drukowana A5
11.4
Stare miasto

Bezpłatny fragment - Stare miasto


Objętość:
9 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0331-2

Kiedyś ten labirynt wąskich uliczek przebiegających między wysokimi, szarymi kamienicami był sercem Warszawy. Obecnie jest już tylko peryferyjną dzielnicą miasta. Przywodzi na myśl jakąś narośl na zdrowym ciele. Na ciele nowoczesnego miasta, w którego żyłach jakoś inaczej płynie krew i serce bije inaczej.

Żydzi nazywają to miejsce Starym Miastem. Ma ono sobie tylko właściwą specyficzną atmosferę. Nawet powietrze w nim jest zupełnie inne niż w pozostałych dzielnicach Warszawy. I ludzie tutaj inaczej wyglądają. Odnosi się to zarówno do Żydów, jak i do nie-Żydów. Wszyscy tu mają twarze jakoś poszarzałe i jakby przywiędłe. Jakby kurz dawno minionych lat i dawnych pokoleń wgryzł się w fałdy ich ubrań i przykleił się do zmarszczek na ich twarzach. Słowem, panuje tu istna szarzyzna. Ludzie chodzący po uliczkach wloką za sobą cienie szarych, wysokich kamienic. Chodzą wąskimi chodnikami prawie przylepieni do murów. Przytuleni do nich niczym dzieci do kolan matki. Wąskie, choć wysokie kamienice sprawiają wrażenie, jakby stały na spuchniętych nogach. U dołu są bowiem szersze niż u góry. Szare ściany ześlizgują się na brudny chodnik, jakby szukały w nim oparcia przed gwałtownym upadkiem. Nie ma tu zwykłych, typowych bram. Wąskie, obdrapane z wiekowej farby drzwi prowadzą do tonących w ciemnościach korytarzy. W nocy oświetla je jedna, zwisająca z sufitu lampa. Te ponure, ciemne, zawsze otwarte korytarze rzucają strach na wąską uliczkę. Wydaje się, że wołają: Ludzie, miejcie się na baczności! Pamiętajcie, że na świecie grasują czarownice. W każdym zakątku czyhają na was biesy! I ludzie, znacznie gorsi od wszelakich biesów. Nie na próżno przecież stoją w niszach wykutych w murach kamienic na wiecznej warcie Madonny i Święci. Mury są stare, szare i zapuszczone, ale Madonny świecą czystym blaskiem sukien stale i systematycznie zamalowywanych błękitną, niebiańską farbą. Wieńce zdobiące ich głowy składają się zawsze ze świeżych, pachnących kwiatów. W ten sposób wierni chrześcijanie wyrażają im swoją wdzięczność za ich wieczną opiekę i trwanie na warcie.

Po cienistych uliczkach snują się ludzie-cienie. I kiedy do wąskiej przestrzeni między wysokimi murami wdziera się kawalątek słońca, uliczka traci swoją dotychczasową szarą całość. Ulega rozbiciu na kilka ostrych zakątków i na szereg krzywych pasemek. Wydaje się, że za chwilę całkiem się rozpadnie, bo oto przerażone ludzkie cienie wydają się uciekać jak najdalej od uliczki po to, żeby znaleźć ocalenie przed grożącym tu niebezpieczeństwem. Chcą jak najszybciej wydostać się z tego miejsca, przypominającego dziurawy rękaw. Chcą dobiec do starego rynku. Tam, w pełnym świetle słońca, przyjdą do siebie, odzyskają pogodę ducha.

Jeśli dawniej Stare Miasto było sercem Warszawy, to stary rynek jest sercem tego serca.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.