drukowana A5
35.55
Kunigas

Bezpłatny fragment - Kunigas

Objętość:
228 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0442-5

Obolci oboli seka. Teip senej Kalbama

Owoc idzie za jabłonią.

Tak mówili starzy.

Panu

Michałowi Jezierskiemu

w dowód szacunku i przyjaźni,

przesyła

Autor.

I

W krzyżackim Maryi-Grodzie dzwoniono na wieczorne pacierze. Głosniewielkiego dzwonka, cichy, smętny, leniwy jakiś, rozlegał się po zamkowychpodwórzach, to podnosząc, to cichnąc, w miarę jak wiatr to go odpędzał gdzieś,to przybliżał.

Kapliczka, której drzwi stały otworem, była jeszcze prawie pusta i niemal ciemna.

Pora była późnej jesieni; mrok dnia mglistego okrywał budowy zamkowe.W tym pół-świetle, pół-cieniu, przybierały one kształty fantastyczne: część ich nikła w ciemnościach i rozpływała się w mrokach; niektóre ściany występowały ostro, resztkami dnia oświetlone w połowie lub pozapalanymi lampami i pochodniami, które otaczał krąg jasności, jakby dymem osutej.

Gdzieniegdzie wrota otwarte czarną zdawały się czeluścią; gdzie indziejzakratowane okno, już ogniem wnętrza zarumienione, na którego tle ciemneprzesuwały się postacie, gorzało niby pożarem cichym i tym straszniejszym.

Zamek cały ponury i posępny był, jak więzienie. W milczeniu, smutnie,wolno, w podwórzach przesuwały się postacie rycerskie, czeladź w kusej odzieży, pachołki z ostrzyżonymi głowami.

Ludzie ci, nawykli o jednej porze spełniać obowiązkowe czynności, bezsłowa, bez znaku życia szli, jak kółka jakiegoś misternego przyrządu, gdzie ich prowadził rozkaz niemy.

Ciszę tę straszną przerywało tylko kiedy niekiedy zawycie psa na uwięzi,Lub rżenie koni stajennych. Lecz i te stworzenia, jakby nawykłe do klasztornego milczenia, wprędce ucichały.

W tej ciszy majestatycznej był jakiś uroczysty smutek a siła, którą makażdy czyn spełniony bez odgłosu, w spokoju, gdy się nań cała potęga ludzkiego ducha zdobywa.

Wszelka wrzawa odejmuje dziełu człowieka to wrażenie mocy zwycięskiej, której oznaką jest niemota dobrowolna.

Tu, oprócz mdłego głosu dzwonka, który powoływał na pacierze braci, nicwięcej słychać nie było. Niekiedy wiatr jesienny przerzynał ciężkie powietrze, wilgocią przesiąkłe, i, cisnąc się między wąskie ścian przesmyki, urągał szyderskim głosem nakazanemu milczeniu.

W kaplicy, przed której ołtarzem paliła się ze stropu zwieszona lampa,słabo oświecająca ściany, okryte napisami i chorągwiami grobowymi — niewielu pobożniejszych rycerzy zeszło się leniwo na wieczorną modlitwę.

Kapelan w kapie stał u stopni ołtarza i modlił się szybko, półgłosem, jakby z obowiązku, senny i roztargniony. Stojący w swych ławach rzeźbionych starsi bracia, którzy więcej się ściągnęli dla przykładu i z powinności niż przez nabożeństwo, w modlitwie nie okazywali wielkiej gorliwości i zapału.

Niektórzy z nich, ponachylani ku sobie, szeptali; inni, ze złożonymi napiersiach rękoma, zdawali się z rezygnacją znudzoną wyczekiwać końca. Jeden sparł się o stallę i, zadumany, z zamkniętymi powiekami, drzemał, czy usypiał.

W mroku kaplicznej głębi trudno było rozpoznać tych, co się u drzwizgromadzili, zwołani dzwonkiem, nie przywiązując wielkiego znaczenia do nabożeństwa.

Światło lampy drgało fantastycznie na brązach i złoceniach obrazów,sprzętów i na fręzlach chorągwi. Płomyk jej, poruszany falą powietrzną, skakał promykami, jak żywa jakaś istota, sięgając dalej, rzucając się na boki, na przemiany odkrywając twarze i obrazy lub topiąc je w mroku. On tu był jedynym czymś życiem i wolą obdarzonym. Wszystko zresztą spało, nieme i zdrętwiałe.

W końcu ławy rzeźbionej, wśród tego posępnego szeregu płaszczów białych i sukni czarnych, jedna tylko postać wybitniejsza zwracała na siebie oczy.Lampa właśnie rzuciła wiązkę światła na twarz jej, występującą wyraziściena tle mroków, które ją otaczały.

Było to męskie oblicze człowieka już życiem zahartowanego, z któregolata zrobiły brązową maskę, napiętnowaną rysy mnogimi, jakby hieroglifami, które przeszłość wypisała na niej — nieczytelnymi i tajemniczymi.

Odkryte, wyniosłe czoło fałdowały grube marszczki, ciemnymi pasy przerzynając je na kilka części.

Takież same fałdy głębokie zorały zejście się brwi czarnych, bujnych,rozrosłych, osłaniających parę oczu, ukrytych głęboko pod wystającą kością czołową, a świecących w oprawie kształtnej, która niegdyś piękność ich podnosić musiała. Dziś i tu marszczki się zbiegały, a poniżej nielitościwie krajały policzki i ust otoczenie. Wąsy i broda, ciemne jeszcze, już gdzieniegdzie srebrnymi włosy były posypane.

Blask lampy, silne rzucając cienie, uwydatniał rysy tej twarzy, jakbydłutem energicznym wykutej.

Wyraz jej był posępny, surowy, dumny a spokojny jakąś siłą wewnętrzną. Zwykły strój zakonników-rycerzy leżał na szerokich ramionach i piersiach,w wielkich fałdach jak od niechcenia rzucony. Nie widać było najmniejszej tustaranności, a sukno nosiło na sobie ślady zużycia i zszarzania.

Usta głęboko wpadłe nie poruszały się modlitwą, a z posępnego czołazgadnąć było trudno, czy się modliła dusza. Oko — to się zatrzymywało na przedmiotach obojętnych, bez myśli, to śledziło wszystkich w kaplicy zebranych, równie pobliższych współbraci, jak dalej skupionych u progu półbratów, czeladź służebną i knechtów.

Przed okiem tym nic ujść nie mogło; biegło ono w ciemności, pewnym będąc, że je przeszyje, a odgadnie, co się w nich skrywa.

Coś się kazało domyślać, iż ten świadek, lecz nie uczestnik modlitwy,wrażał wszystkim przytomnym pewną obawę i poszanowanie. Tak samo, jakwzrok jego po ludziach, wejrzenie ludzi ukradkiem biegło ku niemu. Czeladź się instynktowo uchylała, słoniła za przymurki, aby nie być wystawioną na wzrok ten, przeszywający i groźny.

Na zastygłych licach zakonnika nie było oznaki najmniejszego wrażenia.Obok dumy, która pięknej tej twarzy rycerskiej zdawała się dziedzictwemkrwi narzuconą, była i pokora mnisza, przybrana z musu.

Nie widać było, aby szczególne jakieś dostojeństwo i władza związanebyły z tym rycerza znaczeniem, jakie mu nadawało oblicze. W ławie bracistał on na najniższym miejscu, ostatni z brzegu.

Patrzył stąd, śledził...

Pacierze wieczorne zbliżały się do końca; mruczeniem głuchym odpowiadano ze stallów na głos kapelana. Przykląkł wreszcie, odwrócił się i z wolna, ze zwieszoną głową, ku zakrystii zmierzał.

Naówczas poruszyli się wszyscy, zbudził się zakonnik drzemiący, czeladźod drzwi szybko się wysypała na podwórze.

Pozostał chwilę na swym miejscu rycerz ów nieruchomy, głowę tylkozwróciwszy ku ołtarzowi. Ci, co go pomijali, wysuwając się z kaplicy, nie pozdrawiali ani skinieniem głowy, przechodzili, patrząc w inną stronę, jakby unikali jego wzroku z pewnym pośpiechem, niezręcznie ukrywanym. Żaden mu nie okazał uszanowania, choć widać było, że może wrażał obawę.

Kaplica już prawie była pusta, gdy i on ze swego miejsca poruszył się nareszcie i ciężkim krokiem iść począł ku drzwiom, u których jeszcze kupka czeladzi się zatrzymała.

Wśród niej stał, pytając o coś, brat Szpitalnik, człowiek niemłody, siwy, ruchów żywych, mowy prędkiej, gorącego temperamentu. Płaszcz, z ramion mu się osuwający nie po myśli, dokuczał niecierpliwemu, który go poprawiał i szarpał na sobie.

Wychodzący zakonnik zatrzymał się przy nim. Zobaczywszy go, knechtyi służba natychmiast rozpierzchać się zaczęli.

Z szerokiej piersi jego dobył się głos męski, stłumiony, lecz silny, wychodzący jakby z głębiny, i tak właściwego sobie dźwięku, żeby go wśród tysiąca innych można było rozróżnić. Jak cała postać, nakazywał poszanowanie, nie dopuszczał przeciwieństwa.

Zwrócił się do Szpitalnika, który oczy w niego wlepił niespokojne i błyszczące.

— Cóż się z młodym Jerzym dzieje? — zapytał.

— Chory, chory — odparł zapytany żywo, poruszając ramionami i niebardzo rad tłumaczyć się szeroko.

Pytający badał go wzrokiem. Byli już sami, bo czeladź się rozpierzchła.Szpitalnik poruszył się, jakby chciał odchodzić; zobaczywszy, że zakonnik stał w miejscu, niechętnie zatrzymać się musiał.

Ten powtórzył zapytanie:

— Chory? zawsze chory?

Ruchem głowy potakującym odpowiedział tylko żywy Szpitalnik. Namyślił się nieco.

— Zawsze chory! tak! a ja nawet nie umiałbym powiedzieć, na cochory... Wiecie, bracie Bernardzie, dużo przeróżnych chorób widziałem w życiu, ale tej nie znam i na tę poradzić nic nie umiem.

Chciał odejść, Bernard go za rękę powstrzymał.

— Zaczekaj chwilkę — rzekł — wiem, że ci zawsze pilno; ale powiedzże mi, co mu jest?

— Co mu jest? — z pewną niecierpliwością i półuśmiechem począłspytany — ale właśnie w tym trudność, że nie wiemy, co mu jest. Opowiedzieć to trudno. Skutki choroby widzimy jasno, ale jej samej zrozumieć i pochwycić nie podobna. Chłopak wyniszczał nagle, wychudł, zżółkł, sposępniał, stracił ochotę do jadła... powiedziałbym, że i do życia. Godzinami siedzi jak osłupiały, z oczyma wlepionymi w ścianę lub okno, w podłogę lub sufit.

I dokończył nowym ramion poruszeniem.

— Młodość potrzebuje ruchu i powietrza; sądzę, że wziąć by go może,na koń wsadziwszy, na jaką przyszłą wyprawę, na świeży świat, pomiędzyludzi; zmienić życie, dać go gdzie na zamek, do którego z Komturów, trochę swobody...

Szpitalnik, słuchając, głową potrząsał.

— Możecie, czego chcecie, próbować — rzekł — bo ja już z mojej apteki, co tylko było do dania, wyczerpałem; nie sądzę, żeby się to na co przydało... Na koń siąść bodaj czy mu siły pozwolą. Dać go do jednego z tych gródków, w których dzień i noc czuwać potrzeba.. to nie spoczynek... No, ja nie wiem, — dokończył, zabierając się znowu odchodzić; ale Bernard jeszcze go raz za płaszcz przytrzymał.

— Jak sądzicie? grozi jego życiu niebezpieczeństwo? — zapytał.

— Gdyby starszym był — odparł, zżymając się nieco, zakonnik, któremubyło pilno — prędzej by się dało zawyrokować, czy wyzdrowieje, czy zamrze... Z młodością, która ma siły wielkie i dziwactwa niespodziane, nigdy człowiek nie wie, czy ona zwycięży, czy od lada podmuchu wiatru, jak mało rozpalony knot lampy, zagaśnie.

— A szkoda by było — zamruczał Bernard. — Chowaliśmy go od dziecka... no, i rachowali nań.

Brat Szpitalnik, roztargniony, ledwie mógł ostatnie słowa dosłyszeć.

— Bracie Bernardzie! — odezwał się, wybuchając, jak zmuszony żywymtemperamentem: — Wierzcie mi, stary jestem, widziałem wiele! Krwi nieprzerobić w człowieku. Ma ona swe prawa. Hoduj, jak chcesz, ptaszę dzikie; ledwieś mu okna uchylił, a głosy swoich posłyszało — uleci.

— Na to się mu podcina skrzydła! — cicho zamruczał Bernard doucha Szpitalnikowi, dodając:

— Miałżeby kto wydać mu i zdradzić tajemnicę? To być nie może!

Ręce podniósł do góry z oburzeniem.

— Któż by mógł? jakim sposobem? — przerwał Szpitalnik. — Oprócznas kilku, przysięgą do milczenia związanych, żywa dusza o tym nie wie. Nikt! Domyślić się nawet nie podobna. Jerzy, jak wszyscy tu, wie, iż go małym chłopięciem z Niemiec przywieziono.

— Tak! — odparł Bernard — ale pamięć dziecka? Dzieją się rzeczydziwne czasem. Nuż mu się tam, jakim cudem, lata chłopięce przypominają,jak sen jaki?

Szpitalnik głową potrząsał.

— To się zatarło! tyle czasu! — rzekł. — Żaden człowiek nie pamięta niemowlęctwa, a on się tu prawie w nasze ręce niemowlęciem dostał.

— Nie! nie! — zaprzeczył Bernard. — Mówił już, i tę szatańską, dziką, barbarzyńską mowę, którą bełkotał, ledwie mu potem grozą i sztuką z głowy wybito.

— Bądźcież spokojni; nie zna jej ani słowa! — rzekł Szpitalnik. — Nic podobnego mu do głowy przyjść nie mogło. Coś innego chorobę sprowadzić musiało. Co? Któż to zbada? Ciało gnębi duszę w człowieku, dusza czasem łamie ciało — oboje potem cierpią. Nie wiadomo, co leczyć? jedno czy drugie? tak są z sobą powiązane.

— Patrzeć potrzeba, co z dwojga mocniej dotknięte.

— Tak! — uśmiechnął się Szpitalnik. — Gdyby to oko ludzkie do tychgłębin zajrzeć mogło? Łaska chyba Boża oświecić o tym może.

To rzekłszy, ruszył się od progu kaplicy Szpitalnik, potrząsając pękiemkluczy, który mu wisiał u pasa, a dając tym do zrozumienia, iż mu do jego obowiązków pilno było.

Brat Bernard, już go nie wstrzymując, szedł z nim razem. Szpitalnikobejrzał się na niego, zdziwiony trochę, że mu towarzyszył; co postrzegłszy, Bernard się ozwał:

— Chciałbym ja go sam zobaczyć. Nic nadzwyczajnego nie będzie, gdyrazem z wami zajdę do infirmerii.

Szpitalnik się uśmiechnął.

— Wam przecie — rzekł — przystęp nigdzie i nigdy wzbroniony niejest. Róbcie, jak wam się zda lepiej.

Z kaplicy do domu chorych potrzeba było na drugi, niższy dziedziniec,przechodzić. Odległość była dosyć znaczna.

Ciemno się robiło wśród murów, lecz gdzieniegdzie z okien padające światło drogę wskazywało.

Bernard postępował milczący i zadumany. Nie przeszkadzało mu to, jakby z nałogu, po drodze tu i ówdzie rzucać oczyma, w każde drzwi na półotwarte, w każde okno oświetlone, zwracać się ku każdemu przechodzącemu,którego spotykali, i pilnie się weń wpatrywać. Zdało się to skutkiem dawnego nawyknienia bardziej niż woli, gdyż zakonnik szedł cały w sobie pogrążony.

Szpitalnik, którego żywość pędziła, ciągle go wyprzedzał i musiał krokswój mierzyć, aby ciężej i powolniej kroczącego Bernarda zbyt nie wyprzedzać, bo mu miał służyć za przewodnika.

Weszli nareszcie do sieni, z której na prawo drzwi nie do izb obszernych, gdzie największa liczba chorych i rannych się mieściła, ale do kilku pomniejszych, dla braci zakonnej i starszyzny przeznaczonych, prowadziły.

Weszli. Pierwsza, ciemna, stała pustą; z drugiej przez szczeliny u progui góry słabe się światełko przeciskało. Ojciec Szpitalnik otworzył je z wolna i, sam nie wchodząc, chciał przodem wpuścić Bernarda, który nawzajem wskazał mu, ażeby go wyprzedził.

Stało się, jak rozkazał.

Żwawy mały człowieczek wszedł do izby szczupłej, którą niewielka lampka oświetlała.

Oprócz łóżka i niewielkiego stolika, na którym talerz stał z jedzeniemnietkniętym i dzbanuszek kubkiem nakryty — ława tylko w oknie wgłębionym i parę półek były całym sprzętem małej celi.

Łóżko zasłane było kołdrą wełnianą — twarde i wąskie. Na nim, z nogami spuszczonymi, z głową w ręce zanurzoną, siedział młody chłopak, lat około siedemnastu mieć mogący, na swój wiek wyrosły bujnie, ale wychudły.

Włos, krótko przystrzyżony, jasny, najeżony i bezładnie porozrzucany,okrywał dość piękną głowę jego, która, podniesiona ku wchodzącym i zwrócona ku nim twarzą, wyrazem smutnym politowanie wzbudzała. Oczy miał wpadłe głęboko, policzki ściągnięte, usta zaklęsłe, czoło pomarszczone.

Piękne rysy młodzieńcze ból jakiś czynił sympatycznymi, ale groźnymirazem. Spod powiek patrzała gorączkowa niecierpliwość, znękanie i wyrazwalki wewnętrznej, tłumionej w sobie.

Skromny przyodziewek, na pół mniszy — pół rycerski, suknie, przylegające ciasno, dawały rozpoznać budowę ciała silną, kościstą, ale wychudzoną i zeschłą.

Na widok wchodzących, brwi mu się ściągnęły mimowolnie i natychmiaststanął na nogi, z poszanowaniem głowę spuszczając; lecz zachwiał się i o stół oprzeć musiał.

Brat Bernard, którego oblicze zwykle było surowym, starał się, wysilającna próżno, złagodzić wyraz jego i z dobrocią zbliżył się ku chłopcowi.

— Cóż to? słyszę, żeście jeszcze dotąd chorzy! — rzekł, głos miarkując. — To źle! Cóż wam jest? Ojciec Sylwester nic mi powiedzieć nie umie!

Młodzian, stojąc z oczyma w ziemię wlepionymi, milczał.

Szpitalnik tymczasem spojrzał na nietknięte jadło, na dzbanek nieporuszony i ramionami zżymnął.

— Boli was co? — dodał pytający troskliwie.

— Nic — nic — odparł chłopiec krótko i zimno.

— A cóż wam jest?

Na to drugie pytanie odpowiedź przyszła nierychło.

— Sił nie mam — jęknął nareszcie chory.

— Jakże do tego przyszło, żeście je postradali? — badał Bernard.

Tymczasem Sylwester, przy stole stojący, machinalnie z niecierpliwościprzebierał po nim palcami i na strop patrzył, jakby w skutek tych rozpytywań nie wierzył i wagi do nich nie przywiązywał.

— Ja nie wiem! — mruknął chory cicho i westchnął.

Na tym zdawało się wszystko skończone, gdyż chłopak nie okazywał najmniejszej chęci do szczerszej spowiedzi, a Bernard podbudzić go do niej nie umiał. Ojciec Szpitalnik ze swej strony pomagać mu do tego nie okazywał ochoty.

Stali milczący. Bernard, pomyślawszy nieco, uznał za właściwe dokończyć nauką moralną:

— Potrzeba — odezwał się — dziecko moje, modlić się. Boga prosići Najświętszej Matki Jego, aby oni łaską swą Was dźwignęli. Trzeba samemu też starać się tę bezsilność przemagać, ociężałość otrząsać, próbować, usiłować, nie poddawać się. Nieprzyjaciel rodu ludzkiego zastawia sidła na dusze i ciała. Modlitwa go odpędza.

W czasie tej nauki, chłopak stał nieporuszony, z oczyma ciągle spuszczonymi, nie dając znaku, by ona wrażenie na nim czyniła. Stał jak skamieniały; drganie tylko zdradzało wewnętrzny wysiłek.

Nie odpowiedział nic. Bernard patrzał nań długo, badał — ale milczący.Szpitalnik wtrącił:

— Masz może do czego smak? ochotę? mów. Do napoju jakiego? dojadła? Natura ludziom, równie jak zwierzętom, daje czasem zbawcze instynkta.

Czekali długo, nim chłopak się zebrał na odpowiedź:

— Oprócz czasem do wody — rzekł głosem słabym i przymuszonym — jado niczego nie mam smaku.

Skończyło się tym rozpytywanie; brat Bernard zamruczał coś, lepsze czyniąc nadzieje, radząc spoczynek... leżenie, sen, i wychodził już. Szpitalnik, za idącym ku drzwiom postępując z wolna, ukradkiem popatrzał na chłopca, wciąż stojącego przy łóżku, ruszył ramionami i wyszedł.

Chory, gdy się drzwi zamknęły, padł natychmiast na łoże i, ręce nakolanach oparłszy, oczy zakrywszy, zadumał się tak znowu, jak przed przyjściem tych, co go badali.

Lampka, pryskając, paliła się bladym płomykiem, który to się nieco dogóry podnosił, to w glinianą miseczkę opadał, gdzie knot był zanurzony.

Kroki oddalających się niedługo słychać było; ucichło znowu wszystkow grobowym milczeniu. Z dala skrzypnięto drzwiami parę razy i infirmeriajakby spała już czy wymarła — nic się nie poruszało.

Chory nie kładł się, choć godzina wyznaczona do spoczynku dawno jużbyła przeszła. Niekiedy podnosił głowę, przysłuchywał się, to twarz rękoma osłaniał i jak półsenny siedział w obojętnym odrętwieniu.

Lampka coraz się głębiej dopalała. Ledwie dosłyszane drzwi skrzypnięcie w pierwszej izbie, która celę poprzedzała, rozbudziło osłupiałego. Cichejakieś, ostrożne kroki zbliżały się ku progowi; drzwi się poruszyły powoli i płaszczem otulona postać jakaś wsunęła się do celi.

Jerzy czekać na nią musiał, bo z łóżka powstał i twarz mu się ożywiła:trochę czucia, błysk radości ją oświecił.

Stojący w progu był chłopakiem tychże lat albo mało co młodszym.Twarz pospolitą miał, nie piękną, ale łagodną, a w tej chwili wyrazem serdecznego współczucia uśmiechniętą. Krótko ostrzyżony włos, suknia z grubej tkaniny, liche skórznie na nogach, same rysy i budowa krępa a niezgrabna, kazały się domyślać w nim prostego knechta.

W porównaniu z chorym, którego twarz miała w sobie coś pańskiego i odznaczała się prawie niewieścim wdziękiem, krwią jakąś wyszlachetnioną, wchodzący wyglądał gburowato, na pachołka. Dobroć tylko, na twarzy się malująca, czyniła tę brzydotę miłą, rysy grube i nieforemne oświetlała.

Chory, zobaczywszy go, uśmiechnął się. Gość zbliżał się z nieśmiałością,poszanowaniem i troskliwością wielką, na palcach, ostrożnie.

— A co! — zapytał po cichu — nie lepiej wam?

Pytanie zadał w złej niemieckiej mowie, z przeciągłym obcym akcentem.

Chory głową potrząsnął, usiadł na łóżku i przybyłemu wskazał ławę, boinnego siedzenia nie było. Ten umieścił się na różku jej, a raczej uczepił tylko.

— Mówże ty mi — rzekł, marszcząc się chory — mów mi o tym, o czymwczoraj rozpowiadałeś. Ja, sam zostawszy, gdy myślę a myślę, coraz więcej przypominam sobie. Tak! ta mowa wasza, której ty mi kilka słów powiedziałeś, była mi znana w dzieciństwie. Jedno twoje słowo wydobyło ze mnie jakby utopionych i przysypanych dużo. Oni mi powiadają, że sierotą z Niemiec mnie przywieźli, ale kłamią. Dzieckiem słyszałem tę mowę, mówiłem nią; litewska to mowa, i ja Litwinem być muszę... tak, jak ty!

Teraz, gdy w te mroki lat dawnych się wpatruję, coraz mi więcej rzeczyna pamięć przychodzi, które, jakby mgłą były okryte. Mgła się rozprasza...

Chłopak, siedzący na ławie, palec położył na ustach, obejrzał się trwożliwie ku drzwiom. Wzdychał i tarł czoło.

— A! to nieszczęśliwa godzina, — wyjąknął — gdy się o tym zgadało!Co już pomoże myśleć o tym? co wam pomoże wiedzieć? Z ich rąk, co razw nie wpadło, już się nie wydobędzie. Patrzajcie na mnie. Mnie też pochwycili gdzieś z chaty chłopięciem, na powrozie przy koniu, jak bydlę, przygnali, ochrzcili, ostrzygli, kazali służyć — i muszę. Idą oni na moich, każą za sobą nieść tarcze i miecze; idę za nimi i niosę. Patrzę, jak się moja krew leje, jak moi bracia giną... a! wszystko kipi we mnie, łzy do oczu się cisną; alem ja sam, i siły nie mam!

Jerzy podniósł się z łóżka trochę i, brwi ściągając, a ręce zacisnąwszy, szepnął:

— Zbiec przecie można!

— Dokąd? jak? — przerwał zastraszony pachołek. — Na co by sięnam to dziś przydało? Tam by już nikt nas nie poznał i nikt nie przyjął.Jeszcze by nas pozabijali, jak krzyżackich knechtów, bo dla tych przebaczenia nie ma. Służyć im trzeba, choć ich nienawidzimy. Taka dola, a swej doli nikt nie jest panem.

Pomyślał trochę i ciągnął znowu:

— Jeżeli oni was kędyś z Litwy porwali, a chowali i pieścili, karmili jak paniątko i ubierali, czy oni dziś by zbiec pozwolili? Patrzą oni na was podwójnymi oczyma, a gdyby najmniejsza poszlaka... ho! ho!...

I ręką pociągnął sobie po szyi, jakby ścinał głowę.

Chory Jerzy dumał głęboko.

Przerwała się rozmowa, i zaczął pachołka siedzącego rozpytywać o litewskie nazwania rzeczy różnych: jak się matka, ojciec, brat, dom, ogień zowie? Słuchając, zadumywał się, za głowę chwytał, brwi ściągał, a oczy mu połyskiwały.

Pachołek dziwił się, ciekawił, wzdychał, ręce załamywał i co raz to przypominał, że cicho mówić było trzeba.

— Był tu stary Bernard? — spytał w końcu. — A co on tu robił u was! On darmo nigdy nie chodzi. Posyłają go wietrzyć, gdy innym nosa braknie. Chytry to a straszny człek, co jak spojrzy, na wylot przekole. Na zamku on niby niczym — taki brat jak drudzy; do starszyzny nie liczy się i z nią nie chodzi; stoi na boku. Urzędu nie ma; a boją go się najstarsi i może, co zechce. Wciska się wszędzie, nigdzie mu drzwi nie zamykają; podpatruje, słucha, odgaduje. Na kogo popatrzy, ciarki mu biegną po skórze. Jego tu nie darmo do was wysłali. — Czyście się przed nim z czym nie wydali?

Jerzy na to pytanie pogardliwie i dumnie ramionami poruszył.

— Oh! — rzekł — ani słowa nie dobył ze mnie!

— Szpitalnik — mówił pachołek — gbur, niecierpliwy, niby zły, gderze, popycha; ale dobre ma serce. Łaje chorych, gdy mu wyzdrowieć nie chcą, a dzień i noc koło nich chodzi, jak matka; a ten!... Dość, by popatrzył... zdaje się, że zje oczyma!

Chory Jerzy już dumał i nagle, jak przebudzony, zawołał:

— Kunigas? Kunigas?

— Aha! tak u nas najstarszych panów zowią — odparł chłopak.

— Ja dobrze pamiętam — rzekł Jerzy, bijąc się w czoło — że mniedzieckiem na ręku piastująca kobieta tym imieniem uspokajała i wołała.

Słuchający parobczak obie ręce podniósł do góry i, jednę z nich prędkokładąc na ustach, nakazał milczenie mówiącemu. Wstał aż, przestraszony.

— Na Boga! na Boga! — szeptał — cicho! cicho! Po mnie już dreszcze przechodzą. Gdyby oni doszli, że wy się o tym przeze mnie dowiedzieliście, żyw bym nie został, a i z wami co by było... któż wie? Cicho, panuniu! cicho!

Jerzy dumał na ręku podparty. Ze zmarszczonego czoła wnosić byłomożna, iż myśl w nim pracowała, aby z mroków przeszłości dobyć dawnewspomnienia. Pot kroplami okrywał mu skronie.

— Litwa! Litwa! — począł powtarzać. — Mów ty mi o niej. Ty ją musisz lepiej pamiętać... widziałeś ją, chodziłeś na nią z nimi. Mnie oni mało kiedy za wrota wypuszczali; a na dalsze wycieczki, chociaż się im prosiłem, nim się odkryło, kto ja jestem... brać mnie nie chcieli.

Mówili mi, żem za młody, i czekać kazali. Litwa! — powtórzył, wlepiając w pachołka oczy, który drgał, słysząc ten wyraz, i cała poczciwa twarz jego okryła się cieniem tęsknoty. — Litwa! mów o Litwie!

Parobczak się zadumał rzewnie, w obie ręce ujął głowę i kołysał niądługo, nim z jękiem wychodzącym z duszy mówić począł:

— Litwa! oj, Litwa! inny to kraj, obyczaj inny, świat i ludzie inni.

Mnie ona jeszcze w oczach stoi, w snach się roi! Tyle lat, a jakbywczoraj, czuję postronek, na którym mnie przywlekli. Litwa, Kunigasie mój, gdzież taka jest? taka, kędy nie dosiągł miecz krzyżacki, jak ją przed wiekami nasi Bogowie stworzyli?

Tu, na zamkach, co zobaczysz, wszystko robota człowieka, który psułdzieło boże; a tam inaczej. Bóg nie w kościele siedzi — wszędzie ich pełno... Pełno bogów, pełno boga. Rosną sobie nietrzebione lasy, puszczeogromne, a po nich dziki źwierz buja razem z dzikim człowiekiem. Źwierzi ptak, człowiek i drzewo, wszystko bracia rodzeni. Niedźwiedź gada do ludzi, pies z ptakiem rozmawia, rozumieją się. Zabijają się, jak bracia, ale jak swoi z sobą gadają.

Łoś z myśliwcem się łaje, kukułka dziewczętom pieśni śpiewa, którychone od niej się uczą. Wiatr nawet i burza mowę dla nas mają zrozumiałą... Jak dąb Perkunów zaszumi, Wejdaloci słuchają i tłumaczą.

Wszystko tam takie, jak ten wielki Bóg, który małych ma pod sobą tysiące, stworzył, aby ziemia pustą nie była, kiedy jeszcze księżyc ze słońcem się żenił. W każdym drzewie i pniaku siedzi duch, co go strzeże; w każdym strumieniu mieszka bogini, co przez szklane wody patrzy, pilnując ludzi i stworzeń. Diwy rozkazują źwierzętom, one wprost umieją do serca mówić człowiekowi, tak, że on nie wie, skąd mu głos przychodzi, a czuje, że to boży... We śnie, na jawie, z góry, spod ziemi szepcą do niego, bo Bogów wszędzie pełno, nawet w ziarnach piasku.

O! panuniu mój! Jakie to tam życie, jakie życie! a swoboda po lasach i polach! Jakie tam pieśni płyną i srebrny śmiech się rozlega, gdzieKrzyżaków nie było! Bo gdzie oni przeszli, śmierć przeszła z nimi.

Prawda! nie ma szat takich, ani sprzętu takiego, ani domostw z kamieni, ani kościołów, w których Boga na klucz zamykają. Tam wszystko otworem, drzwi chat na oścież, ziemia — ludziom cała. Wszędy Bóg lata swobodny i mieszka, kędy chce, a człowiek też, Ziemia wszystka, jak szeroka, niekrajana, lasy bezpańskie. Kunigas siedzi na gródku, na wysokim, ale po to tylko, aby z daleka patrzył, gdy wróg nadciąga, a panuje, aby bronił od niego. Za to mu osyp dają i daninę.

Zadumał się parobczak i dodał jeszcze:

— Na Litwie nie ma, jak tu, ludzi, którym nie wolno spojrzeć w oczy kobiecie i do dziewki się uśmiechnąć. Nasi Wejdaloci i dziewice Wejdalotki chodzą swobodnie; a choć im się żenić nie wolno, żyć i śmiać się, i śpiewać nie bronią. W wiankach chodzą boże sługi, wesoło uśmiechają się sobie i światu.

My tu jak bydło w oborze siedzimy zamknięci; na gród nawet starej baby nie puszczą, żeby im dziewczyny nie przypominała. Oj! Litwa! — westchnął. — Kunigasie mój, świat inny a lepszy... tylko dla nas on zamknięty!

Jerzy się zasępił i spytał:

— Ale oni przecież jedynego, prawdziwego Boga znają, ci Krzyżacy, a myśmy się go od nich znać i chwalić nauczyli.

Parobczak, głowę spuściwszy, wzrokiem wylękłym potoczył po celi.

— Straszny ten ich Bóg! — zamruczał — wojuje i zabija! Prawda!i nasz piorunami ciska, ale tylko na winnych, a oni krew leją, nie pytając jaką. Widziałem niemowlęta pomordowane po chatach, a czym one zawiniły? Ich Bóg nienasycony, bo mu całej ziemi potrzeba, a nasze panowały u siebie w domu i cudzego nie pożądały.

Jerzy słuchał bacznie, brwi mu się ściągały i powieki opadały na oczy.Nic nie mówiąc, głową potrząsał.

Parobek odważył się dodać:

— Oni przecie sługami bożymi się mianują i powiadają, że pełnią wolęJego. Naszym Wejdalotom miecza nie wolno tknąć, ani innej krwi, nad bydlęcia ofiarnego, przelewać. Ich Bóg krwi pożąda.

Jerzy siedział milczący; wzdychali oba.

— Pamiętasz Litwę? — wtrącił chory.

— Ja? lepiej od was — prawił drugi — mnie już sporego porwali z lasu, od trupa ojca i matki, kiedym już po ziemi chodził sam i na drzewa jak kot się wspinał. Byłbym zbiegł, ale gdy mi powrozu popuścili za późno było. Knecht na pętlę wziął i ciągnął mnie za sobą, okrwawionego, zbitego, choć jak wilk wyłem z bólu i strachu. Zamknęli potem do szopy z innymi, a myśmy ją podpalili, aby uciec. Nie pomogło; pochwytali. Bili potem i męczyli, abyśmy zapomnieli mowy i pieśni, a uczyli się ich szwargotu. Alem ja pochował tak głęboko, co tu wyniósł z lasu, że mi ten skarb z życiem odbiorą. Nie oduczyli mnie kochać, co swoje, ale kłamać nauczyli.

Uśmiechnął się chytrze i dziko.

— Popytajcie ich teraz! Mówią, że lepszego pachołka nie ma nade mnie,ani posłuszniejszego. A co? kłaniam się im do ziemi, rąbek szaty całuję, sławię ich, dziękuję, śmieję się, żeby myśleli, żem taki szczęśliwy. A co u mnie w duszy — to moje!

I na pół nucąc, pół mrucząc, dodał:

— Któż to wie? kto wie! Są Kunigasy jeszcze, ludu siła. Przyjdziemoże i na Litwę godzina i dzień na litewskie dzieci!

Jerzy nie odpowiadał. Kunigas! Kunigas! chodziło mu po głowie i szumiało.

Wtem lampka przygasać zaczęła, sycząc; pachołek się porwał nagle,przestraszony, że się opóźnił. Zbliżył się do zamyślonego, pochylił się przed nim z pokorą i czułością.

— Kunigasie mój! — szepnął, usiłując za rękę go pochwycić — nie zabijacie się wy tęsknotą. To nie męska rzecz kwilić. Mężowi przystoi gniew, a niewieście smutek. Ona go wyśpiewa i wyleje z siebie, gdy jej duszę naciśnie; my z nim jak z trucizną chodzić musimy. Trzeba żyć. Któż wie? kto wie? — powtórzył — I na nas przyjdzie godzina i dzień na litewskie dzieci.

Jerzy spojrzał nań i z lekka go po ramieniu uderzył.

— Idź! — rzekł — tobie czas. Szpitalnik nigdy nie śpi, i po nocy nawet śledzi. Nuż by cię tu zastał. Wracaj; a jutro, gdy się wymknąć potrafisz, przyjdź mi mówić o Litwie. Tyś mi pierwszy objawił krew moję — i coś się we mnie zbudziło. Czy to sen? czy spominki? czy pokusy szatańskie?

— Szatańskie? — rozśmiał się parobek z niedowierzaniem. — Na Litwie, u nas, szatanów nie ma, tylko bogi, sługi wielkiego Boga, raz dobre, drugi raz złe, jak on im przykaże. To oni szatana sobie zmyślili. Nasz Perkunas by go nie zniósł i wnet piorunem by go wgniótł w ziemię, a nie dałby mu przeciw sobie gospodarować! Ho! ho!

— Cicho, nierozumny! — zawołał Jerzy. — Spraw bożych z ludzkimi nie mieszaj; co ty wiesz?

I bojaźliwie, ukradkiem, krzyż zakreślił na piersi. Ale ruchu tego nie dojrzał już Rymos, bo się co prędzej przez drzwi na pół otwarte wymknął i jak mysz cicho do izby chorych, na swój barłóg pusty prześlizgnął.

II

Zamek Marienburski (Malborski), w owym czasie, choć do niego jeszczedobudowywano wiele, choć go kończono i powiększano, stał już tak wspaniale zarysowany, jakim później widzieliśmy go w majestatycznych ruinach, nim niesmaczna restauracja z nich go do trupiego życia jakiegoś nie dźwignęła.

Na szczycie pagórka piętrzył się Wysoki Zamek, Hochburg, najstarszyz gmachów, zawierający kościół, groby i salę kapitulną; niżej, oddzielone od niego głębokim przekopem, wznosiło się Średnie Zamczysko, w którym życie powszednie rycerzy krzyżowych się skupiało; niżej jeszcze, ku łęgom i Nogatowi, Dolny Zamek zawierał gospodarskie budowle i mieszkania knechtów i czeladzi.

Mówiono naówczas, że te trzy obronne grody, które się stały stolicą Zakonu, co się już wyrzekł walki z niewiernymi na Wschodzie, połączonez sobą były, na wypadek niebezpieczeństwa, podziemnymi schody, kryptoportykami, o których wnijściu i tajemnicach wiedziała tylko starszyzna.

Na codzienne narady, w których uczestniczyli Wielki Mistrz, WielkiKomtur, Marszałek, Podskarbi, a czasem kilku starszych rycerzy, zbieranosię zwykle na Średnim Zamku, w sali zwanej rycerską, której sklepieniejeden granitowy słup podtrzymywał.

Tu też nazajutrz o schyłku dnia znajdujemy starszyznę na kamiennych ławach dokoła siedzącą, przy ogniu na wielkim kominie rozpalonym.

Same płaszcze białe, same postacie rycerskie, ostre, ponurego wyrazuz brwiami najeżonymi, z pooranymi policzki, o szerokich ramionach, o piersiach rozrosłych, stworzone do noszenia zbroi i nawykłe do nich. Niemal braterskie rysów ich podobieństwo tłumaczyło się i jednością pochodzenia — bo naówczas nikogo jeszcze oprócz Niemców nie przyjmowano do Zakonu — i szlachecką krwią, i rodzajem życia, który jednakowo piętnował wszystkich.

Każde jednak z tych męskich oblicz, prawie książęcą jakąś dumą i wyrazem siły naznaczonych, miało odrębny charakter, gdy życie w nich zagrało.

Wielki Mistrz, najbliżej stał komina. Był to mąż poważny, lecz nieprzyjemnego wyrazu twarzy. Oko jego biegało niespokojne, usta gryzł, czoło marszczył i choć był pomiędzy swoimi, między najzaufańszymi, zdawał się niedowierzająco na nich spoglądać.

Nieodstępny, od niedawnego czasu, od zabicia Mistrza v. Orselen przezmściwego Endorfa, Kompan, dodany Wielkiemu Mistrzowi, stał z dala u drzwi, z salki tej do mieszkania jego wiodących.

Był to najmłodszy ze zgromadzenia, z bystrym wejrzeniem, pięknej rycerskiej postaci chłopak, który trzymał się na uboczu, jak gdyby na starszyznę nie zwracając uwagi, bo do jej narad nie miał prawa należeć. Postawiony na straży, nie mógł opuścić stanowiska. Zwano go hrabią v. Henneberg.

Mistrz Luder, oprócz niespokojnego oblicza i dumy, jaką mu książęceurodzenie dawało, nie odznaczał się niczym.

Twarze Wielkiego Komtura, Marszałka i Podskarbiego, dygnitarzy,składających radę tajemną, więcej miały wyrazu i dozwalały się domyślać, że władza wprawdzie była w ręku Mistrza, ale siła kierownicza w głowach tej starszyzny, spokojnej, pełnej siły i wiary w siebie, przejętej wielkim posłannictwem, jakie spełniała.

Oprócz Wielkiego Komtura i wymienionych, rycerz Bernard, któregośmy już widzieli wczoraj, tak odziany jak w kaplicy, tak niby mało znaczącyi bez urzędowego stanowiska, jak wprzódy, w ciemnym kącie siedział naławie, niby świadek niemy i obojętny.

Na twarzy Mistrza Ludera malowało się, oprócz niepokoju, znudzeniei znużenie, jakby go na tę naradę wyrwano, gdy potrzebował wytchnienia.

Rozmowa, cicho prowadzona, była niby przygotowaniem do ogólnej.

Komtur parę razy, nim ją rozpoczął, spojrzał na Kompana Mistrza, Henneberga; a widząc, że skazówki, dawane mu oczyma, nie starczyły, zbliżył się doń, poszeptał, i — Kompan za próg się z wolna wysunął.

Mistrz Luder niecierpliwie nogą popchnął głownią, która się wytoczyłaz komina, obejrzał się i zamruczał:

— Mówcie; poczynajcie; słucham!

— Najlepiej pono będzie, gdy Wam tę sprawę tajemną, która dla Zakonu wielkiej wagi być może, opowie i objaśni brat Bernard — odezwał się Wielki Komtur, spoglądając ku niemu.

Mistrz, namarszczywszy się, oczyma groźnymi rzucił na siedzącego w kącie. Z wyrazu twarzy domyślać by się było można, że tego brata Bernarda nie lubił.

Powołany powstał z wolna, zdając się o to niewiele troszczyć, i krokiemmierzonym przybliżył się do zgromadzonych u komina.

Milczano, on się namyślał, ale bez troski, zimno; a przystąpienie do Wielkiego Mistrza, którego oblicze niechęć mu zwiastowało, nie zdało się go nic kosztować.

Dziwnie był pewny siebie.

— Mówcie, bracie Bernardzie! — potwierdził Marszałek.

— Sprawa ważna — odezwał się Bernard — nikt lepiej jej nie zna odemnie. Trzeba coś postanowić, czas jest wielki. Idzie o tego chłopaka, książątko litewskie, któreśmy lat temu dziesięć przeszło porwali z rąk matki i chowali nie bez celu. Jam ocalił go i za moją radą daliśmy mu tu urosnąć, aby z niego, swojego czasu, zrobić narzędzie dogodne, które nam krwi przelewu oszczędzi. Chłopak...

Wielki Mistrz przerwał opowiadającemu ruszeniem ramion i głowy.

— Niewielką macie zasługę, żeście to wilczę dzikie hodowali. Co nam ponim? Było mu łeb rozbić o sosnę.

Rozśmiał się pogardliwie brat Bernard, jakby nie poczuł szyderstwa.

— Przydać się może — rzekł obojętnie. — Matka, wdowa, władakawałkiem kraju na granicy i ma twierdzę mocną, którą zdobyć nam trudno.Przywiązaną jest do dziecka. Któż wie?... Dziecko wychowało się w wierze chrześcijańskiej i przywiązało się do nas; sprzymierzeńca gotowego mamy i lennika. Wszystko to jużci warte kawałka chleba, który kosztowało...

Mistrz powtórnie ramionami ruszył i rozśmiał się.

— Wolałbym mieć kilkuset rycerzy i kilka tysięcy ludu na ten gródekniż takiego zakładnika. Matka miała czas odboleć i zapomnieć o nim; on — zawsze niepewny. Nuż się tam krew odezwie. Cała ta rachuba dziesięciu kopii nie warta.

Błysnął oczyma. Bernard stał nieporuszony. Wtem Marszałek przemówił, spoglądając na przemian, to na Mistrza, to na brata Bernarda.W starszyźnie widać było wielkie poszanowanie dla skromnego owego brata;tylko Mistrz lekceważąco nań spozierał.

— Owego czasu, gdy się nam to dziecię do rąk dostało — rzekł — rada nasza cała była tego przekonania, że je należy chować i na rycerza sposobić. Rzecz zresztą dokonana; dziś to, co wzięliśmy w spadku, zużytkować należy.

— Nie zataję tego — przerwał spokojnie Bernard — że nowe są trudności. Gdzie idzie o sprawę Zakonu, tam i do błędu przyznać się nie wstyd, obowiązek. Chłopak się hodował szczęśliwie aż dotąd, a teraz właśnie spróbować trzeba, czy matka, jakby się go jej zwróciło, nie okupiłaby dziecka ziemi kawałkiem. Pilleny byśmy może zań wzięli. Chłopiec też chrześcijanin, pobożny, gdyby się do Litwy dostał, nam by, nie jej, służył.

Wniosek brata Bernarda widać starszyźnie całej przypadł do smaku,bo spojrzeli po sobie, jakby mu potakiwali. Wielki Mistrz tylko stał u komina, pogardliwie zamyślony, nieprzekonany.

— Ja w takie roboty podziemne nie wierzę — zamruczał niechętnie — u mnie siła w mieczu, zdobycz w wojnie; z Polską, Litwą, z Pomorzem sporzyć, ucierać się na słowa, do Stolicy Apostolskiej chodzić na skargi — to są marne zabiegi. Czas tracimy na to i pieniądze. Na co nam to? Jak długi świat i szeroki — na nasze zawołanie; do krzyżowej wojny przeciw poganom biegną rycerze z całych Niemiec, Anglii, Francji, ze wszech krajów chrześcijańskich. To nasza siła; innej nam nie potrzeba. Dziećmi wojować — mizerna rzecz.

Nikt się nie sprzeciwił wygłoszonemu zdaniu; ale też potępienia rzuconego na Bernarda nikt nie potwierdził. Milcząca stała starszyzna, a gdy Mistrz się ku niej obrócił, łatwo mu było wyrozumieć, że, choć nie miał jej przeciw sobie, nie miał jej za sobą.

— Wszystkie środki dobre, gdy do celu prowadzą — po dłuższym milczeniu odezwał się Wielki Komtur. — Nie gardźmy i tym, co nam w ręce dała Opatrzność.

Mistrz ramionami poruszył.

— Kto począł, niech kończy — dodał, spoglądając na Bernarda. — Cosię stało, nie możemy odrobić.

— Jam w istocie to dziecko ocalił i na nie rachował — przerwał Bernard.

— Czyńcież z nim, co chcecie! — nie dając mu dokończyć, zamruczałMistrz.

Zwrócił się do komina, jakby twarzy swej nasępionej ukazać nie chciał obojętnemu Bernardowi.

— Za poprzedników moich — począł — choć ja im zasług nie ujmuję,namnożyło się Endorfów. Każdy chciał być panem na swoję rękę, każdychciał mieć zasługi własne, tu, gdzie ani sukni, ani konia, ani sławy i znaczenia rycerzowi mieć się nie godziło. Więc czynił każdy, co chciał; ale na przyszłość tak nie będzie.

Bernard odparł powoli:

— Jeżeli mi to zarzucacie jako winę, na co cała kapituła nasza dałaprzyzwolenie, zwołajcie Radę, każcie mnie sądzić. Stanę — nie opieram się; naznaczycie karę, pójdę na chleb i wodę, choćby z Endorfem.

Mistrz się odwrócił z twarzą wykrzywioną.

— Dosyć! — rzekł — gdybym chciał, nie potrzebowałbym zezwoleniawaszego, aby was sądzić. Jakkolwiek wy tu, prosty rycerz, macie jakieś znaczenie nad stan i stopień, mieszacie się do wszystkiego, przewodzić chcecie wszystkim; ja — nie boję się was... nie boję!

Bernard skłonił się z pokorą razem i dumą jakąś:

— Nie przywłaszczam sobie tu nic nad to, do czego każdy z nas rycerzy ma prawo. Władzy waszej zawsze byłem i jestem podległy.

To mówiąc, ukłonił się brat Bernard naprzód Mistrzowi, potem przytomnym, i drzwiami, wiodącymi do wielkiej, pustej jeszcze jadalni, wyszedł. Na kamiennej posadzce słychać było chód jego, którego starcie się z głową Zakonu nie przyśpieszyło.

Wielki Komtur, z Marszałkiem najwyższą po Mistrzu godność piastujący,z poszanowaniem, lecz bez obawy, zbliżył się do Ludera, który jeszcze patrzył za odchodzącym.

— Wasza Miłość — rzekł łagodnie — macie jakieś uprzedzenie przeciwniemu. Obeszliście się z nim ostro. My przywykliśmy go szanować. Madługoletnie i wielkie zasługi w Zakonie, i tę największą, że, choć mu kapituła kilka razy dostojeństwa wyższe ofiarowała, odrzucał je zawsze.

— Tak! — odparł Mistrz — wolał, nie mając ani tytułu, ani obowiązku, do wszystkiego się mieszać, podglądać wszędzie i rządzić potajemnie. Ja nad sobą, ani obok siebie, takich skrytych pomocników nie zniosę.

Starszyzna spojrzała po sobie, a Wielki Komtur zapewne dalszy o to spóruznał niewłaściwym, bo zamilkł.

Obrót i koniec rozmowy zasępił czoło Luderowi. Czuł może, iż się niepotrzebnie zdradził. Ku Marszałkowi się obróciwszy, spytał o przygotowania do wycieczki na Litwę.

Zapewniono go, że wszystko było w gotowości, i że mrozów tylko czekaćmieli, aby im błoto i trzęsawiska stężały.

Wielki Komtur oznajmił, iż o nadciągających ochotnikach z Niemiec przyszły wiadomości.

Wszystkie te uspakajające nowiny nie potrafiły jednak Mistrza rozweselić. Pozostał zamyślony, jakby gniewu przeciwko bratu Bernardowi nie pozbył się jeszcze.

Po chwili, przeszedłszy się po salce raz i drugi, na drzwi do swej kapliczki i sypialni spojrzał — ku temu pamiętnemu przejściu, w którym Osselena zamordowano — i skłoniwszy głową przytomnym, oddalił się ku mieszkaniu swojemu. Oczekujący za progiem Kompan, Henneberg, drzwi mu otworzył.

Pozostali zabierali się także do wyjścia.

— Niesprawiedliwym jest jeszcze Mistrz względem brata Bernarda — pocichu począł Podskarbi — mało go zna chyba.

Wszyscy to zdanie potwierdzili głowami.

— Jest to istotnie mąż poszanowania godny i najwyższej dla Zakonuzasługi — dodał Marszałek. — Drudzy o sobie zawsze pamiętają po trosze — ludźmi jesteśmy — ten nigdy o niczym nie marzył, prócz wielkości Zakonu, prócz jego dobra, i niemal człowiekiem być przestał, tak w tę suknią wrósł, którą nosi.

— I sławy ani znaczenia dla siebie nie szuka — rzekł Komtur. — Lecz Luder go później nauczy się lepiej cenić.

— A za Bernarda ręczyć można — dorzucił, uśmiechając się, Marszałek — iż przez to na Endorfa nie wyrośnie i zamiast myśleć o zabójstwie, sam by się dał zabić dla Zakonu.

Ogień powoli przygasał na kominie, starszyzna rozchodzić się zaczęła.

Wielkiemu Komturowi na sercu leżało, iż Bernard odszedł pokrzywdzonyi dotknięty niesprawiedliwymi wymówkami. Z sali rycerskiej udał się wprost do jego mieszkania — tu go nie było.

Izdebka, którą on od dawna miał przywilej sam zajmować, choć wieluinnych po dwu mieszkali, ogołoconą była ze wszystkiego, co by ją wygodniejszą uczynić mogło. Prawdziwie zakonne ubóstwo w niej się rozpościerało wśród nagich ścian, na twardej ceglanej podłodze, ledwie w części matą z sitowia pokrytej. Łóżko było niemal barłogiem, rynsztunek na konia w kącie rzucony, wedle starej reguły, żadną nie świecił błyskotką.

Gdy u innych rycerzy coś zdradzało jakieś ludzkie upodobanie, fantazją i nałogi; tu czuć było, iż mieszkał człowiek, dla którego obojętnym byłowszystko.

Najsurowsze oko nic by przeciwko ostrym prawom pierwotnym, dziś wielce już zwolnionym, nie dostrzegło.

Z poszanowaniem też na tę izdebkę anachorety wojaka popatrzywszy,Komtur miał się oddalić, gdy gospodarz jej się przybliżył.

W twarzy jego nie widać było ani oburzenia, ani gniewu za wyrządzoną mu krzywdę. Wracał, zajęty widocznie czymś innym, i spostrzegłszyw progu Wielkiego Komtura, z poszanowaniem go pozdrowił. Razem weszlido zimnej celi.

— Bracie Bernardzie! — odezwał się raźnie dygnitarz, ton mowie nadając wesoły — przychodzę do was, abym pocieszył. Luder was nie zna,a władzy swej jest zazdrosnym; wybaczyć mu trzeba.

— Z całego serca! — zawołał, uśmiechając się, Bernard. — Tu anio mnie, ani o niego nawet nie chodzi. Myśmy słudzy wielkiej sprawy, narzędzia, które bodaj się pokruszyły, byle ona zwyciężyła.

— Święcie mówicie — potwierdził Komtur — czyńcież wedle tego.

— Inaczej nie myślę — odparł Bernard. — Dla mnie główna, że mi dozwolił w tej sprawie postąpić, jako zechcę. Doprowadzę więc ją do końca, a nie powiedzie się...

— Dlaczego ma się nie powieść? — spytał Komtur.

Bernard się namarszczył trochę.

— Dlatego — rzekł — że w ludzkich sprawach pewnego nie ma nic i że najpotężniejszego siłacza głupie ziarno piasku obali, gdy, nie widząc go, poślizgnie się na nim. Tak i ja. Chłopakam chował, rósł mi na pociechę, a teraz...

— Chory? wyzdrowieje! — rzekł obojętnie Komtur.

— Szpitalnik nic nie obiecuje; chłopak schnie — odparł Bernard. — Chodzę, śledzę, nic nie wiem, a czuję, coś na tę duszę młodą padło; bo to nie choroba ciała. Zmienił mi się. Obawiam się...

Bernard nie dokończył.

Wielki Komtur, chcąc się oddalić, rękę położył mu na ramieniu i dodałwesoło:

— A ja o was nie lękam się bynajmniej, ani o to, co wy przedsiębierzecie. Bądźcie zdrowi.

Wyszedł.

W izbie prawie zupełnie było już ciemno, lecz drzwi się zaraz po oddaleniu Komtura otwarły i chłopak wniósł lampkę, otulając ją rękoma.

— Gdzie Szwentas? — spytał po cichu Bernard. — Wołałeś go?

Posługacz głową tylko skinął i oddalił się. Nie siadając na chwilę, wielkimi krokami izbę mierzył rycerz, widocznie na kogoś oczekując.

Ilekroć kroki dawały się słyszeć w korytarzu, stawał i ucha nastawiał.Wtem drzwi uchylono; mała, gruba, niezgrabna jakaś istota, któraw mroku więcej do niedźwiedzia niż do człowieka, była podobna, wtoczyła się, sapiąc, do izdebki, zgięła na pół, stęknęła i czekała, jak wkuta w posadzkę.

Trochę żywiej rozpalający się knot lampy dozwalał się przypatrzeć tejosobliwej człowieczej postaci.

Twarz okrągła, duża, wesoła, opalona, rzadkim włosem od dołu okryta,nie miała w sobie nic odznaczającego, oprócz wielkiej a pospolitej brzydoty. Nic na nią nie ściągało oczu; było to oblicze człowieka z gminu, zestarzałego w pracy ciężkiej, zahartowanego, przygniecionego i do brzemienia nawykłego.

Szerokie ramiona, grube ręce, pierś wydatna, nogi krótkie, a jak pniepotężne — całość jakaś przysadzista, niezgrabna, gdyby z jednej ledwiewyciosana sztuki — niewiele po tym pół-zwierzęciu spodziewać się dawały. Na co takiego parobka, którego miejsce było przy koniach i stajni, mógł rozumny Bernard potrzebować?

Zbliżył się doń jednak żywo i spojrzał mu w oczy.

Szwentas nawzajem skierował nań wejrzenie i dotąd niedostrzeżoneźrenice jego zaświeciły, jeśli nie rozumem, to chytrością i przebiegłością, która się przed panem ukrywać nie potrzebowała.

W tym nieforemnym kadłubie mieszkało jednak coś skrytego, obrosłegomięsem, zatajonego pod grubą skórą.

Zdradziły oczy, które wnet spuścił.

Z uśmiechem dziwacznym, w którym było i coś pochlebstwa, i coś radości, Szwentas pochylił się, ujął koniec białego płaszcza Bernarda i z pokorą go pocałował.

Czekał na rozkazy.

— No, w drogę! — odezwał się Bernard cicho i palec położył na ustach.

— Dobrze, ojczulku, w drogę to i w drogę! — z akcentem jakimś obcym, po niemiecku, łamaną mową, począł schrypły Szwentas, który śmiałsię ciągle i długi rząd małych, ostrych zębów pokazywał. — W drogę, tow drogę! — powtórzył. — Albo to ja się kiedy chorobą składam, jak drudzy? Ja gotów zawsze; kij w rękę i — ruszam... Hę? — a dokąd? — zapytał się, ciekawie zerkając oczyma.

Milczał Bernard.

— Gdyby na Litwę? — szepnął.

— O! o! albo to co? — rozśmiał się Szwentas — jak trzeba, to i naLitwę. Czym to ja tam nie bywał?

— Pójść trzeba, no, i cało powrócić! — dodał rycerz — na tym sztuka. Pójść, rozumnie co trzeba dobyć ludziom z zanadrza, a mnie przynieść.

Szwentas się uderzył w piersi za odpowiedź całą.

— Ale patrz! patrz — mówił Bernard — ty bestio litewska, aby ci,na wolność puszczonemu, nie zasmakowało dzikie życie i dawny sprośny obyczaj, abyś mnie nie zdradził i Zakonu! dobyłbym cię spod ziemi i jak psa obwiesił.

Cały się poruszył i poskoczył niemal parobek, słysząc tę przemowę.Grube dwie pięści podniósł do góry.

— Nie znacież wy mnie! — zawołał niemal gniewnie. — Albom to jadla was tam nie chodził, nie raz, nie dwa, a dziesięć razy, szpiegując, podpatrując i donosząc wiernie? Albo to mnie co ta dzicz, te pogany? albo wy mojego życia nie wiecie, serca nie znacie? Przecieżem się ja wam sam oddał w ręce, aby się mścić na moich do żywota, póki duch w ciele. A toż mnie, powieszonego przez swoich, matka odcięła. Zabrali mi moję dziewczynę, spalili chatę, wszystko niesprawiedliwie. Oni mi ani bracia, ani krew moja, ale wrogi. Po tom szedł służyć wam.

W łkaniu jakimś słów mu nie stało i, uspokoiwszy się dopiero, dokończył:

— Dokąd iść, ojczulku? Byle ich krew potem popłynęła, pójdę, o!pójdę!

Bernard się nie namyślał. Nachylił się do parobka:

— Pilleny wiecie? — spytał.

Chłop głową dał znak i brwiami, że je znał.

— Siedzi tam...

— Stara Reda, Kunigasowa żona — przerwał Szwentas — ta, której syna małym chłopięciem porwano i zabito. Baba zajadła za trzech srogich mężczyzn stanie. Tam wleźć, to jak w osie gniazdo wpaść lub w mrowisku spać się położyć.

Bernard spojrzał.

— Nie chce ci się? — odparł.

Szwentas się rozśmiał, ruszając barkami szerokimi.

— Ja się ni os nie boję, ani mi mrówki straszne — rzekł — a od czego rozum? a na co Bóg dał chytrość?

I rękoma znak jakiś zrobił przed sobą.

— Do Pillen ci trzeba nie tylko pójść — mówił rycerz — ale i posiedzieć może. Reda musi po synu płakać; ma go może, jak ty, za zabitego; a co by było, gdyby żył?

Szwentas począł się śmiać.

— Za żywego! o! o! dobry by okup wziąć można! — rzekł, wahając głową, i zniżył głos — Żywy czy nie, lada jakiego chłopca jej dobrać do wieku i do włosa; po tylu leciech nie pozna.

— Ale go też może i nie zabito naówczas, gdy porwano — odezwał sięgłosem poważnym rycerz. — Zważaj, Szwentas, że ty... ty... skąd się opowiesz?

— W Pillenach? — rzekł, dumając parobek — kto to wie, skąd wypadnie?

— Opowiadaj się znad granicy; a kim? — spytał Bernard.

— Kim? a no... żebrakiem, wróżbitą? włóczęgą? — zamruczał Szwentas.

— Powiesz, żeś po ludziach słyszał, iż wieści chodzą po krzyżackichzamkach, jakoby gdzieś porwane chłopię wyhodowali i żyje.

Szwentas w ręce klasnął.

— Ja im zełgę, jak należy! nie bójcie się! — dodał ze śmiechem.

Bernard zadumał się. Dalszy plan potrzebował namysłu. Nie chciałsię zupełnie zwierzać swemu półdzikiemu posłowi, który tymczasem bystrymi oczyma zdawał się mu myśli dobywać z duszy i uśmiechnął się chytrze.

Bernard przeszedł się po izbie.

— Dość na tym — rzekł — idź, praw, co ci kazano, a bacz pilno, copowie? co się jej wyrwie z serca? Matką jest.

— Babą jest! — dodał Szwentas — alem ja o niej słyszał. Już jązemsta dawno na męża przerobiła. Tylko nią dysze za to dziecko jedyne.

— Tym lepiej — przerwał Bernard — a gdy się dowie, że żyje?

Szwentas sobie dłońmi usta zamknął i głową a sobą zaczął potrząsać i rzucać. Czy śmiał się, dziwował, czy niepokoił — rozeznać było trudno.Śmiał się, chociaż teraz śmiech jego mniej był wesoły i szczery.

Bernard zbliżył się doń i powtórnie wszystko to mu powiedział, czegopo nim wymagał. Chłop głową potwierdzał każde słowo, a bystre oczu wejrzenie poświadczało, że pojmował dobrze powinność swoję.

Wreszcie znów koniec płaszcza pochwycił i pocałował.

Pochylił się potem do samej ziemi, zawrócił i wytoczył z izby.

Bernard pozostał sam. Ani rozmowa z Wielkim Mistrzem, która innego by zburzyła, ani rozkazy, dane w tak ważnej sprawie Szwentasowi, nieodjęły mu tego spokoju, który lata wyrobiły, zahartowując go.

Chodził i myślał już może o innej sprawie Zakonu, stawając niekiedyi skupiając się w sobie, a czoło pocierając.

Zastukano do drzwi. Bernard się zdziwił późnym odwiedzinom; aleposzedł sam otworzyć. Z wolna i ostrożnie wchodzący o kiju ukazał sięczłek bardzo stary i przygarbiony. Miał na sobie suknią zakonną bez płaszcza, bez krzyża, bez żadnej oznaki; lecz z wejrzenia poznać było można męża, który się czuł dostojnym, jeśli dostojeństwa nie piastował.

Jak śnieg białe włosy wyglądały spod czarnej ciepłej czapeczki, której, wchodząc, nie zdejmował; krótko podcięta broda i wąsy siwe okalały twarz piękną, ale kilku bliznami naznaczoną.

Jedna z nich krwawym znamieniem przecinała nos i policzki, druga głęboki dół wyryła w skroni. Starzec wlókł jednę nogę za sobą na pół bezwładną, a kościstych rąk palce miał ponabrzmiewałe i pokrzywione.

Była to ruina, lecz piękna i obudzająca poszanowanie. Lica, zmarszczkami okryte, zachowały wyraz męskiej odwagi i dumy. Mieszała się do nich gorycz jakaś, która usta ściągała smutkiem i szyderstwem.

Był to stary, najstarszy z rycerzy krzyżackich na tej ziemi wojujących,Kurt, hrabia Hochberg, którego można rodzina pochodziła znad Renu.Lat temu kilkadziesiąt, wskutek familijnych rozterek, po życiu burzliwym, przybył on walczyć tu z pogany i pozostał. Złamany wojnami, w których wielokroć padał na pobojowiskach, szukając śmierci, zawsze cudem jakby uratowany, nie miał już do kogo powracać i przyrósł do swej kamiennej klatki. Bracia chcieli go nieraz obrać Komturem, Podskarbim, — byłby nawet mógł się o Mistrzostwo ubiegać; ale jak Bernard brzemiona te odrzucał, i tak prawie jak on czuwał tylko z miłością wielką nad losami kolonii tej mieczowej niemieckiej, której sprawy obchodziły go najgoręcej.

Bernard jednak był czynnym, Kurt już tylko narzekał i gderał; a wszystko, co teraz nowego stanowiono, wyszydzał. Dawne zasługi zmuszały braci do znoszenia go, choć nieraz nazbyt gorzką karmił ich prawdą.

Stary hrabia rzadko ruszał się ze swej izby, a w jesiennej i zimowejporze, gdy mu pogruchotane kości dolegały, siedział opakowany w futrau komina. Przybycie jego do Bernarda nie było bez znaczenia. Domyśliłsię on, że musiało być w związku z wymówkami czynionymi mu przez Wielkiego Mistrza.

Kurt miał sobie za obowiązek, sądząc, że brat boleśnie to uczuł, przyjśćmu oświadczyć współczucie swoje.

— A co! — począł od progu — a co! Mistrz Luder już zęby pokazuje! Nie znosi, aby tu kto śmiał co czynić, okrom niego! Już się do wasuwiązał!

Bernard obojętnie podniósł ramiona.

— Żal mi was! — ciągnął niewyraźnym, bezzębnym głosem stary —żal mi serdecznie! — ale to nie koniec na tym! Stary nasz Zakon, jegoprawo i zwyczaje — wszystko młodzi będą przerabiali, aż ze świętej reguły zrobią poczwarną.

Ręką począł drżącą wywijać w powietrzu. Bernard, widząc go z ciężkościąstojącego na słabych nogach, jedyny stołek mu przysunął. Siadł nań, stękając, Kurt.

Gospodarz wiedział, co go czekało; musiał wysłuchać wszystkiego, co siędługim milczeniem nagromadziło w zbolałym sercu i głowie Krzyżaka.

— Ja — mówił, spluwając i nie dając się odezwać Bernardowi — pamiętam inne czasy, ludzi innych, Zakon pierwszy, taki, jaki on tu z Palestyny przywędrował... toć najlepiej powiedzieć wam mogę... do zguby go wloką! Boga nie ma już u nas; Zakonu mało; rycerstwo rozbójnicze; rozpusta! pycha! Im dalej, tym gorzej.

— A ja tak źle nie wróżę jeszcze — zaczął Bernard.

— Boś sam dobry — przerwał Kurt. — Ja źle wróżę! źle! Oczy mojetego już widzieć nie będą, ale padnie Zakon, jako muł obładowany złotem na puszczy, i krucy mu boki wyjedzą, wyszarpią wnętrzności.

Bernard chciał stawać w obronie Zakonu, starzec go do słowa nie dopuścił.

— Ty mało starych naszych czasów pamiętasz — odezwał się. — Byłyto inne, lepsze czasy. Mieszkał w nas duch inny, byliśmy rycerzami Krzyża Chrystusowego i prawdziwymi zakonnikami; dziś z nas Raubrittery! Szło się na wyprawę, odpościwszy wigilią, z pieśnią o Bogarodzicy; nie potrzebowaliśmy ani łoża wygodnego, ani łańcuchów złotych na szyję, ani wina w drogę, ani kompanów i knechtów, by za nas nosili ciężary i zbroje. Wszyscy bracia byli równi... a dziś!...

— My i dziś czujemy się równymi — rzekł Bernard.

— A patrzajże! — wtrącił Kurt. — Skąd wzięły się płaszcze szare! Kto się im ze czterech herbów nie wywiódł, szary nosić musi, choć szlachcic jest i tak dobry jako i drudzy. Herb herbem; najmężniejszy, gdy niebogaty jest i pleców nie ma, szaro go ustroją. A te szaraki lepiej się odbiją od białych.

Patrzajże! — powtórzył, gderząc, stary. — Wielki Mistrz kompanama; już ich biali wszyscy mieć muszą, a wkrótce jednego im będzie mało.Dawniej pigmentu w wielkie święta kubek dawano dla pokrzepienia, teraz go flaszami po izbach roznoszą. Dawniej nikt sukni nawet własnej nie miał na grzbiecie; teraz bez łańcucha biały nie wynijdzie do gości, a u każdego szkatuła stoi dobrze nabita. Nie wolno było do niewiasty przemówić; hę! teraz starszyzna w mieście jawnie miłośnice chowa.

— Ojcze! — przerwał Bernard z wymówką.

— Bracie mój! nie kłamię i nie powtarzam; tak ci jest. Bóg mi świadek!I mówię, bo mi serce pęka, bo ja święty Zakon Krzyża Chrystusowego kochałem, a Zakonem Beliala brzydzę się.

Westchnął.

— Co za koniec! — zawołał po chwili zadumany, w podłogę oczy zgasłe wlepiając — taki jak Templariuszów nas czeka! gorszy może! Królowiena nasze skarby się złakomią, Papież się wyrodnych dzieci wyrzecze.

— Ależ my, dzięki Bogu, bałwochwalcami i apostatami, jak oni, niejesteśmy jeszcze; — rzekł Bernard.

— Słowem — nie, czynem — już! — zawołał starzec — kto nie pobożemu żyje, ten się Boga zapiera.

Zmęczony, odetchnął Kurt i rękę do piersi żywo się porusząjących przyłożył.

— Dziękuję wam za współczucie — odezwał się, z przestanku korzystając Bernard — ale ja tak bardzo do serca nie biorę Ludera. Niech sobie prawi i myśli, co chce; ja swoje robić dalej będę.

— A ja prawić swoje — rzekł stary. — I słowo śmiałe zda się na coś, gdy ręki podnieść siły nie dozwalają.

Westchnął i łagodniejszym się tonem zapytał:

— Cóż! gniew za owego chłopca, którego i po ludzku, i po chrześcijańsku wychowaliście, a uczyniliście rozumnie! Ten i tego zrozumieć nie chce.

Rozśmiał się szydersko.

— Jeszcze na biedę mi się rozchorował! — rzekł Bernard.

— Wyzdrowieje! — odparł obojętnie stary. — W tym wieku choroba niestraszna. Dorastać musi właśnie. Krew zburzona; potrzeba go na końwsadzić i dać mu się wyhasać.

— Mówi Ojciec Szpitalnik, że już na konia nie siędzie — smutnie dodał Bernard.

— Dać go Komturowi któremu, aby trochę więcej miał swobody —zamruczał stary.

— O wszystkim tym już myślałem — dołożył Bernard — radziłemtak samo.

I nie dokończył. Stary nie przywiązywał wielkiej wagi do choroby.Sam tyle przetrwawszy zwycięsko, a uchowawszy życie, nie mógł pojąćtego, by lada choroba groźną się stała.

Pilniej mu było gderać i żalić się na to, co go otaczało.

Bernard słuchał go więcej przez poszanowanie, niż gorycz jego podzielając; dał mu się wynurzyć, dał odboleć; a gdy Kurt ruszył się wstać, bo mu tu zimno być poczynało, ujął go pod rękę i korytarzami do izby jego odprowadził.

Cicho już było w murach dokoła, godzina spoczynku nadchodziła, rycerze biali układali się do snu; czeladź tylko snuła się jeszcze. Bernard, zamiast powrócić do mieszkania, po krótkim namyśle, wyszedł z zamku w podwórze i ku Dolnemu, w którym szpital się znajdował, podążył.

Tu było mieszkanie Wielkiego Szpitalnika i pomocników jego; a Bernardwiedział, że nie tylko o tej godzinie, ale niemal przez noc całą, gorliwy a żwawy staruszek Sylwester nie kładł się na spoczynek.

Nie odgadł nikt nigdy chwili, w której on spał lub się miał obudzić. Wedle starej reguły Zakonu, kładł się odziany, często siadał tylko się zdrzemnąć i gdy służba sądziła, że zasypiał, zjawiał się z lampką w ręku przy łożu chorych lub tam, gdzie stróże ich czuwać byli powinni.

Wybór Sylwestra na to jedyne w Zakonie dostojeństwo, które było powierzane ludziom nieobowiązanym ani się ze swych czynności tłumaczyć, ani zdawać z grosza rachunku, był tak szczęśliwym, tak jednozgodnym, tak usprawiedliwionym; iż nawet ci, co mu zazdrościli wielkiej swobody, jakiej używał, szemrać przeciwko niemu nie śmieli.

Było to uosobione miłosierdzie chrześcijańskie. Widok cierpień ludzkichzmiękczał mu serce i czynił go nieograniczenie wyrozumiałym a łagodnym; a że człowiek, bolejąc, łacniej się odkrywa, jakim jest, znał Sylwester ludzi lepiej niż kto inny. A znając ich, nie oburzał się na nich, ale litował się nad nimi.

Bernard, choć w wielu się rzeczach różnił ze Szpitalnikiem, szanował gojak inni.

Cudem prawie zastał starego w izdebce, która woniała jakimiś wschodnimi balsamami, a zarzucona była mnóstwem gratów, sukni, płócien, garnuszków i butelek.

Sylwester spoczywał; lecz cichutki chód Bernarda obudził go — porwałsię zaraz na nogi.

Nawykły do snu przerywanego, nie potrzebował odzyskiwać pamięci;potarł ręką po twarzy i ślady spoczynku z niej zniknęły.

— Naprzykrzam się wam? nieprawdaż? — rzekł, wchodząc, Bernard,— lecz przebaczcie! niepokój mnie nęka o to chłopię.

Szpitalnik ręce rozpostarł, dając do zrozumienia, iż nic pocieszającegopowiedzieć mu nie może.

— Nie gorzej mu? — zapytał Bernard.

— I nie lepiej — szepnął stary.

Przybyły badał zachmurzoną twarz gospodarza.

— Nie lepiej! nie! — powtórzył Sylwester. — Wczoraj jeszcze nie byłem pewnym choroby: czy ze krwi przyszła, czy z ducha? bo są dwojakie. Dziś mi się zdaje, iż nie omylę się, mówiąc, że chorobą jakaś tęsknica...

— Za czym? — podchwycił ciekawie Bernard.

— Odgadnąć trudno — rzekł Szpitalnik — młodość, wiecie, ma nieodgadnione tajemnice. Mówią we Francji, że, gdy młode wina się burzą, stare w beczkach im wtórują; że gdy kwiat na wiciach się otwiera, sok wyciśnięty z jagód z tęsknicy wre w kadziach.

Urwał nagle.

— Mówcie! mówcie! — począł prosić Bernard, mocno zajęty niedokończoną tą mową.

— Wiecie, kto jest — zaszeptał Sylwester. — Któż wie, czy litewskakrew nie kipi w nim, gdy gniazdu przelew grozi?

— Ależ nie wie on o sobie! — zawołał Rycerz.

— Nuż, nie wiedząc, poczuwa się, kim jest?

— Jakże to być może?

— Któż z nas wie, co może być, a co nie może? — spokojnie odparłSylwester. — Suut arcana rerum! — rzekł po cichu, jakby sam do siebie.

Bernard się zadumał.

— Dziś nie był tak spokojnym i milczącym jak wczoraj, gdyśmy go widzieli wieczorem — mówił Szpitalnik. — Chodził po ciasnej izdebce, jakby się bił w klatce; na licu miał rumieniec, w oku gorączkę. Z dala mi się zdało, że nucił piosenkę; ale, gdym go o nią zapytał, nie przyznał mi się.

Bernardowi brwi się ściągnęły.

— Księdza mu potrzeba i modlitwy — rzekł — dusza niespokojna. Antoniusza mu poślemy.

Szpitalnik się nie sprzeciwił.

Nie mówili już, bo każdy zdawał się mieć myśli inne, a Bernard do celiswej powrócił, nie napierając się widzieć młodego wychowańca.

III

U stóp wzgórza stary Niemen płynie cicho; wyżłobił sobie wiekami koryto spokojne, skrył się w nim i choć wiosna wody mu doleje, choć deszczestrumienie za brzegi wyrzucą, on, ojciec, nie wyjdzie z łożyska, nie zagniewa się na łąki, nie wyskoczy na pola sąsiednie. Widać tylko na jego powierzchni pomarszczone fale, wirujące prądy, białą pianę, która jak tanecznica wkoło się obraca i o kamienie rozpryskuje; czasem się podniesie trochę woda, jakby groziła, i wnet, posłuszna, wraca gościńcem swym ku morzu śpiesząc.

Młodsze rzeki dokazują, on nigdy — miłosierny jest jak ojciec.

Objął dokoła wydmę piaszczystą i pagórek, opasał, uścisnął, jakby gopokochał i chciał bronić. Bo też na nim stary pograniczny litewski gródek stoi, mało nie tak dawny jak ojciec Niemen, co go strzeże.

Teraz tylko, gdy się Niemcy wciskają w cudze obszary, z małego grodziska stała się warownia mocna.

Patrzyli Litwini, jak się Niemcy budowali i trochę nauczyli od nich. Niegdyś takich tu okopów i ścian nie było potrzeba — starczyło wału i ostrokołu — teraz przeciw żelaznym napastnikom mało kamiennych zbroi.

A z kamienia kto by tam klecił i lepił, gdy Pan Bóg dał drzewatwarde i grube jak skał obłamy?

Strach spojrzeć z dala na Pilleny. Olbrzymy tam chyba poznosiły tekłody ciężkie, w człowieka całego szerokie, powiązane z sobą, jakby się zrosły. Nikt jeszcze takiej wyżyny ścian nie ważył się wznosić na Litwie. Dziesięciu ludzi, gdyby stanęło na ramionach jeden drugiemu, jeszcze by ich wierzchu nie dościgli. I dokoła obchodząc zamek, gdybyś oczyma szukał bramy, nie znajdziesz, ani okna, ani szczeliny. Wszystko jak ulane z jednej bryły.

Tylko ze środka tego olbrzymiego stosu rośnie w górę słup drewniany,ogromny, z którego, gdy spojrzysz wkoło, na milę widać łąki, pola, lasyi Niemen, jak się poważnie obraca, wygina, zakręca, aby, gdzie potrzeba, ziemię obronił, ludzi napoił, czółno przyniósł i kamień przytoczył.

Zamek stoi na wzgórzu, a wzgórze na wyspie, która tylko wąskim ziemipaseczkiem z lądem się wiąże; a i ten, gdy Niemen zechce, to go zakryjei dokoła swoje dziecko ramionami otoczy.

Pod osłoną zamkową, tuż, jak grzyby z ziemi, dobywają się numy, szałasy, chatyny — obozowisko czasu pokoju, pustka czasu wojny, z której mieszkaniec do Pillen ucieka. Tu i ówdzie wyrosła wierzba stara, została po lesie sosna sierota. Ponad wodami bujają łozy, jak zielone warkocze poplątane z sobą, a z pośrodka nich, także wierzby sterczą, straż trzymając nad tą dziatwą swawolną.

Wierzba stara — to niby żołnierz, który straszne boje pamięta i znaki ich na sobie nosi. Pień, pogięty od wiatrów, gdy był młodym, potrzaskany od piorunów, popękany od suszy, dziurawy, wyjedzony, spróchniały, często na wylot wiatr przepuszcza. Korzenie, jak palce konwulsyjnie ściśnięte, ziemi się trzymają, a kora na nich, jakby żyłami nabrzmiała.

U góry głowy nie ma, zerwała ją burza, gałązki tylko młode wyrosły, abyranę zabliźnić i osłonić. Z jednej strony gałąź sterczy obita, jak ręka wyciągnięta, o miłosierdzie prosząca, z drugiej sęk jak kość obnażona. Od pnia popuszczały wnuki. Gałęzie, susz, konary, kłoda pęknięta, razem wszystko poczwarnie wygląda; niby kona, a co rok się odmładza, wali się a stoi, schnie a żyje, i po nocy ludzi i źwierzęta straszy.

Cóż, gdy ich takich, jak w Pillenach od strony lądu, stanie na dolinierząd cały, niby wojsko na straży? Z dala ci się wydaje, iż obry wyszły gródka obraniać... Którą wiater obalił, a legła, choć już jej wnętrzności żółte widać, przylgnęła do ziemi i puszcza wici nowe.

Był ranek, ni jesieni, ni zimy; niebo szare, wiatr ostry, dokoła jakbywszystko wymarło, cisza i ani żywej duszy. Nawet w numach i kleciach życia widać nie było.

Jedna z wierzb u skraju, praprababka, z pniem na pół rozdartym, rozkraczona, z dala więcej od innych poruszać się zdawała. U korzeni jej, wystających, poplątanych, jakby płachta wiewała jakaś, jakby się źwierz mościł, czy człowiek przytulał.

Z ziemianki na osadzie wyjrzawszy, niewiasta dojrzała tu coś u pnia sięporuszającego, popatrzała, głową potrząsła i na powrót się skryła do domu.

Wyszedł wkrótce człek, kożuchem na wierzch włosami obróconym okryty, począł się przyglądać bacznie; potem pałkę u drzwi stojącą, krzemieniemnabijaną, w rękę wziął i wolnym krokiem ku wierzbie zbliżał się ostrożny.

Coraz lepiej rozeznać było można siedzącego w dziupli, małego, grubego człeka, okrytego prostą sukmaną, w czapce z uszami długimi na głowie, z torbą na plecach i węzełkami u pasa. Spod naciśniętej na czoło kapuzy wyglądała twarz okrągła, opalona, stara i brzydka. Prawie ponad nią sterczały ramiona przygarbione, a niżej — grubą kłodą nieforemną, poplątaną, zwijały się ręce człowiecze i nogi płachtami i skórą poobwiązywane.

U nóg leżał kij gruby, a przy nim worek szary.

Odpoczywający pod wierzbą, na wszystkie strony rzucając oczyma, zobaczył i niewiastę, co go pierwsza postrzegła, i człowieka, co się teraz zbliżał ku niemu. Nie nastraszyło go to wcale.

Kulił się i do wierzby przytulał jak do matki. Zwinąwszy się w kłąb,palce w zanadrze pochował, głowę wsunął w ramiona i patrzał na zbliżającego się obojętnie.

Za wychodzącym z numy gospodarzem wprędce na próg się i pies żółtyz sierścią najeżoną wysunął. Stanął, pociągnął powietrza i szczeknął, zaburczał, zawahał się, aż począł za panem iść, coraz żywiej, jakby mu pilno bronić go było.

Lecz im dalej, tym się na nim sierść bardziej nastrzępiać zaczęła, oczy wystąpiły z czaszki, wargi obnażyły zęby.

Gospodarz na psa się obejrzał i pałkę ścisnął mocniej w ręce, bo psy czują nieprzyjaciela.

Lecz miałżeby to być wróg? Na Litwina wyglądał, a choć mu się nieprzyjaźnie zdał stawić nadchodzący, nie myślał się zabezpieczać, nie okazał ochoty ani do zaczepki, ani do obrony.

O kilka kroków od wierzby pan i pies stanęli. Pan się podparł na pałce, pies siadł, podniósł łeb i zawył.

Zły to był znak.

Siedzący na ziemi poruszył się, ręce dobył z ukrycia, nogi wysunąłi wstał. Człek był gruby, mały, stęporowaty, silny, ale nie straszny.

— Któż ty? co tu robisz? — zapytał Pilleńczyk.

Podróżny rozśmiał się naprzód dobrodusznie.

— Toć widzicie! trzebaż pytać? — odparł wesoło. — Swalgon jestembiedny; na to zeszło nam, że i takim jak ja, gdyby żebrakom i nędzarzom,włóczyć się potrzeba...

Niemcy nam dużo ziemi i ludzi zabrali. Wurszajtom i Swalgonom, choćumierać z głodu, robić nie ma co. Gdzie się święty dąb ostał, to tam koło niego naszych jak mrowia i z ofiar pożywienia nie starczy. Bodaj Perkunas wytłukł tych, co nas uciskają!

Pies, słysząc ten głos, wyć nie ustawał, aż wieśniak musiał, zwróciwszysię ku niemu, groźnym ruchem nakazać milczenie.

Sam on nie wiedział, co Swalgonowi odpowiedzieć.

Wprawdzie i dawniej takich wróżbitów, guślarzy i kapłanów najemnychwłóczyło się dosyć po świecie, od numy do numy, od osady do osady. Przyjmowano ich gościnnie, a zawsze coś się znalazło do pobłogosławienia, do oczyszczenia, odczynienia i porady. Teraz włóczęgów podobnych widywano częściej, bo dużo dębów i świętych miejsc nie stało; rozproszeni byli, więc i nie tak im już po chatach byli radzi, gdy raz w raz zachodzili.

— A skąd? — spytał chłop po namyśle.

— Pytajcie lepiej, gdzie mnie nie było? — odparł Swalgon. — Najczęściej ponad Niemnem tu się włóczę, bo to moja rodzinna ziemia; i w Pillenach ci bywałem, ale dawno już temu... Co się to małżeństw nabłogosławiło i wiele im naśpiewało!

— Hm! Swalgon! — zamruczał wieśniak — jużci musi to być, kiedymówicie, żeście nim, ale odzieży Swalgona nie widzę na was, ani pasa, ani...

— Co za dziw! — odparł żwawo, przybliżając się ostrożnie Swalgon. — Obdarli mnie Niemcy na granicy i byliby powiesili, gdybym się im ochrzcić nie dał. Rzucili mnie do wody i takem ocalał.

— I uszedłeś rąk niemieckich! — zawołał Pilleńczyk. — To cud! Oninie przepuszczają nikomu, ani starym, ani młodym, i wszystkich nas wybićmyślą. A jeszcze poznawszy Swalgona...

Głową pokiwał niedowierzająco.

— Ja im życia nie winienem — począł podróżny — nie daliby mi go, ale Perkunas mnie wszechwładny obronił. Gdy do wody rzucili, a jam na dno poszedł, wrzask posłyszeli z dala, ulękli się zasadzki i pierzchnęli, a jam do brzegu dopłynął.

Pies już tylko burczał.

Swalgon, pozbierawszy kij, torbę i węzełki leżące na ziemi, zbliżył siędo wieśniaka, zdając się pewnym gościny, o którą nawet nie prosił.

Zawrócili się obaj ku chacie.

— Siądę się ogrzać u was — rzekł Swalgon. — Gdyście nadeszli, zębami dzwoniłem. Zima coś wcześnie nadchodzi. Umiem, gdy potrzeba, jakąchcąc pieśń zaśpiewać, a i wróżyć potrafię, czy z piwa, czy z wody, czyz wosku, jak kto zażąda. Choroby odpędzam, bydłu pomogę.

Wieśniak nie odpowiadał nic, lecz stręczącego się nie odpędzał. Wleklisię powoli ku numom i lepiankom, z których gdzieniegdzie wychylały sięgłowy, wychodzili ludzie, wyskakiwały psy, a za nimi wybiegały bose i napół nagie dzieci.

Pusta przed chwilą okolica ożywiła się. Obcego jakiegoś człowieka, choćswojaka, Litwina, wszyscy byli ciekawi.

Tuż stała granica, którą już Niemcy zajmowali, i od niej grozili; każdysię rad był dowiedzieć, czy włóczęga nie przynosił wieści o jakim napadzie, zaborze lub choćby poruszeniu nad rubieżą.

Tacy ludzie, co się snuli ciągle, wiedzieli wiele.

Ci, którzy spostrzegli, że podróżny ku lepiance Gajtisa zmierzał, poczęli też iść do niej gromadnie.

Nie te to już stare czasy szczęśliwe były na Litwie, co przed wieki!

Zawsze nieprzyjaciel jakiś napadał wprawdzie, ale w głębiny kraju niesięgał i były błogosławione okolice za puszczami, za bagnami, kędy noga jego nie postała. Tu od niepamiętnych wieków siedzieli ludzie, jak w gnieździe, o reszcie świata nie wiedząc prawie, tu rosły i dęby boże, i gaje święcone; i płynęły wody żywiące i leczące; tu panował pokój i ponad łąki a gaje rozlegały się Litwinek dajnos, i dzwonki ich dziewiczych fartuszków, które nigdy im utaić się nie dozwalały.

Teraz zmieniło się wiele, od czasu, jak Krzyżacy padli obozem żelaznym nad granicą i poczęli pobratymcze Prusy, niższą ziemię i wyższą, wojować, niszczyć, niepokoić.

W najgęstszej puszczy nie można było mieć spokoju, najświętszych miejscnie szanowano: paliły się Romnowe, wycinano Baublisy, lud mordowano i gnano. Potrzeba było stać nieustannie na straży z wytężonym uchem, a na pierwszy odgłos podejrzany uchodzić, albo się gromadzić ku obronie ognisk starych.

Toteż nadgraniczne powiaty powoli się wyludniały, gromady się z nichwynosiły w puszcze i błota, a Kunigasy tylko po grodziskach siedzieli, zbrojni, czujni, do ostatka obraniając groby ojców, a ziemię dziadów.

Wszystko się zmieniało powoli pod naciskiem tego wroga i stara swoboda leśna musiała paść ofiarą, bo wojna potrzebowała wodzów i posłuszeństwa. Smutnieli ludziska.

Ci, co dawniej o obcych i sąsiadach nic nie wiedzieli i wiedzieć nie chcieli, teraz, na najmniejszy szmer od Zachodu, pilno nastawiali ucha.

Ukazanie się odartego Swalgona, nieznanego w osadzie, obudzało niezmierną ciekawość. Mógł i on coś przynieść z sobą.

Zaledwie z Gajlisem wszedł do ubogiej jego numy, na pół w ziemi skrytej, w której pośrodku palił się na kamieniach nigdy niewygasający ogień domowy, a dokoła niego leżały różnej wielkości polnych głazów bryły, służące za siedzenia; a przeze drzwi za nim cisnąć się zaczęli sąsiedzi.

Wnętrze taj numy tak było nędzne, jak jej powierzchowność, do wielkiego kretowiska podobna. Dym, który się niełatwo mógł otworem nad ogniskiem wydobyć na zewnątrz, snuł się pasmami sinoszarymi pomiędzy dachem a ścianami.

Izbica była jedna dla ludzi i dla domowych stworzeń, które jakby dorodziny należały. W głębi stała krówka z cielakiem, wołów para chudych,dwa maleńkie grubo-płaskie koniki, które się już zimową sierścią najeżoną okryły. Na ziemi nieopodal leżały brunatne i czarne owieczki, i w zgodzie z nimi przechadzały się poufale kury i gęsi. Wszystko to było nawykłe do wspólnego żywota, ludzie i zwierzęta; rozumiało się, ustępowało sobie, a często, gdy zima była sroga, tuliło się, wzajem ogrzewając.

Bose i na pół nagie dzieci ssały czasem owieczki z jagniętami do spółki.

Głos gospodarza i gospodyni tak był zrozumiały wołom jak dzieciom.Pies stróżował równo nad wszystkimi, broniąc niedorostków od zwierząti zwierzęta od napaści chłopiąt zuchwałych.

Z jednej strony na ścianach, mchem pootykanych szczelnie, wisiaływszelkie gospodarskie narzędzia i przybory, inne na policach stały, co kosztowniejsze — w kącie w nasypkach i baryłach były zamknięte.

U góry schły pozwieszane zioła różne, od chorób dla chudoby, od czarówi złych oczu. Stół niewielki i ławy, które zastępowały kamienie w większej części, z gruba zaledwie wyciosane były. Za małymi, półotwartymi drzwiczkami, widać było niższą komorę, a w niej radła, porozkładane wozy i koła a obody...

Swalgon siadł niedaleko od ognia na kamieniu, czapki końce związane podbrodą rozpiął i ręce zmarzłe, rozstawiwszy, ogrzewał, wyciągając ku niewielkiemu ogniowi.

Zobaczywszy to, dzieweczka, co się ciekawie przyglądała przybyłemu,ze strony, od której siadł, podrzuciła trochę suchych gałęzi, ażeby cieplej mu było.

Gajlis poszedł w głąb zaczerpnąć kubek ałusu z beczki i córeczce zagrzać go kazał.

Wszyscy milczeli, nie śmiąc zziębłego zaczepiać wędrowca, który wpatrzył się w ogień oczyma osłupiałymi i dumał, a dumał, jakby mu ciężko na duszy było.

Gdy ałus nieco się przygrzał, Gajlis, podając go podróżnemu, z cichazarzucił pytanie:

— Nie słychać co od tych Niemców przeklętych?

— A kiedy by nie było co od nich słychać! — zamruczał Swalgon. — Albo to oni spokojnie usiedzą choć dzień? Jak w ulu u nich ciągle się rusza i mruczy... Gadają ludzie wiele... Nadchodzi zima, błota pomarzną, tylko co ich nie widać...

Gajlis westchnął.

— O! gdyby nie zamek nasz, a pani nasza, co go bronić chce i musi —rzekł — a nas tu przy sobie trzyma, człowiek by dawno poszedł w puszcze...

Swalgon nastawił ucha.

— Hę! — rzekł — to wy Kunigasa nie macie?

— Mamy i nie mamy — mówił Gajlis — stary ojciec Kunigasowej leżyjuż dawno i nie wstaje... Mąż jej zmarł z ran w bitwie odniesionych; młodego syna porwali i pono zamordowali Niemcy; ona jedna tu rządzi, ale stanie i za męża, i za wodza... Kto by tu inny na granicy wytrwał? Kto by tu potrafił taką twierdzę straszną pobudować jak ona!

— Dziw kobieta! — zamruczał Swalgon.

— Nie była ona taką dawniej, jako żywo, za mężowskiego żywota —dodał drugi wieśniak. — Dopiero, gdy jej jedynaka dziecko, synka małego, Niemcy pochwycili, a męża zabili, zemsta ją uczyniła żołnierzem... Pamiętają ludzie, gdy jeno pieśni nuciła, strojno chodziła, a chłopiątko w kwiatki ubierając, na ręku kołysała. Jak jej pana a męża i dziecka nie stało... naraz niewiastą przestała być i stała się straszną, jakby bogini jaka, co z Dungusu zstąpiła...

— Dziw nad dziwy! — odparł Swalgon. — Słyszałem ja ci o tym dawniej, ale, choć dziecko Krzyżacy porwali, nie było mowy, aby je zabić mieli! Oni takich malców dużo, słyszę, po zamkach hodują, aby potem na własną krew ich zaprawić...

Gajlis głową pokręcał niedowierzająco.

— Gadki to są bałamutne — rzekł. — Czy to my ich nie widzieli nawojnach? Oni życia nie darowują nikomu... Młode dziewczęta potrzymająw obozie kilka dni i głowy im ścinają, i dzieciom czaszki o piece roztrzaskują, starców końmi na śmierć tratują... Chrztu nawet nie chcą i śmieją się z tych, co o życie proszą...

— Ze starszymi to prawda; ja sam wiem i patrzałem na to — mówiłSwalgon — że nie inaczej bywa; ale małe chłopięta biorą czasem i, choćw chlewach, a żywią...

— Kunigasowa nasza, Reda, — rzekł jeden ze stojących u drzwi — wiedziałaby o tym, gdyby jej syn żył... a ona się mści za śmierć jego...

Swalgon potrząsł głową.

— Matka by powinna najlepiej wiedzieć o dziecięciu, a choćby nie wiedziała, przeczułaby; a ja taki swoje twierdzę, żem słyszał, i nie jeden raz, jako ludzie rozpowiadali, iż chłopca nie zadławiono... Jeden stary się nad nim ulitował, w opiekę wziął i Niemca z niego uczynił...

Gajlis wstrząsł się i podniósł dłonie...

— Perkunie, możny Boże! — zawołał poruszony — karz ich piorunemi ogniem!... wszak gotowi syna rodzonego na matkę słać... a na matki miecz pierś dziecka wystawić!! Niech by ich ziemia pożarła!!

Swalgon zadrgał cały... usta mu się ściągnęły... zamilkł...

U progu pomiędzy gawiedzią stał czasu tej rozmowy milczący człek,któremu inni trochę miejsca zrobili i okazywali pewne uszanowanie.

Suknia go niewiele różniła od innych: miał na sobie kożuszek krótki,pas skórzany, sukienne spodnie i skórznie z futrem na nogach, na głowie szłyczek spiczasty, lisem bramowany, w ręku toporek żelazny... Niemłody, krągłej twarzy, wystających policzków, bladych, ale bystrych oczu, na wojaka jakoś wyglądał i na dworaka razem.

Słuchał on pilnie powieści Swalgona o synu wdowy, a gdy ten jej dokończył i wszyscy zamilkli, od progu przyszedł się usadowić na kamieniu obok przybysza.

Popatrzyli sobie w oczy. Swalgon go pozdrowił... Potem w ogień niby wlepiać począł wzrok i zobojętniał, ale ukradkiem ciekawie niekiedy nasąsiada spozierał...

— Dawnoście to tę bajkę o naszym dziecku słyszeli? — odezwał siędo niego sąsiad.

— O! nie od dziś, nie od wczoraj ja ją słyszę — rzekł obojętnie Swalgon. — A co dziw, że nie w jednym miejscu mi ją rozpowiadano i przez tyle lat się ona wciąż powtarza...

— Dziw!! — zamruczał słuchający. Pomilczał nieco. — Hm! — dodał— co ja wam powiem? Nasza Reda i stary ojciec jej, kaleka Walgutis,oboje lubią ludzi, co baśnie stare prawić i pieśni dawne śpiewać umieją... Na dwór by wam do nas potrzeba... Jeść i pić lepiej tam dadzą, niż tu ubodzy ludzie, i ugoszczą, i obdarują pewnie, bo Reda szczodrobliwa jest... Warto, byście jej powtórzyli, co wiecie...

Gdy to mówił, z mimowolnego poruszenia starego Swalgona nieledwie bywnieść było można, iż nim radość zatrzęsła... oczy mu się zaiskrzyły; — lecz wnet ułożył twarz pokorną i postawę biedną jakąś.

— A, ojcze mój! — odezwał się — gdzie tam mnie biedakowi, obszarpanemu, do Kunigasów iść, przed którymi na twarz padać potrzeba... ani ja, ni moja odzież po temu... Boję się.

Dworak go uderzył po kolanie silną ręką i zaśmiał się.

— Toć nie powieszą cię, ani zetną, Niemcem nie jesteś i nie śmierdzisznim. Ba! gdyby w tobie Reda zdrajcę lub Niemowę zwietrzyła, nie radziłbym jej się w ręce dostać!... Z jej to rozkazu dwóch krzyżackich rycerzy w żelaznych zbrojach, jak stali, na stos rzucono i spalono żywcem; ale Swalgonowi, ubogiemu wróżbicie, nigdy tu włos nie spadł z głowy.

Pomimo tego zapewnienia, podróżny, słuchając, bladł i drżał — może odzimna; a choć się śmiał niby, niewesoło mu z oczu patrzało.

Trącił go łokciem zadumanego ten, co do zamku namawiał.

— No — rzekł — namyślcie się; pójdziecie ze mną; zaprowadzę was.

Wahał się jeszcze Swalgon... Po chwili jednak, gdy mu się na męstwozebrało, wstał, stękając...

— To cóż! — rzekł — każecie, pójdę...

Wstał i ten, co go miał prowadzić.

— Cóż? do Redy? — zapytał Gajlis.

— Jużcić — rzekł dworak — na gródku nie ma ich czym zabawić. Dziewczęta i baby, i co nas jest, jużeśmy wszystko wypowiedzieli, co umieli, i po dziesięć razy.

Swalgon węzełki swe i torby troskliwie zbierał; rozstąpili się w progu stojący... Swalgon wychodził.

Ścieżynka wąska wiodła z tej strony od lądu, przez ów ciasny przesmykziemi, którym się pagórek zamkowy z nim łączył, ku grodkowi... Nie widaćjednak było, dokąd zaprowadzić mogła. Z tej jednej ścieżki poza grobelką cała siatka wydeptanych w różne strony rozpościerała się wśród kamyków, mchów i spłowiałej biednej trawy.

Większej drogi nigdzie widać nie było, ani wrót u góry, którymi by się do zamku dostać można. Dworak szedł, nie patrząc ścieżek, na prost ku wałowi, który z dołu patrzącym część ogromnych ścian drewnianych zakrywał.

Swalgon śpieszył za nim, szedł z tyłu i niepostrzegany rozglądał siębacznie. Dostali się tak pod sam usyp z ziemi wysoki i stromy, wśród którego ogromne głazy dzikie sterczały gdzieniegdzie. Ziemię od osypywania się trzymały one i pale a deski, które się spod piasku częściami dobywały. Teraz poczęli iść ścieżyną, na samym podwalu. — Dworak, który Swalgona wyprzedził, stanął, zaczekał nań, popchnął go, za barki ująwszy, przed się... i nim się tamten rozpatrzeć mógł i opamiętać, znalazł się w ciemnościach... Wał się jakimś cudem otworzył przed nimi; stali w wilgotnej szyi; nie widać było nic... Przewodnik, ciągle na ramionach wróżbity ręce trzymając, naprzód go popychał.

— Śmiało! — rzekł — rozstaw pięście, macaj ścian... nie padniesz...

Szyja ciemna skręciła się zaraz w lewo, potem w prawo; Swalgon czuł,że w dół zstępował, potem piąć się było trzeba do góry trochę. Mdła odrobina światełka widzieć się dała, jakby kilka jasnych nici wisiało na tle nocy... Były to szpaty we drzwiach, nieszczególnie spojonych. Swalgonowi lżej się zrobiło, gdy poczuł je pod rozpostartymi dłońmi. Otworzyć ich jednak nie umiał i towarzysz jego dopiero wywiódł go na światło dzienne. Stali na wąskiej drodze, poza którą widać było tuż okop drugi i na nim ostrokoły gęste... Ponad nimi w górze wznosiły się ściany zamkowe... Szli więc drożyną tą znowu, aż do drugiej furty, strasznymi głazami polnymi obwarowanej. Nie widać jej zza nich było; dopiero gdy się za kamienny wał dostali, towarzysz Swalgona zapukał i drzwiczki się wąskie otwarły.

Pierwszy wszedł przewodnik, za rękę ująwszy wróżbitę, bo tu by obcegostraż nie dopuściła, a i gromada psów, poczuwszy nie swego, porwała sięnań, ujadając. Ciemną szyją znowu w podwórzec weszli wewnętrzny.

Tu dopiero z bliska mógł się Swalgon przypatrzeć temu gmachowi, jakbynieludzką ręką wzniesionemu. Piętrzyły się ściany, ani wierzchu było ichdojrzeć, gładkie, twarde, których, zdało się, że żadna moc ludzka obalić nie zdoła. — Zdumiony Swalgon przyglądał się im ze strachem i poszanowaniem.

U góry w pewnych odstępach widać było czarne przekroje, jakby oknawąskie. Na wystających gdzieniegdzie belkach wisiały grube jak ręka ludzka sznury i wicie...

W prawo i lewo za tą twierdzą, jak misa wklęsła, rozciągał się dziedziniec przestronny... Tu pełno było ludu, bo właśnie do pożywienia go zwołano, i roiło się około niecułek, drewnianego statku i ogromnych garnków glinianych, z których para buchała.

W tym milczącym gródku nikt by się był nie mógł domyślać nawet takiej załogi mocnej... A lud, jak Swalgon zaraz postrzegł, młody był, doborowy, silny i czerstwy...

Chodzili wpośród niego dziesiętnicy i ład trzymali, ale po ojcowsku, łagodnie, śmiejąc się i głaszcząc, podżartowując i podśpiewując.

Podróżny byłby się może zatrzymał dla lepszego obejrzenia po zamku,lecz dworak mu nie dał stać i za sobą pociągnął.

Budynek z bierwion sosnowych, długi, niski, u wałów stał, zakrytynimi, a ponad dachami jego z dymników i spomiędzy dranic, którymi byłkryty, dym się dobywał...

U rogu jego widać było kręcące się baby w białych zawiciach na głowachi dziewczęta z kosami na plecach... Na progu, w boki się ująwszy, stała otyła, czerwona, cała bursztynami obwieszona kobieta już niemłoda.

Przypatrywała się Swalgonowi.

— Matuś — odezwał się do niej dworak — oto głodny wróżbita, któregom dla naszej pani na gościńcu złapał. Dajcie no mu jeść, dajcie pić, aby się gęba rozwiązała do pieśni i do bajek...

Gospodyni ustąpiła im wejścia i wskazała na prawo.

Tu izbica była ogromna, a w niej, jak w każdej, paliło się pośrodku ognisko. Kamienie dobrane, gładkie, jeden przy drugim, ławą je okalały. Swalgon się trochę w progu zawahał, rzuciwszy okiem wewnątrz... Ludu siedziało dużo, a był lud osobliwszy... W głębi, pasem swym obrzędowym aż po pachy obwinięty, w sukni, która oszyta była kozią wełną dokoła, z długą brodą, odpoczywał stary Wajdelota... Obok niego siedział z pałkami za pasem, zbrojny, zarosły tak, że mu ledwie koniec nosa i oczy spośrodka twarzy świeciły, Prusak jakiś barczysty, przygarbiony, skórą połataną z różnych źwierząt od stóp do głów obszyty...

Dwóch starców w kożuchach, z wiankami dębowymi na głowie, coś mieli kapłańskiego w sobie. Ci w ogień patrzyli, nie poruszając się, nie słuchając nic, nie widząc.

Odosobniony, ze związanymi w tył rękoma i kłodą na nogach, leżał przykamieniach człowiek, o którym powiedzieć nie było można od razu, czy jeńcem, czy winowajcą był... Twarz z kośćmi sterczącymi, skórą żółtą powleczona, niemal trupią pośród żywych się zdawała...

Oprócz tych kręciło się kilku chłopców, przesuwało dziewcząt kilka, przynosząc i odnosząc miski i kubki, a nad nimi otyła kobieta, ciągle wedrzwiach się ukazując, nadzór trzymała.

Gwar był wielki, dym, zaducha, czuć było jadła różne i wonie dziwne, jałowiec, zioła jakieś, tłuszcz przyskwarzony. Z kątów ciemnych wyrywała się im ptaszkiem piosenka kiedy niekiedy, i, jak przestraszone ptaszę, zapadała nazad do kąta.

Wnijście nieznajomego człowieka zaraz oczy wszystkie zwróciło naniego. Niektórzy się ruszyli bliżej go oglądać, drudzy wołali na dworaka prowadzącego, skąd go wziął?...

Swalgon przysiadł, trochę pomieszany, na pierwszym kamieniu niezajętym;a że mu zaraz dziewczyna miskę podała, na towarzysza zdawszy odpowiedzi,sam chciwie jeść zaczął.

Może mu nie tyle o nasycenie głodu chodziło, co o namysł lepszy, jaksobie tu miał poczynać...

Swalgonem się nazwawszy, musiał nim być, a tu Wajdelota nań patrzał,gotów wróżbitę wziąć na spytki. Boć do jednej gromadki należeli oba...

Zarzucono go pytaniami ze wszech stron. Jedząc, trudno było odpowiadać długo, więc się półsłowy opędzał...

A nie szło mu jakoś... Rzekł, że tam i owdzie był, to i owo widział;zaprzeczali mu inni, którzy też bywali w miejscach wskazanych... Pot mu występował na czoło; obraniać się i wyłgiwać musiał.

Nie było mu raźno; — przecież chwycił się w porę dobrego sposobu. Z tych, co mu zaprzeczali, drwić zaczął; ten i ów rad się uśmiechnął; a żeprzed chwilą niewesoło tu było, wdzięczni byli wszyscy, iż z sobą przyniósł śmiechu trochę.

— Co za dziwy! — rzekł do przeczących — wy tam byli, a co innegoście widzieli, niż ja? Ile ludzi, tyle oczu... Trafiło mi się, żem ja wilka zobaczył! a mój brat baranem go zwał. — To mówiąc, otarł usta, odstawując misę, i zakończył litewskim przysłowiem: — Umarł niedźwiedź, schowajcie trąby.

Ktoś zagadnął znowu; ruszył ramionami i cisnął mu drugie przysłowieza odpowiedź całą:

— Na co plewę bić, kiedy z niej nawet pyłu wybić nie można!

Obroniwszy się tak napastnikom, Swalgon wziął się do kubka; już go niezaczepiano...

Niektórzy wynosić się zaczęli w podwórza, inni posiadali i pokładli sięokoło ognia spoczywać. Wróżbita siedział, jakby mu się spać chciałoi drzemką od rozmowy się bronił.

Przeszła tak dnia część znaczna i miał czas dobrze wytchnąć podróżny. Dworak, co go tu przyprowadził, uszedł, a nie ukazał się aż wieczorem.

— Teraz czas — szepnął, przybliżając się do niego. — Reda już wie, że przyprowadziłem jej takiego, co pieśni umie i gadki stare... Chodźcież za mną...

Swalgon, cokolwiek odzież na sobie ociągnąwszy, torby zapchnąwszy dokąta, w milczeniu za przewodnikiem podążył.

W drugim końcu budynku, na kamiennym podmurowaniu, stały izbykunigasowe, tyle tylko, że z miąższych bierwion w zrąb czysto zbite, mchem lepiej otkane i pułapem od chłodu zawarte i słoty.

Gdy weszli na próg, już się tu wieczornica zwykła była rozpoczęła.Jasno, smolnym zażywiane łuczywem, płonęło w pośrodku ognisko. Dokołabiało ubrane dziewczęta przędły i śpiewały.

W głębi widać było stojącą kobietę z obliczem surowym i jak nocsmutnym, niezbyt wyniosłego wzrostu, ale silną i kształtną... Choć strójmiała w części niewieści i żałobną wdowią zawitkę, na bujne włosy narzuconą, postawa jej, wyraz twarzy, ruchy ją do mężczyzny podobniejszą czyniły.

I pas męski, jakby do uwieszenia miecza przeznaczony, biodra jej przepasywał.

Stała, wpatrzona w ogień, wsłuchana w pieśni... jak posąg jakiś skamieniała... Ludzie, co byli w izbie i z dala się trzymali, nie śmieli na nią spozierać... Zerknął który, to wnet ze strachem spuszczał oczy.

Dalej poza nią, gdzie słabiej dochodził blask od ogniska, na wysłanym wysoko skórami łożu — coś się poruszało. Niekiedy z czarnych włosówposłania wychylała się blada twarz długa, w której czarna plama szerokaotwartymi zdawała się ustami... Jak widmo podnosiła się i znikała...

Był to zgrzybiały Walgutis, ojciec Redy, który niekiedy jeszcze, mówiono, rozbudzał się do życia, śpiewał, wieszczył, poruszał, zdawał się na jakąś godzinę odzyskiwać siły i znowu potem w senność i milczenie zapadał na miesiące całe.

Dziewczęta nuciły pieśń starą.

Poszedł, poszedł ojciec na podwórko kraśne, złote klucze dzwonią, rano synów budzi...

Wstawajcie mi dzieci! na nogi synowie! hej, podwórko nasze wrogiotoczyły... Siostry wasze obcy już uprowadzili...

Późno w pogoń pójdziem, dognamy ich rano, wojsko rozproszymy,siostry odbijemy, w obozie znajdziemy.

Poznamy je łatwo... złote włosy mają i na włosach złotych przepaskizielone, na przepaskach z ruty wianeczki splecione. Na wianuszkach ciemnych kwiatki są złocone.

Siostrzyce kochane, miłe dziewki moje! skądżeście dostały tych kwiateczków złotych?

Na wojnie, na wielkiej, pomiędzy wojskami, tameśmy dostały kwiatkinasze złote...

Pieśń się skończyła; Kunigasowa, ciągle jeszcze nieporuszona, słuchaćsię zdawała. Był to dla dziewcząt znak, że dalej śpiewać miały. Popatrzyły na swą panią bojaźliwie, poszeptały coś z sobą, od ucha do ucha pobiegło hasło i starsza, przodownica, po chwili zawiodła piosenkę nową:

Siostrzyczko kochana! czegoś się na rączce oparła tak smutnai nie nucisz pieśni? — Jak mi piosnki śpiewać? jak mi być wesołą? Ogródek zniszczony, mam w ogródku szkodę. Rutę mi zdeptano, pozrywano róże, lilie połamano, rosę otrzęsiono...

— Czy wiatr dął z północy? Czy rzeka wylała? Czy Perkun zahuczał?Błyskawicą rzucał?...

— Wiatr nie dął z północy, nie wylała rzeka i Perkun nie huczał, pioruny nie biły.

Brodaci to ludzie od morza przybyli, wysiedli na brzegi, ogródek zniszczyli. Rutę podeptali, róże pozrywali, lilie połamali i otrzęśli rosę. A ja — sama, sama, ledwiem się ukryła, pod ruty gałązką, pod wianuszkiem ciemnym...

Skończyła się pieśń znowu. Reda stała i słuchała. Swalgon spoglądał na nią i widział, gdy o brodatych mężach nucono, jak się jej brwi ściągnęły i wargi zadrżały.

Dziewczęta postrzegły też może, iż śpiew niemile odbił się w duszy pani,— bo zaledwie smutną dajnos skończyły, starsza zaśpiewała inną, ale weselszym tonem, żywszą, nie płaczliwą nutą:

— Miłe słoneczko, boska córeczko! Gdzież się tak długo błąkało? Czemuś ty nas porzuciło? kto cię zatrzymał w gościnie?

— Za morzami, za górami, zmarzłych grzałom pastuszków, — stałomja tam na straży, przy sierotkach, przy biednych.

— Miłe słoneczko, boska córeczko!... któż ci z rana ognisko rozkłada?kto wieczorem tobie łóżeczko pościeła?

— Dwie mam służki wierne: jutrzenkę i gwiazdkę wieczorną, siostrzyce... Jutrzenka mi ogień o świcie rozpala, wieczorna mi gwiazdka na noc łóżko ściele... a dzieci mam dużo, rozsianych po niebie, a bogactw mam wiele, co się złotem świecą...

Kunigasowa Reda stała, słuchała nienasycona, dziewczęta śpiewały pieśni coraz nowe. Kiedy-niekiedy z pościeli podnosiło się blade oblicze starego Walgutisa, z czaszką wypełzłą, z usty czarnymi, otwartymi szeroko — i opadało a nikło...

Swalgon patrzał — słuchał... i dziwy się z nim działy. Wszedł do izbyz trwogą, chytrością i lisim maleńkich oczu wejrzeniem. Można go było posądzić, że mu tu wszystko, co widział i słyszał, złość jakąś robiło, że niepoczciwe uczucie niósł w zanadrzu ukryte...

Z takim a nie innym mógł się ta wkraść Szwentas ów, któregoKrzyżacy wysłali szpiegiem na podsłuchy; Szwentas, który, jak opowiadał,żył długie lata pragnieniem zemsty za odebrane sobie szczęście, za śmierć, od której z rąk swej braci ledwie ocalał... dlatego służył od lat wielu najokrutniejszemu Litwy wrogowi, Krzyżakom, chodził dla nich za szpiega, wypatrywał, donosił i w znane miejsca zaprowadzał, ciesząc się krwią, którą przelewali.

Lecz przez te lata długie Szwentas się ani razu nie ważył do numów, dochat, w pośród rodzin, które by mu jego własną przypominały, i od lat wielu nie słyszał nigdy pieśni litewskiej.

Teraz zabrzmiała mu w uchu i w sercu się odbiła. Zeschłe to serce,dzikiej pragnące zemsty, zamknięte, oszalałe — zadrgało mu w piersi, aż się za nią pochwycił i uląkł sam siebie. Inny człowiek w nim się obudził, którego on już nie znał...

Pieśń nagle przypomniała mu lata dziecinne, młodość, matkę, siostryi tę narzeczoną, którą mu wydarto — ale nie do zemsty go nowej ciągnęła — łzy mu się z powiek polały.

Niewysłowiona tęsknica za Litwą objęła go — oślepiła... Znienawidzony świat własny stanął mu przed oczyma, wołając: — Nie jestżeś ty moimdziecięciem? Czyjaż krew w twych żyłach płynie? Co winni ci braciatwoi, którzy ci nic nie uczynili! a tamci, co ci złem duszę zakrwawili, nie żyją! I prowadzisz wrogów na rodzinę swą, i służysz tym, co twoich pożerają, a pasiesz się krwią własną?

Swalgon płakał...

Czy słyszał słowa pieśni? czy je rozumiał? sam nie wiedział; śpiew gosam oczarował, bo to był ten, który on słyszał dawniej, tam u studni, w polu i w lesie, gdy dziewczęta z grzybów wracały. Przed oczyma jego, pieśnią z grobu wywołana, stała matka rodzona i słyszał, jak mówiła mu: — Tyżeś to, któregom ja piersią moją karmiła! Com ja tobie zawiniła?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.