drukowana A5
28.93
Juliusz Cezar

Bezpłatny fragment - Juliusz Cezar


Objętość:
168 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0976-5

OSOBY:

Juliusz Cezar

Oktawiusz Cezar, triumwir po śmierci Cezara

Marek Antoniusz, triumwir po śmierci Cezara

Marek Emiliusz Lepidus, triumwir po śmierci Cezara

Cycero, senator

Publiusz, senator

Popilius Lena, senator

Marek Brutus, sprzysiężony przeciw Juliuszowi Cezarowi

Kasjusz, sprzysiężony przeciw Juliuszowi Cezarowi

Kaska, sprzysiężony przeciw Juliuszowi Cezarowi

Treboniusz, sprzysiężony przeciw Juliuszowi Cezarowi

Ligariusz, sprzysiężony przeciw Juliuszowi Cezarowi

Decjusz Brutus, sprzysiężony przeciw Juliuszowi Cezarowi

Metellus Cymber sprzysiężony przeciw Juliuszowi Cezarowi

Cynna, sprzysiężony przeciw Juliuszowi Cezarowi

Flawiusz, trybun ludu

Marullus, trybun ludu

Artemidorus, sofista z Knidos

Wróżbiarz

Cynna, poeta

Inny Poeta

Lucyliusz, przyjaciel Brutusa i Kasjusza

Tytyniusz, przyjaciel Brutusa i Kasjusza

Messala, przyjaciel Brutusa i Kasjusza

Młody Kato, przyjaciel Brutusa i Kasjusza

Wolumniusz, przyjaciel Brutusa i Kasjusza

Warro, Klitus, Klaudiusz, Strato, Lucjusz, Dardaniusz, słudzy Brutusa

Pindarus, sługa Kasjusza

Kalpurnia, żona Cezara

Porcja, żona Brutusa

Senatorowie, Obywatele, Straże itd.

Scena najpierw w Rzymie, później w Sardes, na koniec pod Filippi.

AKT PIERWSZY

SCENA I

Ulica w Rzymie

Wchodzą: Flawiusz, Marullus i tłum Pospólstwa

FLAWIUSZ

Precz stąd, próżniaki, wracajcie do domów,

Alboż dziś święto? Jak to, czy nie wiecie,

Że w dniu roboczym nie wolno czeladzi

Bez znamion swego rzemiosła wychodzić?

Ty pierwszy powiedz, z jakiegoś jest cechu?

1 OBYWATEL

Ja, panie, jestem cieśla.

MARULLUS

A gdzie twój liniał i skórzany fartuch?

Czemuś w świąteczne wystroił się szaty?

A ty co robisz?

2 OBYWATEL

Jużci, panie, w porównaniu z majstrem pięknego rzemiosła, jestem niewiele, bo, jak byś powiedział, jestem tylko partaczem.

MARULLUS

Twoje rzemiosło? Odpowiedz natychmiast.

2 OBYWATEL

Co do mojego rzemiosła, panie, spodziewam się, że mogę je praktykować ze spokojnym sumieniem; jestem, panie, łataczem dziurawych podeszew.

FLAWIUSZ

Ale twoje rzemiosło, hultaju? Obrzydły hultaju, twoje rzemiosło?

2 OBYWATEL

Tylko, panie, nie pęknij ze złości, choć na ten przypadek potrafiłbym cię może naprawić.

MARULLUS

Co rozumiesz przez twoje: naprawić, zuchwalcze?

2 OBYWATEL

Co rozumiem, panie? Rozumiem: załatać.

FLAWIUSZ

To, widzę, jesteś szewcem łataczem, czy nie prawda?

2 OBYWATEL

Prawda, panie. Żyję z szydła i nie mieszam się do cudzych interesów, ani ludzi, ani kobiet, dość mi na Szydłowieckich. Tak jest, panie, jestem chirurgiem starych chodaków, bo gdy są w wielkim niebezpieczeństwie, przywracam je do zdrowia. Wszyscy uczciwi ludzie, co kiedykolwiek na wołowej skórze chodzili, chodzili na mojej robocie.

FLAWIUSZ

Lecz czemu dzisiaj warsztat opuściłeś?

Czemu z tym tłumem włóczysz się po mieście?

2 OBYWATEL

Żeby prędzej obuwie schodzili, a mnie przysporzyło się roboty. Ale rzetelnie mówiąc, panie, świętujemy, żeby zobaczyć Cezara i radować się z jego triumfu.

MARULLUS

Z czego się cieszyć? Gdzie jego podboje?

Gdzie jeńcy tłumem wiedzeni do Rzymu,

Triumfalnego ozdoba rydwanu?

O, tępe głowy, stokroć bydląt gorsze,

O, serca twarde, twardsze od kamienia,

Czy wam nieznane imię Pompejusza?

Ileż to razy ubiegł wam dzień cały

Na murach, dachach, na kominach domów,

Z dziećmi na ręku, w cierpliwej nadziei,

Że Pompejusza wielkiego ujrzycie?

Zaledwo rydwan jego się pokazał,

Ileż to razy na wasze okrzyki

W swoich głębinach zadrżał Tybr schowany

Na rozgłos echa swych brzegów skalistych?

A teraz szaty bierzecie świąteczne,

Tłumnie warsztaty wasze opuszczacie,

Sypiecie kwiaty na drogę zwycięzcy,

Co z Pompejusza krwi dziś triumfuje.

Idźcie do domów, a tam, na kolanach,

Błagajcie bogów, by w swym miłosierdziu,

Raczyli od was plagi te odwrócić,

Które niewdzięczność wasza ściągnąć musi.

FLAWIUSZ

Słuchajcie rady tej, Obywatele,

A, żeby grzech wasz do reszty okupić,

Ze wszystkich ulic zgromadźcie biedaków,

Nad brzegiem Tybru idźcie wspólnie płakać,

Aż fale jego, łez potokiem wzdęte,

Dosięgną znaku największych wylewów.

Wychodzą Obywatele

Patrz, jak zły kruszec słowem dał się zmiękczyć;

Uciekli milczkiem w swej winy uczuciu.

Ty idź tą stroną do wzgórz Kapitolu,

Ja tamtą pójdę; gdy znajdziesz po drodze,

Zdzieraj z posągów świąteczne ozdoby.

MARULLUS

Będzież nam wolno? Wszak dziś, jak wiesz dobrze,

Obchodzą w Rzymie święto Luperkaliów.

FLAWIUSZ

Nie zważaj na to; niechaj żaden posąg

Nie nosi znamion Cezara trofeów.

Ze wszystkich ulic pozmiatam hołotę,

I ty, gdzie znajdziesz, porozganiaj tłumy,

Z skrzydeł Cezara rwij rosnące pióra,

Ażeby średnim podlatywał szlakiem;

Inaczej bowiem w chmurach z ócz nam zniknie,

Zegnie nam karki niewolniczą trwogą.

Wychodzą

SCENA II

Plac publiczny w Rzymie

Wchodzą procesjonalnie, przy odgłosie muzyki: Cezar, Antoniusz ubrany do gonitwy, Kalpurnia, Porcja, Decjusz, Cycero, Brutus, Kasjusz i Kaska, za nimi tłumy ludu, wśród którego Wróżbiarz

CEZAR

Kalpurnio —

KASKA

      Cicho! bo Cezar chce mówić.

Ustaje muzyka

CEZAR

Kalpurnio —

KALPURNIA

      Słucham.

CEZAR

      Stań na środku drogi,

Po której będzie przebiegał Antoniusz.

Antoni!

ANTONIUSZ

      Jaka wola twa, Cezarze?

CEZAR

W twym biegu tylko nie omieszkaj, proszę,

Dotknąć Kalpurnii, bo jak mówią starzy,

W świętych gonitwach trącona niepłodna

Swej niepłodności utraca przekleństwo.

ANTONIUSZ

Gdy Cezar mówi „zrób to”, rzecz zrobiona.

CEZAR

Zaczynaj, wierny przyjętym obrzędom.

Muzyka

WRÓŻBIARZ

Cezarze!

CEZAR

      Któż to me wymówił imię?

KASKA

Cicho!

Ustaje muzyka

CEZAR

      Kto z tłumu zawołał: Cezarze!

Głosem nad wszystkie trąby przenikliwszym?

Niech odpowiada, Cezar słuchać gotów.

WRÓŻBIARZ

Strzeż się Id marca.

CEZAR

      Co to jest za człowiek?

BRUTUS

To Wróżbiarz; radzi, byś strzegł się Id marca.

CEZAR

Niech się tu stawi, chcę w oczy mu spojrzeć.

KASKA

Zbliż się, Wróżbiarzu, spojrzyj na Cezara.

CEZAR

Co mi mówiłeś? Raz jeszcze mi powtórz.

WRÓŻBIARZ

Strzeż się Id marca.

CEZAR

      To jakiś marzyciel;

Dajmy mu pokój, a nie traćmy czasu.

Odgłos trąb. Wychodzą wszyscy prócz Brutusa i Kasjusza

KASJUSZ

Czy chcesz zobaczyć cały ciąg gonitwy?

BRUTUS

Nie.

KASJUSZ

      Chodź, chodź proszę.

BRUTUS

      Nie bawią mnie święta;

Brak mi na żywym duchu Antoniusza.

Lecz, żeby nie być twym chęciom zawadą,

Żegnam cię teraz.

KASJUSZ

      Słuchaj mnie, Brutusie.

Ze smutkiem widzę od pewnego czasu,

Że nie masz dla mnie ni spojrzeń uprzejmych,

Ani dowodów braterskiej miłości

Dla przyjaciela, który cię tak kocha,

Podając zimną, obojętną rękę.

BRUTUS

Błędne twe sądy, dobry mój Kasjuszu;

Bo jeśli moje spojrzenia są chmurne,

To skutkiem uczuć w duszy mojej skrytych.

Jestem igraszką dziwnych namiętności,

Tysiące myśli w głowie mi się snuje,

Co mogły zmienić duszy mej obyczaj;

Lecz niech to moich nie smuci przyjaciół

(Do których liczby należysz, Kasjuszu),

Niech mówią raczej, widząc moją zmianę,

Że biedny Brutus, dziś w wojnie sam z sobą,

Oznak przyjaźni dla drugich zapomniał.

KASJUSZ

Więc mylnie o twych uczuciach sądziłem;

Błąd ten powodem, że w serca głębinach

Godne rozwagi pogrzebałem myśli.

Powiedz, czy możesz swoją twarz sam widzieć?

BRUTUS

Nie, oko bowiem widzieć się nie może,

Chyba w zwierciedle odbite.

KASJUSZ

      To prawda,

I rzecz bolesna, że nie masz, Brutusie,

Zwierciadła, w którym cień byś swój zobaczył,

Wartość twą całą, tajną dziś dla ciebie.

Słyszałem Rzymian najpierwszych godnością

(Z nieśmiertelnego wyjątkiem Cezara)

Pod jarzmem czasu boleśnie jęczących,

Którzy pragnęli, by szlachetny Brutus

Mógł mieć ich oczy.

BRUTUS

      W jakąż groźną przepaść

Chcesz mnie prowadzić, gdy pragniesz, Kasjuszu,

Bym szukał w sobie, czego we mnie nie ma?

KASJUSZ

Więc słuchaj teraz słów moich, Brutusie.

Skoro nie możesz sam siebie zobaczyć,

Pozwól, niech twoim dziś będę zwierciadłem,

Niech ci odsłonię, co w tobie się kryje,

A o czym dotąd nie wiedziałeś jeszcze.

Słów mych, Brutusie, nie miej w podejrzeniu,

Bo gdybym tylko powszednim był śmieszkiem,

Gdybym na lada oznakę przyjaźni

Szafował wiecznej miłości przysięgi,

Pochlebiał drugim, cisnął ich do piersi,

Żeby ich potem czernić za oczyma,

Gdybym śród uczty wszystkim biesiadnikom,

Jak na potrawę przyjaźń mą zastawiał,

Mógłbyś mnie wtedy niebezpiecznym nazwać.

Odgłos trąb i okrzyki za sceną

BRUTUS

Co krzyk ten znaczy? Drżę, aby lud rzymski

Cezara królem swoim nie obwołał.

KASJUSZ

Drżysz? Więc przypuszczam, że tego nie pragniesz?

BRUTUS

Nie pragnę tego, choć kocham go szczerze.

Ale dlaczegóż tak długo mnie trzymasz?

Jaki twój zamiar? Co chcesz mi powiedzieć?

Jeśli publiczne dobro masz na celu,

Postaw śmierć z jednej, honor z drugiej strony,

Na oba spojrzę okiem obojętnym,

Bo, niechaj bogi tak mi dopomogą,

Sława mi droższa nad życie jest moje.

KASJUSZ

Znam ja tak dobrze twojej duszy cnoty,

Jak znam dokładnie twarzy twojej rysy.

Więc słuchaj, honor słów mych będzie treścią.

Nie wiem, co myślisz o naszym tu życiu,

Co myślą inni; co do mnie, wyznaję,

Że chciałbym raczej umrzeć tysiąc razy,

Niż drżeć w obliczu równej mi istoty.

Wolny, jak Cezar, na świat ten przyszedłem,

I ty tak wolny, jak on; wyrośliśmy,

Jak on zimowe znosić zdolni mrozy.

Raz, zapamiętam, w dzień wietrzny i chłodny,

Gdy Tybr gniewliwie chłostał swoje brzegi,

Mówił mi Cezar: „Masz serce, Kasjuszu,

W te gniewne fale skoczyć ze mną razem,

I do drugiego płynąć ze mną brzegu?”

Na jego słowa, jak byłem ubrany,

Skoczyłem w wodę, wołając: „Płyń za mną!”

Jakoż w ryczące rzucił się bałwany;

Silnym ramieniem siekliśmy je wspólnie,

Torując drogę piersiom nieulękłym.

Lecz nim do naszej dobiliśmy mety,

Słyszę Cezara: „Ratuj mnie, bo tonę!”

Ja, jak Eneasz, wielki nasz poprzednik,

Na swych ramionach, z gorejącej Troi,

Starego ojca uniósł Anchizesa,

Uratowałem z fal Tybru Cezara.

I ten sam Cezar bogiem dzisiaj został!

Kasjusz, jak robak, czołgać się ma przed nim

Na obojętne skinienie Cezara!

Na febrę zapadł, kiedy był w Hiszpanii,

Widziałem, cały trząsł się w paroksyzmie,

Tak jest, tym bogiem trzęsło zimno febry;

Przelękłe lica straciły rumieniec,

Oko, co dzisiaj trwoży świat spojrzeniem,

Blask utraciło; słyszałem, jak jęczał;

Język, którego każde słowo teraz

Rzym do swych dziejów skrzętnie zapisuje,

Jak słabe dziewczę, wołał miłosiernie:

,,Podaj mi szklankę wody, Tytyniuszu”.

Jak się nie dziwić, gdy człowiek tak słaby

Prześciga teraz wszystkich majestatem,

Pierwszeństwa palmę sam sobie przywłaszcza.

Odgłos trąb, okrzyki za sceną

BRUTUS

Krzykiem tym pewno lud rzymski potwierdza

Nowe zaszczyty na Cezara zlane.

KASJUSZ

Cezar, jak kolos, cały świat okraczył,

My się jak karły u nóg mu czołgamy,

Szukając grobu dla naszej niesławy.

Drogi Brutusie, są w życiu tym chwile,

W których przeznaczeń swych panem jest człowiek.

Jeśliśmy zeszli do nędznej sług roli,

To nasza tylko, nie gwiazd naszych wina.

Brutus i Cezar --- co jest w tym Cezarze?

W czym to nazwisko od twego dzielniejsze?

Napisz je razem, twoje równie piękne;

Wymów je razem, twoje równie dźwięczne;

Zważ je, tą samą w obu znajdziesz wagę;

Zaklnij ich siłą, a imię Brutusa

Wywoła duchy jak imię Cezara.

Okrzyki za sceną

Powiedz, przez Boga, czym się Cezar żywi

Że tak potężnie nad wszystkich nas wyrósł?

Wstyd czasom naszym! Utraciłeś, Rzymie,

Szlachetnych ludzi szlachetne nasiona!

Kiedyż wiek cały, od czasu potopu,

Mąż jeden tylko swą chwałą zapełniał?

Kiedyż po wielkich placach tego miasta

Mąż jeden tylko śmiałby się panoszyć?Rzym, wielkie miasto, wielką jest pustynią,

Kiedy jednego ma tylko mieszkańca.

Jak ja, zapewne słyszałeś od ojców,

Że w naszym mieście żył przed laty Brutus,

Który tak chętnie zniósłby w jego murach

Stolicę diabła jak godność królewską.

BRUTUS

Wiem, że mnie kochasz; wiem, do czego zmierzasz.

Co o tym myślę, jak czasy te sądzę,

Później ci powiem; na teraz, Kasjuszu,

Nie mówmy o tym, na przyjaźń cię proszę.

Do serca wezmę, co już powiedziałeś,

Co masz powiedzieć, wysłucham cierpliwie.

Wynajdę porę lepszą, stosowniejszą,

W której pomówim o tej wielkiej sprawie,

Dziś, przyjacielu, jedno dodam słowo:

Przódy by Brutus wolał ziemię kopać,

Niż się imieniem syna Rzymu chełpić

Pod warunkami tak bolesnej treści,

Jakie nam czasy zdają się nakładać.

KASJUSZ

Cieszę się teraz, że słowa me słabe

Mogły tę iskrę z Brutusa wydobyć.

Wchodzi Cezar z Orszakiem

BRUTUS

Święto skończone i Cezar powraca.

KASJUSZ

W przechodzie Kaskę pociągnij za rękaw,

On nam opowie, na swój cierpki sposób,

Wszystkie ciekawe obrzędu wypadki.

BRUTUS

Zrobię, jak mówisz. Ale patrz, Kasjuszu,

Zawisła chmura na czole Cezara,

Sług wyłajanych wszyscy mają minę,

Kalpurnia zbladła, oczy Cycerona,

Niby łasicy ogniste źrenice,

Błyszczą jak zawsze, kiedy w Kapitolu

Spotka śród rozpraw opór senatorów.

KASJUSZ

Kaska nam całą powie tajemnicę.

CEZAR

Antoniuszu!

ANTONIUSZ

Cezarze!

CEZAR

Lubię otyłych ludzi koło siebie,

Z rumianą twarzą, a dobrym snem w nocy;

Ale ten Kasjusz, wybladły i chudy

Za wiele myśli — to Grek niebezpieczny.

ANTONIUSZ

Nie bój się; mąż to nie jest niebezpieczny,

To rzymski magnat i dobrze myślący.

CEZAR

Wolałbym jednak, by lepszej był tuszy.

Lecz nie drżę przed nim, choć, gdybym znał trwogę,

Z nikim mniej chętnie spotkać bym się nie chciał,

Jak z tym z wywiędłą twarzą Kasjuszem.

Za wiele czyta, a bystrym spojrzeniem

Przenika ludzkie zamysły i czyny,

Nie lubi zabaw, jak ty, mój Antoni,

Unika pieśni, a tak się uśmiecha,

Jakby sam z siebie szydził, sobą gardził,

Że mu co mogło uśmiech ten wywabić.

Dla takich ludzi zawsze jest goryczą,

Kiedy wyższego od siebie zobaczą:

Dlatego są to ludzie niebezpieczni.

Mówię to, czego lękać by się trzeba,

A nie to, czego Cezar by się lękał,

Bo jestem zawsze, jak byłem, Cezarem.

Stań mi na prawo, ucho to nie słyszy,

Powiedz mi szczerze, co ty o nim myślisz.

Wychodzi Cezar swoim Orszakiem, z którego zostaje tylko Kaska

KASKA

Pociągnąłeś mnie za rękaw; czy masz mi co powiedzieć?

BRUTUS

Chciałem się spytać, co się wydarzyło,

Że Cezar takie pochmurne ma czoło.

KASKA

Jak to, czy z nim nie byłeś?

BRUTUS

Czyżbym się pytał, co się wydarzyło?

KASKA

Otóż ofiarowano mu koronę, ale on odepchnął ją płazem ręki — tak — na ten widok lud cały wybuchnął okrzykami.

BRUTUS

A jaki był powód następnych okrzyków?

KASKA

To samo.

KASJUSZ

Trzy razy brzmiały oklaski; co je wywołało po raz trzeci?

KASKA

Zawsze to samo.

BRUTUS

Więc mu trzy razy ofiarowano koronę?

KASKA

Trzy razy, a on ją trzy razy odepchnął, a za każdym razem łagodniej, a na każde odepchnięcie moi uczciwi sąsiedzi wrzeszczeli z całego gardła.

KASKA

Kto mu ofiarował koronę?

KASKA

A któżby, jeśli nie Antoniusz!

BRUTUS

Opowiedz nam wszystkie szczegóły, dobry Kasko.

KASKA

Równie by mi było łatwo stryczek sobie na szyję zarzucić, jak wam wszystkie szczegóły opowiedzieć; było to proste błazeństwo i nie zwracałem na nie uwagi. Widziałem, jak Marek Antoniusz ofiarował mu koronę — choć to nie była korona, ale raczej coś na kształt wieńca — i jak wam mówiłem, Cezar odepchnął ją natychmiast, mimo tego jednak, moim zdaniem, rad by ją był zatrzymał. Niedługo potem ofiarował mu ją powtórnie, a on ją powtórnie odepchnął, choć, moim zdaniem, markotno mu było usunąć od niej palce. Ofiarował mu ją na koniec po raz trzeci, on ją po raz trzeci odepchnął, a za każdym odepchnięciem wrzeszczała hołota, klaskała w popadane ręce, ciskała do góry zatłuszczone szlafmyce i wyziewała taką masę śmierdzącego oddechu z radości, że Cezar nie przyjął korony, iż mało co nie udusiła Cezara, bo zemdlał i upadł. Co do mnie, lękałem się śmiać, z obawy, żebym otwierając usta nie wciągnął zatrutego powietrza.

KASJUSZ

Jak to? Więc mówisz, że upadł omdlały?

KASKA

Upadł na środku rynku; zapieniły mu się usta, stracił mowę.

BRUTUS

Napadł go pewno paroksyzm padaczki.

KASJUSZ

Nie, nie, nie Cezar chory na padaczkę,

Lecz ty, Brutusie, lecz ja, ale Kaska.

KASKA

Nie wiem, co przez to rozumiesz, ale tego jestem pewny, że Cezar upadł. Jeżeli hałastra nie klaskała i nie świstała, stosownie do tego, jak jej się podobał lub nie podobał, tak zupełnie, jak to robi z komediantami na teatrze, ogłoście mnie za kłamcę przed światem.

BRUTUS

A co powiedział, gdy do zmysłów wrócił?

KASKA

Gdy postrzegł, nim upadł, iż głupia trzoda cieszyła się z tego, że nie przyjął korony, rozpiął togę i pokazał jej gardło, jakby pragnął, żeby mu je poderżnęła. Gdybym był jednym z tych czeladników, bodajem się dostał na samo dno piekła, między największych szubrawców, jeślibym go nie był wziął za słowo. Tak więc upadł, a ledwo przyszedł do zmysłów, powiedział, że jeśli mu się jakie niestosowne wymknęło słówko, prosi dostojnych słuchaczów, żeby raczyli pamiętać na jego niemoc. Trzy lub cztery dziewki przy mnie stojące krzyknęły: „Nieboraczek!” i z całego serca wszystko mu przebaczyły. Ale nie trzeba na nie zważać, boć gdyby Cezar zamęczył własne ich matki, to i wtedy jeszcze zrobiłyby to samo.

BRUTUS

I po tej scenie wyszedł zasmucony?

KASKA

Tak jest.

KASJUSZ

Czy Cycero nic nie powiedział?

KASKA

I owszem, powiedział coś po grecku.

KASJUSZ

Co takiego?

KASKA

Jeśli wam to powiem, bodajem was nigdy więcej na oczy nie widział. Ale ci, co go zrozumieli, poglądali na siebie z uśmiechem i kiwali głowami; lecz dla mnie było to po grecku. Mam jeszcze inną dla was nowinę: Marullus i Flawiusz, za to, że zdarli wieńce z posągów Cezara, zostali skazani na milczenie. Żegnam was. Było tam jeszcze innych błazeństw niemało, tylko że zapomniałem.

KASJUSZ

Czy chcesz, Kasko, wieczerzać dziś ze mną?

KASKA

Nie, przyjąłem już inne zaproszenie.

KASJUSZ

To przynajmniej jutro czy będziesz mógł przyjść do mnie na obiad?

KASKA

Chętnie, jeśli jeszcze jutro będę przy życiu, lub ty nie zmienisz myśli, lub obiad twój wart będzie moich zębów.

KASJUSZ

Czekam więc na ciebie.

KASKA

Czekaj. Bądźcie zdrowi!

Wychodzi

BRUTUS

Jakiż się ciężki zrobił z niego człowiek!

Miał jednak bystrość, gdy był z nami w szkole.

KASJUSZ

I ma ją teraz, tam gdzie czyn szlachetny

Czeka na pomoc duszy nieulękłej,

Ociężałości formą przyodziany.

Szorstkość jest tylko zaprawą dowcipu,

Robi smaczniejszym każde jego słowo.

BRUTUS

I ja tak myślę. Bywaj zdrów, Kasjuszu;

Gdybyś chciał ze mną jutro się rozmówić,

Przyjdę do ciebie, lub jeżeli wolisz,

Będę na ciebie w domu moim czekał.

KASJUSZ

Przyjdę; tymczasem myśl o świata losach.

Wychodzi Brutus

Widzę, szlachetnym twoja myśl jest kruszcem,

Lecz wpływ ją obcy w żużel łatwo zmienia.

Rzecz też zbawienna, gdy szlachetna dusza

Tylko w szlachetnych dusz przebywa kole,

Bo któż tak silny, by się nie dać uwieść?

Cezar ma do mnie wstręt, Brutusa kocha;

Gdybym Brutusem, a on był Kasjuszem,

Nie tak by łatwo serce moje podbił.

Tej nocy rzucę mu przez jego okna

Pisma różnymi kreślone rękami,

A wszystkich treścią wielkie poważanie

Całego Rzymu dla jego nazwiska;

Napomknę ciemno o Cezara dumie:

Niech potem Cezar strzeże swojej głowy,

Zginie — lub cięższe grożą nam okowy.

wychodzi

SCENA III

Rzym. — Ulica.

Grzmoty i błyskawice. Z dwóch stron przeciwnych wchodzą: Kaska z dobytym mieczem i Cycero

CYCERO

Witam cię Kasko, czy byłeś śród tłumu,

Co odprowadził Cezara do domu?

Lecz co twa bladość, co przestrach twój znaczy?

KASKA

Jak to? Ty nie drżysz, kiedy ziemia cała

Na swych podstawach jak szałas się chwieje?

O Cyceronie, widziałem ja burze,

W których wiatr łamał dęby jak badyle,

Widziałem morze wściekłością spienione,

Jak wzdętą falą groźne chmury siekło,

Lecz nigdy, przedtem, tej dopiero nocy

Widziałem burzę ogniem miotającą.

Lub w niebie wojna szaleje domowa,

Lub zagniewany na ród ludzki JowiszChce ziemię w popiół zamienić pożarem.

CYCERO

Czyś widział jakie cudowne zjawisko?

KASKA

Prosty niewolnik (a znam go z widzenia)

Podniósł lewicę — buchnęła płomieniem

Jakby dwadzieścia gorzało pochodni,

A ręka jednak nie czuła płomienia.

Potem, patrz, oręż mam jeszcze dobyty,

Lwa zobaczyłem u stóp Kapitolu,

Krwawą źrenicą spojrzał na mnie groźno,

I wybiegł, żadnej nie robiąc mi krzywdy.

Spotkałem później tłumy bladych niewiast,

Skostniałych trwogą, które mi przysięgły,

Że przed ich okiem, po ulicach miasta

Tłum ludzi, całych w ogniu, się wałęsał.

Wczoraj ptak nocy o samym południu

Usiadł na rynku i hukał żałośnie.

Na tyle cudów niech mi nikt nie mówi:

,,To rzecz zwyczajna, dam ci tłumaczenie”,

Bo ja powiadam, to groźne są znaki

Klęsk dla tej ziemi, na której się jawią.

CYCERO

Wyznaję, Kasko, dziwne to są czasy;

Lecz ludzie rzeczy tak, jak chcą, tłumaczą,

Kiedy ich treści nie mogą przeniknąć.

Czy Cezar będzie jutro w Kapitolu?

KASKA

Tak myślę. Wydał rozkaz Antoniemu,

By ci oznajmił jutrzejsze zebranie.

CYCERO

Dobranoc, Kasko, trudno się przechadzać

Pod takim niebem.

KASKA

      Bądź zdrów, Cyceronie!

Wychodzi Cycero — Wchodzi Kasjusz

KASJUSZ

Kto tam?

KASKA

      Rzymianin.

KASJUSZ

      Poznałem cię z mowy.

To Kaska

KASKA

      Widzę, że dobre masz ucho.

Co za noc!

KASJUSZ

      Właśnie dla uczciwych ludzi.

KASKA

Kto widział kiedy niebo równie groźne?

KASJUSZ

Ten, który widział ziemię tak występną.

Co do mnie, Kasko, zbiegałem ulice,

Szydziłem z wszystkich gróźb burzliwej nocy,

Z togą rozpiętą, jak ją teraz widzisz,

Piorunom nagą pierś mą pokazałem;

A kiedy ogień niebieski się zdawał

Rozdzierać czarne sklepy firmamentu,

Podbiegłem stanąć na drodze błyskawic.

KASKA

Czemu, Kasjuszu, niebo tak kusiłeś?

Wszak to rzecz ludzka drżeć i blednąć trwogą,

Gdy bóg potężny znak daje widomy

Swojego gniewu piorunów poselstwem.

KASJUSZ

Ciężki twój umysł; nie masz iskry życia,

Co tleć powinna w piersiach Rzymianina,

Lub, jeśli masz ją, popiół ją zasypał.

Twarz twoja blada, oczy obłąkane,

We wszystkich rysach trwoga i zdziwienie,

Że niebo groźną zdradza niecierpliwość.

Lecz gdybyś zważył prawdziwe przyczynyOgnia błyskawic, duchów wędrujących,

Ptactwa i bydląt natury niepomnych,

Starców bez myśli, dzieci rachujących;

Gdybyś chciał zbadać, skąd wszystkie istoty

Wspak przyrodzonych praw zdają się rządzić,

Łatwo byś odkrył, że to niebios wola

To potworności wszystkie wywołała,

Ażeby przestrach znakiem był dla ludzi,

Że się coś w mieście knuje potwornego.

Ja ci też, Kasko, mógłbym wskazać męża,

Który do groźnej nocy tej podobny,

Grzmi, błyska, groby otwiera i ryczy

Jak lew przy bramach Kapitolu ryczał;

Męża, co siłą tobie lub mnie równy,

Wyrósł potwornie i zagraża ziemi,

Jak jej groziły cudowne zjawiska.

KASKA

Czy masz na myśli Cezara, Kasjuszu?

KASJUSZ

Na co się przyda wiedzieć, o kim mówię?

Swych przodków ciała mają dziś Rzymianie,

Lecz dusze przodków, niestety, umarły!

Duch matek naszych dzisiaj nami rządzi;

Niewieście dusze zdradzamy pokorą.

KASKA

Prawda, słyszałem, że senatu myślą

Jutro Cezara uwieńczyć koroną,

Którą mu wszędzie nosić będzie wolno

Z jednym wyjątkiem włoskiej naszej ziemi.

KASJUSZ

To wiem, gdzie sztylet ten utopić trzeba;

Kasjusz z niewoli wybawi Kasjusza.

Tym bóg litosny słabym daje siłę,

Tym bóg poskramia tyranów potęgę;

Wieże kamienne, zatęchłe więzienia,

Spiżowe mury, żelazne kajdany

Potęgi ducha wstrzymać nie zdołają;

Duch, ziemskich kajdan znużony ciężarem,

Zawsze ma siłę do swobody wrócić.

Co wiem, niech ze mną i ziemia wie cała:

Cząstkę niewoli, która na mnie ciąży,

Kiedy zapragnę, otrząsnąć potrafię.

Grzmoty

KASKA

I ja w mej dłoni równą mam potęgę,

I jak ja, każdy niewolnik ma siłę

Swojej niewoli potargać łańcuchy.

KASJUSZ

Dlaczegoż Cezar ma tu być tyranem?

Biedne stworzenie! On wielkim by nie był,

Gdyby nie widział, żeśmy owiec trzodą,

I dla sarn stada on lwem tylko został.

Kto nagle wielki ogień chce zapalić,

Podsuwa iskrę pod snop wielkiej słomy:

Ach, jakie plewy, jakie z Rzymian śmiecie,

Kiedy płomieniem swym oświecać muszą

Tak nędzne, podłe jak Cezar stworzenie!

Lecz, o boleści, dokąd mnie prowadzisz?

Może rozmawiam z chętnym niewolnikiem,

I będę musiał z moich słów zdać liczbę;

Lecz miecz mam w dłoni, szydzę z niebezpieczeństw.

KASKA

Rozmawiasz z Kaską, nie z obłudnym szpiegiem.

Masz moją rękę; wyszukaj stronników,

Chętnych za krzywdy nasze pomsty szukać,

A moja noga tam stanie bez trwogi,

Gdzie najśmielszego znajdzie ślad mściciela.

KASJUSZ

Przyjmuję rękę. Słuchaj teraz, Kasko;

Już potrafiłem do myśli mych skłonić

Najpierwszych cnotą i znaczeniem Rzymian,

Z nimi układam wielkie przedsięwzięcia,

Pełne honoru, pełne niebezpieczeństw.

Wiem, że w tej chwili już wszyscy zebrani

Czekają na mnie w Pompeja krużganku,

Bo wśród piorunów, wśród tej nawałnicy

Puste i głuche są Rzymu ulice;

Wszystkie żywioły, jak zamiary nasze,

Są krwawe, groźne, ogniem buchające.

Wchodzi Cynna

KASKA

Cicho, ktoś śpiesznym zdąża ku nam krokiem.

KASJUSZ

O, to przyjaciel; poznałem po chodzie,

To Cynna. Cynno, dokąd ci tak śpieszno?

CYNNA

Szukam cię. Kto to? Czy Metellus Cymber?

KASJUSZ

Nie, to jest Kaska, to nasz. Kto mnie czeka?

CYNNA

Cieszę się z tego. Co za noc straszliwa!

Kilku z nas dziwne widziało zjawiska.

KASJUSZ

Czy mnie czekają?

CYNNA

      Wszyscy niecierpliwi.

O, gdybyś zdołał dobrej naszej sprawie

Zapewnić pomoc szlachetną Brutusa!

KASJUSZ

Dzielny mój Cynno, dobrej bądź otuchy.

Zabierz to pismo i dołóż starania,

Żeby je Brutus znalazł jutro rano

W pretorskim krześle; a to, rzuć mu oknem;

A do posągu starego Brutusa

To przylep woskiem; później złącz się z nami,

Będziem w krużganku Pompejusza radzić.

Czy są tam Decjusz Brutus i Treboniusz?

CYNNA

Tylko Metellus Cymber nieobecny,

Wybiegł, ażeby w twym domu cię szukać.

A teraz idę zlecenia twe spełnić.

KASJUSZ

Idź, my czekamy w teatrze Pompeja.

Wychodzi Cynna

Chodź ze mną, Kasko, a nim dzień zaświta,

Pójdziemy razem do Brutusa domu.

Trzy jego części już po naszej stronie,

A będzie cały po pierwszej rozmowie.

KASKA

O, Brutus silnie ludu sercem włada!

To, co by zbrodnią mogło w nas się wydać,

Jego powagi wszechmocną alchemią

Zmieni się w cnotę i szlachetne dzieło.

KASJUSZ

Dobrze pojąłeś całą jego wartość,

Jego potrzebę dla naszych zamiarów.

Nie traćmy czasu, już północ minęła,

A nim zaświta, on naszym być musi.

Wychodzą

AKT DRUGI

SCENA I

Rzym. Ogród Brutusa

Wchodzi BRUTUS

BRUTUS

Hola, Lucjuszu! Nie mogę rozpoznać

Po gwiazd obrocie, jak daleko rano.

Hola, Lucjuszu! Ach, jakże bym pragnął

Jego mieć wady, jak on spać głęboko!

Hola, Lucjuszu! obudź się, Lucjuszu!

Wchodzi Lucjusz

LUCJUSZ

Czy mnie wołałeś, panie?

BRUTUS

Idź i pochodnię zapal w mej komnacie,

Wróć zawiadomić, jak będzie gotowa.

LUCJUSZ

Idę wykonać rozkazy twe, panie.

Wychodzi

BRUTUS

Tylko przez jego śmierć — co się mnie tyczy,

Nie mam powodów żadnej nienawiści,

Tylko publiczne dobro mną kieruje.

Pragnie korony — kto zgadnąć potrafi,

Jego naturę jak zmieni korona?

Dzień tylko jasny żmije ze snu budzi,

Radzi ostrożność. Włożyć mu koronę?

Tak, a z koroną dać mu razem żądło,

Którym dowolnie śmierć może rozsiewać.

Jak łatwo zbytku wielkości nadużyć,

I z miłosierdziem potęgę rozłączyć!

A choć w Cezarze nie widziałem dotąd,

Żeby namiętność nad rozum wyrosła,

Wiem z doświadczenia, że młodej ambicji

Pokorna skromność za drabinę służy,

Z ócz jej nie traci, kto po niej szczebluje,

Lecz na najwyższym ledwo szczeblu stanie,

Wraz od drabiny odwraca źrenice,

Pogląda w chmury, podłym gardzi drewnem,

Po którym z wolna na górę się wdrapał.

Lepiej więc będzie zawczasu uprzedzić,

Aby i Cezar nie poszedł tym śladem.

Jeśli nam dotąd wszystkie jego sprawy

Otwartej wojny nie dały powodów,

Tak rozumujmy: Gdy jeszcze podrośnie,

Ostateczności tej lub tej dosięże;

Więc jaje węża widzieć w nim należy,

Z którego wąż się wykluje zjadliwy,

Lepiej więc węża udusić w skorupie.

Wchodzi Lucjusz

LUCJUSZ

Pochodnia gore w komnacie twej, panie.

Kiedy na oknie krzemienia szukałem,

Pieczętowany ten znalazłem papier,

A jestem pewny, że go tam nie było,

Gdy wychodziłem wieczór na spoczynek.

BRUTUS

Wracaj do łóżka; jeszcze dzień daleko.

Czy jutro, chłopcze, Idy są marcowe?

LUCJUSZ

Nie wiem.

BRUTUS

      Więc zajrzyj wprzód do kalendarza

I wróć powiedzieć.

LUCJUSZ

      Idę spełnić rozkaz.

Wychodzi

BRUTUS

Chmur rozwieszonych ogniste wyziewy

Dość światła dają, aby list przeczytać.

Otwiera list i czyta

„Ty śpisz, Brutusie; zbudź się, spójrz na siebie.

Rzym, itd. Mów, uderz i napraw!

Ty śpisz, Brutusie; obudź się, Brutusie!”

Nie raz to pierwszy takie słowa czytam.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.