drukowana A5
28.82
Jobsjada

Bezpłatny fragment - Jobsjada


Objętość:
167 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0401-2

Rozdział pierwszy

Przedmowa, przy czym autor postanawia opisać historię nieboszczyka Hieronima Jobsa, a także książkęswoją w świat z ojcowskimbłogosławieństwemwyprawuje.

By nudne chwile skrócić mnie i tobie,

Mój czytelniku, oto się sposobię

Do opisania, jako żył

Jobs Hieronimus i kim był.

Dowiesz się tedy, gdy jesteś ciekawy,

Jak dziwne były życia jego sprawy

I jak — gdziekolwiek padła kość —

Mógł Hieronimus w sławę rość.

Nie wszystko wszakże w karty się te wkłada,

A tylko, co już niezbędnie wypada,

Gdyż książki mało, by na jaw

Dać pełny regestr jego spraw.

Wiem wprawdzie o mym bohaterze wiele,

Część przecież tylko tutaj z tobą dzielę

I opisuję, czym się radOd przyjścia wsławiał na ten świat.

A iż w świętego Apollina darze

Mam kunszt składania wierszyków po parze,

Więc zamiast prozy, jak mógłbym,

Wybrałem raczej piękny rym.

Nie zawsze wprawdzie wiersz mój stoi w rzędzie,

I stać też z miarą tu i z wagą będzie,

Lecz niech zawczasu każdy wie,

Że się to luźny burlesk zwie.

Wszak z rodu jeszcze od Hans-Sachsa szewca —

Praszczura mego — jestem sobie piewca,

A kiedy piszę, to jak w dym

Do pióra mego leci rym.

Więc śmiać się wcale z czego tutaj nie ma,

Ksiądz Baka przecież pisał też poema,

W którym tak forma, jak i treść

Nie warte za mną butów nieść.

Są wprawdzie u mnie strofy kulejące,

Na krótkich zbytnio stopach, jak zające,

Lecz inne za to lecą w cwał

Na nazbyt długich, jak Bóg dał.

Dość biedy także podjąłem i trudu,

By stanąć mogła zacnie przed sąd ludu

Ta księga, zdobna w wiele kart,

Na których obraz wiersza wart.

A kiedym nie mógł nowych znaleźć w miarę,

Tam, gdzie popadłem, brałem też i stare,

Które — jak łatwo sprawdzić wam —

Plus-minus wchodzą do swych ram.

Choć Chodowiecki rylcem ich nie żłobił,

Takem dobierał i takem sposobił,

By przepchnąć mogły akurat

To dzieło przez ciernisty świat.

Nie ryli mi ich w miedzi sławni mistrze,

Lecz rymy do nich nie są też najczystsze;

Tak więc zgodzone rzeczy dwie

Nie będą w książce czubić się.

Więc nie chcę cię tu już wstrzymywać dłużej,

o księgo moja, w twej na świat podróży,

Wszak wiele gorszych niźli ty

Przed sam się ołtarz pcha na mszy.

A na ostatek, na wszelki przypadek,

Jako autor i twych zalet świadek,

To, na co serce ojca stać —

Krzyż ci na drogę chcę tu dać.

Niechaj ci niebo pochód da zwycięski,

Wskroś krytyk, molów, fidybusów klęski

I innych, które niszczą druk,

Zwyczajnych księgom szkód i trwóg!

Miejże wśród Szwabów i wśród inszych nacji

Tłum czytelników pełnych admiracji,

Aby pisanie, papier, druk

Nie szły na marne, chowaj Bóg!

Z wszech zaś każdemu, kto płaci i czyta,

Piękny komplement pal zaraz z kopyta,

A krytykowi, co cię zjeść

Zechce, oświadczaj swoją cześć.

Przy czym pokornie, jako ci przystoi,

Mędrcowi temu ku obronie swojej

Rzeknij jak cichy, skromny gość:

«I sam wszak bredni piszesz dość».

Rozdział drugi

z którego czytelnik dowiaduje się o rodzicach bohatera, jak się urodził,a także o dającym do myślenia śnie, jaki miała matka jego.

Zanim się dalej puszczę et cetera...

O rodzie powiem mego bohatera,

A także słówko albo trzy

O miejscu, w którym zaczął dni.

Mieszkał ród jego w Szwabii, w zacnym mieście,

Gdzie domów było co najmniej ze dwieście,

I gdzie Jobs senior, chłop na schwał,

Pierwszy głos w Radzie miejskiej miał.

Bogacz to był. Miał krowy, mnogie stada,

Dzieci uczciwa była też gromada,

Chłopców i dziewcząt cały huk —

Żył więc Jobs senior, jako mógł.

Handelek winny miał na samym rogu,

Był miły ludziom, sobie, Panu Bogu,

A czy w Ratuszu, czy też gdzie,

Obchodzić z groszem umiał się.

Z wyznania prawy był to luteranin,

Nie zaś kancista lub jaki wolfianin,

A to z przyczyny, iż na świat

Bez filozofii patrzył rad.

W naukach przecież spore miał zasługi,

Do szkoły chodził rok jeden i drugi,

Wyższą więc mądrość posiadł stąd

Niż panów Radnych cały rząd.

Współbraci nieraz chętnie wspierał w nędzy,

Gdy fant był pięćkroć więcej wart pieniędzy,

Brał dziesięć od sta, nie pruł żył,

Był niski, pocił się i tył.

Miastu swych ojców wiernie czynem służył,

Jadł, pił, z cybucha godnie fajkę kurzył

I ulubiony «Morgenblatt»

Przy cienkiej kawie czytał rad.

Podagrę miewał w stopie i w kolanie,

Na żółci srodze cierpiał też ulanie,

Urząd swój przecie dźwigał rad,

Właśnie jak Atlas dźwiga świat.

Matka, co miała herb w swym starym rodzie,

Najwymowniejszą damą była w grodzie,

Sucha, a taka pełna cnót,

Że ni w tył bez nich, ani w przód.

Lecz jak się i jagniętom skromnym zdarza,

Gdy już odejdą wreszcie od ołtarza,

Przy sposobności tak i siak

Dawała władzy swojej znak.

Że różnie w domu było, łaski nieba,

Tłumaczyć przecież mężom nie potrzeba,

Lecz mimo swarów, mimo zwad,

Przykład z tej pary mógł brać świat.

Mieli więc — żyjąc różnie, jak się dało —

Progeniturę wielce okazałą,

Kiedy Jobsowi żona znów

Szepnęła w ucho kilka słów.

Czas leci chyżo... Jutro goni wczora...

Rozlicza pani — bliski czas i pora!

Więc przysposabia cały kram,

A resztę zrobi bocian sam.

Jemu powierzmy zatem ową sprawę,

A ja zdarzenie zaiste ciekawe

Lub raczej treść opowiem snu,

Który, jak raz, pasuje tu.

Mądry, kto wieszczych snów nie lekceważy!

Tak w Testamencie zawżdy czynią starzy,

Tak czyń i teraz każdy z was,

Choć się kaducznie zmienił czas.

Pani Jobsowa śpi w łożu i marzy

(A we śnie wielce było jej do twarzy),

Wtem zdało jej się — strzeż ją Bóg! —

Że zamiast dziecka rodzi — róg.

Zlękła się srodze, aż owy róg właśnie

Jak nie zachrapie! jak na głos nie wrzaśnie!

Więc biedna pani się co tchu

W potach zbudziła z swego snu.

Ledwo dzień błysnął, bieży do sąsiadki,

Co dar wróżenia ze snów miała rzadki,

Ta z rady w radę zgadła wraz,

Że chłopak będzie, i to — bas.

A jako znaczyć tamten róg nie może

Nic, tylko właśnie dzielne sługi boże,

Więc oczywista, iż ten syn

Z ambony będzie karcił gmin!

Czy miała słuszność — trudno dzisiaj dociec.

Wierzyła matka, wierzył i pan ociec.

My dajmy chłopcu dojść do lat,

A przedtem jeszcze — przyjść na świat.

Wśród betów, sznurków, jaśków i poduszek,

Chust, powijaków, powłoczek, pieluszek,

W trzydziestym września, w termin sam,

Zapukał gość do życia bram.

Ach, co za radość kwitnie w całym dworze,

Jak się senator cieszył — dobry Boże! —

Kiedy mu babka pod sam nos

Podetkła z dzieckiem pieluch stos!

Rozdział trzeci

jak panią położnicę Jobsową nawiedziły przyjaciółki i co pani Schnepperle dzieckuprzepowiedziała.

Więc gdy w połogu — jako wyżej mowa —

Legła z Jobsiątkiem swym pani Jobsowa,

Spał nasz bohater przy niej tuż,

Ani się troszcząc, że żył już.

Jak domownicy szli go w ręce chwytać,

O tym się nie da ni pisać, ni czytać:

Krewni, sąsiedzi, każdy miał

W szczęściu tym udział — lub mieć chciał.

W pokoju pani wciąż huczy jak w ulu

(Nie miała biedna czasu stęknąć z bólu),

A wkoło łóżka taki brzęk,

Jak gdy się pszczoły zwiążą w pęk.

Jużci minęły trzy dni od tej biedy,

Jak Jobsek przyszedł na świat boży, kiedy

Na placek z kawą w zmierzchu czas

Rój przyjaciółek przybył wraz.

Choć wszystkie, które tu widzicie, damy

Był to miasteczka kwiat i zaszczyt samy,

Przecież wymową chlubi się

Nad inne pani Schnepperle.

Sam Jobs senator był jejmości kumem!

Szła o pogodzie wpierw dysputa z szumem,

Potem o rzeczach, które też

Równie są ważne wzdłuż i wszerz.

Wreszcie o zdrowie (choć to z staroświecka)

Zaczęto pytać i matki, i dziecka,

Jaki apetyt, brzuszek miał,

Czy krzyczał w nocy, czy też spał?

Tu mu z aplauzem oddano honory,Że taki ciężki, tłusty był i spory,

I wychwalano w jeden głos

Grzeczność nad wiek, oczy i nos.

Wtem rzecze pani Schnepperle: «Dla Boga!

— Mówiła przez nos nieco dama droga —

Ksiądz z niego będzie, mówię wam...

Już ja się na tych rzeczach znam.

Niedawno właśnie książkę w ręku miałam

(Trochę z niej nawet tu owdzie czytałam) —

Otoż powiada książka ta,

Co która fizys znaczyć ma.

Pełno tam było różnych dziwnych twarzy,

Mędrców i głupców, zacnych i zbrodniarzy,

Ten miał nos krzywy, tamten brew,

Był nawet wielbłąd, pies i lew.

Jeśli więc tylko tu nie jestem w błędzie,

To mędrcem chłopiec lub proboszczem będzie,

Bo uszy, co odstają tak,

Talentów wielkich pewny znak!

Już dzisiaj zatem mogę przepowiedzieć,

Że w książkach będzie dniem i nocą siedzieć,

Pisać je nawet może sam...

Już ja się na tych rzeczach znam!»

Mówiła jeszcze zacna pani wiele,

Co ja się przecież pominąć ośmielę,

A inne damy razem znów

Krzyk swój łączyły do jej słów.

Aż się skończyła tak miła wizyta,

Gdy kawa z plackiem została wypita

I damy, wiodąc dalej rzecz,

Jak przyszły, tak i poszły precz.

Pani Jobs wszakże, z ciężkim bólem głowy,

Do serca wzięła kumy swojej mowy,

Gdyż głos był, że się dama ta

Na magii, jak aptekarz, zna.

Rozdział czwarty

jako dzieciątko było chrzczone i jak imienia Hieronima dostało.

Gdy przeszło czasu jeszcze mało wiele,

Chłopiec się zdawał żądać chrztu w kościel

Bo hałasował, krzyczał tak,

Że najwyraźniej dawał znak.

Ani spać nie chciał, ani nawet drzymać,

Ani gałganka z cukrem w ustach trzymać,

Tylko wciąż wrzeszczał, co miał sił,

Jak gdyby za to płatny był.

Tak gdy poznano, że dziecko chrztu woła,

Sam Jobs senator poszedł do kościoła

I ceremoniał cały wnet

Od «a» zamówił aż do «zet».

Zaraz też w kuchni wszczęły się narady;

Swędy, pieczenie, torty, marmelady,

Piwo i wino, wódka, miód —

Wszystkiego tego było w bród.

Aż kumotrowie, krewni i sąsiady,

Babka, znajomi i kościelne dziady,

Wszyscy stanęli pięknie wraz,

Gdy oznaczony przyszedł czas.

Był więc zakrystian, pleban z formularzem,

Chłopak z ampułką, stułą, trybularzem,

A także panów Radnych rząd

I magistracki świetny sąd.

Trudno mi w regestr wpisywać tu gości,

Co udział wzięli w tej uroczystości,

I tylko jedno powiem to,

Że wszystko jakby z płatka szło.

Lecz kiedy miano już do stołu siadać,

Spór powstał, jakie dziecku imię nadać:

Piotr, Walter, Kuno czy też Hans,

Czy Jost, czy Herman, czyli Franz?

Żadne z tych imion, choć ich jest niemało,

Wszystkim się przecież podobać nie chciało,

Jednych Hans raził, drugich Piotr,

Josta chce kuma, Franza kmotr.

Powstało tedy znaczne zamieszanie,

Gdy każdy z gości wyjawiał swe zdanie,

Krzycząc, iż dziecka twarz i wzrost

Imienia jego żąda wprost.

Dopieroż pleban, co nie od parady

Miał głowę, rzecze: «Nie ma innej rady,

Tylko w kalendarz zajrzeć nam,

Co chłopak sobie przyniósł sam».

Bez dalszych tedy sporów zdjęto z ściany

Kalendarz lipski, dobrze już zszarzany,

Gdzie pod trzydziestym września w dół

Święty Hieronim stał jak wół.

Wnieśli więc goście, a także kumowie,

Powszechny wiwat za plebana zdrowie,In pleno godząc całą rzecz,

Jakby ją ostry przeciął miecz.

Zaczem chrzest w dobrym odbył się porządku,

Do kresu swego krocząc od początku:

Sól, woda, olej, z świecy dym —

I oto nowy Hieronim!

A by uświetnić tę rodzinną scenę,

Jak mógł, tak każdy czynił sobie beneI aż do nocy prawie pół

Dzban był w robocie, fajka, stół.

Rozdział piąty

jak poczynało sobie dziecię Hieronim w tych życia swego nadobnych momentach.

Póki Hieronim w powijakach leżał,

Nie dbał, czy szedł czas, czyli zgoła bieżał,

Tylko jadł papkę albo ssał,

A jak nie krzyczał, to znów spał.

Lecz i te nawet rzeczy tak niewinne

Inaczej czynił niźli dzieci inne,

Bo jadł, ssał, sypiał miły zuch

Za tęgich chłopców trzech lub dwóch.

I tego przecież było mu za mało,

Więc krzyczał nieraz i godzinę całą,

Jakby ze skóry darł go kto

Albo go szczypał, albo co.

Wszyscy więc w domu, tak młody, jak stary,

Poznali zaraz, że to były czary,

Że ktoś uroki rzucił złe,

I że odczynić trzeba je.

Wnet się zabrano do odjęcia czaru,

Aptekarz dodał nieco rabarbaru,

A babka, czyniąc krzyża znak,

Związała w smoczku tarty mak.

Było więc z dzieckiem kłopotów niemało,

Lecz matce wszystko miłym się zdawało,

Bo chłopiec w oczach prawie tył,

Rósł i na podziw silny był.

Te mi się tylko udało znać fata

Przez bohatera mego pierwsze lata,

A więc dodawszy jeszcze z rok,

Nowy w powieści czynię krok.

Rozdział szósty

Hieronima sprawy dalsze i jak był do szkoły oddany.

Chociażbym wszakże dodał jeszcze nieco,

Mój czytelniku — lata szybko lecą —

I tak byś straty nie miał w tem,

Bo o nich bardzo mało wiem.

Tom tylko czerpnął z wiarogodnych wieści,

Że jadł nasz chłopak, co się tylko zmieści,

Że nie do ucha, lecz do ust

Niósł kufel, a miał tęgi spust.

Wcześnie też inne objawiał przymioty:

Lgnął do dziewczątek, z chłopcami darł koty,

A co już łgarstwo, to mu szło,

Jakby chleb z masłem łykał kto.

Pacierz pojmował z nader wielkim trudem,

Lecz klątw i przezwisk uczył się jak cudem,

Miały więc z niego tęgi wzór

Sąsiadów dzieci poprzez mur.

Węch mu też dziwnie służył do łakotek,

Do fig, rodzynków, migdałów i plotek,

A gdy grosz jaki dostał skąd,

Kupował ciastko i szedł w kąt.

Z rodzeństwem swoim w ciągłej żył rozterce,

Ale Jobs senior miał zbyt miękkie serce

I matka jakoś sprawy tej

Nie brała nigdy z strony złej.

Tak nasz Hieronim przerósł braci, siostry,

Pięści miał twarde, a język też ostry,

A szło o masło, czy o chleb,

Z miejsca pluł w kułak — i za łeb!

Bacząc więc ojciec wczesne te przymioty,

Przy gospodarstwie zdawał mu roboty,

A nasz bohater nosił zdrów

Siano dla wołów i dla krów.

Czasem też konie pławił w stawie rankiem,

Czasem po piwo szedł do szynku z dzbankiem.

Przy czym na czworo wokół staj,

Gdzie był — w kurnikach brakło jaj.

Tak wyrósł głupi, wesoły i zdrowy,

Miewając z ławki wcale piękne mowy,

A choć to przecież tylko żart,

Prawił, jak gdyby prosto z kart.

Słucha matczysko nieraz go i duma,

I przypomina, co wróżyła kuma,

Uważa w sobie głos i gest:

Nic — tylko proboszcz w chłopcu jest.

Wszystko się bowiem cudownie składało:

Wzrost, siła, tusza, głos, umysł i ciało,

Że, jak chcesz, próbuj albo mierz,

Pastor jest z niego wzdłuż i wszerz!

Zaczem się skończył żywot zbyt wesoły:

Musiał Hieronim do nauk, do szkoły,

Rzecz bo wiadoma, że się ksiądz

Jak wół w ksiąg jarzmo musi wprząc.

Uczył się tedy z okrutnym lamentem,

Drąc książki albo plamiąc atramentem,

A te przeklęte A B C

Zatruły młode jego dnie.

Preceptor miejski z wielkim animuszem

Rad się zatrudniał tak rzadkim geniuszem:

I on, i jego giętki bat

Otwierał chłopcu wiedzy świat.

Na wdzięczną padło ziarno jego rolę,

A nasz bohater po ciężkim mozole,

Zaledwie dziesięć latek miał,

Już abecadło prawie znał.

Lecz kiedy doszedł w wiedzy aż do tego,

By druk mógł czytać albo z pisanego,

I ile wtedy miał już lat,

Trudno jest wiedzieć akurat.

Tak kiedy haustem wypił mądrość całą,

Ojcu się jego potrzebnym wydało

(Chłopiec natchnienia nie miał sam),

By do łaciny pukać bram.

Co zatem robił, jak poczynał sobie

W tej najburzliwszej życia swego dobie

I jak wojował z dolą złą,

W następny rozdział włożę to.

Rozdział siódmy

jak Hieronim z łaciną się potykał i jak mu ona do głowy iść nie chciała.

Jako więc kozioł, gdy nastawi roga,

Tak się Hieronim zabierał do wroga,

Od mensa wiodąc swoją rzecz

I deklinując w przód i wstecz.

Zbyt znane belfrów sztuczki i wybryki

Bez zająknienia zbywał z gramatyki,

Którą pod ławką trzymał tak,

Jak czyni każdy prawie żak.

Wokabuł umiał coś niecoś z pamięci —

Wszakże nie sami garnki lepią święci —

Zresztą łacina wszawa ta

Ni rusz nie chciała iść do łba!

Aż usnął nieraz, gdy jął medytować,

Po licha jemu werba koniugowaćI co za taki los jest psi,Że w kozie siedzi całe dni.

Sam Rektor był to hipochondryk stary,

Co dręczył chłopca pensami bez miary,

A jak kij porwał, tak co tchu

Pełniutką skórę nabił mu.

Przy takiej dzielnej uczenia metodzie,

Toż przy aresztach o chlebie i wodzie,

Jednemu byłby uczeń rad,

Żeby Rektora porwał kat!

Gdy wszakże spóźnia wola przeznaczenia

Najpobożniejsze człowiecze życzenia,

Musiał Hieronim tak i tak

Wyręczać ten pośpiechu brak.

Szły więc rektorskie harcapy, peruki

Wprost, incognito, na strzępy i sztuki,

Tak iż szacowny wielce mąż

Łysiną musiał świecić wciąż.

Jakie zaś w wiedzy wynikały luki,

Kiedy rektorskiej zabrakło peruki,

Nad tym ja tu rozwodzić się

Ani zamyślam, ani chcę.

Lecz z kolegami było rozmaicie:

Dobrze z tym, kto miał jedzenie i picie,

Kto nie fundował, temu wnet

Zmierzył Hieronim paskiem grzbiet.

Oddał mu który, choćby nocna pora,

Leciał na skargę z płaczem do Rektora,

A kiedy winny w skórę brał,

Bił się piętami, w kułak śmiał.

Tak pędząc dni swe czy w domu, czy w szkole,

Nie chudł Hieronim w zbytecznym mozole,

Z Rektora mając smutny wzór,

Że człek w naukach schnie jak wiór.

A iż dwom panom nie należy służyć,

Nad greką przeto nie myślał się nużyć,

Skoro w łacinie dosyć już

Napotkał kolców, choć bez róż.

«Dalekim — mawiał — niech będzie ode mnie,

Żebym tę sieczkę pchał w głowę daremnie,

Bo z typto, typteis — tyle stąd

Przyjdzie mi zysku co psi swąd.»

Więc gdy do tego jeszcze hebrajszczyznę

Uważał sobie prosto za truciznę,

Tęgie poszycie boże miał,

I rósł — czy siedział, czy też stał.

Rozdział ósmy

jako rodzice Hieronima poradzali się rektora i przyjaciół, co z chłopcem dalej czynić.

Tak idąc wielkich swych przeznaczeń śladem,

Lat osiemnastu dobiegł coś z okładem,

A iż Jobs senior szedł już w dół,

O głowy przerósł ojca pół.

Co bacząc, starzy poczęli się radzić,

Jak by kierować chłopca i prowadzić,

Gdyż wielki na to zdał się czas,

By tyle nauk nie szło w las.

Więc gdy dogodna trafiła się pora,

Jobs senior z boku zagadnął Rektora,

Co by o chłopcu myślał i

Przez które na świat pchnąć go drzwi?

Nie chciał mąż zacny, wychudły od postu,

Schlebiać rodzicom, więc rzekł prosto z mostu,

Nie strojąc nawet w uśmiech lic:

«Z chłopca nie będzie nigdy nic!

Próżno nauką by się jaką parał,

Lepiej więc, by się indziej o chleb starał:

Zrobić go radnym lub go dać

Szewiectwa uczyć, albo grać.

Tylem go poznał w szkolnej aplikacji,

Iż twierdzić mogę — dodał — nie bez racji,

Że czy but szyłby, czy by grał,

Świat tak stać będzie, jak i stał.»

Tu łatwo pojąć, iż podobne mowy

Nie szły rodzicom bynajmniej do głowy,

Więc oświadczyli państwo Jobs,

Że Rektor głupi, stary mops!

Wezwano tedy przyjaciół do rady:

Szły w kolej kufle i misy, i zwady,

Ten pro, ten contra, co miał sił,

Krzyczał, w ratuszu jakby był.

Więc jak zwykł czynić na sędziowskiej ławie,

Jobs nowy termin naznaczył w tej sprawie,

W którym rozważać miano ją

Znowu, tak contra, jak i pro.

Rozdział dziewiąty

jak chiromacji i kunsztu świadoma cyganka Urgalinda o radę co i jak czynić z Hieronimem pytana była.

Zaledwie radni owi, z Panem Bogiem,

Poza Jobsowym znaleźli się progiem,

Los zdarzył — mniejsza skąd i gdzie —

Cyganka tędy wlokła się.

Ta ród swój wiodła z starego plemienia,

A Urgalinda było jej z imienia,

Egipt — ojczysty był jej świat,

A matkę na stos powiódł kat.

Cyganka z ręki tak umiała czytać,

Że dość ją było o przyszłość zapytać,

Aby być pewnym, co się ma

Stać za lat tysiąc albo dwa.

Niejednej z dziewcząt już przepowiedziała,

Że za mąż pójdzie lub tak coś bez mała,

A czy to będzie Franz, czy Fryc,

Wróżyła jakby nigdy nic.

Toż synowcowi, co czekał na spadek,

Ciężki ze stryjem wróżyła przypadek

Albo chorobę, albo śmierć

I schedę całą, pół lub ćwierć.

Gdy ją o wróżbę pytał mąż, znudzony

Nazbyt już długą wiecznością swej żony,

Z ręki widziała radość tuż,

Jak gdyby wdowcem został już.

Gdy bawidamek szukał u niej rady,

Olejków dusząc wonią i pomady,

Zaraz wróżyła, że na lep

Złapie się wdówka, co ma chleb.

Więc jako pieśni co najsłodsza zwrotka,

Mowa jej ludziom taka była słodka,

A tak umiała skręcić ją,

Że czy w tą stronę, czy też w tą.

Wróżby jej różne były wedle pory:

Żołnierzom kulka, a pannom amory,

Golcowi zasię złota w bród,

Dewotkom — jasność rajskich wrót.

Z tak wielkim kunsztem i inne posiadła:

Przy wróżbach zawsze coś niecoś ukradła,

Pędząc, jak mogła, żywot cny

W czas czy to dobry, czy też zły.

Więc czy jej wieszczyć wypadło czy zwędzić,

W róg kozi mogła bez chyby zapędzić

Sybille one, które świat

Ufnością darzył z dawnych lat.

Gdy wpadła dziewka z nowiną do sieni,

Odbiegłszy ognia, rożna i pieczeni,

Wyszła Jobsowa aż przed próg,

Mówiąc: «Sam cię tu przywiódł Bóg!

Choć ty nam musisz coś poradzić przecie,

Jak pokierować syna mamy w świecie,

A i to także, jak by tu

Przychylne losy skłonić mu?»

Cna Urgalinda znała już gagatka;

Kiedy więc mowę swą skończyła matka,

«Stanie się — rzecze — co ma stać.

Niech panicz przyjdzie rękę dać!»

Wołają. Przyszedł nie zmieszany wcale,

Rad, że się przyjrzy ciekawej kabale,

Co wskazać miała jego los,

A ręką przedtem utarł nos.

Tutaj! Cyganka zmierzyła oczyma

Tajemne linie dłoni Hieronima

I opatrzyła każdy znak,

Mamrocząc przy tym tak i siak.

A kiedy w ciszy upłynęła chwila,

Jako delficka czyniła Sybilla,

Chiromantyczny robiąc gest:

«Oto — wyrzekła — wróżba jest!

Stoi nasz panicz przed wielką podróżą,

W której mieć będzie wesołości dużo,

A gdy się wróci, to mu los

Zgotuje — cudny jego głos!

Na rozkoszników puści głos ten strachy,

Porwą się przed nim w cudzych łożach gachy,

A gdy się ozwie, to go wnet

Usłyszy całe miasto het!

Tak strzegąc pilnie przed jakowąś szkodą

Wszelaką duszę, czy starą, czy młodą,

Będzie miał urząd panicz ten,

Żeby ospalcom psuć ich sen.

Cokolwiek powie w uroczystej ciszy,

Mały i duży, każdy go usłyszy,

A gdy zawoła — żaden mu

Słowa nie rzecze z swego snu.

Nie wolno mi jest więcej dziś wyjawić.

I tak mnie panicz będzie błogosławić,

Bo mu się spełni wróżba ta,

Jako jest cztery dwa a dwa!»

Skończyła. Stoją wszyscy zachwyceni

(Senator przyszedł za żoną do sieni,

I sługa, gniotąc w ręku klops,

I nasz bohater, młody Jobs).

Któż bowiem mógł mieć aż tak ciasną głowę,

By wątpić, co zacz kryją słowa owe?

Wszak nie co, tylko wróżba ta

Proboszcza urząd znaczyć ma!

Ledwo że toboł dźwignęła Cyganka:

Tyle Jobsowa podała jej z ganka

Grochu, słoniny, chleba, jaj,

Że tylko siadaj, smaż, a kraj!

Tu więc wspomniawszy sobie o Rektorze,

Tak umyślili państwo Jobs w ferworze,

Iż teologiem mu na złość

Hieronim musi być, i dość!

Zaraz też w przyszłym żałosnym rozdziale

Musi Hieronim dać rodzicom vale,

Do Akademii jadąc tak,

Jak już raz jechał jako żak.

Rozdział dziesiąty

jak się Hieronim z rodzicami i rodzeństwem rozstawał i jak na akademię jechał.

Zanim Hieronim z domu w drogę ruszył,

Jobs senior z matką dość głowy nasuszył,

Iżby dość groszy, ksiąg i szat

Miał teologus, jadąc w świat.

Gdy wszystko było gotowe do drogi

I rodzicielskie syn żegnać miał progi,

Ciężko się było rozstać im,

Więc szlochał biedny Hieronim.

Ale senator, stary Jobs nasz dobry,

Tak płakał rzewnie, jak to czynią bobry,

I w długi uścisk wziąwszy go,

W milczeniu prószył z oczu łzą.

Gdy wreszcie, łkając, zdobył się na słowo,

Taką go żegnał rodzicielską mową:

«Niechaj cię, synu, wiedzie Bóg

I niech cię wróci w ojców próg!

Gdyby zaś — czego nie daj, wielki Boże! —

Braknąć ci miało grosza w jakiej porze,

Śmiało, mój synu, napisz mi,

A ja, co mogę, przyślę ci!»

Zadrżało na to serce Hieronima,

Zaczął więc mrugać na nowo oczyma,

Przy czym upewnił, że raz wraz

Pisywać będzie w każdy czas.

Lecz gorzej było, kiedy biedna matka,

Rozstanie z synem zwłócząc do ostatka,

I nie chcąc go w świat puścić precz

Od serca, gdzie tkwił bólu miecz,

Aż na bok z płaczem wziąwszy Hieronima

I patrząc pilnie, czy gdzie kogo nie ma,

Węzełek dała mu do rąk —

Grosz uciułany z kur i z mąk.

Gdy na rodzeństwo przyszła kolej wreszcie,

Wszczął się wrzask taki, jak na pożar w mieście,

I nie ustały krzyki wprzód,

Aż znikł Hieronim z przede wrót.

W żalu rodzicom przeszło tak dni wiele,

Ustało w domu Jobsowym wesele,

Zbrzydził senator sobie świat,

Sen, fajkę, nawet «Morgenblatt».

Lecz głębiej jeszcze cierpi matka w duszy

I płacze stojąc albo gdzie się ruszy,

Tylko rodzeństwu, ile wiem,

Nie grozi rozpacz niczym złem.

Rozdział jedenasty

jak Hieronim konno do stacji pocztowej przybył i jak się w zajeździe z znacznym jednym podróżnym poznał, który się niźnik zwał, a który zbawienne nauki Hieronimowi dawszy, sam się być hultajem pokazał.

Tak więc Hieronim jechał w świat szeroki,

Pachołek za nim i pękate troki,

By z najbliższego grodku tuż

Pocztowym wozem ruszyć już.

A choć tak gorzko płakał przy rozstaniu,

Jął pogwizdywać przy pierwszym stajaniu

I myśl wesoła przyszła wnet,

Gdy wspomniał Uniwersytet.

Miał bowiem odtąd jako student wolny

Do diabła cisnąć cały mozoł szkolny,

A kij rektorski tyleż go

Obchodził teraz, co to źdźbło!

A cóż dopiero, gdy wspomniał talary,

Które na drogę dał mu jego stary!

Tych, choć nie liczył, wiedział to,

Że więcej będzie, niźli sto.

Tu nagle sięgnął po węzełek matki

W zanadrze: ten był uwiązany w szmatki,

W czarną i białą, tudzież w pstrą,

A wiele sznurków strzegło go.

Co kiedy wszystko rozwinął do treści,

Znalazł tam różnych monet coś trzydzieści,

Złoto i srebro, nawet miedź,

Którą starości kryła śniedź.

Tak to matczysko ciułało po trosze

Na złą godzinę jaką owe grosze,

Chowając skrzętnie z dawnych lat

Co rzadszy pieniądz do tych szmat.

Z radości tedy ująwszy się w boki,

Rozkazał panicz rozwiązywać troki,

Chociaż do syta w domu jadł,

Zanim na konia w drogę siadł.

A iż to w drodze na nudy podróży

Pieczeń soczysta przednio zawsze służy,

Więc do miasteczka zleciał czas,

Jak gdyby właśnie z bicza trzasł.

Już przed zajazdem stuknął wóz pocztowy,

Do drogi prawie tak jakby gotowy,

Tylko mu jeszcze jedną oś

I dyszel wprawią czy tam coś.

Hieronim, z jazdy kontent nadzwyczajnie,

Podjezdka swego dał prowadzić w stajnie,

Po czym strawnego groszy sześć

Dał pachołkowi, by mógł jeść.

Wszakże przy całym przybycia zapale

O swym posiłku nie zapomniał wcale;

Siadł i w godzinę czy też dwie

Prawie że całkiem najadł się.

A był w oberży, której opis skrócę,

Zacny podróżny, pan w wielkiej peruce,

Imć baron Niżnik imię mu,

Z dalekich krajów przybył tu.

Ten gdy młodzieńca z pachołkiem obaczył,

Wnet: kto i skąd był, zapytać go raczył,

Na co Hieronim tak i tak:

«Studiosus jestem, choć nie żak!

Do usług Waszej Wielmożności, jadę

Na Akademię, ad parnassum grade,

Gdzie Teologii w noc i w dzień

Uczyć się będę, bom nie leń!»

«Hm!... Waszmość tedy parasz się nauką! —

Rzekł grzecznie na to owy pan z peruką —

Szczęścia więc życzę. Tylko bacz,

Byś w szkodę nie wpadł, jak ów zacz...

Hm!... Akademia!... Znam wysokie szkoły,

Wiem, jako żywot bywa tam wesoły,

Jak tam łotrzyki różne się

Obławiać zwykły, ciągnąc w grę.

Wielu już, wierzaj Waszmość Pan, studentów

Wpadło tam w matnię kosterskich wykrętów,

Czas drogocenny, jak na żart,

W winiarni trwoniąc lub u kart.

Ja sam z lat młodych doznałem, niestety,

Co to są damy, asy i walety!

A więc się Waszmość frantów strzeż,

I słowa moje w serce bierz!»

Na co Hieronim: «Najłaskawszy Panie,

Zachowam zawsze w pamięci twe zdanie

I twoich mądrych nauk treść

Przez życie w sercu będę nieść.

Muszę też wyznać Waszej Wielmożności,

Żem takoż grywał i w karty, i w kości,

Lecz iżem stawiał tak jak nic,

Żaden mnie dotąd nie zgrał fryc

«Grę niską — na to pan w wielkiej peruce —

Chwalę. Sam nieraz nawet karty rzucę,

Nic bo nie traci, kto tak gra,

Chociaż mu karta padnie zła.

My dwaj — na przykład — z tak piękną zasadą

Spróbować możem, nim konie zajadą

I nim wsiadania przyjdzie czas,

Komu fortuna służy z nas.»

Wnet nasz Hieronim podobał naukę

Zacnego pana i wielką perukę:

Cóż szkodzi pulka albo dwie,

Gdy czas w zajeździe dłuży się?

Tu, jakby cudem, zjawiły się karty,

Stół uprzątnięty został i wytarty,

A sam gospodarz wyniósł się,

By nie przeszkadzać gościom w grze.

Niskie z początku poszły na stół stawki.

Ale Hieronim zerwał się wnet z ławki

I w pierwszą pulę, gdy mu szła,

Rzucił talara czy też dwa.

Zaledwie przecież stawił grubszą sztukę,

Wnet się ku panu, który miał perukę,

Fortuny taki zwrócił los,

Że ciągle pęczniał jego trzos.

Tak kiedy poszły szyldburskie talary

(A sto ich było i dziesięć, do pary),

Po dar matczyny sięgnął ów,

By się odegrać jakoś znów.

Fortuna wszakże, brzydząc się przynuką,

Najwierniej panu służyła z peruką

I zanim się skończyła gra,

Spuścił węzełek aż do dna.

Tak mniej niżeli w trzy zdrowaśki z szmatki

Los wypatroszył «pożegnalne» matki,

Złoto i srebro, nawet miedź,

Pan ów w peruce zgarnął w sieć.

Być może, że się jeszcze kiedy wrócę

Do opowieści o panu w peruce,

Co umiał karty znaczyć tak,

Że każda stawka szła mu w sak.

Ale że teraz czasu było mało,

Więc co tam jeszcze w trokach się zostało,

Dobył Hieronim. Z drżących rąk

Lecą tobołki sukien, ksiąg...

I te już stawiać chciał sztuka po sztuce,

Gdy z wielkim żalem dla pana w peruce

Z trąbki pocztylion dobył głos —

I tak ocalił resztę los.

Siadł w wóz Hieronim, związawszy swe juki,

Klnąc w duszy pana i wielkie peruki.

I tak rozstali obaj się,

W przeciwne strony dążąc dwie.

Rozdział dwunasty

jak Hieronim wozem pocztowym jechał, jak w nim pannę potkawszy miłość ku niej powziął i jak mu panna ta zegarek ukradła.

To, co się dalej działo w dyliżansie

Po tej najpierwszej niefortunnej szansie,

Powiem tu naprzód albo wspak,

Rzecz się nie zmieni, tak czy tak.

Biedny Hieronim, dotknięty nauką,

Jaką mu pan dał ów z wielką peruką,

Teraz dopiero poznał, że

Łotr to był, co przyczaił się.

Matczyny datek dolegał mu zwłaszcza,

A więc się połą zawinął od płaszcza

I mrucząc: «Niech to porwie bies!» —

Otarł nim kilka rzewnych łez.

Po czym w sen zapadł czy też zadumanie,

Kiedy go w nogę całkiem niespodzianie

Panna trąciła, która tam

Była, choć myślał, że jest sam.

Lat jej dwadzieścia zdradzała uroda,

Ani za stara była, ni za młoda,

A oczy, włosy, nos i wzrost

Do zachwycenia miała wprost.

Przy czym w jej całej nadobnej postawie

Prócz wesołości nie było nic prawie,

Śmiech i swoboda od niej tuż

Wiały, jak gdyby zapach róż.

Gdy się więc panna do niego rozśmiała,

Melancholija pierzchnęła precz cała,

Siadł blisko przy niej, aż mu wnet

Ciarki gorące przeszły grzbiet.

Tak kiedy poznał, że tę pannę kocha,

Przepadł gdzieś rozum ten, co go miał trocha,

I poczuł w głowie zamęt tak,

Jakby mu klepki szły na wspak.

Nie przeszło nawet ani pół godziny,

Już jej formalne złożył oświadczyny,

Wyznając, iż tak kocha ją,

Jak się w romansach zdarza to.

Nie była panna, ku uciesze jego,

Ani zbyt sroga, ani zbyt od tego,

Tak więc Hieronim pomknął się

O piędź coś bliżej czy o dwie.

Nie wiem, czy dalej zaszły jakie sprawy,

Których czytelnik pewno jest ciekawy,

Dość, że im milej zeszedł czas,

Niźli każdemu schodzi z nas.

Tak kiedy wreszcie do stacji przybyli,Żegnać go panna zaczęła w tej chwili,

Lecz co się dalej stało z nią,

Później wiadomym będzie to.

Ale gdy trawiąc słodkie przypomnienie

Zajrzał Hieronim znienacka w kieszenie,

Aby zobaczyć, co za czas —

Z panną zegarek zniknął wraz!

Mało ten żarcik przypadł mu do smaku.

Szukał w kieszeniach — ani po nim znaku!

Więc się domyślił, że nie co,

Tylko okradła panna go.

I cóż miał, proszę, czytelniku, czynić?

Gdzie kogo szukać miał i kogo winić?

Więc postanowił — rychło w czas! —

Być ostrożniejszym drugi raz.

Umyślił także zaraz, gdy przybędzie,

Liścik do ojca wysłać w pierwszym rzędzie,

O nowe grosze prosząc w nim

Jako syn wierny, Hieronim.

W tych to zamysłach tudzież w innych wielu

Dobił się wreszcie bohater do celu

I ujrzał miejskiej bramy wał,

Gdzie teologiem zostać miał.

Rozdział trzynasty

jak Hieronim na akademii teologię studiował pilnie.

Zaledwie przybył Hieronim do grodu,

Wnet się nauki chwyciwszy jak miodu,

Wziął matrykułę i już w skok

Był — stante pede — teolog.

Wiadomo, że na Uniwersytecie

W niemieckich miastach tudzież w całym świecie

Pośród studentów bywa, że

Niejeden głupi trafi się.

Tak i w tym grodzie podobnie się działo.

Studentów było z stron różnych niemało,

Więc też i głupich tęga maść

Zginąć nie mogła ani paść.

In primo byli tam teologowie,Item medycy i filozofowie,

Toż i juryści obu prawZasiedli długie rzędy ław.

Większość ich przecież, zamiast studia owe,

Co insze wcale kładła pilnie w głowę,

A iżby ciężar w miarę mieć,

Puszczała złoto, srebro, miedź.

W lot nasz Hieronim tryb ten wyrozumiał,

Najgłośniej krzyczał i najtężej szumiał,

A tak hulanki pierwsze zniósł,

Jakby na bursza z pieluch rósł.

Nie gorzej niźli akademik każdy

Żył on in floribus dzień po dniu zawżdy,

A kiedy przyszła miła noc,

Najtęższej flaszy zdzierżył moc.

Wino a fajka, to mu było życie!

Głos też wyrobił sobie znakomicie

I ryczał basem niby tur:Gaudeamus igitur.

Więc, choć nowicjusz, prędko nabrał sławy

Jako i wierny studiosus, i prawy,

A gdy się trafił milczek, nur,

Wnet mu stawiano go za wzór.

Znali tam zwłaszcza fantazję panicza

I stróż, i pedel sowiego oblicza,

I filistrowie, których też

Kochał Hieronim, jak psa jeż.

Kiedy pereat wrzasnąć przyszło komu,

Krzyczał, aż drżały wszystkie szyby w domu,

A stąd rósł honor coraz mu,

Jak rośnie w lesie grzyb po dżdżu.

Latem na koniu jeździł za rogatki,

A zimą w łyżwach na lód leciał gładki,

Wszelkiej uciechy biorąc kwiat,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.