drukowana A5
20
Konrad Wallenrod

Bezpłatny fragment - Konrad Wallenrod


Objętość:
87 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0538-5

Dovete adunque sapere come sono due generazioni da combattere… bisogna essere volpe e leone.

Machiavelli

Bonawenturze i Joannie Zaleskim na pamiątkę lata tysiąc ośmset dwudziestego siódmego poświęca Autor.

Wstęp

Sto lat mijało, jak zakon krzyżowy

We krwi pogaństwa północnego brodził;

Już Prusak szyję uchylił w okowy

Lub ziemię oddał, a z duszą uchodził;

Niemiec za zbiegiem rozpuścił gonitwy,

Więził, mordował, aż do granic Litwy.

Niemen rozdziela Litwinów od wrogów:

Po jednej stronie błyszczą świątyń szczyty

I szumią lasy, pomieszkania bogów;

Po drugiej stronie, na pagórku wbity

Krzyż, godło Niemców, czoło kryje w niebie,

Groźne ku Litwie wyciąga ramiona,

Jak gdyby wszystkie ziemie Palemona

Chciał z góry objąć i garnąć pod siebie.

Z tej strony tłumy litewskiej młodzieży,

W kołpakach rysich, w niedźwiedziej odzieży,

Z łukiem na plecach, z dłonią pełną grotów,

Snują się, śledząc niemieckich obrotów.

Po drugiej stronie, w szyszaku i zbroi,

Niemiec na koniu nieruchomy stoi;

Oczy utkwiwszy w nieprzyjaciół szaniec,

Nabija strzelbę i liczy różaniec.

I ci, i owi pilnują przeprawy.

Tak Niemen, dawniej sławny z gościnności,

Łączący bratnich narodów dzierżawy,

Już teraz dla nich był progiem wieczności;

I nikt, bez straty życia lub swobody,

Nie mógł przestąpić zakazanej wody.

Tylko gałązka litewskiego chmielu,

Wdziękami pruskiej topoli nęcona,

Pnąc się po wierzbach i po wodnym zielu,

Śmiałe, jak dawniej, wyciąga ramiona

I rzekę kraśnym przeskakując wiankiem,

Na obcym brzegu łączy się z kochankiem.

Tylko słowiki kowieńskiej dąbrowy,

Z bracią swoimi zapuszczańskiej góry,

Wiodą, jak dawniej, litewskie rozmowy,

Lub, swobodnymi wymknąwszy się pióry,

Latają w gości na spólne ostrowy.

A ludzie? — ludzi rozdzieliły boje!

Dawna Prusaków i Litwy zażyłość

Poszła w niepamięć: tylko czasem miłość

I ludzi zbliża… Znałem ludzi dwoje.

O Niemnie! Wkrótce runą do twych brodów

Śmierć i pożogę niosące szeregi;

I twoje dotąd szanowane brzegi

Topor z zielonych ogołoci wianków,

Huk dział wystraszy słowiki z ogrodów;

Co przyrodzenia związał łańcuch złoty,

Wszystko rozerwie nienawiść narodów;

Wszystko rozerwie… Lecz serca kochanków

Złączą się znowu w pieśniach wajdeloty.

I
Obiór

Z Maryjenburskiej wieży zadzwoniono,

Działa zagrzmiały, w bębny uderzono:

Dzień uroczysty w Krzyżowym Zakonie.

Zewsząd komtury do stolicy śpieszą.

Kędy zebrani w kapituły gronie,

Wezwawszy Ducha Świętego uradzą,

Na czyich piersiach wielki krzyż zawieszą

I w czyje ręce wielki miecz oddadzą.

Na radach spłynął dzień jeden i drugi,

Bo wielu mężów staje do zawodu;

A wszyscy równie wysokiego rodu,

I wszystkich równe w Zakonie zasługi;

Dotąd powszechna między bracią zgoda

Nad wszystkich wyżej stawi Wallenroda.

On cudzoziemiec, w Prusach nieznajomy,

Sławą napełnił zagraniczne domy:

Czy Maurów ścigał na kastylskich górach,

Czy Ottomana przez morskie odmęty,

W bitwach na czele, pierwszy był na murach,

Pierwszy zahaczał pohańców okręty;

I na turniejach, skoro wstąpił w szranki,

Jeżeli raczył przyłbicę odsłonić,

Nikt się nie ważył na ostre z nim gonić,

Pierwsze mu zgodnie ustępując wianki.

Nie tylko między krzyżowymi roty

Wsławił orężem młodociane lata,

Zdobią go wielkie chrześcijańskie cnoty:

Ubóstwo, skromność i pogarda świata.

Konrad nie słynął w przydwornym nacisku

Gładkością mowy, składnością ukłonów;

Ani swej broni dla podłego zysku

Nie przedał w służbę niezgodnych baronów.

Klasztornym murom wiek poświęcił młody;

Wzgardził oklaski i górne urzędy;

Nawet zacniejsze i słodsze nagrody,

Minstrelów hymny i piękności względy

Nie przemawiały do zimnego ducha.

Wallenrod pochwał obojętnie słucha,

Na kraśne lica pogląda z daleka,

Od czarującej rozmowy ucieka.

Czy był nieczułym, dumnym z przyrodzenia,

Czy stał się z wiekiem — bo choć jeszcze młody,

Już włos miał siwy i zwiędłe jagody,

Napiętnowane starością cierpienia —

Trudno odgadnąć. Zdarzały się chwile,

W których zabawy młodzieży podzielał,

Nawet niewieścich gwarów słuchał mile,

Na żarty dworzan żartami odstrzelał

I sypał damom grzecznych słówek krocie,

Z zimnym uśmiechem, jak dzieciom łakocie:

Były to rzadkie chwile zapomnienia…

I wkrótce lada słówko obojętne,

Które dla drugich nie miało znaczenia,

W nim obudzało wzruszenia namiętne;

Słowa: ojczyzna, powinność, kochanka,

O krucyjatach i o Litwie wzmianka,

Nagle wesołość Wallenroda truły;

Słysząc je, znowu odwracał oblicze,

Znowu na wszystko stawał się nieczuły

I pogrążał się w dumy tajemnicze.

Może, wspomniawszy świętość powołania,

Sam sobie ziemskich słodyczy zabrania.

Jedne znał tylko przyjaźni słodycze,

Jednego tylko wybrał przyjaciela,

Świętego cnotą i pobożnym stanem:

Był to mnich siwy, zwano go Halbanem.

On Wallenroda samotność podziela;

On był i duszy jego spowiednikiem,

On był i serca jego powiernikiem.

Szczęśliwa przyjaźń! Świętym jest na ziemi,

Kto umiał przyjaźń zabrać ze świętemi.

Tak naczelnicy zakonnej obrady

Rozpamiętują Konrada przymioty.

Ale miał wadę — bo któż jest bez wady?

Konrad światowej nie lubił pustoty,

Konrad pijanej nie dzielił biesiady.

Wszakże, zamknięty w samotnym pokoju,

Gdy go dręczyły nudy lub zgryzoty,

Szukał pociechy w gorącym napoju;

I wtenczas zdał się wdziewać postać nową,

Wtenczas twarz jego, bladą i surową,

Jakiś rumieniec chorowity krasił:

I wielkie, niegdyś błękitne źrenice,

Które czas nieco skaził i przygasił,

Ciskały dawnych ogniów błyskawice.

Z piersi żałosne westchnienie ucieka

I łzą perłową nabrzmiewa powieka,

Dłoń lutni szuka, usta pieśni leją,

Pieśni nucone cudzoziemską mową,

Lecz je słuchaczów serca rozumieją:

Dosyć usłyszeć muzykę grobową,

Dosyć uważać na śpiewaka postać.

W licach pamięci widać natężenie,

Brwi podniesione, pochyłe wejrzenie

Chcące z głębiny ziemnej coś wydostać:

Jakiż być może pieśni jego wątek?

Zapewne myślą w obłędnych pogoniach,

Ściga swą młodość na przeszłości toniach…

Gdzież dusza jego? — W krainie pamiątek.

Lecz nigdy ręka, w muzycznym zapędzie,

Z lutni weselszych tonów nie dobędzie;

I lica jego niewinnych uśmiechów

Zdają się lękać, jak śmiertelnych grzechów.

Wszystkie uderza struny po kolei,

Prócz jednej struny — prócz struny wesela.

Wszystkie uczucia słuchacz z nim podziela,

Oprócz jednego uczucia — nadziei.

Nieraz go bracia zeszli niespodzianie

I nadzwyczajnej dziwili się zmianie:

Konrad, zbudzony, zżymał się i gniewał,

Porzucał lutnię i pieśni nie śpiewał;

Wymawiał głośno bezbożne wyrazy,

Coś Halbanowi szeptał po kryjomu,

Krzyczał na wojska, wydawał rozkazy,

Straszliwie groził, nie wiadomo komu.

Trwożą się bracia… Stary Halban siada

I wzrok zatapia w oblicze Konrada,

Wzrok przenikliwy, chłodny i surowy,

Pełen jakowejś tajemnej wymowy.

Czy coś wspomina, czyli coś doradza,

Czy trwogę w sercu Wallenroda budzi:

Zaraz mu chmurne czoło wypogadza,

Oczy przygaszą i oblicze studzi.

Tak na igrzysku, kiedy lwów dozorca,

Sprosiwszy pany, damy, i rycerze,

Rozłamie kratę żelaznego dworca,

Da hasło trąbą: wtem królewskie zwierzę

Grzmi z głębi piersi, strach na widzów pada;

Jeden dozorca kroku nie poruszy,

Spokojnie ręce na piersiach zakłada,

I lwa potężnie uderzy — oczyma;

Tym nieśmiertelnej talizmanem duszy

Moc bezrozumną na uwięzi trzyma.

II

Z Maryjenburskiej wieży zadzwoniono.

Z obradnej sali idą do kaplicy:

Najpierwszy komtur, wielcy urzędnicy,

Kapłani, bracia i rycerzy grono.

Nieszpornych modłów kapituła słucha

I śpiewa hymny do Świętego Ducha.

Hymn

     Duchu, Światło Boże!

      Gołąbko Syjonu!

   Dziś chrześcijański świat, ziemne podnoże

     Twojego tronu,

     Widomą oświeć postacią

I roztocz skrzydła nad syjońską bracią.

   Spod twych skrzydeł niech wystrzeli

    Słonecznymi promień blaski,

   I kto najświętszej godniejszy łaski,

Temu niech złotym wieńcem skronie rozweseli;

A padniem na twarz syny człowieka,

Temu, nad kim spoczywa twych skrzydeł opieka.

     Synu Zbawicielu!

    Skinieniem wszechmocnej ręki

      Naznacz, kto z wielu

      Najgodniejszy słynąć

    Świętym znakiem twojej męki,

Piotra mieczem hetmanić żołnierstwu twej wiary

   I przed oczyma pogaństwa rozwinąć

Królestwa twego sztandary;

A syn ziemi niech czoło i serce uniża

Przed tym, na czyich piersiach błyśnie gwiazda krzyża.

Po modłach wyszli. Arcykomtur zlecił,

Spocząwszy nieco, powracać do choru

I znowu błagać, aby Bóg oświecił

Kapłanów, braci i mężów obioru.

Wyszli nocnymi orzeźwić się chłody:

Jedni zasiedli zamkowy krużganek,

Drudzy przechodzą gaje i ogrody.

Noc była cicha, majowej pogody;

Z dala niepewny wyglądał poranek;

Księżyc, obiegłszy błonie szafirowe,

Z odmiennym licem, z różnym blaskiem w oku,

Drzemiąc to w ciemnym, to w srebrnym obłoku,

Zniżał swą cichą i samotną głowę;

Jak dumający w pustyni kochanek,

Obiegłszy myślą całe życia koło,

Wszystkie nadzieje, słodycze, cierpienia,

To łzy wylewa, to spojrzy wesoło,

Wreszcie ku piersiom zmordowane czoło

Skłania — i wpada w letarg zamyślenia.

Przechadzką inni bawią się rycerze.

Lecz arcykomtur chwil darmo nie traci:

Zaraz Halbana i celniejszych braci

Wzywa do siebie i na stronę bierze,

Aby z daleka od ciekawej rzeszy

Zasięgnąć rady, udzielić przestrogi.

Wychodzi z zamku, na równinę spieszy.

Tak rozmawiając, nie pilnując drogi,

Błądzili kilka godzin w okolicy,

Blisko spokojnych jeziora wybrzeży.

Już ranek: pora wracać do stolicy;

Stają… głos jakiś… skąd… z narożnej wieży:

Słuchają pilnie — to głos pustelnicy.

W tej wieży dawno, przed laty dziesięciu,

Jakaś nieznana pobożna niewiasta,

Z dala przybywszy do Maryi miasta —

Czy ją natchnęło niebo w przedsięwzięciu,

Czy skażonego sumienia wyrzuty

Pragnąc ukoić balsamem pokuty —

Pustelniczego szukała ukrycia

I tu znalazła grobowiec za życia.

Długo nie chcieli zezwalać kapłani,

Wreszcie, stałością prośby przełamani,

Dali jej w wieży samotne schronienie.

Ledwie stanęła za święconym progiem,

Na próg zwalono cegły i kamienie:

Została sama z myślami i Bogiem;

I bramę, co ją od żyjących dzieli,

Chyba w dzień sądny odemkną anieli.

U góry małe okienko i krata,

Kędy pobożny lud słał pożywienie,

A niebo wietrzyk i dzienne promienie.

Biedna grzesznico! Czyż nienawiść świata

Do tyla umysł skołatała młody,

Że się obawiasz słońca i pogody?

Zaledwie w swoim zamknęła się grobie,

Nikt jej nie widział przy okienku wieży

Przyjmować w usta wiatru oddech świeży,

Oglądać niebo w pogodnej ozdobie

I miłe kwiaty na ziemnym obszarze,

I stokroć milsze swoich bliźnich twarze.

Wiedziano tylko, że jest dotąd w życiu:

Bo nieraz jeszcze świętego pielgrzyma,

Gdy nocą przy jej błąka się ukryciu,

Jakiś dźwięk miły na chwilę zatrzyma;

Dźwięk to zapewne pobożnej piosenki.

I z pruskich wiosek, gdy zebrane dzieci

Igrają w wieczór u bliskiej dąbrowy,

Natenczas z okna coś białego świeci,

Jak gdyby promyk wschodzącej jutrzenki:

Czy to jej włosa pukiel bursztynowy,

Czyli to połysk drobnej śnieżnej ręki,

Błogosławiącej niewiniątek głowy…

Komtur, tamtędy obróciwszy kroki,

Słyszy, gdy wieżę narożną pomijał:

«Tyś Konrad!… Przebóg, spełnione wyroki!

Ty masz być mistrzem, abyś ich zabijał!…

Czyż nie poznają?… Ukrywasz daremnie…

Chociażbyś jak wąż inne przybrał ciało:

Jeszcze by w twojej duszy pozostało

Wiele dawnego — wszak zostało we mnie!

Chociażbyś wrócił po twoim pogrzebie,

Jeszcze Krzyżacy poznaliby ciebie…»

Słucha rycerstwo: to głos pustelnicy!

Spojrzą na kratę: zda się pochylona,

Zda się ku ziemi wyciągać ramiona —

Do kogóż?… Pusto w całej okolicy.

Z daleka tylko jakiś blask uderza,

Na kształt płomyka stalowej przyłbicy,

I cień na ziemi… czy to płaszcz rycerza?

Już znikło… Pewnie złudzenie źrenicy,

Pewnie jutrzenki błysnął wzrok rumiany,

Po ziemi ranne przemknęły tumany.

«Bracia! — rzekł Halban — dziękujmy niebiosom,

Pewnie wyroki niebios nas przywiodły:

Ufajmy wieszczym pustelnicy głosom.

Czy słyszeliście? Wieszczba o Konradzie:

Konrad dzielnego imię Wallenroda!

Stójmy, brat bratu niechaj rękę poda;

Słowo rycerskie: na jutrzejszej radzie,

On mistrzem naszym!…»«Zgoda — krzykną — zgoda!»

I poszli krzycząc. Długo po dolinie

Odgłos tryumfu i radości bije:

«Konrad niech żyje, wielki mistrz niech żyje!

Niech żyje Zakon, niech pogaństwo zginie!»

Halban pozostał mocno zamyślony;

Na wołających okiem wzgardy rzucił,

Spojrzał ku wieży i cichymi tony

Taką piosenkę odchodząc zanucił.

Pieśń

Wilija, naszych strumieni rodzica,

Dno ma złociste i niebieskie lica:

Piękna Litwinka, co jej czerpa wody,

Czystsze ma serce, śliczniejsze jagody.

Wilija w miłej kowieńskiej dolinie,

Śród tulipanów i narcyzów płynie:

U nóg Litwinki kwiat naszych młodzianów,

Od róż kraśniejszy i od tulipanów.

Wilija gardzi doliny kwiatami,

Bo szuka Niemna, swego oblubieńca:

Litwince nudno między Litwinami,

Bo ukochała cudzego młodzieńca.

Niemen w gwałtowne pochwyci ramiona,

Niesie na skały i dzikie przestworza,

Tuli kochankę do zimnego łona,

I giną razem w głębokościach morza…

I ciebie równie przychodzień oddali

Z ojczystych dolin, o Litwinko biedna!

I ty utoniesz w zapomnienia fali,

Ale smutniejsza, ale sama jedna…

Serce i potok ostrzegać daremnie!

Dziewica kocha i Wilija bieży:

Wilija znikła w ukochanym Niemnie,

Dziewica płacze w pustelniczej wieży…

III

Gdy Mistrz praw świętych ucałował księgi,

Skończył modlitwę i wziął od komtura

Miecz i krzyż wielki, znamiona potęgi:

Wzniósł dumne czoło. Chociaż troski chmura

Ciężyła nad nim, wkoło okiem strzelił,

W którym się radość na pół z gniewem żarzy,

I, niewidziany gość na jego twarzy,

Uśmiech przeleciał, słaby i znikomy:

Jak blask, co chmurę poranną rozdzielił,

Zwiastując razem wschód słońca i gromy.

Ten zapał Mistrza, to groźne oblicze

Napełnia serca otuchą, nadzieją:

Widzą przed sobą bitwy i zdobycze,

I hojnie w myśli krew pogańską leją.

Takiemu władcy któż dostoi kroku?

Któż się nie zlęknie jego szabli, wzroku?

Drżyjcie, Litwini! Już się chwila zbliża,

Gdy z murów Wilna błyśnie znamię krzyża.

Nadzieje próżne. Cieką dni, tygodnie,

Upłynął cały długi rok w pokoju,

Litwa zagraża. Wallenrod niegodnie

Ani sam walczy, ani śle do boju;

A gdy się zbudzi i coś działać zacznie,

Stary porządek wywraca opacznie.

Woła, że Zakon z świętych wyszedł karbów,

Że bracia gwałcą przysiężone śluby;

Módlmy się, woła, wyrzeczmy się skarbów,

Szukajmy w cnotach i pokoju chluby.

Narzuca posty, pokuty, ciężary,

Uciech, wygody niewinnej zaprzecza,

Lada grzech ściga najsroższymi kary

Podziemnych lochów, wygnania i miecza.

Tymczasem Litwin, co przed laty z dala

Omijał bramy zakonnej stolicy,

Teraz dokoła wsi co noc podpala

I lud bezbronny chwyta z okolicy;

Pod samym zamkiem dumnie się przechwala,

Że idzie na mszę do mistrza kaplicy…

Pierwszy raz dzieci z rodziców swych progu

Drżały na straszny dźwięk żmudzkiego rogu.

Kiedyż być może czas lepszy do wojny!

Litwa szarpana wewnętrzną niezgodą;

stąd dzielny Rusin, stąd Lach niespokojny,

stąd krymskie chany lud potężny wiodą.

Witołd, zepchnięty od Jagiełły z tronu,

Przyjechał szukać opieki Zakonu,

W nagrodę skarby i ziemie przyrzeka

I wsparcia dotąd nadaremnie czeka.

Szemrają bracia, gromadzi się rada:

Mistrza nie widać. Halban stary bieży;

W zamku, w kaplicy nie znalazł Konrada.

Gdzież on? Zapewne u narożnej wieży.

Śledzili bracia nocne jego kroki;

Wszystkim wiadomo: każdego wieczora,

Gdy ziemię grubsze osłaniają mroki,

On idzie błądzić po brzegach jeziora;

Albo klęczący, przyparty do muru,

Okryty płaszczem, aż do białej zorzy

Świeci z daleka, jak posąg z marmuru,

I przez noc całą senność go nie zmorzy.

Często na cichy odgłos pustelnicy

Wstaje i ciche daje odpowiedzi;

Brzmienia ich z dala ucho nie dośledzi:

Lecz widać z blasku wstrząśnionej przyłbicy,

Rąk niespokojnych, podniesionej głowy,

Że jakieś ważne toczą się rozmowy.

Pieśń z wieży

Któż me westchnienia, kto me łzy policzy?

Czy już tak długie przepłakałam lata,

Czy tyle w piersiach i oczach goryczy,

Że od mych westchnień pordzewiała krata?

Gdzie łza upadnie, w zimny głaz przecieka:

Jak gdyby w serce dobrego człowieka.

Jest wieczny ogień w zamku Swentoroga,

Ten ogień żywią pobożne kapłany;

Jest wieczne źródło na górze Mendoga.

To źródło żywią śniegi i tumany:

Nikt moich westchnień i łez nie podsyca,

A dotąd boli serce i źrenica.

Pieszczoty ojca, matki uściśnienia,

Zamek bogaty, kraina wesoła,

Dni bez tęsknoty, nocy bez marzenia:

Spokojność na kształt cichego anioła,

We dnie i w nocy, na polu i w domie

Strzegła mię z bliska, chociaż niewidomie.

Trzy piękne córki było nas u matki,

A mnie najpierwej żądano w zamęście;

Szczęśliwa młodość, szczęśliwe dostatki;

Któż mi powiedział, że jest inne szczęście?

Piękny młodzieńcze! Na coś mi powiedział

To, o czym w Litwie nikt pierwej nie wiedział?

O Bogu wielkim, o jasnych aniołach,

Kamiennych miastach, kędy wiara święta,

Gdzie lud w bogatych modli się kościołach,

I kędy dziewic słuchają książęta,

Waleczni w boju, jak nasi rycerze,

Czuli w miłości, jak nasi pasterze.

Gdzie człowiek, ziemne złożywszy pokrycie,

Z duszą ulata po rozkosznym niebie…

Ach, ja wierzyłam… bo niebieskie życie

Już przeczuwałam, gdym słuchała ciebie!

Ach, odtąd marzę w dobrych i złych losach,

Tylko o tobie, tylko o niebiosach!

Krzyż na twych piersiach oczy me weselił,

W nim oglądałam przyszłe szczęścia hasło…

Niestety! z krzyża gdy piorun wystrzelił,

Wszystko dokoła ucichło, zagasło!…

Nic nie żałuję, choć gorzkie łzy leję,

Boś wszystko odjął, zostawił nadzieję.

Nadzieję, cichym powtórzyły echem

Brzegi jeziora, doliny i knieje.

Zbudził się Konrad i z dzikim uśmiechem:

«Gdzież jestem — wołał — tu słychać — nadzieje?!…

Na co te pieśni?… Pomnę twoje szczęście:

Trzy piękne córki było was u matki,

Ciebie najpierwej żądano w zamęście…

Biada, o biada wam, nadobne kwiatki!

Straszliwa żmija wkradła się do sadu,

A kędy piersią prześliźnie się błędną,

Usechną trawy i róże uwiędną,

I będą żółte jako piersi gadu!

Uciekaj myślą i dni przypominaj,

Które byś dotąd pędziła wesoło,

Gdyby… Ty milczysz?… Śpiewaj i przeklinaj;

Niechaj łza straszna, co głazy przecieka,

Nie ginie darmo; zdejmę szyszak z głowy,

Tu niechaj spadnie, niech mi pali czoło;

Tu niechaj spadnie, jam cierpieć gotowy:

Chcę znać zawczasu, co mię w piekle czeka».

Głos z wieży

«Daruj, mój miły, daruj mi, jam winna.

Przyszedłeś późno, tęskno było czekać,

I mimowolnie jakaś pieśń dziecinna…

Precz mi z tą pieśnią!… Miałaż bym narzekać?

Z tobą, mój luby, z tobąśmy przeżyli

Znikomą chwilę: lecz tej jednej chwili

Nie będę mieniać z całą ziemian zgrają

Na ciche życie przepędzone w nudzie!

Ty sam mówiłeś, że zwyczajni ludzie

Są jako konchy, co się w bagnie tają:

Ledwie raz na rok, falą niepogody

Wypchnięte, z mętnej pokażą się wody,

Otworzą usta, raz westchną ku niebu

I znowu wrócą do swego pogrzebu.

Nie, jam na takie szczęście nie stworzona!

Jeszcze w ojczyźnie ciche pędząc życie,

Nieraz w pośrodku towarzyszek grona

Za czymś tęskniłam i wzdychałam skrycie,

I czułam serca niespokojne bicie.

Nieraz z poziomej uciekałam łąki,

I na najwyższym stanąwszy pagórku,

Myśliłam sobie: gdyby te skowronki

Ze skrzydeł swoich dały mi po piórku,

Poszłabym z nimi i tylko z tej góry

Chciałabym jeden mały kwiat uszczyknąć,

Kwiat niezabudki, a potem za chmury

Lecieć wysoko! wysoko! i — zniknąć…

Tyś mię wysłuchał! Ty, skrzydły orlemi,

Monarcho ptaków, wzniosłeś mię do siebie!..

Teraz, skowronki, o nic was nie proszę:

Bo gdzież ma lecieć, po jakie rozkosze,

Kto poznał Boga wielkiego na niebie

I kochał męża wielkiego na ziemi?»

Konrad

«Wielkość! i znowu wielkość, mój aniele!

Wielkość dla której jęczymy w niedoli!…

Kilka dni jeszcze, niech serce przeboli,

Kilka dni tylko — już ich tak niewiele…

Stało się! Próżno po czasie żałować;

Płaczmy — lecz niechaj drżą nieprzyjaciele:

Bo Konrad płakał — ażeby mordować.

Po coś tu przyszła, po co, moja droga!

Z klasztornych murów, z świątyni pokoju?

Jam się poświęcił na usługi Boga:

Nie lepiejż było w świętych jego murach

Z dala ode mnie płakać i umierać,

Niż tu, w krainie kłamstwa i rozboju,

W grobowej wieży, w powolnych torturach

Konać i oczy samotne otwierać,

I przez niezłomne tej kraty okucia

Pomocy żebrać… a ja słuchać muszę,

Patrzeć na długą skonania katuszę,

Stojąc z daleka, i kląć moję duszę,

Że w niej są jeszcze ostatki uczucia!…»

Głos z wieży

«Jeśli narzekasz, nie przychodź tu więcej!

Chociażbyś przyszedł, błagał najgoręcej,

Już nie usłyszysz! Już okno zamykam:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.