drukowana A5
36.32
Oko proroka

Bezpłatny fragment - Oko proroka

Objętość:
235 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0483-8

I. Mój ojciec wyjeżdża do Turek

Było święto Trzech Królów. Ojciec mój ubrał się od święta,przywdział kopieniak podbity lisami, bo mróz był mocny,a nim się jeszcze matka zebrała, aby z nim pójść do kościoła,wziął z półki kredę święconą, wyszedł z izby na dwór i naddrzwiami kowanymi, na ocapie, wypisał ciężką ręką, bardzodużymi a nie bardzo foremnymi litery:

K + M + B

1614

Owoż ten tu wypisany rok Zbawienia Pańskiego 1614to jest najdawniejszy czas żywota mego, jaki zapamiętałem.A miałem tego czasu rok szósty. Jako zaś potem się działoi co ze mną było i z rodzicami, i co Bóg dawał złego i dobrego,to mi to już tak w pamięci się chowa, jakoby w zamczystejskrzyni, gdzie wszystko bezpiecznie leży, że kiedy i po mnogich leciech odewrzesz, wszystko znajdziesz, jako było. Jenoże to wszystko było jeszcze jakoby w samym oku, a nie w rozumie; aż dopiero, kiedy rozum z laty przyszedł, to zacząłczytać w pamięci jak w księdze, co już dawno drukowanabyła, nimeś ty czytać się nauczył.

Ta wieś, gdzie moi rodzice żyli i gdziem się ja rodził,nazywa się Podborze, a leży przy samym trakcie głównym,który wiedzie w rozmaite dalekie strony i kraje bożegoświata, boś nim jechał i do Węgier na Sambor, i do Wołoszyna Stryj, i do Krakowa na Felsztyn i Przemyśl, a także doLwowa i dalej, na Ukrainę albo do Turek nawet. Pisze sięta wieś na Ziemię Przemyską, a na ekonomię samborską;należy do królewszczyzny i nie ma dziedzica, a siedział w niejza moich najmłodszych lat podstarości, a raczej wierniktylko pana wojewody Jerzego Mniszcha, a podstarościmto go tylko zwano, bo tak chciał i kazał, wydając się z pychyza zacniejszą osobę, niżeli był po prawdzie.

Ojciec mój nie był poddanym chłopem, bo siedział nasołtystwie. Ale i sołtysem też nie był takim, jako bywająinni, bo ani ludzi nie sądził, ani czynszów i danin królewskich nie wybierał, ani na wojnę nie chadzał i pachołkaw pole nie stawiał. Ale grunt ojca mojego, półtora łana niespełna, to było kiedyś sołtystwo dawniejszymi czasy, a terazjuż tylko wolnictwo, a ojciec wziął te grunta w macierzystym spadku i miał wolność na nich, tak jakby był szlachcicem, tylko do ekonomii samborskiej płacił czynszu i żyrowszczyzny 20 złotych, a na św. Marcin i na św. Wojciechpo równej połowie. Gdyby bezpieczno siedział na tym wolnictwie, byłoby mu dobrze, bo chleba ono dać mogło dostatek — ale cóż, kiedy mu przeczono prawa posesji i ruszyćgo z niego chciano koniecznie, jako się o tym później powie.

Gospodarstwem na roli to się mój ojciec nie bardzoparał, jeno matka, jako że go mało było w domu, bo byłdostatkowym furmanem i kupieckim rozwoźnikiem, i co rokuprzez kilka miesięcy był w drodze. Wyuczył się wprawdziemój ojciec ciesielskiego rzemiosła, ale że ciesielka nie dawałamu dosyć zarobku, a do furmaństwa go bardzo ciągnęło, tedyciesielkę cale był zarzucił. Już dziad mój był furmanemsolnym, jako to zowią u nas prasołem; bo tu wszędy okołow samborskiej i drohobyckiej krainie żupa na żupie: i w StarejSoli, i w Lacku, i w Drohobyczu, i w Truskawcu, Modryczu, Stebniku i w Kotowie, a zewsząd kwotnicy wysyłająbeczkami sól na końce świata, aż do Kijowa, na dalekąUkrainę, hen aż po Dzikie Pola, bo chleba zbytek, ale solinic, choćby na zaprószenie oka.

Furmańskie rzemiosło przeszło tak z dziadka na megoojca, tylko że ojciec nie woził już soli, ale wziąwszy niecogrosza po dziadku, zabrał się do furmanki kupieckiej. Tobył sowity zarobek, ale ciężki; rzemiosło zyskowne, ale niebezpieczne, a czasem i bardzo stratne, jeśli tego nieszczęściechciało. Boś jechał jak na wojnę i chyba to Bóg miłosiernywiedział, kiedy wrócisz, i czy żyw i cały wrócisz, i w jakiejfortunie na swoim domowym progu staniesz. Wyjechaćmożesz pięknym kowanym wozem w cztery konie, opasanypełnym trzosem, a powrócić pieszo i boso, o proszonymchlebie, z gołym jeno biczyskiem w ręku za cały dorobeki rad tylko, żeś głowę przyniósł. Wszędy drogi niebezpieczne,wszędy siła opryszków i hultajów, łakomych na grosz kupiecki i bogaty towar; już jak do Wołoszy czy do Węgierz towarem jedziesz lub stamtąd wracasz, strachu i biedynajesz się często do syta, a cóż rzec wtedy, kiedy droga wiedzie aż do Turek, w pogańskie strony, szlakiem tatarskim?

Owoż wiedzieć macie, że ojciec mój właśnie aż do Turekfurmanił, a tak tedy w samą paszczę zbójecką. Miał ojciecmój u Ormian lwowskich wielką łaskę i zachowanie, bo byłwierny, trzeźwy i śmiałego serca, a Ormianie wielkie handleprowadzą z tureckimi krajami, wywożą tam moc złota i kosztownego towaru, a stamtąd do Polski wracają z jeszczewiększymi skarbami w bławatach, złotogłowiach, korzeniachzamorskich, a nierzadko i w perłach, koralach i kamieniachtakich drogich, że i korona królewska by się ich nie powstydziła, a za jeden taki kamyk i pańskie dziedzictwo kupićmożna. Dwa razy mój ojciec był aż w Stambule samym,stolicy Turków, gdzie sam ich cesarz czyli sułtan siedzi,oba razy szczęśliwie i z dużym zarobkiem wrócił, ale zarzekał się, że już trzeci raz nie pojedzie. Tymczasem pojechał, bo musiał, a to przez to właśnie sołtystwo, z któregoniecnotliwi ludzie wyścigać go chcieli.

Ojciec był prawowitym posesorem tego wolnictwa, bo byłodziedziczne, ale że nie po męskiej głowie poszło na ojca, jenopo białogłowskiej, więc ów nasz podstarości podborecki,o którym już wspomniałem, p. Bałczyńki, koniecznie je chciałojcu wydrzeć, jeśli się nie okupi. Na zamku ojca nigdy o to nieturbowano, byle czynsz w ekonomii samborskiej zapłacił,a sam pan wojewoda Mniszech jeszcze nieboszczykowidziadkowi mawiał, jako może być cale bezpieczny o swojeposiadanie. Ale od czasu, kiedy pan wojewoda wydał córkęswoją za owego cara moskiewskiego Dymitra, co z państwswoich gołe życie unosząc o Sambor się był oparł, i wrazz nim do Moskwy z wojskami się wyprawił, aby go na carskimtronie osadzić, już na zamku inne rządy nastały. Po roku1611 nastał p. starosta Daniłłowicz, a jakoś w cztery lataznowu p. Samuel Koniecpolski — i do tego czasu p. Bałczyński coraz to ostrzej naścigał, ojca mojego nękał, rumacjągroził, tak że ojciec i prosić się, i opłacać musiał, a tylkopomocy Bożej i ludzkiej czekał.

Zdało się też, że mu ta pomoc przyszła, i to potężna,bo owo kiedy Król Jegomość, panujący wtedy szczęśliwiew Polsce Zygmunt, w roku 1621 do Lwowa za wojskiemjechał, ojcu memu, że miał wóz duży dostatkowy i czterykonie rosłe i mocne, kazano z zamku stawić się w Gródkudo podwód królewskich za opuszczeniem czynszu. Z niemałymstrachem ojciec jechał, bo to był czas wielkiego ciągnieniana wojnę turecką, bał się tedy bardzo, aby go z chudobągdzieś aż do obozu nie wleczono, albo do wiezienia armatze Lwowa nie wzięto. Ale kiedy musiał, tedy, acz z płaczem,pojechał. Tak się zdarzyło, że na bardzo złej drodze powielkich dżdżach jesiennych, bo to było jakoś pod dobrąjesień, kolasa królewska za wsią Zalesie, niedaleko Janowa,ugrzęzła w trzęsawisku. Woźnica królewski siłą mocą chciałsię wydobyć, śmignął batem zanadto; konie ogniste jakolwy, a było ich sześć w zaprzęgu, kiedy się nie zepną i niewyskoczą jak szalone, tak owo jednej chwili zrobił się z tegowszystkiego jakoby tylko jeden kłąb poplątany i okrutnatrzaskająca wierzganina, że aż woda z trzęsawiska bryznęłado góry jakoby z sikawek; forysi pospadali z siodeł, lejcesię porwały, orczyki potrzaskały, rzemienie poplątały, że aniweź, ani przystąp. Kolasa królewska bardzo się przechyliła;tylko patrzeć, kiedy się cale wywróci; sam Król Jegomośćna szwankowanie zdrowia narażon.

Było przy królu dużo ludzi, dworzan, dragonii, szlachty,a wszystko to konno jechało; jak się tedy zwali gęstą kupąna ratunek, to jeszcze gorzej, bo ten chwyta za to, ten zaowo, ten szarpie tędy, ten owędy, ten sobie krzyczy, a tensobie — owo hałas, trzask, zamieszanie, że chyba siekierąsię przerąbiesz do kolasy. Tak się zdarzyło, że wozy dworskie,co szły przed królem, odsadziły się daleko naprzód, a z wozówskarbnych, co jechały z tyłu, ojcowski był najbliższy. Przybieżał tedy ojciec mój już z samej ciekawości, widzi, jako jedenz dragonów, co pozsiadali z koni, aby zaprzęg znowu przywrócić do ładu, padł jak nieżywy od kopyta, a drugi nieboraczek pod kołami jeno dysze; nie namyślając się zatem długo,zuchwałym sercem skacze ojciec między konie, podsadza siępod cug dyszlowy i nożem wielkim krakowskim, co go takżetulichem zowią, rzeze postronki i rzemienie. Ledwo się z życiem wybiegał i bez szwanku ojciec mój z tej niebezpiecznejroboty — ale teraz to już z łatwością rozplątano konie.Kolasa została w miejscu, a konie, zhukane i znarowione,a który i skaleczony, rzuciły się strzałą w pole. Wysadziłsię naprzód ku wozom skarbnym jeden starszy dworzanini woła:

— Masz tam który dobre konie?

Ojciec mój podbiegł do swojego wozu i mówi:

— Mam, panie.

— Dawaj sam, a duchem!

Ojciec w mig wyprzągł swoje konie i kazano mu je założyć do kolasy królewskiej. Mówił potem ojciec matce, jakogo strach wielki ogarnął, kiedy pomyślał, że nuż nie wywlecze kolasy królewskiej z trzęsawiska, a tak i wstyd, a możei co gorszego go spotka. Polecił się tylko Najśw. Panniei św. Jerzemu, co jest niebieskim patronem furmanów,popatrzył tak miłosiernie na swoje szkapy, jakżeby je prosił,aby go w tym ciężkim terminie nie opuszczały, a potembiorąc się cały jakby w kupę, nie bacząc już na nic, ani nawetna majestat królewski, jak nie trzaśnie z bicza, jak nie hukniez całej mocy: „Au! Aju! Hyj!!!”, a konie, jakżeby zrozumiały,że tu idzie o dobrego pana i o własny ich honor, jak się niewypną gdyby pałąki, jak się nie wysadzą całe garbate, jaknie szarpną z miejsca — i oto kolasa królewska już na twardejdrodze i jeno wio! dalej!

Tak podwiózł ojciec króla do Janowa, a niedaleko jużbyło do tej stacji, i tu dwór zatrzymał się. Kiedy ojciec koniska udręczone wyprzągł, aby wracać po swój wóz, cozostał w tyle na drodze, każą mu do króla. Stanął ojciectruchlejący przed majestatem pańskim po raz pierwszy w życiu,a i po raz ostatni, a oczu nawet podnieść się nie ważył naoblicze królewskie. Mówi król Zygmunt:

— A jako się zowiesz?

— Marek Bystry, Miłościwy Królu!

— Wierę, Bystry — król na to — boś też i chłop bystry.A skąd ty?

— Z Podborza, z ekonomii samborskiej, Miłościwy Panie.

— Tedy z Rusi, a mówisz dobrze po polsku.

— Bom ja jest Polak i łaciński.

A trzeba wam wiedzieć, że wśród Rusi samborskiej jestdużo osad jakoby mazurskich, to w całych osobnych gromadach, to z Rusią pomieszanych: Powtórnia, Powodowa,Strzałkowice, Biskowice, Radłowice i tak dalej, które toosady, jako ludzie opowiadają, jeszcze ongi dawnymi latystara królowa, co się Bona zwała, pono znad Wisły tu naRuś sprowadziła po wielkim powietrzu, kiedy Ruś miejscamicałkiem wymarła; to i ojciec mój z takiej osady pochodził.

— Masz tobie, Bystry; jedźże z Bogiem — rzecze dalejkról i rzuca ojcu do czapki czerwony złoty ze swoim wizerunkiem.

Łaskawość Króla Jegomości dodała ojcu serca; powiadałpotem, że mu się tej chwili przypomniało owo mądre przysłowie: „Chwytaj okazję z przodu, bo z tyłu łysa”. Jak tedystał, tak padł plackiem pod stopy króla, wołając:

— Najmiłościwszy Królu! Błagam ja pokornie miłosierdzia Waszego, biedny pachołek!

Król wstać mu kazał i pytał, czego by chciał? Ojciecjednakowoż nie wstał; tylko w klęczki się podniósł i takklęczący suplikować zaczął o konfirmacją na sołtystwo, któregomu źli ludzie przeczą, a w żebraka obrócić by go radzi.

Król słuchał chwilę cierpliwie, a potem, wskazując najednego z dworzan swoich, rzekł:

— Opowiedz to temu. — I uśmiechając się dodał: — Słyszcie, Solski! Miejcie tam na baczeniu, co za sprawę ma ten człowiek, bo to przecież jest nasz furman królewski, aurigaregius.

Stanąwszy we Lwowie, ojciec mój przypomniał się pokornie p. Solskiemu, któremu król prośbę jego poruczył,a ten go znowu odesłał do innego, a ten inny do drugiego,a ten drugi do trzeciego, i tak go posyłali od Annasza doKajfasza, aż nareszcie podpisek kanclerski zapisał sobie,o co rzecz chodzi, i rzekł ojcu:

— Jedź ty, człeku poczciwy, do domu, przyjdzie tobiedekret królewski na grunt; wyprawi się pisanie do zamkuw Samborze.

Rad nierad, ojciec na tej obietnicy poprzestać musiał,bo gdzież to ubogiemu chłopu niebodze napychać się takimpanom, przez drabanty, pokojowce, pajuki, łokciami się przeszturchiwać, a to jeszcze i w bardzo niesposobnym czasie,kiedy wszyscy mieli nabite głowy wojennymi sprawami, bowłaśnie królewicz naonczas, Władysław, a dziś miłościwy naszmonarcha, wojował Turków, i kto żyw był we Lwowie,tylko o tej wojnie mówił i o nią się frasował. A też i niebezpieczno bawić się było we Lwowie — raczej uciekaj,człecze, bo ci do Chocimia z armaty każą. Ale przecieżojciec mój wrócił wesół i dobrej myśli do domu, a mocciekawości matce i mnie opowiadał o królu, chwalił sięprzed sąsiady i przed podstarościm, i przed wujem kantorem,że go Król Jegomość jakoby furmanem swoim mianował,a nawet sobie spamiętał słowa łacińskie auriga regius, cowłaśnie tyle znaczy po polsku, co woźnica królewski. Jamwtedy miał lat 13, a brat matki mojej, sługa kościelny albojak go zwano kantor, wuj Walenty, nauczył mnie po troszeczytać i pisać. Tedy ja, kędy trzeba i nie trzeba, na drzwiach,na skrzyniach, na stole, wypisywałem to kredą, to węglemgrube i krzywe litery, układając owe łacińskie słowa: AURIGAREGIUS — a tak mi się zdało, jakoby to tyle znaczyło, cohetman nad furmany.

Ale tym dobrym myślom wrychle miał być koniec markotny,bo miesiąc mijał za miesiącem, a ona konfirmacja królewskana ojcowskie wolnictwo, co miała przyjść na zamek, jaknie nadchodziła, tak nie nadchodziła. Podstarości, kiedyojciec wrócił taki bezpieczny obiecaniem królewskim, schowałbył trochę rogi, ale teraz następować zaczął na ojca corazto ciaśniej, a miał za wspólnika Węgrzyna pewnego, hajdukai wielkiego niegdyś ulubieńca pana wojewody Mniszcha.Ten Węgrzyn, Kajdasz nazwiskiem, jeszcze pacholęciem wzięty był na dwór pański, a teraz w Podborzu przy podstarościm jakoby na łaskawym chlebie siedział, i on to nibymiał dane sobie od starego pana sołtystwo nasze. Tedyobaj przypiekali ojcu, turbując go groźbami: „albo się po dobremu wynoś, albo cię wytrzęsiemy z tego wolnictwa, bo myjuż wygrali sprawę na zamku”; a było to kłamstwo niecnotliwe,bo dekretu nie mieli, a nawet sami w sobie nie bardzo bylibezpieczni, czy wżdy naprawdę owa królewska konfirmacjanie przyjdzie. Owoż tak stały rzeczy, że obie strony się bały — ojciec: nuż go skrzywdzą? — podstarości i Kajdasz: nużkonfirmacja będzie? Kiedy się jeden i drugi boi, łacno sięgodzić.

— Zapłacisz ty nam 200 złotych, a już cię zaniechaćobiecujemy dla miłości ludzkiej — mówił Bałczyński.

— Nie macie wy miłości ludzkiej ani boskiej — mówiłojciec — żeście się tak sromotnie na zniszczenie moje nasadzili. Za grzechy moje dam 100 złotych, ale już mnie razzaniechajcie i na wieczność kwitujcie, i niech was Bóg sądziza mnie, biednego pachołka!

— Dawajże zaraz, choćby i sto; z miłosierdzia tylkoczynimy.

Ojciec grosza tyle nie miał, tedy po długich namowachtak stanęło, że ojciec się na tych sto złotych do przyszłegośw. Michała zapisał, a za poczekanie dać musiał lichwytego dukata, który od Króla Jegomości w Janowie dostał.Kiedym ja, małe chłopię, patrzył na to, jako w oczach płaczącej matki ów dukat królewski zapadł jakoby w głębokąstudnię w skórzany mieszek Bałczyńskiego, tak mi się serceskrajało i tak krzywda ona mojego ojca padła mi cała ciężkai paląca na duszę, jako kiedybym w piersiach miał żywyogień, że dnia tego i godziny całego żywota mego nie zapomnę, i choć potem jeszcze okrutniejsze dopuszczeniaBoże spadły na naszą chatę i na nasze głowy, tej najpierwszej żałości mojej nie przytłumiły, tak jako dzwon,kiedy raz pęknie, już nie jęczy, choć weń jeszcze z większąmocą uderzysz, aniżeli wtedy, kiedy się spadał.

Miał ojciec mój tej zimy słabo zarobku, a jakoś bliskowiosny roku Pańskiego 1622 wyjechał do Lwowa z solą,choć już nierad sól woził, owszem cale już był prasolstwozarzucił, jako się to rzekło, ale musiał jechać raz dla zarobku,wziąwszy sobie na głowę taki dług ciężki do św. Michała,a także i dla widzenia się z kupcy ormiańskimi, czy gogdzie z towarem w zyskowniejszą jaką drogę nie poszlą.Wróciwszy, mówi do matki jakoś nieśmiało, jakoby bał się jąutrapić:

— Nie będzie tego roku wielkich frachtów ani do Krakowa,ani do Węgier, ani do Wołoszy, a co w tę stronę iść ma, nato się już inni furmani ujednali. Dla mnie to nic z tego niezostało i musiałbym chyba wozić Żydom samborskim woski skórę na spław do Sanu. Ale pan Krzysztof Serebkowiczwyprawia za pięć niedziel ze Lwowa karawanę...

— Do Turek! O ja nieszczęśliwa! — zawołała mojamatka, nie dając ojcu dokończyć.

— A jużciż, że do Turek — rzecze ojciec — bo p. Krzysztoftylko z tureckimi kupcy ma swoje handle. Ale nie tak głęboko do samych Turek, bo nie aż na sam Konstantynopol,jeno do Jędrna i Warny, nad morze, bo tam okręty z towarem p. Krzysztofa przybić mają. Ujednałem się tedy z p. Krzysztofem, a jak na mój rachunek, to aby z pomocą Bożą, tam i nazad po 100 talarów zarobię.

Dużo było płaczu i lamentu w domu dla tej wyprawyojcowskiej w dzikie i niebezpieczne kraje, aż nad CzarneMorze, które, jako mi się naonczas w głowie moje zdało,musiało być takie czarne jak sadza, a całe pełne straszliwychbestyj i smoków, tako samo czarnych, jako i one głębinybezustannie nocujące, w których ani boże słoneczko, aniksiężyc, ani gwiazdy przezierać się nie mogły; nie tak, jakw naszym Dniestrze, na którego dnie modre niebo się kładłojakby w zwierciadle, a chmury płynęły pod wodą jak ryby.Płakała matka, że ojciec się puszcza co wiedzieć na jakieprzygody; płakał ja, ale nie za to, że jedzie, jeno iż mniez sobą wziąć nie chce, a tak w niemałej żałości czas ubiegał.Tymczasem ojciec milczący gotował się do jazdy, a ja, wtedyjuż otrok dość rosły, pomagałem, jak umiałem.

Tedy zaczęliśmy koniom dawać owsa na dwie niedzieleprzed wyjazdem, bo dotąd sieczkę tylko i siano gryzłyi bardzo były posłabły i pochudły — a było ich już tylko trzy,same brożkowe, duże, jeden wrony, którego ojciec zwałDżumbas, bo go od handlarza Turka kupił, a takich handlarzydżumbusami nazywają, drugi cisawy, Kłus, trzeci podżary,bo ani całogniady, ani całowrony, i ten był najpiękniejszy,a zwał się Sudany; pochodził z bardzo zacnej stadniny pańskiej, ale był bardzo stary i na jedno oko ślepy. Potem zacząłojciec wóz opatrywać i oprawiać, wszystko z osobna i z wielkim baczeniem od największej do najmniejszej rzeczy, od kół,osi, obręczy, do najmarniejszego gwoździa i śrubki, a byłato pałuba okrutnie duża, cała setnie kowana, z ogromnymkoszem łubianym i przykoszkami, z poklatem na obręczach,który wyglądał jak duża buda, że w niej chyba i mieszkaćby można jakby w izbie, a pokryty był grubym a gęstymcwelichem wrocławskim, że i człek, i towar bezpieczny byłod deszczów, jak pod dobrym dachem. A tyle było na tymwozie żelaza, tyle łańcuchów, że, bywało, jak po twardejdrodze ojciec puści konie rysią, to taki brzęk, taki łoskot,taki tętent i dzwonienie, a przy tym tak huczy, jakoby w kotłybito, co zawsze było z podziwieniem ludzi, jako że w tychstronach ruskich, a osobliwie pod górami, mają chłopy wózkimizerne, że w nich i jednego ćwieczka żelaznego nie maszna pokazanie, a wszystko to piszcze i skrzypie, i trzeszczy,że kiedy z gór długim żurawiem z klepkami ku spławomjadą, to na milę słyszysz tę muzykę.

Dużo by pisać, jak opatrznie ojciec na tę drogę się wybierał, jak osobno zładował woreczek owsa święconego nadzień św. Szczepana Męczennika, aby go po drodze do karmydosypywać dla odżegnania złego od koni, jak dobierał zielana różne choroby końskie: lulkę, lipkę, wilżynę, kopytnikitd., jak robił zapas smarowidła na rzemienie: z wódki, sadłai sadzy gdańskiej; jak w osobny skórzany mieszek wkładałnaczynie przygodnie: młot, obcęgi, dłuto, szydła, kopę całąufnali; jak czyścił topór, samopał i szeroką szablę multankę,bo bez tego ani ruszaj się z domu, skoro cię droga prowadziw takie dalekie a dzikie krainy. Tymczasem matka ładowałaodzież i bieliznę, a i o strawie na drogę pamiętała: chleba,jagieł, słoniny, gomółek, choćby tyle, aby nie od razu z gotowego grosza żyć, ale na swoim jaki tydzień i drugi poprzestać. Dał ojciec na mszę księdzu plebanowi, wysłuchaliśmyjej w wielkim nabożeństwie; ojciec się wyspowiadał i Przenajśw.Sakrament przyjął, pożegnał się z wujem kantorem i znajomymi na wsi; w skruszeniu serca po Sakramencie nie zapomniał nawet o podstarościm i hajduku Kajdaszu, choć za ichto sprawą musiał się hazardować i tam jechać, gdzie się jużjeździć zarzekał, bo się tym pogańskim szlakiem człek wyprawia jak na wojnę, niepewny jutra i życia.

Nazajutrz rano jeszcze słońca nie było na niebie, a jużpałuba zaprzężona stała gotowa, konie parskały żwawo,jakby na dobrą wróżbę i grzebały ziemię kopytami, tak imprzybyło ochoty i gorąca po dwuniedzielnym obroku.Ojciec przeżegnał znakiem krzyża św. matkę i mnie, a matkajego, obłapił i ucałował nas oboje, zrobił biczem znak krzyżaświętego przed końmi, siadł na kozioł, trzasnął z bicza...,,Aju! Hyj!” Zaturkotał wóz po suchej drodze, a mnie i matcesię zdało, że te jego kowane koła po sercu nam przejechały.

II. Kozak Semen

Wkrótce po tym wyjeździe mojego ojca stało się u naswielkie zamieszanie i jakoby trzask okrutny, jeno że bardzoniewesoły. Wracały wojska z wojny tureckiej, a wracałybiedne, chude, odarte i głodne, a w onej biedzie własnejniepamiętne biedy ludzkiej. Rozsypał się żołnierz szerokąsiecią; zawadził i o ekonomię samborską, jako że to byłakrólewszczyzna, a tedy najbardziej na gospody żołnierskiewystawiona. Napatrzyłem się wonczas i buty, i nędzy wojackiej do syta. Najpierw zaczęła się przewijać szlachta,wracająca do dom z pospolitego ruszenia, ale tej spiesznobyło do własnego komina, a podobno mało tam który z niejwidział żywego Turka, bo się to wszystko zaraz po chocimskiejpotrzebie jeszcze spode Lwowa wróciło, nie zażywszy obozui nie powąchawszy prochu. Ale za nią posypał się dopieroprawdziwy żołnierz najrozmaitszej broni, jeszcze jakoby mokryod krwi pogańskiej, a i od swojej własnej, kurzem bitwyokryty, czarny od wiatrów i słońca — często chory, częstoranny i okaleczały, a zawsze głodny; odarty i prawie żedziki. Napatrzyłeś się wtedy, bracie, co to wojna umie!

Husaria, pancerni, dragonia, rajtaria, piechota łanowa,kozacy, i Bóg tam wie jaki jeszcze lud zbrojny, bo bylimiędzy nimi i Wołosi, i Węgrzyni, i Niemcy — wszystekten żołnierz to mijał, to się zatrzymywał, a najczęściej takbywało, że ledwie jedni się osadzą, a już drudzy ich spędzająz gospód siłą mocą, tak że bez trzasku szabel i bez strzelaniny często się nie obyło. A wszystko z uciskiem i ze łzamiubogiego ludu, bo żołnierz długo był niepłatny; tym żył,co mu dano, a raczej tym, co sam wziął. Były między nimiszarpacze, że ano nie wiesz, czy to swój, czy nieprzyjaciel;z Tatarem stali za jedno. Gdzie był jaki kogut, to gozjedli; cielęta rżnęli, płótno babom wydzierali, ziarnkożyta i źdźbło słomy nie zostało po nich w stodole.

Tak i u nas w Podborzu działo się z wielkim strachemmoim, a z niemałym płaczem mej matki. A ta jedna tylkobyła pociecha dla mnie, że zaraz pierwszego dnia żołnierzeokrutnie zbili podstarościego i hajduka Kajdasza za to, że ichdo dworu puścić nie chciano, każąc im na nas, ubogichchłopkach, poprzestawać. Za zmiłowaniem Bożym poszli nareszcie, albo raczej wyścigano ich z całej okolicy, zaś na ichmiejsce przyszły roty husarskie, a między nimi i rota p. kasztelana Samuela Koniecpolskiego, który po panu Daniłłowiczutrzymał starostwo samborskie. Podstarości z hajdukiem Kajdaszem pisali dla nich gospody, a jako chata nasza byłanajdostatniejsza we wsi i była przy niej duża stajnia, to nasnajpierwszych pisali. We dworze, w którym tylko podstarości Bałczyński siedział, stanął sam pan chorąży husarskiz kilku towarzyszami, a na naszą zagrodę przypadły trzy koniez jednym czeladnikiem służebnym.

Pamiętam, było to już pod wieczór, a wrota naszegopodwórza były przywarte, kiedy siedząc w izbie, słyszę mocnewołanie:

— Hej, ho! Hej, ho!

Wychodzę ja i spojrzę: przed wrotami stoją trzy konie;dwa z nich wyniosłe i szumne, całe czerwonymi suknaminakryte, bardzo pańskie i harde, żem takich pięknych jeszczenie widział, zaś trzeci o wiele mniejszy, chudy i bardzo naoko niepoczesny, a na nim siedzi młody człek, jakoby wyrostekdopiero, w kaftanie z cielęcej skóry, na której sierść byłazostawiona, w czapce baraniej wysokiej i spiczastej, przegiętej na lewy bok, z długą spisą i przy szabli, a na plecachi przy boku wiszą mu trzy jakoby sakwy, jedna bardzo długa,druga krótsza, trzecia jakby okrągła, a wszystkie trzy mocnokudłate, bo z koziego kożucha szyte.

— Hej, ho! Hej, ho! — woła na mnie patrzącego — a odewrzesz ty wrota, kotiuho!

Idę otwierać, a tymczasem wyszła i matka, już zła bardzo,cała czerwona i chmurna, z zaciśniętymi od gniewu ustami,bo już jej były te gospody żołnierskie dojęły do żywegoi tak nas zniszczyły, że i chleba suchego w domu nieraznie było, że pamiętam, matka zwykła była mówić: przyszedłjeden, wziął sukmanę; przyszedł drugi, wziął koszulę; przyjdzietrzeci, to chyba skórę z ciała zedrze.

Ale ten nowy gość w cielęcym kaftanie jakoś tak niewyglądał, jakoby nas ze skóry miał łupić. Choć mnie przedchwilą nazwał kotiuhą, teraz kiwnął mi głową i uśmiechnąłsię wesoło, zeskoczył z konia, zdjął czapkę, pokłonił się piękniematce, pocałował ją w rękę i rzekł:

Sława Bohu! Daj Boże zdrowie, pani matko!

Kiedy zdjął czapkę i grzecznie nas pozdrowił, my obojejeno gęby pootwierali od zdziwienia, bo ano ten człowiekmiał całą głowę ogoloną, a na wierzchu jeno został mudługi kosmyk włosów, jakoby warkocz zapleciony, a ten sobiezawinął aż poza ucho. Pomiarkował to ten człowiek, że naniego jakby na dziw patrzymy i śmiejąc się rzecze:

— Ano, to wy, jako baczę, żywego Kozaka jeszcze niewidali?

Jam przecież widywał często kozaków starościńskich,bo z zamku samborskiego z listami jeździli, ale ci byliw barwie przystojnej i włosy tak strzygli, jak my wszyscy, i nie wieszali na siebie takich biesag kosmatych, i spistakich długich u nich nie widziałem, jeno szable i pletnie.Tak mu też powiadam.

— Bo tamto to sobie czeladź służebna, starościńska — rzecze on na to — a ja mołojec rzetelny, wolny, i z Kozaków,,nieposłusznych”, zaporoskich.

— A kiedy wy nieposłuszny i niesłużebny, to czemu służycie i słuchacie? — mówi matka.

— Bo teraz muszę, ale mój ojciec nie musiał i ja przodynie musiał, i niezadługo to znowu nie będę musiał, jak Bógda... U nas tak powiadają: Terpy, Kozacze, budesz otomanom!

Mówił po rusku, lubo umiał także po polsku, ale myi po rusku dobrze go rozumieli, jako żeśmy między samąRusią i porodzili się, i wychowali.

— A ciebie jak wołają? — pyta mnie ten Kozak.

— Hanusz — odpowiadam, bo na imię było mi Jan, aleojciec z miejska Hanusz mnie wołał, i pytam: — A was jak?

— Ja się nazywam Semen Bedryszko, spod Czerkas,assawułów syn.

Zawiódł konie do stajni, a już mu było ze dworu obrokiprzystawiono, ustawił w przeworynach, uwiązał, nasypał jeść,założył siano, a przed tym jeszcze długą spisę i owe kosmate biesagi w kącie złożył. Potem z jednej biesagi wydobyłluk, z drugiej łubie ze strzałami, a z trzeciej kobzę kozackąz dereniowego drzewa, i wszystko to obok siodła i dwóchpistoletów, które miał w olstrach kulbaki, porządnie nakołkach porozwieszał.

Ja przez cały czas chodziłem za nim oczami w ciekawościwielkiej, a kiedy wyszedł ze stajni, pobiegłem i ja, czekając,rychłoli, tak jak inni żołnierze, weźmie kląć na matkę, wołać:,,Dawaj, babo, jeść!” — Matka była właśnie na podwórzu z siekierą w ręku i zabierała się do rąbania drwa, bo sługi jużwtedy nie mieliśmy, a tu Kozak skoczy do niej, odbierze jejsiekierę i powie:

— Zostawcie; ja to lepiej umiem!

Narąbał drew, zaniósł do izby, wziął dwie próżne konewkii nie pytając nawet, gdzie we wsi studnia, bo ją po drodzewidział, nanosił wody, a widząc, że matka nieci ogień nakuchni, podsunął się i sam go tak prędko rozniecił, że jaz matką z podziwieniem na to patrzyliśmy. Zobaczył garnekczysty, który matka nagotowała była, nalał doń wody,przystawił do ognia, a zrobiwszy to wszystko, siadł na ławcei mrugając do nas wesoło, mówi:

— Ogień jest, woda jest, ino waryty, koby buło szczo!

Tak się ten Semen grzecznie przymówił do wieczerzy,a że matka mu rada była za tę jego poczciwość, tedy miałi kaszę jaglaną z mlekiem, i trochę szperki do chleba sięznalazło — a jadł jak wilk, taki był głodny.

Wziął nas od razu za serce ten Kozaczek i z każdymdniem milszy był mojej matce; ja zaś tom go tak polubił,jak gdyby to był mój rodzony. Nie był nam ciężki, owszem,niepomału pomocny; nie jadał nawet z nami, bo go jakoczeladniczka p. kasztelana Koniecpolskiego podstarości wedworze żywić musiał, a matce, kiedy tylko mógł, to pomagał:drwa rąbał, wodę nosił, izbę zamiatał, na pole chodził,sieczkę rżnął, na żarnach mąkę mełł; co weźmie, to mu siępod ręką pali, taki żwawy robotnik, a wesoły, a śpiewający,aż w chacie miło.

Bywało weźmie wieczorem tę kobzę swoją i zacznieśpiewać, a przerwami na strunach przebierać, że ano i oneśpiewają jakoby żywe, i zda ci się raz, że płaczą żałośnie,albo jak wesołe skrzypki do tańca wołają, że jeno podskoczz miejsca; to znowu szumią cicho jak wiatr w burzanachi giną gdzieś daleko, daleko, jakby to aż za górami, zaborami było, że już nie do ucha gadają, ale do samej duszyczłowieczej, i tak ci się robi, jak kiedyby coś bardzo dobregoi umiłowanego od ciebie uciekało, uciekało, a nareszciecałkiem uciekło i wrócić nie obiecało... Matce mojej zawszesię wtedy na płacz brało i zawsze jej stawał na oczachojciec, biedny, samotny, wędrowny, w dalekich pogańskichkrainach.

— Miły Boże — rzecze tak raz matka — co tam teraz mójporabia!

— Wasz? — pyta Semen i mówi dalej: — Ot, ja głupi,to ja myślał, że wy wdowa, a gdzież wasz?

— Pojechał z furmanką, z ormiańskim towarem... jużtemu kilka niedziel będzie.

— A gdzie pojechał? — pyta Kozak.

— Daleko, bardzo daleko, aż do Czarnego Morza.

Kozak klasnął w dłonie i woła:

— Czarne Morze! Znaju, znaju! Bywał ja na CzarnymMorzu, oj, bywał! Tak rok jeszcze bywał! Hej, hej, to jakbymoja ojczyzna!...

A kiedy to mówił, to tak jak gdyby i radość, i żałośćjakaś zarazem go zbierała, a oczy mu się zapaliły jak dważywe węgle.

— Nad Czarne Morze pojechał; ot, i patrzcie, a nic minie mówicie! Ale gdzie, na jaką stronę? Widzicie, CzarneMorze wielkie, wielkie jak świat! A po brzegach grodyi sioła, i zamki, a od jednych do drugich daleko, daleko,znowu świat! Biłogród, Kilia, Sulima, Tarabozan, Synopa,Warna...

— Warna, Warna! — zawołała matka — do Warnyz kupcami pojechał.

— Ot, co, tak i gadajcie, do Warny! Znaju, znaju! To nietam od Zaporoża, gdzie nasz Dniepr, ani tam od Wołoszy,gdzie wasz Dniestr do morza wpada, to na dole, na dole...

— Jakoż to Dniestr? — rzekę ja z wielkim zdziwieniem,bo Dniestr płynął pod naszą wsią i ledwie go z okna naszego nie widać — to Dniestr płynie aż do Czarnego Morza?

— Co nie ma płynąć?... płynie aż do samego morza,a jakby ty, mołojczyku, wyszedł tu z Podborza, a szedłbrzegiem, a szedł i szedł... tobyś do limanu, a z limanu doCzarnego Morza zaszedł, ot, co!

Zadumał ja się bardzo, a tymczasem matka mówi:

— A wy tam byli, Semen?

— Czemu ja nie miał być? Był ja tam, był ja i dalej.Kędy to Semen nie bywał z ojcem assawułą i mołojcami!...

— Tak piechotą, brzegiem dniestrowym? — pytam ja teraz.

— Widzisz go! Piechotą, brzegiem! Jeszcze ty durnymołojczyk jesteś! Na czajkach my tam byli.

I zaczął się śmiać bardzo ze mnie, a ja się już wstydziłem pytać, co to są czajki, bo znałem tylko czajki ptaki i słyszałem, że jesienią wybierają się za morze, ale matka pyta:

— A cóż to są czajki?

Tedy dowiedzieliśmy się od Semena, że to są takie dużeczółna, żłobione z lipowych kłód, skórą w środku wybite,a dokoła trzciną, czyli oczeretem oplatane, na których i rzekami, i morzem chyżo płynie, kto wiosłowania dobrze świadom.

— A co wy tam robili, Semen, na Czarnym Morzui w Warnie? — pyta matka.

— Co my tam robili? Hulali! W gościnie my tam byli,hej, w gościnie! Tylko że nam tam nie byli radzi, oj, nie byli,pewno nie byli!

I tu przerwał i nie chciał dalej mówić, jeno taki stanął,jakby go kto odmienił; coś mu takiego z oczu błysnęło,czego my przedtem nigdy w nim nie widzieli, tak jakobyw tym Kozaku jeszcze drugi jakiś człek siedział, ale zły i srogi,a dopiero teraz niby z jaskini na nas spojrzał. Ale to nachwilę tylko było, bo zaraz potem znowu był wesół.

Mieli my dużo pociechy z tego Kozaka, i ja, i matka,i sąsiedzi, a ja to już pewno najwięcej. Nauczył mnie naswej kobzie grać, nauczył z łuku strzelać, a był taki sprawnyw tym strzelaniu i taką miał dziwną pewność w oku, że bywałoptaka w lot strzałą przeszyje; pokazał, jak mam sobie strugać wereszki na strzały, jak na nie nabijać ostre płoszczyki,jak robić zatrzaski, sidła i siatki na ptactwo i zwierzynę,jak wypłatać więciorki na ryby, jak w czystym polu lub w lesierozeznać się, gdzie słonko wstaje, a gdzie się chowa, i gdziena niebie południe a gdzie siewierz, a to nawet w nocy,wedle gwiazd, jak przykładać ucho do ziemi i nasłuchiwać,i poznać, czy kto jedzie z daleka i czy to wozy, czy konniludzie, i czy ich mało, czy więcej — owo zgoła nauczyłrozmaitych ciekawości, których u nas we wsi nikt albo calenie znał, albo niedobrze wiedział. Z koniem swoim, chudymi na oko marnym, to był jakoby z przyjacielem albo z rodzonym bratem, mówił do niego jak do człowieka i powiadał,że koń jego rozumie, a on konia; jakoż była to szkapa osobliwa, jak dobrze chowany pies zmyślna i posłuszna, i jakpies do swego pana przywiązana. Pozwalał mi też na swegokonia wsiadać, a kiedy tamte dwa konie husarskie prowadziłna przekłuskę, pozwalał mi jechać na swoim, a sam jednegoz husarskich dosiadał.

Jednego ranka wyjechaliśmy tak z końmi i wzięliśmysię drogą ku Samborowi. Ujechaliśmy może jaką ćwierć mili,kiedy się natkniemy na wóz mały, ale dobrze naładowany,tak jakby jakiś towar wiózł, z dwoma mocnymi końmiw zaprzęgu węgierskim i z furmanem ubranym nie po naszemu,bo u nas takich świtek z samodziału i takich czapek wysokich, spiczastych, a bardzo podobnych do tej, jaką KozakSemen miał na głowie, nigdzie dokoła nie naszano. Jak goSemen zobaczył, to aż prawie podskoczył na koniu i zarazdo niego po rusku:

Sława Bohu! A wy od Taraszczy?

— A od Taraszczy. Od Łebedynej Grobli.

— A skąd jedziecie?

— Aż z siedmiogrodzkiej ziemi.

— A dokąd Bóg prowadzi?

— Do Lwowa, a stamtąd, pomagaj Boże, do domu, naUkrainę.

— A wóz i konie wasze?

— Gdyby moje! Ja czumak biedny. Nie moje, żydowskie...

— A jaki to Żyd?

— Chocimski, turski Żyd, Czarny Mordach.

— Czarny Mordach, co go po tursku Kara-Mordachnazywają! — krzyknął Semen i tak rzucił sobą na koniu,jakby go kto strzałą przebódł. — A gdzież on?

— Został w tyle — mówi furman — jedzie konno, nasiwym bachmacie, ot, i słychać kopyta.

Patrzę ja w tę stronę i widzę: jedzie na siwym koniuchłop setny, w czarnej żupicy, przepasany szerokim rzemieniem z surowej skóry, z twarzą ciemną jakby u Cygana,z dużą czarną brodą i z małymi bystrymi oczyma, świecącymi jak u kota, ale kosooki, tak że tym zezowatym spojrzeniem brał cię jakoby we dwoje szydeł i chciał niby przekłućczłowieka brzydkimi ślepiami na wskróś z obojej strony.

Jak go tylko Semen zobaczył, poczerwieniał cały jakmak polny, żyły mu nabiegły krwią na czole, a oczy mu sięzapaliły takim gniewem, że aż mnie samemu stał się straszny.

— Bóg mi jego dał! Bóg mi jego dał! — woła wielkimgłosem i sadzi z koniem prosto na onego Żyda.

Żyd patrzył więcej na nasze konie niż na nas, dopierogdy Samen tak krzyknął i tak do niego podjechał, że swoimkolanem prawie jego kolana dotknął, podniósł oczy na Kozaka.

— Kara-Mordach! Kara-Mordach! — krzyknął terazSemen. — Pogański synu! Sobako! Znasz ty mnie? Znaszty Bedryszkę?

Żyd się zatrząsł, pobladł i z nagłym strachem umknąłsię w zad konia, ale w tej samej chwili Kozak łap! go za gardłoi tak okrutnie ścisnął, że małe oczka Żyda krwią nabiegłyi wysadziły się na wierzch jak gałki. Żyd aż zacharczał, alew tej chwili, jako miał pleciony kańczug w ręku, tak nimz całej siły uderzył konia, na którym Semen siedział. Świsnęłażydowska pletnia w powietrzu jak żmija, i jak żmija zwinęłasię na koniu, a koń zapiszczał z bolu i strachu, i jak wściekłyrzucił się wielkim skokiem na bok. Semen spadł na ziemię.Żyd zaciął pletnią swego bachmata i zaczął uciekać gwałtownym cwałem. Jak wicher rozmiatał za sobą kurzawę i przepadł z oczu jakoby w ciemnej chmurze.

Semen porwał się na nogi, strącił mnie z swojego kozackiego konia jak kluskę na ziemię, wspiął się w kulbakęi nie rzekłszy do mnie ani słówka, puścił się strzałą w pogońza Żydem.

Tylem go widział i słyszał, co świszcz puszczony z łuku...Zerwał się w górę wysoko drugi tuman kurzu i zakrył i Semena, i konia. Zostałem sam na drodze, a konie husarskietymczasem popędziły na pola. Nie wiedziałem, co czynić, czyłapać konie, czy czekać na Semena — stałem jak głupi odstrachu i ciekawości, z oczyma wlepionymi w obłoki kurzu,które umykały coraz dalej, coraz dalej, aż opadły pod górami.

III. Tajemnica kozacka

Minął dzień, a Semen nie powrócił. Konie, połapanew polu, dopiero pod wieczór przywiedziono do wsi, ale jużich nie postawiono w naszej stajni, tylko we dworze u podstarościego. Przyszedł hajduk Kajdasz do naszej chaty i kazałmi z sobą iść do dworu. Szedłem z wielkim strachem, jakkiedybym współwinny był w tym, co się stało z owym Żydemi Semenem. Pytano mnie surowo, a nawet chłostą grożono,abym wszystko powiadał, co jeno wiem, bez wszelkiegozatajenia; jam też wszystko powiedział, choć tego niewielebyło i nikt z tego mądry być nie mógł. Całą noc tego dnia niespałem; matka także; zawsze nam się zdawało, że Kozakwróci; a kiedy się tylko co ruszyło na podwórzu, wiatrczymś potrącił, pies gdzieś we wsi zaszczekał, wybiegałemz chaty, czy to nie Semen wraca.

— Niechajby już nie wrócił i niechbyśmy go już nigdynie obaczyli — rzecze mi matka nazajutrz rano — bylebygo nie złapano. Bo co wiedzieć, jako to było i co się stało?Może co strasznego; może rozbój jaki, zabicie tego czarnegoŻyda...

Trafiła matka w samą prawdę, bo pod wieczór wuj kantor,który Semena u nas poznał i bardzo polubił, przybieżał donas zadyszany i prawi:

— Jechali dziś solarze z Drohobycza; powiadali, że tamniedaleko Bronnicy znaleźli ludzie na polu jakiegoś turskiegoŻyda, szablą srodze zrąbanego, że już znaku życia nie dawał.Złożyli go u Żyda kwotnika, co niedaleko mieszka, a balwierz, co go zawołano, jeszcze się w nim życia domacał,ale mówi, że mu śmierć pewna od rozłupanej czaszki.

— Od Semenowej szabli! — zawołałem prawie z uciechą,bo lubom z tej całej przygody nic nie rozumiał, przeciemna ślepo trzymał z Kozakiem przeciw Żydowi.

— Pewno, że nie inaczej — mówił na to wuj — ale ktotam wie, czy się i Semenowi nie dostało, bo Żyd ów prawieże jeszcze trzymał w ręce wystrzelony pistolet.

— Może i Semen zabity! — woła matka. — Może, postrzelony, powlókł się gdzie w las albo w pole i tam skonał.Nieszczęśliwy sierota!

— Toby jego koń został — mówię ja na to — a jak konianie ma, to Semen pewnie zdrowo uszedł. Znam ja tego koniadobrze; nie odstąpiłby on swego pana na krok; tak by przynim wartował, jak pies, i prędzej by zdechł, niżby go odbieżał.

Tak my i wszyscy we wsi gadali, i zachodzili w głowę,co to była za rzecz między Semenem a tym podróżnymŻydem turskim, a tymczasem znowu dzień minął bez słychui wieści, i wszystko, jako nam było tajemnicą, tak i pozostało.Tej nocy ja znowu usnąć nie mogłem, ciągle myśląc o Żydziei Semenie, a obaj stali mi tak w oczach, jak gdybym obużywych miał przed sobą. Leżę tak w małej izbie z otwartymioczyma — matka spała obok w świetlicy — i w głowie misię kłębi od samych dziwnych rzeczy, jak gdyby w jakiejstrasznej bajce, i patrzę w małe okienko naprzeciw mojegoposłania, a noc była dość jasna, choć księżyc nie dochodził jeszcze do pełni — kiedy nagle widzę, że jakiś cieńpodsuwa się pod okno i słyszę jakoby lekkie pukanie. Niewierzę zrazu ani oczom, ani uszom, myśląc, że to tylkoprzywidzenie, ale oto znowu i cień widzę wyraźniejszy,i pukanie słyszę głośniejsze. Zrywam się z posłania i w tejchwili przychodzi mi na myśl, że to chyba Semen być musi.

Ostrożnie, po cichutku, aby matki nie budzić, wymykamsię do sionki, odsuwam zaworę, i z progu wyglądam napodwórze. Patrzę, a tu pod oknem stoi Semen. Zobaczyłmnie zaraz i przystąpiwszy mówi do mnie szeptem:

— To ja, Hanusiku, ja. Semen. Gdzie moje pistolety?

— Schowałem je w izbie — odpowiem.

A trzeba wiedzieć, że najazutrz po zniknięciu Semenazabraliśmy z matką z pustej stajni wszystkie jego rzeczy:łuk, sajdak, pistolety, kobzę, do komory.

— Łuk i kobza niech będą twoje, na niezabudysz poSemenie, ale pistolety mi wynieś i sam się zbieraj, bo miciebie trzeba.

Wpadłem do chaty, ogarnąłem się prędko, po cichuz komory zabrałem pistolety i wykradłem się na dwór jakzłodziej, aby matka nie słyszała. Kozak wziął pistolety,chwycił mnie mocno za ramię i tylko jedno słowo powiedział:

— Chodźmy.

Zagroda nasza stała dość daleko za wsią, prawie na bezludziu, nie było tedy wielkiej obawy, aby nas kto widział,choć jak rzekłem, noc jasna była. Jednakże Semen rozglądałsię dobrze dokoła, jakiś czas nasłuchiwał, a potem ruszył zemną bardzo szybkim krokiem. Przebiegliśmy pole i zapadliw las, a od Podborza zaczynają się ogromne lasy i idą daleko,daleko w góry, aż pod Beskid ku Węgrom, ciemne, gęstebory, jakoby jedna nieprzebrana puszcza. Na brzegu lasuSemen się zatrzymał i mówi:

— Otwórz ty dobrze oczy jak ryś, bacz ostro i miarkujsobie a zapamiętaj drogę, abyś się tu dobrze wyznał i abyśtam mógł trafić beze mnie, czy dniem, czy nocą, dokąd jaciebie teraz zawiodę. Tam uważaj i pamiętaj, jak gdyby cio śmierć albo życie chodziło.

Wstąpiliśmy w las i szliśmy długo, bardzo długo, że misię to parę godzin zdało, a Semen po drodze ciągle mnieuczył, jako poznawać drogę, pokazywał mi znaki, wedługktórych mam się brać, to prosto, to w lewo, to w prawo;tu debra, tu ruczaj, tu jar, tu polanka, tu wywrócisko, tumajdanek, tu zielony od mchu moczar; tędy pójdziesz,tak skręcisz, stąd prosto jak strzelanie z łuku na północsię weźmiesz. Kazał mi leźć na bardzo wysoką sosnę i samwylazł, a stamtąd na gwiazdy uważać kazał, które z nich dobrzedrogę mi wskażą, gdyby tego była potrzeba.

Nareszcie przyszliśmy na polanę większą, w czarnej gęstwinie ukrytą, z jednej strony od lasu jarem głębokim przeprutą. Od polany lej ku północy las wyraźnie jakby do góryskoczył, albowiem tak się nagle i stromo grunt leśny podnosił, żeśmy naraz stanęli przed urwistą skałą, jakoby przedścianą, i gdybyśmy byli chcieli dostać się dalej, nie zbaczającz drogi, to chyba leźć po drabinie byłoby trzeba. Tu Semenstanął i pyta:

— Spamiętałeś dobrze drogę?

— Spamiętałem.

— Trafisz do domu?

— Trafię.

— A z domu?

— I z domu.

— Ile tobie lal? — pyta dalej.

— Piętnasty.

— Piętnasty rok — rzecze na to Semen — a to w twoichleciech już był mołojec ze mnie! Brał mnie ojciec na wojnęi na chadzkę do czajki na Czarne Morze! Czy ja jednegoTatara strzałą z konia zsadził, jak ja miał piętnaście lat!Wiem, że ty ciekawy i niedurny; i szczera dusza jesteś, i wierna; wiem, wiem. Zdrady jeszcze nie znasz, pewnie nie znasz,ale czy nie poznasz? Kto to wie. Boh znaje... Za nami,Kozakami, chodzi zdrada jako cień za człowiekiem; więcejmołojców ginie od zdrady niż od lackiego samopału, niżod tatarskiej strzały, niż od janczarskiej szabli! A przysięgniesz, że mi wiary dochowasz?

— Przysięgnę! — mówię śmiało.

Semen wyjął z zanadrza mały krzyżyk drewniany, kijowski,rzezany, pocałował go, kazał mnie pocałować i tak się ozwał:

— Na ten krzyż, na św. Spasa, na Bogarodzicę, naśw. Mikołaja i na wszystkich świętych i błażennych ŁawryPieczarskiej przysięgnij, że to, czego się tu dowiesz, zachowasz w tajemnicy, że nikomu tego nie pokażesz, co ja tobiepokażę, i że wszystko tak zrobisz, jako ja ciebie nauczę!Czy przysięgasz?

— Przysięgam.

— Ten turski Żyd, Kara-Mordach, cośmy go spotkali, tobył taki przeklęty pies i zdrajca, co krew kozacką pił. Bógmi go w ręce dał; zginęła żmija od szabli kozackiej.

— Co on wam zrobił, Semen? — zapytałem.

— Co zrobił? — zawołał Semen — ojca mojego zdradziłi sprzedał, Turkom pohańcom go sprzedał, jak podłe bydlęsprzedał, jak psa na łańcuchu go wydał!

— A kto był wasz ojciec? Czy także Kozak? — pytamznowu.

— Jakże nie Kozak? — rzecze Semen. — OczywiścieKozak, my wszyscy z Kozaków i Kozacy; każdy BedryszkoKozak! Ale jaki był Kozak! Takiego drugiego nie ma w Siczy,w całej Ukrainie nie ma ani na Zaporożu! On jeszczehetmana Kosińskiego widział, z Borodawką wojował, z Łobodąna Turków chodził, z Nalewajką i z Sahajdacznymi! On byłprawą ręką Sahajdacznego Konaszewicza, okiem w głowie byłu niego. Czarne Morze go zna i sam sułtan wie o nim, i baszowie turscy trzęśli się przed nim ze strachu! On Synopęzłupił i Archiokę z dymem puścił, i Oczaków; z Konaszewiczem Warnę spalił — niedawno, ledwie dwa roki temu!Z Lachami chodził na Turków; hetman Żółkiewski go znałi hetman Chodkiewicz; pan Koniecpolski prawie go za bratai towarzysza miał, tak jego lubił. Ale nie ten wasz Koniecpolski, pan Samuel, tylko ten drugi, p. Stanisław, choroszypan i rycerska krew, co go Turcy pod Cecorą w jasyr wzięli!I to całe nieszczęście, że go wzięli! Pan Stanisław Koniecpolski byłby ojca mojego od Turków pewno wykupił; panto praworny, hojny i sam żołnierz wielki; ale cóż, sam onteraz w nieszczęściu; kto wie, czy jeszcze żyje, może go jużTurcy w Czarnej Wieży udusili, może na haku wisi, jakkniaź Dymitr sławnej pamięci!

— A czemuż wy, Semen, nie ratujecie ojca? — pytamKozaka.

— A co by ja tu był u was robił, gdybym ojca ratowaćnie chciał! A po co mnie było wybierać się tu, aż pod Sambor?Ja Kozak wolny, nieposłuszny, nigdym ja panom nie sługiwał,a tak przecie wziąłem służbę u pana Samuela Koniecpolskiego,dlatego że to Koniecpolski, bom sobie tak dumał, że on miojca wykupi z rąk pogańskich, bo go także zna i wie o nim;od swego krewniaka wie i od innych panów rotmistrzów wie.Ale to już nie taki pan, jak Stanisław, i nie taki żołnierz,choć z jednego rodu i z jednej krwi. Ot, jak to powiadają:z jednego drzewa krzyż i łopata! Czekałem na niego i doczekać się go nie mogłem: byłbym przecie czekał jeszczedłużej — ale Bóg mi dał w ręce Kara-Mordacha i już teraznikogo nie potrzebuję. Wiem ja już, co robić, i jak ojcaratować!

— A macie pewność, że wasz ojciec żyw jeszcze międzyTurkami? — pytam Semena. — Może już zabit!

— Zabit! — woła na to Semen. — Turcy go pewnie niezabili! Oni radzi, że go żywego mają, aby najdłużej: onigo sobie na wagę złota kładą. Trzeba ci wiedzieć, że mójojciec to sławny puszkarz; głośny po świecie, hen, na całąUkrainę. Drugiego takiego nie znaleźć, chyba w niemieckichkrajach.

Chciałem się pytać Semena, co to jest puszkarz, bowtenczas tego nic wiedziałem, ale on jak gdyby zgadł, że tegonie rozumiem, rzecze dalej:

— Albo wiesz, co to jest puszkarz? Pewnie nie wiesz!Ot, co, piętnasty rok chleb je, a durny, o puszkarzu nic słyszał!Ale o armatach słyszałeś, o działach, jako wy w Polszczenazywacie? Puszka a działo to jedna rzecz. Mój ojciec umiekoło armat chodzić, jak nikt nie umie... Jak nastawi, wymierzy, wyceluje, wypali, to kula ani na piędź nie chybi; jakchce komu urwać głowę, to urwie jak nic. Ja tak z łukustrzelić nie umiem, jak mój ojciec z puszki! Jego kule słuchają; tam każda leci, kędy ją poszle, jak Kozak z listem.Ale to jeszcze nie wszystko, chociaż to bardzo wiele.Mój ojciec sam umie puszki robić. Umie on ulać ze spiżutaką okrutną armatę, że chłop w nią wlezie, a jak z niejstrzelą, to ziemia się trzęsie, a kula z niej wieże i mury wali,w kupę kamieni je obraca. On i dzwony lać umie, a jakie!Jak zadzwonią, to jakoby ze szczerego srebra były; jak sięrozhuczą, to aż się serce raduje; głos po polach i stepachmilami płynie, do nieba bije... bam! całe powietrze gra i śpiewa!Może kiedyś usłyszysz taki dzwon, co go ojciec lał, albozobaczysz taką puszkę jego roboty; czemu nie? U Nalewajkibyła jedna, wzięli ją wasi do Krakowa. A na każdej puszcei na każdym dzwonie napisano ładnymi bukwami: OPANAS —bo memu ojcu Opanas na imię. To jakże takiego majstraTurcy by zabijali? On żyje, ale gdzie? Bóg zna. Możew Chocimiu, może w Benderze, może w samym Stambulekoło puszek robić musi, na pożytek pogan, a na zgubęi kozacką, i laszą. Ale ja go znajdę, koniecznie znajdę, jakBóg na niebie! Teraz już wiem, jak, i mam, czego mi trzeba.

— A to obdarliście pewnie Żyda Mordacha, Semen —zawołałem — macie teraz dużo złota na wykup...

— Obdarł, nie obdarł — mówi Kozak — miał, psi syn,na sobie trzos pewnie pełny dukatów; nie wziąłem ani jednego. Ja szukał czego innego i tak Bóg dał, żem znalazł.I dlatego nie dbałem już o jego pieniądze.

— A co to było? — pytam.

— Patrzcie owo, skąd ty taki wziął się ciekawy! To byłocoś, co więcej warte złota, niżby go był mógł udźwignąćna sobie Kara-Mordach, choć widziałeś, jaki chłop! To było to,co zgubiło mego ojca!

— A mówiliście, Semen, że ojca nie co innego zgubiło,tylko zdrada żydowska.

— Ale zdrada z tego poszła, że ojciec miał to, na coŻyd był łakomy jak wilk na barana, a czego kupić nie mógł,bo ojciec wiedział, co to warte. Widzisz bo, mołojczyku,u nas tak się dzieje: Idzie Kozak na wyprawę, na chadzkę,czajkami płynie na turskie brzegi, pali grody i zamki, łupimiasta, zabiera Turkom wielkie skarby — każdy z mołojcówwraca z bogatą zdobyczą, ale cóż, kiedy zdobyczy sprzedaćnie umie, a czasem i nie może. Jak zdobył gotowe pieniądze,aspry, lewki, piastry, czerwone złoto, to rzecz łatwa: napieniądze nie trzeba kupca. Ale jak z chadzki wrócą z drogim towarem — z złotogłowiem, kobiercami, koralami,naczyniem złotym i srebrnym, bo naród turski bogaty i w zbytkach się bardzo kocha — co z tym robić? Sprzedać. A komuKozak sprzeda? Niechże sam próbuje pójść z tym do miastaalbo do dworu, między kupcy czy między pany — oho, dobrzesię wybrał! To właśnie tak, jakby własną głowę na targponiósł. A skąd to masz, a kędyś zrabował? a kogoś zabił?Odbiorą, kijem napędzą, i to najlepszy jeszcze koniec: rad bądźBogu i dziękuj, że cię do tarasa nie dadzą, na męki nie wezmą,abyś prawdę wyśpiewał, a czasem i nie powieszą! A przecież to Kozak szablą zdobył, i na kim? Na psim synu, na poganinie, niewiernym wrogu Chrześcijaństwa: a przecie Kozakkrwią swoją zapłacił, krzywdy się tylko pomścił, bo ano,ile to narodu, ile złota, ile srebra z cerkwi świętych nie biorąTurcy i Tatarzy! Czy to sprawiedliwość? Ale cóż robić, takono już jest. Tedy rad nierad Kozak musi sobie zachodzićz Żydem, z Ormianinem, z Wołochem, co na takie kupnołakomy, ale najczęściej z Żydem. Tak i z tym Kara-Mordachembywało. Po każdej chadzce przyjeżdżał szelma do nas i kupował;za byle co kupował, dziesiątej, setnej części tego nie dał,co rzecz warta, ale ojciec niegłupi, wiedział, co za skarbrzadki ma, że i sto takich Żydów wytrząść, a tyle groszanie wytrzęsiesz. O jedno Mordachowi chodziło, jak diabłuo duszę, a tego dostać nie mógł. Zwabił ojca niby do bogatego kupca, co jakoby z Moskwy umyślnie przyjechał, przedni sługa carski. Ten pewno kupi, dla samego cara gosudarado Kremla kupi. Mój ojciec znał z dawien dawna Mordacha,handlował z nim długie lata, uwierzył. Pojechał z Żydemna granicę wołoską, wpadł w zasadzkę, Mordach zabrał muwszystko, co było przy nim, a samego Turkom wydał i jeszcze zapłacić sobie kazał, bo im puszkarza naraił, jakiegona świecie szukać... Ot, widzisz, tak to było.

Chwilę Semen milczał i chmurno przed siebie patrzał,jakby dumał nad tym, co się stało, i nad tym, co się jutrostać może, a nagle zawołał:

— Dosyć tego gadania; wiesz więcej, niż ci wiedziećpotrzeba, ale tego właśnie nie wiesz, po com cię tu wołał.Mnie czas w drogę. Przysiągłeś na Krzyż Święty i pod wielkąklątwą, a kto takiej przysięgi nie dotrzyma, będzie od Trójcy św. oddzielony i na miejsce Judasza powołany. Słuchajżeteraz i uważaj! Widzisz tę rozpadlinę w skale?

— Widzę.

— Stań plecyma do skały, oprzyj się o nią, tak abyś sobąprzykrył rozpadlinę.

Zrobiłem tak, jak Semen chciał.

— Patrz teraz naprzód, prosto przed siebie, jak strzelił;dziewięć kroków zrób, ale dużych, dobrze rozsadzaj nogi,boś ty mniejszy ode mnie.

Zrobiłem dziewięć kroków.

— Teraz uklęknij na jedno kolano.

Ukląkłem — a Semen przystąpił do mnie, przysiadłi ziemię koło mego kolana dobrze oglądnął.

— Tak dobrze, wraz dobrze, jak strzelił. Czy widziszco na ziemi, znak jaki, ślad jaki?

— Nic takiego nie widzę — odpowiedziałem.

— Słuchajże! w tym miejscu, na którym jest teraz twojekolano, zakopałem to, co mego ojca zawiodło w jasyr, coMordacha wydało na moją zemstę, co już przedtem i mnogiejkrwi, i mnogiego nieszczęścia było przyczyną. Tego Persa,co to przyniósł był aż z indyjskiej ziemi, struł jeden Ormianin, tego Ormianina udusili trzej Greczyni w Białogrodzie,tych Greczynów utopić kazał basza jędropolski, tego baszęzabił ataman Łoboda, Łobodę rozsiekali mołojcy, aż się todostało memu ojcu, a ojciec usycha teraz w pogańskichłykach... Kiedybyś chciał wziąć, com zakopał, to i ciebiespotka nieszczęście i zguba!

— A ty tego nie weźmiesz? — pytam Semena.

— Wezmę, na tom zakopał, abym wziął. Ale teraz brać sięboję, bo mnie wywołali już wszędy dokoła za tego Mordacha jako zabójcę; muszę się dobrze pilnować, abym uszedłzdrowo. Nosić to przy sobie niebezpieczno; można zgubić,można przez złodzieja postradać. Ale jak z wywiadówpowrócę i będę już na pewno wiedział, gdzie mój ojciec,w jakim zamku, u jakiego baszy, przyjdę tu albo drugiegodo ciebie przyszlę, a ty temu wiernikowi, co przyjdziew moim imieniu, pokażesz miejsce, gdzie ma kopać.

— A jakoż ja go poznam i jako mu dam wiarę? — pytamja na to.

— Otóż tak; teraz mi się podobasz, mołojczyku! — zawołał Semen. — Czekałem tylko, czy się zapytasz; sławaBohu, żeś się zapytał! Bo teraz wiem, że masz rozum. Słuchaj i spamiętaj: Jak kto przyjdzie do ciebie, czy to będziestary, czy młody; czy chłop, czy baba; czy sługa, czy pan;czy czerniec, czy żołnierz; czy w łachmanach i z torbą dziadowską, czy w sajecie i przy bogatej szabli — wszystko tojedno — jeżeli ktoś przyjdzie do ciebie i uderzy cię dłoniąpo lewym ramieniu i powie te słowa:

Oko Proroka

Synopa Archioka

to ty mu odpowiesz: Musztułuk! On ci na to ma powiedzieć:— „Bedryszko cię pozdrawia” — a wtedy masz go zaprowadzićna tę polanę, pokazać mu to miejsce, które znasz; niechwykopie i idzie z Bogiem, a tym masz milczeć o tym jakogrób! Powtórz słowa!

Oko Proroka, Synopa Archioka, Musztułuk! — powtórzyłem, i to kilkanaście razy, póki Semen nie uwierzył, żenie zapomnę.

— A teraz w drogę! — zawołał Semen i ruszyliśmynazad tym samym szlakiem, i znowu po drodze kładł mi w pamięć wszystko, po czym miałem się rozeznać, aby nie zabłądzić i trafić do onej skały na polanie.

Kiedy już stanęliśmy w czystym polu, Semen uściskałmnie, pocałował w oba policzki i rzekł:

— Zostań zdrów, Hanusz, pomagaj ci Boże! A jak sięzdarzy szczęście, wrócę i wezmę cię z sobą na Sicz, na porogi,i nie będziesz się nazywał Hanusz, ale Iwaszko, i będzieszz nami hulał i na Turków chodził! Boś ty łepski chłopak,wart być Kozakiem! Zostań zdrów!

Jam go z rzewnością serca także jakby brata ucałowałi pytam:

— A koń kędy?

— A kędyżby był? Jest, czeka na mnie, zaraz on tubędzie! — i włożywszy palec w usta, świsnął dwa razy krótkoa przeraźliwie.

Za małą chwilę usłyszeliśmy kopyta w polu i koń nadbieżał do swego pana, rżąc radośnie. Semen skoczył w siodłoi jak wiatr popędził przez pola ku drodze.

Smutny wracałem do chaty, bom stracił przyjaciela,a w duszy czułem jakoby wielką ciężkość, bo ta cała rzecztajemna, którą mi zwierzył Semen i na którą mi przysiąckazał, tak mnie ugniatała, jakoby młyński kamień. Robiłomi się straszno, żem teraz powiernikiem wielkiego sekretu,którego sam nie znam, i jakoby stróżem czegoś, czegom niewidział, a co musi być i wielkim skarbem, i przeklętąjakąś rzeczą, skoro tyle krwi i nieszczęścia na tym było.Wchodzę na podwórze i widzę, matka stoi u drzwi i woła:

— Hanuszek, tyżeś to? Kędyż ty biegał po nocy?

Musiałem matce opowiedzieć, że mnie Semen wywołał,i żem w cichości się wymknął, nie chcąc jej budzić, że Semenchciał się tylko ze mną pożegnać i że mu wyniosłem pistolety.

— A czemuż cię taki czas nie było — rzecze matka —zbudziłam się za szelestem i patrzę, a ciebie nie ma. Cośty tak długo robił z Kozakiem?

— Odprowadziłem go do konia, którego zostawił byłpod lasem.

— I więcej nic? — pyta matka.

— Więcej nic.

Dobrze, że to noc była, bo inaczej matka byłaby widziała, jak oczy spuściłem ku ziemi i jak mi rumieniectwarz oblał. Nie uczył mnie nikt kłamać, jakoż i kłamaćnie umiałem, ale teraz skłamałem po raz pierwszy w życiu,i to przed własną rodzicielką. Markotność wielka mnie zdjęłai skrucha; było mi tak, jak żebym doznał nieszczęścia.Do świtu jeszcze było dość daleko — położyłem się i usnąłem.Już słonko wysoko stało na niebie, kiedy się obudziłem,i zdało mi się jakiś czas, że to wszystko co się stało, tylkosnem było i nocną marą. Zacząłem się prędko zbierać, kiedywchodzi matka i rzecze:

— Słuchaj no, Hanuszku, ludzie we wsi głoszą nowinę,że ten Żyd jeszcze żyje i że to jest bardzo znaczny kupiec,sługa i wiernik różnych książąt i wojewodów, którzy sięo niego wezmą. Semena już wszędy aż po Lwów i Przemyślwywołano, z zamku samborskiego wysłano pogoń w różnestrony, aż ku granicy węgierskiej: hajduków, smolaków,żołnierzy. Na głowę Semena nałożono 1000 złotych. Pogoniłowielu żołnierzy i chłopów na ochotnika imać złoczyńcę,nawet podstarości z hajdukiem Kajdaszem wyjechali o świciew pościg.

I mówiąc to patrzyła matka na mnie przenikliwym i przestraszonym wzrokiem, a ja ukląkłem niby do mówieniarannego pacierza, ale słowa utykały mi w gardle, a sercemi kołatało, jak gdyby mi kto młotem tłukł pod żebrami.

IV.Idę w świat

Nie darmo to mówi przysłowie, że klin klinem się wybija.Wlazła mi w głowę prawdziwym klinem historia Semenai ta jego tajna rzecz zakopana w lesie, której ja miałembyć niemym stróżem i wiernikiem, i o niczym już myśleć nicmogłem, jeno o tym i o tym bezustannie. Ale znalazł sięrychło klin drugi, a taki ostry i boleśny, że nie tylko jakobyrozłupał mi głowę, ale i serce przewiercił głęboko jak nóżzbójecki. Mój ojciec miał powrócić z owej tureckiej furmankinajdalej w sierpniu, a tymczasem owo i wrzesień końca dobiegał, a ojca jak nic było, tak nie było.

Strach o ojca i frasunek wielki nastał teraz w naszejchacie — matka płakała dniem i nocą, a ja w żałości mojejani jej pocieszyć, ani sobie dać otuchy nie umiałem, zaśludzie we wsi miasto nam dodać serca i nadziei — to jeno sięlitowali nad matką, nawiedzali ją jakoby po nieboszczykui ciągle prawili, jako to z turskiej ziemi teraz mało kto wraca,bo tam zawsze srogie rozruchy i krwi ludzkiej przelewanie,i że z wolą Bożą trzeba się pogodzić i na msze święte dawaćza duszę ojca, „bo — mówią matce — gdyby wasz żył, tobyznać o sobie dał nawet z turskiego więzienia, a tak pewnobez księdza między poganami marnie zginął”. Na domiarzłego jedyny nasz krewny i opiekun, wuj kantor, umarłz gorączki, zostaliśmy teraz sieroty.

Chodziliśmy z matką do Sambora, do pana Zybulta,kupca, co trzymał skład węgierskiego wina i miał handlez lwowskimi Ormiany, prosimy go, aby pisał, czyli czego niewiedzą o tej karawanie, z którą ojciec jechał: on też pisałzaraz, ale odpisano, że tam także między tymi Ormiany, comieli albo krewnych, albo towar w onej karawanie, wielkajest trwoga i umartwienie, bo żadnej wieści nie mają.

Wtedy to, w tym ciężkim czasie, przeświadczyłem się dobrze,że nad samą srogość ludzkiego nieszczęścia gorsza bywa ciągłaniepewność, kiedy to dusza człowieka, jakoby zawieszonamiędzy żałością a nadzieją, szarpie się w udręczeniu, a myślibiją się z sobą, a która z nich najsmutniejsza, ta zawszenajmocniejsza. A mnie i mojej matce tak było, jak gdybyojciec co dzień w naszych oczach umierał, a co dzień innąśmiercią: to od powietrza, to od dzikiego zwierza pustyni,to od ręki zbójeckiej; i co dzień znowu żyw wracał: to jakoczłek zdrów i wesół, to jako kaleka i żebrak, to jako znędzniały jeniec, wykupiony z rąk pogańskich. I tak w tym udręczeniu czas mijał, a jak gdyby tego nieszczęścia było zamało, przyszło drugie, z woli i z ręki złego człowieka.

Już swego czasu mówiłem, jako to było z naszym sołtystwem czy też wolnictwem, i jako się ojciec bronił odnapaści ludzkiej. Na św. Michał miał zapłacić podstarościemu100 złotych, i już go mieli zaniechać i zostawić spokojniejak na dziedzictwie. Termin dawno minął, ojciec przepadłbez śladu, o owej konfirmacji, którą król obiecał w Janowie,ani słychać było — owo zguba nasza ostateczna. Kazanonam wynosić się z naszej własnej majętności, gwałtem naswyrzucono. Matka się broniła, wołała pomocy boskiej i ludzkiej, biegała, biedna, na zamek samborski, błagała, na progusię kładła, wzywała pomsty niebieskiej na krzywdzicielisierot, na tych zbójów nieludzkich i wydzierców cudzejpracy, że lepszych po szubienicach wieszają — nie pomogłonic, tak od razu, za jednym rozmachem, z dziś na jutro,w dziady nas obrócono. Jam już był otrok duży i gdybypo mojej woli szło, byłbym siekierą ojcowskiego chlebabronił, z łuku Semenowego strzelał, podstarościego i hajduka Kajdasza pewno zabił i sam się zabić dał — ale matkabroniła mi tego: „nie pomożesz — mówi — a siebie i mniezgubisz”.

Tak to znieść musieliśmy. Ale mnie się zdało, żem jadowitą żmiję połknął i pod sercem ją jeszcze żywą noszę,bo i serce, i duszę miałem zatrute; na niebom patrzył, czysię nie rozewrze i czy ognisty piorun z niego nie padniena głowy tych zbójów; zrozumieć nie mogłem, że słonkonie gaśnie nad takim światem, na którym sprawiedliwościnie ma i pomsty na złoczyńców.

A Bóg gdzie? A król gdzie? Bóg jest wiekuisty i tajne sąJego wyroki, sprawiedliwość Jego może być nie z tego świata.Jego pomsta znajdzie grzesznika i poza ziemskim żywotem;Bóg jest nierychliwy, ale sprawiedliwy. Ale król gdzie? Jegomajestat jest z tego świata, jego moc jest ziemska, on takiśmiertelny, jako i ja, chłopek mizerny — on powinien byćrychliwy w sprawiedliwości swojej, bo tyko tu na ziemi sądzići karać może, a po śmierci sam sądzon i karan będzie.

Kiedy ojciec mój opowiadał, jako mu król Zygmuntw Janowie obiecał konfirmację sołtystwa i jako go swoimkrólewskim furmanem — aurgia regius — mianował, to jabył pewny, że już nie ma takiej mocy ludzkiej na świecie,co by na nasze dziedzictwo godzić śmiała. A tu ani hetmanżaden, ani wojewoda, ale podstarości i sługa hajduk dokazali tego!

Gdybym był królem, tobym jeździł po całej ziemi polskiej, a miał przy sobie wielki hufiec zbrojny, tysiąc takichhusarzy, jakich w Samborze widziałem, w stal zakutych,z szumnymi skrzydłami z piór żurawich na barku, że każdyz nich wygląda jak św. Michał Archanioł z ołtarza naszegokościółka, i kazałbym ścinać głowy wszystkim, co mordująsprawiedliwość, tak aby i najmocniejszy truchlał, a radowałasię cnota, i każdy ubogi człek bezpieczno pożywiał się swojąpracą.

Buntowała się we mnie dusza, żałowałem i wstyd mi było,żem nie taki, jak Kozak Semen, co się niczego nie bał i nikogo,ani popa, ani starosty, ani króla, i mawiał, że najlepszeprawo pisze szabla, a kula w łeb to lepsza pieczęć niż panakanclerzowa, i że lichy to człek, co się o swoją krzywdęnie weźmie. Ale pamiętam także, jako Semen często dumkęjedną śpiewał, a zawsze się w niej powtarzały słowa:

Terpyty, terpyty,Z Bohom sia ne byty!

Ot, co! Cierpieć, cierpieć, a z Bogiem się nie bić! A jasię będę z Bogiem bił? A ja się będę z królem bił? Poczekam,urosnę, nabiorę mocy i rozumu, a wtedy bić się będę, aleze złymi ludźmi tylko, z podstarościm i z Kajdaszem, a możeBóg da, że się na nich krzywdy pomszczę. A teraz to trzebabić się z biedą. I tak mi się zdało, jakobym wśród tegonieszczęścia stał się naraz dościgłym człowiekiem, a co byłowe mnie z dziecka, to opadło, gdyby kwiecie z jabłoni.

Miły Boże, żeby to wszystko tak rosło, bez słońca, bezrosy, jak bieda rośnie! Ledwie się przez okienko wciśnie,a już ona gospodyni jest w chacie, wszędy wlezie, wszędyzaglądnie, z każdego kąta jeno długie zęby do człeka szczerzy, tak jakoby mówiła: jak zjem wszystko, co masz, to i ciebiezjem! Słońca do chaty nie puści, wesele z niej wygania, zaplecyma ci siedzi, ognisko studzi, w nocy sen odbiera, a jakśpisz, to i we śnie zmorą cię dławi, z łokci dziurawych wyłazi.Z oczu ci świeci, z jednej miski z tobą jada i twoim głodemsię pasie, coraz mocniejsza, coraz czarniejsza.

Takiej biedy i my zaznali teraz. Sprowadziła się matka,wczoraj jeszcze sołtysowa i gospodyni dziedziczna, a dziśbiedna komornica, do sąsiadki jednej, ubogiej wdowy; mieszkaliśmy tam w ciasnocie i nędzy. Kiedy nas po zbójeckuwyrzucono z naszej zagrody, zagrabiono nam cały dobytekgospodarski: krówki, zboże, statek, „bo — rzecze podstarości — bezprawnie na cudzym tu siedzieliście tyle lat, za zaległyczynsz to wszystko pójdzie na skarb królewski”.

To, co zabrać pozwolili, to były tylko graty mizerne,szczebrzuch ubogi, świąteczna odzież matki i ojca. Wszystkotośmy pomału sprzedali i zjedli przez zimę, a gdy nadeszławiosna, trzeba było myśleć o tym, jako żyć dalej. W Podborzuzostać matka nie chciała, bo i zarobku znaleźć tu nie mogła,i zostać niebezpieczno było, bo się hajduk Kajdasz odgrażał,że nas na pańskie wypędzać będzie. A tymczasem on sam,niecnota, sprowadził się do naszego obejścia jakby dowłasnego dziedzictwa, bo na to też praktyki z podstarościmmiał i dla niego to nas wywłaszczono.

Miała matka bliskiego krewniaka w Strzałkowicach podSamborem, tkacza, do niego się przenieść umyśliła, i ja miałemtam zostać i tkactwa się uczyć. Przenieśliśmy się do Strzałkowic, ale mnie tkackie rzemiosło cale się nie podobałoi pozwoliła mi matka szukać chleba przy jakiej żupie, bomumiał czytać i pisać, a taki łatwiej przy warzelni i czechrynach znajdzie zarobek, jako że kwotnicy solni zawsze piszącego do rachunku beczek potrzebują. Po wuju, kantorzeWalentym, zostało nam trochę odzieży i mała książeczkado modlitwy, a była to Officium, czyli Godzinki do AniołaStróża. To była wyprawa moja cała; zrobiłem węzełek,pożegnałem się z matką z wielkim jej płaczem i moim, a takz kosturkiem w ręku, z węzełkiem na plecach, z jednymzłotym w ręku, samymi groszami w mieszku i z Godzinkamido Anioła Stróża w kieszeni, ruszyłem w świat Boży. ŁukSemenowy i łubie ze strzałami, że mi matka broniła braćze sobą, „bo — mówi — jako Tatar pójdziesz i jeszcze napaści sobie jakiej przydybiesz”, wyniosłem był już przedtemdaleko za chatę ukradkiem i wżdy go z sobą wziąłem, natroczkach łykowych dobrze uwiązawszy przez ramię: w czym,choć nieposłuszny byłem matce, przecież, jako się pokaże,słuszna rzecz była, bo owo potem w potrzebie jako przyjaciel mi stanął.

Miałem iść do Soli pod Dobromilem, bo tam była dużawarzelnia, ale zamiast wziąć się tam prostą drogą, umyśliłem pójść przedtem do Podborza, a to z tej przyczyny, żeskoro miałem, kto wie na jak długo, porzucić te strony,chciałem jeszcze raz być na „Semenowej polanie”, bo tak sobieją nazwałem, drogę do niej przez las raz jeszcze wbić w pamięć, miejsce ono tajemne opatrzeć, a także i ludziom podborskim powiedzieć, gdzie mnie znaleźć będzie można, gdybykto o mnie pytał. A miałem w tym Semena na myśli, bonuż wróci albo wiernika swego przyszłe, to jak się mniedopytać?

We wsi mnie powitano jak dziada, z podrwinkami i urąganiem. Poznałem, jaki to bieda gorzki chleb piecze. Co kogopozdrowię grzecznie, po ludzku, z uchyleniem kapelusza:,,Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!” — a on do mniena to:

— Ehe! Hanusik, pan-sołtys! A co ty po sołtystwo twojeprzyszedł!

— Z łukiem idzie — mówi inny — zbrojno, hej? Sołtystwa dobywać będzie!

Nigdym ja tego rozumieć nie mógł, dlaczego się ludziecieszą z cudzej biedy i nieszczęścia, nawet kiedy takiegotrafi, co ci nie był wrogiem, a owszem, czasami dobroć tobieświadczył: dlaczego właśnie i drugich za łeb weźmie? A z czegóż tu uciecha? Jakeś ty biedny, a drudzy także zbiednieją,toś ty przez to nie bogatszy, owszem biedniejszy jeszcze,bo ano kto cię wspomoże, kto ci da zarobić, przy kim sięzawiesisz? To właśnie tak, jak gdyby cieszył się ślepiec,że owo inni, co koło niego byli, także cale poślepli — a któżgo będzie wodził, kto mu da łyżkę do ręki i bodaj wodypoda?

Spotkałem nareszcie jedną dobrą duszę, kulawego Matyska,co u nieboszczyka wuja kantora służył, a teraz przy plebanii wisiał, za samą strawę bez przyodziewka. Ciekawybył bardzo chłopiec, ten Matysek, i do wszystkiego sprytny.Na skrzypcach dobrze grywał, przeróżne piosenki śpiewaćumiał — i ksiądz pleban zwał go rybałtem, a za księdzemi ludzie, bo po weselach z skrzypcami chodził, po kolędachbiegał, miesopustne maszkary robić umiał i fraszki wesołewyprawiał. Nieboszczyk wuj czytać go i pisać po troszenauczył, ale że biedy nie wystraszysz abecadłem, a Matysek był ubogi sierota, tedy poszturkiwał nim, kto chciał,a kiedy nas wypędzano z wolnictwa, tedy on stracił ostatniegoprzyjaciela i ostatni ratunek, bom ja go bardzo lubił, a matkazawsze go spomagała, jako mogła.

— A co u was słychać, Matysku? — pytam go.

— A co by słychać miało? — odpowiada — psy słychać,jak szczekają, i ludzi, jak płaczą.

— A tobie jako się dzieje?

— Tak się dzieje, że ani się odzieję, ani się nadzieję,a mam tylko nadzieję, że się raz przecie gdzieś stąd podzieję,bo tu w Podborzu już nikt nie wytrzyma. A wy co robicieteraz z matką, Hanusik?

— Widzisz, Matysku, tyś pierwszy, co tu ze mną po ludzkugadasz, a inni mnie jako powsinogę witali. Taki ja dzisiajbiedny, jako i ty, to nami gardzą.

— Ej, co tam — rzecze Matysek — wszyscyśmy ludzie, tylkoksiądz pleban człowiek! Gardzą, nie gardzą, a ja sobie pan.Bom ja królewicz niebieski, tak jako i ty.

— A pleciesz, Matysku, pleciesz! — mówię ja śmiejąc się.

— Albo nie tak? Jużci, że wierę tak. Ksiądz plebanco niedziela obiecuje mi z ambony królestwo niebieskiepo śmierci, a to nim to królestwo posiądę, tom ja za życiajest królewicz.

— Żart żartem, ale go już dosyć, Matysku — mówię nato — powiedzże mi bez żartów, co u was słychać?

— „Im dalej, tym gorzej — mówiła baba, jak leciałaz dachu”. Co by słychać?! Bieda i zniszczenie ludzkie. Podstarości ludziom coraz cięższy, że już jeden i drugi przemyśliwa, jak grunt porzucić i gdzieś na dalekie Podolewykoczować, a hajduk Kajdasz w waszej chacie siedzi, na ławieprzed wrotami w słońcu się wygrzewa jak wieprz, jenoczarnym łbem potrząsa i długie wąsiska kręci, słoninęwędzoną je i piwo łyka, a brzuch mu rośnie i rośnie, żejedno daj Boże, aby się wrychle rozpękł. Teraz nowe zniszczenie wymyślili, pędzą ludzi do lasu, budy robią, będąpopioły palić.

— A co to są budy i na co popioły palić będą? — pytamMatyska.

— Tom i ja przedtem nie wiedział, co to za rzecz, dopieroteraz pierwszy raz widzę. Przyjechali kupcy ze Lwowa,same Niemcy, starszy między nimi Hayder się zowie, zakupili u pana starosty Koniecpolskiego wolność na budy w lesie.Będą rąbać drzewa, kopać piece, układać stosami, a potempalić popioły, ługować i robić z tego potaż, a ten potażpowiozą na spław na Jarosław do Sanu, a Sanem do Wisły,a Wisłą, hen, daleko, do samego Gdańska. Już zaczęliw kilkanaście siekier; Kajdasz z harapem plecionym chodzi,trzaska nim i wrzeszczy, ubogi ludek do lasu pędzi.

— A w którymże to miejscu?

— Widzisz tam — pokazał palcem Matysek, prowadzaćmnie na pagórek.

— Masz tobie — pomyślałem w duchu, bo Matysekwłaśnie w tę stronę pokazywał, kędy my z Semenem przebierali się nocą do polanki — a nuż i tam trafią!

Ale nie pokazywałem tego przed Matyskiem, jeno mówiędalej:

— Mój Matysku, mam ja do ciebie prośbę; wiem, żeśty dobra dusza i zawsześ nam był życzliwy. Trafić się może,że tu o mnie albo o matkę pytać się będą; może o ojcujaka wieść przyjdzie, może i sam ojciec jeszcze wróci —kto wie. Bóg miłosierny i dziwnie się zdarza na świecie;może też ze Lwowa do Ormian przyjdzie jakie pisanie, możeod Kozaka Semena ktoś mnie szukać będzie, bo ja mam jeszczejego kobzę u siebie — tedy abyś o tym wiedział i wszystkimmówił, że matka moja jest w Strzałkowicach u tkacza Sebastiana, a ja będę w Soli, przy żupie na robocie. Możei pan Serebkiewicz, co ojcu tę niegodziwą furmankę naraił,przekazywać co będzie, a może i z zamku co przyjdzie...

— A może i Król Jegomość dopytywać się o ciebiebędzie — rzecze, żartując znowu Matysek — a co jemupowiedzieć?

— Może i sam Król Jegomość — odpowiem, obracającżart w prawdę — co wiedzieć? Bo przecież obiecał ojcudać konfirmację na sołtystwo. Boże mój, Boże, a nużbykrólewski dekret przyszedł!

— A ma ten dekret nogi? — pyta Matysek. — Bo jak nie ma,to sam nie przyjdzie.

— Matysku — rzekę, już zły — takiś wykrętniczek, żegadać szkoda do ciebie. Ja do ostatniej nędzy przyszedł,serce mi się pada od żałości, a ty sobie jeno śmieszki stroisz!

— „Czart swoje, a baba swoje”, jak mówią Rusini —odpowiada Matysek — ale masz wiedzieć, że ja tak nie z swawoli tylko mówię. Widzisz, bo ja się na tym nie znam, alepodsłuchałem, jak ksiądz pleban i pan chorąży o konfirmacjach mówili. Albo ty wiesz, czy król dał dekret, czy niedał? A może dał, to i tak tobie z tego piskorz, skoro o nimnie wiesz. Po konfirmację albo trzeba iść do kancelariikrólewskiej, albo trzeba wiedzieć, kędy ją wysłano, na czyjeręce. Król do was przez osobne posły dekretu nie wyprawi;albo dekret czeka w Krakowie na was, a wtedy nic sobiez tego nie robi, że ty na niego czekasz w Podborzu, albo jużwysłany jest z Krakowa, a wtedy poszedł na zamek samborskia z zamku dopiero do Podborza pójść by mu potrzeba, abysię wam dostał!

— To się nam nigdy nie dostanie! — wołam ja teraz,bo Matysek słowami swoimi jakby mi świeczkę zapaliłw ciemności.

— „Mądrej głowie dość dwie słowie, a obuchem w łeb!” — —rzecze Matysek.

— Jeżeli dekret przyszedł na zamek, to z zamku tylkoprzez ręce podstarościego albo Kajdasza mógł był przyjśćdo nas! Jakżeby oni go nie ukryli!

— Król z dekretem, a Kajdasz z muszkietem! — mówina to Matysek. — A teraz zostań zdrów, Hanusik! Na plebanii pewnie już pochrypli od wołania: — „Matys! Matys! a gdzieżeś to, psianogo!” Ani mnie to minie, że wezmę po uszach!Jak co zobaczę, jak co usłyszę, aby co ważnego a dobrego,to choćby do Soli posztykulam do ciebie, chociem chromy,boście wy dla mnie zawsze dobrzy byli, i ty, i Markowa!Hej, hej, żebyście to wy na sołtystwo wrócili! A tobym jarad zagrał Kajdaszowi na waletę ot, na tę nutę:

Żegnaj cię pies, żegnaj cię pies, Cyganku!

Witaj cię bies, witaj cię bies, Cyganku!

I Matysek odszedł śpiewający. Jak mnie zostawił, takdługą chwilę stałem na miejscu, rozmyślając nad tym, comi powiedział. Co teraz robić? A nuż dekret królewski dlaojca już był albo jest, albo niebawem będzie, jakże o tymwiedzieć? jako go dostać? Czy z kancelarii królewskiej,do której mnie, biednemu, jakże trafić? Czy z zamku, cojeszcze gorzej, bo go ci niecnotliwi ludzie zatrzymają, ukryją, zdrapią! Iśćże teraz w świat za zarobkiem, czy zostać i dekretu królewskiego patrzeć?

Tak mi kołatały myśli w głowie, a tymczasem wszedłemw las, kierując się ku polanie, na miejsce, gdzie Semen zakopał tę swoją tajemniczą rzecz, o której ja nie wiedziałem,co zacz była, a na którą trafić mogą ludzie, co w lesie piecekopać i popioły palić będą.

Pamiętałem dobrze każdy znak, z łatwością się rozpoznawałem, ale jeszcze dość daleko było do Semenowej Polany,a już słyszę: bach! bach! bach! walą chłopy siekierami,a las jakby gadać umiał, bach! bach! bach! milami odpowiada,że wyraźnie się zda, jakżeby drzewa ze strachu na siebiewołały.

Przychodzę na samo miejsce, patrzę i oczom nie wierzę:na polanie, o której Semen myślał, że tam chyba wilk czasemzabłądzi, roi się od ludzi, stoją szałasy z gałęzi i wózki,leżą wszędy topory, piły, rydle, sznury, drabiny. Masz tobietajemnicę! Zachodzę w głowę, jak ci ludzie tu się dostali, bompo drodze nigdzie śladu nogi ludzkiej nie widział; idę międzynich, jakobym także do roboty należał, i rozglądam się nawszystkie strony, aby obaczyć, którędy wszystko to przywędrowało na polanę.

Niedługo było szukać. Nie ma co mówić: Semen niegłupi,to prawda, ale tym razem kozackiego rozumu nie pokazał.Nie znał tutejszych lasów, tak jak i ja ich nie znał,wziął się do lasu z tej strony, z której do polany było i bardzodaleko, i bardzo ciężko, tedy myślał, że to właśnie głąbpuszczy i sam koniec świata, a nie wiedział, że z innegokońca brzeg lasu był blisko, a droga cale łatwa, bo równai gładka, że jeno drzewa wyciąć a furą na polanę zajedziesz.

Rozglądam się teraz jeszcze bardziej po ludziach i narzędziach; widzę: od onej skały, a to właśnie od rozpadlinyprosto, jakby strzelił, co krok prawie kołek po kołku wbityw ziemię i kto wie czy który z nich nie siedzi na samymdziewiątym kroku. Podszedłem do jednego z chłopów i pytam,na co te kołki powbijane.

— Tu się będzie kopać — odpowiada.

— A kiedyż zaczniecie?

— Może dzisiaj, ale najpewniej, że aż jutro, bo czekamyna tych Niemców ze Lwowa, a jakoś ich nie widać — rzeczechłop.

By mi obuchem po głowie nie dał, tak by mnie nie ogłuszył,jak tą wieścią. Poszedłem z polany w las, bom nie chciał,aby mnie jacy znajomi ludzie widzieli, ale niedaleko, tak żeco się tam działo, spoza drzew dobrze widzieć mogłem.

Siadłem na mchu, podparłem głowę rękami i tak siedziałem długo, a płakać mi się chciało, żem już teraz na to wszystko głupi i rady żadnej nie widzę. Bo a co robić? Zrobiłmnie Semen stróżem i wiernikiem swoim pod przysięgąi klątwą mnie zostawił; onej rzeczy zakopanej ruszyć minie wolno, ale patrzeć na to spokojnie nie mogę przecie,jak ją inni znajdą, ruszą i zabiorą. Wiedzieć o tym, a nieradzić i nie ratować, to przecież będzie także zdrada i złamanie przysięgi. Główna rzecz na tym, aby Semen miał to, cozakopał; jeżeli ja wykopię, to mu tego święcie dochowami gardło prędzej dam, niżeli dopuszczę, aby wzięte było.Ale jakby zrobić? Trzeba doczekać nocy; jak ludzie pójdąz polany, wezmę się do roboty, byle jeszcze za dnia samikopać nie zaczęli.

Tak tedy siedzę w ukryciu, czekam i czuwam. Słońce jużsię dobrze chylić zaczęło, las się nurzał w mrocznym cieniu,choć za lasem jeszcze dzień być musiał, kiedy rąbanie ustałoi widzę, że chłopy zabierają się do domu. Poszli wszyscy,jeden tylko został, pewnie dla wartowania narzędzi. Z jednymto już łacniej — myślę — ale przecie zawsze ciężko, bo goprzecież nie przemogę ani ubiję, tedy ciemnej nocy czekaćbędę musiał i uważać, kiedy zaśpi.

Nie spuszczam tego wartownika z oka, prosząc Boga,żeby mu się też wrychle spać zachciało. On się po troszekręcił po polanie, zaczął składać do kupy zaniechane narzędzia, ale przestał; nasłuchiwał, jakby kogoś wyglądał, możeswojej kobiety, która mu wieczerzę przynieść miała, świsnąłteż parę razy jakby na psa, pomyślał chwilę, a w końcu zarzucił płótniankę na plecy i poszedł.

Polana była pusta. Jakąś chwilę jeszcze przeczekałem,czy nie wróci, a widząc, że go już nigdzie wśród drzew niewidać, wyszedłem z ukrycia, chwyciłem rydel i z pukającymserem wziąłem się do roboty. Tak jak mnie Semen uczył,odmierzyłem dziewięć kroków, ukląkłem, naznaczyłem sobiemiejsce od kolana, powstałem i nuż kopać. Już się ani oglądałem, ani nasłuchiwałem, czy też kto nie idzie; na nic bysię to było zdało, bo mi od tego strachu i wzruszenia oczyi uszy zastąpiło, i tytko mi brzęczało w głowie jakby w ulu.

Niedługom kopał; ledwo kilkanaście razy rydlem ziemięwyrzuciłem, trafiłem na coś twardego. Był to duży czerepz garnka. Odrzucę go na bok i widzę drugi czerep takisam, a na nim mieszek skórzany, taki mały, że go w garśćsnadno wziąć, czerwonym sznurkiem zawiązany i dokoładobrze opleciony. Schowałem go szybko w zanadrze, a miałemna sobie sukmanę karazjową, jak ją u nas noszą na wsi,i chcę patrzeć, czy nie ma jeszcze czego więcej, kiedynagle czuję, jak mnie ktoś chwyta za kołnierz i słyszę za sobąwołane:

A, ty żłodeju, co ty kopasz!

Struchlałem i zdało mi się, że dusza ze mnie wyskoczy!Już mi się nie potrzeba było oglądać, kto to taki, bo pogłosie i po tych słowach z węgierska powiedzianych poznałem,że to hajduk Kajdasz!

Chwileczkę to jakobym skamieniał, ale tylko chwileczkę,bo kiedym raz wiedział, że to Kajdasz, wróg, rozbójnik,złodziej naszego chleba, taki we mnie duch pomsty wstąpił,takie gorąco serce mi oblało, na taką odwagę, a raczej nataką wściekłość mi się wzięło, że byłbym się dał poszarpaćw kawałki, a nie uciekał przed nim.

Porwę się na nogi i szarpnę z całej mocy, a on mnie zakark trzyma, jakby żelaznymi kleszczami chwycił, ku ziemimnie gniecie. Tedy chwycę oburącz rydel i jak nim nie machnęz całej siły poza siebie, tak na ślepo, nie wiedząc, w co ugodzę,czy w łeb, czy w ramię, czy w nogi hajduka — tak jeno usłyszę jęk i czuję, że mnie ręka puściła, a Kajdasz buch! naziemię.

Skoczę tedy naprzód i obracam się do Kajdasza, a trzymamrydel obiema rękami, gotów się bronić aż do śmierci, i widzę,że Kajdasz leży na ziemi, a krew mu z głowy ciurkiem ciecze,a koło niego stoi podstarości Bałczyński i jeszcze jakiśczłek wysoki, rudy, z cudzoziemska ubrany, w łosiowymkabacie i z mieczykiem przy boku, pewno jeden z tychNiemców lwowskich. Niemiec ten nie ruszał się z miejsca,tylko we mnie oczyma jakby strzelił, tak ostro i przenikliwie spojrzał — zaś podstarości z czekanem żelaznym na mniesadzi a:

— Bij! zabij! — woła.

Umknąłem głowy przed czekanem w sam czas, bo podstarości omal mnie nie ugodził ostrym nadziakiem, a wtedypewno bym się był z tego nie wybiegał z życiem. Jedynymój ratunek był w ucieczce, toteż jeno tyle mnie Bałczyńskiwidział, co mu było trzeba na rozpłatanie głowy, gdybyczekan jego był nie chybił — skoczyłem w las, uciekając,ile mi siły i tchu stawało. Słyszałem tylko wołanie: „Łapaj,łapaj!”, ale coraz dalsze i słabsze, aż całkiem umilkło w głuszyleśnej.

Padłem na ziemię jak nieżywy od srogiego zmęczenia,a snadź musiałem cale omdleć, bo nie wiedziałem o sobie,tak jakbym od życia i od wszelkiej pamięci odszedł. Gdysię nareszcie ocknąłem wśród szumu drzew, ogarnięty ciemnością nocy, nie wiedziałem zrazu, gdzie jestem i co się zemną dzieje, i dopiero po chwili stanęło mi wszystko przedoczyma, co zaszło na polanie.

Pomacałem zanadrze, czy ów wykopany mieszek mamjeszcze, a przekonawszy się, że mam, prawie nie żałowałemjuż mego węzełka z świąteczną odzieżą i z butami, któryzostał na polance, lubo to był cały mój majątek, i zasnąłemsmaczno jakoby na najmiększej pościeli.

V. Przygoda z Tatarami

Kiedy się obudziłem, już dzień się robił, a równo z poranną zorzą i w mojej biednej głowie świtać zaczęło, i terazmi jasno było, com narobił i na jakie nieszczęście samegosiebie przywiodłem. Zmówiłem pacierz z uciśnionym sercemi jąłem rozmyśliwać nad dolą swoją opłakaną, a czym więcejmyślałem, tym większa trwoga mnie brała, co ja pocznęteraz i na jaki koniec mi przyjdzie?

— Obaczże się, nieboże — tak sobie powiadałem w myślach — jako teraz wisisz i co ciebie czeka? Zabiłeś Kajdasza;widziano cię, jak wykopałeś skarb Semena. Semen zabiłŻyda, tyś zabił hajduka; obaście złoczyńcy, obaście mordercy, a co rzecz gorsza, obaście wspólnicy i rabownictwa,i zabójstwa, bo każde dziecko w Podborzu wie, żeście byliprzyjaciele. Semena już wywołano i poszły za nim listy i dogrodów, i do miast, i do żołnierskich stacyj; pójdą teraz listyi za tobą wszędy, a co będzie, jak cię złapią, a pewno złapią,bo gdzie ty ucieczesz, świata i ludzi niewiadom? Do ciemnegolochu najpierw cię rzucą, potem na męki cię wezmą, a nakońcu albo powieszą, albo kat mieczem głowę ci zetnie,a może cię i poćwiartują w Samborze na rynku, tak jak mito opowiadał ojciec o onym szewcu felsztyńskim, co kościółokradł i organistę zabił, kiedy go ten pojmać chciał. A dokądże teraz pójdziesz i gdzie głowę skłonisz? Do Podborzanie wrócisz ani do matki, ani na robotę do Soli nie pojedziesz, boś już rozgadać kazał Matysowi, żeby cię tamszukano, i wiedzą już o tym wszyscy.

Sroga mnie rozpacz ogarniała, gdym tak wszystko rozważał,a już najbardziej, kiedym pomyślał o matce i jako jej sercepękać będzie od żałości, żem się w złodzieja i mordercęobrócił, i żem już dla niej umarł, bo choć mnie nie złapiąi nie stracą, to i tak mnie przecie nie obaczy. Czy to nielepiej, abym się sam obwiesił w lesie na pierwszej suchejgałęzi?

Ale po dobrej chwili, kiedym się tego strachu i tychtrapiących myśli dobrze najadł, że mi się od nich aż sercewywracało, dał mi Bóg znowu i jakąkolwiek pociechę, bo takto już jest po staremu w człowieku, że znajdzie w sobiesamym i truciznę, i lek na nią, i z swojej własnej duszy,jakby z jednej i tej samej krynicy, i gorzkości, i słodkościsię napije, a skąd szła trwoga, stąd naraz i odwaga rośnie.

Albom ja naprawdę taki złoczyńca? Albom ja co z niecnotliwej pobudki uczynił, z chciwości, z okrutnego serca?Jeżelim zabił Kajdasza, tom go ja przecie zabić nie chciał,jeno siebie obronić, bo kto wie, czyby mnie na śmierć nie byłskatował zły ten człowiek, i co by mnie było czekało —a i tak jeszcze nie całkiem o własną skórę mi szło, ale takżeo ten sekret Semenowy, o tę tajemną rzecz zakopaną, na którąmu wierność przysiągłem. Tom ja może teraz przed ludźmizłoczyńca, ale przed własnym sumieniem to nie, Bóg widzi.I gdybym teraz przed matką stanął, mógłbym jej w oczyśmiało spojrzeć i za złoczyńcę by mnie pewno nie miała.

Kiedy mi tak nieco serca przyrosło, już mi się i głuszaleśna taką straszną nie zdała, i jutro nie takie czarne, chociażto rzecz pewna była, że mnie los rzucił w świat jak kamieńz procy, i że czułem jako lecę, a nie wiem, gdzie spadnę. Teraztrzeba było myśleć o najbliższych kłopotach: jak się z tegolasu bezpieczno wydobyć, w którą stronę iść, kędy ludziszukać i chleba. A co z wykopanym mieszkiem zrobić?Wyjąłem go z zanadrza — rzecz mała, leciuchna, a owo gnieciemi głowę, jakby za cały łaszt ważyła.

Nie miałem dotąd czasu obaczyć dobrze, co to jest,teraz dopiero przyglądnę się temu. Patrzę: mieszek małyz miękkiej skóry, co ją leszem zowią, jedwabnym sznurkiemczerwonym okręcony, a w tym mieszku coś twardego, krągłego,jakby jaje. Myślę jakiś czas: rozwiązać mieszek czy nie? —i nie wiem, czy mi to wolno i czy nie złamię przysięgi.Ale przecież nie dla ciekawości to uczynię, jeno ostrożnośćsama każe, abym wiedział, jako to chować, jako nosić,aby nie stłuc, jeśli to kruche, nie popsować, jeśli wątłe.

Z nieśmiałością rozwiążę sznurek, prawie, że ze strachem,jakoby tam żmija żywa siedziała; popatrzę, a w mieszkuwyraźnie czarne jaje! Biorę do ręki, widzę, że z żelaza,ale nie takie ciężkie, jakby być musiało, gdyby było lanei całe miąższe. Śledzę tedy bliżej i widzę, że z jednej stronytego żelaznego jaja są zawiaski, a z drugiej maleńki zameczek,bardzo snadź misterny, bo oczko w nim do klucza takiemałe, jak ziarenko pszenicy. Miarkuję tedy, że to żelaznejaje jest jeno olsterkiem, czyli puszką zamkniętą, któramieści coś w sobie, co zostanie dla mnie tajemnicą, bo kluczyka w mieszku nie było.

Jam był rad z tego, bo ciekawość ludzka, a dopierożkiedy młoda, zawsze gotowa wieść w pokuszenie i co wiedzieć, czy znalazłszy kluczyk, nie byłbm otworzył tegoolsterka, a przez to może nabawił się niepokoju i wyrzutusumienia, żem złamał przysięgę, bo kiedy Semen nie chciałmi powiedzieć, co za rzecz jest, którą zakopał, to snadź niechciał, aby je kiedykolwiek oko moje oglądało. Niechżesobie to skryte licho siedzi, gdzie je zamkniono; dość dlamnie wiedzieć, że to czarne jaje ani się stłucze, ani popsowa,i nosić je mogę w kieszeni, jako chcę.

Ale przecież, choć takie małe i lekkie, i do schowaniałacne, za cetnar mi ważyło to czarne olsterko, żem z nimniepewien był samego siebie, ani wolności mojej i zdrowia,bo jak tego nie zgubić, jak się nie zdradzić, jak się opowiedzieć, kiedy mnie gdzie trząść będą, chudego pachołka,a oto cale nietrudno, bo biednemu napaści i złej przygodydługo nie szukać. Jakoż było mi z tym jak z kradzionymzłotem, albo ze złym sumieniem, a tak na mnie niewinnym,jakby na złodzieju, bezustawnie czapka gorzała.

Ruszyłem w drogę tą ciemną, głuchą puszczą, bo trzebawiedzieć, że w owym czasie lasy, jak się poczynały od Sambora, tak się ciągnęły całymi milami w różne strony, jakosię już raz przedtem rzekło, i jeszcze ich było nie naruszono, jako to później czasu żywota mego się stało, że panowiesrodze rąbać, trzebić a palić lasy poczęli, to na klepki, to nawanczosy, to na maszty okrętowe, to na popioły i potaż, abyto spławić na handel Niemcom, tak że można było powiedzieć, iż całe lasy z polskiej ziemi spłynęły Wisłą ku Gdańskowi.Tyle mnie Kozak Semen nauczył, żem przebierając się przezlas nie gubił się i nie kołował, jak to się zdarza niebacznemu,że w takim borze błąka się tam i sam, wracając, skąd iśćzaczął, ale szedłem zawsze statecznie w jednym kierunkuku wschodowi, choć wiedzieć nie mogłem, gdzie mnie ta drogazawiedzie.

Tak cały niemal boży dzień szedłem, nie odpoczywając,jak tylko krótko i z rzadka, bom się chciał jako najrychlej oddalić od tego przeklętego miejsca, gdziem Kajdaszazabił, a byłem wtenczas pewien, żem go wierutnie zabił.Obdarłem i obszarpałem sobie odzież, pokaleczyłem bose nogi,ale nie bacząc ani na głód, ani na ból, ani na srogiezmęczenie, przebierałem się coraz dalej, nie widząc temukońca, bo już pewnie dobrze było z południa, a ani się lasprzede mną nie prześwietlał, ani też śladu w nim ludzkiegonie spotkałem. Już z głodu i znużenia przymierałem i rozpaczmnie brała, że mi tu chyba mamie zginąć przyjdzie, kiedyowo słyszę naraz jakby głosy ludzkie niedaleko przed sobą.

Pierwsza moja myśl była, że to może zbójcy, o jakichod dziecka nasłuchałem się najrozmaitszych strasznych baśni,jako po lasach koczują i łupy zrabowane między sobą dzielą,a zawsze ich bywa dwunastu, a herszt trzynasty. Ostrożniei pomału idę dalej, i spoza drzew widzę niedużą polankęleśną, a na niej gromadkę ludzi, a wszyscy z miejska ubranii żaden z nich na zbója nie wygląda. Całą noc i cały dzieńblisko samotny spędziłem w dzikości leśnej, tedy rad byłem,że widzę twarze ludzkie, ale nieśmiałość mnie brała, że tomiastowi, a nie wiejscy, bom ja z miastowymi jeszcze niebywał. Wychodzę na polankę i zdejmując czapczynę, grzeczniemówię:

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Snadź nikt nie zasłyszał mnie z dala i nikt się z tej strony,od samej gąszczy, gościa nie spodziewał, bo się wszyscy ażpoderwali z ziemi, jakby nastraszeni, i nikt mi nawet nieodpowiedział na to pozdrowienie chrześcijańskie. Zdało mi się,że nie mam co robić między nimi, biedny prostak, i już nawetnie patrząc na nich, chcę ich minąć i iść dalej w las, kiedysłyszę, jak jeden z nich woła:

— Hejże, hola, panie arkuariusz!...

Nie słyszałem nigdy tego słowa, nie rzekę tedy nic, a idędalej.

— Hejże, a kędy to? — woła na mnie ten sam głos —od Tatarów czy na Tatary?

Oglądam się, a ten, co to mówi, to, widzę, chłopak mniejszyod mnie, może ma lat czternaście, ubrany z miejska, alew wytartym i połatanym nieco giermaczku, w czapce pilśniowejz junacka brożkiem na ucho zasadzonej i z kogucim piórem naniej. Twarz ma szczerą i przyjemną, oczy ciekawe, śmieje siędo mnie i drwiąco patrzy na mój łuk, sterczący od ramienia.

— Anim Tatar, ani arkuariusz żaden — mówię temuwyrostkowi, bo mi już markotno było, że sobie ze mnieśmieszki chce stroić.

Arcuarius albo łucznik — rzecze ten wyrostek. —,,Gre, gre, gre, Gregory, idźże chłopie do szkoły”, kiedynie umiesz po łacinie.

Ja miarkuję, że to frant i rady mu gębą nie dam, bomnie głodnemu i zmęczonemu raczej do płaczu było niż dożartów, więc chcę mu ujść z drogi, a widząc dopiero teraz,że z jednej strony przez drzewa światło już dobrze bijei że tędy pewnie blisko w czyste pole się dostać, ku tej tostronie raźno się biorę.

— Stójże, człowieku! — woła znów ów wyrostek z kogucim piórem przy czapce i skoczywszy z miejsca, chwytamnie za ramię. — Na Boga żywego, czy ty się chcesz dostaćw tatarskie łyka? Pilno ci w Dzikie Pola, do Krymu?

Za tym chłopcem ruszyli się i ci wszyscy, co byli na polanie, i wołają:

— Nie rusz się, zostań! Licho cię bierz samego, ale jakz lasu łeb wystawisz, to drogę im do nas ukażesz, bierzciebie kat!

Tak na mnie wrzeszczą, a wszyscy naraz, że ani zrozumieć czego chcą, aż ów wyrostek do nich:

— Ukażecie wy to lepiej krzykiem swoim aniżeli on!Taki czynicie wrzask, że ano dziw by był, żeby Tatarowietego nie słyszeli, chociażby już u siebie doma na Perekopiebyli!

Zaraz się cicho zrobiło, żeby mak siał, a osobliwie jeden,co tak strasznie i mężnie patrzył, że owo przysiąc by, iżTatary żywe jakby orzechy zębyma gryźć będzie, człek z dużymiwąsiskami, szpiczastą brodą i przy zardzewiałej szabli u boku,osobliwie ten jeden jak chusta pobladł i siadł pokornie namurawę, trzęsąc się ze strachu.

— Żeby my to wszyscy na wojnach bywali — rzecze terazów bystry chłopak z kogucim piórem, a oczy jeno mu sięśmieją — jako owo pan Grygier, i taki miecz na karkachpogan i nieprzyjaciół Korony Polskiej srodze poszczerbionyprzy boku mieli, tobym ja był cale spokojny; moglibyściekrzyczeć, jako chcecie. A co, panie Grygier, wy się pewnoTatarów nie boicie?

— Ja bym się miał bać? — zawoła teraz ten człek zeszpiczastą brodą i nadyma się, i wąsy kręci, i znowu strasznodokoła patrzy, że mu się jeno oczy przewracają, a przy tymchrapie jak lew. — Albo mnie to nowina Tatary! Chrrry!Niechaj się jeno który pokaże! Chrrry! — i to mówiącuderzył po szabli.

— Kto by to rzekł — prawi dalej ów ciekawy wyrostek,który mi się coraz bardziej podobał — że ten rycerski człek,pan Grygier, do krawieckiego cechu należy! Taka hetmańskadusza, a owo igłą zabawiać się musi i nożycami! PanieGrygier, a na chocimskiej ile Turków zabiliście?

— Kto by ich tam rachował, chrry! — rzecze pan Grygierze srogim spojrzeniem. — Ale gdyby każdy z tych, co tambyli, tak samo sobie poczynał, jak ja, do jednej łapy bylibyśmy to pogaństwo wysiekli! Chrry!

Wyrostek z kogucim piórkiem mrugnął na mnie, a że tow młodości swawolnik swawolnika zawsze snadno odgadniei do psoty jest skory, tedy ja zrywam się z siedzenia i udającprzestrach, mówię:

— A co tam za nami rucha się między drzewy!

Ledwiem to powiedział, a tu pan Grygier aż się w małąkupkę cały zapadł, od razu z rycerza baba; trzęsie się i oczyma miłosierdzia prosi.

Zaczęli się wszyscy śmiać, a było na polanie jeszczedwóch mularczyków i jeden rzemieślniczek grzeczny, któryu złotników rabiał, a teraz do Lwowa za robotą szedł.Pan Grygier znowu nasrożył oczy i wąsy po husarskupotrząsł swoją szabliną i patrząc na mnie z okrutnym marsem,mówi:

— Temu pachołkowi zawadzają uszy, chrrry! już ja widzę,że mu zawadzają; wrychle ja mu je poobcinam, chrrry!Kiedyś po staremu tchórz i masz duszę na ramieniu od samegoszelestu liści...

— To nie strasz takich rycerzy, jak pan Grygier — skończy za niego ów chłopak. — Panie majster, chrry! co wamtak dzwoniło przed chwilą, czy wasze nożyce, czy zęby?

Zaczął ja teraz być śmielszy i pytam tego ciekawegowyrostka, a jak się potem dowiedziałem, nazywał się Urbanek, czemu to siedzą i skąd o Tatarach mówić im przyszło.Powiada mi tedy, że się nagle pojawili koło Lwowa Tatarowie na kilka mil dokoła, sioła popalili, siła krwi przelali,łupów moc nabrali, a co najżałośniejsza, pewno jakich kilkatysięcy ludu na łykach w niewolę pognali. Już się ich ordanawróciła, ale jeszcze w małych gromadkach się uwijająi szarpią jeszcze, co się da, jako diabeł na wylocie.

— Ja dla powietrza ze Lwowa wyjechałem z panemHeliaszem, który u pana Spytka jest pierwszym sprawcą,i byliśmy razem stąd niedaleko na wsi. We Lwowie czarnaśmierć ludzi codziennie setkami zmiatała; szczególna łaskaboska, kto tam w czasie tego morowego powietrza przebywał a żyw został. Powiadają, że 10 000 ludzi wymarło.A u was powietrza nie było?

Było i w naszych stronach powietrze, ale tylko w Samborzei po mieścinach między Żydami; na naszą wieś Bóg łaskawbył; tak nas minęła ta straszliwa klęska, jak czarna chmuragradowa, co jednych tylko postraszy, a na drugich za toz grzmotami się wysypie. Tak też powiadam Urbankowi, a onprawi dalej:

— Dziś rano wyjechaliśmy do Lwowa, bo już tam powietrze ustąpiło, a jechało nas trzech: ja, pan GrygierNiewczas i ten złotniczek Lorenc, co tu z nami siedział,a po drodze spotkaliśmy obu mularczyków. Pan Heliasz,który mnie z dobrej łaski wziął był z sobą ze Lwowa, a takpewno od śmierci wybawił, miał zaraz po nas wyjechaćdrugim wozem. Jedziemy boczną drożyną, strasznie wyboistą,i już niedaleko było do lwowskiego gościńca, kiedy owopędzi na koniu jakiś dworski służebnik, jakby go samaśmierć goniła, i mija nas wołając: „Uciekajcie, ludzie! Tatarzy idą! ” Na to chłop, co na wiózł, zeskoczy z wozu, odprzęgnie konie, dosiędzie jednego i uciecze, co tylko szkapawyskoczy, za onym dworskim, zostawiając wóz w polu i nasna nim. Pan Grygier Niewczas, co ze sławnym Albertusemwart wojować i na chocimskiej potrzebie był, że jest mężnego serca i rycerskich rzeczy świadom, zaraz do lasuukazał drogę, a my za nim. I teraz tak tu siedzimy. A takpan Grygier uratował nam życie, bo on to umie doskonaleratować życie, jako i pod Chocimiem cudownie je samemusobie uratował, bacząc pilnie na to:

      ...aby tak był śmiały,

Jakoby się z wojny zawsze wrócił cały.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.