystoi dzieweczka, rok jej może trzynasty, hoża jak jagoda,z oczkami błyszczącymi jak iskry i z twarzyczką rumianąod zagniewania.

— Panna Marianeczka! — zawoła mendyczek, jakby przestraszony. — Jam się ani spodziewał!

— I jam się ani spodziewała, żeby Urbanek z mojegoojczyka takie żarty sobie stroił! Urbanek się nie spodziewał,że ja słyszę, a to jest brzydka wymówka! Czego Urbaneknie śmie ojcu przy mnie mówić, tego niechaj nie śmie mówićbeze mnie! Ja zabraniam, słyszy Urbanek, zabraniam!

Urbanek zapomniał języka w gębie, a po raz pierwszywidzieć mi się to u niego trafiło, bo miał zawsze konceptgotów na wszystko i nikt mu z nas nigdy na język niesprostał. Pokręcił się trochę na miejscu, jakby coś rzec chciał,ale dał za wygraną, ukłonił się — grzecznie i milczkiem wyniósłz izby.

Pan Grygier przez ten czas patrzył na dzieweczkę swojąjakoby na obraz święty, cały rozradowany jej widokiem,aż mu twarz dziwnie wyjaśniała, że wyglądał jako innyczłowiek. Marianeczka przybiegła do niego, objęła go ramionami za szyję i patrząc mu z wielkim umiłowaniem w oczymówiła:

— Po co ty, ojczulku, opowiadasz obcym ludziom o wojnie chocimskiej? Każdy wie, żeś tam był w obozie i żeśuczciwie to robił, do czegoś się ujednał, i żeś nawet jeszczezapłaty nie wziął. Czy to nie masz mnie na to, Marianeczki, abym słuchała twojej powieści? Czy Marianeczkanie ciekawa, nie cierpliwa i czy może nie wierzy, kiedy jejopowiadasz?

Pan Grygier nachylił się ku Marianeczce i jeno powiekimu mrugały, i wąsy się trzęsły, a potem padło mu z oczówkilka łez, dużych jak groch, prosto na włosy Marianeczki.

— Urbanek dobry chłopiec i ja go bardzo lubię — mówido Marianeczki — on tylko ze swawoli tak mówi, ot, postaremu, jako to mendyczkowie zwykli.

Ja tymczasem stałem, nie wiedząc, czy mam jeszcze zostać, czy też pójść, kiedy Marianeczka obraca się ku mniei pyta:

— A ty po coś tu przyszedł?

— Przysłał mnie tu pan Jarosz Spytek, u którego służę,aby mi pan Grygier takie ubranie zrobił, jako inszym jegoczaladnikom.

— A ty spod Sambora? — pyta Marianeczka.

— Spod Sambora — mówię — a jak panna Marianeczkapoznała?

— A bo taką masz obłoczystą sukmankę z czerwonymiobłożkami, jak pod Samborem na wsiach noszą.

Jam się trochę zawstydził, bo to była sukmana bardzostara i podarta, a miałem już ubranie inne, letnie, z lazurowego wrocławskiego sukna, a sukmanę tylko do robotyprzy kufach i towarach brałem.

— Kiedyś spod Sambora — mówi dalej Marianeczka —toś pewnie słyszał o kupcu panu Zybulcie?

Tego kupca moja matka dobrze znała i jak to swegoczasu napomniałem, uprosiła go była, że listy pisał dolwowskich Ormian, jeżeli czego o moim ojcu nic słyszeli.Tak też powiadam Marianeczce, a ona na to:

— To wujko mój jest; rodzony brat mojej nieboszczkimatki.

— Żebyś ty wiedziała, Marianeczko — odezwie się terazpan Niewczas i od razu jakby go znowu odmienił — że to tensam chłopiec, o którym ci mówiłem, że pana Heliasza odTatarów obronił! A jak on z łuku strzela!... chrry... Kiedyśmyna tych Tatarów natarli, a było ich w kilkadziesiąt koni...chrrry... kiedy ich gonić zaczniemy... chrrry...

— Kiedy ze strachu nie wleziemy w krzaki, chrrry...chrrry... — odzywa się naraz ktoś we drzwiach, podrwiwając panu Grygierowi i naśladując jego głos i chrapanie.

Był to ów mularczyk włoski, który onego dnia takżebył z nami w lesie; Banti się nazywał, jak mi to późniejpowiadano we Lwowie. Wszedł do izby tak jakoś niepostrzeżenie, żeśmy go ani słyszeli, a miał w ręku delijkę, z którągo snadź mistrz jego posłał do pana Niewczasa. Stanął sobie naprzeciw pana Grygiera i z wielką zuchwałością, pogrubemu i nieprzystojnie, że aż sprośna rzecz była patrzećna to, wykrzywiał się krawcowi. Marianeczka pobladła,a potem zaraz pokraśniała cała, jakby wszystka krew z wątłegociała dzieweczki w twarz samą jedną się przelała, poskoczyłado mularczyka i odpychając go, zawołała:

— Porwaneś ty hańbie, niegodziwy ladaco! Precz z izbyzaraz!

Mularczyk, zamiast ustąpić dzieweczce, odepchnął Marianeczkę ze złością, że się aż zatoczyła i mało co nie upadła.Porwał mnie na to taki gniew okrutny, żem się już powstrzymać nie mógł; skoczę do tego otroka, chwycę go za gardło,że się aż zakrztusił, i tak całą mocą zeprę go ku drzwiom,że się z trzaskiem rozwarły, a Banti wyleciał i upadł na ulicy.Pan Grygier, choć takiej bojaźliwej był duszy, kiedy ujrzał,jak mularczyk jego Marianeczkę potrącił, nagle naprawdęjako lew skoczył, cały strasznym gniewem zapalony, żem gojuż nigdy potem takiego nie widział, i byłby pewnie w tejzapalczywości swojej na armaty ogniem ziejące szedł, a swojej dzieweczki koniecznie pomścił. Gdybyśmy go byli z Marianeczką nie powstrzymali, czepiając się jego rąk i nógnawet, byłby na pewno zabił mularczyka.

Tak oto zarobiłem sobie na jednego wroga, bom go odtąd miał w Bantim, ale zarobiłem sobie także na sprzyjaniedobrych ludzi, bo do takich pan Niewczas duszą i ciałemnależał, a między mną a Marianeczką już odtąd wielkai stateczna przyjaźń była. Napisałem list do matki, a Marianeczka wysłała go do swego wuja, pana Zybulta w Samborze, a tak pewność miałem, że dojdzie. W liście pisałemmatce, jako mi Bóg łaskawie pomóc raczył, żem dobrychi cnotliwych ludzi znalazł, że już sam na chleb własnypracować się uczę, i że mi ciągle coś do serca mówi, żeojciec żyw jeszcze i do nas powróci, i że tu we Lwowieinny świat, i nie ma tu takich szarpaczy, jako podstarościi hajduk, a wszyscy, z którymi tu przestaję, grzeczni i łaskawisą dla mnie. I tak to prawda wtedy była, bo i pan Spytek,i pan Heliasz, i pan Dominik, i Urbanek, i wszyscy domownicy, jako miarkowałem, życzliwość mi świadczyli, a nawetWoroba, zawsze chmurny i mruczny, jakoby wszelkiemuBożemu stworzeniu krzyw był, czasem na mnie weselejspojrzał i nieraz ciężar za mnie rad podźwignął, nie dającsię mnie samemu umęczyć. Ale ta pogoda niedługo trwała:zasuwała się już ciężka chmura nad moją głową, chociemjej jeszcze nie widział i nie przeczuwał.

VIII Fok! Fok! Fok!

Przez ten cały czas służby u pana Jarosza Spytka najdłużej bywałem zawsze z panem Dominikiem, młodszymsprawcą jego handlu, bo pan Heliasz zawsze albo nad tądużą księgą siedział, albo listy pisał, albo z samym panemrozmaite kwity, rekognicje i intercyzy handlowe przeglądałi układał, zaś mendyczek Urbanek w szkole cały dzieńtrawił, a tylko na obiad i co drugi albo trzeci dzień wieczorem przychodził, tak że jeno w niedziele i święta dłużejzabawić się z nim mogłem, podczas gdy z panem Dominikiemprawie od rana do wieczora bywaliśmy razem, to w indermachu na składzie między towarami, to w piwnicach przywinie małmazji, którą się bezustannie to innym kupcom, todo gospod miejskich, w całych kufach albo garncami wyprawiało. Hamał Woroba zatrudniał się także z nami, ale postaremu milczał i jeno od czasu do czasu jakby niedźwiedźmruknął, kiedy mu się kufa lub jaka ciężka paka towaruz rąk umknęła lub co innego w ład nie szło.

Nadchodził właśnie czas jarmarków i było bardzo dużoroboty, bo na jarmarki ważniejsze wysyłał pan Jarosz zawszekogoś z towarami; na znaczne jeździł p. Dominik, a na jarosławski, który był najgłówniejszy, nawet sam pan Heliasz;na mniejsze wyprawiano kogoś z młodszych czeladników.Gotowaliśmy tedy jednego dnia towary według regestrów,które nam wypisał pan Heliasz, kiedy pan Dominik niemógł jakoś jednego regestru dobrze wyrozumieć i kazał miz nim iść do kantoru do pana Heliasza i jego, albo samegopana zapytać.

W kantorze pana Heliasza nie było, tylko sam pan Jaroszi jakiś drugi pan, który mi się bardzo znaczny wydał, boubrany był bogato, szpadę miał pozłocistą przy boku i cudnepierścienie na palcach, a pan Jarosz rozmawiał z nim powłosku, snadź w bardzo ważnej rzeczy, bo ledwiem się naprogu pojawił i jeszczem się nie był opowiedział, a już mipan Jarosz ręka machnął i precz mi iść kazał. Wracam doindermachu i mówię, dlaczegom się nie sprawił.

— A to już wiem — rzecze pan Dominik — to jestkupiec bardzo znaczny, wenecki, który wczoraj wieczoremdo Lwowa przyjechał; w ważnej sprawie on z panem Jaroszem rozmawia; nie dziw, że ci za drzwi kazano.

— Pewnie sztych wielki jakiś z panem Jaroszem robi —mówię, bo pan Jarosz handle zamorskie prowadził i towartowarem płacił, tak że na przykład za zamorskie korzeniedawał wosk, sobole albo bursztyn, bo i to miewał niekiedyna składzie, a taka zamiana „sztychem” się nazywa.

— To nie o żaden sztych idzie — odpowiada pan Dominik — ten Wenecjanin to jest brat tego doktora Kurcjusza,co tu zeszłego roku we Lwowie bez śladu przepadł.

— Jak to przepadł? — pytam ciekawie. — Przecież tomusiał być znaczny człowiek, a o takich zawsze się wie i słyszy. Jakżeby na przykład przepaść mógł bez śladu panJarosz albo pan Heliasz? Przecież tu we Lwowie Tatarównie ma?

— Tatarów nie ma, ale bywają ludzie gorsi od Tatarów.

— To go przecież nie zamordowali?

— A co wiedzieć, jeżeli nie? Że przyjechał do Lwowa,to wiedziano, ale aby wyjechał, nikt nie widział. Przepadłtak kamień w studni!

— A jakoż go nie szukano, kiedy był człek znaczny?

— Szukanoć go, to prawda, ale, wierę, nie tam, gdzie bysię mógł naleźć.

Woroba, który siedział w kącie i słuchał, wyrżnął nagleswoją grubą pięścią o dużą pakę, że jej mało w drzazgi nierozbił i zawołał:

— Pod ziemią!

— To go chyba zabito i zagrzebano — powiadam —a czemuż go nie szukano pod ziemią? Panie Dominiku, raczcież mi powiedzieć, jako to było?

— Fok! — odezwał się znowu z kąta Woroba, ale tymrazem już ciszej, jakby sam do siebie mruczał.

— To jest skryta rzecz i może już na zawsze tajemnicązostanie, choć ludzie dużo o niej gadali i na nowo gadaćo niej będą, skoro teraz umyślnie przyjechał tu ów kupiecwenecki, aby dociekać, co się z tym jego bratem doktoremstać mogło. Palec boży odkryje pewno zbrodnię, jeżeli tozbrodnia naprawdę była, a wszystko mi jakoś mówi, że, wierę.była.

— Fok! — ozwał się znowu z kąta Woroba, ale jużgłośniej.

Wiedziałem ja, że Woroba, kiedy około małmazji chodził,a osobliwie kiedy się wino z wielkich kuf do półkufekprzelewało, często gęsto łyknął sobie po drodze tak sprawnie,że nikt tego nie widział, i zawsze potem do siebie mruczał,a nawet pokrzykiwał, myślę tedy, że i teraz nie inaczej było,i nie zważam na to.

— Ten doktor Kurcjusz — opowiada pan Dominik —pochodził z Wenecji, a był sławnym lekarzem w Krakowiei często go stamtąd wielcy panowie do siebie, bywało, stomil i więcej poza Kraków wzywali. On się nie tylko lekarskąsztuką bawił, ale i handlem, a zwłaszcza srebra, złote łańcuchy i klejnoty wojewodom i kasztelanom woził, a takżepieniądze kupcom i panom ze szlachty pożyczał, bo ich dużomiał i dużo swoją nauką zarabiał. Otóż rok temu właśniebędzie, kazał mu jechać do siebie książę Ostrogski aż doziemi wołyńskiej, i doktor Kurcjusz wybrał się z Krakowa,a jako zawsze zwykł był, wiózł z sobą dużą skrzynię, pełnąnajprzedniejszego towaru, bo jak o tym dawał tu znać panMontelupi z Krakowa, przyjaciel i podobno krewny jego,było w tej skrzyni mnogo srebra i złota, było dość pierścienii kanaków sadzonych samymi brylantami, rubinami i perłami, kilka złocistych kobierców i sporo innych przednichosobliwości, a także driakwi funtów dwadzieścia. Ale co pewnojeszcze więcej ważyło, miał z sobą pan doktor Kurcjuszzapisy i kwity na wielkie sumy, które szlachta i kupcy dłużnibyli, a bratu jego, który z Wenecji do Lwowa umyślnieprzyjechał, już nie chodzi tyle o to złoto i klejnoty, co o tepapiery, bo w nich ogromny majątek leży i bez nich onychdługów dochodzić nie można.

— A i to wszystko przepadło? — pytam pana Dominika.

— Fok! — odzywa się znowu spoza pudeł i miechówWoroba, ale teraz to już wcale z krzykiem.

— Tak samo przepadło, jako i doktor — odpowiadapan Dominik i patrzy na Worobę, ale tak, jakby go dobrzezrozumiał.

— A jakżeż nie szukano, kto go wiózł, z kim jechałi u kogo we Lwowie stanął? — pytam znowu.

— Jechał z nim od Jarosławia pan Jost Fok i u tegoFoka stanął w Fatrowskiej kamienicy, co jest narożnaw rynku na południowej połaci.

— I tam przepadł? — wołam i dopiero teraz widniejemi w głowie, czemu Woroba ciągle tak: — Fok! Fok! — z kątawoła. — Ale skoro ten doktor Kurcjusz z panem Fokiemprzyjechał i u pana Foka stanął, to pan Fok wiedzieć powinien, gdzie się podział.

— Może i wie, ale nie powie.

— A czy go pytano na ratuszu?

— Pytano długo, bo i z Krakowa, i od księcia Ostrogskiego, i od pana starosty sandeckiego Lubomirskiego listydo panów radziec i do pana wójta przyszły, aby się w tosurowo wdali, i sam wenecki senat przez pana Massaregoo to się upominał. Turbowano o to pana Foka w urzędzie, nawet go do więzienia pod Aniołem na kilka dnizamknięto, ale on się odprzysiągł na ratuszu przed krucyfiksem i panami ławnikami, jako doktor Kurcjusz rzeczyswoje przed sobą wysłał, cale ich z woza nie zdejmując,a sam tylko u niego przenocował, a nazajutrz zaraz poodemknięciu bram miejskich na drugim wozie odjechał.Wrotni miejscy z początku mówili, że nikt taki żadną bramąnie wyjechał, ale potem jakoś zaczęli mówić inaczej, że możebyć, że im się tak zdaje, że nie pamiętają; a powiadanosobie w mieście, że im ktoś za to dobrze zapłacił.

— A wy, panie Dominiku — pytam — co o tym myślicie?

— Ja to samo myślę, co nasz Woroba, ale mówić o tymnie będę, bo to nie bardzo bezpiecznie.

— Fok! — krzyknie znowu Woroba gdzieś spoza miechów i kuf, jakby spod ziemi.

— Panie Dominiku, a co za człowiek jest ten Fok!

— Pan Jost Fok — mówi pan Dominik — jest niemieckiego pochodzenia, ale nie z takich cnotliwych Niemców,z jakich pan Melchior Szolc albo pan Jan Alembek idzie,bo mówią jedni, że ojciec jego był katem w Głogowie naŚląsku, inni, że jest synem Żyda, co się pod szubienicąwychrzcił dla uratowania życia, a znowu inni, że się onFok nie nazywa, tylko się tak sam przyznał, bo tych prawdziwych Foków rodzina jest i znaczna, i uczciwa. Ale dzisiajma już prawo miejskie i posiadłość znaczną, i w łaskach jestu pana rajcy Haydera, który go za swego faktora przyhandlach rozmaitych wziął, bo też ma to być człek bardzosprytny i przebiegły. I jeno co nie widać, że go do Czterdziestu Mężów wybiorą, a może i ławnikiem wrychle zostanie.Ale pal go tam kat. Fok czy nie Fok, a ty mi idź znowu dopana Heliasza z tym regestrem, jako go rozumieć mam.

Tego samego dnia pod wieczór przed zamknięciem handlukazano mi w sklepie samym pomagać przy obmiataniu szafi słojów z kurzu, co się u nas raz na tydzień, w sobotę,bardzo pilnie odprawiało, i w ten dzień zawsze sklep wcześniej zamykano. Pilnował zawsze tej roboty pan Heliasz.

Kiedy tak, stojąc na drabince, spoglądnę przez otwarteokno na rynek, widzę, idzie popod nasz sklep człowiek wysoki,rudy, w kabacie z łosiowej skóry i z krótkim mieczykiemprzy boku, z bardzo przenikliwym a szpetnym wzrokiem,którym to na prawo, to na lewo wodzi. Popatrzę nań razjeszcze i widzę teraz, że to ten sam Niemiec, który byłz podstarościm na leśnej polanie w owej chwili, kiedy mniekopiącego Kajdasz był przychwycił, i który tak ostro i takbacznie spojrzał wtedy na mnie, jak gdyby mnie sobie dobrzechciał zapamiętać na zawsze.

Odwróciłem się szybko od okna, aby mnie nie zobaczył,i serce mi zapukało od trwogi, a było się czego nastraszyć, bo ten Niemiec był przecie świadkiem, jak hajdukKajdasz padł krwią zalany od mojej ręki. Mało brakło,a byłbym spadł z drabinki, tak mnie widok tego Niemcaprzeraził. Udałem, żem bardzo zajęty robotą, i całą głowęukryłem poza duży słój, który podniosłem jedną ręką, drugąniby kurz ocierając, choć mi ta ręka tam i sam biegała,że owo cud był, żem niczego nic stłukł — ale dobrze się takstało, bo Niemiec ten pod same okno podstąpił i pana Heliasza pozdrowił. Pan Heliasz podziękował, ale w rozmowęsię nie wdał, tak że Niemiec poszedł dalej. Poczekałemchwilę, aż się dobrze oddali, i złażąc potem z drabinki,pytam:

— Panie Heliaszu, kto jest ten człowiek, który was pozdrowił?

— A tobie na co wiedzieć? — odpowiedział pan Heliasz,bo bardzo nie lubił, aby przy robocie gadano, a osobliwie,kiedy go kto z prostej ciekawości pytał.

— Bom tego Niemca widział na wsi w Podborzu, kiedypopioły u nas wypalać zaczęto.

— To jest pan Jost Fok — rzecze krótko pan Heliasz —faktor pana rajcy Haydera.

Zaczęło mi teraz serce naprawdę kołatać, zdało mi się,że mi ono pod piersią ciągle tylko: Fok, Fok, Fok... — woła.Nie wiem już, jako dokonałem tej roboty, bom się po omackuruszał, z otwartymi oczyma, a przecież ślepy, i tak mi było,jak gdyby to tylko mój cień był w sklepie, a ja sam gdzieśdaleko na innym świecie, bo taka już zawsze była mojanatura, że w pierwszej chwili, kiedy mnie co trafiło, napierwszy strzał, jako się to mawia, odbiegały mnie myślii samegom siebie gdzieś gubił, że się ani znaleźć możnabyło, ale po tej pierwszej chwili wrychle mi przychodziłoopamiętanie i sercam znowu nabierał, tak że radzić o sobiejuż mogłem.

Tak też i teraz było. Pobiegłem do mego alkierzyka,choć iść spać jeszcze za wcześnie, alem chciał być samotny,aby nie pokazywać po sobie, że jestem w niepokoju i serdecznej trwodze. Myślałem sobie, jaka to zła i niebezpieczna rzecz jest, mieć coś skrytego w duszy i sumieniu,i musieć to osłaniać przed ludźmi, i strzec się, i pilnowaćwłasnych słów, i kłamać milcząco! Cnotliwy człowiek skrytości i tajemnic nie ma, a ja takie zatajenie w sobienoszę i nigdy do samego dna szczerym być nie mogę z dobrymi ludźmi, bo na dnie zawsze zostanie Semen i jegoprzeklęty sekret, i ta żelazna puszka, która uczepiła się donóg moich jakby nieznośnie ciężka ołowiana kula!

I gorzko się o tym przeświadczyć teraz mogłem, jakokażdy postępek i każdy czyn taki, którego ci się spełnićnie godziło, chodzi za tobą jakby cień i kiedy ci się zdaje,żeś go zostawił daleko za sobą, to on ci na plecach siedzi,i że to, co się źle stało, nigdy końca nie ma, ale wracado ciebie i poprzek drogi ci staje.

— Fok, Fok! — powtarzałem sobie w myśli, tak jakWoroba za miechami w indermachu. — Jeżeli mnie ten Fokpozna, żem ja ten sam, co na polanie leśnej coś tajnegowykopał, żem ja ten sam, co Kajdasza zabił, tedy diabełmnie już żywcem ma, bo będę w ręku złego człowieka, okrutnika, zbrodniarza, co doktora Kurcjusza zamordował, a co zemną będzie?

Niespokojną noc miałem, ale przecie tej jednej wielkiejpociechy mi nie brakło, że Bóg lepiej zna moje serce i sumienie niż ludzie, i że mi potężnym świadkiem i obrońcąbyć raczy, jeśli na mnie jakie ciężkie utrapienie spadnie.

IX. W pułapce

Obudzi się rano ptaszek na zielonej gałęzi, świat mupiękny, słonko ciepłe, na niebie pogoda. Strzępie rosę z piórek, zaśpiewa wesoło i wyleci z krzaka na wolność, na rozkosz, na zielone pola, na pszeniczne kłosy. Wtem padastrzała z łuku myśliwca albo kamyk z procy pastuszka i owojuż na ziemi biedaczek ze złamanym skrzydłem. Tak i mniebyło. Młodość dlatego taka szczęśliwa, że wielką rzecz masobie za małą, a małą za wielką. Smutek dla niej jakoby zagórami, a radość zawsze blisko; byle co, a już się cieszy.Bo kiedyś młody, to poza siebie się nie oglądasz, a przedsiebie nie patrzysz; co się stało, to jakoby nigdy nie było,a co się stanie, o to nie dbasz, zawsześ sobie rad i temu, codzisiaj ci przypadło.

Kiedy się nazajutrz obudziłem, a była to niedziela, nicjuż z tego w głowie nie było, co mi wczoraj zasnąć nie dawało,a to jedno głupstwo, że mi pan Niewczas zrobił już nowemiejskie ubranie, i że je dzisiaj po raz pierwszy oblokę, takmnie radowało, że mi się życie wydało miłe, a świat pięknyjako nigdy. Kiedym się już ubrał, taki strojny wydałem sięsam sobie i tak cale inszy od wczorajszego, żem owo pomyślał: Już nie ma biednego Hanusika, jest teraz tylko panHanusz!

Zaraz też wybrałem się na miasto, a najpierw chciałemiść do katedry na ranną mszę. I owo tak mi się zaraz stało,jako onemu ptaszkowi, albowiem ledwie w bramie byłem, kiedywidzę i oczom nic wierzę: o kilkanaście kroków ode mnie idziehajduk Kajdasz, a koło niego ów Żyd turecki Kara-Mordach,a obydwu prowadzi Lorenc złotniczck, ten sam, któregopoznałem w owej przygodzie z Tatarami!

Skoczyłem w tył i schowałem się w bramę, aby mniehajduk Kajdasz nie poznał, a już nie wiem, czego w onejchwili więcej zażyłem: strachu czy radości? Byłem dotądpewien, żem Kajdasza zabił, i ciągle mi był w oczach jakotrup leżący we krwi na polanie, a tu go widzę, jak idzie żywi zdrów, i jeszcze bardziej oparzysty na twarzy i z większymjeszcze brzuchem, aniżelim go zostawił!

Spadł mi wielki ciężar z duszy i sumienia, żem nie zabójca, za jakiegom się miał, i prawie bym był rad ucałowałhajduka z samej wdzięczności za to, że jeszcze żyć raczy,chociaż to pewno na moją biedę wyjdzie. O czarnym Żydziejuż w Podborzu wiedziałem, że go Semen na śmierć nie zabił,jeno ciężko ranił, ale mówiono także, jako mu żaden balwierznie pomoże i że umierać będzie musiał — tedy i temu bardzorad byłem, że Semen tak samo, jako i ja, nie jest mężobójcą, bo choć Kozak pewnie o to nie dbał, tom ja przecieżdbać musiał, skoro już przyjaźń i wspólność tajemną z nimmiałem.

Ale po tej pierwszej radości przyszły zaraz myśli markotne. Po co Kajdasz przyjechał do Lwowa i dlaczego jestz nim Kara-Mordach? Nie o co innego im chodzi, jeno o Semena, a jeżeli im chodzi o Semena, to i o mnie, a nawet o mniewięcej niż o Semena, bo o Semenie nikt nie wie, gdzie przepadł, a o mnie dowiedzieć się łacno było, gdziem jest, bomprzez Marianeczkę do matki pisał, a matka pewnie z samejuciechy innym powiadała, żem we Lwowie na dobrej służbie,u cnotliwych ludzi.

Tak myśląc, stoję ukryty w bramie i patrzę za nimi, dokąd idą, a w głowę zachodzę, co z nimi ma za kompanięzłotniczek Lorenc i gdzie ich prowadzi? Przeszli na poprzekrynek od połaci południowej ku zachodniej. Lorenc podprowadził ich pod kamienicę jedną, wskazał im bramę i wrócił,a oni obaj weszli do sieni. Wiedziałem, że to była kamienicap. rajcy Uberowicza, który właśnie natenczas był obranywójtem miejskim i z panami ławnikami sądy sprawował;nieraz mnie pan Heliasz albo sam pan Spytek do niegoposyła. Lorenc, wróciwszy, szedł ku kościołowi oo. Dominikan, ja też widząc, że tamci zostali w kamienicy pana wójta,biegnę co tchu za Lorencem, a dopadłszy go, witam grzecznie i mówię:

— Panic Lorenc, coście wy tego tureckiego Żula i tegodrugiego brzuchacza przez rynek gdzieś wiedli?

— Pan Siedmiradzki mnie z nimi posłał, abym im ukazał,gdzie mieszka pan Uberowicz, bo z nim, jako z wójtem,mają ważną sprawę — rzecze Lorenc.

— A co to za ludzie i skąd? — pytam udając, że ich nic znam.

— Ten jeden, w tej długiej czarnej żupicy, to jest kupiecturecki; mówi, że nawet sułtański, a ten drugi, to hajduk z Samborskiego zamku. Przyjechali za niemałą rzeczą: gdybyśmy tomieli, czego oni szukają, hej! hej! pytaliby, co Lwów kosztuje!

— To chyba całej fury złota i srebra szukają, ano i kilkafur może — rzekę na to.

— Gdyby to były fury złota albo srebra, snadniej by imznaleźć przyszło, ale to, co temu Żydowi wzięto, to jaw garści zamknę, a przecież ono za połowę rynku stoi!

— A cóż by to za cudowna rzecz była! — wołam i mówiędalej, aby złotniczka za język pociągnąć. — Żartujecie zdrowi,panie Lorenc, ze mnie, prostaczka.

— To nie są żarty, ale sama prawda. Bo to jest brylant czyli diament najprawdziwszy, wielkości niepomiernej,a najczystszej wody, a za taki brylant to i setki tysięcydukatów się płaci! Gdybyś ty miał brylant jeno laki, jak ziarnkogrochu, to już zań parę wołów kupisz, cóż dopiero, kiedytaki, jak gołębie jajo! Owo taki duży brylant wzięto temutureckiemu Żydowi.

— We Lwowie mu wzięto? — pytam Lorenca.

— Nie we Lwowie, ale gdzieś niedaleko Sambora;napadł go tam w drodze Kozak jeden, czeladnik panaKoniecpolskiego, zrąbał go srodze, w polu za nieżywegozostawił, a z brylantem uciekł.

Zaparł się we mnie oddech na tę powieść Lorencai tak mi się duszno zrobiło, że i słowa jednego przezchwilę wyrzec nie mogłem. Ale całą mocą się jakoś trzymałem, aby niczego po sobie nie dać znać i ochłonąwszyjako tako, pytam złotniczka:

— A co za sprawę ma z tym Żydem i z tym brylantempan Siedmiradzki?

— Co za sprawę ma? Pan Siedmiradzki, jako jest złotnikna całą Polskę sławny, a i poza Polską także, bo go i w Turczech, i w Moskwie, i w Niemczech dobrze znają, przecieod tylu lat sam drogimi kamieniami handluje, i czy to onjeden taki brylant naszemu Królowi Jegomości albo rozmaitym innym monarchom i książętom sprzedał? Carski skarbw Moskwie to mu jeszcze całe krocie tysięcy winien za drogiekamienie, diamenty, szafiry, rubiny, szmaragdy... ale co tomówić, kiedy ty na to głupi.

— Tom dlatego ciekawszy, panie Lorenc, i wdzięczniejszywam za to będę — rzekę pokornie, aby złotniczka zachęcićdo gadania.

— Owóż masz wiedzieć, że mój pan mistrz o ten zrabowany brylant już dawno odebrał listy, bo mu miał byćprzesłany od księcia ziemi siedmiogrodzkiej, Betlen Gabora,który kamień ten już był sobie u tego turskiego Żyda ujednał,i jeno o to szło, aby mój pan go widział i wartość jego otaksował, i aby go potem do Amsterdamu, do Inderlandówwyprawił — gdzie brylant miał być oszlifowany, bo to jeszcze surowy kamień jest, taki jak z ziemi wyszedł. Opowiadałnam pan Siedmiradzki, że o tym kamieniu już dawno słyszałi że cudowne wieści o nim chodzą, jakby w bajce. Miał gojeden bardzo znaczny Turek, basza sułtański, i temu go Kozacyw Synopie nad Czarnym Morzem zrabowali, potem odbiłKozakom basza ten kamień, ale w jakiś czas znowu samz brylantem w ręce kozackie się dostał, a od Kozakówkupił go ten Żyd turecki. Ma ten brylant swoje nazwisko,bo bardzo duże brylanty, że ich bardzo mało na świeciejest, mają swoje własne nazwiska jak ludzie, i tak jest jedenogromny, co się nazywa Kohinor, drugi, co się nazywaNadyr-Szach, inny Moguł, znów inny Florent. A ten, cotemu Żydowi jakiś Kozak wziął, to jak powiadał nam panSiedmiradzki, nazywa się Oko Proroka.

Więcej mi wiedzieć nie było potrzeba! Oko Proroka!A więc w tym małym żelaznym olsterku mieści się skarb,za który kupić można Lwów cały, a przynajmniej połowęrynku! A ja, mizerny pachołek, ja, podły czeladniczek w handlu pana Spytka, ja, chłopskie dziecko bez dachu i chleba,jestem wiernikiem i stróżem tego skarbu, o który się krewrozlewała i o który książęta listy rozpisują! A ten kamyk,taki cudowny, taki drogi, że go całą furą złota nie zapłacisz,leży w alkierzyku, w mojej skrzynce ubogiej, w której nicnie ma, jeno kilka podartych koszulin, stara podborskasukmanka, para buciąt podartych i owa książeczka: Officium,czyli Godzinki do Anioła Stróża!

Pierwsza myśl moja była, biec zaraz do domu i zobaczyć,czy żelazne olsterko jeszcze jest w tej skrzynce biednej,która nie miała nawet zamka, bo ostatnimi czasy cale zapomniałem o nim i nie widziałem go już dość dawno.Idę tedy do domu, ale nie od rynku, bom się bał natknąćna Kajdasza, jeno od ulicy, co z tyłu niedaleko muru miejskiego była, bo kamienica pana Spytka dwa wchody miała.Zastaję tylną bramę zamkniętą, bo ją w niedzielę zawszena cały dzień zamykano, o czym ja w pośpiechu moimzapomniałem. Chcę wracać do rynku, kiedy czuję, że mniektoś z tyłu silnie za ramię ułapił. Oglądnę się żywo i jakbymupiora zobaczył, stanę nieruchomy i jakby skamieniałyz nagłego strachu!

Nade mną stał pan Jost Fok i wlepił we mnie swojeoczy, zielonkawe i świecące jak u kota, a na ustach miałuśmiech, z którym jeszcze mi się straszniejszy wydał. Nierzekł ani słowa, jeno ściskając moje ramię jeszcze mocniej,powiódł mnie z sobą. Szedłem chwilę bez woli, jakoby bezduszne bydlę, ale gdym tak kilkanaście kroków uszedł,szarpnąłem się z całej mocy, chcąc się wyrwać, ale Fok jeszcze silniej ścisnął mnie swoją dłonią i pociągnął dalej za sobą.

— Panie Fok — mówię — puśćcie mnie, co mnie szarpiecie?

— To ty mnie znasz? — odpowiada i wiedzie mnie dalej.

— A wy mnie znacie? Com wam zawinił i czego chcecieode mnie?

— Ty jesteś Hanusz Bystry z Podborza — rzecze Fokgłosem spokojnym, a przecie takim surowym, że się aż zimnorobiło. — Ty jesteś Hanusz Bystry i jeżeli nie pójdziesz zemną cicho, spokojnie, pokornie, jako przyjaciel z przyjacielem, to pamiętaj, że tylko palcem ruszę, a jakby się ziemiaotworzyła przed tobą, zaraz tu będzie pan Kajdasz i pan wójt,a pachołki miejskie za nimi.

I przyłożywszy palec do ust, nakazując mi milczenie, i znowutak na mnie groźnie popatrzył, że mi dreszcz przebiegł poplecach. Nie było co namyślać się długo; gdybym się bronił i krzyczał, mogłoby być gorzej ze mną. Powiedziałemsobie tedy, że lepiej iść na wolę bożą z tym strasznym człowiekiem aniżeli od razu na ratusz do więzienia, w straszniejsze może jeszcze ręce Kajdasza, pana wójta, cepakówmiejskich, a co wiedzieć, czy i nie kata?

Tak weszliśmy w Ruską ulicę, a z Ruskiej na róg rynkui do Fatrowskiej kamienicy, gdzie było mieszkanie panaFoka. Weszliśmy na pierwsze piętro. Fok zapukał głośnodo drzwi, a po dłuższej chwili otworzyła nam stara szpetnababa, z głową owiniętą w żółtą chustę, spod której wyłaziłyrozczochrane kosmyki siwych włosów, z dużymi okrągłymiokularami na garbatym nosie, że wyglądała jak sowa.

Nic widziałem nigdy czarownicy, ale kiedym przybyłdo Lwowa, to mi opowiadał p. Dominik, że jakoś rok temuspalono starą kuśnierkę Szurzykową, jako przekonaną w urzędzie o praktyki z nieczystą siłą; tedy sobie pomyślałem, żeSzurzykowa musiała pewno tak wyglądać, jak ta strasznababa. Na moją pociechę Fok dał znak tej babie, a była to jegomatka, aby sobie poszła, bom się tej wiedźmy może bardziejbał niż jego samego.

Kiedyśmy już byli sami w izbie, pan Fok puścił mojeramię, bo dotąd ciągle mnie mocno trzymał, zamknął drzwina klucz i siadając na zydlu, patrzył na mnie, milczący, jakkot na mysz złowioną. Ja tymczasem już nieco przyszedłemdo siebie i serca mi trochę przybyło, i zacząłem myśleć o sobie,co by robić i jak by się z tej matni wydobyć! Byłem już wyrostek duży, szesnastoletni, na wiek mój cale silny, mógłbymbył już niejednemu chłopu stawić się na rękę: spojrzałemtedy na Foka bacznie, jakbym go okiem chciał zmierzyć i zważyć, czy mu się dam, czy nie dam, i czy też siłą mocą nie wydręsię z rąk tego złego człowieka. Ale Fok snadź zaraz odgadł,co mam w myśli i oku, bo popatrzył na mnie przenikliwie,wydobył z pochwy swój mieczyk, pomacał palcem ostrzai znowu schował, a potem tak spojrzał na mnie, jakoby rzecchciał samemi oczyma: Nie tędy, braciszku, droga.

— Teraz możem pogadać z sobą — ozwał się Fok pochwili, a mówił już dość sprawnie po polsku, bo lat kilkanaście temu, jak był przywędrował do Lwowa.

— Ja z wami, panie Fok, nie mam żadnej sprawy — rzekę —i nic do gadania.

— Ale ja mam z tobą — mówi Fok na to. — Mam ciebiepozdrowić od Pana Kajdasza; zdrów jest, niedobrześ gotrafił rydlem, trzeba było lepiej.

— Widziałem dziś sam Kajdasza i rad jestem, że żyje,bom go zabić nie chciał.

— Tedy i Żyda Mordacha widzieć musiałeś, a może jużi wiesz, po co tu przyjechał?

— Nie wiem i nie dbam o to — rzekę śmielej, bomczul, że mi się pokora z tym człowiekiem na nic nie przyda.

— Dlatego nie dbasz, że nie wiesz, ale jak się dowiesz,inaczej będzie. Mordach przyjechał do Lwowa, imać kogośtakiego, o którego ty bardzo dbasz, i oddać go na ratusz.A tym ktosiem to ty jesteś.

— A za cóż mnie imać mają? — pytam.

— Za co? Za to, żeś zbójca i złodziej.

— To nieprawda!

— Ja też tego nie mówię; to oni mówią. Ale ja bym niechciał w twojej skórze być i bardzo mnie ciebie żal.

— Kiedy wam mnie żal, panie Fok — mówię na to —czemuż mnie siłą pod kluczem trzymacie i z mieczem nade mnąstoicie jak nad złoczyńcą?

— Bo ciebie ratować chcę, Hanusz.

— Ratował mnie będzie Pan Bóg, a wy mnie puśćcie.

— Dziękuj już teraz Panu Bogu, że tu siedzisz; masz tyza co. Kiedybyś ty wiedział, co ciebie czeka, tobyś mnie naklęczkach błagał, abym cię stąd nie puścił, i na próg byś siękładł, a wynijść nie chciał.

Popatrzyłem na niego z niewiarą i z gniewem, że mniekrzywdzi, niecnota, i jeszcze sobie ze mnie szydzi, co teżNiemiec zaraz zmiarkował i tak rzecze:

— Właśnie teraz, kiedyś ty u mnie, cepaki ratuszowe,których pan wójt wysłał, szukają ciebie u pana Spytka.Gdybym cię był nie spotkał i nie ukrył u siebie, już by cięwzięli na ratusz, już byś, niebożę, siedział teraz w Dorotce.

— A za cóż by mnie brać miano do Dorotki? — pytamna pozór śmiele, ale w duszy nie bardzo mężny, bo Dorotkato była nazwa ciemnicy więziennej, do której sadzano najgorszych złoczyńców we Lwowie.

— Nie będziesz ty łgał przede mną, nie obełżesz mnie:wiem ja dosyć, a ty wiesz więcej.

— A cóż wy wiecie przeciw mnie?

— Kto miał przyjaźń z tym Kozakiem, Semenem Bedryszką? Kto z nim napadł na gościńcu Żyda Mordacha?Kto to zrabował, co Żyd miał przy sobie? Kto zakopał i wykopał?

— To jest sprawa Kozaka, a nie moja; jam nikogo nienapadł i nie zrabował. Szukajcie sobie Semena, kiedy wamgo trzeba.

— A coś ty w lesie wykopał? — zapytał nagle Fok i położywszy obie dłonie na moje plecy, tak ostro utkwił wemnie oczy, jakby mnie aż do duszy chciał przeniknąć.

Wytrzymałem jego spojrzenie, anim mrugnął, i mówię:

— Nic.

— A jam to „nic” widział — zawołał Fok już bardzoniecierpliwy — na własne oczy widział, bom cię przeciezaszedł na tym w lesie! Co to za rzecz była w tym skórzanym mieszku?

Sunąłem niemy jak słup, kiedy mi to powiedział, bomdotąd pewien był, że ani on, ani postarości, ani Kajdasznie widzieli, żem ów mieszek chował w zanadrze.

— Co to było? — woła teraz surowo Fok, pewny, że mniejuż ma.

— Nie wiem, o niczym nie wiem.

— Gdzieś to podział?

— O niczym nie wiem — znowu rzekę, i tak sobie jużpostanowiłem, to jedno tylko powiadać, choćby mnie storazy pytał.

— O niczym nie wiesz? — rzecze na to Fok. — A o tym,czy także nie wiesz, jako pytają na ratuszu? Nie powiadanoci jeszcze? Tam każdy złoczyńca najpierw tak mówi, jako i ty:o niczym nic wiem. Tedy go po dobremu proszą: powiadaj,nie daj się psować! A jak nie powie, tak jako ty powiedziećmi nie chcesz, tedy dają go katu, a kat bierze go na śrubę.A wiesz, co to śruba? Jak kat pokręci, raz, drugi raz...trzeci... wyciągnie ciebie jako strunę na skrzypcach, powykręca ci stawy i członki, powywraca łopatki, wszystkiekości zaczną trzeszczeć, żebra się rozsadzać będą. I żebyśjaki twardy był, śpiewać, niebożę, będziesz!

Przeszło po mnie mrowie od stóp do głowy i czułem,że mi się włosy jeżą, bom ja słyszał o tym dużo jeszcze nawsi, a i pan Dominik opowiadał mi, jako to złoczyńcówbiorą we Lwowie na męki, jako im kat boki przypala świecą,szarpie ciało rozpalonymi kleszczami i inne okrutne zadajeudręczenia, aż póki się nie przyznają do zbrodni i nie wydadzą swoich wspólników, i jako zdarza się często, że najniewinniejszy człek, który dostał się w podejrzenie zbrodni,na tych mękach sam siebie i drugich oskarża, sam powiadana siebie to, czego nie zrobił, byle się z tych mąk wydobyć, a potem już bez żalu na szubienicę albo pod mieczidzie, bo z popsowanym ciałem i tak by żyć długo nie mógł!

Pan Fok nie spuszczał mnie z oka, jakby miarkowałdobrze, co się we mnie dzieje.

— Obacz się teraz, chłopie, jako stoisz — rzekł po dobrejchwili milczenia. — Jeżeli mnie odpowiadać nie będziesz, toodpowiesz katu. Co tedy wolisz? Katu wyśpiewasz wszystko,a po takiej spowiedzi przyjdzie sroga pokuta: miecz alboszubienica, bo tu o rozbój, o ciężkie poranienie i o kradzież sprawa. A komu z tego zysk? Tylko temu ŻydowiMordachowi, a nie Kozakowi i nie tobie.

— Ani wam — rzekę już śmielej, bom znowu niecoodwagi nabrał.

— Ani mnie — mówi na to Fok — ale to twoja wielkaszkoda i twojego ojca, który jak mi powiadano, podobnow pogańskiej niewoli żyje.

Zaświtało mi w głowie, kiedy to powiedział. Tędy tobiedroga, panie Fok — pomyślałem sobie — chodzi tobie o własny zysk; nie dla żadnej sprawiedliwości mnie tu trzymaszi nie dla onego Żyda, ale dla siebie, abym tobie to wydał,co mi Kozak Semen powierzył. Mówię mu tedy:

— Panie Fok, a jak to umyśliliście? Sobie wam się chce?

— Sobie i tobie — odpowie — bo ty sam tego ani sprzedasz, ani zjesz, ani się tym od szubienicy wykupisz. Pokażto jeno komu, a pewnie ci głowę zdejmą. A jak się mnie zwierzysz, będziesz bogaty, ojca z niewoli wykupisz i panem z chłopazostaniesz. W moim ręku — to złoto, a w twoim — to śmierć.Masz wóz i przewóz; wybieraj, ale zaraz, w tej chwili, bo będzie za późno.

Na pokuszenie mnie powiódł ten niecnotliwy Niemiec, alezaraz pomyślałem sobie: Nie będziesz mu po woli, to zgubisz ciało; będziesz, to zgubisz i ciało, i duszę. Teraz mamczyste sumienie i niczego się w sercu moim sromać nie potrzebuję, a jeżeli obrócę, przez chciwość będę zdrajcą i złodziejem. Niechajże się ze mną stanie, jako chce, ale wierności dochowam i przysięgi mojej nie złamię. Chcę tedyFokowi zaraz tak odpowiedzieć, kiedy naraz odzywa się silnepukanie do drzwi. Fok powstał szybko z zydla, popatrzyłna mnie, a potem dokoła izby, jakoby szukał, gdzieby mnieschować.

— Kto tam? — zapytał, a mnie dał znak, abym milczał.

— Otwórzcie, proszę, panie Fok, to my obadwaj, ja i panMordach — odezwał się głos za drzwiami.

Poznałem zaraz — był to głos hajduka Kajdasza! Struchlałem, pewien już tego, żem stracony! We dwa ogniem siędostał, między dwie paszcze smocze! Na lewo wróg, na prawowróg, a ja bezradny pośrodku; jeno czekać, który będziepierwszy, co mnie we szpony chwyci! Zdało mi się tak, jakbymw przepaść leciał, a na dnie śmierć widział!

Ale inaczej się stało. Nie tyłkom ja nastraszył się tychgości; pan Fok także bardzo im był nierad. Rozglądnął sięszybko po izbie, potem nagle chwycił mnie za rękę i powiódłdo jakichś niskich drzwiczek, o których ja myślałem, że tojest ścienna aimaryjka do chowania sukien, otworzył je, pchnąłmnie jakby w jakąś czeluść ciemną i te drzwiczki na kluczza mną zamknął. Zleciałem gdzieś, jakby na jakieś schodywąziutkie i strome, ledwiem się na nich zatrzymał, a dokołamnie była ciemność jak w piwnicy.

X. Ucieczka

Macając kolo siebie poznałem, że jestem na wąskichschodkach, które w dół prowadzą, ale co tam na dole, w ciemności widzieć się nie dało. W górze nad sobą widzę tylkoświatełko z izby, co się przedzierało przez szczelinki tychdrzwiczek, którymi mnie Fok wyprawił tak nagle. Podlazłemtedy wyżej pod same drzwi i słucham, co mówią w izbie.

— A to źle jest — słyszę głos Foka — kiedy tego chłopca nie macie jeszcze.

— Z ratusza zaraz posłano pachołków do pana Spytka —imówi Kajdasz — ale go tam nie było. Wyszedł rano i jeszczenie wrócił.

— To i nie wróci — powiada Fok.

— Kiedy on tylko do kościoła miał pójść; wezmą gopewnie, a może już i wzięli. Przyszliśmy po was, panieFok, abyście z nami szli na ratusz jako świadek, żeściewidzieli, co się stało onego dnia w lesie, i jako tego chłopakana kopaniu zeszliśmy. Pan wójt was prosić kazał.

— Pan wójt nie pomoże i moje świadectwo nie pomoże,kiedy chłopca nie ma.

— Ale będzie — odzywa się głos trzeci po rusku, a to byłpewnie glos Żyda Mordacha, który tylko po turecku i trochępo rusku mówić umiał. — Już na niego u tego kupca czekająi po mieście go szukają także.

— Szukają, ale nie znajdą — rzecze krótko pan Fok.

— Czemużby nie? — pyta hajduk.

— Bo uciekł.

— Uciekł! — zawołali razem hajduk i Żyd.

— A uciekł — mówi Fok — i głupi by był, gdyby niebył uciekł, skoroście łazili w jasny dzień po rynku, że waskażdy widział! Trzeba było mnie słuchać. Mówiłem wam:nic jedźcie, zostawcie to mnie, a jeżeli już konieczniechcecie, ukryjcie się gdzie w gospodzie.

Mordach coś po turecku z gniewu zawołał, jakby klął,i znowu po rusku się ozwał:

— Gdzie on mógł uciec! Trzeba go zaraz łapać! A jak wywiecie, że uciekł?

— Bo wiem, gdzie uciekł.

— Wiecie, gdzie uciekł, panie Fok, i nie mówicie tegozaraz, a my czas tracimy! Gdzież on uciekł? On nie mógłdaleko uciec; w którą stronę on uciekł?

— We Lwowie jest cztery wyjścia, dwie bramy i dwiefurty, pewnie przez jedną z nich uciekł.

— Panie Fok — mówią razem i Kajdasz, i Żyd, bo prawiezawsze razem mówili, pomagając sobie wzajem — wy z nasżartujecie, a nam się pod nogami pali!

— A mnie się nie pali — mówi pan Fok spokojnymgłosem — bo ja tego chłopca jakbym w kieszeni miał.

— To go nam dawajcie, na ratusz go dawajcie! — wołaŻyd, a głos mu się trzęsie ze złości.

— Dawajcie, dawajcie — powtarza pan Fok tym samymspokojnym głosem. — Panie Mordach, i wy kupiec, i ja kupiec:wy wiecie tak samo dobrze, jako i ja, że dawać, a nie brać,to rzecz głupia jest.

Jakiś czas cicho było w izbie; przynajmniej jam nic słyszeć nie mógł, choć miałem ucho do drzwiczek przytknięte.

— Panie Fok, czemu wy nie zaczęli od tego? — ozwał sięnareszcie głos Żyda.

— Bo to wasza rzecz była zaczynać, a zaczęliście bezemnie — odpowiedział Fok.

— Co mam dać? — pyta Żyd.

— Co wam ten chłopiec wart? — pyta Fok.

— A co was ten chłopiec kosztuje? — pyta Żyd.

— To, co wam wart — mówi Fok.

— Jak przy nim tego nie ma, co mi Kozak wziął, to onmi nic niewart — powiada Żyd.

— A jak przy nim to jest?

— Sto dukatów — rzecze Żyd.

— To bardzo mało.

— Dwieście dukatów.

— To jeszcze mało.

— Trzysta!

— Jeszcze mało.

Mordach znowu zaklął z turska i prawie już nie krzyknął,ale zacharczał, jako wtedy, kiedy Kozak Semen gardło mudławił:

— Pięćset!

— Panie Mordach — rzecze teraz Fok — jeżeli wamchłopca dam, a u chłopca będzie to, czego szukacie, daciemi tysiąc dukatów. Ani grosza mniej! Spiszemy z sobą na tointercyzę, złożycie pieniądze za rękę, a do jutra rana przystawię wam chłopca, gdzie chcecie: na ratusz, do gospody,do kata, choćby prosto pod szubienicę. To moje ostatniesłowo, jakem Fok!

Zaczęło się teraz frymarczenie i targowanie długie, togłośne, to takie ciche, żem chwilami niczego dosłyszeć niemógł, ale to wyrozumiałem, że Żyd tyle pieniędzy nie miał,aby je złożyć za rękę i zapis dawał, a pan Fok zapisu gołegonie chciał, jeno żądał bezpiecznej poręki, a Mordach porękiżadnej we Lwowie dać nie mógł, jako iż był nieznany nikomu,tylko do jednego złotnika, pana Siedmiradzkiego, listy miał,a ten był takiej znacznej poręki pewno mu nie dał. Stanęło owotym, że Fok zaraz z Mordachem do Żółkwi pojadą, gdzie byłpewien Żyd bogaty bardzo, co Mordacha jeszcze z Turekznał i handle z nim miewał, i ten to Żyd miał dać porękę naów umówiony zapis. Skończyło się targowanie w izbie, słyszałem, jak ktoś, a była to oczywista rzecz, że sam Fok,spróbował, czy drzwi z izby, przez które mnie wypchnąłw to moje więzienie, dobrze są zamnięte, i klucz z zamkuwyciągnął, a potem wszyscy wyszli i zostałem sam w ciszyi ciemności.

Kiedyby baran znał i rozumiał ludzką mowę, a był przytym, jako go okiem ważą i czy tłusty rozważają, i o cenęsię jego targują, i nad tym radzą, jako z niego mięso przyprawić, czy upiec, czy uwarzyć, i jaki z niego kożuszek sięokroi — pewno by mu tak było, jako mnie teraz, kiedymtego wszystkiego wysłuchał. Utargowali mnie żywcem, tylkoczekać, jako mnie oprawią: czy stryczkiem czy mieczem.

Czegom się z ostatnich słów Foka tylko domyślał, tomi teraz już całkiem jasne i pewne było: chciał się ten niecnota na obie strony ubezpieczyć; czy tak, czy owak, zawszejemu zysk. Albo mnie strachem weźmie i wydam mu owo przeklęte wykopane olsterko, które mnie na taką zgubę i ostatnie nieszczęście przywiodło, a wtedy, jeżeli tam ów dużybrylant jest, o którym mi mówił złotniczek Lorenc, weźmiego sobie, a Żydowi będzie piskorz; albo ja mu niczego niezwierzę i nie wydam, tedy Żydowi mnie odstawi, jako obiecał,i tysiąc dukatów weźmie. A czy owo pierwsze się stanie,czy drugie, dla mnie to jedno; jam zawsze przepadł, bo choćbym stał się powolnym Fokowi, już ja z jego rąk żyw niewyjdę; nie będzie on chciał mieć we mnie świadka, znajdziena mnie sposób i to mnie czeka, co tego weneckiego doktoraKurcjusza, o którym opowiadał mi pan Dominik.

Pomyślawszy tak nad tym wszystkim, zacząłem się rozglądać dokoła, gdzie jestem i czy jakiego ratunku nie znajdę.Jak już rzekłem, byłem na jakichś stromych i wąskich schodkach i z początku zdało mi się, że w grubej ciemności, kiedyjednak oczy się trochę opatrzyły, mogłem rozeznać, że jest tomała izbuszka i że naprzeciw mnie, ale w samej górze,przebija światło małymi szparami ze dworu, tak jakby tamokienko było, ale przywarte żelazną albo drewnianą okiennicą. Schodzę ostrożnie po schodkach na dół, a było ichniewiele, jestem na podłodze cegłami wykładanej. Oczy corazbardziej do ciemności mi nawykają, już rozeznać mogę, żeizbuszka nie całkiem pusta i są w niej jakieś sprzęty i rupiecie, snadź skład niepotrzebnych rzeczy. Podchodzę do onegoświatełka i jakom się domyślał był, widzę, że jest okno, jenoprzysłonięte, ale wysoko i ręką go nie dostać.

Pocznę tedy szukać po ćmie, czy nie znajdę czego, naczym bym mógł stanąć, aby dostać rękoma do okna i oderwaćokienniczkę, a tym sposobem światło mieć, bo wiedziałem, żebez światła nie wydobędę się z mego więzienia. Kładę siętedy na podłogę i tak na raczkach, macając rękami, łażę pociemnicy, ale nic takiego nie natyka mi się po drodze, chybaniekiedy szczura jakiego spłoszę, a o co zawadzę, to albopróżna bania, albo flaszka, albo inne jakieś rupiecie, caledla mnie niezdatne. Trafiam nareszcie na jakieś puzdro drewniane, płaskie i nieszerokie, a zda się próżne, bo lekkie,chociaż zamknięte. Biorę je tedy, ustawiam pod oknem, stawam na nie i jeszcze się na palce wspiąć muszę, aby dosięgnąćokienka, ale już go teraz dosięgam ręką, choć mi trudno.Chwytam za to, co mi się zdało być okiennicą, i dobrzeszarpnę, aby ją rozeprzeć, jeżeli zaszczepiona, albo i wyrwaćz zawiasów. Nagle usłyszę trzask pod sobą i padam na ziemię,obalając się jak długi na podłogę, a tu już światło wpadado komórki.

Wstaję i patrzę, co się stało? Okienko okrągłe nie miałookiennicy, tylko je zastawiono deszczułką, snadź dnem z jakiejś kufy, i kiedym denko to uchwycił, i silnie szarpnął,a ono zaraz puściło, to przewaliłem się moim własnym zamachem w tył i na ziemię. Ucieszyłem się bardzo, żem takślepym, a szczęśliwym trafem wpuścił dzień Boży do tegomego więzienia, a choć go dużo nie miałem, bo okienkomałe, a błony w nim takim odwiecznym kurzem i pajęczynąpokryte, że ledwie się światło przedrzeć mogło, to przecieżjuż teraz dobrze rozeznać mogłem, gdzie jestem i co mam kołosiebie.

Była to mała sklepiona komórka, jakie bywają po lwowskich kamienicach, a w nich albo łaźnię mają, albo ich teżjako rodzaj skarbca używają, osobliwie tacy, co się zastawami trudnią. Zdaje się, że ta komora więcej onej strasznejbabie w żółtej chuście aniżeli samemu Fokowi należała, bowięcej tu białogłowskich rzeczy było niż męskich; stały podścianami statki gliniane i drewniane, fasy z masła i banie,jakich przy syceniu miodów używają, kilka półsetek płótnadomowego, takiego jak je zawadowscy i zaszkowieccy tkaczerobią, ale leżało na podłodze także sporo ksiąg rozmaitych, od wieku pewnie nie ruszanych, bo grubo prochemnasiadłych, a ze sprzętów innych był w kącie stół mały,połamany, o dwóch tylko nogach i stała przy jednej ścianieduża, mocno kowana skrzynia, taka ciężka, że ją ruszyćtrudno było z miejsca, i ta pewnie do samego Foka należała.Siadłem sobie na tej skrzyni, dumając, co dalej pocznę,a wszystkie myśli moje z jednej rzeczy bieżą i ku jednejwracają, jak rój pszczół z ula i do ula, a to: jakby stąduciec.

Mam przed sobą dużo czasu, jeżeli wszystko tak sięstanie, jako w izbie uradzono. Będzie teraz jeszcze ze dwiealbo i trzy godziny do południa, tedy Fok jeśli pojechałzaraz z Mordachem do Żółkwi, nie stanie tam prędzej jak dobrzez południa. Będą się tam jeszcze pewno swarzyć i targowaćz sobą, nim ową porękę spiszą, upłynie im choćby dwiegodziny, gdyby tego najspieszniej im było, dobrze pod wieczór dopiero wrócą. Jeżeli mi się uda uciec, to tylko przezono okno; innego sposobu nie ma. Okno okrągłe i ciasne: jamwprawdzie nie gruby, a raczej wiotki, ale tak na oko trudnozgadnąć, czy się przewlokę. A jeżeli się przewlokę, jak sięna dół spuszczę? A jeżeli się spuszczę, kędy tam na dolesię znajdę, bo ani wiem, gdzie to okienko wychodzi?

Tak rozmyślając ciągle, patrzę w ono okienko okrągłejakoby w zbawienie moje, jakoby w oko dobrego przyjaciela, co na mnie opuszczonego litośnie patrzy i mrugatajemnie, abym się co rychło ratował, i tak mi się w tejbiedzie okienko to wydało jako słoneczko w onych wierszykach, które Urbanek na pamięć umiał: śliczne oko, dniaoko pięknego. Kiedy mu się tak przyglądam i mierzę okiemjego szerokość i jego odległość od podłogi, dopiero obaczę,że owo drewniane puzdro, na które stanąłem, kiedym chciałokna dosięgnąć, i z któregom się obalił na ziemię, połamałosię pode mną i że to stąd był ów trzask, który padając słyszałem. Puzdro podstawiłem był sobie nie dnem ale bokiem,bo było za płaskie, tak że kiedy się zapadło pode mną, zameczek się rozsadził, wieczko się popękało, a ze środkawysypało się wszystko, co tam było. Nie było tego wiele:kilka maluczkich bardzo flaszeczek, jakie bywają u doktorówna bardzo ostre i drogie leki, długi tulich, a raczej sztyletwłoski i trochę papierów.

Wpadł mi w oko najpierwszy sztylet, bo mi mógł byćwielce użyteczny w mojej potrzebie. Wziąłem go do rękii wydobyłem z skórzanej pochwy: trochę był rdzą nadjedzony,ale jeszcze ostry i jako broń mógł dobrze służyć. Zgarnąłempotem papiery i chcę je nazad wrzucić do puzdra wraz z onymiflaszeczkami, kiedy na jednym z nich wpada mi w oko napiswiększymi literami:

Andreas CurtiusDoctor Medicinae

Skwapliwie się teraz rzuciłem na te papiery, a dziękowałem w myśli mendyczkowi, że mnie w czytaniu przećwiczył, bom przedtem ledwie z drukowanego czytać umiał, a pisanego ani w ząb, zwłaszcza kiedy było drobne i choćbytroszkę tylko posuwiste i pokrętne. Było tych papierów kilkanaście sztuk, i po łacinie, i po polsku pisanych, a chociażwszystkiego nie tylko rozumieć, ale nawet odczytać nie mogłem,przecie to mi jasna rzecz była, że wszystkie się odnoszą doonego doktora weneckiego, Kurcjusza, który stanąwszy u panaFoka we Lwowie, w taki tajemny sposób zginął bez śladui wieści. Były tam cyrografy i zapisy z pieczęciami i podpisami, jako np. pana Stanisława Lubomirskiego, starostysandeckiego, jakiegoś kupca augustiańskiego Natana, kupcakrakowskiego Waleriana Montelupi, który z moim panemmiewał handle, i innych, a wszystko to na same tysiące,że ani jednej liczby nie widziałem, co by nie miała czterechcyfr.

Zrobiło mi się zimno; struchlałem. Zdało mi się, że z tychpapierów krew ciecze, i że jak dobrze zacznę zaglądać pokątach między one graty i rupiecie, znajdę tam trupa. Dzwoniło mi w uszach, co Woroba powtarzał w indermachu: „Fok,Fok, Fok!”, i już z tych papierów ostatnią pewność miałem, że Fok zamordował doktora Kurcjusza, i że mnie tak samozamorduje. Teraz jasna rzecz była dla mnie, że mam tylkodwoje przed sobą: uciec albo umrzeć, a nic trzeciego niemasz. Byłem jako skazaniec, co jeno słucha, kiedy kat dodrzwi zapuka. Poleciłem się Bogu i przygotowałem się nawszystko, takie robiąc postanowienie, że jeżeli mi się niepowiedzie uciec jakim sposobem, będę czekał z sztyletemw ręku na Foka i rzucę się na niego pierwszy, i będę z nimwalczył na śmierć i życie, a jak już przyjdzie ginąć, to i onze mną zginie.

Zabrałem wszystkie papiery po doktorze Kurcjuszu, zrobiłem z nich jeden zwitek i schowałem dobrze w kieszeni.Wiedziałem teraz, że jeżeli żyw stąd ujdę, będzie to sroga brońna Foka, daleko straszniejsza aniżeli ów sztylet, który miałempogotowiu, i że wtedy on lepiej jeszcze będzie w moichrękach, aniżeli ja dzisiaj w jego.

Ale jako uciec? Jako się rzekło, jedyna droga była przezokienko, ale aby tędy się wymknąć, trzeba było dostać siędo okna, tak aby się móc przewlec przezeń leżąc na brzuchu,nogami do podwórza, głową do komórki, było albowiemnazbyt ciasne, aby w inszy sposób zrobić to była rzeczpodobna. Żeby zaś tym jedynym sposobem wydostać sięprzez okno, trzeby było znowu ustawić sobie rusztowanie,takie wysokie, aby równało się z framugą okienną. To byłarzecz główna i do niej się zaraz zabrałem.

Trzeba było najpierw przysunąć ową dużą i wysoką skrzynię do samej ściany pod okno, a była to robota niełatwa,bo skrzynia była bardzo ciężka, a podłoga z cegieł bardzonierówna, tak że posuwać po niej ciężar było nazbyt trudno.Nie tracąc czasu wziąłem się do tego. Co się przyprę doskrzyni z całej siły, że mi aż żebra trzeszczą, to ledwie ją nacal poruszę. Pot mi się już leje z czoła, ręce już opadają z wysiłku, krzyże nieznośnie bolą, a skrzynisko owo przeklęteledwie na pół łokcia polazło, jak ślimak po piasku. Ale żetu o życie lub śmierć chodzi, tedy co upadnę na sile, to sięznów wzmagam, ostatniego tchu dobywam, a nie ustaję. Cochwila przerwać muszę to przeklęte posuwanie, bo choćskrzynia okrutnie ciężka, przecie nie musi być pełna, boco raźniej posunę po cegle, to zaraz zadudni i zadzwoni,jakby w niej same łańcuchy się tłukły.

Dużo czasu stracił ja na posuwaniu tego skrzyniskai już dobrze było z południa, kiedy nareszcie przywlokłemje pod samo okno. Teraz wziąłem ów stół o dwóch nogach,ale cóż z nim uczynię, kiedy na skrzyni stać nie będzie?Oglądam się za czymś, czym by go podeprzeć można, abystał; nie ma nigdzie ani kawałka drewna, ani patyka. Niewiem już, jako uczynię, kiedy wpadną mi w oczy one stare,zakurzone księgi na podłodze. Układam je pod stół zamiastnóg brakujących i widzę z wielką radością, że teraz stółmocno stoi, a od niego do framugi okna już tylko mało niedostaje.

Trzeba było teraz obaczyć, co jest za oknem. Wyłażętedy na to moje rusztowanie, ostrożnie, aby się książki niewysunęły i wszystko się nie obaliło pode mną. Widzę teraz,że okienko ma dwa skrzydła, a w nich same małe szybeczki,na ołów wpuszczone. Otwieram i obaczę, że jedno skrzydło jest na zawiaskach i da się łatwo wyjąć, ale drugie jestnieruchome, w samym murze umocowane. Trzeba je siłąwyłupić, próbuję rękami, nie pójdzie to. Złażę tedy na dółi omal co nie przewracam sobą wszystkiego, ale jakoś przecie się ostało. Biorę z ziemi ów sztylet po doktorze i wszedłszyznowu na górę, zacznę nim łupać ramy od okna. Szczęściem,że choć były dębowe, przecie od czasu i niepogody bardzonadpróchniałe, inaczej kto wie, czy byłbym w czas dokonałroboty, bo sztylet bardzo był do niej nieskładny, że tylkodziobać i dziobać, a skutku nie widać.

Nareszcie wyjąłem całe okno i wsuwam się w otwór, a widzęz wielką uciechą, że jest dość duży, aby się przesunąć plecyma. Rozglądam się teraz, leżąc w oknie na murze, którybył szeroki, i wychylając głowę, co tam na dole. Widzęciasne bardzo podwórko, dokoła murami wysokimi zamknięte, a wszystkie mury ślepe, żadnego w nich nie masz okna.Jeden z tych murów, lewy, to był widocznie od Zarwanicy,drugi, co był naprzeciw mnie, od ulicy Szkockiej, trzeci,po prawej, od kamienicy pani rajczyni Korzeniowskiej.Patrzę na sam dół pod siebie i tu widzę z pociechą mojąwielką drzwi, które nie mogą prowadzić gdzie indziej, jenow sień tej kamienicy, w której siedzę zamknięty, tak że kiedymi się powiedzie spuścić na ziemię, to będę miał kędy wyjśćna rynek, a już się bałem był, że z tego całkiem zamurowanego podwórka nie masz wyjścia i że znowu jak w klatcesię znajdę.

Teraz chodzi o to, jak się na dół spuścić? Wracam nato moje rusztowanie, złażę na podłogę i prędko się obaczę,że to kłopot mniejszy, bo mam przecież płótna aż nazbyt.Popsułem go więcej, niż było potrzeba, nie dbając o to, żesię pani Fokowa gniewać będzie, bom go nadarł w pasy i nawiązał tyle, że owo nie z jednego piętra, ale mało co niez wieży ratuszowej byłbym się mógł spuścić na nim. Niemiałem gdzie tej liny uwiązać u samego okna, tedy uwiązałem ją silnie do dwóch kolców żelaznych, które miała po obubokach owa skrzynia kowana, przewlokłem poza stół, a stamtąd miała pójść przez okno, alem jej nie puszczał jeszcze,dopóki nie będzie pora ku temu, a zdało mi się, że dopierokiedy wieczór zapadnie, najlepszy będzie czas do ucieczki.Zrobiwszy to wszystko, położyłem się na podłogę, bo mnie jużwszystkie kości bolały od umęczenia i sam nie wiedząc,jako i kiedy, zasnąłem sobie w najlepsze.

Strach mnie zdjął niemały, kiedym się obudził, bo jużzmrok się robił. Gniewałem się sam na siebie, żem takiniebaczny i żem się od snu nie bronił, bo łatwa rzecz byłazaspać aż do powrotu Foka, a wtedy już by dla mnie niebyło ratunku. Porwałem się, jakby kto mieczem we mniegodził, poleciłem się Panu Bogu i Najświętszej Paniencei zabrałem się do ucieczki. Żeby się móc tyłem na brzuchuprzesunąć przez okno, trzeba było jeszcze podwyższyćrusztowanie. Pomogły mi do tego dwie próżne fasy drewniane, które ustawiłem na samym wierzchu dnami do góry, jakmożna było najbezpieczniej. Pomyślałem też o tym, że przesuwając się przez okno, będę musiał wziąć łokcie i ręcez liną pod siebie, a kiedy tyłem przepychać się będę, pozdzieram sobie dłonie na murze framugi okiennej, tedy, jak się dało,płótnem obwinąłem ręce.

Wylazłem na wierzch mego rusztowania, ująłem mocnolinę zrobioną z płótna, przysiadłem w raczki, a potemnogi wsunąłem w okno i w tył zacząłem się sunąć. Nie takato łatwa sprawa była, jako mi się przedtem na oko zdawało;nie miałem się o co zaprzeć, bo całe to moje rusztowanieobalić się mogło lada czego; jakoż jak wąż musiałem siępchać samym sobą, a potem jak szczupak w tył sobą miotać, aby się wysadzić z okna. Kiedym nareszcie połową większąjuż się wysunął i rzucił się całą siłą w tył, tak się okrutnieotłukłem w ręce i w głowę, żem omal przytomności nie stracił i ledwiem co liny z rąk nie wypuścił, a tak byłbympewno spadł na skręcenie karku. Na szczęście przetrzymałem to jakoś, ale kiedym się tak wymknął całym ciężaremciała poza okno, usłyszę trzask wielki; całe rusztowanieobaliło się w tej komorze, bo lina jak nagle szarpnęła, takwszystko, co było na skrzyni: faski, książki, kulawy stół,runęło tam na ziemię — ale ja szczęśliwie stanąłem na dole.

Skoczyłem do onych jednych drzwi, które były na podwórzu, przebiegłem długi ciemny chodnik i wpadłem w sieńkamienicy, z sieni w bramę, z bramy na rynek. Nie myślałem nad tym poprzednio, kędy mam się chronić, jak już będęwolny, tedy na chybił trafił biorę się ku ulicy Ruskiej. Ledwiem kilkanaście kroków ubiegł, słyszę, że pędzi ktoś zamną i woła, aby mnie trzymano, i poznaję ze strachem, żeto Fok. Co mam tylko tchu w piersiach i siły w nogach,pędzę jak strzała, kiedy nagle wpada mi w drogę ów mularczyk,Włoch Banti, porywa mnie za gardło i woła:

Aspetta, ladro! Czekaj, złodzieju!

Chcę go gwałtem odeprzeć i byłbym go odparł, alew tej chwili chwyta mnie Fok za barki. Wyrywam się jakmogę, kopię nogami, szamocę się, szarpię, kąsać próbuję —wszystko daremnie, trzymają mnie twardo obaj, a Fok do kamienicy swojej całą mocą mnie ciągnie. Kiedy tak myślę,żem już zgubiony, bo nawet sztyletu wydostać nie mogę,aby się bronić, tak mnie ciasno trzymali, jeden za gardło,drugi za oba ramiona, nagle jakieś dwie ogromne łapy przewiną się koło mnie w zmroku, jedna chwyta za kark Foka.druga Bantiego, i nim ja się sam szarpnę dalej, buch! obajleżą na ziemi. W lejże chwili ktoś mnie ułapił za ramię i mówido ucha:

— Uciekaj za mną!

Był to Woroba. Nim się tamci dwaj podźwignęli z ziemi,on już odsądził się daleko ku Bosackiej furcie, a ja za nim.

XI. Karawana do Turek

Biegłem za Worobą, nie wiedząc dokąd; najpierw kuBosackiej furcie, od furty wzdłuż miejskiego muru aż doOrmian, od Ormian znowu popod dom pana Stancla Szolcanazad ku ulicy Bożego Ciała, aż nareszcie widzę, żeśmy zrobili jakoby koło i dobiegamy do tylnej bramy kamienicypana Spytka. Tu się hamał zatrzymał, wyjął z kieszeniklucz, otworzył bramę, pchnął mnie w sień i zaraz zamknął.Stanąłem zadyszany, a skorom tylko trochę tchu złapał, pytam;

— Woroba, a mnie tu szukano z ratusza?

— Szukano — rzecze Woroba i ciągnie mnie za sobą doindermachu.

Byłem bez czapki, bo została u Foka; mówię mu tedy, żemuszę wziąć sobie starą czapkę z mojego alkierzyka. Puściłmnie, ale w ślad poszedł za mną. Już było całkiem ciemno;idę po omacku do kąta, gdzie moja skrzynka stała, a miałem na myśli nie czapkę, ale ową żelazną puszkę Semenową, czy też jest jeszcze. Szukam, skrzynki mojej nie ma.

— Woroba, a moja skrzynka? — mówię przestraszony —czy mi ją wzięli?

— Może by byli wzięli — rzecze Woroba — alem jązawczasu schował. Jest w indermachu za belami z bawełną. Idźty tam zaraz, schowaj się poza bele, a z Fokiem sięnie wdawaj!

_ Woroba, Bóg wam za to zapłać, żeście mnie żywcemtemu Niemcowi wydarli! W sam czas było, bo gdyby nieten traf szczęśliwy, już by i po mnie było.

— To żaden traf — mruknął hamał jak niedźwiedź zaspany, bo tak zawsze wyglądało to u niego, kiedy comówił — ja ciebie rano z daleka widział, jak ty z Fokiemza pan brat szedł. Ja miał ciągle dom Foka na oku, a kiedyciebie nie było i pan Heliasz rozpytywał, a mendyczeki pan Niewczas przychodził, ja im dobrze mówił: „Fok!” Oni się śmiali ze mnie, a prawda moja była: Fok!

Zawiódł mnie do sklepu między towary, gdzie mojaskrzynka już była. Niby szukając czapki, chwyciłem za sukmanę, macam, żelazne olsterko jest! Wyjąłem je i ukradkiemschowałem do kieszeni, choć i tak Woroba byłby niemógł widzieć, bo w indermachu ciemniutka noc była.

— Woroba — mówię teraz — nim się dzień zrobi, mnie tujuż nie będzie. Tak Bóg dał, że choć nic złegom nie zrobił,przed złymi ludźmi uchodzić muszę. Ale pana Heliasza muszęwidzieć, koniecznie muszę. Mam bardzo pilną sprawę doniego. Czy pan Heliasz w domu?

— Pan Heliasz jest na górze, u pana na wieczerzy z tymkupcem, co przyjechał.

— Idźcież do niego, na Boga was proszę, idźcie i wywołajcie go do mnie; powiedzcie: wielką sprawę do niego mam.Nie moją sprawę, cudzą, ale ważną, nieomieszkaną. Idźcie,proszę, ja wam tylko jedno powiadam: Fok!

Woroba namyślał się trochę, ale poszedł, a pewno go tonajbardziej skłoniło, żem Foka mianował. Za chwilę wrócił iz latarnią, a z nim przyszedł pan Heliasz. Nic do mnie nierzekł, jeno popatrzył mi w oczy, a zdało mi się, że niez gniewem, ale jakoby z żalem i smutkiem.

— Panie Heliaszu, nie o sobie wam chcę powiadać,nie czas mi teraz. Ale weźcie te papiery i nieście je zarazdo pana Spytka i do tego kupca z Wenecji, brata doktoraKurcjusza! — mówię i wyciągnąwszy z kieszeni papieryznalezione w komorze u Foka, daję mu je do rąk.

— Co to za papiery i skąd je masz? — pyta pan Heliasz.

— Fokowi je zabrałem, a co w nich jest, obaczcie.

Pan Heliasz wziął papiery i poszedł, a hamał Worobazamknął żelazne drzwi od indermachu i także mnie opuścił.Minęła dobra godzina, kiedym zasłyszał znowu klucz w zamkui wszedł Woroba.

— Pan Heliasz każe ci do siebie — mówi i z latarkąidzie naprzód.

Poszedłem za nim na drugie piętro, gdzie pan Heliasz miałswoją izbę; zastałem go samego. Znowu popatrzył na mnie taksamo, jak przedtem, z żalem i smutkiem, a mnie to markotniejbyło, niż gdyby mnie z gniewem wielkim ofuknął.

— Powiadaj, jakoś tych papierów dostał? — pyta.

W krótkości mu mówię, że mnie rankiem pan Fok gwałtem do swego mieszkania zawiódł, że mnie tam w ciemnejkomorze zamknął, żem te papiery tam znalazł i żem przezokno uciekł — ale o co rzecz szła między nami, o tym anisłówka nie rzeknę. Mówi pan Heliasz na to:

— Co tobie za sprawa z panem Fokiem?

Milczę chwilę, nie wiedząc, co by rzecz, a nareszciemówię:

— Pan Fok chce mieć ode mnie to, czego ja mu daćnie mogę i chce wiedzieć to, czego ja mu nie powiem.

— Ani mnie?

— Panie Heliaszu — wołam ja i całuję jego rękę — naBoga żywego, nie myślcie źle o mnie! Do czasu ufajcie, żemja nie złoczyńca i na sumieniu żadnej winy nie mam! Niepokaże się na mnie nic, choć ja dzisiaj sam obronić się niemogę, jakobym tego chciał.

— Nie powiadajże mi — rzecze pan Heliasz — jeżeli niechcesz albo nie możesz — nierad ja nawet wiedzieć; wolęjuż tak. Ale to masz wiedzieć, że u pana Spytka zostać niemożesz, a i we Lwowie także. Szukał ciebie pan wójt, chciałciebie na ratusz. Pan Spytek powiedział, że ciebie nie maw domu, ale gdybyś wrócił, obiecał cię zaraz w urzędziestawić. A tego tobie mówić nie trzeba, że pan Spytek słowadotrzyma.

— Mamże zaraz iść? — pytam.

— Przez noc tu zostaniesz i jutro przez cały dzień, aleaby cię oko ludzkie nie widziało. Jeden tylko Woroba wiedzieć o tobie będzie. Trzydzieści lat służę panu Jaroszowi,a przez ten czas nie skłamałem mu ani razu; jutro mu skłamię po raz pierwszy, bo jak mnie zapyta, powiem, że cię nie ma.Ocaliłeś mnie od nieszczęścia, może od śmierci; ja też ciebiechcę ocalić od nieszczęścia, a może także od śmierci. Alejuż kwita będzie między nami, nic ja już więcej uczynić nie mogę.

Żal mi wielki ścisnął serce, że tracę i poczciwą sławę,i dobrodzieja, że ci wszyscy cnotliwi ludzie, których miBóg był dał, sierocie, za złoczyńcę mieć mnie teraz będą, i żeznowu tułać się muszę po świecie jako pies bez pana. Zacząłem płakać i od tego płaczu słowa wyrzec nie mogłem.Pan Heliasz patrzył na mnie przez chwilę milczący, a potemtak mówił dalej:

— Widzę ja twoje łzy, ale serca twego nie widzę; niewiem, czy one z czystej duszy płyną. Jeżeliś żadnego złoczyństwa nie winien, Bóg cię nie opuści, owszem ścieli cisię teraz droga, na której wielkiej pociechy dostąpić możesz,jeżeliś wart. Czegoś tak bardzo chciał, teraz to masz: pojedziesz do Turek!

— Do Turek! — zawołałem, uszom własnym nie wierząc.

— Palec to boży sprawił. Papiery, któreś uniósł z domupana Foka, oddałem bratu doktora Kurcjusza, panu Curtiz Wenecji. Są to cyrografy i zapisy na wielkie sumy, któresię nieboszczykowi bratu jego należą; bez tych papierów,co wiedzieć, czyby je był kiedy odebrał, a w nich wielkamajętność leży. Tedy pan Curti, wdzięczen za to, dziesięćcekinów dla ciebie przeznaczył. W skarbonce twojej takżesię mały grosik uzbierał, razem to na sumkę się złoży:możesz o tym ojca szukać. Droga cię nie będzie kosztowaćani tam, ani nazad, jeśli Bóg da szczęśliwie.

Upadłem do nóg panu Heliaszowi, chciałem ucałowaćstopy jego, ale pan Heliasz nie dopuścił tego i mówił dalej:

— Tak się na twoje szczęście trafiło, że pojutrze wyjeżdża pan Harbarasz z karawaną do Turek. Uproszę go,aby cię wziął z sobą, jako czeladnik jego pojedziesz. Maszmu pilnie i wiernie służyć w drodze, posłusznym być i poczciwym w każdej okazji, złej czy dobrej. Nie dlatego jeno, abyśmnie wstydu nie zrobił, ale dlatego, żebyś na siebie szkodyi biedy ciężkiej nie sprowadził, bo to ci powiadam, że jakco przewinisz, jak się tej służby godzien nie pokażesz,z wozu ciebie pan Harbarasz zrzuci i samego zostawi, choćbyto na pustyni albo między ludożercy było.

— Choćby mnie na to jeno wziął — rzekę — abym najpodlejsze rzeczy robił, choćby na to, abym w nocy jakopies koło wozów biegał i jako pies na złodzieja szczekał,to za takiego psa wiernie mu będę służył, panie Heliaszu!

— Dam ci także list do Jędropola — mówi dalej panHeliasz — do księdza karmelity, Benignusa, który tamteraz jest i o wielu więźniach chrześcijańskich wie; możeco o ojcu twoim zasłyszał, to ci pomoże. I pieniądze, i listpodam ci jutro wieczór przez Worobę, a jak pana Harbaraszaznaleźć, także się od Woroby dowiesz. A przez jutrzejszydzień siedź w ukryciu, aby cię, broń tego Panie Boże, niktnie obaczył, bo o gardło twoje chodzi.

Rzekłszy to, pan Heliasz szybko odszedł, nie zostawiającmi czasu, abym mu podziękował, a Woroba na klucz mniezamknął. Ległem na próżnych miechach, ale cale nie spałemaż do świtu. Następny dzień okrutnie był mi długi i tak misię zdało, iż mu już nigdy końca nie będzie, jako iż ciąglebyłem sam i nikt do mnie nie zaglądnął prócz Woroby, któryjeść mi przyniósł, ale nic gadać nie chciał i tylko po staremu jak niedźwiedź pomrukiwał. Miałem dużo czasu do myślenia w tej samotności: rozpamiętywałem sobie, co się zemną przez tych kilka miesięcy działo i jakie przygody mniebezustawnie spotykają, że mną los jakby piłką rzuca, niedbając o to, gdzie padnę: na zieloną ruń czy na ostry kamień lub w ciernie i pokrzywy — ale wszystko te moje żałosne myśli wybijała mi z głowy radość, że jadę do Turek, jakomtego z całej duszy chciał, nigdy nie tracąc nadziei, że mi Bógdozwoli powrócić z ojcem.

Ale jeden ciężki kłopot siedział mi przecie na głowiei ustąpić nie chciał, a to owa Semenowa tajemnica, oważelazna sekretna puszka, która już tyle biedy na mnie sprowadziła, a pewno jeszcze i sprowadzi, a nie wiem, co z tympocząć, bo nosić się z tym gorzej niż z kamieniem u szyi,a pozbyć się tego nie mogę. Gdyby nie to, iż Kozak wyraźniemi mówił, że na tej tajemnicy wszystko zależy, aby wyswobodził swego ojca z niewoli pogańskiej, nie wiem, czybymmu był tak statecznie i z narażeniem własnego zdrowia i życiadochowywał przysięgi. Ale pamiętałem zawsze o tym, że owoobaj z Semenem na jednym wózku siedzimy, obaj w sercujedno nosimy, bom przecie i ja także ślubował ojca mojegodoszukać się koniecznie. Tylko co teraz zrobić? Wziąć tegoprzeklętego olsterka z sobą chyba nie mogę do Turek, bo ktowie, jakie mnie tam nowe przygody czekają, a zostawić? Gdzie?Komu? A gdybym to gdzie i zakopać chciał, już nie mogę,skoro do samego wyjazdu z panem Harbaraszem siedziećmuszę zamknięty.

Doczekałem się nareszcie wieczora. Gdy się już dobrześciemniło, słyszę klucz w zamku, otwierają się drzwi i wchodzi Woroba. Widzę, że nie taki jako zwykle: czegoś kontent.Przyniósł mi wieczerzę, a kiedym jeść począł, on nagle machnieręką, jakby już czemuś koniec był, jakby coś już zapadło,i mówi:

— Fok!

Popatrzę na niego i śmiać mi się chce, a on także gębęwykrzywił, jakby coś bardzo kwaśnego albo gorzkiego właśnieco połknął, a to u niego śmiech znaczyło, i rzecze:

— Fok! Uciekł Fok!

I opowiada mi, ale takimi urywanymi słowy, jako to jegozwyczaj był, że trzeba je było po jednemu łapać i zbierać,jak rozsypane paciorki, a potem jedno przy drugim nizać,nim się to wszystko w zrozumiałą powieść ułożyło, opowiadami, że Fok uciekł ze Lwowa, pewnie dlatego, żem mu papieryzabrał, z których wynika, iż to on doktora Kurcjusza potajemnie ze świata zgładził, że zaraz nazajutrz po mojejucieczce pan wójt z przysięgłymi i z pachołkami do niegosię wybrał, aby dom cały przeszukać; że rzeczy jakieś potym weneckim doktorze poznachodzili, ale samego Foka niedostali, bo znikł bez śladu, zwietrzywszy, co się święci,i że w końcu jutro dalej szukać będą i kopać w piwnicach,czy trupa gdzie nie znajdą. Kiedy Woroba skończył swojąpowieść, a raczej kiedym ją z niego słówko po słówku prawieże nie wygrzebał, tak to ciężko szło, zabiera się do wyjściai mówi:

— O północy przyjdę. Pójdziemy do pana Harbarasza.

— Woroba — rzekę — wielką mam do was prośbę, siłami na jednej rzeczy zależy. Chciałbym koniecznie widziećjeszcze pana Grygiera Niewczasa, nim pojadę. Muszę przekazać matce, co się ze mną dzieje i że w daleki świat idę,a tego inaczej zrobić nic mogę, jeno przez pana Niewczasa,który ma szwagra w Samborze.

Nie chciał zrazu, ale tak go bardzo o to prosiłem, żew końcu zezwolił. Otworzył mi tylną bramę od kamienicy,ale samego puścić mnie nie chciał, jeno za mną szedł. Kamienica Kłopotowska, w której pan Niewczas mieszkał i którabyła jego własna, znajdowała się, jakom już dawniej wspominał, tuż koło muru miejskiego, niedaleko rynku. Przesunęliśmy się w ciemności, nikt nas nie poznał, a mało i ktospotkał. Woroba czekał na mnie pod domem, a ja wszedłem dośrodka, bo jeszcze było otwarte. Czeladzi już w warsztacie nie było, siedział tylko pan Grygier z Marianeczką przywieczerzy. Kiedy mnie obaczyli, oboje żywo powstali odstołu, tak na mnie patrząc, jakbym owo z tamtego światawrócił. Pozdrowiłem ich grzecznie i mówię:

— Panie Grygier, przychodzę się z wami pożegnać, i z pannąMarianeczką, i szczerym sercem podziękować, żeście łaskawina mnie bywali. A proszę was, panie Grygier, i pannęMarianeczkę proszę, abyście nie dali wiary, kiedy źle o mniemówić będą. Bo ja się do niczego złego nie znam i Bóg to wie,żem w sumieniu moim nie winowajca.

Pan Grygier łyżką po misie dzwonił ze spuszczonymi w dółoczyma, snadź w kłopocie był, co ma rzec na to, a Marianeczka także nic nie mówiła, ale patrzyła mi prosto w oczy,bystro i przenikliwie, jakoby mi wyczytać chciała z oczui oblicza, jeżeli prawdę mówię. Nie spuściłem oczu, bom sięnie miał czego wstydzić w duszy, a Marianeczka pyta:

— A dokąd Bóg prowadzi?

— Do Turek z karawaną jadę zaraz o świcie.

Zaczęli mnie teraz pytać, a jam co mógł, to powiedział,a serce mnie bolało, że tym dobrym ludziom wszystkiegopowiadać nie mogę i kryć się przed nimi muszę z własnąprawdą, jakby to nie była rzecz godziwa i moja, ale kradziona. Przyrzekła mi Marianeczka, jakom ją o to prosił,że przez swego wuja, pana Zybulta, da znać matce do Strzałkowic, co się ze mną stało, i że ją pozdrawiam, i proszę, abysię zbytnio nie troskała o mnie, bo mnie Bóg raczy powrócićz tej drogi, a może i nie samego. Jużem chciał iść, kiedyMarianeczka czekać mi kazała chwilę, a sama wybiegła dodrugiej izby. Pan Grygier zaraz też przystąpił do mnie, wziąłmnie za obie ręce, nasrożył wąsa, namarszczył czoła i po staremu woła:

— Jedziesz do Turek; nic się nie bój, chrrry! Jam podChocimem 100 000 Turków widział, chrrry! 1000 armat tambiło, a nie bałem się nic a nic...

I byłby pewno dalej tak po rycersku mówił, jako jużtaka to jego słabość była, ale Marianeczka wróciła, a onteraz zaraz przestał. Wyniosła coś Marianeczka z drugiejizby i podając mi, mówi:

— Niech to Hanuszek zawsze na piersiach nosi, a PannaŚwięta niech go chroni i wraz z ojcem niech go zdrowodo domu przywiedzie.

Był to medalik mosiężny z wizerunkiem NajświętszejPanny Marii na jedwabnym sznureczku; wziąłem go wdzięcznym do głębi sercem, a do dziękowania nawet jednegosłówka znaleźć nie mogłem od rzewności i radości zarazem,bo mi się tak jedna z drugą zespoliła w duszy, żem jakobymiędzy śmiechem a płaczem wisiał. Nosiłem ten medalikodtąd zawsze, nigdym się z nim nie rozstawał, z nim też umręi z nim mnie pochowacie... Z ciężkim sercem wróciłem dokamienicy pana Spytka i do mojego schowania, a kiedyWoroba już chciał odejść i znowu aż do północy na kluczmnie zamknąć, przychodzi mi nagle myśl do głowy powierzyć się jemu. Mówię tedy:

— Woroba!

Hamał, zamruczawszy po swojemu, zatrzymał się u wyjścia.

— Woroba! Razu jednego był Kozak...

Woroba otworzył na mnie szeroko oczy i mówi:

— A co to, bajka będzie?

— Bajka będzie, ale prawdziwa — rzekę — o Kozakubajka, o prawdziwym, o takim Kozaku, co za Dnieprem,za porohami żyje, z Turkami i Tatarami wojuje, na CzarneMorze się wyprawia, pogańskie grody i zamki pali...

Woroba, który przed chwilą patrzył był na mnie jak nababę przy kądzieli, co dzieciom bajki opowiada, i ciągleprzy otwartych drzwiach stał, aby wyjść, zawarł teraz drzwii z ciekawości przystąpił do mnie bliżej, a nawet latarkęi klucz, które trzymał ciągle w pogotowiu, na pakę dużąpołożył; widocznie, że rad wiedzieć, co to za powieść będzie.A to już tak jest, że ludzie greckiej religii, chłopi ruscy,a osobliwie, którzy pode Lwowem żyją, wielce się w kozactwie kochają: nie mają oni nic za większą szczęśliwośćna świecie nad kozackie życie i nad swawolę mołojców, których jako najprzedniejszych rycerzy i bohaterów sobie cenią.Jakoż w dwadzieścia kilka lat potem, kiedy nastały okrutnebunty i wojny kozackie pod onym zaporoskim hetmanemChmielnickim, co przeciw Królowi naszemu Jegomości i przeciw Rzeczypospolitej miecz podniósł i z czernią swoją przypomocy Turków Lwów oblegał, szturmem go chcąc dobyć,a wszystko w pień wyciąć, tedy ci ruscy ludzie jawnie z nimtrzymali, do Kozaków się przedawali, za szpiegi i wywiadyim służyli, króla i naszych zdradzając.

Woroba był chłop poczciwy i pracowity, u pana Spytkadługie lata już służył, ale i on z ruskich wolan przedmiejskich pochodząc, za kozactwem przepadał. Widzę, że uważniebardzo słucha i mówię dalej:

— Ten Kozak to był Kozak z Kozaków, z dziada pradziada mołojec. Ojciec jego był starszym Kozakiem, jak tooni zowią: assawułą, a taki był straszny Turkom, że samsułtan wiedział o nim, a baszowie truchleli na jego wspomnienie. Tego assawułę jeden Żyd turecki zdradą pojmałi Turkom sprzedał, teraz go oni mają w swoich rękach i jęczyon u nich w okrutnej niewoli, tak jako i mój ojciec, o którymwiecie. Słuchacie mnie dobrze, Woroba?

Hamał potrząsł głową kilka razy na znak, że ciekawi że uważnie słucha, co będzie dalej.

— Owoż ten Kozak chce pomścić się na Turkach i naonym Żydzie, i chce odbić ojca swojego z niewoli. I wy bytak pewno chcieli?

Woroba ścisnął swoją dłoń, co była szeroka jak łopata,w pięść taką potężną, że jeno mury nią tłuc jakby młotem,i uderzył z wielką pasją w dużą pakę z towarami, co najbliżej była, że mało jej nie rozłupał.

— Aby tego dokazać — ciągnę ja dalej powieść moją —ten Kozak ma tylko jeden sposób, a ten sposób mnie powierzył, bo sam uciekać musiał, a ja ten sposób znowu komuśpowierzyć muszę, bo ja sam w pogańskie kraje jadę i z sobątego zabrać nie mogę. Tedy ja wam to zwierzę, bo za uczciwąi wierną duszę was znam, Woroba. Ale musiał ja temu Kozakowiprzysiąc, musicie i wy mnie. Czy przysięgniecie, Woroba?

— Przysięgnę — rzekł Woroba i rękę do góry podniósł.

— Przysięgnijcie, że nikt o tym wiedzieć i nikt tegowidzieć nie będzie, tylko ten, kto do was ze znakiem przyjdzie — rzekę i dobywam owego medalika z Najśw. Pannąktóry dostałem od Marianeczki, a ukazując go Worobiemówię dalej: — Na tę Pannę Świętą, Bogarodzicę — i nazbawienie duszy waszej, tak mi przysięgajcie, jak ja onemuKozakowi przysięgał, a jak przysięgę złamiecie, będziecie podwielką klątwą i będziecie od Trójcy Św. odłączeni i namiejsce Judasza powołani!

Woroba przysiągł, a ja mu dalej tak samo, jak ongiKozak Semen mnie, nakazuję, aby nikomu tego nic oddałjeno albo mnie samemu, albo takiemu, co przyjdzie do niegoi po lewym ramieniu go uderzy i powie:

Oko Proroka

Synopa Archioka

Nauczyłem go tak wszystkiego, jak mnie Semen nauczyła siła mnie to pracy kosztowało, nim sobie zapamiętał.Kiedy już pewny byłem, że Woroba dobrze zrozumiał, wyciągam ów mieszek i daję mu go do ręki. Bardzo był zdziwiony, że to rzecz taka mała i nieznaczna; patrzy na mniei pyta:

— A to jest już wszystek ten „sposób”?

— Wszystek, Woroba, a ja sam nie wiem, co tam jesti wam wiedzieć się nie godzi i pod przysięgą nie wolno.Chowajcie to najbezpieczniej i najtajemniej, jako tylko możecie, a tego pewni bądźcie, że jakby kto wiedział, że tomacie, na życie wam nastawać będą, a i o tym pamiętajcie,że kiedybyście mnie i tych Kozaków zdradzili, śmierć pewnawas czeka, a po śmierci wieczne potępienie!

— Nie pokaże się to na mnie — rzecze Woroba i jakchwycił ów mieszek z żelaznym olsterkiem, tak mu caływ garści zniknął, jakby to orzech był.

— A jak ja odjadę — mówię dalej — pójdziecie do Marianeczki Grygierównej i przekażecie jej ode mnie, abymatce napisała, że kiedyby jaki obcy człowiek, a osobliwieKozak, o mnie się pytał, tedy rzec mu ma, żeby do was szedłi że wy świadom. Niechaj tylko matka wskaże, gdzie wasszukać, że u pana Spytka we Lwowie, i niech tylko powie tesłowa: „Woroba świadom”.

— Woroba świadom! — powtórzył hamał, a zdało mi się,jakoby kontent był i za honor sobie miał, że wiernikiemzostał ważnej a tajemnej rzeczy.

— A jak wy to ukryjecie? — pytam jeszcze.

— Co? ten „sposób”? — rzecze Woroba spozierającna mieszek w garści. — Ten „sposób” taki maluczki, a jabym go schować nie umiał! Diabeł go nie znajdzie!

Lekko mi się zrobiło, kiedym już nie miał przy sobiemieszka z olsterkiem. Chwilę myślałem nad tym, jeżelim nielekko sobie począł, żem tak Worobie zawierzył, ale poznałemdobrze tego uczciwego człeka przez tych parę miesięcyi mógłbym był śmiele przysiąc, że w sercu jego nie siedzizdrada i że po ślepemu będzie wierny jako pies, a tak bezpieczniej to u niego będzie, niż gdybym był sam głęboko w ziemizakopał.

Tymczasem północ wybiła na ratuszu. Woroba poszedł,a za małą chwilę wrócił. Dał mi mieszek dość ciężki z pieniędzmi i list do księdza Benignusa w Jędropolu, a potemdobył z zanadrza pistolet i worek z prochem i z kulami,i mówi:

— Mieszek tu masz z pieniędzmi i list od pana Heliasza,a pistolet weź ode mnie; przydać się, bo między poganyjedziesz. A teraz chodź!

Wziął mój węzełek, który już był gotów, i poprowadził mniena Ormiańską ulicę. Stanęliśmy przed jednym domem z bardzo szeroką bramą. Woroba zakołatał, a kiedy nam otworzono, weszliśmy na wielkie podwórze, na którym stałyduże wozy statkowe z wysokimi płóciennymi poklatami, takiesame, jako wóz mojego ojca był. Przy wozach był jakiśczłowiek; powiedział mu coś Woroba, a on kazał mi wleźć dowoza pod poklat i tam siedzieć, a nie wychylać głowy, ażkiedy za miasto wyjedziemy. Pożegnałem serdecznie, zełzami w oczach Worobę, dobrego przyjaciela i obrońcęmego:

— Pomagaj wam Bóg, Woroba, pomagaj wam Bóg,dobry człowieku!

— Bóg ciebie prowadź, a wracaj zdrów! — mruknąłWoroba i zniknął w nocnej ciemności.

XII. Jeniec turecki

Ledwie świtało na niebie, kiedy wozy ruszyły, tak żeHalicka brama była jeszcze zamknięta i dopiero nam jąotworzono. Niedaleko za bramą, kiedy minęliśmy nowy kościółbernardyński i wjechali na gościniec gliniański, wylazłemspod poklatu i usiadłem sobie koło furmana, a świat wydałmi się wesoły jak nigdy, bom na wolność i z dobrą nadziejąwyjeżdżał. To było jakoś w połowie sierpnia, słoneczko wytaczało się na pogodne niebo, świat wyglądał jakoby całyzłoty i różowy, a było wesoło, aż człowiekowi w duszyrobiło się ciepło i jasno.

W Krzywczycach zatrzymały się wozy przed gospodą,co była tuż przy drodze, i dopiero teraz zobaczyłem, żenas z miasta odprowadzali krewni i przyjaciele pana Harbarasza i tych, co z nim razem do Turek jechali, ale nie widziałem nikogo między nimi, co by mnie znał. Odbyło siężegnanie, pito jeszcze na szczęśliwą drogę, śpiewano, hukanosobie na wiwat, wyprawiano „dobre myśli”, jako to we Lwowie zwyczaj, aż nareszcie po jakich dobrych dwóch godzinachrozstano się z wołaniem i machaniem czapek, i wozy ruszyły dalej.

Trzy wozy jechały dalej ze Lwowa, ale jeno ten jeden,w którym ja siedziałem, był bardzo ładowny, w dwóch zaś,w których był tylko lekki i bardzo kosztowny towar, jechalisami panowie Ormianie, a było ich czterech, sam pan Harbarasz i trzej kupcy, panowie: Rabiczka, Goryczka i Zachnowicz. Panowie Rabiczka i Goryczka jechali po kobiercei jedwabie, a pan Zachnowicz, o którym mi już był panDominik mówił, po dobrzeckie konie co najprzedniejsze, bonimi handel prowadził, hetmanom, wojewodom, a nawet samemu królowi je sprzedając. Miał przy sobie pan Zachnowicz niejakiego Bonarka, zawołanego roztrucharza, co sięna koniach dziwnie znał i koło nich jako nikt chodzić umiał,człeka małego, już starego, z ogromnymi siwymi wąsiskami,który jeszcze u pana Sebastiana Zielińskiego służył, co takżeongi sławnie na całą Polskę końmi handlował, ale już umarłbył.

Mój wóz wyładowany był czapkami, które wyrabiano weLwowie i sprzedawano w Wołoszy, suknami wschowskimi,gorlickimi i falendyszami, płótnem koleńskim, nożami norymberskimi i popielicami; zaś na wozie samego p. Harbarasza były skrzynie z sobolami, z bursztynem, ze srebramilwowskimi, krakowskimi i augsburskimi, a wszystko towieziono na „sztych” do Turek, to jest, miano to mieniaćza towar tamtejszy, jako kobierce, złotogłowia, drogiekamienie, korale, korzenie i inne zamorskie rzeczy.

Dziwno mi było, że jeno trzy wozy jadą, bom zawszesłyszał, jeszcze od ojca, że karawany lwowskie w kilkadziesiąt koni i ludzi wyprawiać się do Turek zwykły, ale mi powiadano, że po drodze wszędy przyłączać się mają do nas wozykupieckie: w Złoczowie, Trembowli, a osobliwie w KamieńcuPodolskim, w którym to znacznym mieście jest bardzo dużoOrmian, co handle wielkie prowadzą, i tyleż ich tam, cowe Lwowie, a może i więcej. Nad tymi wszystkimi, co z namijechali lub jechać mieli, jako i nad całą karawaną starszym,czyli — jak to zowią — karawan-baszą, był pan Harbaraszi wszyscy posłuszeństwo mu winni byli, osobliwie kiedy jużkarawana wyjedzie z granic polskich.

Pan Harbarasz więcej życia swego spędził w karawanachaniżeli w domu we Lwowie, bo ciągle jeno tam i nazadjeździł z Carogrodu, czyli Stambułu, do Lwowa, a ze Lwowado Carogrodu, a niekiedy także w kraje perskie się wyprawiał; wszystkie drogi, miasta, zwyczaje, sposoby turskieznał, sześciu rozmaitymi językami, a to po polsku, po niemiecku, po włosku, po ormiańsku, po turecku i po mołdawskumówić umiał, tedy zawsze karawan-baszą go obierano,a on taki w tym rozum i sprawność swoją miał osobliwą,że zawsze bez szwanku i bez szkodliwej przygody towari ludzi przeprowadzał. Jeździł nadto pan Harbarasz doTurek zawsze za emirem, to jest za osobliwym pozwoleniem tureckim, a i tym razem miał taki emir, który mu wyjednał był książę Zbaraski, kiedy do sułtana w poselstwieod króla Jegomości zeszłego roku jeździł. A tak tedy bezpieczną drogę sobie obiecywali z nim wszyscy.

Dopiero na pierwszym popasie w Glinianach przemówiłdo mnie pan Harbarasz, bo dotąd nie zważał na mnie, takjakby mnie cale nie było. Pan Harbarasz niepodobny był dotych Ormian, jakich się we Lwowie napatrzyłem, jako że cibywają zażywni, kędzierzawi, z wypukłymi, czarnymi jak węgieloczami, a każdy ma setny nos garbaty, zaś nasz karawan-baszabył człek słuszny, bardzo chudy i bardzo czarny, a oczy miałtakie ciemnosine, jak żelazo na kosie, kiedy nowa, wąsyzaś i włosy jak mleko bielutkie, choć powiadano, że jeszcze nie był stary. Słyszałem także, że niegdyś po żołnierskukrólowi służył, i znać to też było, bo kiedy mówił, to zawszekrótko i rozkazująco, że jeno zrób, coć każe, a nie pytajani gadaj co swojego.

Pan Harbarasz zaczął od tego, że mam być wdzięcznypanu Heliaszowi, bo tylko dlań to czynił, że mnie, nieznanego sobie, za pacholika do tej drogi turskiej wziął, i abympanu Heliaszowi wstydu, a sobie większej sromoty i szkodynie zrobił, ale uczciwie i posłusznie się sprawował, „bo —rzecze — i ze skórą będzie źle, i na zgubę cię między rozbójniki gdzie porzucę”. Miałem jemu samemu tylko służyć, towarudoglądać, koło broni jego chodzić, a miał jej z sobą sztukkilkanaście: rusznic, pistoletów i szabel, tak aby w razie przygody każdego furmana i kupca uzbroić; miałem namiocikii kuchnię podróżną w pieczy mieć, przy odprawianiu mytpomagać, obroki pod liczbą trzymać i we wszystkim, co sięzdarzy i czego potrzeba będzie, na jego rozkazanie byćw pogotowiu.

Jechaliśmy dalej na Złoczów, Skałę, Trembowlę, z bardzokrótkimi popasami, a najczęściej i nocą dla wielkiego gorąca,które wtedy było, aż do Kamieńca Podolskiego, gdzieśmy siędwie całe doby zatrzymali. W Złoczowie przyłączył się do naswóz jeden, który wyprawiali tamtejsi Ormianie, w Trembowlitakże jeden, a z Kamieńca wyjechaliśmy już długim żurawiem, bo nam znowu trzy wozy przybyło.

Zebrała się tak duża kompania; było nas razem kilkunastu.Wszyscy byli kupcy od rozmaitych handlów, ale najwięcejOrmian było, a między Ormianami, okrom samego panaHarbarasza, najlepiej mam w pamięci panów Rabiczkę i Goryczkę, bo ci bardzo ucieszni byli i dobrze się z nich, bywało,wszyscy naśmieją. Spółkę mieli z sobą w handlu, a podczascałej drogi razem się trzymali, to swarząc się okrutnie,to znowu godząc się i całując. Obaj mieli głowy kędzierzawei nosy bardzo duże i garbate, obaj przez nos mówili i obajmieli okrągłe brzuchy na cieniutkich nogach. Gdzie jakipopas był, a nawet i na wozie w drodze, brali tabliczki czarnena kolana i każdy z nich kredą na swojej coś pisał i rachował,a z tego rachunku zawsze wielka kłótnia powstawała. Rzucali na siebie tabliczkami, zrywali się na równe nogi, zakasywali rękawy i jeden do drugiego z pięściami przyskakiwał,ale co jeden przyskoczył, to drugi zaraz odskoczył, i tak skakali do siebie, aż im tchu zabrakło, ale jeden drugiegonigdy nie uderzył. Gdy się tak srodze zmachali, tedy pan Rabiczka sapiąc głowę w tył wyginał i panu Goryczce gołegardło ukazywał, wołając:

— Weź ty noża i rżnij, rżnij, wolę, abyś mnie zarzezał odrazu, kiedy mojej zguby żądasz!

Wtedy pan Goryczka jął także okrutnie sapać i gwałtemsię rozbierać; pas rozwiązał, skórnie wyzuł, żupan o ziemięrzucił i wołał:

— Bierz sobie, bierz, wszystko bierz, i koszulę weź, kiedyśsię uwziął do gołego mnie obedrzeć!

Ale wołając tak, żupana z oka nie spuszczał i ledwie gorzucił, zaraz się podnieść kwapił i kieszenie macał, czy conie wypadło. Po czym obaj rzewliwie płakać, a potem znowurachować, a w końcu przepraszać się wzajem i całowaćzaczynali.

Świat był dla mnie cale nowy, bom go mało jeszcze znał,a ciekawy byłem bardzo już z urodzenia, tedy oczyma jakbymgo ciągle jadł, dziwowałem się wszystkiemu, com jeno niewidzianego, a nie słychanego przedtem — teraz i widział,i słyszał. A ku największemu podziwieniu mi było, kiedydojeżdżałem do Kamieńca, bo jest co widzieć i czemu siędziwować w tym znacznym mieście, takim warownym, że gosiła ludzka nie dobędzie. Z daleka je widać, jako na ostrejskale zamek ku niebu sterczy, a dokoła zabrzeżyste skałymiasta pilnują, a pod tymi skałami rzeka Smotrycz szumi,tak że chyba ptak się tam dostanie, a Tatar i Turek ani siępokusi, aby miasto takie szturmować. Powiadał pan Harbarasz,że temu dwa lata, kiedy nasi z Turkami pod Chocimemstaczali boje, tedy sam sułtan, czyli cesarz turecki, Osman,z wojski wielkimi pod Kamieniec poszedł, aby go dobywać,a kiedy obaczył tę warownię, rzekł: „Bóg sam ten zamekzbudował, niechże go Bóg sam dobywa” — a tak odszedł,nic nie wskórawszy.

Powiadają, że w tym Kamieńcu jest loch podziemny,który pod całe miasto z zamku idzie, a z miasta popod Dniestr,aż do drugiego zamku w Chocimiu, który już nie w polskiej,ale w wołoskiej ziemi leży. Prowadziła nas droga na tenChocim; przeprawiliśmy się przez Dniestr z brzegu polskiegona wołoski — i tak rozstaliśmy się z miłą ojczyzną, bo tu sięzaczynały już cudze kraje, wprawdzie jeszcze chrześcijańskiegreckiej religii, ale już pod władzą cesarza tureckiego, któremu książęta tej ziemi, co ich hospodarami zowią, haraczroczny płacić muszą i na każdy rozkaz jego z wojskiemsię stawić, i za jego podłe sługi się uważać, a on, jak mu siętaki hospodar nie spodoba, to go wypędzi, a czasem jedwabnymstryczkiem przez swoje posłańce udusić go każe.

Zamek chocimski na skale zbudowany, pamiętny będziepo wieki sercu polskiemu, a jam tak nań patrzył, jakobydziecko patrzało, kiedyby mu się nagle pokazało to na jawie,co mu niańka opowiadała. Albowiem nasłuchałem się jeszczew Podborzu o chocimskiej wojnie, kiedy to z niej żołnierzewracali, jako już na swoim miejscu mówiłem, potem weLwowie od pana Heliasza i od pana Dominika, i od mendyczka, a w końcu też i od biednego pana Grygiera Niewczasa,który tam od trwogi na umyśle poszwankował; nasłuchałemsię takich dziwów, że aż się bajką zdały, chociaż to samaszczera prawda była, bo ano czy to nie dziw i nie cudownamoc chrześcijańskiej cnoty i męstwa polskiego, że na tych tupolach chocimskich, które teraz Bóg własnymi oczyma widziećmi dał, jeden Polak na siedmiu Turków odważnie szedł,z siedmioma sam jeden wojował i siedmiom sam jeden się niedał, ano, co większa, do syta się jeszcze ich nabił. Bo owotak było, że sam sułtan Osman na tę wyprawę z okrutnymiwojskami ruszył; 400 000 wojska pod sobą miał i armat małoco nie 300, i 10 000 wielbłądów z żywnością, z prochamii kulami, a naszych razem tylko 60 000 było, a przecieżdwa miesiące się z Turkami bito i z placu nie ustąpiono,aż cesarz turecki pokój zawrzeć musiał i nic nie sprawiwszy,jak niepyszny, do swoich państw się powrócił.

Oglądaliśmy pola, na których się te srogie boje staczały,a groza i żałość zbierały patrzeć na one ślady gęste po nich,że prawie deptałeś, człeku, po kościach żołnierskich, co jekrucy i wilki poobżerali. Wszędy szańce i okopy, tak, jakje nasi usypali, były, aby się Turkom bronić, rozorane kulami,a teraz bujną trawą porosłe; kości z koni, strzały tatarskie,połamane spisy, wszystko to rozsypane było pomiędzy gęsteburzany i wikliny; kędy spojrzysz, zaraz widzisz, że tu śmierćsobie tańcowała.

Przeprawiliśmy się niedaleko za Chocimem przez rzekęPrut i jechaliśmy już dalej wołoską krainą, a za miastemSuczawą, pod Urekiem, znowu pan Harbarasz pokazywałone przepaściste debry i lasy, gdzie lat temu sto kilkadziesiąt zdradziecka Wołosza wycięła w pień rycerstwo polskiepod królem Olbrachtem, tak że i w przysłowie to poszło:,,Za króla Olbrachta wyginęła szlachta” — a jam pomyślałsobie w duszy, że, mój ty miły Boże, chyba ta droga naszasamymi śladami polskiej krwi wiedzie, skoro pan Harbaraszwraz zapowiedział, że i przez ową żałośną Cecorę jechaćbędziemy, gdzie sławnej pamięci pan hetman Stanisław Żółkiewski poległ za ojczyznę od tureckiej szabli.

Jakoż pod Jassami, które to miasto jest stolicą księcia,czyli hospodara wołoskiego, kazał pan Harbarasz stanąćwozom i pozsiadaliśmy wszyscy, bośmy właśnie dojechalido pól cecorskich. Pan Harbarasz zdjął czapkę i my wszyscyza jego przykładem odkryliśmy głowy, a on nam wskazywałmiejsce, gdzie pan hetman trzy lata temu poległ, i opowiadał,jako mu janczarowie głowę ucięli i na spisie po obozie tureckim obnaszali, a potem sułtanowi do Carogrodu na znakzwycięstwa odesłali. Jam tę żałośną historię dobrze znał,bo o niej we Lwowie siła mówiono, żałując się bardzo śmiercisławnego hetmana, jako iż we Lwowie każde dziecko goznało i dobrym sąsiadem miastu był, mieszkając w Żółkwi,a lwowscy ojcowie jezuici, u których Urbanek się uczył,wydrukowali byli żałosne wiersze, co się Płacz grobowynazywały. Mendyczek te drukowane wiersze do czytania miprzyniósł i wiele z tej książeczki na pamięć umiałem, jakożi teraz jeszcze pamiętam, że tam tak stało:

Ojczyzno, czemu płaczesz, czemuś tak struchlała?

Bołeść serceć ścisnęła i w mowieś ustała!

Lata prędkimi skrzydłami

Między polskimi miastami

Wieść w rańtuch czarny przybrana.

Łzami krwawymi zalana!

Nie będę opisywał tej drogi mojej po wszystkim szczególe, bo pisać by o tym nazbyt dużo i nierychło bym skończyłmoją opowieść, a powiem tylko, że nie masz takiej książki,z której byś się, człeku, tyle nauczył, ile się z podróży nauczysz, bowiem książka albo powieść ludzka — to zawszetylko cień jest i marne podobieństwo rzeczy, a podróż —to rzecz sama jest, i uczysz się na niej rozumu w jednymdniu więcej niż doma przez rok, bo ci tu rozumu na każdymkroku potrzeba, a jak go z przyrodzenia nie masz albo gonie nabierzesz z przykładu i z przygody cudzej, i własnej,tedy doma siedź za piecem. W podróży uczysz się wszystkim,czym cię Pan Bóg obdarzył do poznawania ludzi i świata:i głową, i językiem, i okiem, i uchem, a nie trza na ciebierózgi ani batoga, abyś był pilny i baczny, i o sobie pamiętał,bo kiedyś ospały albo nieopatrzny, to cię pokuta szkolna nieminie: zapłacisz szkodą własną, straconym czasem, zdrowiem,workiem, a niekiedy to i życiem.

Jechaliśmy przez kraje wołoskie, przez rzekę Seret doFokszan, dalej na Tekuczę do Rymnika, a tu pan Zachnowiczi pan Bonarek rozłączyli się z nami i wzięli się na bok innądrogą ku Braile, a stamtąd w dół do tureckiego kraju Dobruczy jechać mieli. Żegnaliśmy z żalem pana Zachnowiczai Bonarka, za którym mi bardzo tęskno było, bo był bardzowesoły i ludzki dla mnie, a opowiadać umiał takie dziwnei ciekawe historie, że, bywało, jeść i spać człek by nie chciał,jeno słuchać a słuchać.

Miał także pan Bonarek przy sobie fujarę bardzo długączyli fletnię, na której grywał: jeno że kiedy opowiadał,to zawsze co nowego i nad podziw zabawnego, a zaś kiedygrał, to zawsze a zawsze jedno i to samo, bo to jedno tylkoumiał, a nic już więcej. Tedy siadał po turecku na skrzyżowanych nogach, dobywał tej okrutnej fletni, rozdymał policzki, że bywało aż posiniał, i grał przegrywkę na nutę zawsze jednej i tej samej pieśni:

Słońce jut padło, ciemno noc zachodzi,

Nie wiem, co za głos uszu mych dochodzi,

Postoję mało, a dowiem się pewnie,

Dlaczego płacze ta pani tak rzewnie.

Ale nad te cztery wiersze nic więcej nie umiał, zawszeje powtarzając, a i nutę do nich jedną i tę samą na swojejfletni wygrywał.

Rozstawszy się tak z obydwoma, jechaliśmy na Bożów,Giergice — do znacznego grodu multańskiego Bukaresztu,a stamtąd ruszywszy, w niedługim czasie wjechaliśmy w krajturecki, Bułgarią zwany, a mieszkają w nim chrześcijaniegreckiej religii, których srogi Turek pod jarzmem swoimi jakoby w kajdanach niewoli trzyma.

Tu mi się tak zdało, jakobym do domu wrócił i międzyswoimi się znalazł, bo do tego czasu jakoby niemy i głuchyjechałem, nie rozumiejąc mowy wołoskiej, a teraz już od biedyrozmówić się mogłem, bo ci Bułgarowie — to naród jestsłowiański, do naszego podobny i jednego z nami, Polaki,plemienia, a mowa ich — to jakoby między polską a ruską, jakoż i te same mają słowa, lubo przeinaczone, ale przecieżnaszym cale podobne, a co się zapytasz, jak się jaka wieśnazywa, to ci odpowiedzą całkiem jakby to w polskim krajubyło: że Szumowce, Mogiła, Śliwnica, Lipnik, Gnojnica,Bukowa.

Przyjechaliśmy nareszcie nad Dunaj, rzekę ogromną, szerokorozlaną, że i drugiego brzegu nie widzisz, a po niej już dużestatki pływają. Kraj to jakoby raj ziemski: wszędy drzewaorzechowe, kasztanowe i morwowe, owoców i winograduw bród, róże stulistne na polach, jako u nas chwasty, samesię rodzą, a na rzece zielone ostrowy cudnymi krzewy i bluszczami zarosłe, melony między nimi jakby złote banie w słońcupołyskują, a wszędy moc ptactwa przeróżnego, łabędzie szumnepo wodzie szybują, a w głębinach ryb obfitość, że jenorybitwa sięgnie, aliści i na łokieć dużą na brzeg wywlecze —a jak na tę żywność a obfitość bożych darów patrzysz,tedy choć się z początku rozradujesz, potem zaraz cię serce zaboli, że to wszystko niecnotliwy Turek poganin posiadł,a naród chrześcijański pożywać tego w pokoju nie możei w nędzy tu żyje.

Po brzegach Dunaju są dwa miasta i dwa zamki tureckie;jeden zamek na drugi patrzy, a oba bardzo warowne. Tomiasto, co leży po lewym brzegu, nazywa się Dziurdżewo,a to, co po prawym, Ruszczuk. Pan Harbarasz zapowiedziałbył już w drodze, że w tym Ruszczuku zatrzymamy się parędni, jako że to jest znaczne miasto handlowe i panowie kupcy,którzy z nami jechali, sztychy na rozmaity towar mają robić,a co ujednają u tutejszych Turków i Greków, to ma byćpogotowiu, tak że wracając, towar już przyładowany z sobązabiorą.

Miało się tu zakupywać kobierce i kilimy bułgarskie,które w tym kraju wszędy białogłowy po domach dziwniewzorzyste i piękne wyplatać z wełny owczej umieją, a takżei glinę turecką, która to glina nie tylko do nas, do Polskicałej, ale i w kraje niemieckie idzie, bo są w Ruszczuku garncarze, co lepią cudne dzbany, misy i kusze, jakie i na stolesenatorskim stawiać można, nie tylko pięknie malowane i polewane, ale także złotem i srebrem bardzo sztucznie a misternie pisane. Są tu także bogate hafty złote, jakimi wielcypanowie komnaty swoich zamków zdobią, a wyrabiają je sermadże, czyli kafciarze, sprawniejsi do tego od naszych lwowskich, a w końcu i ów sławny na cały świat olej woniejącybywa w Ruszczuku na składzie, który Bułgarowie z kwieciaróżanego wyciskają, jakoby nasz olej ze lnu, bo w tej krainie są całe okolice, które z tych pól różanych żyją, jakomy z łanów zbożowych.

Ale gdyby nas nawet handle nie były zatrzymały, toi tak dalej jechać byśmy zaraz nie mogli, bo kilka koni namochromiało, a co większa, najlepszy nasz furman, którysamego pana karawan-baszę wiózł i nad innymi furmanynadzór miał, na gorączkę bardzo zachorzał. Stanęliśmy tedyw gospodzie jednej dużej, czyli w hanie, bo tak w Turczechgospody zowią, a pan Harbarasz już z dawna znany byłgospodnikowi, bo do niego przedtem zajeżdżał.

Chadzaliśmy sobie do miasta i razem, i z osobna; niktnam nie bronił i nic nam Turcy nie powiadali; czasemtylko jaki okrutny brodacz w takim dużym zawoju na łbie,jakby mendel zboża, z ukosa groźnie spojrzał i coś gniewnie mruknął, ale nie kazał nam zważać na to pan Harbarasz,,,bo — powiada — w każdym Turku diabeł siedzi, to rzeczpewna jest, ale ten diabeł z częsta drzemie i dopóki go niezbudzisz, to ci nic nie zrobi, a naród turecki z natury gnuśnyjest i dla tej tylko gnuśności często nieszkodliwy, bo kiedyby cię Turek zabić mógł, z łoża nie wstając, pewno by cięzabił, ale po staremu wstać mu się nie chce”.

Chadzałem sobie wtedy za pozwoleniem pana karawan-baszy po mieście, jakby po Lwowie, dziwując się wszystkiemu, aż raz zaszedłem pod sam zamek. Stały tu na waleszerokim ogromne armaty, snadź świeżo skądeś przywiezione,bo od niektórych dopiero bawoły odprzęgano, a nieco z dalapokładli się na ziemię puszkarze, czyli topczowie, bo takich po turecku mianują, to drzemiąc, to w niebo patrząc,a takie odpoczywanie to się u nich kef zowie.

Kiedy się tak przypatruję, obaczę naraz, że koło jednejarmaty stoi człowiek jakiś bardzo nędzny, grubym łańcuchem do niej za jedną nogę przykuty. Chłop setny, nie wysoki, a za to barczysty, ale bardzo znędzniały, z dużą czarną,ale już siwiejącą brodą, z twarzą wychudzoną i z zapadłymioczyma, z których głód i smutek żałośnie wyglądały. Prawieże nagi był, bo miał na sobie ubranie z zgrzebnego płótna,całe w szmatach i dziurach, że wszędy ciało wyglądało.

Z litością w sercu spoglądnę na niego, a on obejrzawszysię dokoła, a osobliwie w stronę, gdzie owi topczowie w trawie się rozłożyli, zaczyna się żegnać krzyżem świętym potrzykroć, jak to ludzie greckiej wiary i u nas zwykli. Snadźchciał biedaczek dać mi znak, że chrześcijanin, ja też bliżejpostąpię, a on siadłszy na ziemię, bo dotychczas stał był, odwrócił się niby ode mnie w przeciwną stronę i mówi powoli,głosem przytłumionym, ale wyraźnie po rusku:

— Duszo chrześcijańska, litościwy człeku, czy ty mniesłyszysz i rozumiesz?

— Słyszę i rozumię — rzekę na to z cicha, ale tak, abymnie mógł zasłyszeć.

— Sława Bogu, żeś ty nie Niemiec, bom ciebie za takiegomiał — mówi ów więzień na łańcuchu, bo snadź tak mu się pomoim ubraniu zdawało. — Nie patrz w moją stronę, ale kumiastu, na meczet patrz.

A był niedaleko meczet, to jest bożnica turecka z wieżąi półksiężycem złocistym na szczycie. Tedy ja na ten półksiężyc niby patrzę, a uszu pilnie nadstawiam.

— Duszo chrześcijańska, użal się mnie, duszy chrześcijańskiej! Na światoho Spasa i Bohorodyciu proszę ciebie,podaj mi pilnik; w chlebie mi go podaj; tam, widzisz, niedaleko piekarz, kup dwa bochenki chleba, jeden niby dla siebie,a drugi dla mnie. Rozkrój ten chleb jeden, ukryj w nim pilnik i podaj mi, a nie bój się, bo nam jałmużnę wolno dawać,byle nie w pieniądzach, bo je te psy zaraz odbiorą.

Gdybym nawet nie miał był ojca straconego gdzieś międzyTurkami, byłbym temu jeńcowi nieszczęsnemu uczynił, o coprosił, choćby to nie całkiem bezpieczno być miało, a cóżdopiero, kiedym pomyślał, że co wiedzieć, czy i mój biednyojciec nie w takiej samej nędzy teraz żywot trawi, a do Bogao wyzwolenie żałośnie wzdycha? Idę tedy na bezestan,czyli bazar, to jest na ono miejsce, gdzie same kramy sąz rozmaitymi towarami, i zaraz obaczę Cygana kowala,co siedzi na ziemi, a przed nim na sprzedaż młotki, obcęgi,piłki, pilniki, gwoździe i inny towar kowalski. Wybrałempilnik, jaki mi się wydał najlepszy, nie targując się cale,bo o rzecz ważniejszą szło aniżeli o jeden lub dwa aspry,o które mnie Cygan oszukał: kupiłem dwa bochenki chleba,a wstąpiwszy w zatyłek jednego domu, gdzie nikt na mnienic patrzał, rozkroiłem jeden chleb na dwoje, ukryłem w nimpilnik, a nadto jeszcze i jeden złoty cekin, co tyle jak dobrydukat znaczy.

Te dwa chleby wziąwszy, sam zaczynam mój bochenekłamać i niby smaczno jeść, i tak jedząc podchodzę znowupod armaty, a ów jeniec niby mnie po raz pierwszy obaczywszy, zrywa się z ziemi i choć topczowie w naszą stronępatrzą, pocznie jak żebrak rękę wyciągać, a głowę trząśći do chleba mego się modlić. Tedy ja niby chwilkę się waham,a potem ów drugi chleb z pilnikiem i dukatem mu podaję,a on chwyta go chciwie i zaraz jak pies zgłodniały kąsaćgo pocznie, dobrze dzierżąc obu rękami, aby się nie rozpadł.Widzieli to topczowie i jeden na mnie coś krzyknął i rękąmachnął, abym precz sobie poszedł, ale chleb temu więźniowizostawiono.

Kilka dni bawiliśmy w tym Ruszczuku, i już panowie kupcypokończyli swoje sprawy i jechać dalej czas było, a tymczasem furman pana Harbarasza nie tylko nie wyzdrowiał, alejeszcze ciężej zachorował i tak mu się źle zrobiło, że błagaćpoczął, aby mu koniecznie księdza katolickiego sprowadzić,bo czuje, że umierać będzie. Kłopot był o to niemały, bogdzie tu znaleźć w Ruszczuku księdza katolika; same tu tylkopopy, a raczej mnichy schizmatyki, których tu kaługeramizowią; sprośne chłopy brodate, prostaki nieuczone, że ichi własny naród niejako w pogardzie ma. Ale powiada naszhandżi, to jest gospodnik, który Grek był, jako słyszał,że u jednego Włocha, co był zarazem i kupcem, i baszyńskim lekarzem, stanął ksiądz, jakiś katolik, który z Jędropola do Polski jedzie. Posłał mnie tedy pan Harbaraszz jednym miejscowym Bułarzynem do onego Włocha, abym siędowiedział, czy prawda, a jeśli tak, żebym onego księdzado chorego uprosił.

Pokazano mi tego księdza, patrzę, a to jakiś brodacz na pół z turecka, na pół z bułgarska ubrany, z marafetem, to jest zawojem na głowie, człek, jako mi się zdało,cale świecki i do księdza ani podobny. Bułgarzyn, co ze mnąprzyszedł, mówi do niego, a on po bułgarsku także odpowiada i zaraz nam skórzaną sakwę podaje, aby nieść za nim dogospody. Tam przyszedł, dobył z sakwy komeżki i stuły i zarazdo chorego poszedł. Jam się mocno dziwował wyglądaniutego księdza, aż pan Harbarasz powiedział, że nasi księża,kiedy do Turek jadą, brody jako najdłuższe zapuszczać musząi stroju kapłańskiego zaniechać, bo inaczej by żaden z nichniczego nie sprawił, ano i zdrów się nie ostał nie tylko dlaonej złości pogańskiej, ale i dla nieżyczliwości samych popówi kaługerów tutejszych, którzy nasz święty Kościół katolickiw nienawiści sobie mają.

Kiedy ów ksiądz wrócił od chorego, pocznie z namipo polsku rozmawiać i powiada, że do Lwowa z Jędropolapowraca. Tedy ja całuję mu rękę i pytam, czyli w Jędropolunie zna księdza karmelity Benignusa i czyby mi wskazaćnie raczył, jako tam odszukać go będzie można?

— A tom ja jest ksiądz Benignus — rzecze na to — a co zasprawę masz do mnie?

Ucieszyłem się bardzo tym szczęśliwym spotkaniem i dajęmu list od pana Heliasza. On list przeczyta uważnie i pyta:

— A jakże się twój ojciec nazywa, który ma być w niewoli tureckiej, jako tu w liście stoi?

— Marek Bystry.

— Bystry, Bystry... — powtarza ksiądz Benignus — coś mito nazwisko jakby już słyszane. Poczekaj, mam ja tu długispis naszych, co tu więźniami u Turków są, i panów, i chłopów, i niewiast, i dzieci nieszczęśliwych, co ich Tatarowiepobrali, owo poszukać muszę.

Wydobył książkę całą nazwiskami zapisaną i począł przepatrywać, a trzeba wiedzieć, że ten ksiądz Benignus żywotswój i zdrowie temu poświęcił, aby polskich jeńców z jasyruratować, i posyłali go panowie z pieniądzmi na okup, a onpewniejszy był niż Ormianie, bo luboć także wiele ludziz niewoli dobywali, tedy przecież nie z samej cnoty chrześcijańskiej to czynili, częściej zysku i zapłaty znacznej zaswoje starania wymagając. Kiedy on tak w onej książceczytał, jam jakby na węglach żarzących stał, bom nadziejęcałą w nim położył.

— Bystry — ozwał się nareszcie ksiądz Benignus — jestBystry, Marek Bystry!

— Żyw tedy, żyw mój ojciec! — zawołałem z radością, alezaraz wielkim płaczem wybuchnąłem.

— Żyw był przed pół rokiem, kiedy go widziałem —rzecze ksiądz Benignus — ale czy jeszcze żyje, Bóg wiedzieć raczy.

— A gdzie go widzieliście, ojcze dobrodzieju, i co robił?

— Widziałem go w Warnie na sułtańskiej galerze; dowiosła go sprzedali. Prosił mnie, aby żonie jego dać znaćo nim w Podborzu, w ekonomii samborskiej — mówi ksiądzBenignus, czytając z tej książki — i aby jej zlecić, żeby przeze mnie albo przez Ormiany lwowskie wykupiła goz niewoli. Ma na to sołtystwo sprzedać. Pięćset twardychtalarów żąda za niego ten aga, pod którym wiosłuje. Kiedymgo widział, galera, na której był, miała na Czarne Morzepłynąć. Należy do tych galer wojennych, co pod Mezembriąprzystań mają, kiedy z morza wrócą, i tam się o niegopytać trzeba.

XIII. Wyprawa po ojca

Po tym, com usłyszał od księdza Benignusa, pierwszarzecz była: policzyć, ile mam w mieszku, bowiem dotąd niemyślałem nawet o pieniądzach moich, mając wszystko, czegomi było potrzeba do życia, od pana Harbarasza jako mytoza moją służbę. Od owego weneckiego kupca, pana Kurcjusza,dostałem był, jakom już mówił, dziesięć podwójnych cekinów;w skarbonce mojej, co ją w kantorze pana Spytkowym zawiesił był pan Heliasz, nazbierało się dziesięć dukatów —i zdało mi się tedy, żem bogacz wielki i że Bóg wie czegotakim skarbem dokażę. Kiedym się teraz dowiedział, żeokupu za ojca żądają 500 twardych talarów, obaczyłemz żałością, jako zaledwie cząstkę tej sumy mógłbym zapłacić. Szło trzy złote na talar, tedy potrzeba by mi było1500 złotych, zaś cały mój majątek wynosił trzydzieścidukatów, a to znaczyło ledwo 500 złotych, a i to niespełna.

Pocieszałem się przecież myślą, że mam dość grosza,by dotrzeć do mego ojca i próbować, czy mi go z niewoliwydostać mniejszą sumą się nie uda; że może do ucieczki mupomogę, a w najgorszym razie dolę mu jako osłodzę. Terazwięc szło mi tylko o to, aby się jak najprędzej dostać doonej Mezembrii, bo z tego, co powiadał ksiądz Benignus,było, że choćbym tam ojca nie zastał, to przecie wieścio nim najpewniejszej zasięgnę, skoro galera, na której przywiosłach go trzymają, przystań swoją ma w Mezembrii.Wiedziałem, że karawana nasza nie będzie szła na Mezembrię,ale że zawsze największą część drogi z nią razem będęmógł odbyć, bo czy do Jędropola się jedzie, czy do onejMezembrii, którą Bułgarowie Nesembrem zowią, droga zawszeprowadzi przez góry bałkańskie.

Chory furman nie obiecywał wrócić do zdrowia, a panHarbarasz dłużej już w Ruszczuku zostać nie mógł; trzebago tedy było zostawić, a innego człeka do koni szukać, corzecz trudna była bardzo w obcym mieście, i to jeszczemiędzy Turkami. Bułgarzyna jakiego nierad był pan Harbaraszbrać, jako iż nie miał do Bułgarów ufności, że to naród dośćniepewny i w tej ciężkiej niewoli pogańskiej już wiele z przyrodzonej cnoty ludzkiej postradał; Turka uczciwego choćbychciano, tedyby Turek znowu nie chciał, a obejść się calebez nowego człowieka także niełacno, bo droga przez wielkie góry i dzikie parowy nas czekała. Kiedy tak mówimy o tymwszyscy, przychodzi nasz handżi, czyli gospodnik, i rzecze,że jakiś człek mówić chce z panem karawan-baszą. WchodziBułgarzyn jakiś, chłop tęgi, jeno zmizerniały nieco, jakbypo chorobie był, i mówi do pana Harbarasza:

— Szukacie, panie, arabadżyka?

A trzeba wiedzieć, że tak tu z turska furmanów zowią.

— Szukam.

— Weźcie mnie, jeśli wola.

Snadź się panu Harbaraszowi człowiek ten podobałz samego wejrzenia, bo go nie odprawił tak zaraz z miejsca,jako innych, którzy się byli zgłaszali, ale odstąpił z nimnieco na stronę i rozpytywać go zaczął. Mnie tymczasem taksię zdaje, jakobym tego człowieka kiedyś znał albo przynajmniej kiedyś widział, jeno w żaden sposób przypomniećsobie nie mogę, gdzie to było. Kiedy tak ciągle nań patrzęi w pamięci szukam, on też na mnie z ukosa spojrzy i nieznacznie mrugnie okiem, jak gdyby mi rzec chciał: Nie powiadaj,że mnie znasz! Dopiero wtedy poznałem go od razu, a niebył to kto inny, jeno ten więzień przykuty do armaty, któremuja w chlebie pilnik i jeden dukat podał.

Gdyby był nie spojrzał tak na mnie i nie dał tego znakuoczyma, byłbym go nigdy nie poznał i w pamięci daremnieszukał, bo tak się odmienił, że rodzony brat byłby go sięwyparł na pierwsze spojrzenie. Ogolił brodę, podstrzygłi podkręcił wąsa, a ubrany był ubogo, ale ochędożnie, jakosię Bułgarowie ubierać zwykli; miał dużą baranią czubaręna głowie, kaftan z ciemnej chaby, szarawary takież, szerokie, fałdziste, na nogach opończe i przepasany był czerwonym pasem z wełny.

Nie słyszałem, co panu Harbaraszowi na jego pytaniaodpowiadał, ale zmiarkować mogłem, że pan Harbarasz niewszystkiemu jakoś rad był i nie wszystkiemu wierzył, cosłyszał; na Bułgarzyna jakby z podejrzeniem spoglądał, namyślał się i wahał, ale w końcu przecież go ujednał, wyraźniepokazując po sobie, że to od biedy i z konieczności czyni.Zaraz też nowy furman do wozów poszedł i już tego dnia anisię wychylił ze stajen.

Nazajutrz równo ze świtem mieliśmy wyjechać w dalsządrogę, a ja widząc, że ubranie moje lwowskie nazbyt jestznaczne i że w nim między Turkami niedobrze będzie sięprzewijać, zwłaszcza kiedy już sam i bez opieki będę, kupiłem sobie przy pomocy gospodnika naszego w bezestanieubogie odzienie bułgarskie i zaraz je oblokłem, co mi pan(Harbarasz pochwalił, mówiąc, że sam to chciał mi kazać, alebył zapomniał.

Ruszyliśmy w dalszą drogę i wjechaliśmy w góry onestraszne bałkańskie. Opisywać ja tej drogi nie będę, bobymnieprędko skończył, a byłoby co opowiadać. Siedm dni i siedm nocy strawiliśmy na tej przeprawie przez okrutne skały i góry, przez urwiska i wąwozy, przez ostre grzbietyi ponad głębokie przepaście, bo ano takich gór, jak onebałkańskie, chyba już nie ma na bożym świecie. Głowa sięczłowiekowi zawracała i bywało, lęk zbierał od samegopatrzenia, to na dół w głębie czeluści i rozpadlin, tow górę na strome, a tak wysokie skały, że się prawie obłokówsięgać zdawały i orłom tylko, a nie ludziom tędy by bywać.A każdą z tych największych gór i z tych przepaści bezdennych pan Harbarasz znał, i ciągle nam powiadał, że tojest Pisana Czuka, a to Golona Głowa, a to Czarna Głowa,a to Babin Nos, a to znowu Iwanowa Liwada, i tak dalejbez końca, i bardzo to miałem w podziwieniu, że pan Harbarasz tak dobrze o każdej wiedział i każdą zaraz mianował.

Kiedy w dzień słońce pali, to skały te i góry jakby gorzały, a kiedy słońce się chować zacznie, to ci się zda, żecałe krwią oblane; bo są gołe i całe z czerwonego kamienia, nocą zaś jeszcze straszniejsze, bo ano ci się zdaje, żeto nie góry i nie skały, tylko jakieś gmachy i potworyz bajki albo ze snu w gorączce, bo ano widzisz wieżyce podniebo strzelające, słupy, kościoły, domy, jakoby miasto jakieśzbudowane ręką nieludzką i na wieki w kamień zaklęte; tagóra wygląda nocą jak smok z otwartą szeroko paszczą,ta druga jak okręt z żaglami, ta znowuż jak bestia jakaśbajeczna, ta jak głowa człowieka i tak bez końca. Ludzi spotkaliśmy mało po drodze, a i tym albo źle z oczu patrzyło,albo się z nimi dogadać nie było sposobu; kiedy Turek,to ci na zapytanie mruknie: Kim bilir? — to jest: kto tamwie? a kiedy Bułgarzyn, to odpowie: Koje znaje? — albo: Akogospod da — jak Bóg da.

Gospód po drodze prawie że cale nie masz, a jak sięprzydarzy taki han, to ani w nim jeść, ani pić nie dostaniesz za najdroższe pieniądze, chyba obrzydliwą gorzałęci podadzą, którą oni tu rakki zowią, szczęście też nasze,że pan Harbarasz i kupcy żywność z sobą wieźli, a czasemi zwierzynę który z nas z rusznicy ubił, w czym ja najwięcejmiałem szczęścia, bo do samopału i do łuku równie sprawnybyłem. Najwięcej pod gołym niebem nocowaliśmy, namiocikrozbiwszy, a wtedy nieraz bardzo wesoło bywało: rozłożyliśmy ogień, warzyliśmy wieczerzę, pili śliweńskie czarnewino, któreśmy z sobą w skórzanym miechu mieli, panowieOrmianie śpiewali, a pan Goryczka z panem Rabiczką kołoognia śmiesznie tańcowali, klaszcząc w dłonie i pokrzykując: „Ej, ej! Dziś, dziś, dziś!”

Jam bardzo żałował, żem kobzy Semenowej nie miał,alem pieśni kozackie śpiewał, których mnie Semen nauczył.Kiedym tak raz zanucił jedną, ów furman, czyli arabadżyk,cośmy go w Ruszczuku przyjęli, porwie się od ognia, jakbygo wąż ugryzł, ale zaraz siada, głowę na rękach wesprzei słucha, słucha, a widać, że się bardzo o to gniewa, kiedyktoś zagada i śpiewanie przerwie, jeno okazać tego nie śmie.

Ten człowiek dopiero w drodze do mnie przemówił; przedwyjazdem i na wyjeździe ani na mnie zważał, żem aż markotny był, iż mi tak cale żadnej wdzięczności nie okazuje,chociaż mu do szczęśliwej ucieczki dopomogłem. Ale kilkamil za Ruszczukiem, kiedym koło jego wozu szedł, a panHarbarasz nas nie widział, rzecze on do mnie:

— Bóg ciebie nadniósł, detyno; zmiłowanie swoje okazałnade mną przez ciebie. Śmierć mnie już pewna czekała, bomieli mnie nazajutrz do Dziurdżewa dostawić, a baszatamtejszy mnie zna; byłyby mnie dziś już na szubienicysępy jadły. Kilka razy ja uciec próbowałem; zdawało się, żewszystko mi służy, bo mi przyjaciele pomagali, a zawszedaremno. A teraz ot co, głupstwo: pilniczek za parę groszy,i udało się. Bóg tak dał!

— A co wy zacz jesteście — pytam — i jak się nazywacie,boście nie Bułgarzyn przecie, jeno z naszych ruskich ludzi.

— I z waszych, i nie z waszych — odpowie — a tobiewiedzieć na co? Ja Pańko jestem; tak mnie ochrzczono;Pańko mnie wołaj.

— A jak wy, Pańku, nie uciekali zaraz daleko, jenow Ruszczuku zostali? Nie strach wam było?

— Gdybym ja był dalej uciekał, już by mnie Turcy mielibyli w swym ręku. W tym rozum cały, strachu nie znać i namiejscu zostać, bo cię właśnie tu nie szukają. Topczowieza mną daleko dokoła w rozgony poszli; jeszcze mnie gonią.Ale kiedyby nie twój dukat, może bym ja i był przepadł.Oddam ci go, Bóg to da, dziesięćkrotnie, stokrotnie może!

— A łatwie wam uciec było?

— Tom ci już rzekł, że nad moje spodziewanie. Kiedyw nocy topczowie spali, jam odpiłował łańcuch i do monasteru Świętej Trójcy pobiegł, bo wiedziałem, że tam jestczerniec jeden, który mnie dobrze znał, kiedy w Kijowiew Ławrze przebywał, ale on mnie przechować nie mógł, bokaługery byliby mnie ze samego strachu Turkom wydali,tak się boją. Chciał mi dać ten znajomy kaługer mniszeubranie, abym się przebrał, alem nie chciał, bo kaługeryz brodami chodzą i z długimi włosy, a gdybym się nie byłostrzygł i ogolił, Turcy by mnie byli snadno poznali. Alety, skąd ty się taki wziął, hołubczyku, że tak śpiewać umiesz?

— Jeden Kozak mnie nauczył — rzekę.

— Kozak, Kozak cię nauczył — powtórzył Pańko, jakbydo siebie mówił. — Wart i ty być Kozakiem, wart: łepskiby był mołojec z ciebie!

Ja bym się był rad z nim szeroko rozgadał, ale on skąpybył w słowach; ani rusz pociągnąć go za język. Pan Harbarasz zrazu na niego krzywym okiem patrzył, jakby mu niebardzo wierzył, aż im dłużej z nim jechał, tym mniej byłnieufny, aż w końcu i chwalić go zaczął, osobliwie kiedyzapuściliśmy się w najdziksze góry i między odludne i przepaściste skały, o których pan Harbarasz dobrze wiedział,że się w nich zbóje na podróżnych zasadzają, a już najbardziej na karawany kupieckie, bo się na nich dobrze obłowićmożna.

Taki był jeden kawałek drogi, który zgrozą najśmielszegoprzejmował, bo się ciągle natykało na kości końskie, a naweti ludzkie, jeszcze świeże, około których sępy krążyły, albona szczątki skrzyń rozbitych, jakby na ślady zabójstwa i rabunku, a szlak ten nazywał się „hajducki”, bo trzeba wiedzieć, że tam zbójców nazywają hajdukami, com ja rad bardzosłyszał, jako że i nasz podborski hajduk, Kajdasz, jakoprawdziwy zbójca sobie z nami poczynał, a tak owa nazwacale mu się godziła.

Jechaliśmy przez te hajduckie wąwozy w pogotowiu jakbywojennym: co było broni, to pan Harbarasz porozdawał,tak że każdy kupiec i każdy furman miał nabity samopał,a Pańko najlepiej w tym szedł na rękę, osobliwie w nocy,kiedy się pod gołym niebem dnia czekało. Wtedy Pańko wozynasze dziwnie w tabor ustawiał, konie wyprzęgnąwszy,że się z tego jakby mała forteca robiła, w której się i całejkupie opryszków bronić i odstrzeliwać można było: czatyrozstawiał, sam boczne skały obchodził, czy zasadzki nieodkryje, a tak zawsze urządzić nam nocleg umiał, że tyłi boki mieliśmy skałami zakryte i bezpieczne, a kiedybynapad jaki na nas był, to tylko od jednej strony i z przodu.

Jednej nocy stał się nawet popłoch i kto wie, czybynas byli owi hajducy nie opadli. Stał wtedy Pańko na czatach, bo jego kolej była: obaczył, jak spoza wysokiej skaływychylił się na chwilę zbójca, jak rozglądnął się i umknąwszyna skałę, świsnął, jakby znak dawał towarzyszom. Pańko dałognia z rusznicy, a na odgłos strzału porwiemy się wszyscyna równe nogi i jak nas było kilkunastu, wypalimy wszyscyrazem z rusznic, że aż skały na milę jakby jednym grzmotem zahuczały — acz żaden z nas nie wiedział, po co strzelił i do kogo.

Rozgniewał się o to srodze pan Harbarasz, który samjeden nie strzelił, przypadł do nas i bardzo złajał, „bo —mówi — jaki to wiwat był, czy to księżyc wam zawadza,chcieliście go z nieba ustrzelić; a tak gdyby teraz ci hajducyna nas z góry spadli, hanczarami by nas jak barany porzezali, bo żaden z was kuli w rusznicy nie ma”. I kazawszynam prędko rusznice nabić, mówi do Pańka:

— Myśmy tu tylko dwaj żołnierze: ty, żeś strzelał, ja, żemnie strzelał. Nie może być inaczej, jeno żeś kiedyś żołnierzem bywał?

— Może i bywał — odrzekł Pańko i na tym przestał.

Szóstego dnia rankiem wjechaliśmy na miejsce, którędydroga wiedzie wśród najwyższych garbów tych gór bałkańskich, a pan Harbarasz zawiódł nas ku jednej skale i kazałnam wdrapać się na sam jej wierzch, co mozolna rzecz była,i sam na nią wszedł, a kiedyśmy stanęli już na samym szczycie, ukazał nam góry, przez które przeprawiliśmy się byli,a wyglądało to jakoby ogromne zwalisko skał i kamieni,a potem rzekł:

— A teraz patrzcie dobrze na lewo i na prawo, daleko,daleko, a obaczycie dwa morza; po lewej Czarne, po prawejEgejskie. A ta wieża na lewo, co widnieje tam wśród sinejmgły, to jest Warna, ta sama Warna, pod którą dwa wiekitemu znalazł śmierć w bitwie z Turkami, sławnej w całymChrześcijaństwie pamięci, król polski Władysław.

Jam to wszystko, co pan Harbarasz mówił i pokazywał,oczami pił, a uszyma łykał — i całego żywota mego niezapomnę tej drogi i tego wszystkiego, com na niej widziałi słyszał ku ciekawości mojej i wielkiemu podziwieniu, a dziśjeszcze, po tylu latach, kiedy do czego innego głowy niemam, albo gdy w nocy się obudzę, przechodzę myślą przezte same góry i skały, wędruję pamięcią, kędym za młodowędrował nogami, i tak wszystko jasno widzę, jakby towczoraj dopiero było, i rzecz każdą dobrze pamiętam, choćjej nazwy zapomniałem.

Zaczęliśmy się teraz spuszczać ku dołowi i podróż namjuż raźno szła i bezpiecznie, ale dla mnie już nie była takawesoła, bo mi się niebawem rozstać trzeba było i samemu,bez cudzej rady, i własną tylko głową myśleć o sobie i o tym,co sprawić mam, jakom sobie ślubował. W Kaloferze, nieznacznym bardzo miasteczku, uścisnąłem kolana pana Harbarasza i prosiłem, aby mnie tu już ze służby swojej odpuścił,bo stąd do Mezembrii pójdę. Pan Harbarasz wiedział jużo moich zamysłach, bom w drodze nieraz o nich wspominał,ale po staremu w ich stateczność nie wierzył i raczej je zafantazję miał — jakoż bardzo nierad był temu i wszelkimisposoby odwieść mnie chciał od wyprawy, „bo — mówi — drogi nie znasz, ludzi nie znasz, języka nie znasz, sposobów niewiesz, pieniędzy nie masz, jak ślepa ćma w ogień lecisz nazniszczenie własne; ojca nie obaczysz, a siebie zgubisz, i cośmiał ojca oswobodzić, sam się w niewolę podasz”.

Ale kiedy się obaczył, że te wszystkie mądre słowa i przestrogi jakby na wodzie pisał, i że mnie od zamysłu nie odwiedzie, już mi tylko rozmaite dobre rady dawał i sposobywskazywał, jak sobie poczynać, a bardzo żałował, że w onymmieście Mezembrii żadnych znajomych kupców Ormian alboGreków nie ma, aby mnie listami opatrzeć. Żałośnie ze mnąsię rozstawał, bo mnie w drodze cale był polubił, jako iżemzawsze pilny i posłuszny mu był i chętny, i skory do każdejrzeczy, która do służby mojej należała. Dał mi też pięć dukatów zasługi, choć mi tego nie obiecywał był nigdy i z łaskimnie tylko w tę drogę z sobą brał, wielkim prośbom panaHeliasza folgując. Kiedym się z wszystkimi pożegnał i jużodejść miał, wziął mnie Pańko na bok i rzecze:

— Bóg cię prowadź, dobra detyno, gdybym ja tak mógł,nie puściłbym ciebie samego. Poszedłbym ja z tobą, a możeco i sprawił. Ale jam się z tym kupcem do Jędropola ujednałi słowa mu dochować muszę, a choćby i na to sposób był, toja w innej stronie bardzo pilne sprawy mam. Ja tę Mezembrię znam, bywał ja i tam, bom ja na wszystkim brzeguczarnomorskim jakby u siebie w domu; ciężko ci tam cozdziałać przyjdzie, ciężko, bo tam same Greki poturczone,a to naród sobaczy, od rzetelnych Turków gorszy. Miej sięty dobrze na baczności. A jeżeli ta galera tam w przystanibędzie, na której twój ojciec ma być przy wiosłach, tedytrudnoć będzie dostać się na nią własnym dowcipem. Ale jesttam jeden Pomak, to jest Bułgarzyn poturczony, ale ni pies,ni kot, bo on i w Mahometa wierzy, i przed Matką Boskąświeczkę pali, jak mu trzeba. Łacno go przydybiesz; onzawsze koło przystani i między łodzie i statki się kręci; Jowansię nazywa. Jak zobaczysz człeka małego z taką obrośniętątwarzą, że nic z niej nie obaczysz, jeno nos bardzo duży i krzywy, jako dziób u sępa — to to Jowan będzie. Za cekin onciebie na galerę zaprowadzi, bo to turecki brat i służka,a tak z ojcem się zobaczysz; ale w żadną sprawę z tym Jowanem nie wchodź, nic mu nie wierz, bo ciebie zdradzi. Znamja go, psiego syna. On za pieniądze wszystko sprzeda; własnąduszę by dał. Kozaka sprzeda Turkom, Turka Kozakom,a Turka i Kozaka diabłu, kiedyby płacić chciał. Bóg cipomagaj!

XIV. Poturmak Jowan

Dostał ja się za bożą pomocą szczęśliwie do Mezembrii,czyli Nesembra, całą prawie drogę przebywszy pieszo, boprzysiąść się już przez to samo trudno było, że samychkonnych spotykałem, a kiedy wóz, to bawołami zaprzężonyi tak pomału jadący, że nie warto siadać, choćby mi i pozwolono. Nałożyłem niemało drogi, bom nie szedł najkrótszą,jako iż ta przez górskie przesmyki wiedzie, a ja bez przewodnika nie byłbym trafił; szedłem tedy na Karnabad, a choćstąd do Mezembrii tylko dziesięć mil liczy, trzy doby wędrowałem, bo i droga bardzo kamienista i stroma była, i spiekataka straszliwa, żem z sił opadał. Mezembria jest dosyć nikczemne miasto, choć jak mi powiadano, niegdyś bardzowspaniałe i bogate być miało, i ośmdziesiąt kościołów w nimbyło, ale pod Turkiem zniszczało.

Niedaleko od miasta są duże dąbrowy, a same miastocałe bielutkie i na białej skalistej wyspie, która w morzusiedzi, a kiedym już do niego dochodził, tak było oblanegorącym słonkiem, że patrzeć nie można było na mury, booczy od tego białego blasku jakby ślepły. Jest to miastodokoła morzem oblane i gdyby nie tama, miejscami ledwiena dobre strzelenie łuku szeroka, która je z lądem łączy,toby do niego tylko czółnem lub statkiem dostać się można.Nie myślałem, gdzie gospodą stanę, jeno spieszyłem doprzystani, a tam przyszedłszy, usiadłem na samym brzegu,rozglądając się dokoła, czy onych wojennych galer tureckichnie obaczę.

Była moc statków i łodzi koło brzegu, ale same małe,rybackie, co jeno wzdłuż brzegów morskich żeglują, a nawielkie morze się nie puszczają. Kupiłem sobie chleba, sera, winogradu i innych owoców, które tam są nad podziwsmaczne i tanie, a podjadłszy, zacząłem się oglądać, czyonego Jowana gdzie nie poznam, ale że to było samo południe,tedy ludzi prawie że nie było, bo kto mógł, przed tymupałem nieznośnym pod dach się chronił. Znalazłszy trochęcienia, ległem dla odpoczynku, głową sparłszy się na mójwęzełek, w którym nie miałem nic prócz lwowskiego ubrania,ubogiej bielizny i owego pistoletu, który mi Woroba dał nadrogę.

Po południu wyszedłem znowu na sam brzeg w przystanii patrzyłem na dalekie morze, wielkie, straszne, nieskończone, żem przy tej niezmierzonej wielkości sam w sobie gdzieśzaniknął i samego siebie nie czuł, robaczek mały, jakby mniejuż nie było na świecie pod tym gorejącym od słońca niebem, co gdzieś na sinym końcu, jakby na samym brzeguwszelakiego bożego stworzenia, zapadało w wodę, i jakobymsię cały rozprysnął w szumie i w pianie wód, i przepadłgdzieś w tym huku zielonych bałwanów, co wyglądały, jakobyta wszystka woda kipiała i jakoby jakieś szklane góry tańcowały, aż w końcu tak mi było, jakby tylko sama duszaze mnie została i żeglowała smutna po morzu.

Na morzu były tylko same małe statki i łodzie, jakbykto na wodę garść łupinek orzechowych rzucił, a każdaz nich jakby się już, już topiła, to się zapadała całkiem wewodzie, to się na wierzch znowu podbijała, że zdało się, iżwoda tak nią poigra chwilę, a zaraz połknie: w dalekości,wśród smug ciemniejszych, bielały żagle, takie małe, jak listkilipowe, a nieruchome, jakby na miejscu stały w spokojui cichości, a morze pod nimi z martwego szkła było. Alepowoli żagielki te rosły pod okiem, choć zawsze niby stałyna miejscu, a i to, co się małą łodzią zdało, zaczęło sięzwiększać, zwiększać, żeś nie wiedział, jak i kiedy, aż nareszcie poznałeś, że to płyną ku przystani okręty, duże, jakbywysokie domy albo kościoły z wieżami.

Były dwa takie ogromne okręty, a domyśliłem się zaraz,że to sułtańskie galery. Kiedy się już tak zbliżyły, że możnabyło lepiej je widzieć, wyglądały, jakby nie płynęły, tylkonad samą wodą w powietrzu na dużych skrzydłach się unosiły, a skrzydła te zdały się być zrobione z okrutnie długichpiór i to się podnosiły nad morze, to spadały i maczały sięw wodzie, a za każdym takim machnięciem tych potężnychskrzydlisk biała pienista skiba zostawała na morzu, jakbyśje pługiem orał.

Jak się już dobrze zbliżyły do przystani, widzę, że to sąokrutne gmachy z trzema masztami i z żaglami na nich z białego płótna, dwa maszty niskie, a trzeci, środkowy, nadpodziw ludzki wysoki, że ani wiedzieć, gdzie takie gonnedrzewo rosnąć może, aby z niego taki maszt zrobić — jakożpowiadano mi później, że to tak z dwóch drzew jest zesztukowane. Na przodzie okrętu widać armaty, jak wylotamipatrzą niby dużymi czarnymi oczyma, a na pokładzie ruszają się ludzie, a wyglądają jak chrabąszcze.

Zawinęły te dwie galery do przystani, ale zapuściły kotwice tak daleko od brzegu, żem się im samym wprawdzie dobrzemógł przyglądać, ale twarzy ludzkich dojrzeć było trudno.Owo to, co mi się skrzydłami z daleka zdawało, to byływiosła wielce długie, poza boki okrętu sterczące, a było ichpo 27 z każdej strony, a każde takie wiosło miało trzechwioślarzy, którzy nim poruszali, każda trójka w jednymrzędzie, a wszystkie dziewięć, jedna za drugą, wzdłuż okrętu.Długości miały te galery pewnie jakich dwadzieścia sążni,ale wąskie były, bo zaledwie na cztery sążni mogły miećcałej szerokości.

Nie mogłem oderwać oczu od tych galer, a serce mimocno bić jęło, jak gdyby mi powiadało, że na jednej z nichjest i mój ojciec. Ale daremnie wytężałem oczy; twarzy rozpoznać nie było można; widziałem tylko, jak się tam zaczęłoroić, i słyszałem tylko krzyki i nawoływania, bo spuszczanoz tej galery małe czółna. Kusiło mnie do wody skoczyć i podpłynąć, bom się już nie posiadał z niecierpliwości i jakbymod gorączki cały płonął, ale tyle pomiarkowania przecieżmi zostało, aby pomyśleć, iżby to szalona rzecz była. Przypomniałem sobie nagle tego Pomaka Jowana, o którym miPańko mówił, bom w tym ściśnieniu serca zapomniał byłwcale o nim, i począłem rozglądać się dokoła, czy międzyludźmi, których się teraz sporo nad przystanią zgromadziło,nie obaczę człowieka, co by tak wyglądał, jak mi Pańkopowiadał.

Niedługo szukać go trzeba było; zaraz go poznałem.Pańko jakby mi go był odmalował, bo widzę człowiekaniskiego, chudego, pół z turecka, pół z bułgarska odzianego,z twarzą całą taką zarośniętą i kudłatą, że spod siwiejącejbrody i wąsów, i ogromnych kosmatych brwi, które się z włosami na głowie cale spływały, nic nie było widać, jeno nosjak dziób krzywy, długi i ostry, i dwoje oczów małych, łyskających, tak że człek ten jak wierutny jastrząb wyglądał.Chwilki na miejscu nie postał, jeno ciągle się kręcił i to z tym,to z owym coś rozmawiał; z każdym sprawę miał, jako naszŻydek na jarmarku. Idę ku niemu, a on mnie już dostrzegłjako cudzego w tej stronie, bo ciekawie łypnął na mnieoczyma i byłby pewno sam mnie zaczepił, gdybym był pierwszydoń nie przemówił.

— Skażcie mi, panie — rzekę do niego z ruska, bo Bułgarowie tak łacniej rozumią aniżeli po polsku — czy te dużestatki to galery są?

— Galery, cesarskie galery; a wy tu skąd?

— Z daleka — odpowiem — z bardzo daleka...

— A po co wam tu było, kiedy z daleka?

— Szukam tu kogoś... — mówię, ale nie wiem, jak dalejciągnąć.

— Szukacie kogoś? A kogo szukacie? Jowan wszystkichtu zna i Jowana wszyscy znają. Czy to kupiec jest? czyżeglarz, korabnik? Grek może, Włoch może? Jeden z naszych,czy z Franków? Do urzędu chcecie może; do którego urzędnika? do kajmakana, do mudira, do muktara, do czorbaszego?

Tak mnie zasypał pytaniami, a tak szybko mówił, żesłowa jeno leciały, jakby groch z góry sypał, anim siępołapać mógł, co do mnie gada, jako że i bułgarskich słówwiele nie znałem.

— Na galery bym te chciał — rzekę nareszcie i na morzewskazuję.

— Na galery! A po co wam na galery? Allach kerim! Nagalery! Nie wolno nikomu na galery, bo to sułtańskie,cesarskie statki są, wojenne statki! Nie wolno!

— A ja bym przecie chciał, panie Jowan — mówię na topokornie — i zapłaciłbym za to.

— A kogo tam chcecie widzieć; może jakiego hadama?

Nie rozumiałem tego słowa, a Jowan zaraz to poznał,bo mówi:

— Niewolnika może, takiego, co przy wiośle? — i zacząłrękami machać naśladując, jak się wiosłem robi, a to żebymgo łacniej mógł zrozumieć.

Powiadam mu tedy, że ojca szukam, który jest w niewolii na jednej z tych galer ma być przy wiośle, które w Mezembrii przystań mają, kiedy z dalekiego morza wracają.

Allach kerim! Allach kerimf — woła Jowan, wysłuchawszy mojej powieści, bo Turczyni Boga Allachem wołająi zawsze go mają na ustach, kiedy trzeba i nie trzeba. —Chociażeś ty niewierny giaur, ja ciebie już kocham, jakbywłasnego syna ciebie kocham! Jako takiego młodzieńca niekochać, co z drugiego końca świata bieży ojca ratować!Allach sam raduje się tobą. Widzisz, ja hadżi jestem —mówił dalej, wskazując na zielony turban, którym miałgłowę owiniętą — i żadnemu giaurowi bym nie pomógł,ale tobie pomogę!

I począł mi obie ręce ściskać, i po twarzy głaskać,i łzy sobie z oczu ocierać, żem już był gotów uwierzyć,że to poczciwa dusza, choć tureckiej wiary, i że Pańkoniesprawiedliwie za zdrajcę go miał.

— Ja nic od ciebie nie chcę — mówił dalej Jowan —ja bym tobie jeszcze dał, gdybym miał! Ale trzebastarszemu nad tymi galerami dać bakczysz, a taki aga,to wielki pan, on czego bądź nie weźmie, na srebro onnawet nie popatrzy!

Wydobyłem z mieszka jeden cekin i chcę mu go dać,a on na to:

— To mało, trzeba mu dwa — i łakomym okiem na mieszek spojrzał.

Musiałem dać mu i drugi, a on zaraz z wielką skwapliwością pobiegł ku miejscu, gdzie były małe łodzie, któreoni kaikami zowią, coś z wioślarzem pogadał po turecku i na mnie kiwa, abym szedł. Podjechała łódź do brzegu,wsiedliśmy do niej i popłynęli ku galerom. Zaraz przypierwszej Jowan zaczął wołać, a na to wołanie jegowyszedł jakiś setny Turek z srogim wejrzeniem, czarny jak Murzyn, z nożami i pistoletami za pasem i przyszerokiej krzywej szabli.

Gadali z sobą, czegom ja nie rozumiał, a tymczasem patrzyłem na galerę i na tych nieszczęsnych niewolników, co przy wiosłach byli. Każdy z nich po biodrabył goły i każdy łańcuchem do okrętu przykuty, a siedzieli, biedaczkowie, milczący i każdy z spuszczoną głową przed siebie patrzył, owo jak bydlę umęczone, kiedy mu odetchnąć po pracy pozwolą i bat nad nim nieświszczy. Jedni z nich mieli głowy cale ogolone, a tobyli złoczyńcy, co ich za zbrodnie na galery do wiosłaskazano na całe życie, inni tylko ostrzyżone, a to bylijeńcy chrześcijańscy. Ojca mojego między nimi nie było,alem ja widział jeden tylko bok galery, a po drugimboku było drugież tyle wioślarzy, których z tej stronywidać nie było.

Pozwolił nam nareszcie ten starszy Turek wejść nagalerę i podpłynęliśmy tak blisko, że się nasze czółnoaż o ścianę okrętu oparło, a wtedy spuszczono nam drabinkę, aby się po niej dostać na sam pokład. Kiedy taklezę po tej drabince i patrzę do góry przed siebie,obaczę na środku wysoki pomost, a na tym pomościejakiś człowiek z dużą brodą, w nędznej, podartej odzieży, z siekierą ciesielską coś przyciosuje i naprawia. Kiedymjuż był na ostatnim szczeblu drabiny, człowiek ten, któregom dotąd tylko z boku mógł widzieć, obrócił się narazcałą twarzą do mnie. Jenom krzyknął i omal z drabinydo morza nie spadłem!

Mocny Boże, to był mój ojciec!

Skoczyłem z drabinki na pokład okrętu, a chociażczułem, że Jowan, który ze mną z tyłu szedł, pochwycił mnie za kabat i zatrzymać chciał, rzuciłem się jakstrzała na pomost ku ojcu, a chwytając go za kolanapocząłem wołać z płaczem:

— Ojcze! ojcze!

Ojciec mój jeno drgnął i siekiera mu z rąk wypadła,a potem stanął niemy i jakby skamieniały. Wpatrzył sięwe mnie dużymi oczyma, które od nagłego zdumieniabyły jakoby martwe i szklane, ustami ruszał, jakobycoś powiedzieć chciał, a nie mógł; powietrze jeno łykałi ciężko oddychał. Ja mu pocznę ręce całować i wołam:

— To ja, Hanusz, to ja, ojcze! Czy ty mnie poznał?

Ojcu łzy się puściły z oczu, a te łzy snadź zbudziłygo z tego osłupienia, bo mnie ujął oburącz za głowęi szepnął:

— Panno Święta, cudowna! Panno Święta, cudowna!Tyżeś to, Hanusik! Tyżeś to, tutaj... tutaj!...

I naraz z wielkim strachem w oczach dodał:

— Dziecko nieszczęsne, to i ciebie wzięto!

— Nie wzięto mnie, ojcze — wołam — ja tu samprzyszedł! Ja wolny jestem; do ciebie przychodzę i pociebie!

Ale ledwie tych słów domówić mogłem, kiedy mnieów starszy Turek chwycił za barki i z wielką złością cośkrzyknąwszy, na pokład mnie zrzucił. Jowan też zaraz zaramię mnie wziął i za sobą pociągnął.

— Chodź, ustępuj, zaraz ustępuj — mówił do mnie —na drugiej galerze jest sam basza, zaraz on i tu będzie;tedy niech Allach broni, żeby nas tu zeszedł!

I nim coś rzec mogłem, już mnie na drabinkę popchnął,a ów srogi aga turecki prawie że z mieczem w rękunastawał, abyśmy uciekali z okrętu, pókiśmy żywi i cali.Wskoczyliśmy do naszej łodzi i szybko dopłynęli dobrzegu. Tu ledwiem do siebie wrócił, rzekę raczej dosiebie niż do Jowana, który został przy mnie:

— Boguż chwała, że mój ojciec nie jest z tych potępieńców, co wiosłami robią, jeno ciesielkę odprawuje!

— To właśnie jest nieszczęście — odzywa się Jowan — wielkie nieszczęście! Bo gdyby przy wiośle był,tedyby go za małą sumę uwolnić można było, ale żeciesielskie rzemiosło umie, toby już moc złota za niegożądano, a może by okupu cale nie wzięto, bo takich cieśliokrętowych, to sobie nasi bardzo cenią.

Przypomniało mi się, co ojciec przez księdza Benignusa przekazywał, że 500 twardych talarów okupu żądają,i mówię:

— Boże miłosierny, więc ma mój ojciec śmierci czekać, aż go ona wykupi z tej męki doczesnej!

— Allach jest wielki — odpowiada Jowan — ojcawykupić nie można, ale dobrych ludzi przekupić można.Niechaj twój ojciec uciecze.

— A jakoś uciecze, kiedy to jest pływająca forteca!Jowan, co mam, to oddam, ale na miłość Bożą, radźcie,co by czynić!

— A cóż ty masz i co dać możesz?

— Dam dwadzieścia dukatów temu adze, co strażtrzyma nad więźniami, a pięć dukatów wam za tę łaskę,co mi wyświadczycie!

Jowan niby się namyślał czas jakiś, ale mi się zdało,że tylko udawał, jakoby się namyślał, a potem rzekł:

— To ciężko, bardzo ciężko będzie! Z kim innymnawet bym mówić o tym nie chciał, bo to rzecz niebezpieczna i gardłem grozi, ale dla takiego cnotliwego syna,jako ty jesteś, to ja rad zrobię, co w mojej mocy i rozumie będzie. Dawajże te pieniądze.

— Jowan — rzekę — pieniądze są jakby u was w kieszeni, alem ja u jednego mądrego kupca w nauce był,a ten kupiec gotowy pieniądz tylko za gotowy towardawał.

— Młodyś, a mądry; niechaj ci Allach pomaga — odpowiada Jowan, bystro spozierając na mnie spod brwi,które jak dwa krzaki wyrastały mu nad oczyma. —Nie masz tu gdzie mieszkać, tedy ja ciebie do megoubogiego domku zawiodę; siedź tam i czekaj, a nie pokazuj się ani w mieście, ani w przystani, jakoby ciebie jużtu nie było, i nikomu nie powiadaj, że z Jowanem maszjakąś sprawę, że Jowana znasz, żeś go kiedy w swoimżyciu na żywe oczy widział; nikomu, nikomu, bo zgubisz i mnie, i ojca twojego, i siebie. Ja tymczasem chodzić koło tej rzeczy będę.

Nic miałem wiary w tego poturmaka, nie tylko dlatego,że mnie Pańko kazał z nim być bardzo ostrożnym, ależe i sam już zacząłem odgadywać jego chciwość i skrytość, jednakoż ten człek w swojej mocy mnie już miał,a kiedy mi raz ojca pokazał i kiedym się przekonał,że na galerę przystęp ma, to już nie było dla mnie innegosposobu, jak tylko dalej się go trzymać, a na bacznościsię mieć.

Poszedłem za nim do jego domu w ciasną uliczkęna końcu miasta, gdzie tylko sami Turcy mieszkali,a on mnie zawiódł do małej izdebki i tu mi czekać kazał,sam zaś zaraz do przystani pobiegł. Nie było go długo,dopiero pod sam wieczór wrócił i zaraz na progu woła:

— Allach jest wielki! On się nad twoim ojcem zlitował! Wszystkom sprawił, jako pragniesz. Dzisiaj agazapomni włożyć ojcu twemu na noc kajdany, jako tozwykle się czyni, a straży nocnej będzie się bardzochciało spać, a ten rybak, co nas dzisiaj na swojejłodzi przewoził, będzie przypadkiem ryby łowić pod samągalerą, a ojciec twój do tej łodzi skoczy, a łódź podpłynie z nim na pewne oznaczone miejsce, gdzie niedaleko jest wielka dąbrowa, a tam w tej dąbrowie będzieszty i Jowan z tobą. Allach dobry, Allach wszystko takzrobi, jako ci teraz mówię!

Chociaż ten Jowan bardzo mało wiary u mnie miałi ciągle się jego zdrady lękałem, przecież tak się uradowałem tą wieścią, żem poskoczył ku niemu i ręce muz wdzięcznością wielką ucałował, bo owo taka już natura ludzka, że temu łacno uwierzy, czego pragnie. A comi przyjdzie jakie wątpienie do głowy i co zacznę myślećnad tym, czy też mnie Jowan nie zdradzi haniebnymjakim sposobem, to zaraz staje mi przed oczyma ojciecnieszczęśliwy, wynędzniały, skatowany, śmierci jako wybawienia czekający, i tak mi sobą zasłania cały świat i przedduszą, i przed rozumem, że na ślepo bym szedł i w przepaść bym skakał, byle tam na jej dnie było troszeczkę nadziei, że ojca wybawię.

Oglądaliśmy z Jowanem całą rzecz, jako się ma odbyć.Powiadał mi, że wszystko już przygotowane, aga stargowany, rybak ujednany, miejsce na wybrzeżu oznaczone — i abym już spokojny był, i gotów do drogiczekał, a pieniądze miał odliczone, a on w nocy po mnieprzyjdzie, i kiedy już ojca przy sobie będę miał, tedy mammu zapłacić, a on za to przez las mnie przewiedzie drogąbezpieczną i potem nas zostawi, a jako już dalej radzić sobiebędziemy w ucieczce, to on Panu Bogu i naszej głowieporucza, bo więcej uczynić nie może. Ja też po nim więcejnic żądałem, ufając miłosierdziu Bożemu, że kiedy z ojcembędę już w czystym polu, skryć się jakoś na razie, a potemw góry ujść zdołamy.

Jowan znowu poszedł, a jam także wybiegł o zmierzchuna miasto, choć mi tego surowo był bronił, i kupiłem bukłakwina, suszonej ryby, chleba i nieco owoców, aby mieć pożywienie, bo kto wie, kędy nas droga poprowadzi i kiedydobrych ludzi spotkamy, co by nam pomóc chcieli. Kiedymwrócił i odliczył owych ugodzonych 25 dukatów, okazałosię, że mi zostanie ledwie trzy i to bez czegoś i że o tymw tak daleką drogę puścić się będzie trzeba. Ale wiedziałem, że bez Boga i wór złota od przygód mnie nie uchroni,a z Bogiem to i o kiju żebraczym zdrowo i bezpieczniedo Polski wrócimy.

Noc już zapadała i ciemno się zrobiło, ale Jowan zostawiłmi był zapalony kaganiec oliwny w izbie, dobyłem tedy owoOfficium, czyli Godzinki do Anioła Stróża, którem zawszeprzy sobie miał od onego czasu, kiedym z Podborza w światwywędrował, i z pobożnym sercem czytałem modlitwy.Przyszedł mi potem w pamięć ów medalik z Najśw. PannąDomagaliczowską, która we Lwowie cudami słynie, darowany mi przez Marianeczkę Niewczasównę; zdjąłem go z szyii całując go, z pokorą westchnąłem do Panny Świętej o Jejpomoc miłościwą w tak ciężkiej chwili, od której i życiemego ojca, i moje własne zależało. Kiedy się tak całą dusząoddaję świętej opiece, zda mi się, jakoby się drzwi od izdebkiuchyliły i ktoś cichutko do niej wchodził.

Oglądnąłem się i widzę kobietę, ubraną tak, jak siębułgarskie białogłowy ubierają, ale z twarzą tak osłoniętą,że tylko czoło i oczy widać było, a po tym poznać mogłem,że nie była chrześcijanka, jeno tureckiej wiary. Podeszła domnie bliżej i całą twarz odsłoniła, a wtedy ujrzałem, że tobyła kobieta podeszłego wieku, starsza od mojej matki,a bardzo stroskana i smutna. Popatrzyła na mnie uważniei palec do ust przyłożyła, nakazując mi milczenie, jam teżnic nie mówił czekając, aż sama się odezwie, a ona weźmiemi z rąk ów medalik z wizerunkiem Matki Boskiej i uklęknąwszy, pocznie go z wielkim skruszeniem całować, a żałośniewzdychać.

— Masz taki drugi? — pyta mnie szeptem.

— Nie mam.

— A tego nie dasz?

— Nie dam, bom ślubował, że się z nim póki żywotamego nie rozłączę.

Kobieta pocałowała raz jeszcze medalik, westchnęła ciężko,powstała i oddała mi go do rąk.

— Dobrze czynisz, dziecko — rzecze — niech cię Najśw.Bogarodzica ochrania!

— A wy chrześcijanka? — pytam.

— Jam w sercu moim chrześcijanka i katoliczka, bo jaz Beliny jestem, a tam nie greckiej religii ludzie, ale katolicyzawsze mieszkali. Ja ze sławnej bogumilskiej rodziny pochodzę,ale mój dziad już był katolik i ja się na katoliczkę wychowała.Gwałtem mnie Turczynką zrobili; mój ojciec zabity od Turków;wolał on umrzeć, niż wiary się wyrzec, ale ze mną, małąsierotą, uczynili jako chcieli... Ale o tym dużo by mówić,a jam nie po to przyszła.

I oglądnąwszy się ostrożnie dokoła, tak mówi dalej:

— Jam jest żona Jowana, a raczej byłam jego żoną,a teraz jako ostatnia podła sługa w domu jego jestem, bojuż pewno wiesz, choć z obcej ziemi jesteś, że Turczyni tyleżon brać sobie mogą, ile chcą, a Jowan dwie sobie jeszczetrzyma. Jowan jest moslim, to jest: wiarę Mahometa wyznaje,ale on żadnej wiary w sercu nie ma. Zły to człek, poturmakniegodny, nie wierzaj mu; po tom ja przyszła, aby ci to powiedzieć, bo mi żal ciebie, chłopczyno.

— Czy Jowan zdradę mi gotuje? — pytam.

— Tak jest, biedny synaczku, gotuje ci zdradę, tobiei ojcu twemu. Ja wiem wszystko; nie z tobą pierwszym ontak robi i nie ty będziesz ostatni, jeśli go Bóg w czas nie pokarze. On ma wspólnictwo z tym agą na galerze; on ci ojcapewno na miejsce przyprowadzi, a potem do lasu z wamipójdzie, niby bezpieczną drogę wam wskazać. A kiedy jużw lesie będziecie, to wam powie: „Teraz idźcie dalej w tęa w tę stronę, bezpiecznie na pole wyjdziecie. Bogu wamzostawiam”. Sam się wróci, a ty ledwie z ojcem kilkasetkroków ubieżysz, aż tu z zasadzki wypadną Turczyni i pojmąwas, i znowu ojca na galerę wezmą, ale już i ciebie nie puszczą, jeno do śmierci w ciężkiej niewoli trzymać będą...

Ledwie tych słów domówiła, kiedy jakiś szelest ją przestraszył; z lękiem spojrzała ku oknu i cofnęła się do drzwi,nasłuchując.

— Nie zdradź mnie; milcz o tym, com ci rzekła! Jowanzabiłby mnie, gdyby się dowiedział... — rzekła z cicha i znikłaza drzwiami.

Co pocznę teraz? — spytałem sam siebie. — Klamkazapadła; cofnąć się już nie mogę. Ojca sprowadzą i tak naoznaczone miejsce, skoro już Jowan i aga tak się umówili;jeśli ja się nie stawię i pieniędzy tym łotrom nie dam, coojca czeka? i czy go z zemsty do wioseł nie wezmą, jak onychogolonych potępieńców, co piekło za życia przebywają?

Co nas czeka, kiedy pójdę, Bóg wiedzieć raczy, ale żepójść muszę, to mi pewna rzecz była. Nie mam już co rozmyślać, nic ja nie wymyślę.

Wydobyłem z węzełka pistolet i ów sztylet, który wziąłemz sobą, uciekając od Foka; opatrzyłem pilnie pistolet, czynabity, czy podsypany, czy krzoska ostra i dobrze nakręcona.Pistolet był bardzo duży; dziękowałem sobie, żem miałodzież bułgarską, bo w fałdzistych i szerokich szarawarach dobrze go ukryć mogłem.

Ledwiem się tak uzbroił, kiedy Jowan wszedł do izbyi kazał mi iść za sobą. Noc była jasna, ale niezadługo księżyc miał zejść z nieba. Wyszliśmy z miasta ku stałemu lądowi ową tamą, o której już mówiłem, a kiedyśmy ją minęli,Jowan skręcił na prawo ku brzegom morza i prowadził mnietak samym brzegiem dobre pół godziny, aż nareszcie stanąłi z cicha świsnął. Usłyszeliśmy, jak ktoś takim samym świstem odpowiedział, i w tym kierunku podbiegliśmy może najedno Zdrowaś Maria. Usłyszeliśmy plusk wiosła i do brzegu przybiła mała łódź rybacka, a z niej wysiadł mój ojcieci jeszcze jakiś człowiek.

Chwyciłem ojca za ramię, jakbym się bał, że to mara, nieciało, i że się w ciemnościach rozpłynie, a ów człowiek z turecka ubrany odkrył latarkę, którą miał z sobą przysłoniętą, i robi znak, abym płacił. Miałem już przygotowane cekinyi kładłem mu jeden po drugim na dłoń, a on każdy z nichprzy świetle latarki bardzo pilnie oglądał, czy nie obrzezany. Kiedy Turkowi wyliczyłem wszystkie pieniądze, przyszła kolej na Jowana, który chciwie porwał swoich pięćdukatów. Turczyn coś jeszcze szepnął Jowanowi, który nato odpowiedział: peki, peki — to znaczy: dobrze, dobrze, —potem wrócił do łodzi i odpływając zawołał:

Joł hair olsun!

— Co on mówi? — pytam Jowana.

— Dobrej drogi nam życzy — odpowie Jowan — aleteraz bieżmy! Za mną idźcie ciągle, za mną.

I ruszył w pole, a z pola do lasu, który był niedalekomorza. My biegli za nim, a ja co chwila chwytałem ojcaza ramię i czułem, że biedny trzęsie się na całym ciele. Wyjąłem z zanadrza sztylet i podałem go ojcu, ale mówić mu siębałem, co mam na myśli, aby Jowan przypadkiem nie usłyszał i nie zrozumiał. Mój ojciec milcząc wziął sztylet i jenodłoń mi przy tym uścisnął; jakby mi znak dać chciał, żerozumie i że gotów będzie na wszystko.

XV. Katakallo! Katakallo

Wiedziałem jedno tylko i pewna to dla mnie rzecz była,że jeśli damy się wieść Jowanowi, kędy on zechce, wpadniemy w zdradziecką zasadzkę, bo już nie było żadnegowątpienia, że ten niecnota tak się z Turkami z galery umówił,jako mi poczciwa żona jego powiadała. Tedy cała sztukaw tym była, aby za jego przewodem nie iść, a właśnie w przeciwną stronę się obrócić, i kiedy on zechce na prawo, to braćsię na lewo, kiedy zaś on na lewo każe, to my na prawo sięweźmiemy.

Umyśliwszy tak, puściłem Jowana naprzód, aby przewodził, a sam wydobyłem pistolet i w pogotowiu go trzymałem. Dałem mu tak iść kilka Zdrowaś Maria w głąb lasu,a kiedy trafiliśmy na parów duży, który nam drogę przecinał, Jowan bierze się na lewo.

— Tędy teraz — rzecze, obracając się ku nam — nalewo pójdziemy.

— Jowan — rzekę ja teraz i dotykam się jego ramienia — na prawo nam droga.

— Na lewo, na lewo — odpowiada Jowan, a widać, żego moje słowa zdziwiły — czy ty mnie tu będziesz drogiuczył?

— A ja przecież na prawo chcę i na prawo pójdę.

— Na skręcenie karku pójdziesz! Czyś ty zwariował?

— Hanusz — rzecze ojciec do mnie — ten dobry człowiek lepiej drogę zna; idźmy, kędy on każe; jakże ty możesz lepiej od niego wiedzieć?

Ścisnąłem ojca za ramię na znak, aby nic nie mówił i nieprzeszkadzał, a sam podchodząc do Jowana, który byłprzystanął, pistolet mu do piersi kieruję i rzekę:

— Jeżeli już karki kręcić mamy, to wolę na prawo, a niewiem jeszcze, czy skręcę lub nie skręcę, ale to wiem, że jaktylko piśniesz, zdrajco, łeb tobie kulą roztrzaskam!

Jowan stał chwilę cały nieruchomy, jakby go kto w głazprzemienił, aż nareszcie mówi:

— To taka wdzięczność twoja! To na życie mi godziszza to, żem ci ojca uratował, zdrowia, a nawet gardła mojegonarażając! Idźcież wy sobie kędy chcecie, do samego czartasobie idźcie, a ja z wami już żadnej nie mam sprawy!

I tak rzekłszy, chciał odskoczyć od nas i w las biec, alejam tego oczekiwał, i zaraz z pistoletem ku niemu, wołając, że strzelę, jeśli się tylko ruszy, a mój ojciec w tej chwiliułapił go za kark i sztylet mu pokazał.

— Jowan, pójdziecie z nami — rzekę teraz — a przezdrogę udawajcie niemego, bo jak zawołacie na kogo, to jużto będzie wasz krzyk ostatni w życiu, pewno śmiertelny!

Jowan nic nie odpowiedział, i jako mu kazałem biecprzed nami na prawo, biegł żwawo, od czasu do czasu oglądając się tylko, czy ma pistolet mój przy karku. Ubiegliśmytak dobrą chwilę, a tymczasem księżyc zaszedł i zrobiłosię bardzo ciemno. Musieliśmy iść powoli, bo las był gęsty,ale zawsze wzdłuż tego parowu, który dąbrowę przerzynał.Jam prawie na nogi Jowanowi następował, kiedy on naglejakby pod ziemię się zapadł, tak zniknął sprzede mnie odrazu!

Usłyszałem tylko trzask i szelest, jak gdyby ktoś na dółspadał, a krzaków się po drodze chwyta. Nachylam się kuziemi i poznaję, żeśmy przy samym brzegu parowu, któryw tym miejscu był dość głęboki i urwisty, a krzaki gozakrywały, i rzecz widoczna była, że Jowan po ciemku w parówzleciał albo, zdrajca, umyślnie się zsunął, aby nam uciec.

Nasłuchiwałem chwilę, ale zataił się, bojąc się pewnieruszyć, abym tam nie strzelił, skąd chrobotanie krzakówusłyszę. Nie było dalej co robić, jak tylko po omacku lasemsię przedzierać, na chybił trafił, na ślepe szczęście, nic niewiedząc, gdzie zajdziemy, ale to trudna rzecz była: po tejciemnicy co stąpisz, to nogą, a i głową zawadzisz. Trzebanam było przecież iść koniecznie, aby się jakby można najdalej od tego miejsca odsądzić, gdzie nam Jowan uszedł,gdyż w trwodze byliśmy niemałej, że owo zdrajca poganintym parowem do zasadzonych w tym lesie Turczynów siędostanie, a potem miejsce wskaże, gdzie nas zostawił. Alewrychle my się uspokoli, bo po nocy w lesie ledwie by nasznaleźć można, tedy zaszywszy się w krzaki, legliśmy, abyodpocząć, bo i mnie, i ojcu trzeba tego było. Pokrzepił sięojciec winem i jadłem, com je wziął z sobą i rzecze:

— Do świtu tu siedzieć musimy, ale skoro świt, trzebanam radzić o sobie.

Jam już mój rozum do dna wyczerpał; com zrobił, tomzrobił, a co dalej robić mamy, nie wiedziałem i strach mniewielki zebrał. Nic też ojcu nie odpowiedziałem na jegosłowa, ojciec też milczał i tak siedzieliśmy w nocnej cichości.

Nagle usłyszymy huk wielki, krótki, ale mocny jakbygrzmot, aż las cały koło nas odezwał się także, jak gdybyodpowiadał na wołanie. Ojciec mój porwał się na równenogi i rzecze:

— To na galerze z dużej armaty strzelono! A wieszty czemu? Już tam odkryto, żem uszedł, i to znak jest dlawszystkich, że kto jeno żyje, ścigać mnie ma, a kto by mnieukrył, na gardle mieczem karany będzie! A ja wolę śmierć,niż być pojmany!

— I ja wolę — rzekę na to, i Bogu siebie i ojca polecam,gotów na wszystko.

Zaczęliśmy dalej iść lasem, jak się dało, a już i świtaćzaczęło. Lżej nam teraz było, a kiedy niebo nad nami jużdniem pojaśniało, a przez gęste liście dąbrowy padały deszczemświatełka jakby koralowe od porannej zorzy, bo słońcebardzo czerwono wschodziło, przybyło nam trochę sercai raźno przebieraliśmy się dalej, ciągle w jedną stronę, kuwschodowi. Naraz dąbrowa porzedniała, światło spoza drzewzaczęło się przebijać jak przez zielone rzeszoto; byliśmy jużna brzegu lasu i słyszym, jako coś ryczy i huczy, i grzmiącyłoskot czyni.

— To morze gada — rzecze ojciec — nad morzem znowujesteśmy.

Wyglądniemy ostrożnie z lasu; ojciec rozpatrzył sięi mówi:

— Nie widać jeszcze ludzi; trzeba nam biec polami kugórom. Niedaleko my uszli tym lasem, przystań tuż za nami;kołem się zawróciliśmy, ledwie co na to samo miejsce, skądeśmy wyszli.

Bardzo mnie to przeraziło, ale ojciec, który znał dobrzecałą okolicę nadbrzeżną, bo na nią ciągle z tej galery patrzył, a tak każde sioło i każdą skałę znał, nie tracił ducha,ale jeszcze i mnie dodawał, a jak przedtem zdał się był cale namnie, kiedy go w łódce przystawiono, tak teraz jam się zdaćmusiał na niego, bom sam jako ślepiec był w tych stronach.

Ruszył ojciec ku górom, którymi ja do Mezembrii szedłem, ale niedługośmy szli, bo naraz widzimy, że w daligromadki ludzi pieszych i jezdnych stoją, jakby w czatyrozstawione. Wróciliśmy się zaraz w przeciwną stronę, kumorzu, bieżąc co sił starczyło, aby się jak najdalej odsadzić,nim nas spostrzegą. Biegliśmy tak całym pędem z pół godzinyi dobiegli do samego morza, pod jedno sioło, które sięAjanowa Skola zowie. Już nam dech uszedł i nogi pode mnąłamać się zaczęły w kolanach, że ani biec, ani stać, animówić, jeno powietrze łykać, jak ryba na suchym brzegu.Wtem zasłyszeliśmy krzyki za sobą, z początku dalekie, polemcoraz to bliższe, aż w końcu już słyszę wyraźnie, że ciągle:Dur! dur! — to jest: Stój! stój! — wołają.

Ojciec na to wołanie ostatku siły dobył i ku morzu skoczył,a ja za nim, ale w duszy miałem i siebie, i ojca za straconych.U brzegu, ale już w wodzie, były pale duże, a do tych paliprzywiązanych było kilka małych łodzi rybackich. Ojciecrzucił się na jedną z nich i począł odwiązywać, nie oglądając się nawet, czy kto nie widzi; jam mu też chciał być pomocny, ale ojciec tak mnie odtrącił, żem się omal nie wywrócił, bo zamiast pomóc, jenom mu zawadzał, a ojciecjuż w tych rzeczach na tureckiej galerze wielkiej sprawnościbył nabył. Rychło łódź była odwiązana; skoczyliśmy do niej,ojciec porwał za wiosło, które leżało na dnie i odbił odbrzegu. Chwyciły łódź fale, a morze było tego dnia bardzoniespokojne, prawie aż naprawdę czarne, jako jest nazwajego, i tylko od czerwonego wschodu słońca jakby się miejscami krwawiło.

Kiedy zacznie ta łódka maluczka to skakać do góry jakpiłka, to zapadać jakoby w przepaść, a dokoła morze huczeć i grzmieć, i ryczeć, a bałwany z okrutnym rykiem i szumem przewalać się na nas, że w jednej chwili woda się z naslała — tedy groza i trwoga śmiertelna mnie zdjęła i truchlejący, zamknąłem oczy, trzęsąc się jak listek osikowy, bomnigdy na morzu jeszcze nie bywał, i kiedy na lądzie nie miałem bojaźliwej duszy, teraz ze strachu prawie że omdlewałem. Ale to jeno pierwsze chwile takie były i wrychle sięorzeźwiłem, widząc jako ojciec śmiało i spokojnie wiosłemrobi, w czym się dobrze był wyćwiczył, dwie lecie przebywając na morzu z Turkami.

Jakoż nie morze nam straszne było, ale ludzie, bo ledwiena pełniejszą wodę wypłynęliśmy, widzę, jak z brzeguTurcy na nas wołają, rękami ukazując i znaki jakieś ku przystani robiąc, a od przystani i od owych dwóch galer gotująsię łodzie, aby nas ścigać. Ojcu pot strumieniem leje się z czoła,kark mu okrutnie poczerwieniał od krwi nabiegłej, stęka tylko,a wiosłem tak robi, że jeno słuchać, czy mu żebra nie trzeszczą,a kiedy za siebie spojrzy, mówi:

— Zginęliśmy, Hanusz, puścili na nas szybkie łodzie nasześć wioseł, ani trzech pacierzy nie zmówisz, a złapią nas!

Już mu i ręce opadać zaczęły z umęczenia i z rozpaczy,że się to na nic nie zdało, kiedy widzimy przed sobą, na jednomoże strzelenie z łuku, statek cale duży, kupiecki, dwumasztowy, z rozpiętymi żaglami, który nam poprzek nadpływa.

Z trwogą wlepiłem weń oczy, myśląc, że tak umyślnieprzecina nam drogę, aby nas zatrzymać, aż pogoń nas dosięże, i widzę, że na samym statku i na jednym żaglu wypisanojest ogromnymi literami:

КАТАКАЛЛО

— Katakallo! — zawołałem, bo poznałem, że to ten samnapis greckimi litery, który na belach i pudłach, w składzietowarowym p. Jarosza Spytka we Lwowie widziałem, a którymnie mendyczek czytać nauczył.

Zrywam się tedy na równe nogi w łodzi i z całego gardła,jak tylko najgłośniej mogę, pocznę krzyczeć:

— Katakallo! Katakallo!

Na pokładzie okrętu stało kilku ludzi, a jeden z nichmusiał być starszy, bo był tak ubrany, jak tylko bogaciGrecy ubierać się zwykli, a ci, co z nim byli, z dala się trzymali jakby z uszanowania.

— Katakallo! Katakallo! — krzyczę ja jak opętaniec,i ręce ku onym ludziom błagalnie wyciągam.

Tymczasem łódka nasza prościutko do okrętu pędziłai ojciec z całej siły wiosłem tak robić zaczął, aby się umknąć,bo się bał, aby nas ten duży statek nie przejechał, boby nasbył niechybnie zatopił. Naraz widzę, że ten Grek jakiś rozkaz swoim ludziom daje i ręką na nas wskazuje, a jedenz nich gruby sznur, jakby w obręcz zwinięty, chwyta i ku namz taką mocą i tak sprawnie ciska, że ta lina, bo to okrętowalina była, rozwinąwszy się w powietrzu, końcem do łodzinaszej wleciała.

Ojciec uchwycił linę, kazał mi jąć się jej całą mocą i samsię jął, a potem wraz ze mną buch! do wody. Skąpaliśmysię wyżej czuba, aż nam się dobrze w uszy nalało, a morzenakrywało nas co chwila swoimi bałwanami, ale ci ludziez okrętu poczęli nas zaraz ciągnąć ku sobie i windowaćna pokład, aż nas tak wywindowali na sam okręt, a czasbył wielki, bom już dodzierżyć nie mógł liny w ręku i byłbymsię za jaką małą chwileczkę puścił i w morzu niechybnieutonął. Ledwiem ociekł i tchu złapał, bom się wody gorżkiejdobrze nałykał, a już jak opętaniec znowu krzyczę:

— Katakallo! Katakallo!

Mój ojciec, choć ani wiedzieć, ani domyślać się nawetnie mógł, co by to słowo znaczyło, ale jakoby w cudownąmoc jego uwierzywszy, wrzeszczy za mną także: „Katakallo!Katakallo!”, bardzo głośno i bezustannie, że jak to sobiedzisiaj wspomnę, to mnie śmiech zbiera z tego wołania,ale wonczas cale mi do śmiechu nie było.

Tymczasem okręt, na który nas z wody wywleczono,płynął szybko dalej, a ów starszy na pokładzie mówi cośdo nas, czego my nie rozumiemy, tak że ja nic odpowiedzieć nie mogę, jeno znowu mówię: „Katakallo!”, a ojciec zamną tak samo: „Katakallo!” Tedy ludzie na okręcie śmiaćsię z nas poczną, a jeden z nich za każdym razem, co tylkoja powiem: „Katakałlo!” , pokazuje palcem na onego Greka,którego ja za starszego na statku uważałem. Wziąłem to zaznak, że do niego mówić mam, i proszę go na pół po polsku,na pół po rusku, a słowa bułgarskie też przemieszając, abymiłosierdzie nad nami miał. Zrozumiał mnie ów Grek i mówido mnie z bułgarska po polsku:

— Jam jest Katakallo, którego wołacie. Wyście pewnoi Polski?

Powiadam, że z Polski i ze Lwowa. On odpowiada, żebywał we Lwowie i że tam handle z kupcami ma, a ja na towołam:

— Z panem Jaroszem Spytkiem! — i zaraz dodaję, żemsługa pana Jaroszowy, żem z p. Harbaraszem karawanątu przybył, ojca szukać i z niewoli wykupić, i że ten tu człowiek, to właśnie mój ojciec jest.

Znał ten Grek, a był to bardzo znaczny kupiec z wyspyChios, także i pana Harbarasza i począł mnie teraz wypytywać o swoich znajomych Greków, co byli z jego ojczyzny,i we Lwowie handlem się trudnili, o pana Korniakta, o panaLangisza, o pana Gargę, o pana Mazepetę, o pana TeofilaJani, a jam odpowiadał, bom ich wszystkich, w handlu panaSpytka będąc, albo z nazwiska tylko, albo i z widzenia znałi dobrze wiedział, który z nich czym handlował. Słuchałmnie tedy pan Katakallo już jakoby z większą ufnościąi bardzo ciekawie, a kiedy mu rozpowiedziałem, jak mój ojciecz galery uszedł i jak zdrady Jowana uniknąć Bóg sam pozwolił,on tak rzecze:

— Nie możecie tu zostać na moim okręcie, bo ja tampłynę, kędy wam nie potrzeba, ale podpłyniemy pod Świętego Nikołę (tak się jedna mała przystań rybacka na wybrzeżu nazywa), tam was na taki mały statek dam, co samymi brzegami właśnie w stronę Dobruczy popłynie, i niechwas Bóg dalej prowadzi.

Jakoż tak z nami uczyniono. Pod Św. Nikołą przewieziono nas czółnem na ów mały statek rybacki, a pan Katakallo temu, co był na nim jako starszy, coś po grecku powiedział, snadź nas dobrze jemu zalecając, a przedtemjeszcze, nim okręt jego opuściliśmy, ojcu mojemu dwa dukatydał.

Tak nas ten kupiec cnotliwy od pewnej zguby ocaliłi jeszcze na dalszą podróż zaratował, za co niechaj muBóg w życiu i po śmierci hojnie płaci; jam zaś samegosiebie za moją ciekawość w duszy chwalił, i każdemu toprzekazuję i radzę, aby się zawsze uczyć i wywiadywaćstarał, i o wszystko ciekawie ludzi pytał, bo owo nie matakiej dalekiej a drobnej rzeczy, której by wiedzieć nie przydało się kiedyś człowiekowi; jakoż i ja, kiedybym był niepytał mendyczka, co znaczy on napis grecki na miechachi belach towarowych, nie byłbym mógł wołać skuteczniena okręt pana Katakalli i byłby okręt ten popłynął mimonas, na śmierć lub pewną zemstę turecką nas zostawiając.

Płynęliśmy tym rybackim statkiem bardzo powoli i tygodnie nam na nim mijały, bo brzegu się prawie ciągle trzymał, a rzadko kiedy i tylko przy spokojnym morzu dalej siępuszczał, i bywało, pół dnia płynie, a pół dnia na brzeguprzy jakimś siole stoi, nocą zaś to prawie zawsze darmujemy,że mi się aż ckliwo robiło i myślałem, że temu nigdy niebędzie końca i lepiej by nam było pieszo brzegiem iść.

Ale ojcu memu to się cale nie przykrzyło, bo się z niegona galerach tureckich doskonały cieśla okrętowy i prawdziwy morzak zrobił, że chleba darmo nie jadł, w sterowaniupomagał, na maszt łaził, co było popsowanego w onymbardzo już starym i kruchym statku, ponaprawiał i połatał,owo zgoła taki z niego pożytek był, że się nim wszyscydość naradować nie mogli.

A miał ten statek do Bałczyku nas zawieźć, a dalej jużpłynąć nie miał. Przed Bałczykiem zatrzymał się pod Warną,i tu w przystani cztery dni strawiliśmy, ale ojciec do miastawyprawić się bał i cały ten czas na statku przesiedział; jatylko sam dla ciekawości wielkiej, żem o tej nieszczęsnejWarnie tyle się nasłuchał, raz jeden do miasta łodzią sięwybrałem, aby je przecież oglądać.

Kiedy ruszyliśmy nareszcie z Warny, wypłynęliśmy nadalekie morze, bo było spokojne, a droga nam była dużokrótsza na przełaj do Bałczyka, aniżeli kiedyby się brzegówtrzymać. Tak daleko na morze wypłynął okręt, że brzegi namcale zniknęły z oczu i nic nie było widać dokoła, jeno niezmierną wodę i niebo nad nią niezmierne, a to przez całątę naszą podróż bardzo rzadko nam się trafiało. Cały teżczas stałem na pokładzie, dziwiąc się tej wielkości morzai truchlejąc z pokorą przed wielkością Boga, w której tewszystkie cuda świeckie początek i koniec mają, kiedy narazprzepędza nas statek jakiś dziwny, a bardzo chyży, oczeretem po bokach jakby skrzydłami opleciony, z jednym tylkożaglem z szarego płótna, a w nim duża gromada ludzi, z których większa połowa wiosłuje, a wszyscy śpiewają chórem,pieśń razem z nimi po morzu płynie, aż miło słuchać.

Poznaję zaraz, że to jedna z tych pieśni kozackich, któreSemen śpiewał, a ci ludzie, co w czajce siedzą, bom odgadł,że to czajka być musi, tak samo ubrani, jako i Semen sięnosił. Mijała nas ta czajka szybko, a tak bliziutko, tuż, tuż,pod nasz okręt się mignęła, żeśmy już myśleli, iż zawadzi,i wtedy widzę, że ktoś stoi w pośrodku na podwyższeniu,taki podobny do Pańka, lubo inaczej ubrany, żem aż krzyknął z całej siły:

— Pańko!

A ten człowiek w tej samej chwili, jakby mnie spostrzegłi także poznał, zerwał czapkę z głowy, do góry nią wyrzuciłi zawołał: „U—ra! U—ra!” A wszyscy, co byli w czajce,było ich ze trzydziestu, jakby na dany znak rzucą takżeczapki swoje do góry i hukną razem, aż zagrzmiało po morzu:,,U—ra! U—ra!”

I jeno tylem ich widział i słyszał: czajka pomknęła chyżopo morzu, jak jaskółka w powietrzu, i nikła mi w oczach,aż niebawem czerniało się tylko coś drobnego, jakby kaczkana stawie.

Dobiliśmy w końcu pod Bałczyk i tu na ląd nas wysadzono, a właściciel statku nic od nas za przewóz wziąć niechciał, powiadając, że kiedyby do czynienia liczby przyjśćmiało, tedy nie ojciec jemu, ale raczej on ojcu dopłacićby musiał. W Bałczyku ojciec już tak, jako i ja, z bułgarskabył przyodziany, bo sobie już na onym statku od jednegoflisa ubogiego ubranie kupił, a tak cale nie bawiąc i nieodpoczywając w mieście, bośmy się na statku aż do ckliwości nastali i nasiedzieli, raźno powędrowaliśmy krainą,która się zwie Dobrucza, a w której i Wołosza, i Bułgarowie,i Turcy mieszkają, tak nam zaś droga wypadała, żeśmywłaśnie stronami szli, kędy tylko sami Turcy byli, czymja się niemało trwożył, bom się złej przygody i napaści bał.A to może właśnie dobrze tak było, bo Turcy wszędzie,jako iż tylko swój własny język dobrze znają, nas, mówiącychpo rusku i po polsku, za Bułgarzynów albo za Serbów,tedy więc za rajasów, czyli poddanych cesarza tureckiegomieli, zaś mój ojciec tyle się na galerze po turecku nauczył,że chleba kupić i nocleg znaleźć, i o drogę wypytać się umiał,a i sprzedać by się, jak to mówią, nie dał.

Bardzo my biedowali w tej drodze i nie zawsze wiedzieli,kędy najkróciej iść, tedy niemało mil sobie przyczyniliśmy,a i pieniądze nam już wychodziły, że na chlebie i wodziepoprzestać było trzeba, a do końca ciągle daleko, daleko.Tak przyszliśmy do miasta Bazarczyku, ledwie trochę nędznych miedzianych groszy mając, że i na suchy chleb dalejby brakło. W utrapieniu tedy byliśmy wielkim, chociażsobie nawzajem dodawaliśmy serca, ufając, że kiedy Bógwywiódł nas z gorszej przygody, to i z głodu nam po drodzezginąć nie da.

Z żalem niemałym przyszło mi się rozstać z pistoletem,który mi Woroba był dał, a i to zamiast pieniędzy małosię biedy nie napytał, bo w tureckich krajach rajasom,czyli poddanym chrześcijańskim, pod gardłem broni miećnie wolno, a nas, jako rzekłem, za rajasów uważano. Naszczęście Turek uczciwy się znalazł, co bacząc na nasząbiedę, z miłosierdzia pistolet kupił, ale choć to była brońprzednia i bardzo dobrego majstra lwowskiego, przecie ledwiekilka złotych za nią wziąłem. Już nawet nie chcieliśmy nocować w tym Bazarczyku, ale ruszyliśmy w dalszą drogę,obiecując sobie odpocząć i pożywić się w najbliższej wsiKozłudży, bo tam, mniemaliśmy, i taniej, i bezpieczniejnam będzie.

Wychodząc tak z miasta, mijamy duży i bardzo przystojnykarawanseraj, tj. turecki zajazd wraz z gospodą, gdziesnadź tylko bardzo znaczni i bogaci kupcy stawali. Kiedytak koło tego karawanseraju przechodzimy, słyszę ja naraz głosfletni, a taki mi znany, żem stanął w niepewności, czy teżmi się tylko nie przesłyszało. Podbiegam bliżej do okna,z którego mnie to granie doleciało, ale właśnie w tej chwiliumilkło. Czekam przecież jeszcze chwilę, choć mnie ojciecza poły ciągnie, abym już szedł, bo zmierzch zapada, a doKozłudży dobry kawał drogi, i oto znowu słyszę to samogranie, a już teraz pewność mam, że mnie uszy nie zwodzą,bo poznaję nutę do pieśni:

Słońce już padło, ciemna noc zachodzi,

Nie wiem, co za głos uszu mych dochodzi,

Postoję mało, a dowiem się pewnie,

Dlaczego płacze ta pani tak rzewnie.

Nigdy mi się ani przedtem, ani potem żadna muzykataka słodka i cudna nie zdała, jako ta teraz, bo nam onaratunek zwiastowała.

— Pan Bonarek! — zawołałem z wielką radością i poskoczyłem do gospody, zostawiając zdziwionego ojca na drodze.

Jakoż tak było, jakem się domyślał. W izbie gospodniej siedział na kobiercu pan Bonarek, po turecku, z podłożonymi pod siebie nogami, i grał na owej długiej fletni, ażmu twarz poczerwieniała jak koral, a policzki jak pęcherzsię rozdęły.

XVI. Oko proroka

Zdumiał się pan Bonarek, kiedy mnie obaczył, aż mufletnia z rąk wypadła, ale ucieszył się mną bardzo i z wielkąludzkością mnie powitał, a po pana Zachnowicza zarazpobiegł. Zaczęli mnie wypytywać, skąd się tu wziąłem i cozacz ten człowiek, co ze mną idzie, a kiedym rozpowiedziałim wszystko, dziwili się tak szczęśliwemu zdarzeniu, chwalilimnie i ojcu memu wszelką poczciwość świadczyli, żałującsię niedoli, którą przebył, i winszując szczęśliwej odmiany.Kiedy im rzekłem, że skoro ich obu widzę, to mi się zdaje,żem już w domu, a nie na obczyźnie między poganami,mówi pan Zachnowicz:

— Dobrze powiadasz, bo, wierę, jakbyś doma był. Powracać będziecie obadwaj, ty i ojciec twój, ze mną razem doPolski.

Ja mu na to z wdzięcznością rękę całuję, mówiąc, żemi słowa nie starczy, aby mu za tę łaskę, jakoby trzeba,podziękować, ale odsługiwać mu ją będę jako najwierniejszya ostatni pachołek jego, a on rzecze:

— Jam może tak samo rad z tego spotkania, jako i wy,bo mi ludzi brak do koni i oto właśnie mieliśmy ujednaćjutro jakiegoś Turczyna z sobą aż do Polski, a tak ojcaweźmiemy i ciebie, bo tak mnie lepiej i wam dobrze będzie.

Miał pan Zachnowicz sześć koni dobrzeckich, które w tymkraju był kupił, dwa dryganty i cztery klacze, wszystkiewarunkowe i bardzo cudne, że przedniejszych i droższychchyba już nie znaleźć, i z tymi to końmi odbywając drogę,mieliśmy roboty, a i kłopotu niemało, bo konie jakobypanięta trzymane były, a nad ich zdrowiem pan Zachnowicz aż się trząsł, bo w każdym z nich cały majątek był,i każdemu człowiekowi bym życzył, aby mu tak dobrzebyło, jako tym niemym bydlętom czasu tej całej drogi.

Szczęśliwie, chociaż nie bez przygód i różnych utrapień wyszliśmy nareszcie z krajów tureckich, przeprawilisię przez kawał Wołoszy i dostali się na granicę polską doDniestru, a już późna jesień była. Kiedyśmy się przez Dniestrprzeprawiali, zaleciał mnie głos dzwonów kościelnych — i nigdynie zapomnę, jako się we mnie uradowała dusza, kiedymje posłyszał; jakby to powitanie dla nas, biedaczków, byłona progu miłej ojczyzny, a od długiego czasu tu po raz pierwszyusłyszałem dzwony, bo w tureckich krajach chrześcijanomani wież na kościołach budować, ani dzwonić nie wolno —tedy to dalekie dzwonienie, co z Dniestrem płynęło ku nam,zdało mi się taką słodką muzyką, jak kiedyby Aniołowieniebiescy śpiewali.

Ale te dzwony nie samą chwałę Bożą głosiły; niosły onedo niebios żal ludzki i płacz, i narzekanie, bo całe Podolejeszcze się jakby krwawiło po srogich rozbojach tatarskich;jeszcze tam węgle nie wygasły, kędy popalili pohańcy sioła,dwory i miasta; wszędy zgliszcza i zniszczenie, wszędystratowane kopytami tatarskich koni pola, że i trawa róśćnie chciała.

Miły Boże, jakież to straszliwe są dopuszczenia Twojena tę polską ziemię, a już najsroższe chyba na tę podolskąkrainę, taką żyźną i miodem, i mlekiem płynącą, jako tomówią, kiedyby nie ci Tatarowie okrutni! My pod góramiwęgierskimi mało zaznaliśmy Tatarów, a we Lwowie, że tojest mocna forteca, nie bali się ich panowie mieszczanie, aletu, na podolskiej ziemi, dopieroś widział, bracie, co toTatarzyn znaczy!

Jechaliśmy popod wielkie nasypiska z ziemi, które turobią gęsto, aby z nich daleko widzieć, czy Tatarowie nieidą; popod szańce, kopane na prędkości, w których siębiedny naród, jako mógł, prawie że gołymi pięściami bronił;popod beczki półzgorzałe, w których smołę palono, aby dawaćznać ludziom, że Tatarzy idą — a co wszędy zniszczenia dobytku i pracy ludzkiej, tego ja już dla samej żałości rozpowiadać tu nie mogę. A ku Żwańcowi jadąc, jakby w samąpaszczę tatarską wpadliśmy, choć już Tatarów dawno nie było,bo wszędy spotykaliśmy obozowiska, a w nich żołnierzyi zbrojnych chłopów, a po polach koczowali jeszcze tu i owdziegromadkami ludzie, co ich Tatarom po drodze odbito:mężczyźni, kobiety, dzieci, co prowadzeni już byli na tatarskich łykach w jasyr, jak bydło, a teraz uratowani dodomu wracali, a przecież nie byli weseli, bo udręczeni,głodni, chorzy.

A byli to biedaczkowie, których pan Stefan Chmieleckiodbił Tatarom, zaszedłszy im drogę, kiedy już na Budziakwracali z łupami i z zabranym w niewolę chrześcijańskimludem — ten sam pan Chmielecki, rycerz sławny na całąKoronę Polską, o którym ludzie śpiewają i pewno wiekicałe po naszej śmierci śpiewać będą:

Cny Chmielecki, mężu sławny,

Jakiego czas nie miał dawny,

Nie jeden wiek, nie dwa minie,

A twa sława nie zaginie!

Umarł ten pan Stefan Chmielecki jakoś w sześć czysiedm lat potem, a był już wtedy wojewodą kijowskim, alena parę lat przed śmiercią swoją, kiedy Tatarowie pod wodząswojego sułtana Nuradyna znowu polskie ziemie najechali,uderzył na nich pod Białą Cerkwią i tak ich straszliwie poraził, że powiadają, iż ich 11 000 trupem padło!

Gdyby to więcej takich wojowników było w Polsce,jako on albo pan hetman Koniecpolski, nie tylko nogatatarska nie postałaby w naszej Polsce, ale ano i własneich kraje byśmy zawojowali, własne ich gniazda zbójeckieroznieśli, i tak byśmy Tatarów sprzedawali tanio na bydlęcych targowicach, jako oni, psy obmierzłe i plugawe, naszych chrześcijan, pożal się Boże, rokrocznie w Turczechsprzedają!

Pod Kamieńcem spotykaliśmy ciągle rozmaitego żołnierza,który szedł już za zimowe leże: pancernych, dragonię, piechotę, ale najwięcej Kozaków zaporoskich, którzy z panemKoniecpolskim i z panem Chmieleckim wojowali byli, a terazdo swoich siedzib na Dniepr wracać się gotowali — i napatrzyłem się dosyć mołojców, z których każdy tak przypominał Semena, że i on sam nieraz mi się przywidział, choćgo między nimi nie było. W Kamieńcu mieliśmy kilka dnizabawić, a w drugim dniu naszego tam pobytu pan Zachnowicz wieczorem, zanim się spać położył, dał mi list i rzecze:

— Jutro rano, skoro się tylko dzień zrobi, masz pismoto zanieść do Kniażpola, do dworu, i oddać go panu JanowiAwakowi, który, jako słyszę, z Bałty tam powrócił, a pilnąsprawę ze mną ma.

Ten pan Awak był tak samo Ormianin, jako pan Zachnowicz, ale już nie handlem, ale wojaczką się trudniłi królowi rycersko służył, a wieś Kniażpol od Kamieńcao dwie mile leży. Wybrałem się tedy nazajutrz w drogębardzo wcześnie, przed świtem jeszcze, bo dzień już był krótki,a szedłem pieszo. Pana Awaka nie było jednak w domui wrócić miał dopiero nazajutrz, a że mi pan Zachnowiczodpowiedzi czekać nie kazał, oddałem list wyrostkowi,a nie bawiąc, puściłem się z powrotem do Kamieńca.

Droga prowadziła popod dużą gospodę, i już z dalekawidziałem, że w niej musi być pełno Kozaków i żołnierzy,bo kilkanaście koni stało na dziedzińcu, a z izby gospodniejzalatywały mnie wesołe krzyki, jako to zwykle bywało,kiedy sobie gdzie ochotę wyprawiają.

Prawdę mówiąc, i mnie tam trochę wabiło, aby przynajmniej przypatrzeć się wesołej kompanii; jakoż chwilęsię zatrzymałem na drodze, wahając się, czy nie wstąpić,ale że w mieszku kuso u mnie było i że pomyślałem sobie,jako to nie bardzo jest rzecz bezpieczna do cudzej ochotynieznanemu się mieszać, poszedłem dalej swoją drogą. Ledwie kawałek uszedłem, słyszę, że ktoś śpiesznie za mnąidzie, a kiedy się właśnie chcę oglądnąć, czuję, jak jakaśtwarda ręka uderza mnie po lewym ramieniu.

Obracam się i widzę przed sobą okrutnego chłopa w kozackim ubiorze, przy szabli, z przerąbaną twarzą, bo długa,sina, snadź niedawno zagojona blizna szła mu od oka przeznos aż ku brodzie, z rudym wąsem, z bardzo dzikim i surowym spojrzeniem. Chłop ten srogi patrzy mi w oczy i mówigroźnym głosem:

Oko Proroka

Synopa Archioka

Musztułuk! — zaraz zawołam, a słowo to wyleciałomi z ust jakby swoją własną wolą bez mojego pomyślenia;tak mi je Semen w pamięć wbił, że i przez sen bym był takodpowiedział.

— Bedryszko ci się kłania! — rzecze na to Kozak, alenie czekając ani chwilki, co mu na to powiem, skoczy kumnie, porwie mnie całą mocą za gardło, obali mnie na ziemię,i przygniótłszy mi kolanem piersi, tak mnie zdławi, żekrzsknąć i nawet odetchnąć nie mogę.

W tejże chwili widzę, jak przypada dwóch innych Kozaków,i nim jakie słówko wyrzec mogłem, już mi ręce powrozemskrępowano i w pole powleczono. Tu czekały już konie,które przyprowadził spod gospody wyrostek jakiś: Kozacypowsiadali, a jeden z nich, ów straszny, przerąbany, co domnie w Semenowe słowa był przemówił i na ziemię mniezaraz potem powalił, przytroczył mnie teraz do swegokonia.

Dotychczas nie wiedziałem, co się ze mną dzieje, tak towszystko nagle, jakoby w jednym okamgnieniu się stało,a w oczach mi jeszcze to iskry, to czarne kropki skakały,tak mnie niecnota zdławił, ale teraz ochłonąłem po tym zaskoczeniu i widzę, że jeden z Kozaków to nie kto inny, jenoów nasz Kozak z Podborza, Semen Bedryszko!

— Semen! — zawołałem — Semen!

Semen tylko popatrzył na mnie jakby z wielkim gniewemi żałością zarazem, ale nic nie odpowiedział, jeno zarazgłowę w przeciwną stronę odwrócił.

Kozacy ruszyli przez pola dobrym kłusem, a jam musiałbiec co tchu i kroku koniom dotrzymywać, i już byłembliski omdlenia, kiedy Semen coś przekładać zaczął temu,co mnie miał na troku, i w chwilę potem zwolniono, i stępajechać zaczęto. Zadyszany bardzo, nie mogłem zrazu nawetprzemówić, aż wysapawszy się trochę, rzekę:

— Semen! Za co mnie, jak Tatary, tak w łykach wleczecie?

— Ty wiesz, za co — odpowiada krótko Semen.

— Ani ja wiem, ani ty wiesz, boś mnie jeszcze nie pytał.

— Nie bój się — rzecze Semen — wiem ja dobrze. Byłemw Podborzu i tam mi powiadano...

— Co ci powiadano?

— Żeś wykopał i uciekł.

— To ci źle powiadano.

— Albożeś nie wykopał? — pyta Semen.

— Wykopał — odrzekę, ale już śmiało i z gniewem,bom się nigdy po Semenie tego nie spodziewał, aby mnienie wysłuchawszy, tak zdradziecko i jakby ostatniego złoczyńcę pojmać i związać kazał.

Jechaliśmy dalej, a jam milczał ciągle, aż Semen znowuzaczął:

— Czemuż ty dalej nie mówisz?

— A czemużeś ty mnie sam nie pytał? Czemuż ty nastawiłeś na mnie tego człowieka, aby mnie jako zbójca napadł,nie czekając, aż przemówię? Przecież tyś mnie pierwszywidzieć i poznać musiał, skoroś mnie drugim wskazał, comnie nie znali!

— Bo tak trzeba było — rzecze Semen, ale w pole, a niena mnie patrzy, jak gdyby się wstydził, że tak uczynił. — Taktrzeba było, aby mi dali wiarę, bo ja sam przed tymi ludźmitakże jako winowajca jestem. A tak przekonali się, żem prawdęmówił. Nas jest czterech do tego, com ja zakopał, a tyśzabrał: mój ojciec nieszczęsny, o którym nie wiem, czy żyjejeszcze w tureckich rękach, ja i ci dwaj starsi mołojcy, Midopak i Ryngasz. Czemuś wykopał?

— Boby inni byli wykopali! Jeżeliś był w Podborzu,jako powiadasz, toś przecie widział, co na polanie w lesierobią.

— Widziałem, ale tyś przedtem jeszcze wykopał... takmi mówili... A zresztą, widzisz, to nie moja tylko rzecz;czterech nas do tego należy...

Kiedy tak z Semenem rozmawiałem, ów, co mnie miału swego konin, a był to Midopak, bardzo pilnie słuchał,a z niedowierzeniem to na mnie, to na Semena spoglądał,czy się też nie zmawiamy z sobą.

— A gdzieś to podział, coś wykopał? — pyta Semen.

— Tam, gdzie mi się bezpieczno zdało — odpowiem.

— U siebie masz?

— Nie u siebie; we Lwowie mam.

— Gdzie?

— W pewnych rękach to jest — rzekę.

— Daj tobie Bóg — mówi na to Semen — aby to w pewnychrękach było, bo inaczej żyw od nas nie wyjdziesz, i lepiejby było, żeby ciebie matka na świat nie rodziła!

— Daj i tobie Bóg — odpowiem — aby ci każdy takwiary dotrzymał, jako ja, Semenie! Kto tobie kazał mnie,pacholęciu jeszcze, twoje tajemne sprawy zawierzać, kto tobiekazał kamień ciężki do nóg mi wiązać, miecz mi nad głowązawieszać, bo to miecz dla mnie był, miecz na moje gardło!Jam matkę puścił, jam w świat uciekać, jakby złodziej siętaić, dobrym ludziom kłamać, w trwodze bezustannej żyćmusiał, aby tobie wiary dochować, jakożem i dochował.A jeżeli tej twojej przeklętej rzeczy nie będzie już weLwowie, to ją pewnie diabeł wziął, bo to jego było, a i ciebie weźmie, bo tego wart będziesz, jeśli pomsty na niewinnym szukać zechcesz!

Nic na to Semen nie odpowiedział, ale widać było, żemu na taką mowę moją bardzo markotno się zrobiło. Jechaliśmy tak w milczeniu dość długo ku Paniowcom, a zamektameczny ciągle nam widniał nad Smotryczem. NiedalekoPaniowiec widzę obóz, ale nieduży, jakich dwadzieścia namiotów i tyleż wozów, a koło wozów kilkadziesiąt osiodłanych koni kozackich.

Zbliżając się do obozu, słyszymy krzyki jakoby radosnei strzelanie z samopałów i pistoletów jakoby na wiwat.Semen i obaj Kozacy popatrzyli na siebie z zadziwieniem,snadź im to zagadką było, a że to nie bójka była, ale jakieświelkie radowanie się kozackie, to już z okrzyków miarkować było można. Widzimy dwóch Kozaków, co wyskoczylina koniach z obozu i pędzą naprzeciwko nas, i czapkamiw powietrzu wywijają, i krzyczą, że dobrą nowinę niosą.

— Opanas jest! Bedryszko stary jest! — wołają z całegogardła.

— Ojciec jest! — krzyknął Semen tak radośnie, że sięaż we mnie serce także odezwało na jego uciechę, i kopnął sięz kopyta do obozu, co tylko koń jego mógł wyskoczyć.

Midopak puścił swojego konia także kłusem, tak że znowudobrze musiałem wydzierać nogi, ale już bardzo bliskobyło i nie bardzom się zmęczył, a nawet rad byłem, żeprędzej zobaczę, co się tam w obozie kozackim dzieje.Midopak wjechał w obóz, a ciągle mnie dobrze na trokutrzymał, bojąc się, abym w tym zamieszaniu nie urwał sięi nie umknął. Ale ja, gdybym był nawet mógł uciekać,pewnie byłbym nie uciekł, bo to, com zobaczył, tak mi dodałoserca, żem się już cale czuł bezpieczny.

Owo gromada Kozaków z wielkimi wiwatami podniosłana rękach w górę Opanasa, a Opanas stał na ich ramionach,chwiał się w powietrzu, przechylał się to na lewo, to na prawo,aby wagi nie stracić, ale śmiał się wesoło do mołojcówi czapką im potrząsał. Tylkom spojrzał na Opanasa, Semenowego ojca, tak naraz i ja z radością krzyknąłem:

— Pańko!

Bo to nie kto inny był, jeno ów Pańko, więzień turecki,któremu w Ruszczuku tak szczęśliwie do ucieczki pomogłemi z którym całą drogę przez bałkańskie góry w karawanieodbywałem.

Tymczasem Semen, nie mogąc się przecisnąć do ojca,zawołał na Kozaków, aby go puścili, i stary Bedryszko naglejakby utonął między mołojcami, a potem, wydostawszy sięz tego zgiełku, z synem się witać zaczął. Wszyscy razemmówili do niego, wszyscy razem pytali, tak że żadnego zrozumieć nie mógł, on też nikomu nie odpowiadał, tylko ręceim ściskał po kolei, żadnego nie pomijając. Kiedy się zbliżył także do Midopaka, który mnie jak charta trzymał nasmyczy, zawołałem znowu:

— Pańko!

Opanas dopiero teraz mnie spostrzegł i małą chwilęzdumiony stał, jakby oczom własnym nie wierzył, aż naglekrzyknął:

— Hanusz! Jej Bohu! Hanusz! Tyś tu? na troku? związany?Midopak! A to co?

I nim jeszcze Midopak miał czas odpowiedzieć, poskoczył ku mnie, rozwiązał mi ręce, porwał mnie w swoje ramiona,podniósł do góry, ukazał mnie Kozakom i zawołał:

— Mołojcy! Temu chłopcu po Bogu ja mam dziękować, żemdo was zdrowo powrócił się! On mnie z turskich kajdanwydobył, on mnie od śmierci na palu uratował; gdyby nieon, już by sępy i kruki dawno były obgryzły kości Bedryszkowe!

Porwali mnie na to Kozacy z wielkim hukiem, podnieśli mnie w górę, jak przedtem Opanasa, i strzelając nawiwat, dokoła obozu mnie obnosili. Kiedy mnie nareszciena ziemię spuszczono, Semen podbiegł do mnie, w ramionamnie swoje wziął i jak rodzonego brata ściskać i całować,i dziękować, i przepraszać począł:

— Nie myśl ty o mnie źle, daruj, zapomnij, co się stało!Ja tobie zawsze brat i przyjaciel byłem i będę. Widzisz,ja pewny byłem, żeś ty mnie zdradził. Powiadano mi w Podborzu, żeś wykopał, com ci zawierzył, widziano ciebie, jakośwykopał i uciekł. Mnie o to wielkie nieszczęście czekało, boMidopak i Ryngasz mnie samego za zdrajcę i złodzieja mieli,nie wierzył mi nikt, jako to było między nami. Kiedym cięnagle z okna gospody na drodze zobaczył, chciałem z tobąnajpierw sam mówić, ale gdyby mnie ten Midopak widziałbył z tobą, a to zły jest człowiek, zajadły jak głodnywilk na stepie, byłby mnie o zdradę posądził. Dlatego jajego z tym słowem i znakiem za tobą wysłałem. O ojcamego mi chodziło, nie o siebie, bo Midopak i Ryngasz pieniędzy dać mi mieli na wykup, a bez tego i grosza bym byłod nich nie wydostał. Ale teraz wszystko dobrze, i bądź tymi brat i druh, jako dawniej, i Bóg tobie zapłać za wszystko!

Wziął mnie potem Opanas do osobnego namiotu, doktórego przywołał Midopaka, Ryngasza i Semena, i tu dopiero jam wszystko opowiedział, jako było, i żem ten mieszekz żelaznym olsterkiem powierzyć musiał w ręce Woroby, bomje w ten sposób bezpiecznie uchować chciał, wybierając sięw turecką drogę, a innej rady dla mnie nie było, bom sięprzecież sam ucieczką ratować musiał ze Lwowa.

Chwalili mnie wszyscy, żem uczynił, jako trzeba było,i wiernie przysięgi dotrzymał, i to przyznali, żem więcejo dochowanie wiary dbał niż o własny chleb i o własnezdrowie, jeden tylko Midopak chmurnie patrzył przed siebie,jakoby nie wierzył, a potem odgrażać się i kląć niepoczciwie zaczął, aż Opanas i Ryngasz wsiedli na niego ostro i gromić go słowy, a nawet szablami trzaskać zaczęli. Semenporwał się z siedzenia, uderzył po szabli, poczerwieniałcały, a z oczu jakby mu żywe iskry się sypały.

— Midopak, biesi synu, sobacza duszo, hadiugo — zawołałz okrutnym gniewem — a ty co warczysz i szczekasz, i kąsać chcesz, podła duszo! A kto tobie powiedział o wszystkim,czy nie ja? A kto Mordachowi odebrał? Czy nie ja? A czyjeto było szczęście? Moje czy twoje? A gdybym ja był Mordachanie spotkał, gdzie by twoja część była? A gdybym ja był zataił, żem Żydowi odebrał, i gdybym sobie to był zatrzymał,skąd byś ty wiedział o tym, ty durna głowo, ty! Żem ja byłwierny, to ty za Judaszów nas masz; żem ja był głupi, to tychcesz być mądry i lepszy od nas! Stul ty gębę twoją przerąbaną, bo ci ją raz jeszcze przerąbię, na poprzek przerąbię, w krzyż, abyś był znakowany jako szelma!

I już Semen do szabli się brał w zapalczywości swojej,i kto wie, na czym by się była ta kłótnia skończyła, alewdał się w to Opanas i rozjął ich, mówiąc:

— Będzie, jako Bóg da, a mnie Bóg dał już teraz więcej,niż to warte, o co tego chłopca turbujecie, bom srogiejmęczarni i śmierci uszedł. Czy się ta nasza zdobycz znajdzie, czy nie znajdzie, ty, Midopak, bądź spokojny, my tobieczęść twoją zapłacimy. Jeszcze stary Bedryszko coś warti jego słowo także coś warte. Dostanę ja listów od panahetmana Koniecpolskiego i od innych panów, co mnie dobrzeznają, i sam królewicz Władysław za mną pisać będzie,pojedziemy śmiało za tym chłopcem do Lwowa; znajdziesię, sława Bogu, podzielimy się rzetelnie; nie znajdzie się,także sława Bogu; na woli to Jego stoi.

Uradzono tedy, że Opanas z Semenem i Midopakiem, boRyngasz cale na Opanasa się zdał, do Lwowa ze mną pojadą,a jam podczas całej tej narady o Worobie tylko myślał, czyteż mi wiary i przysięgi dotrzymał, i co będzie, jeżeli zdradził. Czy mi wtedy uwierzą, żem prawdę mówił, i czy sięnareszcie skończy to całe utrapienie moje, i czy ja przed tymicnotliwymi ludźmi we Lwowie, którzy mnie pewnie dziś za złoczyńcę mają, stanę raz przecie śmiele z prawdą całkowitąi bez żadnej skrytości w sercu — jako człowiek niewinnyi sprzyjania ich godny?

Ale kiedy mi stanął w oczach Woroba, taki, jakim godobrze znałem i jakim ukazał się dla mnie w złej przygodzie, chłop chmurny i mrukliwy, ale poczciwy i wierny,przestałem się niepokoić i pewien tego byłem, że się na nimnie zawiodę.

Chcieli mnie po tej naradzie koniecznie zatrzymać przeznoc w obozie, abym na ich hulance był, alem się bardzoprosił, bo wiedziałem, że tam, w Kamieńcu, pewnie pan Zachnowicz już się gniewa, a ojciec bardzo trapi, że tak długonie wracam. Dano mi konia, a Semen wsiadł na drugiegoi odprowadził mnie aż do Kamieńca. Po drodze opowiadaliśmy sobie wzajem nasze przygody wszystkie od czasu,kiedy on z Podborza uchodzić musiał. Kiedy mu opowiedziałem, jako hajduk z tureckim Żydem Kara-Mordachemszukał mnie we Lwowie i jako mnie pojmać i na męki do ratusza brać chciano, i kiedy wspomniałem o tym, co mi złotniczek Lorenc opowiadał, że Kara-Mordach ma listy od możnych panów i od samego księcia siedmiogrodzkiego, i żemoże dalej ścigać nas będzie, Semen zawołał:

— Kara-Mordach? Już on nikogo nie ukąsi, pies zdradziecki! Zginął, jako zasłużył, jeno mi bardzo żal, że niez mojej i nie z kozackiej ręki! Dostał się w ręce wołoskiegohospodarza Tomży, z którym miał sprawki swoje i któregotakże na swój sposób oszukał i zdradził; kazano mu głowęuciąć. Głowa jego na wysokim palu dwa tygodnie sterczałana polu pod Jassami, a ciało psy głodne pożarły.

XVII. Jak się spisał Matysek

Zatrzymać się miał pan Zachnowicz kilka dni jeszczew Kamieńcu, a droga do Lwowa miała być długa, bośmybardzo powoli jechali i częste odbywali popasy i noclegidla onych koni, które pan Zachnowicz przywieść chciał dodomu gładkie i zdrowe, aby ognia i formy nie utraciły, tedyże kamienieccy Ormianie swoją pocztę mieli, napisałem dwalisty, jeden do pana Niewczasa, drugi do matki, prosząc,aby jej to pismo moje panna Marianeczka przez pana Zybulta wysłała. Radowałem się bardzo pisząc te listy, bomw duszy widział, jak matka się ucieszy, kiedy się dowie, żemojca z pogańskich rąk tak szczęśliwie wydobył i sam z nimrazem do niej powracam.

Za to mój ojciec, czym do dom było bliżej, tym byłsmutniejszy, bom mu ukryć tego nie mógł, że podstarościi Kajdasz wójtostwo mu odebrali i matkę z jej dziedzictwatak niegodziwie wygnali, a tak nas wszystkich w dziadyobrócili. Gryzł się i lamentował coraz bardziej, że aż żałośćbrała patrzeć na to zmartwienie; to znowu wpadał w gniewokrutny, srodze się przegrażając podstarościemu i hajdukowi,jako im obom siekierą głowy na trzaski porąbie, choć mu zato wisieć przyjdzie, i na Króla Jegomości też popłakiwał,że ano łaskaw nań był, a nie uczynił według obiecania swego.

Pocieszałem go, ile mogłem, za przykład mu stawiając,jako Bóg nie opuścił go w niewoli i mnie, ubogiego wyrostka,za narzędzie sobie wziął, aby mu łaskę swoją pokazać, a jam,bez grosza, bez nauki, bez doświadczenia, przecie do niegona dalekie morze trafił i do ojczyzny go przywiódł.

— Bodajbym był marnie zginął między poganami — narzekał mój ojciec — aniżelim na to miał trafić, co na mnietu między swoimi, w kraju chrześcijańskim, teraz przypadło, bo tam nie gorsi ludzie są aniżeli tu, i wolę ja niewiernego Turczyna aniżeli takiego podstarościego albo hajduka, bo Turcy chrześcijan za bydło mają, to prawda jest,ale sobie samym sprawiedliwość czynią i krzywdy takiejTurczyn Turczynowi nie zrobi, jako mnie zrobiono. Ależebym ja głowę miał dać pod miecz katowski, to przeciebez pomsty tego nie puszczę; wolę ja to, aniżeli o żebranym chlebie po wsiach chodzić albo pod farą samborskąrękę do ludzi wyciągać?

Przez całą drogę ojciec mój tak trapił się i narzekał,żem w końcu i ja, com się po takich ciężkich przygodachtylko radować był powinien, markotny się zrobił i świat mijuż nie był taki wesoły, jako mi się jeszcze wczoraj zdawał.

W Złoczowie przypadł nam popas, całą dobę tu zostaćmieliśmy. Jakom zawsze był ciekaw, zaraz po robocie okołokoni wybiegłem do miasta, gapiąc się na wszystko, co byłodo widzenia, choć tego krom samego zamku pana Sobieskiegoniewiele było. Kiedy minąłem zamek i już do gospody wracam, słyszę, że mnie ktoś po imieniu woła, a kiedy się obrócę,obaczę młodego pacholika, ubranego w czerwony kontusz z złocistymi guzami, pasem jedwabnym przepasanego, z magierkąfutrzaną na głowie, chromego na jedną nogę. Biegł za mną,utykając, a kiedy już się całkiem zbliżył, woła:

— Hanusik, to ty mnie nie poznajesz?

— Matysek? — krzyknę i dopiero teraz widzę, że tokulawy Matysek z Podborza, plebański sługa, co go rybałtem we wsi zwano.

Powitałem go z wielką radością, jakobym rodzonegobrata spotkał po długim niewidzeniu, i mówię:

— Jakoż cię poznać, kiedyś taki strojny, że w tym czerwonym kontuszu wyglądasz jak starosta!

— Hankam ci ja, Matiaszu, Hanka, a tyś myślał, żemwojewodzianka! — odpowiada on zaraz gadką, jako zawszezwykł był czynić. — Kontusz jest i guzy się na nim świecą,ale pod kontuszem niecała koszula. Bo to barwa jest, coją mam na sobie; kat to wie, kto ją wczoraj miał na grzbiecie i kto ją jutro mieć będzie.

— A czyjże ty teraz sługa? — pytam.

— Ja jestem w kapeli pana podczaszego koronnego Sieniawskiego w Brzeżanach; na skrzypcach gram w muzyce nadwornej, a to jest barwa nas, grajków. Żeni się we Lwowiejeden dworzanin pana wojewody, to nasza kapela jedzie najego wesele. Ale ty, Hanusik, skąd ty się tu wziąłeś? Z deszczem wczorajszym tu spadłeś?

— Jeżeli deszcz turecki tu padał, to z deszczem spadłem,bo z Turek wracam, i to nie sam. Ojciec jest ze mną!

Matysek rozwarł i oczy, i gębę szeroko od wielkiegozdziwienia, a potem skoczył wysoko na zdrowej nodze,a krzywą jakby w tańcu wywinął, magierkę jak na wiwatw górę podrzucił i zawołał radośnie:

— Ojciec jest, ojciec twój wrócił! Niechże Pan Bóg będziepochwalony! Matko Święta! Marek wrócił z niewoli! A gdzieżon, prowadźże mnie do niego, bo nie uwierzę, aż go obaczę.

Zaraz poszliśmy do gospody i do stajni, i zastajemyojca, jak siedzi w ciemnym kącie z głową podpartą na dłoniach i rozmyśla, i smuci się, że go trzeba było aż potrącić,aby się ocknął z tego frasunku i podniósł na nas oczy. Matysek począł nań wołać z radością, jakby własnego ojca witał,i ręce jego całował, a ojciec także zrazu ucieszył się bardzo,ale wrychle znowu wzdychać zaczął i łzy znowu obcierać,bo mu Matysek jakoby bardziej nawiódł to na myśl, że gow żebraka obrócono i że nie ma po co wracać do Podborza,gdzie jego dziadowie i ojcowie w uczciwości i dostatku żylii pomarli.

— Marku, a co wam to? — woła Matysek. — Chorzyścieto? Jam się spodziewał zastać wesołego jako ptaszka w pierwszym słońcu na wiosnę, a wy jakby z pogrzebu!

— Bom też jest pogrzebion, żywcem pogrzebion, Matysku — rzecze mój ojciec — alboż nie wiesz, żem bez dachui chleba pozostał; w nędzę ostatnią idę.

Matyskowi zaświeciły się jakoś dziwnie oczy, zamiastsię użalić także, zaśmiał się cale wesoło, pomacał się poswoim czerwonym kontuszu, jakby się chciał upewnić, czyczegoś ważnego bardzo nie zgubił, i mówi:

— A ja tę nędzę zaraz wypędzę!

I wydobył spod kontusza coś bardzo bezpiecznie owiniętego w szmaty, i zacznie to rozwijać bardzo ostrożniei powoli, i jedną szmatę po drugiej odrzuca, a było tychszmat może aż pięć, że się zdało, iż temu już chyba końcanie będzie, a przez cały czas spoziera to na mnie, to na ojcatak wesoło, że mu aż oczy skaczą, aż nareszcie wydostałjakiś papier złożony w kilkoro, rozłożył go, jak był szerokii długi, i woła:

— A to co jest?

— A to co jest? — powtarzam ja także wraz z ojcem.

— Dekret królewski jest! — woła Matysek. — Konfirmacja na sołtystwo przyszła.

— Dekret jest! Konfirmacja przyszła! — wołamy. —Kiedy przyszła? Kto ci ją dał? Skąd to masz? Dawajże tu,pokaż!

— Cicho, Żydy, niechaj sam rabin szczeka — mówiMatys, a umyka przed nami z papierem i jeno palcem pokazuje na pieczęć, która na nim była. — Jak będziecie takrazem pytać i krzyczeć, to się niczego nie dowiecie. Przyszedł dla was dekret, Marku, i kwita? Pomału bestia lazła,ale przecie wylazła, ale nie sama, tylkom ja jej trochę dopomóc musiał.

Dał nam nareszcie ten papier; ojciec mój chwycił go oburącz, a ręce mu się trzęsły przy tym okrutnie; na opak pismowziął, bo czytać dobrze umiał tylko z drukowanego, donosa je przytknął, do oczu, do gęby, jakby chciał pokosztować i powąchać, co tam jest, aż w końcu mnie je podał.

Było to pismo podłużne, pięknie pisane, z wielką pieczęcią na opłatku, a z samego wierzchu stało dużymi literami:

ZYGMUNT III, Z BOŻEJ ŁASKI KRÓL POLSKI, WIELKI KSIĄŻĘLITEWSKI, RUSKI, PRUSKI, MAZOWIECKI, ŻMUDZKI, INFLANCKI etc. I SZWEDZKI, GOTSKI, WANDALSKI DZIEDZICZNY KRÓL.

Pisane było całe po polsku, ale było w nim wiele słówłacińskich, których ja nie rozumiałem, to jednak jasno i wyraźnie tam stało, że

uczciwego Marka Bystrego na sołtystwie w Podborzu w starostwie naszymsamborskim utrzymujemy i zatwierdzamy, dekreta pobożnej pamięci przodków naszych konfirmujemy i aby jako possessor privilegiatus tegoż sołtystwa w spokojnym posiadaniu był zostawiony, rozkazujemy i mieć chcemy.

Przeczytałem raz; kazał ojciec czytać drugi raz, przeczytałem znowu; kazał trzeci raz, a zawsze składał przy tym ręcejak do modlitwy i słuchał jak świętej Ewangelii, że prawietemu końca nie było. Jużem cały dekret prawie na pamięćumiał, aż ojcu nareszcie dosyć było samego dekretu, tylkokazał sobie powtarzać jeszcze słowa łacińskie: possessorprivilegiatus, ażby je zapamiętał.

Possessor privilegiatus! Possessor privilegiatus! — powtarzał ciągle i pytał: — Co to znaczy?

— Trzeba się zapytać pana Zachnowicza — mówię — alejako się domyślam, to pewnie coś takiego, jak auriga regius,którym was Król Jegomość mianował swego czasu w Janowie.

— Tak to pewnie będzie! — rzecze ojciec, a oczy mułyskają od wielkiej uciechy. — Auriga regius! Possessorprivilegiatus!

I powtarzając ciągle te łacińskie słowa, pobiegł z pismemdo pana Zachnowicza, aby się jeszcze lepiej upewnić, czyto naprawdę jest dekret na sołtystwo. Powrócił rozradowany, machając dekretem jak mieczem i ciągle tylko wołając:

Possessor privilegiatus!

— Nie widziała sowa słońca, zagorzała od miesiąca —rzecze Matysek trochę markotny. — Już wy teraz, Marku,nic nie widzicie i nic nie słyszycie z hardości wielkiej, a jakoto Matysek sprawił, że dekret jest, tego to nikt nie ciekawani wdzięczen! Polazła wdzięczność do nieba i drabinę z sobązabrała.

— Głupiś ty, Matys, niedobrze ciebie rybałtem nazwano —rzekł ojciec już niedobry. — Albożeś to ty dekret podpisał,że najpierw tobie wdzięczen być mam, a potem królowi!Tom ja w radości mojej jeszcze Panu Bogu nie podziękował!Ale chodźże, Matysku, nie bądź mi markotny; Bóg widzi,jakom ci w sercu moim wdzięczen, żeś mi w sam czas takąpociechę sprawił, bom już od tego frasunku i jeść, i spaćprzestał.

— A ja spał, tylkom nie jadł jeszcze — mówi Matysek,kiedy go mój ojciec ściska i w głowę jak syna całuje.

— Chodźźe jeść i miód pić — rzecze ojciec — a przymodzie rozpowiadaj, jak to wszystko było.

Zaprowadził nas ojciec do gospodniej izby i kazał chlebai mięsa dać, i miodu postawić, a kiedyśmy zjedli, Matysekpociągnął dobrze miodu, pogłaskał się po piersiach i po brzuchu, klasnął językiem, oblizał się szeroko i mówić tak począł:

— Onego czasu... Owo nie; źle zacząłem... Roku sucho-mokrego, na końcu miesiąca, gdy ząb zęba nie doszedłz wielkiego gorąca, wtenczas następowały gwałtowne powodzie, a żaden nie utonął, co się wisieć godzi...

— A i ty nie utoniesz, bo się tobie wisieć godzi — przerwał mu ojciec — i pewnie jeszcze wisieć będziesz, kiedy siętego rybałckiego swawolnictwa nie oduczysz! Opowiadajpo ludzku!

— Niechajże będzie i po ludzku — mówi Matysek —choć lepiej by przystało po wilczemu, bo zacząć muszęod wilka, bestii niedobrej, bo od samego podstarościego.Owoż, kiedy Markowa wywędrowała z Podborza, a Hanuszw świat także poszedł, został ja sam, sierota, bez chleba,bez butów i bez dobrego słówka, bo nikt go nie miał dlamnie, a z plebanii na pół mnie wygnano, a na pół sam uciekłem, bo nastała nowa gospodyni, taki herod-baba, że i głodnydiabeł uciekać by przed nią musiał. Nie miałem nic, tylkociało, duszę i skrzypki, wziąłem to wszystko troje w kupęi tak się też jakiś czas trzymało to w kupie, bom chadzałpo weselach, po jarmarkach, po odpustach i ruskich prażnikach, grywałem ludkom i z tego żyłem. Jak nie było komugrać, wracałem do Podborza, do starej Szymonowej, którami u siebie mieszkać pozwoliła, a ja babinie za to od czasudo czasu jaki grosz dałem. Kiedym raz tak wrócił, przysłałpo mnie podstarości, zabrał mi skrzypki i mówi:

„Ty powsinogo, szelmo jedna, wagusie; na pańskie niechodzisz, pogłównego nie płacisz, po jarmarkach się jenowłóczysz; darmujesz sobie, ladaczniku; owo będziesz misłużył!”

Kazał mi sobie izby zamiatać, koło krów chodzić, drwarąbać, na parobka mnie swego obrócił, a skrzypki na kluczzamknął, bo, niecnota, rozbójnik, dobrze wiedział, że bezskrzypek mu nie ucieknę. Jak mi tak skrzypki moje wziął,to mi wszystko wziął: chleb mi wziął, rozum mi wziął,duszę mi wziął, już mnie całego miał, bo ano ciało przychlebie, a dusza przy ciele zostać musiała, zaś cały rozumw skrzypkach siedział. Ale jako to mówią: złe samo siebiekąsa — prawił dalej Matysek — nie ma złego, co by na dobresię nie przydało. Musiał ja być w tej niewoli, ale teraz pewno podstarości i hajduk żałują tego, żem musiał, a i wam,Marku, i mnie także na dobre się to obróciło. Jednego razuprzyjechał podstarości z zamku z Sambora i zaraz mi po Kajdasza iść kazał. Kiedym go przywiódł, poszli razem do izby,zawarli się i słyszę, jako do siebie naraz krzyczeć nazwajempoczną. Aha, myślę sobie, znalazł diabeł zgrzebło! pożarłysię z sobą wilki! Pocznę podsłuchiwać pode drzwiami i otoczego się dowiedziałem: Przyszła dla was konfirmacja królewska na sołtystwo i wydano ją w zamku podstarościemu,aby ją wam lub waszej żonie oddał. Podstarości tedy mówiKajdaszowi:

„Albo ty mi, bratku, dobrze zapłacisz, tedy ja tę konfirmację tak schowam, żeby jej oko ludzkie nie widziało, albonie zapłacisz, tedy ja ciebie z sołtystwa tak samo wyrzucę,jakośmy Marków wyrzucili”.

Kajdasz w płacz, w prośby, groźby; na nic to wszystko;przyszła chwilka i na wilka; tedy targować się zaczną jakodwa Żydy.

„Dasz mi 200 złotych!”

„Dam pięćdziesiąt!”

„Dasz dwieście!”

„Kat ciebie bierz; dam sto!”

Nie mogli się zgodzić, od złych matek sobie nałajali,mało się nie pobili. Potem Kajdasz rzecze:

„Jak będzie, tak będzie, a jakoś to przecie będzie; pogodzimy się pewno. Przyjdźcie dziś do mnie na wieczerzę;mam miód stary i wina mi trochę z Węgier przyszło; łacniejdo końca rzecz poprowadzim”.

„Albo ja chrzan, żebym ja z miodem dobry był; dobryja i bez miodu — mówi podstarości. — Jak dacie, co żądam,to i bez miodu się obejdzie.”

Ale w końcu stanęło na tym, że przyjdzie i że mnie,i skrzypki weźmie z sobą, aby im wesoło było.

Tu Matysek pociągnął dobrze miodu, mówiąc: „Grzej się,Ewka, póki płoną drzewka”, a potem tak dalej rzecz swojąprowadził, a ja i ojciec słuchaliśmy go z wielką ciekawością:

— Wieczorem jedli, pili, tańcowali, śpiewali, dobre myśli sobie czynili, a jam grać musiał i ślinkę połykać, a jenomBoga prosił, żeby się który z nich zadławił albo go paraliżruszył, i tylkom się pocieszał, że dłużej skrzypicy niźlitanecznicy. Podstarości pił za czterech, a hajduk Kajdasz,jako uważałem, bardzo sobie wstrzemięźliwie poczynał; snadźchciał, niecnota, trzeźwy na pijanego iść. Pijąc, ciągle siętargowali, ale podstarości, choć już ledwie na nogach siętrzymał i ledwie bełkotać mógł, ani rusz co opuścić; imwięcej, szelma, pił, tym był twardszy. A miał przy sobiepapiery w zanadrzu, a między nimi i wasza konfirmacjabyła, ale jej nawet pokazać Kajdaszowi nie chciał.

„Ja za worek, wy za dworek! — mówił — jak mi dwieście złotych wyliczycie na stół, zdrapię albo spalę przy wasdekret królewski.”

W ostatku podstarości już i siedzieć nie mógł; jenopatrzeć, kiedy się z zydla obali; na czekanie się tylko rękami opiera. Powiada mu Kajdasz:

„Idźcie do alkierza, wysapajcie się; potem znowu mówićbędziemy!”

Zawiódł go do alkierza do łóżka, siada na nim podstarości,ale się kłaść nie chce, a Kajdasz do niego podłazi, nibygo ściskać i całować chce, a tymczasem pod żupan do papierów, złodziej, sięga, ale podstarości, choć pijany, nabaczności się ma; co się Kajdasz do niego skradnie, to on zaczekan i w łeb mu godzi. Odstąpił Kajdasz i wrócił do izby;snadź czekać chciał, aż podstarości zaśnie, ale przecież gosię bał, bo woła mnie do kąta i mówi:

„Matysku, chcesz ty zarobić na przyjaciela i na pięćzłotych? ”

„Dobre jedno i drugie; czemużby nie? ”

„Matysku, podstarości zły człowiek, szelma jest wierutny;on ciebie za psa nie ma; robić ci każe jak wołu, a jeść niedaje; skrzypki ci zabrał; jakby ciebie w więzieniu miał!”

Aha, tu tego Żyda grzebali, tędy tobie droga, niecnoto —myślę ja sobie, ale nic nie mówię, tylko głową żałośnie kiwam.

„Matysku — rzecze dalej hajduk — ty umiesz idź ty do alkierza, wyjmij temu pijakowi papiery spod żupana, a między nimi jest jeden, co w nim o Marku Bystrymstoi i pieczęć dużą ten papier ma. Uważ dobrze, o MarkuBystrym tam będzie; weźże papier i tu go przynieś. Nie będziesz ty za to szkodzien! Pięć złotych weźmiesz!”

„Albo czekanem w łeb — mówię ja na to — a to pewniejsza rzecz niż waszych pięć złotych obiecanych. Obiecanka,gałka na wieży. Dajcie zaraz pięć złotych, a papier będzie.”

„A jak nie będzie?”

„Co ma nie być; pewnie będzie; a jakbym tego nie dokazał,w rękach mnie przecie macie.”

Dał mi pięć złotych na rękę ten Węgrzyn, a z wielkąciężkością mu to przyszło, chociaż, niecnota, pewno obiecywał sobie w duszy, że mi potem zaraz odbierze. Idę tedy doalkierza, ale z skrzypkami pod pachą; patrzę, podstarościsiedzi na łóżku i drzemie. Zbliżę się do niego, a on otwieraoczy i zaraz do czekana, ale kiedy poznał, że to nie hajduk,jeno ja, mówi:

„Matys, a gdzie ja jestem?”

„U siebie w domu, panie, jesteście.”

„Tedy ty mi żupan zdejmij i buty mi wyzuj, bo spać pójdę.”

Ściągnąłem mu buty, a on się zaraz położył i już chrapie.Ja pod żupan, dobędę papierów, trafię szczęśliwie na ów dużyz pieczęcią; widzę, stoi tam Marek Bystry kilka razy wyraźnie dużymi literami wypisany; chwycę dekret, w zanadrzeza koszulę schowam, otworzę z cicha okno i buch! do saduwyskoczę, a potem w nogi, co tylko oddechu we mnie było:z sadu w pole, z pola do lasu i tyle mnie widzieli w Podborzu. Dostałem się pod Przemyśl i chciałem ku Węgromdalej iść, ale kiedy ludziskom grałem w Niżankowicach, słyszał mnie jeden przejezdny muzykant dworski: podobała mu sięmoja gra, a że właśnie w Brzeżanach u pana Mikołaja Sieniawskiego ujednał się był, zabrał mnie z sobą. Teraz to jużi nuty trochę czytać umiem, a jak się lepiej poduczę, tomoże gdzie organistą zostanę.

Wysłuchaliśmy z niemałą uciechą tej całej opowieściMatyska, a ojciec jeszcze kazał dać miodu, choć w mieszkumało miał.

— Bóg ci zapłać, Matysku — mówi — do śmierci tegoci nie zapomnę! A nim zostaniesz organistą, zawsze ci mojachata rozwarta będzie, jako i przedtem bywała: ostatnimkawałkiem chleba podzielimy się z tobą. Ale, Matysku,czyś ty mojej kobiecie znać dał, że dekret królewski przyszedł?

— Zaraz jej to przekazać chciałem, a i sam byłbym doStrzałkowic poszedł, choć to nie bardzo bezpieczno było,ale Markowej nie ma w Strzałkowicach u tkacza Sebastiana.

— Nie ma jej! — zawołaliśmy razem ja i ojciec. — A gdzieżjej szukać teraz?

— Powiadali mi ludzie — rzecze Matysek — że poszłado Lwowa, bo jej pan Zybult z Sambora jakąś dobrą służbęnaraił, a w Strzałkowicach, nieboga, wyżyć nie mogła. Tamją też, panie, znadziecie.

Ojciec posmutniał na tę wiadomość, ale mnie coś mówiło,że skoro to pan Zybult, wujek Marianeczki, służbę tę postręczył, tedy matka może być chyba u pana Gygiera Niewczasa,a nie gdzie indziej. A teraz tobym już chciał był na skrzydłach lecieć do Lwowa.

XVIII. Testament Woroby

W Glinianach dopędzili nas Kozacy: stary Bedryszkoz Semenem i Midopakiem. Chcieli mnie zabrać z sobą,abym prędzej z nimi stanął we Lwowie, bo my z tymi końmipana Zachnowicza bardzo powoli drogę odbywali, ale niechcialem opuszczać ojca i jeno prosiłem Semena, aby skoro weLwowie będzie, zaszedł do pana Niewczasa i zapowiedział,że już wracamy, bom prawie cale był pewien, że jeśli matkawe Lwowie jest, to nie gdzie indziej, jeno właśnie u Niewczasów.

Droga z Glinian do Lwowa ledwie mi się nie zdała dłuższaod tej dalekiej tureckiej, którą odbywałem, tak mi już pilnoi tęskno było. Bóg dał nareszcie, że jakoś dobrze z południanadciągnęliśmy pod sam Lwów do Krzywczyc, a takiej radości, jaka mnie tu czekała, już potem w życiu nie miałem,a żem stary, kiedy to spisuję, co tu czytacie, tedy pewniejuż mieć nie będę, boby to było zbyt łaski niebieskiej dlamnie, niegodnego grzesznika!

Owo, com miał kochanego na świecie, tu oczy mojerazem zobaczyły! Zjeżdżamy ku gospodzie, a przed gospodąstoi moja matka, Marianeczka, pan Heliasz, pan GrygierNiewczas i mendyczek Urbanek! Puściły mi się łzy od tejogromnej radości; od serdecznego płaczu słówka marnegoprzemówić nie mogłem! Jakie to było powitanie moje i ojcamego z matką, a potem moje z tymi dobrymi, cnotliwymiludźmi, co mnie, ubogiego pacholika, wywołańca, żebraka,litościwie przygarnęli i zginąć mi nie dali — tego ja tu opowiadać nie będę, a i nie umiem, i nie potrzeba, bo ano ktosam tego nie odgadnie, jeśli tylko trochę ma serca i trochępoczciwości w duszy?

Jednego tylko mi brakło i za jednym tylko daremniesię rozglądałem, a to za Worobą, który nie tylko że takżebliski sercu mojemu był, ale nadto i sekret cały wiedział,dla którego Semen z ojcem i Midopakiem do Lwowa sięwybrali. Pewnie słyszał od pana Heliasza, że wracam, a że gow Krzywczycach nie było przy powitaniu, trochę się dziwiłem,myślałem przecież, że jako sługa, ciągle w handlu do robotypotrzebny, wybrać się nie mógł. Kiedy już ruszyliśmy spodgospody i z gliniańskiej góry pokazał mi się Lwów, jakobyw głębokiej a dużej misie, z wszystkimi basztami i wieżycami,pytam się mendyczka:

— Urbanku, a Woroba co też porabia, czy zdrów jest?

— Woroba umarł — rzecze Urbanek.

— Umarł! — krzyknąłem z takim przerażeniem, żem ażwszystkich nastraszył, co mi jest.

— Dwa tygodnie temu umarł, a bardzo go wszyscyżałujemy — ozwał się pan Heliasz — bo był chłop poczciwy, sługa prawy i wierny, choć ubogi prostak, i takiegopewnego człeka niełacno pan Jarosz dostanie. Szkoda go:byłby się on tobie bardzo ucieszył, bo ciebie kochał, Hanuszku;ciągle się o ciebie wypytywał, czyś nie pisał i czy słychu jakiego o tobie nie mamy, a i przed samą śmiercią ciebiewspominał.

Nie mogłem rzec ani słowa od żałości, a do tej żałościza dobrym przyjacielem przyszła trwoga niemała i ciężkiestrapienie. Tak mi już przeznaczonym było, że ta Semenowatajemnica ma mnie ciągle ścigać, ciągle nękać, ciągle spokojność mi zakłócać i radość wszelką zatruwać, i że kiedyinne moje umartwienia już koniec biorą, temu jednemu końcanie ma.

Powierzyłem Worobie mieszek z owym żelaznym olsterkiem — obyż na samo dno piekielne zapadło, czartu napożytek! — a teraz co pocznę, co Kozakom powiem? CoWoroba z tym zrobił, gdzie to ukrył i jakoż teraz wiedzieć,gdzie tego szukać? Czyli mi obaj Bedryszkowie uwierzą,żem prawdę mówił? I co ten srogi zbójca Midopak powie,kiedy mu się część jego nie dostanie?

Zacząłem rozpytywać mendyczka, czy długo Worobasłabował, na co umarł, czy nie przekazywał czego dla mnie,bo — mówiłem, choć to kłamstwo było — niektóre drobiazgimoje u niego zostały.

— Woroba, czy się przedźwignął jakim ciężarem — mówimendyczek — czy też, bardzo przegorzały i spocony od gorąca, wody się zimnej opił, czy też inna jaka przyczyna temubyła, nagle na wielkie kłucie w piersiach zachorzał, gorączkidostał i czwartego dnia umarł. Ratował go pan Spytek,jakby to kto z jego własnej familii był, dwóch lekarzy najprzedniejszych do niego wołał, pana doktora Kampianai pana doktora Syxta; czynili obaj, co tylko mogli, na nicto wszystko było. O tobie biedny Woroba ciągle mówił;koniecznie coś tobie chciał przekazać, aleśmy myśleli, żeto w gorączce tak mu się coś marzy, bo bezustawnie powtarzał: „Gdzie Hanusz? Woroba świadom! Woroba świadom!”

A kiedy już umierał, jeszcze mówił: „Woroba świadom”.Rozumiałem ja dobrze, co Woroba myślał, kiedy te słowamówił, które oni za jakieś majaczenie w gorączce mieli,i serce mi się krajało od rzewności i wielkiego żalu za tąwierną duszą.

— Trzeciego dnia swojej choroby — opowiadał dalejmendyczek — wyspowiadał się Woroba, przyjął NajświętszeSakramenta, pożegnał się z Panem Jaroszem, z panemHeliaszem i Dominikiem, a i ja byłem przy tym, bo Worobaposyłał po mnie; wszyscy płakaliśmy, a pan Heliasz najbardziej. Kiedy już odejść mieliśmy, on mi znak dał, abymzostał. Wyciągnął spod poduszki małą drewnianą deskę i dałmi ją, mówiąc: „To jest testament mój, Woroby Dmytra.Woroba świadom! Urbanku, oddaj to Hanuszkowi, kiedywróci. Woroba świadom! Ale tu mi zaraz przysięgnij naTrójcę Świętą, że mu oddasz do rąk własnych. To jest testament Woroby; mój testament, dla Hanusza testament.Słyszysz? Woroba świadom!” Musiałem mu przysiąc, jakochciał — prawił dalej mendyczek, a jam słuchał z największąciekawością i uwagą — musiałem przysiąc, chociaż widocznarzecz była, że Woroba już nie był wtedy przy zmysłach i żew gorączce tak bredził. Wziąłem od niego tę deskę, naktórej znaki jakieś czarną farbą są porobione.

— A gdzież ona jest? — zawołałem tak skwapliwie,że mendyczek zdziwiony na mnie spojrzał.

— Jest u mnie; dam ci ją, kiedy chcesz, ale co by ci po tymkawałku drewna było?

Ledwiem we Lwowie z wozu wysiadł, a stanęliśmy przedkamienicą Kłopotowską, bo nam dobry pan Grygier stancjęu siebie dał, zaraz chwyciłem się ramienia Urbanka, abygo nie puścić prędzej, póki mi onej deski, testamentuWoroby, nie wyda, bom wiedział, że to musi być coś takiego,co mnie na ślad zaprowadzi, kędy szukać owego mieszkaz żelaznym olsterkiem. Szczęściem, że to zimą nie było,inaczej by pewnie testament Woroby poszedł był jak innedrewno do pieca, bo za piec rzucił go był mendyczek. Porwałem go, jakby to skarb był, jakoż dla mnie miał naprawdęwagę skarbu, i pobiegłem do naszej stancji u pana Niewczasa,aby się temu dobrze przyglądnąć.

Była to dość gruba deska, na półtora stopy długa, nadobre pół stopy szeroka, jakich w składzie w indermachuleżało zawsze dosyć po kątach z rozmaitych pudeł z zamorskimi korzeniami, a na tej desce czarną farbą, której panDominik używał do znaczenia pak i bel towarowych, kiedyje ze Lwowa dalej wysyłaliśmy, pomalował Woroba niezgrabnąręką rozmaite znaki, które snadź jemu, jako że pisać nicumiał, miały starczyć za litery, czy też za całkowite słowa.

Przypatrywałem się długo tym znakom, łamiąc sobiegłowę, co by znaczyć miały, ale daremnie, bo to była istnazagadka, której dociec nie mogłem, chociaż to pewna rzeczbyła dla mnie, że to niezgrabne malowanie odnosi się dotego, com Worobie pod przysięgą powierzył.

Wszystkie te znaki pisane były w jednym równym rzędzie.Tedy najpierw były dwie grube pałki, jedna niedaleko drugiej, a obie połączone trzecią pałką, a u tej trzeciej pośrodkubyło coś podobnego do haka; potem szło coś takiego jakbysierp, potem była już całkiem wyraźna siekiera, za nią szedłtaki sam znak, jak przed siekierą, podobny do sierpa,za tym jakoby sierpem był krzyż, za krzyżem niby dziewiątka,bo Woroba numera znał, a za numerem stało coś jakby łopataalbo rydel.

Owo tak wyglądał testament biednego Woroby! Nadumawszy się dość długo a daremnie nad tą deską, zacząłem znowu dumać nad tym, co mam dalej czynić. Niebyło innej rady, jak tylko pójść do Kozaków, bom takobiecał, że skoro tylko we Lwowie stanę, pierwsza mojarzecz będzie od Woroby mieszek z olsterkiem odebrać i staremu Bedryszce go oddać.

Byłbym też zaraz poszedł, ale noc się już zrobiła i niebawem bramy miejskie zamykać miano, tedy byłbym się jużnie wydostał z miasta, albo wydostawszy się, nie mógł powrócić do domu, aż po ich rannym rozwarciu, bo Kozacy stanęli gospodą u niejakiego Wołyńca za murami miasta naHalickim Przedmieściu. Rad temu bardzo byłem, żem zaraziść nie mógł, bom wieczór z ojcem i z matką zostać mógł,i mieliśmy czas nacieszyć się z sobą i naopowiadać, a potemz panem Grygierem i Marianeczką razem wieczerzaliśmy,a chociaż ani miodu, ani wina nie było, przecie takiejwesołej wieczerzy i takiego szumnego bankietu, jak owoprzy tej kaszy z mlekiem, jako żyw jestem, nie pamiętam.

Z ciężkim sercem szedłem nazajutrz rano do Bedryszków,bo nie bez strachu, jak mnie powitają, kiedy im powiem, żeWoroba umarł, a gdzie mieszek z tą nieszczęsną puszkążelazną ukrył, wiedzieć ani domyślać się nawet niepodobna.Zastałem wszystkich trzech Kozaków w domu, czekali jużna mnie, a Midopak już się bardzo niecierpliwił.

Stanąłem przed nimi jakby winowajca, choć czyste sumienie miałem, i bardzo nieśmiało całą rzecz wywiodłem, a onądeskę, czyli testament Woroby, trzymałem przed sobą, jakTatarzyn tarczę, tak jak żebym się nią zasłaniać chciał,gdyby Midopak z szablą na mnie godził. I mało brakło,żeby tak naprawdę było, bo kiedy stary Bedryszko i Semenwysłuchawszy mnie milczeli, snadź dumając, co teraz robić, to Midopak z wielkim gniewem pięścią w stół uderzyłi straszliwie kląć i przegrażać się zaczął.

— Milcz ty, Midopak — zawołał nań stary Bedryszko —sobaczy synu, krzykunie durny, bo ty niczego nie wyszczekasz i nie wyklniesz, a po łbie pewnie weźmiesz! Już ja tobiemówił, że twoją część będziesz miał, wrogu nieznośny!Ja nie wezmę, Ryngasz nie weźmie, Semen nie weźmie,a ty swoje weźmiesz, a potem albo się udławisz, albo siępowiesisz, albo na inny pohybel pewnie tobie będzie! Czortciebie bierz, pohańcze, żeby cię moje oczy nie widziały!

Midopak dzikimi oczami łypnął, ale umilkł i jeno podprzerąbanym nosem warczał jako zły pies, co chce kąsać,ale kija się boi.

— Pokaż tę deskę — rzecze do mnie Bedryszko.

Dałem mu ją, położyli na stole i wszyscy trzecj poczęlisię jej bacznie przyglądać.

— A co ty na to pisanie mówisz? — pyta mnie Semen. —Tyś Worobę tego znał, bywał z nim, rozmawiał, to ty lepiejmyśli jego zgadnąć możesz aniżeli my, cośmy go na oczynigdy nie widzieli.

— Co ja mówię? — rzekę na to. — Ja mówię, że Worobaz pewnością znaki dać chciał, po których jak po śladach trafić można do miejsca, gdzie mieszek ukrył albo zakopał.

— Tak i to będzie — mówi Opanas i patrzy na deskę,i myśli.

— A jako ty wiesz, durniu, że zakopał? — pyta mnieMidopak, kły mi swoje pokazując jak wilk.

— Bo idą znaki, jeden na drugim, a ostatni znak to pewnojest rydel. Tedy myślę, że zakopał.

— A co tu stoi na samym początku? — pyta Semen,kładąc palce na owych dwóch pałkach, połączonych u górytrzecią pałką. — To najważniejszy znak jest, bo to początekcałego szukania.

— Wrota są, wyraźne wrota! — zawołał Midopak,bardzo dumny z tego, że odgadł, czego inni nie mogli. —Wrota są, jak byk wrota.

— Byk jest — rzecze Opanas — boś ty byk, ale wrót nie ma.

— A ja wam mówię, że to wrota! — woła znowu Midopak. — Chodźmy szukać tych wrót!

Zaczął się Semen bardzo śmiać, a Opanas za nim, także i ja od śmiechu wstrzymać się nie mogłem. Midopakoczyma nas jadł, jak orzechy byłby nas zgryzł, tak zębamizgrzytał, ale milczał. Opanas chwilkę dumał, a naraz aż podskoczył i woła:

— A gdzież ja oczy mam! Hanusz, gdzie tu u was wieszają?

Popatrzę na niego zdziwiony, bom od razu nie zrozumiał.

— Gdzie u was szubienica stoi, na której złodziejówmieszczanie wieszają? Bo to wyraźnie szubienica jest, co tuWoroba na samym początku namalował. Dwa pale, jakiezwykle bywają, a na górze ślemię, a u ślemienia hak, wyraźnie hak, tylko wisielca nie ma. Chodźmy, prowadź naszaraz! A ty, Midopak, bież do Wołyńca, niechaj rydla pożyczy, aby nie wracać do miasta, jeśli znajdziemy miejscepo tych śladach.

Stało się, jako stary Bedryszko chciał, i zaraz wszyscyczterej, rydel mając z sobą, poszliśmy na miejsce, gdziezłoczyńców tracono. Niedaleko nam było, bo szubienica zarazza miastem stała. Tak się jakoś zdarzyło, że nikt nie wisiał,a wiedzieć wam trzeba, że we Lwowie, jako bardzo surowymmagdeburskim prawem panowie ławnicy sądzą, nazbyt częstonieszczęsnych winowajców tracą; to im głowę ścinają, tokołem łamią, to palą na płonącym stosie, a już najczęściejwieszają; za proste złodziejstwo, kiedy się go kto po razdrugi albo trzeci dopuści, już według tego srogiego prawaśmiercią tam karają niebogę. A takie prawo, widzi mi się,bardzo jest okrutne i nieludzkie, i przeciw miłosierdziuBożemu — jakoż znać zaraz, że to nie polskie prawo jest,tylko z Niemiec przyszło, bo my, Polacy, takiej srogościz przyrodzenia własnego nie mamy.

— Co tam jest dalej na tym testamencie? — pyta mnieOpanas, kiedy już stanęliśmy pod szubienicą.

— Jest taki znak, co jak sierp wygląda — odpowiemukazując deskę.

— Tedy już mi świta w głowie, co Woroba na myśli miał.Widzicie to ściernisko, tamtędy pójdziemy, bo sierp to pewniepole znaczy. A co jest po tym sierpie?

— Siekiera — rzekę.

— Jużem teraz w domu! — zawołał Opanas. — Tentwój Woroba niegłupi był, pisać nie umiał, a przecie dobrzenapisał. — Oto tam za polem jest las; a z czym się idzie do lasu?

— Z siekierą! — wyrwie się teraz Midopak i bardzokontent po nas wszystkich spoglądnie, jakby coś bardzotrudnego odgadł.

— Ot, mudrahel! — mówi Opanas — jak on zaraz wszystko wie! Midopak, tobie senatorem w Warszawie być,sekretarzem królewskim, burmistrzem w Krakowie, takiśbystry człek; na Kozaka ciebie szkoda!

Zaczął znowu Bedryszko dumać i na deskę spozierać,a potem oglądać się dokoła i mówi:

— Szubienicę mamy, pole mamy, las mamy, a przecieżnic jeszcze nie wiemy. Las idzie wkoło, ściernisko na wszystkiestrony świata. Szukaj wiatra w polu! W jaką stronę iść:wszędy ścierń, wszędy las!

Miałem ja swoją własną myśl, ale nie byłem pewien, czydobra, tedy nieśmiało mówię:

— Tak idźmy, jak Woroba szedł. Jak szedł od miasta,tak stanął najpierw twarzą do przodu szubienicy, jako myteraz stoimy.

— A jakże ty wiesz, gdzie jest przód; z obu stron przódbyć może. Chyba ciebie już wieszano? — mówi Midopak.

— Bo taki zwyczaj we Lwowie — mówię — że złoczyńcęwieszają do miasta; Woroba mi tak zawsze opowiadał.Sierp jest zaraz pierwszy znak, co następuje, tedy miarkuję,że trzeba nam iść od prawego słupa prosto w bok, jakby ktostrzelił z tego miejsca.

— Dobrze mówisz — odzywa się po krótkim namyśleOpanas — tak i pójdziemy.

Szliśmy teraz przez pole, jakom mówił, że iść trzeba,a Opanas ciągle się obracał i uważał, czy dobrze. Potem kazałMidopakowi daleko naprzód wyjść, aż pod sam brzeg lasui tam stanąć, a my patrzyli, czy kierunek jest dobry, i jużwprost na Midopaka szliśmy. Kiedyśmy przyszli do lasu,rzecze Opanas:

— Jeżeli ten las w tym miejscu jest szeroki, to testamentWoroby na nic się nie zda, bo w lesie trudno prościutkosię kierować.

Kazał nam iść po jednemu; wysunął się najprzód jeden,a my stali; kiedy ten jeden uszedł prościutko dobry kawał,ale tak, że się jeszcze mógł dać widzieć, to stanął, a drugiszedł ku niemu i luzował go, i tak ciągle, że jakby łańcuchemżywym las przecinaliśmy, nie schodząc z prostej linii. Niedługo tego trzeba było, bo na szczęście las w tym miejscubył wcale wąski i znowu znaleźliśmy się na ściernisku.

— Mamy tedy drugi sierp — rzecze Opanas — a co jestpo drugim sierpie?

— Krzyż — mówię, pokazując na desce.

— Krzyż? jest i krzyż! — woła Semen i wskazuje palcemprzed siebie.

Daleko poza ścierniskiem, na wzgórku, widniał dużykrzyż, który nie wiadomo na jaką pamięć postawiła tampobożna ręka ludzka. Teraz już łatwa była sprawa; raźnoprzebiegliśmy ściernisko i wkrótce stanęli pod krzyżem. Byłto krzyż dębowy, bez figury, bardzo stary i już spróchniały;snadź wiek tu stał, a nikt nie dbał o niego, bo też i wieś byłastąd daleko, a z miasta nikt tu nie chodził, bo to już całkiemza łanami miejskimi i za Wolami było.

— Co dalej? — mówi Opanas — jak tam stoi na desce?

— Gdybym nie wiedział, że Woroba znał numera, tobymnie odgadł, co to za znak ma być. Ale że wiem, tedy myślę,że to jest dziewiątka.

— Jeśli tak, to co on mógł napisać — mówi Semen —dziewięć łokci? dziewięć sążni? dziewięć kroków?

— Woroba, kiedy tu był — rzecze na to Opanas —łokcia z sobą może nie miał ani sąga, ale nogi pewno miał.Ta dziewiątka — to dziewięć kroków znaczyć będzie.

— Ja zaraz spróbuję! — zawołał Midopak i zaczął jużrozstawiać nogi.

— Midopak, durna ty głowo — rzecze śmiejąc się Bedryszko — jak ty będziesz tak szukać, i do jutra nie znajdziesz! Tak potrzeba zrobić, jak już raz Hanusz nam poradził. Rydel napisany po prawej stronie krzyża: od prawegoramienia w prostym kierunku na dziewięć kroków będziemykopać.

Odmierzył dziewięć kroków i zawołał:

— Midopak, teraz kop, teraz ty mądry!

Midopak wziął się żwawo do roboty i niedługo trwało,kiedy rydel natrafił na małe drewniane pudło.

— Jest! — zawołałem, bom poznał zaraz, że to takiepudło, jakich było dużo u pana Spytka w indermachu.

— Jest! — zawołali uradowani Kozacy, a Opanas Bedryszko wydobył z ziemi pudło i nożem odsądził wieczko.

W pudle był znany mi dobrze mieszek, w mieszku byłożelazne olsterko.

— Chwałaż Ci, Boże Święty! — zawołałem sam do siebiei odetchnąłem z całej piersi, jak gdybym teraz dopiero znalazł dosyć powietrza na świecie.

Uradowałem się bardziej aniżeli Kozacy. Czułem sięjakoby wyzwolony ze strachu i utrapienia; spadł mi, jakopowiadają, kamień z serca, bom już teraz był wolen odbezustannego niepokoju i trwogi o powierzoną mi tajemnicę,wolen od przysięgi, wolen od kłamstwa i tajenia się przeddobrymi ludźmi, wolen od podejrzenia, żem spólnikiemjakiejś sprawy niepoczciwej, do której się ani przyznać,ani się też jej wyprzeć nie mogłem!

— Semen! — zawołałem — już się teraz szczęśliwieskończyło między nami! Wiarym ci dochował, przysięgi dotrzymał: wolen już jestem, nieprawdaż, i nic tobie nie winien.

— Ale ja tobie — rzecze Semen.

— I ja tobie — mówi Opanas. — Jam ci dłużnik jeszcze.Sto cekinów ja tobie winienem, chłopcze!

— Winniście mi tylko jeden cekin, Pańku — rzekę muna to, a umyślnie nazwałem go tak, jak on sam kazał sięnam nazywać, kiedy się z panem Harbaraszem ujednał byłw Turczech za furmana — ale i tego cekina pewno nie wydobędziecie z tego mieszka, coście go wykopali, bo gdzie wyto sprzedacie?

— A wiesz ty, co w tym mieszku jest?

— Oko Proroka jest — rzekę — brylant, kamień drogijest, który tak jest nazywany.

— A skąd ty o tym wiesz?

— Wiem, bo pościg tu był za tym kamieniem i za ludźmi,co go zrabowali — powiadam, powtarzając to, co mi złotniczek Lorenc od pana Siedmiradzkiego swego czasu był opowiadał — i to wiem, że lepiej tego we Lwowie na targ nienieście, bo i głowy wasze wraz na targ poniesiecie.

— Nie bój ty się, Hanuszu, teraz o nas — mówi na toOpanas — mamy my już kupca, a sto cekinów to już takjakbyś w kieszeni miał. Przyjechał do Lwowa czausz zeStambułu, Effakir Mechmet, on zaraz kupi.

— Ale we Lwowie urząd jest, i wójt, jest i kat jest —rzekę — i łacno tu skończyć na tym, od czego my dzisiajszukać zaczęli. Małom ja tego na własnej skórze nie zaznał,a wszystko dla tego przeklętego Oka Proroka, bodaj oślepło!

Zaczęli się śmiać Kozacy z tych słów moich, a staryBedryszko powiada:

— Niegłupi ty pachołek jesteś, niegłupi; owszem cale mądryi bystry, boś to pokazał, ale i ja nie taki głupi, abym tu dowas z gołymi rękami przyjeżdżał. Ja z panem hetmanemChodkiewiczem byłem jako żołnierz z żołnierzem, i z nieboszczykiem panem hetmanem Żółkiewskim jako żołnierz z żołnierzem, i z panem Stanisławem Koniecpolskim także. Razemmy wojowali, znają dobrze Bedryszkę wasi panowie i królewicWładysław, łebski pan, kozacki przyjaciel, wie o mnie. Mamja takie pisma z sobą, że jakby o nich wiedział wasz panburmistrz i wasz pan wójt lwowski, toby pewnie czapkiprzede mną pozdejmowali! Obaczysz ty zaraz jutro: godzićsię będziem na ratuszu albo na zamku, sam pan starostaMniszech przy targu będzie, bo jego żona to kniahini Hołowczyńska, po Hryhorym, kniaziu koszyrskim, Sanguszcewdowa, a ta pani dobrze zna Bedryszkę, z dawien dawnago zna!

XIX. Na złotym deszczu

Jeszcze tego samego dnia poszedłem z ojcem do panaHeliasza, bo chciałem mu raz jeszcze ucałować ręce za jegodobrotliwość dla mnie, której i własny ratunek, i wolnośćojca zawdzięczałem, bo gdyby mnie był z panem Harbaraszem nie wyprawił, kto wie, co by mnie czekało we Lwowie.Musiałem panu Heliaszowi wszystko opowiadać, com przebyłw drodze, i jako za łaską cudowną Pana Boga powiodłomi się wydobyć ojca z turskiej niewoli, a potem już sam,nie pytany, opowiedziałem mu całą historię o Semenie i o tajemnicy, którą mi powierzył i która mnie w oczach panaHeliasza niejako złoczyńcą a spólnikiem rozboju i złodziejstwarobiła, a jam milczeć i przenieść to na sobie musiał.

Dziwił się wszystkiemu wielce pan Heliasz, a wszystkomu teraz jasne było, co mu się we mnie skryte i niedobrezdało, i sam się teraz cieszył, że pofolgował dobremu sercuswemu i przecie mnie nie opuścił, „bo — mówi — bliskity byłeś ratuszowego więzienia, a co wiedzieć, ażali nie katatakże, a jam ciebie o bardzo niecnotliwe rzeczy posądzałi sam tego w sumieniu moim pewien nie byłem, jeżeli dobrzeczynię, że cię na ratusz nie daję”.

Zaprowadził mnie pan Heliasz do samego pana, a panJarosz przywołał panią Jaroszową i znowu wszystko opowiadać musiałem, a tak mnie wszyscy w podziwieniu sobiemieli i tak mnie jako dobrego syna i wiernego człowieka,co zginie raczej, a wiary nie złamie, chwalili, że owo nietylko słodką nagrodę sowicie za wszystko teraz brałem,com przecierpiał, ale nadto za wiele tego było na mnie i ponadzasługę moją, że mnie tak na trzy zbytki cukrowano, bomja tylko chciał, a Bóg dał.

Dowiedziałem się też od pana Heliasza i od samegopana Jarosza, że co mi Bedryszko zapowiadał, to się łacnoziścić może, bo naprawdę przyjechał do Lwowa wysłaniectureckiego cesarza, czyli czausz, nazwiskiem Effakir Mechmet,a to z takiej przyczyny, że w Stambule, sułtańskiej stolicy,umarł jeden bardzo znaczny i sławny kupiec, który się zwałResul Aga Czelebi, a cały jego majątek poszedł na skarbcesarski. Miał ten kupiec wielkie handle we Lwowie z Ormianami i Grekami, którzy mu ogromne pieniądze winni jeszczebyli, tedy wysłał sułtan turecki tego czausza z listami donaszego Króla Jegomości, aby te długi na ręce czauszamieszczanom lwowskim wypłacić kazał, a Król Jegomość,że był tego czasu w pokoju z cesarzem tureckim, uczyniłjego wolę i przydał temu czauszowi dworzanina swego, panaJana Kurskiego, który z czauszem do Lwowa zjechał i w odbieraniu długów mu pomagał.

— Na wielkie to krocie liczyć — mówił pan Heliasz —co ten Turek ze Lwowa wywiezie, bo owo nie masz tu kupcawiększego w mieście, aby temu Resulowi winien nie był: zaperły, korale, kobierce, korzenie, małmazję. Pan Spytektakże mu jeszcze winien i jutro płacić będzie, chociaż niewielka to suma, ale inni to na tysiące talarów wiszą; sampan Grzegorz Derłukasiewicz 120 000 asprów ma mu zapłacić.Tedy jeśli ten czausz Effakir chce wykupić owo Oko Proroka, a pewnie będzie chciał, bo słyszę, że ono z jakiegośich „świętego miejsca” pochodzi, to pieniędzy mu na to niezabraknie, a ci Kozacy dobrze go pociągnąć będą mogli.

Ojciec mój, który do tego czasu myślał, że skoro makonfirmację królewską w kieszeni, to już i sołtystwo takżew kieszeni z sobą nosi, nacieszywszy się do syta, zaczął terazfrasować się znowu, czyli Kajdasz zechce ustąpić przed samymgołym dekretem i co mamy czynić, aby słowo królewskiestało się ciałem. Pokłonił się tedy ojciec panu Heliaszowii rzecz mu całą opowiedziawszy, pokornie prosił o radę.

— Jam takich rzeczy nie świadom — mówi pan Heliasz —bom w prawie nie praktyk i nic wam dobrego nie poradzę,ale dam cedułkę do pana Kaspra Przeździeckiego; to jestjurysta zawołany, i do polskiego, i do niemieckiego prawa.Do niego idźcie, nic on od was nie weźmie, z przyjaźni dlamnie to uczyni.

Zaraz poszliśmy do pana Przeździeckiego, a on wysłuchawszy ojca, powiada:

— Gdyby to prawo było między mieszczanami, zarazbym rumacją i intromisją wyrobił, ale że to rzecz międzydwoma, z których żaden nie jest mieszczaninem i żadenszlachcicem, tedy to ani w grodzie, ani w sądzie ławniczymnie pójdzie i chyba tu pan starosta samborski albo urządekonomii królewskiej pomóc może.

— A to królewski dekret nic nie znaczy? — pyta ojciec.

— Znaczy, pewnie, znaczy — mówi pan Przeździecki —ale od króla jest droga do króla...

— Od króla do króla? — powtarza mój ojciec i oczyotwiera szeroko z wielkiego zdziwienia. — A jako to byćmoże, miły panie? Jednego tylko króla mamy w Polscei jedna tylko prawda być może.

— Dobry człeku — rzecze pan Przeździecki na to — wytego nie rozumiecie. Król jest jeden, ale was dwóch jest,co się prawujecie. Jak ten zły człowiek nie zechce ustąpić,tedy odwoła się na to, że wam król dekret wydał po złejopowieści, co się po łacinie ad male narrata zowie, to znaczy:będzie twierdził, że króla źle i fałszywie powiadomionoo rzeczy. Przed dekretem czapkę zdejmie, pokłoni się pięknie,ale co wydarł, tego tak lekko nie odda.

— Mocny Boże — zawołał ojciec żałośnie — tom ja jeszcze sprawy nie wygrał?

— Wygraliście i nie wygraliście: wygracie na dobre, jakhajduka wypędzicie.

— A cóż ja pocznę teraz, nieszczęśliwy! — mówi jużprawie z płaczem mój ojciec.

— A pan starosta za wami?

— Gdyby za mną był — mówił ojciec — toby mojejżony z sołtystwa wyrzucić nie pozwolił. Biegała moja dozamku, płakała i prosiła, nieboga, nie raz i nie dwa razy;za nic to było. Na zamku jej słuchać nie chciano, a sam panstarosta w Samborze nigdy nie mieszka.

Pan Przeździecki wzruszył tylko ramionami, jakoby bezsłów rzec chciał: Człowiecze, daj ty mi spokój; idź sobiez Bogiem! Tak my to i zrozumieli obadwaj; bez żadnej radyi bez żadnej pociechy wyszliśmy od tego jurysty, a mniegorycz oblała serce, bom zawsze myślał, że prawo to jestprawo, u dekret królewski to jest dekret królewski, a terazsłyszę, że prawo i na lewo skręcić może i że od króla dokróla odwołać się można, jak kiedyby być mogły dwie prawdyw jednej rzeczy, dwie sprawiedliwości w jednej sprawiei dwa króle w jednym królu.

Stanął sobie biedny ojciec na rynku po tej rozmowiei ciągle jeszcze trzymał kapeluszynę w ręku, i miął ją nawszystkie strony, anim go z tego umartwienia obudzić niemógł, kiedy nadchodzi pan Bonarek. Zobaczył ojca, któregow drodze był polubił, bo ojciec zawsze pilnie i stateczniekoło koni chodził i niepomału się do tego przyczynił, żezdrowo we Lwowie stanęły, zatrzymał się i pyta:

— A co wy, Marku, taki frasobliwy?

Opowiadam mu, co jest i co nam jurysta mówił, a onzacznie krzyczeć:

— A po co wy do tych wyrwańców jurystów chodzicie,a czego wy z tymi krzywowiarkami gadacie? To są kauzyperdy, wyszczekacze, prawozdziercy, łupimieszki! Gdyby prawobyło prawem, dekret dekretem, prawda prawdą, a z czegożbyżył taki kauzydyka? Znam ja ich dobrze, radził ja się ichtakże, popamiętam to; na zdrowiu i na mieszku dotąd ichczuję! Miał ja proces w ratuszu! Włóczyły mnie szelmyprzez cztery komisje, trzydzieści relacyj, pięć pozwów,dziewięć apelacyj, cztery kompromisy — a sześć lat to trwało,i to o jednego mizernego konia!

Ojciec słuchał z wystraszonymi oczyma, bo zamiastgo pocieszyć, pan Bonarek jeszcze bardziej go tym przykładem pognębił.

— A cóż ja pocznę, człek ubogi, jakże ja sobie poradzę? —mówi.

— Jak sobie poradzicie? Zaraz wam to powiem, Marku!Macie słuszność? Macie. Wasza prawda? Wasza. Macie dekret?Macie. Weźcie dekret w zanadrze, a do ręki kij! Idźcie do tegoszarpacza, co wam własność waszą wydarł, i tak z nim pogadajcie: Twoje to było? Nie. Odziedziczył ty to? Nie. Kupiłeś ty to? Nie. Darował ja ci to? Nie. Masz ty na to dekret?Nie.

Ojciec aż wyłuszczył oczy na pana Bonarka, z taką uwagąsłuchał, jako iż mu się to okrutnie podobało i do zrozumienia mu trafiało, jak strzała w tarczę.

— A potem wiecie co? Bierzecie w jedną rękę dekret,w drugą kij i tak mówicie: Szanuj dekret, a jak nie, poszanujesz kij. Kędyś tu wlazł? Kominem? Wyłaź kominem!Oknem? Wyskoczże oknem! Drzwiami? Wynoś się drzwiami!Fora ze dwora!

— Daj wam Bóg zdrowie — zawołał ojciec i oczy mu sięzaświeciły, i pięści pozaciskał. — Daj wam Bóg zdrowieza dobrą radę. Otworzyliście mi oczy! Ja tak zrobię, ja takzrobię! Hanusz, jutro idziemy do Podborza!

Mnie się także bardzo podobała rada pana Bonarkai byłbym zaraz z ojcem biegł, i bił, i rąbał, i pędził Kajdaszaz naszej chaty, bo na taką krzywdę i najpokorniejsza duszabyłaby się buntować musiała, ale kiedy chwilę pomyślałem,nie bardzo bezpieczna mi się ta rzecz zdała, bo na gwałtjest gwałt, na kij jest kij, tedy i Kajdasz będzie wiedział,jako nas powitać, a kiedy nas dwóch tylko będzie, on na nasi czterech, i dziesięciu łacno znajdzie. Ale nie mówiłemtego ojcu, bom wiedział, że go żadnym sposobem od tego nieodwiodę, jenom go prosił, abyśmy dopiero pojutrze jechali do Podborza, bo niejedną jeszcze sprawę mam z panemHeliaszem i z Urbankiem, i tom też u niego wyjednał, żezaczeka.

Wieczorem przysłali do mnie Kozacy, abym nazajutrzrano o godzinie 10 przed ratuszem czekał ich koniecznie,bo ważną sprawę ze mną mają. Jakoż stawiłem się nazajutrzjeszcze wcześniej, niż mi kazano, i czekam. Nadeszli obajBedryszkowie, Opanas i Semen, a i Midopak był z nimi, wszyscy bardzo strojnie w obłoczyste żupany ubrani i przy szablach, jakoby na wielkie święto. Pytali się woźnych, czy panowie są już w izbie rajeckiej, a że jeszcze nikogo nie było,tedy czekaliśmy dalej. Pytam się Semena, po co by mnie tuchciano.

— Jakżeby ty przy tym nie miał być? — rzecze Semen. —Tu dzisiaj komisja będzie; panowie komisarze zejdą sięw izbie i będziemy się z tym sułtańskim czauszem godzićo Oko Proroka. Deszcz złoty będzie tu padał; i na ciebieteż kapnie! Toś ty przecież dobrze nabiedował się i natrapił przeze mnie; słuszna, że się teraz z nami ucieszysz.Pomagałeś w młynie przy mące, pomagałeś przy piecu,teraz, kiedy z tej mąki chleb jeść będziemy, jakoż ty nie maszgo jeść z nami?

— Wolałbym ja nasz chleb żytni, a bogdaj i owsianyplacek w Podborzu — mówię — kiedyby go nam nie broniono.

— A toż dekret królewski już macie? — powiada staryBedryszko.

— Dekret jest, ale powiadają nam, że dekretem samymnie wypędzimy Kajdasza; trzeba jeszcze kija.

— Kije wszędy rosną; łacniej wam teraz o kij, niż byłoo dekret.

— Do dekretu trzeba kija — rzekę — a do kija trzebaręki. My z ojcem tylko po jednej prawej ręce mamy; we dwakije iść na Kajdasza trudno; najdzie on ich więcej na nas!

— Zajedzicmy go! — zawołał teraz nagle Semen i uderzyłpo szabli. — Po szlachecku go zajedziemy! Bat'ku — dodał,obracając się do Opanasa — pojedziemy z nimi wytrząśćKajdasza!

— Czemuby nie? — mówi Opanas — ma twój ojciecdekret królewski, może teraz zrobić to, co nazywają egzekucją dekretu. Król ci dał, to ty bierz, siłą bierz, kiedy podobremu nie możesz!

Nie mogliśmy o tym mówić dalej, bo teraz zaczęli sięschodzić panowie komisarze, a i ów czausz sułtański, EffakirMechmet, na białym koniu jechał z dworzaninem królewskim,w wysokim turbanie na głowie, w złocistym chałacie i przybogatej szabli, co połyskiwała w słońcu od złota i drogichkamieni. Ruszyli Kozacy do ratusza, a jam bał się iść z nimi,mizerny pachołek, i woźni też nie byliby mnie puścili, aleSemen za ramię mnie wziął między siebie a swego ojca i takmnie prawie mocą po schodach do wielkiej izby zawiódł.

Zasiedli tam przy dużym stole pan starosta BonifacyMniszech, pan burmistrz miasta doktor Syxt, dwaj panowierajcy a zarazem złotnicy, Siedmiradzki i Kudlicz, dworzanin królewski Kurski, czausz sułtański, pan tłumacz miejskiBajdułowicz i ksiądz karmelita Benignus, a na osobnejławie Kozacy i ja koło nich, w strachu będąc, czy mnie ladachwila za drzwi iść nie każą panowie.

Pan starosta Mniszech miał przed sobą pisma, któreprzywiózł Opanas, a kiedy się rozglądnął po izbie i widział,że wszyscy są, każe Opanasowi podać sobie ów mieszekz olsterkiem. Otworzył je drobnym kluczykiem, o którymja nie wiedziałem, że w mieszku jest, bo był ukryty w osobnejzaszywce, i wyjął zeń Oko Proroka, ów brylant czyli diament, którym ja tak długo przy sobie nosił, za którym sięja tak dużo strachu najadł, a któregom dotychczas nie widział, ani się domyślając, jak to licho wygląda.

Podniosłem się z ławy, aby lepiej widzieć, i z wielkąciekawością patrzyłem. Zawsze przedtem myślałem, że jak toczarne puzderko otworzą, to zeń ognisty diabeł wyskoczyalbo naprawdę jakieś cudowne żywe oko błyśnie, albo światłość niezmierna zeń buchnie jak od pioruna, że aż człowieka olśni — a tu nic z tego wszystkiego!

Owo kawałek jakoby czystego lodu albo też kryształu,z jakiego widziałem czareczkę u pana Spytka, nie taki nawetduży jak gołębie jaje — między dwoma palcami trzyma topan starosta ku światłu, a wszyscy na to patrzą z okrutnąciekawością, jakby na cudowne zjawisko, że się im oczy ażz powiek wysadzają; zda się, że wszystkie te oczy do tego jednego Oka Proroka na stół wyskoczą!

Myślę sobie: miły Boże, taka nikczemna rzecz, a tylekrwi dla niej się polało, taki marny kamyczek, a furę złotadano by za niego, gdyby te łzy, co je moja matka wypłakała przez jedną noc po naszym nieszczęściu, na szkłostwardniały, byłby z tego większy kryształ niż ten kamień,a przecie tym kamieniem tysiącom i tysiącom biednychludzi gorżkie łzy osuszyć by można!

Pan starosta Mniszech, osoba okazała, w karmazynowejdelii, z wysoką sterczącą czupryną jak mleko białą, czerwony bardzo na twarzy, a jakby do złotego koguta podobny,schował brylant do olsterka i tak rzecze:

— Kilku panów koronnych, dobrych przyjaciół moich,wstawiało się u mnie za wami, Bedryszko, jako za człowiekiem rycerskim, abym na was łaskaw był i pomógł wam dozbycia tego kamienia, i pisano mi, że się cale na umiarkowanie moje zdajecie. Czy tak?

— Tak jest, wielmożny panie starosto — powiada Bedryszko.

— Chcąc wygodzić i przyjaciołom moim, i wam, i temu tuoto wysłańcowi cesarza tureckiego Jego Mości, kazałemoszacować brylant panom rajcom Siedmiradzkiemu i Kudliczowi, obu mistrzom złotniczego kunsztu. Powtórzcie tymludziom, panie Siedmiradzki, jakoście orzekli z panem Kudliczem!

— Szacunek tego diamentu trudny jest i snadno możebyć omylny — odzywa się na to pan Siedmiradzki — bo tosurowy kamień jest i w takim stanie, w jakim go ziemiawydała. Tedy do szlifierzy posyłać by go trzeba, do Amsterdamu albo do Wenecji, a rzecz to niepodobna jest pomiarkować dzisiaj, co z niego odpadnie i jaka mu wielkośći waga zostanie. A druga rzecz ważna jest, że na taki klejnotkupiec jest bardzo rzadki i niełacno się zdarzy, tedy ktoby diament na handel kupił, a czekać na kupca musiał,procent od wielkich pieniędzy tracić będzie i co wiedzieć,czy za swoje mu stanie. Owoż według naszego wynalazku,4000 czerwonych złotych taksy na ten diament kładziemy.

— To mało, duże mało! — zawołał Midopak. — Więcejto warto!

Pan starosta Mniszech popatrzył surowo na Kozakai rzecze:

— Komu to mało, łacno może nic nie dostać! Ja tętaksę zatwierdzam!

Chciał Midopak jeszcze coś mówić, ale Opanas potrząsłnim i milczeć mu kazał.

— Tych dukatów cztery tysiące podzieli się tedy napięć części — zaczął dalej pan starosta.

— Jakże pięć? — zawołał znowu Midopak, przerywającstaroście. — Nas tylko czterech jest do tego!

Powstał na te słowa ksiądz Benignus i rzecze:

— Jam jest piąty, w imię Chrystusa!

— Tak jest — mówi starosta. — Ksiądz Benignus jestpiąty do działu, bo 800 dukatów ma być odłożonych nawykupienie naszych polskich chrześcijan, którzy nędzniemarnieją w niewoli tatarskiej i tureckiej.

A ja ne choczu! — zawołał zuchwale Midopak. —A ja nie chcę i nie pozwalam!

Poczerwieniał jeszcze bardziej pan Mniszech, że zdałosię, że mu krew wytryśnie spoza skóry, namarszczył groźnie brwi, a ona wysoka czupryna jeszcze mu się bardziejnajeżyła.

— Słuchaj ty, Kozacze — zawołał — mam ja taras nazamku, gdzie takich jak ty sadzają na same dno! Tu nieSicz, nie jesteś ty w Koszu ani na dzikim ostrowiu w oczeretach z wilkami, ale we Lwowie, przy grodzie, pod moimprawem i mieczem! Ten kamień nie jest zdobyczna rzecz;nie w sprawiedliwej on wojnie wam się dostał, jeno w swawolnej wyprawie, bo wtedy król nasz w pokoju był z cesarzem tureckim, kiedyście go zrabowali! Mógłby z was każdyza to gardłem odpowiadać, i jeno możnemu wstawiennictwuto dziękować macie i temu, żeście rycerscy ludzie i żeściew potrzebach ostatnich wierność królowi i walecznośćokazali, jeżeli każdy z was z workiem złota stąd wynijdzie!

Midopak spokorniał na takie słowa i już milczał.

— Każdy z was — mówił dalej starosta — po 800czerwonych złotych weźmie, jakom już rzekł, ale każdyz was po 25 czerwonych dać ma temu oto chłopcu, Bystremu,bo, wierę, zasłużył na to, i każdy z was jemu dziękować zato ma, że on nie bez szwanku, a nawet z zagrożeniemżycia wiary wam dochował. A ja tak stanowię, bo mi dobrze mówią o tym chłopcu; godzien się tego okazał, kiedyowo własną głową i tylko za boską pomocą ojca swojegoz niewoli wywiódł.

— Zgoda, panie starosto, zgoda! — zawołali obaj Bedryszkowie, ojciec i syn.

— Nie ma zgody — ozwał się na to Midopak. — Ja niedam!

— A ja nie wezmę! — zawołałem.

— I ty dasz, i ty weźmiesz — rzecze pan starosta. —Taki jest mój sąd i tak być musi! A teraz się rozpłaćcie.

Miał z sobą ów czausz turecki, Effakir Mechmet, naratuszu szkatułę dużą, mocno kowaną, bo cała oplecionabyła żelazem jakby gęstą siecią, a kiedy ją otworzył, zacząłz niej wyjmować jakby wałki papierem okręcone, a w każdymwałku było po sto dukatów. Długo się rozpłacano, a kiedysię to skończyło, pan starosta Mniszech dał mi własną rękąjeden taki wałek, na swoją maleńkość nad podziw ciężki,bo to szczere złoto było. Już się wszyscy rozchodzić mieli,kiedy Opanas Bedryszko rzecze:

— Hanusz Bystry! Winien ja tobie sto dukatów, któreśmi pożyczył w Ruszczuku!

I dał mi drugi taki wałek.

Brałem to złoto jakby przez sen, nic nie mówiąc i niedziękując nawet, bom był jakby bezprzytomny i nie wiedziałem sam, co czynię, tak mnie to nagłe bogactwo mojejakby upoiło i od zmysłów odwiodło. Dzwoniło mi i szumiało w uszach, i gorąco mi się zrobiło, iż czułem, że mnietwarz piecze, jakobym w żar dmuchał.

Nic nie mówiąc i nic nawet nie myśląc, wybiegłem z izby;nie czekając, aż inni wyjdą, zleciałem ze schodów i pędziłem przez rynek do kamienicy pana Niewczasa, jako gdybymbył owo złoto ukradł w ratuszu. Już dobiegałem do kamienicy Kłopotowskiej, kiedy mnie ktoś łapie z tyłu zaramię, a kiedy się oglądnę, obaczę Opanasa z Semenem.

— Nie uciekaj tak — mówi śmiejąc się Opanas —nie bój się, ja ci tego złota nie odbiorę!

Dopiero teraz ochłonę i zacznę dziękować Bedryszce, a wtem wychodzi z bramy mój ojciec, a kiedy mu mówię, z czym z ratusza wracam, wierzyć mi nie chce. Dopierokiedy wałki z dukatami zobaczył i na dłoni zważył, a takżeopowieści Bedryszki wysłuchał, przekonać się dał, że niebajka to, ale prawda.

— Teraz — rzekę — możemy na Kajdasza prawem iść, bomamy o czym; nie potrzeba nam go gwałtem wypędzać.

Ale ojciec teraz dopiero w wielką śmiałość urósł i mówi:

— Wolę ja się potem z nawiązką opłacić na zamkuw Samborze, a tego zbója z zagrody mojej na kiju wyniosę!

— Tak i będzie — ozwie się teraz Semen. — Będę jamiał pojutrze jeszcze kilku Kozaków, przyjaciół moich, ruszymy na tego złodzieja; szczęście to jego będzie, kiedy zdrowowyskoczy oknem z waszej chaty!

A tak stanęło na tym, że pojutrze zbrojno najedziemy na Kajdasza.

XX. Fora ze dwora

Bawiliśmy jeszcze cale dwa dni we Lwowie. Ojciec z początku ani rusz nie chciał wziąć ode mnie pieniędzy, „bo —mówił — twoje to szczęście i twoja w tym głowa była; chowajże to sobie, abyś miał na przyszłe postanowienie i nazłe godziny, bo widzisz, jakom ja dlatego, iż w czas stuzłotych dla podstarościego i hajduka nie miałem, na mojenieszczęście do Turek musiał jechać i w pogańską niewolęsię dostał”. Ale kiedym ojca bardzo prosić począł, a jużosobliwie kiedym mu poradził, aby we Lwowie, gdzie kutemu właśnie dobra okazja była, kupił sobie wóz i parękoni, które mu do gospodarstwa w Podborzu będą bardzopotrzebne, odezwała się w nim żyłka furmańska i oczy muwesoło zajaśniały, tak mu to do smaku przypadło. Zarazteż poszedł z panem Bonarkiem dobierać koni i już goprawie nie widzieliśmy przez ten cały czas, ja zaś z matkąposzedłem do złotnika Prusznica i zamówiłem dla naszegokościoła w Podborzu lampę z szczerego srebra, aby jązawiesić przed obrazem Najświętszej Panny.

Nie zapomnieliśmy także o Matysku, który ciągle jeszcze był we Lwowie z kapelą pana Sieniawskiego i jak tylkomiał wolny czas, do nas przybiegał. Uradziliśmy z ojcemdać mu dwadzieścia dukatów, bo wart był tego za swojąpoczciwość i za uratowanie królewskiego dekretu. Matysekrzewnie się rozpłakał, kiedy to usłyszał, ale pieniędzy zaraz brać nie chciał, jeno prosił, aby mu je ojciec u siebieprzechował aż do czasu, kiedy się dobrze w Brzeżanachmuzyki poduczy i jako organista chleba szukać zacznie.Kiedy mu powiedziałem, że z Kozakami do Podborza jedziemy i sami sobie sprawimy egzekucję królewskiego dekretu, aż podskoczył z radości i zawołał:

— To i ja z wami pojadę, już koniecznie pojadę! Jakoż by to być mogło, abym ja przy tym nie był, kiedyKajdasza będziecie pędzić z waszej zagrody! Wyproszę sięna dwa dni; i tak już wesele się skończyło, a choćbymi służbę stracić miał, to przecież pojadę!

Obaj Bedryszkowie z dwoma mołojcami, których sobiedobrali z starosielskich Kozaków, stawili się raniutko przedkamienicą Niewczasa, wszyscy konno i zbrojno, przy szablach i z pistoletami w olstrach; ojciec zajechał nowymkowanym wozem, uprzężonym we dwa rosłe konie, dalekolepsze niż te, którymi był do Turek z karawaną wyjechał;siedliśmy z matką i Matyskiem, i żegnani serdecznie przezpana Niewczasa, Marianeczkę i mendyczka Urbanka, któryna zimę już do szkoły krakowskiej miał jechać, ruszyliśmyze Lwowa, a Kozacy za nami, jakby za kasztelańską karetą.

Niedaleko już było wieczora, kiedyśmy wjechali doPodborza. Zagroda nasza była za wsią, jak to na swoimmiejscu mówiłem; musieliśmy przez całą wieś jechać. Spostrzegli nas ludzie, z ciekawością wielką wybiegali z chat,kto by to tak jechał z Kozakami; ten i ów zaraz nas poznałi wołać zaczął, i witać, i drugim przekazywać; co żyło, biegłoza nami, chłopy, baby, dzieci i psy szczekające, a niektórzywołali na całe gardło:

— Marek wrócił z Turek! Marek wrócił z Turek!

Wawrzyniec, dziad kościelny, już przygłuchy, zasłyszałtylko coś o Turkach i myśląc, że to ludzie taki hałas czynią,bo Turcy albo Tatarzy idą, wlazł co tchu na dzwonnicęi począł na gwałt bić w dzwony. Tedy wszystko, co jeszczezostało było w chałupach, z najdalszych nawet zagród biecza ludźmi z krzykiem wielkim poczęło — i tak z całą tąhurmą, a wśród bezustannego wrzasku i wołania jechaliśmydo naszej zagrody, a do tego wszystkiego Matysek skrzypkiz sobą miał, wygrywał na nich jakby opętaniec i Kozacypo swojemu także hukali.

Ale im bardziej zbliżaliśmy się do naszego domu, tymciszej się robiło, aż całkiem krzyku zaniechano, nie wiedzieć, czy ze strachu przed hajdukiem, czy jeno z wielkiejciekawości, co dalej będzie. Tymczasem z domu naszegodochodzi nas muzyka i wesoły gwar, i wiwaty hulackie,snadź Kajdasz ma gości i bankietuje z nimi. Jakoż tak było;wyprawiał sobie hajduk, niecnota, dobre myśli; zaprosiłsobie takich samych jak on; był tam podstarości, którysnadź z Kajdaszem znowu się pobratał, jako to międzyszelmy bywa, że u nich łacno z wroga brat, a z brata wróg;był podsadek od spryńskiej żupy, mytnik spod Sambora,Niemiec nadstawnik nad tymi ludźmi, co w lasach popiołypalili; był jakiś oberwany szlachetka czynszowy, jedenz takich, co to o nich się mawia: „szlachcic z Pomyjewa,pana Wiechcia syn”, i jeszcze drabusów kilka — a to wszystko piło i hulało przy cygańskiej muzyce.

Nikt nas tam w domu nie słyszał nadjeżdżających;choćby ta gromada, co z nami szła, krzyczała sobie byłajeszcze głośniej, nie byłoby ich zasłyszano, taki hałas pijacka owa kompania czyniła, hukając przy muzyce, że ażokna brzęczały. Ledwie wóz był przed bramą, wyskoczyłmój ojciec i lejce jakiemuś chłopu rzucił, aby konie potrzymał, a sam leci przez podwórze do swojej chaty. Matkaza nim, że go prawie za poły trzyma, bo się bała, abyw pierwszym gniewie nieszczęścia jakiego nie nabroił, jaz matką, a za nami Kozacy.

Wpadł ojciec pierwszy do izby, a miał taką naturę,że kiedy srogi gniew go wziął, to bladł na twarzy jak chusta;jakoż kiedy wpadł do izby, drzwi prawie wywaliwszy,można go się było łacno przestraszyć, bo wyglądał w tejbladości swojej raczej na upiora aniżeli na człowieka tegoświata.

Kiedy go ujrzał Kajdasz, stanął, jakby się w martwy kamień obrócił, oczy tylko na wierzch wyłupił i jedną rękędo góry podniósł, jakby się przeżegnać chciał. Ojciec,ciągle jako trup blady, z sinymi ustami, skoczy do Kajdasza, porwie go za gardło i trząść nim pocznie, i woła:

— Zbóju! Fora ze dwora!

Wysadziły się oczy jeszcze bardziej na wierzch hajdukowi,poczerwieniał na twarzy jak mak, ani odsapnąć już nie mógł,i byłby go ojciec może naprawdę udusił w tej pierwszejzapalczywości, gdyby nie ja i matka, bośmy poczęli szarpać ojca za plecy i za ręce i wołać nań, aby się opamiętał, i takeśmy go z biedą wielką od Kajdasza oderwali.

Zrobiło się cicho w izbie jakby mak siał, muzyka graćprzestała, a Kozacy, aby nie próżnować, jak się rzucą z nahajkami na gości, jak poczną okładać, tak jak kto możeucieka, a podstarości pierwszy przez okno skacze, jeno gojeszcze Semen dopadł i po plecach kilka razy nahajką dobrzeprzeciągnął. A co który oknem lub drzwiami uciecze, togo ów tłum na ulicy, a cała wieś tam była, hukaniem i śmiechem wita, i psy wściekle na każdego ujadają, że jeno chyłkiem w pole drze i Boga prosi, aby cało uszedł z tegobankietu.

Kajdasz także chciał uciekać, skoro go tylko ojciecpuścił, ale Kozacy go zatrzymali, a Bedryszko nań zawołał:

— Żegnaj się ty teraz ze światem; zaraz wisieć będziesz!

Rzucił się Kajdasz na kolana, ręce wzniósł jak domodlitwy, czołga się na klęczkach do mego ojca i do matkii zlitowania błaga, bo ano już pewien był, że go śmierć nagałęzi czeka. Ojciec wyjął teraz dekret królewski, rozłożyłpapier i przed nos go Kajdaszowi podsuwa, mówiąc:

— Znasz ty to?

— Znasz ty to? — powtórzyli Kozacy. — Króla nieszanujesz, dekretu jego nie szanujesz, psubracie? — i łup,łup, łup! padają nahajki na grzbiet hajduka, że się aż w kłębek zwinął.

Nie dała go matka przecież długo bić, ale i tak dostałdosyć na niezapamiętanie, a kiedy znowu prosić się i rodziców moich po nogach całować zaczął, rzecze do niegoOpanas Bedryszko:

— Darujemy ciebie życiem i zdrowiem, bo za tobą tadobra kobieta prosi i dla niej to czynimy z miłosierdzia.Ale pamiętaj to sobie, biesi synu, że jeślibyś nastawał kiedyna tych ludzi, na zdrowie lub chleb ich godził, włosek naich głowie skrzywić chciał, my tu zaraz powrócim i na szablach ciebie rozniesiem, że kawałki z ciebie jako grzyby dokosza zbierać będą, aby je w kupie zagrzebać! Czuj duch,Magierku, wiedz o tym, że nam egzekucja dekretu królewskiego jest poruczona! Nie uchowasz ty się przed nami,nie obroni ciebie nikt, bo my królewscy żołnierze i hemtańskie dzieci, nie boim się ani samborskiego zamku, anistarosty! Uciekajże do czarta!

Kajdasz z wielkim strachem i pokornie wysłuchał słówBedryszki i za drzwi chyłkiem się wyniósł jak obity pies,ale ledwie go ludzie podborcy na podwórzu zobaczyli, zaczęli nań hukać i przeklinać go, i lżyć sromotnie, bo tenzły człowiek ciężki był całej gromadzie i nie było nikogowe wsi, kogo by nie był skrzywdził, tedy cała owa złośći mściwość ludzka, co się przedtem pod bojaźnią dusiłyjakby tłumiony ogień, wybuchła teraz jakoby srogim płomieniem, że jeno: gore! wołać.

Poczęły nań pierwsze baby i dzieci kamieniami i błotem miotać, psy na niego zażarte szczuć, a chłopy jużkoły z płotów łamać na jego kości, tak że byłby pewnieżyw nie uszedł, gdyby nie Kozacy, którzy go między siebiewzięli i na pole wyprowadzili. Uciekał Kajdasz jak wilk,co się z sieci wydarł, choć mu zawiesiste brzuszysko mocnozawadzało, ale strach go popędzał przez pola, że go naweti widać nie było pod lasem.

Kiedyśmy tak zostali sami nasi, rzecze stary Bedryszko:

— Wszystko to dobrze poszło, ale trzeba pomyśleć o tym,co jutro będzie. My stąd odjedziemy; w dalekie strony namdroga, a wy zostaniecie i podstarości zostanie. To nie Zaporoże u was, jeno królewszczyzna; na karku wam zameki słudzy jego. Bóg wysoko, król daleko, wróg na karku.Jest u nas przysłowie: Czeszy dit'ka z ridka — nie skrobajnazbyt diabła, bo cię na rogi weźmie. Musimy pogadaćz podstarościm. Dajcie mu, Marku, dobre słowo i jakąśnawiązkę za te nahajki, którymi go Semen przeskrobał;niechaj on cicho siedzi!

— Obiecaliście — odezwę się na to do ojca — dać mujeszcze sto złotych, kiedyście do Turek wyjeżdżali, i daliściemu już ów dukat królewski z Janowa; chodźmyż teraz doniego i zanieśmy mu tych sto złotych, a pewnie mu gębęzatkamy.

Matka także radziła dla miłego spokoju tak uczynić,chociaż to wydarty grosz będzie, bo podstarościemu animarny szeląg się nie należy, posłuchaliśmy tedy Bedryszkowej rady i odliczywszy dwadzieścia dukatów nie bez żaludiabłu na ofiarę, udaliśmy się do dworu we trzech, to jestojciec, Opanas i ja.

Przychodzimy przed dwór; drzwi zatarasowane, napodwórzu jakoby wszystko wymarło, ale z dymnika na poddaszu wychyla głowę podstarości i widzimy, jako mierzydo nas z muszkietu i woła:

— Zbliż się który, a łeb kulą roztrzaskam! Stój, bo strzelę!

Snadź podstarości myślał, że go w domu napaść chcemyi na życie jego godzimy, a sam jeden był, bo parobcy gobyli opuścili, biegnąc za innymi ludźmi, i dopiero teraz pojednemu wracali.

— Schowajcie tę rusznicę, panie podstarości — mówimu ojciec — jako przyjaciele mu tu przyszli.

— Porwaneś ty katu z twoją przyjaźnią! — woła podstarości i ciągle muszkiet na nas kieruje. — Buntownikjesteś, ludziś na mnie, na pana starostę pobuntował, gwałtyczynisz; zobaczysz ty, co jutro będzie!

— My obaczym — odezwie się teraz Bedryszko — ale tyłacno możesz już nie obaczyć! Bo kiedy ty nam jutremgrozisz, złej matki synu, to my to sprawić możem, że jutraty już nie doczekasz! Jest nas tu więcej i my strzelać możemy!Kiedybyśmy imać ciebie chcieli, ty durna głowo gorzałczana,tobyśmy tu wszyscy przyszli zbrojno i całe chłopstwo zasobą przywiedli. Nie ostałbyś ty się w twoim kurniku i chwili;żywcem byśmy w nim ciebie spalili! Nie szczekaj ty na nasjako pies z budy, ale milcz i słuchaj, póki czas! Nas tu trzechtylko jest; spokojnie z tobą gadać chcemy, a ty sromocisz,przegrażasz się, hadiugo! Na twoją głowę to pęknie, jeśliz nami grzecznie mówić nie będziesz!

Wiedział Bedryszko, jako z takimi ludźmi gadać, bo na takąprzemowę jego podstarości zaraz zmalał i spokorniał, ruręmuszkietu z okna cofnął i mówi cale już inaczej:

— A cóż wy mi powiecie, dobrzy ludzie? Jakoż jawiedzieć mogę, że jako przyjaciele przychodzicie, kiedytaki huk stał się w całej wsi?

— Pieniądze wam przynieśliśmy! — wołam ja teraz doniego.

— Jakie pieniądze?

— Sto złotych wam przynoszę — mówi ojciec — jakomwam był obiecał przed moim wyjazdem. A żem się w terminiespóźnił, tedy z lichwą wam to chcę zapłacić. Znijdźcie donas albo nas do izby wpuśćcie, a dwadzieścia dukatówwam na stół odliczymy.

Chwilę jeszcze namyślał się podstarości i z niedowierzaniem na nas spoglądał, ale w ostatku przecież zmiarkował, że Bedryszko prawdę mówi i że gdybyśmy chcieli,tobyśmy go snadno dostali jak borsuka z jamy. Zeszedłtedy na dół, drzwi otworzył i do izby nas wpuścił.

— Jam zawsze mówił — powiada — że wy, Bystry,uczciwy człowiek i że wam się krzywda dzieje, ale ten hajdukKajdasz!...

— Kajdasz wam ani brat, ani swat — rzecze mój ojciec —co wy o niego stać macie?

— Albo ja o niego stoję? — zawołał podstarości. —To szelma jest, szarpacz, łotr zawołany! Ja bym o niegostać miał!

— Tedy trzymajcie z nami — rzecze ojciec. — Co się stało,to się stało; ja wam już tego nie pamiętam, ale teraz jużmnie zaniechajcie i osobę królewską uszanujcie, bo anowidzieliście, że i ja obronić się potrafię, choć zemsty nanikim nie szukam.

— Ja dekretu królewskiego szanować bym nie miał! —mówi podstarości i, obłudnik, niecnota, kułakiem w piersisię bije, i oczyma pobożnie zawraca — to dla mnie świętarzecz! Ja przed dekretem króla jak przed Sakramentem!Ja ten dekret u siebie chował dla was, jak się o was rozpytywał, ja na was czekał, aby wam dekret wydać i na sołtystwo was powrócić, ale gdzie was szukać było? I waszażona wywędrowała, i Hanusz wywędrował; tedy komu byłodekret dać? To ten złodziej Kajdasz ukradł mi dekret, aleBóg sprawiedliwy, bo i jemu dekret ukradziono, i tak się dorąk waszych dostał, jako powinien był. A teraz sami mówcie:winien ja?

— A Kajdasza bierzecie na siebie? — pyta ojciec.

— Już ja go biorę na siebie! Noga jego tu w Podborzunie postanie ani wy go widzieć będziecie! Niechaj ten drabusw zamku samborskim w piecach pali i izby zamiasta, jakoto jego rzecz z dawna była.

Kiedym tak słuchał, co ten Judasz gadał, tę jedną miałem pociechę, jako to przecież Pan Bóg tak dał, że międzyzłymi ludźmi przymierza nie masz, a spółka między nimirychło się zawsze rozpęka, bo pod ich wiarą zdrada siedzijak wąż pod świeżym sianem, i zawsze tak bywa, że jeden drugiemu za pokaranie stanie! Ten człek przed małym czasemz hajdukiem się kumał, z nim przewodnię ścisłą miał, jegopierogi jadł, jego miód pił, przy jego muzyce tańcował,a teraz go się zaprzał i pod miecz byłby go rad wydał!

Podałem ojcu dukaty; zaczął je ojciec na stół wyliczać,a podstarościemu oczy gorzały, tak łakomie na złoto spoglądał; co jeden dukat na stole brzęknie, to on smacznowargami ruszy, iż się zdało, że każdy dukat z osobna jakcukrowaną pigułkę łyka. Kiedy już dukaty leżały na stole,on palce jak grabie rozszczepił, aby je zagarnąć, alem gouchwycił za ramię i rzekę:

— Postójcie chwilę, panie podstarości, jam u kupcalwowskiego w nauce był, a tam tak powiadano: Pierwejpisz, potem płać...

— Jam u kupców nie sługiwał — rzecze podstarości —ale mnie uczono: Pierwej bierz, potem pisz.

— Może obaj rację mamy — odpowiem — ale niech tozłoto leży na stole, dopóki nam nie napiszecie poświadczenia, że ani czynszów żadnych, ani pogłówszczyzny, anipodwód, ani żadnej rzeczy, zamkowi albo wam należnej,nie winniśmy z naszego sołtystwa.

Pochwalili to moje żądanie ojciec i Opanas, a podstarości złym okiem na mnie spode łba łypnął, ale usiadłi pismo wygotował, jako chciałem.

Skończywszy tak z podstarościm, wróciliśmy do naszejzagrody, a tam matka z Semenem i Matyskiem już ogieńroznieciła, a że jako przezorna gospodyni nawiozła z sobąze Lwowa kaszy, słoniny, wędzonych schabów, zaś jużwe wsi kupiła jaj i mleka, a podstarości miodu dwa gąsiory nam sprzedał, w trójnasób go kazawszy zapłacić, tedymieliśmy czym uraczyć Kozaków, i tak weseliliśmy sięwszyscy do późnej nocy, że już kury piały, kiedyśmyo spaniu pomyśleli.

Nazajutrz raniutko Bedryszkowie i obaj Kozacy byli jużna koniach; pilno im było wracać, żadną prośbą nie dalisię nam nakłonić, aby choć do południa zostali.

Jam się jak dziecko rozpłakał, kiedym się z Semenem żegnał, jakżebym przeczuwał, że to na zawsze rozstanie —jakoż ani Semena, ani jego ojca już nigdy potem nie widziałem, ani też zasłyszeć o nich mi się zdarzyło. StaryBedryszko pewnie już nie żyje, kiedy to piszę, ale Semenłacno żyw jeszcze, bo mało co starszy ode mnie był, a Bógniechaj mu zawsze i wszędy pomaga, bo mi dobrze czyniłi za brata go sobie miałem.

XXI.Zakończenie

Na tym skończyły się przygody mojej młodości i na tymja tę moją opowieść kończę. A co by jeszcze dodać potrzeba, tego już niewiele jest i krótkimi słowy to zbyć mogę.

Ojciec mój, iż już cale porzucił kupiecką furmankę,na roli zaczął pracować, tedy ja, iż w domu nie tak potrzebny byłem, chleba własnego szukałem. Jeszcze we Lwowiemówił mi pan Heliasz, że mnie pan Jarosz do swego handluznowu przyjmie, więc też wróciłem do służby, a wyćwiczywszysię w rzemiośle kupieckim, już i w sklepie mogłem byćużyteczny, i myto większe pan Jarosz mi płacił. Ale kiedypan Grygier Niewczas umarł, a Marianeczka przeniosła siędo swego wuja, pana Zybulta w Samborze, zaś pan Zybult,jako że już sam w wieku był, pomocnika w handlu potrzebował, tedym do niego przystał, a po kilku latach wiernejsłużby Marianeczkę za żonę mi dał i do spółki na trzeciączęść zysku w handlach swoich przyjął.

Pobłogosławił mi Pan Bóg, cnotliwą żonę mi dał i dobrąmatkę dzieciom moim, a trzech synów mam, zaś córkiżadnej, i to jedyne jest utrapienie mojej miłej Marianeczki,bo dzieweczce by bardzo rada była. Uczyli się moi synowiew farskiej szkole w Samborze, a potem jednego z nichdo szkół w Zamościu posłałem, gdzie się nim Urbanek, niegdyś mendyczek, a dzisiaj, jako sobie był przepowiadał,doktor Urbanus, profesor i sekretarz królewski, po ojcowskuopiekował. Teraz ten syn mój u pana Spytka syna w handlupierwszym sprawcą jest, a to go nie minie, że kiedyś samznacznym kupcem będzie.

Drugiego syna do rzemiosła przeznaczyłem, i uczy sięteraz u Lorenca, który jest już dawno mistrzem złotniczegorzemiosła i sławę wielką w swojej sztuce ma. Trzeci syngospodarzem rolnym będzie, i już przy dziadku swoim jestna sołtystwie, bo ojciec mój, staruszek spracowany, samjuż gospodarstwem parać się niezdolen, a wczas i wygodamu się należą pod koniec żywota.

Dobudowałem do naszej chaty w Podborzu dwie izby,a te dla nas będą, dla mnie i dla Marianeczki, małżonkimojej miłej, bo kiedy już pracować nie będziemy mogli,tam się przeniesiemy, a syn najstarszy handel samborskiod nas weźmie. Bo luboć ja domek mój przystojny w Samborze mam i prawo miejskie przyjąłem, przecież ja pod wiejską strzechą umierać chcę, jakom się pod nią urodził, i w tejkochanej ziemi kości złożyć, w której dziadowie moi spoczywają. W tym samym wiśniowym sadku, starzec, siadywać sobie będę, kędym jako pacholę boso biegał, i tacysami ptaszkowie śpiewać mi będą, i ten sam strumień szumieć, którego w dzieciństwie słuchałem.

Tak to Bóg łaskawie dał, że kogom kochał w młodości,z tegom i później pociechę miał, i że się dobrym powodzeniem przyjaciół moich radować mogłem. O Urbanku jużmówiłem, że we Włoszech w Padwie doktorem nauk, a potemprofesorem i sekretarzem królewskim został; Matysek jestteraz organistą przy samborskiej farze, ożenił się z cnotliwąpanną; dobrze im się dzieje.

Nastały także lepsze czasy i dla Podborza; poszedłdawny podstarości, z wielkim wstydem się wyniósł, bo go nafałszywej liczbie i na różnych oszustwach wyłapano, a tennowy, co teraz jest, człek uczciwy i stateczny. Boga maw sercu, sprawiedliwie z biednym ludem się obchodzi,co musi, tego po nim wyciąga, ale ponad to nie szarpie,nie krzywdzi, nie uciska; bardzo go sobie ludek chwali i dajBoże, aby wszyscy starościńscy urzędnicy tacy byli.

A o tych ludziach, co mi źle czynili, to cale już niepamiętam, jakoby ich na świecie nigdy nie było; ani pomstyna ich głowy nie żądam, ani im źle życzę, raczej im dobrzeczynię, kiedy na to przyjdzie, jako na ten przykład Kajdaszowi, który na zamku samborskim w grubach palił i izbyzamiatał, a nędzy zażywając, nieraz ode mnie wspomożeniewziął.

Bo tak być powinno: prawa swojego dochodź, od krzywdy wszelką siłą się broń, nogami i rękami przy swoim stój,a choćby zębami się odgryzaj, bo to twoje prawo jest,ale pomstę Bogu pozostaw. Zawsześ ty więcej wziął aniżeliśwart, a kiedy na tamtym świecie liczbę czynić będzieszz żywota swego, dłużen zostaniesz i miłosierdzia potrzebny.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.