drukowana A5
23.65
Król zamczyska

Bezpłatny fragment - Król zamczyska


Objętość:
120 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0241-4

I. Machnicki wariat

Poezja jest wszędzie, w każdej chwili, jak bóstwo,nikomu nie wzbronna, jak zbawienie, jak uczciwa sława.Nawet nasz wiek, tak osławiony, tak okrzyczany prozaicznym, nawet nasze pokolenie, odsądzone od czcii wiary przez idealistów, mają swoją poezję. Nie jestona wprawdzie ani rajską, ani homeryczną, ani romantyczną, ale jest tak dobrą, jak wszystkie starsze jejsiostry, jest poezją swojego czasu. Nie potrzeba jejdaleko szukać, nie potrzeba jej uganiać poza obrębemdzisiejszej ludzkości, nie potrzeba jej sobie wymyślać;jest ona pomiędzy nami, w sferze naszego życia, naszych ludzi, w postaciach najpowszedniejszych.

O! ileż to razy zdarzyło mi się słyszeć, widzieć,być nawet uczestnikiem takich spraw, że największypoetyczny geniusz nic by poetyczniejszego wymyślić niepotrafił, że obok nich wszystkie utwory wyobraźni byłyporonionym płodem, obudzały niesmak w czytaniu.Dlatego przenosiłem zawsze towarzystwo ludzi nadtowarzystwo książek, przyrodę nad bibliotekę. Chwile,przeżyte pod wpływem takiej poezji, stanowią najdroższy zapas najmilszych w moim życiu wspomnień: mamje z każdej epoki moich dziejów, a epoką najobfitsząmoże w taką poetyczność jest ostatni mój pobyt w krainiepodkarpackiej; do niej należy zdarzenie, które tu chcęopowiedzieć.

Badanie mojego kraju pod każdym względem jestwrodzoną mi namiętnością, a widok okolic szczególniejszy ma dla mnie urok, mocniejszy niemal, niż znajomości z ludźmi. Pod takim bodźcem, przebiegając wzdłuż i wszerz Galicję, znalazłem się w obwodziejasielskim, w okolicy Krosna, nad brzegami Wisłoka.Nie każdemu zapewne z moich braci wiadomo, żePodgórze galicyjskie ukrywa miejsca najpiękniejszew Polsce; trochę więcej oświaty, trochę więcej dobregobytu między mieszkańcami, korzystniejsze cokolwiekpołożenie względem innych krain, a miałoby niepoślednią w Europie głośność. Obwód jasielski, a mianowicie brzegi Wisłoka od jego źródła aż do Pilzna,odznaczają się już fizjognomią tej krainy. Najwydatniejszym jednak rysem okolic Krosna, najmocniej pociągającym ku sobie moje oczy i serce, były zwaliskazamku odrzykońskiego.

Wszelkie ruiny tego rodzaju są dla mnie jakbygrobem rodzinnym, widmem przeszłości, hieroglificznymkluczem od wiekowych dziejów, światem niewyczerpanym wspomnień, marzeń, smutków i pociech rzewnych.Ile razy spojrzę na coś podobnego, tylekroć zdaje misię słyszeć głos wewnętrzny: i tu pogrzebany członektwojej przeszłości! a wnet religijne uczucia napełniająduszę, myśl podnosi się, budzi wolę, kieruje krok pielgrzymi, i jestem śród gruzów.

Kilka dni już upłynęło od przybycia mojego w okolice Odrzykonia, a nie mogłem zwiedzić zamczyska.Odległość, czas dżdżysty i inne przeszkody oddalałyode mnie rozkosz tej pielgrzymki. A tymczasem widmozwaliska po całych mnie dniach prześladowało. Panującwzniosłym położeniem nad okolicą, zdawało sięz każdej strony zachodzić mi w oczy. Nie byłozmiany cienia i światła, w której bym go nie widział;nie było fantastycznej postaci, której by nie wywołałoz mojej wyobraźni. Podniosłali się za nim nawalnachmura, to na jej tle czarnym, poziewającym błyskawicami, widziałem olbrzyma mojej przeszłości, złamanego, zgruchotanego, zwalonego, miotanego śmiertelnymi bólami, ale dawna wielkość groziła z jego czoła,oddychał ogniem, wypuszczał grzmotami słowa błogosławieństw, strzałami piorunów przypominał się światu,że żyje; czasami zamgliła go siatka deszczu; wówczastajemnicza jego postać, obwiana tą zasłoną, stała przede mną jak anioł wiary i nadziei; inną razą, błyszczący całym przepychem dnia wschodzącego, był dlamnie uosobieniem przyszłości, zmartwychwstaniem nowej postaci, w promieniach nowego ducha; a i wtedynawet, kiedy w przerwach słoty uśmiechał się ponurymblaskiem zachodu, i wtedy nawet obudzał tysiąc myślinie całkiem ponurych. Jednym słowem, wszystko, codoznawałem w owej chęci i niemożności obejrzeniazwalisk, porównać tylko można z przeczuciami miłościw duszy dziewiczej, z jej marzeniami.

Tymczasem zbierałem troskliwie rozliczne wieści,tyczące się jego dziejów. Źródło ich nie było obfite.Mogłem czerpać jedynie z towarzystwa, w którym żyłem; a wiadomo nam, jak mało teraźniejsza szlachtaprzywiązuje wagi do podobnych rzeczy. Obok ich gumien, obok ich gorzelni, czymże są te wszystkie, choćbynajpyszniejsze, zwaliska? Wiadomość jarmarków w pobliskim miasteczku, zabawa sąsiedzka, szczegóły jakiegoś wesela lub pogrzebu, tyle zatrudniają ich pamięći myśli, że nie ma w nich miejsca dla podań jakiejśtam ruiny. Nie mogłem przeto dowiedzieć się nic więcej,jak tylko, że zamek odrzykoński zbudowany był przezFirlejów, że w jego okolicy musiały się odbywaćkrwawe bitwy, bo dziś jeszcze wyorują zbroje i kule,że przed kilkudziesiąt laty był zamieszkały i przechowywał w swoich piwnicach odwieczne wino, że późniejludzie przybyli w pomoc losom, niepogodom i czasowii w zawody go niszczyli, że natomiast powstały z jegogruzów: klasztor kapucyński w Krośnie, kilka kamienicw Korczynie, kilka gorzelni, stajnia dla cesarskich ogierów, i tym podobnie: że dziś na koniec razem ze wsiątego nazwiska jest własnością hrabiego Jabłonowskiego.

— Więc dzisiaj zupełnie zniszczony — mówiłem do gospodyni domu, która mi najwięcej powyższych szczegółów dostarczyła.

— Prawie zupełnie — odpowiedziała — od czasu,jak się zapadły dwa pokoje, które jeszcze przed latykilką były zamieszkane.

— Zamieszkane? Przez kogo?

— Przez Machnickiego.

— Któż to był ten Machnicki?

— On jest jeszcze. Zapomniałam poznajomić z nimpana. Najważniejszy to dzisiaj szczegół odrzykońskichzwalisk. Machnicki jest, mówiąc krótko, wariat. O przyczynach jego obłąkania rozmaicie powiadają. Najpodobniejsza do prawdy powieść, że będąc urzędnikiem cesarskim, oddał się zbytnie pracy swojego urzędu i tym sposobem stracił jedną klepkę. Po tym przypadku naturalnie został bez domu; a że miał zawsze szczególnypociąg do zamczyska, tam więc zamieszkał dwa pozostałe pokoje, i był ich mieszkańcem, dopóki nie runęły.Nadto potrzeba panu wiedzieć, że się nazywa KrólemOdrzykońskim i uważa się za samowładnego panaowych ruin, a stąd mamy nieraz pełno scen pociesznych.

Ciekawość względem podobnych ludzi jest łatwado wytłumaczenia, nie dziw przeto, że mnie zajęła powieść o Machnickim i chciałem powziąć jak najdokładniejsze o nim wyobrażenie.

— Pani go zna? — zapytałem.

— O mój Boże! — odpowiedziała z uśmiechem —jak zły szeląg. Bywa u nas częściej niż gdziekolwiek,bo trzeba panu wiedzieć, że to nie jest wariat z rodzaju pospolitych: ma on wiele wrodzonych zdolnościi nauki, co i dziś jeszcze widać. Są chwile, że wziąłbyś gopan za człowieka z najzdrowszym rozsądkiem. Zdarzyłosię to niedawno jednemu z podróżujących cudzoziemców;Machnicki mieszkał jeszcze w swojej królewskiej rezydencji. Ów cudzoziemiec, zwiedzając zamczysko, spotkałsię z nim, wszedł w rozmowę, bo trzeba panu wiedzieć,że Machnicki mówi bardzo dobrze kilku językami, i znalazł go tak dobrze, że wrócił do nas oczarowany tąznajomością.

— Któż? Machnicki?

— Ale gdzie tam. Cudzoziemiec podróżny. Zacząłnam tedy opowiadać, że nie spodziewał się znaleźćw tym wieku i w Polsce pustelnika tak rozumnego.Niemało zdziwił się, kiedyśmy odkryli, kto to byłw samej rzeczy ów jego uczony pustelnik. Mimo tojednak pewna jestem, że odjechał, niezupełnie namwierząc.

— Z tego wszystkiego, co od pani słyszę, jestembardzo ciekawy poznać Machnickiego. Szkoda, że opuścił zwaliska, miałbym powód jeden więcej do ichzwiedzenia.

— Nic łatwiejszego, jak go poznać, nawet w zamczysku, bo choć tam więcej nie mieszka, to pracujeciągle, wałęsa się po nim; co dzień go pan spotkasz.Ale byłby to trud niepotrzebny. Zobaczysz go panw naszym domu. Pojutrze imieniny mojego męża;Machnicki tego dnia nigdy nie opuści: zaszczyca nasco rok swoim powinszowaniem, bo trzeba panu wiedzieć, że Machnicki jest także poeta, a wiersze jegowcale niezłe. Często obdarza nimi sąsiedztwo z powodu rozmaitych okoliczności. Najdziwniejsza rzeczw takim wariacie, że ma bardzo wiele dowcipu, aledowcipu tak złośliwego, że nieraz można myśleć, czynie udaje głupiego, aby mógł tym bezpieczniej kąsać.Niektórzy szczerze gniewają się za jego przycinki; my,co go lepiej znamy, serdecznie się śmiejemy, bo czyżmożna gniewać się na biednego wariata? A że takimjest, sam pan przyznasz, jak go tylko ujrzysz.

II. Imieniny

Ze szczerą niecierpliwością wyglądałem owegodnia imienin, który miał mi nastręczyć sposobność poznania Króla Zamczyska; z powiększoną, kiedy wreszcienadszedł. Towarzystwo było liczne i przyjemne, ale jao Machnickim tylko myślałem. Miało się już ku zachodowi słońca, a jego jeszcze nie było. Zabierano sięwłaśnie do obiadu, kiedy oznajmiono przybycie gościa,oczekiwanego prawie przez wszystkich, ale przez wszystkich z innego, jak mój, powodu. Byliśmy naówczasw jadalnej sali. Otwierają się drzwi.

— A! Pan Machnicki! Pan Machnicki — zawołanozewsząd.

On to był w istocie. Wszedł ze śmiałą pewnościąsiebie, którą daje albo ciągłe życie śród świata ukształconego, albo uczucie wewnętrznej wyższości nad resztątowarzystwa. W nowo przybyłym prędzej to drugie dałosię dopatrzyć: w ułożeniu jego przebijało się cokolwiekdumy, jednak połączonej z pewną uprzejmą godnością,która waruje od ubliżenia innym. Po kilku krokachpowitał stosownym ukłonem licznych dokoła gości;a w tejże chwili podszedł ku niemu gospodarz domu,podał mu rękę, ścisnęli się wzajemnie.

— Wszak to dzień imienin szanownego pana? —pierwszy zaczął Machnicki.

— Tak jest — odpowiedział gospodarz — a dlamnie i stąd miły, że mogę powitać w moim domu taknam drogiego, a przecie tak rzadkiego gościa.

— A dla mnie — rzekł Machnicki z zimnym, lekkoszyderczym uśmiechem — stąd jeszcze milszy, że mogęmu złożyć moje życzenia. Na ten raz jedno tylko wynurzę, abyś nigdy nie wyszedł źle na swoich żądaniachi zawsze więcej żądał dla drugich, jak dla siebie. Resztana potem, bo zdaje mi się, że obiad czeka gości, a gościeobiadu jeszcze bardziej.

Obecni temu, wszyscy prawie, znali Machnickiegoosobiście, oswojeni byli z tonem jego mów, we wszystkim znajdowali pobudkę do uciechy; i powyższe więcsłowa tylko ich rozśmieszyły, jak zwyczajne głupstwo:może to było i konieczne w tych, którzy od dawna znaligo wariatem i ostrzelali się z jego przycinkami, ale namnie ta krótka scena zrobiła przeciwne całkiem wrażenie. Żaden ruch, żaden wyraz Machnickiego nie uszedłmojej uwagi, od czasu jak wstąpił do sali, i w niczymnie dostrzegłem owego okrzyczanego obłąkania. Przeciwnie, wszystko wprowadzało mnie na uroczyste zastanowienie się nad nim i podnosiło do wyższego stopniaciekawość. Przypadek wygodził po części moim chęciom:zasiedliśmy do stołu prawie tuż naprzeciw siebie. Aledługo nie mogłem z tego korzystać. Według zwyczaju,mając wedle siebie sąsiadkę, miałem zarazem obowiązeksłużenia jej i bawienia. Nie wiem, jak dopełniałem tejpowinności, ale to pewne, że byłem głównie zajętyMachnickim, tak, że wkrótce, przy całym roztargnieniu,mogłem sobie narysować zewnętrzny przynajmniej obrazjego fizjognomii.

Potrzeba sobie wyobrazić człowieka wzrostu więcejtrochę niż miernego, postawy prostej, budowy silnej,bark szerokich, z doskonałą harmonią we wzajemnymdo siebie stosunku wszystkich członków, jednym słowem:człowieka dobrze i pięknie zbudowanego, któremu jednakzbywa cokolwiek na stosownej tuszy; przy takiej budowie wyobraźmy sobie ruchy swobodne, naturalne,zgrabne, często żywe, a zawsze miarkowane pewnągodnością, pewną powagą mimowiestną, niewymuszoną,napiętnowaną charakterem dawno ustalonym. Miałokoło lat pięćdziesiąt. Pokazywały to i włosy, w połowie siwe, i cała powierzchowność twarzy. Mimo toodgadywałeś, że ta twarz była kiedyś ładna; chudośćnie zepsuła jej owalu, nie zaostrzyła zbytecznie rysów,a wydatniejszym zrobiła nos pociągły, z lekkimi wypukłościami średniej chrząstki i końcowego zaokrąglenia. Nie była to jednak fizjognomia ludzi pospolitegorozumu i charakteru. Wpatrzywszy się w nią lepiejokiem znawcy, dostrzegłeś pod zwierzchnią jej powłokąrysów połamanych przez uniesienia namiętne, przezgłębokie cierpienia, przez tortury ducha, jasno widziałeśw jej głębi ruinę myśli i obłąkania, ale obłąkania człowieka, który, o ile w stanie zdrowia przenosił swoimrozumem rozumy pospolite, o tyle w samym upadkuostał się jeszcze w pewnej nad nimi wyższości —uczucia. Najwyraźniejszym objawieniem tego smutnegostanu była dziwna ruchliwość oblicza. W chwili rozigrania widziałeś tam naraz prawie kilka rozmaitych,najsprzeczniejszych wzruszeń, ale w każdym z nich byłocoś tak szlachetnego, że nawet w podobnym pasowaniusię z sobą nie szpeciły twarzy, nie robiły na patrzącymprzykrego wrażenia. To samo działo się w dużych, siwych oczach; czasem błyskały one takim szczególnymspojrzeniem, że blask ich przechodził w dziką jaskrawość; ale i wtedy uderzała cię tylko jakaś energiaduchowa, jakaś żywość myśli, które lubo gwałtownieprzelatywały, znać jednak było, że nie przelatywałysamopas, ulegały kierunkowi pewnej woli i mimo przebłyskiwania objawiały się silne, pełne i wykończone.

Widok tej twarzy w zupełnym uspokojeniu niemniej był ciekawy: wszystko wtedy oddychało w niejjakimś uczuciem wyższości nad przytomnymi, zanadtopewnej siebie, żeby wpadała w zuchwalstwo, jakąśw rzeczy samej myślą panowania; na dnie błyszczałniby wyraz młodości, jakby młodości duszy, jakbywiosna wyobraźni, a na tym wszystkim leżała cichaponurość, niby zasłona z przejrzystej krepy, której wydatniejszymi fałdami były gęste, przez pół siwe i ciemnewłosy, na czoło nasunione z pewnym zaniedbaniem,i ciemniejsze jeszcze, wielkie brwi, nad okiem zwisłe.Głos jego był silny, dźwięczny, a obok tego czysty,przyjemny i łatwo gnący się do dźwięku wszelkiegouczucia.

W czasie tego obiadu, chociaż jadł bardzo skromnie, a pił jeszcze skromniej, i to czystą wodę, mało sięjednak odzywał, a zawsze zmuszony przez kogoś. Uważałem wtedy rzadką żywość i trafność w odpowiedziach,a w rozmowach, tak krótszych, jak dłuższych, wielkąłatwość i szlachetność tłumaczenia się.

I tego jednak, co mówił, nie mogłem po największej części dosłyszeć, wciągany nieraz przez moją sąsiadkę do nowej rozmowy, którą przez grzeczność musiałem utrzymywać. Wkrótce ciekawość, zwrócona w innąstronę, przemogła nad grzecznością; mimo całego przymusu odpowiadałem niestosownie albo wcale nie odpowiadałem. Dysharmonia między naszymi myślami byławidoczna. Postrzegła wreszcie moja pani to roztargnienie;zrazu zaczęła żartobliwie napomykać jego przyczynę,która kobiecie wydaje się jedyną i konieczną w mężczyźnie młodym i nieżonatym, w końcu, zwróciwszysię ku drugiemu sąsiadowi, zostawiła mi zupełną swobodę zajęcia się Machnickim. Byłem jej za to bardzowdzięczny, bo właśnie tejże chwili rozpoczęła się znowuscena, która przedmiot mojej ciekawości odsłoniła miz innej strony, ważniejszej niż jego powierzchowność.

Znajdował się w naszym towarzystwie pewienhrabia K.... Był to młody, dwudziestokilkoletni mężczyzna. Należał on z rzemiosła swojego do rzędu ludzi,znajomych pod rodzajowym nazwiskiem „przyjemnychtrzpiotów”, jakich ma każdy kraj, każda prowincja,każda okolica, każde miasteczko, każda koteria, a których wartość gatunkowa odpowiada sferze, gdzie krążąwyłączniej. Hrabia K. był jednym z dowcipów podrzędniejszych, cyrkularnych. Nie przeszkadzało to jednak,że cały cyrkuł bawił się nim w najlepsze. Kobiety dobrego miejscowego tonu szalały za jego towarzystwem;młodzież, w pośledniejszej swojej części, naśladowałago, w czym mogła; starsi i rozsądniejsi pobłażali, bobył hrabią i miał jaki taki mająteczek: zresztą był, jakto zowią, dobry chłopiec. Znał się na koniach i psach,strzelał celnie, jadł i pił o zakłady, śpiewał i gwizdałprzy fortepianie, tańczył na zawołanie bez muzyki i pary,nie zostawił nikogo w spokoju, powolniejszym wręczdokuczał, drażliwszych wydrzeźniał z tyłu, koniec końców błaznował, najczęściej kosztem tych, nad którymiprzystawało raczej litować się; wszakże, usprawiedliwiając go, potrzeba dodać, że przykry ten dowcip miałźródło raczej w głupocie jak w złym sercu, raczejw zepsutym smaku towarzystwa, w którym żył, jakw skłonnościach wrodzonych. Wszedł on w nałóg złośliwego bawienia się, jak wchodzimy we wszelką rozpustę, przez poklask zepsutych. Dla podobnego człowiekaMachnicki, albo, że użyję całego wyrażenia samegożhrabicza, Król Machnicki, był to prawdziwie królewskikąsek.

Całe towarzystwo wiedziało o przygotowanymnapadzie na biednego wariata, czekało niecierpliwie,z nielicznym wyjątkiem, chwili starcia się dwóch takichzapaśników, których już dlatego umieszczono przystole obok siebie, i doczekało się nareszcie. Hrabiazaczął. Napełnił kielich winem, podniósł się, ułożyłtwarz figlarnie uroczyście i zawołał:

— Zdrowie Króla Odrzykońskiego! Oby jak najdłużej panował dla naszej radości, w takiej mądrościi sławie u świata, jak dotąd.

Znaleźli się, którzy odpowiedzieli na ten toast,inni, którzy szczerze zachichotali, inni wreszcie, którzysię zmarszczyli widocznym niezadowoleniem — do ostatnich i ja należałem; znam cześć dla gruzów umysłuludzkiego, jak dla wszelkich innych. Machnicki siedziałnieruchomy, i byłby może takim pozostał, gdyby młodzik, za daleko swój żart posuwając, nie był go trąciłw ramię i nie przemówił z drwiącym grymasem:

— Królu, azaliż grzeczność nieznana w twoimpaństwie?

Dziwna zmiana chwilowa jak błyskawica mignęłaprzez oblicze Machnickiego i zostawiła po sobie tylkochmurną powagę; nalał spokojnie swój kielich wodą,i przemówił, nie wstając z siedzenia:

— Przyjmuję zdrowie pana Hrabiego w ten samsposób, w jaki było wzniesione, i mam sobie za powinność odpłacić toast toastem, przemowę przemową...Trzeba nam wiedzieć, moi panowie, że są dwa rodzajewariatów: jedni, których bardzo mało, wiedzą o swoimstanie, umieją go znosić i są tymi, co właściwie zowiąsię wariatami; drudzy, z rozumem niedołężniejszym odwariacji, sądzą, że mają najzdrowszy, ani na chwilęo tym nie wątpią; takich jest bardzo a bardzo wiele,a nazwisko ich znajdzie pan Hrabia w Słowniku swojejgrzeczności. Pierwszym i wino nie zaszkodzi, toteżich zdrowie można pić winem; drugim pomaga niekiedy zimna woda, dlatego wodą piję twój toast, panieHrabio! Oby podobni tobie rozmnożyli się bez liku u naszych nieprzyjaciół!

Toast Machnickiego wzbudził śmiech głośniejszyi powszechniejszy jak pierwej. Wielu cieszyło się kłopotem hrabiątka tak samo, jak wprzódy ostrym żartemz Machnickiego, inni zaś ze szczerej przychylności kusprawie zaczepionego. Wszakże ten usterk nie zraziłjeszcze Hrabiego, przynajmniej umiał go pokryć głośnymśmiechem, chociaż, widać było, wymuszonym.

— Jak to, Królu — zawołał, nachylając się uprzejmie ku Machnickiemu — ty byś miał się gniewać zażyczenie, dalibóg serdeczne? Otóż dla przebłaganiaciebie chcę odtąd zostać najwierniejszym twoim poddanym.

— Przepraszam — odparł natychmiast Machnickiz niewzruszoną powagą — Moją polityką jest niecierpieć w moim państwie większego ode mnie... królama się rozumieć. Panie Hrabio, z twoim szlachetnymusposobieniem prędko byś mnie z tronu zsadził.

Śmiech towarzystwa jeszcze się bardziej powiększył: czuł teraz Hrabia, że jego kosztem, że kosztemjego dowcipu, który się rozbił o głupstwo niby wariata, —i nie znalazł już mocy pokryć swojej przegranej choćbyudanym śmiechem, ale stracił do reszty przytomnośćdobrej myśli, kiedy Machnicki, który przez cały tenczas wpatrywał się w grę jego oblicza z zimnem szyderstwem politowania i wzgardy, zawołał ze swojejznów strony, jakby naśladując Hrabiego:

— Jak to? Panie Hrabio, azaliż nie ma już dowcipuw twoim dowcipie? — a na zakończenie, uderzywszykielichem w kielich, który właśnie pomieszany Hrabianiósł machinalnie do ust, zawołał: — A więc zgodadwóch półgłówków! Któż z nami, jeśli my przeciwsobie?

Żartowniś, dobity tym ciosem, któremu nie przestawał towarzyszyć barbarzyński śmiech wielkiej częścitowarzystwa, byłby może wypadł z karbów okolicznościi szczerym gniewem wybuchnął, gdyby litość kilku roztropniejszych kobiet, zwykle przytomnych w podobnymrazie, nie była nadała zabawie innego kierunku.

— Panie Machnicki — zawołała jedna z nich —zaimprowizuj nam cokolwiek z łaski swojej. Już takdawno nie mieliśmy przyjemności słyszeć jego poezji.Powiedz nam co wierszami.

Na ten głos Machnicki wrócił do zwyczajnej postawy przy stole, postawił spokojnie kielich i pojrzał dokoła z taką twarzą, jak gdyby nie było na niej przedchwilą żadnego wzruszenia; odezwał się tylko:

— Ma to być drugi akt komedii! — ale z uśmiechem więcej łagodnym jak szyderskim.

— Prosiemy!

Machnicki skinął ręką na uciszenie.

— Z całego serca! — rzekł. — Wymawiam tylkosobie, aby nie miano do mnie żalu, gdyby jakim przypadkiem nie podobało się coś w moich wierszach komukolwiek. Państwo wiecie zapewne, że człowiek opętanynatchnieniem Poety przestaje być sobą. Każdemu z nas,jak tu jesteśmy, zdarza się, jeśli nie ciągle, to przynajmniej co dzień, gadać, nie wiedząc, co gada, chociażprozą; a cóż dziwnego, że człowiek mówiący wierszamii bez przygotowania nie jest czasem panem słów i myśli.Będę improwizował, jeżeli się naprzód zapewnię o takimpobłażaniu:

Chętnie jałmużnę dajecie

Żebrzącej o grosz niedoli,

Nie odmówcież dobrej woli

Wariatowi i Poecie.

Wszak to worka nie wysusza,

A skorzystać może dusza:

A czyja? Zapewne wiecie.

Ze szczerą ciekawością wpatrywałem się w Machnickiego i chwytałem każde jego słowo. W rzeczysamej zdziwienie moje było nadspodziewane nad owąłatwością wysłowienia się i szybkością myśli, co takprzelatywała z jednego tonu w drugi. Znać w tymbyło nie tylko wprawę, ale swobodę ducha i władzęnad myślami, którą natchnienie tylko dać może. Niemogłem wstrzymać się od pomyślenia w duchu: tenczłowiek nie na wariata się rodził, a przynajmniej niena zwyczajnego! Kiedy zaś umilkł na chwilę, jak żebyczekał od obecnych przytwierdzenia swoim słowom,zawołałem pierwszy, stosownie do ostatniego wiersza:

— Wiemy! Wiemy! I z rozkoszą słuchamy dalej! —

Kilka już razy, z powodu sceny poprzedzającej, dałemuczuć Machnickiemu swoją dla niego życzliwość, aleuważałem, że w tej chwili przyjął ją lepiej niż kiedykolwiek i mocniejszą zwrócił ku mnie uwagę. Wzrokiemszczególniej przenikliwym dłużej na mnie spoczął, jakbymię chciał zbadać na wskroś, a znalazłszy zapewnew moim odezwaniu się szczerość, uśmiechnął się lekko,z pewnym zadowoleniem — i uważałem, że w ciągudalszej improwizacji na mnie opierał głównie swojewejrzenia. Tymczasem wziął w rękę próżny kielich i takkończył:

 Mamy dziś święto sąsiada!

Tak nam kalendarz powiada.

By nie zostać niegrzeczniejszym

Od samego kalendarza

I długami serca dłużnym,

A więc przy święcie dzisiejszym

Piję zdrowie gospodarza,

A piję kielichem próżnym.

Jeśli próżny, mojaż wina?

Mój kraj pustka i ruina,

Bo mój kraj to serca wasze:

Skądże wam napełnię czaszę?

Czyż z mej duszy? Na to zdrowie

Nikt mi pewno nie odpowie.

 A chociażbym z niej i nalał,

Cóż by to się stało z wami?

Każdy by jak ja oszalał...

Lecz nagrodzę życzeniami.

O! życzeń tyle, co nędzy.

Wszystko zamknę w krótkim słowie:

Obym pić mógł jak najprędzej

Z pełnego dzisiejsze zdrowie,

A życzył rozumnie — w prozie —

Na wszystkich świętych — w obozie —

Przy zastawie bojowiska,

Śród prochu, ognia i dymu!

Tak wam mówi król zamczyska:

A co mówi, to dla rymu.

Taka była improwizacja Machnickiego i z małymizapewne odmianami, bo ją w tejże chwili odpisywałem.Jako poezja nie ma ona zapewne nic szczególnego,zwłaszcza w czytaniu; ale trzeba ją było słyszeć w ustachMachnickiego — z żywym dźwiękiem jego głosu, zeszczerym uczuciem wezbranego serca. Nadto, przy całymtonie ucinkowym i lekkim, nie można jej zaprzeczyćpięknego głównego pomysłu i prawdy, lubo za cierpkiej,wszakże zawsze prawdy, a zwłaszcza dosyć zastosowanej do osób i okoliczności. Dlatego powszechnezrobiła ona wrażenie; a to, którego ja doznałem, niebyło najmniejsze. Kiedy więc inni podnieśli oklaski okrzyk brawa, ja, korzystając ze zgiełku, przechyliłemsię przez stół ku Machnickiemu i szepnąłem półgłosem:

— Winszuję panu nie rymu, ale sensu.

— Pan go dostrzegłeś? — zapytał Machnicki.

— Bez trudu.

— Ale tego, oprócz pana, nikt tu więcej niepowie.

— Bo nie chce.

— Masz pan słuszność. Udają, że się bawią wariatem: niby lepsi od niego. Smutna to rzecz jednak! —i westchnął głęboko. — Patrz, jaka uciecha z własnejhańby. —

Rozmowę naszą przerwała kolej toastów, kończących obiad. Następnie muzyka wezwała do tańców.Powstano od stołu. Wszystkie moje chęci zmierzałydo tego, żeby wejść w ściślejszą znajomość z Machnickim: szukałem go na wszystkie strony, niebawnie postrzegłem. O jednym widać myśleliśmy oba, gdyżpierwszy przystąpił do mnie. Byliśmy tylko we dwóchna ustroniu.

— Pan nie lubisz tańców? — zapytał mnie.

— Przeciwnie.

— A jednak nie tańczysz.

— Od jakiegoś czasu.

Ja się uśmiechnąłem, on zamyślił się na chwilę.

— Dobrze pan robisz. Od jakiegoś czasu —a mówił to z wydatnym przyciskiem — nikt by tańczyćnie powinien; ale poradźże tu z tymi ludźmi!

Zatrzymał się znowu, zachmurzył się, po chwiliprzybrał twarz obojętną i obojętnie mnie zapytał:

— Pan zapewne z dalekich okolic?

— Tak, niedawno poznałem tutejsze.

— Niewiele zyskałeś.

— Przeciwnie — odpowiedziałem ze szczerą uprzejmością — miałem przyjemność poznać pana Machnickiego.

Pojrzał z niedowierzaniem.

— Ale ten Machnicki wariat!

— Nie dla mnie, jak dotąd — odparłem z uśmiechem, a na dowód pokazałem mu odpis jego improwizacji — w tym przynajmniej widzę więcej jak rozum pospolity.

— A u nich jednak to wariacja.

Po chwili nowego milczenia nagle zapytał:

— Widziałeś pan zamek odrzykoński?

— Z daleka.

— Więc musisz tu być bardzo niedawno?

— Od tygodnia.

Na tę odpowiedź postrzegłem niezadowoleniew twarzy Machnickiego.

— Jak to? Od tygodnia tu być i nie poznać zamku!To jednak tak blisko! A choćby i najdalej? Drugiegotakiego miejsca nie ma na ziemi. Powinniśmy do niegopielgrzymować, jak muzułmanie do grobu Proroka.

Mówiąc to, podnosił głos coraz wyżej, ruchy ciałaożywiały się, na twarz występował dziwny, wewnętrznypłomień; po raz pierwszy postrzegłem w nim obłąkanie.

Wymawiałem się jednak szczerze przeszkodaminiezależnymi ode mnie, jak było w istocie. Machnickisłuchał niecierpliwie, gotował się widać do nowegouniesienia, kiedy wpadła pomiędzy nas trzecia osoba.Machnicki zwrócił się nagle i odszedł. Widziałem gojeszcze raz, z daleka; zdawało się, że chciał znowu mięspotkać i mówić, i widać było, że się wahał; wkrótcestraciłem go całkiem z oczu: jakoż powiedziano mi, żeopuścił towarzystwo niepostrzeżenie. Było to nad mojespodziewanie; mocno żałowałem, żem puścił mimo takdogodną zręczność lepszego zbadania tej szczególnejistoty. Nie pozostało mi teraz, jak szukać go w zamczysku: i na to przeznaczyłem nieodmiennie dzień następujący.

III. Zamczysko odrzykońskie

Nazajutrz, ledwie dzień zaświtał, byłem już w podróży do zamczyska, bo chciałem razem z nim wschódsłońca powitać. Poranek był prześliczny, jak tylko możebyć poranek majowy i pogodny po tylu dniach niebazachmurzonego. Droga pięła się pod górę, pomiędzysadami lub lasami. Oko w każdym kierunku odpoczywało na śniegach drzew rozkwieconych; wszystkie wiatrypowiewały woniami fiołków. Zielona szata okolicy srebrzyła się perłami rosy. Niewysłowiona, czarująca świeżość, jak swoboda lat młodzieńczych, przenikała i zachwycała duszę, grała we wszystkie zmysły. Drogatymczasem coraz przykrzejsza, las ciemniejszy, skałygęściej szarzeją, dzikość pustyni coraz wyraźniej czućsię daje, urok miejsca coraz silniej podbija duszę; naglepuszcza się rozstąpiła i zamek w całej pogrobowejokazałości stanął przede mną.

Nie będę się rozwodził, z jakim uniesieniem powitałem ten widok, nie będę opisywał wrażeń, którezrobił na mnie pierwszy przegląd tego ogromu gruzów;tam, gdzie każda ściana, każdy zakąt, każdy kamień,każdy krok wyprowadzały czarodziejską różdżką z mojejduszy nowy coraz potok uczuć i marzeń, otwierały minowe światy, szczegółowy opis byłby może zanadtonużący, a co pewniejsza, niepodobny do wykonania.Dodam nadto, że celem niniejszej powieści nie jestobraz moich wrażeń, lecz proste opowiadanie, a głównąjej osobą nie ja, lecz król zamczyska. O tyle więcjedynie opowiadam, com widział lub czuł, o ile to potrzebne do utworzenia tła, na którym by przedmiotobrazu wydał się jak najwłaściwiej, jak najdobitniej.Z tego tylko powodu uznaję za konieczne rzucić kilkazarysów ogólnych zamczyska i jego okolic.

Zamek odrzykoński leży na północ Krosna.Posadą jego jest góra, należąca do łańcucha jednejz Karpackich odnóg, okryta świerkowymi lasami, jakcały szereg jej rodziny. Zamek zajmuje najwyższą jejwyniosłość, która ją widocznie od innych odosobnia.Ów szczyt najeżony jest ogromnymi bryłami głazów,pomiędzy którymi rosną pomieszane: brzozy, sosny,buki, a z drobniejszych krzewów: głóg, jałowiec, dzikieróże, jeżyna i tym podobne. Sam zamek po największejczęści wygląda jak mogiła gruzów, jednakże znacznaczęść murów, zwłaszcza zewnętrznych, stoi dotąd nieporuszona. Najwyższa część zamku zajmuje południowybok szczytu, najniższa zachodni. Ściana północna całaprawie ciągnie się w linii prostej, równolegle niemaldo południowej, kąty innych części są w rozmaitejliczbie, rozmaitej wielkości. Taki jest ogólny rysunekzwalisk; inne szczegóły będą mieć miejsce w dalszymopowiadaniu.

Znużony pieszą wędrówką i szybkim a trudzącym przeglądem gruzów, wzruszony do głębi duszyich widokiem, uczułem na koniec potrzebę wytchnienia.Obrałem na to miejsce, skąd bym mógł ogarnąć jaknajwiększą przestrzeń najładniejszej okolicy: i w samejrzeczy miałem niezmierny, porywający widok, szczególniej od południa i zachodu. Z jednej strony padół,zaledwie obejrzany, zasiany miasteczkami i wsiami,pocieniowany lasami, przepasany łożem Wisłoka; z drugiej zaś pasmo Karpat rozłożyło się przed moim okiembez żadnej zasłony. Nie miałem jednak dosyć czasunasycić się pięknością tego obrazu: wkrótce rumianazorza wschodu odbiła się na dalekich szczytach, zwiastując słońce; ku wschodniej więc stronie zwróciłemoczy.

Po chwili i słońce zjawiać się poczęło w grubejchmurze, jakby go noc ze swoich objęć wypuścić jeszczenie chciała; chmury wprawdzie opadły i rozpierzchłysię, a słońce zabłysło od razu w całym blasku, ale byłto blask za wczesny, południowy, przykry, który w ciągudnia deszcz zapowiada, blask oka, któremu na płaczsię zanosi, którego powierzchnia jaśnieje szczęściem,kiedy na dnie jego podnosi się z głębin duszy chmurasmutku, przeczucie boleści.

Taka chwila ma właściwy sobie urok i przedstawia jasne podobieństwo stanu przyrody, zwanej martwą,ze stanem duszy ludzkiej. Przedmioty oddalone zazwyczaj zbliżają się do siebie: rzekłbyś, że chcą napatrzyćsię sobie, zaczem je mrok chmury rozłączy; kwiatymocniej wonieją, jak żeby spieszyły się z daniną kadzidła krótkim chwilom pogody; mimo godziny porannejzaduch południa; mimo przepychu światła jakaś w nimmelancholia, jakiś brak, coś na kształt owej niepojętejtęsknoty, która ani swojego źródła, ani swojej pociechyznaleźć nie umie.

Takie było oblicze owego poranku; nieznacznie,mimowiestnie, wpływ jego i mnie ogarnął, tym łatwiej,że mnie usposabiało do rozrzewnienia się samo miejsce,gdzie się znajdowałem. Posępne dumanie przegrywkiemodzywało się zrazu po stronach duszy, z wolna ułożyło się w piosenkę mniej więcej wyraźną, aż nastroiwszy do swego tonu uczucia i myśli, wylało się na papier w następującym wierszu:

Wędrowcze ruin, ruin kochanku,

  Jaki cię smutek naciska?

Anioł przeszłości, anioł poranku

  Spotkały się u zwaliska.

Widzę w objęciu nadziemską parę,

  Widzę ich dwa widma chmurne,

Jak razem płaczą, jak łez ofiarę

  Kładną razem w gruzów urnę.

Stary czas odżył smutną pociechą

  I zajęczał im w podzięce;

Słyszę jęk jego, jak dzikie echo

  Po bolesnej gór piosence.

Wciąż koniec śpiewu. Kiedyż pieśń nowa

  Rozpocznie się przez kwilenie

Nowych narodzin? Paro duchowa,

  Daj mi przyszłości widzenie!

Skończyłem właśnie odczytanie powyższej dumki,kiedy usłyszałem za sobą głębokie westchnienie; obejrzałem się i postrzegłem Machnickiego. Stał tuż przymnie; z oblicza widać było zachwycenie w myśli, naoczach łzy stały; wszakże strój osobliwy szczególniejmię uderzył. Suknie, schodzone cokolwiek, były jednakporządne i ułożone z pewną starannością, nie wydawały pomieszanego umysłu; za to szczersze były dodatki do ubioru. Na głowie miał kapelusz, otoczonywieńcem z gałązek róż dzikich, okrytych na pół rozwiniętym kwiatem, gałązka świerku sterczała zamiastkity, piersi całe okryte były to rozmaitymi kwiatkamipolnymi, to liśćmi, w ręku trzymał kość z ręki ludzkiej,jak mi się wydało na pierwsze wejrzenie. Ten strój,tak odmienny od wczorajszego, przez co nie mogłemgo od razu poznać, obok tego rozmarzenie poetyckie,nie całkiem jeszcze rozproszone, sprawiły, że jakiś czasbyłem jakby pomieszany: i nie wiedziałbym, od czegozacząć rozmowę, gdybym się nie upewnił w tejżechwili, że mój kłopot był daremny, bo Machnicki zaczął pierwszy. Stał on jeszcze w postawie, w jakiej gopostrzegłem, z tymże wyrazem zachwycenia w obliczu;z wolna podniósł nad głowę kość, którą trzymał, i uroczystym przeciągał głosem: „Anioł przeszłości, aniołporanku spotkały się u zwaliska!”

Zamilkł, zniżył kość z taż samą powagą, z jakąją podnosił, pilnie wpatrzył się we mnie, i rzekł, niezmieniając wyrazu twarzy:

— Ja, król odrzykoński, nieograniczony pan tychgruzów, stróż ich przeszłości, naprzód jako król wynurzam ci wdzięczność, żeś godny hołd złożył mojemukrólestwu: biorę cię przeto pod moją opiekę, jak długozechcesz przebywać w mojej dziedzinie, w dowód czegodotykam cię tym moim berłem; a teraz... — zmieniłnagle twarz i z uprzejmym uśmiechem uścisnął serdecznie moją rękę — a teraz witam jako brat brata,a przede wszystkim najmocniej przepraszam, jeżeli moim nadejściem przerwałem chwilę jego natchnienia.Podobne chwile są nieopłacone i ja znam ich wartość;i ja także jestem poetą. Szczerze więc przepraszam.

— Ja to pierwszy powinienem żądać przebaczenia,że bez wiedzy króla śmiałem wejść w jego państwo —odpowiedziałem, stosując się do królewskiej Machnickiego roli.

— Z tej strony bądź spokojny — rzekł Machnickiz coraz większą uprzejmością — już po wczorajszympoznaniu, chociaż dalekim, serce moje przychyliło sięku niemu; życzyłem sobie jego odwiedzin; zrazu chciałem mu to oświadczyć, rozważywszy, zaniechałem. Co bym mówił z pełności serca, to by wzięto za wybrykwariata. Mniejsza o mnie, ale część mojej śmiesznościi na niego by spadła. Pan znasz świat — znasz wczorajsze towarzystwo — wiesz, jak mnie uważają, wieszto dobrze — niech to pana nie miesza. Ja nie gniewamsię na tych ludzi, bo znam ich dobrze. Nie czuję sięnigdy mędrszym, lepszym, jak kiedy jestem pomiędzynimi. Jednego kamyka tych gruzów nie oddałbym zanajczulsze z ich serc — ten kwiatek przekwitły więcejma duszy, jak oni. Żadnego z nich nie chciałbym miećmoim poddanym. Wolę tym gruzom królować. Z tymwszystkim nie są oni najgorsi. O! daleko gorsi są odnich. Oni nawet dobrzy ludzie podług ich czasu, podługich rozumu, ale wariaci. Mogłem być ich królem i niechciałem. Dlaczego? Jak? Kiedy się lepiej poznamy, samprzyznasz mi słuszność. Ale zostawmy to na później. Obyczajem świata zaczniemy rozmowę od pogody. Wybrałeśpan do wędrówki prześliczną chwilę, tylko niepewną.

— Bardzo tego żałuję — odpowiedziałem — widoki cudne, potrzeba wiele swobodnego czasu, żebysię nimi nasycić.

— Masz pan słuszność. Okolica prześliczna, aleto tylko ciało; cóż gdybyś pan duszę zobaczył! Jakaolbrzymia, jaka wzniosła! Geniusz ożywiłby nią dwadzieścia milionów. Tylko że to jest tajemnica, wielka,zaklęta tajemnica. Krocie ludzi rodzą się i umierają podbokiem tych gruzów, a żaden ani się domyśli ich prawdziwej wartości. Gruzy i gruzy! powiadają oni; stare,okazałe, to prawda, ale nic więcej, tylko gruzy jakiegośzamku. A ja panu powiadam, że te gruzy większe sąod tebańskich, babilońskich, rzymskich, większe odgruzów niejednego narodu. Gdyby mi wolno byłopodnieść ich zasłonę, świat z boleści wziąłby się zawłosy; zobaczyłby pod nimi przestrzeń pustyni większej jak Sahara, w każdym kamieniu trupa, w każdejwarstwie muru pokolenia wymordowane, zobaczyłbyrzeki z łez i krwi; ich wysokość myślą jedynie musiałby zgadywać, wieża Sennaru pigmejczyk przednimi. Jest to coś jak majestat narodu.

— Wierzę panu.

— Nie dziwiłbym się, gdybyś nie wierzył; zakrótko jesteśmy z sobą. Ale później, może... — tu zatrzymał się i nagle przeszedł z widocznym umysłem doinnego przedmiotu.

— Podsłuchałem wiersz pana. Nie przepraszamgo za to. Wszak jestem tu królem, mam prawo i powinność wszystko widzieć i słyszeć, co się w moimpaństwie dzieje. Nie powinieneś urażać się o to; niestraciłeś pan na mojej ciekawości. Z tej jednej chwilipoznałem go lepiej, niż gdybyśmy sto imienin razemobchodzili. Widzę u pana usposobienie bardzo dlaniego pochlebne, a które daje mu prawo... — Nagle zatrzymał się i patrzał mi w oczy długo, okiem ani nachwilę nie zmrużonym, bystrym, przenikającym duszęw różnych kierunkach; zawołał potem: — Tak, możeszpan śmiało pytać o wszystko, co się tyczy mojegokrólestwa; objaśnię go, o ile mi wolno.

Podziękowałem w krótkich słowach i zacząłemod sprawdzenia już mi wiadomych szczegółów: — Tenzamek — rzekłem — Firlej podobno założył za panowania któregoś z Zygmuntów.

— Firlej! Zygmunty! — powtarzał Machnickiz uśmiechem przekąsu. — Bajki! Ale nie tu miejscemówić o tych rzeczach. Tu każde echo złapałoby mojesłowo, a tysiąc wiatrów nieprzyjaznych rozniosłoby jenatychmiast — o! mam ja potężnych nieprzyjaciółi tutaj, jawnych i utajonych — muszę być ostrożnym.Gdybym panu powiedział ostatnie słowo tych gruzów,spędzono by wszystkie pułki piekielne, aby ich śladynawet zadeptać. Ale od czegóż mądrość stanu? Muszędyplomatyzować.

W tym miejscu muszę się przyznać czytelnikowi,że dotąd jeszcze uważałem Machnickiego za zwyczajnego obłąkańca i stosownie też przyjmowałem monetęjego mowy. Jego więc odpowiedzi, zboczenia, uniesieniasię, nie przerywały głównego ciągu mojej myśli, niepsuły szyku zapytań, które podobny przedmiot nastręczał,na które przede wszystkim chciałem mieć odpowiedź;dlatego mówiłem dalej:

— Powiadają, że jeszcze niedawno znaczna częśćzamku była mieszkalną?

Machnicki milczał.

— Największą część rozebrano podobno na innebudowy w okolicy? Postawiono kościoły, kamienice,stajnie! Co za świętokradztwo! Mówiono mi, jeszczeprzed laty kilką były tu komnaty zupełnie całe? W tychokolicach miały być wielkie bitwy?

Machnicki wciąż milczał, tylko się coraz widoczniej zachmurzał, czasem wyrzekł: tak — lub: nie —porwał się potem z miejsca i zawołał:

— Po moim królestwie nie można podróżowaćzwyczajnym sposobem wędrowców. Są pewne formy,których nie wolno przełamać. Chodź pan ze mną —niebo coraz bardziej się zachmurza, będziemy mieliburzę, korzystajmy z pogody.

Przyszliśmy tedy pod jedną wieżę okrągłą, poszczerbioną, ale jeszcze znacznej wysokości.

— Masz pan mocną głowę? Umiesz drapać siępo murach? Wejdziemy na tę wieżę.

Zmierzyłem, opatrzyłem ją i widziałem, że po jejszczerbach, jak po schodach, można się na sam wierzchmuru wydostać, przystałem więc na żądanie Machnickiego. On przodkował z nadzwyczajną zręcznością; pochwili staliśmy na szczycie, nad wysokość reszty zamczyska wyżej niż wierzchołki drzew okolicznych, z widokiem swobodnym na wszystkie prawie strony.

— Co za widok! — zawołałem. — Sądzę, że promień przynajmniej kilka mil długości.

— Kilka mil! — powtórzył Machnicki, patrząc miw oczy. — I to poeta tak się wyraża? Poeta tyle tylkowidzi? A ja, kiedy tu wejdę, kiedy położęoko na tych górach i trącę je myś1ą, wnetlecę chmurą grzbietami całego łańcuchaKarpat, ocieram się o Morze Czarne, przepływam Dniepr, biegnę drugim jego brzegiem, ponad Dźwiną przechodzę do Bałtyckiego morza, płynę jakiś czas morzem,zawijam w ujście Odry, i ponad Odrą wpadam znowu na Karpaty; a zawsze pilnując siękrawędzi tego horyzontu. — Rozumiesz mnie pan?

— Nie wiem, czy tyle, ile byś pan chciał być zrozumianym.

W tej chwili na twarzy Machnickiego objawiałasię jakaś dziwna wewnętrzna walka, jak żeby słowaogromnego znaczenia darły się do ust, a myśl tajemnicy gwałtem je zatrzymywała.

— Nie, nie! — zawołał w końcu. — Lepiej byćniepojętym, jak narażonym na zdradę.

Wnet postrzegł się, że wybuchnął z czymś niewłaściwym, zwrócił się ku mnie, wziął z dobrocią zarękę i pytał:

— Co ja powiedziałem? Może niedorzeczność.Przebacz pan! — Wszak wiesz, żem wariat — i ja towiem. Ja sam często postrzegam, że mi się wymkniesłowo, ni przyszył, ni przyłatał, jak powiadają. To wariacja, wariacja! Ale to nie wariacja, że potrzeba takwidzieć, jak ja widzę z tego miejsca, aby je pojąć.Wtedy dopiero wiedziałbyś pan, jak przyjmować powszednie bajeczki, które mu naklektano. Chodźmy stąd.

Spuściliśmy się znowu na dół w milczeniu. Przezten czas rozważając w duchu dziwną istotę Machnickiego, mniemałem dostrzec w nim przeważający żywiołpoetycki, który przy osłabionych innych władzach umysłu panował nad nim tym silniej i stał się dla jegoduszy szkłem optycznym, pokazującym jej cały światw postaciach powiększonych i upięknionych za rzeczywisty; widziałem, że go raziła moja prozaiczna szczerota, odtąd więc postanowiłem być z nim poetą. W tymzamyśleniu postępowałem w głąb zwalisk, kiedy Machnicki wstrzymał mię:

— Za pozwoleniem — rzekł — panu wolno tubłądzić, ale nie mnie. Pan nie widzisz, jak ja, przeszłości;nie widzisz tu, jak ja, jej śladów; ciężko bym przewinił, żebym się ich nie trzymał; okropnie bym za to odpokutował.Chcesz pan mieć wyobrażenie mojej kary? Spojrzyj nate miliony dokoła. Zresztą, jako król, mam także mojedworskie obrzędy, których się trzymać i których przestrzegać muszę.

Zwróciliśmy się więc nazad, w kierunku południa,i wyszliśmy zupełnie za obręb gruzów. O kilkanaściekroków leżał ogromny głaz samorodny. Machnicki podprowadził mnie ku niemu i rzekł:

— Przede wszystkim cześć grobom! Tu, pod tymkamieniem, leży ostatnie półtora wieku. Olbrzymie zwłoki!nieprawdaż? Kto nad nimi nie pomodli się, ten jakniegodny, niepoświęcony, wchodzi do tego zamku, docałej przeszłości. — Po czym zdjął kapelusz, ukląkł, dałmi znak, żebym to samo zrobił; wpatrzył się w kamień, nieznacznie twarz jego zmieniła się w bryłębez wyrazu prawie życia, jak żeby duszę uniosło jakieśzachwycenie daleko od ciała; mimo to rzęsne łzyposypały się z oczu, a usta, jakby obcym głosem,jakby poruszone zewnętrzną sprężyną, przemawiały tesłowa:

— Każesz! Słucham. Jeszcze raz posiewam cięłzami. Na łzach mech wyrasta, ze mchu ziemia. W ziemiskrywa się ziarnko, z ziarnka strzela drzewo — takKarpaty lasami porosły: tak ty, grób, porośniesz nowymżyciem. Płyńcie, łzy! Policzą was kiedyś, zapłacą!

Skończywszy ów dziwny monolog, był jeszczejakąś chwilę w stanie zewnętrznego odrętwienia; powoliruszył okiem, życie wróciło do twarzy, powstał, pojrzałna mnie, i obcierając ślady łez, zapytał:

— Płakałem? Nie dziw się pan — ile razy jewidzę, tyle razy płakać muszę. Ale i to paroksyzmwariacji, powiedzą sąsiedzi; nieprawdaż? O, gdybykażdy z nich miewał podobny przynajmniej raz z rana,a raz na wieczór, ten zamek stałby jeszcze cały, a przynajmniej już odbudowany. Widzisz pan dokoła te głazy?Wszystko to są groby, ale jakie groby! Całe zastępybohaterów, czyny wiekowe, miasta, wieki, kraje, leżąpod nimi. Ten na boku na przykład, u samego wchodudo zamku, kryje wyprawę wiedeńską... Ale za małodziś czasu na obejrzenie całego cmentarza, burza namprzeszkodzi.

W samej rzeczy, im wyżej słońce się podnosiło,tem większy zaduch napełniał powietrze, chmury gęstniały i grzmot burzy co chwila groził.

— Przebyliśmy święty próg zamku, możemy wejśćwewnątrz! — rzekł Machnicki i szedł przodem.

Ostatnia scena przy głazie wpłynęła osobliwymsposobem na mój umysł, uderzyła naprawdę w poetyczną strunę duszy. Jakkolwiek poetyczność Machnickiego objawiała się zanadto może jaskrawo, była niąjednak, i przepłynęła do mojej fantazji, pozwólmy, żejak tchnienie zarazy. Owo przeobrażenie głazów prostych w podobne nagrobki zdało mi się być pomysłemtak pięknym, otwierało takie pole fantazji, że mimowiestnie wszedłem w świat Machnickiego. Kupa gruzuprzemieniła się dla mnie w zamek, jaki był przed wiekami; ściany się podniosły w rozgrody pokojów starożytnych, wysokich, chmury opadły jak sklepienia,wyciągnęły się długie korytarze, wyrosły z ziemi kolumny,a na nich rozwinęły się krużganki, okna pojrzały różnobarwnymi szybami, cały gmach odetchnął przeszłymżyciem, w każdej części zmartwychwstały ślady mieszkańców. Głuchy odgłos dalekiego grzmotu było to echonaszego stąpania po brzmiących posadzkach. Nie spotykamy wprawdzie nikogo, wszędzie pusto i głucho, aleta pustka, ta cisza, są chwilowe: pan zamku wyjechałgdzieś z całym dworem, ale wróci. W możność takiegozłudzenia nie wszyscy wierzą; są, którzy je pojmą:krótko trwa ono, ale się przytrafia obłąkanym i poetom.Byłem właśnie w jego pełni, kiedym ujrzał w jednymoknie rosnącą brzózkę. Jej korzeń trzymał się wewnętrznego gzymsu, a wierzchołek na zewnątrz za okno wychodził; gałęzie wisiały tak posępnie, biała kora takżywo przypominała biały strój kobiecy, że mimowolniezawołałem:

— Jaka smutna! Jak gdyby wyglądała kochanka!Biedna!

— Kto taki? — zapytał mnie zdumiony Machnicki.

Postrzegłem się, odpowiedziałem więc, uśmiechając się:

— Nic! Nic! Przywidzenie! Nic więcej. — Nagliłpowtórnym zapytaniem, wyznałem, że w brzozie wyobraziłem sobie dziewicę.

— Cyt! — rzekł z cicha. — Wyjdźmy stąd.

Ledwośmy odeszli, rzucił się na mnie z mocnymuściskiem i wołał:

— To nie złudzenie, to rzeczywistość, cud grobu,łaska grobu z panem. Czy wiesz, kogo widziałeś? —zapytał, uspokoiwszy się nieco. — To królowa Jadwiga.A widziałeś ją w najważniejszej chwili jej życia. Sercejej rozdarte najboleśniejszą raną. W jedną stronę ciągnie ją miłość Wilhelma, w drugą miłość narodu.Przemogło poświęcenie się dla narodu, ale boleść nieustała. Wygląda z trwogą przybycia Jagiełły, przyjmuje go jak męża i pana, ale łzy dla kochanka płyną.Szczęśliwy, kto ją widział w tej chwili, choć razw życiu; widział on triumf miłości narodu. Szczęśliwyjesteś. Dusza twoja przejrzała, spodziewałem się tego.Odtąd jeszcze otwarciej będziemy z sobą. I mnie tenwidok nie obcy, ale rzadki. Najczęściej przedstawia misię jak drzewko. Między nami gadają, że to wszystkobyło gdzieś tam, w jakimś Krakowie. Nie wierz temu:i Kraków tutaj, i cała ta scena tu się odbywała. Wiemto z ust własnych.

— Pan z nią rozmawiasz?

— Czy ja z nią rozmawiam! A po cóż byłbymkrólem tego zamku? Jeżeli w nim żyję, to dlatego, żei on żyje. Nic tu nie ma, co by nie żyło dla mnie, co byze mną nie rozmawiało! O! jak mnie nieraz bawią,a najczęściej gniewają ci powszedni ludzie, którzy tuczasem, nie wiem po co, przychodzą. Dla nich te drzewa,kwiaty, murawa, nic więcej, jak tylko zwyczajne drzewa,kwiaty i murawa. Biedni, gdyby im Bóg otworzył oczy,gdyby się chcieli porozumieć ze swoją duszą, padalibytu na twarz przed każdym kwiatkiem, całowalibyw nogę każde drzewo, nie śmieliby stąpać po tej murawie. Zamieszkaliby tu chętnie na całe życie, i przezcałe życie nie napatrzyliby się, nie nasłuchaliby siętego, co się tu działo i dzieje.

Tymczasem przewidywana burza podniosła sięna wysokość zamku, powietrze całkiem ściemniało,grzmoty i błyski coraz bliżej się objawiały i wiatrz niezwykłą się podniósł gwałtownością. Nie spodziewając się takiej i tak prędkiej nawałnicy, nie zapewniłem sobie schronienia; począłem więc być niespokojny i zapytałem Machnickiego, czy nie wie gdziebliskiej chaty, w której bym bezpiecznie przeczekałpierwszą natarczywość burzy.

— Bądź pan spokojny! — odpowiedział. — Jestemkrólem w moim państwie, wszystko już obmyślone.Nie każdemu bym to zrobił, nie zrobiłem tego nikomudotąd, ale pan masz wszelkie prawo do mojej gościnności, pod jednym warunkiem:

— Pod jakim?

— Dasz mi najuroczystsze słowo, że nikt niedowie się z jego przyczyny o miejscu, w którym sięschronimy.

Dałem słowo z chęcią.

— Chodź pan za mną.

IV. Podziemie

Związany słowem danym przed chwilą Machnickiemu, muszę zawiesić na zawsze ciekawość czytelnikai zostawić w tym miejscu przerwę opowiadania, którejmoże nigdy nie zapełnię. Wolno mi tylko powiedzieć,że nie wychodząc z obrębu gruzów, zatrzymaliśmy sięnad głazem znacznej wielkości. Machnicki zlecił miobejrzeć się na wszystkie strony, czy nie jesteśmywidziani przez kogo obcego, a kiedy to dopełniwszy,zwróciłem się ku niemu, ujrzałem ów kamień już podniesiony, a na jego miejscu ciemny otwór pod ziemią.

— Spuszczaj się prędko! — zawołał.

Zrobiłem jak kazał, on skoczył za mną; w okamgnieniu kamień znowu zapadł i zostaliśmy w zupełnej ciemności.

— Taka jest brama mojej stolicy — rzekł Machnicki. — Idź pan za mną, trzymaj się ściany, a pamiętaj, że mamy przed sobą dwadzieścia schodów.

Szedłem, trzymając się kroków przewodnika, macając ścianę i licząc stopnie. Schody były wygodne,szyja podziemia tak wąska, że ledwie dwóch ludziobok siebie pomieścić mogła, bez trudu więc szedłem.Na dwudziestym stopniu zatrzymaliśmy się; Machnickiskrzesał ognia, zapalił lampę stojącą w małej framudze,jakby umyślnie na to wykutej, i przemówił:

To pierwszy dziedziniec mojego pałacu; cóżmyślisz o nim?

Powiodłem okiem dokoła i widziałem niekształtnąjaskinię, obszerności tak nieznacznej, że jeden rzut okaz któregokolwiek punktu mógł ją całą ogarnąć, chociażprzy świetle tak słabym jak blask lampy. W utworzeniu jej nie widać było śladu sztuki; pod ścianami stałylub leżały ludzkie kości, na ścianach wisiało kilkazbroi starożytnych, mocno zardzewiałych.

— Zapewne to straż pałacowa? — rzekłem.Machnicki potwierdził mój domysł skinieniemgłowy. Głównie jednak zwróciły moją uwagę drzwidosyć wielkie, żelazem pokryte, leżące po lewej ręcenaszego wchodu.

— A to musi być wejście do podziemnego przechodu, o którym powiadają, że się aż pod Krosnociągnie?

— Może i dalej — odpowiedział Machnicki obojętnie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.