drukowana A5
23.76
Z przeszłości. Fragmenty dramatyczne

Bezpłatny fragment - Z przeszłości. Fragmenty dramatyczne


Objętość:
121 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0374-9

Hypatia

Hypatia, córka sławnego matematyka Teona, urodziła się w Aleksandrii, przy końcu IV wieku. Obdarzona bystrym i podniosłym umysłem, poświęciwszy się naukom pod kierunkiem ojca swojego, wkrótce przewyższyła go w sławie. Wstąpiwszy do szkoły platońskiej, wykładała słuchaczom wszelkie działy filozofii i matematyki z właściwą sobie poważną swobodą słowa, traktując wielkich mężów godnie i roztropnie. Napisała Kanon astronomiczny i komentarz do Diophanta, jak również do Konika stojcheja Apolloniusza.

Piękna i kształtna, była w życiu sprawiedliwą i niepokalaną. Współobywatele czcili ją dla jej szczególnej skromności — i z podziwem o niej mówili. Wykłady swoje rozpoczynała zwykle od matematyki, a oparłszy się o jedną z jej niezbitych podstaw, zstępowała w pełnej siły i trafności dedukcji do różnych działów wiedzy, objętych wówczas wspólną filozofii nazwą. W liczbie uczniów tej młodej poganki, której audytorium stanowiło wszystko, co było świetnym i wykwintnym w Aleksandrii, znajdowało się nawet wielu chrześcijan; między innymi Synesius z Cyreny, późniejszy biskup Ptolemaidy, który w listach swoich złożył hołd wzniosłemu umysłowi Hypatii.

Tak świetne powodzenie młodej filozofki, która objęła dziedzictwo dwuwiekowej sławy wielkich aleksandryjskich myślicieli, wzbudziło niechęć w duchowieństwie, pożądającym niepodzielnej nad umysłami władzy. Niechęć ta, wzrastając stopniowo, sprowadziła nareszcie tragiczne rozwiązanie, które tak opisuje Wolf w przytoczonym już dziele swoim, Mulierum graecorum fragmenta (Hamburg 1735 r.): „Zdarzyło się raz, iż Cyryl, biskup kościoła chrześcijańskiego, przechodząc około domu Hypatii, ujrzał był wielki tłum, tak koni, jak ludzi, z których jedni zbliżali się, inni oddalali, inni wreszcie pozostawali na miejscu. I kiedy zapytał, co by to był za tłum i z jakiego powodu takie zbiegowisko, odpowiadali mu przechodnie, że to tak odwiedzają Hypatię filozofkę i że to jest jej dom. O czym dowiedziawszy się Cyryl, powziął taka zawiść, że poprzysiągł jej śmierć — i to śmierć najhaniebniejszą. Gdy tedy Hypatia, według zwyczaju, wydalała się z domu, wielu namiętnych, wyzutych z bojaźni bożej ludzi, prowadzonych przez Piotra lektora, zmówiwszy się, ściągnęli ją z woza w pobliżu kościoła, zwanego Cesareum, a obnażywszy z szat, okrutnie zabili, rozszarpane jej ciało kawałkami rozrzucając po mieście. Stało się to w czwartym roku biskupstwa Cyryla, za konsulów Honoriusza dziesiątego i Teodozjusza szóstego, w miesiącu marcu, podczas wielkiego postu”.

I

Pobrzeże morskie; na prawo widać biały portyk domu Hypatii; na lewo przystań i rozpaloną latarnię Faros. Burza. Noc. Rzecz dzieje się w Aleksandrii w r. 415.

PIOTR LEKTOR

Z burzą mi spadasz! Myślałbym, żeś przebył

Przestrzeń, dzielącą cię od Aleksandrii,

Na chmurze jako na czarnym rumaku...

Żeś go popędzał wichrem jako biczem...

I żeś błyskawic ostrogi złociste

W obadwa boki wbijał mu zdyszane...

Cały gościniec od Nitrii aż tutaj

Grzmiał pod kopytem twojego rumaka...

A nawałnica, rwąc cedry i palmy,

Długim ich włosem zmiatała twą drogę...

Przybywasz wreszcie jako duch, z rozwianym

Na wiatr kapturem...

grzmot wzmaga się

      ...Grom wita cię salwą!

AMONIUSZ

młody mnich z gór Nitrii

Ach, co słów próżnych! co słów!... Cicho!... cicho!...

Może ktoś słyszeć...

PIOTR

      Co? przez Boga w niebie!

Taki w naturze dzisiaj straszny zamęt,

Że ledwo mogę usłyszeć sam siebie...

Czyś ty zapomniał, że ja od lat pięciu

Krzyczę w obadwa głuche miasta uszy

Wyjątki z Pisma?... Głos mi się naciągnął

Jak bęben... musi grzmieć, gdy go poruszą

AMONIUSZ

Cóż tu nowego? Wezwałeś mnie...

PIOTR

      Słuchaj,

Wszystko wre w mieście... lub kipi jak wrzątek...

Oddechy parą są rozpłomienioną...

Myśli — ukropem... słowa — sykiem żaru,

Kiedy nań padnie jadu lub krwi kropla...

Nie ma dnia tego — i nie ma tej nocy,

Żeby morderstwa czerwona kometa

Nie przeleciała nad miastem wzburzonym...

Od czasu, kiedy padła synagoga

Pod toporami chrześcijan, sprośni Żydzi

W zemście się swojej złączyli z pogaństwem...

Wczoraj w ulicy, dziś w amfiteatrze,

A jutro może w pałacu biskupa

Znajdziesz nóż krwawy, mordercę i trupa.

AMONIUSZ

Jak to, na Boga! Czyż braknie wam siły,

By zgnieść garść nędznych, rozproszonych pogan,

Którym zwalono ołtarze — i bogi —

I których szczuje prawo jako zwierza?

PIOTR

Nie tak są słabi, jak mniemasz; ich siła

Tkwi jeszcze w każdym odłamie kamienia

Zburzonych świątyń — i zda się przenikać

Całe to miasto tchem jakimś subtelnym,

Który głów tyle odurzył... Gnostycy

Nasi, to duchy zrodzone z ich ducha...

Kogóż wydała sławna nasza szkoła

Katechetyczna?... Tytusa Klemensa,

Którego w rzędzie swoich filozofów

Hellenizm może policzyć bez błędu;

Orygenesa, który całą siłę

Potężnej swojej wymowy obracał

Na to, by błahy platonizm zjednoczyć

Z wiarą w Chrystusa: Justyna, co mniemał,

Że filozofia grecka jest tą drogą,

Która prowadzi wprost do objawienia...

I innych wielu, których już pomijam.

Dziś, gdy ci mówią, że: »nie ma nauki,

Której by wiara nie wspierała« — nie wiesz,

Czy przytaczają Arystotelesa,

Czy też proroka... a z dysput uczonych

Widzisz zbyt jasno, że pod wpływem tego

Powietrza, którym tak długo oddychał

Aleksandryjskich zastęp Ptolomejów,

W znacznej się części zatarła różnica

Między Chrystusa słowem — a Platona...

Czy myślisz, że te ariańskie wywody

O Trójcy, albo błędy nestorianów

Powstać by mogły w kościele, gdzie pycha

Akademickich rozpraw jest nieznaną?

Na Boga! Jeśli każdy już w tym mieście

Chce filozofem być, na co im biskup?

Władza Cyryla nie jestże złudzeniem?...

AMONIUSZ

Jak to? Czyż biskup rozpuścił zastępy

Swojej milicji, swych parabolanów,

Swoich lektorów?... Czyż się o edykta

Oprzeć nie może? — A oni, co?... Garstka

Duchów, żyjących bezpłodną ideą...

Hufiec rozbity, pod mglistym sztandarem,

W ostatnich szańcach walczący — bez wodza.

PIOTR

Bez wodza, mówisz? — Oni mają wodza...

Silnego nawet wodza, jakem żywy!

Widzisz na prawo od amfiteatru

Ten portyk biały?... To jest akademia

Hypatii, córki sławnego Teona.

Tutaj się zbiera wszystko, co hołduje

Pogańskich nauk pysze, by rozprawiać

O celach życia, o granicach wiedzy, O przedistnieniu dusz, o nieskończonym

Trwaniu idei, o wolności duchów,

O... Słowem, wszystkie te platońskie brednie,

Co w Aleksandrii umysły nurtują,

Tu mają główne ognisko, z którego

Tym się potężniej i szerzej rozchodzą,

Że je tak piękna i młoda kobieta,

W płaszcz filozofów owinięta, głosi;

Tu tłum młodzieży zuchwale roztrząsa

Wielkie pytania o życiu i śmierci,

Które do lekcji koniecznych wykładu,

Do Euklida i Archimedesa,

Przebiegle mieszać umie ta poganka...

Zaprawdę, mówię, że dopóki ona,

Gronem wykwintnych Greków otoczona,

Przemawiać będzie do podstaw rozumu,

Dopóty w naszej biskupiej stolicy

Kazać nam przyjdzie dla gminu, w ulicy,

I ograniczyć wpływ wiary — do tłumu.

AMONIUSZ

O małoduszny! Czy zarosła droga,

Którą poprzednik Cyryla, Teofil,

Prowadził zastęp ludu i wyznawców

Na Serapejon?... Czy stępiał ten topór,

Co blade bogi druzgotał na szczęty?

Czy uschły ręce te, które zburzyły

Sławną książnicę szatańskiej mądrości?

Czy się pustynia z żarami swoimi

Od murów miasta cofnęła? Czy nie ma

Mnichów tych, którzy ze swoich sandałów

Na marmurowe pilony strząsali

Prochy z gór Nitrii?

PIOTR

      O to idzie właśnie!

Niech w oczach ludu pustynia powstanie

W straszliwej, wichrem przepasanej szacie,

I rozpłomieni tchnienia swego żarem

Rycerzy Boga... Niechaj wyda hasło

I lud zgromadzi pod krzyża sztandarem...

Niech do bram miasta z palm swoich szelestem

Przyjdzie — i krzyczy śpiącym: »Oto jestem!«

Ha!... Wtedy — drżyjcie bogi — i poganie,

Bo przebaczenia nie będzie dla żywych,

Ni dla kamieni...

Słychać w oddaleniu krzyk

GŁOS

      Na pomoc!... na pomoc!...

PIOTR

Co to?... Pioruny pobiły się w niebie?...

Chwila ciszy. Krzyk wznawia się. Anafest, jeden z milicji biskupiej, wbiega raniony . Potrąca się w ciemnościach o Amoniusza i pada.

ANAFEST

Parabolanów mordują!

AMONIUSZ

cofa się

      Dzień sądu!...

PIOTR

Upadł... trzeba mu głowę podnieść...

AMONIUSZ

      Zgroza!

PIOTR

Jaka krwi struga!

ANAFEST

gasnącym głosem

      Na pomoc... o!... o!... o!...

Umiera.

PIOTR

puszczając go

Trup już! Morderca zręczny był, na Boga!...

AMONIUSZ

Ach! jak on krzyknął przeraźliwie!... Jak on

»Na pomoc«... przeraźliwie krzyknął! — Chryste!...

Myślałem, że mi coś w wnętrznościach woła.

I wiem, że ciągle krzyk ten słyszeć będę —

I że pustynia bladymi ustami

Przez które piaski, jak klepsydra, toczy,

Będzie mi odtąd krzyczeć w same uszy,

W bezsenne noce: »Na pomoc!... na pomoc!...«

PIOTR

Cicho, na Boga!...

po chwili

      ...Ja myślę, że gdyby

Na moim miejscu stał ten portyk biały

Domu Hypatii, przeklętej poganki,

Jutro wszyscy jej podli niewolnicy

Jak sprośne kundle warczeliby, jęcząc

W ciężkich kajdanach, na plac prowadzeni,

Gdzie by musieli ginąć wśród płomieni...

Ach! czemu ona nie jest niewolnicą!

Ach, czemu nie jest!

AMONIUSZ

      To powiedz kolumnom,

Niechaj się ruszą białe — i tu przyjdą...

Niechaj tu staną jako blade płaczki —

I niechaj tłuką nad tym trupem w żalu

Kamienne głowic swoich kapitele...

PIOTR

Może ty kiedyś, Amoniuszu, będziesz

Thaumaturgos — i zdziałasz te cuda...

AMONIUSZ

Jeżeli będę nim, każę za sobą

Całemu miastu chodzić jak pies wierny...

I stawać murem tam, gdzie zechcę stanąć...

Płynąć łabędziem białym, gdzie popłynę...

I ciebie miasta uczynię prefektem,

Byś niewolników palił w nim — jurysto!

PIOTR

w zamyśleniu

Słuchaj no, bracie... a gdyby też... kiedy

Kolumny nie chcą poruszyć się z miejsca,

Trup się poruszył?...

AMONIUSZ

      To powiedz mu: Powstań —

A idź, czerwony, położyć się cicho

Na tym marmurze białym, przed portykiem...

I leż tam, z twarzą ku niebu podaną,

Chłostany wichrem i burzą po śmierci...

Niech grom w dzwon bije... niechaj błyskawice

Palą nad tobą śmiertelne gromnice...

Niechaj jak matka płacze cię ulewa...

I — niechaj piorun „Requiescat ci śpiewa...

A może masz psa, to tutaj krew ciepłą

Poczuje z dala — i skomląc, przybiegnie

Lizać twarz bladą — i ranę twą skrzepłą —

I będzie wył — wył — Na pomoc!... na pomoc!...

PIOTR

wstrząsa nim

Czy cię opętał czart?... Milczże na Boga!

...Słuchaj, ja myślę... a gdybyśmy sami

Trupa podjęli — i dalej ponieśli —

I tam, ot widzisz, pod tymi palmami,

Co jako straże o sto kroków stoją

Od szatańskiego gniazda tej poganki,

Cicho na ziemi złożyli?... I czegóż

Cofasz się, blady? Czyśmy go zabili?...

AMONIUSZ

Kto wie? — Myśl czasem wydziera z rąk Bogu

Straszliwą pieczęć jakiejś krwawej zbrodni.

PIOTR

Szały pustyni samotnej cię gonią

Aż tutaj... Słuchaj! Korzystać nam trzeba

Z nocy tej, która sprzymierza się z nami —

I szybko działać... Nie gniewam się wcale,

Że nam naradę na czyn przyszło zmienić.

Bóg sam chce tego, mój bracie! Dotychczas

Nie można było nic o tę gadzinę

Zahaczyć w ruchach miasta, ni dosięgnąć

Niczym białego i dumnego czoła...

Bo jak monolit stała w oczach tłumu

Bez skaz i pęknięć — z jednej sztuki cała...

I dłoń się po tej obsuwała bieli

Jako po gładkiej tafli kryształowej,

Nie mając o co zaczepić tej dumnej...

Lecz niech raz tylko imię jej się wplecie

W jakiś wypadek uliczny i krwawy,

Niech lud raz na nią oczy śmiało zwróci

Jako na słońce zachodzące w ciszy,

Kiedy już blaski zagasi jaskrawe...

Niech raz jej imię obiegnie po placach,

W ustach pospólstwa — i zmiesza się z błotem,

Które tak łatwo podjąć — i w twarz rzucić,

A ja przysięgam, że rozdmucham iskrę

W pożar, co zajmie ten dom, od różycy

Kolumn do podstaw... Cóż? — chcesz mi pomagać?

AMONIUSZ

Przeciw poganom — tak! — Lecz ja chcę jawnie

Iść jako rycerz Chrystusowy, śmiało

W błękity nieba o dniu jasnym patrząc,

Rychło aniołów posiłki nadlecą...

Chcę iść, toporem zdruzgotać te mury —

I wywlec bladą tę — i chrzcić ją we krwi —

I na obiatę złożyć Panu Bogu

Za grzechy własne — i całego miasta...

Ja chcę na czele mnichów moich czarnych

Jako szarańcza spaść na tę stolicę,

O wschodzie słońca różową w swej bieli,

Żeby poganin krzyczał: »Klęska!... klęska!...«

I mnie tym krzykiem krew popędzał w żyłach...

Chcę iść na czele rozognionych twarzy,

Co płonącymi źrenicami palą

Jako czerwonym żelazem — pierś wroga...

Ja chcę chorągwi i hymnów i krzyża —

I słońca, coby wkładało na czoło

Złocistą glorię... chcę tłumów — i Boga!

PIOTR

Więc ja sam zrobię...

schyla się i unosi trupa

      ...O! jak on ociężał...

AMONIUSZ

Krew mu się z rany rzuciła... o Chryste!

PIOTR

wlokąc trupa

Idźże przede mną...

AMONIUSZ

      Co? chcesz ze mnie robić

Czarną gromnicę?... Niech ci burza świeci

I jako giermek niech idzie przed tobą

Z piorunowymi pochodniami...

błyska — uderza piorun

      ...Ave!...

Słuchaj mnie, Piotrze, połóż tego trupa...

Bo jakaś siła potężna mnie chwyta

Od końca stopy na drżącej tej ziemi

Aż do ostatnich strzępków moich włosów,

Które powstają jak wichry nad dołem —

I zaczepiają się o węże złote

Krwawych błyskawic — i drżą — i goreją

Jako korona nad świętych obliczem...

I wiem, że gdybym powiedział w tej chwili

Temu trupowi: Wstań! — on by tu wskrzesnął...

I gdybym tylko jednym palcem skinął,

Ty padłbyś martwy przed mymi stopami...

A trup ten — włosy twoje kędzierzawe

Wkoło rąk krwawych owinąłby sobie —

I ciągnąłby cię pod próg tej poganki —

I tam byś leżał — aż do dnia sądnego!

PIOTR

cofa się

Thaumaturgos!... Odejdź, przeraźliwy!...

Piorun w przelocie gubił iskry złote —

I nimi włosy twoje rozpłomienił...

Grzmot w słowa twoje huk zaklął straszliwy...

A błyskawica, co leci z twej dłoni,

Chwyta mnie żądłem... i warczy... i goni...

AMONIUSZ

Nędzny, do rzeczy podłych tylko zdolny!

Idź! grzesz w ciemnościach! Idź! idź! jesteś wolny!

Lecz jutro — jeśli tłum da się rozpalić

Jako suchego łuczywa ognisko,

Przyjdę z pustyni... chcę sam własną ręką

Krzyż lub nóż zatknąć w piersiach tej poganki!...

PIOTR

Zawołaj burzy!... Niechaj mnie nie ściga

Swymi krwawymi źrenicami...

AMONIUSZ

      Odejdź!

Piotr oddala się z wolna. Słychać przyciszone grzmoty.

AMONIUSZ

sam

Ha! więc nareszcie!... Znędzniały przez posty,

Od bezsenności wybladły, szalony,

Z ciałem zoranym i wyschłym od chłosty,

Tysiącem pokus szatańskich dręczony,

Walczyłem dotąd — i zawsze daremnie...

Czułem cię w piersiach, ty piękna... ty biała,

Co gdzieś istniałaś daleko ode mnie,

Wabiąc rozkoszą miłości — i ciała...

zasłania rękami oczy

Cicha i lekka, przez skwarne puszcz piaski

Szłaś zmrokiem, by mi zarzucić ramiona

Na szyję, zgiętą pod mniszym kapturem...

Uśmiech twój miewał nagle jakieś blaski,

Jakby ust twoich królewska zasłona

Skarb zakrywała przed okiem olśnionem...

Szłaś — i dziewiczem wabiłaś mnie łonem...

A palmy imię twe śpiewały chórem...

A wiatr twe tchnienie niósł mi gorejące...

Jam padał na twarz w pustyni kurzawę,

Jak na ogniste mąk piekielnych łoże —

Głuszących hymnów śpiewając tysiące,

Które leciały przez gwiazd blaski mgławe,

Przez chór zdumionych aniołów do Ciebie,

Nieogarniony w ciszy wiecznej Boże!

wznosi głowę

Więc to ty byłaś!... Ty, przed której domem

Stoję — i mówię wichrami i gromem

I w łzach gorących taję, jak kaskada...

Biada ci! pustynia już wstaje!....

Grzmi.

ODDALONE GŁOSY

      ...Biada!...

II

Dom Hypatii. Otwarta z kolumn białych galeria. Na lewo ogrody i nekropolis, na prawo amfiteatr i wodotrysk. W głębi port. Grupa rozmawiających przypatruje się krajobrazowi. Przejrzysty zmierzch.

ATENAGOR

Ze wszystkich świata całego uroków

Najwięcej kocham ten kawałek ziemi:

Błękitną przystań z masztami ciemnymi,

Jak las wiszący, pośród mgły — i zmroków —

Tłum białych kolumn, co lekkie, wytworne,

Portyków strzegą — i niebo wieczorne.

HYPATIA

Jak to? Grek młody w tak szczupłym przestworze,

Nie lecąc dalej ni wzrokiem, ni duchem,

Znajduje wszystko, co kocha — i zowie

Pięknem na ziemi?... O Atenagorze!

Wytęż ty oko jak orzeł do słońca —

Przeleć spojrzeniem las masztów przystani...

Tam szumi morze, niezgłębione morze,

Co jak myśl ludzka wiecznym żyje ruchem —

I jak duch rwący się z ciemnej otchłani,

Fale swe wiecznie o brzegi roztrąca...

Słuchaj ty jego burz, które szaleją,

Jak żądzy ślepej niszczące orkany...

Słuchaj, jak przypływ, wezbrany nadzieją,

Potężną piersią uderza o ściany Skalistych brzegów — a w chwilę ze drżeniem

Cofa się w siebie śmiertelnym zwątpieniem —

I wody swoje toczy zadumany,

Jak człowiek, który szuka w piersi dzielnej

Siły do walki duchów nieśmiertelnej...

Słuchaj tej ciszy, co spada przejrzysta

Na ukojone, wysrebrzone fale ---

I niech twa dusza w jasnych wód krysztale

Tonie, jak perła przeczysta...

— Jeśli w świat zjawisk na ziemi i niebie

Przedwieczna mądrość idee wcieliła,

Mniemam, iż morze, ruch wieczny i siła,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.