drukowana A5
11.72
Dziwny Żyd

Bezpłatny fragment - Dziwny Żyd


Objętość:
12 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0329-9

Nad szerokim stawem słońce przedarło się przez poranną mgłę i ukazało swoje uśmiechnięte, promienne, wczesne oblicze. Od nagłego wtargnięcia słońca zadrżała srebrzysta woda. Zafalowała, zaszumiała, po czym znieruchomiała. Gładka powierzchnia stawu wyglądała teraz jak wypolerowana stalowa bryła.

Nieopodal, w gęstym, wysoko pnącym się lesie, wisiały jeszcze na gałęziach strzępki mgły. Na wysokim brzegu rzeki, ścieżką biegnącą ku mostowi szedł młody, bosy szajgec w żołnierskiej czapce na głowie. Szedł, wygrywając na fujarce smutną melodię. Był to pastuch z dworu stryja Berla. Kiedy doszedł do mostu obok młyna wodnego, oczom jego ukazał się niezwykły widok. Przestał grać i w zdumieniu wytrzeszczył oczy na to, co się w rzece działo. Woda w niej kipiała, szumiała i pieniła się; w jej nurtach szamotały się trzy dziwne stworzenia. Toczyły zażarty bój o to, kto kogo utopi. Wydawały przy tym ryki przypominające chwilami rechot.

Wtem ze spienionej wody wyłonił się człowiek. Najpierw ukazała się czarna głowa, potem broda, a w ślad za nią białe ciało pokryte czarnymi plamami. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że są to ślady mułu rzecznego. Po chwili jednak okazało się, że to kępki czarnych włosów rozsiane na całym ciele — na piersiach, ramionach i grzbiecie.

Brodaty mężczyzna usiłował wyciągnąć z wody dwa niedźwiedzie na łańcuchach. Zwierzęta za żadne skarby nie chciały wyjść z rzeki, ryczały jak zarzynane świnie. Brodacz puścił łańcuchy i złapał niedźwiedzie za łby. Chwycił je za kudły i zaczął ciągnąć do brzegu.

Na widok pana Podlaskiego, zmagającego się z wyhodowanymi przez siebie niedźwiedziami, pastuszek wziął nogi za pas. Podlaski kipiał ze złości na opierające się zwierzęta. Nie przestawał przeklinać na głos:

— Świnie! Sukinsyny!

Prychając i kołysząc się na chwiejnych łapach jak pijani chłopi, niedźwiedzie wylazły jednak na brzeg. Tu Podlaski przywiązał je łańcuchami do wbitego mocno w ziemię pala i nakazał:

— Siedźcie cicho i nie ruszajcie się — dopóki nie wrócę do was z ubraniem. Oba niedźwiadki, dzwoniąc łańcuchami, zaczęły niecierpliwie otrząsać się z wody. Ochlapany wodą Podlaski odskoczył na bok i wciąż klnąc, szybko pomaszerował pod most, gdzie zostawił ubranie. Był obuty w sandały, które włożył przed wejściem do rzeki. Bał się, że niedźwiedzie podepczą mu podczas kąpieli nogi. Miękkie rzemyki sandałów oplatały mu łydki po same kolana. Nagle, nim zdążył się ubrać, na drugim brzegu rzeki pojawiła się tęga, szeroka w biodrach chłopka, która przez złożone w tubę dłonie zawołała gromkim głosem:

— Panie gospodarzu!

Podlaski wylazł spod mostu owinięty w białe prześcieradło. Niedźwiadki nie poznały swego pana w tym przebraniu, groźnie się nastroszyły i zaczęły szarpać pal, do którego były uwiązane. Łańcuchy głośno zadzwoniły. Podlaski spojrzał na chłopkę i zawołał:

— Akulino, czemu ryczysz?

— Pośpiesz się pan, bo ruda Mańka dławi się kartoflem.

— Co takiego? Połknęła cały kartofel?

— Tak!

— Co z ciebie za stworzenie? Ile razy mówiłem, że zanim podasz ziemniaki krowom...

Zorientował się, że nie wolno tracić czasu na gadanie, bo krowa może się tymczasem udusić. O ubraniu się nie mogło więc być mowy. I tak jak stał, owinięty w białe prześcieradło, w sandałach, jednym susem wyskoczył spod mostu i w mig znalazł się na podwórzu. Dziewięciu chłopów krzątało się przy krowie o rozdętym brzuchu. Podtrzymywali ją, żeby nie upadła, zaś młynarz Icyk na klęczkach, sapiąc z wysiłku, próbował masując szyję krowy wyłuskać kartofel. Podlaski odepchnął go na bok. Krowa gasła w oczach. Chwiała się na nogach jakby była pijana w sztok. Podlaski zawołał:

— Chłopcy! Trzymajcie ją. Pchajcie ją na mnie! Prosto na mnie! — Jedną ręką chwycił krowę za jęzor, drugą rękę zaś szybkim, nagłym ruchem wetknął jej do pyska. Energicznie i mozolnie wpychał rękę do gardła, przypominającego wąski rękaw. Krowa usiłowała się wyrwać z rąk trzymających ją chłopów. Miotała się i podrygiwała. Podlaski rozkazującym tonem pouczał chłopów:

— Trzymajcie ją! Mocno trzymajcie! Pchajcie ją na mnie. — Krowa ze spuszczonym ku ziemi łbem stawiała opór i ciągnęła Berla do tyłu.

Wreszcie Berl puścił ją i podszedłszy do chłopa, niejakiego Łukiana, podsunął mu przed nos zakrwawiony kartofel.

— Widzisz? To przez ciebie w korycie znalazł się niepokrojony ziemniak. — I zgrzytając zębami rzucił nieszczęsny kartofel za płot.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.