drukowana A5
17.02
Lambro

Bezpłatny fragment - Lambro


Objętość:
60 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0937-6

Powieść poetyczna w dwóch pieśniach

Pieśń pierwsza

... Should we again provoke

Our stronger, some worse way his wrath may find

To our destruction; if there be in hell

Fear to be worse destroy'd.....

Milton

I

Falo błękitna, kołysz łódkę Greka,

Niech mu po morzu ściele księżyc złoty

Ścieżki obłędne, niech przed nim ucieka,

Gdy po tej drodze puści żaglów loty;

Kołysz go, falo, i łódkę Majnoty

W samotną morza obłąkaj krainę,

I tam mu powiedz: „Ja nosiłam floty

Na moich skrzydłach aż pod Salaminę;

Płynęłam taką, jaką dzisiaj płynę”.

W Archipelagu zanieś go ostrowy.

Tam góry chmurą owiane błękitną,

Na górach kolumn potrzaskane głowy;

Nad nimi wiecznie kwitnie laur różowy,

Pomarańczowe drzewa wiecznie kwitną

I śniegiem kwiatów zasypują gruzy.

A ludzie — cierpią, że umrzeć nie śmieli;

Twarz ich boleści rysem naznaczona.

Gdyby tu błysnął dawny wzrok Meduzy,

Gdyby ci ludzie, jak są, skamienieli,

Ileż by nowych posągów przybyło,

Łamanych wiecznym bólem Laokona.

Tu nad pomników i ludzi mogiłą

Księżyc posępny płynie co wieczora.

Gdy góry światłem błękitnym przeniknął,

Mgły zasłonami doliny ośnieżył,

Szuka posągów, które widział wczora,

Do których twarzy wiekami przywyknął;

Blady — jak starzec, co na ziemi przeżył

Zagasłe, mrące co dnia dzieci koło;

Gdy wszyscy padną, gdy ostatni padnie,

Tak ma wiekami wyniszczone czoło,

Że się nie chmurzy żalem ani bladnie,

I nikt cierpienia z twarzy nie odgadnie.

II

Archipelagu wysp wieniec różowy

Lekkich kaików przerzynają wiosła.

Jak dawne nimfy, tak dziś te ostrowy,

Przed tureckimi uciekając gwałty,

Odmienne pierwszym biorą na się kształty.

Jak niegdyś Dafne w liść lauru porosła,

Tak dzisiaj Hydra zielona laurami.

Ipsara skalnym błyszczy stroma brzegiem,

Podobna córce głazowej Tantala,

Gdy pod nią śnieżna rozbija się fala,

Wiecznie od czoła wieńczonego śniegiem

Kryształowymi upłakana łzami.

Ipsarskie miasto, jak dłutem snycerza

Ze skał ciemnego łona wydobyte,

Barwy ma szare, od tła nieodbite

I lasem masztów na poły schowane.

Gdzieniegdzie lekka minaretów wieża

Niesie pod niebo szczyty ołowiane.

Tam rzędy okien, od łuny zachodu

Jak mnogie lampy rozpalone, drżące,

Co chwila bladsze, co chwila gasnące,

Już zaszły mrokiem — ale szczyty grodu

Długo złociste miały słońcem dachy.

Ostatnie światło z ciemnością się starło...

Chociaż to miasto na pół obumarło,

Gwar słychać w mieście — bo bezludne gmachy

Głośniejszym odgłos odbijają echem;

Gwar smutny — rzadko pomieszany śmiechem

I tajemniczy jako te odgłosy,

Które wiatr z martwej muszli wydobywa.

W głębiach haremów lśniące perłą rosy

Palą się róże — smutno słowik śpiewa;

Przez szczyty murów na ciche ulice

Wonnych akacji zwieszają się kwiaty;

Czasem pochodnia błyśnie spoza kraty;

Księżyc turbanu olśni bawełnicę.

To Turek dąży w znajomą gospodę,

Co inne gmachy przenosi wytworem;

Gdzie wielkie kotły wrącą źródeł wodę

Leją w kanały złotym dziwotworem;

Ta z kłębem pary wytryska w fontanny

I wieczną walkę z zimną siostrą toczy,

Opryska warem, parą ją omroczy,

Wprzód nim zezwoli iść do wspólnej wanny.

Tam woń arabskich napojony duchem

Przechodzi Turek w marmurowe sale;

Jedna za drugą wiążą się łańcuchem,

Kłamane dalej w zwierciadeł krysztale.

Tam Grek usłużny obiega wokoło,

Dla muzułmanów nie szczędzi ukłonu:

Do ziemi chyląc osiwiałe czoło

Nalewa mokkę w łono róż z Japonu;

Potem przed Grekiem stawia czarę z gliny,

Chowając aspra, do czary nalewa

Napój z makowej tłoczony rośliny,

Co śmierć sprowadza — jak cień tego drzewa,

Które usypia snem głębokim zgonu.

Mrok spada w dymu stambulskiego chmurze,

Gdzieniegdzie tylko z Etrusków wazonu

Widać w połowie wychyloną różę;

Gdzieniegdzie błyszczą sztyletów głowice;

Tam nieruchome wyznańców turbany

Porosły kołem jak łąk tulipany;

Nad turbanami palą się księżyce.

III

Wchodzi do sali młody Ipsariota,

Jak u śpiewaka twarz blada i smutna;

I na ramieniu miał kapotę z płótna,

Niegęsto nićmi przetykaną złota.

Widać z gitary — znać po blasku oka,

Że z pieśnią sioła i grody przebiega...

Wnet go tłum Greków dokoła oblega,

Wypuścił bursztyn wierny syn Proroka.

Greki i Turki zarówno ciekawi,

Jaki głos śpiewak, jaki lutnia wyda.

Czy ich upiorów powieścią zabawi?

Czy brylantową bajką Alraszyda?Śpiewak po sali wiódł wzrok obłąkany,

Jak gdyby liczył tureckie turbany;

A potem spojrzał w mnogie Greków twarze

I gdy w nie patrzał — znalazł dźwięk w gitarze.

Powieść Greka

IV

Małe tu znajdę dla pieśni pokupy,

Miłość ją kraju i rozpacz uprzędły.

Tu zżółkłe twarze — może serca zwiędły?

Miałem tu znaleźć ludzi — widzę trupy.

Niezdolni z życia wybić się skonaniem,

Wyście odważni — lecz na pół otrucia,

Wyście przywykli zabijać pół czucia

I zmartwychwstawać, lecz półzmartwychwstaniem,

Wiecznie okuci w żelazne ogniwa.

Pieśń często z kajdan iskry wydobywa;

Więc będę śpiewał i dążył do kresu;

Ożywię ogień, jeśli jest w iskierce.

Tak Egipcjanin w liście z aloesu

Obwija zwiędłe umarłego serce;

Na liściu pisze zmartwychwstania słowa;

Chociaż w tym liściu serce nie ożyje,

Lecz od zepsucia wiecznie się zachowa,

W proch nie rozsypie... Godzina wybije,

Kiedy myśl słowa tajemną odgadnie,

Wtenczas odpowiedź będzie w sercu — na dnie.

Myśl syna pieśni ciemna, niezgłębiona,

Jest jako fala umarłego morza;

Co jej powierzysz, wnet wyrzuca z łona,

Lecz barwą ciemnych głębi przyodzieje,

Da nieśmiertelność kamiennego łoża,

Kwiat w niej nie tracąc barwy kamienieje.

Lecz jeśli wieszczek nie znajdzie wyrazów,

W głąb jego serca słuchacz nie dosięga;

Często podobny sam do zimnych głazów,

Choć pieśń ognista w myśli się wylęga;

Często go słuchacz odbiegnie wesoły...

A pieśń, co ledwo dopłynie połowy,

Jak mórz zamarłych owoc rubinowy

Bezpłodne w sobie zamyka popioły.

V

Niegdyś nam północ miecz podała w dłonie,

A potem chytra bezsilnych odbiegła.

Widziałem walkę — widziałem to błonie,

Gdzie siła naszych rycerzy poległa.

Ja byłem dzieckiem i patrzałem z chaty...

Powietrze chmura proporców krajała,

W tureckich szykach lśnił księżyc bogaty,

Nad nim dym srebrny wyrzucały działa,

Stamtąd huk leciał, stamtąd ziemia grzmiałaI grad pocisków wyrzucały spiże;

A stąd, zachodnim złocone promieniem,

W ten dym ognisty szły błękitne krzyże

Z upornym, z głuchym rozpaczy milczeniem.

Potem je dymy spiżowe pożarły,

Mignęły w ogniu złote — i pobladły.

Przed nocą wszystkie szeregi wymarły

I wszystkie krzyże w szeregach upadły.

VI

Tak się zwycięstwa przeważyły szale...

Lambra tureckie ominęły gromy,

Wdarł się na skałę — całą noc na skale,

Patrzał na groby, na groby bez końca!

I tak nazajutrz jeszcze nieruchomy

Błyszczał w promieniach wschodzącego słońca...

A stamtąd poszedł błąkać się po świecie.

Lecz nie samotny — znalazł się ktoś drugi,

Co przy nim giermka podjął się usługi;

Kto to był taki? — może odgadniecie.

Po długich latach z krainy wygnania

Ujrzał, jak Grecy z wiatrem na wyścigi

Nieśli po górach hasło zmartwychwstania;

Pieśń grzmiała w dzwonach — była to pieśń Rygi.

Ale niedługo Grek o szczęściu marzy,

Kolejno w siołach milkła pieśń i dzwony,

Gdzieniegdzie snuł się Kleft — lecz zakrwawiony,

I z krwią miał rozpacz przysechłą do twarzy.

Płacz, narzekanie wstrząsa Greków chaty,

Echami skał się rozpłakały łona.

,,Jutro” — wołają — „na maszcie fregaty

Haniebną śmiercią młody Ryga skona”.

VII

Na dzikich brzegach skalistej Ipsary

Wznosi się klasztor wysoko nad morze;

Krzyż jego pierwszy wita ranne zorze,

Ostatnie słońcem złocą się filary.

Koło klasztoru bez czoła kolumny

Stoją jak palmy pozbawione liści.

Tam mnich pracuje koło własnej trumny,

Tam od tureckiej uciekł nienawiści...

Ów dzwon, co dzisiaj ogłasza pacierze,

Nieraz do broni powoła Majnotę;

Nieraz od Turków okrążone wieże

Czoła dział srebrnym uwieńczają dymem,

Z tych okien błyszczą spiżu paszcze złote

I mnich pokorny staje się olbrzymem.

Nieraz rozpaczy naglony potrzebą

Rozwala miną poświęcone ściany;

Rzekłbyś, że mnich ten chce zdobywać niebo

Skał odłamami jak dawne Tytany.

Na niższych skałach cmentarz muzułmanów,

Czarowny, cichy, pełny drzew i kwiatów,

I dłutowanych w marmurze turbanów,

Jak odłam z rajskich oderwany światów

I przesadzony na skalne urwiska.

Tam byłem wczora... Słońce zachodziło...

Za marmurowe skryty grobowiska,

Widziałem dwoje ludzi nad mogiłą;

Widziałem Klefta i Greczynkę młodą.

Ona — do Peri podobna urodą,

Jak była piękną, wyraz nie okryśli!

Gdy długo, długo patrzałem w jej lica,

Kiedy się potem obudziłem z myśli,

Tak byłem tęskny — rozmarzony — smutny,

Jak gdybym długo patrzał w twarz księżyca.

Snadź, że jej życie był to czas pokutny

Za całą przeszłość szczęścia pogrzebaną;

Miała na twarzy smutek — lecz nie żałość,

Barwę koralu łzą nie opłukaną;

Rumieniec tonął w bezpromienną białość,

I w białych szatach stała między drzewa,

Wpół przeświecona blaskami zachodu,

Podobna srebrnej fontannie ogrodu,

Z której wiatr mgliste warkocze odwiewa.

Kleft, znać z ubioru, był kiedyś rycerzem

I wierne rysom członków nosił szaty,

Piersi jedwabnym zamknięte pancerzem,

Co się od słońca w różne barwy łamie,

Wypukło w złote wyszywany kwiaty;

I miał kapotę rzuconą na ramię,

Białą jak śniegi — i pas złotolity,

Nogę złoconym wiązaną rzemieniem,

Małą misiurkę, której aksamity

Pod kruczych włosów tonęły pierścieniem,

Na niej w misternie ułożonej zwiciWęzeł w złociste rozpadał się nici.

Choć stłumionymi przemawiali słowy,

Mogłem dosłyszeć ułamków rozmowy.

VIII

„Lambro! ty w słowach dajesz mi obłudę,

Nie odpowiadasz szczerze, gdy zapytam.

Na twoim czole z przerażeniem czytam

Ostatni stopień wszystkich nieszczęść — nudę.

Blask twego oka nie odbłyska z duszy.

Serce jak brylant, chociaż się rozkruszy,

W każdym odłamie iskra się zawiesza,

A każda czystym lśni tęczy promieniem;

Lecz na twym czole jakiś szatan miesza

Rozpacz ze śmiechem, śmiech blady z cierpieniem...

Ty jesteś z ludzi, których serce żywi

Łzami — lub gorzką trucizną laurową.

O! bo też prawda, że my nieszczęśliwi,

I czasem czuję, że pociechy słowo

Ma dźwięk szyderczy i na serce spada.

Gdy myślą wracam w przeszłości krainy,

Widzę, jak przy nas stojąc rozpacz blada

Czekała szczęściem niepełnej godziny,

Aby się poznać z nami — i być z nami...

Czekała długo — przyszła, choć nieskora;

Ze wspólnych myśli jednego wieczora

Myśmy się w stronę rozbiegli myślami.

I dziś mi nie chcesz odkryć serca głębi,

Milczysz?...” —

      — „Dziś nie chcę zabijać słowami,

Bo każde słowo do serca utonie

I tak jak sztylet dreszczem je oziębi;

A potem długim rozpamiętywaniem

Jak żar piekielny rozpali się w łonie,

I potem, potem — cała przyszłość twoja

Stanie się długim i ciężkim konaniem.

O! patrzaj na mnie — ta złocista zbroja

Dzikiego Klefta nigdy nie stroiła,

Zmieniłem szaty — tyś serce zmieniła.

Winnaś wyczytać na pobladłym czole

Myśli ukryte i obecne bole,

I wszystkie zbrodnie — a żądasz wyrazów!

Tak jak wędrowiec wśród grobowych głazów

Nie umiesz czytać napisów cmentarza?

Więc poznaj Lambra, jak ludzie poznali...

Jam dzisiaj królem błękitnawej fali,

Mszczę się... Dziś czarna bandera korsarza

Rzuca cień śmierci, gdzie dosięgną działa:

I zapomniałem zetrzeć z mego czoła

Cieniu, co dzisiaj rzuciła nań rano;

Otarłem tylko szablę krwią skalaną.

Kłócę niebaczny spokojność anioła...

Na pół przeklęty, na pół zapomniany,

Rozpalam ogień miłosnej pochodni

I wiążę serce dwoma talizmany,

Wielkością nieszczęść — i wielkością zbrodni.

Mój obraz kształty przybierze olbrzymie

W głębi twej duszy — jak anioł upadły,

We krwi skalany — w dział omglony dymie,

W blasku brylantów i złota wybladły.

O! bo ja miałem wielką niegdyś duszę!

Lecz gdy ją znudził smutek jednobrzmienny,

Idę wśród ludzi jak przez las jesienny,

Kędy pod stopą zżółkłe liście kruszę,

I gardzę liściem, co ścieżki pozłaca

Barwą uwiędłą — lecz szum ich zasmuca!

Wolę, niech moją łodzią fala rzuca,

Niechaj mi wzgardą za wzgardę odpłaca.

Morze — to wielka mogiła stworzenia,

Dumającemu na niej myśli płyną.

Nieraz na fali umieram z pragnienia

Jak obciążony Tantalową winą,

I mogę niebo przeklinać — i morze.

Usłałem sobie rozwahane łoże,

Co mi piastunki daje kołysanie;

Bo spać nie mogłem na ziemi — a teraz

Często mię zorza śpiącego zastanie

I nie obudzi skrawym światłem — nieraz

Działo mi dając ranne powitanie

Zbudzić nie może — często sen przedłużę,

Aby w tym życiu żyć jak najmniej — nie snem.

Dziś nieszczęściami są mi niebios burze,

Lina zerwana ujęciem niewczesnem;

Mam jeszcze czucie... bo dziś mię rozczula,

I łzy mam w oku, gdy rozryje kula

Maszt, z którym długie przebiegałem drogi,

Wycięty z rosłej Epiru topoli,

Co mi rodzinne wspominał rozłogi;

Lecz gdy mrą majtki, wtenczas po niewoli

Na moich ustach błyszczy uśmiech dziki,

Jak gdybym szydził, że niezręczni byli

Śmierci uniknąć — a ci ludzie żyli

Ze mną przez długie lata trosk, cierpienia,

Jak krwi tygrysy — druhy — niewolniki...

Ostatnia miłość, miłość przywyknienia,

Skamieniałego serca nie poruszy...

Ze złotem stawię człowieka na szale,

A potem złoto rzucam w morskie fale,

Jakby w tym była jaka wielkość duszy”. —

IX

Słucha dziewica, jej rumieniec mgławy

Zrazu rozkwitał i blasku nabywał...

Gdy zaczął mówić, to uśmiech ciekawy

Twarz jej oświecił — we łzy się rozpływał

I znów powracał tak w odcieniach zmienny,

Że słów kochanka wydawał się echem;

A gdy ten uśmiech gasiła zgryzota,

Gdy obumierał zadumaniem senny,

Podobną była do niewiasty Lota,

W chwili gdy tonie ostatnim uśmiechem

W nieodgadnioną boleść, w sen kamienny,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.