drukowana A5
31.8
Rozbity dzban

Bezpłatny fragment - Rozbity dzban


Objętość:
194 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0355-8

OSOBY

WALTER — radca sądowy

ADAM — sędzia wiejski

JASNOTKA — pisarz

PANI MARTA

EWA — jej córka

WIT DZIURA — chłop

RUPRECHT — jego syn

PANI BRYGIDA

Służący, woźny, dziewki i inni

Rzecz dzieje się w niderlandzkiej wsi pod Utrechtem.Scena: izba sądowa.

SCENA I

ADAM

siedzi i przewiązuje sobie opatrunek na nodze. Wchodzi JASNOTKA.

JASNOTKA

Aj, tam do kata! Cóż to wam się stało,

Kumie Adamie? Ten wasz wygląd...!

ADAM

      Patrzcie!

Wszak by się potknąć, tylko nóg potrzeba:

na tej podłodze, gdzie ni źdźbła nie dojrzysz,

tum się dziś ździebko, kumie, potknął. Tak, tak,

kamień obrazy każdy nosi w sobie.

JASNOTKA

Kamień obrazy — jakże to być może?

Każdy — mówicie?

ADAM

      Jużci: nosi w sobie.

JASNOTKA

Przeklęta sprawa!

ADAM

      Czemu, jeśli łaska?

JASNOTKA

Bo to i Adam, cny wasz praszczur w raju,

niezbyt być musiał w nogach pewny, skoro

tak walnie upadł na początku świata,

że tym upadkiem wieczną zyskał sławę?

Lecz wy?

ADAM

      Cóż ja?

JASNOTKA

      Wy nie tak?

ADAM

      Wolne żarty!

Tutaj, powiadam, tu, o, tu upadłem.

JASNOTKA

Tak bez obrazu mówiąc i przenośni?

ADAM

Z przenośnią, kumie, z przenośnią — na zadek,

lecz bez obrazu, choć obraz był szpetny.

JASNOTKA

I kiedyż wam się zdarzył ten przypadek?

ADAM

Teraz, tej chwili, gdym wychodził z łóżka.

Jeszczem na ustach piosnkę miał poranną,

kiedy o próg poranka się potykam,

i ledwiem dzienną rozpoczął pielgrzymkę,

Już mi Pan Niebios jedną z nóg wykręca.

JASNOTKA

Na domiar lewą?

ADAM

      Lewą?

JASNOTKA

      Nie inaczej,

tę tu stateczną?

ADAM

      Hm, tak, w samej rzeczy.

JASNOTKA

Aj, wielkie nieba, lewą, nieboraczkę,

co drogą grzechu powłóczy zaledwie?

ADAM

Powłóczy? Proszę! Czemuż to powłóczy?

JASNOTKA

Boć jest jak bryła.

ADAM

      A bogdaj was! Bryła!

Wszak jedna noga bryłą jest, jak druga.

JASNOTKA

Za pozwoleniem! Krzywda to dla prawej,

co prosta jest i kształtna, a że lżejsza wagą,

więc się na śliskie śmielej waży drogi.

ADAM

Brednie! Za jedną waży się i druga.

JASNOTKA

A któż wam twarz tak znów pokiereszował?

ADAM

Kto mi, pytacie, twarz?...

JASNOTKA

      Nic wiecie?

ADAM

      Zgoła.

Chybabym skłamał. Jakże więc wygląda?

JASNOTKA

Szkaradnie.

ADAM

      Mówcież jaśniej!

JASNOTKA

      Ano,

odarta z skóry, że aż groza patrzeć!

Z jednego lica płat wyrwany taki,

że zważyć chyba, by osądzić, jaki.

ADAM

Tam do kaduka!

JASNOTKA

podając zwierciadło:

      Patrzcie sami!

Owca, gdy ją psy zewsząd opadną znienacka,

więcej na ostach nie zostawi runa,

niż wy — Bóg wie, gdzie — zostawili mięsa!

ADAM

patrzy w lustro.

Tak, ani chybi, wygląd niepowabny.

Nos też ucierpiał nieco.

JASNOTKA

      Nos i oko.

ADAM

Oko? Nie, kumie.

JASNOTKA

      Toć przez twarz wam całą

się czerni pręga, dalibóg, tak krwawa,

jakby ją gbur wam jaki pięścią nabił wściekłą.

ADAM

Aj, w rzeczy samej, hm, tak, pod okiem. Patrzcie!Żem tego nawet nie czuł dotąd wcale.

JASNOTKA

Bywa tak, bywa w ogniu walki nieraz.

ADAM

Walki? Cóż znowu! Chyba, jeśli chcecie,

z onym tam kozłem walczyłem u pieca!

Ha, jako żywo, wiem już: dzisiaj rano,

gdy potknę się i równowagę tracę,

i, jak tonący, trzepocę rękami,

nagle się tych nogawic, oto tutaj, chwytam,

com to je wczoraj do cna przemoczone

zawiesił wieczór, by przeschły na piecu,

w tej się niemądrej chwytam ich nadziei,

że się tak snadniej utrzymam. Wtem cały

węzeł się zrywa, a ja bęc! w dół lecę

z nogawicami — i o piec rżnę czołem,

w tym właśnie miejscu, gdzie zza pieca kozieł

ostry swój nos wyścibia.

JASNOTKA

śmieje się.

      Doskonale!

Pierwszy to snadź upadek Adamowy,

co się nie w łóżku zdarzył wam, lecz z łóżka!

ADAM

Tak, tak, na duszę! Ale... co rzec chciałem,

cóż tam nowego?

JASNOTKA

      Co nowego? Prawda!

Niechże kat porwie! Zapomniałbym prawie.

ADAM

Cóż zatem, mówcie!

JASNOTKA

      Gości dziś mieć będziem,

niespodziewanych gości dziś z Utrechtu.

ADAM

Gości? Któż taki?

JASNOTKA

      Kto taki? Pan radca,

Pan radca Walter przybywa z Utrechtu.

Urząd gminny lustruje.

Z inspekcją sądy objeżdża w powiecie

i jeszcze dziś niechybnie tu zawita.

ADAM

Czyście przy zmysłach?

JASNOTKA

      Jako żywo, mówię!

Wczoraj był w wiosce pogranicznej Holli,

gdzie dokumentnie urząd zwizytował.

Chłop pewien widział, jak już w drogę do nas

koniom u wozu chomąta wdziewano.

ADAM

Koniom? Gdzieżby? Dziś jeszcze? On z Utrechtu tutaj?

Z lustracją do sądu? Człek do rzeczy, mówią,

co swe owieczki sam niezgorzej strzyże

i za nic ma wszelkie te komedie,

dziś miałby zjechać nam na utrapienie? Brednie!

JASNOTKA

Skoro był w Halli, to i w Hajsum będzie.

Baczność więc, kumie!

ADAM

      Idźcież!

JASNOTKA

      Baczność, mówię!

ADAM

Idźcie, powiadam, z bajką tą!

JASNOTKA

      Do kata!

Przecież go chłop na własne widział oczy!

ADAM

Diabła tam widział taki łotr kaprawy,

co ludzkiej twarzy odróżnić nie zdoła

od potylicy, gdy jak dłoń jest łysa!

Biret trójrożny na mój kij nasadźcie,

wdziejcie nań płaszcz i stawcie podeń buty,

a łotr go taki weźmie, za co chcecie.

JASNOTKA

Więc sobie wątpcie w imię diabła póty,

aż wam we drzwiach nie stanie!

ADAM

      We drzwiach? Proszę!

Ani słóweczkiem nas nie uprzedziwszy?

JASNOTKA

Tam do kaduka! Wszakże to już dzisiaj

nie z starym radcą Wachholderem sprawa,

lecz radca Walter dziś...

ADAM

      A choćby! Cóż stąd?

Przecież i on przysięgę składał taką

samą jak my, służbową, i jak my też,

wedle powszechnych praktyk i edyktów,

urząd swój spełniać musi.

JASNOTKA

      Wyśmienicie!

Więc was zapewniam, że się wczoraj rano,

jak piorun z nieba, zjawił w Holli, po czym

po kas lustracji oraz registratur

zasuspendował sędzię i pisarza.

Dlaczego? Nie wiem. Zapewne — ab officio.

ADAM

Do diabła, czy i to wam chłop mówił?

JASNOTKA

Jużci, i jeszcze coś, gdy wiedzieć chcecie.

Oto dziś rano, gdy szukają sędzi,

co go na areszt skazano domowy,

w gumnie go wreszcie znajdą nieboraka,

obwieszonego na krokwi u dachu.

ADAM

Aj, tam do kroćset!

JASNOTKA

      Wnet się pomoc jawi,

za czym go z pętli czym rychlej odwiążą

i póty go tam kropią, trą i cucą,

aż się w nim z biedą życia docucono.

ADAM

Ożył więc?

JASNOTKA

      Ożył, lecz pod klucz go wzięto

i cały dom mu opieczętowano.

Już on tam jakby nieboszczyk na marach,

ktoś nawet urząd wziął już po nim w spadku.

ADAM

Patrzcie, do kata! Huncwot był zeń sprośny,

ale człek poczciw, jak mi żywot miły,

i kompan zacny, przyznać mu to muszę,

chociaż rozpustnik, rozpustnik nie lada.

Jeśli dziś radca był tam w owej Holli,

źle się nieborak musiał czuć w swej skórze.

JASNOTKA

I z tej też tylko, mówił chłop, przyczyny

dotąd się jeszcze radca tu nie zjawił.

W południe jednak ma tu być niechybnie.

ADAM

W południe? Dobrze. Święć się więc, przyjaźni

Wszakże to ręka rękę, mówią, myje.

Wiem ci ja, kumie, że was urząd łechce

i żeście go też, jak mało kto, godni.

Ale dziś, mój kumie, dziś nie pora jeszcze.

Dziś jeszcze puśćcie mimo warg ten kielich!

JASNOTKA

Urząd? Mnie? Łechce? E, za cóż mnie macie?

ADAM

Wiem też, że miłe wam są mowy składne

i żeście ongi w amsterdamskiej szkole

nad Cyceronem niepróżno ślęczeli.

Lecz dziś ukróćcie chęci swoje skore!

Nieraz się jeszcze sposobność nadarzy

sztuką się swą popisać krasomówczą.

JASNOTKA

Cóż znowu, kumie! Dajcie, proszę, pokój!

ADAM

Ongi, wiadomo wam, że milczał nawet

wielki Demosten. Jego pójdźcież śladem,

ja zaś, aczkolwiek nie król Macedonii,

wdzięczność swą jednak okazać potrafię.

JASNOTKA

Idźcie, powtarzam, z podejrzeniem takim!

Czym kiedy słówkiem choć?...

ADAM

      Bo wówczas, kumie,

w ślad za tym wielkim i ja pójdę Grekiem.

Wszak o procentach, składkach, depozytach

można by również niezłą sklecić mówkę.

Lecz któż by takie toczyć chciał okresy?

JASNOTKA

A cóż zatem?

ADAM

      Cóż? Że mnie to nie dotyczy,

a tak, do diabła, nie dotyczy wcale!

Choćby się nie wiem co powiedzieć dało,

fraszka to tylko, co się zlęgła w nocy,

lecz przed dniem wścibskim pierzcha precz.

JASNOTKA

      Zapewne.

ADAM

Bo i dlaczegożby, na honor, sędzia,

choć na sędziowskim stolcu nie zasiada,

w powadze zawsze chadzać miał, jak niedźwiedź?

JASNOTKA

I ja tak myślę.

ADAM

      Chodźmyż tedy, kumie!

Chodźmy na chwilę do registratury

ułożyć nieco stosy aktów, co tam

jak wieża Babel sterczą.

SCENA II

Wchodzi SŁUŻĄCY. Ci sami. Potem dwie DZIEWKI.

SŁUŻĄCY

      Szczęść wam Boże,

cny panie sędzio! Pan mój, radca Walter,

kłania się pięknie. Wnet tu sam przybędzie.

ADAM

Aj, wielkie nieba! Czy już z Hollą gotów?

SŁUŻĄCY

Z Hollą? A jużci, skorośmy tu, w Hajsum.

ADAM

Hej, Małgoś! Ludka!

JASNOTKA

      Spokojnie! Spokojnie!

SŁUŻĄCY

Jutro zaś...

ADAM

      Kumie!

JASNOTKA

do Adama:

      Każcie podziękować.

SŁUŻĄCY

...jedziem stąd dalej, do Hussahe.

ADAM

      Jutro!?

Aj aj, co począć, co począć mam?

Chwyta za swą odzież.

DZIEWKA PIERWSZA

wchodzi.

      Jestem.

JASNOTKA

Cóż to, kumie?

      Chcecie wdziać spodnie? Czyście oszaleli?

Wdziejcież wpierw kabat!

DZIEWKA DRUGA

wchodzi.

      Jestem.

ADAM

ogląda się.

Co? Gdzie? Kto? Pan radca?

JASNOTKA

Do licha, kumie! Toż to dziewka przecie.

ADAM

Żabot! Płaszcz! Kołnierz!

DZIEWKA PIERWSZA

      Kamizelkę wprzódy!

ADAM

Co? Tam do kroćset! Zdziej mi kabat, nuże!

JASNOTKA

do Służącego:

Pan radca gościem nam najmilszym będzie.

Chciejcież oświadczyć mu, żeśmy gotowi

przyjąć go tutaj, choćby zaraz, w sądzie.

ADAM

Do diabła tam! I to mu też oświadczcie,

że sędzia Adam uniżenie prosi,

by mu pan radca wybaczył łaskawie...

JASNOTKA

Wybaczył?

ADAM

      Tak, wybaczył właśnie.

Czy jest już może w drodze do nas?

SŁUŻĄCY

      Zaśby!

Jeszcze w gospodzie. Na kowala czeka.

Bo, że wam powiem, powóz nam, wiecie, pękł na dwoje.

ADAM

Aj, wyśmienicie! Więc się kłaniam pięknie. —

Kowal leń! Znam go! — Niech wybaczy, proszę,

bom nóg dziś niemal i karku nie skręcił.

Patrzajcież sami, jak potwór wyglądam,

a każdy, wiecie, przestrach niespodziany

od urodzenia biegunkę mi sprawia.

Chorym więc, chory.

JASNOTKA

      Czyście bez zmysłów?

Do Służącego:

Z miłą go chęcią tu oczekujemy.

ADAM

Aj, tam do kata!

JASNOTKA

      Co wam?

ADAM

      Bierz to licho!

Tak mi jest, jakbym już naprawdę

połknął pigułkę.

JASNOTKA

      Tego jeszcze brakło,

byście mu tyłkiem drogę oświecali.

ADAM

Hej, Ludka, Małgoś! Gdzieżeś, worku z kośćmi!

DZIEWKI OBIE

A dyć jesteśmy już, sędzio!

ADAM

      Precz, mówię!

Ser, masło, szynkę, kiełbasy i flaszki

z registratury sprzątnąć mi, co żywo!

Nie ty, nie! Tamta! Aj, tak, ty, ty, gapo!

Do kroćset! Małgoś! Ona, słyszysz? Ludka

ma iść, stajenna, do registratury!

Dziewka pierwsza wychodzi.

DZIEWKA DRUGA

Mówcież, bo jakoże was wyrozumieć?

ADAM

Stul gębę! Precz! Perukę przynieś! Słyszysz?

Marsz! Z biblioteki! Chybaj stąd piorunem!

Dziewka druga wychodzi.

JASNOTKA

do Służącego:

W drodze się pewnie nic złego

nie przygodziło panu radcy, tuszę.

SŁUŻĄCY

Nic wielkiego. Wóz się nam wywrócił.

ADAM

Do kroć!... Aj, noga!... Butów nie nawdzieję...

JASNOTKA

Co? Wielkie nieba! Wywrócił, mówicie?

Nikt jednak szwanku, wierzyć chcę...

SŁUŻĄCY

      Broń Boże!

Dyszel się tylko złamał wpół, a pan mój

rękę wykręcił.

ADAM

      Obyż kark był skręcił!

JASNOTKA

Rękę, mówicie? A kowal czy przyszedł?

SŁUŻĄCY

Jużci — do dyszla.

ADAM

      Pewnie lekarz, kumie.

JASNOTKA

Lekarz?

SŁUŻĄCY

      Do dyszla?

ADAM

      Cóż znowu! Do ręki.

SŁUŻĄCY

Z Bogiem, panowie! — Bzika mają chyba.

Wychodzi.

ADAM

Aj aj, wstyd, kumie, wstyd doprawdy!

JASNOTKA

      Czemu?

ADAM

Zakłopotanie widzę w waszej twarzy.

Dziewka pierwsza wchodzi.

ADAM

Co trzymasz w łapie?

DZIEWKA PIERWSZA

      Kiełbasę brunszwicką.

JASNOTKA

Zakłopotanie?

ADAM

      To akta sieroce!

Odnieś to zaraz do registratury!

DZIEWKA PIERWSZA

Kiełbasę?

ADAM

      Brednie! Papiery, powiadam,

te, co w nie tu kiełbasa owinięta!

JASNOTKA

Pomyłka tylko, nieporozumienie.

ADAM

I gdzież peruka?

DZIEWKA DRUGA

wchodzi.

      W szafie z niej ni śladu.

ADAM

Ni śladu? Proszę, i czemuż ni śladu?

DZIEWKA DRUGA

A boście wczoraj...

ADAM

      Cóż?

DZIEWKA DRUGA

      ...wieczorem

wrócili przecie do dom bez peruki.

ADAM

Ja — bez peruki?

DZIEWKA DRUGA

      Dyć to prawda, sędzio,

wszak i Ludmiła przyświadczyć też może!

Druga zaś, wiecie, jest u perukarza.

ADAM

Ja bym?...

DZIEWKA DRUGA

      Sumiennie!

ADAM

      Bez peruki?

DZIEWKA DRUGA

      Jużci. Ano,

z łysą do domu wróciliście głową,

jeszczeście niby tak mówili, wiecie,

żeście upadli; krew wam myłam z głowy.

ADAM

A, bezwstydnico ty jedna!

DZIEWKA DRUGA

      Na duszę!

ADAM

Stul pysk, powiadam! Ani źdźbła w tym prawdy!

JASNOTKA

Tak? Więc tę ranę już od wczoraj macie?

ADAM

Od wczoraj ranę? Dziś dopiero!

Perukę miałem wczoraj i, na honor,

wchodząc do domu — przez przypadek tylko

wraz z kapeluszem zdjąłem ją z ciemienia.

O czym tu bzdurzy dziewka ta? Nie wiem nic zgoła!

Precz, do stu diabłów, coś im przynależna!

Precz, mówię, precz mi do registratury!Dziewka pierwsza wychodzi.A ty, Małgosiu, goń do zakrystiana,

proś, niech on mi dziś peruki swej pożyczy.

Powiedz, że w mojej kocica dziś rano

zległa, aj, tak, już wiem, niechluja taka

jeszcze pod łóżkiem utytłana leży.

JASNOTKA

Kocica?

ADAM

      Właśnie. Jakom żyw! Pięć kociąt

wydała na świat, czarne dwa i żółte,

jedno jak śnieg bialutkie; czarne

potopić każę w rzece Vecht, cóż robić?

Czy chcecie, kumie, może jedno z nich?

JASNOTKA

      W peruce?

ADAM

Tak, tak, na honor! Tu ją — niech mnie czarci! —

tu ją na stołku zawiesiłem wczoraj,

kładąc się spać, zaś w nocy, gdym przypadkiem

stołkiem potrącił, peruka upada...

JASNOTKA

Za czym kocica w pysk ją cap!

ADAM

      Na duszę!

JASNOTKA

Niesie pod łóżko i pomiot w niej składa.

ADAM

W pysk? Nie!

JASNOTKA

      Więc jakże?

ADAM

      Kocica? Cóż znowu?

JASNOTKA

Zatem wy sami?

ADAM

      Ja? W pysk? Wolne żarty!

Dzisiaj ją nogą trąciłem pod łóżko,

kiedym zobaczył...

JASNOTKA

      Wybornie!

ADAM

      Kanalie!

Gzi się i koci to, gdzie miejsca stanie!

DZIEWKA DRUGA

chichocząc:

Mam odejść już, sędzio?

ADAM

      Idź, a pozdrów pięknie

kumę kościelną, jejmość Czarnołatkę.

Dziś jeszcze, powiedz, perukę jej zwrócę

cało, bez szkody. Jemu zaś ni mru-mru!

Czy zrozumiałaś?

DZIEWKA DRUGA

      Zrobię, jak się patrzy.

Wychodzi.

SCENA III

ADAM, JASNOTKA.

ADAM

Jakieś mnie, kumie, złe przeczucia dręczą.

JASNOTKA

I czemuż to, proszę?

ADAM

      Wszystko wspak mi idzie.

Czy na dobitek nie dziś roki jeszcze?

JASNOTKA

Dawno już strony przed drzwiami czekają.

ADAM

Sen miałem, wiecie, że mnie ktoś pozywał

i przed sędziowski gwałtem ciągnął stolec,

zaś na tym stolcu ja, ja sam siedziałem

i od sobaków sobie i hultajów

srodzem wymyślał, po czym szyję własną

sam na żelazną zasądziłem kunę.

JASNOTKA

Wy — sami siebie?!

ADAM

      Aj, tak, na uczciwość!

Potem się obaj, sędzia i pozwany,

w jedną jak gdyby stopilim osobę

i w las czmychnąwszy, noc przespalim w lesie.

JASNOTKA

I jakże sobie — sen ten tłumaczycie?

ADAM

Sen, mówią, mara, ale pewny jestem,

że się los na mnie spiknął.

JASNOTKA

      Próżna trwoga.

Byleście tylko dziś, w obliczu radcy,

wedle przepisów wymierzali prawo,

aby ten sen o potępionym sędzi

tak się czy inak żywą nie stał jawą.

SCENA IV

Radca WALTER wchodzi. Ci sami.

WALTER

Szczęść Boże wam, panie sędzio Adamie!

ADAM

Aj, witam, panie, witam w naszym Hajsum.

I któż by się, o sprawiedliwe nieba,

mógł tak radosnych spodziewać odwiedzin?

Jeszcze bym dziś o ósmej z rana we śnie

o takim wielkim nie śmiał marzyć szczęściu!

WALTER

Trochę tu może zbyt nagle przychodzę,

toteż w tej mojej podróży służbowej,

którą dla dobra państwa przedsięwziąłem,

tym się zaprawdę kontentować muszę,

jeśli mnie dobrzy gospodarze moi

życzliwym bogdaj pożegnają słowem.

Choć ja, Bóg świadkiem, już gdy w próg wstępuję,

szczere im z sobą pozdrowienie wnoszę.

Oto Najwyższy Trybunał w Utrechcie

poprawić pragnie wymiar praw w żuławach,

gdzie się, niestety, zda szwankować nieco.

Surowa kara czeka winę wszelką.

Lecz moja misja nie jest jeszcze sroga.

Patrzeć nam tylko, nie karać. Więc choćbym

nie wszystko jeszcze znalazł, jak należy,

cieszyć się będę, gdy stan znośnym znajdę.

ADAM

Pogląd, zaiste, piękny to i chlubny!

Bo bez wątpienia znajdzie wasza miłość

w starej praktyce nagannym niejedno,

a choć od czasu Karola Piątegopraktyka ta w Niderlandach istnieje,

w dziedzinie myśli cóż się ostać zdoła?

Świat, mówią, ciągle mądrzejszym się stawa.

Dziś, wiem to, wszystko Pufendorfa czyta.

Atoli Hajsum — to ułamek świata,

na który z owej mądrości powszechnej

takiż ułamek jeno spłynąć może.

Raczcież więc, proszę, sprawiedliwość w Hajsum

oświecać, panie, aby się przekonać,

że zanim jeszcze odjechać zdołacie,

w całej was pełni ona zadowoli.

Gdybyście jednak już dziś tu, w urzędzie,

mieli ją zastać podług woli waszej,

byłby zaiste cud to najprawdziwszy,

boć wolę tę zaledwie przeczuć może.

WALTER

Tak, brak przepisów, słusznie, albo raczej

jest ich za wiele, więc je przesiać trzeba.

ADAM

Przez wielkie, panie, wielkie przesiać sito;

za dużo plewy.

WALTER

do Jasnotki:

      Pan pisarz?

JASNOTKA

      Do usług!

Pisarz Jasnotka. W te Świątki lat dziewięć

służby mej w sądzie.

ADAM

podaje krzesło.

      Raczcie spocząć, panie.

WALTER

Dziękuję.

ADAM

      Z Holli wasza miłość?

WALTER

      Z Holli.

Dwie mile stąd. Lecz skąd już o tym wiecie?

ADAM

Sługa wasz...

WALTER

      Co?

JASNOTKA

      Chłop pewien, wasza miłość,

który dziś rano z Holli wrócił właśnie...

WALTER

Chłop?

JASNOTKA

      Do usług, wasza miłość.

WALTER

      Przykry,

nad wyraz przykry zaszedł tam wypadek,

co zmącił nam pogodny nastrój ducha,

który nam w pracy towarzyszyć winien.

Ale i o tym już zapewne wiecie?

ADAM

Prawdaż to zatem, miłościwy panie,

że sędzia Głąb, dostawszy areszt w domu,

w taką z przestrachu rozpacz wpadł bez miary,

że się obwiesił?

WALTER

      I tym zło pogorszył.

Bo co na nieład tylko wyglądało,

do malwersacji stało się podobne,

której — jak wiecie — prawo nie wybacza.

Ile kas macie?

ADAM

      Co? Kas? Pięć do usług.

WALTER

Pięć? Byłem w błędzie: sądziłem, że cztery.

ADAM

Cztery? Zapewne. Wybacz, wasza miłość,

Lecz z kasą składek na powodzian Renu...

WALTER

Z kasą, mówicie, na powodzian Renu?

Wszelako Ren już dawno nie wylewa,

więc też i składki nie wpływają chyba.

Czy to nie dziś roki u was?

ADAM

      Roki?

JASNOTKA

Tak, wasza miłość, pierwsze w tym tygodniu.

WALTER

Więc ta gromadka, którą idąc do was

spotkałem w sieni, tam to pewnie?...

ADAM

      Pewnie.

JASNOTKA

To strony, panie, co się w czas zebrały.

WALTER

Nader to miła okoliczność dla mnie.

Proszę więc wpuścić tu tych ludzi. Chętnie

jednej się u was przysłucham rozprawie,

aby zobaczyć, jakie są w tej mierze

zwyczaje w Hajsum. Po czym przyjdzie kolej,

gdy tylko z tą się uporamy sprawą,

na kas przejrzenie i registratury.

ADAM

Wedle rozkazu. — Hej tam, woźny Twaróg!

SCENA V

DZIEWKA DRUGA wchodzi. Ci sami.

DZIEWKA DRUGA

Pani kościelna kazała się kłaniać,

lecz wam peruki pożyczyć nie może.

Kazanie, mówi, mają dzisiaj rano,

więc pan kościelny sam wdział jedną, zasię

druga, powiada, do niczego zgoła,

posłać ją miała dziś do perukarza.

ADAM

Tam do pioruna!

DZIEWKA DRUGA

      Gdy kościelny wróci,

zaraz wam, mówi, perukę tu przyśle.

ADAM

Aj, wasza miłość!

WALTER

      Cóż?

ADAM

      Na honor, panie!

Przypadek, patrzcie, przeklęty przypadek

obu mnie peruk dziś pozbawił na raz.

A teraz trzecia, com ją chciał pożyczyć,

również zawodzi. Nie wiem sam, co począć.

Mamże w łysinie na sąd zasiąść, panie?

WALTER

Co?!

ADAM

      Jako żywo! Choć się lękam srodze,

czy bez świątecznej peruki ozdoby

na mej sędziowskiej nie stracę powadze.

Chybaby jeszcze na folwarku spytać,

czy pan dzierżawca...

WALTER

      Na folwarku?

ADAM

      Właśnie.

WALTER

A tutaj, we wsi, czyżby już nikt inny?...

ADAM

Nikt, w samej rzeczy.

WALTER

      Pan pastor może?

ADAM

O, pastor?

WALTER

      Lub pan bakałarz?

ADAM

      Nie, nic z tego,

odkąd tu bowiem znieślim dziesięcinę,

do czegom rękę swą i ja przyłożył,

już mi nie liczyć na tych panów względy.

WALTER

Jakże więc, panie sędzio, no a roki?

Myślicież czekać, aż wam włos porośnie?

ADAM

Poślę na folwark, gdy łaska, w te pędy.

WALTER

Dalekoż to ten folwark stąd?

ADAM

      Dwa kroki.

WALTER

Co?

ADAM

      Pół godzinki.

WALTER

      Do diabła, mój sędzio!

Wszakże godzina sądu już wybiła!

Proszę o pośpiech! Dzisiaj jeszcze muszę

stanąć w Hussahe.

ADAM

      Jeszcze dziś? Co począć?

WALTER

Do kroćset! Mączką przysypcie łysinę!

I gdzieżeście, do diaska, też tak nagle

obie peruki zapodzieli na raz?

Czyńcie, co chcecie, spieszno mi, powtarzam.

ADAM

I to też jeszcze.

WOŹNY

wchodzi.

      Jestem. Woźny Twaróg.

ADAM

Mogęż tymczasem śniadankiem usłużyć?

Kieliszkiem gdańskiej? Kiełbasą brunszwicką?

WALTER

Dziękuję.

ADAM

      Proszę.

WALTER

      Jużem po śniadaniu.

ADAM

Bez ceremonii.

WALTER

      Dziękuję, powiadam.

Idźcie, czas drogi, a ja tu tymczasem

coś w raptularzu zanotuję sobie.

ADAM

Jak wola, panie. — Pójdź, Małgosiu, za mną.

WALTER

Szpetnieście, widzę, mój sędzio Adamie,

kontuzjowani. Czyżbyście upadli?

ADAM

Aj, wasza miłość, tak, tak! Dzisiaj z łóżka

iście zabójczym upadłem sposobem.

Zdawało mi się, że prosto w grób wpadłem.

WALTER

Szczerze współczuję... Wierzyć jednak pragnę,

że to bez dalszych przejdzie następstw.

ADAM

Mym obowiązkom w drodze to nie stanie.

Przepraszam.

WALTER

      Idźcie.

ADAM

do Woźnego:

      Ty marsz! Wezwij strony!

Adam, Dziewka i Woźny wychodzą.

SCENA VI

Wchodzą: PANI MARTA, EWA, WIT, RUPRECHT.WALTER i JASNOTKA w głębi.

MARTA

Hołota wy! Wy dzbanków rozbijacze!

Dacież mi teraz odwet już!

WIT

      Cichajcie!

Wszystko tu wnet wielebny sąd rozsądzi.

MARTA

Rozsądzi! Patrzcie! Patrzcie mi mądrali!

Dzban mój rozsądzi, dzban rozbity w szczątki

Chyba mi dzban ten przysądzą, co sam już

na Ostatecznym stanął biedak Sądzie.

Lecz ja bym nawet tych czerepów nędznych

za taki sąd nie dała nierozsądny!

WIT

Właśnie też mówię: gdy se taki wyrok

wyprawujecie, koszt wam za dzban zwrócim.

MARTA

Koszt zwróci. Proszę! Koszt mi za dzban zwróci,

gdy sobie wyrok wyprawuję taki!

Dzban mój spróbujcie na powrót przywrócić!

Na gzyms mi go powróćcie znów! Koszt zwróci!

Dzbanek mi zwróci mój, co już nieborak

ni stać nie może ani się odwrócić.

WIT

Aj, pani Marto, po co się tak sierdzić!?

Możnaż co więcej? Gdy go z nas kto rozbił,

szkodę naprawim, jak się patrzy!

MARTA

      Ejże!

Jakby z mych bydląt przemówiło które!

I za cóż to wy macie sąd? Za zduna?

A niechby nawet fartuch wzięli zduński

wielmożni ci sędziowie, i mój dzbanek

wsadzili w piec, to rychlej by mi oni

naczynić mogli coś w naczyńko moje

niż je naprawić. Dzbanek mój naprawić!

RUPRECHT

Dajcież jej pokój! Smok to istny! Tata!

Nie ten dziurawy dzbanek ją tak kole,

jeno nasz ślub, co roztłukł się wraz z dzbanem.

Gwałtem by teraz chciała go zdrutować,

lecz ja wam, tata, jeszcze raz przysięgam:

sam ścierką będę, gdy tę ścierkę wezmę!

MARTA

A to mi gamoń! Ja tu ślub drutować?

Ślub niewart dzbana, choćby nie rozbity,

niewart, powiadam, czerepa jednego.

A choćby tutaj stał wyszorowany

i taki śklniący, jak mój dzban nieboszczyk

wczoraj wieczorem jeszcze stał na gzymsie,

to bym go raczej za ucho chwyciła

i na łbie twoim rozłupała w szczątki,

niźlibym miała czerepy drutować!

Ja — ślub drutować!

EWA

      Ruprechcie mój!

RUPRECHT

      Chybaj!

EWA

Mój ty!

RUPRECHT

      Precz, mówię!

EWA

      Zaklinam cię!

RUPRECHT

      Ruszaj,

ty... ty... nie powiem, co!

EWA

      Posłuchaj, luby!

Jedno słóweczko...

RUPRECHT

      Ani jedno! Nie chcę!

EWA

Przecie do pułku odchodzisz, Ruprechcie,

a skoro muszkiet weźmiesz raz na ramię,

Bóg wie, czy kiedy zobaczym się znowu.

Na wojnę idziesz, drogi mój Ruprechcie,

w takimże gniewie chcesz się rozstać ze mną?

RUPRECHT

W gniewie? Broń Boże! Tego nie chcę wcale.

Niechaj ci Pan Bóg tyle zdarzy dobra,

ile go tylko ma w zapasie, lecz ja,

choćbym z tej wojny wrócił zdrów, jak z spiżu,

i w Hajsum jeszcze lat żył osiemdziesiąt,

to ci i w śmierci powiem, żeś jest ścierka!

Sama to przecie chcesz zaprzysiąc w sądzie!

MARTA

do Ewy:

Precz! Nie mówiłam? Jeszcze cię lżyć będzie

ten gbur przeklęty! Pan kapral Drewnoga

oto człek godny, oto mąż dla ciebie —

kij ci on w wojsku dzierżył, jak się patrzy —

a nie ten wałkoń, co mu kark wnet poczną

kijem garbować! Dzisiaj zrękowiny,

dziś jeszcze ślub, a choćby nawet chrzciny,

wszystko mi jedno! I na śmierć mą zgoda,

byleby rogów zuchwałości przytrzeć,

co mi do dzbanków moich sięga!

EWA

      Matko,

dajcie już pokój! Pójdę wam do miasta

i najlepszego poszukam tam zduna,

co wam na pokaz te skorupki sklei.

Gdyby zaś z dzbanka nic już być nie miało,

to weźcie moją skarbonkę, matulu,

i nowy kupcie! Któż to widział, matko,

o dzban gliniany, choćby nawet z czasów

samego króla Heroda pochodził,

gwałt taki wszczynać i nieszczęścia tyle!

MARTA

Ot, powiedziałaś, coś wiedziała, panno!

Chcesz może, Ewko, kunę wziąć na szyję

I w kościół iść pokutę czynić jawną?

Twoje w tym garnku było dobre imię

i razem z nim się stłukło w oczach świata,

chociaż nie w moich ni twoich, ni Boga.

Zdunem mi sędzia i więzienny pachoł!

Pnia katowskiego potrza tu i bata!

A choćby w ogień, na stos z tą hołotą,

gdy naszą cześć wypalić trza w tym ogniu

i nasz dzbanuszek znów wypolerować.

SCENA VII

Wchodzi ADAM w todze, ale bez peruki. Ci sami.

ADAM

do siebie:

Aj, patrzcie, Ewka i ten drab sążnisty,

i cała tam, do diabłów stu, familia!

Czyż mnie oskarżać chcą przede mną samym?

EWA

Uchodźmy stąd! Zaklinam was, matulu!

Precz uciekajmy z tej nieszczęsnej izby!

ADAM

do Jasnotki:

Kumie Jasnotko, z czym tu oni przyszli?

JASNOTKA

Z czym? Nie wiem, fraszki! Wielki hałas o nic.

Jakiś tam pono, słyszę, dzban rozbito.

ADAM

Co? Dzban! Aj, proszę! Dzban? I któż go rozbił?

JASNOTKA

Kto go, pytacie, rozbił?

ADAM

      Właśnie, kumie.

JASNOTKA

Zasiądźcie tylko, rychło się dowiecie.

ADAM

do Ewy szeptem:

Ewuniu!

EWA

tak samo:

Precz!

ADAM

      Słóweczko!

EWA

      Nie chcę słyszeć.

ADAM

Z czym wy tu do mnie?

EWA

      Idźcie precz, powiadam!

ADAM

Co to, Ewuniu, wszystko, powiedz, znaczy?

EWA

Jeśli mi zaraz!... Zostawcie mnie, mówię.

ADAM

do Jasnotki:

Słuchajcie, kumie, nie wytrzymam dłużej!

Mdłości mi sprawia rana na goleni.

Sądźcie wy dzisiaj, ja — do łóżka pójdę...

JASNOTKA

Do łóżka? Czyżby? Czyście oszaleli?

ADAM

Aj, na wymioty mi się, kumie, zbiera.

JASNOTKA

Chyba naprawdę szał was dziś opętał!

Wszakże przed chwilą przyszliście dopiero!

Zresztą powiedzcie sami panu radcy.

Może się zgodzi... Któż wie, co was boli.

ADAM

do Ewy:

Ewuś! Zaklinam cię na wszystkie rany!

Z czym wy tu do mnie?

EWA

      Rychło posłyszycie.

ADAM

Czy tylko o ten dzban tam w rękach matki,

com go wszak, Ewuś...

EWA

      Tak, o dzban ten tylko.

ADAM

I o nic więcej?

EWA

      O nic.

ADAM

      Czy na pewno?

EWA

Idźcie, powiadam, i dajcie mi pokój!

ADAM

Słuchaj, Ewuniu, bądź rozsądna, radzę.

EWA

Bezwstydni wy!

ADAM

      Pamiętaj, że w ateście

stoi frakturą wypisane imię

Ruprechta Dziury. Atest mam w kieszeni

gotowiusieńki — słyszysz, jak szeleści?

Zwolni ci on Ruprechta, jak się patrzy.

Inaczej kto wie, czy za rok, Ewuniu,

nie przyszłoby ci sukni wdziać żałobnej,

kiedy ogłoszą, że Ruprecht w Batawiizdechł gdzieś na febrę żółtą lub czerwoną,

lub, czy ja wiem już, jaką — może zgniłą.

WALTER

Hej, proszę tam, panie sędzio Adamie,

nie wieść z stronami gawęd na uboczu.

Tutaj zasiadać, proszę was, i badać.

ADAM

do siebie:

Co mówi? Co wasza miłość raczy mi rozkazać?

WALTER

Czy nie słyszycie? Wszak wyraźnie mówię,

byście przed sesją w sposób tajemniczy

nie wiedli rozmów dwuznacznych ze stronami!

Tutaj to, sędzio, urząd wasz i miejsce,

ja zaś jawnego przesłuchania czekam.

ADAM

do siebie:

Aj, do kaduka! Lęk mnie zbiera zacząć.

Coś tam zabrzękło, gdym uciekał wczoraj!

JASNOTKA

wyrywając go z zadumy:

No, panie sędzio! Czyście...

ADAM

      Nie, na honor!

Wszakem ostrożnie... wołem byłbym chyba,

jeślibym...

JASNOTKA

      Co?

ADAM

      Co?

JASNOTKA

      Pytałem was...

ADAM

      Właśnie...

Pytaliście, czym ja...

JASNOTKA

      Tak, czyście głusi!

Wszak jego miłość was wzywa.

ADAM

      Myślałem...

Co? Kto wzywa?

JASNOTKA

      Jego miłość!

ADAM

do siebie:

      Aj, bierz licho!

Jednoli z dwojga: złamie się lub zegnie!Głośno:Do usług, panie! Co mi wasza miłość

raczy rozkazać? Mamże przewód zacząć?

WALTER

Dziwnieście, mój panie sędzio Adamie,

dziwnieście jakoś roztargnieni, widzę.

ADAM

Na honor, panie, wybaczcie! Pantarka,

którą nabyłem od handlarza z Indii,

pypcia mi, ścierwo, dziś w sam raz dostała.

Knedelkiem trza ją, wasza miłość, leczyć,

a żem w tych sprawach w ciemię bity, przeto

tej się tu panny o radę pytałem.

Słabość to moja, że kuraki swoje

jak własne dzieci miłuję.

WALTER

      Zasiądźcie!

Powoda proszę wezwać i przesłuchać!Do Jasnotki:Pan pisarz będzie protokół prowadził.

ADAM

Czy według wszelkich prawa formalności

rozkaże wasza miłość sąd odprawić,

czy też jak u nas tu, w Hajsum, w zwyczaju?

WALTER

Według wszelakich prawa formalności,

jak to w zwyczaju w Hajsum, nie inaczej.

ADAM

Wybornie, panie. — Już ja wam dogodzę!Do Jasnotki:Pan pisarz gotów?

JASNOTKA

      Do usług.

ADAM

      A zatem

sprawiedliwości, dziej się wola twoja!

Powód niech stanie!

MARTA

      Tu, panie sędzio.

ADAM

Kto wy?

MARTA

      Kto?

ADAM

      Wy, Marto.

MARTA

      Ja?

ADAM

      Kto jesteście?

Imię, siedziba, stan wasz i tam dalej!

MARTA

A toć pan sędzia żarty chyba stroją.

ADAM

Żarty? Do licha! W imię prawa pytam,

prawo zaś wiedzieć musi, kto jesteście.

MARTA

Kto jestem?

ADAM

      Właśnie.

JASNOTKA

półgłosem:

      Dajcie pokój, kumie!

MARTA

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.