drukowana A5
111.21
Listy wybrane

Bezpłatny fragment - Listy wybrane


Objętość:
1142 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0408-1

Listy Zygmunta Krasińskiego mają sławę, ustaloną już od dawna. Jeszcze za życia poety — jak świadczy żartobliwa wzmianka Słowackiego w Fantazym — przepisywały je romantyczne arystokratki i odczytywały z patosem na towarzyskich zebraniach, zaraz zaś po jego śmierci zaczęto je ogłaszać drukiem. Rozpoczęto w roku 1860 od Wyjątków z listów Z. Krasińskiego (2 wydania), potem w czasopismach, broszurach i obszernych tomach ukazywały się zbiory ich, zwrócone do poszczególnych osób. Oto najważniejsze z nich:

Listy Z. K. o poemacie K. Koźmiana p.t. Stefan Czarniecki, Poznań, 1859.

Listy... do Edwarda Jaroszyńskiego, Kraków, 1871.

Listy Z. K., t. I: do Konstantego Gaszyńskiego, Lwów 1882.

Listy Z. K., t. II: do Adama Sołtana, Lwów, 1883.

Listy Z. K., t. III: do J. Słowackiego, R. Załuskiego, E. Jaroszyńskiego, K., A. i St. Koźmianów (wyjątki!) i Bron. Trentowskiego, Lwów, 1887.

Listy do St. Małachowskiego, Kraków, 1885.

Correspondance de S. Krasiński et de Henry Reeve, Paryż, 1902, 2 tomy.

Listy do Stanisława Koźmiana, Lwów, 1911.

Listy do Augusta Cieszkowskiego, Kraków, 1912, 2 tomy.

Listy do Adama Potockiego, Warszawa, 1922.

Listy do Delfiny Potockiej, Poznań, 1930 i 1935 (dotychczas 2 tomy).

Oprócz tego wiele ułamków tej olbrzymiej korespondencji ogłoszono w czasopismach naukowych, książkach zbiorowych, dziełach z zakresu historii literatury, a nawet w dziennikach. Wymienia je G. Korbut w swej nieocenionej Literaturze polskiej, w t. III s. 174--175.

Nieprędko jednak będziemy mieli całkowity, zupełny zbiór zachowanych listów autora Nie-Boskiej Komedii. Na wydanie czeka ich bardzo wiele. Dwa ogromne tomy wydanych dotąd listów do Delfiny Potockiej (n.b. obciętych przez wydawcę) obejmują na1300 stronach tylko sześć początkowych lat korespondencji — pozostaje do ogłoszenia materiał z reszty, tj. z lat trzynastu. Przede wszystkim jednak domagają się światła dziennego listy, pisane do ojca. Przeglądając niegdyś ich stosy w dworze opinogórskim, obliczałem je na piętnaście do dwudziestu średniej wielkości tomów. Z rodzaju stosunku poety do ojca, z nieprawdopodobnej szczerości, z jaką spowiadał mu się w latach młodych z każdej niemal myśli, a później przynajmniej ze spraw ważniejszych, wynika jasno, że w listach tych zawarty jest materiał, który w nowym, ledwie przeczuwalnym, oświetleniu ukaże postać wielkiego poety, dodając zapewne do znanych już jego cech charakterystycznych sporo pierwiastku męczeńskiego i bohaterskiego. Listy te, które niegdyś należały do zbiorów ordynacji Krasińskich, są obecnie wraz z listami do Delfiny Potockiej własnością pp. Raczyńskich w Rogalinie.

Z wszystkich wymienionych zbiorów i z rozrzuconych po czasopismach materiałów powstał niniejszy wybór, pierwszy i jedyny dotychczas. Zebrano w nim to wszystko, co z jakichkolwiek względów posiada — zdaniem wydawcy — wartość dla charakterystyki poety lub jego epoki. Są tu więc zaznaczone wszystkie fazy jego twórczości od genewskiej zabawy w poetę przez wstrząśnienia petersburskie i warszawskie do arcydzieł i dalej aż do ostatnich utworów poetyckich; w tej dziedzinie nie opuszczono niczego istotnie ważnego, tak że czytelnik może sobie dzieje tej twórczości odtworzyć bardzo dokładnie. Dzieje serca poety występują w tym zbiorze również jasno, począwszy od młodzieńczej, sztucznej miłości do Henryki Willan, odmalowanej tak jaskrawo w listach do Reeve'a, przez smutne dzieje stosunku z panią Bobrową, przez ekstazy dla Delfiny Potockiej aż do ostatecznego, pełnego podziwu ukochania własnej żony. Jak niezrównanym przyjacielem umiał być autor Irydiona, wyczytać można w większości listów.

Wielki nacisk położono na możliwie dokładne zebranie materiału dla ocenienia stosunku Krasińskiego do innych poetów i wybitnych pisarzy, a więc do Słowackiego, Mickiewicza, Malczewskiego, Norwida, Gaszyńskiego, Towiańskiego, Koźmianów, Deotymy, Klaczki itd. Listy do K. Koźmiana o jego Stefanie Czarnieckim, pisane z obowiązku, nieszczerze, pominięto prawie zupełnie, zarówno jak listy do Adama Potockiego, z tego samego powodu. Natomiast zamieszczono starannie najważniejsze wycieczki w stronę estetyki, uwagi o pisarzach obcych, a zwłaszcza o poezji. Aby w niczym nie fałszować istotnych a tak rozmaitych i zmiennych objawów ducha poety, zamieszczono obok najwyższych i najpiękniejszych uniesień listy pospolite i banalne.

W tym ogromnym obszarze życia i ilustrującego je materiałupołożono nacisk na dwie zwłaszcza epoki: młodzieńczego wzrostu i przedwczesnego, chorobliwego załamania się. Pierwszą, przedstawiają po prostu wspaniale prawie nieznane u nas listy do Reeve'a, podane tu po raz pierwszy w przekładzie z na pół francuskich, na pół angielskich oryginałów. Są to bezsprzecznie najpiękniejsze i najbardziej interesujące listy Krasińskiego. Szybki rozrost genialnego talentu i pierwszorzędnej wagi problemat, około którego się obracają, problem udziału w walce o niepodległość, nadają im charakter wybitnie dramatyczny w dosłownym tego słowa znaczeniu; czytelnik śledzi rozwój akcji, tym ciekawszej, że szczerość wobec przyjaciela zjawia się tam obok wmawiania w siebie samego niedoznawanych uczuć. Listy te są chyba największym skarbem epistolografii polskiej, więc też opuszczono z nich niewielką tylko ilość, a dla dania wyobrażenia o rodzaju sporów i walk między obu młodzieńcami podano w przypisach kilka ustępów z listów Reeve'a. Charakter niniejszego wyboru nie pozwolił, niestety, na częstsze ich przytaczanie. Przekładu dokonała panna Amelia Hertzówna.

Drugi okres, na który chciano zwrócić uwagę czytelnika, to rok 1848-y, obejmujący tragiczny konflikt z Mickiewiczem i nagły zwrot do możliwie najbardziej prawicowych, po prostu już wstecznych poglądów politycznych. Zwrot to stanowczo chorobliwy; wyjaśnienie dać tu mogą, i powinni, i psychologowie, i lekarze. Pomieszczono tu prawie bez wyjątku wszystkie listy Krasińskiego, rzucające na tę sprawę choćby trochę światła. Przy tej sposobności niech mi wolno będzie zwrócić uwagę na dziwną zgodność zarówno faktów, jak i poglądów, wymienianych w tych listach rzymskich autora Przedświtu, z największym arcydziełem Wyspiańskiego, Legionem. Zgodność ta jest tym bardziej zdumiewająca, że podane tu listy do Delfiny Potockiej ogłoszone (niestety, w wyjątkach!) dopiero w dwadzieścia lat po śmierci Wyspiańskiego. Czyżby je znał z rękopisów? Albo czyżby tak daleko idące podobieństwa pomysłów pochodziły z jednakowej u obu poetów intuicji poetyckiej? Jest to zagadnienie, bądź co bądź, warte chwili namysłu.

Należą się też czytelnikom choćby najogólniejsze, zasadnicze wiadomości o najważniejszych adresatach, choćby tyle, aby można sobie było uzmysłowić ich wzajemny stosunek. Dodane do tekstu portrety może zadanie to nieco ułatwią.

Najwcześniejszym i najgłębszym był związek przyjaźni z Henrykiem Reevem. O rok młodszy od Krasińskiego, był Reeve synem bogatego lekarza angielskiego, który umarł wcześnie, powierzając opiekę nad swoją żoną i jedynym synem koledze i przyjacielowi swemu, lekarzowi genewskiemu, doktorowi Janowi de Roche. Z tego powodu zjawił się młodziutki Henryk wraz z matką w Genewie i tu poznał się w listopadzie r. 1829-go z Krasińskim. Łączyły ich wspólne studia uniwersyteckie, zapał do twórczości poetyckiej, młodzieńcze miłości, a wkrótce także wspólni znajomi i przyjaciele. Można przypuszczać, że przyjaźń Reeve'a była Krasińskiemu ze wszystkich najdroższą i najcenniejszą; rozwiała się z winy młodego Anglika, który po powrocie do Londynu oddał się całą duszą dziennikarstwu i jako jeden z głównych współpracowników „Timesa” zapomniał z biegiem lat o przyjacielu i na listy jego nie odpowiadał. Odszukany przez wnuka poety, Adama Krasińskiego, wręczył mu wszystkie, starannie przechowane listy do siebie i swoje własne, pisane do przyjaciela, a w pewnej chwili odebrane od niego. Jak cenną była ta przyjaźń dla naszego poety, można wywnioskować z uważnego przeczytania tych przepięknych listów. Bez Reeve'a sprawiedliwość Nie-Boskiej Komedii wobec stronnictw politycznych byłaby niemożliwa.

Drugim z rzędu przyjacielem lat młodych Krasińskiego jest Konstanty Gaszyński. O trzy lata starszy od niego, zobowiązał sobie na zawsze przyszłego twórcę Irydiona obroną przed atakiem kolegów w czasie pamiętnego zajścia uniwersyteckiego w r. 1829-ym — był jednak umysłowością zbyt przeciętną, aby przyjaźń ich mogła być głęboką. Stąd mentorski i trochę lekceważący ton listów młodszego Krasińskiego, a równocześnie brak w nich zwierzeń o sprawach, sięgających w duszę głębiej, niż zagadnienia literackie. Że chodziło tu o rodzaj umysłu Gaszyńskiego, a nie np. o niskie jego pochodzenie, dowodzi niezwykła szczerość i otworzenie całego serca w pierwszych zaraz listach do Br. Trentowskiego, pochodzącego również ze sfer ubogich. Przyjaźń z Cieszkowskim, początkowo mająca swą podstawę we wspólnych zamiłowaniach do filozofii romantycznej, w późniejszych latach przybrała cechy serdecznego, zupełnego oddania się.

Dwu spomiędzy najważniejszych adresatów należało do krewnych poety — są to Adam Sołtan i Stanisław Małachowski. Sołtan był od Krasińskiego starszy o lat dwadzieścia, więc niezwykle ścisłe związki ich duchowe wypłynęły przede wszystkim z pokrewieństwa, polegającego na tym, że matki ich obu pochodziły z tej samej linii radziwiłłowskiej. Sołtan był pułkownikiem wojsk polskich i po upadku powstania listopadowego musiał udać się na emigrację. Małachowski urodził się w r. 1798, był więc starszy od Krasińskiego o lat czternaście, a spokrewniony z nim był przez rodzinę Czackich. Na emigracji, dokąd przywiódł go udział w powstaniu listopadowym, nosił, dzięki swej powadze, przydomek „Wojewody”; Mickiewicz nazywał go „Podskarbim Rzeczypospolitej”, bo zwykle przez jego ręce przechodziły wszelkie fundusze emigracyjne.

Obie ukochane przez Krasińskiego kobiety starsze były od niego o lat pięć. Wiadomo, że pani Joanna Bobrowa zapłaciła swe uczucia dla autora Irydiona szczęściem swego życia rodzinnego i, opuszczona przez męża, pędziła dni swe w Paryżu, oddana wychowaniu córek. O drugiej z nich, pani Delfinie z Komarów Potockiej, nie żyjącej z mężem swym, Mieczysławem Potockim, i starającej się o rozwód, listy Krasińskiego mówią wszystko. Listy te, niedawno dopiero ogłoszone, rzucają zarówno na adresatkę, jak i na stosunek jej do Krasińskiego światło o wiele korzystniejsze, niż dawne rozprawy osób, wtajemniczonych w jej życie, którym zawdzięczaliśmy wiadomości o niej.

Co do metody wydawniczej, zaznaczam z naciskiem, że wszystkie zawarte tu listy ogłoszone są w całości, bez żadnych skrótów i okrawań, tak jak je podano w pierwodrukach, zresztą w olbrzymiej większości już okrojonych. Do rękopisów nie miał wydawca dostępu z nic nieznaczącym wyjątkiem urywków z listów do C. Norwida, których kopie znajdują się w Bibliotece Ordynacji Krasińskich w Warszawie. Pisownię i interpunkcję całego zbioru ujednostajniono, jak to było obowiązkiem wydawcy.

Sprawę objaśnień trzeba było z konieczności potraktować inaczej, niż w tomie I-szym, zawierającym dzieła poetyckie. I tam pozostawiano wmyślenie się w utwór i wyrobienie sobie sądu o nim i zawartych w nim ideach — z wyjątkiem nielicznych aluzyj krytycznych we wstępie — pracy czytelnika, starano się tylko usuwać mu z drogi pracy myślowej najpospolitsze, drobne kamienie, mające postać niezrozumiałych wyrażeń lub zapomnianych taktów. Tu, gdzie chodzi nie o koncepcje poetyckie, z góry już obmyślone dla szerokich rzesz społeczeństwa, lecz o wymianę zdań między dwoma niepospolitymi umysłami, której świadkiem nieproszonym i nieprzewidywanym staje się czytelnik — tu kamyczków takich i wielkich kamieni jest tyle, że prymitywne usuwanie ich mogłoby przybrać chwilami postać karykatury. Więc poprzestano jedynie na tłumaczeniu cytatów obcych i na najkonieczniejszych wyjaśnieniach łamigłówek, używanych przez poetę jako środek ochronny przeciw cenzurze rosyjskiej, której stale się obawiał. Rozwiązywanie zawiłych zagadek nomenklatury rodzinnej, tych niezwykle ważnych i niezbędnych czytelnikowi wiadomości, kogo oznacza słowo „Jan” lub słowo „Księżna”, podawano tylko wtedy, kiedy dokonał go już w przypiskach adresat (np. St. Małachowski), znający wszystkie tajniki sfery, o której mowa, lub jego równie dobrze poinformowany zastępca (np. w listach do Cieszkowskiego syn adresata). W wydaniu popularnym tego rodzaju wiadomości są chyba zbyteczne.

Mam nadzieję, że ten zbiór listów Krasińskiego spełni dobrze podwójne swoje zadanie: dostarczenia czytelnikom rozkoszy obcowania z wielkim duchem i wnikania w najtajniejsze jego myśli i uczucia — a następnie, przez zbliżenie i wykazanie istotnej jego wielkości, usunięcia sztucznych rowów i zasiek, jakie pomiędzy nim a czytającą publicznością wykopała i stworzyła tendencyjna krytyka literacko-naukowa. A usunięcie tych przesądów jest równoznaczne z otwarciem sobie nowej krynicy najszczerszych rozkoszy artystycznych.

T. P.

Listy

1. Do Henryka Reeve'a

Genewa, 26 czerwca 1830

Drogi mój!

Właśnie otrzymałem Twój list i odpisuję Ci bez zwłoki. Czy Ci nie mówiłem, że Montreux jest nudne, przygnębiające? Nie wiem, co jest w tej okolicy, lecz „serca mego tu nie ma”, jak mówi Lamartine. Masz słuszność: brzęczenie pszczoły, piosenka strumyka, płynącego po kamyczkach, nie są godnym akompaniamentem miłości. Miłości trzeba chmury majestatycznej, posuwającej się z wolna na błękicie niebios, góry nieruchomej a olbrzymiej, grzmotu, rozbrzmiewającego głosem Pana, błyskawicy, zalewającej widnokrąg, wściekłej fali, podnoszącej się z przepaści mórz; wszystko, co wielkie, straszne, wzniosłe, olbrzymie, ukoi serce namiętne, bo jest jednej z nim miary. Ale nie można uzgodnić z miłością pół szmerów, drżeń owadów, skrzydeł motylich, westchnień wody, walczącej ze źdźbłem trawy lub kępką mchu, tych krzyżyków i bemoli przyrody, że tak je nazwę, z miłością młodzieńca wieku XIX, chcę powiedzieć, młodzieńca, który nic ziemskiego do swoich uczuć nie wkłada, a jednak czuje całą siłę nieokiełzanej namiętności. Jemu to właśnie trzeba wstrząśnień nawałnicy i burzy, bo łono jego jest wieczną burzą, a piorun niebieski wierne w nim znajduje odbicie.

Dla Rousseau'a, który napisał swoją Heloizę w czterdziestym piątym roku życia, a może i później, rozumiem, że Montreux było odpowiednie, gdyż w tym wieku namiętność zmysłów już bierze górę nad namiętnością duszy. O, ileż prawdy jest w przysłowiu: „Ukochani przez bogów umierają młodo!”. Tak, Rousseau mógł twierdzić, że spokój w przyrodzie dobrze na niego wpływa. Łagodny powiew wiatru chłodził jego rozgorączkowane piersi, szept strumyka był rozrywką dla jego ucha, w którem tętniła gwałtownie napływająca krew. Wszystkie te drobnostki zabawiały jego płonący mózg, a chłód jeziora uspakajał palącą miłość jego łona. Ale nam, którzy nie mamy ciała z materii, lecz niecielesną duszę z ognia, nam trzeba czegoś większego, czegoś, co nie ześlizgnie się po naszych umysłach, jeno przemówi do ducha. Oto dlaczego w Montreux, pod którego wpływem powstały patetyczne listy i najpiękniejsze rozprawy o miłości ciała, natchnienie mało albo zgoła wcale nas nawiedzać nie będzie.

Znajduję, że trzy strofki, któreś mi przysłał, są bardzo ładne, ale, drogi Harry, „otocz mię swemi ciemnemi ramionami”! To wygląda nieco na kradzież, popełnioną u Twego oddanego sługi, który do Ciebie pisze w tej chwili. Zdaje mi się, że poznaję tu „otoczony mglistemi ramionami burzy”. Ale zresztą czarem wiersza przewyższa to moje słowa.

Muszę Ci napisać, że przedwczoraj byłem w stanie takiej rozpaczy, obrzydzenia, spleenu, nudy, melancholii, że życie mi ciężyło bardziej, niż kiedykolwiek, i że po raz pierwszy przyszła mi do głowy poniżająca myśl skończenia z tym światem, który mało dał mi rozkoszy, odrywając mię od nich, skoro tylko ich zaznałem. Po raz pierwszy w życiu nawiedziła mię myśl o samobójstwie, toteż zaznaczyłem to w swoim notatniku. Ale wkrótce odepchnąłem z pogardą myśl, która może czasami zrodzić się w umyśle, trawionym gorączką, ale którą urzeczywistnia jedynie serce tchórzliwe i nieszlachetne.

Straszliwie mi Cię brak, mój drogi, i pozwolisz chyba, że skruszę kopię w obronie swoich Angielek, „jasnych i uroczych, jak promień słońca ze Wschodu”, napadając na genewianki, z wyjątkiem jednej jedynej, i utrzymując, dla ulżenia sercu swemu, że Genewa jest miastem przeklętem. Następnie muszę Ci donieść, że przedwczoraj w nocy, nie mogąc zmrużyć oczu, przeczytałem dzieło M. Boissier'a: Czy ich odnajdziemy w lepszym świecie?, i że zaczerpnąłem z niego pociechę, życie i nadzieję, mimo oschłego i suchego stylu... i braku choćby krzty poezji. Gdy skończę powieść, która mię obecnie zajmuje, napiszę utwór w tym rodzaju po polsku, wkładając weń wszystkie piękności wyobraźni i poezji, które słaby mój umysł zdoła zebrać, i poświęcę je... tej, która mnie do dzieła tego natchnęła.

Początek tak brzmieć będzie: „Czy pamiętasz jeszcze wieczór, gdy nad brzegami Lemanu, zamierającego z wolna u stóp ogrodów, z dala od mojej ojczyzny, pytałaś mię, przewidując rozłąkę naszą na ziemi, czy zobaczymy się w przestrzeniach, osypanych gwiazdami, błyszczącemi nad naszemi głowami?” itd., itd. Rozumiesz przecież, że to będzie bez nazwiska. Osądzą może że to twór mojej wyobraźni, a jednak wyjdzie on z mojego serca. Zawiadamiam Cię, że moje Legiony Polskie drukowane będą w „Bibliotece Powszechnej” wraz z kilku innemi memi utworami, za staraniem p. Roget.

Napisałem wczoraj rzecz, którą uważam za oryginalną. Jest to historia młodzieńca, który, będąc w głębi duszy poetą, odczuwa piękność i wzniosłość, a nic wyrazić w słowach nie umie. Sam ze sobą jest wielki, ale, gdy zaczyna pisać, jednego zdania ułożyć nie może. Oto część pierwsza. W drugiej zakochuje się w młodej entuzjastce, która początkowo wierzy w to, co wyrażają jego spojrzenia, jego rysy, a później, przekonawszy się, że nic wypowiedzieć nie umie, opuszcza go. Młodzieniec wpada w apatię rozpaczy. Część trzecia: Ojczyzna go wzywa. Spieszy do walki, ale, podkopany cierpieniem, nie ma sił do zadania ciosu wrogowi. Wpada w chorobę. Wnoszą go z powrotem do namiotu, gdzie umiera z bólu, on, który nigdy nie umiał wypowiedzieć się ani w czynach, ani w słowach. Czuł się słowem, pokrytem wiecznie obłokiem. Kończy się słowami: „Nie był to wielki człowiek, lecz była to wielka dusza. Z przyjemnością wyobrażam sobie, że pije teraz pełnemi ustami z czary nieśmiertelności. Światy toczą się wkoło niej i jako pyłek, niegodny jej myśli, spostrzega z dala ziemię, gdzie jej nie doceniono. Zabrała ze sobą wszystkie swoje bogactwa, gdyż na tym padole roztrwonić ich nie mogła. A jeśli brak jej było wieńca poety, warg kochanki i sławy wojownika, obecnie jest blisko Boga, i Boga jej nie brak”.

Jak Ci się to podoba, mój drogi? Napisz mi swoje zdanie!

Oczekuję częstych od Ciebie listów, i kończę pisać, składając Matce Twojej uszanowania i dziękując jej za pamięć.

Twój oddany

Zyg. Kras.

P. Jakubowski każe Ci się kłaniać.

Czy chcesz, bym Ci coś załatwił w Genewie? Napisz mi, a zrobię.

Co do innych spraw, zapomniałem Ci napisać, że byłem z pannami Revilliod i de Portes w Mornex, i że ze szczytu Gourze widziałem zachód słońca. To dziwne. Wczoraj był 25-ty czerwca: właśnie minęły trzy miesiące od 25-go marca, gdy z tej samej wieży, z tej samej góry patrzyłem z..., jak konało słońce na Mont Blanc. O, jakież słodkie a zarazem gorzkie wspomnienie!

Żegnaj, mój drogi!

2. Do Henryka Reeve'a

2 lipca, piątek, 1830 roku

Mój kochany Reevie!

Nie odpowiedziałem natychmiast na list, z którym odesłałeś mi Lamartine'a, gdyż byłem zmuszony przepędzić cały dzień wczorajszy z p. Turretin w Jeantoux na uroczystości „Łuku”. Wczoraj, mój drogi, szczęśliwa moja gwiazda ocaliła mię od śmierci. Wyobraź sobie! Szlachetne towarzystwo „Łuku” po strzelaniu zasiadło do obiadu; podano pieczeń, i złote wino „ivorne”, i stare bordeaux, maderę barwy bursztynu, południowy cheres i szampan z Vevey; całe towarzystwo z wyjątkiem mnie, gdyż już nie pijam wina, spiło się ohydnie. Wracamy na brzeg, wsiadamy do łódek, by dogonić „Wilhelma Tella”, który stał w zatoce Jeantoux. Ja, gdy już wiele łódek przepłynęło, wskoczyłem do jednej, w której było około dwunastu osób; lecz w chwili, gdy wioślarze podnosili wiosła, by odbić od brzegu, spostrzegłem, że moje „dolce cigarito” zagasło i ujrzałem jednocześnie na brzegu Olcocka z zapalonym papierosem. — Wtedy wyskoczyłem na brzeg i, zapaliwszy papierosa, wsiadłem z Olcockiem do innej barki. I oto z jeziora wznosi się nagle ku niebu dziki okrzyk przerażenia. To pierwsza łódź zanurzyła się pod wodę, koło statku i wszyscy pijani wpadli do głębi błękitnego Lemanu. Byli to przeważnie starcy, nie znający sztuki pływania. Szamotali się ciągle, coraz głębiej idąc na dno. — Gulgoczący krzyk kiepskiego pływaka w okropnym strachu. Widziałem ich z bladym i sinym strachem na twarzach. Niektórzy zanurzyli się pod „Wilhelma Tella”, inni wpław dosięgli brzegu, inni wreszcie, czubek głowy wytknąwszy ponad wodę, czepiali się desek wywróconej barki. Był tam jeden szczególnie nieszczęśliwy starzec, nazwiskiem Rochat; słaby i zrozpaczony, uchwycił się kolan jednego z pływaków i ciągnął go na dno; wtedy ten wymierzył w głowę, przez siedemdziesiąt lat osiwiałą, cios okropny i rozdarł mu czoło i wargi. Krew sczerwieniła fale dokoła. W końcu, po kwadransie strachu, oczekiwania i przygnębienia wszystkich wyratowano i przeniesiono na pokład statku. Oczy mieli wywrócone, zagasłe, oddech słaby, włosy płasko przylegające do twarzy. Przywróceni przez starania nasze do życia, przyszli do siebie i żyją wszyscy. Zdaje mi się, że śmierć, której uniknęli, jest śmiercią dosyć niesmaczną. Na rany boskie — zginąć pod belkami statku! A jednak tylko od zagasłego cygara zależało, żem i ja nie poszedł do cieniów krainy, przechodząc w drodze przez dno jeziora.

Mój drogi, winszuję Ci serdecznie Twoich przejażdżek z pn. Blanchenaye. Co do mnie, gdy kocham jakąś kobietę, unikam wszystkich innych, a nawet, że tak powiem, pogardzam nimi. Ja i moja ukochana sami jesteśmy, oddzieleni od innych. Nie posiadam sztuki rozszerzania serca, by weń przyjąć obraz innej.

W tych dniach napisałem dla H. parę fragmentów i Spowiedź Napoleona, przeczytawszy u Lacretellesa, że Napoleon spowiadał się potajemnie przed śmiercią. Wczoraj napisałem jedno tylko zdanie, które wydaje mi się godnem powtórzenia. Oto ono: „I we wszystkiem, co wzniosłe w niebiosach, i we wszystkiem, co piękne na ziemi, widzę Cię, ukochana moja. Widzę Cię, gdy tęcza z jednego krańca widnokręgu na drugi się przerzuca. Widzę Cię” itd.

Dziękuję Ci, kochany, za zaszczyt, jaki mi czynisz, spostrzegając na mojem czole obietnice nieśmiertelności. Lecz pewnem jest to, że nigdy nie byłem bliższym śmiertelności, niż teraz. Straszliwy ból gardła, głowy i piersi, oto co mię morduje w tej chwili i zaledwie mogę pisać. Poznasz po stylu nawet, że natchnienie w mej piersi przygasło.

Dziś właśnie przeczytałem u Shelley'a te wiersze, które Ci posyłam. To obłok mówi: That orbed maiden with fine laden itd..

Czyż nie piękne?

Lorda Englintona skazano tylko na 30 złotych kary. Widziałem go. Jest to piękny młodzieniec, lecz zaprawdę, na czole jego nie widnieją znaki nieśmiertelności, a spojrzenie jego przypomina raczej partię kroketa, niż przebłysk, pochwycony z nieba.

Jestem dziś najzupełniej ogłupiały, chory i głuchy, natchnienia ani krzty. Nie znam nic nad to fatalniejszego i znów wstręt czuję do diabelskiego życia: co tu czynić bez Niej? Jest tak daleko! Gdy sobie przypomnę, że była tak blisko, pienię się z bólu i wściekłości.

Żegnaj, mój kochany, nie chcę Cię dłużej nudzić skargami lub też myślami mojemi.

Żegnaj, kochaj mię zawsze i przyślij kilka nowych wierszy! Nie uwierzysz, jak wiele przyjemności mi sprawiają. A wiesz, że nigdy nie pochlebiam.

Twój szczerze oddany

Zyg. Kr.

Myślę, że tej nocy list do niej rozpocznę, by uśpić me niepokoje. Chudy i suchy Leon Révilliod podarował mi Harmonie, co mię zmusza do ofiarowania mu dziesięć razy znaczniejszego podarunku.

Listów moich, mam nadzieję, nigdy inne, prócz Twoich, nie będą oglądały oczy, gdyż mowa w nich o osobie trzeciej.

3. Do Henryka Reeve'a

6 lipca, czwartek 1830 roku

Mój kochany!

Otrzymałem dziś list Twój i ułamek O wolności Polski. — „Tu spoczywa naród” jest niezwykle trafne i piękne. Lecz powiem Ci, mój kochany, szczerze moje zdanie.

Wiersze są pisane nieco naprędce i niedbale, zresztą jest to rzecz piękna, tem piękniejsza dla mnie, że przypomina mi jednocześnie ojczyznę i przyjaciela, który ten wiersz napisał. Dziękuję Ci bardzo, żeś mi go przysłał, a ponieważ w sobotę jedziesz do Berna, sądzę, że nie należy już pisać do Ciebie do Vevey, lecz do Berna. Pamiętaj w każdym razie, drogi mój, byś przed pierwszym sierpnia był z powrotem.

Jak na człowieka zakochanego masz, kochany Reevie, zadziwiająco zimną krew. Piszesz do mnie te słowa: „Może już nigdy jej nie zobaczę”, bez ortograficznych błędów i nie zauważyłem także, by Ci pióro zadrżało w palcach...

Jak to — ją, która była Twoją nadzieją, celem Twoim, królową Twoich snów, władczynią Twojej olśniewającej wyobraźni — ją, która natchnęła Cię tylu pięknemi myślami, dla której napisałeś ten wspaniały utwór O sferach, ją, to bożyszcze, to dziecię Twojego serca, potrzebę Twej duszy, możesz li ją w ten sposób porzucić i powiedzieć: „Już jej więcej nie zobaczę”? Mój kochany, zazdroszczę Ci energii, mocy, nieczułości, a raczej spokoju i rezygnacji — ja nie byłbym do niej zdolny. Zresztą, mój kochany, wszystkie kobiety są przewrotne, bez żadnego wyjątku i lepiej czynisz fruwając około kwiatów, niż ja, który się wycieńczam, wpatrując w jedną różę. — Otrzymałem wieści z Anglii szczęśliwych wybrzeży. Dowiesz się o nich, gdy przyjdziesz do mnie cygaro wypalić. — Och! kobiety, kobiety! „postaci im zazdroszczą anieli a duszę mają gorszą, niżeli...”. Tu przerwijmy. Dość mam rzeczywistości, nie trzeba mi pomocy deklamacji. — A ja jednak kocham ją i będę kochać zawsze.

A teraz, mój drogi, muszę Ci opowiedzieć, co wczoraj przeczytałem. Słyszałeś zapewne o młodym poecie angielskim, Keatsu, który umarł w Rzymie, we wiośnie swego życia, mając lat 24, z suchot i ze zmartwień, spowodowanych napaściami „Quarterly Review”. A konanie jego było długie, bolesne i ciężkie. Śmierć nie od razu przyszła, podkopywała go długo, a pragnął śmierci, jak się pragnie przyjścia kochanki. W końcu, uczuł już, że nadeszła jego ostatnia godzina, a i wtedy, nawet w chwili konania będąc poetą, rzekł do swych płaczących przyjaciół: „Czuję, jak kwiaty na mnie rosną”. Drogi, czyś słyszał kiedyś, coś wdzięczniejszego i ładniejszego? Czyż można zejść do trumny, okazując więcej wdzięku, tkliwego uczucia i delikatności?

W tych dniach napisałem kawałek dla niej — przy świetle księżyca w małym ogródku, dokąd przypłynąłem łódką: „Pozdrawiam Cię, promieniu srebrzysty, bijący w moje oczy. Jej to może oczy niebiosom Cię zwróciły i, udział wziąwszy w piękności jej spojrzenia, zeszedłeś ku mnie z powrotem. Pozdrawiam Cię, błogosławię Cię. Przyjdź, by się po mej ślizgać twarzy, pieścić czoło moje, obmyć moje wargi w gwiazd jasności, przyjdź i mów mi w swej mowie świetlistej o mojej H.”. Potem napisałem: Sen człowieka zblazowanego, któremu musiałem złożyć w dani całą tęczę mojej wyobraźni, a wczoraj i dziś kończyłem: Spowiedź Napoleona.

Jest to rzecz, która najwięcej mnie kosztowała trudu, najwięcej jej poświęciłem czasu, i starań, i sztuki, bo w całej spowiedzi trzeba mi było naśladować pełen energii styl wielkiego człowieka. Przeczytasz to i osądzisz. Przedtem nie chcę wcale sądu swego o tem wypowiedzieć. Jedno tylko Ci przytoczę zdanie. W swojej spowiedzi mówi Napoleon do księdza: „Byłem gromem, rzuconym przez Boga wśród burzy, niszczącej świat, i jeśli go w proch starłem, to po to, by go wyrównać”. Następnie cały utwór tak się kończy: „Ciało jego leży w grobie u stóp skał posępnych, a wielka jego dusza przebywa w chwale boskiej”.

Ale dosyć o moich utworach. Mówmy o czem innem!

Ach, czemuż, jak orzeł, nie mam skrzydeł, by frunąć, zapobiec zdradzie, i znowu przywołać ku sobie to, co się oddalać zdaje! Ach, czemuż nie mogę stać się na chwilę błyskawicą, która z jednej półkuli przelatuje na drugą, roztaczając tylko jeszcze więcej potoków światła. Lecz daremnie wypowiadam takie życzenia — daremnie, daremnie! Niech się stanie wola boska! Ach, cóż się miłością i szczęściem nazywa na tej ziemi? Trochę zapału, który wyobraźnia ozłaca swym blaskiem. Wszystko tu, na tej ziemi, jest ułudą; oto bogini! Skłońcie się wszyscy przed nią, to ona zwodzi, ona podnieca i kłamie, a ludzie dali tym kłamstwom pompatyczną nazwę namiętności a złudzeniom nie mniej wspaniałą nazwę szczęścia. Gdyby na tym świecie istniała rzeczywistość, nie potrzebowalibyśmy nieba, lecz tu, na ziemi, wszystko jest tylko słabem odbiciem niebios. Słońce, które ma miliony promieni na sklepieniu błękitów, traci je, odbijając się w wodach jeziora. — Reeve, masz słuszność, starając się o miłość ust, które są blisko, gdy usta, które kochasz, są daleko. Bądź wierny, a zdradzą Cię, bądź podniosły, a wyśmieją Cię, śmiej się, a będą płakać, płacz, a śmiać się będą. Cóż czynić z temi istotami, które mają coś z anioła, co nas uwodzi, i coś z szatana, co nas gubi? — Czy pamiętasz okrzyk mój: „Królestwo za miłość!”? — Więcej, niż królestwo, oddałem, oddałem serce swoje, i serce moje zostało złamane i pozostanie złamanem, jeśli to nie przejdzie i odejdzie daleko, daleko.

Oto, mój kochany, co zbudziło się w sercu mojem, gdy do Ciebie pisałem; zgaduj, może się omylisz, lecz jeszcze nie wszystko stracone. — Pogarda mi zostaje. — A zresztą przesadzam krzywdę z pewnością. Tak mało trzeba, by kochającemu sercu wyrządzić krzywdę!

Odpowiem szczerze na pytanie o Twoją francuszczyznę; pisząc, nie robisz żadnych błędów, styl masz lekki, urozmaicony i francuski w całem znaczeniu tego słowa, mówiąc zaś, robisz niekiedy poważne błędy, np. zawsze mówisz „pono” zamiast innego wyrazu, gdy mówisz o czasie. Co do mojej angielszczyzny, proszę Cię, wyraź tak samo swoje zdanie!

Żegnaj, kochany! Uszanowanie dla matki Twojej.

Pisz jak możesz najczęściej!

Żegnaj. Twój

Zygm. Kr.

Znajduję rozrywkę wśród nudów, myśląc o przyjemności podróży z Tobą do Chamonix. Capite semper pectoreque laboro. Sed quot doloris est in corde meo haud facile dicitur; egeo praesentia amici, cui possem lugubres canere modos et partem oneris in ejus dejicere pectora. Vale; oroque gratum mihi ut serves amorem.

4. Do Henryka Reeve'a

Genewa, 14 lipca 1830

„Ukochani przez bogów umierają młodo”. Najprawdziwsze to przysłowie, jakie kiedykolwiek słyszałem lub czytałem. Co poczniemy, mój drogi, gdy serce nasze w głębi naszych piersi zamieni się w grudę błota, gdy życie będzie jedynie wegetacją, gdy staniemy się niemal krzakiem ciernistym dzikiej róży lub trzciną na moczarach? Gdyby nam wtedy przynajmniej usłużne przeznaczenie zechciało podać czarę, pełną letejskiego napoju! Ale, na domiar nieszczęścia, pamięć zostanie, kiedy miłości już nie będzie. A jeśli wówczas rzucimy spojrzenie wstecz na upłynione życie, na ten potok, raz oświecony niebieskim ogniem błyskawic nawałnicy, to znów pokryty płatkami róży, unoszącemi się na nim, jak uśmiech na pięknych ustach, co pomyślimy? Co poczniemy? A gdy spostrzeżemy, że ten sam potok tu traci na szybkości, tam na szerokości, że następnie zwalnia coraz bardziej biegu, pleśnieje, staje się zielonkawy, zmniejsza się, zmniejsza, stygnie, zaledwie się porusza, wreszcie ścina się cały lodem, by nigdy już więcej nie zobaczyć ni słońca, ni wiosny, ni róż, ni błyskawic — wówczas gorzko płakać nam przyjdzie, jeśli jeszcze łez nam stanie, ale nie będzie już łez w naszych zagasłych oczach. Jęczeć będziemy, jeśli jęczeć zdołamy, ale nie dobędziemy głosu ze swego osłabłego łona. Padniemy, mój drogi, całym ciężarem starości, nieustraszonej odwagi, którąśmy mieli na ziemi, a miejsce, gdzie padniemy, będzie naszym grobem. Pożyjemy jeszcze przez czas niejakiś, wpatrując się w niebo nad nami, w świat ziemski dokoła, lecz tak, jak to czyni zwierz lub ptak leśny: bez uczucia, bez świadomości, bez zapału. Różę, którąśmy przedtem kochali i ubóstwiali jako godło i symbol, jako znak i zaklęcie czarodziejskie, poddamy wówczas sekcji, by dowiedzieć się liczby jej płatków lub ilości długich linij jej kielicha. Z młodych poetów staniemy się starymi Candolle'ami. Księżyc, który dawniej przemawiał do naszego serca każdym swym promieniem, stanie się dla nas planetą i, patrząc nań, my, cośmy marzyli o naszej kochance, będziemy myśleli jedynie o ciężkości i o sile odśrodkowej. Tam gdzie widzieliśmy duszę, życie, nie zobaczymy nic prócz materii i wagi. Tam gdzieśmy odczuwali tajemnice i duszę, czuć będziemy jedynie przyciąganie atomów i rozchodzenie się eliptyczne. I tak z władcy nocy, z pocieszyciela serc naszych księżyc stanie się sferoidą, ulegającą z góry obliczonym fazom, pokrytą pyłem, bezwładną masą, utrzymującą się w równowadze. Gwiazda, która błyszczała nad latami naszej młodości spojrzeniem takiej H. lub takiej C., świecić będzie nad naszemi pooranemi w zmarszczki czołami, a promienie jej przebiegać będą przestrzeń z szybkością kilkuset milionów mil na 8 minut. Kompas i koło, oto co nas czeka. Miłość i poezja, oto co pozostawimy za sobą. Ale, być może, Bóg nie dopuści do takiej w nas zmiany, być może grób nasz jest już niedaleki i kwiaty już zaczynają wyrastać nad nami.

Oto, mój drogi, myśli, jakie mnie obecnie zaprzątają i które Ci przesyłam. Bodajbyśmy, wyczerpani wielkiemi myślami, konali powoli w objęciach naszych ubóstwianych. Oto życzenia moje jako poety. Lecz czy jako człowiekowi, czy jako Polakowi wolno mi mieć takie pragnienia? Nie, myśleć trzeba o czem innem, i podczas gdy dla Ciebie serce może być światem całym, dla mnie miłość jest tylko piosenką, wygraną na fletni w przerwach między czynnościami życiowemi; a jednak oddałbym wszystko, by miłość była mojem życiem. Nie sądź, mój drogi, by sprawy moje tak źle stały. Nie, ona mnie kocha jeszcze. Dowiesz się o wszystkiem, gdy się spotkamy. A zresztą choćby tak nie było, ona mię kochała. To wystarcza. Myśli, ku mnie zwrócone, zniknąć już nie mogą. Myśl jest nieśmiertelna, i miłość jej, jak i myśli, nieśmiertelna będzie. Podobnież, jeśli C. Cię kochała, musi, nawet wbrew swej woli, kochać Cię na wieki. Wszystkie jej myśli wielkie i podniosłe, jak promienie słońca, wyszły z jej serca i uniosły się ku niebu. Tam je znajdziesz, tam będziesz szczęśliwy. Masz wielką, olbrzymią nade mną przewagę. Królestwo Twoje, jeśli zechcesz, może nie być z tego świata. Moje częściowo przykute jest przez kraj mój do ziemi. Jestem jak wulkan, który pada z nieba, nie mogąc ani doń powrócić, ani ziemi dosięgnąć. Zawisłem w przestrzeni na stalowym łańcuchu, który przeniknął do mego serca, wrzyna się w nie, a może przerwie. Ale, nim to nastąpi, masz we mnie szczerego i oddanego przyjaciela.

Twój Zygmunt Krasiński

5.Do ojca

Genewa, 5 septembra 1830 r.

Kochany Ojcze!

Odbyłem podróż po Szwajcarii i widziałem okolice, których wpierw się nawet domyślać nie mogłem.

14 aug. Wyjechaliśmy z panem Jakubowskim z Genewy na statku parowym, na którym był także Mickiewicz i Odyniec. Oni mieli jedną drogą, a my drugą tę samą podróż odbyć, ale, jak to się najczęściej po polsku dzieje, rzeczy już w ostatniej chwili się rozstrzygają. Właśnie przed rozłączeniem się ułożyliśmy razem jechać, do czego najwięcej przyczyniły się nalegania Odyńca. Własna moja chęć także niemało, bo pragnąłem bardzo poznać Mickiewicza bliżej, a teraz, kiedym go poznał, prawdziwie nazywam szczęśliwą tę godzinę, w której na statku parowym zdecydowaliśmy, że razem pojedziemy. Tego dnia nocowaliśmy w Montreux, najpiękniejszej wiosce Szwajcarii nad brzegiem Lemanu, naprzeciwko skał Miellerie, blisko chillońskiego zamku.

15 aug. Wyruszyliśmy rano i wdrapaliśmy się częścią na własnych, częścią na mułowych nogach. Jest to góra, wzniesiona bardzo nad jeziorem genewskiem. Z niej widok był pyszny: całe jezioro błękitne, całe niebo błękitne, wieniec gór wokoło, lekkie żagle na jeziorze, srebrne chmury na niebie i przestrzeń ogromna, uśmiechająca się, ciągnąca się aż do pasma Jura, które zdawało się być zagrodą między ziemią a widnokręgiem, za który już oko przejść nie może.

Dalej idąc, z gór, okrytych sośniną, zstąpiliśmy między wąwozy i, kiedy zabrakło nam pięknych widoków, udaliśmy się do wspomnień i przypomnieliśmy sobie z Odyńcem warszawskie dysputy z Koźmianem, Osińskim, i obiady, na których tak żwawe bywały kłótnie. Droga nam tak przeszła aż do wieczora; nocleg nasz był w Chateau d'Oin, wiosce dość nędznej pomiędzy dwiema skałami.

16 aug. Obudziliśmy się pośród deszczu, bijącego w okna, i nieprzyjemną w malutkich, niewygodnych powozach ciągnęliśmy podróż. Góry daleko więcej są smutne i ponure podczas słoty, niż równiny, bo w górach ogromne masy mgły się gromadzą, a z nich deszcz drobny, ale przenikający kości. A potem w górach zawsze się spodziewamy pięknego widoku, o którym nie myślimy na równinach, i ten piękny widok, wydarty oczom naszym przez mgłę, w smutek wprawia, tak, jak lica pięknej kobiety, welonem zakryte. Ale rozmowy, rozprawy z Odyńcem, wiersze, kontemplowanie Mickiewicza, bo mało bardzo, prawie nic w pierwszych dniach nie mówił, skracały mi nudy niepogodnego dnia.

Nazajutrz, 17 aug., taż sama słota i niepogoda. Przyjechaliśmy do Thun, miasta, sławnego w Szwajcarii dlatego, że co rok tam obóz artylerii się gromadzi. Jest to jakby szkoła wojskowa. Miasto, samo przez się mało znaczące, pełne było podróżnych. Najpiękniejszą tęczę widziałem wieczorem przy zachodzie słońca. Na czarnem tle z chmur, jakby wymalowana, opierała się dwoma końcami na dwóch skałach, jakby most, przez powietrze anielską ręką zarzucony. Zresztą deszcz nie ustawał i wszystkich w spleen wprawiał.

18 aug. O 9-ej z rana puściliśmy się z Thun po jeziorze tego samego imienia, które jest najbardziej dzikiem w całej Szwajcarii, bo otoczone spadzistemi skałami, poprzerywanemi między sobą, co sprawia, że często temi przerwami wpadają wiatry, sobie przeciwne, i, krzyżując się, burze niebezpieczne wznoszą. A potem te skały są czarne, ostre, rzadko gdzie zielonością obrosłe, kolor wody ciemnozielony. Ogół widoku ponury, osobliwie kiedyśmy płynęli, bo wtenczas mgły wszędzie wokoło wisiały na karkach gór, jedne przeciw drugim biegły, podżegane wichrem, ścierały się z sobą, rozrywały i znów sklejały, by ogromną zasłonę zawiesić między niebem a ziemią.

Po trzygodzinnej przeprawie dostaliśmy się na drugi brzeg, skąd pojechaliśmy powozem do Interlaken. Tu już zaczyna się sławny Oberland, czyli część górzysta kantonu Bern, najrozleglejszego ze wszystkich kantonów. Interlaken jest to ni wieś, ni miasto: składa się z szeregu gospód i leży w pięknej dolinie między jeziorem Thun i jeziorem Brienz. Można powiedzieć, że jest to zupełnie angielska kolonia. Anglicy ogólnie zalewają Szwajcarię tłumami. Dobrze i trafnie to Mickiewicz porównywa do dawnych wypraw krzyżowych, tylko z tą różnicą, że tam był cel religijny, tu światowy, tam bronią pancerz i kopia, tu gwinee i franki, ależ bo tamte w XII, ta w XIX dzieje się wieku. Jedliśmy tego dnia à table d'hote. Podobno to pierwszy czy drugi raz w mojem życiu mi się zdarzyło, i przyznaję, że wielką mam do tego odrazę. Nie lubię twarzy nieznajomych; tyle oczu, a żadne nie zwracają się na mnie z wyrazem przyjaźni, znajomości. Cóż mi po tych ludziach, po większej części nonsensa gadających, rozprawiających o lepszości mięsa, o gatunkach wina, lub też najfałszywiej o polityce! Kilka było Angielek: naród to, który w części swojej żeńskiej miłe ma dla mnie wspomnienia; z daleka każda Angielka przyjemne czyni na mnie wrażenie, z bliska tak mi jest obojętną, jak każda inna jakakolwiek kobieta. Wieczorem siedziałem zamyślony w salonie oberży, pośród kilkunastu osób, pijących herbatę, kiedy zza drzwi sali wzniosły się harmonijne głosy, śpiewające góralskie, helweckie i tyrolskie pieśni. Wyszedłszy, zobaczyłem czterech ślepych, trzymających się za ręce. Przykre i zarazem miłe ich śpiewy robiły na mnie wrażenie. Ci ludzie nieszczęśliwi, na zawsze pozbawieni słońca, jeszcze usiłowali zabawić podobne do siebie istoty, daleko od nich szczęśliwsze, by na chleb zarobić. Wiecznej poświęceni nocy, wzrok utracili, ale zastąpili go głosem; głos melodyjny stał się ich wzrokiem. Zdawało mi się, że widzę człowieka, który, wpadłszy w przepaść, czepia się słabych roślin na jej brzegu z uśmiechem przymilenia na ustach.

19 aug. Niepogoda przymusiła nas siedzieć całe popołudnie w Interlaken. Dla odpędzenia nudy napisałem w tym dniu broszurkę po polsku, której treść wyda się dziwaczną Ojcu. Jest to rozprawa, dowodząca, że dusze osób, przywiązanych do siebie za życia, spotkają się po śmierci. Od czterech miesięcy już mi ciężyło na sercu, bym się z tą myślą wypisał, i ten ciężar zrzuciłem w Interlaken.

20 aug. Z rana przez jezioro Brienz udaliśmy się do pięknej kaskady Giessbach. Spadające jej potoki z wysokiej na 8 000 stóp góry, pięknie, diamentowo się wydawały przy promieniach jasnego słońca, a mnóstwo tęcz, jakoby girlandami z kwiatów wokoło ją opasywało. Poszliśmy na sam wierzch z Mickiewiczem i pamiętam, że z powodu tęczy, która zależy jedynie od położenia oka patrzącego, bardzo pięknie mi mówił o świecie, jakim by się wydał, gdyby w nim człowieka nie było. Jest miejsce w skale, gdzie fale wodospadu tak się w łuk zaginają, spadając z wysokości stu stóp, że można bezpiecznie i bez wielkiego zmoknienia stać pod nimi, a wtenczas, patrząc przez nie na okolicę, zdaje się, że się patrzy przez ruchomą kratę z roztopionego srebra.

Wróciliśmy przez jezioro Brienz do Interlaken; zaraz stamtąd wybraliśmy się do doliny Lauterbrunnen, odległej o milę od Interlaken. U wnijścia do doliny Lauterbrunnen jest ułamek skały, sterczący nad strumieniem, z napisem, w głazie wyrytym, tej treści: „W tem miejscu, podczas niepogodnej nocy jesiennej, baron z Rutli zabił przed trzystu laty własnego brata”. Wrażenie, sprawione tą legendą, nie znika, posuwając się dalej. Owszem, cała dolina zgodnie z nim działa na duszę. Wznoszą się w niej połamane w przepaści ogromy skał, zarosłe borami, szumią zewsząd potoki, huczą wodospady, góry krzyżują się w coraz innych kształtach, każda inaczej swój wieniec z sosen nosi, każda inaczej wyciąga ramiona i piersi wydyma. A nad wszystkiemi wznosi się Jungfrau, sławna Manfredem Byrona i tem, że nikt jeszcze dziewiczych jej śniegów nie dotknął stopą. Cała zdaje się ze srebra ulana, piękna, kształtna, niebotyczna, leci od ziemi, wzbija się w błękity, a uśmiech natury ustawny na jej łonie i skroniach. Zapewne Mont-Blanc jest wzniosłym i wielkim, zapewne na jego czole znać rękę Stwórcy, ale jakoś wyraz jego całości jest mniej powabnym od Jungfrau. On jest bardziej szerokim, wierzchołek jego cięższy, nie tak wysmukły, postawa roślejsza, zda się ciężyć ziemi. A ona jest piękniejszą, kibić ma cieńszą nierównie, śniegi jej srebrniejsze, czoło bardziej zaokrąglone, wszystkie kształty bardziej kobiece, dziewicze. Mont-Blanc (przypuszczając zawsze możność takiego porównania) niezawodnie jest królem alpejskim, a ona królową.

21 aug. Zwiedziliśmy dalsze części Lauterbrunnen, ale nie podobały mi się tyle, co pierwsze. Wróciłem niezmiernie zmęczony do Lauterbrunnen, myśląc, że kuropatwy opinogórskie warte wszystkich gór Szwajcarii. Mickiewicz nieco się ożywił i z nami lepiej zapoznał. O, jakże fałszywe sądy były o nim w Warszawie! Rozległej on jest nauki, umie po polsku, po francusku, po włosku, po niemiecku, po angielsku, po łacinie i po grecku. Doskonale zna politykę europejską, historię, filozofię, matematykę, chemię i fizykę. W literaturze nikt może w Polsce tyle nie ma znajomości. Słysząc go mówiącym, zdaje się, że każdą książkę czytał. Sądy ma bardzo rozsądne, poważne o rzeczach. Smutny zwyczajnie i zamyślony; nieszczęścia już mu zmarszczki na trzydziestoletniem czole wyryły. Zawsze spokojny, cichy, ale znać we wzroku, że rzucona iskra zapali śpiący płomień w piersiach. Wydał mi się ideałem człowieka uczonego i geniuszu pełnego.

Znudzony więc, w oberży lauterbrunneńskiej siedziałem przy oknie z Odyńcem i patrzałem na Jungfrau, kiedy zachodzące żegnało ją słońce różowemi promieniami. Obłok lekki, bursztynowej barwy, prawie przezroczysty, obwijał się koło jej czoła, a razem przezeń błyszczały śniegi jej piersi. Nic równego temu widokowi w snach nie marzyłem. Było coś w tym zachodzie religijnego, boskiego, było coś tak cichego, tak wdzięcznego, że się zdawało co chwila, iż obłok pryśnie i anioł z niego się ukaże. Następnie razem zakwitło czoło alpejskiej dziewicy, chmura się stopiła w błękicie i Jungfrau, cała oblana czerwonością, ukazała się naszym uwielbiającym oczom. Zdawało się, że od wstydu tak się płoni, żegnając się ze swym kochankiem, słońcem, który w kilka chwil później zniknął z nieba, a ona, opuszczona, sama została i pobladła. Przed chwilą jej śniegi były kobiercem ze srebra w róże tkanym, a teraz szerokim, bladym całunem. Ten widok nie wypadnie nigdy ani z mojej, ani z Odyńca pamięci. Myślę, że można by się zakochać w Jungfrau.

22 aug. Wyjechaliśmy z Lauterbrunnen i pośród gęstej mgły przeszliśmy wierzchołek Wengernalp, góry, z której, mówią, że jest widok najpiękniejszy w Szwajcarii, aleśmy nic nie widzieli. Dopiero, kiedyśmy przyszli do doliny Grindelwald, mgła się rozeszła. Jest to dolina dość piękna, zdobna ogromną skałą Wetterhorn i dwoma gleczerami (glaciers), które aż do równiny się spuszczają — ale w żaden sposób nie może iść w porównanie z Lauterbrunnen.

23 aug. Z Grindelwaldu udaliśmy się do Meiringen, wsi, leżącej w pięknej dolinie Oberhasli. Droga była trudna, męcząca, nad brzegiem przepaści, kręcąca się pomiędzy górami i skałami. Nie może sobie Ojciec wyobrazić obrzydłego charakteru pospólstwa szwajcarskiego, tak sławionego w całej Europie dla swojej cnoty i prostoty. Wszyscy tylko myślą o zysku, o zarobku; pełno żebraków, dzieci maleńkie, dobrze ubrane, wychodzą na drogi i proszą o jałmużnę; wszelkiemi sposobami starają się oszukać cudzoziemców, wszyscy w tym celu trzymają się za ręce, wszyscy ku temu zamiarowi całemi siłami dążą.

Dolina Oberhasli jest położona między dwoma pasmami gór, nie bardzo wzniosłych, ale ponętnych z miłej zieloności; strumyki szemrzą po murawie, wodospady po skałach się rozbijają, wszędzie drzewa się zielenią i kwitną kwiaty. Tuśmy dla odpocznienia dzień przesiedzieli, podczas którego w porządek ułożyłem Ułamki podróży szwajcarskiej, które chciałbym posłać do Warszawy, ale nie wiem czy pan Józef zechce je wydrukować; będzie z nich wszystkich mała broszurka. Są to opisy na miejscach i pod wpływem miejsca pisane. A propos tego, p. Girard pisał mi, że autor podróży po Szwajcarii saskiej, K., wrócił do Warszawy z zagranicy pod postacią wielkiego fat'a. To okropna rzecz, że trwa u nas jeszcze ten zwyczaj wracania z Paryża z chustką dobrze zawiązaną i frakiem nowomodnym i niczem więcej; że trwa u nas to srogie przeznaczenie, iż większa część młodzieży naprzód w uniwersytecie nic się nie uczy, tylko krzyczy, a potem, wyjechawszy do niemieckich zamorskich krajów, zamiast żeby europejską postać przybrać i europejską kulturę przyjąć miała, jedynie przyjmuje śmieszności, i stare zdania, i stare zwyczaje. Bo w teraźniejszym wieku już fat'em być się nie godzi: dobrze to było du temps de la régence. Dodam także inter parenthesim, żem się podczas drogi wyuczył doskonale strzelać z pistoletu, tak, że jabłka w powietrzu rozbijam. Coby powiedziały kuropatwy opinogórskie i bekasy knyszyńskie, gdyby o tem posłyszały!

25 aug. Rano wyszliśmy z Meiringen i przebywszy śliczną dolinę Hasli-in-Grund, wjechaliśmy w dziką okolicę Grimsel. Trudno tę dzikość okropną opisać, ten ponury huk potoków, wydać ten grzmot awalanszów (lawin), co chwila padających między górami, tę samotność miejsc, pełnych przepaści i czarnych otchłani. Tu skały i góry zupełnie inny kształt przybierają, inną wcale mają charakterystykę. W okolicach, już przez nas zwiedzanych, skały po większej części spiczaste, tu zaś są okrągławe i podobne do fal potoku które, z góry spadające, siła jakaś nieznana w głaz zamieniła. Widzieliśmy także tego dnia spadek rzeki Aar, który, jak mówią, piękniejszy daleko od Renu w Schaffhouse. Rzeka cała z ogromnej skały w potrójną, bezdenną przepaść leci z hukiem piorunu, z tęczami wokoło, z kłębami piany, podobna do śniegu. Nocowaliśmy na dzikiej, opuszczonej, żadną trawką ani drzewem nie ocienionej górze Grimsel, wysokiej 6 tysięcy stóp, w nędznej gościnie drewnianej i w najsmutniejszem położeniu.

26 aug. Z trudnością nam przyszło zejść z góry Grimsel, u której stóp odkrywa się z boku największy z gleczerów alpejskich (po Mer de glace Chamounix), z którego Rodan swoje źródło bierze. Tu piłem pierwszą kroplę Rodanu, wychodzącą spod jaskini z lodu. Dalej szliśmy pomiędzy dzikiemi, ponuremi, nagiemi górami, udaliśmy się z wielkiem znużeniem na wierzchołek Furki, po ścieżce zasianej kryształami skalistemi, i stąd mieliśmy pyszny widok na całe pasmo gleczerów Oberlandu. Monotonna droga zawiodła nas do Andermatt, miasteczka, gdzie się kończy Oberland. Przechodziliśmy jeszcze tego dnia obok góry św. Gotharda, po której urwiskach zrobiona droga jest arcydziełem pracy ludzkiej i sztuki. Andermatt jest miasteczkiem, odległem o pół mili od Mostu Diabła, sławionego w tylu opisach. I w rzeczy samej, nigdzie szatan może na ziemi, nie mógłby stosowniejszego wybrać sobie miejsca: jest to most kamienny o sześciu arkadach zstępujących aż do dna przepaści, po której huczy i skacze w białawych falach rzeka Reuss; wokoło wieniec ze skał ostrych i jeżących się urwisk. Trzeba do mostu dochodzić przez jaskinię, czyli raczej galerię, w skale wykutą. Niezawodnie, jeśli anioł ciemności przebywa na ziemi, tam jest tron jego pośród czarnej nocy.

27 aug. Z Andermatt pojechaliśmy już powozem do Altdorf, a stamtąd puściliśmy się jeziorem Walstetten i wypłynęliśmy między okolice, pełne wspomnień i pamięci Tella. Tu on zbił jabłko z głowy niemowlęcej syna, tam wyskoczył ze statku Gesslera podczas burzy, i wystawiono w tem miejscu kaplicę, tam znowu na brzegu, w oddali zieleni się wzgórek Grütli, gdzie pierwszy związek przeciw austriackiej przewadze uczyniony. Samo jezioro jest pyszne; zachodzące daleko w niego skały sprawiają, że pływającym po nim coraz nowszy widok się odkrywa. Po kilkugodzinnej żegludze przybyliśmy do portu wsi Brunnen. Tu już wieczorem, przy blasku księżyca, zerwała się okropna burza; świsty wiatru, pukającego do okien, wywołały mnie z pokoju i poszedłem na brzeg wody. Łamały się z sobą wściekle fale, czasem bałwan, odrywając się od środka jeziora, suwał się po modrej przestrzeni z szybkością błyskawicy i rozbijał się po głazach u brzegu. Ruch tak wielkiej masy wody był poważny. Rozpryskiwały się promienie księżyca pomiędzy niesfornemi falami. Miło mi było patrzeć na burzę z brzegów jeziora, myśląc, że tak często w duszy walczą uczucia i jedno drugie rozdziela i szarpie, że promienie światła i religii tak przepadają, giną i łamią się między nimi, jak blask spokojnego księżyca, lecz że to nigdy tak długo nie trwa, bo, im większa burza, tem prędsza cisza. I w rzeczy samej, nazajutrz, kiedym się obudził, niebo już było czyste, wiatr uśpiony, a jeziora tonie zwierciadlane.

28 aug. Z Brunnen wyjechaliśmy, by dostać się do sławnej góry Rigi, z której widok rozciąga się aż daleko za granice Szwajcarii do Włoch i Niemiec, i obejmuje wszystkie pasma gór helweckich z jednej strony, a z drugiej łańcuch Jury. Trzeba nam było do tego przechodzić przez miejsce, gdzie dawniej stało miasteczko Goldau, otoczone czterema wsiami, a gdzie teraz leżą piramidy kamieni, skał stosy, a nad nimi rośnie już trawa i młode krzewią się drzewiny. Już mija lat dwadzieścia, jak wpośród południa, w dniu pogodnym, wierzchołek góry Rosberg, wznoszącej się nad Goldau, zaczął się poruszać i drżeć cały, a potem cały upadł i pociągnął za sobą część góry. Z ogromnej wysokości walące się skały zawaliły Goldau i wsi cztery. Nie było w ludzkiej mocy odkopać pogniecionych chat i ciał umarłych; leżą one pod nagrobkiem ciężkim z głazów, które im przyrodzenie w swoim gniewie wystawiło. Na przestrzeni mili cała powierzchnia pokryta zwaliskami Rosbergu. Pięćset ludzi pod nimi usnęło snem śmierci. Lecz niezadługo już znowu przyrodzenie uśmiechać się będzie nad własnem spustoszeniem, wkrótce kwiaty, murawa i gaje rozwiną się na pogrobowiskach, i przyszłe pokolenie uprawiać będzie ziemię, ciężącą nad piersiami przeszłego. Opuściwszy tę smutną okolicę, udaliśmy się na wierzchołek Rigi, gdzieśmy mgłę ciemną zastali i cały dzień następujący w gościnie przebyć musieli, tąż mgłą otoczeni.

30 aug. O czwartej z rana obudził mnie dźwięk pasterskiego rogu, oznajmującego wschód słońca na czystem niebie. Wyskoczyłem z łóżka, wybiegłem na wierzch góry, i widok prawie nieziemski, nadprzyrodzony ujrzałem przed sobą. Słońce jeszcze nie ukazało się, ale złote chmury u wschodu czekały na pana. Ocean z mgły zalegał całą przestrzeń, a wierzchołek Rigi zdawał się wyspą nad nim, równie, jak inne wysokich gór szczyty. Pyszny to był obraz! Mgła wisiała niewzruszona między nami a ziemią. Byliśmy nad chmurami, a chmury wydawały się powierzchnią, zbitą ze śniegu i lodu. Lecz, kiedy weszło słońce, ta powierzchnia rozrywać się zaczęła i przez otwory w niej, coraz bardziej się rozsuwające, to przebijał błękit jakiego jeziora, to zieloność jakiej łąki lub lasu. Wreszcie, kiedy mgła zupełnie się rozsypała, ujrzeliśmy krainę wokoło szeroką, rozmaitą, daleką, czternaście jezior, gór tysiące, i Włochy, i Niemcy w oddali. Nacieszywszy się tym widokiem, opuściliśmy Rigi i przez jezioro Walstetten dostaliśmy się do Lucerny.

Lucerna jest miastem mniejszem, ale weselszem od Genewy; kościołów katolickich dwa, a bardzo lubię katolickie kościoły po dawnem ich niewidzeniu. Jest w Lucernie sławny pomnik, wystawiony pamięci Szwajcarów, którzy zginęli 10-go augusta. Jest to w skale wykuty lew ogromny, konający nad zdruzgotanemi broni pękami podług modelu Thorwaldsena. Skała stoi nad stawem wśród pięknego ogrodu, a żołnierz stary, który był w tej rozprawie, mieszka przy pomniku i pokazuje go ciekawym.

31 aug. Wyjechaliśmy z Lucerny i już równiną odbywaliśmy podróż.

1-go septembra stanęliśmy w Bernie. Nazajutrz byliśmy rano u pana Seweryna, który nas bardzo grzecznie przyjął i zaprosił na obiad. Po obiedzie oddał nam nasze paszporty i pożegnaliśmy go. Pani Sewerynowa bardzo przyjemna osoba. Następnie, nie zatrzymując się nigdzie, wróciliśmy prosto przez Lozannę do Genewy. Tu zastałem listy od pana Girarda, które w głęboki smutek mnie wprawiły, ale czekam listu od kochanego Ojca, a wtenczas odpiszę.

Ogółem podróż ta przyjemną mnie była, a towarzystwo Mickiewicza niezmiernie pożyteczne. Nauczyłem się od niego zimniej, piękniej, bezstronniej rzeczy tego świata uważać; wielu przesądów, uprzedzeń i fałszywych wyobrażeń się pozbyłem, i niezawodnie to wpływ dobry i szlachetny. Wróciliśmy z p. Jakubowskim do dawnej pensji naszej. Miałem teraz polować trochę, ale za smutny na to jestem. Zamknę się w pokoju i będę czytał i uczył się. Żegnam kochanego Ojca i polecam się Jego sercu.

Zygmunt Krasiński.

6.Do ojca

22 oktobra 1830 r.

[...] Mickiewicz siedział jeszcze dosyć długo w Genewie i często go widywałem. Rozmowy, z nim miane, oświeciły mnie w wielu względach co do literatury i filozofii. Niechaj Ojciec wierzy, że to nie stronność, ale prawda, co powiadam: jest to człowiek zupełnie na równi z europejską cywilizacją, umiejący dziwnie dobrze godzić realność suchą życia z najwznioślejszemi pomysłami poezji i filozofii idealnej, mający najczystsze zamiary i chęci, a razem obszernego umysłu, sięgającego do wszystkich nauk i sztuk, wybornego sądu o rzeczach politycznych i scjentyficznych, rozsądku niezachwianego w rzeczach codziennych, spokojnego, cichego charakteru; widać, że przeszedł przez szkołę nieszczęścia. Zupełnie mi wyperswadował, że szumność jest głupstwem tak w działaniu, jak w mowach, jak w pisaniu, że prawda i prawda tylko może być piękną i ponętną w naszym wieku, że wszystkie ozdóbki, kwiatki stylu są niczem, kiedy myśli nie ma, że wszystko na tej myśli polega, i że, chcąc być czemś teraz, trzeba uczyć się, i uczyć, i uczyć, i prawdy wszędzie szukać, nie dając się ułudzić przez błyskotki, które świecą przez czas jakiś, jak robaczki na trawie w maju, a potem gasną na wieki. Spotkanie się z nim wiele mi dobra przyniosło.

Przed dwoma tygodniami wyjechał stąd, i prawdziwie było smutnem i rozczulającem widzieć, kiedy się żegnał z Odyńcem. Myśl, że może już nigdy się nie zobaczą, rzucała barwę boleści na tę chwilę. Ściskali się długo, Odyniec ze łzami w oczach, Mickiewicz ze stalszą postawą, ale z twarzą, na której znać było najgłębszy smutek. Tak się rozjechali, i Odyniec żałował go, jak gdyby kochanki. Jest on dotąd tutaj i co dzień się widujemy...

W tym momencie właśnie jest u mnie z Reevem i rozbierają dosyć żwawo talent Byrona i Moora. Reeve bardzo przywiązał się do mnie.

Zygmunt Krasiński.

7.Do Henryka Reeve'a

Florencja, 18 listopada 1830

Drogi Henryku!

Mam gorączkę, nieomal popadam w malignę, ale sił mi nie brak, jestem pełen życia, nie mogę powiedzieć, szczęścia, gdyż sprzeczność uczuć moich miota mną gwałtownie: w tej chwili gotów byłbym działać, pisać, bić się, wsiąść na okręt, narazić się na rozbicie, jednem słowem poruszać się prędko i równo po drodze życia. Nie sądź, że to Włochy wywarły na mnie ten wpływ, galerie tutejsze i Wenery Medycejskie, gdyż wszystkiego tego nienawidzę. Stało się to za sprawą H. Wyobraź sobie, że, przybywszy tutaj przedwczoraj, zastałem od niej dwa listy na poczcie we Florencji. A listy te zdolne są odjąć rozum człowiekowi, nawet jeśli go już uprzednio nie postradał. Valga me Dios. Prosi mię o przebaczenie za list, który mi napisała, i tysiąc razy zapewnia mię o swojem przywiązaniu bez granic. Powtarzam Ci, mój drogi, że jestem w stanie gorączki, w chwili przełomu i oto dlatego ostrzegam Cię byś się nie zdziwił, jeśli list ten będzie zawierał rzeczy bez związku lub coś podobnego do obłąkania. Ciągnę dalej moje opowiadanie, sądzę bowiem, że Cię zajmie z powodu Twojej dla mnie miłości. Oto jej własne słowa: „Wtedy, gdym Ci pisała, byłam najnieszczęśliwszą z istot; ach, Krasiński, drogi Krasiński, jakże śmiem Cię tak nazywać, póki mi nie przebaczysz? Wiem jedynie, że byłeś mi drogi i zawsze nim będziesz. O nieba! Więcej pisać nie mogę, głowa moja płonie, nie jestem ani dość silna, ani dość zrównoważona, by pisać dalej. Jeśli powiesz, żeś mi przebaczył, aniołowie w niebie szeptać będą te błogosławione dźwięki” itp.

Pierwszy list jest z 19 października, drugi z 28.

Drugi po francusku; pisze mi w nim, że zazdrość jest straszną namiętnością, że wyobraziła sobie, iż kocham inną, sądząc z tonu listów, które do niej pisałem podczas mej podróży po Szwajcarii, i że była na wpół obłąkana, że dotąd jest nieprzytomna, że jest jednocześnie szczęśliwa i nieszczęśliwa, a w końcu, że mię zawsze kocha i że mię prosi, bym jej natychmiast odpisał i przebaczył. Możesz sobie wyobrazić, jakie wrażenie zrobiło na mnie coś tak nieoczekiwanego. Po przybyciu do Florencji i podczas całej prawie swej podróży byłem w podnieceniu bezustannem. Czegoś się spodziewałem, ale nigdy tego wszystkiego, a jeśli „to” na myśl mi przychodziło i było przeczuciem, odtrącałem je natychmiast, jako przypuszczenie fantastyczne i nieuzasadnione. Wzburzenie moje dosięgło szczytu w chwili przybycia mego do Florencji. Trzeba było czekać do następnego dnia na otwarcie poczty, co podwoiło mą niepewność i niepokoje. W końcu otrzymałem rano te dwa listy i, szczerze powiedziawszy, mój drogi, czuję wyraźnie, że jednak nie jestem przy zdrowych zmysłach. Odpowiedziałem naturalnie natychmiast, udzielając przebaczenia i pisząc, że nie przestałem kochać i że zawsze kochałem, ale jednocześnie oświadczyłem, bardziej stanowczo niż kiedykolwiek dawniej, że nigdy nie zostanę jej mężem, że trzeba, by inny służył jej za przewodnika i opiekuna; że ja przyjacielem jej tylko być mogę, przyjacielem, który bronić jej będzie kosztem życia i mienia, jeśli zajdzie potrzeba, do którego zawsze będzie mogła się zwrócić po pociechę, i pomoc, i przywiązanie, i że aż do czasu, póki się nie zdecyduje na wybór człowieka, mającego za mnie odegrać rolę, której ja wypełnić nie mogę, ośmielę się pisywać do niej w sposób dawny, gdyż kocham, gdyż ubóstwiam ją zawsze, ale że, gdy już wyboru dokona, będę pisywał do niej jedynie jako przyjaciel i że przyjaźń ta, słodka i czuła, jak uczucie brata i siostry, przetrwa życie całe, i że po śmierci odzyskam swoje prawa. Ach, drogi Henryku, jeśli to wszystko napisałem, to jedynie pod przymusem obowiązku, gdyż kocham ją gwałtowniej, niż kiedykolwiek, i tak słodko by mi było nie rozwiewać tego złudzenia, rozpocząć znowu piękne dni miłości, która mi tyle szczęścia dała, przyjąć ją, błagającą o moje przebaczenie, przyjąć ją, mówię, całym pędem najbardziej egzaltowanej i najgorętszej namiętności. Ale cóż robić? Musiałem jej odjąć nawet cień nadziei. Napisałem jej nawet, że na wiosnę nie przyjadę do Anglii.

Biedna Henrieta, odnawia w liście przysięgę, złożoną w niedzielę wielkanocną. Szczerze mówiąc, mój drogi, muszę Ci się zwierzyć, że wydaje mi się, jakby była trochę pomieszana na umyśle. Od czasu jej listu z Lucerny, gdzie mówi: „Zostanę starą panną dla Ciebie”, wciąż mi się to wydawało. Toby było straszne, okropne. A któż by był tego sprawcą, kto, jeśli nie ja, ja sam? Zaprawdę, dość żartów i egzaltacji! Jestem nieszczęśliwy i unieszczęśliwiam tych, których kocham, mówiłem Ci to wiele razy. Biedna moja H! Przypominasz sobie, jak była świeża, wesoła i radosna? A teraz? Nie mówmy o tem! Jestem na drodze, prowadzącej prosto do potępienia.

A teraz, gdy Ci już doniosłem, mój drogi, o wszystkiem, co się spraw moich tyczy, przyjm szczere i otwarte zapewnienie przywiązania i wdzięczności, którem Ci winien za czuły sposób, w jaki w chwili rozstania dowiodłeś mi swojej przyjaźni. Jestem wrogiem tyrad o przyjaźni, ale, drogi mój, powiem Ci tylko kilka słów: jestem Twoim przyjacielem na śmierć i życie.

Nie będę Ci opisywał mej podróży włoskiej, bo dotychczas nic nie widziałem prócz katedry i teatru w Mediolanie, a następnie opery w Bolonii. Nic mię nie interesowało ani nie podniecało, podczas gdy zbliżałem się do Florencji. Siedziałem w powozie zagłębiony między zwątpieniem a niepewnością, i ciągle myślałem o Niej. Po przyjeździe doznałem tak silnego wstrząśnienia, że Wenus Medycejska, sądzę, słabe na mnie zrobi wrażenie, gdyż dusza moja jest w płomieniach. Głaz starożytny, dobrze rzeźbiony, ale martwy i zachowujący wyraz jednej jedynej myśli, nic do tego dodać nie zdoła. Zresztą rozumuję tak, nie zobaczywszy jej jeszcze. Teraz jedną tylko rzecz pragnąłbym widzieć: morze. Podczas całej mojej podróży miałem spleen, w przerwach widziałem przelotnie niebo włoskie i nic więcej.

Uściskaj ode mnie serdecznie Zamoyskiego i powiedz mu, że jestem bardziej szalony, niż kiedykolwiek, zresztą, szalony czy zdrowy na umyśle, nie mniej kocham i napiszę do niego z Rzymu, jak sam mnie o to prosił. Czy miał wiadomości od Odyńca z Paryża? Mickiewicz jest już w Rzymie. Ankwiczowie, bawiący we Florencji, każą mu się kłaniać. Leach przed dwoma tygodniami pojechał do Neapolu, 1-go grudnia będzie w Rzymie, gdzie zamierza zimę ze mną spędzić. Zdaje mi się, że jest zakochany w Wenerze Medycejskiej. Złóż moje uszanowanie Matce Swojej i podziękuj jej w mojem imieniu za całą życzliwość, którą mi okazała.

Im częściej zmieniam miejsca pobytu, im dalej posuwam się w życie, tem bardziej się przekonywam, mój drogi, że jest ono środkiem uszlachetnienia człowieka za pomocą cierpień, ale jednocześnie czemś ciężkiem i tragicznem. Dokąd zajdę w końcu, przechodząc od wzruszenia do wzruszenia, od męki do męki? Z jednej strony ubóstwiający mię ojciec, ambitne mając dla mnie plany, którego miłości poświęcić muszę to, co mam najdroższego; z drugiej kobieta młoda, żywa, niegdyś pełna wesołości, którą wpędziłem do labiryntu, pokazując jedynie niejasne pozagrobowe nadzieje, do labiryntu męczących myśli, straszliwych pożądań, które nigdy zaspokojone być nie mogą, potężnych namiętności, które, o ile trwać będą, skrócą jej życie lub rzucą na nie cień czarny, niczem nie dający się usunąć.

Wracam ciągle do tej samej myśli: na cóż mi było sprowadzać ją z jej własnej drogi, by ją pchnąć na moją, gdzie sądziła, że będzie mogła rwać róże, a gdzie znalazła jedynie łzy, gorycz i ciernie? Ale, gdy chcę rozumować o tych rzeczach, zawsze mówię bezrozumnie, bo czuję tu więcej, niż obejmuję rozumem, a czuję, że nie mogłem uniknąć zrobienia tego, co zrobiłem, powiedzenia, co powiedziałem, napisania co napisałem. Na miły Bóg! Jeśli przeznaczenie umieściło na końcu mej drogi przepaść, chętnie czy niechętnie będę musiał się w nią stoczyć. Trochę później, trochę wcześniej, zależnie, być może, od mojej ostrożności, ale zawsze trzeba będzie w końcu zrobić salto mortale. Otwieram duszę swoją przed Tobą, Reevie, i w serce Twoje składam całe swoje zaufanie, bo wiem, że będzie dla Ciebie święte. Jak Ci pisałem, jestem w stanie przełomu moralnego i przesilenia fizycznego: palony gorączką, trawiony wyrzutami sumienia, miotany dziwną wesołością. Ale nie mam już nadziei — oto czego mi brak i co czyni moje położenie tak piekielnem i łamie moją energię. Bo jakaż nadzieja mogła mi pozostać? Wieczności? Tę nadzieję mam jeszcze. Ale, czy Ci wyznać? Nie wystarcza mi zupełnie! A jednak powinna mi wystarczyć.

Żegnaj, żegnaj! Otrzymasz za parę tygodni wiadomości ode mnie z Rzymu, jeśli mnie przedtem diabli nie wezmą, o czem się dowiesz wówczas z gazet, które nie omieszkają opisać mego pogrzebu.

Zyg. Krasiński.

P. S. Ani słowa o tem nikomu.

8.Do Henryka Reeve'a

9 grudnia, Roma, Piazza di Spagna Nr 26

Mój kochany!

Dziś, dnia dziewiątego grudnia, list Twój otrzymałem i wierzaj mi, Henryku, uczynił mię szczęśliwym na chwil kilka, a i to już wiele w tej plecionce nieszczęść i zniechęcenia, którą umówiono się nazywać życiem ludzkiem. Dzięki Ci, mój drogi, sto razy dzięki za Twoją stałą przyjaźń. Bądź pewien, że Ci ją w sercu swem odwzajemniam. Farys jest bardzo dobrze przetłumaczony, a nawet w paru miejscach, bardziej w języku angielskim, niż we francuskim, do oryginału się zbliża. Mickiewicz jest na wsi i powróci dopiero za dwa dni; ponieważ nie mogę opanować swej niecierpliwej chęci pisania do Ciebie, w liście Ci opowiem, co sądzi o tłumaczeniu zdaniain dubio. Jest to huragan, który, widząc przybywającego jeźdzca, bierze go za wiatr, za jednego ze swych młodszych braci. Zdaje mu się, że jeździec jest wiatrem i dlatego przypuszcza, że każdy wiatr jest jednym z huraganów, jego braci.

Strofki Twoje, napisane dla C. po wieczorze u Lombardów, są takie, jakie być powinny — pełne uczucia, które Cię wtedy ożywiało i bez wątpienia piękne są te dwa wiersze:Though the blast which has used them has vanished for ever itd.

Rzeczywiście, wiersze to niezwykle piękne.

W tych dniach w myślach moich taki zapanował chaos, że może z trudnością tylko rozwikłasz to, co Ci chcę napisać. Lecz jednostki, tak jak i narody, mają swoje dni upadku i ciężkiego strapienia. Podniecająca mię we Florencji gorączka ustąpiła, o ile tyczy się to tylko szybszego krążenia krwi w żyłach, lecz nie opuściła mej duszy. Jedyne chwile spokoju odczuwałem, wpatrując się w Wenus Medycejską, gdyż jest to piękność doskonała, a piękność, z marmuru, czy też z ciała i kości, jest zawsze ukojeniem w godzinach męki, jak dla Saula harfa Dawida w chwilach obłąkania, a jednocześnie jest też podnietą w godzinach apatii.

Lecz poza temi krótkiemi chwilami uczuwam kolejno i ogień płomienia, spalającego mi serce na popiół, i zimno stali, która wnika do najczulszego miejsca tegoż serca. Wiesz, kochany Henryku, (gdybym mógł być do Ciebie przywiązany, dla jakiej innej, nie tej jedynie przyczyny, że Cię kocham, najważniejszą byłaby ta, że się nazywasz Henryk; wielką bowiem przyjemność uczuwam, pisząc to imię), że szczególniej w podróży skłonny jestem do ponurego smutku i zamyślenia. Droga moja z Florencji, którą opuściłem 26 listopada, do Rzymu, dokąd przybyłem przed 30-tym, była dla mnie pewnego rodzaju pogrzebem za życia. Przejeżdżaliśmy przez kraj nagi i jałowy, gdzieniegdzie pokryty budynkami, rozpadającemi się w ruinę, lub pochylonemi ku ziemi, posiany włoskiem żebractwem, żywą ruiną na martwych gruzach siedzącą.

I tylko to tyle chwalone niebo roztaczało się w górze, lecz rzadko wznosiłem oczy by na nie spoglądać. Przypominasz sobie z pewnością, że

Yet it was not that nature had shede o'er the scene itd.

A gdy tego brakło mi najzupełniej, posuwałem się ciągle, ciągle bardziej smutny ku kresowi mej podróży. Gdybym był przybył do Rzymu przed rokiem lub dwoma, jakżeż byłaby uleciała wyobraźnia moja, młoda jeszcze, w przestrzeń, by wznieść się na kopułę św. Piotra, okrążyć dokoła obeliski egipskie, siąść na szczycie Panteonu, a potem, lot swój zniżywszy do grobów Cezara i Scypiona, spaść na arenę Koloseum i wznieść się z powrotem w pełni świeżości i dziewictwa w stronę Kapitolu, kroczyć ścieżką, którą kroczyli bohaterowie, śpiący teraz pod nim, sami, sławę swoją mając za nagrobek, a ruiny świata całego za mogiłę. Lecz w r. 1830 było inaczej. Z obojętnością zbliżałem się do wiecznego miasta. Pierwsze pytanie, jakie zadałem po przejściu przez bramę zwycięzców świata, było: „Czy jest tu dobra gospoda?”. Silne bowiem wzruszenia, mój drogi, postarzają duszę tak, jak silne wstrząśnienia ciało. — Lecz przeznaczonem było, że coś w Rzymie dość będzie miało siły, by mię rzucić w przepaść zwątpień i wszystkie struny mej duszy aż do zerwania rozstroić.

Znalazłem u Mickiewicza dzieło słynnego Lemmennais'go o religii katolickiej, religii mych ojców, dla której poza kilku próżnemi znakami krzyża od dawna nic nie miałem. Przeczytałem je, i kochany Henryku, zobaczyłem przepaść, otwierającą się przed mojemi stopami. Wieczność, tak ogromna, wielka, Bóg mściciel, myśli płoche, przemienione w zbrodnie w moralnym porządku, i te męczarnie okropne, kary za owe zbrodnie — to wszystko mię wzburzyło. I wszystko tak dobrze złączone, powiązane ze sobą, zgadzające się ze sobą, dowiedzione bez możliwości zarzutów. Tak, tak wznosi się kościół katolicki na granitowej skale; otoczony świetnością i wielkością, jest podobny do Filipa II na hiszpańskim tronie, surowy, samotny, nieubłagany, mściciel jedyny. Tortury i męczarnie dla tych, którzy go nie czczą, błogie szczęście dla tych, którzy cześć mu oddają. A ten dogmat straszliwy: poza mną nie ma „zbawienia”, jest wyryty na jego koronie, połyskującej od niebiańskich promieni i ognia piekieł. Kochany Henryku, zadrżałem, zbladłem, lecz nie uwierzyłem; lękam się i padam na kolana, lecz uwierzyć nie mogę. — Jedyną, lecz nie do pokonania przeszkodą, która się wznosi między mną, a katolicyzmem, jest właśnie ten dogmat: „poza mną nie ma zbawienia”. A więc ta, którą kochałem i kocham, nie będzie zbawioną? Biedna dziewczyna! Nieszczęśliwa na tej ziemi, potępiona w wieczności. Nie! Królowa mych snów, kochanka mojego serca, jest czysta i słodka i będzie zbawiona! Boże Dobroci, biorę Cię za świadka! Tak, ona nie może być wiecznie nieszczęśliwa dlatego, że urodziła się chrześcijanką, lecz nie katoliczką. Oh, tak, tak! Nie umrze śmiercią upadłych aniołów.

From the heretic girl of my soul shal I fly itd.

Natychmiast po przeczytaniu tej książki byłem w stanie, trudnym do opisania. Miałem w sobie dużo szaleństwa i nieco rozpaczy. Widziałem wszędzie dokoła siebie ruiny, zagładę, przyjaciół moich, potępionych na zawsze, kochankę moją, straconą dla mnie na ziemi i w niebie; potem zdawało mi się, że i ja sam staczam się ze stopnia na stopień, ciągle niżej, ciągle prędzej: jak gdyby zaciężyło nade mną przekleństwo boże. Lecz ona, ona, ukochana moja, miłość moja, rozdzierała mi serce, gdyż doszedłem do miejsca, w którem należało wybrać między moją H. i moim Bogiem.

Takie były pierwsze skutki tej książki, lecz po trochu uspokoiłem się; walczyłem z piekłem myśli, znalazłem ukojenie, powiedziawszy sobie, że Ten, który rzekł do jawnogrzesznicy: „Idź, niewiasto, i nie grzesz więcej”, nie zwróciłby swego nieubłaganego gniewu przeciwko tej, która jest tak dobrą na ziemi i tak mię kocha. Lecz z tych dwóch silnych wstrząśnień, doświadczonych we Florencji i w Rzymie, coś jednak w umyśle moim zostało, coś, jakby posiew obłędu. Zobaczysz, drogi Henryku, czy to nie wzrośnie z czasem. Przeczytaj jednak Lammennais'go Obojętność w sprawach wiary i powiedz mi, co myślisz o tem. Lecz przede wszystkiem zaklinam Cię, jeśli mię kochasz, czytaj Schlegla Historię literatury w dwóch tomach. Przeczytaj, wiem, że będzie to z korzyścią dla Ciebie. Teraz skoro Ci już tyle powiedziałem o sobie, muszę zacząć mówić Ci o Tobie.

Jesteś nieszczęśliwy. Wyczytałem to w Twoim liście. Chociaż chciałbyś zapomnieć i zasnąć, musisz czuwać i cierpieć. Takie jest nasze przeznaczenie. Niech się dzieje wola boża! Lecz nie mogę zrozumieć lodowatej obojętności C; chociaż przypuszczam, że, gdyby się teraz do Ciebie przywiązała, to sprawiłoby Ci to tylko przelotną, nie zaś namiętną radość. Był czas, gdy, królem będąc ziemi, byłbyś złożył u jej stóp koronę, albo też, królem będąc poezji, lirę byś złamał na jej żądanie. Ale czas ten minął; kochasz ją jeszcze, lecz, gdyby Cię teraz zaczęła kochać, nie cierpiałbyś jej może. Jako przyjaciel Twój, drogi Henryku, muszę Ci prawdę powiedzieć. Nie sądzę już, by C. mogła Ci dać szczęście. Gdyby była odpowiedziała na Twoje pierwsze spojrzenie spojrzeniem miłości, wtedy byłbyś szczęśliwy przez pewien czas i prawie Bogiem na ziemi. Lecz czułeś, a ołtarz był dla Ciebie z marmuru. Zrobiłeś więcej: przywiązałeś się do tego marmuru (uczyniłbym to samo) i wszystkiemi swojemi marzeniami, całą duszą otoczyłeś zimny i nieczuły kamień. Stopniowo przyzwyczaiłeś się do tego, że zupełnie nie odpowiadano na Twoje westchnienia i na Twoje łzy. Twoja dusza, Twoje serce dość były wielkie, by wystarczyć sobie. Byłeś przed swoim posągiem Pigmalionem, lecz bogowie byli głusi na Twoje wołania i nie ożywili go. A teraz, gdyby nagle stanął przed Tobą, pełen życia i miłości, wierzaj mi, zimne byś nań rzucił spojrzenie; bo Henryku, kochałeś imię, a nie rzecz samą, marmur, a nie kobietę. Kochałeś, bo byłeś skłonny do miłości, jak każde serce wzniosłe i piękne. Lecz C. zupełnie nie kochałeś, tylko w niej powszechną duszę miłości. Oto dlaczego miło mi, i mam jeszcze nadzieję, że dla Twojego serca przeznaczone są dni wesela. — Tak, Henryku, ujrzysz ją, jak anioła, ku Tobie schodzącą, tę, którą ześle Ci Bóg, by upiększyć kilka chwil, byś nie mógł powiedzieć w ostatniej swej godzinie: „Nie żyłem wcale”. Tak, poczujesz jeszcze bicie swego serca, ujrzawszy z dala fałdy jej przejrzystej sukni. Zbliżysz się, do nóg jej padniesz, a ona Cię obsypie błogosławieństwami i uśmiechami. Będziesz musiał jeszcze walczyć, jak ja, jak ja, męczarnie i niepewności znosić i, jak ja wreszcie, to szczęśliwy, to nieszczęśliwy będziesz. Pamiętaj! Ale po cóż mi cośkolwiek przypominać człowiekowi, który mi ukazywał drogę cnoty, kiedy nie tak dawno temu byłem bliski zboczenia z niej? Ach, wierz mym przeczuciom, piękne Cię dni oczekują, ale dni, spędzone z kobietą, godną człowieka i poety.

Lecz porzućmy te obrazy, gdyż mózg mój się zaciemnia. Postaram się opisać Ci to, co widziałem w Rzymie. — Rzym, „miasto duszy”, jak mówi Byron. Od dziesięciu dni jestem w Rzymie. Widziałem tylko Św. Piotra i Koloseum, gdyż, żeby oglądać, trzeba się czuć dobrze, a ja się czuję źle.

Kościół Św. Piotra jest arcydziełem, stworzonem przez ludzi. Wszystko w nim harmonijne i proporcjonalne. Niezmierzone bogactwa nie są nagromadzone nieporządnie, lecz tworzą całość prostą, surową, wielką. Ale, gdybym był Turkiem, tak samo bym ją podziwiał, jak będąc chrześcijaninem, gdyż, wszedłszy tam, uczułem kunszt ludzki, lecz nie obecność boską.

Co innego Koloseum.

Przy pięknem i jasnem świetle księżyca wszedłem pod te arkady, które tyle widziały pokoleń, ponad któremi zaciężył lud królujący w dniach swej potęgi i które nie zwaliły się pod ciężarem ni ludzi, ni czasu. Księżyc stał jeszcze nisko na widnokręgu, wnętrze budynku było ciemne — starałem się wzrokiem swoim przebić ciemności. Serce moje biło, gdyż czułem się bliskim starożytnych czasów. Pogrążyłem się we wspomnieniach. Powoli promienie zaczęły przenikać poprzez szczeliny murów, poprzez aleje portyków i dziwnem było patrzeć, jak załamywały się w kątach, na kapitelach i kolumnach.

W kilku miejscach igrały znów z bluszczem, który zastąpił purpurę i jedwab cyrku. Wszedłem na pierwsze piętro, potem na drugie; wszędzie było ciemno i czarno. Znów się zatrzymałem i oddałem się głębokiemu dumaniu. Nade mną było niebieskie niebo, gwiazdami włoskiemi posiane, poniżej przepaść o całej wysokości Koloseum. Wspomnienia za wspomnieniami biegły ku mnie i wyobraźnia moja stopniowo się unosiła. Im wyraźniej występowały przedmioty dokoła mnie tem bardziej się przenosiłem do czasów, których już nie ma, a jednak żyją w ludzkiej pamięci. Zdawało mi się, że słyszę zmieszane odgłosy: krzyk przenikliwy gladiatora, później oklaski całego ludu, szmery pochwalne następowały po wściekłych wrzaskach, ryki lwów i tygrysów, a potem wśród tego wszystkiego muzyka greckiej fletni i dźwięki trąbki wojskowej. — Nagle jęki się podniosły i zapadły w ciszę, czułem że nie podniosą się więcej. Wtem szczęk mieczów i sztyletów starożytnych rozległ się pod sklepieniami, a potem zdawało mi się, że słyszę to tu, to tam upadek ciała, pokrytego pancerzem, lub staczanie się puklerza na piasek, a później znowu jakby szmer wielu wolno spływających strumieni i uczułem zapach krwi. Lecz ponad temi wszystkiemi krzykami i całym hałasem, panował jeden głos, choć cichy był i drżący. Unosił się pełen harmonii w powietrzu. Rzekłbyś: hymn nadziei, a jednak na zawsze miały się zamknąć wargi, z których wychodził. Można by powiedzieć: hymn śmierci, który śpiewa dziewica chrześcijańska przed połączeniem się z Bogiem.

W tej chwili księżyc ukazał się na murach Koloseum, jak gdyby wychodził z kępy bluszczu, opadającego w festonach ze szczytu budynku.

And thou didst shine rolling moon upon itd.

Kolumny, arkady, portyki, ławki cezarów, senatorów, ludu ukazały się blade i rozwalone. Arena wystąpiła z ciemności. Pośrodku krzyż się wznosił z czarnego drzewa. Krzyż ten wart dla mnie katedry mediolańskiej i kościoła Św. Piotra. On to przed wielu wiekami prześladowany był w tem miejscu, gdy Koloseum przedstawiało całą wielkość tych, którzy je wznieśli. I krzyż ten od czasu dni krwi i żałoby nie zmienił wcale swego wyglądu, nie jest ozdobami przybrany, i dziś stoi tam, gdzie go niegdyś nogami deptano, a pyszne Koloseum, które spoglądało z dumą na jego poniżenie, rozsypuje się w proch dokoła niego. Lecz nie zdaje się on chełpić swym tryumfem. W milczeniu wyciąga czarne ramiona ku dwom stronom budynku, jakby rzucał cień pokoju i błogosławieństwa na ziemię, w której śpią prześladowcy i prześladowani.

Kto w Chrystusa nie wierzy, niech w piękną noc idzie do Koloseum, a jeśli tam nie padnie na kolana przed symbolem wiary, człowiek ten, mówię z góry, nie ma duszy ni serca. Jest mniej, niż człowiekiem, jako duch od Boga pochodzący, jest więcej niż człowiekiem, jako duch złego.

Myśli te w większej części są wzięte z fragmentu polskiego, który napisałem o Koloseum. Posyłam Ci je, jako dług za Farysa, i pocieszam się nadzieją, że, jeśliby Cię miały znudzić jako utwór literacki, zainteresują Cię jednak jako utwór przyjaciela. Napisałem także przed kilku dniami opowieść o Angliku, który umarł z miłości dla Wenery Medycejskiej, i starałem się ująć rozwój jego namiętności w formę pamiętnika, który pisze dla swych przyjaciół przed śmiercią. Pisane po polsku. Myślę zebraćw ten sposób kilka nowel o Italii i wydać razem pod nazwą Fragmentów włoskich. Przepiszę dla Ciebie, a właściwie przełożę motto, które naprzód już ułożyłem dla tej niezmiernie przyjemnej książki.

„Noc piękna błyszczała ponad moją głową, słyszałem z daleka muzykę Rossiniego nad grobem Scypiona. Pomyślałem o szklankach herbaty, o wieczorach, wydawanych na szczycie Kapitolu. Anglicy patrzą przez szkła na ruiny Koloseum. Tańczy się walca tam, gdzie pierwszy Brutus zabijał swoje dzieci, a drugi ojca, i dokoła obelisków, sprowadzonych z Egiptu, sprzedaje się na targu kapustę. Są to rzeczy śmieszne, lecz ja uczułem smutek. Dlaczego? Nie wiem, gdyż należało się śmiać.

Takie są całe Włochy. Może taka właśnie równowaga jest potrzebna na świecie, by czynić rzeczy śmieszne i bawić się tam, gdzie niegdyś zdarzały się wielkie cnoty i wielkie zbrodnie. Niemniej jednak, gorzko jest temu, który nie rozumie najwyższego ładu tego świata i podnieść się ku niemu nie umie. Tak, gorzkie to — np. muzyka buffo na grobie Scypiona i sprzedaż kapusty na forum...”.

Jak Ci się to motto podoba?

A teraz żegnaj mi, kochany Henryku! Uszanowania dla Twojej Matki. Nigdy nie zapomnę o dobroci, którą mi okazała. Ucałuj Zamoyskiego z całego serca. Bądź zdrów et sis memor mei ultinam! Pamiętaj o chwilach, razem spędzonych!

Good bye, my dear, and answer as soon as possible. Żegnaj, kochany, i odpisz natychmiast!

Zygm. Kr.

9 grudnia. Roma, Piazza di Spagna Nr 26

Możesz adresować, jak Ci się podoba, poste restante, albo do banku Torlonii.

10 grudnia. Leach jeszcze nie przyjechał. Ponieważ poczta dziś już nie odchodzi, dodam tutaj słów kilka. — Piszesz mi, że utwory Twoje nie będą teraz wydane w Londynie, gdyż na porządku dziennym jest tylko polityka. To źle. Trzeba, byś koniecznie starał się wydać je teraz, gdyż później będzie to stracone. Dobra i piękna rzecz przestaje być piękną i dobrą, gdy nie jest zrobiona we właściwej porze. Dla autora czem prędzej, tem lepiej. Kochany Henryku, oto dlaczego Ci radzę wydać jak można najszybciej i przede wszystkiem nie oddawać się próżniactwu, lecz pisać i myśleć ciągle i ciągle przyglądać się ludziom poza sobą, a duszy swej w sobie. Przywiąż się wszystkiemi swojemi siłami do religii chrześcijańskiej, gdyż jest to teraz dla Ciebie droga przyszłości, i na tej właśnie drodze będziesz nowym i oryginalnym. Przy tem, kto jest z Bogiem, z tym jest Bóg. Wątpliwości i zagadki już miały Byrona i byłoby szaleństwem iść w jego ślady, gdyż nikt mu nie dorówna. Lecz dziś, mój drogi, poeta powinien silnie zaznaczyć zagadkę życia, jak Szekspir, i dać wytrysnąć z niej nadziei, jak Calderon. — Zaklinam Cię czytaj Schlegla!

12 grudnia. Mickiewicz przeczytał tłumaczenie Farysa i uważa, że jest bardzo harmonijne i dobre, tylko gdzieniegdzie trochę niedokładne. Każe Ci powinszować. Zdaje mi się, żeś powinien poprosić Zamoyskiego, by Ci dosłownie przełożył Farysa z polskiego, a potem jedną lub dwie zmiany poczynić w miejscu, w którem mowa jest o obłoku; np. na końcu usunąć wyraz „pogrzeb”, gdyż jest przeciwny duchowi całości. Zresztą, mój drogi, Farys dowodzi Twojej zadziwiającej łatwości pięknego wierszowania, jeśli mogłeś tak dobrze przetłumaczyć na język angielski ohydne francuskie tłumaczenie. Co do mnie, znajduję tak, jak i Mickiewicz, że najlepiej udał się początek, a potem ustęp, w którym mówisz o zasypanej w pustyni karawanie. Dobrze zrobisz, posyłając to jak najprędzej do „Monthly Magazine”.

Jeśli chcesz, drogi, rozpocząć pisanie Polskich melodyj, to napisz, co chcesz wiedzieć o charakterze narodowym i o historii, wypowiedz, „jak mówi Tristram”, swe wątpliwości i podejrzenia, a będzie dla mnie największą przyjemnością o tem wszystkiem Ci napisać, ażeby pieśni, które poświęcisz wielkiemu i nieszczęśliwemu narodowi, były godne Ciebie i nosiły charakter narodowy. Zresztą jestem bardzo smutny, osamotniony i źle mi bardzo. Ach, gdy pomyślę o brzegach Lemanu, dałbym wszystko za to, by być tam jeszcze. Czy pamiętasz rozmowę naszą, którą mieliśmy, idąc strzelać do Etoles d'Hubert? Teraz o to samo obawiać się należy.

Żegnaj i pamiętaj o mnie jeszcze!

Ucałuj Zamojskiego ode mnie!

9.Do Henryka Reeve'a

22 grudnia 1830 r., Rzym

Mój drogi!

18 grudnia. Poranek świta. Czy pamiętasz ostatni wiersz, któryś mi napisał? Tak, poranek świta, ale obecnie nie wiemy, czy tojest przedświt nowego życia, czy błysk, który się pojawia, gdy jakiemuś narodowi grozi niezwłoczna zagłada. Dręczą mię wielkie obawy. Gazety są pełne słów ciemnych. Bogu niech będą tysiączne dzięki! Zapewniano mnie, że ojciec mój uszedł niebezpieczeństwom 29 listopada i przesłał cesarzowi prośbę o dymisję. Lecz co będzie dalej? Czy umrzemy, czy też wzniesiemy się spośród narodów umarłych, staczających się do grobu Czasu, gdzie winy i błędy są napisem grobowym? Allah jest wielki, mówią niewierni, i to jest prawdą. Żadna siła ludzka, ni pomoc nic dla nas zrobić nie mogą w tej beznadziejnej sprawie, ale ten sam Bóg, który powiedział: „Niech się stanie światło” i pojawiło się światło, może powiedzieć teraz: „Niech będzie Polska” i stanie się Polska olbrzymią i wolną. Napisz mi natychmiast, co Zamoyski czynić zamierza. Jestem w największej niepewności. Odpisz mi bardzo prędko, bo każdy dzień może zmienić moje położenie i pchnąć mię na pola krwi i śmierci. Przypomnij sobie teraz naszą rozmowę, gdy, jadąc konno wkoło dworu w C., opowiadałem Ci bajkę, którą później opowiedziałem H. Teraz proroctwo się spełniło i losem moim jest, być może, spełnienie drugiej części przepowiedni, która brzmiała, że umrę. Masz słuszność, utrzymując, że jest związek w sprawach ludzkich, bo, gdy byłem nad brzegami błękitnego Lemanu, nawiedziło mnie natchnienie i przewidziałem, pełen bólu, osiem miesięcy wcześniej to, co teraz stać się musi.

20 grudnia. Jestem bardzo zadowolony z przyjazdu Leacha, który przybył tu dwa tygodnie temu, bo, jeśli nagle przyjdzie wyruszyć mi w drogę, dam mu coś dla H., coś, mówię, jako moją ostatnią wolę, moje ostatnie pożegnanie tej, którą najbardziej kochałem na ziemi i której może nigdy więcej nie zobaczę: bo, gdzie tysiące giną, szaleństwem byłoby sądzić, że uniknę śmierci, chyba, że Bóg dokona dla mnie cudu. Henryku drogi, możesz być pewien, że dobroci, którą mi okazywałeś, nigdy nie zapomnę i że otrzymasz wiadomości ode mnie za każdym razem, gdy będzie można Ci je przesłać. Ty jednak musisz w dalszym ciągu adresować listy do mnie do Rzymu, gdyż muszę tu pozostać, póki nie otrzymam pewnych instrukcyj od swego ojca. Przebacz, że piszę tak nędzną angielszczyzną, ale jestem teraz zaniepokojony i wzburzony gorączką mózgu i czoła, a wolę pisać raczej po angielsku, niż po francusku, chociaż list ten, posłany stąd do Genewy, nie zostanie otwarty, sądzę, i na pewno dojdzie do Twoich rąk. Powiedz Augustowi Z., że mu radzę poczekać czas krótki w Genewie, póki nie otrzyma listu od swego ojca, i że w każdym razie proszę go, by mi natychmiast napisał, co zamierza czynić. Gdybym mógł, pojechałbym do niego i z nim pozostał. W dodatku muszę Ci napisać, że jestem w dziwnem i trudnem położeniu. Za dużo na to składa się przyczyn, bym Ci je mógł w tym liście objaśnić, ale, jeśli pamiętasz naszą rozmowę na ten temat, zrozumiesz w zupełności piekielną sytuację, w której się znajduję. Wydaje mi się zawsze, że los, grożący śmiercią, zawisł nad moją głową, jak miecz Damoklesa. Niech Bóg da, żeby został usunięty albo żeby spadł prędko, oh, prędko, bo życie w męce, to początek piekła na ziemi. Widzisz, mój drogi, czem jestem: moja miłość jest nieszczęśliwa. Kochałem i kocham jeszcze, lecz ta, którą kocham, nigdy pierścienia mego nosić nie będzie. Należę do jednej z najznakomitszych rodzin mego kraju, a jednak rodacy moi mię nienawidzą. Dni sławy mego ojca przeszły, a teraz...

Ach, wszystko jest męką i bólem dla mnie: kocham kobietę — nie jest dla mnie; kocham moją ojczyznę — ona odpycha mię; kocham sławę — a sława jest ciemna i niepewna. Niczego na ziemi się już nie spodziewam, Bóg jest moją jedyną ucieczką. Ludzie mię opuścili, a ten który mię kocha, jest zbyt daleko, by dzielić moją rozpacz lub ukoić ją łzami. Henryku, drogi Henryku, jestem pewien, że słyszysz, jak Polacy w Genewie codziennie odsądzają mię od czci i wiary. Tylko w Mickiewiczu i Zamoyskim mam przyjaciół, inni są, jak szatani, na śladach swego łupu. O Boże, wielki Boże moich ojców, śpiących w swych grobach, broń i chroń mię przed nimi! Nie urodziłem się do znoszenia pychy bliźnich moich — na krzyż święty! — przypadło mi w udziale dość siły duszy i mocy serca, by ich raczej deptać, niż dać się deptać przez nich. Lecz któż zdoła walczyć z losem swoim? Próżno człowiek sądzi, że rzucony jest w świat samotnie. Tajemna konieczność kieruje jego wszystkiemi krokami; ten, kto pada, paść musi, temu, kto osiąga wielkość i sławę, tak przeznaczone było. Od kolebki do grobu szatan bez litości, nieustannie bądź powstrzymuje nas od niebezpieczeństw, bądź pcha nas na ich spotkanie. Lecz co ja piszę? Jestem szalony i pomieszany. Bóg jest wyłącznie dobrocią i łaską: jeden człowiek musi być poświęcony dla dobra narodu, dla dobra rodu ludzkiego. Ofiara chrześcijańska jest podstawą wszystkich wielkich wydarzeń na tym świecie z łez i z gliny. Bo czemże jest świat? Gliną, zmieszaną ze łzami, i niczem więcej. Ah, gdzież się podziały dni szczęśliwe dni, spędzone w ogrodzie nad brzegiem Lemanu, dni, spędzone w górach, noc, spędzona w Salauches pod niebem tak czystem, że niepodobieństwem było myśleć pod takiem niebem o kłamliwości ludzkiej! Wszystko przeszło, znikło, zbladło, a ja jeszcze żyję, jak statek rozbity, którego towarzysze zginęli, a on sam pozostał po przejściu burzy. Moje myśli, życzenia, nadzieje, jeśli mam jakieś nadzieje, dziwnie zmącone i zaciemnione zostały przez obecne nieszczęścia. Chyba zbyteczne Ci powtarzać, że trzy fale mojego życia zwróciły się teraz przeciwko mnie. Miłość moja: toczące się fale morza są między nami, ojczyzna niesprawiedliwe na mnie rzuciła przekleństwo, sława moja, gdzież ona? Na piasku lub falach pisana. Może umrę, jak Keats. I to samo epitafium: „Którego imię napisane było na wodzie”, napiszą i mnie. A mimo wszystko powtarzam, że urodziłem się, aby ojczyzny swej bronić, gdyż kocham ją namiętną miłością patrioty i łono moje płonie, gdy słyszę wymówione jej imię. Urodziłem się do miłości. Wiesz, jak kochałem. Urodziłem się do sławy, gdyż krew moja jest jak strumień lawy, a serce moje nie biło trwożnie nigdy, chyba, gdy czuło zbliżanie się istot wyższego rzędu. Ludzie nigdy nie wzbudzali strachu w mojej duszy, a ryk dział zawsze był muzyką w moich uszach. Henryku, jakaż być musi rozpacz moja, gdy widzę bieg życia swego przedwcześnie skończony, rękę swą powstrzymaną od miecza, imię swe hańbione i lżone wszędzie, tylko nie w mojej obecności, bo wiedzą dobrze, że gniewu mego lekceważyć nie można. Zginę tak samotny, opuszczony, wzgardzony, nieszczęśliwy! Znałem jedynie przebłyski miłości, imię mojej ojczyzny było tylko dźwiękiem, a sława słowem pustem. Gdyby okoliczności były inne, nigdy bym czegoś podobnego nie napisał.

Okropne musi być moje położenie, gdy takie słowa wychodzą spod mojego pióra. Nie umiem ani kłamać, ani udawać. Bądź tak dobry i pokaż ten list Zamoyskiemu; napisany jest dla Was obu. Poproś go w mojem imieniu, by mię, jak dawniej, kochał. Miłość niewielu ludzi, którzy mię znają, ostatni to, jaki mi pozostał, klejnot ze skarbu miłości, ojczyzny i sławy, skarbu, który zawsze w marzeniach mej młodości stał przy mnie, a który teraz usuwa się ode mnie w zdarzeniach okropnej i nieubłaganej rzeczywistości.

Twój wierny aż do śmierci

Z. K.

Ukłony dla Twojej Matki.

10. Do Henryka Reeve'a

22 stycznia 1831 r., Rzym

Drogi mój Henryku!

List Twój z dnia 11 stycznia 1831 r. dziś odebrałem. Podniósł on trochę mego upadłego ducha i wlał w moje serce kilka kropel balsamu przyjaźni, gdyż widzę, że jesteś jeszcze tem, czem być przyobiecałeś: moim przyjacielem. Trzy dni temu napisałem list do Ciebie, ale nie byłem przy zdrowych zmysłach. Gdy go odbierzesz, spal go i zapomnij, albo raczej schowaj go do jakiejś skrytki jako dowód, do jakich ostateczności dojść może dusza, umęczona bólem.

Chociaż uczucie dzikiej zemsty i myśli moje w tym względzie zupełnie się zmieniły, stanowisko moje pozostało to samo. Słowa, wyczytane przez Ciebie w „Galignani Messenger” są bądź sztuczką człowieka, żywiącego do mnie nienawiść, bądź radą przyjaciela. Nie mogąc wprost pisać do mnie, umieścił ją w dzienniku, by wskazać mi drogę, którą powinienem kroczyć. Ale, komukolwiek słowa te przypisać należy, nie mogę zaprzeczyć, że droga jest najbardziej dla mnie odpowiednia w obecnych okolicznościach. Jestem rzeczywiście jednym z najbogatszych młodzieńców w Polsce, członkiem jednej z najznakomitszych rodzin i walczyć za ojczyznę i zginąć jest jedynym sposobem postępowania, który mi przystoi. W nim jest sława i nadzieja zbawienia wiecznego, poza nim nie masz ani nadziei, ani honoru, ani zbawienia. Jednem słowem, nie ma nic, prócz hańby i przekleństwa. Czuję to głęboko, drogi mój Henryku, i cień smutku pada na moją duszę. Niech Bóg da, bym ja znikł jak najprędzej, bo chcę być tem, czem być powinienem, albo umrzeć bez pociechy. Grób mój nawet niegodny będzie westchnień mężów i łez niewieścich. Co moi przyjaciele, co ona, miłość moja, pomyśli o mnie? Przyjaciele gromkim głosem krzykną do mnie: „Jesteś tchórzem”, a ona zawoła: „Jesteś zdrajcą, bo, gdym pytała: Co stoi między nami, odpowiedziałeś: Ojczyzna moja, a teraz uciekasz z pola, śpisz snem głuchym między gruzami Rzymu, gdy nie czas już medytować nad ruinami, lecz gdy pora zbudować nad nimi gmach nowy, którego fundamentem będą głowy i członki ludzkie, a krew cementem”.

Co odpowiem? Nic, bo jedyną od tego ucieczką jest przebłysk szczęścia, albo wyniosłość, naśmiewająca się z potwarzy i oskarżenia.

Jestem przygwożdżony do Rzymu aż do chwili, gdy mój ojciec napisze mi, żebym przyjechał. Minister odmawia mi paszportów, nie mam zupełnie pieniędzy; jest fizyczną niemożliwością, bym się stąd ruszył. Ale nie tracę nadziei i modlę się do Boga. Modlę się, jedyna to moja ucieczka. Ojciec mój napisze mi wkrótce, żebym się udał do niego. Jest równie dobrym Polakiem, jak ktokolwiek w Polsce, i mężniejszy, niż ktokolwiek z nich. Tak, przyśle mi rozkaz powrotu, a wtedy pojadę.

Niemożliwem jest, by kto inny tak cierpiał, jak ja cierpię.

Nigdy nie opuszczam swego mieszkania, chyba tylko dla odwiedzenia Leach'a. Czytam, a raczej próbuję czytać w swoim samotnym pokoju. Moje oczy, bądź pełne łez, bądź wściekłością wysuszone, nie są w stanie śledzić za czarnemi literami na białym papierze. O, mój drogi Henryku, gdy wiosłowałem z Tobą po błękitnym Lemanie, gdy mówiłem o miłości, nadziei, o przyszłem szczęściu, nigdy nie przypuszczałem, że nadejdzie godzina, w której ujrzę sławę moją splamioną i honor mój stracony, i nie będę mógł zrobić najmniejszego wysiłku, by je odzyskać. Nigdy wówczas, gdy byłem szczęśliwy w miłości, gdy miałem częste przeczucia przyszłej chwały, nie przypuszczałem, że będę zmuszony śnić, gdy inni czuwają, pisać, gdy inni walczą, pić wino, gdy inni krew piją, pozostać w lochu podziemnym, gdy inni wznoszą się ku światłu i wolności. Kiedy opuściłem Genewę, przekleństwo niebios wygnało mię z Szwajcarii. Gdybym został w Genewie, połowa przeszkód, które mię powstrzymują teraz, niczem by dla mnie była. Miłosierny Boże, wejrzyj na mnie i spuść Swój pełen gniewu grom na głowę moją, nie w tak przygnębiający sposób jednak, lecz na polu bitwy, w bratnim szeregu, między grobami mych przodków, w mej własnej, drogiej ojczyźnie. Tam błagam o śmierć, gdy widzieć będę jasną zorzę wolności poprzez ciemne opary męki konania, krzycząc: „Bóg i śmierć wrogom!”. Co moi przyjaciele, co sama H. pomyśli o mnie? Henryku, Henryku, jestem zaprawdę nieszczęśliwy, nędzny i nieszczęśliwy. Los tak zły, jak mój, rzadko się zdarza na ziemi.

Lecz powiedziano, że człowiek nigdy nie powinien zwątpić w opiekę nieba, gdyż Pan jest nad nim: i może za kilka tygodni skończą się moje cierpienia. Wyobraź mnie sobie, gdy wsiadam na swego konia, gdy go spinam, by rzucić się naprzód w szeregi wrogów, gdy wracam okryty chwałą, albo padam nieznany, niezauważony przez nikogo, przebity tysiącem mieczy, ale zawsze wierny wspomnieniom swoich przyjaciół i przyjaciół swojej ukochanej. Harry, ja kocham, kocham ją jeszcze, moją H.!

Sprzeczne uczucia napełniają moją duszę i mogą mię doprowadzić do szaleństw mordercy i wołania, jak Hamlet w chwili, gdy będę pozbawiał innych życia: „Dukat za szczura!”. Odwiedziłeś mój samotny pokój, z którego tak często spoglądałem na słońce zachodzące, między szczytami gór jurajskich i na port w Ecluse. Tam widziałem ją po raz ostatni. Ach, wtedy wszystko było radością, nadzieją, pięknością! Było to w porze wiosennej i, gdy powóz jej wjeżdżał między góry, kwitnące drzewa pochylały nad nim swe gałęzie i roniły wokoło pachnącą rosę. Byłem wtedy szczęśliwy, choć smutny. Byłem szczęśliwy, że mogłem mówić z nią, że czytałem z jej bladawego czoła smutek, który czuła, opuszczając mnie, że spostrzegałem nagle w jej oczach spojrzenia, pełne miłości, błyskawice dla serca kochanka. Ach, był to dzień rozkoszny! Byłem wtedy tak młody! Teraz wydaje mi się, że jestem stary i że wiele lat przeszło od tej godziny miłości. Niech będzie błogosławiona i szczęśliwa! Niech życie, które jest dla mnie ciemnym i ciężkim zmrokiem, będzie dla niej dniem słonecznym! Niech tak będzie dla was, moi przyjaciele, którzy mię kochacie, i dla Ciebie, mój przyjacielu, mój Henryku, który mię tak bardzo kochasz! Zamoyski jest szlachetny i silny sercem. Niech Bóg mu da powodzenie! Jeśli go spotkam, o ile go spotkam, skłonię się przed nim. W tem, co piszę, a może być i w mojej duszy, dużo jest poetycznego uczucia, — on ma to uczucie w czynie. Przyślij mi, proszę Cię, trochę nowych wierszy.

Pisz do mnie w dalszym ciągu do Rzymu, lecz nie pod adresem Torlonii, ale poste restante. Teraz, gdy kończę ten list, nawiedziło mię nagle natchnienie, podobne potężnemu zaklęciu czarodziejskiemu, i zmusza mnie do powiedzenia Ci, drogi Henryku, że jestem jeszcze, jak niegdyś, śmiały i pełen namiętności. Życie moje nie jest skończone, siły moje nie rozpłynęły się we łzach lub westchnieniach, miłość do ojczyzny jeszcze ciągle płonie dumnie w mojem sercu. Miłość moja do niej jest jeszcze ta sama, co dawniej. Z takiemi uczuciami wejdę w szranki, zdobędę powodzenie i w końcu zyskam sobie imię lub stracę wszystko i nie powstanę więcej. Ale w niebie, gdzie rządzi Miłość i Wolność, spotkamy się wszyscy i łzy nasze na tym świecie wydadzą się wówczas zimną rosą wieczorną. Odpisz jak najprędzej!

Żegnaj! Twój do śmierci wierny

Zyg. Kras.

Najserdeczniejsze ukłony dla Twojej Matki.

Ukłony dla Revilliod. Leach dziękuje bardzo za pamięć. Patrz, jaka niepewność panuje w sprawach ludzkich! Gdy się żegnałem z Zamoyskim w Versoix, spodziewałem się, że go spotkam w Polsce, byłem tego pewien. A teraz może go nigdy więcej nie zobaczę. Może zginie, zanim przyjadę. Zwróć na to uwagę, Henryku, i skłoń się przed Panem, bo głupiec tylko ufa i spodziewa się na tym świecie. Jeśli napiszesz do Augusta, uściskaj go mocno ode mnie i powiedz mu, że nigdy nie wypadnie mi z pamięci.

11.Do Henryka Reeve'a

20 lutego, Florencja 1831

Twój ostatni list przybył do Rzymu w chwili, gdy wieczne miasto w dziwnem znajdowało się położeniu.

Od schodów Watykanu aż do rozsypujących się w proch ruin pałacu cezarów Strach i Oczekiwanie przechodziły, natrząsając się, między ludźmi. Przerwano wesoły karnawał. Nowo obrany papież usunął się do oddalonych komnat swego pałacu i w nich się zamknął. Żołnierze maszerowali tam i z powrotem. Obywatele, trupio bladzi, zamykali sklepy i wyglądali trwożliwie z wpółprzymkniętych okien. Wszyscy oczekiwali wypadków, tak pospolitych w naszym wieku, ale wypadki te nie następowały. Wiesz, że Włosi są spodleni i najzdolniejsi ze wszystkich narodów do odczuwania szlachetnego uczucia strachu. Stąd jasnem było, że chociaż wszędzie panował spokój, przedwcześnie obawiali się niebezpieczeństwa i zaczynali drżeć ze strachu przed rykiem burzy, mówiąc, że, co prawda burza jeszcze daleko od Rzymu, ale że zbliża się doń codziennie od strony Bolonii. W tych okolicznościach papież i kardynałowie nie umieli znaleźć innej drogi ratunku prócz podniecenia transtewerańczyków, najokrutniejszego ludu we Włoszech, i skłonienia ich do obrony swej sprawy. I transtewerańczycy, znęceni nadzieją mordu i rabunku przyrzekli, zakasawszy rękawy, bronić rządu swemi sztyletami. Wielkie i ogólne zamieszanie panowało wówczas w Rzymie, kiedyśmy usłyszeli, że transtewerańczycy wołali do przejeżdżającego w powozie papieża: „Nie bój się, ojcze święty, jesteśmy transtewerańczycy!”. Znajduję coś niezmiernie poetycznego w tych kilku słowach. Następnie Jakubowski, który nie jest skrojony na zbyt bohaterską miarę, przyszedł do mnie i prosił, żebyśmy wyjechali. Zrobiłem wszystko, co było w mej mocy, by pozostać w Rzymie, gdyż rodzina Ankwiczów, którą widziałeś w Genewie, bawiła tam wtedy, a ponieważ bardzo byli uprzejmi dla mnie, uważałem za tchórzostwo uciekać przed niebezpieczeństwem, pozostawiając biedne kobiety same i bez pomocy. Przez tydzień traktowałem z pogardą strach, prośby i próby wyjazdu Jakubowskiego i dokładałem starań, by pocieszać tę rodzinę, ale następnie Polacy z Królestwa Polskiego odebrali rozkaz opuszczenia Rzymu. Ponieważ wyszedł od ambasadora, nie było sposobu opierać się dłużej. Leach wyjechał na dwa dni przede mną. Pojechałem za nim w towarzystwie kilku Polaków, a teraz piszę we Florencji koło okna, wychodzącego na Arno. Kampania Rzymska pokryta jest rozbójnikami, a Rzym znajduje się w najstraszniejszem niebezpieczeństwie. Papież posiada moc ducha, jak mi mówiono, ale rząd jego jest bliski upadku. Armia Bolończyków zbliża się ku bramom Rzymu, znaczna część Rzymian połączy się z nimi. Taki jest obecny stan wielkiego miasta, a tam znajduje się Mickiewicz. Nie obawiam się o niego. Wielcy mężowie mają swoje gwiazdy na niebie. Nie wiem, co zrobię. Nie mam wiadomości ani od swego ojca, ani od swych przyjaciół w Polsce.

Przeciwności losu mego rozpoczęły się dla mnie w dwudziestym roku mego życia. Wczoraj skończyłem lat dziewiętnaście. Właśnie rok minął, gdy rozpocząłem u Fabure'a starać się o względy tej, która dużo cierpiała, bo wielkie miała nadzieje. Masz słuszność, Reeve, Twój ostatni list jest okrutny, przypomniałeś mi rzecz, ku wiecznemu memu wstydowi, prawdziwą. Ale patrz, jak Bóg karze; przez to właśnie, czem zgrzeszyłem, jestem upokorzony. Powiedziałem swej ukochanej kłamstwo, a gdy to kłamstwo moich ust stało się rzeczywistością ramion stu tysięcy ludzi, nie mogę dalej grać tej roli. Gdy nadeszła chwila odpokutowania za uwiedzenie, nie mogę go odkupić i kłamstwo całym ciężarem hańby spada na moje serce. Zawsze dzieje się jednako, tak z poszczególnymi ludźmi, jak i z narodem. To właśnie karze ich, czem grzeszyli. Lecz każda kara ma swój kres, a gdy przejdzie, znowu się jest sobą. Ale zdajesz się sądzić, że chcę oszukać Cię kłamliwemi słowy. Mylisz się, Reeve. Gdy pisałem do Ciebie, byłem jakby w malignie, w pomieszaniu zmysłów, trawiony gorączką, nieszczęśliwy, ze złamanem sercem. O Henryku, Henryku, przeklęty niech będzie dzień, który widział narodziny moje, a błogosławiony niech będzie dzień, który ujrzy śmierć moją.

Zobaczysz wkrótce Leacha w Genewie. Wyjeżdża stąd jutro. Od dwu miesięcy nie mam żadnych wiadomości od H. Wszystkie nieszczęścia naraz spadają na mnie.

Wiersze Twoje są ładne, ale znajduję, że nie mają dość mocy; czuć w nich wpływ Twojej apatii. Zbudź się, zbudź, młody poeto! Pozostaw innym senną obojętność, a Ty wróć do zapędów namiętności!

Nie pisz do mnie do Florencji. Nie wiem, ile dni tu zostanę, ale niedługo. Nie odpowiadaj mi, póki nie odbierzesz następnego listu ode mnie.

Poznałem z Twego ostatniego listu, że straciłem w oczach swego przyjaciela. Dzięki za Twoją szczerość. Lecz nie byłeś nigdy w mojem położeniu i nie możesz ocenić wpływu wypadków na mnie, trosk codziennych, braku nadziei i gwałtownych poruszeń mej duszy. Gdy ktoś czuje, że pasmo jego nieszczęść się rozpoczęło, musi wszystko znieść z rezygnacją, uzbroić się w czynną odwagę, by rzucić się na przeszkody, i w odwagę bierną, by znieść wszystkie męki, spodziewać się drwin od ludzi, wyrzutów od przyjaciół i obelg od rodu ludzkiego, który tak lubi miotać obelgi. Jednem słowem, trzeba opasać biodra i wymawiać co chwilę imię boże, bo ziemia wtedy mało tylko daje pociechy. Kto ją za cel uważa, jest zgubiony, padnie wcześniej lub później; ale, jeśli widzieć w niej jedynie środek, niebezpieczne przejście, które pięknie jest przejść zwycięsko, wtedy jeszcze można znaleźć pociechę i wieczność ukazuje się jak niebo błękitne nad rumowiskami tej doliny łez. Umysł mój stał się nieco ponury; pisuję jeszcze czasami, ale wówczas prawie zawsze są to wariacje na temat jakiejś starej legendy, której wątkiem jest walka człowieka z odwiecznym wrogiem rodzaju ludzkiego.

Zacząłem czytać biblię po angielsku. Wspaniałe! Manfred również stał się moim ulubieńcem. Gdy świat nas odrzuca, musimy szukać czegoś ponad nim, a ja zawsze kochałem świat duchów. Może kiedyś, gdy usłyszysz: „Umarł”, nie będziesz myślał o mnie tego, coś myślał, pisząc swój ostatni list do mnie. List ten wbił się w moje serce; mówiłeś sztyletami. Pozwoliłeś sobie na gorzkie drwiny z człowieka, który jest Twoim najlepszym przyjacielem. Nie kocham Cię za to mniej, drogi Henryku, ale wiesz, że nigdy nie ukrywam swych uczuć.

Jaki diabeł przyniósł C. tylu konkurentów? Jakiś Rosjanin, niechaj go piekło pochłonie, następnie coś z rodzaju bardzo, bardzo brzydkiego, ale dowcipnego, wreszcie Hubert, jak zawsze — a Ty patrzysz na to wszystko z zupełnym spokojem. Nie rozumiem, jak dusza Twoja z tego radować się może. Gdy się znów zobaczymy, pomówimy o tem długo.

Masz słuszność, wspomnienia są czemś rozkosznem. Nie wiem, co bym zrobił, gdybym nie miał wspomnień. Lecz, jeśli spleen mój dosięga szczytu, przenoszę się do swego ogrodu nad brzegiem Lemanu i jestem szczęśliwy, Henryku, bo jedyny to obraz, który mi łzy wyciska, a łzy, to niebiańskie szczęście! Sądzę, że aniołowie płaczą wiecznie z tkliwej miłości.

Przed opuszczeniem Rzymu byłem w ruinach pałacu cezarów i znalazłem tam kawałek starego, żółtego marmuru, z którego kazałem Ci zrobić sztylet.

Twojej matce moje uszanowanie. Jack, każe Ci się kłaniać. Żegnaj, żegnaj!

Twój do śmierci

Zyg. Kras.

Może zobaczymy się wkrótce.

12.Do Henryka Reeve'a

4 kwietnia 1831

Mój kochany Henryku!

Zdaje mi się, żeś jeszcze z Genewy nie wyjechał; lecz to nic nie szkodzi, zaczynam swój list, ponieważ już Cię nie zobaczę, zanim wsiądziesz do dyliżansu. A więc słuchaj! Przyłożyłem właśnie wizykatorię; leży na mej piersi łagodnie, jak włosy kochanki, jest w niej nawet coś miękkiego — lecz to tylko początek, wkrótce poznam, co znaczy ból. A pogoda jest tak wspaniała, niebo jest tak błękitne i ja nie będę mógł jeździć po jeziorze! Trzeba będzie w pokoju zostać i może nawet nie będę mógł dziś dojrzeć Szkieletu, Karlicy i Kuli i wpatrywać się w nie. Lecz na ten świat zostaliśmy rzuceni, by cierpieć, przechodzimy przezeń cierpiąc i jeśli coś nas z tą kulą ziemską wiąże, to właśnie cierpienie. Kocham ziemię tak, jakbym kochał cmentarz rozległy, na którym dokoła grobów rosną kwiaty i drzewa, na którym gdzieniegdzie stoją czarne krzyże wśród akacyj i topoli, na którym trawnik jest bardzo zielony, świeżość bardzo miła, a bardzo rozdzierające wspomnienia.

Oto dźwięk trąbki rozlega się na placu Molard. To przechodzą żołnierze. Łzy wściekłości zwilżają mi oczy. Czyż to na Molard powinienem słyszeć szarżę i oglądać blask bagnetów? Liściem jestem słabym i zmiętym, rozbiłem się niezbyt podniosłym wzlotem. Wiatr mnie uniósł, ruiny zatrzymały, a później znów uniosły wiatry. Raz kołysany w pajęczej sieci, to znów schwytany przez ciernie, zeschłem w słabem tchnieniu olbrzymiego huraganu, który dochodzi aż do mnie z bardzo daleka. Trąba powietrzna nie mogła mnie rozedrzeć, lecz zniszczył mnie wicher północny; a potem znasz przecież proszek żółty, lekki, lotny, który w jesieni wytwarzają liście skręcone i rozsypane. Zapisuję Ci się w darze, byś zrobił ze mnie proszek do listu. Jeśli kiedyś w myśli napiszesz imię Henriety, weź ten proszek, by je wysuszyć. Bredzę, przyjacielu. Lecz dozwolonem jest, by bredził ten, który na tym świecie nic nie zrobił. Jakżesz nędznym musi być los człowieka, który, otoczony pożarami, wojnami, morderstwami i rewolucjami, nic nie zrobił! Jestem dotychczas na oceanie marynarzem, który od chwili opuszczenia portu napotyka tylko zgubną ciszę i na sążeń nie posunął się naprzód. „Szczęśliwy, powiedzą ludzie, nie naraża się na niebezpieczeństwo, jak ci, co burzy stawiają czoło”. Tak, lecz czyż w oczach Twoich nie ma znaczenia ta apatia, która w odrętwienie wprawia mózg i pustoszy serce, jakby była rozpaczą? Czyż nie mają znaczenia dla Ciebie palące promienie, które padają prosto na głowę i spalają łono, jednostajność, która otacza go, jak ohydne skręty uśpionego węża, niecierpliwość, którą musi wtłoczyć z powrotem w swą duszę? Daj jej jakieś ujście, a posłuży mu za skrzydła do wzlotu, lecz w nim skuta jest już ołowiem, wiecznym na sercu ołowiem. A białe żagle, opadające bezwładnie, i liny, opuszczające się dokoła niego! A ogromny kadłub okrętu, nieruchomy, ciężki, nie kołyszący się, zawsze stojący na kotwicy, zawsze, zarówno w nocy, jak i we dnie, tak wczoraj, jak i jutro! Daj mu chmury, by je wyzywał, i błyskawice, by je podziwiał, i piorun, by z nim walczył, a wtedy kołysać się będzie, radosny, jak dziecię, na rozhukanych wodach!!

Moja wizykatoria staje się z każdą chwilą bardziej drażniącą, posuwa impertynencję aż do utrudniania mi oddechu. Lecz piszmy dalej!

Już nie wiem, co Ci napisać więcej. Tu koniec mego natchnienia. Więc będę, jak zwykle, trochę o Niej pisał. Lecz cóż powiedzieć znowu? Spróbujmy!... Jedynym moim celem jest dać nowy obraz. A zresztą czuję potrzebę pisania jej imienia. — Henrieto, Henrieto, Henrieto, Henrieto! Czy pamiętasz dziewczynę młodą, żywą, ładną, lekką w tańcu i gonitwie, szybką w swych odpowiedziach, niecierpliwą w żądaniach, ozdobę salonu w dzień balu, zawadę w dzień wistowego wieczoru, świeżą jak kwiecień, z wiecznym uśmiechem na ustach, z radością w oczach, szydzącą ze śmiesznostek, nie przebaczającą nikomu, że się urodził w 17..., a jednak zarazem jakżeż dobrą, uprzejmą, słodką i pełną godności, gdy tego zachodziła potrzeba? Czyż ją pamiętasz? Widzieliśmy ją obaj na wiosnę. Stałeś, gdy przechodziła, ja zaś padłem na kolana i zatrzymałem ją w swawolnym biegu. Goniła zapewne motyla, a spotkała węża. Rozwijałem przed nią skręty swej imaginacji, o błyszczących łuskach, pełzałem u jej kolan, lecz żądłem dosięgłem jej serca i jad mój zatruł uśmiech na jej ustach. Spadł z jej warg, jak płatek róży, nakłuty przez owad. I od tego czasu już się nigdy nie uśmiecha. Czy znasz tę smutną dziewczynę, która w domu swego ojca z przygnębieniem odpowiada na pytanie, nie zapytuje o nic, najzupełniej pozbawiona ciekawości, zaniedbana w stroju, stara się zapomnieć o wdzięku swej młodości, unika spojrzeń, zmienia ciągle przedmiot rozmowy i nigdy nie może znaleźć tego, który by jej odpowiadał — kocha muzykę, a gra rzadko, kocha kwiaty, a kwiatów nigdy nie zbiera. Jedzie stępa na koniu, potem nagle puszcza się pędem, by tak samo nagle się zatrzymać. Czytuje wiersze, częściej płacze, niż mówi, niż czyta, niż śpiewa, jak gdyby każda z jej myśli, zamiast w muzyce, w czynach i słowach się wyrażać, roztapiała się we łzach. Modli się do Boga z goryczą w sercu i obawia się zarazem, by jej modlitwy nie zostały wysłuchane. Roztargniona ponad wszelką miarę, patrząc na morze, mówi o łąkach, haftując kwiat, myśli o grobie, podaje ramię swemu bratu i mówi do niego, jak do obcego. Może u boku obcego mówiłaby do niego, jak do brata. Czy znasz tę dziewczynę? Widząc ją, nie powiedziałbyś nigdy, że była niegdyś bez obaw, bez kłopotów, jak ptak niebieski, bez troski, bez wyrzutów sumienia, jak nowo narodzone dziecię, i świeża, jak źródło na lodowcach, i szczęśliwa, jak poeta w chwilach natchnienia. Rzekłbyś, że nieszczęście szło za nią od kołyski. Wśród łez się zrodziła, w dzieciństwie już same przeżywała troski, w młodości nic prócz cierpień nie zaznała. Nie miała nigdy przyjaciół, by ją pocieszali, nigdy kochanka, który by jej ręką niebo z dołu wskazał. Była kwiatem, zeschłym przed rozkwitem, a zasłona, która zakrywała przed nią rozkosze świata, nie jest jeszcze rozerwana.

A więc nie! Była piękna, kochana, ubóstwiana, miała chwile, w których czuła, co to porywy namiętności, miała rzeczywistość szczęścia, a po niej płomienne marzenia. Słyszała z niejednych ust pochwały. Czuła się królową na ziemi.

I dlaczegoż nie jest już tem, czem była w swych najpiękniejszych dniach? Zbyt łatwo uwierzyła i została oszukaną.

Nic mi nie pozostaje innego, jak tylko imię swe pod tem podpisać. Pisałem list ten tylko dlatego, by Ci pokazać w Brigue, że myślę o Tobie w Genewie. Wracaj prędko! Wypada mi z ręki pióro. Zaczynam okropnie cierpieć. Ukłony dla Aleksandra i Alojzego Lombardów. Bądź zdrów, kochany!

Pali mnie; zaprawdę, to rozżarzony węgiel!

Zyg. Krasiński.

13.Do ojca

1831. Genewa, 14 maja

Kochany Ojcze!

14 maja odebrałem w Genewie list kochanego Papy i oblałem go mojemi łzami — w niepewności dotąd czekałem co dzień na wiadomości od Niego i, co dzień omylony w nadziei, smutniałem bardziej.

Dzięki Bogu, żem wyszedł z tego stanu niepewności. Pyta mnie się Kochany Papa, com robił od 16 decembra. Ten czas przeszedł mi na ciągłej gorączce, na ciągłem oczekiwaniu, na ciągłych boleściach wszelkiego rodzaju.

Rzym, Florencja, Genewa, Mediolan przeszły mi przed oczyma, jak kartki książki, którą się czyta, nie myśląc o niej. Myślałem wciąż o drogiej Polsce i o drogim Ojcu. 25 marca przyjechałem z p. Jakubowskim do Genewy i odtąd tu przebywam, czekając zawsze na listy od Papy.

Teraz, kiedy ten list nadszedł, kiedy w nim czytam wyrażoną wolę Papy, będę prosił o posłuchanie, o uwagę, o pobłażanie synowi, o miłosierdzie, miłość i błogosławieństwo.

Nie może wątpić Kochany Papa, że Go kocham więcej od wszystkich ludzi, żem gotów dla Niego poświęcić wszystkie związki, czego Mu dowód dałem przeszłego roku — ale też nie wątpi mój ojciec, żem jest jego synem, wnukiem biskupa Adama i Polakiem. Pisałem w liście do Królewca do Papy, że nienawidzę ludzi, którzy przeciw Niemu powstali w Warszawie, alem pisał zarazem, że kocham Polskę i że, kiedy Jej sprawa narodową się stanie, nic mnie wstrzymać nie zdoła.

To samo powtarzam dzisiaj.

Nasz wiek jest wiekiem poświęceń i pokuty.

Ofiarę z siebie uczynić jest obowiązkiem świętym, od Boga nakazanym. Odpadły z moich oczu wszystkie złudzenia młodości — nadzieje dni świetnych ziemskiego szczęścia. Nigdy szczęśliwym się nie czułem, od kiedy zapamiętam, że żyję — nie byłem szczęśliwym w kochaniu, w tem, co szczęście młodości dla innych do najwyższego stopnia podnosi, i nadal też sobie żadnego szczęścia nie wróżę, nie rokuję. Wiem również, że chwała, wyżebrana u ludzi, kończy się na krzykach kilku, a potem na niczem. Dawniej marzyłem o niej, teraz już jej sobie nie obiecuję; ale tkwi mi w głębi duszy, żem powinien dokonać świętego obowiązku, od którego nikt na ziemi uwolnić mnie nie może. Są takie obowiązki na świecie, które jedne tylko środkują między stworzeniem a Stwórcą, nie przypuszczając między nich trzeciej osoby. Takim obowiązkiem jest służenie Ojczyźnie.

Drogi Papa mi pisze, bym podróżował, uczył się, kształcił i bywał po towarzystwach. Trudno by to przyszło mi do wykonania w stanie, w którym jestem. Cierpienia wjadły się głęboko w moje serce; nieprzerwaną mam gorączkę; czasem czuję, że mi się mózg przewraca; dni moich i nocy nikomu nie życzę. Czytać, pisać mi nie sposób; ledwo dokończyć mogę zaczętej rozmowy.

A potem, podróżować, włóczyć się między cudzoziemców, kiedy w tamtej stronie Europy mój ojciec nieszczęściami przywalony — moja babka w smutku lat ostatka dociąga — a moi rodacy walczą, by zginąć lub zwyciężyć — jest rzeczą nie tylko niepodobną do uskutecznienia, ale wywołującą co chwila rumieniec wstydu na moje lica.

I któż ze mną zechce pomówić? Kto rękę ścisnąć? Kto się zapoznać, kiedy się dowie, żem Polak, podróżujący dla zabawy i nauki w czasie, kiedy Polacy co dzień giną w Polsce! Takiego stanu znieść nie mogę. Cząstkami umieram co dzień. Przez Boga! Lepiej by było od razu umrzeć i nie męczyć się tyle!

Ale to są przyczyny mniej więcej egoistyczne — bo można zrobić ofiarę z siebie i wstyd znosić przez poświęcenie. Takiej ofiary podjąć się jestem gotów, choć wiem, co by z niej po kilku miesiącach wynikło: śmierć lub szaleństwo. Lecz nie o to idzie. Wracam teraz do tego, com wzwyż powiedział, do obowiązku świętego, który góruje nad wszystkiemi inszemi i który mnie woła do Polski, między szeregi moich braci.

Teraz nadchodzi dla mnie uroczysta chwila. Zmuszony jestem powiedzieć ojcu, którego kocham i kochałem zawsze nade wszystko, że pójdę przeciw jego woli, że będę się starał do Polski wrócić, że to jedynym od dzisiaj staje się celem wszystkich moich myśli i działań.

Ojcze drogi! Niechaj Bóg mnie sądzi, a Ty nie odmów mi swojego błogosławieństwa!

Pan Jakubowski, któremu to oświadczyłem, powiedział mi, że wszystkiemi sposobami będzie starał się mnie zatrzymać. Szanuję go tem bardziej, bo pełni swój obowiązek — muszę więc wejść w walkę z człowiekiem, który od dwóch lat daje mi dowody przywiązania. Los mój pełen jest goryczy, ale w Bogu ufam; On omylić nie może, bo ma całą wieczność za wydział swej sprawiedliwości.

W tych dniach będę się starał dostać do Paryża, a stamtąd jak najprędzej do Warszawy. Z każdego miejsca, z którego będę mógł, będę pisał do Papy.

Stało się! Czuję jeszcze na twarzy łzy Ojca, żegnającego mnie w Błoniu, serce moje rozdarte ze wszech stron — gdzie się tylko obejrzę, widzę przyszłość czarną.

Jakże mam ten list zakończyć? Cóż mam powiedzieć dalej? Dziwno, że mi pióro nie wypada z ręki!

Na kolanach błagam, wspominając obraz matki mojej, której śmierć po dziesiąty raz obchodziłem miesiąc temu w Genewie, błagam mego Ojca o przebaczenie i błogosławieństwo. — Cierpienia, które sprawię jeszcze, odbiją się w mojej duszy — już ich ciężar dźwigam na sumieniu.

Źle mi jest, o, źle! Kiedy wspominam na Ojca, drżę cały i cofam się przed przedsięwzięciem.

Ale kiedy Polska mi na myśli staje, znowu sił mi przybywa, znowu przypominam sobie, że dzieckiem nieraz przysięgałem przed drogim Papą, że ją zawsze, zawsze kochać będę.

Dotrzymam przysięgi. Błagam o przebaczenie i błogosławieństwo — Bóg w nieskończonem miłosierdziu dozwoli, bym kiedyś to błogosławieństwo u stóp Ojca odebrał.

Ojcze drogi, nie odwróć lica od syna! Wierzę mocno, że robię to, com powinien. Przebacz mi! Ten, co na krzyżu umierał, w chwili zgonu przebaczył mordercom. Proszę o przebaczenie i błogosławieństwo, a niech wielki cień biskupa Adama nade mną skrzydła swej opieki rozciągnie!

Zygmunt Krasiński.

15 maja. Pan Jakubowski zamknął mi wszystkie drogi do wyjazdu...

14.Do Henryka Reeve'a

Genewa, 20 maja 1830

18 maja. Wróciłem pieszo z Saint-Cergues. Zmordowany, rozbity ze zmęczenia, poszedłem do swego pokoju. Widziałem się z Mickiewiczem i Jakubowskim. Zjadłem obiad, piłem. Byłem podniecony, miałem trochę gorączki, rzuciłem się na łóżko, — to mi dobrze zrobiło; wyciągnąłem się z rozkoszą zmęczenia i zapadłem w głęboki sen. Przed mojemi oczyma przesunęły się wasze twarze, Twoja i Henriety. — Sny miałem mętne, przerywane, bez łączności, a jednak z sobą powiązane. Obudziwszy się, byłem jeszcze na wpół pogrążony w sennem marzeniu i powiedziałem sobie: Oto Reeve stąpa całym swoim ciężarem po mojem sercu. „Henrieto, Henryku, gdzie jesteście? — zawołałem. Gdzież są ci wszyscy, których kochałem?” Od 13 kwietnia zeszłego roku, żadne rozstanie tyle mię nie kosztowało. Ujście Rodanu — potem Saint-Cergues. Oddałem Twoje bileciki.

Zamoyski zabił własną ręką trzech kozaków, którzy chcieli wziąć do niewoli jego pułkownika, i natychmiast został mianowany oficerem. Niech go Bóg błogosławi! Gdy byłem z nim razem, nieraz jednak myślałem, że, jeśli przyjdzie nam imię sobie zdobywać, to ja pierwszy je zdobędę. Myliłem się. Bóg ukarał moją zarozumiałość. Klustine ma się bardzo źle. Dyliżans przeszedł mu przez nogę. Jutro mają mu odjąć wielki palec, już objęty przez gangrenę. Biedny chłopiec! Chciałem dziś jeszcze pisać do Ciebie, by być w jak najściślejszej z Tobą łączności, choć nie jesteś już przy mnie. Dobrej nocy! Padam z senności i znużenia.

19 maja. Wstałem dziś rano jak człowiek, który wstał, by rozpocząć dzień pełen goryczy. Brak mi Ciebie, brak mi Ciebie w całej dobroci Twego serca i w całej rozległości Twego umysłu. I do kogóż teraz pójdę, by ufnie troski swoje powierzyć? Komuż będę mówił o nieśmiertelności, o Bogu, o wieczności? W obydwie ręce ujmę wyrywającą się duszę moją i wtłoczę ją z powrotem, aż do głębi mej piersi. I czem są dla mnie te istoty, przesuwające się przede mną tam i z powrotem? Zaprawdę, gdy się rozejrzę, nie widzę poza Ladarsami nikogo, z kim by mówić można. Oni wiedzą przynajmniej dokładnie, co to barka i żagle. Lecz, wiesz, dziwne mam przeczucie, że Henrieta przyjedzie. Nie wiem, skąd ono przyszło, by siąść na mem sercu, jak ptak obietnicy, lecz mam je i już mię nie opuszcza. A więc będę je żywić, podsycać, powiększać całą mocą mej wyobraźni, bo to jednak jest jeszcze coś: marzyć, okłamywać samego siebie i stopniowo powoli dochodzić do obłędu. Gdy się rozstawałem z H., miałem oparcie w sile mej namiętności. Przedmiot, który nadał pęd mej duszy, znikał w rzeczywistości, lecz pęd był silny i dusza moja drgała od odurzenia, skoro i dziś drga jeszcze. Zresztą było to we wiośnie mego życia. Dostrzegałem wprawdzie w oddali chmury, ich kształty przepowiadały mi wojnę, kłopoty, walkę, zarazę i nieszczęście. Lecz dostrzec nie mogłem tej chmury, która nagle z fałdów burzy się wyłoniła. Jest czarną i siną, jak ów obłok w Farysie, postępuje naprzód wolno, ale pewnie, rozsyła dokoła daleko idące białawe siatki, któremi obejmuje niebo, szerokie pasy mgły zstępują z jej brzegów ku ziemi, nie oślepia mocą błyskawic, uderzeniem jasnego piorunu nie miażdży; zdaje się spać, a jednak posuwa się naprzód, niema, ciężka, ohydna, by zadławić i zadusić — i zadusi. To jest chmura wstydu. Rok już minął, gdy, rozłączając się z H., nie myślałem o tem wcale, i oto dlaczego, tracąc Tę, którą ubóstwiałem, nie traciłem wcale mych sił. Lecz dziś odjazd Twój zupełnie mię przygnębił, gdyż zostawiłeś mnie nie tak, jak ona, w pełni zapału, lecz w rozpaczy, nie potężnego nadzieją, złudzeniami i chwałą, lecz słabego, walczącego jeszcze trochę, jak człowiek, już wpół utopiony, bez pociechy, bez nadziei, samotnego w „spelunce ludzi przyzwoitych”, samotnego wśród wszystkich, przez samego siebie opuszczonego, gdyż już nie chcę zadawać sobie trudu, by się podnieść. Cóż za wiek! Cóż za świat! I jakżeż nędzną istotą jest ten, który te słowa do Ciebie pisze! Twój odjazd, Henryku, dobił mię. Oby stał się dla Ciebie początkiem olśniewającej przyszłości! Mam nadzieję, że któregoś dnia, chwałą okryty, nie zapomnisz jednak o tym, który, zgięty pod ciężarem wstydu, pozostał w cieniu.

19 maja wieczorem. Wróciłem właśnie z jeziora. Zdarzyło mi się coś dziwnego. Przejeżdżałem Eaux-Vives, koło Paquis, żeby odprowadzić Mickiewicza do Klustine'a, popchnąłem łódź nieco dalej, ażeby zobaczyć „altanę mojej ukochanej”. Okropna burza szła spoza Salève. Myślałem, że zdążę wrócić do Eaux-Vives, gdyż pomruki grzmotów były dalekie, lecz omyliłem się. Na środku jeziora zaskoczyła mię burza. Z szybkością tak wielką, do jakiej tylko byłem zdolny, dotarłem prosto do drugiego brzegu i zawinąłem do małej przystani, bardzo smutnej i bardzo czarnej. Nie przypominam sobie wcale, bym ją widział kiedyś przedtem. Wyskoczyłem na brzeg i schroniłem się do pewnego rodzaju budynku, opustoszałego, z otwartemi drzwiami. Grzmiało straszliwie. Schwycił mię strach paniczny, jaki napada mię czasem, chociaż nie jestem z natury tchórzem. Wyobraź sobie, że, patrząc na jezioro, tak ponure tam, gdzie się znajdowałem, przypomniałem sobie sen, o którym Ci mówiłem. Było to prawie to samo miejsce, te same chmury tam, naprzeciw, ten sam wygląd jeziora, ten sam grzmot, te same coraz bardziej zbliżające się błyskawice. Niewypowiedziany lęk schwycił mię za serce i ukląkłem, by wzywać Boga. Przepędziłem pół godziny, oczekując, że zginę od ognia niebieskiego. Co chwila na myśl mi przychodził przeklęty sen. Dziwne, że taki był przypadkowy zbieg snu z miejscem, w którem się znajdowałem, z kształtem chmur i burzą. W końcu, jak widzisz, nie zostałem starty w proch, choć przykre przeżyłem chwile. Jak dziwne bywają stany duszy! Teraz jestem w swoim pokoju, bardzo osłabiony, pot zimny spływa po mem czole. Burza przeszła, wrażenie zostało w duszy. A jednak, mój drogi, ja wcale nie jestem tchórzem.

20 maja. Widziałem Aleksandra Lombarda, który mi powiedział, że postara się zrobić dla Ciebie portret C. i przysłać Ci go, skoro tylko będzie miał czas na to. Rozmówiłem się z nim w sprawie włosów; powiedział mi, że to będzie trudne, lecz pomyśli o tem. Aleksander jest naprawdę dobrym chłopcem. Gdy się go bliżej zna, widzi się, że ma duszę, że dusza ta, chcąc się wydostać, dławi go, lecz że jest zrobiona z materiału, który drapie go w gardle i płucach, gdy rozwija tam swe fałdy.

Mickiewicz jedzie jutro do Paryża. Zobaczysz go tam z pewnością. Uczyń mi tę przyjemność i, jeśli możesz, pomów z nim trochę o mnie. Ciekaw jestem, co powie. Głęboko pogrążony jestem w spleenie, nie mogę pisać, natchnienia mi brak, nadziei brak, życia brak. Być pewnego rodzaju trupem, jedzącym, pijącym, śpiącym, jakież to piękne! Cholera-morbus czyni spustoszenia w Warszawie. Prawdopodobnie nie ujrzę już tych, których tam zostawiłem. Sam zostanę na ziemi. Jakże pociągająca perspektywa! Lecz musimy się poddać losowi i błogosławić imię Boże.

Od powrotu nie widziałem Bineta. W Chateaubriandzie znalazłem rzecz doskonałą. Mówi on, że ludzie, których Bóg posyła, by ród ludzki pokarać, niewielkie tylko napotykają zapory i że w czasach, w których się ukazują, ludy i królowie są rażeni głupotą i nie ma ludzi genialnych, by stanęli im na drodze i dali opór ich pustoszeniu; oni zaś sami mało mają talentu, lecz wszystko im służy, nawet ich błędy i zbrodnie. Przeciwnie, wielki mąż, którego Bóg zsyła dla zbawienia ludzkości, jest zawsze wielkim geniuszem, lecz środki jego są słabe, zasoby żadne. Na każdym kroku napotyka okropne zapory. Walka jego jest długa, trudna i pełna poświęcenia. Oto są oznaki, przez które zbawca różni się od bicza bożego. Myśl tę cała historia potwierdza, i jest ona bardzo piękna. Lecz wicehrabia nie wyciąga z niej następującego wniosku: mianowicie, należy do porządku tego świata, że każdy człowiek, którego misją jest zbawiać i naprawiać, powtarza sobą męki i poświęcenia swego pierwowzoru, Zbawcy, który umarł na krzyżu, bo na tej ziemi nie ma nic wielkiego, pięknego, dobrego bez chrześcijańskiego poświęcenia, bez bólów i cierpień. Kto chce bronić narodu uciśnionego, powinien z góry sobie powiedzieć: „Weźmy żałobną szatę, krwią moją będzie splamiona, a gdy zmęczony siądę na drodze swojej, by odpocząć chwilkę, jedyną ochłodą będzie mi czara goryczy”.

Mam nadzieję, że matka Twoja ma się dobrze i nie jest zbyt zmęczona podróżą. Bądź tak dobry i wyraź jej moje jak najszczersze uszanowanie.

A więc, Henryku, jestem sam, sam, sam, sam, sam, sam w Genewie! Można być zupełnie samotnym wśród ludzi, sunąć poprzez ulice ku jezioru, płynąć w łódce przez kilka godzin dziennie, potem wracać tą samą drogą do swego pokoju o purpurowych firankach. Tam palić pod wieczór przy blasku dwóch świec, męczyć się, jak w lochu, i, jak więzień, ręce mieć związane, chudnąć po trochu, jedząc jednakowoż ciastka od du Tilleula — jedyną to pociechą w tem życiu — podziwiać wszystkich ludzi, przechodzących przez Molard, ponieważ są wyższego wzrostu, zazdrościć losu księciu Hohenlohe-Oehringen, lordowi Eglinton, rozmawiać niekiedy ze starym, nie mniej jednak energicznym Jackym, liczyć z lękiem ostatnie tchnienia poezji, zamierającej w łonie, rozprawiać czasem z pannami Revilliod o prawach i przeznaczeniu rodu ludzkiego, kłaniać się, przechodząc, p. Vistaz i brać lekcje dobrego tonu w jego sklepie, skakać w Paquis przez mur, najeżony potłuczonemi butelkami, mówić tonem wyższości z Izaakiem, synem Antoniego, otrzymywać na wieczory zaproszenia, któremi się ozdabia swoje lustro, pisać głupstwa, marzyć o szaleństwach i poddawać się miłej niepewności, czy skończę karierę swą szaleństwem, czy też zgłupieniem, to znaczy, czy stanę się zbiegiem z Bedlam, z błędnym wzrokiem, z pianą na ustach, ze zbolałem łonem i z myślami, zderzającemi się boleśnie w głowie, jak w furii, czy też nieszkodliwym obywatelem kawiarń i oberż, palącym spokojnie fajkę, podziwiającym kółka, które tworzy dym koło fajki, czytającym to tu, to tam anons o zapasach gimnastycznych, afisz teatralny, odezwę i pijącym lemoniadę w filiżankach od ponczu, schodzącym krok za krokiem do trumny sosnowej, ładnie polakierowanej i mocno zabitej, świeżej pierwszego dnia, zbrukanej gliną nazajutrz, zgniłej po sześciu tygodniach i stającej się prochem lotnym a cuchnącym po trzech miesiącach itd., itd.

Żegnaj, kocham Cię bardzo. Kochaj mię zawsze i pisuj do mnie!

Zygm. Kr.

Nic od H.! To męka, tortura! Choć udaję błazna, mam jeszcze serce, i serce to miłością ku niej płonie.

15.Do Henryka Reeve'a

Genewa, 26 maja 1831

Właśnie odebrałem Twój list i odpowiadam Ci natychmiast, ażeby Cię jeszcze złapać w Paryżu przed 31-ym. Dziękuję Ci bardzo, mój kochany, za Twoje wiersze. Jedyny zarzut, który im czynię, to ten, że pobudziły mię do płaczu i że czuję jeszcze łzy w oczach, przez nie wyciśnięte. To ostatnie porównanie do króla w Izraelu jest doskonałe. Lecz to czyni mię może stronnym sędzią, że je czuję tak głęboko, jak gdybym je sam napisał. Dzięki za nie! Może kiedyś będę powtarzał te wiersze, będę się ich uczył na pamięć i wtedy powiedzą: „Jest to wytwór wyobraźni poetyckiej”. Prawdziwe nieszczęście i rzeczywistość uważać będą za marzenie. Kochany, cierpienia moje przekazuję Twej poezji. Ale co dziwne: wtedy, gdy pisałeś ten utwór, wtedy, gdy Ty, jako poeta, obejmowałeś tysiąc myśli i uczuć w kilku wierszach, ja, niezdolny do władania rytmem, układałem coś na ten sam temat w prozie, czego dotąd nie skończyłem. Nic dziwnego, żeśmy na ten sam temat pisali, lecz dziwne, że to samo zabarwienie, które panuje w Twoim ułamku, przenika również w całości mój utwór. Osądzisz sam. Jest to krótkie opowiadanie. Działanie rozpoczyna się w porcie Villeneuve. Opis statku parowego „Winkelried”, który gotuje się do odjazdu. Opis kapitana Romura, jego atletycznego i szczerego wyglądu, jego dziwnego ubioru, szorstkiego obejścia i twardego głosu. Potem przybywają podróżni w barkach i następuje odjazd. Zaledwie statek wyruszył, spostrzeżono zbliżającą się lekką barkę, a w niej cudzoziemca, który, spóźniwszy się, przynagla ludzi u wioseł. Kapitan nie chce się zatrzymać, gdyż ma rozkaz wyruszenia punkt o dziewiątej; ani sekundy później, ani sekundy wcześniej. Barka jest o 30 kroków od „Winkelrieda”, który się oddala. Cudzoziemiec wskakuje na tył barki, wyrywa kotwicę i rozwikławszy ją z pierścieni łańcucha, długiego na kilkadziesiąt łokci, rzuca ją z siłą na sznury, łączące łódź ratunkową „Winkelrieda” z jego tylnym pokładem. Kotwica spada między liny, zahacza się o nie, w ten sposób cudzoziemiec zbliża się do statku. Kapitan wydaje rozkaz zatrzymania się. Cudzoziemiec wskakuje na statek i przedstawia swój paszport kapitanowi. Na to Romur tytułuje go milordem. Wszystko to jest przeplatane widokami jeziora, pagórków Montreux, skał la Meillerie. Potem następuje opis cudzoziemca: wysoki, blady, oczy niebieskie, niedbały w obejściu, kładzie się na ławie, medytuje, ziewa. Upał się wzmaga, pasażerowie schodzą do salonów. Romur przychodzi, paląc, obejrzeć cudzoziemca, który się obraca i zapytuje go: „Jak głęboko zanurza się »Winkelried«”? „Na 16 i pół, milordzie”. — „A więc rozedrze się on szeroko o kamień w Saint Gingolphe” mówi młodzieniec z uśmiechem, pełnym zimnej krwi i ironii. Romur chwyta się za głowę, pędzi do steru, zmienia kierunek okrętu, przepływając w odległości dwóch stóp od rafy skalnej. Jego zdziwienie z tego powodu, że młody lord tak dobrze zna jezioro. Henryk Gram (lord) porzuca swoją niedbałą pozę i, rzucając spojrzenie wspomnień na brzegi i na góry, rozpoczyna rozmowę z Romurem i zapytuje go o nowiny z Genewy. Powoli Romur poznaje dawnego znajomego młodzieńca, który przepędził pierwsze lata swej młodości w Genewie. Z Genewy wyjechał pod innem nazwiskiem, zdaje się Henryka Burnley'a, później został lordem Gram wskutek śmierci dalekiego krewnego. Charakter młodzieńca jest ten sam, co w „Willi lorda Byrona” — jednem słowem, to Ty. — Potem wypytuje Romura o wiadomości, dotyczące przyjaciela, którego nazwisko mówi mu cicho do ucha, gdyż na pokładzie pełno pasażerów, dokoła pełno ciekawych. Jedzie do Genewy, by go ujrzeć znowu. Następują wspomnienia przyjaźni, młodości. Romur mu opowiada, że ten przyjaciel jest w Genewie, lecz oszalał. Następuje opis jego szaleństwa, cała rozmowa o tem w kabinie Romura; na sznurze fuzje, obcęgi, narzędzia, torby, pistolety, topory, młoty itd. Potem Lozanna przerywa rozmowę. Potem nastąpi burza: barka żaglowa tonie między Jeantoux i la Savoie. Lord Gram ocala człowieka, który był w barce: to jego przyjaciel, który przybył prawie zemdlony do portu w Molard. Ten przyjaciel wyrwie się z jego objęć, by uciec. Poszukiwania, uczynione wspólnie z kapitanem, z początku bezowocne. Spotkanie, rozmowa, obłęd, wstyd, ojczyzna, różne sytuacje, stany duszy często zmienne, potem akcja się rozwija, w końcu szaleniec popadnie w stan apatycznego spokoju, powróci do przytomności, by zobaczyć, że jest w przepaści i że z jej głębi powinien zwrócić swe spojrzenie tylko ku niebu. — W jesienny wieczór powóz wyjeżdża z bramy Rive. Lord Gram jest w nim ze swoim przyjacielem. Powóz potoczy się w kierunku Alp Walijskich. Potem nieszczęsny szaleniec zostaje księdzem w klasztorze. Opis luków sklepionych klasztoru na górze. Scena wyświęcenia na księdza. W środku nawy gromnica, odblask czerwonawy. Lord Gram w niszy. Nazajutrz ma odjechać. Po ceremonii przyjaciel jego usuwa się do swojej celi. Rano znajdują go wydającego ostatnie tchnienie z gorączki, konanie, śmiertelne łoże, pożegnanie lorda Grama z przyjacielem. — Koniec.

Czyż to nie to samo zabarwienie, rozprowadzone szerzej, że tak powiem rozcieńczone, jak odGive me thy hand, my friend...aż do tego pięknego wiersza:Till the full streamlet of thy heart grew dryAnd thy brow feverish.

Napiszesz mi, co o tem myślisz. Jeśli Ci nie przysyłam kwiatu z Bourdigny, to tylko dlatego, najdroższy, że nie mam 5 franków na wynajęcie konia i że chcę, byś list ten otrzymał w Paryżu. Lecz pierwszy list, który Ci do Anglii napiszę, będzie skromnym grobem, w którym zostanie pochowany młodziutki i słodki kwiat z jej ogrodu. Co się tyczy włosów, to mam nadzieję, że mieć je będziesz. Namówiłem Vauchera, by zastąpił jej zwykłego fryzjera za pierwszym razem, gdy się będzie czesała i by jej obciął jeden pukiel włosów w największej dyskrecji. — Vaucher myśli, że to dla mnie i słowa o tem nikomu nie powie. Butelka szampana wyrówna mój rachunek z nim i na jej dnie będzie pochowana tajemnica. Co do mnie, jestem bardzo nieszczęśliwy. Wszyscy mię opuszczają. Ona nie pisze do mnie. „Za parę dni napiszę do Ciebie”. Czyżby to było szyderstwo? Ten łańcuszek, czyż był znakiem pożegnania, a nie zakładem miłości? Cóż myślisz? Co robić? Kocham ją zawsze silnie. Każdy dzień, który nadzieję moją zawodzi, zwiększa moje przywiązanie. Czasem powracam do przeczucia, że przybędzie do Genewy, lecz najczęściej przypuszczam, że ma mnie dosyć, że już słyszeć nie chce o istocie poniżonej, słabej, spodlonej, bez energii, imienia, przyszłości, o tym, który jej mówił wiele o sławie, a zakończył tem, że jej mówił o wstydzie, który, pyszny w dniach swej namiętności, poniżał się w godzinie nieszczęścia, który w końcu oszukał ją na wszelkie sposoby, udawał przed nią bohatera, a stał się muchą — a, jeśli głos urojonego bohatera pociągał, jest rzeczą naturalną, że brzęczenie prawdziwej muchy tylko nudzi i nie może nic innego wywołać prócz niechęci i obrzydzenia. Lecz nie powinna była wybierać tej właśnie chwili, by zadać cios ostateczny. Dlaczegóż nie uczyniła tego, gdy byłem potężnym i mocnym, gdy widnokrąg mój jeszcze nie był zacieśniony, gdy mogłem górę bólu unieść i nie mieć zdruzgotanych piersi. Lecz zapomnieć o mnie teraz, kiedy już nic nie mam na ziemi, kiedy żyję z dnia na dzień, to okrutne! — Och, może o mnie jeszcze nie zapomniała! Gdyby była o mnie zapomniała wtedy, gdy jadłem mięso i piłem wino, byłoby to znośne, lecz teraz, gdy żywię się jarzynami i piję wodę... Zobaczysz, mój drogi, stanę się wkrótce błaznem w rodzaju Lintnera. Jednak, jeśli możesz się czegoś o niej dowiedzieć, uczyń to, mój drogi, a będę miał jeszcze jedno błogosławieństwo dla Ciebie. Uczyń to i napisz o tem w pierwszym liście, który mi przyślesz z Londynu. Gdzie ona jest? Czy zdrowa? Czy chora? Kocham ją z całego serca, albo raczej wszystkiemi serca mojego strzępami, bo serce moje diabelnie rozpadło się w łachmany. Roget był listem Twoim bardzo wzruszony i żałuje, że Cię nie widział przed Twoim odjazdem. Powiem Binetowi to, co mi poleciłeś. Przepędziłem z nim wieczór i wieleśmy o Tobie mówili. Duchesne często do mnie przychodzi, wiosłuje dosyć dobrze i korzystam z jego usług na jeziorze. Nie umie jeszcze dobrze rozpinać żagli, lecz i to przyjdzie. Robię obroty bez końca, dni i noce na jeziorze przepędzam, podczas pogody, deszczu i burzy. Nabawiam się kataru, moknąc, i pozbywam się go, moknąc jeszcze bardziej. Czyś widział Mickiewicza? Wyjechał stąd w sobotę 21. Jutro minie 10 dni od Saint-Cergues. I żałowałem i cierpiałem, że nie będę Cię widział rok cały.

Więc, mój kochany Henryku, jesteśmy obaj na tej ziemi, rozdzieleni, daleko jeden od drugiego. Niechaj Cię marzenia młodości często do Genewy przenoszą i niechaj wtedy znajdę w nich swoje miejsce. Sił nie trać! Powiedz do spleenu: „Nie pójdę dalej” i niechaj akordy Twej liry wstecz go odpędzą! Obserwuj zwierzęta, zwane ludźmi, wejdź głęboko w ich serca, tak, jakbyś wchodził do sali w Morgue, i pokładaj ufność w Bogu chrześcijan, w Słowie obłoków. Niechaj jego promienie złotem opaszą ciało Twoje, natchną Twoją duszę i rozleją dokoła Ciebie atmosferę spokoju, kontemplacji, zachwycenia, ażebyś w dniach przeciwności mógł walczyć z siłą męczennika i zapałem natchnionego. Dla mnie to rzeczy skończone na ziemi. Już ostatnie westchnienia poezji liczę w swem łonie. Odchodzi, jak przyszła, niewidzialna, nie do zatrzymania. Może unosiła się nad moją kołyską, lecz nie będzie świecić dokoła mojej mogiły. Gdy zstąpię do grobu, już od dawna nie będzie jej wokoło mnie, gdyż czuję, że mam jeszcze krew i płuca, lecz natchnienie gaśnie, stanę się jakimś Szczerbininem lub Saint-Ange, lub innym owadem tego szlachetnego gatunku.

Więc, jeśli nie słabniesz, jeśli mię kochasz zawsze, uczynisz cud. Żegnaj, pamiętaj o tym, który Cię tak silnie kocha! Parę słów o H. przez litość, może mię to wskrzesi! Żegnaj! Żegnaj! Pisz do mnie!

Zygm. Kr.

16.Do Henryka Reeve'a

28 maja 1831, Genewa

Ach! Przyjacielu mój, zatopiłeś mi sztylet prosto, prosto w serce. Wiesz, czem jest dla mnie otrzymanie listu, który mię podnieca. „Bramy zbawienia”, powiadasz. A jeśli zamkną się na zawsze, cóż to ma za znaczenie dla świata, dla liczby niezliczonych stworów, albo dla szczegółów stworzenia? Voucher, perukarz, nic na tem nie straci, Polska nic nie straci; któż więc straci? Ja. A czem ja jestem. Niczem. Czem będę? Odrobiną prochu, z którego wyrośnie pokrzywa, jeśli wolisz, stokrotka lub roślina skrytopłciowa.

Wiem, mój przyjacielu, w Paryżu moje zbawienie. Jeśli tam nie pojadę, będę zgubiony. Morawski dobrze mówi, że dzień każdy jest wiecznością. Od jednej małej wieczności krocząc do drugiej, posuwamy się ku wielkiej — a tam... w tem sęk. Lecz raz jeszcze głosu mojego posłuchaj, głosu tego, którego niegdyś słuchać lubiłeś. Sam jestem, zewsząd zapory, znikąd pomocy. Ojciec mój, jak piszesz, umiera w płaczu, syn może umrzeć wśród zgrzytania zębów. Czyś Ty się zastanowił nad tem, co napisałeś do mnie, że mam się dać uwięzić? Czyż sądzisz, że byłbym zdolny dorzucić kamień do stosu, z którego kamienowano mojego ojca? Chcesz więc, bym poprzez Francję rozwłóczył hańbę tego, który tam niegdyś tyle sławy uzyskał? Chcesz, bym ja, bohater z żandarmami, wyczytał w dwa dni później w gazecie hańbiące wyzwiska, otaczające imię ojca mojego, przeplatane z rzadka pochwałami dla mnie? Mówię śmiało, lecz tylko Henrykowi Reeve, a nikomu innemu na tym świecie: ojciec mój bardzo zawinił, strasznie, nie moją jednak jest rzeczą żądać od niego zdania sprawy. Polska będzie wolna i wielka, ja będę nędzny i wzgardzony — wiem o tem. Od chwili, gdyś wyjechał, przyszłość moją zmierzyłem w spokoju, ujrzałem na końcu swej drogi grób bez napisu, zadrżałem, lecz przyjąłem. Ofiara jest wielka, nie będzie miała na ziemi rozgłosu, lecz rozbrzmiewać będzie w niebie, u stóp tronu Syna Człowieczego.

I jakżeż chcesz, bym do Paryża jechał? Przejść nocą granicę, owszem, pieniędzy pożyczyć, owszem. Oszukać Jacky? Dobrze. Lecz to się kończy gorszącem i rozgłośnem zajściem, a na to mówię: nie.

W Genewie będę oczekiwał odpowiedzi ojca. Jeśli będzie zadawalająca, jadę, jeśli nie, jadę także, gdyż wtedy obowiązki moje, choć nie całkiem jeszcze przekreślone, lżejsze będą. Poza tem myśl o mnie, co chcesz, mów o mnie, że brak mej duszy energii, że mówię a działać nie umiem wcale, że jestem słaby, niezdecydowany. Dobrze. Bądź tak, jak ja, nieszczęśliwy i wtedy mię osądź! Skończyły się sny moje o sławie. O szczęściu marzyłem, zawiodło mię szczęście. O sławie, sława się rozwiała. Jeśli niebo snem jest tylko, przynajmniej będzie ostatnim. Przyjacielu, nie staraj się więcej mnie bronić, ani podtrzymywać mojej dobrej sławy! Nie żądam od Ciebie, byś, gdy Ci powiedzą, że jestem nędznikiem, odpowiedział „Nie”. Lecz myśl tak tylko, to będzie dosyć dla mnie. Wszyscy mają słuszność i Ty także. Gubię się. Każdy dzień miniony jest jednym stopniem więcej, prowadzącym do przepaści, jedną literą więcej imienia mojego, przemienionego w ołów. Gangrena podnosi się ku sercu. Gdy tam dojdzie, jeden znak krzyża, pożegnanie dla Ciebie, dla Niej, dla dwóch lub trzech osób więcej, potem milczenie i śmierć. Przyjacielu, pozwól działać prześladowaniu, nie walcz z potwarzą, zamknij głęboko w swem sercu przyjaźń, którą odczuwasz dla mnie! Jeśli ją zdradzisz wyrazem twarzy swojej, będziesz skompromitowany. Zanoś cichaczem na pocztę listy, które pisujesz do mnie, zmieniaj charakter swego pisma! Niechaj nikt nie będzie mógł podejrzewać, że Henryk Reeve utrzymuje stosunki z Zygmuntem Krasińskim. Czy rozumiesz ten stan potępienia, gdy ręka drży, kreśląc własne imię, gdy dreszcz czujesz, czytając swój podpis? Nieraz drżałem, czytając jakieś imię: Twoje lub F. Lecz inne to było drżenie. Ze wstydem się cofam przed imieniem swojem, z radości drżałem wobec imienia mojej kochanki, mojego przyjaciela. W obu wypadkach drżałem; przeciwieństwa się spotykają.

Nie masz zupełnie powodu do wyrzucania sobie, żeś mię nie zabrał ze sobą. Nie byłbym nigdy się zgodził, by matkę Twoją w fałszywe i niemiłe postawić położenie. Odtąd udzielam rumieńca mego czoła każdemu, kto się zbliży do mnie. Mam w sobie jad, przenikliwszy nad jad skorpiona. Skorpion zabija od jednego razu, ja zaś żyję i umieram co dnia. Być nieszczęśliwym jest niczem, lecz mieć przyjaciela takiego, jak Ty i pomyśleć, że mną wzgardzi, to straszne.

Myśl ta siły mi odbiera. Jest to ostatni stopień poniżenia; padnę przez nie martwy na posadzkę, jeśli nie znajdziesz na nie środka. Lecz jedna godzina wszystko może zmienić, a wtedy dowiedzą się, kim jestem. Jeśli godzina ta nigdy nie nadejdzie, nie dowiedzą się nigdy, jedynie robaki w grobie wiedzieć będą, i Ty może, mój Henryku. Nie wiem, jakie to zabarwienie miłości, tkliwości kobiecej przymieszało się do mojej przyjaźni dla Ciebie. — Chętnie myślę o Tobie, jak o mojej H... to niezwykłe. Lecz wszystko dokoła mnie niezwykłe jest. Czuję, że mógłbym być czemś, a jestem niczem, widocznie będę niczem, aż do nadejścia wieczności. Tam odzyskuje się znów prawa, stracone na ziemi. Czuję jeszcze, że mam przyjaciół i widzę, że nadeszła chwila ich utraty. Jednem słowem, jestem na brzegu przepaści. Walczę, jak we śnie, potem w nią się stoczę, lecz to już nie będzie, jak we śnie: to będzie rzeczywistością. Przynajmniej podczas dni niepewności, które między moją przyszłością a konaniem płyną, nie zapominaj o mnie, pisuj do mnie codziennie! Wspomnij, że poprzez pierś moją widziałeś niekiedy szlachetne serce; jeśli los i ludzie są przeciwko mnie, Ty przynajmniej zostań bezstronnym, a jeśli los mię podniesie, powinieneś cieszyć się ze mną. Jeśli w końcu wszystko jest dla mnie na zawsze stracone, imię, sława, ojciec, ojczyzna, jeszcze musi pozostać między nami coś wspólnego, ostatnie ogniwo błyszczącego niegdyś łańcucha. Choćby to była tylko myśl o Chamonix i wspomnienia łez w Saint-Cergues. Żegnaj! Kto ma jeszcze przyjaciela na ziemi, może podnieść czoło i na wagę położyć duszę potężną i podniosłą, która go kocha, mimo obelg tysiąca i smutnej prawdy.

Twój do śmierci

Zygm. Kr.

Zaklinam Cię, coś o H!

17.Do Henryka Reeve'a

9 czerwca 1831, Genewa

Mój kochany lordzie Gram!

Właśnie odebrałem list Twój z Calais. Oto odpowiedź ogólna na wszystko i szczegółowa na każdą rzecz z osobna. Z pewnością mi nie wpadło nawet na myśl, by z Waszą Wysokością współzawodniczyć w wiadomościach topograficznych jeziora (jestem tylko Jego pokornym uczniem) ani też w umiejętności matematyki. Powiem Ci: że zmieniłem 16 stóp na 9½, co zaś do skały w Saint-Gingolphe oraz innych tego rodzaju bredni, to jest dozwolonem, by amator, który chce całość uczynić prawdopodobną i poetyczną, nie trzymał się ścisłej prawdy, gdyż w takim razie dla mnie pióro musiałoby się zamienić w sondę z ołowiem, z którą poszedłbym zmierzyć głębokość Lemanu. Tu zaś moim celem było dać trochę życia akcji i całości i pokazać czytelnikowi Jezioro Genewskie z jego zachwycającemi brzegami, potem krajobraz burzą zaciemnić, złagodzić wrażenie ku końcowi ciszą letniego wieczoru, który po przejściu burzy ukazuje się w swej olśniewającej zieloności ponad górami Jurajskiemi. By uniknąć jednostajności, wprowadzam postać wymienionego Romura i marynarza Grégoire, wreszcie lorda Gram, który jest punktem środkowym. — Wobec tego nie ma znaczenia, gdzie znajduje się kamień z Saint-Gingolphe lub czy taka lub inna jest głębokość w tem miejscu. — Poeta widzi tylko błękitną powierzchnię Lemanu i zaludnia ją istotami, zrodzonemi w swojej wyobraźni, głębokość zaś jeziora zostawia pstrągom łososiowym. Teraz, ponieważ mówimy o tym przedmiocie, ciągnę dalej. Rozdział pierwszy kończy się przybyciem „Winkelrieda” do Genewy. Pasażerowie oddalają się niechętnie, zatrzymując się na brzegu, by dowiedzieć się, kim jest osobnik, wyratowany spośród fal przez lorda Grama. Ale Romur każe obrócić statek tyłem ku Genewie, i wymienieni pasażerowie nie widzą nic prócz marynarzy, znikających wśród żagli i masztów. Potem milczenie. Odchodzą niezadowoleni, bo niczego dowiedzieć się nie mogli. Rozdział drugi rozpoczyna się w salonie „Winkelrieda”, o późnej godzinie w nocy, to jest o 10-tej przypuszczam. Obraz następujący: Lord Gram siedzi przy swoim przyjacielu, który śpi. Romur stoi ze skrzyżowanemi na piersiach rękoma, proponując szlachetnemu lordowi szklankę ponczu. Odmowa. Potem Romur odchodzi. Przebudzenie (człowiek nazywa się Adam). Zrywa się z łoża i, zobaczywszy kogoś przy sobie, pierwszym ruchem zsuwa długie włosy na czoło, by niemi twarz nakryć. Następuje rozmowa. Lord Gram próbuje mu przypomnieć Henryka Burnley'a. On zaś odpowiada: „Henryk jest to imię z kalendarza, Burnley jest to nazwa wielkiej wyspy na oceanie. Powtórzył mi raz, że chciałem dłoń jego uścisnąć. Wiesz, że, choć przestałem być człowiekiem, nie spadłem do rzędu psów gończych, które liżą rękę, gdy je obito”. Wtedy Gram chce w inny sposób wywołać jego wspomnienie. „Może imię Marii Shelley jest Ci znane”. Uśmiecha się, jak dziecię, które nie wie, czemu się śmieje, i odpowiada: „Dnia jednego, jednego z dwunastu miesięcy, które rok tworzą, spostrzegłem ją w alei drzew lipowych. Aptekarze zbierali kwiaty, opadłe z gałęzi. Wiatr dął silnie. Przechadzałem się z kim innym, a jej suknia (Marii Shelley) podnosiła się do góry, i ten inny rzekł do mnie: »Jaką grubą ma nogę«. Spójrz”, dodaje Adam, silnie ramię wyciągając: „A więc tak go uderzyłem i stoczył się w dół z pagórka; lecz dziś już bym tego nie uczynił. — Ja nie mam już prawa uderzyć człowieka, który mi wyrządza krzywdę”. Jedynym sposobem powstrzymania tych bredni jest walc Webera, który lord Gram śpiewa. — Wtedy Adam zbliża się do niego z wyciągniętemi ramionami, jak człowiek, idący w ciemnościach; łzy zaczynają spływać z jego oczu i, patrząc na jezioro poprzez uchylone okno, krzyczy: „Ostatnia myśl Webera! śpiewałem ją na tych falach. Tony pogrążyły się w dół, a teraz po długiem milczeniu powracają ku mnie z głębi wód”. — Potem poznaje lorda Grama i zaklina go, by mu pozwolił odejść, gdyż hańba czepia się wszystkiego, co go otacza. Gram mu odpowiada, że go ocalił w chwili, gdy miał utonąć. — Wściekłość i szał wracają, krzyczy: „Bądź przeklęty za to! Jak dobrze ginąć podczas burzy. Ludzie nic na falach napisać nie mogą, a na grobie kładą: Tu spoczywa, a potem historię długą, w dwóch zamkniętą słowach: hańba na początku i hańba na końcu. Gdy przejdziesz obok, pomyśl: to moje dzieło. Któż ci nakazał mieszać się do sprawy mojej z falami. Dzień był naznaczony. Fale mi obiecały, że mię pochłoną. Długo prosiłem. Mój kochany panie, odtąd pozostaw mię w spokoju! Którędy się stąd wychodzi?”. Lord Gram mówi mu, by go zatrzymać. — „Mam dla ciebie list od Marii Shelley”. — „Ach, panie, czyż pan jesteś z poczty? Ileż on kosztuje? Nie mam zupełnie pieniędzy przy sobie”. A potem krzyczy z rozpaczą: „Nie, ja nie mogę listów odbierać. Omyliłeś się. Wszyscy ze mną zerwali. Sam zostałem wśród ludzi. Promień sponad gór jurajskich, dawniej, gdy uciekał, prześlizgując się poprzez obłoki, przychodził porozmawiać ze mną, a teraz drogę zmienia i woli w jeziorze się utopić, niż zbliżyć do mnie. Dzieci, te naiwne małe zwierzątka, uciekają przede mną. Dumny jestem. Nie chcesz mię, szukać Cię nie będę. A zresztą nie mogę odpisać. — Nie mam pieczęci. Nie wiesz, cudzoziemcze, co mię spotkało. Sala była kirem obita: trumna pośrodku, ponad nią herby lazurowe, srebrne i złote. — Herold wszedł z toporem. Raz, dwa, trzy. Patrz jakie szczątki, dokoła wieka trumny. Pozbierali je, w proch roztarli i rozrzucili na cztery wiatry”. Potem są inne wyrazy: np. „A co do Marii Shelley, powiedz jej, że dobrze zrobi, jeżeli spali moje listy i popioły, na proszek roztarte, wsypie do szklanki z herbatą. Niech je wieczorem wypije, później spać się położy, a gdy się obudzi, już mnie nie będzie w jej duszy. Walczyłem ze swym losem, dzień po dniu, krok za krokiem, lecz to był półbóg, a jam tylko człowiek. Wiem, że ludzie mówią: jest szaleńcem. Może to prawda. Lecz niech przecierpią połowę tego, co ja przecierpiałem, a zobaczymy, czy zostanie im dość siły do szaleństwa. Nie, zdechną z bólu i pójdą gnić do grobu. Henryku, ja jeszcze gnić nie zacząłem”. Potem w innem miejscu. „Dwie wczoraj jaskółki latały! — Dokąd lecicie?. — »Ja na północ«. — Druga rzekła: »Ja na południe«. Coś trzymały w dziobkach. »Co trzymacie?« »To imię twoje, które stało się suchem sianem«”. Potem w innem miejscu, kiedy chcą posłać po lekarza. — „Ah, ah! Wielu już lekarzy próbowało na mnie swej sztuki i cóż mi pomogli, mrugając oczami, potrząsając głową i szepcąc? — Ah! — Ah! — lekarza! Kochany panie, czyż wskrzesi on tych, którzy zginęli beze mnie i pośle ich znów na pole bitwy, bym z nimi razem rzucił się na wroga? Czyż posiada on proszek, by plamę zetrzeć? Gdy przyjdzie, powiedz mu ode mnie, by szkielety pociągnął za kości, nic nie czują. Niech idzie odwiedzać suchotników i tych, którzy mają reumatyzmy, gorączki, palpitacje, fluksje. Niech idzie oczy zamykać tym, którzy odchodzą z tego świata, otwierać je tym, którzy nań przychodzą, lecz ode mnie niech będzie z dala. — Ciało mam zdrowe, oczy kruka, a zęby moje wydają, gdy zgrzytam, czysty dźwięk. Sześciu ludzi mógłbym zdusić w swych ramionach. Był czas, kiedy byłbym zdusił dwunastu wrogów. Lecz skrzyżowano mi ramiona na piersiach, mówiąc: poczekaj! Włosy moje nie zaczęły jeszcze wypadać”. Przyglądając się falom, które na brzeg się rzucają: „Myślę często, żebym je wyprzedził w biegu. Tylko dusza moja cierpi na wspomnienia, a na to nie ma lekarza. Jest tylko dno jeziora”. Ostatnia tyrada. „Opowiem, dlaczego oszalałem. Sam przechadzałem się w nocy — księżyc świecił na niebie, jak słońce bez promieni. Milczenie. Wiatru nie ma. Tylko niekiedy lekki szmer myszy, nie, to nie myszy, to szczur wodny, a dalej rybka porusza się gwałtownie w wodzie. Mój anioł stróż mi się ukazał, skrzydłem o lipę się oparł, drugiem o topolę i rzekł mi: Adamie, życie twoje skończone, gdyż żyć, jak ty żyjesz, znaczy nie żyć wcale. Jest to raczej śmierć z dodatkiem kilku wrażeń, jak np.: jedzenia, picia, kaszlu. Nic Ci nie pozostało. Rada moja jest, byś szaleńcem został. Idź w opustoszałą okolicę, pomiędzy ruiny starego świata gór, do stawu wody, gnijącej pod bladem niebem, a potem pomyśl o tem, czem jesteś. Nie obracaj oczu twoich naprzód, by uniknąć przeszłości, nie odwracaj oczu twoich wstecz, by uniknąć przyszłości. Zbierz wszystkie swoje cierpienia w jedną wielką myśl, aż Ci się ukaże podobna do upiora. Wtedy nie cofaj się, nie mdlej, lecz patrz z nieruchomo utkwionym wzrokiem, a ja Ci przyrzekam w nagrodę, że myśl ta przywiąże się do twojego mózgu i staniesz się szaleńcem”.

Drugi rozdział kończy się ucieczką nocną Adama w barce do miasta. Do tego miejsca doszedłem i dalej nie postąpiłem. Przepraszam, że Cię nudziłem tak długo. Ponieważ nie umiem pisać wierszy, chcę, by całość tej rzeczy zostawiała czytelnika pod wrażeniem poematu, podczas gdy szczegóły jej są powieścią. Twój sen zawiera ważną myśl moralną, jest w nim wyobraźnia i błyskotliwe złudzenie i rzeczywistość poetycka. Kostnica w Glies jest prozą. Zupa Lombarda to początek złudzeń życiowych i ich koniec. Listów nie odebrałem. Przez litość, napisz mi coś o H.! Skąd do diabła masz włosy C.? Nikomu o tem ani słowa nie pisnę. Lecz jeśli będę mógł, przyślę Ci drugie wydanie, które, sądzę, będzie poprawniejsze.

Już to, co mi piszesz o swoich Tytanach, dowodzi, że w nich rozwinąłeś skręty swojej potężnej wyobraźni. Przyślij mi ten ułamek, jeśli się to da uskutecznić. Jestem bardzo ciekawy, będę udawał krytyka. „Powiedzieli, że nie mogę się modlić” jest bardzo piękne. Jeśli całość się udała, to powinien to być Twój najlepszy utwór, ponieważ jest to Twoja najpotężniejsza koncepcja. Co do krzyża, poznaję wpływ wicehrabiego, ode mnie przejęty. Ja także napisałem coś podobnego dla manuskryptu Adama; ale o tem w następnym numerze. Czytałeś, Henryku, mój list, posłany do Londynu. Jestem trochę mniej podniecony, lecz ciągle jeszcze niezmiernie nieszczęśliwy. W Polsce wszystko idzie dobrze. Niech będzie błogosławione imię Pańskie! Czyś widział Mickiewicza? Sara była wyjazdem Twoim zrozpaczona. Coś więc tam jednak kryło się poza ładną buzią młodej dziewczyny. Nigdy nie trzeba sądzić z pozorów. Widziałem Klustine'a. Byłem przy nim przez trzy godziny. To szlachetny charakter, który się gubi. Blady, cierpiący, zgrzytający z bólu zębami, rozciągnięty na swojem posłaniu, zaprzecza boskości Zbawiciela i pogrąża się całą duszą w Hobbesie i Helwecjuszu. Ma odwagę, piękne uczucia, lecz mało poezji i serca. Rozumie całego Byrona, lecz lepiej Don Juana, niż Oblężenie Koryntu. Przez pychę zdobędzie się na wszystkie najwznioślejsze poświęcenia. Jest to jeden z tych ludzi, którzy przy sposobności stają się cnotliwymi szatanami.

Duchesne gra ze mną w szachy codziennie, regularnie od 10--12 w nocy. Daję mu mata za każdym razem, lecz powraca bardziej wściekły do ataku i, jeszcze pobity, ustawia z powrotem swoje szachy i gra znów, wymyślając systemy przeciw pobijaniu swoich koni i swojej królowej.

Czytającemu ten list może się wydawać, że zostałem obserwatorem, że mam dobry humor, że jestem mniej więcej obojętny na to, co się dzieje dokoła mnie. — Lecz tak nie jest i nigdy nie będzie. Czuję to silnie, życie moje i młodość przechodzą, jak żaba, podskakująca w błocie. Kobieta cofnie się ze wstrętem i minie ją. Mężczyzna, jeśli ją zauważy, rozdepcze nogą. Z kimżeż żyłem, odkąd opuściłem Polskę? Poza H., która mi była błyskawicą, poza Tobą, który stałeś się dla mnie błyskawicą, z jakimiż to ludźmi stykałem się bezustannie? Karolina C. jest uroczą. Byłem z nią na jeziorze; jest to jedyna genewianka, która nie pochodzi ze „spelunki przyzwoitych ludzi”. — Lecz brat jej, Claparède, lecz itd... Nigdy bym nie skończył, — gdybym wszystko chciał powiedzieć. Oczekuję odpowiedzi od swojego ojca. Gdy nadejdzie, dowiesz się o losie przyjaciela. Żegnaj, kochany Henryku, żegnaj! Kocham Cię z zabarwieniem mojego przywiązania do H. Cóż mógłbym więcej powiedzieć? Zresztą wiem, że wiesz, iż Cię kocham. Żegnaj, żegnaj! Ach, gdybym mógł raz jeszcze w życiu do serca Cię przycisnąć, choćbyś miał poczuć tylko szczątki tego serca, które niegdyś znałeś, gdy było całe płomienne z początku, a później zwiędłe!

Zygm. Kr.

18. Do Henryka Reeve'a

Genewa, 12 czerwca 1831

Kochany Henryku!

Właśnie odebrałem list Twój z d. 6 czerwca i odpowiadam nań natychmiast. Zaprawdę, daleką była ironia od mego serca, gdym Cię prosił, byś mię więcej nie bronił i żeby Ci tego dowieść, ponawiam prośbę.Ach, przygotowany jestem na czarę męczarni, która mię czeka, zaledwie w niej umoczyłem wargi. — Lecz wkrótce trzeba będzie nasycać się nią do woli. Moim jedynym puklerzem przeciw rozpaczy jest pogarda dla ludzi i już od dawna zacząłem nimi pogardzać.

Out, out, brief candle itd.

Są to bezsprzecznie najpiękniejsze wiersze, jakie stary Will kiedykolwiek napisał.

Po cóż mam sam przed sobą to ukrywać? Kariera moja skończona, choć nigdy się nie rozpoczęła. Chyba, że nazywasz karierą pływanie z Vaucherem, fechtunek z Marcelinem, grę w szachy z Duchesnem, rozważanie praw rodu ludzkiego z p. Rovilliod. Trzeba by cudu, aby zmienić moje położenie i znów mię pchnąć na ścieżki tego świata. A nie mam nadziei, by Bóg dokonał cudu dla biednego grzesznika. Jednak nie wierz temu, że powziąłem postanowienie; za wiele we mnie słabości, bym mógł uczynić wybór nieodwołalny. Znasz mię. Nie jestem stworzony do rezygnacji. Nic mię nie kosztują wzloty, choćby mię miały w przepaść rzucić; lecz wytrwałość zarówno w dobrem jak i w złem jest mi w wysokim stopniu trudną. Dlatego też nie wiem, co się stanie, i, by ukryć swą słabość, powtarzam w kółko: „Zdajmy się na los szczęścia!”.

Skrzynecki doznał porażki, lecz podczas bitwy oddziały jego przeszły na Litwę. Nic nie stracono. Odrodzi się Polska w swej piękności i wszystkie jej dzieci radować się będą w promieniach jej świetności, z wyjątkiem jednego, który, osamotniony, zapomniany może, gdy uczuje, że koniec jego się zbliża, weźmie sandały i kij pielgrzyma i podąży nieznany, by ujrzeć raz jeszcze ziemię, gdzie wznosi się mogiła jego matki, lecz nigdy nie wzniesie się mogiła jego ojca. W piękny dzień jesienny słodko mi może będzie jednak umierać, gdy się oprę o kratę grobowca mej matki, tej matki, która, umierając, te tylko powiedziała mi słowa: „Bądź dobrym chrześcijaninem i dobrym Polakiem”. Jak prędko zmieniają się życzenia! Nie tak dawno, jak chciałem umrzeć na szczycie góry, u stóp H. Dziś już pozostała mi może jedynie chwila konania, by stopami dotknąć ojczystej ziemi. Mnie, który, gdyby mi okoliczności sprzyjały, byłbym wstrząsnął kośćmi swoich przodków, krzycząc: „Polsko!” i „Naprzód!”. Lecz niegodnem jest męża litować się nad samym sobą. Przerwijmy więc! Boga tylko o litość proszę, gdyż On jeden jest ponad mną. Co do innych ludzi, to, jeśli czyny moje wobec ich czynów są niczem, myślą moją mogę się wznieść ponad nich, a czas nadejdzie, gdy będziemy bardziej myślą i kontemplacją, niż czynem i ciałem. Zresztą, powiadam Ci, nie zawsze będziesz musiał głos zniżać, moje wymawiając imię.

„I jak zwisające girlandy” itd. jest dobre. Reszta nic godnego uwagi nie zawiera. Przyślij mi „potrójne listy” z długiemi urywkami Twoich poematów. Gdy czytam to, coś napisał, mam uczucie ojca chrzestnego, który trzyma chrześniaka w swych rękach, tak bardzo splotłem duszę moją, myśli moje, uczucia moje z Twojemi. Przewyższasz mię jednak zabarwieniem, które umiesz nadać temu, co piszesz. Tobie wiersze, a mnie proza. Już przez to samo niżej stoję od Ciebie.

A teraz przetłumaczę Ci z polskiego portret lorda Grama, który znajduje się w rękopisie.

Źle Ci w Londynie, biedny przyjacielu? Pomyśl, że to dopiero początek długiej próby i, zamiast słabnąć, zbierz swoje siły! Rozumiem doskonale, że ten świat maszyn, w którym ludzie znaczą nie więcej od belek, musi Ci się wydawać smutnym po świecie piękności i majestatu, który dopiero co opuściłeś.

Jakżeż te wieczory, tańce, dymy, ludność, przypominać Ci muszą w głębi piersi serce, które szuka sobie ujścia, by nie pęknąć pod wpływem tętnienia potężnego życia! Lecz trzymaj się mocno! Ponad mgłą londyńską jest olśniewające i czyste niebo. Niech tam polecą myśli Twoje, jeśli nie mogą tego Twe spojrzenia. Patrząc na ludzi, miotających się na giełdzie, w obu Izbach, w sklepach, uśmiechnij się litośnie, myśląc o skałach, które nie miotają się nigdy i które są wielkie, bo nieruchome.

Niech Cię sny przeniosą z powrotem na Mont Blanc w noc, którąśmy tam razem przepędzili. A jeśli we śnie wpatrywać się będziesz choć w jedną gwiazdę z tych, które błyszczały wtedy nad nami, budząc się, siły odzyskasz. Naprzód, przyjacielu! Spraw, by mocno zadrgały struny Twej liry, a gdy do mnie dojdą ich dźwięki, otoczone szmerem pochwał ludzkich, choćbym na śmiertelnem leżał łożu, podniosę się jeszcze, by uśmiechnąć się do sławy przyjaciela. Oto moja wyższość nad Tobą. Ty nie uśmiechniesz się nigdy do mojej.

Zyg. Kr.

Wyrazy szacunku dla Twojej Matki.

Nic, najzupełniej nic od H.! Napisz prędko coś o niej! To mię do rozpaczy doprowadza. Ma jednak słuszność. Jest to dusza szlachetna. Dotychczas znosiła wszystko. Lecz hańbę?

Bineta od wieków nie widziałem. — Aleksander każe Ci powiedzieć, że postara się zrobić portret jak najprędzej. Często widuję Duchesne'a; wiele między nami podobieństwa, on ma reumatyzm, ja też, on ma pleuryt, ja też, on nie znosi napojów podniecających, ja też. — On ma krótki wzrok, ja też. — Zresztą jest to dobroduszny chłopiec. Ma dosyć rozumu. Mój ból w boku powrócił. Przeklęta historia, to mię tam zaprowadzi, skąd się nie wraca. Żegnaj, żegnaj! Coś o H.! Błagam i proszę.

P. S. Zwracam Ci uwagę, że powinieneś powiedzieć: „Młode lato przytulało się do piersi starej zimy”, a nie stara zima przytulała się do piersi młodego lata, gdyż w ogrodzie młode lato jest dziecięciem w porównaniu z olbrzymią rozciągłością zimy. Nie myśl, że mogłem zapomnieć o kwiatku z Bourdigny. Dostaniesz go w swojem miejscu i swoim czasie.

19.Do Henryka Reeve'a

21 czerwca 1831 r., Genewa

Mój kochany Henryku! Jakże musisz być zimnego i szyderczego usposobienia, jeśli już szyderstwo zjawiło się po przygnębieniu, wywołanem wielkiem miastem Londynem. Ach, wyobrażam sobie, co się dzieje w Twojem sercu. Patrzysz na tych wszystkich ludzi, jak na węgle kamienne, obdarzone ruchem. Amen.

A ja! Czy wiesz, w jakich godzinach mogę jeszcze mówić, że żyję? Oto, gdy samotny piszę w swoim pokoju poemat lub powieść, lub cokolwiek chcesz innego, gdy opisuję szaleństwo człowieka, który ma mnie wyobrażać, gdy staram się zebrać w swej pamięci wspomnienie wszystkich mych wrażeń, wszystkich mych cierpień, wszystkich rozpryśniętych kropel goryczy, by z nich utworzyć czaszę, pełną po brzegi, którą może podam kiedyś ludziom, mówiąc: „Oto co dała mi ziemia i jej mieszkańcy!, gdy staram się odtworzyć Twój charakter, Twoje ruchy, styl Twoich przemówień — gdy Cię przedstawiam z ręką, przyjaźnie wyciągniętą ku nieszczęsnemu, który na wpół tylko Cię rozumie, który z dzikiem upojeniem rozwija w słowach wszystkie swoje męki, który, dostawszy się na jezioro, ucieka w łodzi, to znowu w chacie na Salève zastanawia się w nocy nad światem duchów i opowiada Gramowi o ukazaniu się św. Rozalii. Pogrążam się całą duszą w obraz tego, co mi jeszcze do wycierpienia pozostaje, by duszę zahartować. Pływam energicznie pomiędzy falami goryczy: zalewają mi one usta, oczy, otrząsam się z nich i odrzucam je, ale przyjdzie chwila, gdy mię pochłoną.

Oto wyjątek z rękopisu Adama (szaleńca).

Za dwa lub trzy tygodnie losy moje wyraźniejszej nabiorą barwy. Dotychczas gwiazda moja była mgławicą, teraz stanie się kometą, która spali... kogo? Nikogo, prócz mnie jednego. Vauché w dobrym humorze. Nie znalazł jeszcze sposobności zdobycia pukla; stanie się to przy pierwszym wieczorze, na który C. zaproszą, gdy będzie ją czesał.

Pisuj do mnie, mój drogi, mój drogi przyjacielu!

A więc, wkrótce wybije godzina decyzji, straszniejsza od chwili śmierci, gdyż decyzję poprzedza walka, wyczerpująca duszę, a śmierć jest jedynie zwycięstwem nad nami. Zapewne, i tu zmagają się nerwy i włókna, lecz cóż to jest w porównaniu ze strunami tej zaczarowanej lutni, którą nosimy w głębi piersi i która zwie się duszą? Która w dniach szczęścia drga doskonale harmonijnemi dźwiękami, a w dniu próby naciągnięta zostaje aż do zerwania lub rozprężona aż do omdlenia? Jeśli ani na jedno, ani na drugie się nie zdobywa, jest niema i głucha jak u Leona Revillioda, lub jest to dusza wielka. Ale nielicznym tylko było dane posiadanie wielkiej duszy; niejednemu znamienitemu mężowi jej brakło. Zobaczymy. Przygotowałem się w milczeniu nocy. Sny moje były przygotowaniem. Ścisnąłem mocno pierś moją pasem cierpień, a teraz oto zagadką, co wpierw rozpryśnie w kawały, pas, czy pierś moja. Jednakże niech się stanie, co się stać musi! Jestem pewien uścisku ręki przyjaciela, jeśli żyć będę, i jednej łzy nad moim grobem, jeśli padnę. Dwa miesiące temu powiedziałbym: dwóch łez, lecz dziś mówię tylko o jednej jedynej, boś ty jeden mi pozostał. Ach gdzież ona, moja H.!

Zyg. Kras.

20.Do Henryka Reeve'a

23 czerwca 1831, Genewa

Mój kochany Henryku!

Przed dwoma dniami pisałem do Ciebie w sprawie H. Dziś odpowiadam na Twój list z d. 17 czerwca.

O tak! Masz potężną wyobraźnię i ona będzie się z coraz większą siłą wznosiła, aż do chwili, w której będziesz musiał użyć całej mocy, by ją powstrzymać w jej nieokiełzanym locie. Wtedy dojdziesz do najwyższego szczytu, który może osiągnąć poezja u Ciebie. W fragmencie, który mi przysłałeś, nie znajduję nic, co byś zawdzięczał mnie lubwicehrabiemu. Jest to bogaty obraz poetycki, może nieco przeładowany, lecz to nic nie szkodzi, skoro rozpocząłeś od wschodu; zabarwienie wschodnie i dla reszty jest odpowiednie. Doskonale rozumiem całość alegorii. Kobieta, to rewolucja, ale kto to „Ten śmielszy mąż, a później jego towarzysz (za wyniosły, by modlić się modlitwą chrześcijańską)”? (To przypomina templariusza). Ale to symbol. Później dziwne narzędzia. Co to takiego? Potem nie podoba mi się „sztandar na wojnie i symbol wszędzie”. Byłbyś lepiej zrobił, gdybyś był użył zamiast „wszędzie”, czegoś bardziej określonego, skoro już są trzy rzeczy określone: wyłom, cela, wojna. Zresztą zabarwienie tego fragmentu jest dobre, pozostawia w duszy wrażenie cierpienia, a to było Twoim celem. Ciemne zabarwienie całości jest złagodzone przez dwa ostatnie wiersze (jak feniks), gdyż jest w nich jakaś pociecha. „Znak tego, czem było życie” jest doskonałe.

Co do broszury o Polsce, to myślę, że tak dla Ciebie, jak i dla tych, którzy Cię będą czytali, lepiej, byś dwa wiersze zamiast jednej broszury napisał, choćby miała być tak dobra, jak wicehrabiego i Sismondiego. „Tu spoczywa naród” oto broszura o Polsce. Jesteś poetą. Pozostaw broszury dziennikarzom i prozaikom. Żądano od Ciebie informacji o Polsce, a więc broszura jest pisana na zamówienie. Będzie licha. Piszesz ją nie dla siebie, tylko dla innych: będzie licha. — Trzeba w nią włożyć i historię, i trochę wyrachowania, trochę rozumowania, a mało natchnienia: będzie licha. Napisz w swoim poemacie dziesięć wierszy o mojej ojczyźnie, a zaręczam Ci, że wejdą prosto do serc ludzkich. Twoja broszura wejdzie prosto między lepkie szczęki robaków. Zaufaj w tym względzie przyjacielowi, który Cię zna. Gdy się jest poetą, nie pisuje się broszur, a jeśli się je pisuje, są liche. Potem zwrócę Ci uwagę, żeś nie powinien się spieszyć z zakończeniem swojego poematu. Czekaj teraz, z dnia na dzień, aż życie stanie Ci się ciężarem, a w stosunku do ciężaru siły Twoje wzrosną. Tysiąc nowych uczuć w duszy Twojej się rozwinie i tysiąc nowych sytuacyj otoczy Cię wężowemi skrętami. Będziesz się wyrywał, Laokoonie, a z walki tej wytrysną iskry, chcę powiedzieć, myśli, nieznane wzloty, coraz potężniejsze, wyolbrzymione, bo otoczony będziesz brzydotą i nikczemnością. Wtedy cała Twoja piękna dusza rozwinie się, w ekstazie rozkoszować się będzie kilku chwilami światła, zatrzęsie się ze zgrozy na widok nizin życia, które często są zbrodnią, zatrzepoce skrzydłami, by dym przebić, unosić się będzie w słońcu, znów we mgłę zapadnie, znów się wzniesie, i znów upadnie, i wzniesie z powrotem. Przejścia od dnia do nocy, od ciemności do światła szybsze i straszniejsze będą, niż dotąd. Dotychczas, Henryku, póki chodziłeś w kółku rodzinnem, byłeś mężem tylko w chwilach poezji. Ale teraz, gdy koło Twoje się rozszerza, gdy jesteś człowiekiem pośród ludzi w ciągłej walce, będziesz ponad ludźmi w swojej poezji. Gdyż być poetą znaczy przesunąć obecną rzeczywistość w przeszłość lub przyszłość, aż do granic ostatecznych możliwości, z tej strony ziemi ku niebu, z tamtej ku piekłu.

Czekaj więc, aż będziesz mógł myśli swe i uczucia nagromadzić w swym poemacie, abyś nie żałował gorzko, żeś o czemś zapomniał, żeś wiele widział, a wyraził mało. Poczekaj, a piramida ta wzniesie się ponad różnicę. Na dnie będą kości i pył starego świata, zrodzone z goryczy Twojej walki, na szczycie lśnić będą barwy jutrzenki i promień, który wymknął się z wieczności, zrodzone z wewnętrznego zwycięstwa oraz Twoich nadziei jako poety i chrześcijanina. Skończyłem, przejdźmy do czego innego.

Moja metafora o suchem sianie jest zła (diablo zła); wymówką moją, że mówi ją obłąkany. Zła wymówka, ale to pozostanie. W chwili, gdy ją rzucałem na papier, rozumiałem ją, dziś już jej nie rozumiem. Mam nadzieję, że cholera nie przyjdzie do Londynu, a jeśli przyjdzie, będziesz przyglądał się, jak umierają bankierzy i maszyniści. Nad Tobą nie będzie miała mocy, gdyż albo się mylę, albo szlachetny cel masz do spełnienia. Skoro go wypełnisz, po wielu latach, wtedy nie tylko cholera, ale nawet brzęczenie muchy w wieczór letni może Cię powalić. — Co do mnie, myślę, że tego lub przyszłego roku na cholerę umrę. Dziwne to przeczucie; jeśli się sprawdzi, przyznasz mi zaszczytny dar widzenia przyszłości i po mojej śmierci możesz mię uczynić członkiem duchowym szanownego bractwa górali szkockich. Co się tyczy stu pobożnych w Londynie, to w istnienie ich bardzo wątpię. Na miejscach, opuszczonych przez Baala i Odyna, wzniesione są maszyny parowe. Wyobraź sobie jezioro Leman jako bożka i Romura jako najwyższego kapłana (Pontifex maximus). Styl Twojego listu zmroził mi serce, nie wiem dlaczego: jest w nim coś błyskotliwego, lecz to prędzej odblask lodu, niż płomienia. C. jest ciągle w Bourdigny. Mamy iść tam w tych dniach z Duchesne'em. On złoży wizytę, a ja tymczasem będę rwał kwiaty. Odebrałem list od Leacha; wybiera się do Londynu. Dałem mu Twój adres. Otokilka urywków bez związku z manuskryptu Adama.

Widziałem Chateaubrianda u Sismondi'ego. Z tyłu wygląda jak stary dandys, amator obiadów i przechadzek, zgięty, z laseczką w ręku, którą bije się po butach. Gdy się obróci, widać twarz piękną, nos orli, oczy wyraziste; głowa wspaniała na nędznem ciele, w butonierce biała róża. W tej jednej róży, noszonej przez starca, schroniły się wszystkie fałdy białych chorągwi i wszystkie liście lilij, które przed rokiem pokrywały Francję. Chateaubriand jest — krótko mówiąc — jednym z tych starych poetów, z których wygląda trufla i pudrowana peruka. Nie, to nie Byron; nie jest to urodzony poeta, lecz poeta z wyglądu, ponieważ trzeba być poetą, tak, jak trzeba być krawcem, szewcem, tokarzem itd. Mówiłem wiele o Tobie z p. Smith. Utrzymuje ona, że będziesz bardzo udręczony przez swą rodzinę w Anglii. Czy tajemnica Twoich stryjów w dalszym ciągu jest tajemnicą? Lecz brak mi papieru. Żegnaj, przyjacielu! Obyś mógł znaleźć chwil kilka spokoju wśród burzy życia, by móc lepiej rozpamiętywać chmury niknące i stawić czoło zbliżającym się.

Twój na zawsze

Zygm. Kr.

Ach, zrozumiałem! „Śmielszy mąż” to średnie wieki, jego towarzysz, to wieki następne, aż do rewolucji. Obraz jest wspaniały. Mój Adam nie jest dyletantem, mój kochany, chcę, by był prawdziwym mieszkańcem Bedlamu. Wstyd zdaniem mojem nie jest tylko zupełnym brakiem sławy, lecz trzeba mu dodać jeszcze jakieś działanie (bierne lub ujemne), które pociąga za sobą hańbę. Wtedy mamy doskonały kontrast ze sławą, gdyż i sława jest skrzydłem archanioła, które się porusza w wytryskach światła ponad pospolitą powierzchnię życia; wstyd jest poniżej, bez piór, ohydny, diabelski szkielet. Poza tem rozumiesz doskonale, że Adam nie jest wcale mną, mną i mną, i mną raz jeszcze. Moje „ja” posłużyło mi za punkt wyjścia i posunąłem rzeczywistość moją aż do jej granic ostatecznych. Jak Mitrydates, który w młodości, nie mając powodów do obawy, przyzwyczaił się do trucizny, gdyż przewidywał późniejsze zamachy na swoje życie. Poezja, wyobraźnia, urojenie, odrzucając stopnie przejściowe, dochodzą do celu. Wyrachowanie, rozsądek wchodzą przez wielkie schody. Oto dlaczego często przybywają na górę zdyszane, a znajdują co? Nic lub mało. Żegnaj najukochańszy! Coś o H.! Twoje polecenie będzie spełnione.

Nic, zupełnie nic od H.! Opuściła mnie! Będę skarżył się w goryczy mej duszy.

21.Do Henryka Reeve'a

1831. Genewa, 29 czerwca

Mój kochany Henryku!

Właśnie odebrałem list Twój z dnia 21 czerwca. Wzbudził we mnie wiele uczuć.

A więc to August, August pisał do Ciebie! — I na polu bitwy pamięta on jeszcze o nędzniku, zanikającym w Szwajcarii! — Dumny jestem z tego. Musiałem niegdyś silne wrażenie wywrzeć na jego sercu, jeśli dziś jeszcze waży się imię moje wymawiać i mówić o mnie, lecz może jest to już po raz ostatni. Boże miłosierny, do czegóż zostałem doprowadzony? — On tak wysoko stoi nade mną! Jak orzeł unosi się nade mną. Życzę mu sławy, szczęścia i kocham go serdecznie. Okoliczności tworzą człowieka: ludzie są niczem, ponieważ są tylko ludźmi. Co ci przyszło do głowy, gdy pisałeś: „On jest wojownikiem, a ja próżniakiem”. Oto zaprawdę człowiek, który się skarży, jak szaleniec. Najpiękniejsza przyszłość otwiera się przed Tobą; życie geniusza, pełne walki. Staniesz się przedmiotem ludzkiego podziwu: czegoż Ci trzeba więcej, istoto nienasycona? Na śmiertelnem łożu będziesz mógł powiedzieć: żyłem. Czegoż żądasz więcej? Ach, gdybym ja tę samą miał nadzieję, jakżeż byłbym potężny i silny!

Broszura Twoja prawdopodobnie jest dobra, moje zdanie o niej było błędne — koniec jest dobry, nie za dużo ognia, ani też lodu, jak przystoi w broszurze politycznej: lecz powtarzam Ci: poetą jesteś, nie politykiem.

Zabawna rzecz; każdy z nas zrobił z kogoś autora, ja z Couteau, Ty z Augusta. Nie myśl, że chciałbym przez to w najmniejszym stopniu czynić porównania. Wiersze Twoje są bardzo harmonijne i przyjemne: „Wspomnienie uświęca”, a potem „Bo kochać jest większem szczęściem” itd., to dwa doskonałe wiersze. Całemu utworowi można by może zarzucić trochę miękkości, brak energii, lecz to jest zupełnie zależne od Twojego celu i od chwili, w której pisałeś. O tem sądzić nie mogę, gdyż nie byłem z Tobą. Słusznie, że uczyniła na Tobie wrażenie śmierć Dybicza, a mówi się przecież, że Bóg cudów nie czyni. Dlaczegoż ten wielki i wyniosły wódz nie padł na polu chwały? — Dlaczego hańba towarzyszyła ostatnim jego chwilom? Zanurzył się w łoże puchowe, by nie powstać z niego więcej. — Za czasów Sennacheriba powiedzieliby ludzie: „Oto ręka Boga Sprawiedliwego”, teraz stu się przyczyn szuka i mędrkuje. Nienawidzę rozumowania! Ono to spowodowało upadek ludzkości z pięknego Edenu do stóp Kaukazu, Alp i Pireneji, tam, gdzie się szatan przechadza. Oto czem jest rozum! Jest to rzecz martwa; jeśli można tak powiedzieć, jest materią duszy. Zasypiam, jak człowiek pijany, budzę się, jak człowiek, który chce się upić. Dni moje przesuwają się, jak obłoki po niebie, nie zostawiając na niem śladów, lecz głębokie ślady na samych sobie, gdyż wychodzą z gór jurajskich jako zwarta masa światłości i przychodzą jako łachmany i ciemność nad Mont Blanc. Dobrze, dobrze, nie wszystko jeszcze stracone, gdy można zjeść skrzydełko kury i zrobić wycieczkę do Pomier. Wiesz, przepaści są jedną z piękności przyrody. Jakżeż spokojny sen tam w dole, dokąd się dostaje skruszonym, jak ciastko. Od pewnego czasu zatrzymuję się przed każdą przepaścią, rozkoszą jest dla mnie w nie spoglądać; czuję, że mogę skończyć z ludźmi i ze sobą samym. Lecz to się nie stanie, jestem chrześcijaninem. Myśl jednak, że to by się stać mogło, sprawia mi ulgę. To jak ogród H., choć H. w nim nie ma. Żegnaj! Odpisz zaraz!

Zyg. Kr.

22. Do Henryka Reeve'a

3 lipca 1831, Genewa

Kochany Przyjacielu!

Oczekuję listów z Petersburga, kochany Henryku. Cóż za oczekiwanie! Jakie będzie rozwiązanie? Gorączka, rozpacz, szał. Jest mi o wiele gorzej, niż wtedy, gdy mię opuściłeś. Dziś rano np. zaledwie mogłem się modlić. Źle jest bardzo, gdy nie można się już modlić.

Jacky powiedział, że byłby zmuszony spełnić wszystkie rozkazy mojego ojca. Nic mu nie odpowiedziałem, wybuchnąłem śmiechem. Czyż mnie uważa za dziecię w kołysce? Powiedział mi, że nie mam jeszcze 21 lat i nie jestem jeszcze pełnoletni. Czyżby sądził, że mojej duszy nieśmiertelnej potrzeba dwóch bagatelek więcej, które nazywają się latami, aby umieć oprzeć się i działać? W milczeniu przygotowuję się do rozpaczy, lecz nie chcę szczebiotać, dyskutować, argumentować; wypowiem swoją wolę, a potem niech uczyni z tych wszystkich scen, co będzie mógł. Zredukuję je do czterech słów. Potem zamiast mówić, będę się umiał wyrwać, broniąc rękami i nogami. Są to ruchy tonącego. — Aż do chwili, w której jeszcze usta mieć będę ponad wodą, wołać będę: „Niech żyje Polska!”. A raczej to będę myślał, lecz powiem: „Żegnaj, Henrieto!”, gdyż przyrzekałem jej po wiele razy, że imię jej będzie mojem jedynem pożegnaniem dla świata wokoło. Oszukałem ją w wielu rzeczach, chcę przynajmniej tego jednego przyrzeczenia dotrzymać. Nie widuję się ani z Binetem, ani z Aleksandrem; są zawsze zajęci i nie bawiłbym ich wcale, a są to ludzie, lubiący się bawić.

Odpisz mi zaraz! Żegnaj, mój przyjacielu, niech Ci Bóg błogosławi we wszystkich czynach, w każdem natchnieniu. Żegnaj.

Uszanowania dla Matki Twojej.

Zyg. Kras.

23. Do Henryka Reeve'a

7 lipca 1831, Genewa

Mój kochany Henryku!

Właśnie odebrałem list Twój z dnia 1 lipca. Co do H. zdaje mi się, że wrażenie, jakie na niej wywarłem, było bardzo słabe, skoro tak szybko przeszło. Nie, nie prosiłem jej więcej, by była moją kochanką, błagałem ją tylko, by została moją przyjaciółką, a i tego nie mogłem uzyskać. Nie wiem, prawdę powiedziawszy, od dwóch i pół miesięcy, co się z nią dzieje. Możliwe, że listy jej natrafiają na zapory nie do przezwyciężenia; może tajemnica jej została przez ojca odsłonięta. Wydaje mi się to jednak wątpliwe, gdy sobie przypomnę przenikliwość starego mieszczucha. W takim razie nie mogę zrozumieć tego ostatniego listu, tak pięknego, tak pełnego rezygnacji i tej ostatniej przesyłki łańcuszka, a potem najzupełniejszego milczenia. Po raz ostatni pisałem do niej 24 czerwca i list mój kończył się temi słowy: „Żegnaj! Jest to pożegnanie na długo, jeśli nie raczysz mi odpowiedzieć. Pożegnanie aż do dnia, w którym archanioł zdruzgocze kamienie grobowców. Lecz, jeśli choć dwa słowa tylko mi przyślesz, swoją napisane ręką, ujrzę Cię jeszcze przed śmiercią”. Jeśli nie odbiorę żadnej odpowiedzi, przekonany będę o jej pogardzie dla mnie. Jest to dla niej najzupełniejszem usprawiedliwieniem, dla mnie zaś zupełnem potępieniem, ostatnim stopniem poniżenia. Walewski kazał mi powiedzieć, że mi da paszport i pieniądze. Czy myślisz, że to uczyni? Łatwo powiedzieć. Lecz posłuży to zawsze później do jednego więcej oskarżenia. „Kazaliśmy mu powiedzieć, lecz nie przyjechał”. — Nic to ludzi nie kosztuje obiecywać bez zamiaru dotrzymania, a potem ze starej obietnicy ukuć nowe oszczerstwo. Ach, co cierpię, to niewielu ludzi wycierpiało — i tę przynajmniej dumną mam pociechę, że myślę, patrząc na innych: „Wy, wy wszyscy, dziećmi tylko jesteście w porównaniu ze mną, gdyż nie cierpieliście tyle”.

Dziś np. tak bezsilny jestem, że list ten zaledwie mogę napisać, jakkolwiek piszę go do swojego najlepszego przyjaciela.

Co do wierszy Twoich, nic w nich do skrytykowania nie znalazłem. „Kain pierwszy zgrzeszył, a my ostatni może grzeszyć będziemy” jest bardzo piękne. Wiersz, który następuje, jest tylko pleonazmem i psuje wrażenie poprzedniego. Wykreśl go! Opis poranku jest urozmaicony jaskrawemi barwami, gdyż cieszy duszę, a później rzuca ją w dym walki; to dobre, to czytelnikowi nie daje odpoczynku; sądzi on, że przybył do spokojnej oazy, tymczasem odnajduje tam okropność naszego przerażającego losu. To dobre, coś takiego ściska za serce czytelnika. „Godzina dzień” także dobre, tylko wyraz „analogia” wydaje mi się mało poetyczny; lecz nie znam dostatecznie języka angielskiego, by o tem sądzić. „Jesteśmy podobni podróżnikom” niewielkie na mnie czyni wrażenie, lecz doskonały jest ten pierwszy ustęp o wieku (,,podobny lalce”). Zresztą jestem tak ogłupiały od trzech dni, że nic prócz głupstw mówić nie mogę.

Klustine'a widuję często. Dobrze nam ze sobą, jest tak, jak ja, nieszczęśliwy. Długie przepędzamy godziny, przeklinając tyranię, przypominając sobie jej zbrodnie i wyostrzając swe dusze, by nigdy nie przestały jej nienawidzieć, rozpatrując spokojnie przeznaczony nam los i stawiając sobie pytanie, czy dość będziemy mieli godności w sercu, by nie uniknąć go przez samobójstwo. Ostatnim razem, gdy rozmawialiśmy ze sobą, zatrzymaliśmy się długo nad okropnym obrazem Syberii. „Może — rzekł mi — odnajdę cię za lat kilka wśród tych wysp lodowych, będziemy tam oddzieleni od świata, poza ludzkiem społeczeństwem, nasza wieczność już się zacznie; — będziemy pracowali w kopalniach i przy każdym kawałku metalu, zroszonym potem naszym, myśleć będziemy o tem, że na nim wyryty zostanie obraz tyrana. Cóż za myśl, cóż za przyszłość, cóż za koniec! Cóż znaczy w porównaniu z tem śmierć na polu bitwy?”. — Wyszedłem od niego przejęty do głębi temi przerażającemi obrazami. Noc była czysta, gwiaździsta, świeży wietrzyk sił mi dodawał. Już na szczycie gór jurajskich bladły ostatnie ślady dnia. Czułem, że jestem na wolnej ziemi wśród gór. Zanuciłem pieśń narodową Jeszcze Polska nie zginęła i przeniknęło mię uczucie wolności, zapału dla ojczyzny i dla śmierci człowieka wolnego. Była to może chwila, w której najbardziej należałem do mego stulecia i w której serce moje biło największą miłością dla wzniosłej przyrody szwajcarskiej. — Przyjacielu, będziemy umieli być tak wielkimi, jak nieszczęście nasze, i nie ustąpimy losowi, bo nie ugniemy się, gdy on nas pognębi. Pokusy mają dla nas małe znaczenie, gdyż myślimy o wieczności, męki jeszcze mniejsze, gdyż myślimy o wieczności. Przyjacielu, będziemy umieli umrzeć w sposób uroczysty i, jeśli życie Twojego przyjaciela ból i wstyd Ci przyniosło, może ostatnie chwile jego przyniosą Ci radość i chwałę. Prosisz mię o kilka fragmentów z Adama. Oto są.

Co do Twojego poematu, dobrze by było jednak, gdybyś coś wielkiego do naszego wieku wprowadził, coś, co było w tym wieku, choćby tylko wielkość potępienia. Dusza poety musi dążyć w końcu zawsze do poszukiwania piękna; a zresztą nie ma wieku, w którym by nie było wielkiej myśli lub wielkiego czynu. W ten sposób okażesz, że sam należysz do swojego stulecia i że masz prawo pogardzać jego zbrodniami i jego upadkiem, ponieważ czujesz, co w nim jest podniosłego. A teraz, jeśli zapytujesz, co w nim jest podniosłego, odpowiem: „Nic, o czem bym wiedział, z wyjątkiem Polski”. Jeśli zobaczysz Mickiewicza, ucałuj go ode mnie. List od niego odebrałem przed tygodniem; jeszcze nie był zdecydowany.

Cóż u diabła, mój kochany, zauważyłeś w Walewskim przypominającego cesarza? Binokle i złoty łańcuszek chyba mało do tego się nadają, by obudzić wspomnienie miecza, który świat podbija, i ostróg, które gnały konie swoje poprzez brzuch Europy. Zresztą jest to z natury dobry chłopiec, lecz paryskie salony w głowie mu przewróciły; w każdym razie takim go znałem. Możliwe, że wzniosła sprawa, której służy, wznieciła w jego duszy coś bardziej poważnego. Pozdrowienia dla Jerzmanowskiego! — Czy wie, że Girardot umarł? Pomyśl o H.! Jeśli się dowiem, że jest szczęśliwa, umrę spokojnie. — Żegnaj, kochany Henryku! Niech Cię Bóg błogosławi! — Żegnaj, żegnaj!

Zyg. Kr.

Blisko rok od nocy w Sallanches. Byliśmy inni wówczas, niż dzisiaj.

24. Do Henryka Reeve'a

Mój drogi Henryku!

8 lipca o 10 godzinie wieczorem. Właśnie zsiadłem z konia, przemoczony do kości, ale, jako wierny wykonawca Twojej ostatniej woli, jako egzekutor Twego testamentu w stosunku do ogrodu w Bourdigny, czuję się w obowiązku przesłać Ci raport zwięzły i dokładny o wszystkiem, co zrobiłem, widziałem i słyszałem. Zbliżałem się konno do wzgórka, który tak kochałeś, gdy na skręcie ścieżki spostrzegłem postać kobiecą na małym szkockim rumaku, czarnym, jak kruk. Gdybyś mi towarzyszył, serce by Ci było wyskoczyło z piersi. Co do mnie, poznałem osobę tę o smukłej i lekkiej kibici, siedzącą wdzięcznie na koniu, dopiero wtedy, gdy ją minąłem. Była to K. S. z jakimś młodzieńcem, który, przypuszczam, jest jej bratem, gdyż uderzyło mię podobieństwo ich twarzy. Była bardzo ładna na małym koniku, który podskakiwał pod ciężarem młodej dziewczyny; trzymała uzdę z niedbałością dziecka i zręcznie poruszała główką, zwracając ją we wszystkie strony. Amazonka jej była granatowa, kibić bardzo wiotka i szczupła, kapelusz czarny. Jej jasne włosy wymykały się spod niego i zdawały się przepuszczać światło, gdyż promień zachodzącego słońca przybiegł z nad gór jurajskich, by zmieszać się z ich puklami. Musiałem mijać ją szybko i oto owoce jednego spojrzenia, które rzuciłem. Gdyby wiedziała, że indywiduum w czapce niebiesko-czerwonej, w białych spodniach, z twarzą ponurą, jak Giaur, które mijało ją prędkim galopem, udawało się do jej ogrodu, by zerwać tam kwiat dla brzegów Anglii! Na drodze, która otacza żywopłot ogrodu, spotkałem ojca Sauttera. Rozmawiał z sąsiadem, podczas gdy sznur wołów defilował przed nim. Mruknąłem: „Przekleństwo” i, objechawszy posiadłość, uwiązałem konia u jakiejś tylnej furtki. Następnie przechadzałem się wzdłuż i wszerz drogi z postawą człowieka, który oczekuje na swego przeciwnika, by się pojedynkować. Ojciec Sautter ciągle znajdował się w odległości 50 kroków ode mnie. Niecierpliwość sprawiała, żem gryzł wargi i tupał nogami. Wreszcie zbliżył się ku mnie i zdawał mi się przyglądać. Oddałem mu spojrzenie za spojrzenie, więc, widząc, że niczego więcej się o mnie nie dowie, oddalił się w kierunku pól zbożowych. Sądząc, że sposobność jest dobra, przeskoczyłem żywopłot, lecz w tej samej chwili dwa olbrzymie psy wyskoczyły z kępki drzew i rzuciły się z błędnem spojrzeniem na mnie, wyszczerzając białe zęby. Wyciągnąłem sztylet i dzięki jego ostrzu, które skierowałem ku ich głowom, cofnąłem się z honorem aż do furtki, skąd wskoczyłem na konia. Lecz tam, patrz! Oto ojciec Sautter zjawia się z przeciwległej strony między kłosami. Wzięty w dwa ognie zachowałem się z zadziwiającą przytomnością umysłu, gdyż uspokoiłem psy gwizdaniem i oznakami przyjaźni, co do ojca Sauttera zaś, gdy zobaczyłem, że wychodzi na drogę z mojej prawej strony o 10 kroków ode mnie, rozciągnąłem się na swojem siodle, położyłem głowę na szyi, a nogi na grzbiecie konia i udawałem, że chcę zasnąć. Prawy właściciel Bourdigny przeszedł, patrząc na mnie z uśmiechem, którym zaznaczał, że sprawiłem na nim wrażenie oryginała, a następnie oddalił się w stronę swego domu, pozostawiając mi dla towarzystwa swoje dwa uprzejme cerbery. Ze sztyletem w lewej ręce, z cygarem płomienistem w ustach, ze skręconemi do pieszczoty palcami prawej ręki przeskoczyłem powtórnie żywopłot, ostrożnie, ale nie bez śmiałości. I oto patrz, psy przyszły, by rozciągnąć się u moich nóg i przycisnąć but mój swemi łapami. Jak umierający z głodu sokół, rzuciłem się na różę i jakiś inny kwiat, które umieściłem w swoim notatniku i które Ci przyślę, skoro tylko zeschną. Następnie spiąłem konia i odjechałem. Spotkałem na mej drodze okropną nawałnicę; błyskawice rozciągały się jak flagi ogniste nad moją głową, piorun grzmiał w górach jurajskich i na Salewie, deszcz spływał z chmur firankami, draperiami. Leciałem poprzez burzę, unosząc biedne kwiatki, umierające na mem łonie.

Tak brzmi moja powieść. Spisuję ją natychmiast, by nie dać czasu duchowi memu do zatracenia wrażenia.

Mój drogi Henryku, sądzę, że nie więcej zostanie mi się po H., niż Tobie po K., gdy otrzymasz te kwiaty. Chciałbym wiedzieć, czy H. ma ogród. Mógłbyś mi oddać tę samą usługę. Niegdyś nie dość mi było długiego pocałunku — dziś kwiat wyblakły, którego dotknęła, przechodząc, rąbkiem swej sukni, będzie może zbyt wiele. Wszystko, wszystko po kolei mię opuszcza. O drogi Henryku, jestem nieszczęśliwy i lepiej by mi było umrzeć nawet na cholerę, niż żyć długo takiem nieszczęśliwem, nędznem życiem.

12 lipca. Otrzymałem wczoraj listy z Petersburga. Cóż Ci powiedzieć mogę, drogi Henryku? Rozpaczliwa moja rozterka wzrasta bezustannie. Ojciec pisze do mnie z rozdzierającą czułością. Mówi, że gotów złożyć w ofierze ojczyźnie siebie i syna swojego, ale zaklina mnie, bym czekał jeszcze, i zapowiada bliskie nasze spotkanie. Henryku, cóż byś zrobił na mojem miejscu? Ale po co mi pytać, jakby kto inny postąpił? Widzę, że jestem zgubiony. Jestem głupcem, jestem tchórzem, jestem nieszczęśnikiem, mam serce dziewczęce, nie śmiem się narazić na przekleństwo ojcowskie. Spodziewałem się listu władczego, gwałtownego, energicznego, byłem przygotowany na walkę rozstrzygającą, straszną, również energiczną. Zamknąłem serce i duszę w łonie. Lecz gdy nadszedł list wczorajszy, gdy, miast gróźb, znalazłem prośby, miast wściekłości ujrzałem błogosławieństwa, miast rozkazów błagania, miast uczuć, o których myśleć nie mogłem bez drżenia, miłość do Polski, bijącą z każdego słowa, moc moja rozpłynęła się we łzach. Przygotowałem ramię moje do zadania ciosu, a gdym je opuścił, nie natrafiłem na opór, uderzenie padło w próżnię i rzuciło mnie o ziemię. Jestem roztkliwiony, pełen przywiązania do mego ojca, do jego nieszczęść gorzkich, i nie znajduję już dość energii do decyzji. Oto stan mój. Możesz rzucić na moją głowę przekleństwo, przyjacielu, ale mówię Ci, nie jestem już sobą. Jednakowoż już odpowiedziałem, nie dając żadnych obietnic, utrzymując w dalszym ciągu, że pojadę do Polski, o ile zdarzy się okazja. Lecz gdzież ta okazja? Wszyscy Polacy, którzy udali się do Paryża, są jeszcze w Paryżu, krokiem nie ruszyli naprzód. W tych dniach widziałem się z jednym Polakiem (pół-Polakiem, a druga połowa, diabeł wie, jaka), powracającym z Włoch. Zawiadomił mnie, że według tego, co mu w Rzymie ks. Gargarin mówił, wszystkie ambasady rosyjskie mają mój rysopis i rozkaz aresztowania mnie i wysłania do Petersburga, gdybym próbował wymknąć się z Genewy. To nic. Gdy o obowiązek idzie, na wszystko ważyć się trzeba. Ale ojciec mój, mój ojciec, on, który, niegdyś potężny, bogaty, syt pochlebstw i sławy, widział się pierwszym obywatelem Polski, on, którego dusza nigdy w miejscu nie ustała, jeno rwała się naprzód, dziś, powalony, stracił wszystko, nie posiada nic prócz mnie na szerokim świecie. Jeżeli i tę podporę straci, co się z nim stanie? Nie śmierci się lękam dla niego — byłaby dobrodziejstwem dla nas obu — jeno długich lat starości, pełnych rozdzierających wspomnień, wstrętu i goryczy, złamanego serca nad moim grobem, spojrzenia, które rzuci wkoło siebie, nie znajdując nikogo, kto by dłoń wyciągnął ku niemu. A kiedy sobie przypomni, że trzydzieści lat temu on był tym, który zatknął orła polskiego na szczycie Somosierry, czy sądzisz, że to jedno wspomnienie nie wystarczy, by, zgrzytając zębami, padł zrozpaczony na ziemię? Tej długiej agonii obawiam się dla niego i pragnę mu jej oszczędzić. Zostaje mi jednak promyk nadziei, że będzie walczył za Polskę, a ja u jego boku. Zobaczysz zaraz, co mnie skłania do przypuszczenia, że to możliwe.

Zresztą jestem w najzupełniejszej niepewności. Rady ludzkie nic mi dać nie mogą. Wyglądam jedynie natchnienia od Matki Bożej, a gdy to natchnienie spłynie na mnie, pójdę za niem. Będziesz zapewne zdania, że to mistycyzm. Pozostań przy tem mniemaniu, jeżeli przypuszczasz, że Zygmunt chce oszukiwać swego najlepszego przyjaciela. Piszę, co czuję, co myślę. Może być, że to głupstwo; w takim razie jestem głupcem, ale nie oszustem.

I ta myśl o samobójstwie, która zawsze unosi się wkoło mego mózgu, rzecz dziwna, nie robi więcej na mnie wrażenia zbrodni,przeciwnie, zdaje mi się, że to rzecz dozwolona... Oto uczucia moje. Ale, kiedy się zastanawiam, widzę jasno, że to zbrodnia. O, gdyby umrzeć znaczyło: zasnąć na zawsze! Wieczność? Zobaczysz, że czeka nas nowe umęczenie w tej wieczności. Będziemy ją przeklinali tak, jak dziś ziemię przeklinamy, będziemy się skarżyli, ciężkie krople potu spływać będą z naszych czół wiecznych, ciała nasze promienne zawierać będą krew, gotową do przelania, cierpienie nękać je będzie. Spokoju, spokoju! Snu, bez żadnych marzeń! Albo czasem marzenia dziecięce, piosenka piastunki, gdy trawa poruszy się na mogile, lub rozkosz zimowego ogniska, gdy wiatr ostry zawieje wkoło grobowca. Jakiż szaleniec ze mnie, jaki głupiec! Osądź z tego, dokąd zaszedłem! Ja trącę materializmem, ja pożądam nicości! Ach, jakże cierpienia podcinają skrzydła ducha! Ani słowa o tem nikomu! Po przeczytaniu mego listu zanuć: „Jakże szczęśliwie na poddaszu!”.

25. Do Henryka Reeve'a

Genewa, 13 lipca 1831 r.

Kochany Henryku!

Tak samo było z H. Gdym jej oświadczył, że pragnę ją mieć za siostrę, rezygnując z tego, by została nadal moją ukochaną, odpowiedziała mi, że zawsze będzie moją miłością, a wiesz, co później z tego wynikło. Nie myśli więcej o mnie. Tak samo mówisz mi teraz, Henryku, że będziesz zawsze moim przyjacielem. Przypomnij sobie kiedyś moje obawy, gdy się spełnią! Co do mnie, bądź pewien, jestem Twoim przyjacielem aż do śmierci.

Przeczytałem Twoją Cholera morbus i znajduję, że zanadto jest podobna do Starego marynarza Coleridge'a. Nadto, dziecię i ojciec, którzy umierają, przypominają ustęp z Don Juana. Zachód księżyca jest piękny. „Komnata w Oceanie”. Poetyczne to wyrażenie. Życzyłbym sobie, byś wlał w swoje wiersze trochę więcej harmonijności muzycznej i siły. Znajduję, że niekiedy są zbyt mdłe. Na ogół obraz „chorągwi tak czarnych” na „miastach tak białych” robi wrażenie. Ale przypomnij sobie, że te „tak”, te „przyszła noc”, są w stylu Coleridge'a, a styl Coleridge'a ma tę właściwość, że dąży do wywołania wrażenia nie przez myśli, lecz przez układ słów. Pamiętaj, Henryku, że wielkie myśli tworzą poetę, tak, jak sam poeta jest jedną z wielkich myśli Boga.

Co do mnie, przekonałem się w ostatnich czasach, że mam rzeczywiście iskrę poezji w łonie, co prawda, bardzo niedoskonałą, gdyż brak mi rytmu. Dowodem tego jest, że bez nadziei, by mię kiedykolwiek czytano, piszę i piszę z takim samym zapałem, jak przedtem. A więc piszę, bo muszę pisać, piszę, piszę, bo piszę, „Nic mi innego nie pozostaje, jak pisać”, aby znów Coleridge'a przytoczyć. Być poetą, czyż to nie znaczy posiadać nadmiar myśli, które wytryskują strumieniami nad powierzchnię duszy i które kłębią się nad nią, póki sobie ujścia nie znajdą? Cóż go to obchodzi, czy ujście to wiedzie do uszu ludzkich, czy do nicości, byleby się pozbył tego ognia, który go pali i nie daje mu chwili wytchnienia. Oto dlaczego zawsze dawniej Ci mówiłem, że górujesz nade mną uczuciem, bo piszesz dla siebie, a ja dla innych.

Ale po cóż mi teraz mówić o poezji, gdy może wkrótce stanę oko w oko ze śmiercią, z najwznioślejszą poezją życia ludzkiego. Dopiero w tej ostatecznej chwili poczuję po raz pierwszy, co to prawdziwa poezja, co to pęd nieokiełzany duszy do wieczności.

Nie wiem, jakie przeczucia ostrzegają mię, bym się na śmierć gotował, czuję jakby głos jakiś, który mi mówi: „Jesteś istotą bezużyteczną, nie oszczędzi cię zaraza”. Jak wiesz, jest to jeden z moich wielkich artykułów wiary, że skrzydło muchy wystarczy, by powalić człowieka, który nie jest do niczego przeznaczony w przyszłości, ani się teraz na nic przydać nie może. A więc jestem prawie przekonany, że cholera wymierzy sprawiedliwość moim dziewiętnastu latom, roztapiając je w wieczności. Dużo mówiłem o tem wczoraj z Panchaudem. Spodziewa się, że wkrótce ujrzy tę zarazę w Genewie. Powiedział mi, że cierpienia nie są wielkie, że odczuwa się tylko silne obawy i że jest to jakby ostatni dzień długiej a ciężkiej choroby. Nadto przytomność umysłu zostaje zachowana; to dobrze, gdyż można wydać sąd o sile swego ducha, przeglądać się w lustrze, patrzeć, czy się nie blednie, i wyśmiewać się z siebie samego, gdy jakiś muskuł twarzy się rozpręża. Można osądzić ze swoich chwil ostatnich, czem byłoby się później: tchórzem, czy lwiem sercem.

Sądzę, że, gdy ta uroczysta chwila nadejdzie dla mnie (za miesiąc lub 6 tygodni), będę do niej doskonale przygotowany. Trwa to dziesięć do dwunastu godzin. Będę jeszcze miał czas do napisania słów kilku do Ciebie, do Leacha, do H. Prześlę Ci pukiel moich włosów, byś go oddał po mojej śmierci tej, która mię kochała. Piszę dziś mój testament. Przekazuję Ci w nim sztylet, małe pistolety, biblię angielską, wszystkie moje francuskie i angielskie rękopisy. Jeżeli przeczucie moje się sprawdzi, Duchesne otrzyma polecenie przesłania ci tych przedmiotów wraz z pierścieniem, książką do modlitwy i Szekspirem, które oddasz Leachowi. Kończę testament słowami:

„Opuszczając tę ziemię w wieku bankierów i ujarzmicieli, żałuję jedynie, że nie padłem na polskiem polu bitwy i że nie było żadnego z moich przyjaciół angielskich u śmiertelnego mego łoża”. Te słowa są symbolem mojej duszy; bo co do ziemi, to nie żałuję jej wcale.

Czy chcesz posłuchać trochę jeremiad Adama?

Będzie ci się może wydawało, że list ten zawiera dużo rzeczy dziwnych lub śmiesznych. Ale przypomnij sobie, co myślałem nad brzegiem przepaści. Nie jesteśmy panami naszych uczuć, naszych wrażeń; to one są naszymi panami: myślimy i piszemy mniej lub więcej przygnieceni ciężarem ich jarzma. Czuję głęboko to, co napisałem w tym liście: to moje głębokie przekonanie. Napiszę do Ciebie, przyjacielu mój, jeszcze kilkakrotnie, zanim się wszystko skończy. Twojej matce moje uszanowania.

Żegnaj! Jeśli się możesz dowiedzieć cośkolwiek o H., będzie to muzyką w mych ostatnich chwilach.

Zyg. Kras.

26. Do Henryka Reeve'a

25 lipca (w 16 miesięcy po Salève). Genewa

Kochany Henryku!

Powróciłem wczoraj w nocy z zabawy żeglarskiej, poczerniony prochem, rozpalony gorączką i upałem, czerwony jak cegła, i przybity zmęczeniem. Znalazłem na stole list Twój z d. 12 lipca. Noc, którą z powodu tego listu przebyłem, jest jedną z tych, po których przez dni kilka zachowuje się bolesne wspomnienie. A więc jest w Tunbridge Wells, w tej samej miejscowości, skąd tyle razy pisała do mnie! Przy mojej ostatniej spowiedzi (pamiętasz) odmówiłem zaprzestania wymiany listów. No i co? Od tego czasu ona to zaprzestała pisywać do mnie. A więc na tem skończyły się wszystkie moje sny, wszystkie dążenia, aby wprowadzić do tego nędznego życia rzeczywistego, życie głębsze, świetniejsze — bardziej urojone. Jak zły aktor, pyszniłem się za kulisami, udawałem wielkiego człowieka, męczennika, zapaleńca, a gdy trzeba było ukazać się na scenie, nie wiedziałem już, co mówić i co robić.

Zwróć na to uwagę, że w moim charakterze nie ma nic stałego. Podobny on jest do mojego stylu. Jestem zrodzony do krańcowości; bezustannie przechodzę od hańby do sławy, od pogardy do rozkoszy zadowolonej ambicji, od złego do dobrego, od odwagi do strachu, miotany przez wszystko co spotkam; powiadam Ci, dusza moja jest falą, która wznosi się i opada bezustannie. Czegóż się spodziewać po tak usposobionym umyśle, gdy na dodatek spala się gorączką i gdy czuję z dnia na dzień obniżenie się moich zdolności. Jestem igraszką swoich namiętności, uczuć swoich. Nie pozostaję ani przez kwadrans w tym samym stanie. Moje uczucia z innej są materii, niż dusza, innej, niż ja sam. Nic na to nie poradzę. Biada mi, że tak stworzony zostałem!

Kochany Henryku! Dwaj rozłączający się przyjaciele, z których jeden idzie na przód statku, drugi na tył jego, by śmierć mogła stanąć między nimi, są dobrym pomysłem.

Jest to ruch dramatyczny, wywołujący wielkie wrażenie.

Dobrze, dobrze! Wyobraźnia Twoja postępuje ciągle naprzód. Nie wiem, co takiego widzę w całym tym ustępie podobnego niezmiernie do układu mojej wyobraźni, to pewne, że podoba mi się ten „przód i tył okrętu”, jak gdyby moim był pomysłem, choć bezsprzecznie jest Twoim. Następniewschód słońca jest harmonijny i czuje się jego potrzebę dla złagodzenia tego, co go poprzedza. Celujesz w urozmaicaniu barw, mającem na celu utrzymanie równowagi. Pamiętaj, że na tem polega wielka sztuka Szekspira i że wytworzenie całości harmonijnej z różnorodnych i rozmaitych elementów, na pierwszy rzut oka kłócących się ze sobą, jest najwyższym stopniem poezji. Lecz przypominam Ci to, co Ci już mówiłem: trochę więcej siły i muzyki w Twych wierszach! To zadziwiające, że w chwili, gdy głęboko myślałem o cholerze, zabrałeś się do pisania o niej, jak gdyby myśli nasze mogły wzajemnie działać na siebie. Co do mnie, myślę zawsze, że zginę przez cholerę. Jestem istotą bezużyteczną; posługując się wyrażeniem ekonomiczno-politycznem, jestem konsumentem, nie będąc producentem; stąd pochodzi, że brak mi już równowagi, którą każda istota mieć powinna, i zginę, jak nędznik, którym jestem.

Jak możesz, Henryku Reeve, pomyśleć nawet, że przyjaciel Twój dałby się zawieść do Wiednia, by bić pokłony przed Tatiszczewem! Nie, mój kochany; ani nieszczęście, ani słabość moja aż do tego nie doszły. — Przeznaczenie moje i okoliczności mogą mię spodlić, poniżyć, wydać na pogardę, lecz, co do mnie, co do wewnętrznego człowieka we mnie, nigdy sam się nie spodlę. A nie są to wcale czcze słowa! Możesz i będziesz mógł liczyć na nie wiecznie. W dniu, w którym Ci powiedzą, że sam się poniżyłem, roześmij się w oczy tym, którzy Ci to powiedzą, i pomyśl potem: „Zygmunta już nie ma na tym świecie”.

Dostałem list od mojego wuja i od rannego kuzyna, tego którego pierścień widziałeś na moim palcu, z włosami siostry jego, i list od jego młodszego brata, także oficera. Zdaje się, sądząc z tych listów, są o mnie w Warszawie najlepszego mniemania.

Zaprawdę, jeśli jest jeszcze coś, coby mogło mię pocieszyć, to zainteresowanie się mną matki Twojej — i, zaprawdę, dumny jestem z tego, że te same oczy napełniły się łzami z powodu poematu, co i z powodu mojego nieszczęścia. I jest może coś jeszcze z poezji potępienia we mnie i w mojem przeznaczeniu. Złóż matce Twojej moje uszanowanie, zapewnij ją o mojem przywiązaniu, o mojej wdzięczności za jej dobroć i powiedz jej, że może, gdybym miał matkę, taką jak ona (matka moja umarła, gdy byłem dzieckiem, zaledwie wiem, co to jest matka), nie byłbym istotą, jaką dziś jestem. Zgubią mię namiętności, jest to ojca mego proroctwo. Sprawdzi się ono. Mówiąc o mnie do swej matki, mów, jak gdybym był twoim bratem, Henryku; kocham Cię bardziej, niż brata. Nigdy nie miałem brata. Mój Boże! Wzruszenie Twojej matki wiele dobrego mi zrobiło, bardzo wiele. Więcej czuję dla niej wdzięczności, niżem zdolny wypowiedzieć.

A Ty, mój drogi, powinieneś być dumny, dumny, po trzykroć dumny, i po trzykroć szczęśliwy, żeś płacz swej matki wywołał, mówiąc o kochance. Niewielu ludzi w podobnem znalazło się położeniu. Widzisz, jaką siłę ma poezja! Podziwiaj, czem jest poezja! Nie wyobrażaj sobie, że Ty nią jesteś. Jest to poezja Twojego łona. Nie mógłbyś jej powstrzymać, nawet, gdybyś chciał. Cóż Cię ludzie obchodzą? Pozwól im podziwiać lub ganić, płakać lub śmiać się, unosić się lub naśmiewać. Mówię Ci i powtarzam: jesteś poetą, jeszcze raz poetą i zostaniesz nim, aż do śmiertelnego łoża — czy dla siebie samego, czy dla innych, to nie ma znaczenia. Lecz, kochany, nie zajmuj się tak bardzo broszurami, rozumowaniem itp. Nie pisuj tylu krytyk, zostaw to wszystko na starość, jeśli kiedykolwiek się zestarzejesz, i wierzaj mi, nie spiesz się ze swoim poematem. W dzień jeden po wydrukowaniu go uczujesz, że mogłeś weń tysiąc uczuć włożyć, które się w Tobie zrodziły, a wtedy cóż uczynisz? Trzeba będzie innej ramy szukać. Uczucia, gdy się ram dla nich szuka, słabną, wierzaj mi; doświadczyłem tego na sobie nie raz, lecz sto razy.

Żegnaj, kochany! Odpisz mi zaraz! Może będziesz wiedział coś o tej, która mną pogardza; przed rokiem byłbym powiedział: o tej, która mię kocha. Czasy i słowa się zmieniają. Ból tylko zostaje niezmienny. Piszę ciągle mojego Adama; któregoś dnia może będzie to jedyny dowód, świadczący na moją korzyść.

Zyg. Kr.

27. Do Henryka Reeve'a

27 lipca 1831, Genewa

Mój kochany Henryku!

Właśnie odebrałem list Twój z d. 21 lipca i zadowolony jestem bardzo, że te biedne kwiatki z Bourdigny mogły przypomnieć to, co było niegdyś, temu, kogo dziś tu nie ma. — Chciałbym znaleźć kwiat, który by mógł w stosunku do mnie podobny sprawić skutek i przenieść mię z powrotem w całej pełni młodości, energii i potęgi, w te godziny egzaltacji i gorączki, gdy, trzymając rękę H. w mojej dłoni, byłbym stawił czoło wszechświatu i bez lęku zajął przynależne mi miejsce na ostatecznym sądzie narodów. Lecz powiedziałem raz i powtarzam raz jeszcze: tak długo, póki mieć będę takiego przyjaciela, jak Ty, nie będę mógł powiedzieć, że jestem całkowicie nieszczęśliwy. Ty sam może zastąpisz mi wszystkie moje przywiązania, ojca, rodziców, kochankę; tem więcej przywiązany będę do Ciebie, im bardziej świat odwracać się będzie ode mnie: staniesz się gałęzią, której się chwyci człowiek tonący — Ciebie się uchwycę. — A jeśli zadrżysz w chwili wstydu, padnę na ziemię, amen.

Nie rozumiesz więc, dlaczego nie chcę do Londynu przyjechać? Przyjacielu, ciągnę za sobą łachmany, długą tkaninę żałoby, która ruchy moje tamuje. Nie pójdę ku ludziom, by przyjemność im sprawić mojem nieszczęściem; nie, przysiągłem to sobie. Zostanę, przykuty do ziemi genewskiej, aż do chwili, gdy będę mógł do Polski jechać. Nie mów, drogi, że lepiej mi będzie przy Tobie, niż przy Duchesne'ie. Nie pójdę żebrać o jej uśmiechy i spojrzenia. Byłaby zmuszoną dobrze mię przyjąć, gdyż obawiałaby się mojej zemsty. Nie zna mię zupełnie. Mówię Ci, że mną pogardza; ma do tego pełne prawo i słuszną przyczynę. Okoliczności wszystko zrobiły w tym celu, ja tylko trochę, lecz być pogardzanym przez tę, którą się kocha!

Oto jest ustęp z Adama.

Nie, mój kochany, ja nie mogę jechać do Londynu. Pojechałbym chętnie do Ciebie, lecz nie do Londynu; byłoby to nową hańbą. Dosyć mam, nic już nie chcę dodawać. Na jeden krok od Genewy się oddalić, a krok ten do innego miejsca, nie do ojczyzny skierowany? Nie. Podróżować, jechać, by ludziom się pokazywać? Nie. — Jakkolwiek pogarda mię czeka, nie jestem jeszcze przyzwyczajony do pogardy. Trzeba, by pogarda także nieco poczekała na mnie. Przez dzień jeden, miłosierny Boże, nie można przyzwyczaić się do wstydu! Przypomnij sobie Zygmunta z Chamonix i z Salève i przyjrzyj się teraz tej samej istocie, piszącej słowa: pogarda, wstyd, a pióro nie wypada jej z ręki i serce w piersiach nie pęka w kawały. Czuję jednak w tej chwili jakąś słodycz; wyobrażam sobie, że jesteś przy niej, że dusza Twoja wpływa na nią, że jesteś u boku mojej Henriety, że mówisz z nią o drobnostkach, lecz oczy Twoje wypowiadają moje imię, i że ona odpowiada Ci jakiemiś frazesami, lecz spojrzenia jej rozumieją Twoje spojrzenia. Wszak prawda, Henryku, jesteś w Tunbridge Wells w jej salonie; ona koło fortepianu, Ty stoisz koło krzesła. Chwila to przykra dla Ciebie, który tam jesteś, rozkoszna dla mnie, który jestem tutaj. No i powiedz mi, jak też ona się miewa? Czy jest zawsze wesoła, dziecinna, słodka, czasem usposobiona sarkastycznie? A kibić jej, a oczy, a uśmiech, a ręka? Spójrz poprzez fałdy jej stanika: łańcuszek tam być musi, a na łańcuszku pierścionek. — Henrieto, Henrieto!

Czyż nie zadrżała w tej chwili? Cała dusza moja wyrywa się ku niej. Widzę ją, Ciebie widzę, lecz nie mogę Was dosięgnąć.

Damned, cursed destiny, damned, damned....

Wiersze Twoje o kwiatach z Bourdigny są bardzo harmonijne. Lecz myśl jest zupełnie ta sama, co w różach z Bendemeer w Zawoalowanym proroku z Karassun. Co do wierszy o Montreux, są one pełne uczucia, lecz oto jeszcze jedna myśl, która stała się upiorem i, wyszedłszy ode mnie, przyszła do Ciebie. There may the pilgrim, for a season where other pilgrims rest for ever... Słowo w słowo to samo napisałem o cmentarzu w Montreux w moim poemacie polskim o Alpach (gdy mówię „poemacie”, roześmij mi się w nos!).

Fair Montreux! I had rather sleep with thee jest bardzo wzruszającym i ładnym wierszem. Ale zarobiłeś 700 fr. Dobrze, mój kochany, lecz im więcej zarobisz, tem mniej będziesz poetą. Nie pisuj nigdy dla zysku! Lecz z innej strony, byłoby humbugiem poezji, nie zarabiać, jeśli można. Nie czyń tylko nigdy wysiłków w tym kierunku.

To co mi piszesz: „Nie poznaję już swojego ja, które umiało tyle kochać”, jest wielką prawdą. Człowiek zużywa życie na zmienianie swego „ja”.

Przyjacielu, doszedłem do epoki w swojem życiu, która ciężkie brzemię wspomnień mi pozostawi, jeśli ją przebędę. Niechaj Bóg sprawi, bym jej nie przeżył, jeśli ona nie ma się zupełnie zmienić.

Śliczne słońce przenika do mojego pokoju, promienie okręcają się koło liter, które pióro moje kreśli. Jest to słońce Montreux, Saint Cergues, Chamonix. Wkrótce rok minie od czasu, gdyśmy byli na lodowcach. Nocy jednej byłeś w Sallanches bardzo nieszczęśliwy, a ja bardzo szczęśliwy, gdyż spodziewałem się listu od H. Dziś niczego już więcej się nie spodziewam. Dziś upadły jestem i zgnębiony. Dusza moja jest zdartą chorągwią, która łopocze na kiju. Jeszcze trochę natchnienia, ale i to też wkrótce się skończy.

Żegnaj, kochany!

Zyg. Kras.

28. Do Henryka Reeve'a

2 sierpnia 1831 r., Genewa

Mój kochany Henryku!

Żaden człowiek tyle dla mnie nie zrobił, co ty, oprócz Leacha na Salève, lecz było to raczej skutkiem zbiegu okoliczności; a tu, jest to skutkiem Twojej przyjaźni. Powiedz mi, jak możesz być moim przyjacielem? Ale jednak jesteś nim, a ja Twoim. List Twój, Henryku, miał na mnie wpływ ogromny. Odebrałem go wczoraj wieczorem po powrocie ze spaceru, podczas którego dużo mówiłem o tobie i o H. I natychmiast poczułem się tem, czem byłem niegdyś.

Reevie, Henryku najukochańszy, rozkoszowałbyś się, gdybyś mógł widzieć, w jaki stan mię wprawiłeś. Widziałbyś mię, jak, dysząc ciężko z gorączki i zapału, wymawiam imię H., przebiegając wielkiemi krokami mój pokój z wyrazem twarzy, zdradzającym, że wierzę jeszcze w przyszłość i że czuję się dość silnym, by walczyć ze swymi bliźnimi. Mówię Ci, że silny dziś jestem, krzepki, potężny. Dusza moja rwie się naprzód, żądna czynu. Ale oto, gdzie rozpoczyna się męka. Kładę się zgnębiony i cierpię, jak istota bierna. Podniecony, tak jak Ty w tej chwili mię podnieciłeś, chciałbym działać, działać, działać nieprzerwanie. Ale cóż widzę: smutne mury mego pokoju i jego purpurowe firanki. Oto, gdzie dusza moja jest zamknięta, oto zakres mego rozwoju.

Moja droga, moja własna, jedynie droga, moja ukochana, droga Henrieta! A więc spotkasz się z nią; już ją widziałeś! Czy słyszysz bicie mego serca? Czy widzisz nieokiełzaną niecierpliwość, która wstrząsa całem mojem ciałem? Nie mam już czasu, by Ci powiedzieć, co masz czynić. Lecz wszystko, co uczyniłeś, uczyniłeś dobrze. Chciałbym, żebyś jej powiedział wszystko, żebyś mówił do niej z zapałem, który, gdy osiądzie na Twojem czole, daje rysom Twoim wyraz poetyczny, porywający, zwycięski. Jestem pewien, że jedna lub dwie łzy błysnęły w Twojem oku i że ona całe wylała ich potoki. Chwila musiała nawet dla Ciebie być bardzo piękną, chociaż ona nie jest Twoją ukochaną. Tak jest, Henryku, utrzymuję, że to spotkanie zostawi ślad głęboki w Twojej duszy, że nie przejdzie bez skutków, że zrodzi myśl nową i poetyczną i że później wspominać je będziesz z rozkoszą. Wiem co mówię — nie jest to tylko przeczucie, ale również i doświadczenie. Lecz kto wie?... Może radość i zapał mój wzbudza coś, co ma być moją zgubą. Może zbliży się do Ciebie ironiczna, wzruszona, surowa, otrząsając z pogardy palce, jakby chciała strząsnąć na podłogę krople wody lub krople trucizny, i powie Ci: „Przyjaciel Pana był niegdyś i moim. Teraz, gdy uchybił honorowi i nie spełnił swoich obowiązków, dziwię się stałości, z jaką Pan go jeszcze kocha. Dla mnie jest to odtąd niemożliwe. Czy zechce Pan wstąpić do nas na herbatę?”.

Niech Bóg w swojem miłosierdziu oszczędzi mi tej ostatniej próby po Twoim liście, który wzniósł mię tak wysoko nad mój stan rzeczywisty, że stałem się silny, potężny, pełen zapału i ognia. Nie zrozumiesz, w jakim stanie znajduję się teraz. Co za pomieszanie szczęścia i cierpienia, widm mego pierwszego uczucia i upiorów mojej smutnej przyszłości! Ileż namiętności głos swój podnosi we mnie, jakże czuję głęboko, że was kocham, ją i Ciebie, jakież rzucam na siebie przekleństwa, z jakąż litością uśmiecham się, obserwując duszę swoją, tak zmienną, tak dziecinną, tak chwiejną, która w jednej chwili przejść może od zgnębienia do męstwa, od znękania do zapału, od słabości do mocy; a potem wiem, że to długo nie potrwa, że znowu padnę na ziemię i to padnę z wielkiej wysokości, że przełom się zbliża, gdyż wznoszę się jeszcze, gdyż z każdą chwilą szał mojej miłości wzrasta, gdyż teraz dałbym życie, by ją choćby z daleka zobaczyć! Lecz znam się dobrze. Gdy najwyższe napięcie gorączki minie, przyjdzie mi wrócić do niepewnych wspomnień, do bladych, drżących barw, znowu wzdychać lub milczeć w dumie swojej, płakać miast pewnem spoglądać spojrzeniem, jak to czynię w tej chwili. A spojrzenia moje są płomieniem, a dusza moja jest ogniem.

Moja biedna H..., moja droga Henrieta! Szczegółów, Henryku, szczegółów! Najdrobniejsze, najbardziej błahe, wszystkie są dla mnie poezją, z wyjątkiem czepka i braku włosów. Utrzymuję, że to kłamstwo, jawne i podłe kłamstwo. Najmniejsze jej słówko, najlżejszy jej ruch, słowa piosenki: Serce moje i lutnie itd., itd. Jak jej pokój jest urządzony? Czyś widział coś pochodzącego ode mnie przy niej? Napisz mi wszystko, wszystko, żebym mógł, nim zginę nędznie, odetchnąć jeszcze raz wonnem powietrzem mojej pierwszej, mojej jedynej miłości! Twoje talenta dyplomatyczne są wspaniałe. Polacy zwyciężyli; król Francuzów wołał razem ze swoim ludem: „Niech żyje Polska, niech żyją Polacy!”.

Ale, przyjacielu mój, między tylu rozdzierającemi mię namiętnościami, pośród tylu bólów i cierpień mam dla Ciebie w głębi mej duszy błogosławieństwo uroczyste i pełne spokoju, które przesyłam Ci w dowód wdzięczności i przywiązania. Choćbym był miotany na wszystkie strony, rozbity, nieprzytomny, rozgorączkowany lub znękany i rzucony w pył, w błoto, znajdę zawsze dla Ciebie to błogosławieństwo zarówno w dniach walki i wysiłku, jak na śmiertelnem łożu. Błogosławię Cię, mój przyjacielu, Ciebie i tę, którą tak kochałem.

Zyg. Kras.

P.S. By nie tylko słowami, lecz i czynami Ci się odwdzięczyć, kazałem w tej chwili zawołać do siebie Vauchégo i powiedziałem mu: „Trzeba mi w ciągu 48 godzin splotu włosów Konstancji Sautter. Oto pieniądze, weź wóz, dziś lub jutro, jedź do Bourdigny. Żadnych głupstw, ani skandalu! Działaj ostrożnie i przywieź mi włosy. Słyszałeś?”. Rozumiesz, mój drogi, jaki głos, jakie miałem spojrzenie. Przyrzekł, że je mieć będzie. Pojechał. Burza się zrywa, grzmi, wybieram się na jezioro. Żegnaj.

Mia cara Enrichetta, my dear Harriet, Mamma....

Czy przypominasz sobie wszystkie fazy mojej miłości, która wykwitła, jak słońce, na niebie mego życia, zeszła, jak księżyc, a teraz znów wskrzesiła słońce, bo użyczyłeś jej swoich promieni, swojej przyjaźni, swego zapału, Henryku! Niech Bóg Cię błogosławi, bądź wielki i sławny. Mój drogi, skoro jestem tak roznamiętniony, jak teraz, kręcę się ciągle w kółko, obracam temi samemi słowami, gdyż, zwróć na to uwagę, jest to rodzaj szaleństwa, rodzaj natręctwa myśli, a wtedy nie mogę powiedzieć, wyrazić nic innego, tylko tę jedną myśl, która staje się bądź różą, oplatającą moje czoło, bądź gwoździem, wbijającym się w mój mózg.

Oto dlaczego cały list dzisiejszy jest jednem powtórzeniem od początku do końca. Kto inny zobaczyłby w nim niewiele, a dużo humbugu — Ty zaś ujrzysz w nim prawdę, ujrzysz w nim wskrzeszonego na czas pewien trupa, nędznika, wznoszącego czoło z dumą, którą czuł niegdyś, i chwytającego oburącz przeszłość, by uczynić z niej siłą wyobraźni teraźniejszość.

Henrieto! Jak słodko mi pisać to imię! Henrieto, Henrieto, Henrieto! Oby była szczęśliwa, a ja jeszcze godnym jej miłości, jej wspomnienia. Nigdy ręka moja do niej należeć nie będzie, ale niechże przynajmniej wargi jej będą w stanie wymówić imię moje bez wykrzywienia się ze wstrętem. Dzień, w którym zdołam jeszcze wzbudzić w niej zapał, będzie moim najpiękniejszym, najszczytniejszym dniem, choćby był dniem mego zgonu. Oczekujmy naszego przeznaczenia, a mogąc jeszcze pysznić się tem, że mną nie pogardzasz, wznoszę błagalnie oczy i ręce ku niebu, ku Zbawicielowi naszemu. A oto moja modlitwa: „Niech ona będzie szczęśliwa i niech on będzie szczęśliwym, a ja niech zginę, walcząc za swoją ojczyznę!”.

29.Do Henryka Reeve'a

1831 Genewa, 29 sierpnia

Mój drogi Henryku!

Czy Ci nie mówiłem? Czy Ci nie powtarzałem? Próbowałem wbić klin, tkwiący w mojej głowie, w Twoją. Nie chciałeś temu wierzyć, a raczej uwierzyłeś, ale ponieważ mię kochasz, chciałeś oszukać zrazu siebie, później mnie. „Że hrabia przybył do Polski”. W tych słowach zamknięte są i całe moje przeznaczenie, i wszystkie obowiązki, i cała jej pogarda, a wierz mi, pogarda jej jest głęboka. To bunt duszy, długo ujarzmionej, która pojęła, że jej ujarzmiciel nie jest wcale wyższy od niej, lub że upadł, a z chwilą, gdy upadł, oczarowanie, urok, potęga, wszystko prysło, załamało się, rozpadło. Moja miłość znad Lemanu była silnym talizmanem: byłem tem, czem utrzymywałem, że jestem. Podnieciłem ją przyszłością i sławą, ciemnemi odblaskami i wielkością. Inaczej nie mógłbym podbić tej pięknej duszy. Ale gdy przyszłość ta rozwinęła się w nędzne łachmany, wleczone w błocie, zamiast ukazać się jako aureola, błyszcząca nad trumną, talizman stracił swą moc i nie pozostało zeń nic, prócz wiecznego wspomnienia we mnie i najwyższej pogardy w jej duszy.

Kochasz mię tak bardzo, że nie obawiam się prosić Cię, byś podtrzymywał od czasu do czasu w jej sercu niejasne wspomnienie o mnie, bądź przez moje listy, bądź posyłając jej moje pisma, bądź spotykając się z nią, i to wtedy, gdy będziesz chciał, gdy będziesz mógł, gdy Ci to nie będzie nieprzyjemne. Poślij jej Marię Shelley! Co ona o tem powie, albo raczej co o tem pomyśli.

Ogłosić naszą korespondencję! Oto kobieta, która słabo jedynie rozumie rzeczy wewnętrzne a dąży tylko do uzewnętrznienia się, do formy, do blichtru. Ach, gdyby wiedziała, że w listach tych złożone są dni rozpaczy jej ukochanego, jego noce, spędzone w gorączkowym szale, jego żale i nadzieje, daremne walki, jego siły i chwiejność jego słabości, zarodki jego sławy i owoce jego ostatniej hańby, zadrżałaby na myśl samą ukazania ich w świetle dnia, jak drżały dziewice starożytne, dotykając kartek ksiąg sybilińskich. Dam Ci temat dla Twego poematu.

Czterdzieści lat temu żyła w Chamonix młoda dziewczyna, prosta chłopka, zrodzona w chacie pośród masła i sera. Ale natchnienie nawiedzało ją od dzieciństwa.

Twarz jej nie była piękna, jak twarze piękności ziemskich, lecz wyrazista, jak zarysy obłoku, zawierającego w sobie ducha. Oczy jej świeciły ogniem lodowców. Była to Joanna d'Arc gór. Ukochała namiętnie piękność przyrody; opuszczała rodziców swoich i swe kozy, by wdzierać się na skałę, oddychać błękitnem powietrzem, wpatrywać się w słońce dniem, a w księżyc nocą. Przepaść była stopniami jej ołtarza, lawina muzyką, a gdy huragan okręcał się wkoło niej, wznosiła się lżejsza i smuklejsza ku ostrym szczytom górskim. W dwudziestym roku życia namiętne jej umiłowanie śniegów i błękitu pociągnęło ją ku szczytowi Mont Blanc. Poszła za strzelcami kozic skalnych, ludźmi, uszlachetnionymi przez niebezpieczeństwo, jak mówi Byron. Zapuścili się oni między czerwone iglice, by nową utorować sobie drogę. Szła za nimi odważnie i wesoło. Wchodząc na górę, śpiewała pieśni swego dzieciństwa. Mówiła głosem ożywionym, gdy dosięgła lodowców, gdy weszła wyżej nuciła piosenki, szepnęła cichym głosem słów kilka między czerwonemi iglicami, wreszcie zamilkła, ale szła ciągle, a oczy jej były równie błyszczące, jak u stóp góry. Szła, póki oczy jej nie poczęły gasnąć, a lica blednąć. Krople potu zimnemi sznurami oplotły jej czoło, kolana ugięły się pod nią, kroki jej stały się urywane, a ona szła ciągle. Na koniec usiadła, a łono jej biło jeszcze miłością dla szczytu Alp, którego dosięgnąć nie mogła. „Zostawcie mię na śniegu” powiedziała do swych towarzyszy. „Dążcie do swego celu, byście go osiągnęli. Odważyłam się na zbyt wiele, bo za dużo pragnęłam”. Lecz wtedy ogień tej duszy namiętnej przeniknął do serca dzikich strzelców. Jakby iskra elektryczna padła na tych ludzi twardych, śmiałych, hartownych. Porwani zapałem, który wzbudziła w nich młoda dziewczyna, wzięli ją na ramiona i nieśli ją coraz wyżej, coraz dalej wśród tysiąca trudów, pokryci potem, rozbici o skały, broczący krwią. Zanieśli ją aż na szczyt Mont Blanc'u i tam nadali imię Marii z Mont Blanc'u. To jedyna kobieta, której stopy dotknęły śniegów króla Alp i diamentów, osadzonych w jego koronie. Od tego dnia tylko pod tem imieniem znana jest w dolinie.

Zrób coś z tego!

W wierszach o nocy w Sallanches, któreś mi przysłał, jest siła: o to Cię zawsze proszę. „Nim góra Ararat obeschła” jest dobre. Myśl natychmiast unosi się ku pierwotnemu światu, a widok gór zawsze wywołuje w naszej duszy obraz tego pierwotnego świata.

Powiedziano mi, że Prevost został saintsimonistą; według tego, co mi piszesz, nie jest to prawdą. Chętnie wierzę, że jest to dusza olbrzymiej miary, ale czemże byłby piorun, gdyby nigdy nie padał poza swoją chmurą?

Nie poddawaj się wpływom poezji Hugo'a! Jest to poezja bez myśli, polegająca wyłącznie na wyrażeniach. Wielkim błędem Hugo'a, Balzaca i całej tej generacji ponurych poetów, którzy obawiają się zmoknąć podczas ulewy, jest nadmiar wyobraźni przy ubóstwie uczucia. W ustroju ich duszy brak harmonii. Czytaj ich: co Ci z tego pozostanie, nie będzie pełną, harmonijną całością. Czytaj Szekspira i Byrona! Niektóre szczegóły wydadzą Ci się dysonansami, ale całość wytworzy zgodną muzykę. Wielki poemat powinien naśladować wszechświat, gdzie szczegóły wydają się czasem dziwaczne, ale gdzie całość jest boska.

Zyg. Kras.

Co o tem myślisz? Czy dobrze zrobię, pisząc do H...? Dusza moja się na to wzdryga. Odpowiedz prędko! Nie zapominaj, że H. już więcej do mnie nie pisuje.

30.Do Henryka Reeve'a

2 września 1831, Genewa

Od dwóch dni nie modliłem się do Boga i mam gwałtowniejszą gorączkę, niż kiedykolwiek. Z łatwością domyślisz się ze słów tych, że walka straszliwa odbyła się we mnie. Walczyłem z niewzruszonem przeznaczeniem, jak bohaterzy starożytni, i, jak oni, uległem.

Przyjechał tutaj niejaki p. Łubieński, by poprzeć pożyczkę polską. Człowiek ten pozostał przez kilka dni w Genewie i nie zwrócił się do mnie, ani mię odwiedził. Na godzinę dopiero przed swoim odjazdem, o godzinie 7 rano, przysłał do mnie swojego rudego bratanka, którego znasz, z prośbą, bym do niego zaszedł. Przyszedłszy tam, znalazłem człowieka o wszystkich szczególnych i charakterystycznych rysach rodziny Łubieńskich. Przyjął mnie bardzo uprzejmie i, poprosiwszy, bym przeszedł do jego gabinetu, oznajmił, że wyprawa, do której będzie należał książę de la Moskowa, wyjedzie z Hawru, by żeglować morzem w kierunku Litwy, że mi proponuje, bym wziął w niej udział, że wystarczy, bym do Paryża pojechał, że odebrał depeszę od generała Kniaziewicza, w której jest mowa o mnie. — Po czem obrócił się na pięcie i bez pokazania mi depeszy zabrał się z powrotem do swojego śniadania, złożonego z jaj na miękko. Nie mogę Ci powtórzyć dosłownie jego przemowy, lecz zauważyłem, że plątał się okropnie i że chciał mię podejść; w jakim celu, tego nie wiem, to rzecz jego sumienia. Trzeba Ci wiedzieć, że jest to stryj Leona Łubieńskiego, który znajduje się obecnie w Paryżu. Uczułem, że chciano mię oszukać lub zastawić na mnie sidła, lecz czułem jednocześnie, że obowiązkiem moim jest dać się schwytać w nie z zamkniętemi oczyma, z chwilą, gdy ubarwiano to świętem imieniem Polski. Wyszedłem z mocnem postanowieniem wyjazdu.

Jest tu jeden były kapitan, Polak, wynalazca jakiejś metody chronologicznej, który daje lekcje. Jest to człowiek, wyróżniający się erudycją i dobry wojskowy, niejako duszą i ciałem mi oddany. Powiedziałem mu, że trzeba, by jechał ze mną. Duchesne pożyczył mi 250 franków. Spakowałem swoje manatki wśród łez i zaklęć Jacka. Byłem nie do wzruszenia, lecz zaczynałem gorączkować. Ale oto Jacky idzie do tych panów z Genewy i każe mię oddać pod dozór policji, bym nie mógł wydostać się z miasta. I oto łapie paszport do Paryża i daje mi słowo honoru, że pojedzie za mną, że jest w rozpaczy, lecz w Paryżu będzie wywoływać wszędzie zajścia, które znajdą odgłos we wszystkich gazetach w połączeniu z pochwałami dla mnie, a obelgami i potępieniem dla, wiesz, kogo....

Ale oto, jeszcze całkiem inna sprawa. Dowiedziałem się, że ta wyprawa, to kłamstwo i wymysł Łubieńskiego, że książę de la Moskowa jest ojcem rodziny, który nie myśli zgoła o zapuszczaniu się w lasy litewskie, wreszcie, że na mnie liczą w Paryżu, lecz tylko na moje zdolności umysłowe (jest to zdanie wyjęte z listu, który przybył z Paryża do Genewy), nie zaś na miecz mój i ramię. Chciano by mi dać miejsce Olszowskiego! A więc uczyniono na mnie małą zasadzkę. Miejsce Olszowskiego? Listy przepisywać! Nie, to nie dla mnie! Chcę walczyć i wylać ostatnią kroplę swej krwi, lecz zostać gryzipiórkiem dyplomatycznym, gdy inni stają się bohaterami, to może dobre dla duszy Olszowskiego, lecz jest nieodpowiednie i poniżające dla mojej. Mogę ująć za pióro i natchnienie moje spisywać, lecz nie chcę kreślić świętego imienia mojej ukochanej Polski co dnia w listach, notatkach i listach, dawanych do przepisywania. Chcę je wyrzeźbić z szablą w ręku na piersiach Rosjan. Wszystko, lub nic! W końcu znów przeszedłem duchową walkę, a walka ta, przyjacielu, była silna, wielka, straszna. Niemożliwość materialna, nienawiść do skandalów, odkrycie podejścia, zatrzymały mię i zakończyły walkę. Jej ślady pozostały, ale być może, że te dwa dni maligny, rozpaczy i egzaltacji, kolejno po sobie następujących, zabrały jeden rok mojemu wątłemu ciału. I dlaczegoż bym tego żałował? Oby życie moje skończyło się prędko! Lepiej niechaj się skupi w kilku dniach namiętności i szału, niż by się miało rozciągać i rozprzestrzeniać na lata gnuśności i niedołęstwa. Lecz nie miałem zamiaru czynić tego wszystkiego dla ludzi, ze względu na interes, ambicję lub sławę. Wiem teraz, że każda szlachetna dusza posiada w głębi swego serca coś świętszego od sławy: jest to myśl o poświęceniu nieznanem, cichem, milczącem, myśl o obowiązku, który spełnić trzeba dla swojej własnej wewnętrznej sławy, a nie dla dobrego zdania innych, które wychodzi z tych samych ust, co i oszczerstwo. Nie czyniłem tego dla ludzi, lecz czyniłem to dla jednej kobiety i dla Boga. Lecz raz jeszcze los mój odepchnął mię od brzegów mogiły i raz jeszcze zebrał nad moją głową pogardę mojej ukochanej i pogardę bliźnich moich.

Zacząłem czytać Dantego po włosku, nie znając ani jednego słowa tego języka, i rozumiem Dantego. Jakżeż ponure, podniosłe i imponujące są wieki średnie! Jak dobrze dostrajają się do każdego ciemnego i ponurego obrazu! Jakżeż boleśnie spada zimny deszcz na potępieńców! Jakżeż gorzko unoszą się w powietrzu, jak jesienne liście, dusze potępione! A obok ukazują się Charon starożytny, Cerber starożytny. Wszystko jest na swojem miejscu; groźby starożytnego i nowego świata. Bogowie spadli z niebios, lecz bogowie piekielni zachowali swoje trony. Dante jest jednym z tych geniuszów, którzy przedstawiają nie ród jeden, nie wiek, lecz konstelację całą, drogę mleczną wieków.

A więc spakowałem był wszystkie swe rzeczy. Listy Twoje dałem Rogetowi, by je przechowywał u siebie aż do chwili przesłania ich Tobie. Listy H. zapieczętowane dałem Duchesne'owi, by Ci je oddał, gdy na wiosnę pojedzie do Anglii. Wszystkie moje rękopisy zostawiłem u Rogeta, by Ci je oddał także, i to wszystkie: polskie, angielskie, francuskie, gdy przybędziesz do Genewy. Uczyniłbyś z niemi, co by Ci się żywnie spodobało. Jeśli znów zdarzy się okazja, zrobię tak samo.

W tych dniach odebrałem list od Leacha, który mię głęboko zasmucił. Człowiek ten jest każdego dnia bliższym zguby. Przyjemności wycieńczą go. Nie może znieść ciężaru życia, stara się odurzyć. Udaje wesołość, lecz spod wesołości przebija rozpacz. Nieszczęsny, jest on na ziemi jedyną istotą, którą uznaję za nieszczęśliwszą od siebie. Bo ja jednak mam świat cały na swoje rozkazy, świat moich myśli, mam cały świat przyszłości, świat niewidzialny, on zaś nie ma nic, chyba tylko nieco błota i piasku pod stopami. Pije lub śpi w ramionach prostytutki, albo gwiżdże, śpiewa i jęczy. W tem samem miejscu żłobi się grób, do którego zejdzie. Jeśli w dalszym ciągu tak będzie postępował, zgubi się, i to zgubi na wieki. Chciałbym go przywieść z powrotem ku temu, czem mógłby być przy swoich zdolnościach i dumie. Lecz wysiłki moje są daremne. Biedny Leach, gdy sobie przypomnę łzy jego, westchnienia, chwile szczerego wylania, a potem chwile ciemnego, ponurego, dumnego smutku, czuję żal głęboki, gorzką troskę. Jeśli go zobaczysz, ściśnij mocno dłoń jego ode mnie.

Moje uszanowania dla Matki Twojej. Cóż ona robi na wsi? Czy myśli niekiedy o Arielu i Lemanie?

Żegnaj!

Zyg. Kr.

Skrzyneckiego zmuszono do opuszczenia armii. W Warszawie zamordowano 40 osób. Krukowiecki uśmierzył rozruchy. Wiadomości te zabrzmiały w mej duszy, jako wyrok nieubłaganego losu, który cięży nad moją ukochaną Polską. Skrzynecki był jedynym człowiekiem, który mógł przeciwważyć olbrzymią potęgę Rosjan, gdyż miał odwagę bohatera, geniusz wodza i poświęcenie męczennika chrześcijańskiego. Nie widziałeś go nigdy, lecz ja, który przypatrywałem mu się tyle razy w dzieciństwie, mogę w myśli sobie uprzytomnić tę postać wyniosłą i prostą, twarz bladą i surową, oczy czarne i spokojne, chód szlachetny i pewny, gdy znika wśród rzędów żołnierzy, których żegna. Człowiek ten był wielkim mężem. Bogu tylko zaufał. Nie wykrzykiwał, jak nikczemnicy, którzy dziś Warszawę gubią: „Zwyciężyć lub zginąć!”, lecz byłby zwyciężył lub zginął. Opłakuję Skrzyneckiego, jakbym ojca opłakiwał, gdyż nie widzę już nikogo, kto by mógł Polskę ocalić. W nim był zawarty wyrok boski. Rozdarto ten wyrok łaski, zmuszając go, by armię opuścił; jakżeż cierpieć musi wielka jego dusza jeśli widzi, że on mógłby był Polskę zbawić, a ona musi zginąć, skoro go już nie ma.

Powtarzam Ci: Skrzynecki był wielkim człowiekiem, mężem opatrznościowym, który się rozbił o przeznaczenie. Przez długie lata przygotowywał się w milczeniu do walki, gdyż walkę przewidywał. Ludzie, jemu podobni, mają też swoje natchnienia. Wiele nocy strawił, zapomniany, nieznany, ucząc się, jak się bronić na polu bitwy. A gdy wybiła jego godzina, widziałeś go, znalazł się na swojem stanowisku, był gotów i czekał. Od dnia tego nie przestawał zwalczać wrogów i namiętności, rozdzierające jego braci. O siłach swych nie zwątpił, gdyż otrzymał je z góry. Wszystko mu było zaporą, a nie pomocą. Całą armię, która o Bogu zapomniała, przywiódł ku Bogu z powrotem. Ośmielił się wobec bezbożników oznajmić, że jest chrześcijaninem, a wszyscy, którzy go otaczali, stali się chrześcijanami przez wpływ jego przykładu, co jest znakiem wielkości. Przez to dokonał jednego z największych przewrotów, o jakim słyszałem, że się zdarzył kiedykolwiek w jakimkolwiek tłumie dusz. Potem walczył, był zwycięzcą, nigdy zwyciężonym, choć drobne były jego siły i słabe środki. Cierpiał, jak niewielu ludzi cierpiało, a wtedy, gdy może już układał w swej głowie plan zagłady dla Rosjan i wiecznej sławy dla Polski, był zmuszony złożyć dowództwo.

Mam złamane serce i oczy ku niebu podnoszę, by błagać Matkę Boską, Królową Polski. Mówią o układach. Radziwiłł udał się do obozu Paszkiewicza, który otacza Warszawę, a o armii naszej ani słowa. Czyż 60 tysięcy ludzi może zaginąć, jak dziecię zbłąkane w lesie? Układy! Ależ to obłąkani, to tchórze! Uczeni i teoretycy to wszystko robią. Nie ma między nimi ani jednego poety myśli lub czynu. Gdzież jest Skrzynecki, gdzież armia, szlachetna armia polska? Jeśli Polska, przyjacielu, ma znów zginąć, nie czuję już w sobie siły, by pozostać na ziemi. Dzień, w którym Warszawa się podda, będzie dla duszy polskiej sygnałem, by opuściła ciało. Żegnaj, przyjacielu! Odpisz prędko! Czy przypominasz mnie od czasu do czasu H.?

Twój do śmierci

Z. Kras.

31. Do Henryka Reeve'a

Genewa 1831 — 12 września

Mój drogi Henryku!

Czyś odebrał list mój, posłany do pani Taylor, a następnie inny, adresowany do biura pocztowego w Norwich, w którym przedstawiam Ci szczegóły swojej sprawy z Łubieńskim, wyjazd do Polski, poroniony projekt, rozmaitego rodzaju trudności i przykrości, szał i gorączkę?

Jestem bardzo zadowolony, że mój kawałek z Chamonix dał Ci odczuć urok dni minionych. Lepiej zrobisz, posyłając Marię Shelley, niż ten ułamek. Poślij Marię Shelley, mówiąc, że jest to urywek poematu, który piszę. U diabła, mój drogi, sądzę, że mi wolno posyłać Ci urywki moich bazgrot i że H. nie może nic mieć przeciwko temu.

Obraz historii nowoczesnej Schlegla jest według mego zdania rzeczą słabą, dużo niższą od jego Literatury. Chce uogólniać, a nie umie. Przechodzi, śpiąc, obok wydarzeń wielkich i podniosłych, a zatrzymuje się przy ciasnych, małych sprawach austriackich, by przypodobać się rządowi wiedeńskiemu. Sąd jego o Karolu V i Maksymilianie jest w znacznej mierze fałszywy. Co jeszcze jest najlepszego, to ustęp o ludach germańskich, o godności kobiet w nich, o zaczątkach konstytucji angielskiej w szczególe, a systemu reprezentacyjnego w ogóle. Czytaj Ballanche'a, a znajdziesz w nim wielki i podniosły systemat, który może być błędny, lecz nie mierny. Nadto posiądziesz pojęcie poetyczne o starożytności, pojęcie wielkie i obszerne o Wschodzie, które studia klasyczne i gramatyczne tylko zaciemniają i wypaczają. Jestem pewien, że dzieło to olbrzymie na Tobie wywrze wrażenie. Za rzadko pisujesz do mnie, Henryku! Będziesz pisywał do mnie częściej, gdy się dowiesz, że nie mam innej pociechy, prócz Twych listów. Jesteś dla mnie w 1831 r. tem, czem była H. w 1830.

Siły, przyjacielu, siły! Wieczyście tak do Ciebie wołać będę. Mówisz, że mieć jej nie można między rzepami i zającami. Nieprawda! Wszędzie ją mieć można, lecz trzeba naciągnąć struny swej duszy, trzeba rozpatrywać ród ludzi ogólnie, a nie zatrzymywać się przy węglach kamiennych. Trzeba sobie stworzyć świat w sobie, trzeba zmierzyć się z przeznaczeniem, ciężarem na ludzkości i na każdej jednostce, wejść duchem z przeznaczeniem tem w szranki, iść krok w krok za lotem jego ciężkim i gnębiącym, przeciwstawiać mu wszędzie męstwo atlety i uczynić z tego wszystkiego długie przedstawienie cyrkowe, podczas którego nie lud rzymski, lecz wszechświat zasiadać będzie na ławach widzów: wtedy nie zbraknie Ci siły, a gdy potrzeba Ci będzie czułości i czystości, spokoju i słodyczy, porzucisz na chwilę myśl o przeznaczeniu i wzniesiesz się ku myśli o opatrzności, o Bogu miłości, gdzie nie ma już walki, a jest jedynie kontemplacja, gdzie nie ma okrzyków wojennych, a są pieśni dziękczynne, gdzie nie ma potępienia, lecz tylko zbawienie. A stamtąd padniesz znowu całym ciężarem na arenę, pełną potu i umęczenia, weźmiesz się za bary z ludźmi, braćmi swymi, i okolicznościami, siostrami swemi, będziecie rozdzierać się wzajemnie, póki wreszcie opatrzność nie otworzy niebios i nie wyciągnie ręki ku Tobie. I wszystko się skończy w potoku światła, zapału, wiary i miłości. Takim, zdaniem mojem, ma być rozwój poematu. Zrób z tem, co Ci się spodoba. Jest to synteza pojęć, które winny przewodniczyć rzeczywistemu dramatowi życia. Przekonaj się, czy się nie mylę.

Dziś czuję się trochę lepiej na duchu niż zwykle. Zwycięstwo nad Rudigerem i Rosenem dobrze mi zrobiło. Ale mordy, to coś złego. (Przy sposobności proszę Cię, byś zwracał uwagę na swoją francuszczyznę. Robisz już poważne błędy.) A więc człowiek o spodniach jak szachownica, uosobienie mdłości, marny wioślarz z Londynu, słowem Sharpe, powrócił do Anglii. Nie wątpię, że niezmierną odniósł korzyść ze swej błyskawicznej podróży. Co za fujara! Ponieważ mówisz mi o pokryciu jego nagości, odpowiem Ci, że wolałbym podjąć się ubrania wszystkich podrzutków ze szpitala, niż włożenia jednej myśli do mózgownicy wspomnianego podróżnika. Lecz nie trzeba sądzić z pozorów. Może jest to geniusz skromny, ukryty, rodzaj fijołka, fala błękitna na gnijącej zielonawej powierzchni, doskonała Madera we flaszce, pokrytej piaskiem, trzy jabłka granatu w kawale granitu lub wapna, orzech w gorzkiej skorupie, źle oprawna, ale wspaniała książka, zegarek złoty w ścieku — czy ja wiem? Ale dość tego. Niech dobre myśli zbudzą się w Effinghamie Wilsonie! Bodajby stał się poetą wtedy, gdy czytać będzie moje (?) dzieła, niech będzie wówczas pod wpływem pełnego kielicha wesołego szampana, niech wszystkie jego rachunki będą zapłacone, niech będzie zadowolony, życzliwie usposobiony, przedsiębiorczy, zdolny do zapału, elegancki, obłąkany, szalony, niech będzie, czem chce, byleby poemat Twój wydrukował — a ostatnie głuche uderzenie prasy drukarskiej, padające na ostatnią kartę Twego poematu, będzie dźwiękiem, który będzie miał znaczenie w życiu Twojem.

Bądź przygotowany na krytyki, na pochwały! Niech ani jedne, ani drugie wielkiego na Ciebie nie robią wrażenia, ale zachowaj zawsze czyste, święte, podniosłe przekonanie, że jesteś poetą, a przepowiadam Ci sławę i nieszczęście zarazem.

Ja — ale czyż mam Ci mówić o sobie, o tem nędznem stworzeniu, które śmie jeszcze mówić i pisać, zapalać się i rozpatrywać piękności Alp, chociaż wszystko wkoło niego się wali — sława, przyszłość, honor? Czuję to, czuję, zgubiony jestem i nie sądź, że stoję jeszcze na brzegu przepaści: już w nią zacząłem zstępować. Jakąż popełniłem zbrodnię, by taką karę znosić? Jestem młody i nie mogłem wiele złego zrobić na świecie. Charakter mój mało ma skłonności do okrucieństwa, podstępu lub zdrady. Cóż zrobiłem? Ach, faryzeusza to dzieje! Cóżem zrobił? Zaprawdę, dopuściłem się czynów, godnych kary. Gdy zwracam się do czasów minionych, widzę się, gdy, wyszedłszy z dzieciństwa, przechodzę pod łukiem tryumfalnym młodości z sercem namiętnem, którego żadna cnota, żadna zasada nie powstrzymała na drodze grzechu; tam młoda dziewczyna, tam kobieta oszkalowana, tam tysiąc przykrości, wyrządzonych przeze mnie wtrąconemu w nieszczęście ojcu, tam pycha bez granic, tam myśl wzniosła, łącząca się ze zbrodnią i obłudą, tam orgie z kielichem w ręku, tam nieokiełzane nienawiści, prowadzące do walki. Oto orszak, który mię otacza w moich smutnych wspomnieniach. Bóg nic nie zapomina.

Ale nie będę się żalił, nie będę się skarżył, jak dziecię lub młoda dziewczyna. Nieść będę los swój, jak Syn Człowieczy niósł krzyż swój na wzgórze Golgoty, a choćby może lepiej dla mnie było rzucić się rozpaczliwym skokiem w dół, w przepaść, nie będę szukał ucieczki przed widmami, które smagają mię ostremi wyrzutami i ścigają przeraźliwem wyciem. Ach! Gdybyż mieć ucho, zdolne wsłuchać się w melodię pieśni — ach, gdybyż mieć duszę, zdolną upoić się muzyką i usnąć przy śpiewie drogich, najdroższych ust, i śnić o państwie światła i państwie dźwięków, gdy koło nas piękność budzi ubóstwianą ręką tony, które kochamy! To było niegdyś moim udziałem, lecz przeszło, i to na wieki. A mnie pozostało tylko cierpieć, stykać się z nienawiścią i pogardą, a nie z przyjaźnią i miłością. Przyjaciele moi umarli lub rozproszeni są z dala ode mnie. Pani moja i miłość zamieszkuje między ludźmi, którzy imienia mojego nigdy nie słyszeli i co dzień mniej pamięta, jak je wymawiać należy. Łódź moja jest nędzną barką. Płynę pospiesznie nad skałami. Żagle moje, niegdyś śnieżne w blasku słońca i mgliste w promieniach księżyca, dziś przez niejedną burzę rozerwane są i przebite.

Nie mogę odegnać od siebie tych straszliwych widziadeł. Wirują wkoło mnie, szare, jak mgła wieczorna, bolesne, jak pieśni pogrzebowe, a gdy ludzie wołają do mnie: „Otrząśnij się z nich!” uśmiecham się, śmiejąc się z tego, gdyż łatwo strząsnąć ze skroni naszej wieniec z kwiatów, gdyż liście ich są miękkie i delikatne, ale trudno zerwać koronę cierniową.

Lecz cicho! Zegar bije godzinę odjazdu. Pójdę swoją drogą.

Żegnajcie góry, żegnajcie miejsca, pełne drogich, drogich wspomnień! Pójdę swoją drogą, a droga moja wiedzie ku śmierci i zapomnieniu.

(Napisałem to w nocy, gdy miałem pojechać do Paryża; były to ostatnie słowa, kończące moje manuskrypty angielskie, Tobie przeznaczone). Wszystko to jest snem. Chociaż sądziłem, że moja godzina wybiła, był to tylko zwodniczy dźwięk gorączkowych widziadeł, a gdy widziadła takie często wracają, skracają nam życie. Bo, gdy unoszą się nad naszym mózgiem, nie jesteśmy tem, czem byliśmy przedtem, ani tem, czem jesteśmy co dzień. Rozgorączkowani, stajemy się na chwilę potężniejsi, zdolni walczyć z wrogami i zginąć bez jęku, zdolni przekazać swój zapał innym ludziom i pchnąć ich swemi słowami na dziką drogę zmagania się i niebezpieczeństwa. Stajemy się duchami ognistemi zrywającemi się z form glinianych. Cierpimy i radujemy się z naszych cierpień i nie zamienilibyśmy naszych udręczeń na tętno szczęścia i uśmiech wesołości. Bo czujemy, że dusza nasza ulata w górę i unosi się wysoko nad tymi, którzy nie wiedzą, co to znaczy nosić kamień w sercu. Ból ma swoje szczyty, jak i szczęście, lecz wysusza źródła naszego życia, wypala szpik naszych kości, zamienia nas w kościotrupy i gasi błyskawice naszych oczu. Takie widziadła przechodzą szybko, ale ślady ich pozostają. Rzucają one w nasze serce toczące robaki.

Niech tak będzie!

Nie wiem, dlaczego dostałem napadu angielszczyzny, ale, ponieważ go dostałem, niech tak będzie.

Nie ma godziny, żebym nie myślał o Henriecie; jest mi tak droga, jak złudzenie, jak sen najdroższy, a sen prędzej może staje mi się drogi, niż rzeczywistość. Jeśli ją zobaczysz, niech dusza Twoja, powiększona o moją, wybuchnie w spojrzeniu, które jej rzucisz! Leach zawiadomił mię, że pisał do niej, zapytując o paczki, przez siebie wysłane. A więc nowa burza rozszaleje w jej sercu. Biedna dziewczyna, żałuję jej bardzo, że ukochała swoją pierwszą miłością tego, kogo ukochała swoją pierwszą miłością. Ale co się stało, już się nie odstanie i stać się musiało. Żegnaj, Henryku, uszanowania dla matki Twojej! Pisuj i nie ociągaj się!

Zyg. Kras.

Czy odebrałeś mój list z „Marią z Mont-Blanc”, a później inny z domem w Bourdigny?

32.Do Henryka Reeve'a

14 września 1831, Genewa

Kochany Henryku!

Skłaniasz się do mojego zdania i pogarda H. wydaje Ci się rzeczą prawdopodobną. To dobrze. Długo w nią wątpiłeś, ja zaś ani jednej chwili. Gdyż między dwiema duszami, które się kochały, pozostaje zawsze nić sympatii, łańcuch, którego końcowemi ogniwami są dwa serca, i gdy jedno z ogniw zadrży jakiemkolwiek uczuciem, ruch ten przenosi się i, choć osłabiony, dochodzi do drugiego. Drugim sercem było moje, i uczułem gorycz jej pogardy i czuję ją jeszcze; jest to jedna z najbardziej zatrutych czar między temi, które mi zostały podane na uczcie nieszczęścia. Podtrzymuj wspomnienie o mnie w jej duszy, tak, jak się podtrzymuje wspomnienie zmarłego. Gdyż umarłem dla niej, i może nigdy nie nadejdzie moje zmartwychwstanie.

Podoba mi się epizod z Twoją ciotką. Przypomniała mi ona tych dawnych przedstawicieli starych rodów, których z dnia na dzień coraz mniej na powierzchni ziemi, a którzy ustąpią miejsca nowej rasie, rwącej się na podbój społeczeństwa w otoczeniu brzytew golarza i statków parowych mechanika. Niech tak będzie! Przypomniało mi to moją babkę, przypomniało mi to moich przodków, o których wspomnień tysiące drzemało w mojem łonie, salę w naszym pałacu, pełną ich portretów, kościół we wsi naszej, pełen ich pomników grobowych, i podziemia, pełne ich trumien, dziedziczne nienawiści, przekazywane z łoża śmierci ojca życiu syna, a wreszcie pierścień z diamentami obudził w mej duszy obraz zbroi, złotem nabijanych, wspaniałych rzędów, siodeł, czapraków, uzd, pokrytych szafirami i szmaragdami, długich fuzyj, łuków, sztyletów i szabel, które tyle razy widziałem w dzieciństwie swojem, leżące w pyle dokoła mnie, pośród milczenia długiej sali o oknach gotyckich. Były to relikwie przodków moich i niejedna z tych szabel wyszczerbiła się na rosyjskich, tureckich i tatarskich piersiach. Dziwne, że imię Izabelli Wallace wszystko to we mnie obudziło.

Legenda moja jest od Twojej prawdziwszą, gdyż żaden młody wieśniak do ogrodu nie chodził. To ja byłem, a jeśli zrywałem kwiaty, to nie dla narzeczonej swojej. Tymczasem „Maria z Mont Blanc” jest czemś prawdziwem, zdarzeniem pewnem, w którem tyle jest prawdy, co w fakcie, że góra Mont Blanc istnieje. Znalazłem opis jego w broszurce jakiegoś angielskiego kapitana, przedstawiającego swoje wejście na Mont Blanc; potem rzecz tę opowiedziano mi i potwierdzono w Chamonix.

Uważam, że wiersze Twoje O niewinności dzieciństwa są bardzo ładne, nieuchwytne, rozmarzone i miękkie, lecz zupełnie pozbawione energii. Przedmiot na nią nie dozwala. Lecz w Marii siła jest dopuszczalna. Daj więc w Marii coś mocnego, coś „uszlachetnionego przez niebezpieczeństwo” w owych strzelcach kozic, opartych o skałę z karabinem w ręku, ze spokojną zuchwałością górali na czole. Niechaj te dzieci przepaści staną się wzniosłe w Twoich rękach! Lecz niech zarazem nie będzie w tem nic — diabeł wie, z czego chcę powiedzieć: z myśli wschodnich lub włoskich. Niechaj nie będzie nic, prócz Alp i surowości Alp. Weź tych ludzi i przedstaw ich takimi, jakimi są w rzeczywistości, nie zaś, jakimi by je stworzyły Twoje sny poetyckie i bądź pewien, że dosyć jeszcze się znajdzie w nich poezji. Zresztą wszystkie te rady nie warte grosza. Gdy poczujesz natchnienie, siadaj i pisz, kpiąc ze wszystkich rad krytyków; zrób mi tę przyjemność i zacznij ode mnie! Ale nic mi nie mówisz o ostatniej scenie Adama w podziemiach ani też o scenie, w której uzbrojone góry uderzają na siebie. Chciałbym wiedzieć, jakie jest zdanie Twoje o obu scenach.

Przedwczoraj napisałem do Norwich ogromny list, pełen geniuszów i duchów, wywołanych przeze mnie. Wróciłem teraz znów do pracy, porzuconej od czasów włoskich (w swoim czasie pisałem Ci o tem), do romansu czy też historii z życia wiejskiego w Polsce; nosi tytuł: Przeor Augustynów, lecz utwór uległ z czasem zmianom. Powiązałem go z powstaniem w Polsce, a ponieważ nie mogę nic spokojnego napisać, wprowadziłem do niego katastrofy i nieszczęścia. Biedna dziewica, uśmierciłem ją! Miałem w tych dniach mocne i pewne natchnienie. Codziennie piszę jeden rozdział. Skończę to wkrótce, a wtedy zabiorę się do przepisywania dla wypoczynku umysłu i wprawy w kaligrafii.

„I często czyni się dobrze, raczej po to, ażeby kochać, niż dlatego, że się kocha”, jest jedna z najlepszych uwag, jakie kiedykolwiek w życiu wypowiedziałeś. To prawdziwe i głębokie spostrzeżenie. Wierzaj mi, kochany, że przyjaźń matki Twojej daje mi bardzo słodkie, bardzo spokojne i nieco melancholijne wzruszenie. Myślę często o małym saloniku z brązowym kominkiem, brązowym dywanem, jasną tapetą i z pianinem, na którem widziałem raz ślizgające się palce H. a tyle razy Twoje, o matce Twojej, siedzącej przy stole, o tej lampie, która przyświecała nam wszystkim z taką życzliwością, a mnie promieniami gościnności. Nie jest to jedno z moich namiętnych, palących, egzaltowanych, nieokiełzanych wspomnień, za których rzeczywistość oddałbym życie, lecz jest to jedno z moich wspomnień cichych, kojących, spokojnych i pogodnych. A kto wie, czy wspomnienia tego drugiego rodzaju nie są przeznaczone, by przetrwać pierwsze? Czy mi wierzysz?

Wspomnienia moje są najkosztowniejszą rzeczą, jaką posiadam, i są mi słodsze od niejednej nadziei. Nadzieja, mój przyjacielu, to poemat, to rozpoczynający się dramat, a więc będą w nim walki i zawody. Wspomnienie jest poematem, dramatem zakończonym. Walka była w nim i było w nim szczęście, lecz, chociaż to jest przeszłością, jakiś nieznany mi instynkt wieczności sprawia, że człowiek przemienia tę przeszłość w teraźniejszość, zmusza ją do stania się teraźniejszością, lecz teraźniejszością bez kłopotów rzeczywistych teraźniejszości, bez uczucia nędznego życia rzeczywistej teraźniejszości, bez wszystkich drobnych przyjemności rzeczywistej teraźniejszości, z których każda jest cierniem. Wspomnienia nazwałbym różą, której kolce znikły, która pozostała sama, opuszczona, samotna i z ogrodu, gdzie kwitła, przyszła, by przywiązać się do naszego łona i, tam ukryta, kołysze się przy tchnieniu duszy naszej, woń swą wydając. Nadzieja jest pączkiem olśniewającej świeżości, lecz wewnątrz często stoczonym przez gąsienice, a gdy sądzimy, że płatki się rozwiną, nie znajdujemy nic prócz zgnilizny. Wszystko się zwraca przeciwko nadziei: i sam człowiek, i przeznaczenie, i wola innych ludzi. — Wspomnienie jest nietykalne, jest trybunem duszy, który jej broni przed rozpaczą, który ją podtrzymuje w dniach męki i nie dozwala na jej spodlenie. Gdyż dusza, która ma szlachetne i wielkie wspomnienia, nigdy się nie spodli, ta zaś, która ma wielkie i szlachetne nadzieje, może po wiele razy okazać się niegodną swego przeznaczenia, upaść i stoczyć się w błoto.

Jakiż to czar, jakaż siła i potęga jest we wspomnieniu! Jest ono księciem ludzkich tajemnic, jest geniuszem przepaści duszy. To ono narzuca złoto-błękitną zasłonę na wszystko, czem byliśmy niegdyś, i ono przemienia czarę goryczy w czarę półbogów. Dodaje miłość do miłości, przyjaźń do przyjaźni, wprowadza harmonię do duchowych obrazów i zbiera rozsypane szczątki naszego życia — to ono z przeszłości naszej tworzy muzykę, przy której dźwięku jest nam łatwiej postępować w przyszłość. Jest muzyką Tyrteusza w dniach walki, a Anakreona w dniach radości. Wspomnienie jest syntezą, nadzieja analizą, itd. Ale oto chyba dosyć o tych dwóch stronach duszy, które musiały Cię szalenie znudzić. Leach powiedziałby, czytając te słowa: „Przeklęty humbug”.

Żegnaj, przyjacielu!

Twój do śmierci

Zyg. Kr.

33.Do Henryka Reeve'a

Genewa, 25 września [18]31

Kochany Henryku!

Chciałbym bardzo być tego zdania, co biskup Berkeley, gdyż nie wierzyłbym w istnienie tyranów, hipokrytów i bankierów, lub przynajmniej mógłbym o niem wątpić. Lecz, niestety, jest to zanadto prawdziwe, prawdziwe.

Warszawa się poddała. Rosjanie znieważają żywych i umarłych. Lecz pokładam ufność w Bogu, w tym Bogu, który nigdy zbrodni nie pozostawił bez kary, który rozżarzone węgle gromadzi na głowach królów — i pokładam ją w tych słowach, apostoła: „Tam, gdzie jest Bóg, tam wolność”. Jakżeż uwielbiam teraz tę ziemię skrwawioną, tak świętą przez tyle klęsk i bólów, posianą kośćmi męczenników, ziemię rezygnacji i zapału, ziemię, gdzie przodkowie moi śpią w swoich grobach, gdzie bracia moi martwi padli na te groby i gdzie my któregoś dnia, my, którzyśmy przy życiu pozostali, zginiemy na trumnach naszych braci. Wszystko dla niej, życie, wysiłki, dni, noce moje, smutki i radości moje! Wszystko dla niej: i miecz mój, i lira moja, wszystko, aż do ostatniego tchnienia.

A kto wie, czy to ostatnie tchnienie jest jeszcze dalekie. — Cholera jest w Bazylei, według tego, co dziś mówią. Jeden skok, a wpadnie obiema nogami jednocześnie między nas. Nakreślę Ci obraz Genewy. Dziś mamy piękny dzień jesienny, niebo błękitne, powietrze świeże, jezioro spokojne i lazurowe, ani jednej chmurki, słońce w całym swym blasku. Sklepy zamknięte, gdyż jest niedziela, na ulicach ludzi mało, ponieważ w Plainpalais obchodzą święto ogrodników i tam na zielonej murawie, kochance opuszczonej lorda Églintona, wznosi się słup z nagrodą u szczytu, cyrk z desek, gdzie skaczą tancerze, gdzie drgają sznury, naciągnięte pod ich stopami, gdzie kuglarze pokazują swoje sztuki, a lud klaszcze. Oni i lud na wyścigi popisują się sztukami łamanemi. A więc tam, w alejach topolowych, okrzyki, tłum, hałas, bezmyślna radość, a wieczorem skończy się to na pijaństwie. Lecz wejdź do domów w mieście, szczególniej na wyżej położonych ulicach; wszystko zmienione, inny wygląd, inne zajęcia, inne rozmowy. Strach blady na twarzach, męki w głębi serca, a potem tysiąc różnych zarządzeń, tysiąc środków zapobiegawczych, które snują się po głowie, jak straszliwa zmora. Chlorat wapna, kamfora i mięta, ślaz, flanela, synapizmy, kataplazmy przeistoczyły się w natrętne myśli, które im toczą mózgi i rozdzierają serca.

Znasz te wszystkie maleńkie towarzystwa, gromadki, złożone z babki, matki, syna, córki, wnuka i wnuczki. A więc każda z tych gromadek siedzi zamknięta u siebie, marząc o sposobie uniknięcia boskiej plagi. Jedni patrzą na drugich z miłością, życzliwą obawą i tchórzostwem, potem następuje rozmowa o szpitalu, o ilości chorych, o widokach na przyszłość, o Wiedniu, Berlinie, Bazylei, i najbardziej odważni mówią: „Ach, nie o siebie się boję, lecz o tego i tamtą, który jest moim ojcem lub moją matką, bratem moim lub siostrą, lub też przyjacielem” itd. Potem są ojcowie rodzin, ludzie stateczni, oszczędni, rozsądni, przewidujący, przez pół ojcowie rodzin, a przez pół bankierzy. Ci piszą swój testament, ale oto kłopot: kogo tu naznaczyć egzekutorem testamentu, bo na kogóż można liczyć tam, gdzie jest cholera? I drapią się w głowę, i nie wiedzą, co czynić. Czepiają się szczegółów swoich spraw majątkowych, rent, spekulacji giełdowej, tak, jak ten, który idzie na dno, chwyta za ramiona zbawcę, lub gałąź, albo też puste powietrze ponad swoją głową, już zanurzoną w wodzie. Ale to, co jest najbardziej wzruszające, to spojrzenia młodych matek, rzucane na świeże i zdrowe dzieciątka, które się bawią na dywanie, o nic się nie troszcząc. Biedne matki, już teraz toną we łzach. Zaprawdę, jest im z tem pięknie. Lecz poza tem trzeba się przyjrzeć tłumowi, cisnącemu się w aptekach, w sklepach z flanelą, a następnie przygotowaniom lekarzy, którzy, w białych bluzach, zmaczanych w chlorku wapna, gotują się stawić czoło niebezpieczeństwu zarazy, gromadzą u siebie najrozmaitsze potrzebne przedmioty. Gospodynie rozpaczają. Ostatnią beczkę ryżu sprzedano wczoraj w Genewie, oto powszechny krzyk. Chodzą tu i tam, gonią za mąką i drobną kaszką, ażeby się zaopatrzyć, gdy już komunikacja zostanie przerwana. To jak Warszawa w chwili zbliżania się Rosjan. Lecz w Warszawie był Skrzynecki, który wstawiał się za swoim ludem do Boga. Tu są tylko bankierzy, pastorzy i kupcy. Niezawodnie, będziemy ją mieli wkrótce. Przeczucia moje dziś na żadną nie skłaniają się stronę, jednakże czuję w sobie wiele poezji. Człowiek, któryma w sobie wiele poezji, nie może umrzeć, gdyż jest przeznaczeniem tej poezji, by wpłynęła z jego duszy do dusz wielu. Jutro idę do spowiedzi i komunii. Chcę umierać nie jako ciało, lecz jako duch. Gdy umrę, oto co masz uczynić:

Pójdziesz do H., będziesz się z nią widział w cztery oczy, opowiesz jej historię moją, tak, jak ją znasz. Opowiesz jej o moich wysiłkach, o walkach samotnych w moim ciemnoczerwonym pokoju, bardziej gorzkich od walk we krwi i dymie, powiesz jej wreszcie, że ją mocno kochałem i że ją błogosławiłem w ostatniej swojej godzinie. Nic więcej, to dosyć.

Jeśli Leach'a zobaczysz, ucałujesz go ode mnie i powiesz, że ostatniemi słowami umierającego przypominam mu krzyż na środku Koloseum. Co do Ciebie, Henryku, ujrzysz mię w godzinę, która nastąpi po mojej śmierci. A jeśli to niemożliwe, bądź pewien, Henryku, że ten, który Cię kochał, kochać Cię nie przestanie tam, gdzie będzie, gdziekolwiek to będzie. Wszystkie moje angielskie i francuskie manuskrypty należą do Ciebie, wszystkie polskie do mojego ojca, a potem Duchesne prześle Ci listy od H., które zwrócisz, komu należy, i Twoje własne, które zachowasz, ponieważ czytałem i odczytywałem je z przywiązaniem, wdzięcznością i łzami. Jeśli jestem do czegoś przeznaczony, jeśli ze wszystkich celów pozostał jeszcze we wszechświecie jakiś dla mnie, nie umrę. W przeciwnym razie umrę, i dobrze zrobię.

Na tem przerwijmy! Człowiek nie powinien nigdy mówić zbyt długo o swej śmierci. Oto mój hymn żałobny dla Polski. Posłałem go do Biblioteki Powszechnej.

Żegnaj, najdroższy!

Zyg. Kr.

34.Do Henryka Reeve'a

21 (?) września 1831 roku. Genewa

Henryku!

Czyś słyszał ostatni krzyk mojego wielkiego narodu? Czy doszedł do uszu Twoich odgłos podków koni zwycięzców na brukach Warszawy? Czyś przypatrywał się kiedyś w rozpacznym śnie szatanowi pychy i zbrodni, rzucającemu się na szeregi przerażonego tłumu i wchodzącemu w ulice konającego miasta? Gdyż tam, gdzie nie ma już wolności, jest śmierć. Taki więc miał być koniec tej podniosłej Polski, która od pół wieku wlecze się z bronią w ręku od jednej mogiły do drugiej, umrzeć nie mogąc — gdyż jest wielką — i nie mogąc zmartwychwstać, gdyż Opatrzność nie raczy przełamać Przeznaczenia. Już nie mówię o przyszłości, nadziei, nie mówię o wstydzie. Wszystko się stoczyło do mogiły niezmiernej, z której potomność piedestał utworzy dla posągu cara. Staliśmy się znowu tem, czem byliśmy niegdyś: ludźmi bez żadnych cech człowieczeństwa, istotami, przeznaczonemi by błądzić po wszelkich stronach w poszukiwaniu zbielałej czaszki, opuszczonych kości — by widzieć w wieku dojrzałym, jak ciemiężyciel zrywa plony zbóż na polach, zlanych ich krwią w dniach ich młodości — by mówić cicho i pochylać głowy — by żyć w wiekach minionych i nie móc się utożsamić z teraźniejszością — by cierpieć i myśleć „zemsta!”, lecz nigdy jej nie zaznać — by zerwać struny swej liry, złamać ostrza swych mieczy i zasiąść obok w milczeniu, nie mając nad głową swoją nawet cienia wierzb babilońskich.

Dramat odegrano dobrze. Szczątkami jego dekoracyj są trupy i połamane bagnety. Przeszedł z dala ode mnie. Nie miałem nawet na całe życie niewoli ani jednego roku wolności. Cóż powiem, jeśli kiedykolwiek mit siwizny osiągnę, tym, którzy pytać się będą o wielkie dni mojej młodości? Lecz nie, ja umrę wkrótce, młodo! Jeśli sława męczennika została mi odmówioną, Bóg mnie przynajmniej nie splami hańbą niewolnika.

Przesuwam i przesuwam raz jeszcze ręką po czole. Ten majak szału, majak jednego roku rozbił się w kawałki; skończyło się tyle bólu, tyle nadziei, tyle silnych wzruszeń, tyle entuzjazmu. Nie mam już zapór do zwalczania, gdyż droga, którą miałem podążyć, w przepaść się zapadła. Gdzież ona, gdzież jest ta Polska jednej chwili, meteor ojczyzny? Czy słyszysz hasło Rosjan na murach Warszawy?

Nic mię więcej nie wiąże z tym światem, ani H., ani Ty, Henryku, ni spokojne szczęście, które sobie obiecują niektórzy ludzie po zakończeniu jakiejś rewolucji, ni nadzieja ujrzenia znów mego ojca. O, nie! „Być albo nie być, oto jest pytanie”.

A mówię Ci, że w dniach tryumfu zbrodni wiele dusz zwątpiło w Boga. Zapewne, nie są to wybrani, lecz ludzie słabsi, a jednak ludzie o duszach podniosłych, ludzie, którzy po wiele razy czcili Boga i wzywaliGo w godzinach niebezpieczeństwa, lecz teraz serce ich rozbiło się o Przeznaczenie. Myśleli, że to Opatrzność stanęła im na drodze. Ja nigdy nie zwątpię, gdyż każda kropla krwi przelanej przypomina mi tylko krew z Golgoty, lecz zawołam głosem wielkim: „Ród ludzki przeklęty jest za swe zbrodnie, a kara dosięgnie niewinnych jak i winnych. Trzeba śmierci i konania, aby je przeciwstawić bezbożności i złej woli. Polacy zginęli! Lecz wtedy przekleństwo tym, którzy zapomnieli o wszystkiem, by tylko za własną iść korzyścią, którzy głośno wykrzykiwali i mówili wiele, a teraz w ogłupieniu przyglądają się śmierci narodu. Lecz potępiony jestem! Chcę teraz popisywać się pięknym stylem! — Boże miłosierdzia, do czego doszedłem? Któż może choćby jedno zdanie napisać przy łożu śmierci, w pierwszej godzinie po ostatniem tchnieniu matki! Trzeba na to być mniej, niż człowiekiem lub pismakiem dziennikarskim!

A potem, co bardziej jeszcze mię trapi, niż wzięcie Warszawy, to (jeśli wieść o tem jest prawdziwa) dwa listy z poddaniem się, posłane Paszkiewiczowi przez Małachowskiego, generała, który dowodził ostatkiem armii. Ten Małachowski jest moim wujem, stworzenie to stare i głupie. Poddanie się! Czyżby ufali w szlachetność truciciela ludów, tego, który zawarł przymierze z zarazą, rzucił ją na swych poddanych, na swych przyjaciół, na Europę, bez wyboru na wszystkich i na każdego, i który z wysokości swojego tronu nasyca się z rozkoszą temi odległemi spustoszeniami, na które nie śmiałby się narażać, lecz o których lubi słuchać? To jest jego muzyka.

Boże sprawiedliwości i miłości! Dlaczego nie natchnąłeś lepiej tych bohaterów w ich ostatnich chwilach? Dlaczegóż nie zginęli? Lecz zapominam, że tylko poszczególne jednostki poświęcają się, ale nigdy masy. Tak, złożą więc broń! Biały orzeł powlecze się na swych łapach ku zwycięzcy i zakrwawionym dzióbem, rozdartemi skrzydłami złoży hołd pysze tyrana. Idź, biedny ptaku drapieżny, by uzyskać przebaczenie, lecz są dusze, które nigdy o nie nie poproszą!

A teraz zaczyna się moja rola; będzie ona bardziej ciemna, może nie mniej przez to bolesna. Zapamiętaj sobie te słowa: i jeśli któregoś dnia usłyszysz, że mię zawleczono na Sybir, wznieś oczy swe w górę, by podziękować swojemu Bogu za to, że choć raz jeden pozwolił Twemu przyjacielowi pokazać, że jest dobrym Polakiem.

Oto jest artykuł Lammenais'go z „Przyszłości”. Przepisuję go dla Ciebie, bo sam już nie mogę pisać, gdyż serce moje jest tak ciężkie, jak kamień, i bije, jak w malignie — a również dlatego, że artykuł ten jest wzruszający i podniosły.

„Warszawa się poddała. Bohaterski naród polski, opuszczony przez Francję, odepchnięty przez Anglię, upadł w walce, którą z taką chwałą prowadził przez osiem miesięcy przeciwko hordom tatarskim, sprzymierzonym z Prusami. Jarzmo moskiewskie znów zaciąży nad ludem Jagiellonów i Sobieskich, aby zaś nieszczęście jego cięższem się stało, szał gniewu kilku potworów osłabi może odrazę, którą powinna wzbudzić zbrodnia tego nowego podboju. Niechaj każdy zatrzyma to, co mu się należy: dla oprawców zbrodnie i hańba, prawdziwym dzieciom Polski sława czysta i nieśmiertelna, dla cara i jego sprzymierzeńców przekleństwo każdego, kto nosi w sobie ludzkie serce i ktokolwiek czuje, co to ojczyzna, a ministrom naszym ich imię — poniżej niego nic już nie ma. A więc szlachetny narodzie, bracie nasz we wierze i towarzyszu broni, gdy za życia swego walczyłeś, życzeniami tylko mogliśmy Ci dopomóc, a teraz, gdy leżysz pokonany na arenie, dać Ci możemy tylko łzy nasze. Oby Cię mogły choć trochę pocieszyć w Twoim ogromnym bólu! Wolność przeszła ponad Tobą, jako cień przelotny, a cień ten przeraził Twoich dawnych ciemiężycieli. Zdawało im się, że widzą sprawiedliwość.

Gdyś spojrzał na niebo po dniach ponurych, zdawało Ci się, żeś tam odkrył pogodniejsze znaki i powiedziałeś sobie: »Zbliża się czas wyzwolenia. Ziemia, która kości naszych przodków pokrywa, jeszcze będzie naszą. Nie usłyszymy na niej więcej głosu cudzoziemca, wydającego nam bezczelne rozkazy, a ołtarze nasze i ogniska wolne będą«. Omyliłeś się. Nie, nie nastąpił jeszcze czas życia, lecz czas śmierci: dla tego wszystkiego, co najsłodszem i najświętszem jest wśród ludzi. Narodzie bohaterów, narodzie miłości naszej, spoczywaj spokojnie w grobie, który dla Ciebie wykopały zbrodnie jednych i podłości drugich! Lecz nie zapominaj, że nadzieja żyje jeszcze w tym grobie, że krzyż jest na nim, krzyż proroczy, który mówi: Ożyjesz!”. (Lammenais, „Przyszłość”).

Te ostatnie słowa wstrząsnęły mną. Myślę więc, że nie wszystko jeszcze stracone i że wkrótce z tych popiołów i kości wytryśnie jutrzenka, trwalsza od tej, która właśnie zagasła. Żyjemy w epoce, w której jedno ogniwo europejskiego łańcucha pociąga za sobą ruch wszystkich innych, albo też jeden krzyk, który znad brzegów oceanu porusza gałęzie lasów Litwy.

Nie jest wcale postanowione w myśli boskiej, że naród ma zginąć, póki naród ten sam nie przyjmie swojej śmierci. A my nie przyjmiemy jej nigdy, gdyż ze śmierci tylu ofiar wytrysło nowe życie duchowe, które długo ożywiać będzie moją ojczyznę. — Idźmy od poświęcenia do poświęcenia, od bólu do bólu, a zawsze w milczeniu! W końcu dojdziemy do kresu pokuty. W końcu będziemy mogli powitać wolny widnokrąg nad sobą. A jeśli nie, jeśli pokolenie, do którego należę, ma zginąć w pełni chwały i lat młodych, lub też powoli zwiędnąć i zagasnąć nieznane, niechaj tak będzie, byleby tylko nasza ostatnia myśl była myślą, poświęconą Polsce.

Wszystko to bardzo pięknie, lecz jednem słowem: są w Warszawie, Polska upadła, a ja jestem w Genewie. Henryku, jestem nieszczęśliwy, a siły moje nie są na jednym poziomie z mojem przeznaczeniem.

Żegnaj, żegnaj!

Zyg. Kr.

Jeśli August zginął, dusza jego jest tam, dokąd moja może nigdy się nie dostanie. Co mówi H.?

35.Do Henryka Reeve'a

29 września 1831. Genewa

Mój drogi Henryku!

Tyleż w tem ze Schlegla, co z Kosmy Medyceusza lub Wawrzyńca Quasimodo? U diabła, nie wiem, z jakiego powodu mnie nie pojmujesz. Po pierwsze, źle rzecz zrozumiałeś, sądząc, że chciałem dać ramy dla każdego poematu. Bynajmniej; powiedziałem, że każdy poemat, którego bohaterem jest człowiek, każdy poemat w rodzaju Childe Harolda, powinien być walką człowieka z Przeznaczeniem, nad którem stoi Opatrzność. Przez Przeznaczenie rozumiem wolę ludzi. Wola ludzi w całej swej masie zwraca się przeciwko mnie, przeciwko jednostce, a ponieważ Bóg obdarzył duszę ludzką wolną wolą, z tego wynika, że wola ludzka jest potęgą, i to potęgą twórczą. A więc skupiona wola wielu ludzi może wytworzyć przeznaczenie jednostki, a to przeznaczenie woli ludzkiej, wytworzone (po większej części przynajmniej) bezwiednie, jest twarde, okrutne, nieubłagane. Są to okoliczności życia, wszystkie warunki stosunków naszych z ludźmi, słowem wszystko, co z ludzi na nas przechodzi. Tem jest Przeznaczenie. Lecz nie Fatum to greckie, gdyż ono jest wieczne, a nie zmienne. Straszne wprawdzie, lecz podległe potędze wyższej, długo trwające, jeśli mówimy o ziemi, jest tylko łańcuchem chwilowym, gdy mówimy o wieczności. I czasami w rzeczywistości (w poezji tak zawsze być powinno) na tym świecie jeszcze jutrzenka Opatrzności przełamuje zimne i ciemne sklepienie Przeznaczenia, nad głowami naszemi rozpostarte.

Wyobraź sobie ocean chmur, widziany ze szczytów alpejskich, wyobraź sobie, że czarna ta mgła, zasłaniająca dolinę, styka się z dwu stron z widnokręgiem i wisi nad czołami ludzi. To Przeznaczenie. A teraz spójrz na promienie słońca, rozbiegające się we wszystkie strony, na tęcze, ślizgające się po grzbietach obłoków, starające się swemi złotemi, srebrnemi, lazurowemi skrzydłami znieść te pełne smutku opary. To Opatrzność. Wreszcie, gdy w południowej godzinie słońce wzbije się wysoko, patrz, jak sklepienie to, szare i ponure, rozchodzi się we wszystkie strony, zabiera ze sobą piorun, znika, i jak pod niem zielone równiny uśmiechają się do błękitu w górze; to połączenie człowieka z Opatrznością, zwycięstwo ostateczne Opatrzności nad Przeznaczeniem. Wierz mi, dużo więcej w przyrodzie symboli, niż ludzie sądzą, więcej życia, niż przypuszczają, i więcej podniosłości, niż czują. Przyroda jest parabolą świata duchów.

Ale teraz zmagać się z Tobą będę w arenie, póki Cię nie powalę na ziemię. Skąd wziąłeś to dziwne powiedzenie, że Przeznaczenie to słabość? Co do mnie, utrzymuję, że słabość jest tam, gdzie nie ma walki. Wszędzie, gdzie jest walka, znajdzie się, mojem zdaniem, siła i szlachetność. A przeciw Przeznaczeniu jako takiemu należy koniecznie walczyć, choćby narażając się na rozbicie, walczyć, ciągle się z niem zderzając, ciągle urażając, ale nigdy nie słabnąc. Gdyby nie było Przeznaczenia, gdyby sama Opatrzność rządziła, wszystko byłoby spokojne, słodkie, łagodne. Ale zbrodnie i namiętności ludzkie wywołały Przeznaczenie z przepastnej głębi ich dusz, a ono rozwinęło radośnie skrzydła bólu ponad rodem ludzkim. Czyż nazwiesz słabością walkę jednostki z tłumami, wojnę jednego z wieloma? Czyż nazwiesz słabością ten stan, gdy dusza pełna jest udręczeń i goryczy, a jednak nie chce poniżyć się do bezsilności? Gdyż przez bezsilność, letarg, apatię, głupotę, bezmyślność i przez długie wieczory, spędzone w salonach, przez obiady i kolacje, przez karty i dysputy, przez głupie zabawy i pijaństwo można uchronić się przed Przeznaczeniem, nie przed jego ostatecznym wpływem, ale przed jego zdwojonemi ciosami. Czyż nazwiesz słabym tego, który nie szuka zapomnienia i, otoczony wrogami i przykrościami, nie traci męstwa, tego, który wiedząc, że wszystko jest na zawsze stracone, nie przestaje pokładać nadziei w życiu i nie myśli o samobójstwie, ani o czarze biesiadnej? Czyż nazwiesz słabym tego, który sam śmie wyciągnąć ramiona, by odepchnąć nieszczęście, choć wie dobrze, że ramiona jego zostaną złamane, zmiażdżone pod kołami losu, tego, który nie odwraca oczu od gotujących się katuszy, lecz wpatruje się w nie, jak orzeł, i walczy z niemi, jak lew? Cóż go podtrzymuje, mój przyjacielu, w tej walce straszliwej? To godzina, w której słońce rozprasza mgły doliny, to przeczucie Opatrzności, która jest jakby gwiazdą, widzianą przez więźnia poprzez kraty żelazne na lazurze nieba, to wiara w Boga Zbawiciela, jedną ręką błogosławiącego serce, które nie doznało strachu w czasie burzy, a drugą rzucającego zemstę na skrzydło burzy, na czoła tych, którzy ją rozpętali dla zguby i zniszczenia. A więc, mojem zdaniem, bez Przeznaczenia nie ma energii, bez Przeznaczenia nie ma walki. W godzinie, która poprzedziła nieposłuszeństwo Ewy, nie było jeszcze Przeznaczenia. Zrodziło się, gdy jabłko zostało zerwane z gałęzi. Opatrzność pozostała z wiadomością dobrego, a Przeznaczenie pozostało z wiadomością złego. Od tego czasu nie przestało istnieć, działać, rzucać tłumów na jednostki. To smok rozkuty, wychodzący z otchłani, o którym mówią sny z Patmos. Jeśli napotyka istoty drżące, słabe, bez męstwa, przechodzi po nich, depce ich czoła, a następnie siada i śmieje się do rozpuku. Lecz jeśli ramię człowieka zatrzyma go w drodze, by z niem walczyć, musi wpierw tchu nabrać, nim zdolne będzie go powalić, zlane krwawym potem, musi gwałtownie poruszać skrzydłami i jeszcze raz nań uderzyć. A kto wie, czy według praw stworzenia ma jeszcze władzę nad tym człowiekiem, póki on sam tej władzy nie przyzna, schylając czoło i zginając, strachem zdjęty, kolana. Bo, widzisz, nie ma pana, gdzie nie ma niewolnika. Dla mnie walka człowieka przeciwko Przeznaczeniu jest walką wolności przeciwko despotyzmowi; wcześniej lub później Opatrzność przybywa na pomoc wolności. Jeśli Ci to wydaje się ciemne, winien temu mój styl, a nie myśl, gdyż myśl moja prawdę w sobie zawiera. Zastanów się nad nią!

Co do Wilsona, nie miałem zamiaru zrobienia Ci złośliwego komplementu. Odtąd, Henryku, nie będzie między nami ani złośliwości, ani pochlebstw, będzie wyłącznie przywiązanie, miłość i prawda. Ale już życzyłem Ci szaleństwa lub elegancji z jego strony, sądząc, że w obu wypadkach byłby czemś bardziej wzniosłym, niż księgarzem, a przeto lepiej zrozumiał Wędrowca. Gdyż nikt mię nie przekona, że bankier lub księgarz w swoim codziennym, przyrodzonym stanie zdoła zrozumieć poezję. Spytaj się Murray'a, jakiego jest mniemania o Byronie, odpowie Ci: „Panie, Parisina przyniosła 1 000 funtów szterlingów. Lara, 2 000; Korsarz 4 000 etc.”, ale nie będzie umiał Ci powiedzieć, co to Parisina, Lara albo Korsarz. To Couteau, który wyrysował Bourdigny na moje żądanie, nie wiedząc ani poco, ani dla kogo.

By wrócić do poprzedniego, Szekspir jest właśnie wielkim poetą Przeznaczenia. Opatrzność rzadko przejawia się u niego. Czyż Desdemona nie padła ofiarą Przeznaczenia, wynikłego z połączonej woli kilku ludzi? Jeszcze raz powtarzam, nie posłałem Ci szczegółów poematu, lecz ducha poematu, nie wariacje, lecz temat, nie tysiące kamieni, tworzących sklepienie, lecz zwornik, nie niezliczone koła, które marszczą powierzchnię wody, lecz środkowy wir, skąd koła te wyszły. Czy rozumiesz teraz?

Polska jeszcze nie zginęła. Zbyt silnie żyła w ostatnich czasach, by móc skonać tak prędko. Co do mnie, mam nadzieję i utrzymuję, że łańcuchy, które jej chciano nałożyć, nałożone na nią nie będą. Zobaczysz; Skrzynecki ją uratuje.

Podzielam Twoje zdanie o strofie Wędrowca. Ale co znajduję subtelne, zachwycające, dające obraz, jaki rzadko spotykałem, to: „zaklaskał rękoma z radości”. Te dwa wiersze mają wdzięk niewymowny. Ku środkowi znajduję, że się nadto powtarzasz, rozwałkowujesz swoje myśli, a właśnie, im bardziej się rozwałkowuje myśl, tem więcej traci ona na mocy. Czytuj i odczytuj Byrona!

Górowski jest człowiekiem, który miał trzydzieści pojedynków z powodu spraw teatralnych, stłuczonych szklanek, kłótni, spodni, restauracji. Wytwórz sobie z tego zdanie o nim!

Te dwa wiersze: „to w domu znowu” i „przywrócony do spokoju” dobre są na końcu. Robią wrażenie usypiającego spokoju po burzach życia. Również dobry jest kontrast między „labiryntem trudu” i „motylem”.

Jestem Twego zdania o życiu w XIX w. Wiek ten w stosunku do starej Europy odgrywa tę samą rolę, co wiek przeszły w stosunku do Francji. Społeczeństwo pełne przesytu, zepsucie, zbytek, nędza, mało wierzeń, dużo szału, kilka zasad, oderwanych od swego niewzruszonego źródła i rzuconych do potoku, który nas unosi, mimo narażania ich na zatonięcie lub zmianę, oto nasze położenie. Jasnem jest, że znajdujemy się na linii granicznej, ściśnięci z jednej strony przez przeszłość, z drugiej przez przyszłość, i jakże ciężką jest walka tych dwu potęg w naszej duszy. Dla naszych wnuków nie będzie może już przeszłości i żyć będą spokojnie, o ile istoty ludzkie spokojnie żyć mogą w pośród swej już ustalonej teraźniejszości, przez którą przyszłość nasza stała się niepewna i chwiejna. To pewne, że dziś jeszcze u wielu z nas wspomnienie ma przewagę nad nadzieją, idee czasów przeszłych nad ideami, zrodzonemi obecnie; gdyż są to szlachetne wspomnienia i wielkie idee, choć już dokonane i jakby martwe, według zdania wielu. Co do mnie, nie wierzę, żeby idea kiedykolwiek zginąć mogła. Powtarzam: są to podniosłe wspomnienia, sięgają one wyżyn Golgoty, stamtąd unoszą się nad szczytami hełmów tylu bohaterów, wkoło czystych skroni tylu piękności, po czem dążą do połączenia się ze Wschodem, z tym Wschodem spokojnym, marzycielskim, olśniewającym w swojej niedbałości, tak podniosłym przez swe lenistwo. Nie, drogi, nie będziemy tem, czem byli nasi przodkowie, ni tem, czem będą nasi potomkowie. Chcę powiedzieć, że dla nas są drogi kręte, dla nas wzburzone fale, dla nas niewygodne skróty, pełne cierni ścieżki i wreszcie korona cierniowa. Teraźniejszość naszą zatruje zawsze żal za tem, czego już nie ma, lub nigdy niezaspokojona miłość do tego, co będzie, co przeczuwamy, a czego nigdy nie zobaczymy.

I ty się dziwisz jeszcze, że dusza niekiedy zamyka się sama w sobie, przestaje wierzyć w przyszłość i zapada cała w przeszłość? Przeszłość stoi blisko nas; znała nas, jesteśmy dziećmi jej starości, kołysała nas na swych kolanach, pierwsze nasze słowa do niej były zwrócone. A teraz, gdy widzimy, jak się od nas oddala, płaczemy niekiedy. Z drugiej strony przyszłość też stoi blisko nas, wyciągając ku nam ramiona. Lecz wkoło niej widzimy drgające ofiary, które zawierzyły przyszłości, wieszały się u jej ramion, u jej skrzydeł i spadły w dół, jak żółw, który wyślizgnął się ze szponów orła. Stąd pochodzi, że nie należymy do żadnego wieku, do żadnego należeć nie możemy, gdyż chaos jest domem naszym, otoczeniem, wszystkiem. Ludzie, z woli bożej w takich zrodzeni epokach, mieć muszą więcej siły, więcej odwagi, więcej rezygnacji, niż ludzie innych czasów, gdyż wszystko jest nam bólem, a nie radością, gdyż wszystko jest nam zaporą, a nic pomocą, gdyż, jeśli tylko mamy serce i duszę, będziemy zawsze miotani na wszystkie strony, pchani od jednego systematu do drugiego, od jednego wierzenia do drugiego, z jednej fali na drugą, to płacząc nad przeszłością, to znowu zapalając się do przyszłości, a ciągle wołając, jak chory Cezar w Hiszpanii: „Daj mi pić, Tytyniuszu!”. Jedynym środkiem na to aby nie paść przedwcześnie, jest wierzyć w słowo boże i wiedzieć, że trzeba walczyć z ludźmi, a nigdy nie użyczyć sobie spoczynku. Inaczej jesteśmy zgubieni na zawsze, jak ja może jestem.

Żegnaj, mój przyjacielu!

Zyg. Kras.

Nic mi nigdy nie piszesz o rzeczach, które Ci posyłam, o podziemiu z Adama, o Widzeniu geniuszów wieków. Wydaj nareszcie sąd! Żegnaj, mój drogi Henryku! Uszanowania dla matki Twojej.

36.Do Henryka Reeve'a

2 października 1831, Genewa

Co do Wizji, zgadzam się. Góry są za bardzo żwirem, a ludzie są za bardzo ciałem; lecz, widzisz, szaleniec ma potężną wyobraźnię, wizje jego są prawie namacalne, podobne do prawdziwych widzeń proroków. Jeśli sobie przypominasz, w widzeniu proroków wszystko jest opisane: każdy szczegół, każda barwa, a nawet wymiar każdy. Co do podziemia, zgadzam się również. Brak w niem świata duchów. Ale tak być powinno, gdyż nie chciałem w sercu czytelnika zostawiać słodkiej melodii, lecz właśnie rozdzierającą muzykę, jak pożegnanie Romea i Julii w operze Belliniego, o której tylekroć Ci mówiłem. Teraz, co do Manfreda, przeczę temu, zbijam to i utrzymuję, że wcale o nim nie myślałem. Gwiazda występuje zarówno u mnie, jak i u Byrona, to znaczy, że tak tu, jak i tam jest wyraz „gwiazda”. Lecz znaczenie jest zupełnie inne. Moja gwiazda oznacza coś niezupełnego, niedokonanego, sen świetny niezupełny. U Byrona jest to symbol całkowity i ogólny siedmiu duchów. Mój człowiek żąda starcia plamy z czoła, Manfred chce, by uszła plama z jego duszy. Możesz powiedzieć, by zadrwić ze mnie, że u mnie jest to liszaj, podczas gdy u niego wyrzut sumienia. Zresztą, naprawdę, dosyć o tym przedmiocie!

Co do Marii. Oto co mam jej do zarzucenia. Robisz ją zbyt poetyczną, przerabiasz ją nadto na sposób wschodni, nie zachowujesz dostatecznie zabarwienia morza lodowego doliny alpejskiej. Mówisz, że chcesz, by była uczuciową; dobrze, lecz ta uczuciowość niechaj raczej pochodzi z zapału duszy namiętnej i mocnej, nie zaś z tkliwości serca młodej dziewczyny, miękkiego, podatnego i topliwego wosku. — „Mogłoby Ci się zdawać, że anioł ten... dla ludzkości”; te trzy wiersze są wspaniałe, przypominają opis Aurory Raby z Don Juana.

Mówisz o tęgiej dziewce góralskiej, podobnej do bawołu; nie, mojem zdaniem powinna być wysokiego wzrostu, wysmukła, o twarzy opalonej odblaskiem śniegów, włosach na wiatr rozpuszczonych, o oczach ciemnych, jak kryształy lodowców, a w oczach jej coś z Joanny D'Arc, i coś z p. Krüdener, a potem coś jej samej właściwego, a to Twoja sprawa. „Nie ma nawet delikatnego dźwięku” — jest powiedziane dobrze, doskonale. Myślę tylko, że, gdybyś mógł zastąpić dźwięk przez coś bardziej nieuchwytnego, by bardziej harmonizowało ze słowem „delikatny”, byłoby lepiej. „Wydawało się, iż rozdzierał najbliższą chmurę”, także doskonały daje obraz. — Jestem Twojego zdania co do salto mortale, jest dobre, gdyż prawdziwe, a prawdziwe, bo krwawe. Taka jest moja krytyka.

Lecz zrób Marię bardziej ognistą, niech łono jej drży z namiętności, oczy jej napełnij błyskawicami, niech uczuwa zawrót głowy nad przepaścią, nie z obawy przed nią, lecz z miłości dla wspaniałego szczytu, celu swej radości i życia swego. Zrób z niej istotę odrębną, nie daj się pociągnąć urokowi opisu dziewczyny młodej, naiwnej, wdzięcznej, dziecinnej, słodkiej, czułej. Tam jest śmierć i niebezpieczeństwo, lawiny i burze, a trzeba, by dusza jej pozostała w harmonii ze światem, w którym się obraca, by noga jej tak pewna była, jak serce, by namiętność jej była gorączkowym szałem i płomieniem, a odwaga niewzruszona. Zapomnij o salonach, zapomnij o ogrodach, o kwiatach, o miękkim i gładkim piasku i o strumieniach, które je rozweselają, pogrąż się w łoskocie potoku i w Rosbergu w chwili jego spadku, stwórz sobie świat grzmotów i wielkości, daleki od Moore'a, bliższy Byrona, lecz świat swój własny, przez Ciebie stworzony, coś w rodzaju chaosu, a w środek rzuć młodzieńczą Marię, zastosuj wymiar jej postaci poetyckiej do ogromów mas, które ją otaczają, a stanie się piękną, nieokiełzaną i zorzę północną mieć będzie na licach, w krokach swych siłę antylopy, obłok, spływający z rozpuszczonych w nieładzie włosów, wśród kryształowych słupów i piramid śniegu niechaj będzie bachantką Alp. Zresztą wszystkie te rady są po prostu stratą atramentu, gdyż jak tu powiedzieć poecie: „Oto moja poezja. Przerób ją dla siebie!”. Jest to głupstwo z mojej strony. Co mnie się dobrem wydaje, może być dla Ciebie szkaradne. Wszystko zależy od pojęcia, które sobie o Marii wytworzyłeś; przeprowadź je do końca, a, w ten czy też inny sposób przedstawiona, pozostanie ona zawsze istotą szlachetną, szlachetnem dziecięciem Twojej wyobraźni.

O Polsce mi piszesz. Dzisiaj gazety donoszą o rozbrojeniu Romarina w Galicji. O jednego wielkiego męża mniej. Na dziś i na jutro wszystko jest stracone, lecz któż może ręczyć za pojutrze, któż może podnieść rąbek zasłony posągu Izydy i poznać tajemnice bogini? W mojej szlachetnej ojczyźnie ogień nigdy nie wygaśnie: popiołem pokryty, lęgnąć się będzie pod popiołem. A więc niechaj tak będzie! Nadejdzie czas, kiedy już popioły pokryć go nie będą mogły i znów wybuchnie młody, piękny, olśniewający. Jak mogą tyrani i armie pokonać duszę, uczucia i poglądy? Niewiele wskórać można rzucając masy ciał uzbrojonych na dusze wolne; skrzydlate, nie do opanowania, lotne, wymykają się lub ulatują i brzęczą nad zdobywcami pieśń śmierci, przekleństwo, które wcześniej czy później z muzyki pszczoły stanie się łoskotem grzmotów i wzrośnie ponad huk armat wszystkich arsenałów. Bóg zaślepia ludzi, którzy zasłużyli na zgubę — należy o tem pamiętać. Mikołaj jest głuchy, niemy, ślepy. Jest to stare przyzwyczajenie władców, którzy nie rozumieją swojego wieku, swojego położenia, którzy przez lenistwo nie chcą zdjąć szlafroka swych pradziadów, a którzy ujrzą go w strzępach u swoich stóp, a wtedy: „Żegnaj, królu!”, jak mówi Szekspir. Jest to smutnem prawem tego świata, ale jest prawem, że do zbawienia dochodzi się tylko przez męczeństwo. Jeśli Bóg potrzebował legionów męczenników, by panowanie swoje utrwalić, iluż ich trzeba dla wolności? Gdyż wolność bardziej bezpośrednio pochodzi od Boga, niż chrześcijaństwo. Dla nas, współczesnych ludzi, dyszących w męce, szalonych strachem i nadzieją, częściowa klęska wydaje się sprawą straconą, gdyż, ilekroć zdarzenie jakieś zostaje odłożone poza nasz grób, staje się ono dla nas sprawą wieczności, a już nie sprawą czasu. Jest to egoizm nie do pokonania, naturalny, lecz w istniejącym porządku rzeczy tak nie jest, gdyż wielkie i szlachetne i święte sprawy potrzebują ogromnej ilości bólu, by się spełnić, by dojść do swojego kresu, na co nie może wystarczyć jedna generacja, niekiedy nawet kilka. Rezygnacja jest wtedy obowiązkiem, drugim obowiązkiem jest uczynić wszelkie wysiłki, by dodać swoją kroplę ofiary i goryczy do oceanu bólu, którego fale rozwalą tron niesprawiedliwego i ciemiężyciela. Wtedy przynajmniej można będzie, umierając, powiedzieć sobie: „Czemś byłem, byłem ziarnkiem piasku, dodanem do pustyni, liściem suchym, dodanym do lasu, myślą, do poematu dodaną, iskrą, do pożaru”. Lecz istnieje wyjątek dla geniuszów, ludzi wielkich. Ci są siłą poruszającą; jest to wiatr, który popycha fale, który roznosi pożar. Oni to są przedstawicielami wszystkich zmarłych i wszystkich żywych, spiskujących dla sprawy. Dusza ich jest tak silna, jak dusze milionów ludzi — jest to treść części rodu ludzkiego. Dusza ich jest całością — dla ludzi, na ziemi, a szczegółem, ważnym w niebie dla Boga. Zmartwychwstanie jest możliwe tylko wtedy, gdy mnóstwo cząsteczek się gromadzi dokoła wielkiej całości i kiedy wiele dusz otacza duszę wielką; wtedy staje się ona władczynią wszystkich innych. Kieruje niemi, rzuca je naprzód, ustawia do bitwy, prowadzi je do zwycięstwa. Zdawało mi się, że taki był Skrzynecki. Lecz nie. Polska nie zginie w tym wieku. Jeśli żyć będziemy, ujrzymy ją znowu.

Jestem okropnie podniecony, a nie pojmuję swego podniecenia. Jest to coś podobnego do przeczucia śmierci lub początku miłości; ponieważ pierwsze jest od drugiego prawdopodobniejsze, więc Ci stan mój za przeczucie śmierci podaję. Gdyż miłość jest słowem, którego znaczenia zapomniałem. Gdzież jest miłość moja! Co się stało z tą namiętnością nieokiełzaną, wspaniałą, o której sądziłem, że jest nieśmiertelną i nie do opanowania, którą uważałem za towarzyszkę wieczności i którą z upodobaniem podsycałem, powiększałem! Później sprawiało mi przyjemność utrzymywanie, zachowywanie jej bez zmiany, przypominanie sobie o niej każdej chwili, co dnia. Miło mi było uczynić z niej sen przeszłości, upiększyć ją własnym kosztem tem wszystkiem, co może sen zdobić. A namiętność moich młodych lat stawała się coraz bardziej nieuchwytną. Było to widmo, które — odwrotnie, niż upiory, zbliżające się ku nam w nocy — odsuwało się ode mnie, oddalało, traciło kształt na widnokręgu myśli moich. Teraz doszedłem do tego, że modlę się jeszcze za nią do Boga, lecz już sam nie wiem, za kogo się modlę; zapomniałem o oczach jej, rysach, głosie, chodzie, o wszystkiem, aż do uśmiechu, i (czyżbyś uwierzył!) przypominam sobie jeszcze jej sarkastyczne uwagi, złośliwości tego umysłu żywego i palącego, gdyż serce moje zamieniły w popiół, zanim je odświeżyły, zatapiając w ekstazie szczęścia. Oto ostatnie wspomnienia, które mi po niej pozostały, jak gdyby wplecione w łańcuszek z jej włosów, który noszę na mojem łonie.

Oto co sprawić może długie milczenie, długie troski, częste męczarnie, życie samotne, jak sucha wyspa, rzucona wśród wirujących fal tego świata i jakaś nieszczęsna ojczyzna, którą umiano kochać tylko z westchnieniem i jękami. Gdyż, gdyby choć jeden raz tylko ramię moje zakręciło się ponad głowami wrogów, kochałbym ją jeszcze całym szałem swego serca. Lecz zamknęła się w milczeniu przede mną, któremu nic więcej nie miała do powiedzenia, od którego nie spodziewała się niczego, stała się dla mnie zimnym posągiem. A ja starałem się ożywić ją daremnie. Nie dość było życia mojego, by to czynić, trzeba było mojego zgonu lub śmierci ciemiężyciela. Jedno i drugie zawiodło. Pozostała w roli Galatei, ja zaś nie mogłem wznieść się do roli Pigmaliona, i harmonia między nami została zniszczona, nie stopniowo, lecz nagle, od jednego razu, w jednej chwili, w tej, w której orzeł polski załopotał srebrnemi skrzydłami ponad trupami Rosjan.

Smutna jest historia mojej miłości, smutna historia radości, rozkoszy, które otrzymałem od tego świata. Mało użyłem na nim, jedynie chwilami, a i wtedy musiałem strzec swej piersi, by nie pękła, gdyż ciężar moich namiętności był dla niej zbyt wielki. Zresztą jakże żyłem? Najczęściej samotnie, podniecając się swojemi dwiema świecami, wywołując światy i postacie, niepodległe prawom stworzenia, goniłem za silnemi wzruszeniami, stwarzałem sobie urojone, oburzałem się na społeczeństwo, na kobiety, na każdego nieznanego mi człowieka. Znosząc co dnia cierpienia swego wątłego ciała, bóle głowy, ramion i płuc, kochając się z przyrodzenia w nadużyciach fizycznych, zmuszony byłem przez wątłość swego organizmu do oddawania się tylko nadużyciom duchowym, wtedy zaś pisałem, gryzmoliłem, wzywając poezji wielkim głosem, gdyż ona była rozpustą mojej duszy. Męczyłem swój mózg, załamując ręce ze zmartwienia — nie mogłem napisać ani jednego wiersza; zmagałem się z prozą; czasem myślałem, że jestem poetą i promieniałem dumą, następnie oddawałem się przygnębieniu. Unikałem uroczystości, zabaw, orgij, gdyż widziałem w nich swój wyrok śmierci. Zamykając się w czterech ścianach, wycieńczałem duszę, a nie ciało, a dusza moja była silną, ciało zaś słabe. Przechodziłem kolejno, począwszy od dzieciństwa, przez wszystkie rodzaje szałów: szał cygar, szał polowania, szał zazdrości, szał pożądania, szał zemsty, szał miłości, szał natchnienia, szał pogardy dla innych, gdyż wszystko u mnie jest obłędem chwili. Zdaje mi się, że mógłbym stworzyć z kawałka lodu kochankę, drżącą na mojem łonie. Przeszedłem przez wszystkie stopnie głupoty: byłem pyszałkiem, potem zawadiaką, lekkoduchem, pedantem --- przyjmowałem wszystkie spotykane po drodze śmieszności i wkrótce nabierałem do nich wstrętu, gdyż byłem kolejno Edmundem Fabre, Steinbockiem, Gaymüllerem, Stackelbergiem, tylko że u mnie było fazą, co u nich stanem stałym. Wreszcie nawróciłem się do Boga i myśli wzniosłych, lecz słabo; często, wierząc szczerze, robiłem wszystko, jak gdybym w nic nie wierzył, nauczając innych, sam pozostawałem zimny, zapalałem się na myśl o modlitwie, a modliłem się jak roztrzepaniec; w końcu nadszedł krwawy okres mojej młodości, a wiesz, jak go przepędziłem, choć z dala byłem od Ciebie. Znasz moje nieszczęścia, począwszy od najdrobniejszych codziennych kłopotów, aż do rozpaczy całych tygodni, od myśli, że bok mię boli, aż do tej, że H. mną pogardza i że Polska nie przyznaje się do mnie. Takie było moje życie. Jeśli ma się wkrótce skończyć, nie miałem z niego korzyści ni sławy, ni zadowolenia, gdyż pragnąłem wiele zdziałać, a nic nie zrobiłem, gdyż chciałem mieć imię, a nie mam żadnego, gdyż zbudowałem wiele pałaców, a wszystkie z dymem się rozwiały. Ambicja moja po wiele razy była dla mnie przyczyną gorzkich bólów — przyznaję się do tego, bom szczery — a bardzo rzadko uczuć przyjemnych — przyznaję się do tego, bom smutny. Wiele miałem w sobie miłości, a jednak nienawidziłem często. Lecz ci, których kochałem, nie będą mieli powodów do przeklinania mnie, jestem gotów wszystko dla nich uczynić, dla nich, ile razy mogłem, wszystko, co mogłem, uczyniłem — byłoby mi słodko dla nich walczyć, cierpieć i umrzeć. Lecz czyż nie wszystko jest już wypowiedziane i skończone? Gdzie jest Polska?

To rzecz godna potępienia nudzić swoich słuchaczy, jak ja to czynię, marzeniami, urywanemi zdaniami, „saccadami”, jak mówi Duchesne, i swemi wahaniami. Więc kończę, przyjacielu. Lecz przedtem powiem Ci, że rozpocząłem poemat z dziejów Polski. Tak wielką jest we mnie potrzeba pisania, której nic zniszczyć nie może.

Zyg. Kras.

W tych dniach udam się do Montreux, dwa dni tam przebędę. C. tam jest, będzie mi grać polskie melodie. Bądź tak dobry i napisz mi coś o H.

37.Do Henryka Reeve'a

5 paźdz[iernika] 1831, Genewa

Kochany Henryku!

Jeśli Maria Ci się nie podoba, nie staraj się jej naprawiać. Lepiej pozostawić ją taką, jaką jest, niż ją poprawiać. Popełniłem głupstwo, posyłając Ci ten temat; nie tworzy się nigdy poezji listownie. Gdybyś był sam słyszał w Chamonix opowiadania tego zdarzenia, byłbyś z tego coś pięknego i dobrego zrobił. Lecz inaczej było wprost niemożliwością, by Ci się udało. Prawdę mówiąc, Norfolk też wiele się do tego przyczynił.

Odebrałem wczoraj list od mojego ojca, rozdzierający przez tkliwość i przygnębiający przez ból. Człowiek ten przeszedł męczeństwo, cierpiał więcej, niż Ty i ja cierpieć będziemy kiedykolwiek. Znosił ból z odwagą pełną mocy, lecz jest osłabiony, bardzo chory, wykolejony. Pisał mi, że uczyni wszystko, co będzie mógł, dla ocalenia ofiar. Ja zaś myślę, że pozostała mu jeszcze piękna rola do spełnienia, gdyż już nie wątpię, a i Ty z tego samego powodu wątpić przestaniesz, że nigdy Polski kochać nie przestał; płakał nad nią i jeszcze płacze, lecz kocha ją swoją wielką duszą. W duszy tej jest wiele poezji i serce płonące. Jednem słowem, ojciec mój nie jest człowiekiem dziewiętnastego wieku, uczucie zawsze przewyższa u niego wyrachowanie. Wydawać Ci się będzie może dziwnem, że to utrzymuję. Owszem, utrzymuję to, a bądź pewien, że nie czyniłbym tego, że milczałbym, jak dotychczas milczałem, gdybym nie był o tem przekonany. Zapamiętaj słowa moje! Usłyszysz jeszcze imię jego, rozbrzmiewające jako imię człowieka, który rzucił się między tygrysa i jego zdobycz i uczynił z ciała swojego wał ochronny dla niewinnych i uciśnionych. Ale dosyć o tym przedmiocie!

Kochany, poczytaj trochę Moora, Byrona, by dać przeciwwagę Twojej Lindorze, Treworowi i kuropatwom. To nieodpowiedni dla Ciebie pies, ten Trewor, jest to dar z lodu. A Konstancja? Nie widziałem jej nawet przelotnie od czasu, gdy polowałem na kwiaty w Bourdigny. Czy chciałbyś mieć jej portret? Myślę, że obraz jej musiał ulec zaćmieniu w Twojej pamięci. Teraz jest ona dla Ciebie obłokiem na skraju widnokręgu, nie obłokiem wyłaniającym się, lecz zachodzącym. Jest pewnego rodzaju urok w mglistym zachodzie złudzeń naszych. Gdy kobieta jakaś mgłą się stanie, wydawać Ci się będzie w pierwszej chwili, że jest Ci bardziej droga. A chwila ta pełną jest uroku.

Dlaczego mię H. porzuciła? Gdyby ta kobieta kochała mnie choć przez pół tak mocno, jak ja ją uwielbiałem, byłbym czemś więcej, niż jestem, niż kiedykolwiek będę. Gdyby mnie ta kobieta była podnieciła, nadała mi pęd, popchnęła, nie gnuśniałbym dziś w Genewie. Lecz przyjęła na siebie odpowiedzialność za pogardę dla mnie, lecz za pierwszym podmuchem wiatru odwróciła swą twarz ode mnie. Ona sama jedna pozbawiła mię całej mojej energii. To, co mi pozostało z mocy, zużyłem, by cierpieć w milczeniu, lecz siły do czynu mi zbrakło. Ta kobieta mogła ze mnie zrobić bohatera, powtarzam: bohatera. Lecz wolała zesztywnieć, jak kryształ, w swej obojętności. Niechaj jednak będzie błogosławiona, ona, kochanka moich lat młodzieńczych! Błogosławię ją z głębi swej duszy i co dnia modlę się do Boga, o szczęście dla niej. Ach, gdyby imię moje mogło kiedyś, przybywając z dala zbudzić ją gwałtownie a niespodzianie. Kochany, widzisz, jakiem jestem dzieckiem. Uszanowania dla matki Twojej.

Żegnaj, żegnaj.

Zyg. Kras.

38.Do Henryka Reeve'a

1831 Genewa, 16 października

Mój kochany Henryku.

„Wtedy premier Wielkiej Brytanii, stojąc przed tronem itd.” jest wspaniałym obrazem, który wywarł na mnie tak wielkie wrażenie, że aż ujrzałem i tron, i białe włosy Grey'a, i promienie słońca, i usłyszałem ten głos uroczysty, który wzywa prawdę i sprawiedliwość, by zeszły na głowy ludzi zaślepionych, szlachetnych lordów Anglii. Jest to kilka wierszy bardzo pięknych. Poznałem Cię w całej pełni. Oto poezja!

Jestem bardzo zadowolony, że uważasz moją Gwiazdę za dobrą. Powiedz mi, co to za ostatni wiersz jest niedobry, gdyż nie zachowałem żadnego egzemplarza: jeden jest u Ciebie, drugi u Rogeta. Co do przeznaczenia, twierdzę, że jest to straszliwa siła, potężna, która odgrywa w stosunku do Opatrzności rolę smoka, przepaści w stosunku do anioła w Apokalipsie. Jest to rzeczywiście wynik stosunków społecznych, lecz jednocześnie siła elementarna dla nas, którzy urodziliśmy się wśród tego społeczeństwa, mając poza sobą tysiąc społeczeństw, a więc tysiąc przeznaczeń, które wpływają na nas. Jedynie dla Adama nie było ono siłą elementarną. I zważ to dobrze, że wpleceni jesteśmy w przeznaczenie, otoczeni niem zewsząd bez możności wymknięcia się. Trzyma nas ono tutaj w swych szponach, owija nas, ciągnie za sobą, jak statek parowy łódź za sobą holuje, i odrzuca jej wszystkie fale, które statek parowy lub przeznaczenie zostawia poza sobą, nie troszcząc się o nie. Lecz naszą jest rzeczą niepokoić się o nie, gdy nami rzucają, odpychać je i zwalczać, jeśli możemy, albo też dać się pochłonąć, pognębić, zniszczyć i umrzeć na łożu z piany.

Zawsze, po wsze czasy bronić będę przeciwko każdemu i przeciwko wszystkim idei przeznaczenia, gdyż zdaje się, że idea ta zawiera w sobie twory i ustanawia szlachetność i godność ludzką. Bez przeznaczenia nie ma walki, bez walki jest tylko apatia, jest upiór egzystencji, jeśli chcesz, szczęście spokojne, niedorzeczne, monotonne, nie ma wielkości, nie ma mocy, lecz spokój i słodycz: obiady i śniadania, herbaty i kawy, ciepłe kołdry, ciepły czepek nocny, a potem sen spokojny z wnętrznościami przeładowanemi truflami i potrawkami. Nie w tem widzę życie, które by mię mogło przejąć zapałem dla mojego istnienia, dla moich losów. W ten sposób nie mógłbym znieść zmartwień i przeciwności, dla mnie czara goryczy musi być czarą wielkości, w innym wypadku stałbym się tchórzem i cofnął przed nią. A więc, mój przyjacielu, niechaj będzie przeznaczenie, niechaj ta potęga ciemności, alegoria szatana na ziemi, ocean nieszczęść utworzy ze strumieni woli ludzkiej! Każdy człowiek posyła do tego morza swoją część, a potem trzeba, by zwalczał morze w swej całości. Są tacy, którzy posuwają się na niem z na wpół zwiniętemi żaglami, niedbale, dotykając się zaledwie powierzchni, a świat nadaje im imię szczęśliwych i na tem imię ich się kończy. Są jeszcze inni, którzy męczą się, wiosłując przez całe życie; świat ogłasza ich za nieszczęśliwych, a na tem kończy się pamięć o nich. Lecz są jeszcze tacy, którzy płyną, rozwinąwszy wszystkie żagle, którzy stawiają czoło burzom, ani jednego nie tracąc żagla, którzy się rzucają przeciw wiatrom i lawirują, rozwijając żagle, a mocno dzierżąc ster, ani na krok nie zbaczając, choć gradem i piorunami gnębieni — ci są wielcy, a imię ich wraz z nimi nie zginie. Lecz cierpią, oni więcej, niż reszta rodu ludzkiego; nigdy nie jęczą, gdyż jedno westchnienie, jeden krzyk rozpaczy, zgubiłby ich na zawsze i w ludzkich oczach, i przed sądem Boga. Lecz dosyć już naprawdę o Przeznaczeniu. Bis repetita placent, lecz ter repetita (a to mój dzisiejszy przypadek) nudzą, a więc nie mówmy o tem więcej!

Od dwóch tygodni nie miałem natchnienia. Dzisiaj zmartwychwstałem i napisałem właśnie długi ustęp mojego polskiego poematu. Oto co sprawia, że styl mój jest tak żywy, a pismo moje takie brzydkie, „przerywane”.

Jak Ci to już mówiłem w ostatnim liście, nie przypuszczałem wcale, by rewolucja w Anglii natychmiast wybuchła. O rewolucji francuskiej mówiono już na pół wieku przed jej wybuchem. Rewolucja już się rozpoczęła, lecz nie doszła jeszcze do swego krwawego okresu toporów, szubienic i rzezi. To także nadejdzie, lecz nieco później, kiedy lud trochę bardziej oświecony zostanie, chcę powiedzieć „oświecony” w pewien sposób, gdyż co do prawdziwego światła, życie bym za nie złożył w ofierze. Lecz co mię doprowadza do rozpaczy, to sposób, w jaki Polska upadła, wśród mordów katów i rozpraw dzieci, gdyż w ostatnich czasach sejm stał się dzieckiem, które dużo krzyczało, a nic nie robiło. Czy Ci tego nie przepowiadałem w chwili, gdy Skrzynecki zrzekł się dowództwa? Był to mąż opatrznościowy. Po nim już nic więcej nie zostało poza przeznaczeniem. A potem te wszystkie luźne korpusy uciekły lub poddały się. Nie tak Matka moja jedyna powinna była zejść do grobu. Sława była na początku, lecz nie do końca błyszczała. Przyjrzyj się teraz całemu zwyciężonemu narodowi, czołgającemu się przed dumnym zwycięzcą, który udaje wspaniałomyślność i w sarkastycznej litości rozdaje swoje łaski, swoje amnestie, które, jak zobaczysz, wyjątkami podziurawione, rozpadną się w łachmany marne i spadną na głowy ofiar, jak popiół pokutny. Pojadą sanki na Syberię, szpiedzy będą denuncjować, a więzienia pochłaniać. Młodzież wezmą do wojska, zrobią z niej prostych żołnierzy na całe życie. Geniusze będą wygnani lub zmiażdżeni, serca zmrożone, złamane przez prześladowanie, nie gwałtowne, nie rozgłośne, lecz kryjome, głuche prześladowanie dnia każdego, każdego ranka, każdego wieczora, zniewagi każdego rodzaju, przeciwności każdej chwili. Potem pierwszego miesiąca przyznają konstytucję, którą będą się starali zniszczyć w następnych, wykreślić z niej artykuł po artykule, usunąć zewsząd myśl, zostawiając słowo. Prawa okaleczą, instytucje obalą, szkolnictwu położą tamy, zmniejszą liczbę nauczycieli, albo też wybiorą uniżonych i nieuków, będą popierać zepsucie obyczajów, a ze świętej religii uczynią postrach, by do niej wzbudzić wstręt w sercach szlachetnych. Wynagradzać będą uniżoną podłość, krzyżami i zaszczytami okryją nędzników i zdrajców, lud ogłupią wódką, szlachtę za pomocą urzędów i epoletów, a na tych, którzy się nie ugną, naznaczą cenę albo pozbędą się ich w odpowiedniem miejscu i czasie. Pomnij sobie tę przepowiednię, gdy mówić będą o wspaniałomyślności cara rosyjskiego, króla Astrachanu, Mongolii, i z pozwolenia boskiego króla Polski.

Chciałbym bardzo dowiedzieć się czegoś o Twoim artykule o Francji; daj mi o tem jakieś pojęcie. Roget przesyła Ci tysiąc pozdrowień. Uszanowania dla Twojej Matki.

Żegnaj, przyjacielu!

Twój na zawsze

Zyg. Kras.

39.Do Henryka Reeve'a

Genewa, 20 października 1831

Mój Przyjacielu! W złym jesteś stanie. Trzeba Ci się z niego wyrwać za wszelką cenę. Uważam za swój obowiązek danie Ci tej rady, a za Twój, zastosowanie się do niej. Czy chcesz wiedzieć, w jakiem znajdujesz się położeniu? Ja Ci to powiem: tkwisz między węglem kamiennym i węglem drzewnym, a kochasz Mont-Blanc; pełen jesteś miłości, a nie masz kochanki, istoty, rozumiejącej Twoją duszę, istoty, która by zerwała różę, by Tobie ją ofiarować, która by dawała Ci rękę, usta, kibić swoją, przyciskała Cię, zarumieniona wstydliwie, do łona, godzinami całemi wsłuchiwała się w głos Twój i słowa Twoje, podniecała się myślą, jak silną i potężną jesteś duszą, która by płakała za Tobą, gdy będziesz od niej daleki, a pieściła, gdy znajdziesz się u jej boku. Czy kiedykolwiek kobieta jakaś powiedziała Ci: „Kocham ciebie”? Nigdy, i oto dlatego jesteś teraz słaby, niezdecydowany i chory, gdyż pierwsza twoja miłość była niczem, czarą piany bez kropli nektaru, długiem marzeniem bez obawy i nadziei, bez czynu i ruchu, słowem — bez siły. Przeznaczenie, które Ci dało tyle, tego jednego Ci poskąpiło. Stąd pochodzi, że apatia, rozmarzenie stały się stanami duszy, drogiemi Twemu sercu, gdyż z niemi związane są Twoje wspomnienia. Z miłości poznałeś tylko tęsknotę, lecz nie jej siłę, nie szał, nie impuls, który daje duszy, a który w duszy zostaje nawet wtedy, gdy miłość przemija. Nawet natchnienia swoje czerpałeś mimochodem, przypadkiem w uczuciu, które żywiłeś dla K. Czy kiedykolwiek, tak jak ja, pisałeś przez rok cały tylko o H..., tylko o miłości? K... śmiało to twierdzę, nie była Twoją kochanką. Kochanka Twoja oczekuje Cię tam, gdziekolwiek, nie wiem gdzie, lecz Cię oczekuje i znajdziesz ją, gdy godzina odpowiednia nadejdzie. Masz więc tylko wspomnienia spokoju, słodyczy, tęsknoty. Gdy zwracasz wzrok swój w przeszłość, nie masz tam ani jednego zdarzenia, które by Cię zelektryzowało, podniosło Twego ducha, świadczyło o Twej sile i potędze zewnętrznej. Wszystko dotąd u Ciebie tkwiło wewnątrz, nawet K., gdyż więcej była w Tobie, niż w Bourdigny. Oto, zdaje mi się, przyczyna Twej obecnej bezsilności, gdyż na nieszczęście Twego spokoju, a na szczęście Twojej sławy, wyprzedziłeś swoje lata, stałeś się mężem, gdy inni są dziećmi, i dużo czułeś w wieku, w którym mało się czuje, a dużo mówi. Znalazłeś się, że tak powiem, w fałszywem położeniu względem przyrody, lecz jednocześnie było to wysiłkiem, a po każdym wysiłku następuje osłabienie. W szesnastym roku życia wiedziałeś już, co znaczy miłość. Przeczytałeś Petrarkę, i Byrona, i Moore'a, sameś już pisał. W tem byłeś mężczyzną, lecz z drugiej strony w tem, co wymagało doświadczenia, w tem, co wymagało śmiałości, byłeś dzieckiem. Chciałeś kochać i zwróciłeś się gwałtownie ku K., ku obrazowi K. Stąd długie Twoje troski, cierpienia, westchnienia bezpłodne, teorie miłości, gdyż raz marzyłeś o tem, by ją mieć za kochankę, później, żeby była Ci przyjaciółką, następnie, żeby ją wydać za Huberta, wreszcie, żeby jej coś powiedzieć; nigdy jej nic nie powiedziałeś, nigdy się z tego nie zwierzyłeś. To „coś” pozostało w Tobie, skamieniało w Tobie i ciąży teraz na Twem sercu. Wychowałeś się nie w swojej ojczyźnie; obcy kraj ma dla Ciebie urok ojczyzny, a ojczyzna przykrości obcego kraju.

Z którejkolwiek strony na życie Twoje spoglądam, nie widzę nic prócz fałszywych sytuacyj, goryczy, rozkoszy nieosiągniętych, gdyż pożądanych przedwcześnie, naturalnego przygnębienia, które musi ustąpić i ustąpi, gdy do „Koloseum Oceanu” wstąpią gladiatorzy. Mam tylko jedną radę dla Ciebie: kochaj, Henryku, gdyż dotychczas mało dla duszy swojej kochałeś, i nie pozostań bierny w wielkiej walce, jeśli walka nastąpi! Przypomnij sobie prawo Solona, skazujące na śmierć tych, którzy pozostawali bierni. Rzuć się w objęcia arystokracji lub ludu. Co do mnie, skłaniam się ku pierwszej, gdyż wielka jest wspomnieniami, gdyż, choć zaślepiona, mieści w sobie całą starą Anglię, gdyż więcej poezji jest w jednym z jej członków, niż we wszystkich warsztatach Johna Bulla, gdyż jest pełna energii, choć się myli i kroczy na drodze, prowadzącej do zguby. Co do ludu, widzę dlań tylko jeden środek dojścia do celu: krew. A Ty, Ty nie zmaczasz we krwi swoich białych dłoni. Zresztą, kto wie, czy nie znajdzie się część arystokracji, która kroczyć będzie przed ludem na czele rosnącego ruchu, rozwijając nad głową swe stare, sławne sztandary? Zresztą, ja nie chcę, nie mogę wydać o tem sądu. Rozstrzygnąć tę sprawę, znaczy zadecydować o losie człowieka, a więcej jeszcze, o losie przyjaciela. Radzę Ci jedynie: nie pozostań bierny! Sumienie Twoje w Twojem jest łonie; masz matkę przy swoim boku; a wreszcie, wierz mi, że dni przełomowe i rewolucje, ponieważ są wielką poezją życia, mają również chwile natchnienia. Módl się do Boga gorąco, a On lepiej Cię natchnie, niż ktokolwiek inny, lepiej, niż ten, który Ci pisze teraz i drży przy każdem przez siebie napisanem słowie i z obawy o Ciebie, i ze wzruszenia na myśl, że rady jego, pośpiesznie rzucane, mogą stać się dla Ciebie zgubne. Lecz przede wszystkiem staraj się przezwyciężyć swój bezwład, zerwać bezpowrotnie z ideałem szczęścia spokojnego i słodkiego, które tu na ziemi jest chimerą dziecka.

A ten ideał ci się uśmiecha, widzę, kochasz go, upajasz się jego urokiem. Poznaję to ze słów: „Lecz zadaję sobie pytanie, co za szczęście, jaka korzyść, jaka przyjemność w tem wszystkiem”. A więc, Henryku, wierzysz jeszcze w szczęście i przyjemność. Ta cena jest Ci miarą czynów mas i jednostek. Żądasz od nich, gdy, gnane instynktem ludzkości, biegną walczyć, by zdały Ci sprawę ze szczęścia, z rozkoszy, które tam zdobyć mogą. Przestań się łudzić, jeśli kiedykolwiek w to wierzyłeś! Człowiek dużo mówi o szczęściu, dlatego właśnie, że czuje, jak jest nieuchwytne, i, gdy ku niemu dąży, biegnie jedynie na spotkanie wielkości lub śmierci. Szczęście wymyka mu się na skrzydłach motyla, by spocząć gdzieś daleko, daleko i wyśmiewać się zeń do woli. Trzeba przyzwyczaić się do tej myśli słusznej a niezmiennej, że wszystko, co świat ten dać nam może, ogranicza się do chwil silnych wzruszeń dla jednych, i do chwil spokoju dla innych, a w dodatku liczba pierwszych większa jest od liczby drugich. Lecz myśleć o szczęściu jako o celu — toć to czyste dzieciństwo! Nigdy na tem nie zyskasz, zawsze stracisz. Ja również dawałem się kołysać tym szalonym myślom i dziękuję Bogu, że dość prędko i dość wcześnie od nich się odwróciłem. Jedyną rzeczą, której człowiek może się spodziewać, do której może dążyć, do której skierować może swoją duszę i wzruszenia swej duszy, jest wielkość, to znaczy wyższość w czymkolwiek bądź. I przyznaję, że to dążenie, ta ciągła walka między przeszkodami a ludźmi może sprowadzić chwile podniosłe i promienne, chwile miłości i szału, radości i błogiego szczęścia. Lecz żądać spokoju, to żądać rosy od pustyni Sahary, to tworzyć utopie, to nie znać swoich bliźnich, to otoczyć się smutnemi złudzeniami, to nieuniknione bankructwo duszy. A cóż się staje, gdy się żyło długo w kole takich myśli? Oto, że koło pęka i rozsypuje się, a człowiek pozostaje nagi, słaby, drżący z zimna, na łasce każdego, kto będzie trochę od niego silniejszy. Wtedy niepodobna podnieść się znowu: wszystko skończone. Po cóż piszę to wszystko? Czemu wkładam w to tyle ognia i uporu? Dlatego, że chcę ścigać Twój ideał spokoju aż do najtajniejszych skrytek Twej duszy, że chcę wygnać go z Twej duszy na zawsze. Gdyż, jeśli go zachowasz, nie dokonasz tego, czego Bóg chciał od Ciebie — gdyż, jeśli go zachowasz, zniżać się będziesz zamiast wznosić, zaśniesz, gdy wszyscy czuwać będą wkoło Ciebie, będziesz dalej strzelał do kuropatw, ale nigdy nie staniesz się ani mężem, ani poetą. A ja chcę, żebyś był mężem i poetą, a ja chcę, żeby przepowiednie moje nie rozwiały się z dymem, chcę usłyszeć pochwały, skierowane ku Tobie, i widzieć Cię takim, jakim po wiele razy mówiłem, że Cię zobaczę. Dawniej nie byłoby mi to potrzebne, lecz dziś, gdy wszystko dla mnie skończone, gdy przeznaczone jest, by imię moje nie wypłynęło na powierzchnię wód otchłani, pragnę i chcę, żebyś był sławny. Jeśli oddasz się spokojowi, stracisz w moich oczach i uchybisz mojej miłości. A wówczas obaj rozczarowani, nieznani, weźmiemy kije i sandały pielgrzymie i puścimy się w daleką podróż, z której nigdy nie powrócimy. Reevie, Henryku, przyjacielu mój, przyzwij całą swą energię! To Anglia cała grzmi wkoło Ciebie. Nie siedź dłużej spokojnie, wstań, spójrz całej Anglii w oczy i szukaj wpośród tego zamętu, tego chaosu fałd białej sukni, szukaj tej, którą byś mógł kochać i bronić, róży wśród dzid i szabel! Wierz mi, wówczas staniesz się znowu i Anglikiem, i poetą, i mężem. Gdyż ziemia Anglii będzie ziemią Twej ukochanej, gdyż poezja ta będzie pieśnią dla Twej ukochanej. Wierzaj mi, ja również niegdyś kochałem.

Zyg. Kras.

Trudno mi przesłać Ci coś z mego poematu, gdyż on jest całością, której nie można rozsypywać w kawałki. Nie zrozumiałbyś ich. Ale, u diabła, to nie poemat o historii Polski, lecz o zdarzeniu wziętem z historii Polski, o rosyjskich Dymitrach Samozwańcach, z których jeden miał Polkę za żonę, a właściwie obaj.

Mylisz się, mówiąc o trzydziestu listach: mam trzydzieści pięć od Ciebie, a ty masz trzydzieści dziewięć moich.

Właśnie napisałem dzisiaj do Augusta Z. za pośrednictwem jednego Polaka, przejeżdżającego przez Genewę, przez p. Jezierskiego, tego samego, którego na początku rewolucji posłali Polacy do Mikołaja. Opowiedział mi dziwne i straszne rzeczy o klubach... Polska zginęła przez kluby. Opowiadania jego były dla mnie pełne goryczy, pokazały mi one dużo nikczemności i tchórzostwa. W Warszawie panował sztylet, wszędzie niesnaski, w sejmie i w wojsku. Biedna Polska, łuski spadły mi z oczu. Czy uwierzysz? Było dużo tchórzów między nami i ci tchórze nie walczyli, krzyczeli w sejmie między czterema ścianami, a Polska zginęła.

Daj mi z łaski swojej trochę wiadomości o H. Tak, z łaski swojej, mój panie, to znaczy: wtedy, gdy Ci się uda je otrzymać. Nie wiem, czy ją kocham jeszcze, czy już przestałem kochać, jednakowoż pisz o niej w swoich listach, choćbyś napisał nie więcej, niż „Henrieta”.

Napisałem Augustowi Z., że go ściskasz, będąc pewien, że żywisz takie zamiary.

40.Do Henryka Reeve'a

Genewa, 30 października 1831

Mój kochany Henryku!

Wróciłem właśnie z jeziora. Nic nie wiem. Jezioro, mój drogi, było takie, jak rok temu, przed moim wyjazdem do Włoch. Byliście wtedy ze mną, Ty i August. Znasz to dobrze. Brzegi całe żółto-czerwone i bardzo zielone, gdzieniegdzie już widoczne szkielety drzew, dom H. w Paquis cały biały, dom lorda Byrona w Cologny szarawy, wreszcie świeżość powietrza, olbrzymie chmury na niebie, nad górami jurajskiemi nad Saléve przebłyski słońca, coś wiosennego, woda niebieska, chwilami brunatna. Sam nie wiem dlaczego powróciłem zupełnie źle usposobiony, całkiem przygnębiony. Wszedłszy do pokoju, instynktownie zbliżyłem się do mojego stołu, obejrzałem swoje pistolety, sprawdziłem, czy są nabite, czy proch jest na panewce. Potem porzuciłem je, by zmówić modlitwy, co poszło jako tako. Powstałem i piszę do Ciebie. Jestem diabelnie źle usposobiony.

Wczoraj wszedł do mojego pokoju Leon Łubieński. Rozmawialiśmy przez pięć godzin. Brał się na wszystkie sposoby, by mię pozyskać. Przysiągł mi zauważ, że pisał do mnie dwa listy z Paryża w celu pogodzenia się; są to dwa listy, których nigdy nie odebrałem. Rozpoczął od pochlebiania mi, mówiąc, że mam wszędzie opinię potęgi umysłowej; na to odpowiedziałem mu sucho: „Mój kochany, w tejże chwili, gdy wypowiadam te słowa, myślisz, jesteś przekonany, że masz tysiąc razy więcej rozumu ode mnie. Chcesz mię podejść”. Zmienił przedmiot rozmowy, wpadł w czułostkowość, mówiąc mi, że jestem bardzo szczęśliwy, mając takiego przyjaciela, jak Ty, że słyszał wiele o Tobie od Jerzmanowskiego, między innemi twierdził, że Jerzmanowski jest Tobą zachwycony. Odpowiedziałem mu na to: „Od ciebie tylko zależało, by mię mieć za przyjaciela, lecz zdradziłeś mię i przyjaźń nasza skończona”. — Wtedy, ponieważ słyszał, że jestem religijny, powiedział mi, że stał się także gorliwym katolikiem. Henryku, nie mogłem już więcej nad sobą zapanować. Stałem, ściskając pięści i tupiąc nogą. Gniew mój wybuchnął. Położyłem mu rękę na ramieniu i uderzywszy go na znak zaprzeczenia, taką mu wypowiedziałem tyradę. „Dla ciebie cel twój to twoja religia, a cel twój to podstęp, to chęć podbijania ludzi, przewodzenia nad nimi i nasycania swej ambicji ich pochwałami. Wszystkiem będziesz: katolikiem jak i ateuszem, gdy ci to będzie potrzebne. Systemy moralności, wiary, honoru, wszystko, jest dla ciebie tylko narzędziem. Nie masz żadnych zasad w głębi swej duszy, z dnia na dzień coraz innym jesteś człowiekiem, a wierzysz tylko w siebie i swoje szczęście. Znam cię. Pamiętaj, że, jeśli ci się powiedzie, nazwą cię wybitnym, wielkim, jeśli ci się nie uda, nazwany będziesz nędznikiem i nikczemnikiem. Przed powstaniem w Polsce nienawidziłem cię z głębi duszy, ciebie, którego przez dwa lata kochałem, jak brata; podczas powstania byłbym ci buty czyścił, gdyby to było mogło przyczynić się do wolności Polski. Dzisiaj, gdy stoimy na swych dawnych miejscach, nienawidzę cię znów, a nienawiść moja, jak wszystko we mnie, jest namiętnością”. — Dziwne położenie; słuchał w milczeniu, mówiłem mu prawdę. Czuł to doskonale. Lecz ponieważ jest to umysł potężny, głowa w rodzaju Mirabeau, wykręcał się na wszystkie sposoby i zapewniał mię znowu o swojej przyjaźni. Człowiek ten chce uczynić ze mnie swoje narzędzie i zasiąść na mnie, jak szatan na trupie ofiary. Ma on tęgą głowę, potężną, nieskończenie więcej praktyczności ode mnie, więcej zręczności, więcej panowania nad sobą. Oszuka mię zawsze, jeśli nie powstrzymam się od słuchania go z ufnością. Jest to człowiek, jakich mało. Możesz mu powiedzieć: „Jesteś nikczemnikiem” — nie rozgniewa się, uśmiechnie się tylko, lecz powiedz mu: „Jesteś głupcem” — a skoczy ci do oczu, zabije cię. A to jest pewne, że nie jest on wcale głupcem. Jest to geniusz w zdobywaniu powodzenia w świecie; cały świat intryg, zasobów i zdolności mieści się w tym mózgu, pod temi długiemi włosami, ułożonemi na modę republikańską, poza temi rysami bladoróżowemi, układnemi, słodkiemi na pierwszy rzut oka, fałszywemi na drugi, srogiemi, niegodziwemi, krwi żądnemi, gdy się spojrzy po raz trzeci. Poza tem jest to tchórz na polu bitwy, w pojedynku, lecz nie będzie tchórzem na trybunie. Jest to człowiek, który nie zadrży, ujrzawszy się w otoczeniu deputowanych, krzyczących i wyjących, uzbrojonych w sztylety, lecz zabierz go w piękny poranek, zaprowadź do Saléve, daj mu szablę, pistolety, potem w obliczu słońca rozkaż, by bił się z Tobą — a zblednie, bardzo zblednie, odmówi może, jeśli sam będziesz, lecz nie odmówi, jeśli będziesz miał dwóch sekundantów. Rozmawialiśmy długo o literaturze, polityce, filozofii: ma on rozległe wiadomości, olbrzymie zdolności, i rozum, lecz brak mu nawet pojęcia o tem, czem jest ofiara, wyrzeczenie się samego siebie, obowiązek, powolne cierpienia, straszne i nieznane, poświęcenie dla rodu ludzkiego. Zrozumiesz więc łatwo, że jest mojem przeciwieństwem. Jest cały egoizmem, poza tem ma płomienne namiętności, namiętność do kobiet, do gry itd., lecz namiętności swoich jest panem. Nie mów mu o miłości do kobiety według naszego rozumienia, nic by z tego nie pojął. Nienawidzi muzyki. Gdy mi o tem powiedział, natychmiast mu zacytowałem:

Fit for stratagems and crimes,Let such a man not be trusted.

Zagryzł wargi, po czem rozpoczął rozmowę, mieszając niekiedy sarkazmy do swoich rozpraw, wynosząc się sam ponad wszystkich, a gdy widział, że chcę mu przerwać szorstką prawdą, starał się mnie ułagodzić pochlebstwem na temat mojego rozumu, geniuszu poetyckiego i innych tego rodzaju bredni. Lecz wtedy gniewało mię to bardziej jeszcze i za każdym wyrazem gromiłem go, mówiłem mu surowo o jego lekkomyślności, o braku wyrzutów sumienia z powodu, że nie walczył za Polskę. Pozwolił sobie na drwiny z Zamoyskiego i z mojego biednego kuzyna, Stanisława Krasińskiego. „Jak to”, zawołałem, a głos mój był doniosły, „jak śmiesz, ty, który nic nie zdziałałeś, którego całą sławą było napisanie paru listów o Olszewskim, mówić tak bezczelnie o człowieku, który w piersiach ma 7 ran od bagnetów?”. Zaśmiał się i odpowiedział: „Ma krótki wzrok i rzucił się, sam nic nie wiedząc, na cały batalion”. Ta odpowiedź doprowadziła mię do ostateczności: „Uszanuj”, zawołałem, „ty, którego krew nie popłynęła, tych, którzy walczyli, i zakryj sobie twarz ze wstydu, żeś nie był tam, gdy być tam mogłeś”. Lecz był to stracony trud, był to groch o ścianę, te słowa honoru, rzucane w jego serce.

Jest to dusza ogromna, lecz bez jednego ziarnka poezji, tej poezji, która sprawia, że się kocha groby przodków, wspomnienia przeszłości, która stwarza sobie bohatera z człowieka, przez ludzi nieznanego. Ma innego rodzaju poezję, coś w rodzaju balzakowskim. Lecz całe wieki średnie w nim umarły, ani jednego rycerskiego uczucia. Chełpił się tem przede mną: „Jestem człowiekiem przyszłości, a nie przeszłości”. Odszedł, powiedziawszy mi, że powróci.

Lecz niech to wszystko pozostanie między nami tajemnicą na wieczność, inaczej byłoby to nikczemnością z mojej strony w takich słowach mówić o swoim wrogu. Dla świata byłoby to podłością, lecz dla Ciebie jest to zwierzenie przyjaciela. Ty także wydajesz się smutny. Do diabła, znów wracasz do swojej komety.

Przypominam sobie ten wieczór, było to u mnie; piliśmy piwo z winem, cukrem, cytryną i arakiem, a Ty mówiłeś o niej przez cały wieczór. A więc było to w czasie mojej miłości do H. Nie, nie zapomniałem o niej. Codziennie rano i wieczorem modlę się do Boga za jej szczęście. Napiszesz mi, jeśli będziesz coś o niej wiedział. Napisałem w tych dniach dla „Biblioteki Powszechnej” historię w rodzaju Balzaca: o młodym Hiszpanie w Wiedniu, który miał polecone przez jakiś nadprzyrodzony, tajemniczy związek rozsiewanie cholery za pomocą białego proszku, zamkniętego we flakonie. Jest to historia, napisana jednym tchem bez opuszczenia stołu, chyba tylko dla zapalenia cygara. Toteż, gdy wstałem, byłem na wpół obłąkany. Jest to historia straszliwa. Mam ciągle w sobie w ostatnich dniach niecierpliwość, głuchy gniew, który mię nurtuje i czyni nieszczęśliwym, jak nigdy.

Żegnaj, drogi przyjacielu!

Twój do śmierci

Zyg. Kras.

41.Do Henryka Reeve'a

Genewa, 3 listopada 1831

Kochany Henryku!

Scena przy grobie Twojego ojca, jest jedną z tych scen krótkich, przelotnych, lecz długie po sobie pozostawiające wrażenia. Zapamiętaj sobie, Henryku, słowa moje! Dłużej będziesz pamiętał o tym rozbitym powozie i o kościele, niż o K. i Bourdigny.

August jest w Polsce, zdrów i cały.

W poprzednim liście opowiedziałem Ci moją rozmowę z Łubieńskim, od tego czasu już inne nastąpiły. To dziwne! Jest to mój wróg śmiertelny, a jednak przepędzam z nim 6--8 godzin, rozmawiając o dawnych wspomnieniach, wyrzucając mu brak lojalności, ukazując jedną po drugiej złe strony jego charakteru. To nadzwyczajne! Człowiek ten, którego nienawidzę, przychodzi do mnie, wie o tem, że go nienawidzę, i o wszystkiem ze mną rozmawia, o swojej przeszłości, teraźniejszości, przyszłości, o swoich środkach i zamiarach, o swoich wierzeniach i systemach, nie zraża się, widząc moją nienawiść, znosi moje wybuchy gniewu, pozwala, by gniew mój spływał po nim, jak woda po ceracie, w milczeniu lub z uśmiechem przymilenia na ustach słucha moich wymówek, moich oskarżeń, czyni mi zwierzenia, podczas gdy co chwila mu mówię, że jestem jego zaciętym, wiecznym wrogiem. Opowiada mi o naszem wspólnem przeznaczeniu, o losie, który nas ku sobie popycha, który nas, gdy tego zachodzi potrzeba, łączy i dzieli, który ani mnie, ani jemu nie pozwolił walczyć za Polskę, by żaden z nas nie miał wyraźnej nad drugim przewagi, byśmy mogli walczyć z równemi siłami przy różnych sposobnościach; potem nagle rozkłada się na mojej kanapie, podciąga nogi pod siebie, wstrząsa gęstą czupryną i pochlebia mi, a potem niekiedy puszcza gorzki sarkazm, gdy zaś widzi, że oczy moje się zapalają, że moje gesty stają się gwałtowne, znów wraca do słodyczy i miękkości, następnie chce wmówić we mnie, że jest ze mną szczery i otwarty.

Czyś zauważył, Henryku, że jest mojem przeznaczeniem, by zawsze mieć coś niezwykłego wkoło siebie? Wszystkie moje duchowe związki, od H. i Ciebie poczynając, dziwne były, a potem człowiek ten, który był moim przyjacielem przez dwa lata, moim wrogiem (aż do pragnienia zabicia mię i zhańbienia) przez cztery tygodnie, potem wrogiem moim z oddali, a który teraz znów zbliżył się do mnie, czyni na mnie przez swoje rozmowy wrażenie bajki Hoffmanna. A pomyśl, że człowiek ten nie ma w sobie nic podniosłego w dziedzinie wyobraźni. Ma mało wyobraźni. Byłby kretynem na Morzu Lodowem, idiotą w dolinie Lauterbrunnen, tchórzem na jeziorze Thun, patrząc na Włochy ze szczytu Symplonu, zażyje szczyptę tabaki, czytając Byrona, będzie czynił uwagi o gramatyce angielskiej, na widok młodej piękności zrobi kalambur, będzie baraszkował na grobach swych przodków i powie Ci dowcip o arystokracji. A jednak wszystko będzie rozumiał: i przyrodę, i Włochy, i Byrona, i kobietę, i sławę przeszłości, lecz czuć nie będzie nic. Na odwrót, w salonie będzie pełnym dowcipu krytykiem, pełnym starań i wdzięku bawidamkiem, rozmawiającym w sposób gorzki, zjadliwy, przygniatając, jak Rossi, jednem słowem; w domu gry będzie dobrym graczem, namiętnym i panującym nad swoją namiętnością, ogrywającym bez litości, bez wyrzutów sumienia, przegrywającym bez żalu czy słabości; na trybunie będzie człowiekiem odważnym, wielkim mówcą, nie zwracającym uwagi na sztylety stu stronników „góry”, gdyż jest przecież wielkiego mniemania o sobie, przypuszcza, że z pewnością ich przekona, przygniecie ciężarem swoich słów. Jest to zły przyjaciel, lecz dobrze zachowa tajemnicę spiskowca, żołnierz tchórzliwy, lecz zuchwały trybun, energiczny morderca wrześniowy. Wątpić o tem nie można: jest to człowiek 19-nastego wieku, w którym przeszłość umarła, w którym nigdy nie istniała. Zapytaj go, co to: Normand, templariusz, trubadur, Dante, Calderon, Szekspir, w nos Ci się roześmieje. Lecz zapytaj go kim był Mirabeau, Voltaire, Danton, Balzac, Laclos, oczy jego staną się iskrami, gdyż wymieniłeś źródła jego natchnienia; mieszczą się wszystkie w głowie, a nie raczą nigdy zejść do serca. Ja utrzymuję, że, kto nie ma szlachetnych wspomnień, nie może mieć szlachetnych nadziei. Mylę się może, lecz jest to we mnie artykułem wiary, gdyż odrzucić przeszłość, to odrzucić część wieczności, całe jedno arcydzieło stworzenia, to nie mieć w sobie wcale religij grobów, to mieć o całą partyturę mniej w muzyce duszy. I przy tem wszystkiem ten człowiek doby obecnej, ten ponury pretendent do przyszłości udaje przede mną postać hoffmanowską. Śmieszna sprzeczność. Wyobraź sobie, przyjechawszy do Anglii, zaledwie umiał po angielsku, a w trzy miesiące później dostał 3 złote medale na uniwersytecie w Edynburgu za 3 rozprawy, z których jedna łacińska, dwie angielskie. Oto dowód jego zdolności.

Co do prozy angielskiej, wcale nie jestem Twojego zdania. Skąd, do licha, ma być ciężka! Weź Sheridana, weź Moore'a. Gdzie widzisz ciężkość? Anglia taka, jaka jest dzisiaj, może Ci się nie podobać, lecz język angielski i literatura angielska królują w Europie. Gdybym nie był Polakiem i bardziej dumnym z tego tytułu, niż z czegokolwiek innego na świecie, pragnąłbym urodzić się Anglikiem, nie, by nim być, lecz aby mówić i pisać po angielsku. —

Żegnaj kochany!

Zyg. Kras.

Łubieński dał mi warszawskie gazety rewolucyjne. Czytałem je z goryczą. Są to teorie z 1792 roku, przełożone na język polski; nie ma w nich nic polskiego, nic narodowego ani w myślach, ani w stylu. Wszystko jest odbite przeklętym stemplem Francji. Jasnem jest, żeś listów moich od 7--14 nie odebrał, gdyż od 9--12 byłem w Montreux. Czyś nic nie słyszał o H.? Żywię ciągle szaloną nadzieję, że przybędzie do Genewy w tych dniach.

42.Do Henryka Reeve'a

Genewa, 1831. 7 listopada

Kochany Henryku!

Była to piękna chwila dla mnie, ta, która właśnie upłynęła, gdy list Twój czytałem. Jest to chwila, z której dumny jestem, lecz nie dumą zadowolonej ambicji, nie dumą umysłu, lecz dumą serca i miłości. Dumny jestem z tego, że miałem na Ciebie wpływ przyjaciela, że uwierzyłeś słowom moim, gdy Ci mówiłem, że nie powinno być w Tobie spokoju, że nieodpowiednia na to godzina, ni miejsce, zresztą, że zasada spokoju jest przeciwna godności ludzkiej. A teraz przyznaję Ci, że posunąłem się aż do ostateczności. Istnieją chwile, w których to, co nazywasz spokojem albo marzeniem, jest jednym z warunków naszego życia, jest jedną z rozkoszy wśród naszego długiego cierpienia. Lecz zwróć na to uwagę, Henryku: utrzymuję, że nie jest to spokój, przeciwnie, jest to przeszłość wstająca, pełna życia, w naszej pamięci, cała upstrzona barwami. Jest to zmartwychwstanie powolne, bo uroczyste, milczące, bo święte, lecz nie sen. Innym wydawać się będzie, żeśmy drzemali, lecz czyż jest tak w istocie? Nie, gdyż wszystko, cośmy kochali lub nienawidzili niegdyś, znów powraca do nas, unosząc się w chwale wspomnienia, gdyż tysiące myśli krzyżuje się i, rozerwawszy całun przeszłości jak skorupę poczwarki, unosi się wkoło Ciebie, jak olśniewające motyle, brzęczy Ci nad uchem muzyką minionych dni; są to dźwięki, mogące uśpić dziecię w kolebce, a czasem dźwięki, zdolne lwa gwałtownie zbudzić ze snu. A nigdy tego nie splamię nazwą spokoju, przeciwnie, jest to najwyższy szczyt wewnętrznego życia duszy, jest to potężny dramat, odbywający się w nas w sposób wielki i podniosły. Niczego na świecie nie cenię tak, jak wspomnienia, gdyż, co do nadziei, jest ona snem człowieka obudzonego, jak mówił Alkuin na dworze Karola Wielkiego. Lecz co ścigam i czego nienawidzę, to spokoju bez żadnej myśli, to marzenia marzeń, które w końcu słabnie tak bardzo, że traci wszystkie barwy, całą siłę, nie dając nam więcej ni myśli, ni obrazów, lecz stając się w nas słowem, materialnym, stanem nieudolności, gnuśności, niedbalstwa, egoizmu psa myśliwskiego, wyciągniętego przed ogniem, który woli, by iskry powieki mu opalały, niż ruszyć się z miejsca, drugą naturą, zasadą, przesadnym zachwytem, pragnieniem. Stąd pochodzi niejedna słabość i niejedna niedorzeczność, lęk i obawa, wstręt do walki, do niebezpieczeństwa, do wzruszeń, miłość dolce far niente, odpoczynku, przyjemności, szczęścia, długich rozpamiętywań, prowadzących do urojonego, fałszywego szczęścia istnej bańki mydlanej, a potem, gdy burza i zawieje nadejdą, jesteśmy zaskoczeni wśród myśli swoich, wyblakłych w mózgu, jak rośliny egzotyczne w cieplarni, zaskoczeni wśród snu, bez możności obrony, schwyceni ciałem i duszą, jak bałwan — jak Stackelberg wśród rewolucji, jak Huber w salonie dobrze wychowanych ludzi. Tak więc, skoro zgadzamy się co do przedmiotu, nie będziemy już mówić o nim.

„A co robi Twój ojciec?” Nie wiem. „Gdzież on jest?” Nie wiem. Czy spodziewa się, że wróci do Warszawy? Tak. A czy spodziewa się, że Ty tam powrócisz? Nie. Po cóż bym dzisiaj do Warszawy jechał? Groby jeszcze źle są zamknięte, zapach krwi unosi się w powietrzu, zapach, zachęcający do krwi rozlewu. Znasz mię dostatecznie, by wiedzieć, że widok Rosjanina, bezczelnego zwycięzcy, depcącego kości braci moich, wzywałby zbyt głośno moją rękę, by ścisnęła rękojeść pałasza, spuściła kurek pistoletu. Nie jestem stworzony na spiskowca. Obce mi są: milczenie, uśmiech, hipokryzja na ustach, podczas gdy serce bije z wściekłości. Nie dla mnie podziemia, tajne stowarzyszenia, przysięgi, których nie można głośno wymawiać. Dla mnie jasne słońce i w słońca obliczu połyskujące ostrze, nieprzyjaciel o dwa kroki ode mnie, a potem zapał zapasów, walka rozpaczliwa, purpura krwi, lojalnie przelanej, ostatnie westchnienie umierającego przeciwnika, tam, przede mną, na otwartem polu, wobec całego świata. Nie umiem udawać, a z Warszawy na Syberię droga gotowa, wyznaczona, wyżwirowana. Jeślibyś dziś słyszał, że udałem się do Warszawy, będziesz mógł powiedzieć: „Za kilka dni jeden lub dwa trupy rosyjskie gnić będą na nadbrzeżnych piaskach Wisły, a potem kilka dni jeszcze — i Zygmunt będzie na Syberii”. Zresztą niech to zostanie między nami, mój przyjacielu, lecz prędzej czy później ten los jest mi przeznaczony, kopalnie złota czekają na mnie pod dachem z wiecznego śniegu. Wcześniej czy później trzeba będzie skończyć, gdyż dusza moja w miłości, jak i nienawiści, w dniach zagłębienia się w sobie, jak i w dniach niebezpieczeństwa umie jedynie wyrywać się z piersi. To pewne, że na niewolnika inne trzeba mieć serce, a nawet inny, niż ja, system nerwowy. A gdy będę wśród tej zimy bez końca, wśród tych wybrzeży z mchu i lodu, wszystkie fizyczne związki między nami, drogi, zostaną zerwane na zawsze. Dziś jeszcze niebo pogodne, powietrze świeże, woda błękitna przypominają mię Tobie, gdyż płynęliśmy razem po błękitnej wodzie, pod niebem błękitnem, lecz wtedy wszystko będzie zmienione. Gdy, siedząc przy swem ognisku, usłyszysz podmuch wiatru zimowego, uderzającego o okiennice, gdy zobaczysz płatki śniegu, spadające na równinę, wtedy pomyślisz o mnie, o rydlu górnika, o łańcuchach więźnia, o całym świecie, między nas rzuconym, a gdy wtedy przypomnisz sobie białe żagle, przeglądające się w Lemanie, księżyc z Chamonix, pożegnanie z Saint-Cergues, będzie coś poważnego i smutnego i uroczystego i słodkiego w tych wspomnieniach, widmach, powracających po wielu latach, widmach, na których wyblakłem czole będziesz jeszcze chętnie szukał śladów Alp, tych Alp, tak wielkich, tak pięknych, tak gościnnych dla nas niegdyś, u stóp których kochaliśmy, a na których szczytach wielbiliśmy Boga i czuli naszą nieśmiertelność — tych Alp, które nawet wśród burz uśmiechały się do nas, jak do swych dzieci, uśmiechem spokojnym, marzycielskim, podniosłym, tych Alp, mój kochany, które były widownią naszej epoki bohaterskiej, naszej poetycznej przeszłości, gdyż człowiek każdy, jak i naród, ma swoją epokę bohaterską, swoją mityczną przeszłość.

Spójrz na tę nieszczęsną Polskę: „Vae victis” Brennusa są to słowa, które nigdy nie umierają, jest to arystokratyczny talizman rodziny zwycięzców, przechodzący z rąk do rąk, z serca do serca. Przepowiedziałem Ci, zdaje się, że amnestia jest farsą jednego tygodnia, zagraną dla zabawienia Europy; później, gdy spadnie kurtyna, zacznie się wielka prawda za kulisami. Są oni tam, w mojej ojczyźnie, rzucą się na wszystko, co naród ma świętego, poświęconego, zacznie się od ciał pojedynczych ludzi, a skończy na religii i języku polskim. Spodziewać się szlachetności od Mikołaja znaczy myśleć, że kometa oszczędzi świat, gdy już przyszło do zderzenia. A potem Mikołaj sam, chociaż despota, jest u siebie monarchą konstytucyjnym, to znaczy, że jego konstytucja to spisek, to sztylet, krawat jedwabny, który każdego dnia może zacisnąć się koło jego szyi i nie dać mu wrócić więcej. Szlachta rosyjska, ciemna, zadłużona, jest wrogo usposobiona dla Polski, dla jej imienia, dla języka polskiego, gdyż obawia się o swoich poddanych i ma instynkt dzikich bestyj, które wywąchują z daleka myśliwca. Wiedzą, że z Polski ma przyjść światło, które Rosję oświeci.

Gdy zobaczysz Niemcewicza, mów z nim o mnie, o dziecku, które tak często przechadzało się z nim w jego wiosce, nad brzegiem Wisły! Powiedz mu, że opowiadałem Ci o nim, o życzliwości, jaką miał dla mnie, o jego wiosce z sosnowym laskiem, zwanej Ursynowem od jego nazwiska Ursyn. Powiedz mu nazwę „Ursynów”, a zaręczam Ci, że to wywoła u niego uśmiech radości. Jest to człowiek wybitnie sarkastyczny i zarazem wybitnie tkliwy. On to pierwszy sprowadził do Polski literaturę angielską, on przetłumaczył Skradziony pukiel Pope'a, Elegię cmentarną Grey'a. Pisał nadto Śpiewy historyczne, bajki, komedie, tragedie, Historię Zygmunta III (doskonałą), wreszcie wydał pamiętniki o dawnej Polsce. Teraz musi być bardzo stary, wyniszczony; rewolucyjne gazety Warszawy obeszły się z nim niegodnie, z nim, adiutantem Kościuszki i żołnierzem Waszyngtona.

Co do H., masz rację; jest to dusza zacięta i uparta, która zamknęła się w sobie, która nie chce wyjść z siebie i która sobie powiedziała: „Oszukał mię, kochałam go, pogardzam nim, a więc całe życie będę nosić żałobę po jego honorze i sławie”. Lecz nikomu tego nie powie. Silna jest to dusza dziewczęca, mój przyjacielu. A jednak, jeśli będziesz mógł, pisuj do niej, zobacz się z nią, a jeśli Ci odpowie, przyślij mi jej bilecik, ażebym zobaczył jej pismo sprzed tygodnia, które jeszcze dobrze nie obeschło. To mi dobrze zrobi, odmłodzi moje słabnące oczy. Dwa lata blisko jej nie widziałem, nie słyszałem i nie rzuciłem przelotnego spojrzenia. A czyż ją kiedyś zobaczę, ją lub Ciebie?

Czy słyszysz te uderzenia motyki o zamarzłą glebę, te skargi, te jęki, te huragany, przechodzące nad śniegami, wznoszące pagórki i wypełniające szczeliny? A to wszystko nad głowami naszemi. A my pracujemy nad tem, by cesarstwu nie zabrakło sztuk złota i rubli, a na każdym kawałku rudy, który wyrywamy we krwi i pocie, będzie odciśnięta twarz naszego tyrana.

Żegnaj, mój przyjacielu!

Zyg. Kras.

Rachunek listów się zgadza, żaden nie zginął; to ja się omyliłem.

43.Do Henryka Reeve'a

10 listopada 1831. Genewa

Mój kochany Henryku.

Przede wszystkiem odpowiadam na to, co jest w związku z Effinghamem Wilsonem. Jest widoczne, że wyżej wymieniony Effingham, człowiek od odbijania, drukowania i oprawiania książek, nie rozumie ani słowa z Wędrowca i poezji, jak wszyscy księgarze, nie wyłączając nawet słynnego Murray'a, który mojem zdaniem był największym głupcem, o jakim słyszałem. Tak więc Effingham dał odpowiedź, jakiej można było spodziewać się po jego mózgu, podzielonym na szufladki, odpowiedź kupca, handlarza skończonego, sklepikarza w całej pełni. Jakże mogłeś przypuszczać, że będzie inaczej! Jest to chwila przesilenia dla kapitałów, spekulacji i renty. Czytając Twoje wiersze, myślał o reformie, i reforma podyktowała mu odpowiedź. Może być, że jest on wielkim erudytą. Jestem przekonany, że zna pierwszy szpargał, który był drukowany w Anglii, Szkocji lub Irlandii, że będzie z Tobą bardzo uczenie rozmawiał o manuskryptach Alfreda Wielkiego i psalmach, przepisanych przez św. Cuthberta, lecz czyż człowiek ten, do diabła, ma najlżejsze pojęcie o tem, czem jest poezja? — Dość o Effinghamie! Mówmy teraz o Campbellu i Southey'u.

Powiedz mi, Henryku, czy masz w swej niedbałej i rozmarzonej duszy, którą pragnąłbym tak bardzo widzieć silną i rozbudzoną, żywą, najwyższą wiarę w siebie samego, gorącą wiarę w to, że jesteś poetą, gorliwą wdzięczność Bogu za to, że Ci dał w czasach chaosu i nieładu posłannictwo poety, istoty wzniosłej, natchnionej? Czy wierzysz mocno, że Bóg Ci dał lirę i przeznaczył Ci, byś zasiadł od strony przeszłości nad brzegiem przepaści, która dzieli przeszłość od przyszłości, i wyśpiewał wzniosłe myśli dni, których już nie ma, wplatając do nich przeczucia i proroctwa dni, które nadejdą? Czy masz w skrytkach swej duszy, w tajnem sanktuarium swej duchowej istoty coś, co Cię popycha, co Ci zaciska palce dokoła pióra, gdy piszesz, co Ci szepce, że masz do spełnienia cel, co Ci tajemnice odkrywa, gdy stoisz na górze, patrząc na równinę w dole, piękne i szlachetne czyny do dokonania, coś, co by Ci dodawało otuchy wobec niebezpieczeństw życia natury materialnej, póki posłannictwa nie spełnisz, co by wywoływało uśmiech pogardy na trybunie, otoczonej sztyletami, opancerzając Ci duszę pewnością niewymowną, że nie możesz zginąć zanim wybije Twoja godzina, i że godzina Twoja jeszcze nie nadeszła, a nim nadejdzie, nim wybije, trzeba jeszcze, byś oddziaływał na świat, byś wywołał okrzyki podziwu i pochwały, odrazy i czułości, zależnie od tonu, którym zadrżą akordy Twoje? Henryku, wejdź w siebie, zastanów się głęboko! Duszy swej nie pytaj, czy to jest jej stan ciągły, codzienny. Byłoby to obłędem, gdyż zaprawdę na balu, obiedzie, wykładzie, takie uczucie nie byłoby na miejscu. Lecz szukaj wśród wspomnień swoich o Alpach, przywołaj z powrotem myśli, które do Ciebie przychodziły na szczytach górskich, te myśli, które nie od Ciebie pochodziły, które są obce, jednak wszechmocnem prawem podboju boskiego ogarniały Twoją duszę. A wtedy wiedzieć będziesz, kim jesteś i czego ludzie po Tobie i Ty sam po sobie spodziewać się możesz. Mój przyjacielu, pewien jestem, że masz tę wiarę. Wyczytałem to po wiele razy w spojrzeniach Twoich i rysach, gdyż ta wiara tajemna rzadko się wciela w słowa, lecz błyszczy w oczach w chwilach namiętności i wzruszenia. Tak więc, jeśli masz to wewnętrzne przeświadczenie, jeśli wierzysz w siłę swoją i w siebie, jeśli masz przekonanie, że Bóg chce czegoś od Ciebie, że Cię umieścił wśród bliźnich, byś był wyższym od nich i działał na ich umysł, na cóż Ci, mój drogi, potrzebni Campbell i Southey? Zwykła naiwność początkującego autora, który czyta swoje broszury w rękopisie sawantkom, starym perukom, który drży przed drukiem, obawia się krytyki. Jest to jakby wywołaniem ducha nieszczęsnego Johna Keatsa z jego grobu koło piramidy Kaja Cestiusza. Wierz przyjacielowi swojemu: albo jesteś poetą, a myślę, że nim jesteś, i o to Boga proszę, albo nim nie jesteś. W przypadku pierwszej hipotezy nie jest Ci potrzebnem, by Campbell lub Roderyk, „ostatni z Grotów”, dali Ci jałmużnę pochwały i uznania. Było to dobre w wiekach średnich dla czeladnika bednarskiego w mieście cesarskiem, by majster wydał mu świadectwo, podpisane przez członków korporacji. Lecz dla Ciebie dziś nie widzę tej potrzeby, nie rozumiem użyteczności.

Poza tem, ponieważ mię o to prosisz, dam Ci ostatnią radę. Przeczytaj uważnie Wędrowca. Dodawaj do niego, dodawaj ciągle! Obudź się, jeśli mię kochasz, gdyż któż cierpieć będzie przez cios, zadany Twojej sławie, prócz mnie i Ciebie? Czytaj Ballanche'a, Micheleta Przedmowę do historii powszechnej, a potem Historię Rzymu. Cały świat pojęć stanie się wtedy Twoim udziałem, a wtedy wrzuć myśli do swojej formy wieszczej, uczyń z nich dla Wędrowca olśniewający ogon komeciany, a potem, pełen wiary i energii, daj to do druku. Nie myśl o sławnych poetach Wielkiej Brytanii, ani o zasuszonych krytykach, ani o eleganckich czytelnikach — myśl o Bogu i o sobie, myśl o wszechświecie i o rodzie ludzkim, myśl o naszym wieku przejściowym, w którym konają starcy, a dla dzieci jutrzenka wschodzi, płacz nad starcami, gdyż oni byli wielkimi w dniach swej młodości, i unoś się nad dziećmi, gdyż one będą wielkie, gdy nadejdzie ich godzina. I daj do druku, daj do druku! Nie miej żadnych obaw! Jeśli masz wiarę, będziesz miał i sławę.

Lecz teraz, gdy zagłębiłem się w tym przedmiocie, niełatwo z niego się wydostanę. Przypominam sobie, że raz w Rzymie, w piękny ranek lutowy, woniejący fiołkami, byłem na cmentarzu angielskim z Juliuszem Arrey, pełnem ognia i życia dzieckiem. Tam widziałem grób Johna Keatsa: kolumnę z marmuru, pod nią złamaną lirę i napis, który znasz dobrze. Czułem, gdy go czytałem, że łzy niemal litości napływają mi do oczu, i w tem zawarte było wszystko, co można było wypowiedzieć o nim. Henryku, jest to człowiek, który spał równie smacznie za życia, jak i po śmierci; jest to człowiek, który miał z poety coś, niewiele, od czasu do czasu trochę natchnienia, parę pięknych wierszy, lecz nie był poetą. Brakło mu wiary. Jest to ostatnie ogniwo długiego łańcucha literatów, którzy schylali głowę przed krytyką i zjadali obiady i śniadania u wielkich panów. A więc grób jego bardziej, niż on sam, może wzruszyć na chwilę, potem przechodzimy i nic z tego nie zostaje. To dziecię, pełne zapału, ta chytra małpka, pełna życia, biegnąca przede mną, skacząca ze wzgórka na wzgórek, wdrapująca się na grobowce, pochylająca się nad płaskorzeźbami, zrywająca tu i tam fiołki, by je oskubywać z płatków na grobach młodych, spoczywających tam Angielek, wzbudza we mnie coś więcej, niż ten kamień, skulony nad Johnem Keatsem, gdyż w tem dziecięciu było życie i rodząca się siła, podczas gdy w Keatsu życia było mało, a mocy zupełnie nic. A jednak chciał być poetą, a jednak wielu ludzi witało go tem imieniem. Poezja, mój kochany, była dla niego snem nieudanym, nie była nawet zmorą; biedaczysko, nie umiał walczyć, ni z walki czerpać natchnienia. „Umarłbym uśpiony, jak żyłem”. Cóż znaczą te słowa, które jakby wyszły spomiędzy prochów Johna Keatsa, słowa słuszne, odpowiednie, by unosić się przez chwilę nad trawnikiem grobu, by się mieszać z wietrzykiem wieczornym, a potem umrzeć bez echa, bez śladu — lecz są to słowa ohydne swojem niedbalstwem dla Henryka Reevea, dla poety, dla człowieka, który powinien myśleć o śnie tylko jako o wypadku, który powinien stać mocno, zdecydowany, pełen życia, namiętności, wiary, gotów walczyć, zwyciężyć, jeśli można, lub zginąć godnie, jeśli zwycięstwo nie leży w jego przeznaczeniu. A śmierć ta będzie jednak moralnem zwycięstwem. To ja z większem prawem mógłbym mówić o śnie, o marzeniach, o laudanum, gdyż gdzież jest przyszłość moja? Powinienem powiedzieć: „Potrzymaj mój płaszcz szeroki, bym się mógł weń zawinąć i rozciągnąć na ruinach i grobach! Nadeszła godzina — trzeba zasnąć na zawsze”. A jednak myśl ta ode mnie daleka, walczyć będę do ostatniej chwili, by znów odbudować przyszłość sobie i Polsce. Lecz Ty, Henryku, jesteś wśród burzy tak gwałtownej, iż rozdziera obłoki i pozwala się przedrzeć słońcu; jesteś człowiekiem cywilizowanym, człowiekiem postępu, a dodaj jeszcze: człowiekiem Północy. Masz siłę i moc barbarzyńcy, a światło i wiadomości Południa, bez jego niedbalstwa i jego miękkości. Wszystko jest Twoje. Gdy będziesz walczył, zakipi w Twoich żyłach krew świeża, surowa, zdrowa krew Saksończyka, Skandynawa, Normanda. Gdy się zjawiasz, cały świat doskonałości jest na Twoje rozkazy. Możesz wybierać bez związku, chwytać mistyczne marzenia Wschodu, święte, podniosłe prawdy chrystianizmu i bogactwa europejskie. Lecz czegoż mogę dokonać ja, zduszony, ściśnięty wśród mało rozwiniętej cywilizacji, wczoraj rozpoczętej, gdzież są nadzieje moje? Ty masz piękne, czyste i wielkie nadzieje. Lecz, aby się urzeczywistniły, nie czyń z nich snu, „snu nocy letniej”! Nie zasypiaj na początku swojej drogi. Czy pamiętasz słabość tych, którzy zasnęli w ogrodzie oliwnym, podczas gdy ich Zbawca modlił się za nich? — Jakżeż więc zasnąć chcesz, gdy natchnienie jest przy Tobie? Syn Boży zlitował się nad apostołami swymi i po trzykroć ich obudził. Lecz, gdy Ty raz uśniesz, Bóg nie obudzi Cię więcej, gdyż, zaprawdę, posłannictwo Twoje nie jest równe posłannictwu pierwszych chrześcijan.

Zawsze to powtarzam: kochankę Ci dać, a będziesz poetą. Kochanka jest dla Ciebie tem, czem byłby punkt oparcia dla Archimedesa. Wywołuję więc przed oczy Twoje widmo Johna Keatsa, wzywam go z jego zimnego grobu w rzymskiej Kampanii. Przyjrzyj mu się, nie spuszczaj oczu z tego biednego widma, bladego, pokrytego łachmanami, o pomarszczonej twarzy. Z prochu serca jego fiołek się zrodził, smutny, skromny, nieśmiały. Trzyma go on w swoim ręku. W tym kwiatku wybujałym zawarta jest cała jego przeszłość, cała egzystencja, cała słabość. Jak on, żył przez jedną wiosnę, ukryty w puszystej trawie; zaledwie podniósł głowę, a głowa ta opadła natychmiast. Młoda dziewczyna płakała nad jego śmiercią, lecz cały naród nigdy nań nie zwróci uwagi. Przywiązuję to widmo do Twoich kroków, rzucam je w poprzek dni i nocy Twoich. Niechaj będzie u boku Twojego, jak umierający w szpitalu, jako ostrzeżenie i niechaj Cię wstrętem i litością napełnia! — A wtedy dusza Twoja zaniepokoi się, cofnie się przed litością i posiędzie siłę, aby starać się o ich zdziwienie i uwielbienie.

W tej chwili właśnie dowiedziałem się, że w Anglii jest cholera. Biedna H. Czyż umrze? Myśląc o Tobie, nie o śmierci myślę, lecz o życiu. Ale matka Twoja? Wsiądź na statek dla swojej matki! Przepłyń cieśninę, wróć do mnie i do Alp! Alpy doskonale Ci zastąpią kochankę. Lecz moja biedna, moja droga H.! Spełniła swoje posłannictwo dziewicy, kochała pierwszą miłością. Przeżyła wszystkie uczucia, od najgorętszych do najzimniejszych, doznała zdrady i uwiedzenia, kochała mocno, a potem pogardzała. Oto cała egzystencja kobiety! To skończony poemat. To dramat w całości. Według prawa dusz i życia — może umrzeć. Oto, co mię boli, co mię przeraża. Czy pamiętasz sen, w którym odprowadzałem kochankę moją w noc jesienną aż do drzwi naszego wspólnego grobu? Sen ten przychodzi mi do głowy. Biedna H., biedne dziewczę, które tak kochałem! Gdybym był przynajmniej zginął w Polsce, jej łoże śmiertelne byłoby ślubnem łożem, gdyż tam rozpoczynałoby się jej połączenie ze mną, gdyż od tej chwili wyciągałaby ramiona ku wieczności i ku mnie. Lecz dzisiaj będzie musiała sama, samotna poza grób się zapuszczać, unosząc z ziemi tylko gorzkie wspomnienia, wspomnienia złudzeń, rozwianych w kwiecie jej lat. Henryku, oby to przeczucie nieszczęścia, ta wizja zmąconego mózgu nie spełniła się naprawdę! Oby ta, którą kochałem i uwiodłem wskutek fatalności mego losu, a nie pragnienia własnego serca, mogła żyć i być szczęśliwą długo po mojej śmierci! To samo życzenie i dla Ciebie składam. Nie jest to frazes, lecz szczera myśl prawdziwego przyjaciela.

Zyg. Kras.

44.Do Henryka Reeve'a

Genewa, 18 listopada 1831 r.

Mój kochany Henryku!

Istnieje wielka różnica między nienawiścią dzikiego człowieka, a nienawiścią chrześcijanina. W pierwszym przypadku wróg jest przywiązany do słupa, dokoła którego żarzą się węgle, wyrywa mu się paznokcie, szarpie się rozpalonemi kleszczami czaszkę, piecze się go na wolnym ogniu i tem się nasyca. W drugim przypadku wzywa się Boga, pokłada ufność w jego sprawiedliwości i, jak rycerz średniowieczny, krzyżuje się ostrze z ostrzem wroga. Niechaj niebo przebaczy grzechy temu, kto trupem padnie! Czy przypominasz sobie, jakie jest pochodzenie pojedynków? W wiekach średnich pojedynek „sądem bożym” nazywano i wierzę mocno, że każdy pojedynek jest sądem boskim, z wyjątkiem tych drobnych starć łobuzów, które mają za przedmiot jakąś k..., miejsce w teatrze, lub jakąkolwiek inną drobnostkę w tym rodzaju.

List Twój jest piękny, jest wzniosły, Henryku. W innej chwili pochyliłbym przed nim czoło. Dziś podziwiam go jako dzieło sztuki, lecz do serca mi nie trafia. Piszesz mi, że zawsze ubolewałeś nad tą nocą, nad szałem duszy mojej itd. Henryku, należy brać człowieka takim, jakim go przeznaczenie zrobiło. A takiem było moje przeznaczenie, że od kolebki ssałem nienawiść z mlekiem mamki. Ssałem ją z pierwszych spojrzeń matki swojej i z pierwszych słów mojego ojca, a później przyszła silna i nie do przezwyciężenia, by osiąść w mojem sercu na widok ojczyzny, deptanej nogami przez nikczemnych barbarzyńców, na głos jęków braci i łkania sióstr moich. Ty, jako człowiek wolny, człowiek, który się wolnym urodził, zupełnie pojąć nie możesz uczuć człowieka, którego przodkowie, jak Ty, wolni byli, lecz który sam jest uciśnionym niewolnikiem. Nie widziałeś nigdy kobiety pięknej i młodej, płaczącej gorącemi łzami nad utraconą czcią, odebraną brutalnie przez zwycięzcę. Nie słyszałeś nigdy łańcuchów, wstrząsanych na ramionach Twoich rodaków. Nie budziły Cię w nocy gwałtownie nadchodzące nagle skargi, opierając się o poduszkę, nie przysłuchiwałeś się, na wpół śpiący, turkotowi podrzucanych na nierównym bruku kół kibitki, uwożącej ku równinom Syberii Twojego krewnego, przyjaciela, znajomego. W dzień nie widziałeś krwawych egzekucyj, jak tyran w uniformie przebiegał błyskawicznie place publiczne i, popuściwszy cugli swoim czterem tatarskim koniom, najeżdżał wprost na przechodniów; przechodnie byli to moi rodacy, on zaś był Rosjaninem. Nie byłeś zmuszony słuchać, jak ludowi wydają rozkazy w szorstkim i twardym języku, którego nie rozumie. Nie czułeś poniżenia, które za sobą pociąga niewola, i nie wstrząsałeś się w napadzie wściekłości, jak pies szlachetny na uwięzi. Nie oglądałeś poprzez kraty więzienne pobladłych i wychudłych braci swoich. I nie opowiadano Ci przy ognisku zimowem, jak znikł jeden, drugiego skazano, w jaki sposób spalono wioskę, zrabowano miasto i całą Pragę zatopiono we krwi mieszkańców, a drgające dzieci rzucano na zimne i zesztywniałe łona matek. Nie opowiadano Ci o dawnej świetności. Nie rozkładano przed Twojemi oczyma starych, podartych sztandarów, strzaskanych biednych białych orłów, herbów zatartych, imion kochanych i wielkich, na wpół wymazanych. Nie śledziłeś na karcie spustoszeń swojego kraju, jak kurczył się coraz bardziej, ubożał, by wreszcie zginąć pod stopami ciemiężycieli. Nic z tego wszystkiego nie wplotło się do Twojej rzeczywistości ani do Twoich snów. Urodziłeś się w spokoju, dzieciństwo Twoje w spokoju minęło, młodość Twoja była poetycznym spokojem, wszystko, Alpy nawet, mówiło Ci o spokoju, błogości, szczęściu, zapomnieniu, milczeniu, marzeniach, i te uczucia wzbudziło w Tobie. Oto dlaczego nienawiść wydaje Ci się ohydną.

Nie mówię już o Łubieńskim. Wyjechał. On i ojciec jego są nieszczęśliwi. To wystarczy, bym zapomniał nawet o słowie „zemsta”. Lecz chcę tylko wyjaśnić Ci i uzasadnić to uczucie, raczej namiętność, nienawiść we mnie. Nienawiść była towarzyszką mojego dzieciństwa; nienawidziłem z całych sił mojego małego serca zanim kochać począłem, bądź to kobietę, bądź przyjaciela. Jest to element, który przymieszał się do mojej natury i wraz z nią się rozwinął, stał się częścią mojej całości i zmuszony jestem go zachować, skoro okoliczności powiększają go tylko i zmieniają w obowiązek. Dla człowieka, który nienawidzi cały naród tak bezgranicznie jak ja, cóż znaczy nienawiść do jednostki? Oto dlaczego ja, chrześcijanin, głęboko przeniknięty duchem chrześcijaństwa, nie cofam się, jak może powinienem, przed nienawiścią i zemstą. Zaprawdę, dziwna jest we mnie mieszanina. Jestem spadkobiercą mało rozwiniętej cywilizacji, sam zaś zdobyłem cywilizację europejską, wgłębiłem się w nią, studiowałem ją dniem i nocą, a potem w chwili, gdy chciałem jej się oddać, gdy chciałem całą przeszłość odrzucić i upoić przyszłością, wtedy, w piękną noc włoską, w blasku księżyca, gdy błąkałem się pod ciemnemi portykami, które mię doprowadziły do krzyża wśród starego rzymskiego cyrku, krzyż ten mię zatrzymał.

A więc przyznaj, że tysiąc sprzeczności istnieje we mnie. Przeszłość feudalna i przeszłość polska, dni o miłości i dużo nienawiści, wiara w nadzieję chrześcijańską i chwile dumnych nadziei na przyszłość. Cała ta mieszanina czyni ze mnie coś podobnego do barbarzyńcy z VI stulecia. Lecz ośmielam się wierzyć, że w tem wszystkiem jest poezja. Co do Łubieńskiego, wyznam Ci wszystko, Tobie, jedynemu mojemu przyjacielowi, jakkolwiek wiem, że narażę się na naganę duszy szlachetnej.

Przepędziłem z nim wiele nocy, rozmawiając o systemach i o Polsce, zwracając rozmowę w inną stronę lub też przerywając ją, skoro chciał o naszej dawnej przyjaźni napomknąć. Po raz pierwszy w mojem życiu byłem tak twardy i powściągliwy. Cierpienie mnie tego nauczyło. Wreszcie ostatniego wieczoru pożegnałem go, uścisnąłem mu dłoń lekko i wyszedłem. Na schodach usłyszałem go, jak mi od drzwi powtarzał swoje pożegnania głosem łkającym; najwidoczniej płakał, jak dziecię. Była to dla mnie chwila okropnego wahania; uczułem, że mam duszę rozdartą; przez chwilę zdawało mi się, że się rzucę, uścisnę mu rękę i powiem: „Przebaczam Ci”. Lecz na myśl że wszystko to tylko udane, na myśl, że temu człowiekowi zawdzięczam nienawiść swych rodaków, że z jego przyczyny byłem uważany za złego Polaka, na myśl, że po wiele razy oczerniał mojego ojca, że zmusił mię do opuszczenia Polski — krew nienawiści znów zalała moje serce. Odpowiedzią moją było suche i krótkie pożegnanie — i wyszedłem na ulicę.

Tu się zatrzymałem i odczytałem, com właśnie napisał. Uderzony byłem wrażeniem, jakie to na mnie wywarło. Zaprawdę, byłoby ono zupełnie inne, gdybym mu przebaczył. Żałuję tego szczerze, lecz patrz, jak potężną jest nienawiść we mnie. Chciałbym móc szczerze Ci te słowa napisać: „Przebaczam mu w myśli z głębi duszy”. A jednak nie mogę. Byłoby to kłamstwem, gdybym tak napisał. Nie, zaprawdę, słów tych napisać nie mogę. Może właśnie podpisałem moje własne potępienie. Cholera zbliża się. Lecz nie kładź tego przynajmniej na karb przewrotności mojej, przypisz to raczej przeznaczeniu, które sprawiło, żem się urodził na ziemi uciemiężonej. A na tej ziemi nieszczęsnej, spustoszonej, przebaczenie byłoby bezbożnością. Wiesz przynajmniej, że miłość jest jedną z połów mojej duszy; myśl o tej połowie i zapomnij o drugiej! Zaprawdę, cóż Cię druga obchodzi? Czyś widział, bym kiedykolwiek kogoś nienawidził w Europie lub bym się unosił przed Tobą nad uczuciem nienawiści w poezji? Nienawiść moja odnosi się tylko do świata, z którego nic nie znasz, do świata bólów i wyrzeczeń, niewolnictwa i zbrodni. Świat ten pozostanie dla Ciebie zawsze ciemny i nieznany. Jest dla Ciebie tem, czem była dla Greków Tracja, a Germania dla Rzymian. Lecz ja, który mam w nim żyć i walczyć, musiałbym wkrótce upaść, gdybym nie miał za podporę nienawiści. — Tam, gdzie nieszczęście i zniszczenie są pewnego rodzaju szałem, trzeba szalonych namiętności, by oglądać tę olbrzymią zagładę i nie ulec oszołomieniu. To są tajemnice barbarzyńców, mój kochany. Znałeś mię, kochałem H.; gdy mię opuściła, czyż szemrałem, czy myślałem o nienawiści, o zemście, o zazdrości? Kochałem Cię i kocham, towarzyszyłeś mi w mojem życiu codziennem, czyś znalazł kiedykolwiek we mnie coś brutalnego, twardego, krwiożerczego? Nie widziałeś, jak przyjaciel Twój płakał, widziałeś jak litował się nad innymi i roztkliwiał. Sam w moim pokoju, bardzo często płakałem, myśląco H. lub o Tobie. Łzy miałem w oczach modląc się do Boga. Dnia każdego modlę się za Ciebie i za nią. Znałeś mię tylko w pełni miłości. Opowiadałem Ci niekiedy o nienawiści, o gniewie, lecz to były oderwane opowiadania, rzucane przypadkowo, słabe, nic nieznaczące. Sceny nienawiści mojej odbyły się z dala od Ciebie, a te, które jeszcze pozostają, również z dala od Ciebie odbywać się będą. Dla Ciebie, dla naszych wspólnych wspomnień, dla naszej wspólnej przeszłości, jest tylko miłość i będzie miłość. Znajdziesz mię zawsze takim, jakim mię znałeś: kochającym Ciebie, kochającym i czczącym Boga. W stosunku do świata, w którym się urodziłem, pozostaw mi nienawiść moją! Poco uprzedzać wypadki? Nie mówmy o tem! Wkrótce już nigdy o tem mówić nie będziemy. Uczucie to nie jest dla Ciebie, nie wchodzi w skład naszych pojęć, dusz naszych, naszych dwóch dusz, Henryku, mój drogi Henryku! Dla mnie jedynie uczucie to istnieje i nie tu, nie w Anglii, ani we Włoszech (ach, gdybyśmy któregoś dnia mogli razem do Włoch pojechać!) lecz gdzie indziej, daleko stąd, wśród ruin i kości. Tam sprzed oczu Twoich zniknę poza stosami popiołów i szczątków, a jeśli znów się kiedyś ukażę, jeśli do Ciebie powrócę, znów będziemy mówić o miłości i będę cały miłością. Mów o nienawiści cicho, bardzo cicho! Jest to śpiące dziecię, rośnie we śnie, i po cóż budzić je przedwcześnie? Cały fatalizm Szekspira daje mi natchnienie w tej chwili. Szekspir bezwzględnie nie jest poetą chrześcijańskim: Romeo i Julia jakże jest głęboko rozpaczliwe, jakież to słodkie potępienie, lecz jednak potępienie, potępienie, mój drogi!

Mam do Ciebie prośbę. Dostałem polecenie od człowieka, który był kiedyś moim przyjacielem i moim nauczycielem, by przesłać list Walerianowi Krasińskiemu. Dowiedz się, proszę Cię, gdzie on się znajduje. Czy jest w Londynie? Jeśli tak, przyślij mi jego adres, albo napisz, dokąd pojechał po opuszczeniu „nierządnicy narodów”; sprawiłbyś mi przyjemność, gdybyś mógł się z nim zobaczyć i powiedzieć mu, że mam dla niego list od księdza Chiariniego. Chiarini jest umierający, a list ten pisany na łożu boleści. Zaklinam Cię, odpisz natychmiast, jak najprędzej!

Prawdopodobnie cholera będzie w Londynie, gdy list ten nadejdzie, sądząc z tego, co mówią o jej bliskości. Każdego dnia proszę Boga gorąco, by Cię zachował. Niech Bóg Cię ocali i błogosławi Ci, drogi Henryku! Czy nie lepiej byś uczynił przyjeżdżając z Matką do Genewy, nie dla siebie, lecz dla Matki Twojej? Ja mam się coraz gorzej. Od 9 miesięcy bok nie przestaje mię boleć. Nic nie może zwalczyć i zniszczyć zarodka rozkładu. Czuję jak cierpienie nurtuje mię tajemnie i posuwa się naprzód w piersiach i jamie brzusznej. Zdaje mi się, że można z tem żyć 2--3 lata.

Gdy pomyślę o H., zdaje mi się, że jeszcze ją kocham. Gdybym mógł ją zobaczyć! Gdybyś mógł mieć wiadomość o niej z okropnych dni cholery, przysłałbyś mi ją zapewne. Jest to jakby myśl natrętna we mnie, że biedna dziewczyna umrze na cholerę, a o Ciebie najlżejszej nie czuję obawy. Głowa mi cięży, pióro już nie pisze, myśli moje w mózgu stają się ciężkie. Drogi, mam okropny spleen. Żegnaj, Henryku, żegnaj!

Zyg. Kras.

Dziś rok, jak przybyłem do Florencji i tam zastałem listy H., które mię na pięć dni nabawiły gorączki, jednej z tych gorączek egzaltacji, które dają szczęście. Jest to nieprawdą, jeśli mówię gdzie w liście swoim, że list Twój wcale mię nie dotknął. Kłamstwo, czuję to teraz. Rozłożyłem list, który już miałem zapieczętować, by Ci to powiedzieć. Czuję się diabelnie źle.

45.Do Henryka Reeve'a

Genewa, d. 21 list[opada] 1831

Kochany Henryku!

Zaprawdę, jeśli coś kiedykolwiek dało mi wrażenie szczęścia, to list Twój dzisiejszy. Wrażenie krótkie, przelotne, jednej minuty, jak świeże tchnienie na moim palącym policzku, jak kropla wody na ustach konającego z pragnienia. To imię Henriety, list Twój do niej, list Twój do mnie, wprawiły mię na kilka sekund w drżenie. Było mi dobrze, po czem choroba wróciła. Gdyż, Henryku, chory jestem na duszy i na ciele, ciało moje zamiera, rozkładając się, dusza moja zamiera, ginąc z bólu lub zapalając się na myśl o ciemiężycielach i o zemście. Zaprawdę, zbyt wiele bólu przypadło mi w udziale.

Co do Henriety, dotychczas kocham ją bardzo.

Wróciła, by zamieszkać w samotnym pokoju moim i czuwać u wezgłowia mego łoża. Przyzywam ją głośno w chwilach męki, sam wśród zmroku myślę o niejprzy gasnących węglach, później odwracam się na szmer, wydawany przez drzwi, a gdy spostrzegę brzeg portiery, poruszającej się na ziemi, marzę, że to rąbek jej sukni, że przyszła mię odwiedzić, pocieszyć mię trochę, potem nastawiam pozytywkę z hebanu na Ostatnią myśl Webera i przy każdym dźwięku widzę z niej coś więcej: jej kibić, jej rysy, jej uśmiech, jej ruchy. Nie jest to już powiązane razem, jak niegdyś, nie stanowi całości, lecz są to oddzielne szczegóły, które unoszą się dokoła mnie i, jak pszczoły do ula, lecą ku memu sercu.

Sny mam jak najgorsze, jak najbardziej dla mnie obelżywe, pełne wyrzutów i scen przykrych. Raz H. przechodzi ulicą, jest wychudzona, blada, ale przechodzi, nie racząc słowa do mnie przemówić, rzuca mi tylko spojrzenie pełne pogardy; poznać mię już nie raczy. Za innym razem w blasku księżyca kroczę ku Koloseum, lecz ona stoi na mojej drodze; chcę wejść, lecz służba jej mię odpycha. Następnie lord Byron umiera w swoim pokoju i rzuca na mnie przekleństwo z oczyma, błyszczącemi gorączką i agonią, a śliczna, pełna wdzięku Ada u jego boku odwraca się ode mnie — i tysiąc innych dziwactw, zmieniających godziny mego spoczynku w godziny męczarni i nieuchwytnego niepokoju, który zawsze przewodniczy moim snom i pozostaje nawet po przebudzeniu. Poza wszystkiem nie wiem, skąd mi się to wzięło, lecz mam przeczucie rozkładu i zagłady, jak gdyby ciało moje mię ostrzegało, jak wierny i szlachetny sługa, że nie będzie mogło dalej mi służyć poza pewien kres, niezbyt odległy. Zresztą cóż mię to obchodzi kiedy skończy się farsa życia? August zapytywał przyjaciół na łożu śmierci: „Czy ją dobrze odegrałem?”. Ja zaś mógłbym powiedzieć: „Czyż ją źle odegrałem?”. „Na moje życie”, jak mówi Sheridan, mało ludzi ją tak źle odegrało, jak ja.

List, który piszesz do H., jest doskonały. Obawiam się tylko, by mię nie znienawidziła, sądząc, że podniecam Cię do pisania i że kosztem wszystkich chcę przywiązanie jej odzyskać. A potem „Ci, którzy kochali i podziwiali ich przedtem, nie są zmuszeni do zmiany itd.”, jest w najwyższym stopniu dwuznaczne, tak dwuznaczne, że, mówię Ci, list ten to bilet na loterię, na której wszystko wygrać lub wszystko stracić można. Zrozumie z tego listu, że wiesz o wszystkiem. A wtedy już ustanie możliwość półśrodków, będzie trzeba, aby albo wróciła do mnie, w co wątpię, lub mię znienawidziła. Zdaje mi się, że to nastąpi. Nigdy z żadną kobietą dobrze nie skończyłem. Kochałem wiele. Żadnej, jak tę. Wszystkie mię nienawidzą prócz H., lecz H. będzie mię nienawidziła najmocniej ze wszystkich. Zdanie o ubóstwie prawdy itd. jest bardzo słuszne, lecz ona w podejrzliwości swojej będzie je uważała za wymówkę, uczynioną jej pod przykrywką ludzkości. Lecz list jest dobry. Mówisz zresztą, że siła nie do przezwyciężenia popchnęła Cię do napisania go. Na to właśnie liczę. Impuls, który się wcielił w tym liście i poszedł do mojej ukochanej, jest może jedną z tajemnic mojego przeznaczenia. O jednem nie pomyślałeś: trzeba było jej przesłać moją Upadłą gwiazdę, przypomniałaby jej człowieka, który niegdyś miał umrzeć za Polskę. Wolałbym, żeby Spowiedź w Twoich została rękach; była ona poprawiona i przepisana specjalnie dla Ciebie, a potem spowiedź wielkiego ducha jest prędzej dla Ciebie, niż dla niej napisaną. Pewien jestem, że nie zrozumiała jej i, zaprawdę, nie trzeba, by ją rozumiała. Mylę się może. Czy list ten szczęście, czy nieszczęście mi przyniesie, zawsze go będę błogosławił, ponieważ jest skreślony ręką przyjaciela, jako wysiłek Twój, by dać zabłysnąć promieniom poprzez moje chmury, jako protest wobec przeznaczenia przeciwko nieszczęściom, które znoszę i którym uda się wkrótce zniszczyć moją duszę i młodość. Oto jest sens ukryty listu tego. Nie ma na świecie człowieka, który by mógł więcej dla mnie uczynić nad to, coś uczynił przedtem i coś uczynił teraz. Tak, mój przyjacielu, niech rozjaśni się tajemnica, która pod symbolem milczenia zamyka pogardę. Na tem polega godność człowieka, że długo jej znieść nie może. Niechaj zostanie złamaną. Gdy się rozświetli, skończą się przynajmniej obawy i wahania nasze. Zdołamy objąć jednem spojrzeniem nasze położenie, zrozumieć, ileśmy stracili, odgadnąć, co nam pozostaje, i z gorzkim uśmiechem odwrócić się od przyszłości, by uwielbiać przeszłość, tę przeszłość, tak rozrzutną w obietnicach i błyszczącą złudzeniami, której wszystkie olśniewające fale zamarły na piaszczystym, samotnym, nagim i ponurym brzegu, naszem dzisiejszem schronisku.

A teraz o czemże będę Ci pisał? O dawnych grzechach. Parę dni temu przybył tutaj dla spędzenia zimy hr. Roman Załuski. Człowiek ten, dochodząc do mojego pokoju, obudził we mnie świat wspomnień: ujrzałem siebie, gdy dzieckiem będąc, za życia matki mojej, przebiegałem sale naszego pałacu w ubraniu rycerza, w płaszczu templariusza z maleńką szpadą u boku, z hełmem, ocienionym czerwonemi piórami na głowie, szukając wszędzie kuzynki swojej, Amelii, która naówczas, po śmierci ojca swojego, generała wojsk polskich, zamieszkała u nas pod opieką ojca mojego. A gdy nadszedł dzień jej zaślubin z Załuskim, wzniesiono ołtarz w naszej kaplicy pałacowej i arcybiskup pobłogosławił ich związkowi. O dwa pokoje dalej umierała moja matka, lecz przed śmiercią pragnęła udzielić błogosławieństwa wychowanicy, a ja, dzieckiem będąc, lecz dzieckiem o olbrzymich namiętnościach, tonąłem w rozpaczy między grobem matki i ołtarzem tej, którą kochałem. Potem nastąpiła inna scena. Matka moja już od dawna spoczywała w trumnie z lazurowego aksamitu z widniejącą na niej koroną książęcą. Wstępowałem w lata niepohamowanych namiętności. Załuski był w więzieniu i miał w nim dwa lata pozostać za to, że chciał bronić ojczyzny. Żona jego schroniła się do naszego domu. Ja bywałem tam wieczorami po dniach na uniwersytecie spędzonych. I tam w salonie, wybitym purpurą, zapełnionym złoconemi brązami i kryształami, marmurem i porfirem, ponuremi obrazami Murilla i śnieżnemi pejzażami Cinellego, widzę ją w czarnej sukni. Ciągła muzyka i zabawa, włoskie pieśni i dźwięki pianina, filiżanki herbaty i butelki z rumem, eleganckie kobiety, świetna młodzież, oficerowie, artyści, którzy starają się o jej względy, cisną się dokoła niej. Ona w czerni, pełna życia. Poprzez żałobne krepy, z ciemnemi wstążkami, fruwającemi koło jej wysmukłej i majestatycznej kibici, z włosami brunatnemi, lśniącemi, uwitemi w pukle, była zachwycająco piękna i życie można by było oddać za nią. Oczy czarne, palące, pożerające, jak oczy Południa, rysy wydatne, dumne, wyrażające życie, namiętność, rozum, nos według wzorów antycznych i tysiąc wzruszeń odbijających się na twarzy. A za nią szereg wielbicieli, wszędzie dokoła niej atmosfera perfum, harmonii, dobrze powiedzianych słówek, dowcipnych uwag, bukiety z kwiatów na każdym stole, girlandy, rozsiane gdzieniegdzie na dywanie. Było to upajające — toteż upoiłem się. Straciłem w tem połowę mojej duszy, zdrowie całej swej młodości, jedynie przez wpatrywanie się w nią i podziwianie. A potem wrząca herbata, rumem zaprawiona, której piłem pełne filiżanki, gdyż znajdowałem przyjemność w coraz silniejszem podniecaniu się, choć nie miałem odwagi do wyznania jej swojej miłości. Dziwna mieszanina zepsucia i nieśmiałości! Dziś jest w seperacji z mężem, ale pisuje jednak do niego. Jest to człowiek niezmiernego rozumu, skłonny do wesołości, uważający za bezużyteczne długie medytacje, gdyż nabywa wiadomości od razu: czyta książkę i pamięta ją; człowiek światowy, biorący udział w cywilizacji, w jej postępie, a jednak wydający się na pierwszy rzut oka powierzchownym i pustym, lecz zdanie to ulega zmianie, gdy go się częściej spotyka; charakter niekiedy słaby, w wielu wypadkach stanowczy, umiejący cierpieć, gotów dowcip powiedzieć przy wyjściu z więzienia, w gruncie rzeczy płaczący, gdy słyszy imię Polski, i każdej chwili gotów umrzeć za nią. Lubię bardzo z nim rozmawiać, lecz, mówiąc, zatrzymuję się czasem nagle, gdy pomyślę o dawnych wypadkach, których on, mam nadzieję, nie podejrzewa nawet. A może jednak podejrzewa.

Kochany Henryku, dobrze zrobiłeś, że zostałeś adwokatem. Jest poezja w człowieku, przemawiającym donośnym głosem do ludzi, którzy są zmuszeni do rozważania jego słów. Jest poezja w tej ciągłej walce, w usiłowaniach, czynionych dla zwycięstwa sprawy, dla zgniecenia przeciwników. I będziesz robił, sądzę, dobre wrażenie pośród zgromadzenia z swoją wysoką postacią i bladą twarzą, gdy będziesz się stopniowo zapalał, odzyskiwał zimną krew, mówił ze swoim zwykłym spokojem zwięźle i powoli, by nagle głos podnieść i znów rozwinąć skrzydła. Lecz pamiętaj, Henryku, że jesteś adwokatem, by żyć przez lata na ziemi, a poetą, by żyć przez wieki. Nie wyobrażaj sobie, że będziesz miał powodzenie w krasomówstwie politycznem; nie masz w sobie nic z Juniasa. Wędrowiec będzie zawsze przeważał w Twoim charakterze. Niech Cię Bóg błogosławi, Henryku, na początku Twego zawodu, niezmierzonej pracy, niech Ci się dobrze wiedzie i niech ludzie mówią o Tobie! Będziesz miał doskonałą okazję, by znów szperać w przeszłości, uczęszczając na kursa prawa, by we Wschód wniknąć, by śledzić niemy symbol litery w Rzymie i zaznajomić się ze straszliwem prawem Cyklopów. W tem też jest olbrzymia poezja. Gdziekolwiek bądź ród ludzki rozwija się w masie, to jest wszędzie tam,gdzie istnieje symbol lub abstrakcyjne pojęcie czynów całej ludzkości, wszędzie znajdziesz wielkość i poezję. Szczegóły tylko są poziome. Prawda jest gorzka, że życie nasze jest tylko szczegółem, myśli nasze mogą być tylko syntezą. Lecz do diabła z filozofią! Gdy do Niemiec pojedziesz, ujrzysz mię jako swego wiernego przyjaciela, padającego przed Tobą na kolana i zaklinającego Cię, byś żadnej nie dawał wiary, nie pokładał zaufania w tych systemach niebieskookich i jasnowłosych Germanów, którzy ciągle kręcą się w kółko i nigdy nie postępują naprzód; są to Chińczycy lub Hindusi Europy.

Od tygodnia nie odebrałeś listów ode mnie, a jednak odpowiadam regularnie, jak zwykle, na każdy Twój list. Ostatni mój list był adresowany do Southampton; reklamuj go tam w tej złodziejskiej jaskini! Wyjaśniam w tym liście, czem jest dla mnie nienawiść.

Czy stary Willan jest za reformą, czy przeciw niej? Myślałem o tem wiele, nie, zaprawdę, ażebym się interesował jego opinią, lecz żeby wiedzieć, czy ona nie będzie narażona w razie rewolucji. Co myślisz o tem?

Ustęp ze Schegla jest dobry. Przepiszę dla Ciebie ustęp z Micheleta: „Anglia jest dumą, uosobioną w narodzie”. Zaznaczyłem już, że człowiek Północy czuje dla siebie gorący podziw, szczególniej w swobodnem życiu wędrówek i przygód, które wiedli starzy Skandynawowie. Cóż stanie się, gdy ci barbarzyńcy zostaną przesiedleni na potężną wyspę, gdzie się utuczą płodami ziemi i daninami oceanu? Królowie morza i świata, nie uznający praw i granic, łączą w sobie dziką srogość duńskiego korsarza z pychą feudalną lorda, potomka Normandów. Ileż by trzeba spiętrzyć Tyrów i Kartagin, by dorównać w zuchwalstwie tytanicznej Anglii! Karą pokutną dla tego świata pychy są jego własne sprzeczności. Złożone z dwóch pierwiastków: przemysłu i feudalizmu, egoizmu odosobnienia i egoizmu asymilacji, zgadza się na jednym punkcie: na punkcie używania bogactw. Złota ma, jak piasku. Niechaj się niem nasyci i upije, jeśli może! Lecz nie — chce używać i wiedzieć, że używa, zamyka się w ciasnej ostrożności „komfortu”. A jednak pośród tego materialnego świata, który jest w jego posiadaniu, którym się rozkoszuje, wkrótce zjawia się przesyt. Wtedy wszystko stracone. Wszechświat ześrodkował się w człowieku, człowiek w używaniu dóbr materialnych, a rzeczywistości materialnej brak. To nie płacz, nie zniewieściałe krzyki, wznoszące się ku górze, lecz bluźnierstwa i groźne pomruki przeciwko niebu. Wolność bez Boga, bezbożne bohaterstwo w literaturze, szkoła sataniczna, zapowiedziana od czasów Grecji w Prometeuszu Eschylosa, odnowiona przez gorzkie zwątpienie Hamleta, idealizuje siebie samą w szatanie Miltona. Woła: „Zło, bądź moją cnotą!”, lecz wraz z Byronem popada w rozpacz bezdennego potępienia. Ustęp ten jest sam sataniczny, a, co więcej, słuszny. Co do mnie, im bardziej się przyglądam światu, tem jaśniej widzę wszechmocną siłę przeznaczenia, która naśmiewa się z Opatrzności, lecz kiedyś przed nią padnie. Ta siła przeznaczenia jest o wiele potężniejsza w dniach odnowienia, niż w dniach utrwalania się, gdyż zwątpienie nowej nadaje mu mocy. A któż by mógł nie uwierzyć w jego straszliwy wpływ, jeśli sam Bóg rzekł: „Będą takie cuda, że, jeśli ojciec mój nie położy im kresu, wybrani nawet zachwieją się w wierze”. Walczyć przeciwko sile fatalności znaczy być wielkim, bez względu na to, czy się upadnie, czy też olbrzyma powali, lecz, aby walczyć, trzeba czuć się lepiej, niż ja teraz. Żegnaj, żegnaj przyjacielu!

Zyg. Kras.

Czy dowiedziałeś się czegoś o Walerianie Krasińskim? Jest z pewnością w Londynie. Przyślij mi tylko jego adres! Och! Odpowiedź Henriety! Do diabła! Przyślij mi tę odpowiedź w kopercie, jeśli jej zrobienie nie sprawi Ci zbyt wiele kłopotu. Pozdrowienia dla Twojej Matki! Przyjedź do Genewy tej zimy!

46.Do Henryka Reeve'a

Genewa, 25 listopada 1831

List Twój sprawił mi żywą radość, Henryku. Widzę Cię, jak ze snu się otrząsasz i przykładając rękę do serca, mówisz pobożnie: „Tak, jestem poetą”. Powiedziałeś to, a więc nim jesteś. Inaczej nie ośmieliłbyś się tego mówić; słowa te spaliłyby Ci gardło, przechodząc przez nie, i nigdy by do warg Twoich nie doszły.

Przyjacielu, niech będą błogosławione Twoje wysiłki i natchnienia. Trzeba będzie siły i dzielnej piersi, by śpiewać w te stulecia wśród szczęku pik, które zwalą mury starych miast Anglii, trzeba będzie zasiąść na ruinach zamków i katedr na gotyckim gzymsie, błotem skalanym, i lirę trzymać wysoko, by krew jej nie splamiła, gdyż krew w górę wytryśnie. Lecz z odwagą i natchnieniem przechadzać się można przy blasku pożarów i pogardzać mordercami, zdać się na los swój i w oddali widzieć jutrzenkę, którą można ujrzeć wzrokiem duszy, lecz nigdy oczyma ciała. A cóż znaczą te krzyki, staczające się głowy, wpół spalone, wpół posiekane ciała? To gniew boży, odradzający świat. Upadną kościoły, lecz kiedyś znów się wzniosą, jednocześnie zapadną się domy gry, zabawy, prostytucji, więzienia, cytadele królów, a wszystko to jako szary i drobny pył zapłodni pola, potem pocieknie krew, ciała kawałami gnić będą, aż nadejdzie dzień, gdy w tych dawnych miejscach zakołyszą się świeże plony zbóż. Zresztą nie dla nas myśl o złotych kłosach. Dzieci nasze zbierać je będą między naszemi zbielałemi kośćmi. Dla nas walka, która na tym świecie na nic się nie zda, lecz duszę naszą uszlachetni i uczyni godną niebios; dla nas znój i walka.

A czyż myślisz, że sceny takie nie są może wielkie i godne zazdrości? Nie ma znaczenia życie, spędzone we śnie. Lecz nas czeka życie i czyn. Zanim runie stary gmach, będziemy mogli jeszcze poigrać w tych starożytnych salach i obudzić w nich echa, które może nie zaginą wraz z murami, w których je wywołano. Co do mnie, widziałem krzyż na Koloseum i nie będę, jako ofiara oszustwa kilku obłąkańców, wierzył w to, w co ojcowie moi nie wierzyli. Wszystko to majak społeczeństwa, które w pośpiechu tworzy, robi wynalazki, rozprawia, gdyż czuje, że umiera. Tak i Rzymianie starożytni pośpiesznie pili, jedli i nasycali oczy widowiskami, a zmysły rozkoszą. Mamy przynajmniej wyższość moralną nad nimi. — A więc tylko bez lęku a z silną wiarą i silną pogardą dla wielu szpetnych postaci, kręcących się dokoła nas, a gdy nasza godzina nadejdzie, umrzemy, jak mówi Byron, lecz i ze śmiałością Hugo'a. Żegnaj, mój przyjacielu.

Zyg. Kras.

Czy H. odpowiedziała, czy też milczy, jak grób?

Co do fragmentu Mickiewicza, zapomniałem o nim najzupełniej, a nawet nigdy dobrze nie znałem, gdyż nie dostałem go nigdy na piśmie. — Tak więc, drogi, nie mogę Ci go przesłać. Duchesne poleca mi napisanie Ci tego co następuje. Dyktuje.

Kochany Reeve'ie. W zamian za wszystkie uprzejmości Twoich robotników z Brystolu i innych miejsc, jako że krew krwi żąda, uprzedzam Cię, że Lugdun jest w pełni rewolucji. Robotnicy fabryki materiałów jedwabnych zbuntowali się, spalili wszystkie towary i warsztaty tkackie, wypędzili z Lugdunu trzy tysiące regularnego wojska i wrzucili do Rodanu całą gwardię narodową, którą spotkali po drodze. Generał gwardii narodowej zawdzięcza ocalenie tylko przytomności umysłu dwóch grenadierów w przebraniu cywilnem, którzy ocalili go, unosząc na bagnetach i podając za zabitego. Było 1500 zabitych z obu stron. Dotychczas rewolucja nie nabrała charakteru politycznego, ponieważ została spowodowana wyłącznie przez najnędzniejszą klasę robotniczą, której chciano zmniejszyć zapłatę. Krasiński by Ci powiedział, że to jądro komety, której ogon zmiecie ministerium Periera. Co do mnie nie patrzę tak daleko. Brak papieru pozbawia Cię reszty moich rozważań.

Twój oddany, niemniej zakatarzony przyjaciel.

Duchesne.

47.Do Henryka Reeve'a

1 grudnia 1831, Genewa

Mój przyjacielu.

Miłość i sarkazm przemawiały na próżno. Czegóż mogłeś spodziewać się od tego ostatniego, gdy miłość nie wzruszyła mego serca? Dziwna to walka między nami. Ty masz za sobą prawo, ja zaś to, co mi objęło duszę moją w posiadanie. A czy zdecydowałeś się powiedzieć człowiekowi, który kocha: „Przestań kochać!” Jakżeż więc możesz mówić temu, który nienawidzi: „Przestań nienawidzić”? Odczytaj list ten uważnie, czynię w nim wysiłki niesłychane, by Ci umożliwić dotarcie aż do ostatnich skrytek mojej duszy, gdyż dusza ta cała należy do Ciebie; skąd ją wziąłeś, jaka była, masz ją jaka jest. Nie mówmy więcej o tej istocie z potężną głową, a słabem sercem! Nie mówmy o nim więcej! Wstydem jest dla mnie, żem tego człowieka nienawidził.

Byłoby mi bardzo łatwo, Henryku, serce Twoje rozweselić, podnieść się w Twojem mniemaniu, mówiąc Ci: „Przebaczyłem mu”. Widzisz, zyskałbym na tem, gdyż kochałbyś mię bardziej, a szanował jeszcze więcej, lecz miłość i szacunek Twój nigdy nie powinny być nagrodą kłamstwa. Nie mogę, jak chrześcijanin, powiedzieć, oczy w górę wznosząc, w ekstazie miłości i tkliwości „Przebaczyłem bratu swojemu”, by następnie w łzach się rozpłynąć i pobożnych westchnieniach, które, jedyne na tej ziemi, wyższe są od westchnień miłości. Lecz mogę zmarszczyć brew, zacisnąć pięści i powiedzieć: „Ostrza nasze już się może nie skrzyżują ze sobą. Pogarda stanęła między niemi i rozdzieliła je na zawsze”.

A teraz powiedz mi, Henryku, czy wolałbyś, żebym Cię oszukiwał dla zakończenia sprawy? Gdyż rozumiem dobrze, że w obecnym stanie rzeczy ta dyskusja może tylko poniżyć mię w Twoich oczach i leżałoby w moim interesie skończyć ją dla uniknięcia Twoich wyrzutów i nie odczuwania Twojej wyższości moralnej i poetyckiej nade mną, której nie mogę nie uznać w tym wypadku. Lecz, mój przyjacielu, mój jedyny przyjacielu, gdybyś wiedział, czem stał się Zygmunt Krasiński, nie byłbyś może tak surowy względem niego! Przypomnij sobie, Henryku, stan, w którym mnie zostawiłeś. Już wówczas byłem w silnem podnieceniu, a od tego czasu stan mój pogarszał się z dnia na dzień, z odległości pięciuset mil szedł w jednym szeregu z Polską, podniecając się niekiedy jej zwycięstwami, lecz ciągle zbliżając się z nią razem ku przepaści, a gdy się do niej stoczyła, i ja również padłem, a kto wie, czy kiedykolwiek się podniosę. Ciało moje, powtarzam Ci, zanika, rozkładając się, a dusza moja nie wystarcza na wszystko, co mię przygnębia i przygniata. Dlatego harmonia jej została zakłócona, przez ostatek życia zamyka się jeszcze w miłości i nienawiści, lecz dwa te uczucia nic już w sobie nie mają słodkiego ani melodyjnego, nic, że tak powiem poetycznego — są bezładne, bez hamulca miotają się w niepokoju z dnia na dzień bez świadomości swego celu. Dzisiejsza moja egzystencja jest surogatem życia. To też życie moje nie potrwa długo. Już tylko Ciebie jedynie i poezję kocham w sposób słodki, tkliwy, rozmarzony, jakbyśmy siedząc na łodzi swojej w piękny wieczór i wiosłując naprzeciwko Paquis, mówili „Mamma”. O, dlaczego nie zginąłem na polu pod Ostrołęką, pod murami Warszawy, gdziekolwiek bądź pod płotem, w rowie, lub w rzece! Dziś miałbym kochankę, która by pamięć moją kochała i modliła się za moją duszę, i nie byłbym zmuszony mówić o nienawiści do przyjaciela, pełnego miłości.

W chwili, gdy słowa te piszę, widzę dachy naprzeciwko śniegiem pokryte, a obok mnie na ścianie zawieszona, spoczywa nieruchomo, cicho flaga mojej łodzi, upstrzona czerwono i niebiesko z białym orłem. Ilekroć ku niej się obrócę, czuję zarazem mękę i słodkie wzruszenie. Nie rozłączę się nigdy z tą flagą, która tak często powiewała między Alpami i górami jurajskiemi, która mię osłaniała swoim cieniem w dni letnie i wraz ze mną znosiła dumnie ulewy i burze jesienne. Na niej wypisana jest historia moich wycieczek i wspomnień z Lemanu. W niej jest miłość moja. Mogłem ją wywiesić tylko ponad mojemi żaglami. Stawiałem z nią czoło tylko wybuchom huraganu, falom i pianie. Powinienem był ponieść ją w środek nieprzyjacielskich oddziałów i, padając, owinąć się nią, jak całunem. Była mi tylko zabawką, a powinna była być znakiem śmierci, sławy i zbawienia. Przeszłość teraźniejszością jest dla mnie. Gdy raz mię weźmie w swe ramiona, nie wyjdę z nich więcej. Straciłem wszystko przez to, że nie walczyłem w Polsce: kochankę moją, sławę, spokój — a przyszła do mnie pogarda zamiast miłości, wstyd zamiast sławy i wyrzuty sumienia zamiast spoczynku.

Tysiąc razy dziękuję za wyszukanie Waleriana Krasińskiego. Napiszę do niego natychmiast i poślę mu list ks. Chiariniego. Powiedz mu o tem, proszę Cię! Zaadresuję, jak zwykle, do Tavistock House itd. Walewski ma dobry smak i jest roztropny. Urządzi elegancko grób swej ojczyzny i będzie go używał jako łoża ślubnego, a lady Montague ułoży się miękko na popiołach i kościach, pokrytych kwiatami, aksamitem i cienkim batystem. Na Boga, człowiek ten rozkoszną wybrał chwilę, by się żenić! Oto, co znaczy żyć w salonach, utrzymywać tancerki operowe i być dyplomatą. Układy w ministerium na Saint-James doprowadziły go do młodej dziedziczki i jest to jedyna pomoc, jakiej Anglia udzieliła Polsce, reprezentowanej przez miłego pana Walewskiego. Nieszczęśnik. Powinien był wywijać bagnetem, lecz miał rozum, takt i znajomość konwenansów, był człowiekiem dobrze wychowanym, starał się o żonę. Dziś się żeni, będzie bogaty, będzie się zakładał na wyścigach, podczas gdy na Syberii, zgarbieni w kopalniach, gnić będą jego bracia i krewni.

Lecz raz na zawsze, nie bądź skłonny do myślenia, że popadnę w dawne moje szaleństwa. Nie. Jestem człowiekiem, który złożył cześć krzyżowi w Kolizeum; gotów jestem do cichego poświęcenia, nie przynoszącego ni współczucia ni sławy, do przebaczenia, do zapominania uraz — lecz nienawiść jest dla mnie przykazaniem boskiem, gdyż ojczyzna, język, obyczaje narodu, są darami Boga, jest więc obowiązkiem bronić ich — zdawać z tego będę rachunek w wieczności. Otóż bez namiętności nie można działać z siłą, a właśnie nienawiść jest uczuciem, niweczącem wszelkie wyrachowania i pcha Cię prosto na drogę, którą powinieneś w imię godności swej kroczyć. Widzisz, nie wystarcza Polskę kochać, należy jeszcze zapytać: „Gdzie jest Polska?”. Jest ona wspomnieniem, a wspomnienie nadaje się tylko do marzenia; do działania trzeba celu lub nadziei, a w położeniu naszem nienawiść jest aniołem światła, który do celu nas doprowadza. Zresztą po cóż uczucia rozbierać. Poznane czy niepoznane, są w nas i rządzą nami. Pisałem Ci, że świat, o którym Ci mówiłem, jest od tego świata różny i miałem słuszność. Nie osiągnęliśmy tego stopnia cywilizacji, co Francja i Anglia, istnieją jeszcze u nas poetyczne uczucia honoru, wiary, niepodległości narodowej, podczas kiedy tu myśli się tylko o dobrobycie, o wolności wewnętrznej, o instytucjach, mających zapewnić szczęście materialne, o wielkiej rewolucji nie politycznej, lecz społecznej, która odbierze z rąk ludzi, wygodnie śpiących, dobrze jedzących i dobrze ogrzanych, własność, ziemię i bogactwa, to jest dobre łóżko, dobre obiady i kominki, by je oddać tym, którzy czuwają, drżą z zimna i głód cierpią. I zwróć uwagę na tę prawdę wieczystą, że, im człowiek jest szczęśliwszy, tem niżej upada. W nieszczęściu tylko jest się naprawdę wielkim.

Szlachta była szczęśliwa i syta zwierzęcem używaniem; padła u nóg stanu trzeciego, który cierpiał i pełen był bólu. Dziś stan trzeci rozkłada się gnuśnie na jedwabistych kanapach, a lud zrzuci go w dół, gdyż on to ma siłę i moc męczarni. U nas przeciwnie, nieszczęście następuje po nieszczęściu. Dlatego też nie dążymy do materialnego użycia, lecz do sławy duchowej, nie dążymy do wewnętrznego zadowolenia, lecz do niezależności narodowej. Gdyż, jeśli się nie mylę, dążenie do dobrobytu właściwe jest ciasnemu sercu, a myśl o wolności narodowej właściwa jest duszy szlachetnej. Lecz wszystkie te szlachetne uczucia zanikły dziś w Europie. Ojczyzna już nie odgrywa roli. Materialne szczęście jest wszystkiem; ci, którzy je posiadają, pragną spokoju, ci, którzy go nie mają, pragną walki, by je zdobyć, a ponieważ wszędzie tam, gdzie jest walka, jest i postęp, ci ostatni są silniejsi w ludzkiem znaczeniu tego słowa, mają przynajmniej wielkość pogańską, lecz ni jedni ni drudzy nie mają wielkości chrześcijańskiej. Dlatego też wierzę w ogromne spustoszenia. Trzeba, by się wszystko rozpadło w ruinę i stało się cmentarzyskiem, i wtedy tylko, a nie przedtem, spodziewam się odrodzenia. My zaś w innem jesteśmy położeniu. Jakkolwiek uciskani, okuci w kajdany, więcej mamy pierwiastków życia od Francji i Anglii; ośmielam się to twierdzić wobec całej ruiny, wobec szalejącej Francji i pysznej Anglii, gdyż w wielkich lasach naszych są jeszcze schroniska dla duchów, tradycji, objawień, gdyż wierzymy jeszcze silnie w prawdę bożą i niewiele trzeba, bym uwierzył, że jesteśmy ludem wybranym z czasów nowożytnych, że od nas przyjdzie odrodzenie, z nas wytryśnieżycie nowe i silne ponad grobowcami Zachodu i Południa, gdy już wszystko w Europie będzie tylko milczeniem i gruzami. Niewola nasza jest tylko przypadkiem chwilowym. A jeśli przez tyle przechodzimy prób, to dlatego, że Bóg chciał czegoś od nas. Karci nas przez cierpienie, a gdy nas oczyści, my tylko sami moc mieć będziemy i siłę, by powstać i iść dalej, pośród tych wszystkich starych narodów, które wtedy osiągną już wiek zgrzybiałości i ostatnich drgawek. Lecz, gdy tak mówię, staję na stanowisku wieczności i nie biorę pod uwagę życia jednego pokolenia ludzkiego, naszego pokolenia, naznaczonego piętnem boskiego gniewu. Gdyż, co do nas, ujrzymy coraz bardziej niszczejący świat Zachodu, a może jednak ujrzeć nie będziemy mogli polskiego świata Północy, wstającego z grobu i zaczynającego sił nabierać. Lecz pocieszmy się, Henryku. Jesteśmy przecież duchami nieśmiertelności! Ludzkość, rozpatrywana w całości, jest boską, w szczegółach — piekielną. Lelewel jest łotrem, chciał wprowadzić szał i występki Zachodu do łona czystości, żywych wierzeń, podniosłości Północy, a wszyscy Polacy, bawiący w Paryżu, są albo ludźmi wyrachowanymi, lub zbłąkanymi, albo też mają słabe głowy.

Myśl o motylu jest bardzo poetyczną i pełną wdzięku, lecz uważam, że rozcieńczyłeś ją w zbyt wielkiej ilości wierszy: „Dlaczego opuściłeś swoje schronienie i swoje miodowe kwiaty” jest powtórzeniem, „Gdzie wałęsałeś się, pijąc wonie” także powtórzenie, zawsze to samo; styl, jak na Marię, zanadto w rodzaju Moora. „Twój lot mojemu podobny” bardzo ładne, lecz wrażenie zmniejsza się przez powtórzenie. Odrzuć je, a ustęp będzie prosty i piękny. Oczekuję z niecierpliwością Twojej paczki. Czy Henrieta nie odpisała? Do diabła, stała się córą milczenia, czcicielką tajemnicy! Czy dostałeś kawałek pledu K.? Moje uszanowanie dla Matki Twojej. Przyjedźcie do Genewy, będzie się czuła lepiej. Nie spodziewaj się mnie ujrzeć w Anglii, zanim przejdzie lat wiele ponad cierpieniami mojemi. Nie jestem stworzony na to, by przed każdym wzrok spuszczać i wolę mieć za jedyne towarzystwo mojego białego orła, niż używać świata za cenę opowiadania swych dziejów pierwszemu lepszemu. Żegnaj, mój Henryku!

Zyg. Kras.

Sen Twój nabawił mię bólu serca. Dlaczegóż ten przeklęty sklepikarz plącze się wiecznie w Twoich myślach? Lecz we śnie tym jest coś dziwnego: Knapp w żałobie, potem ta kobieta, opuszczająca przybraną rodzinę, i Ty, który mówisz chłodno: „Będzie bliżej Genewy”. Wiesz, że sen ten wielkie na mnie wywarł wrażenie. Jest w nim coś mieszczańskiego, lecz czuję, że jest w nim poezja i to poezja, tycząca się sprawy, która mi łzę z oczu wyciska. Dziwne! Gdy po raz pierwszy list Twój czytałem, uśmiech tylko wzbudził we mnie, lecz teraz, gdy go znowu czytałem, zdaje mi się, że mię do płaczu pobudzi. Dlaczego — nie wiem. Sen ma zabarwienie, które mi serce ściska; jest to jakby dźwięk nieokreślony, przychodzący z oddali, oznajmiający, że zabrzmiały gdzieś żałobne dzwony.

Nie czuję się dobrze usposobionym w tej chwili, a jednak modliłem się właśnie. Gdyby w tej chwili Łubieński stał o dwa kroki przede mną, przebaczyłbym mu z głębi serca. Coś niezwykłego wymknęło się ze snu Twojego i objęło mię. Może wszystko to jest tylko słabością, grą wyobraźni. Której nocy Ci się śniło? Dowiedz się, czy nic się nie stało w Tunbridge Wells! Stykaj się często z Walerianem, jest to bardzo dobry i wykształcony człowiek. Żegnaj, kochany Henryku! Chciałbym, byś był w tej chwili ze mną, gdyż oparłbym głowę o piersi Twoje i rozpłynąłbym się we łzach.

Żegnaj, żegnaj, żegnaj!

Mam zamiar napisać do Waleriana; powiedz mu, że piszę do niego. Spytaj się, czy list mój odebrał.

48.Do Henryka Reeve'a

6 grudnia 1831, Genewa.

Drogi Henryku!

Gdyś mi pisał list, na który odpowiadam, byłeś, Henryku, w jednym z tych paroksyzmów radości i szczęścia, przeplatających niekiedy smutki życia i mogących przeistoczyć atmosferę mgły na przestrzeń lazurową i różaną. Dni poprzednich byłeś zapewne rozmarzony i melancholijny, zgięty pod ciężarem istnienia, jednem słowem spleen Cię gnębił. Wreszcie nadeszła chwila przełomu i przez kilka godzin czułeś się lekki, jak ptak, byłeś pełen młodości, życia, dowcipów, życie wydało Ci się przyjemną rozrywką, dymem rozkosznym, wnoszącym się przy każdym Twoim kroku i ulatującym bezustannie ku niebu. Jeśli myśl o mojem małżeństwie z H. mogła Cię zabawić troszkę, jeśli spędziłeś przez nią kilka chwil na sposób francuski, to jestem zachwycony, mój Henryku. Z przyjemnością śledziłeś tę bańkę mydlaną i zdobiłeś ją barwami fantastycznemi i złośliwemi. Przypomniał mi się Sen Nocy Letniej, prawdziwy błędny ognik dowcipu, lekki i zachwycający, stworzony przez rozigraną wyobraźnię. Dobre to na mgnienie oka, lecz zresztą jest to dziecinne i mgliste, są to kwiaty rozsypane, więdnące po chwili, latarnia magiczna, po której następuje mrok. Dziwię się tylko dobroduszności Waleriana Krasińskiego, która posłużyła Ci za podstawę do tej idylli, w której Leach występuje w charakterze kapłańskim, co jest najśmielszym szczegółem tej całej baśni.

A teraz wytłumaczę Ci w kilku słowach kim jest Walerian Krasiński, abyś wiedział, jak zapatrywać się na to, co opowiadać będzie o mojem położeniu w Polsce i moim stosunku do krewnych lub do ojca. Walerian Krasiński ma przeklęte pióro, lecz jest to bardzo dobry człowiek o rozległej i głębokiej wiedzy teoretycznej, który dużo czytał i dużo bywał w salonach. Lecz na tem się kończy jego rola i działalność. Widział tylko powierzchnię praktycznej strony życia i nigdy nie zgłębił ani żadnej intrygi ludzkiej, ani serca ludzkiego. Wzrok jego, gdy patrzy wkoło siebie, nie sięga daleko. Zawracając oczy wstecz, przeniknie przez wieki średnie i dojdzie do założenia Rzymu lub zagadek memfickich. Toteż jest on istotą szlachetną, lecz w działaniu okaże się słabym i niezdecydowanym. Zna mego ojca, ale ojciec mój w porównaniu z nim jest olbrzymem zmysłu praktycznego, doświadczenia, przenikliwości. Toteż nigdy nie zgłębił duszy tego olbrzyma. I jeśli Ci mówi: „Wincenty życzy sobie, abym się ożenił młodo i czemuż by nie z H.”, to znaczy, że, gdybym to uczynił, ojciec mój umarłby i przekląłby mię na łożu śmierci przed zgonem; ojciec mój jest jednym z ostatnich reprezentantów arystokracji polskiej. A teraz połącz to ze swym snem o Neufchatel i ze swoim sklepem korzennym. Tyle co do powiedzeń i twierdzeń Waleriana. A teraz pomówimy o sobie z naszym najlepszym przyjacielem.

Czym Ci kiedykolwiek powiedział, ja, który Ci mówiłem wszystko, że miłość moja do H. miała jakiś cel praktyczny, namacalny, uwiedzenie, lub małżeństwo, że gdy mówiłem o niej przed Tobą, to jako o istocie, którą wielbiłem, lecz której nigdy nie spodziewałem się posiadać na ziemi, duszę raczej w niej widząc, niż kobietę. Kochałem ją, jak nikt jej kochać nie będzie. Byłem zdolny zginąć dla niej, przyszłość swą i majątek dla niej poświęcić, ale nigdy nie prosiłbym o jej rękę i zamienił złudzeń swoich w ciężką rzeczywistość. Od niej pragnąłem tylko serca. Henrieta Willan nie powinna być dla mnie nigdy małżonką, lecz była poetycznym punktem wyjścia dla całego mego życia. Dziś jest moją legendarną przeszłością, moją epoką bohaterską, a choć mną pogardza, zwracam jeszcze ku niej spojrzenia i myśli moje, gdy chcę w pieśń uderzyć lub działać, jak człowiek silny i energiczny. Lecz, gdy twoim pomysłem małżeństwa nasuwasz mi na myśl kontrakt i rejenta, starego ojca i siostry, służbę domową, brata nicponia, przygotowania przedwstępne i cały ciężar uprzęży, którą człowiek, żeniąc się, nakłada na siebie, bezcześcisz wówczas, wierzaj mi, miłość moją i rzucasz błoto i piasek na minione sny. To pierwsza miłość, pierwsza miłość, a nie jakaś lady Montague i jakiś Walewski. To poemat pełen harmonii i piękności, rozpoczynający się szałem, a kończący goryczą — to kształt, w który oblekły się wszystkie moje uczucia, młodzieńcze, gwałtowne i swobodne — to podniosła pieśń zapału, łącząca słodkie wrażenia miłości i marzenia serca z nagłemi przebudzeniami, pogróżkami przeciw gnębicielom i gorącemi nadziejami dla Polski. A przypomnij sobie, jak dźwięki te stały się powolne, majestatyczne i ponure w chwili, gdy nadzieje czy przeczucia urzeczywistniły się, gdy ona myślała, że zgodnie ze swemi przepowiedniami zginę, a ja sądziłem, że ona przez życie całe zachowa pamięć o zmarłym. A wreszcie cała melodia, wszystkie akordy zostały zerwane. Z jednej strony słychać było jeszcze ostatek miłości, lekkie szmery, przez które przebijały już wyrzuty, z drugiej rozlegały się ryki rozpaczy. A po nich przyszło głębokie milczenie. Cała piękność pieśni zniknęła i połowa jej blasku. Dźwięki, które brzmiały jeszcze, stały się dzikie, przenikliwe, przerywane niekiedy; a dziś, jedno tylko ucho, Twoje ucho, jeszcze jej słucha. A z pieśni, jaką Ci opisuję, chciałbyś zrobić żywą i wesołą balladę, odę weselną, hymn radości pod sklepieniem jakiejś kaplicy gotyckiej w starej Anglii. Co za sen! Co za ironia! Lecz nie, historia mojej młodości smutną jest historią. Nie przerobimy jej. Zostawmy ją taką, jaką ją Przeznaczenie ułożyło! W nieszczęściu tkwi świętość, do której z czasem przywiązać się można.

Kochanka moja i małżonka moja — co mówię? „Kochanka”? Tak bym dzisiaj mówił; „ukochana moja”, gdyż dawniej nie byłbym nigdy śmiał jej powiedzieć „kochanko moja” — a więc ukochana moja i małżonka moja nigdy jedną osobą być nie mogą. Jedna była aniołem, czemś o wiele wyższem od kobiety, drugiej może nigdy nie będzie, a jeśli się znajdzie, będzie zwykłą niewiastą, zdatną do cerowania moich pończoch i podawania mi ziółek w dniach choroby. Czy kiedykolwiek marzyłeś, że będzie Twoją małżonką? Czyś jej kiedykolwiek pożądał? Czyś kiedykolwiek z radością i przyjemnością nad myślą tą się zastanawiał? Nie, odpowiem śmiało, gdyż znam duszę Twoją, gdyż krok w krok szedłem za Tobą w Twych marzeniach, poprzez wszystkie szały Twoje. Wielbiłeś obraz, bo wielbić go musiałeś. Lecz nigdy łoże małżeńskie, nigdy pierścień ślubny nie ukazał się, nie zabłysnął przed Twemi oczyma. Skąd więc zrodził się ten dziwny projekt, ta wizja nieprawdopodobna, która zaigrała w skrętach Twojej wyobraźni? Dość dla mnie, gdy ją jeszcze przed śmiercią zobaczę. Nieskończone jej wspomnienie otoczy całe moje życie. Zresztą od dawna już odstąpiłem jej rękę bez zazdrości, bez goryczy człowiekowi, na którego wybór jej padnie, życząc jej, by była szczęśliwa i by mogła pochylać się z radością i rozkoszą nad kołyską swego dziecięcia.

A skąd, Henryku, przyszedł Ci do głowy projekt, mający dać mi spokój? Czyż zrodziłem się do spokoju? Czy stworzony jestem do spokoju małżeńskiego, drobnych przykrości, bezwładu? Życie moje będzie burzliwe, czeka mię niejedna przygoda i, być może, znajdę spokój dopiero między deskami trumny. Zawsze żyło w duszy mojej przeczucie, że nie przeznaczone mi gnić przez całe moje życie na sofie w salonie. I powiedziałem sobie: „By mi nie zbrakło odwagi, bym miał pociechę w chwili walki, niech należy do mnie na ziemi jedno serce, które, gdy odeń odejdę, błogosławić mię będzie słodkiem błogosławieństwem kobiecem”. A wtedy wziąłem Henrietę za rękę i zapytałem ją: „Czy chcesz być moją ukochaną na ziemi, a oblubienicą w niebie?”. Od pierwszej chwili, gdy ją zobaczyłem, myślałem o wieczności, a nie o ziemi, gdyż moje postępowanie względem niej (o które po wielokroć się oskarżałem) wypływało raczej z natchnienia niż z podstępu, i jakaś siła tajemnicza popychała mię, ilekroć przyciskałem ją do łona. Ona sama czuła to dobrze. W dniu, w którym Pan umarł na krzyżu, uklękła i przysięgła kochać mię, nie myśląc o tem, by mię posiadać. Na całej jej miłości czuć było wpływ ponurych przepowiedni, które przed nią wypowiadałem. Wylewała potoki łez na mojem łonie, przestała tańczyć. Czyż tak się przygotowuje do małżeństwa? Czy sądzisz, że taka miłość może zakończyć się salonem, przyjęciami i komfortem? Nie, Henryku Reeve, jeszcze raz Ci powtarzam: nie. Dotrzymała danego mi przyrzeczenia, nawet w ostatnich swoich listach pisała mi, że nie spodziewa się więcej, bym został kiedykolwiek jej mężem. Lecz pozory rozbiły naszą miłość. W dniach mej próby nie chciała uwierzyć we mnie. Wzięła mię za tchórza. Biedna dziewczyna, nie wie, ile jeszcze burz mię czeka i ile razy siły swoje rozwinę! Lecz daleki jestem od myśli oskarżenia jej. Zamknęła się, jako nieodrodna Angielka, we wspaniałej pogardzie, a ja zamknąłem się w jej wspomnieniu, które niesie mi pociechę i poezję. Zobaczyć ją raz jeszcze, uścisnąć jej rękę, powtórzyć jej obietnicę, że jeszcze imię moje dojdzie jej uszu... a potem melancholia długiego pożegnania, a potem prześlę jej imię swoje, a gdy tego nie będę mógł uczynić, ktokolwiek zawsze się znajdzie, by jej donieść o moim końcu. Zresztą, drogi mój Henryku, w liście Twoim więcej było żartów, niż prawdy. Nie oceniam przesadnie, tego, co Tobie zawdzięczam. A jeśli Henrieta jest istotą, która mię najbardziej uszczęśliwiła, Ciebie w tej kategorii szczęścia zaraz po niej stawiam, gdyż kilkakrotnie listami swemi wywołałeś przede mną obraz tej, którą tak kochałem. Przypominasz sobie czasy, gdy nie cofałem się przed myślą wywołania Władcy Ciemności, by ją zobaczyć. I byłbym to może uczynił, gdyby nie spokój, zimna krew i przyjaźń Zamoyskiego. Ty, mój drogi, sprawiłeś, że zjawiła się przede mną. Kilkakrotnie wzbudziłeś we mnie zapał z Salève. Wiele Ci jestem winien i wiem, żem Ci wiele winien, nie tylko za to, lecz i za wiele innych rzeczy. Widzisz, ona mię porzuciła, lecz Tyś mię nie opuścił. Gdy hańba była na mem czole, nie wahałeś się złożyć na tem czole pocałunku przyjaciela, a teraz kochasz mię, jakeś mię miłował w Saint-Cergues. Jestem Ci dłużny wiele!

Z drugiej części swego listu piękną zrobiłeś poezję: Muzyka Webera wśród nędzy i zepsucia nędzy, wśród zbytku i bezczelności zbytku, a Ty oparty i rozmarzony wśród tego świata, krążącego wkoło Ciebie! Ten dźwięczny symbol istoty ubóstwianej, istoty czystej i wzniosłej, rozlegający się nad głowami tylu nierządnic, sprawił, że serce moje zabiło silniej, pełne jakiegoś nieokreślonego uczucia. Dla mnie jest w tem coś ohydnego, a poetycznego zarazem.

Ninetka wróciła z Lugdunu na długo przed zaburzeniami. Zupełnie zdrowa, grywa na fortepianie na ulicy de la Cité. Wątpię, żeby Henrieta Ci odpisała. Gdybyś mógł ją zobaczyć raz jeszcze przed swoim wyjazdem do Anglii, zrób to z miłości do mnie i powiedz jej wtedy, że jedziesz do mnie i że ja, że my, długo będziemy od niej oddaleni.

Piszę ciągle mój poemat polski. Są w tym poemacie pożary i walki, zabawy i rozkosze. Ulegam wpływom czasów, w których żyję. Prawda, że akcja rozgrywa się w chwili, gdy olbrzymie państwo rosyjskie kruszyło się od Bałtyku do morza Kaspijskiego w żelaznych rękach polskich wojowników. Był to wówczas również świat ginący, i zwycięzcy miotali się na jego gruzach z chciwością i śmiałością Hiszpanów Korteza w Meksyku. Toteż można tworzyć wspaniałe obrazy z tych dni tryumfu i żałoby, z tych nocy pożarów i rozpusty. Starałem się przede wszystkiem odmalować istotę fantastyczną, dziecię prawie, pochodzące ze Wschodu i przepalone namiętnościami — następnie uczucie niepodległości i życie awanturnicze wodza kozackiego, który, popłynąwszy w wątłej łodzi w dół Dniestru, przebył morze Czarne, by palić wioski Konstantynopola, podczas gdy sułtan, widząc z okien seraju dym i płomienie, kruszył z wściekłości w zębach swój cybuch bursztynowy — wreszcie zamęt w Rosji, wyprawy wodzów polskich, włóczących się awanturniczo aż do Azji i niszczących ten świat klejnotów, kwiatów i światła, gdzie ludy muzułmańskie zmieszały się z chrześcijańskiemi narodami. Wiek ten był dla nas średniowieczem. Wszystko w nim jest bohaterskie i nosi znamię energii. W Polakach, przebiegających na swych rumakach Rosję od morza do morza, widać olbrzymie szaleństwo, wiarę w siebie, poczucie siły indywidualnej barbarzyńców, którzy runęli na Rzym i Rzym pod nogi sobie rzucili. Tak samo padła Moskwa przed moimi przodkami. Ach, przodkowie moi byli wielcy i wierzyli w Marię. Wzywając jej imienia, cięli swemi szerokiemi szablami twarze swych wrogów i wrogowie padali, by nie powstać więcej. Dawna Polska miała dnie sławy olbrzymiej, a wspaniałej; mało jest narodów, które by tyle zdziałały i podbiły. Dla nas przeszłość jest niebem czystem, rozległem, gwiazdzistem. Zwrócić się ku niej, znaczy ku sławie się zwrócić. Przyszłość nasza tylko z przeszłości wytryśnie i litość mię bierze, gdy widzę, jak tylu ludzi czepia się Francuzów, żebrząc o wzory, jak o jałmużnę, gdy wystarczyłoby im klęknąć przy trumnach ojców, by wyczytać imiona bohaterów. Jakże mali, jakże bez wartości wydają się Dantony i Lamarki tam, gdzie byli Zamoyscy i Sobiescy! Ich potomkowie są niewdzięcznikami. Cała przyszłość ludzi dzisiejszych blednie wobec jednego z grobów tych ludzi z dawnych czasów. Żegnaj, mój przyjacielu!

Zyg. Kras.

49.Do Henryka Reve'a

11 grudnia, Genewa — Genewa, która kilka wieków i lat temu od dnia jutrzejszego, odparła szturm potomków Allobrogów, jak również wdzierających się na mury wymienionych Sabaudczyków, inaczej zwanych „susłami”.

Mój kochany Henryku!

Wczoraj odbył się bal u p. de Combès. K. na nim była. Co do mnie, nie poszedłem nań, lecz spotkałem Aleksandra, który mi go dokładnie opisał. Opowiedział mi, jak K. wyglądała, chodziła, tańczyła. Wszystko Ci podaję. Była rozradowana, wniebowzięta ze szczęścia. Był to jej pierwszy bal tej zimy. Według tego, co mówi Aleksander, przytupywała z radości nogami i trzaskała w palce, jak żywa Hiszpanka, która, rozpoczynając tańczyć fandango, porusza kastanietami. Ubrana była biało od stóp do głowy: suknia atłasowa, takież trzewiczki, bukiet geranium w ręku. Gdy się unosiła poprzez salę przy dźwiękach muzyki, odrywały się liście i kwiaty z jej bukietu i padały na podłogę, by tam zwiędnąć, rozsiewając ślady woni i kwiatów. Tańczyła przez cały wieczór, śliczna, jak anioł, roztargniona, jak dziecię, chwytająca chwilę obecną z upojeniem, niewiele myśląc o przyszłości, a któż wie, może niekiedy przypominając sobie przeszłość. A wtedy, jestem pewien, coś jakby błyskawica przebiegało przez jej duszę, a coś jakby uśmiech po jej wargach. Oto wszystko, co mogę Ci powiedzieć, i to jeszcze według mistrza przesyłam Ci ten opis słaby i nikły, lecz wiem, że jedno słowo, jeden promień słońca, jedna świeca, postawiona w odpowiedniej chwili na stole, jedna woń, barwa jedna, dźwięk oderwany, zaledwie słyszalny, obudzić może w duszy cały świat wspomnień, i oto dlaczego słowo, dźwięk, barwę Ci posyłam.

I ja także muszę Ci opowiedzieć historyjkę. Niedawno temu byłem w Ferney. Duchesne odwiedził tę, której spojrzenie nie jest już z tego świata, a ja podczas tego wszedłem do nędznego szynku tuż koło drogi, by wyczyścić fajkę, potwornie zapchaną i wypełnioną całkowicie gorzkim sokiem. Był to rodzaj pokoju, zadymionego, niskiego, pełnego szaf, z podłogą z cegieł i wielkim kominem, na którym trzaskał ogromny ogień poprzez mokre i zielone gałęzie, dokoła było mnóstwo rondli, a na łańcuchu czarny olbrzymi kocioł, otoczony wrzącą parą. Patrząc nań, myślałem, że zobaczę z pewnością „wieszcze siostry”, i rzeczywiście: obok siedziały dwie wieszcze siostry, ale młode i świeże. Byłoby to zachwycające i nie wywoływałoby wcale ponurego strachu, gdyby mię były powitały jako „tana Cawdoru”.

Jedna była wysoka, dobrze zbudowana, bardzo czerwona na twarzy i żwawa. Jej czarne oczy przewyższały blaskiem węgle, żarzące się u jej stóp, a czarne włosy pękami pukli i kosmykami spadały z jej czoła i w nieładzie spływały na ramiona. Rysy jej wyrażały zapał i życie. Byłyby piękne, lecz nie u służącej z oberży o cerze Kopciuszka. Zresztą jako całość była to piękna kobieta.

Druga siedziała na zydlu z głową pochyloną, opartą na rękach i z wyrazem zmęczenia i głębokiego wstrętu na twarzy. Nie ośmieliłbym się twierdzić, że rysy jej były ładne lub imponujące, lecz zaprawdę, nie widziałem nigdy twarzy bardziej bladej, bardziej omdlewającej, słodszej. Przypomniało mi to słowa Byrona z Don Juana: „Jakby litując się nad upadkiem rodu ludzkiego”. Zupełnie tak wyglądała, a błękitne jej oczy, choć bez siły i bez blasku, rzucające słabe światło robaczka świętojańskiego, miały jednak w sobie coś pociągającego, coś tak wzruszającego w swej skończonej słabości, że chwytały mię za serce spojrzeniem, gotowem każdej chwili zagasnąć. Nie widziałem nigdy rysów, tak doskonale chrześcijańskich. Widać na nich było cień przedwczesnego cierpienia; nic nie miały w sobie z młodzieńczej radości, ni zapału ni nadziei, a jednak pełne były słodyczy, bez śladu oschłości lub sarkazmu. Towarzyszka jej o oczach, jak czarne paciorki, biegała na wszystkie strony, ruszając się żwawo przy zmywaniu talerzy i czyszczeniu noży i śmiała się do rozpukuprzy szmerze ostrzy, ocieranych o drzewo. Ona przeciwnie, nie ruszała się wcale. Skupiona, w milczeniu, pozostawała ciągle pochylona nad ogniskiem. Ja zaś opowiadałem o robotnikach lugduńskich. „Dobrze zrobili, proszę pana”, zawołała czarna, wykręcając w swych rękach jakąś sztukę bielizny, jakby to była szyja dziecka. „Chcą równości. Już od dawna obiecują nam równość w niebie; niechajże naprzód zacznie się na ziemi”. „Osiągniemy ją w niebie” odpowiedziałem „jedynie za cenę nierówności na ziemi, a mówię wam wszystkim, że nie równości, lecz tyranii pragniecie”. — „Ach, tak”, rzekła z uśmiechem kobiety, która szuka wykrętu, „tak, wiem, że równość jest niemożliwa na świecie. Lecz czyż nie dość długo zginaliśmy przed wami kolana? Niech się zmienią role, niech na każdego kolej przyjdzie, do licha!” I wybuchnęła głośnym śmiechem, od którego zadrżałem. Był to przedstawiciel ludu z oczyma młodej dziewczyny a z sercem tygrysiem i głodem w łonie. „Tak więc chcecie, byśmy byli waszymi niewolnikami, a wszystko na to, byście mogli jeść, i pić, i ogrzać się, a wtedy mówicie: »Będziemy szczęśliwi«. Nie wierzcie temu, nie ma szczęścia na ziemi”. — „Wiem o tem także, proszę pana”, odpowiedziała, potrząsając kociołkiem „ale lepiej zjeść dobrze, niż źle. A potem czas już, byśmy zajęli wasze miejsca. Od kiedyż je zajmujecie?” I widać było, w jej wielkiej, płomiennej źrenicy pragnienie zemsty za wszystkie rodzaje pogardy, jakich doznała, zamiatając pokoje lub zmieniając talerze, przynosząc wodę i ręczniki. Wszystko to widać było na jej twarzy, a cała krew nabiegła jej do policzków. Wtedy zwróciłem się do jej łagodnej towarzyszki. „A ty czy nie lubisz rewolucji?” Uniosła swoją biedną głowę — w rysach jej było coś z Emilii Willan, lecz były bardziej harmonijne i spokojne. — „Ach, nie, panie! Nie lubię tego całego hałasu i nieporządku. Gdy się popiją, mówią o krwi i bitwach”. I wskazała palcem sąsiednią izbę, gdzie dwudziestu gwardzistów narodowych upijało się do woli, mówiąc o obronie ojczyzny i klnąc, jak gdyby chodziło o zbawienie Francji przez przekleństwa. Możesz sobie wyobrazić przestrach, malujący się w tych oczach niebieskich i omdlewających. — „Na swoje nieszczęście urodziłaś się w naszych czasach, gdyż nic innego nie zobaczysz przez całe życie”. — „Mówią mi to właśnie, lecz ja chciałabym bardzo jeść swój kawałek chleba w spokoju, w jakiemś miejscu, gdzie nie ma niepokojów, ni rewolucji”. Po czem znów opuściła głowę na ręce i w niewypowiedzianem przygnębieniu patrzała na płonące głownie. Z zewnątrz zawołał mię Duchesne. Wtedy zapaliłem fajkę i, przenosząc swój wzrok z jednej na drugą, zatrzymałem się dłużej na bladej i omdlewającej twarzy, a potem, skinąwszy na znak pożegnania, rzekłem: „Gdybym nie był widział was dwóch, a tylko słyszał zza przepierzenia, jak rozmawiacie, byłbym się domyślił, że jedna ma oczy czarne, a druga niebieskie”. Wtedy podniosła twarz i przyglądała mi się przez chwilę zmieszana, po czem znów opuściła swoją prześliczną głowę. Wybuchy śmiechu drugiej zmieszały się z terkotem kół naszego odjeżdżającego powozu.

Czy nie znajdujesz, Henryku, że była to scena poetyczna i poważna, choć odbywała się w nędznym szynku, i przez cały czas śmiechem była przeplatana? Ludzie, nasycający się winem i myślą o mordach, te dwie młode dziewczyny, tak różniące się między sobą, jedna o duszy dumnej i energicznej, niecofająca się przed tem, co się zbliża, zmywa talerze, marząc o dniu, w którym więcej zmywać ich nie będzie — druga, nieśmiała i złamana, przytłoczona prawie ciężarem groźnych obaw, nie pragnąc nic, prócz okruszyny z uczty bogaczy i spokojnego schronienia, zmuszona do życia między barbarzyńskimi żołdakami, do słuchania ich gróźb, siedząc przy ognisku, pogrąża się w smutnych myślach, zamyka oczy, kryje lice w rękach, ażeby uciec od otaczającego ją świata.

A druga, druga jest kobietą wyzwoloną, o której marzą opętani demoniczni utopiści dni naszych. Nie będzie już potrzebowała męskiego ramienia, by się na niem oprzeć, lecz nie będzie już więcej bóstwem dla serca męskiego; silna, muskularna i namiętna, będzie równie łatwo zarzynać, jak dzieci rodzić. Zerwie zasłonę skromności, a wdzięki jej zwyrodnieją i przeistoczą się w rysy twarde i ordynarne.

Zobaczymy ją, jak postępować będzie swoją drogą, mocna, pewna siebie, nie chwiejąc się i nie padając, będzie krzyczeć i rozprawiać o stanach i o ludach, wymyślać systematy i maszyny parowe. Hańba wieczna tym, którzy chcą, by anioł zeszedł do rzędu ludzi, by miłość była li tylko potrzebą, zaspokojoną natychmiast po jej odczuciu, by nieśmiałość i słabość znikły z tego świata! Ludzie ci tkali płótno, spekulowali kapitałami, pisali książki, chudli, ślęcząc w swoich gabinetach, zrozumieli rewolucje, wyjaśniali symbole, mieli objawienie przyszłości, znaleźli przyczynę i skutki, dużo ryczeli na trybunach, strzelali z pistoletów do regularnego wojska, robili wszystko, o czem tylko pomyślisz, lecz nigdy nie mieli ukochanej. Nie czuli nigdy, o ile bardziej słodko raczej umrzeć dla niej, niż ujrzeć, że cierpi jej sława lub znikają jej wdzięki — Wszystko im przyznaję: rozum, władzę, rozsądek, geniusz, wszystko prócz serca w łonie, a jeśli mają serce, jest to, mój przyjacielu, jedynie kawałek ciała.

Wiersze Twoje są prześliczne, jakkolwiek myśli w nich mało, lecz rytm i styl są tak lekkie, jak wesoły puchar z Johannisbergu, który piłeś, jak dym z cygara hawańskiego, który unosił się koło Ciebie w górę. Wszystkie strofki są muzyką i czarem. Dziwne, że w tych wierszach, powstałych z natchnienia rozkoszy, znajduje się wiele siły. Lecz przecież i „Ostatnia myśl Webera” jest ostatniem westchnieniem ponurej i silnej duszy. Pierwsza strofka: „Pozostań, piękne widzenie” jest także piękna: w głębi kryje się jakieś nieuchwytne zabarwienie goryczy. Mówisz: „Pozostań”, lecz czuje się, że powiesz: „Przeszło”.

Dowiedz się, o ile możesz, czy Leon Łubieński jest jeszcze w Paryżu. Proszę Cię także, mój drogi Henryku, dowiedz się, czy Walerian Krasiński odebrał list mój, pisany do Tavistock House i przyślij mi adres jego w Devonshire.

Podstęp, którego używasz względem swojej matki, nie jest najbardziej wzniośle poetyczny, lecz przebaczam Ci go, ponieważ sprowadza Cię w moje ramiona. Przyjedź, przyjedź, mój przyjacielu! Przepędzimy jeszcze kilka wieczorów, rozmawiając o otaczającym Cię świecie wspólnym. Oba mają swoje dni rewolucji, a miały i dni pogody i oba dążą ku niewiadomemu kresowi. Przyjedź, przyjedź, mój przyjacielu! Uściśnijmy sobie silnie dłonie, skoro jeszcze możemy to uczynić! Siądźmy koło siebie! Czy słyszysz ten wicher północy? Płatki śniegu padają na szyby, by zginąć na nich, jak pszczoły, które umierają po zadaniu ciosu. Nie rozdziela nas ni wicher, ni śnieg, lecz, gdy słońce powróci, gdy ludzie działać zaczną, może trzeba nam się będzie rozstać; każdy z nas podąży do nowego celu, każdy z nas, bez względu na to, czy cel osiągnie czy też go nie osiągnie, myśleć będzie w drodze o drugim, a spotkamy się u końca drogi naszej. Nie mam już kochanki, której mógłbym powiedzieć: „Spotkamy się znowu”. Lecz mam jeszcze przyjaciela, któremu mogę to powtórzyć.

Zyg. Kras.

Uszanowania dla Matki Twojej.

50.Do Henryka Reeve'a

16 stycznia 1832, Genewa

Od dwóch tygodni, dniem i nocą dręczy mię niepokój. Gdzież on jest? Co mu się stało? Czy rozgniewały go listy moje? Tysiące myśli mózg mój dręczyło i była to dla mnie ciężka próba znieść to dwutygodniowe milczenie. A dziś oto dowiaduję się z pisma Twojego wykoszlawionego, konwulsyjnego, skręcającego się pod Twojem piórem, jak ręka Twoja, która się z bólu wykręcała, że chory jesteś i leżysz, powalony reumatyzmem i podagrą. Mój biedny Henryku! Co Ci się stało, u diabła, skąd przyszło to cierpienie? Lecz niech je diabeł porwie tam, skąd przyszło, byle tylko odeszło szybko i na zawsze. Kochany Henryku, ból jest życia obrazem, symbolem, który przychodzi czasem by ludziom przypomnieć, że wśród bólu się urodzili i umrą wśród bólu. Jesteś teraz przykuty, nieruchomy, jak Prometeusz na swej skale, lecz pamiętaj — ziemia ta jest skałą ogromną, a ludzkość olbrzymim Prometejem. Cierpienie jest na tym świecie prawem, a zarazem wielkością jego. Czyż nie czujesz, cierpiąc fizycznie, pewnego rodzaju dumy duchowej, jak gdyby w tej właśnie chwili cierpienie Twoje wystarczało, by Cię wznieść ponad tych, którzy pełni są radości i zdrowia? Często miałem to uczucie. Idź do kobiety, która kocha, i zapytaj, kiedy najbardziej ubóstwia swego kochanka. Jeśli chce prawdę powiedzieć, odpowie: „Na łożu boleści”. Dziś jeszcze pójdę do kasyna, gdzie Konstancja ma zamiar tańczyć i każę jej przez Bineta powiedzieć, żeś Ty, tak młody i pełen poezji, chorobą zgnębiony, bez możności wzniesienia ręki, lub zanucenia pieśni. A zobaczymy czy ta kobieta ośmieli się tańczyć potem. Co do mnie, przeklnę ją całą siłą duszy mojej, jeśli będzie tańczyła. W chwili, gdy rozpocznie walca, powiem jej tylko cichutko, lecz głosem, który, jak klin, wbije się w jej pamięć: „Nie bądź tak hałaśliwa; on Cię słyszy, a ma się bardzo źle”. Trzeba, byś miał łzę z oczu kobiety, westchnienie z jej łona. Jest to konieczne — konieczne!

Nie wierzę, by wojna wybuchła przed wiosną, lecz jest nieunikniona. Kochany Henryku, lecz się starannie! Będę do Ciebie często pisywał. Modlę się do Boga, by choroba Twoja nie miała złych następstw. A za dwa miesiące dwoje rąk przyjaznych uściśnie się nad brzegami Lemanu. Co do billu, mylisz się — przejdzie. Proś, kochany, Matkę Twoją lub kogo ze znajomych o napisanie mi choć dwu słów: Henryk ma się lepiej. O to tylko proszę, lecz proszę usilnie.

Żegnaj, kochany Henryku!

Zygm. Kras.

51.Do Henryka Reeve'a

Genewa, 20 stycznia 1832

Drogi Henryku!

Odebrałem właśnie list Twój z d. 27 grudnia z numerem 3716 zawierający wiadomość, żeś się poznał z Czartoryskim i fragment, który służy za wstęp do Wędrowca. Twój nowy wstęp jest piękny.

Tak więc to Ty zapomniałeś uiścić opłatę na poczcie! Do diabła, myślałem, że to H.! Lecz obecnie już do tego doszło, że list od Ciebie sprawia mi większą przyjemność, niż list od H. Jestem Twojego zdania. Leach musiał zrobić jakieś głupstwo, błazeństwo jakieś, facecję — wracał z Włoch właśnie. Chciałbym bardzo wiedzieć jak się miewasz. Skoro tylko będziesz mógł wstać, sprowadź pocztę i przyjedź tutaj. Oczekuję Cię z niecierpliwością narzeczonej.

Wczoraj do Ciebie pisałem, lecz, list Twój dziś odebrawszy, nie mogłem się powstrzymać od natychmiastowej odpowiedzi; poza tem sądzę, że, leżąc w łóżku, chętnie czytujemy byle jaką bazgraninę. Co się tyczy Badkina i Kremlinu, rzecz ta wydaje mi się niepewna, wątpliwa i obojętna. Bądź przekonany, że przez zbrodnię nic osiągnąć nie można. Wskaż mi choć jedno morderstwo, które by wydało w rzeczywistości wielkie i zbawienne owoce. Cios sztyletu kładzie kres życiu człowieka, lecz nie zasadom. Trzeba nieraz cały naród wytępić, by doprowadzić do zniknięcia jednej idei. Mikołaj jest tyranem, lecz brat jego i syn nie są lepsi od niego. Wielka mi korzyść, zabić jednego człowieka. W ten sposób tylko jeden łeb urywamy hydrze. A potem, skoro tylko zaczynają się te drobne uprzejmości 19 wieku, zwane zwykle zbrodnią, morderstwem, rzezią, nie bawię się dłużej i przyznaję, że nie przypadła mi w udziale dość wzniosła dusza, by podziwiać wyżej wymienione bohaterskie przedsięwzięcia i wielkie czyny. Czuję to — należę do wieków średnich. Wierzę w Jezusa Chrystusa, w potrzebie dałbym się zabić dla ojczyzny, dla kochanki mojej i przyjaciela. Powiedziałbym łajdakowi, że jest łajdakiem, dałbym się uwieść pięknym słówkom i wolałbym zawsze być oszukanym, niż oszukiwać. Zaprawdę, czuję to, jestem stary, jestem głupcem, człowiekiem przeszłości i to mając lat dziewiętnaście; wstyd i hańba! Lecz porzućmy ton sarkastyczny --- nie powinienem był przybrać go w tak ważnych sprawach. Pozostawiam Bogu los Mikołaja. Czy przypuszczasz, że człowiek przejmujący grozą całą Europę, zaślepiony pychą, nie może paść bez ostrza stalowego i ludzkiej ręki? Upadnie w chwili, gdy będzie przekonany, że znajduje się u szczytu swojej potęgi, stoczy się z tronu swojego i padnie między ofiary swoje. Ujrzysz dzień ten, a wtedy powiemy: amen.

Żegnaj, kochany Henryku, mój najdroższy, żegnaj!

Zyg. Kras.

52.Do Henryka Reeve'a

30 stycznia 1832, Genewa

Mój kochany Henryku!

Nareszcie ujrzę człowieka, którego tak kochałem; tego, który wtedy, gdym stracił krewnych, przyjaciół, ojczyznę i honor, był mi jedyną pociechą. List Twój podziałał na mnie, jak stos Wolty. Uczułem, że przeszła przez moje serce iskra zapału i szczęścia i wprawiła w drżenie całą duszę. Bogu dzięki! Zdrów jesteś. Wiele nocy śniłem o Tobie, myślami swojemi otaczałem Twoje łoże boleści. Nie widziałeś mię, lecz byłem tam, u Twego wezgłowia. Pismo moje będzie Ci się dziwnem wydawać, lecz mam ból w prawem oku i osłabienie, nie pozwalające mi oka tego używać, a moje lewe oko, nieprzyzwyczajone do kierowania piórem, błyszczy ponad niem, jak niepewna gwiazda, która ukazuje się wśród burzy ponad masztem i sprowadza barkę z właściwej drogi. Nie móc używać jednego oka, lub też czuć, jak stopniowo słabnie przy używaniu, jest męczarnią, lecz zdaje się, że wszystkie rodzaje prób przypadły mi w udziale. Sądząc z tego, co piszesz, przypuszczam, że nie odbierzesz dwóch listów moich, adresowanych do Londynu, gdyż nie zdążą tam przybyć przed Twym odjazdem. Nie chciałbym, by je ktoś otwierał i czytał, gdyż w jednym z nich znajduje się imię i zwierzenie, którego nie chcę teraz powtarzać, a które powtórzę później, gdy tu będziesz.

Jeśli Bóg mi użyczy sił i wzroku, spodziewam się rozwinąć na Lemanie moją polską flagę ponad głową przyjaciela. Popłyniemy razem pod wdzięcznemi obłokami wiosennemi. Pokłonimy się wirom oparów, unoszącym się ponad górami jurajskiemi i nad Môle, a gdy słońce zajdzie, rozpocznie się różowe konanie Mont Blancu, uściśniemy sobie ręce, jak przed laty, o rok starsi i kochający się bardziej, niż przedtem, gdyż ból i doświadczenia uświęciły naszą przyjaźń. Przez czas rozłąki i dla mnie, i dla Ciebie spłynęła wielkiemi falami gorycz. Obaj znamy ludzi lepiej i dlatego właśnie zbliżymy się bardziej ku sobie. Jak wiele się wydarzyło od owego wiosennego poranku, gdyśmy schodzili z gór jurajskich, z dwu stron przeciwnych! Ty miałeś się rzucić w wir świata, ja zaś starać się skoczyć weń z głową spuszczoną, z rozpaczą w sercu i nigdy tego nie dokonać. Sprawa wielka i szlachetna runęła, oddalała się ode mnie coraz bardziej ta, którą kochałem, wiele dawnych myśli pożegnało moją duszę, osiadło w niej kilka nowych. A Ty? Ty powinieneś do mnie przybyć podobny do olbrzyma. Żyłeś wśród naszego wieku, w wirze zepsucia i intryg, otwarte były dla Ciebie bramy Babilonu, dopuszczony byłeś do uczty Baltazara, a na murach pałacu czytałeś tajemnicze słowa. Widziałeś kilku silnych i energicznych ludzi; były to wyjątki — lud nikczemny, a okrutny oto reguła. Przybądź więc, przybądź, Henryku, i, jak ja niegdyś wsparcia Ci udzieliłem, tak Ty dziś udzielisz mi jałmużny swojej poezji i myśli, mnie, biedakowi, bezsilnemu, który nie ma już na tej ziemi nikogo, komu by mógł powiedzieć: „Chcę umrzeć za Ciebie”. Gdzież moja ojczyzna, gdzież kochanka moja? Wszystko to snem tylko było. Mogę powiedzieć, jak arcybiskup Berkeley: „Rzeczywistości nie ma”.

Nic mi nie piszesz o matce Twojej. Czy przyjedzie z Tobą? Jak się miewa? Myślę, że p. de Roche w dzień Twojego przybycia przypasze miecz. Oznacz dokładnie dzień! Jeśli wolisz, pojadę do Ciebie w szalupie do Coppet i powrócimy do Genewy. Ty, siedząc u steru, i czterech Ladorsów, pracujących u wioseł. A rozmowy nasze będą długie, będą córami północnej godziny. Wśród ciszy rozmawiać będziemy o świecie, o tym świecie, który pochyla się pod naszemi nogami i zstępuje w przepaść. Może przynosisz mi także choć jedno słowo, jedno westchnienie, jedno drżenie powiek od osoby, której rysów, głosu zapomniałem, lecz którą kocham jeszcze. Nie mam już obrazu jej w swojej wyobraźni, lecz tylko wspomnienie, bez kształtów naturalnych, oswobodzone z tego, co ziemskie, wyzwolone z czasu i przestrzeni. Jest to coś podobnego do myśli o duszy, która niegdyś żyła z nami, a potem odeszła na zawsze. Żegnaj! Szczęśliwym będzie dla mnie dzień, w którym Cię ujrzę znowu. Już bardzo dawno tego wyrazu nie wymawiałem, mówiąc o sobie.

Zygm. Kras.

53.Do Henryka Reeve'a

Genewa, 9 lutego 1832 r.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.