drukowana A5
33.67
Kroniki włoskie

Bezpłatny fragment - Kroniki włoskie


Objętość:
211 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0950-5

Ksieni z Castro

I

Melodramat pokazał nam tyle razy rozbójników włoskich szesnastego wieku i tyle osób mówiło o nich bez znajomości przedmiotu,że obecnie mamy o nich najfałszywsze pojęcia. Można rzecogólnie, że rozbójnicy ci byli opozycją przeciw okrutnymrządom, które zajęły we Włoszech miejsce średniowiecznychrepublik. Nowy tyran był to zazwyczaj najbogatszy obywatelpogrzebanej republiki, który aby pozyskać sobie lud, zdobiłmiasta wspaniałymi kościołami i pięknymi obrazami. Tacy byliPolentini w Rawennie, Manfredi w Faenza, Riario w Imola, Canew Weronie, Bentivoglio w Bolonii, Visconti w Mediolanie i wreszcie najmniej wojowniczy, a najobłudniejsi ze wszystkich Medyceusze we Florencji. Spomiędzy historyków tych małych państewek żaden nie ośmielił się opisać niezliczonych otruć i mordówspowodowanych strachem, który nękał tych małych tyranów; owipoważni historycy byli na ich żołdzie. Zważcie, że każdy z tychtyranów znał osobiście każdego z republikanów, o których wiedział, że go nienawidzą (wielki książę Toskanii, Kosma, znał naprzykład Strozziego), że wielu z tych tyranów zginęło gwałtowną śmiercią, a zrozumiecie głębokie nienawiści, wiekuistą nieufność,które dały Włochom szesnastego wieku tyle inteligencji i odwagi,a tyle geniuszu ich artystom. Ujrzycie, iż owe namiętności niepozwoliły się rozwinąć dość pociesznemu przesądowi z epoki panide Sévigné, który nazwano honorem, a który polegał zwłaszcza na tym, aby poświęcić życie dla swego pana i dla spodobaniasię damom. W szesnastym wieku we Francji działalność mężczyzny i jego istotna wartość mogły się objawić i zyskać podziw jedynie na polu bitwy lub w pojedynkach; że zaś kobiety lubią odwagę,a zwłaszcza junactwo, stały się one najwyższymi sędziami wartościmężczyzn. Wówczas to zrodził się duch galanterii, którysprowadził stopniowe zamieranie wszystkich namiętności, a nawet miłości, na rzecz okrutnego tyrana, któremu poddajemy sięwszyscy: próżności. Królowie popierali próżność i mieli rację:stąd władza wstążeczki orderowej.

We Włoszech człowiek wyróżniał się czynem wszelkiego rodzaju, pchnięciem szpady, jak odkryciem dawnego rękopisu; patrz Petrarkę, bożyszcze swoich czasów. Kobieta w XVIwieku kochała człowieka biegłego w greczyźnie tyleż, i więcej, ileby kochała wsławionego odwagą na polu bitwy. Wówczas widziało się namiętności, a nie odruch galanterii. Oto wielka różnicamiędzy Włochami a Francją; oto czemu Włochy dały życieRafaelom, Giorgionom, Tycjanom, Correggiom, gdy Francjawydała owych wszystkich wielkich rycerzy XVI wieku, nieznanych dzisiaj, z których każdy pozabijał tak wielką liczbęnieprzyjaciół.

Proszę mi darować te surowe prawdy. Jak bądź się rzeczy mają,okrutne i konieczne pomsty na małych tyranach włoskichw średnich wiekach pozyskały rozbójnikom serce ludności. Nienawidzono bandytów, kiedy kradli konie, zboże, pieniądze,słowem rzeczy potrzebne do życia; ale w głębi serca lud był po ichstronie, a dziewczęta wiejskie przekładały nad wszystkich młodego chłopca, który bodaj raz w życiu zmuszony był andar allamachia, to znaczy umykać w las i szukać schronienia u zbójców pojakimś nierozważnym czynie.

Za naszych czasów jeszcze każdy, oczywiście, lęka się spotkania z rozbójnikami; ale kiedy ich dosięgnie kara, każdy współczuje z nimi. To stąd, że ów naród tak inteligentny, tak drwiący,który śmieje się ze wszystkich manifestów wydanych pod cenzurąswoich panów, namiętnie czytuje poemaciki opowiadające z zapałem życie najsławniejszych bandytów. Heroizm mieszczący sięw tych opowiadaniach porusza strunę artystyczną, która zawszeżyje w niższych klasach. Zresztą ten lud jest tak znudzony urzędowymi pochwałami oddawanymi pewnym ludziom, żewszystko, co nie jest oficjalne, trafia mu prosto do serca. Trzebawiedzieć, że prosty lud we Włoszech ma pewne bolączki, którychpodróżny, choćby żył w tym kraju dziesięć lat, nie spostrzegłbynigdy. Na przykład przed piętnastu laty, zanim roztropność rządów wytępiła zbójców, nierzadko zdarzało się, że wyprawyich miały na celu ukaranie niesprawiedliwości gubernatorów w małych miastach. Gubernatorzy ci, samowładni urzędnicy o płacy nie przewyższającej dwudziestu talarów miesięcznie, sąoczywiście na żołdzie najznaczniejszej rodziny, która za pomocątego bardzo prostego środka gnębi swoich wrogów. Jeżeli zbójcom nie zawsze się udawało skarać tych małych despotów,przynajmniej drwili sobie z nich i płatali im psoty, co jestniedrobną rzeczą w oczach tego dowcipnego ludu. Satyrycznysonet pociesza Włocha po wszystkich niedolach, a zniewagi niezapomina on nigdy. Oto druga zasadnicza różnica między Włochem i Francuzem.

Skoro w szesnastym wieku gubernator skazał na śmierć biednego mieszkańca znienawidzonego przez możną rodzinę, częstozbójcy napadali na więzienie i próbowali uwolnić ofiarę. Ze swejstrony potężne rodziny, nie ufając zbytnio ośmiu czy dziesięciurządowym żołnierzom mającym strzec więźnia, wystawiały swoimkosztem oddział żołnierzy najemnych. Żołnierze ci, którychnazywano bravi, biwakowali w pobliżu więzienia i podejmowalisię odprowadzić aż na miejsce kaźni nieboraka, którego śmierćkupiono. Jeśli wpływowa rodzina miała w swoim gronie młodegoczłowieka, stawał on na czele tych improwizowanych żołnierzy.

Ten stan cywilizacji okropny jest z punktu widzenia moralności, przyznaję; za naszych czasów mamy pojedynek, nudę i nieprzedajnych sędziów; ale te obyczaje szesnastego wieku cudowniewspomagały produkcję mężczyzn godnych tego imienia.

Wielu historyków, wychwalanych do dziś przez pełną rutynyliteraturę Akademii, siliło się ukryć ten stan rzeczy, który okołoroku 1550 stworzył tak wielkie charaktery. Współcześnie ostrożne ich kłamstwa nagradzano wszystkimi zaszczytami, jakimimogli rozporządzać Medyceusze we Florencji, Este w Ferrarze,wicekrólowie Neapolu etc. Pewien biedny historyk nazwiskiemGiannone chciał uchylić rąbek zasłony; że jednak ośmielił siępowiedzieć jedynie cząstkę prawdy, i to pod osłoną powątpiewańi niejasności, pozostał bardzo nudny, co mu nie przeszkodziłoumrzeć w więzieniu w osiemdziesiątym drugim roku życia7 marca roku 1758.

Pierwszą tedy rzeczą, jeśli się chce poznać historię Włoch, tonie czytać autorów powszechnie uznanych; nigdzie lepiej nieznano ceny kłamstwa, nigdzie lepiej nie było ono opłacane.

Pierwsze kroniki, które pisano we Włoszech po głębokimbarbarzyństwie dziewiątego wieku, wspominają już o zbójcachi mówią o nich tak, jakby istnieli od niepamiętnych wieków (patrzzbiór Muratoriego). Kiedy nieszczęściem dla powszechnego dobra, dla sprawiedliwości, dla dobrych rządów, ale szczęściem dlasztuki średniowieczne republiki zostały zdławione, najenergiczniejsi republikanie, ci, którzy kochali wolność bardziej niż większość ich współobywateli, schronili się w lasy. Oczywiście ludgnębiony przez Baglionich, Malatestów, Bentivogliów, Medyceuszów kochał i szanował ich wrogów. Okrucieństwa małychtyranów, którzy nastąpili po pierwszych uzurpatorach, na przykład okrucieństwa Kosmy, pierwszego wielkiego księcia Florencji, który kazał mordować republikanów szukających schronieniaw Wenecji, nawet w Paryżu, dostarczały zaciągu tym zbójcom.Aby pozostać w czasach bliskich tym, w których żyła naszabohaterka, około roku 1550, Alfons Piccolomini, książę MonteMariano i Marco Sciarra dowodzili z powodzeniem uzbrojonymibandami, które w okolicach Albano urągały żołnierzom papieskim, wówczas bardzo dzielnym. Linia operacyjna tych słynnychwodzów, których lud do dziś podziwia, ciągnęła się od Padui bagien raweńskich aż do lasów, które wówczas pokrywałyWezuwiusz. Las Faggiola, tak wsławiony ich czynami, a położonyo pięć mil od Rzymu, na drodze do Neapolu, był generalnąkwaterą Sciarry, w której za pontyfikatu Grzegorza XIII skupiałosię niekiedy po kilka tysięcy żołnierzy. Szczegółowa historia tegoznamienitego bandyty byłaby nie do wiary w oczach obecnegopokolenia, w tym sensie, że nikt nie zechciałby zrozumiećpobudek jego czynów. Pokonano go aż w roku 1592. Kiedy ujrzał,że sprawa jest stracona, wdał się w układy z RzeczpospolitąWenecką i przeszedł w jej służby ze swymi najwierniejszymi lub najbardziej występnymi (jak kto woli) żołnierzami. Na żądanierządu rzymskiego Wenecja, która podpisała układ ze Sciarrą,kazała go zamordować, dzielnych zaś jego żołnierzy posłała naobronę wyspy Kandii przeciw Turkom. Ale roztropna Wenecjawiedziała, że na Kandii panuje mordercza zaraza; jakoż w kilkadni z pięciuset żołnierzy, których Sciarra oddał w służbę republiki, pozostało sześćdziesięciu siedmiu.

Ten las Faggiola, którego olbrzymie drzewa pokrywają dawnywulkan, był ostatnim teatrem czynów Marka Sciarra. Każdypodróżnik powie wam, że jest to najwspanialsza okolica owejcudnej Campagna Romana, której posępny wygląd jest jak stworzony dla tragedii. Las ten wieńczy swą ciemną zielenią szczytyAlbano.

Wspaniałą tę górę zawdzięczamy jakiejś erupcji wulkanicznej,wcześniejszej o wiele wieków niż założenie Rzymu. W epoce,która poprzedziła wszelką historię, wyrosła ona wśród rozległejrówniny rozciągającej się niegdyś między Apeninami a morzem.Monte Cavi, która wznosi się otoczona mrokami lasu Faggiola,jest jej szczytowym punktem, widzi się ją zewsząd, z Terracynyi z Ostii, jak z Rzymu i z Tivoli; góra zaś Albano, obecnie pokrytapałacami, stanowi zakończenie tego rzymskiego widnokręgu, taksłynnego wśród podróżnych. Klasztor czarnych mnichów zastąpiłna szczycie Monte Cavi świątynię Jowisza Feretryjskiego, gdzieludy łacińskie przychodziły składać wspólnie ofiary i zacieśniaćwęzły swego rodzaju federacji religijnej. Osłoniony cieniem wspaniałych kasztanów, podróżny dociera w kilka godzin do olbrzymich złomów będących ruiną świątyni Jowisza; ale z owegocienia, tak rozkosznego w tym klimacie, dziś nawet wędrowiecspogląda z niepokojem w głąb lasu: lęka się bandytów. Przybywszy na szczyt Monte Cavi, rozpala się ogień w ruinach świątyni,aby zgotować pożywienie. Z tego punktu, górującego nad całąCampagna Romana, widzi się ku zachodowi morze, które wydajesię o dwa kroki, mimo że jest o trzy lub cztery mile; rozróżnia sięnajmniejszy statek; przy pomocy najsłabszej lunety można policzyć ludzi udających się do Neapolu na statku parowym. Nawszystkie inne strony oko biegnie po wspaniałej równinie, którakończy się na wschód Apeninem, ponad Palestrina, na północ zaśbazyliką św. Piotra oraz innymi wielkimi budowlami Rzymu.Ponieważ szczyt Monte Cavi nie jest zbyt wysoki, oko rozróżnianajdrobniejsze szczegóły tego wspaniałego kraju, który mógłbysię obejść bez glorii historycznej, a w którym wszelako każdygaik, każdy złom wyszczerbionego muru widziany na równinie lub na zboczu gór przypomina którąś z owych bitew, tak cudownych patriotyzmem i męstwem, opowiedzianych przezLiwiusza.

Jeszcze za naszych dni, aby dojść do olbrzymich złomów,resztek świątyni Jowisza Feretryjskiego tworzących mur ogroduczarnych mnichów, można iść drogą triumfalną, którą szli niegdyś pierwsi królowie Rzymu. Wyłożona jest kamieniami ciosanymi bardzo regularnie; w lesie Faggiola znajdują się długie pasytej drogi.

Na brzegu wygasłego krateru, który, wypełniony obecnieprzezroczystą wodą, zmienił się w owo ładne jezioro Albano,mające pięć czy sześć mil obwodu i oprawne w skałę z lawy, leżałaniegdyś Alba, macierz Rzymu, którą polityka rzymska zniweczyła za pierwszych królów. Mimo to ruiny jej istnieją jeszcze.W kilka wieków później o ćwierć mili od Alby, na stokubiegnącym ku morzu, wyrosło Albano, ale to nowoczesne miastoodgrodzone jest od jeziora zasłoną ze skał, które kryją jezioromiastu, a miasto jezioru. Kiedy się je widzi z równiny, białe jegobudynki odznaczają się na ciemnej i głębokiej zieleni owego lasutak drogiego bandytom i tak często wsławionego, który wieńczyze wszech stron wulkaniczną górę.

Albano, liczące dziś pięć do sześciu tysięcy mieszkańców, niemiało ani trzech tysięcy w roku 1540, kiedy wśród pierwszychrodzin szlacheckich kwitnął potężny ród Campireali, któregonieszczęścia mamy opowiedzieć.

Tłumaczę tę historię z dwóch obszernych rękopisów: jedenrzymski, a drugi florencki. Z wielkim swoim niebezpieczeństwemośmieliłem się odtworzyć ich styl, niemal będący stylem naszychstarych legend. Wykwintny i pełen umiaru styl dzisiejszy niebardzo, jak mi się zdaje, godziłby się z treścią wypadków,a zwłaszcza z uwagami autorów. Pisali koło roku 1598. Proszęczytelnika o pobłażanie dla nich i dla mnie.

II

Spisawszy tyle tragicznych historii, powiada autor rękopisu florenckiego, zakończę tą, którą mi jest najciężej opowiedzieć. Będęmówił o słynnej ksieni klasztoru wizytek w Castro, Helenie deCampireali, której proces i śmierć tyle dały do gadania w wielkimświecie Rzymu i całych Włoch. Już około roku 1555 bandyciwładali w okolicach Rzymu, urzędnicy zaś byli zaprzedani możnym rodzinom. W 1572, to jest w roku procesu, Grzegorz XIIIBuoncompagni wstąpił na stolec św. Piotra. Ten święty kapłanjednoczył wszystkie apostolskie cnoty, ale jego cywilnemu zarządowi można było zarzucić niejaką słabość; nie umiał ani dobraćuczciwych sędziów, ani też powściągnąć bandytów; gryzł sięzbrodniami, a nie umiał ich karać. Zdawało mu się, iż skazująckogoś na karę śmierci, bierze na siebie straszliwą odpowiedzialność. Wynikiem tego usposobienia było, że gościńce wiodące dowiecznego miasta zaludniły się nieprzeliczoną mnogością złoczyńców. Aby podróżować z niejakim bezpieczeństwem, trzeba byłobyć w przyjaźni z bandytami. Las Faggiola, który przecinaładroga wiodąca do Neapolu przez Albano, był od dawna generalnąkwaterą rządu wrogiego rządowi Jego Świątobliwości i niejedenraz Rzym zmuszony był traktować, jak równy z równym, z Markiem Sciarra, jednym z królów lasu. Siłę bandytów stanowiło to,że posiadali przychylność okolicznych wieśniaków.

Owo ładne miasteczko Albano, tak bliskie generalnej kwaterybandytów, dało życie w roku 1542 Helenie de Campireali. Ojciecjej uchodził za najbogatszego patrycjusza w okolicy, dzięki czemuzaślubił Wiktorię Carafa, dziedziczkę wielkich włości w Królestwie Neapolitańskim. Mógłbym przytoczyć starców, którzy żyjąjeszcze, a którzy bardzo dobrze znali Wiktorię Carafa i jej córkę.Wiktoria była wzorem statku i rozumu; ale mimo swego wielkiegoumysłu nie mogła zapobiec upadkowi rodziny. Rzecz osobliwa,okropnych nieszczęść, które będą smutnym przedmiotem megoopowiadania, nie można, jak sądzę, przypisać w szczególnościżadnemu z ich aktorów, których przedstawię czytelnikowi: widzęnieszczęśliwych, ale zaiste nie mogę znaleźć winnych. Niezwykłapiękność i tkliwa dusza młodej Heleny — oto były dwa wielkieniebezpieczeństwa. One to służą za usprawiedliwienie dla JulianaBranciforte, jej kochanka; tępota monsignora Cittadini, biskupaz Castro, też może do pewnego stopnia być jej wymówką. Swójszybki awans po szczeblach godności duchownych zawdzięczał onswej poczciwości, a zwłaszcza swej wielce szlachetnej urodzie oraznajskończeniej pięknej fizjonomii, jaką zdarza się spotkać. Czytałem o nim, że nie można go było ujrzeć, a nie pokochać.

Ponieważ nie chcę pochlebiać nikomu, nie będę ukrywał, żepewien święty mnich z klasztoru Monte Cavi, którego niejedenraz zdybano w celi wznoszącego się na kilka stóp ponad ziemię,jak św. Paweł, w ten sposób, iż nic prócz łaski bożej nie mogło gopodtrzymać w tej niewygodnej pozycji, przepowiedział panuCampireali, że jego ród wygaśnie wraz z nim i że będzie miał tylkodwoje dzieci, które oboje zginą gwałtowną śmiercią. Z przyczynytej przepowiedni nie mógł znaleźć żony w swoich stronach i udałsię szukać fortuny do Neapolu, gdzie miał istotnie to szczęście, iżznalazł wielki majątek i kobietę zdolną geniuszem swoim odmienić jego zły los, gdyby rzecz taka w ogóle była możliwa. Ów panCampireali uchodził za poczciwego człowieka i czynił wielkiejałmużny; ale zgoła był wyzuty z dowcipu, co sprawiło, iżstopniowo usunął się z Rzymu i spędzał w końcu cały prawie rokw swoim pałacu w Albano. Oddawał się uprawie swoich ziem,położonych na tej bogatej równinie, która się ciągnie pomiędzymiastem a morzem. Za radą żony wspaniale wychował synaswego, Fabia, młodzieńca bardzo dumnego ze swego urodzenia,oraz córkę Helenę, która była cudownie piękna, jak to możnapoznać jeszcze z jej portretu znajdującego się w zbiorach Farnese.Od czasu jak zacząłem pisać jej historię, zachodziłem do pałacuFarnese, aby oglądać śmiertelną powłokę daną od nieba tejkobiecie, której nieszczęścia narobiły w swoim czasie tyle hałasui dotąd jeszcze zaprzątają pamięć ludzką. Kształt głowy tworzywydłużony owal, czoło bardzo rozległe, włosy ciemnoblond.Fizjonomia raczej wesoła; miała duże oczy z głębokim wyrazemi kasztanowate brwi tworzące łuk o doskonałym rysunku. Wargisą bardzo cienkie: można by rzec, że zarys ust wykreślił słynnymalarz Correggio. Oglądana wśród portretów otaczających jąw galerii Farnese, robi wrażenie królowej. Rzadka to rzecz, abywesołość łączyła się z majestatem.

Spędziwszy osiem lat jako wychowanka w klasztorze wizytekw Castro, obecnie zburzonym, dokąd przeważnie posyłano córkimagnatów rzymskich, Helena wróciła do domu; ale nim opuściłaklasztor, ofiarowała wspaniały kielich na wielki ołtarz do kościoła.Ledwie wróciła do Albano, ojciec jej sprowadził z Rzymu, zaznaczną pensję, słynnego poetę Cechino, wówczas bardzo sędziwego; ów wzbogacił pamięć Heleny najpiękniejszymi wierszamiboskiego Wergiliusza, Petrarki, Ariosta i Dantego, jego słynnychuczniów.

Tu tłumacz opuścił długą rozprawę o rozmaitych stopniachchwały, jaką w XVI wieku przyznawano tym wielkim poetom.Zdaje się, że Helena umiała po łacinie. Wiersze, których jąuczono, mówiły o miłości, i to o miłości, która gdybyśmy jąspotkali w roku 1839, zdałaby się nam bardzo śmieszna; chcę rzeco miłości namiętnej, która się żywi wielkimi poświęceniami, możeistnieć jedynie tajemnicą i zawsze sąsiaduje z najstraszliwszyminieszczęściami.

Taką była miłość, którą umiał obudzić w Helenie, wówczasledwie siedemnastoletniej, Julian Branciforte. Był to sąsiad jej,bardzo ubogi; mieszkał w lichym domku w górach, o ćwierć miliod miasta, wśród ruin Alby, nad brzegiem przepaści wysokiej nasto pięćdziesiąt stóp, wyścielonej zielenią, która okala jezioro.Domek ten, przylegający do posępnych i wspaniałych mrokówlasu Faggiola, zburzono później, gdy wzniesiono klasztor Pallazzuola. Ten ubogi młodzian miał na swą korzyść jedynie dziarskąi zwinną postać oraz beztroskę, z jaką znosił biedę. Wszystko, comożna było rzec o nim najlepszego, to iż rysy jego były wyraziste,choć niepiękne. Ale mówiono o nim, iż walczył dzielnie podrozkazami księcia Colonny wśród jego bravi w paru bardzoniebezpiecznych potrzebach. Mimo jego ubóstwa, mimo brakuurody serce jego byłoby w oczach dziewcząt z Albano zdobycząnader pochlebną. Mile witany wszędzie, Julian Branciforte znałjedynie miłostki, aż do chwili kiedy Helena wróciła z klasztoruw Castro. Kiedy wkrótce potem wielki poeta Cechino przeniósłsię z Rzymu do pałacu Campireali, aby kształcić umysł tej młodejpanienki, Julian, który go znał, wystosował doń łaciński utwórwierszem o szczęściu, jakie spotkało jego starość, że tak piękneoczy wlepiają się w jego oczy i że dusza tak czysta czuje siędoskonale szczęśliwa, kiedy on raczy przychwalić jej myśli.Zazdrość i żal młodych dziewcząt, z którymi Julian przestawałprzed przybyciem Heleny, udaremniła niebawem wszelkie ostrożności, jakie rozwijał, aby ukryć rodzącą się namiętność; jakożwyznaję, że ta miłość dwudziestodwuletniego młodzieńca i siedemnastoletniej panny objawiła się w sposób, którego rozsądeknie mógłby pochwalić. Trzy miesiące nie upłynęło, jak panCampireali spostrzegł, że Julian Branciforte przechadza się zbyt często pod oknami jego pałacu (który istnieje jeszcze w połowiewielkiej ulicy wiodącej ku jezioru).

Obyczaje wówczas były szorstkie i szczere, zgodne z wolnościąrepublikańską; polor monarchii nie zdławił jeszcze gwałtownychnamiętności. Widać to jasno z postępku pana Campireali. Tegożdnia, w którym uderzyła go częsta obecność młodego Branciforte,ozwał się w te słowa:

— Jak ty śmiesz włóczyć się bez ustanku pod domem i zaglądaćbezczelnie w okna mojej córki, ty, który nie masz nawet w co sięodziać? Gdybym się nie obawiał, że sąsiedzi źle sobie wytłumacząmój postępek, dałbym ci trzy cekiny, abyś poszedł do Rzymukupić sobie przyzwoite ubranie. Przynajmniej moich oczu i oczumojej córki nie obrażałby tak często widok twoich łachmanów.

Ojciec Heleny przesadzał zapewne: suknie młodego Branciforte to nie były łachmany; były sporządzone z bardzo prostegomateriału; ale mimo że czyste i często szczotkowane, trzebaprzyznać, że wygląd ich zdradzał długie użycie. Julian był takstrapiony wymówkami pana Campireali, że nie pojawił się już zadnia pod domem.

Jak wspomnieliśmy, dwie arkady, szczątek starożytnego wodociągu, służące za główną ścianę domkowi wzniesionemu przezojca Juliana i zostawionemu w spadku synowi, leżały o niespełnasześćset kroków od Albano. Aby się dostać do nowego miasta,Julian musiał przechodzić koło pałacu Campireali; toteż Helenazauważyła rychło nieobecność tego szczególnego młodzieńca,który jak szeptały jej przyjaciółki, zerwał wszelkie inne stosunki,aby się cały oddać szczęściu patrzenia na nią.

Pewnego letniego wieczora, koło północy, okno Heleny byłootwarte; młoda dziewczyna oddychała powiewem od morza,który bardzo dobrze było czuć na wzgórzu Albano, mimo żemiasto dzieliła od morza równina szeroka na trzy mile. Noc byłaciemna, panowała głęboka cisza; można było usłyszeć spadającylistek. Helena, wsparta na oknie, myślała może o Julianie, kiedyujrzała coś niby skrzydło nocnego ptaka, przesuwające się z wolnatuż za oknem. Cofnęła się przestraszona. Nie przyszło jej na myśl,że przedmiotem tym mógł kierować jakiś przechodzień; okno jej,na drugim piętrze pałacu, wznosiło się przeszło na pięćdziesiątstóp nad ziemią. Naraz spostrzegła, że ten osobliwy przedmiot tobukiet, który w głębokiej ciszy przesuwa się tam i z powrotemprzed oknem, o które się wspierała; serce zaczęło jej bić gwałtownie. Bukiet ten umieszczony był na końcu kilku związanychz sobą tyczek, trzcin podobnych do bambusu, które rosnąw okolicach Rzymu i dają łodygi wysokie na dwadzieścia lubtrzydzieści stóp. Dość silny wiatr był przyczyną, iż słaba trzcinaz trudnością zdołała utrzymać bukiet tuż pod oknem, w którymwedle przypuszczeń Juliana znajdowała się Helena; zresztą nocbyła tak ciemna, że z ulicy nie można było nic dojrzeć na takiejwysokości. Helena, która stała nieruchomo przy oknie, uczuła sięmocno wzruszona. Wziąć ten bukiet, czyż to nie było wyznanie?Nie doznawała zresztą żadnego z uczuć, które tego rodzajuprzygoda obudziłaby dziś w młodej pannie z dobrego towarzystwa, przygotowanej do życia starannym wychowaniem. Ponieważojciec i Fabio znajdowali się w domu, pierwszą jej myślą było, żenajmniejszy hałas spowodowałby wystrzał muszkietu wymierzony w Juliana; ulitowała się niebezpieczeństw, na jakie narażał siębiedny młodzieniec. Drugą myślą było, iż mimo że go znałajeszcze bardzo mało, był on wszakże istotą, którą kocha najbardziej w świecie po własnej rodzinie. Wreszcie po chwili wahaniawzięła bukiet. Dotykając kwiatów w głębokiej ciemności uczuła,że do łodygi przywiązany jest list; pobiegła na schody, aby goodczytać przy blasku lampki płonącej przed obrazem Madonny.,,Niebaczna! — powiadała sobie, rumieniąc się ze szczęścia przypierwszych słowach listu — jeśli mnie ktoś zobaczy, jestemzgubiona, a rodzina moja na wieki będzie prześladowała tegobiednego młodzieńca.” Wróciła do pokoju i zapaliła lampkę. Byłato rozkoszna chwila dla Juliana, który wstydząc się swego krokui jakby chcąc się ukryć jeszcze, mimo ciemnej nocy, tulił się doolbrzymiego pnia dębu, jednego z owych drzew o dziwacznychkształtach, które dziś jeszcze rosną na wprost pałacu Campireali.

W liście swoim Julian opowiadał z najzupełniejszą prostotąupokarzającą połajankę, jaka go spotkała ze strony ojca Heleny:

Jestem biedny, to prawda — ciągnął — niełatwo wyobraziłabyśsobie Pani bezmiar mego ubóstwa. Mam tylko swój dom, którymoże zauważyłaś koło ruin albańskiego wodociągu; przy domuogródek, który sam uprawiam i z którego warzywo stanowi mążywność. Mam jeszcze winnicę, wydzierżawioną za trzydzieścitalarów rocznie. Nie wiem w istocie, czemu Cię kocham; topewna, że nie mogę żądać, abyś dzieliła mą nędzę. A przecież, jeśliTy mnie nie pokochasz, życie straci dla mnie wszelką wartość; zbyteczne mówić, że oddałbym je tysiąc razy dla Ciebie. A wszakże przed Twoim powrotem z klasztoru życie to nie było nieszczęśliwe; przeciwnie, wypełniały je najświetniejsze marzenia. Toteżmogę powiedzieć, że widok szczęścia uczynił mnie nieszczęśliwym. Z pewnością wówczas nikt w świecie nie ośmieliłby się rzecmi słów, którymi mnie splugawił Twój ojciec; sztylet mój wymierzyłby mi sprawiedliwość. Wówczas, przy mojej odwadze i broni,czułem się równy każdemu w świecie; niczego mi nie brakło.Obecnie wszystko bardzo się zmieniło; znam lęk. Za wiele tegopisania; może Ty mną gardzisz! Jeśli, przeciwnie, masz dla mnienieco litości mimo ubogich sukien, które noszę, zauważysz, że cowieczora, kiedy północ dzwoni na wieży kapucynów na wzgórzu,znajduję się ukryty pod wielkim dębem, na wprost okna, w którepatrzę ciągle, domyślając się, że to Twoje okno. Jeśli nie gardziszmną, jak Twój ojciec, rzuć mi kwiat z tego bukietu, ale uważaj,aby się nie zahaczył o gzyms lub balkon Twego pałacu.

List ten odczytała Helena kilka razy; stopniowo oczy jejnapełniły się łzami; patrzała tkliwie na wspaniały bukiet, związany mocnym jedwabiem. Próbowała wyrwać kwiat, ale nie mogła;zdjął ją lęk: dla młodej rzymianki wyrwać kwiat, uszkodzić bukietbędący darem miłości, znaczy narazić się, że ta miłość umrze.W obawie, aby się Julian nie zniecierpliwił, pobiegła do okna; aleprzyszło jej na myśl, że zbyt dobrze ją widać, ile że lampanapełniała pokój światłem. Nie wiedziała, na jaki gest się odważyć; miała uczucie, że każdy jest zbyt wymowny.

Zawstydzona, wróciła pędem do pokoju. Ale czas mijał; narazprzyszła jej myśl, która wprawiła ją w nieopisane pomieszanie;Julian przypuści, że ona, jak ojciec, gardzi nim, bo jest ubogi!Ujrzała kawałek cennego marmuru, leżący na stole; obwiązała gochusteczką i rzuciła pod dąb na wprost okna. Następnie dałaznak, aby się Julian oddalił; usłyszała, że spełnił jej wolę, gdyżodchodząc nie silił się już utaić szelestu kroków. Kiedy się znalazłna szczycie skał dzielących jezioro od ostatnich domostw w Albano, usłyszała piosenkę miłosną; przesłała mu, już śmielej, znakpożegnania, po czym jęła na nowo odczytywać list.

Nazajutrz i dalszych dni znowu listy i podobne schadzki; żejednak w wiosce włoskiej nic nie ujdzie baczności, zwłaszcza żeHelena była najbogatszą dziedziczką w okolicy, ostrzeżono panaCampireali, że co wieczór o północy widać światło w pokoju jego córki; że — rzecz o wiele osobliwsza — okno jest otwarte, a nawetHelena stoi w nim, tak jakby się zgoła nie lękała zinzare (rodzajdokuczliwych komarów, które psują najładniejsze wieczoryw Campagna Romana). Tu muszę na nowo prosić czytelnikówo pobłażliwość. Kiedy ktoś chce poznać zwyczaje obcego kraju,musi być przygotowany na pojęcia bardzo dziwaczne, bardzoróżne od naszych. Pan Campireali narządził dwa muszkiety, swóji swego syna. Wieczorem, kiedy wybiło trzy kwadranse nadwunastą, uprzedził Fabia i obaj wśliznęli się najciszej na kamienny balkon na pierwszym piętrze, tuż pod oknem Heleny. Litabalustrada osłaniała ich do pasa, w razie gdyby ktoś z dołu zechciałwygarnąć z muszkietu w tę stronę. Północ wybiła; usłyszeli szelestpod drzewami; ale co ich napełniło zdumieniem, światło w oknachHeleny nie pojawiło się. Dziewczyna ta, dotąd prosta i żywa jakdziecko, zmieniła się zupełnie, odkąd kochała. Wiedziała, żenajmniejsza nierozwaga naraża życie ukochanego; gdyby takimożny pan jak jej ojciec zabił biedaka takiego jak Julian Branciforte, wystarczyłoby mu potem zniknąć na trzy miesiące, którespędziłby w Neapolu; przez ten czas przyjaciele w Rzymiezałagodziliby sprawę i wszystko skończyłoby się ofiarowaniemlampy za kilkaset talarów na ołtarz modnej w tej chwili Madonny.Rano przy śniadaniu Helena poznała z fizjonomii ojca, że jestmocno pogniewany; ze spojrzeń zaś, jakie na nią rzucał ukradkiem, odgadła, że to ona jest przyczyną gniewu. Natychmiastpobiegła przyprószyć nieco kurzem drzewce dwóch wspaniałychmuszkietów wiszących nad łóżkiem ojcowskim. Posypała równieżlekką warstwą kurzu puginały i szpady. Cały dzień okazywałaszaloną wesołość, biegała po domu po wszystkich piętrach,gotowa ostrzec Juliana, w razie gdyby miała szczęście go ujrzeć.Ale nie było nadziei. Biedny chłopiec tak był upokorzony połajanką bogatego pana, że w dzień nigdy nie zjawiał się w Albano;obowiązek jedynie sprowadzał go w niedzielę na mszę do parafialnego kościoła. Matka Heleny, która ją ubóstwiała i nie umiała jejniczego odmówić, wyszła z nią trzy razy tego dnia, ale na próżno;Helena nie spotkała Juliana. Była w rozpaczy. Cóż się z nią działo,kiedy wieczorem, oglądając broń ojcowską, ujrzała, że muszkietysą nabite i że prawie wszystkie puginały i szpady poruszano! Odśmiertelnego niepokoju odrywało ją jedynie pilne baczenie, abynie okazać, że się czegoś domyśla. Idąc do siebie o dziesiątejwieczór, zamknęła na klucz drzwi wychodzące na przedpokój matczyny; po czym przycupnęła przy oknie, leżąc na podłodze,tak aby jej nikt nie mógł spostrzec z zewnątrz. Można sobiewyobrazić, z jakim lękiem słuchała bijących godzin; nie było jużmowy o wyrzutach, jakie sobie czyniła często, iż tak szybkopokochała Juliana, co mogło obniżyć jej cenę w jego oczach. Tendzień posunął sprawy młodego człowieka bardziej niż pół rokustałości i zaklęć. „Po co kłamać? — powiadała sobie Helena. — Czyżgo nie kocham całą duszą?”

O wpół do jedenastej Helena ujrzała wyraźnie brata i ojca, jaksię czają na kamiennym balkonie pod jej oknem. W dwie minutypo tym, jak północ wybiła w klasztorze kapucynów, usłyszałarównie wyraźnie kroki kochanka, który zatrzymał się pod dębem.Spostrzegła z radością, że ojciec i brat jak gdyby nic nie słyszeli;trzeba było lęku zakochanego serca, aby usłyszeć szelest tak lekki.,,Teraz — powiadała sobie — zabiją mnie, ale trzeba za wszelkącenę, aby nie dostali w ręce dzisiejszego listu; prześladowaliby doostatniego tchu biednego Juliana.” Przeżegnała się i trzymając sięjedną ręką żelaznej balustrady, wychyliła się, ile tylko mogła, naulicę. Nie upłynęło ćwierć minuty, a bukiet, przymocowany jakzwykle do długiej trzciny, trącił ją w ramię. Chwyciła bukiet, aleodczepiając go żywo od żerdki, na której był umieszczony, trąciłatą żerdką o balkon. Natychmiast rozległy się dwa strzały, po czymzaległa cisza. Fabio, nie wiedząc w ciemności, czy to, co uderzyłoo balkon, to nie był sznur, za pomocą którego Julian schodzi odsiostry, dał ognia w stronę jej balkonu; nazajutrz znalazła śladkuli spłaszczonej na żelazie. Pan Campireali strzelił w dół, gdyżJulian uczynił lekki hałas, przytrzymując padającą żerdkę. Słysząchuk nad głową Julian odgadł, co się święci, i ukrył się podbalkonem.

Fabio szybko nabił ponownie muszkiet i nie oglądając się naojca pobiegł do ogrodu. Otworzył cicho furtkę wychodzącą nasąsiednią ulicę i skradając się na palcach zaczął przepatrywaćnieliczne osoby przechadzające się pod balkonem. W tej chwiliJulian, który tego wieczora był z silną eskortą, znajdował sięo dwadzieścia kroków, przytulony do drzewa. Helena, wychylając się z okna i drżąc o kochanka, zaczęła głośną rozmowęz bratem, którego głos usłyszała na ulicy: spytała go, czy zabiłzłodzieja.

— Nie sądź, że mnie oszukasz swym piekielnym podstępem! — krzyknął z ulicy, którą przebiegał wzdłuż i wszerz — opłakujzawczasu śmierć zuchwalca, który się ważył sięgnąć do twegookna.

Ledwie wyrzekł te słowa, Helena usłyszała, że matka puka dopokoju.

Otwarła czym prędzej, powiadając, że nie pojmuje, jakimcudem drzwi są zamknięte.

— Bez komedii, drogi aniele — rzekła matka — ojciec jestwściekły i może cię zabić; chodź się ze mną położyć do łóżka,a jeżeli masz jaki list, daj mi go, ja schowam.

Helena rzekła:

— Oto bukiet, list ukryty jest w kwiatach.

Zaledwie obie kobiety znalazły się w łóżku, kiedy pan Campireali wszedł do pokoju żony. Przybywał z kaplicy, gdzie wszystkopoprzewracał. Uderzyło Helenę to, że ojciec, blady jak upiór,działa z wolna, jak człowiek, który powziął stanowcze postanowienie. „Zginęłam!” — rzekła sobie Helena.

— Cieszymy się, że mamy dzieci — rzekł ojciec przechodzącobok łóżka żony, aby się udać do pokoju córki, trzęsąc sięz wściekłości, ale udając zupełny spokój. — Cieszymy się, że mamydzieci, ale raczej powinniśmy płakać krwawymi łzami, kiedydziecko okaże się dziewczyną. Wielki Boże! Czy podobna? Płochość ich może pozbawić honoru człowieka, na którego odsześćdziesięciu lat nie padł nawet najlżejszy cień.

Mówiąc to przeszedł do pokoju córki.

— Zgubiona jestem — rzekła Helena do matki — listy są podkrucyfiksem koło okna.

Natychmiast matka wyskoczyła z łóżka i pobiegła za mężem;jęła wykrzykiwać największe androny, aby wywołać jego gniew,udało się to jej najzupełniej. Starzec wściekał się, łamał w pokojucórki wszystko, ale matka mogła zabrać niepostrzeżenie listy.W godzinę później, kiedy pan Campireali wrócił do swego pokoju, obok pokoju żony, i kiedy wszystko się uspokoiło, matkarzekła:

— Masz swoje listy, nie chcę ich czytać, widzisz, ile nas o małonie kosztowały! Na twoim miejscu spaliłabym je. Dobranoc,uściskaj mnie.

Helena wróciła do siebie, zalewając się łzami, miała uczucie, żeod tych słów matki nie kocha już Juliana. Następnie gotowała sięspalić listy, ale nim je wydała zniszczeniu, nie mogła się wstrzymać, aby ich nie przeczytać. Odczytywała je tak długo, iż słońcebyło już wysoko na niebie, kiedy wreszcie namyśliła się iść zazbawienną radą.

Nazajutrz, była to niedziela, Helena udała się z matką dokościoła; szczęściem ojciec nie poszedł za nimi. Pierwszą osobą,którą spostrzegła w kościele, był Julian. Jednym spojrzeniemupewniła się, że nie jest ranny. Czuła się szczęśliwa bez granic;przygody nocne były o tysiąc mil od jej pamięci. Sporządziła pięćalbo sześć bilecików skreślonych na strzępach starego papieru,zadeptanego i zbrudzonego mokrą ziemią, jakie można znaleźć naposadzce w kościele, wszystkie zawierały to samo ostrzeżenie:

Wszystko odkryte, wyjąwszy nazwiska. Nie pojawiaj się już naulicy; będę tu przychodziła często.

Helena upuściła świstek spoglądając znacząco w stronę Juliana,który podniósł go i wyszedł. Wracając do domu w godzinę późniejznalazła na schodach pałacowych strzępek papieru, uderzył jązupełnym podobieństwem z tymi, którymi posłużyła się rano.Podniosła go tak zręcznie, że nawet matka nic nie zauważyła,i przeczytała:

Za trzy dni ktoś wróci z Rzymu, dokąd musi się udać. Będzieśpiewał w biały dzień w dni targowe, wśród zgiełku, okołodziesiątej rano.

Ten wyjazd zdziwił Helenę. „Czyżby się lękał muszkietuFabia?” — powiadała sobie ze smutkiem. Miłość wybaczy wszystko, wyjąwszy dobrowolne oddalenie; bo też to jest największamęczarnia. Miast płynąć w słodkim marzeniu, wypełnione rozpamiętywaniem uroków kochanka, życie staje się wówczas pastwąokrutnego wątpienia. „Ale czy to możliwe, aby on mnie już niekochał?” — powiadała sobie Helena przez trzy długie dni, któretrwała nieobecność Juliana. Naraz miejsce zgryzoty zajęła szalonaradość: trzeciego dnia ujrzała go w samo południe przechadzającego się pod pałacem jej ojca. Miał na sobie nowe suknie, prawiewspaniałe. Nigdy szlachetna jego postawa oraz dziarska fizjonomia nie jaśniały żywszym blaskiem; nigdy też nie mówiono tyle cotego dnia o ubóstwie Juliana. Mężczyźni, a zwłaszcza młodziludzie, mówili o nim z przekąsem; kobiety, a zwłaszcza młodedziewczęta, zachwycały się jego wspaniałą postacią.

Cały dzień Julian przechadzał się po mieście; zdawałoby się, żechce sobie wynagrodzić owe miesiące zamknięcia, na któreskazało go ubóstwo. Jak przystało człowiekowi zakochanemu,Julian był dobrze uzbrojony pod swoim nowym ubraniem.Oprócz sztyletu i puginału miał swoje giacco (rodzaj długiejkamizelki ze stalowej siatki; bardzo jest niewygodna, ale leczywłoskie serca ze smutnej choroby, która dręczyła je w owychczasach; mam na myśli obawę, aby nie paść na rogu ulicy z rękiwroga). Tego dnia Julian miał nadzieję ujrzeć Helenę; mierziło goprzy tym trochę zostać samemu w pustym domu, oto dlaczegoRanucy, dawny żołnierz jego ojca, odbywszy z nim dziesięćkampanii w oddziałach rozmaitych condottieri, na końcu w oddziale Marka Sciarra, nie opuścił swego kapitana, kiedy go ranyzmusiły do porzucenia służby. Kapitan Branciforte miał przyczyny, aby się trzymać z dala od Rzymu: narażał się tam na spotkanie synów ludzi, których zabił; nawet w Albano nie miałochoty wydać się na łaskę władz. Zamiast kupić lub nająćdomek w mieście, wolał raczej zbudować go sobie w sposóbtaki, aby z daleka widzieć każdego nadchodzącego. Znalazłw ruinach Alby cudowne miejsce; nie będąc spostrzeżonym przezniewczesnych gości, można było schronić się w las, gdzie władałdawny jego przyjaciel i wódz, Fabrycy Colonna. O przyszłośćsyna kapitan Branciforte nie troszczył się zgoła. Kiedy się wycofałze służby, mając dopiero pięćdziesiąt lat, ale podziurawiony jaksito, obliczył, że może jeszcze żyć jakieś dziesięć lat; jakoż pozbudowaniu domu wydawał co roku dziesiątą część tego, co zebrałz grabieży, w których miał zaszczyt brać udział.

Kupił ową winnicę, która dawała synowi trzydzieści talarówrocznie; była to odpowiedź na przycinek pewnego obywatelaz Albano, który kiedy kapitan coś rozprawiał o interesachi o chwale tego miasta, zauważył, że śmieszne jest, aby takichudeusz dawał rady osiadłym albańczykom! Kapitan kupił winnicę i zapowiedział, że kupi więcej; po czym, spotkawszy owego kpiarza w ustronnym miejscu, zastrzelił go z pistoletu.

Po ośmiu latach takiego życia kapitan umarł; adiutant jego,Ranucy, ubóstwiał Juliana; mimo to, znużony bezczynnością,wrócił do służby u księcia Colonny. Często zachodził odwiedzaćsyna swego, Juliana (takie mu dawał miano); w wigilięniebezpiecznego szturmu, któremu książę miał stawić czoło, w fortecy Petrella, zabrał Juliana, aby walczył przy jego boku.Widząc jego odwagę rzekł:

— Tyś chyba szalony, i co więcej, bardzo naiwny, aby gnić podAlbano jak najlichszy z mieszczuchów, gdy przy tym, coś nam tupokazał, i przy nazwisku swego ojca mógłbyś być u nas świetnymavventuriere i co więcej, zrobić majątek.

Słowa te dręczyły Juliana. Umiał on nieco po łacinie odpewnego księdza; że jednak ojciec Juliana drwił sobie, pozałaciną, ze wszystkiego, co ksiądz mówił, nie miał ani odrobinywykształcenia. W zamian za to, wzgardzony dla swego ubóstwa,żyjąc samotnie w ustronnym domku, wytworzył sobie pewnąfilozofię, która śmiałością swoją zdumiałaby uczonych. Zanim naprzykład pokochał Helenę, sam nie wiedząc czemu, ubóstwiałwojnę, ale miał wstręt do grabieży; w oczach zaś jego ojcai Ranucego grabież była niby wesoła krotochwila, którą się dajew teatrze po szlachetnej tragedii. Od czasu jak kochał Helenę,poglądy te stanowiły udrękę Juliana. Ta dusza, wprzód takniefrasobliwa, nie śmiała się nikogo radzić w swych wątpliwościach, przepełniona była miłością i smutkiem. Cóż by powiedziałpan Campireali, gdyby wiedział, że on jest avventuriere? Dopieromiałby prawo obsypać go słusznymi wyrzutami! Julian zawszeliczył na żołnierkę jako na pewną ucieczkę, w porze gdy jużspienięży łańcuchy i inne klejnoty znalezione w żelaznej szkatuleojcowskiej. Jeżeli Julian nie miał żadnego skrupułu, aby wykraść,mimo swego ubóstwa, córkę bogatego pana Campireali, to dlategoże w owej epoce ojciec rozrządzał w testamencie swoim mieniem,jak mu się podobało, i że pan Campireali mógł doskonale zostawićcórce tysiąc talarów całego majątku. Inny problem zaprzątałgłęboko wyobraźnię Juliana: primo, w jakim mieście osadzimłodą żonę, skoro ją zaślubi i wykradnie ojcu? Secundo, skądweźmie pieniędzy na jej utrzymanie?

Kiedy pan Campireali rzucił mu w twarz krwawe słowa, którego tak poruszyły, Julian był przez dwa dni pastwą wściekłościi bólu; nie mógł się zdecydować ani na to, aby zabić zuchwałegostarca, ani aby go zostawić przy życiu. Całe noce płakał, wreszciepostanowił się poradzić Ranucego, jedynego przyjaciela, jakiegomiał w świecie; ale czy go ten przyjaciel zrozumie? Najpierwszukał Ranucego po całym lesie Faggiola; trzeba mu było udać sięna gościniec neapolitański, poza Velletri, gdzie Ranucy dowodziłzasadzką: oczekiwał tam w licznej kompanii Ruiza d’Avalos, hiszpańskiego generała, który się wybierał do Rzymu lądem,niepomny, że niegdyś w licznej kompanii wyraził się wzgardliwieo awanturnikach księcia Colonny. Kapelan jego przypomniał mubardzo w porę tę drobną okoliczność, wskutek czego Ruizd’Avalos uzbroił barkę i puścił się morzem.

Wysłuchawszy opowieści Juliana, Ranucy rzekł:

— Opisz mi dokładnie tego jegomościa Campireali, iżby jegogrubiaństwo nie kosztowało życia jakiego poczciwego mieszkańcaAlbano. Z chwilą gdy sprawa, która nas tu trzyma, zakończy siętak czy owak, udasz się do Rzymu, gdzie pamiętaj pokazywać siępo gospodach i innych publicznych miejscach, ile tylko zdołasz;nie trzeba, aby cię ktoś mógł podejrzewać, zwłaszcza iż wiedzą, żekochasz jego córkę.

Julian z trudnością zdołał uspokoić gniew ojcowskiego druha.W końcu sam musiał wybuchnąć:

— Czy ty myślisz, że mnie chodzi o twoją szpadę? — rzekł. —Zdaje mi się, że i ja mam szpadę! Chcę od ciebie mądrej rady.

Ranucy wciąż wracał do swego:

— Jesteś młody, nigdyś nie był ranny; zniewaga była publiczna;otóż mężczyzną zhańbionym gardzą nawet kobiety.

Julian odpowiedział, że jeszcze się poradzi w tej mierze swegoserca. Mimo nalegań Ranucego, który koniecznie chciał gowciągnąć do napaści na hiszpańskiego generała, „przy czym — powiadał — można nabyć chwałę, nie licząc dukatów”, Julianwrócił sam do swego domku. Tam to w wilię dnia, w którym panCampireali wygarnął doń z muszkietu, odwiedzili Juliana Ranucyi jego kapral, obaj z powrotem z Velletri. Ranucy użył przemocy,aby zajrzeć do szkatułki, gdzie jego zwierzchnik, kapitan Branciforte, chował niegdyś złote łańcuszki i inne kosztowności, o ile nieuważał za stosowne wydać ich zaraz po wyprawie. Znalazł tamdwa talary.

— Radzę ci zostać mnichem — rzekł do Juliana — masz po temuwszystkie cnoty: miłość ubóstwa, a oto dowód; pokorę, bopozwalasz się lżyć w biały dzień bogaczowi z Albano; brak cijedynie obłudy i łakomstwa.

Ranucy włożył przemocą do szkatułki pięćdziesiąt dukatów.

— Daję ci moje słowo — rzekł — że jeśli do miesiąca panCampireali nie będzie pogrzebany ze wszystkimi honorami należnymi jego urodzeniu i dostatkom, tu obecny kapral przybędziez trzydziestoma ludźmi, aby zburzyć twój domek i spalić twoje mizerne rzeczy. Nie ścierpię, aby pod pozorem miłości synkapitana Branciforte grał w świecie rolę durnia.

Owej nocy, kiedy pan Campireali i jego syn strzelili z muszkietów, Ranucy i jego kapral byli na czatach pod balkonem. Julianledwie zdołał ich powstrzymać, aby nie zabili lub bodaj nieporwali Fabia, wówczas gdy — jak opowiedzieliśmy wyżej — wypadł nieroztropnie na ulicę przez ogród. Argument, któryuspokoił Ranucego, był następujący: nie godzi się zabijać młodego człowieka, który może jeszcze na coś wyróść i stać sięużyteczny, gdy jest starszy grzesznik, winniejszy od niego i dobryjuż tylko na to, aby go pochować.

Nazajutrz po tej przygodzie Ranucy zaszył się w lasach, a Julianudał się do Rzymu. Uciechę, której doznał, kupując piękneubranie za dukaty Ranucego, mąciła okrutnie ta myśl, bardzoniezwykła w owej epoce i zwiastująca wysokie losy, które goczekały; powiadał sobie: „Helena musi się dowiedzieć, kimjestem.” Każdy inny mężczyzna w jego wieku i za jego czasówmyślałby jedynie o tym, aby nasycić swoją miłość i wykraśćHelenę, nie troszcząc się w żaden sposób o to, co się z nią staniew pół roku później, ani też o mniemanie, jakie o nim zachowa.

Wróciwszy do Albano tego samego dnia, w którym obnosiłwszędzie piękne ubranie przywiezione z Rzymu, Julian dowiedział się przez starego Scottiego, swego przyjaciela, że Fabiowyjechał konno do majątku, który ojciec posiadał o trzy mile stąd,nad morzem. Później zobaczył, iż pan Campireali idzie w towarzystwie dwóch księży ku wspaniałej alei dębowej; aleja ta okalabrzeg krateru, na którego dnie leży jezioro Albano. W dziesięćminut później stara kobieta weszła śmiało do pałacu Campirealizachwalając owoce na sprzedaż; pierwszą osobą, którą spotkała,była Marieta, zaufana Heleny. Helena zarumieniła się po białka,otrzymując piękny bukiet. List w bukiecie był niezwykle długi;Julian opowiedział wszystko, czego doświadczył od owej burzliwej nocy; ale pod wpływem szczególnego wstydu nie śmiałwyznać tego, z czego każdy inny młodzieniec za jego czasów byłbytak dumny, a mianowicie, że jest synem junaka słynnego z przygód i że on sam odznaczył się już w niejednej potrzebie. Wciążzdawało mu się, że słyszy, co by na to rzekł stary Campireali.Trzeba wiedzieć, że w szesnastym wieku młode dziewczyny,bliższe rozsądku republikańskiego, o wiele bardziej ceniły człowieka za to, czego dokonał sam, niż za bogactwa jego rodziny lub sławne czyny przodków. Ale pojęcia te miały zwłaszcza dziewczęta z ludu, panny z zamożnych lub szlachetnych domów lękały sięrozbójników i — rzecz zupełnie naturalna — miały w estymieszlachectwo i dostatek. Julian zakończył tymi słowy:

Nie wiem, czy przyzwoite suknie, które przywiozłem z Rzymu, pozwolą Ci zapomnieć zniewagi, którą osoba posiadającaTwój szacunek zbezcześciła mnie niegdyś z powodu mego mizernego wyglądu; mogłem się zemścić, honor mi to nakazywał; nieuczyniłem tego przez wzgląd na łzy, jakie moja zemsta wycisnęłaby ubóstwianym oczom. To może Ci dowiedzie — jeśli na menieszczęście wątpiłabyś jeszcze — że można być biednym, a miećszlachetne uczucia. Poza tym mam Ci wyznać straszliwą tajemnicę; z największą łatwością przyszłoby mi ją zwierzyć wszelkiejinnej kobiecie, ale — nie wiem czemu — drżę, kiedy ją mam wyznaćTobie. Może ona w jednej chwili zniweczyć Twoją miłość; niewystarczyłoby mi żadne zaklęcie. Chcę czytać w Twoich oczachwrażenie, jakie sprawi to wyznanie. W najbliższych dniach, skoronoc zapadnie, spotkam się z Tobą w ogrodzie za pałacem. Tegodnia Fabia i ojca nie będzie w domu; kiedy zyskam pewność, iżmimo ich wzgardę dla licho odzianego młodzieńca nie zdołają namprzerwać trzech kwadransów lub godziny rozmowy, zjawi się podoknami człowiek pokazujący dzieciakom ulicznym oswojonegolisa. Następnie, kiedy wydzwonią Anioł Panski, usłyszysz w oddali strzał z muszkietu; wówczas zbliż się do ogrodowego muru;jeśli nie będziesz sama, zaśpiewaj. O ile nic nie przerwie ciszy,niewolnik Twój zjawi się drżący u Twoich stóp i opowie Ci rzeczy,które może Cię przejmą zgrozą. Oczekując tego rozstrzygającegoi straszliwego dla mnie dnia, nie ośmielę się podać Ci już bukietuo północy; ale koło drugiej w nocy przejdę śpiewając, a Ty stojącna balkonie upuścisz może kwiat uszczknięty Twą ręką. Będą tomoże ostatnie znaki przychylności, jakich użyczysz nieszczęśliwemu Julianowi.

W trzy dni później ojciec i brat Heleny udali się konno domajątku nad morzem; mieli stamtąd wyruszyć tuż przed zachodem słońca, aby być z powrotem koło drugiej. Ale gdy chcieliwyjeżdżać, nie tylko ich dwa konie, ale wszystkie konie nafolwarku znikły. Zdziwieni tą zuchwałą kradzieżą szukali koni,które znaleźli dopiero nazajutrz w lesie nad morzem. Panowie Campireali musieli wracać do Albano na chłopskim wozie zaprzężonym w woły.

Kiedy tego wieczora Julian znalazł się u kolan Heleny, byłoprawie zupełnie ciemno. Biedna dziewczyna była szczęśliwa z tejciemności; pierwszy raz była w towarzystwie tego człowieka,którego kochała tkliwie, który to wiedział, ale z którym nigdy niewymieniła ani słowa.

Jedno spostrzeżenie dodało jej nieco odwagi: Julian był bardziej blady i drżący od niej. Widziała go u swoich kolan.

— Doprawdy, nie jestem w stanie mówić — rzekł do niej.

Mieli kilka chwil bardzo szczęśliwych: patrzyli na siebie, alenie mogli wymówić słowa, nieruchomi jak pełna wyrazu grupaz marmuru. Julian klęczał trzymając Helenę za rękę; ona z pochyloną głową przyglądała mu się ze skupieniem.

Julian wiedział, że w myśl rad przyjaciół, młodych rozpustników rzymskich, powinien był pokusić się o coś; ale wzdrygnął sięprzed tą myślą. Ze stanu ekstazy, najwyższego szczęścia, jakiemoże dać miłość, obudziła go ta myśl: czas uchodzi szybko, ojcieci brat zbliżają się do pałacu. Uczuł, iż przy swoich skrupułach niezazna trwałego szczęścia, póki nie uczyni owego straszliwegowyznania, które jego rzymskim przyjaciołom zdawałoby się ciężką głupotą.

— Wspomniałem ci o wyznaniu, którego może nie powinienbym czynić — rzekł wreszcie. Zbladł mocno; dodał z trudem, jakgdyby brakło mu oddechu: — Może sprawię, iż pierzchną teuczucia, których nadzieja jest moim życiem. Sądzisz, że jestembiedny; to nie wszystko: jestem bandytą i synembandyty.

Na te słowa Helena, córka bogacza i żywiąca wszystkie obawyswej kasty, uczuła, że mdleje; bała się, że upadnie. „Jakie by tobyło straszne dla biednego Juliana! — pomyślała. — Przypuści, żenim gardzę. Był u jej kolan. Aby nie upaść, oparła się o niego;niebawem padła bezprzytomna w jego ramiona. Jak czytelnikwidzi, w szesnastym wieku lubiano w historiach miłosnychdokładność; a to dlatego że nie sądzono ich rozumem, aleodczuwano wyobraźnią, a uczucia czytelnika zlewały się z uczuciami bohaterów. Dwa rękopisy, z których czerpię, a zwłaszczaten, który zawiera pewno zwroty właściwe dialektowi florenckiemu, podają najszczegółowiej historię wszystkich schadzek, którenastąpiły. Niebezpieczeństwo tłumiło w młodej dziewczynie wyrzuty. Często niebezpieczeństwa były ogromne, ale jedynie rozpalały one te dwa serca, dla których wszystkie wzruszenia płynącez ich miłości były szczęściem. Niejeden raz Fabio i jego ojciecomal ich nie zaskoczyli. Byli wściekli, sądząc, że z nich zadrwiono;głos publiczny powiadał im, że Julian jest kochankiem Heleny,a mimo to nic nie mogli dostrzec. Fabio, młodzieniec porywczyi dumny, namawiał ojca, aby kazać zabić Juliana.

— Póki on będzie na świecie — powiadał — życie siostry znajdujesię w strasznym niebezpieczeństwie. Kto nam zaręczy, żew pierwszym momencie honor nie zmusi nas do ubroczenia rąkw krwi tej zatwardziałej? Doszła do tego zuchwalstwa, że niezapiera się już swej miłości; widziałeś, ojcze, że na twoje wyrzutyodpowiada jedynie tępym milczeniem; wierzaj, to milczenie jestwyrokiem śmierci na Juliana Branciforte.

— Pomyśl, kim był jego ojciec — odpowiadał pan Campireali. —Oczywiście, nic łatwiejszego dla nas niż udać się na pół roku doRzymu, a przez ten czas Branciforte zniknie. Ale kto namzaręczy, czy jego ojciec, który mimo swych zbrodni był człekiemdzielnym i szczodrym, szczodrym tak, że zbogacił wielu swychżołnierzy, a sam został biedny, kto nam zaręczy, że jego ojciec niema jeszcze przyjaciół, czy to w kompanii księcia Monte Mariano,czy w kompanii księcia Colonny, który często obozuje w lasachFaggiola, o pół mili od nas. W takim razie wymordowano by nasbez pardonu, mnie, ciebie, może i twoją nieszczęśliwą matkę.

Te częste rozmowy ojca z synem niezupełnie były obce Wiktorii Carafa, matce Heleny, i doprowadziły ją do rozpaczy. Wynikiem dyskusji między Fabiem a ojcem było, iż niegodne jest ichhonoru cierpieć spokojnie pogłoski obiegające w Albano. Skoronie było bezpieczne sprzątnąć młodego Branciforte, który z każdym dniem stawał się zuchwalszy i co więcej, ubrany obecnie wewspaniałe szaty, posuwał bezczelność do tego stopnia, iż publicznie zagadywał Fabia lub nawet samego pana Campireali, trzebabyło obrać jedną z tych decyzji, a może obie razem: wrócić na stałedo Rzymu, oddać Helenę do klasztoru wizytek, iżby tam została,aż się znajdzie dla niej odpowiednia partia.

Nigdy Helena nie wyznała swej miłości matce; matka i córkakochały się tkliwie i żyły z sobą najserdeczniej, a mimo to niepadło ani jedno słowo w przedmiocie, który prawie jednako jezaprzątał. Ten jedyny niemal przedmiot ich myśli pierwszy razwyraził się w słowach, gdy matka wspomniała córce, że jest zamiarprzeniesienia się do Rzymu, a może i odesłania jej na kilka lat doklasztoru w Castro.

Zwierzenie to było ze strony Wiktorii Carafa wielkim nierozsądkiem; usprawiedliwić je może jedynie bezmierna czułość dlacórki. Helena, oszalała miłością, chciała dowieść kochankowi, żesię nie wstydzi jego ubóstwa i że zaufanie jej do jego honoru jestbez granic. „Kto by uwierzył? — wykrzykuje autor florenckiegorękopisu. — Po tylu schadzkach tak zuchwałych i tak igrającychz okrutną śmiercią, schadzkach, które odbywały się w ogrodzie,a nawet parę razy we własnym pokoju, Helena była czysta!” Silnaswą cnotą, ofiarowała kochankowi, że się z nim wymknie kołopółnocy przez ogród i że spędzą noc w domku w ruinach Alby,o ćwierć mili od pałacu. Przebrali się za mnichów zakonu św.Franciszka. Helena była słusznego wzrostu; w przebraniu tymwyglądała na młodego, osiemnasto- lub dwudziestoletniego braciszka. Rzecz nie do wiary niemal i znamionująca wyraźnie palecboży, to iż na wąskiej dróżce wyrąbanej w skale i biegnącej podsamym murem kapucynów Julian i jego kochanka, przebrani zamnichów, spotkali pana Campireali i syna jego, Fabia, którzyw orszaku czterech dobrze uzbrojonych sług, mając przed sobąpazia z zapalonymi pochodniami, wracali z Castel Gandolfo,miasteczka położonego w pobliżu nad jeziorem. Aby przepuścićkochanków, obaj Campireali i ich ludzie ustawili się po obustronach tej drogi szerokiej może na osiem stóp. Jakimż byłobyszczęściem dla Heleny, gdyby ją poznano! Zginęłaby od kuliz ręki ojca lub brata, męka jej trwałaby tylko chwilę; ale niebozrządziło inaczej (superis aliter visum).

Dodają jeszcze jeden szczegół tego osobliwego spotkania, którypani Campireali, dożywszy późnej starości, niemal stuletnia,opowiadała jeszcze niekiedy w Rzymie w przytomności poważnych osób, które, również sędziwe, powtórzyły mi go, kiedy mojanienasycona ciekawość wypytywała je w tym przedmiocie, a takżew wielu innych. Fabio Campireali, młodzieniec hardy swą odwagą i niosący się bardzo górnie, zauważywszy, że młody mnich niepozdrowił ani ojca, ani jego, wykrzyknął:

— A to mi ladaco mniszek hardy! Bóg ich wie, co oni tam obajidą robić za klasztorem o tak późnej godzinie! Miałbym diabląochotę uchylić im kapturów, zobaczylibyśmy ich miny!

Na te słowa Julian ścisnął puginał pod habitem i przeszedłmiędzy Fabia i Helenę. Znalazł się od Fabia o niecałą stopę; ale niebo zrządziło inaczej i uśmierzyło cudem wściekłość dwóchmłodzieńców, którzy niebawem mieli spotkać się z tak bliska.

W procesie, który później wytoczono Helenie Campireali,chciano przedstawić tę nocną wyprawę jako dowód zepsucia; byłto obłęd młodego serca płonącego szaloną miłością, ale to sercebyło czyste.

III

Trzeba wiedzieć, że Orsiniowie, wiekuiści współzawodnicyColonnów i wszechpotężni wówczas w okolicy Rzymu, kazaliświeżo trybunałom skazać na śmierć bogatego rolnika, BaltazaraBandini, rodem z Petrella. Zbyt długo by wymieniać tu występki,o które obwiniano Bandiniego: większość z nich byłaby zbrodniądziś, ale nie można ich oceniać równie surowo w roku 1559.Bandiniego uwięziono w zamku Orsinich, położonym w górachod strony Valmontone, o sześć mil od Albano. Bargello rzymskiw orszaku stu pięćdziesięciu zbirów zjawił się w nocy nagościńcu; przybywał po Bandiniego, aby go zawieść do Rzymu dowięzienia Tordinona po wyrok skazujący go na śmierć. Ale jakwspomnieliśmy, ów był rodem z Petrella, twierdzy Colonnów;jakoż żona Bandiniego zagadnęła publicznie Fabrycego Colonnę,który się znajdował w Petrella:

— Czy pozwolisz, panie, umrzeć swemu wiernemu słudze?

Colonna odpowiedział:

— Niech mnie Bóg broni, abym miał kiedykolwiek uchybićtrybunałom papieża, mego pana!

Natychmiast żołnierze jego otrzymali rozkazy, a wszystkimjego stronnikom udzielono wiadomości, aby byli w pogotowiu.Schadzkę naznaczono w okolicy Valmontone, miasteczka naszczycie skały niezbyt wysokiej, ale mającej za szaniec gładkąprawie i prostopadłą przepaść wysoką na sześćdziesiąt do osiemdziesięciu stóp. Do tego miasta, należącego do papieża, udało sięstronnikom Orsinich oraz zbirom doprowadzić Bandiniego.Wśród najgorliwszych popleczników władzy znajdowali się panCampireali i Fabio, spokrewnieni zresztą trochę z Orsinimi. Oddawien dawna, przeciwnie, Julian Branciforte i jego ojciec bylioddani Colonnom.

W okolicznościach, w których nie wypadało Colonnom działaćotwarcie, uciekali się oni do bardzo prostego sposobu. Większośćbogatych wieśniaków rzymskich należała — wówczas jak dziś — dojakiejś kompanii pokutniczej. Pokutnicy nie pojawiają się publicznie inaczej niż z głową okrytą kawałkiem płótna, które zasłaniaim twarz i ma tylko dwie dziury na oczach. Kiedy Colonnowie niechcą przyznać się do jakiegoś przedsięwzięcia, zalecają swoimstronnikom, aby udając się na schadzkę wdziali strój pokutników.

Po długich przygotowaniach przewiezienie Bandiniego, którym od dwóch tygodni zajmowała się cała okolica, naznaczono naniedzielę. Tego dnia o drugiej z rana gubernator Valmontonekazał bić w dzwony na trwogę we wszystkich wioskach w lesieFaggiola. Chłopi wyszli dość licznie z każdej wioski. (Obyczajeśredniowiecznych republik, w których bito się, aby uzyskać to,czego się pragnie, zachowały sporo dzielności w sercu chłopów; zanaszych czasów nikt by się nie ruszył.)

Tego dnia można było zauważyć rzecz dość osobliwą: w miaręjak gromadki uzbrojonych chłopów zapuszczały się w las, malałyo połowę — stronnicy Colonnów przemykali się ku wskazanemuprzez Fabrycego miejscu. Naczelnicy zdawali się przeświadczeni,że tego dnia nie będzie starcia, otrzymali rano rozkaz szerzenia tejpogłoski. Fabrycy przebiegał las z wyborem swoich stronników,których wsadził na półdzikie młode konie ze swojej stadniny.Robił jak gdyby przegląd oddziałów chłopskich; ale nie mówił donich nic, ile że każde słowo mogło być niebezpieczne. Fabrycy byłto wysoki chudy człowiek, niewiarogodnie zwinny i silny; mimoże miał ledwie czterdzieści pięć lat, włosy i wąsy miał mlecznobiałe, z czego był bardzo nierad: po tym znaku można go było poznaćtam, gdzie wolał ujść niepostrzeżony. Na jego widok chłopiwołali: „Niech żyje Colonna!”, i wkładali płócienne kaptury.Sam książę miał swój kaptur na piersiach, aby go włożyć z chwilą,gdy spostrzeże nieprzyjaciół.

Nie dali na siebie czekać. Ledwie słońce wstawało, kiedy jakiśtysiąc ludzi stronnictw Orsinich, ciągnących od Valmontone,weszło w las, przechodząc o trzysta kroków od stronników Colonny, którym ten kazał położyć się na ziemi. W kilka minut poprzejściu ostatnich z orsyńczyków tworzących tę awangardęksiążę poderwał swoich ludzi: postanowił napaść eskortę Bandiniego w kwadrans po tym, jak się zapuści w las. W tej okolicy lasusiany jest skałami wysokimi na piętnaście lub dwadzieścia stóp;są to fale lawy, na których kasztany rosną wspaniale, tak że prawie zupełnie zaciemniają światło. Ponieważ fale te, mniej lub więcejnadgryzione czasem, powodują znaczne nierówności gruntu,przeto aby oszczędzić gościńcowi mnóstwa niepotrzebnychwzniesień i spadków, wyżłobiono drogę w lawie, tak iż częstoznajduje się ona o kilka stóp poniżej poziomu lasu.

W pobliżu miejsca obranego przez Fabrycego na atak znajdowała się polana zarośnięta murawą; z jednego brzegu polanę tęprzecinał gościniec. Następnie droga wchodziła w las, który,pełen głogów i krzewów, był w tym miejscu zupełnie nie doprzebycia. Fabrycy pomieścił swoich po obu stronach, o stokroków od gościńca. Na znak księcia każdy wieśniak nałożyłkaptur i ustawił się z muszkietem za kasztanem; żołnierze księciazajęli pozycje najbliżej drogi. Chłopi otrzymali wyraźny rozkaznie strzelać aż po żołnierzach, ci zaś mieli dać ognia, gdynieprzyjaciel będzie o dwadzieścia kroków. Fabrycy kazał ściąćnaprędce ze dwadzieścia drzew, które rzucone wraz z gałęziami nadrogę dość ciasną w tym miejscu i zarytą na trzy stopy w ziemię,zatarasowały ją zupełnie. Kapitan Ranucy z pięciomaset ludźmitworzył przednią straż; miał rozkaz atakować dopiero, kiedyusłyszy pierwsze strzały od strony drzew zamykających drogę.Kiedy Fabrycy Colonna ujrzał, iż żołnierze jego i stronnicy siedząkażdy za swoim drzewem, dobrze rozmieszczeni i pełni ducha,wypuścił się galopem ze swą konnicą, w której wyróżniał sięJulian Branciforte. Książę wziął się na prawo dróżką wiodącą naskraj polany.

Zaledwie książę się oddalił, ujrzano z daleka, na drodzez Valmontone, oddział konnych; byli to zbiry i bargello eskortujący Bandiniego oraz cała jazda Orsinich. Wśród nich znajdował sięBaltazar Bandini w otoczeniu czterech katów przybranych czerwono; mieli rozkaz wykonać wyrok najwyższych sędziów i utrupić Bandiniego, w razie gdyby widzieli, iż stronnicy Colonnówchcą go oswobodzić.

Skoro kawaleria Colonny przybyła na najdalszy od drogi skrajpolany, rozległy się pierwsze strzały z zasadzki. Natychmiastksiążę wypuścił swoją jazdę galopem, kierując atak na czterechczerwonych katów, którzy otaczali Bandiniego.

Nie będziemy szczegółowo opowiadali tej utarczki, która nietrwała ani trzech kwadransów; stronnicy Orsinich, zaskoczeni,rozbiegli się na wszystkie strony; ale kapitan Ranucy zginął, comiało opłakany wpływ na losy Juliana. Zaledwie rozdał parę ciosów szabli, wciąż zbliżając się do ludzi czerwono odzianych,kiedy nagle znalazł się na wprost Fabia Campireali.

Pędząc na ognistym rumaku i odziany w złociste giacco(koszulkę drucianą), Fabio wołał:

— Kto są te zamaskowane łotry? Poprzecinajmy ich maskipałaszem; ot, zaraz wam pokażę!

Prawie w tej samej chwili Julian Branciforte otrzymał z jegoręki poprzeczne cięcie w czoło. Cios był zadany tak zręcznie, żepłótno, które mu kryło twarz, spadło; równocześnie uczuł, żekrew z rany, lekkiej zresztą, zalewa mu oczy. Julian cofnął sięz koniem, aby odetchnąć i wytrzeć sobie twarz. Za wszelką cenęchciał uniknąć starcia z bratem Heleny; już jego koń był o kilkakroków od Fabia, kiedy Julian otrzymał w piersi wściekły ciosszablą. Cios nie zranił go, dzięki giacco, ale odjął mu oddech nachwilę. Prawie równocześnie usłyszał krzyk:

Ti conosco, porco! Znam cię, kanalio! Więc ty w ten sposóbzarabiasz na suknie w miejsce dawnych łachmanów!

Julian, dotknięty do żywego, zapomniał o pierwotnym postanowieniu i skoczył na Fabia:

Ed in mal punto tu venisti! — wykrzyknął.

Po kilku gwałtownych ciosach suknie, które okrywały ichkoszulki druciane, opadły w strzępach. Koszulka Fabia była złotai wspaniała, koszulka Juliana bardzo pospolita.

— W jakim ścieku znalazłeś swoje giacco? — krzyknął Fabio.

W tej samej chwili Julian znalazł sposobność, której szukał odpół minuty: wspaniała koszulka Fabia nie dość była obcisła naszyi, jakoż Julian zadał mu w odsłoniętą nieco szyję śmiertelnycios. Rapier Juliana wszedł na pół stopy w gardło Fabia, z któregotrysnął strumień krwi.

— Masz, zuchwalcze! — wykrzyknął Julian.

I pognał w stronę czerwonych katów, z których dwóch siedziało jeszcze na koniach. Kiedy się zbliżył do nich, trzeci padł; alew chwili gdy Julian dopadł czwartego, ten widząc, że go otaczadziesięciu z górą konnych, wypalił z pistoletu do biednegoBaltazara Bandini, który upadł.

— Mości panowie, nie mamy tu co robić dłużej! — wykrzyknąłBranciforte. — Weźmy na szable zbirów, którzy uciekają!

Wszyscy pognali za nim.

Kiedy w pół godziny później Julian stanął przed FabrycymColonną, pan ów ozwał się doń po raz pierwszy w życiu. Szalałz gniewu; Julian myślał, że go zastanie pełnym radości z powoduzwycięstwa, które zawdzięczał jedynie swemu znakomitemu planowi; Orsiniowie bowiem mieli blisko trzy tysiące ludzi, a Fabrycy nie zgromadził w tej potrzebie ani półtora tysiąca.

— Straciliśmy dzielnego druha Ranucego! — wykrzyknął książędo Juliana. — Sam dotykałem ciała, już zimny. Biedny BaltazarBandini jest śmiertelnie ranny. W rzeczy samej nie udało się nam.Ale cień dzielnego kapitana stanie przed obliczem Plutonaw dzielnym towarzystwie. Dałem rozkaz, aby przystroić drzewawszystkimi łajdakami, którzy nam wpadli w ręce. Mości panowie,słyszycie? — wykrzyknął, podnosząc głos.

I puścił się galopem w stronę, gdzie stoczyły walkę przedniestraże. Julian zastępował po trosze Ranucego, ruszył za księciem,który przybywszy do trupa dzielnego żołnierza, leżącego w otoczeniu pięćdziesięciu przeszło zwłok nieprzyjaciół, zsiadł drugiraz z konia, aby ująć Ranucego za rękę. Julian uczynił toż samo,płacząc.

— Jesteś bardzo młody — rzekł książę do Juliana — ale widzę cięokrytym krwią, a ojciec twój był dzielnym człowiekiem, otrzymałwięcej niż dwadzieścia ran w służbie Colonnów. Obejmij dowództwo nad resztkami kompanii Ranucego i odprowadź trupa dokościoła w Petrella; a pamiętaj, że mogą cię napaść w drodze.

Nie napadli Juliana, ale on sam przebił rapierem jednegoz żołnierzy, który mu rzekł, że za młody jest, aby dowodzić.Ponieważ Julian był jeszcze okryty krwią Fabia, szaleństwo towywarło dobre wrażenie. Wzdłuż całej drogi widział drzewaprzystrojone jeńcami. Ten ohydny widok w połączeniu ze śmiercią Ranucego, a zwłaszcza Fabia, doprowadzał go niemal doszaleństwa. Jedyną jego nadzieją było, że imię zwycięzcy Fabianie wyjdzie na jaw.

Pomijamy szczegóły wojskowe. W trzy dni po tej potyczceJulian zjawił się na kilka godzin w Albano; opowiadał znajomym,że gorączka zatrzymała go w Rzymie, gdzie musiał przeleżećw łóżku cały tydzień.

Ale wszędzie odnoszono się doń z wyraźnym szacunkiem,najznamienitsi obywatele kłaniali mu się pierwsi, ten i ów tytułował go nawet niebacznie „mości kapitanie”. Julian przeszedłkilka razy koło pałacu Campireali, który był szczelnie zamknięty; że zaś świeży kapitan był bardzo nieśmiały, gdy chodziło o pewnepytania, dopiero koło południa przemógł się na tyle, iż spytałScottiego, starca, który zawsze okazywał mu wiele dobroci:

— Gdzież są Campireali? Widzę, że pałac ich jest zamknięty.

— Mój przyjacielu — odparł Scotti z nagłym smutkiem — tegonazwiska nigdy nie powinieneś wymawiać. Przyjaciele twoi sąpewni, że to on ciebie szukał, i powtórzą to wszędzie; aleostatecznie on był główną przeszkodą do twego małżeństwa;śmierć jego daje olbrzymi majątek siostrze, która cię kocha.Można nawet dodać — w tej chwili niedyskrecja staje się cnotą —można nawet dodać, iż kocha cię do tego stopnia, że cię odwiedzała w nocy w twoim małym domku w Alba. Toteż można powiedzieć dla waszego dobra, iż byliście mężem i żona przed nieszczęsną bitwą pod Ciampi (nazwę tę nadano w okolicy bitwie, którąopisaliśmy).

Starzec przerwał widząc, że Julian zalewa się łzami.

— Wstąpmy do gospody — rzekł Julian.

Scotti udał się za nim; dano im pokój, gdzie się zamknęli naklucz, po czym Julian opowiedział starcowi wszystko, co sięzdarzyło od tygodnia. Kiedy skończył, starzec rzekł:

— Widzę z twoich łez, że czyn twój nie był obmyślany z góry;mimo to śmierć Fabia jest dla ciebie wielkim nieszczęściem.Trzeba koniecznie, aby Helena oświadczyła matce, że jesteś oddawna jej małżonkiem.

Julian nie odpowiedział, co starzec przypisał chwalebnej dyskrecji. Utopiony w zadumie, Julian pytał sam siebie, czy Helena,przejęta śmiercią brata, zdoła ocenić jego delikatność; żałowałtego, co zaszło niegdyś. Następnie na jego pytanie starzec opowiedział mu szczegółowo wszystko, co się działo w Albano w dniuwalki. Fabio zginął o wpół do siódmej rano o więcej niż sześć milod Albano, a o dziewiątej — rzecz nie do wiary! — zaczęto mówićo tej śmierci. Około południa ujrzano starego Campireali zalanegołzami, podtrzymywanego przez dwóch służących, jak się udawałdo klasztoru kapucynów. Wkrótce potem trzej dobrzy ojcowie,siedząc na najlepszych koniach Campirealich, w otoczeniu licznejsłużby udali się do Ciampi, gdzie ta walka miała miejsce. StaryCampireali chciał koniecznie jechać z nimi; ale mu to odradzonoz przyczyny, że Fabrycy Colonna jest wściekły (nie bardzowiedziano czemu) i że w razie gdyby go wzięto do niewoli,mogłoby mu się to obrócić na złe.

Około północy zdawało się, że las Faggiola stoi w ogniu; towszystkie mnichy i wszyscy biedni z Albano, każdy z grubązapaloną świecą, szli na spotkanie ciała młodego Fabia.

— Nie będę ci taił — ciągnął starzec zniżając głos, jakby się lękał,że go kto usłyszy — że droga, która wiedzie do Valmontone i doCiampi...

— Cóż takiego? — spytał Julian.

— Ta droga przechodzi pod twoim domem; otóż powiadają, żekiedy trup Fabia znalazł się w tym miejscu, krew trysła z okropnejrany, którą miał na szyi.

— Cóż za okropność! — wykrzyknął Julian, wstając.

— Uspokój się, drogi chłopcze — rzekł starzec — sam widzisz, żetrzeba, abyś wiedział wszystko. A teraz mogę ci powiedzieć, żetwoja tu dzisiejsza obecność wydała się nieco przedwczesna.Gdybyś mi uczynił ten zaszczyt, aby się mnie poradzić, dodałbym, kapitanie, że nie uchodzi zjawiać się w Albano przedupływem miesiąca. Nie potrzebuję cię ostrzegać, że byłobyniebezpieczne pojawiać się w Rzymie. Nie wiadomo jeszcze, jakiestanowisko zajmie Ojciec Święty wobec Colonnów; przypuszczają, że da wiarę oświadczeniu Fabrycego, który twierdzi, żeo bitwie pod Ciampi wie jedynie ze słychu; ale gubernatorrzymski, zajadły orsyńczyk, wścieka się i byłby bardzo rad, gdybymógł powiesić którego z dzielnych żołnierzy Fabrycego, o co tennie mógłby się upominać, skoro przysięga, że nie brał udziałuw bitwie. Pójdę dalej i mimo że mnie nie pytasz, pozwolę sobieudzielić ci rady wojskowej: jesteś lubiany w Albano, inaczej niebyłbyś tu bezpieczny. Pomyśl, że się przechadzasz po mieście odkilku godzin, że jakiś stronnik Orsinich może to wziąć zazniewagę lub przynajmniej dojrzeć w tym sposobność zdobyciapięknej nagrody. Stary Campireali powtarzał tysiąc razy, że danajpiękniejszą wioskę temu, kto cię zabije. Powinieneś był wziąćz sobą do Albano kilku żołnierzy, których masz u siebie w domu.

— Nie mam w domu żadnych żołnierzy.

— W takim razie jesteś szalony, kapitanie. Przy tej gospodziejest ogród, wyjdziemy ogrodem i wymkniemy się przez winnicę.Odprowadzę cię; jestem stary i bez broni, ale jeśli spotkamyjakichś nieprzychylnych ludzi, pomówię z nimi i pomogę ci bodajzyskać na czasie.

Julian był w rozpaczy. Mamyż wyznać jego szaleństwa? Odkądsię dowiedział, że pałac Campireali jest zamknięty, a mieszkańcyjego wyjechali do Rzymu, powziął zamiar odwiedzenia ogródka,gdzie tak często spotykał się z Heleną. Miał nawet nadziejęujrzenia jej pokoju, gdzie go przyjmowała, kiedy matki nie byłow domu. Chciał jakby odczynić jej gniew widokiem miejsc, gdziebyła dlań tak serdeczna.

Branciforte i szlachetny starzec nie spotkali nikogo niepożądanego, idąc ścieżkami, które przecinają winnice i biegną ku jezioru.

Julian kazał sobie na nowo opowiedzieć szczegóły pogrzebuFabia. Ciało dzielnego młodzieńca, prowadzone przez orszakksięży, zawieziono do Rzymu i pochowano w kaplicy rodzinnejw klasztorze św. Onufrego na szczycie Janiculum. Jako rzeczbardzo osobliwą zauważono, że w wilię ceremonii ojciec odwiózłHelenę do klasztoru wizytek w Castro, co potwierdziło pogłoski,iż Helena wzięła tajny ślub z awanturnikiem, który miał tonieszczęście, iż zabił jej brata.

Znalazłszy się blisko domu; Julian spotkał kaprala ze swejkompanii z czterema żołnierzami; oświadczyli mu, że dawny ichkapitan nigdy nie opuszczał lasu, nie mając przy sobie kilku ludzi.Książę powiadał często, iż jeśli ktoś ma ochotę dać się zabić,winien wziąć dymisję, aby mu nie narzucać obowiązku pomszczenia jego śmierci.

Julian Branciforte zrozumiał słuszność tych pojęć, które byłymu dotąd obce. Myślał tak jak pierwotne ludy, że wojna polegatylko na tym, aby się mężnie bić. Wszedł natychmiast w intencjeksięcia; zdążył jedynie uściskać roztropnego starca, który takwielkodusznie odprowadził go aż do domu.

Ale w kilka dni później Julian, wpółoszalały z melancholii,wrócił, aby ujrzeć pałac Campireali. Skoro zapadła noc, oni trzech jego żołnierzy, przebrani za kupców neapolitańskich,dostali się do Albano. Sam jeden udał się do domu Scottiego;dowiedział się, że Helena wciąż jest w klasztorze w Castro. Ojciec,który sądził, że zaślubiła mordercę jego syna, poprzysiągł nieoglądać jej nigdy. Nie widział jej nawet wówczas, gdy ją odwoziłdo klasztoru. Natomiast czułość matki jak gdyby zdwoiła się;często opuszczała Rzym, aby spędzić dzień lub dwa z córką.

IV

„Jeśli się nie usprawiedliwię wobec Heleny — powiadał sobieJulian, wracając w nocy na kwaterę w lesie — uwierzy w końcu, żejestem mordercą. Bóg wie, co za historie musiano jej opowiedziećo tej nieszczęsnej walce!”

Udał się po rozkazy księcia do zamku Petrella i poprosiło pozwolenie udania się do Castro. Fabrycy Colonna zmarszczyłbrwi.

— Sprawa owej utarczki nie jest jeszcze załatwiona z JegoŚwiątobliwością. Powinieneś wiedzieć, że ja oświadczyłem prawdę, to znaczy, że byłem najzupełniej obcy temu starciu, o którymdowiedziałem się dopiero nazajutrz w Petrella. Mam powódprzypuszczać, że Jego Świątobliwość da w końcu wiarę temuszczeremu wyznaniu. Ale Orsiniowie są potężni; wszyscy powiadają, że ty wyróżniłeś się w tej bijatyce. Orsiniowie posuwają sięwręcz do twierdzenia, że kilku jeńców zawisło na gałęzi. Wiesz,jak dalece bajki te są fałszywe; ale można przewidywać odwet.

Zdumienie, które błysło w naiwnych spojrzeniach młodegokapitana, ubawiło księcia; mimo to widząc taką niewinność uznał,iż trzeba się wyrazić jaśniej.

— Widzę w tobie — ciągnął — ową doskonałą odwagę, którarozsławiła na całe Włochy nazwisko Branciforte. Mam nadzieję,że zachowasz dla mego domu wierność, która czyniła mi drogimtwego ojca i którą chciałbym nagrodzić w tobie. Oto hasło mojejkompanii: nigdy nie powiedzieć słowa prawdy o tym, co dotyczymnie lub moich żołnierzy. Jeżeli w chwili gdy trzeba ci mówić, niewidzisz celu kłamstwa, kłam na los szczęścia, strzeż się jakgrzechu śmiertelnego słowa prawdy. Pojmujesz, że skojarzonez innymi wskazówkami mogłoby ono naprowadzić na trop. Pozatym wiem, że ty masz jakąś miłostkę u wizytek w Castro; możeszsię zabawić dwa tygodnie w tym miasteczku, gdzie Orsiniowiemają przyjaciół, a nawet agentów. Udaj się do mego marszałka,który ci wyliczy dwieście cekinów. Przez dawną przyjaźń dlatwego ojca — dodał książę, śmiejąc się — mam ochotę udzielić ci parumiłosno-strategicznych wskazówek. Ty i trzej twoi żołnierzeprzebierzecie się za kupców; będziesz się wściekał na jednego zeswoich towarzyszów, który będzie z urzędu wciąż pijany i nawiążeliczne stosunki, stawiając wino wszystkim próżniakom w Castro.Poza tym — dodał książę innym tonem — jeśli cię Orsiniowie pochwycą i wydadzą na śmierć, nie przyznawaj się za nic doprawdziwego nazwiska, a tym mniej do służby u mnie. Niepotrzebuję ci zalecać, abyś okrążał każde miasteczko i wchodziłzawsze bramą przeciwną stronie, z której przybywasz.

Te ojcowskie rady z ust człowieka zazwyczaj tak surowegowzruszyły Juliana. Zrazu książę uśmiechnął się z łez, które ujrzałw oczach młodego człowieka; później i jego głos się zmienił. Zdjąłjeden z pierścieni, które miał na palcu; przyjmując pierścieńJulian ucałował tę rękę słynną znamienitymi czynami.

— Nigdy ojciec mój tak nie mówił do mnie! — wykrzyknąłw zachwycie.

W dwa dni później, nieco przed świtem, Julian znalazł sięw murach miasteczka Castro. Towarzyszyło mu pięciu żołnierzyw przebraniu jak on; dwaj szli osobno, udając, że nie znają anijego, ani trzech tamtych. Zanim jeszcze weszli do miasta, Julianujrzał klasztor Nawiedzenia, rozległy budynek otoczony czarnymi murami, dość podobny do fortecy. Pobiegł do kościoła, którybył wspaniały. Zakonnice, wszystko szlachcianki, przeważniez bogatych domów, prześcigały się, która z nich bardziej wzbogaciten kościół, jedyną część klasztoru dostępną oczom publiczności.Weszło w zwyczaj, że siostra, którą papież mianował ksienią napodstawie listy trzech nazwisk przedstawionej przez kardynała,protektora klasztoru, składała znaczną ofiarę mającą uwiecznić jejimię. Ta, której dar był mniejszy od daru poprzedniczki, stawałasię przedmiotem wzgardy, zarówno jak jej rodzina.

Julian posuwał się, drżący, nawą wspaniałej budowli, lśniącejod marmurów i złoceń. Co prawda niewiele myślał o marmurachi złoceniach; miał uczucie, że patrzą nań oczy Heleny. Wielkiołtarz, powiadano mu, kosztował przeszło osiemset tysięcy franków; ale spojrzenia jego, gardząc bogactwami ołtarza, biegły kuzłoconej kracie, wysokiej blisko na czterdzieści stóp i podzielonejna trzy części dwoma olbrzymimi marmurowymi filarami. Kratata, której ogrom sprawiał straszliwe wrażenie, wznosiła się zawielkim ołtarzem i dzieliła chór klasztorny od kościoła otwartegodla wiernych.

Julian powiadał sobie, że za tą złoconą kratą znajdują sięw czasie nabożeństwa zakonnice i pensjonariuszki klasztoru. Dotej części kościoła mogła się udać o każdej porze zakonnica lubpensjonariuszka, która się chciała modlić; na tej wszystkim znanejokoliczności biedny kochanek budował nadzieje.

Prawda, iż olbrzymia czarna zasłona wyścielała wewnętrznąstronę kraty, „Ale ta zasłona — myślał Julian — nie powinnakrępować wzroku pensjonariuszek spoglądających w kościół,skoro ja, mogąc się zbliżyć jedynie na pewną odległość, widzędoskonale przez zasłonę okna oświetlające chór aż do najdrobniejszych architektonicznych szczegółów.” Każde wiązanie tej wspaniale złoconej kraty miało silne ostrze, zwrócone ku publiczności.

Julian wybrał miejsce bardzo widoczne, na wprost kraty, polewej, w części najlepiej oświetlonej; tam słuchał jednej mszy podrugiej. Ponieważ otaczali go sami tylko chłopi, miał nadzieję, iżzwróci na siebie uwagę nawet przez czarną zasłonę. Pierwszy razw życiu skromny ten młodzian starał się ściągnąć uwagę; przybrałsię dostatnio i sypał hojnie jałmużny tak wchodząc, jak wychodząc. Jego ludzie i on sam starali się o względy robotnikówi drobnych kupców mających jakieś stosunki z klasztorem. Mimoto dopiero trzeciego dnia zyskał nadzieję, iż zdoła przesłaćHelenie list. Na jego rozkaz zaczęto pilnie śledzić dwie służebniczki wychodzące na zakupy dla klasztoru; jedna utrzymywałastosunek z kramarzem. Jeden z żołnierzy Juliana, który byłniegdyś mnichem, pozyskał przyjaźń kramarza i przyrzekł mucekina za każdy list doręczony pensjonariuszce klasztoru HelenieCampireali.

— Co! — rzekł kupiec na pierwsze słowo — list żoniebandyty!

Przydomek ten był już uświęcony w Castro, a nie było jeszczedwóch tygodni od przybycia Heleny: tak dalece wszystko, couderza wyobraźnię, szybko dostaje się w obieg u tego ludułakomego dokładnych szczegółów!

Kramarz dodał:

— Ta przynajmniej jest zamężna! Ale ileż naszych dam nie matej wymówki, a otrzymują ze świata coś więcej niż listy!

W tym pierwszym liście Julian opowiadał szczegółowo wszystko, co się zdarzyło w nieszczęsnym dniu śmierci Fabia. „Czymnie nienawidzisz?” — pytał w końcu.

Helena odpowiedziała w kilku słowach, że nie nienawidzinikogo, ale że postanowiła obrócić resztę dni na to, aby zapomniećo człowieku, przez którego brat jej zginął.

Julian odpisał znowu; po kilku obelgach pod adresem losu (stylnaśladowany z Platona i bardzo wówczas w modzie) tak pisał:

Chcesz tedy podać w niepamięć słowo Boga przekazane namw Piśmie? Bóg powiada: „Niewiasta opuści krewnych i rodziców,aby iść za swym małżonkiem.” Śmiałażbyś twierdzić, że nie jesteśmoją żoną? Przypomnij sobie noc św. Piotra. Kiedy świt błyskałjuż za Monte Cavi, padłaś do moich kolan; zlitowałem się nadTobą; byłabyś moją, gdybym zechciał; nie mogłaś przemócmiłości, która parła Cię w tej chwili w moje objęcia. Nierazmyślałem, że ponieważ powtarzałem Ci wiele razy, iż poświęciłemCi moje życie i wszystko najdroższe mi na świecie, mogłabyśodpowiedzieć (mimo że nie uczyniłaś tego nigdy), że wszystkie teofiary, nie stwierdzone żadnym czynem, są jedynie urojone.Olśniła mnie pewna myśl, okrutna dla mnie, ale słuszna. Pomyślałem, że nie na darmo los daje mi sposobność poświęcenia dlaTwego dobra najwyższego szczęścia, o jakim mogłem kiedymarzyć. Byłaś już w moich ramionach, bez obrony, pamiętasz:usta Twoje nawet nie umiały się wzbraniać. W tej chwili ranneAve rozległo się w klasztorze Monte Cavi i cudownym trafemdźwięk ten doleciał do nas. Rzekłaś mi: „Uczyń to poświęceniedla świętej Madonny, matki wszelkiej czystości.” Powziąłem jużod kilku chwil myśl tego najwyższego poświęcenia, jedynegozaiste, jakie miałem sposobność dla Ciebie uczynić. Uderzyłomnie, że Tobie przyszła ta sama myśl. Odległy dźwięk tego AveMaria wzruszył mnie, wyznaję! Usłuchałem Twojej prośby. Niecała ofiara była dla Ciebie; oddałem nasz przyszły związek podopiekę Madonny. Myślałem wówczas, że przeszkody zajdą niez Twojej strony, niewierna, ale ze strony Twej bogatej i dumnejrodziny. Gdyby nie było w tym czegoś nadprzyrodzonego, w jakisposób ten Anioł Pański doszedłby do nas z tak daleka, ponadwierzchołki leśne, poruszane wiatrem rannym? Wówczas, pamiętasz, uklękłaś przede mną; ja wstałem, wyjąłem krzyżyk, którynoszę na piersiach, i Ty przysięgłaś na ten krzyżyk, na którypatrzę w tej chwili, i na swoje wieczne potępienie, że gdziekolwiekbyś się znalazła, co bądź mogłoby się zdarzyć, natychmiast, kiedyci rozkażę, oddasz się zupełnie do mego rozporządzenia, jak byłaśw chwili, gdy Ave Maria z Monte Cavi doleciało z tak dalekaTwego ucha. Następnie odmówiliśmy pobożnie dwa Zdrowaśi dwa Ojcze nasz. Otóż, na miłość, którą czułaś wówczas, a jeżelizapomniałaś o niej, jak się obawiam, na Twoje wieczne potępienierozkazuję Ci przyjąć mnie tej nocy w swojej celi lub w ogrodzieklasztornym.

Włoski autor ściśle przytacza liczne i długie listy JulianaBranciforte; ale podaje jedynie w skróceniu odpowiedzi HelenyCampireali. Po upływie dwustu siedemdziesięciu ośmiu lat jesteśmy tak dalecy od uczuć miłości i religii wypełniających te listy, żelękam się, aby nie znużyły czytelnika.

Zdaje się z tych listów, że Helena usłuchała wreszcie rozkazuzawartego w tym liście, który przetłumaczyłem w skrócie. Julianznalazł sposób, aby się dostać do klasztoru; z pewnych słówmożna wnosić, że się przebrał za kobietę. Helena zgodziła sięz nim widzieć, ale jedynie przez kratę parterowego okna wychodzącego na ogród. Ku swej niewymownej boleści Julian spostrzegł, że młoda dziewczyna, niegdyś tak tkliwa, a nawet taknamiętna, stała się dlań jakby obca; odnosiła się doń niemaluprzejmie. Pozwalając mu przyjść do ogrodu, czyniła toprawie wyłącznie przez cześć dla swego ślubu. Widzenie byłokrótkie: po kilku chwilach duma Juliana, może nieco podnieconawypadkami ubiegłych tygodni, wzięła górę nad głębokim bólem.

— Widzę przed sobą — rzekł — jedynie grób tej Heleny, któraw Albano oddała mi się rzekomo na całe życie.

Całym wysiłkiem Juliana było ukryć łzy, które zalewały mutwarz, w miarę jak Helena, mówiąc doń, szukała przystojnychzwrotów. Kiedy skończyła usprawiedliwiać zmianę, tak naturalną(powiadała) po śmierci brata, Julian odparł, wymawiając słowabardzo wolno:

— Nie spełniasz ślubu, nie przyjmujesz mnie w ogrodzie, niejesteś u mych kolan, jak było wówczas, kiedy usłyszeliśmy Avez Monte Cavi. Zapomnij o swym ślubie, jeśli możesz; co do mnie,nie zapominam niczego; Bóg z tobą!

To mówiąc, opuścił okratowane okienko, przy którym mógłzostać jeszcze godzinę. Kto by mu powiedział chwilę przedtem, żeskróci dobrowolnie tak upragnione widzenie! To poświęcenierozdzierało jego duszę; ale pomyślał, że zasłużyłby na wzgardęHeleny, gdyby odpowiedział na jej uprzejmość inaczej, niżzostawiając ją na pastwę wyrzutów.

Przed świtem opuścił klasztor. Natychmiast wsiadł na koń,dając żołnierzom rozkaz, aby nań czekali w Castro cały tydzień,potem zaś aby wrócili do lasu; był pijany rozpaczą. Najpierwobrócił się w stronę Rzymu. „Jak to! Oddalam się od niej! — powiadał sobie za każdym krokiem. — Jak to! staliśmy się sobieobcy! O Fabio, jakżeś jest pomszczony!”

Widok ludzi, których spotykał, pomnażał jego wściekłość;pchnął konia w pole i skierował się ku pustemu morskiemuwybrzeżu. Kiedy go już nie drażnił widok spokojnych wieśniaków, którym zazdrościł doli, odetchnął; obraz tych dzikich miejsczgodny był z rozpaczą i łagodził jego gniew, mógł się oddaćrozważaniom swego smutnego losu. „W moim wieku — powiadałsobie — mam jeden ratunek: pokochać inną kobietę!”

Na tę smutną myśl uczuł nowy przypływ rozpaczy: zrozumiałaż nadto, że istnieje dlań tylko jedna. Wyobrażał sobie mękę, jakąby cierpiał, gdyby się ważył zwrócić słowa miłości do innej; tamyśl rozdzierała go. Ogarnął go gorzki śmiech. „I oto jestem pomyślał — jak owi bohaterowie z Ariosta, którzy wędrują samiprzez odludne kraje, kiedy im trzeba zapomnieć, że ujrzeliprzewrotną kochankę w objęciach innego rycerza... Nie, ona niejest tak winna — mówił sobie, zalewając się łzami po napadzieszalonego śmiechu — niewierność jej nie posuwa się aż do miłościinnego. Ta gorąca i czysta dusza dała się omamić okrutnymbajkom, jakie jej o mnie powiadano; przedstawiono mnie z pewnością jako człowieka, który chwycił za broń w tej nieszczęsnejwyprawie jedynie, aby zamordować jej brata. Posunięto sięz pewnością dalej: przypisano mi tę brudną rachubę, iż skoro bratjej padnie, ona stanie się dziedziczką olbrzymich włości... I japopełniłem to szaleństwo, aby ją całe dwa tygodnie zostawićpodszeptom moich wrogów! Trzeba przyznać, że jeśli jestembardzo nieszczęśliwy, niebo pozbawiło mnie też rozumu dokierowania mym życiem! Jestem bardzo nędzny, bardzo godzienwzgardy! Życie moje nie zdało się na nic nikomu, a mnie samemumniej niż komukolwiek w świecie.”

W tej chwili młody Branciforte uczuł pokusę bardzo w tej epocerzadką: koń kroczył samym brzegiem, tak że chwilami falazalewała jego kopyta; przyszło Julianowi na myśl, aby go pchnąćw morze i położyć w ten sposób koniec okrutnemu losowi,którego był pastwą. Co pocznie z sobą, skoro jedyna istota, któradała mu niekiedy uczuć istnienie szczęścia, opuściła go! Alezatrzymała go jedna myśl: „Czym są męki, które cierpię —powiedział sobie — w porównaniu z tymi, które wycierpię kiedyś,skoro raz zakończę to nędzne życie? Helena nie będzie już dlamnie po prostu obojętna jak teraz; ujrzę ją w ramionach rywala,a rywalem tym będzie jaki panek rzymski, bogaty i poważany;aby bowiem udręczyć moją duszę, biesy będą szukały najokrutniejszych obrazów, to ich obowiązek. Tak więc nie zdołamznaleźć zapomnienia o Helenie, nawet w śmierci; co więcej,miłość moja zdwoi się, skoro to jest najpewniejszy środek, jakiznajdzie wiekuista potęga, aby mnie skarać za okropny grzech,który popełniłem.”

Aby do reszty odpędzić pokusę, Julian zacząl pobożnie odmawiać Zdrowaś! Dźwięk porannego Ave, modlitwy poświęconejMadonnie, omamił go niegdyś i skłonił do szlachetnego czynu,który obecnie uważał za największy błąd swego życia. Ale przezszacunek nie śmiał posuwać się dalej i wyrazić całej myśli. „Jeżeliz natchnienia Madonny popełniłem straszny błąd, czyż nie powinna ona, w swej nieskończonej sprawiedliwości, znaleźć jakiegośsposobu, aby mi wrócić szczęście?”

Ta myśl o sprawiedliwości Madonny ukoiła stopniowo jegorozpacz. Podniósł głowę i ujrzał na wprost siebie, za Albano i jegolasami, owo Monte Cavi, okryte ciemną zielenią, i ów świętyklasztor, którego ranne Ave przywiodło Juliana do tego, conazywał obecnie haniebną głupotą. Niespodziewany widok świętego miejsca pocieszył go.

— Nie — wykrzyknął — niepodobna, aby mnie Madonna opuściła! Gdyby Helena była moją żoną, jak się na to godziło jej sercei jak tego żądała moja godność męska, wieść o śmierci brata byłabynapotkała w jej duszy pamięć węzłów spajających ją ze mną.Powiedziałaby sobie, że należała do mnie dawno przed nieszczęśnym wypadkiem, który na polu bitwy zetknął mnie z Fabiem. Było dwa lata starszy ode mnie, bieglejszy w robieniu bronią,dzielniejszy, silniejszy. Tysiąc argumentów stanęłoby mej żonieza dowód, że ja nie szukałem walki. Przypomniałaby sobie, żenigdy nie żywiłem nienawiści do jej brata, nawet wówczas, gdywypalił do niej z muszkietu. Pomnę, że na pierwszej schadzce, popowrocie z Rzymu, mówiłem: „Cóż chcesz? honor tak nakazywał; nie mogę go potępić jako brata!”

Odzyskawszy nadzieję mocą nabożeństwa do Madonny, Julianpchnął żywiej konia i w kilka godzin przybył na kwaterę swejkompanii. Zastał ją na wymarszu: ruszano na gościniec wiodącyz Neapolu do Rzymu, przez Monte Cassino. Młody kapitanzmienił konia i ruszył z żołnierzami. Nie bito się tego dnia. Juliannie spytał, po co idą, mało go to obchodziło. W chwili gdy sięznalazł na czele żołnierzy, los jego przedstawił mu się z innejperspektywy. „Jestem po prostu głupiec — powiadał sobie — nie powinienem był opuszczać Castro. Helena jest prawdopodobniemniej winna, niż sobie wyobraziłem w pierwszym uniesieniu.Nie, ta dusza tak prosta i czysta, której pierwsze drgnieniamiłosne zrodziły się w mych oczach, nie przestała należeć domnie! Kochała mnie tak głęboko, tak szczerze! Czyż nie ofiarowywała się dziesięć razy uciec ze mną, biedakiem, aby wziąć ślubu jakiego mnicha w Monte Cavi! Powinienem był w Castrouzyskać przede wszystkim drugą schadzkę i przemówić jej dorozsądku. Doprawdy, namiętność czyni mnie niedorzecznym jakdziecko! Boże, czemuż nie mam przyjaciela, aby go błagać o radę!Ten sam krok wydaje mi się w ciągu dwóch minut na przemianokropny i wyborny!”

Wieczorem, kiedy kompania opuszczała gościniec, aby wrócićdo lasu, Julian zbliżył się do księcia i spytał, czy nie mógłby zostaćjeszcze kilka dni w wiadomym miejscu.

— Ruszaj do wszystkich diabłów! — wrzasnął Fabrycy. — Czymyślisz, że to jest czas na głupstwa?

W godzinę później Julian puścił się z powrotem do Castro.Zastał tam swoich ludzi; ale po swym wyniosłym rozstaniuz Heleną nie wiedział, jak pisać do niej. Pierwszy jego list zawierałtylko te słowa: „Czy zechcesz mnie przyjąć najbliższej nocy?” — „Możesz przyjść” — było też jedyną odpowiedzią.

Po odjeździe Juliana Helena sądziła, że ją rzucił na zawsze.Wówczas uczuła całą wagę słów zrozpaczonego młodzieńca: byłajego żoną, nim miał nieszczęście spotkać jej brata na polu bitwy.

Tym razem Julian nie spotkał się z ową sztywnością, którazraniła go tak boleśnie pierwej. Helena przyjęła go, co prawda, również przez kratę, ale widać było, że drży; że zaś Julianprzemawiał bardzo wstrzemięźliwie, prawie tak jak do obcej, tymrazem Helena odczuła, jak okrutny może być ów ton niemalurzędowy, gdy następuje po słodkiej zażyłości. Julian, który lękałsię zwłaszcza usłyszeć jakieś zimne słówko, które by mu zraniłoduszę, przemawiał tonem adwokata, dowodząc, że Helena byłajego żoną na długo przed nieszczęsną walką pod Ciampi. Helenapozwoliła mu mówić; lękała się, że ją zdławią łzy, w razie gdybyrzekła coś ponad oderwane słowa. W końcu widząc, iż jeszczechwila, a zdradzi się; poprosiła Juliana, aby wrócił nazajutrz. Tejnocy, jako w wilię uroczystego święta, odprawiano jutrznięwcześniej, tak iż schadzka ich łatwo mogła wyjść na jaw. Julian,który rozumował jak zakochany, opuścił ogród w głębokiej zadumie; nie umiał rozstrzygnąć, czy go Helena przyjęła dobrze,czy źle. W głowie zaczynały mu świtać pojęcia nabyte z rozmówz kompanami: „Któregoś dnia — powiedział sobie — trzeba będziewykraść Helenę.”

I zaczął rozpatrywać sposoby dostania się siłą do klasztoru.Ponieważ klasztor był bogaty i kuszący do grabieży, utrzymywałznaczną ilość służby, przeważnie byłych żołnierzy; pomieszczonoich w koszarach, których zakratowane okna wychodziły na wąskikorytarz. Korytarz ten szedł od bramy klasztornej wybitej w czarnym murze, wysokim na osiemdziesiąt stóp, do furty strzeżonejprzez siostrę odźwierną. Po lewej stronie tego wąskiego korytarzaznajdowały się koszary, po prawej mur ogrodowy, wysoki natrzydzieści stóp. Front klasztoru, wychodzący na plac, była togruba ściana, sczerniała od starości; jedyne jej otwory to byłabrama oraz okienko pozwalające żołnierzom wyglądać na zewnątrz. Można osądzić, jak ponure wrażenie sprawiała ta ścianaz bramą wzmocnioną szerokimi blachami żelaza, przybitymi zapomocą ogromnych gwoździ, oraz jednym okienkiem czterystopy wysokim, a osiemnaście cali szerokim.

Nie podążamy za kronikarzem w długim opowiadaniu schadzek, które Julian wyprosił u Heleny. Stosunek odzyskał serdeczność, jaką miał niegdyś w ogrodzie w Albano; jednakże Helenanigdy nie zechciała wyjść do ogrodu. Pewnej nocy uderzyłaJuliana jej zaduma: matka przybyła z Rzymu, aby ją odwiedzić,i zamieszkała na kilka dni w klasztorze. Matka była zawsze taktkliwa, tyle okazywała delikatności dla uczuć, których domyślałasię w córce, że Helena czuła głębokie wyrzuty, iż musi jąoszukiwać: jakże bowiem ośmieliłaby się wyznać, że miewaschadzki z mordercą jej syna? W końcu Helena wyznała szczerzeJulianowi, że jeśli ta dobra matka zapyta ją wprost, nie będziemiała siły jej okłamywać. Julian uczuł całe niebezpieczeństwo; losjego zależał od przypadku, który mógł podsunąć jakieś słowo paniCampireali. Następnej nocy przemówił stanowczym tonem w tensposób:

— Jutro przybędę wcześniej, usunę jedną sztabę w tej kracie, tyzejdziesz do ogrodu, zaprowadzę cię do kościoła w mieście, gdzieoddany mi ksiądz nas połączy. Zanim się zrobi dzień, znajdzieszsię z powrotem w ogrodzie klasztornym. Skoro raz zostanieszmoją żoną, będę już bez obawy. Jeśli matka twoja zażąda tego jakopokuty za okropne nieszczęście, nad którym bolejemy wszyscy, zgadzam się nawet na to, aby spędzić kilka miesięcy z dala odciebie.

Kiedy Helena zdawała się oszołomiona tą propozycją, Juliandodał:

— Książę wzywa mnie do siebie; honor i inne względy każą mijechać. Jedynie to, czego żądam, może zapewnić naszą przyszłość;jeśli się nie zgadzasz, rozstańmy się na zawsze, tu, w tej chwili.Odjadę, wyrzucając sobie swoją nierozwagę. Uwierzyłemtwemu słowu, sprzeniewierzyłaś się najświętszym ślubom.Mam nadzieję, że słuszna wzgarda obudzona twą zmiennościązdoła mnie uleczyć z miłości, która od zbyt dawna jest nieszczęściem mego życia.

Helena zalała się łzami.

— Wielki Boże! — wykrzyknęła z płaczem. — Cóż za cios dlamatki!

Zgodziła się wreszcie.

— Ale — dodała — mogą nas spostrzec, kiedy będziemy wychodzili lub wracali; pomyśl, co za zgorszenie, pomyśl o okropnympołożeniu, w jakim znalazłaby się matka; poczekajmy, aż odjedzie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.