drukowana A5
25.52
Krysia bezimienna

Bezpłatny fragment - Krysia bezimienna


Objętość:
137 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0200-1

Rozdział I

List królewny Anny Jagiellonkido pani Niewiarowskiej

Urodzona, wdzięcznie nam miła! Zdrowie Waszej Miłościnawiedzamy którego WM. od Boga wiernie mieć życzymy naczasy długie. Moja najmilsza pani Niewiarowska! Tak, jakoWM. wyrozumieć raczyłaś z listu Kasieczki mojej, która pisałaz rozkazania mego do WM., tedy racz wiedzieć, iż to wola moja,abyś WM. tę panienką miała przy sobie z kilka niedziel, a wyrozumiała, jeśliby była godna ku służbom moim, do chowaniarzeczy i do pokoju mego. Ukazowała mi Kasia list, który miałaod paniej Zborowskiej: posyłam go WM., wszystko wyrozumiesz z niego. Prosimy, byś nam WM. odpisać raczyła. Za czymBogu Waszą Miłość poruczamy. Panie Boże, daj WM. wszystko dobre.

Dan w Ujazdowie 7 Junii 1572

Anna

z bożej łaski królewna polska

Odpowiedź pani Niewiarowskiej

Najmiłościwsza Królewno, Pani a Pani moja dobrotliwa! Korne dzięki uniżenie składam za one słowa tak zbytnio łaskaweku niegodnej osobie mojej zwrócone. Zawżdy ochotnie bieżę,kędy jest okazja do przysługi Jej. Tak samo też, odczytawszypisany do mnie w maju miesiącu list Kasieńki, nalezienia przystojnych obyczajów panny, ku Waszej Królewskiej Miłościusłudze żądający, zaraz się wedle tego zakrzątnęłam. Jak mi toW. Kr. M. raczyła zalecić, trzy niedziele już chowam w domumoim panienkę, raczej dziewuszkę, którą skwapliwie ośmielamsię raić. Jest to córka sołtysa ze Służewa, majętności panakasztelana płockiego. Jej wielmożność pani kasztelanowawzięła siedmioletnią na swój dwór i tam przykazała chowaćpod okiem doświadczonych służebnych, robótek białogłowskich uczyć, do posługi zaprawiać, nawet czytanie a pisaniebakałarz dzieci pańskich z własnej woli dziewczynie pokazował. Marysia Krupska (tak się dzieweczka zowie) przebyładrugie lat siedem na kasztelańskim dworze, lecz dla śmiertelnej niemocy matki musiała wracać do domu. Niebawem pomarła sołtysowa, lecz ojciec przetrzymywał córkę z dnia nadzień, nie chcąc pozostać sam w swej żałości. Niemal o tymżeczasie i na tę samą chorość zmarła nieznana podróżna, którąsołtys przyjął z córeczką litościwym sercem. Dziecko niesamowite jakieś, płochliwe, po zgonie matki kryło się po kątachjak myszka. Ino Marysinej spódnicy rade się czepiało i wszędyza nią biegało. Widząc, że się jej powrót do Płocka odwleka,napisała Marysia list do pani kasztelanowej, prosząc pokornieo zwolnienie ze służby, które otrzymawszy pozostała przy rodzicu. Sołtys atoli ożenił się po raz drugi. Marysia, nie śmiejącprzykrzyć się pani kasztelanowej o powtórne jej w swój domprzyjęcie, u proboszcza szukała rady. — Do tejże parafii jakna szczęście i moja wioska należy, a pleban wiedział ode mnie,iże pilno poszukuję służebnej i nie byle czego mi potrza. — Jednym słowem, jako nadmieniłam wyżej, Marysia Krupskajest u mnie już czwarty tydzień i bez nijakiej obawy żarliwieją Miłościwej Królewnie a Paniej mojej zalecam.

Dalszych rozkazań oczekując piszę się W. Kr. M. wierną, aczniegodną sługą.

Marcyjanna Niewiarowska

P. S. A że to staremu co najważniejsze najrychlej z głowywietrzeje, tedy i ja dopiero przed samym wysłaniem pismawspominam szczegół, który moje najlepsze chęci łacno gotówobrócić wniwecz. Taka bowiem jest niedogodność, że MarysięKrupską ino samowtór mieć można, czyli społem z siedmioletnią Krysią niebogą. Próbowałam ja wszelkimi sposoby usunąć dziecko, ale wszystko nadaremno; na krok swej opiekunkinie odstępuje. A gdy je siłą rozdzielono, dziecina aż się zapamiętała: strach był niezmierny, niczemeśmy ją docucili. — Raczy tedy Miłościwa Królewna wolę swoją pacholikowi memuobjawić, tak czy owak, której posłusznie się akomodowaćpośpieszę.

Przeczytawszy list, Anna Jagiellonka złożyła gruby, szarypapier we czworo i zmarszczyła brwi w zamyśleniu, niepewna,czy się zgodzić, czy odmówić.

Chylące się ku zachodowi słońce wpadało do komnaty dwoma oknami; przy tych oknach ustawione długie krosna opartena kozłach, a u krosien cztery panny dworskie wyszywałyatłasowy obrus do kościoła złotem i perłami. Ulubienicakrólewny Anny, Kachna Leszczyńska, najstarsza z dziewcząt,haftowała pilnie, oczu nie podnosząc od roboty. Trzy młodszeskupiły ciasno głowy i szeptały:

— Pojrzyj ino, Baśka, jak to jej miłość usta zacisnęła...jeszcze więcej niż zawżdy — mruknęła Jagna Kłodzińska — głowę skłania raz na prawo, raz na lewo, coś jej widno niedo smaku w tym piśmie.

— A palcami przebiera po stole... widzicie? — dorzuciłaBaśka Szczepiecka, naśladując ruch ręki królewny. — O...jak jej to sprawnie biegają one cienkie, suche patyczki! — I zakrztusiła się tłumionym śmiechem.

— Pewnikiem otrzymała zapowieść od jakiego zamorskiegokróla, jako niebawem dziewosłębów przyśle — szepnęła jejJagna w samo ucho.

— Aha, nie co inszego to musi być — przygryzając wargiodparła Baśka. — A jej miłość się sroma, sama nie wie, copocząć; nie dziwota: wszak ci młoda jak jagoda, jeszcze jejnie pora.

— Aa... bo czemu to królewna miłościwa nas się nie zaradzi! — strojąc przemądrzałą minkę dorzuciła Ewunia Reyówna.

Panna Leszczyńska podniosła głowę od krosien i zmierzyłaswe towarzyszki surowym wzrokiem.

— Za długo ręce próżnują, raczej byście dały spocząć językom — rzekła z gniewem. — Rozumiecie może, com jest ślepaalbo głucha? A ja od chwili już daję pozór na was. Żadnaigły nie wbija w robotę, a pogwarka... wstydno mi, żemsłyszała.

— Żali fraucymer miłościwej królewny to jasyr tatarski? — zuchwale odburknęła Baśka. — Ino szyj a szyj? Wszakci każdemu wolno poweselić się krzynę.

— Połowicę dnia macie na weselenie; służba u naszej panicale nie ciężka. A za łaskawość niezmierną, dobrotliwe sercejej miłości czym płacicie? Powtarzam, wstydno mi za was.

— Pożyczyłaś szalki u pana medyka Czeszera, co tak ważysz każde słówko? — głośniej trochę odcięła Jagna. — Spróbuj położyć na jednej swoje latka, a na drugiej którejkolwiekz nas, wielebna przeoryszo. Mniemasz, co nie wiemy, iżeśstara jak Matuzal? Dwadzieścia i dwa minęło ci w świętąKatarzynę... hi, hi, hi!

— A ja trzynastu jeszcze nie mam! — z tryumfem rzuciłaEwunia.

Jagna skurczyła nosek i przymrużyła jedno oko; Basia pokazała koniuszek języka, udając, że ślini jedwabną nić, a Ewaswoim zwyczajem odęła wargi w spiczasty dziobek. W głębiserca jednak i one wstydziły się niemądrych żartów i przycichły wszystkie. Jakiś czas cicho było w komnacie, ino igłyskrzypiały po atłasie.

Tętent koni i turkot kół za wielką był pokusą; zerwały sięwszystkie od krosien i poskoczyły do okna; ani statecznaKasia nie usiedziała przy robocie.

— Oho! Cóż za kolebka na pasach! Goście do jej mości! — wrzasnęła piskliwie Jagna, zapominając o obecnościkrólewny. Ewa szturchnęła ją w bok.

— Cicho, bo dostaniesz!

— A cóż to? Prawdę mówię, goście... nie powiadam, żeswaty.

— Choć ta i w starym wieku o męża łacno — dodała przemądra Ewa — zwłaszcza gdy się jest infantką.

— Barwa najmiłościwszego pana! — krzyknęła Basia zdziwiona, dawno już bowiem nikt ze dworu nie zaglądał do Ujazdowa.

— Ee... miałyśmy się czego kwapić... kanonik jakiś aboliopat wysiada stękający, przygarbiony.

— Siadajmy, siadajmy — przynaglała Kasia do roboty — miłościwa pani jeszcze wczoraj dziwowała się, że środkowagałązka dotąd nie wykończona, chocia dwie nad nią ślęczą.

Basia Szczepiecka, duża, koścista dziewczyna o niezręcznych, zawadiackich ruchach, odwróciła się z rozmachem;trąciła sobą krosna.

— Ojoj... perły się rozsuły! Matko Chrystusa Pana! — porwała drewnianą krubeczkę omal próżną i rzuciła się naklęczki.

— Pomóżcie, na miły Bóg, coby żadna w szparze nie ostała!

Padły wszystkie plackiem na podłogę i skrzętnie wydrapywały drogocenne paciorki spomiędzy listew i nieszczelnychdesek.

Anna Jagiellonka nie zwracała uwagi na rozmowy przykrosnach, nie słyszała wykrzyknika Jagny o nadjeżdżającymgościu ani też spostrzegła połowu pereł. Kłopotała się wciążlistem pani Niewiarowskiej. Przydałaby się bardzo do osobistych usług owa zachwalana Marysia Krupska, gdyż innepanienki, zepsute łagodnością królewny, nie zawsze — z wyjątkiem Kasieńki — pamiętały o swych obowiązkach. Takasłużebna z dobrej szkoły była nabytkiem nader pożądanym.Ale to dziecko... kilkoletnia dziewczynka! Kto się nią zajmie?Gdzie ją podzieć?

— Kachna!

— Słucham waszej królewskiej miłości! — odpowiedziałapanna Leszczyńska podbiegając.

— Przysuń zydelek, usiądź i uważ, co ci powiem; a wy poniechajcie igieł — dodała do trzech par zaiskrzonych ciekawością oczu — możecie iść na wirydarz, pobiegajcie sobie,dość roboty na dzisiaj.

Dworki pospuszczały nosy na kwintę i wysunęły się gęsiegoz komnaty. Lecz zanim jej miłość rozpoczęła naradę ze swąpowiernicą, uchylił ktoś drzwi od przedsionka powoli, ciemnagłówka pazia zajrzała ostrożnie, po czym wszedł chłopaczekdwunastoletni i zatrzymał się u progu wyprostowany jakstruna.

— A co tam takiego? — spytała królewna, nierada, że jątak nie w porę nachodzi.

— Gość przyjechał — odpowiedział krótko.

— Skąd?

— Z Warszawy.

Anna porwała się z ławy i przycisnęła ręce do piersi.

— Kto taki?

— Wielebny ksiądz Roguski.

— Lekarz miłościwego pana? Do mnie?

Po krótkiej chwili powtórzyła smutnie:

— Lekarz miłościwego pana... ach tak... kogoż inszego mniemałam ujrzeć! — westchnęła, usiadła na powrót na ławiei obojętnym tonem rzekła do pazia:

— Powiedz jego wielebności, że uprzejmie nań oczekuję.Ty, Kasieńko, zajrzyj do Marcinowej, co tam przyrządza nawieczerzę. Miał być krupniczek jaglany ze skwarkami i cielęca główka w kwaśnej juszce. Powiedz, niech dogotuje natrzecie danie suszeniny ze śliwek i jabłek na rzadko. Miodemsowicie posłodzić i do loszku wstawić, coby do cna wyziębło;mdli mnie słodka warza, gdy letnia. Przyjdziecie wszystkiecztery do stołu. A dojrzyj pilnie, coby te kozy przyczesałysię gładko i umyły ręce.

Z czterech sióstr Zygmunta Augusta, najstarsza Izabela byłakrólową węgierską, Zofia poślubiła księcia brunświckiego,najmłodsza, Katarzyna, Jana Finlandzkiego, który został później królem szwedzkim, jedynie Anna zwiędła w panieńskimstanie.

W dzieciństwie sercem najbliższa bratu, wzajem przez niego kochana, od śmierci Barbary, pełna współczucia dla złamanego cierpieniem Zygmunta Augusta, pocieszycielką chciałamu być w nieszczęściu, lecz obumarłe jego serce zamkniętebyło nawet dla siostry.

Ze względów dynastycznych ożenił się król po raz trzeci,ale nieuleczalnie chora żona budziła w nim taką odrazę, żepo niedługich latach odsunął ją precz; mieszkała osamotnionaczas jakiś w Radomiu; w końcu wróciła do brata, cesarza niemieckiego Maksymiliana, i wkrótce potem umarła.

Stosunek Zygmunta z Anną pogorszył się w ostatnich latach: surowych obyczajów niewiastę gorszyło lekkomyślne życie brata. Niejeden raz robiła mu wyrzuty, napominała godo naprawy; napomnienia odniosły taki skutek, że król zniechęcił się do siostry, która wzajem nie chciała się z nim spotykać.

Dziś na wiadomość o gościu z Warszawy serce Anny uderzyło nadzieją: a nuż zatęsknił za nią i przyjeżdża, niepomnyuraz, spragniony pojednania?... Nie, to był tylko ks. Roguski,którego prawie nie znała.

Jasiek Chojnacki śmiało tym razem otwarł drzwi, wyprzedzając jego wielebność jednym krokiem, i oznajmił gościa miłościwej pani.

W progu stanął wysoki mężczyzna w czarnej sutannie.Skłonił się nisko królewnie, co mu tym łatwiej przyszło, żez przyzwyczajenia czy z choroby trzymał się bardzo pochyłoi mimo olbrzymiego wzrostu wyglądał na ułomnego. Człowiekto był niepospolicie uczony, znakomitej sławy matematyk,doktor filozofii i medycyny, od kilku lat już, czyli od czasuniedomagania króla, miał w swej pieczy zdrowie ZygmuntaAugusta, pospołu z księdzem Piotrem z Poznania, równieżwielce biegłym w sztuce lekarskiej.

Laudetur Jezus Christus — powitał gość boskim słowem siostrę królewską.

Anna Jagiellonka odpowiedziała również po łacinie, wstałaz ławy i postąpiła kilka kroków naprzeciw księdza. Przywitałago raz jeszcze bardzo uprzejmie i wskazała wygodny zydelz oparciem, zasłany grubym kobierczykiem.

— Usiądźcie, wielebny panie — rzekła — radują mnie wasze odwiedziny; tuszę, że nie utrudziła was zbytnio krótkadroga z Warszawy.

— Krótkać ona, to prawda, ale gościniec zepsuty po wtorkowej burzy; chybotało kolasą niczym arką czasu potopu.Dziękować Bogu kości jeszcze całe.

— Jakież dobre wieści niesiecie mi od miłościwego króla,wielebny księże?

— Niestety, miasto weselić, zasmucić mi przyjdzie wasząkrólewską miłość: źle słychać w Warszawie.

— Nie odgaduję znaczenia waszej mowy, a lękam się pytać.Pisał mi przed miesiącem pan oboźny Karwicki, że najdroższybrat mój zaniemógł na bezsenność i brak smaku do jadła.Ufam, że ta lekka chorość ustąpiła bez śladu.

— Jeżelim się ośmielił niepokoić waszą miłość — rzekłksiądz — to właśnie z onej smutnej przyczyny...

— Z przyczyny?... Przerażacie mnie, wielebny panie!

— Nasz król miłościwy bardzo chory...

— Pogorszyło mu się od owego zasłabnięcia?

— Wasza miłość raczy być przygotowaną na najgorsze...

Jęk bolesny wydarł się z piersi Anny.

— Jezu miłosierny! Umarł król?

— Jeszcze nie, ale godziny jego policzone.

Królewna pochyliła się nad stołem, wsparła czoło na splecionych rękach i milczała długo.

— Król wciąż gniewny na mnie? — spytała cicho.

— Gniewu on nie miał nigdy przeciw siostrze — odpowiedział ksiądz łagodnie — ino żal w sercu, acz niesłuszny. Wierzajcie mi, wasza miłość, mówię to jako kapłan; i wy samiwiecie, po czyjej stronie wina.

— A! Nie wolno poddance strofować swego pana, chociażby nawet bratem był umiłowanym. Zawiniłam, odtrącił mnie,a teraz umiera.

— Nie uznawa on swego stanu ani się bliskości śmiercidomyśla; a oto z Bożego natchnienia pan oboźny Karwickinalazł chwilę sposobną i na podziw łacno skłonił serce najmiłościwszego pana ku wam. Nie mieszkając, zebrałem sięco rychlej i przyjechałem oznajmić waszej miłości, że królzgody pożąda, widzieć was pragnie, uściskać, może na wieczne pożegnanie.

— Niech będzie uwielbione imię Pańskie, że tę ciężkośćbezmierną odejmie z mego serca! Jakożbym spokojną chwilęw życiu miała, gdyby Zygmunt skonał nie pojednany ze mną...Jadę natychmiast!

— Miłościwa królewno, zezwólcie, bym was przestrzegł — rzekł ksiądz — noc zapadła, miesiąc na przednówku, wybojeokrutne; ino za wrota wyjedziecie, konie nogi połamią.

— Nie zdzierżę, siedzący w miejscu, gdy on mnie możepilno wygląda.

— Nic wasza miłość nie zyszcze; owszem, przygoda w drodze trafić się może samej nawet waszej miłości i odwlec widzenie z królem, a tu każda godzina waży.

— Cóż tedy robić?

— Udać się niezabawem na spoczynek, a jutro wczesnymrankiem wyjedziemy.

Nie dzwoniono jeszcze na wotywę u fary, gdy obie kolasyzajeżdżały przed zamek królewski. Z jednej wysiadł ksiądzRoguski, z kozła drugiej zeskoczył Jaś Chojnacki, otworzyłwysokie, zasuwane na rygiel drzwiczki i odwalił stopień.Pierwsza zeszła Kasia Leszczyńska, podała rękę królewnie,która blada i wzruszona, z pełnymi łez oczyma, łatwo się mogła potknąć na oślizgłych od deszczu granitowych schodach.

— Raczcie, miłościwa pani, poskromić swą żałość i z wesołym, a przynajmniej spokojnym obliczem powitać króla — prosił ksiądz Roguski. — Jak już wspomniałem, nie świadomjest niebezpieczeństwa. Obaj z księdzem Piotrem przyrzekamymu rychłe ozdrowienie, a śmiertelnej niemocy racje mienimyustąpieniem gorączki. Pójdę do sypialni oznajmić ostrożnie wasze przybycie miłościwemu panu.

Widać Zygmunt August bardzo niecierpliwie oczekiwał siostry, bo zaledwie usiadła w antykamerze, wszedł śpieszniedworzanin i prosił z pokłonem, by raczyła potrudzić się zanim.

Minęli dwie obszerne komnaty, trzecie drzwi były tylkoprzymknięte; dworzanin potrącił je lekko i usunął się, czyniącmiejsce jej miłości.

Stanęła w progu.

Deszcz ustał niedawno, a gorące słońce wpadało przez trzywysokie okna do sypialni królewskiej. Niosło na swych promieniach woń kwiecia lipcowego i rzeźwe tchnienie ziemiprzepojonej ulewą.

Łoże królewskie odwrócone głowami od okien, by światłonie raziło oczu chorego, osłonięte było amarantową kotarąna kółkach, zawieszoną w czworobok. W nogach, na adamaszkowej ścianie baldachimu — srebrny krucyfiks na wprostoczu króla, za nim zatknięta palmowa gałąź z ostatniej Wielkiejnocy.

W tej chwili kotara rozsunięta była na boki. Na wysokospiętrzonych poduszkach, w postawie siedzącej spoczywałZygmunt August. Rzedniejące włosy, przycięte krótko, srebrzyły się nad czołem; szara bladość na twarzy, oczy głębokozapadłe, na wyschłych, wklęsłych skroniach sieć żył niebieskawych, usta na wpół otwarte... oto był brat ukochany, naktórego patrzyła przez łzy Anna Jagiellonka. Jedynie ciemnabroda starannie rozczesana, z charakterystycznym przedziałem, przypominała dawnego, młodego króla.

Anna opuściła ręce wzdłuż szaty i stała sztywna, z zaciśniętymi ustami, by głośnym płaczem nie wybuchnąć.

— Otrzyjcie oczy, wasza miłość — szepnął jej ktoś doucha — król się przerazi.

Chory, nie poruszając głową, zwrócił oczy ku drzwiom.

— Hanusia... dobrze, żeś przyjechała... szczerym sercem cięwitam.

— Miłościwy bracie...

— Pójdź bliżej... usiądź przy mnie... tak dawnośmy się niewidzieli...

Mówił cicho, krótki oddech głos mu przerywał.

Paź podsunął krzesło, królewna przystąpiła na palcach do łoża, przyklękła i pocałowała brata w rękę.

Uśmiechnął się. Przygasłe oczy spojrzały dobrotliwie.

— Przecz nie siadasz?

— Powiedzcie mi pierwej, miłościwy panie, że mi odpuszczacie winy.

— Ty mi przebacz wzajem, rzućmy wszystkie urazy w niepamięć.

Usiadła.

— Słabym jest nieco; było już nawet bardzo źle... teraz gorączka ustąpiła dzięki skutecznym lekom, ino siły nadto powoli wracają.

— Wielebni księża, lekarze waszej królewskiej miłości, zalecają wam zapewne wzmacniające mięsiwa, stare wino — odpowiedziała Anna, udając, że poprawia włosy, by król niedojrzał, jak ręką łzy ocierała.

— Właśnie bieda, że mi co najsmaczniejsze podsuwają, a japatrzeć na jadło nie mogę.

— Trza się przymusić dla zdrowia.

— Radzić łacno, zmusić się trudno. Wiesz... wyjeżdżam jutro do Wilna.

Anna drgnęła. Czyżby mówił nieprzytomnie?

— Wstrzymajcie się jeszcze, miłościwy bracie, aż lepszezdrowie pozwoli.

— Tak, tak, oni obaj mi to samo powtarzają... ale mniesię już sprzykrzyło słuchać. Jadę. Powietrze tutaj szkodzi mi...gdzie indziej będzie lepsze.

— Tak daleko!

— Co? Jużci daleko? ale można jechać powoli, wygodnie,spieszyć się nie będę, po drodze mam Tykocin, Knyszyn...płaczesz? A to czemu?

— Boję się, panie, o was; ledwie się ku lepszemu obróciło,trzeba szanować słabych sił.

— Właśnie po siły jadę w insze strony, skoro je tutaj postradałem. Nie lękajże się jak dziecko — mówił król corazgłośniej z ożywieniem. — Cóż mi grozi? Jeszcze śmierć daleka ode mnie; wszak pamiętasz, co nam obojgu Cyganka wróżyła?

— Nie pomnę.

— Jak to? Przyjechałaś do Wilna na wesele Kasi z JanemFinlandzkim, to chyba zapamiętałaś, żeśmy na drugi dzieńbyli na łowach u Krzysztofa Radziwiłła?

— Ach tak, tak; wracaliśmy lasem, wyszła ku nam Cyganka, nawet mój koń się spłoszył, omal nie spadłam.

— No, widzisz. Dałem sobie czytać z dłoni, tyś się nibysromała, przecie białogłowska ciekawość przemogła...

— Teraz mi wstyd.

— Nie wielkić to grzech; a dziś się człek tej myśli ima i jakoś go ona krzepi.

— Cóż gadała Cyganka?

— Tobie wróżyła wielkiego króla za męża.

— Widzicie, że się nie sprawdziło.

— Cale nie wątpię; każdej godziny stać się to może.

— A wam?

— A mnie, że do siedemdziesiątego drugiego roku dożyję.Dwadzieścia jeszcze lat przede mną... kęs czasu.

Zamilkł zmęczony, głowa opadła na poduszki, drzemał. Annawstała ostrożnie i usunęła się w najdalszy kąt sypialni, gdziena ławie siedział ksiądz Roguski.

— Straszno słuchać — szepnęła — tyle nadziei, a tu śmierću wezgłowia stoi.

— Dwóch nas czuwa bacznie — odparł ksiądz — nie dozwolimy odejść duszy z ciała bez pojednania z Bogiem; opatrzymy naszego miłościwego pana świętościami na ostatnią drogę. Możesz wasza miłość być spokojna. A że się chory łudzi,to ino lżej dla niego i dla nas. Łacniej zdolimy otuchę okazować.

— Słuszne słowa waszej wielebności. Zresztą, cygańskieplemię czarów uczone, może ta stara prawdę gadała.

— Miłościwa królewna raczy porachować, ile ubiegło latod narodzenia Pańskiego.

— Tysiąc pięćsetny siedemdziesiąty drugi przekroczył połowę, o co wam chodzi?

Siedemdziesiąty drugi — z naciskiem powtórzył ksiądz.

— Hanusiu... — szepnął Zygmunt nie podnosząc ciężkichpowiek.

Stanęła przy łożu, król ujął ją za rękę.

— Przespałem się... usiądź jeszcze... mam ci coś powiedzieć... Kto tu jest krom ciebie?

— Jego wielebność ksiądz Roguski i jego wielmożność panoboźny Karwicki.

— Niech się przybliżą. Oto was wiernych i zaufania godnych czynię świadkami, jako w ręce miłej siostry mojej Annyoddaję ostatnie woli mej rozporządzenie, czyli testament.Gdyby ktokolwiek i kiedykolwiek wątpieniu podawał to pismo, mocuję was, byście pod przysięgą zeznali to, co dziś mówię i czynię. Schowaj testament, Hanusiu, a dobrze; nie wybieram się jeszcze na tamten świat, jednakowoż przezornośćnie zawadzi. Przekonasz się, iż serce moje pamiętało o tobie.Zaopatrzoną będziesz, jak przystoi ostatniej z Jagiellonów...Ksiądz arcydiakon Fogelweder ma klucze od moich papierówi skrzynek z klejnotami. Na wypadek zgonu, który Bóg w swejłasce niech oddali ode mnie, ty masz odebrać owe klucze...Znowu płaczesz? Lękasz się, żem testament spisać kazał. Bądźdobrej myśli, kawał papieru nie uśmierci mnie; gorszy nieprzyjaciel gorączka, a ten już wyrugowan precz, dobrze toczuję. Ostawcie mnie samego, chcę spać, cobym sił nabrałdo jutrzejszej drogi.

Nazajutrz, o wczesnej godzinie, by chory mógł zajechaćza chłodu na pierwszy popas, wszyscy i wszystko było gotowedo podróży. Lekarze ani słowem nie sprzeciwiali się zamiarowi miłościwego pana, bo wiedzieli, że nic na świecie jużmu ani pomoże, ani zaszkodzi. Owszem, jeżeli zmiana miejscarozerwie, rozweseli króla, tym ci lepiej, kilka dni dłużejpożyje.

Uproszony przez Annę wypił z przymusem kubek mocnegorosołu, przełknął kilka kropel wina, mimo to, gdy go dwóchdworzan przenosiło na łoże umyślnie do drogi przyrządzone,zemdlał i zdawało się, że kona.

Olbrzymi, szeroki wóz, grubo sianem wysłany, a płótnemsmołowanym kryty od deszczu, stanął przed podjazdem; sześciu ludzi niosło powolnym, miarowym krokiem miękko uścielone łoże z umierającym królem. Zygmunt August miał oczyzamknięte, twarz martwą, nie widać było, czy oddycha. Annai pan oboźny spojrzeli ze strachem na księdza Roguskiego.Ten wziął chorego za puls i uśmiechnął się smutnie.

— Jeszcze serce bije... — szepnął.

Wsunięto łoże do furgonu, z boku usadowił się ksiądz Piotrz Poznania i ulubieniec króla: Łukasz Górnicki, starosta tykociński. Dworzanin podał na wóz skrzynię z napojem i trzeźwiącymi środkami. Konie ruszyły stępa.

Anna Jagiellonka chwyciła się rękoma za głowę, z płaczemweszła do dworca i biegła z komnaty do komnaty, jakby uciekając przed własnymi żałobnymi myślami.

Tego samego dnia wróciły obie z Kachną do Ujazdowa.Czekały tam królewnę liczne kłopoty. Najpierw niezgrabnaBasia Szczepiecka, biegnąc na jej powitanie w ciężkich podskokach, potknęła się i skręciła nogę; trzeba było słać na wieśpo sławnego owczarza, by to zwichnięcie naprawił. Potemkrajczy Kumelski, wieloletni sługa królowej Bony, a teraz najzaufańszy dworzanin Anny, zwiastował swej pani, że w sąsiedztwie zdarzyły się dwa wypadki morowej zarazy, czylijak wówczas mówiono „powietrza”; zatem jedyny ratunekprzenieść się w dalsze strony, których jeszcze ta strasznaklęska nie dosięgła. Z kolei przystąpiła do jej miłości paniWronowska szafarka, jąkając wśród niskich ukłonów, że zapasy kuchenne wyczerpały się do cna, spiżarnia pusta i... wstydpowiedzieć, ale oprócz jajecznicy na skwarkach, nie ma nicna wieczerzę.

Anna Jagiellonka uśmiechnęła się smutnie.

— Małeć to nieszczęście, moja Wronusiu — rzekła — żenie z przepełnionym żywotem spać się położymy. Na pierwszepotrzeby dam ci jutro kilka talarów, a co dalej, to się jakośzaradzi.

Skinęła na Kumelskiego, a gdy podszedł, szepnęła mu doucha:

— Przyjdź wasza miłość jutro po kościele do mojej komnaty, mam jeszcze w skarbczyku nieco srebrnego naczynia.

— O, miłościwa królewno! — zawołał stary sługa, wpadającjej w mowę poufale; obejrzał się... Wronowska wyszła, dworkipobiegły do ogrodu. — O, miłościwa królewno... toć w onymskarbczyku ledwie resztki! Com się już tych mis i półmiskównanosił do Aarona! A Judaszowy syn korzysta z naszych kłopotów i drze łyka... ledwie połowę wartości płaci.

— Cóż robić, zmienią się czasy, będzie lepiej. Król jego miłość lada dzień oczy zamknie, gdzie panom senatorom w myślizaopatrzenie królewny. Dopomnę się ja, dopomnę, nie kiwajgłową; ino teraz, gdy serce płacze, nie zdolę gadać o marnymgroszu. Dzban duży, ciężki, osóbki na nim szczerozłote, conajmniej dziesięć czerwonych zań wasza miłość dostaniesz;to wystarczy na jakiś czas. Gości nie przyjmujemy, wina nimiodu nie pijamy, co nam po dzbanie.

— Według rozkazania miłościwej pani, przyjdę jutro rano — odparł krajczy, nisko się kłaniając.

Przebrawszy się z podróżnych szat w letnią suknię z szafirowego płótna Anna Jagiellonka zamknęła się w swej sypialnii kilka godzin tam pozostała. Gdy wyszła zajrzeć do paniendworskich, miała oczy zaczerwienione od płaczu.

— Cóż, postąpiła robota? — spytała Jagny Kłodzińskiej.

— O tak!... Czyli... właściwie... zda mi się... że... nie bardzo.

— Takeśmy się o waszą miłość niepokoiły... — rzuciła Ewunia z żałośliwą minką.

— Ze palce igły utrzymać nie mogły... co? — rzekła królewna niby surowym głosem, ale oczy nic a nic nie były surowe.

— Właśnie. Jak tu szyć złote listki i perełkami dziać poatłasie, gdy człek ma co innego w głowie.

Anna zaśmiała się mimo woli.

— O tak, sprawiedliwieś powiedziała; wżdy od rana donocy macie co inszego w głowie niż robotę. No, dziś trzecilipca, chyba mi wykończycie ten obrus na wiązanie?

— O, najmiłościwsza pani... wykończymy, wykończymy! — zawołały jednym głosem trzy młodsze panienki, a Kasia Leszczyńska bez wykrzykników pocałowała królewnę w rękę, nawlokła złotą nić w igłę i zasiadła do krosien.

— Jeszcze nie zaczynaj, Kasieńko, mam dla ciebie inszą robotę. Pójdę do mojej komnaty, podyktuję ci list do pani Niewiarowskiej. Jagna i Ewa niech spakują pościel w tłumoki,bieliznę i szatki do skrzynek; Wronowską uprzedzić, by najpotrzebniejsze statki kuchenne i swoje ubiory także przysposobiła do drogi. Kachna zajmie się moimi rzeczami. Jutro pośniadawszy wyjeżdżamy. Pan krajczy straszy mnie powietrzem, tedy musimy pomykać w zdrowsze strony.

Tak więc Anna Jagiellonka, uciekając przed zarazą, przeniosła się ze swym małym dworem do Piaseczna.

W cztery czy w pięć dni później właśnie Ewa z Jagną goniły się dookoła trawnika, a Baśka z bolącą nogą siedziała naschodkach i zazdrosnym okiem śledziła ich podskoki, wózekjakiś niepokaźny podjechał ku bramie. Woźnica w białej płótniance zatrzymał konie skromnie przed wrotami.

— Oho... cóż za goście znowu? — zawołała Ewa chowającsię za krzakiem jaśminu. — Pójdź ino, Jaguś, zobacz, bo jaz daleka nie dojrzę.

— Ii... goście... — odparła Jagna, ruszając ramionami. — Dwie dziewczynki z wiejska odziane, tłumoczek wytarty i zawiniątko w zgrzebnym płótnie.

— Ale czego tu chcą? Do kogo przyjechały?... Patrzcie,patrzcie, jej miłość wychyla się oknem i miga palcem na tęstarszą!

— Oho, zeskoczyła z wozu, maleńką wzięła na ręce.

— Słyszał kto coś podobnego? Prosto od schodów wali jakby do własnego domu... Rety, Jaguś... Kachna ku nim wybiega... do komnaty jej miłości drzwi otwiera...

Marysia Krupska weszła z Kasią do izby, małą Krysię spuściła z ramion na ziemię i przy samym progu pokłoniła sięnisko.

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

— Na wieki amen — odpowiedziała królewna, obrzucającdziewczynę badawczym spojrzeniem.

— Przybliż się, moje dziecko; masz pismo od pani Niewiarowskiej?

Marysia ukłoniła się po raz drugi, wyjęła zza gorsecikapapier we czworo złożony, woskiem zapieczętowany i chciałago wręczyć królewnie, aliści dwie małe rączki pociągnęły jąw tył, Krysia uwiesiła się całym ciężarem u spódnicy swejopiekunki.

— Chodźmy stąd, Maryś... ja chcę do domu! — piszczałodziecko, krzywiąc buzię do płaczu.

— Cichaj, moje złotości — szepnęła zmieszana dziewczyna,głaszcząc zgrymaszonego malca po główce. — Cichaj, niepłacz, dam ci kukiełeczkę świetluśką z miodem.

— Daj zaraz!

— Nie, pierwej musisz być grzeczna.

— Nie będę grzeczna, nie puszczę cię.

Anna Jagiellonka, rozweselona tym widokiem, rzekła ześmiechem:

— Nie brońże jej, niech robi, co chce; już mnie uprzedzono,że ta sierotka na krok cię nie odstępuje. Przybliżcie się obierazem. — Wzięła list z rąk Marysi, położyła go na stole i mówiła: — Chwalono mi cię, że znasz służbę, szycia się niezlękniesz, jesteś posłuszna i pilna.

Marysia spuściła oczy skromnie i milczała.

— Tuszę, iż nie za wielkie były pochwały; siła pożytecznych rzeczy mogłaś się nauczyć u pani kasztelanowej płockiej.

— Krom wszelakich robótek umiem czytać i pisać — rzekłacicho Marysia.

— Aa... to bardzo dobrze; musisz ćwiczyć się co dzień, abyśnie zapomniała. Wypoczniesz dziś z drogi, moja Marysiu; panna Leszczyńska wskaże ci izdebkę, gdzie sypiać będzieszi gdzie swoje skrzynki z rzeczami ustawisz. Ma się rozumieć,ta malutka dostanie łóżeczko wedle twego, coby jej nie byłomarkotno. Jakże ci na imię, dziecinko?

— Pocałuj w rączkę miłościwą panią, Krzysiu, i powiedz,jak się zowiesz. — Mówiąc to Marysia popchnęła małą dokolan królewny.

— Ja jestem Krysia — rzekło dziecko spoglądając rezolutnie na uśmiechniętą panią — a ty?

— O Jezus! — Marysia załamała ręce.

— A ja Hanusia — odpowiedziała królewna z dobrocią. — Pisała mi pani Niewiarowska, że dziecko jest płochliwe; tymczasem śmiele w oczy patrzy, to dobrze.

— Dzikus z niej jeszcze wielki, proszę waszej miłości; inogdy się mojej spódnicy chwyci, taka ją dzielność ogarnia.

Anna Jagiellonka położyła pieszczotliwie rękę na włosachdziewczynki.

— Bardzo Marysię miłujesz, prawda?

— Jużci... bawi się ze mną, a zaś potem... bawi się ze mną...

— A za matusią ci żal?

— Dlaczego?

— Jak to? Wszak z matusią przyszłaś do Służewa i pomarli.

— Jużci, żal; ale to była ino moja niania..

— Niania?

— Moja matusia prześliczna... w czerwonej sukni chadza,o... w takiej... jak raz w takiej! — I pokazała paluszkami adamaszkową kotarę nad łóżkiem jej miłości.

— Naprawdę?

— A jakże... I żółty łańcuszek na szyi nosi, a katankę mawyszytą jarzącymi kamykami, tak się błyszczą a świecą, a migają, aż strach! Moja matusia ładniejsza niż wy.

Marysia potrząsnęła głową.

— To tak co dzień, proszę miłościwej pani; wiecznie jednow kółko rozpowiada. A powiedz, Krysiu, jak tatuś wygląda?

— Na koniku jedzie, tup, tup, tup, cały w żelaznym odzieniu... za nim wojsko... białe skrzydła furczą od wiatru, szumią,szumią, tatuś ino wąsy kręci... matusia z okna patrzy... tatuśsię śmieje do matusi...

— A czemuż cię niania zabrała od mamy?

— Nie zabrała; to oni pojechali.

— Kto taki?

— Ano tatuś i mamusia.

— Dokąd pojechali?

— Nie wiem. Ponoś do Bozi.

Spojrzenia Anny i Marysi skrzyżowały się znowu.

— I ciebie ostawili samiutką?

— Ano samiutką, z nianią. Dopiero jak czarny pan przyjechał na gród...

— Na jaki gród?

— Jakoż mam gadać? Do naszego domu przecie. Wszyscytak mówią. Niania zbudziła mnie w nocy, zawiniątko na plecy,mnie na ręce i uciekła. Gadała, że czarny pan to gorszy oddiabła.

— Coś się tam złego musiało dziać, proszę waszej miłości — odezwała się Marysia — bo ta niewiasta, co z Krysią przyszła,nie chciała się przyznać, ani skąd idą, ani po co, ani do kogo.Mowę miała cale odmienną, choć polską, widno szła z dalekiego kraju. Jeden raz tylko, na kilka godzin przed śmiercią(nikogo przy niej nie było krom mnie), rozpłakała się i lamenciła: „O Jezu miłosierny, opiekuj się biedną sierotą! Niech jejwrogi nigdy nie znajdą!... Pokaraj ich śmiercią i ogniem piekielnym!” Klękam wedle łóżka i pytam: „Gdzie te wrogi?Powiedzcie, cobym umiała dziecka strzec przed nimi”. Pojrzała na mnie zalęknionym wzrokiem, koniecznie chciała coś rzec,aż tu skurcz jej gardło ścisnął, zamknął mowę i już tak zostałado skonania.

— Dziwy, dziwy, kto nam wytłumaczy, co to za tajemnica? — troskała się królewna. — Dziecina z wielkiego domu,nie ma wątpienia, ale czyja?... Co tam takiego? Któraż bezedrzwi zaziera? No, wejdź, czego chcesz?

— To ja, Ewunia.

— Co powiesz?

— Z Knyszyna.

— Co?

— Przyjechał...

— Kto przyjechał? Cedzisz słówko za słówkiem...

— Pan oboźny Karwicki. Czy może wejść?

— Proś, proś, czekam z upragnieniem!

Ewa drzwi uchyliła, pan Karwicki przekroczył próg i szedłpowoli ze spuszczoną głową, jakby nie śmiał w oczy spojrzećkrólewnie.

Anna powstała z ławy.

— Złe wieści? — spytała cicho.

— Bardzo złe — odpowiedział poseł.

— Miłościwy pan?

— Onegdaj, siódmego lipca, o godzinie szóstej wieczoremżycie zakończył.

Rozdział II

Mijały dni, miesiące, królewna Anna przenosiła się ze swymiw coraz to inne strony, uciekając przed zarazą. Nareszcie zamieszkała w Łomży.

Miłościwa pani upodobała sobie maleńką Krysię, pieściłasierotkę i rada ją widziała w swych komnatach. Tajemniczaprzeszłość dziecka utkwiła jej w pamięci; nieraz przemyśliwała całymi godzinami, jakby to i z czyją pomocą dociecprawdy.

I znowu przyjechał gość. Tym razem był to pan kasztelanickrakowski, Samuel Zborowski, którego królewna bardzo lubiła, a z matką jego była w przyjaźni od lat dziecinnych. Toteżgdy Jaś Chojnacki pełniąc swój paziowski obowiązek oznajmił pana kasztelanica, jej miłość aż klasnęła w ręce z uciechy.

— Proś, proś, a cóż za dobra nowina! Miły sercu memu tengość!

Zborowski już stał w progu, gdy ostatnich słów domawiała:piękna jego twarz zajaśniała dumnym zadowoleniem; pokłoniłsię w pas, rzucił czapkę i rękawice swemu paziowi i szedłspiesznie. Anna Jagiellonka podała mu rękę do pocałowaniai wskazała miejsce na ławie naprzeciw siebie.

— Ani pytam o zdrowie twej miłości, wyglądasz jak krewz mlekiem; wstyd moim dziewkom, gdy pojrzą na cię. Miłościwa matka jak się miewa?

— Pokornie dziękuję, w dobrym zdrowiu była, gdym odjeżdżał. A tu w Łomży wszystko po woli waszej królowej miłościsię wiedzie?

— Dawno już minęły te czasy, kiedy się co wedle mojej woli czyniło. Ino mnie rodzic odszedł a matka umiłowana, doznaję sieroctwa niemal na każdym kroku. Panowie Rad Koronnych zabaczyli pono, że ostatnia z Jagiellonów jeszczeprzy życiu; nijakiego nie mam zaopatrzenia. Powiem ci w zaufaniu — obejrzała się, dworki pamiętne rozkazów jej miłości, bynie przeszkadzać w rozmowie, umknęły cichutko. Jedna tylkoKrysia bawiła się z pieskiem przy kominie i paź Zborowskiegostał u drzwi, nieruchomy, sztywny, ze spuszczonymi oczyma. — Powiem ci w zaufaniu, że niemal wszystko co droższewysprzedałam. Za całe srebro został mi ino kubeczek z którego miłościwa matka raczyła mleko pijać. Ten jeden jedynychowam jako diamenty, jako świętą pamiątkę. Nazwałam gosierotką. Taki brak cierpię, że mi się usta nie chcą złożyć nawypowiedzenie onej goryczy. Na barwę dla mego dworunie stać mię; w łatanej odzieży chodzi służba córy Zygmuntowej. Głód nieraz cierpimy...

Żałość ścisnęła ją za gardło, głos jej się urwał.

Krysia rozłożyła się na podłodze przy kominie z pełnympodołkiem szmacianych laleczek, cennych podarunków szytych przez panny dworskie dla ulubienicy królewny i całegofraucymeru. Charcik jej miłości zaprzyjaźniony z dziewczynką,która mu nie szczędziła słodkich kąsków niemal z własnąkrzywdą, wygrzewał się przed ogniem przytulony do jejnóżek.

Zazwyczaj mała Krysia wyborne urządzała zabawy ze swymi lalkami. Raz byli to książęta i księżniczki z nieznanychkrajów, co przyjechali w odwiedziny do miłościwej pani.Wtedy nadawała im przedziwne jakieś imiona własnego pomysłu; to znowu ona sama była królewną Anną, a płóciennebałwanki nazywały się Kasia, Ewa, Jagna, Baśka, Wronosia,Szmigielsia, Marcinowa. Niekiedy, ale rzadko bardzo, z najstrojniejszej lalki robiła się mamusia, największa z poczernioną głową to był tatuś, gruba i krótka stawała się nianiąi rzecz się działa gdzieś w nieokreślonej przestrzeni, daleko,daleko, „tam, u nas na grodzie”.

Lalki, których było ze dwadzieścia, najlepiej lubiły tańczyć,potem zajadać dobry obiadek, na który dostarczała słodkichokruszyn i suszonych owoców pani Wronowska; czasem królewna Krysia przybierała surową minkę i strofowała leniwedworki, sadzała je do kątów na pokutę, zupełnie tak jak Marysia ją nieraz stawiała noskiem do ściany za nieposłuszeństwo. Nawet starsi mieli niemałą uciechę, gdy im się udałopodsłuchać paplaniny rozbawionego dziecka.

Aż tu dziś jak na złość nic się nie udawało; laleczki czegośzbrzydły, nie chciały gadać, żadna nie umiała stać ani siedzieć,pozapominały swych cudackich imion, rozpacz prawdziwa.

Aha... to ten chłopak nieznośny stoi pod drzwiami jak tyka,niby to w ziemię patrzy, a raz wraz łypie okiem na Krysinekrólewny.

— Ty... pójdź ino tutaj... — zaszemrał nieśmiały głosik odkomina.

Służbisty paź ani drgnął. Powieki tylko uniosły się odrobinę, z oczu strzelił jasny promyczek i zagasł pod rzęsami.

— Ty... — powtórzyła Krysia głośniej — pobaw się ze mną.

— Nie wolno — odmruknął chłopiec.

— Dlaczego? Boisz się pana? Rozmawia przecież z jej miłością, ani cię widział nie będzie. Patrzaj, jakie ładne lalusie...

— Co mi po kukłach... — syknął przez zęby. — To nie dlamnie zabawka.

— Nie lubisz lalusiów? Naprawdę nie lubisz? Ach, szkoda!A pieski lubisz? Widzisz, jaki ten przedziwny? Takie ma nóżkicieniuśkie, niczym gałązeczki, a pyszczuś, widzisz, jak wydłużony? Śmiech zbiera, prawda? No... połóż tę czapkę i te rękawice na przymurku, a siędnij sobie wedle mnie... ot tak, widzisz, nic ci pan nie uczyni, bo okrutnie zagadany.

— Plagi dostanę.

— Gdzie zaś! Będziemy dawać pozór: ino smyrnie nogą, typoskoczysz do drzwi. Toś ty jego pacholik?

— Paź jestem! — odpowiedział chłopiec i zadarł nos ku powale.

— Paź... aha, tak jak nasz Jasiek; już wiem. A tobie jak?

— Co mnie?

— No... Jasiek, Wojtek, Staszek, czy co takiego?

— Aha... Jędruś mi jest!... Chciałem rzec: Andrzej. AndrzejChwalibóg. A ty?

— Ja? Krysia.

— A dalej?

— Cóż ma być dalej? Sad za dworem, a potem las.

— Et, co z tobą gadać! Pytam, jak się dalej nazywasz?

— Ano dziewczynka maleńka; a gdy urosnę, to będę pannąu jej miłości, tak jak Ewusia albo Kachna. Pogłaskaj pieska,prawda, jaki gładziutki? Niczym odświętna szata jej miłości.Wiesz co, bawmy się tak; ja będę żoną, ty mąż, a to naszedzieci.

— I piesek też?

— Co też ty gadasz! Taki duży, a nie wie, że pieskowe mamy muszą też być pieski. Ino lalusie są nasze.

— No i co?

— No i ożenię się z tobą, no i pójdziemy do sadu wiśnierwać, niby to, bo przecie teraz jeszcze zima. Narwiemy pełnykosz, i... tego.

— I czego?

— Już nie pomnę, zabaczyłam. Znowu ty wymyśl co nieco,dlaczego ja ino mam gadać?

— Ano dobrze. Ja pojadę na łowy.

— Tak właśnie jak mój tatuś! A ja zostanę na grodzie, będę przędła tak jak moja matusia.

— I będziesz tęskniła za mną.

— A jakże. Oknem wyglądała będę i tak sobie zaśpiewam:

Czekam na cię, Jasiu, oczy wypatruję,

Widzi Bóg na niebie, jako cię miłuję.

— Śliczna śpiewka; ino dlaczego „Jasiu”?

— Bo mnie tak niania nauczyła.

Anna Jagiellonka wyjęła chustkę z torebki zwisającej u pasa na jedwabnym sznurze, otarła oczy i dalej powierzała sweskargi życzliwemu sercu Samuela Zborowskiego.

— Przewłóczą mnie to tam, to sam; w lutym koniecznie żądali, bym jechała do Krasnegostawu albo do Łęczycy; oparłamsię, ledwie mi dali spokój. Ale za to, gdym się rwała do Tykocina po śmierci Zygmunta, by uczcić modlitwą najdroższegobrata zwłoki, to mię nie dopuszczono. Panowie Rad Koronnych dozorują mię ściśle, lękają się, bym co nie knowała wedle elekcji nowego króla.

— Miłościwa pani... gdzieżby to być mogło! Chyba złośliwe języki donoszą wam nicpotem.

— Wierz mi, twoja miłość, że tak jest, jako mówię. W samNowy Rok przyjeżdżał dworzanin księdza biskupa krakowskiego z pisaniem srodze niegodziwym. Pomawiają mnie o tajemne porozumiewanie się z dworem wiedeńskim i z siostrąmoją Katarzyną. Ksiądz biskup ważył się przyganiać mi z tejprzyczyny. Odpowiedziałam krótko, że istotnie odbieram listyod krewnych i przyjaciół, czego mi za życia najmiłościwszegorodzica mego, jako i za panowania brata, nikto nie wzbraniał.Czyliż nie jawno jechał od granicy dworzanin cesarski z listami? Zarówno i siostry moje, Zofia i Katarzyna, nierzadkopisują do mnie. Sama obyczajność nakazuje na listy odpowiadać; a jednak znając powinność względem swego stanu królewskiego i panieńskiego, że bez wiedzy panów Rad Koronnych nic nie mam czynić, ani jednym słowem na one listy, nawet jej królewskiej miłości siostrze mej nie odpisałam.

— Wyśmienicie wasza królewska miłość uczyniła, rzucająctaką odpowiedź zuchwalcom. Cała ta elekcja to istna wieżaBabel; już blisko dziesięć miesięcy upływa od śmierci najmiłościwszego pana, na zjeździe w Łowiczu ino krzyku było nadmiarę, a pożytku nijakiego. Teraz wre i kipi na Błoniach podWarszawą, obiecujemy sobie, że wybór króla dojdzie przeciedo skutku, ale Bóg jeden raczy wiedzieć, czy łacno się te rozstrzelone głosy zgodzą na jednego pana.

— A któż, zdaniem twej miłości, najbliżej tronu? — spytała ciekawie królewna.

— O ilem wymiarkował, król szwedzki ma przeciw sobiecałą Litwę, tedy zapora omal nieprzełamana. Arcyksiążę, zalecany przez panów senatorów, u szlachty nie ma poparcia;jako że Polak Niemca od wiek wieka nienawidzi. Księcia moskiewskiego boją się, iżby dla narodu nie był tyranem; jeszcze i posłów nie raczył przysłać, ino listami na tron się wprasza.Niektórzy Piasta rają; swego brata chcą mieć na tronie, krewz krwi, kość z kości naszych... Ale tych niewiele.

— Zatem pozostaje ino...

— Henryk Walezy, brat króla francuskiego. Ten ma stronników mocnych w senacie, poseł jego siła obietnic rzuca narodowi.

— Słyszałam i ja o tym. Słyszałam inne jeszcze rzeczy: panowie senatorzy, widno dla odwdzięczenia księciu za tyle łaskprzyobiecanych, usunęli z paktów kondycję poślubieniakrólewny Anny.

— Pierwsze słyszę!

— Trzymają to bezprawie w tajemnicy, bo im samym siebiewstydno. Wierzaj mi, twoja miłość, nie o pozyskanie małżonka mi chodzi, którego nie znam ani nawet konterfektu onego nie widziałam; niesprawiedliwość mię gniewa, lekceważenie mojej osoby, pomiatanie krwią królewską. Wżdy po Bogua prawdzie ja jedna dziedziczką tronu jestem! Mnie winni koronować, a dopiero myśleć o przydaniu małżonka królowej.

Głos Anny Jagiellonki drżał oburzeniem. Po długiej chwiliuspokoiła się i pytała dalej:

— Powiadajże, twoja miłość, rychło temu, a dobry koniecprzewidujesz?

— Gdym odjeżdżał z Warszawy, książę Henryk mało miałprzeciwników. Jednakowo nie przysięgałbym jeszcze na nic.W ostatnim dniu zawionie jaki wicher przeciwny, ci, co krzyczeli „biało”, wołać będą „czarno” i dostaniemy jakiego chanaalbo sułtana za króla. Wszelako, którykolwiek z pretendentówkrólem będzie obrany, musicie być pierwej w Krakowie niż on.Niech nowy pan gościem będzie waszym na Wawelu, a wygospodynią. Tak się godzi.

Oczy królewny zaszły łzami.

— Zaiste, wiernego przyjaciela to rada, usłucham jej w pełni.

— Wieczerza na stole! — oznajmił Jaś Chojnacki, otwierając na rozcież drzwi do jadalni.

Pani Szmigielska, nadworna szwaczka Anny Jagiellonki,pani Świdnicka, ochmistrzyni, i wszystkie panny szyły a szyły od rana do późnego wieczora suknie dla jej miłości. Pieniądze potrzebne na stroje i inne wydatki pożyczyła siostrzeksiężna Zofia brunświcka, do której z listem jeździł zaufanydworzanin pan podstoli Kroczewski.

Królewna nie tylko doglądała pilnie roboty, ale co dzieńprawie zasiadała w gronie swych dworek i pracowała razemz nimi. Jakkolwiek od lat blisko dziesięciu żyła z dala od świata i nie myślała o strojach, jakkolwiek nie ukrywała swychlat, teraz postanowiła wystąpić z całą świetnością na przyjęciekróla! Referendarz Czarnkowski dostarczył jej potajemnie portretu młodego francuskiego książątka i... zgodnie z prawdąprzyznać trzeba, że ten śliczny panicz w aksamitnym bereciez piórem, w szerokiej, sztywnej krezie srodze wpadł w okopięćdziesięcioletniej infantce. Zanadto była rozsądna, abyprzypuszczać, że wzbudzi gorący afekt w jego sercu, ale chciała przynajmniej wywrzeć jak najlepsze wrażenie, zyskać życzliwe względy króla, a co potem... ileż dziwnych, nieprawdopodobnych rzeczy zdarza się w życiu ludzkim!

— Czy miłościwa pani raczy mieć tę altembasową szatęprzybraną malinowym aksamitem w srebrne kwiaty, czy teżmoże atłasem zielonym? — spytała pani Szmigielska, przykładając z prawej strony materii przykrojonej na suknię aksamit,a z lewej atłas.

— Jak się zda Szmigielsi, która barwa lepiej odbija?

— Wedle mego rozumienia to ino czerwona. Zwłaszcza żei kwiaty srebrne w szerokich niemieckich rękawach śliczniesię wydadzą. Bo zda mi się, że wczoraj była mowa o tym, żerękawy mają być niemieckie.

— Tak, tak, a czy będzie opadła, czy też pod gardło?

— Opadłą skroiłam, proszę waszej królewskiej miłości. Taka strojna szata musi być mocno wycięta.

— Ino nie zanadto, broń Boże! Niech Szmigielsia pamięta,bobyśmy musieli nadstawiać. A ty, Kasieńko, co tam ściubiesz?

— Haftki srebrne przyszywam do hazuki waszej królewskiej miłości.

— Czym będzie podszyta?

— Karmazynową aksamitną podszyje się sobolami, szarąsukienną drobniuchnym siwym barankiem, a półgiermaczepopielicami. Czy miłościwa pani zgadza się, żeby tak było?

— Wyśmienicie; kochana Szmigielsia zawsze najlepiejwszystko rozrządzi. Ale — ale, czy teletowa modra jużuszyta?

— Właśnie rozłożyłyśmy ją na dwóch ławach, coby miłościwa pani mogła obejrzeć wygodnie.

— Ładna, bardzo ładna; podoba mi się, że rękawy z bufikiem. Już to zawżdy lubiłam hiszpańską a włoską modę; niemiecki strój ociężale wygląda. Ale dotychczas ino same strojne suknie widzę; czas pomyśleć o ciemnych, na rano do kościoła lub na przechadzkę po wirydarzu.

— A jakże, a jakże; czyżbym mogła zapomnieć o tak ważnej sprawie — odpowiadała z przejęciem Szmigielska. — Właśnie jej miłość pani Świdnicka ma w robocie adamaszkową szarą wąziuchną, bramowaną złotogłowiem. Jagna rękawy zeszywa. Będzie także czarna atłasowa, pod gardło hiszpańską modą, i teletowa drzewianego koloru. Ale niech sięmiłościwa pani nie gniewa, umyśliłam sobie jeszcze dwiei choćby mnie kara miała spotkać, nie ustąpię, ino uszyję.

— Jakież to będą? Powiedz wasza miłość spiesznie, schnęz ciekawości.

— Niech miłościwa pani uważnie słucha; istnie królewskieto będą szaty. Jedna tabinowa, leciuchna, ni złota, ni brunatna, bardzo nisko z ramion opada.

— Za nic nie chcę! Nie chcę! Mówiłam Szmigielsi, że nanijaką skromność nie zezwolę.

— Najmiłościwsza pani krzywdzi mnie takowym posądkiem;gdzieżbym ja się ważyła czynić coś wbrew jej poleceniom!Tedy wykrój będzie głęboki, za to giezłeczko bieluchne,z najcieńszego jedwabnego sitka przysłoni ciało, a zakończyje dokoła szyi trepella suto namarszczona i nieco przykrochmalona.

— Trepella? Śmieszne jakieś nazwanie; co to jest? — spytała Ewusia.

— Kreza przecie — wytłumaczyła Kasia — toć ją właśnieobrębiasz w tej chwili.

— Cichoże, dziewczęta! Nie dacie człeku skończyć — połajała panienki pani Szmigielska. — Ostatnia i najpiękniejszasuknia będzie ze srebrogłowu białego, górą i dołem w złoteesy wyszywana, rękawy rzezane, siecią ze złotych nici kryte,a w każdym oczku siatki pajączek misterny. Miłościwa królewna podziękuje mi osobliwie za te dwie szaty.

— Bieretek aksamitnych nie trzeba będzie sprawiać, Bogudzięki — rzekła Anna — mam ich dziesięć w różnych barwach,nawet złotem i kamieńmi zdobnych; te mi na wszelką potrzebę wystarczą. Karwatkę lekką z cienkiego sukna musiciemi uszyć na wypadek chłodnych wieczorów w lecie; obramować bobrami, ale w spód futra nie dawać. Pas mam ino jeden,złoty, łańcuchowy, i to bez kamieni. Cóż robić... w tykocińskim skarbcu znalazłoby się klejnotów siła po nieboszczcekrólowej Barbarze; wszystkie mi brat miłościwy testamentempodarował. Cóż, kiedy panowie Rada opieczętowali każdąkłódkę i do własności nie ma sposobu się dostać.

Henryk Walezjusz został obrany królem w dniu 16 maja 1573,lecz przyjazd jego zapowiedziano dopiero na początek przyszłego roku.

Anna Jagiellonka wahała się, czy pozostać w Łomży lub teżjechać do Płocka jeszcze na kilka tygodni. W końcu umyśliłaspędzić Boże Narodzenie w Warszawie, a natychmiast po świętach wyjechać do Częstochowy; następnie miała się połączyćz orszakiem pogrzebowym króla Zygmunta Augusta, zdążającym powoli do Krakowa.

Połowę swego dworu wysłała pod opieką podstolego Kroczewskiego do Krakowa dla odnowienia i zaopatrzenia wewszelkie porządki komnat po śp. królowej Elżbiecie, pierwszejżonie Zygmunta Augusta, te bowiem przeznaczyła na swemieszkanie. Przy królewnie zostały Kasia Leszczyńska, Marysia Krupska z nieodłączną Krysią i Marcinowa, kucharka.Urząd marszałka, pełnomocnika, dostawcy, podskarbiego, opiekuna, doradcy i pocieszyciela we wszelkiej biedzie piastowałw jednej osobie pan krajczy Kumelski, od lat czterdziestusługa królowej starej, a następnie Anny.

Dwudziestego ósmego grudnia jeszcze nie świtało, gdy królewna ze swą małą czeladką opuszczała Warszawę. Ogromnakolebka, szczelnie zamknięta i futrami opatrzona od mrozu,mogła pomieścić wygodnie sześć osób; lecz jechała w niej tylko miłościwa pani z Kachną, a na przednim siedzeniu MarysiaKrupska z Krysią i malutki charcik Pazzo. W drugim wozie,acz niepokaźnym, lecz zabezpieczonym od zimna, mieli jechaćstaruszkowie; pan Kumelski i Marcinowa.

— A gdzie pierwszy nocleg? — spytała krajczego Anna Jagiellonka, osłaniając siebie i swoje towarzyszki olbrzymią wilczurą.

— Najporęczniej będzie zajechać do Mikołaja Gwoździa, cotrzyma karczmę w Rawie. Wygody wielkiej nie znajdziemy,to pewna; ale są przecie w tłumokach poduszki, pierzyny, baranic kilka, to się na siennikach podściele, będzie miękkoi ciepło. Z jadłem takoż nie bieda, choćbyśmy nic z owegoGwoździa nie udarli, swoich zapasów jest dosyć. Marcinowarzetelnie się krzątała z jaki dobry tydzień, niczemyśmy wyjechali.

— A pan krajczy jeszcze lepiej biegał i skupował jednoza drugim. Myślicie, że nie wiem?

Kumelski spojrzał z udanym gniewem na Kasię.

— Babskie plotki i tyle.

Dopomógł jej miłości otulić się futrem, zasunął rygiel mocno, jeszcze drzwiczek spróbował, pomacał błony u okienek,czy szczelnie przylegają, obejrzał uprząż, czy nie przetarta,i zawołał na woźnicę:

— No, ruszaj w imię boskie!

Sam poskoczył do bryczki, gdzie już siedziała Marcinowa,nie do królewskiej kucharki, ale do kopicy siana podobna,tyle chust, kożuchów i płachetek powsadzała na swą i tak dozbytku grubą i szeroką osobę. Usadowił się obok, furmanprzeżegnał konie batem, pojechali.

Na pierwszym popasie ani królewna, ani panny nie chciaływysiadać z kolebki; dobrze im było, cieplutko, bały się zmarznąć. Przyniesiono im więc tylko po kawałku pieczonego mięsana chlebie, miłościwej pani kubeczek wina, a dziewczętomwody. Kumelski właśnie podał śniadanie, gdy go ktoś odtrąciłod drzwiczek i głowa kobiety pozawijana w chustki, że ledwiekoniec nosa było widać, wsunęła się zuchwale do środka powozu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.