drukowana A5
26.49
Hymny

Bezpłatny fragment - Hymny


Objętość:
129 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0336-7

Dies Irae

Trąba dziwny dźwięk rozsieje,

ogień skrzepnie, blask ściemnieje,

w proch powrócą światów dzieje.

Z drzew wieczności spadną liście

na Sędziego straszne przyjście,

by świadectwo dać Psalmiście...

A ty, psalmisto Pański, nastrój harfę swoją

już na ostatni ton!

Grzech krwią czarną duszę plami...

Bez obrońcy staniem sami —

któż zlituje się nad nami?

Kyrie elejson!...

O Boże! Ty bądź naszą łaską i obroną!

Kyrie elejson!

O Głowo, owinięta cierniową koroną,

gasnącym wieki wieków spojrzyj na nas okiem!

O spojrzyj na nas z tej głuszy,

która swym tchnieniem głębokiem

ogarnia światów bezmiary,

a którą ty wypełniasz swych bólów ogromem,

o Głowo, owinięta cierniową koroną!

Żałobna drogo nieochybnej kary,

broczącej we łzach i przy jęków wtórze

w ten pozbawiony końca

Pańskiego gniewu dzień,

w którym w pożarach spokojnego słońca

szatańskim chichotem płoną

świeże, niezwiędłe róże

grzechu i winy!

Na ich purpurze

osiadł posępny i siny

tej Konieczności cień,

z której przepastnej głębiny,

z łona, pełnego niweczących tchnień,

nad boskiej woli złomem

wyrosły zabójcze kwiaty

w Pańskiego gniewu nieskończony dzień...

A Ewa jasnowłosa, matka gwiazd i ziemi,

upaja się ich wonią, schylona nad niemi.

Kyrie elejson!

Przez ciebie w proch nicości wracają Twe światy,

o Boże miłosierny, zmiłuj się nad nami!

Od Twego drzewa oderwany liść,

pędzi duch ludzki i naprzód i wstecz,

niby garść kurzu, porwana cyklonem:

przed nim i za nim płomienisty miecz

iskrzy się ostrzem czerwonem;

przed nim i za nim wstają z swych cmentarzy

upiory wieków, naznaczone sromem

winy i grzechu,

i klną i bluźnią i płaczą,

jęczą i syczą i dyszą

nieustającą rozpaczą,

od szaleńczego zamierają śmiechu

w ten Pańskich gniewów nieskończony dzień...

O Głowo, owinięta cierniową koroną,

Ty, co rozpierasz Swej męki ogromem

pierś Konieczności! O Głowo,

której źrenice, jako dwie pochodnie

dogasające, płoną

nad krętą, pustą, nieskończoną drogą

i gasną, gasną, a zgasnąć nie mogą,

zawrzyj Swe oczy nad nami,

nie patrz na boleść i zbrodnię!...

Jedno jest tylko w przestworzach widomem,

jedno w zachodniej płomienieje zorzy

nad płomiennymi falami

wiekuistego Żywota

i nigdy w ciemnię grobu się nie złoży

i nigdy ciężkich stóp swych nie poruszy,

by iść i iść i iść

poza granice duszy —

jedno jest tylko Jednem,

grzmiącym miedzianą surmą archanioła

ponad pokoleń pokoleniem biednem

w Pańskiego gniewu nieskończony dzień:

wielki, wszechmocny Ból.

O Boże miłosierny, zmiłuj się nad nami!

Niech łaska Twoja winy nam odpuści...

A ty swe skronie tul

do zimnych opok, do strzaskanych grani,

sterczących smutnie nad gardłem czeluści,

i płacz...

Surma jęczy, surma woła!

Giną w chmurach wirchów czoła;

wałem mżących mgieł dokoła

nieznany oddech miota,

jakieś potworne, dzikie kształty tworzy

i po dolinach rozpędza ich stada

i znów je skupia w przepastnej otchłani

i ku niebiosom wyrzuca ich kłąb

i w jakieś czarne rozsnuwa całuny

ten niewidzialny, dreszcz budzący Tkacz

i ciężką, mokrą tą przędzą pokrywa

wszystko, co jest...

      O biada!...

Biada!... Pierś światów przed chwilą tak żywa,

kona pod strasznym ciężarem...

Olbrzymy świerków padają strzaskane;

las się położył na skalisty zrąb;

węże kosówek, wyprężywszy ciała

w kurczach śmiertelnych, drętwieją bezwładne;

wrzos na granitów podścielisku szarem

spełznął na wieki;

kozice stromą oblepiły ścianę

i patrząc trwożnie w bezmierny, daleki,

w ten nieskończony chaos mgieł i cieni,

runęły w żlebny grób...

Rozkrzyżuj silne ramiona

i paznokciami wpij się w twardy głaz

i odwróć oczy od onej przestrzeni,

w której rozsadza horyzontów krańce

ta Głowa, w cierń uwieńczona!

Nie patrz, gdzie siadła jasnowłosa Ewa,

wygnana z raju na wieczysty czas,

mająca zbrodnię u swych białych stóp,

wieczyście żarta płomienistą żądzą

winy i grzechu...

O duszo, pełna miłości,

a którą nieustanne szarpią niepokoje!

Pańskiego gniewu zwalił się już dzień!

Trombita Sądu nad tobą rozbrzmiewa

piorunną mocą archanielskich tchnień

w Pańskiego gniewu nieskończony dzień...

Niechaj mnie sądzą,

niechaj mnie karzą —

tak, mnie, Adama, com na barki swoje

zabrał z Ogrodu to nadludzkie brzemię

przygniatającej winy

i wieki wieków pnę się z tym ciężarem

ku wiekuistej wyżyi zbladłą nie śmiem odwrócić się twarzą

tam, ku tym zmrokom, co zaległy ziemię,

tam, ku piekielnej przełęczy,

na której siadła jasnowłosa Ewa

z padalcem grzechu u swych białych stóp...

Miliardy krzyży,

opromienione okręgami tęczy,

z padolnych Styksów powstają głębiny

w Pańskiego gniewu nieskończony dzień

i rosną, rosną w jakiś straszny las,

co wierzchołkami swych bolesnych drzew

przeszywa wszystkie mgły

i wszystkie blaski, które lśnią nad mgłami,

wypływające z Wszechmocy Istnienia.

O Boże miłosierny, zmiłuj się nad nami!

Twojego gniewu nadszedł wielki czas,

głos już zagrzmiał hiobowy,

niebios walą się posowy,

z owiniętej cierniem Głowy

rzeką i morzem płynie ciepła krew,

w rzekę i morze krwi jej ból się zmienia...

W świątyni bożej zamilkł święty śpiew,

już się zasłona rozdarła na dwoje,

mur się już wali i skała już pęka...

A krew w tych morzach, w tych czerwonych rzekach

ścięła się w ciemny lód...

Kyrie elejson!

Ogromna, niesłychana, wiekuista męka,

z nieprzygasłymi oczyma,

milcząca, cicha i, jak zmierzch, pobladła,

na wklęsłych skroniach siadła,

na wpółotwartych powiekach

i na wydętych piersiach tych olbrzymich ciał,

które do krzyżów przybiła

nielitościwa Dłoń...

W kleszczach je swoich trzyma,

wpija się w kąty ust,

ramiona w kabłąk gnie

dręcząca wieki niezmożona siła

i, jak śmiertelny szał,

zastygły, skamieniały w godzinie konania,

swoim ciężarem się wgniata

w zwiędłe, z przepasek odsłonięte brzuchy

i biodra spłaszcza, kolana rozsuwa

i pokrzywione, czarne palce nóg,

pokrytych siecią fioletowych żył,

w zamarłych kurczach wydłuża...

O grozo świata!

O widma, płynące w dal,

w ten przestwór ślepy i głuchy,

w wilgotny, mgławy pył,

w te ciemne wnętrza bezsłonecznych brył,

w potworne gmachy nadszczytowych chmur!

Jeszcze nie zapiał kur,

a na piekielnej przełęczy,

nad dnem Styksowych otchłani,

siedzi pod złomem niebotycznej grani

pramatka Grzechu, jasnowłosa Ewa,

z gadziną zdrady u swych białych stóp.

Kyrie elejson!

Straszny przed nami otworzyłeś grób...

I płyną, płyną te milczące krzyże

razem z ruchomym, wielkim trzęsawiskiem,

które swą rdzawą kałużą oblewa

męczeńskie drzewa.

Wszystko, co było dalekim i bliskiem,

co opadało w niedojrzaną głąb

i w niedojrzane wznosiło się wyże,

teraz tym wielkim, grząskim bagnem płyniew Pańskiego gniewu ostatniej godzinie...

Kyrie elejson!

Światy pochłania nieprzebyty muł,

światy, od bożych odepchnięte bram.

A spod korzeni jadowitych ziół,

spod kęp sitowia i trzciny i traw,

z rowów, przepadlisk, wądolców i jam,

pokrytych opalowym szkliwem zgniłych wód,

zaczyna wypełzywać żmij skłębiony płód:

czarne pijawki, zielone jaszczury

wiją się naprzód wpław

i oplatają kręgami śliskiemi

męczeńskich krzyżów smutne miliardy,

z bagnistej wyrosłe ziemi,

zapadłe w bagnisty kał...

I oto głowy swoje, dziwne, ludzkie głowy,

świecące trupim tłuszczem zżółkłych, łysych czół,

o szczękach, otulonych kłębem czarnych bród,

kładą na łonach tych pomarłych ciał...

I skośne, mętne oczy podnoszą do góry

ku ich schylonym skroniom...

I biodra opasawszy w lubieżnym uścisku,

zwilgotniałymi usty

szepczą im słowa rozpusty...

O Boże miłosierny, zmiłuj się nad nami!

W królestwie Śmierci staje nagi szał.

W niedoścignionym błysku

tchnienie żywota przenika

to, co od wieków zagasło...

W Pańskiego gniewu ostatniej godzinie

krew świeża płynie

z odrywających się od krzyżów rąk,

z odrywających się od krzyżów nóg...

I Głowa, owinięta cierniową koroną,

ta Głowa, która przestwór wypełnia bezbrzeżny,

podnosi ciężkie powieki i patrzy...

Jakaż to orgia dzika!

Jakiż to chaos mąk!

Kyrie elejson!

Idą na się zmartwychwstali,

ogniem wojny świat się pali,

tłumy w krwawej brodzą fali!

Adamie potępiony, zwróć się z strasznych dróg!

Zawiśnij na swym krzyżu, sterczącym w niebiosa,

i nie patrz, gdzie w spokoju Ewa jasnowłosa,

piekielny zająwszy próg,

do rozpustnego przytula się gada!

      O biada! —

Idą na się zmartwychwstali —

w oku mściwy skrzy się gniew,

rozpaczy kurcz wypręża rozchylone wargi,

kroplisty pot oblewa policzki zapadłe,

kudły włosów zlepia gęsta krew.

Z wyciem hien, z rykiem lwów,

z psów szczekaniem, z rżeniem koni,

które cugli nie zaznały,

łkając, jęcząc, grożąc, klnąc,

poszarpane miecąc skargi,

pędzi tuman ludzkich żądz.

Ten upada, ten się broni,

temu dłoń ścisnęła krtań,

ten się w swojego brata paznokciami wrył,

a tamten zęby szczerzy, poszarpawszy ramię,

a ten olbrzyma ręką pochwycił dwie nogi

i rozdarł na dwie szczypy tułów Heraklowy

i w ciemną rzucił bezdeń, w Sądu straszną noc...

A z parą szklanych, martwych kul,

rozsadzających oczodoły,

biegnie bez końca, bez końca, bez końca,

gnając przed sobą bratobójczy huf,

niemy i głuchy Strach...

Zakryj błędne źrenice, ścigany Adamie!

Nad tobą tam! u szczytu

złocistowłosa Ewa!

Jej grzechu ciężar zgniótł cię, stanąłeś wpół drogi

Zakryj błędne źrenice i na wieki wieków

rzuć się w przepastny żleb!...

Enoch i Eliasz z proroczymi księgi

przyszli obwieścić szalonemu światu

Pańskiego gniewu moc.

Lecz nim zdołali rozedrzeć swój płaszcz,

nim głos wytrysnął z przepełnionych łon,

padli w zamęcie spadających gwiazd,

zgaśli, jak słońca,

na to wzniecone w przedpoczątkach bytu,

ażeby zgasły... Amen.

Szum się wielki stał dokoła,

kiedy surma archanioła

na Ostatni Sąd zawoła.

Głos rozlega się ponury,

jak grzmot leci złotopióry,

z dolinami równa góry.

Drży strwożona światów dusza,

a on głębie mórz wysusza,

kości wieków w grobach rusza.

Gwiazdy z orbit wytrąciła

archanielskiej trąby siła,

już rozwarła się mogiła.

Idą na się zmartwychwstali,

ogniem buntu świat się pali,

tłumy w krwawej broczą fali.

Z wyciem hien, z rykiem lwów,

łkając, jęcząc, grożąc, klnąc

pędzi tuman ludzkich żądz...

A On,

potężne Łono, przepotężnych łon,

Jasność jasności,

Zmrok zmroków,

Łaska łask i gniewów Gniew,

stanął nad skonem Żywota

i, rękę położywszy na głowie Boleści,

na niezmierzonej, cierniem opasanej Głowie,

wypełniającej wszechświatów przestwory,

rozpoczął Sąd.

Biją pioruny,

a nad pioruny idzie Jego zew!

Ogrom bytu błyskawic wszystkich nie pomieści,

a Jego światłość złota

strzela nad pełnię, nad ogniste łuny

błyskawicowych potoków...

Czym jestem wobec Ciebie, ja, com z rajskich włości

zabrał z sobą, wygnaniec, tę łamiącą winę

i teraz ginę,

od Wschodu do Zachodu tułacz nieszczęśliwy,

pod nieuchronnych wyroków

w początkach dnia i nocy wzniesionym obuchem?!

Stopę Swoją złożyłeś na pokoleń grzbiecie

i sądzisz! Kyrie elejson!

Płaczów i jęków słuchasz niesłyszącym uchem

i sądzisz! Kyrie elejson!

Na mękę wieków patrzysz niewidzącym okiem

i sądzisz! Kyrie elejson!

Niewiasta z rozpaczliwym krzykiem rodzi dziecię,

Ty jego duszę grzechu oblewasz hyzopemi sądzisz! Kyrie elejson!

Wichr idzie po rozdrożach westchnieniem głębokiem

ku Twojej wyży,

modlitwy niesie krwawe, przybite do krzyży,

Ty sądzisz! Kyrie elejson!

A kto mnie stworzył na to, ażebym w tej chwili,

odziany potępienia podartą żałobą,

kawałem kiru, zdjętym z mar Twojego świata,

wił się i czołgał przed Tobą,

i martwym, osłupiałym z przerażenia okiem

strasznego Sądu wyławiał płomienne,

świat druzgocące rozkazy?

A kto mi kazał patrzeć na te czarne głazy,

rozpadające się na gruz pod mocą

Twojego gniewu, przeraźliwy Boże —

na głazy te, gdzie straszny owoc Twego drzewa,

złocistowłosa Ewa,

do piersi pierś padalca tuli obnażoną?...

O Głowo, przepasana cierniową koroną!...

Któż się nad dolą zlituje sierocą,

nad moją dolą,

której, Boże, Twe ręce, z kajdan nie wyzwolą?

Kyrie elejson!

Patrzaj!... Kyrie elejson!

Ona swą białą dłoń

kładzie na jego skroń —

na trupią, zapadniętą, zżółkła skroń zleniałą...

Kyrie elejson!

I podczas, gdy Swe Sądy sprawiasz Ty, o morze

niewyczerpanych gniewów,

ona swym okiem patrzy w jego oczy —

omdlewającym okiem!

Kyrie elejson!

Jej nagie uda drżą,

palcami rozczesuje złoto swych warkoczy

i falą złocistych włosów

osłania jego nagość i pieści i pieści

ustami czerwonymi bladość jego ust.

Kyrie elejson!

Wężowe jego kręgi opasują biodra

rozlubieżnionej Boleści,

a ona, wyprężywszy swe rozpustne ciało,

nienasyconym oddycha pragnieniem.

Kyrie elejson!

Na łonie jej spoczęła czarna, lśniąca broda

rozpalonego Szatana,

co świat umierający okrył swoim cieniem,

a ona,

w zbrodniczych pieszczot rozdawaniu szczodra,

zamknęła w drżące go biodra,

w nabiegłe żądzą ramiona...

Kyrie elejson!

Mą duszę pali wieczna, niezamknięta rana!

Któż mi lekarstwo poda?

Ojcze rozpusty! Kyrie elejson!

Nic, co się stało pod sklepem niebiosów,

bez Twej się woli nie stało!

Kyrie elejson!

O źródło zdrady! Kyrie elejson!

Przyczyno grzechu

i zemsty i rozpaczy szaleńczego śmiechu!

Kyrie elejson!

Sądź, Sprawiedliwy!

Krusz światów posady,

rozżegnij wielki pożar w tlejącej iskierce,

na popiół spal Adama oszukane serce

i płacz!

Z nim razem płacz, kamienny, lodowaty Boże!

Niech Twa surma przeraźliwa

echem płaczu się odzywa

nad pokosem Twego żniwa...

Dwujęzycznego smoka,

Szatana o trzech grzbietach zwalczył w wielkim boju

archanioł pański, Michał, i zginął w otchłani. Amen.

I stał się koniec świata... O chwilo spokoju!

Zgasł płomienny głos proroka,

i wieczności noc głęboka

nieprzejrzaną jest dla oka.

A ja, wygnaniec z Raju, tułacz nieszczęśliwy,

zesłany, aby konać, na te ziemskie niwy,

i patrzeć, jak pod złomem niebotycznej grani

usiadła matka Śmierci, Ewa jasnowłosa,

pieszcząca węża Grzechu, posyłam w niebiosa,

opadłe nad wieczności tajemniczym mrokiem,

to moje wiekuiste, nieprzebrzmiałe: Amen!

Amen!

W umarłych bytów milczeniu głębokiem

słychać jedynie Amen, moje straszne Amen.

O Boże miłosierny, zmiłuj się nad nami!

Kyrie elejson!

Przede mną przepaść, zrodzona przez winę,

przez grzech Twój, Boże!... Ginę! ginę! ginę!

Amen.

A cóż powstanie ponad nicościami,

gdzie ongi były światy

i Ja, w chęć życia bogaty,

a dziś w umarłych postawiony rzędzie?

Niech nic nie będzie!

Amen!

Bo cóż być może, jeślim ja zaginął?...

Na wszystko mrok nicości nieprzebyty spłynął —

Amen.

Salome

O przyjdź!

O boski przyjdź proroku!

Salome ciebie woła z płomieniami w oku!

Na tę słoneczną miłości polanę,

pomiędzy żądz rozkwitłe czarodziejskie zioła

Salome cię woła!

O przyjdź!...

Salome, kłęby włosów rozwiawszy miedziane,

niby wieków pożaru krwawiące się łuny,

w złocistej harfy uderzyła struny

i śpiewa...

O przyjdź!...

O przyjdź, proroku blady!

Ogień żywy obleje twe liliowe skronie,

ogień żywy na licu--ć przygasłym zapłonie

od mych gorących warg!

Salome, białolistny kwiat Herodiady,

zerwany ręką grzechu z świadomości drzewa,

w pożarne wieków łuny rzuca pieśń swą krwawą,

swą nieskończoną pieśń —

i woła cię, proroku! Przyjdź!...

W królewskiej komnacie

kazałam służebnicom rozesłać kobierce,

utkane z miękkiej wełny owiec z Galaadu;

majestat ciężkich kotar otula me łoże,

moje łabędzie puchy!...Ach! jak się trwożę!

Jak lęka się ma dusza, aby promyk złoty

nie przedarł się zuchwale do mojej tęsknoty!

By jakiś listek mirtowy,

gdy wiatr z kryjówek gaju ciche szumy płoszy,

nie zadrżał, posłyszawszy stłumione rozmowy

naszej mdlejącej rozkoszy!...

Nie wejdzie nikt, prócz ciszy, w ten przybytek głuchy,

prócz ciszy i prócz żaru mojego pragnienia,

co mi rozdźwięcza serce,

że śpiewa pieśń, idącą w wieków majestacie

przez świat, ogromny świat —

tę nieskończoną pieśń:

O przyjdź, proroku, przyjdź!...

Skąpałam swą dziewiczość w przejrzystym marmurze,

gdzie zdrój różanej wody z kształtnych dziobów tryska,

a słońce przez zazdrosne ciśnie się kryształy,

ażeby rozcałować mych biódr marmur biały,

mej piersi oroszone, wpółzamknięte róże...

Kazałam się namaścić maściami wonnymi,

a uśmiech ubezwładniał me rozwarte usta

w przeczuciu nieznanej pieszczoty,

gdy Jezabel, ta płocha, ta dziewczyna pusta,

namaszczająca me łono

i mleczną szyję mą,

szeptała mi do duszy, żem ja winne grono,

najwyborniejsze z gron!

Ach! złocę się w słonecznym, błękitnym przestworzu

i czekam na winnicach engaddyjskiej ziemi,

aż przyjdzie pragnący On,

aż przyjdzie żniwiarz wybrany

i niecierpliwą dłoń

wzniesie po owoc ten złoty...

Ach! przyjdź!...

Na oceany

niewyczerpanych żądz

rzuć swoich żagli płótna

i płyń!...

Ach! przyjdź!...

Czekam na ciebie smutna...

Ach! przyjdź!...

Czekam na ciebie wesoła, radosna

onym pragnieniem, co się spełnić ma,

jako ta kwieciem pękająca wiosna!

Ach! przyjdź!

Powieki mi się kładły na przepastne głębie

moich senliwych ócz,

gdy gdzieś, na dnie ich, wielkim, jak za krańcem świata

nieogarnięta oceanów toń,

kąpały się obrazy, rozkoszne, jak woń,

płynąca z Raju, gdzie — brat zabił brata!...

A były--ć w swej rozkoszy zabójcze, jak śmierć,

co na tę misę rzeźbioną

rzuciła mi w swym szale lubieżnym twą skroń,

owitą w włosów krucz,

ociekających krwią...

Ach przyjdź!...

Jak twe źrenice, choć umarłe, płoną!

O ty kochanku mój!

O mój jedyny kochanku!

Rozpalę w alabastrach kosztowne oleje,

otoczę światłościami jedwabiste łoże,

z nocy dzień biały stworzę!

Niech tych światłości zdrój

oblewa naszą miłość, by lśniła, jak zorze

konającego dnia!...

O Jezabel, ty płocha, ty dziewczyno pusta!

O Jezabel, przed tobą ma się dusza śmieje

i moje wargi drżą,

moje rozwarte usta!...

Lub zgaszę w drogich czarach płonące pochodnie,

szkarłatem, jak mrok gęstym, łożnicę osłonię,

promieniom gwiazd przystępu w ten kościół zabronię,

niech nasza miłość utonie

w wieczystej, nieodgadłej, niezgłębionej nocy!...

A z tajemniczych uścisków,

gdy dusza twa, proroku, mą duszę pochłonie,

gdy w oczach twych przymkniętych czar twojej Salomy

urośnie w niespodzianej rozkoszy ogromy,

gdy świat się cały zamknie w pragnienia wszechmocy,

a ty gdy cały zginiesz w nasyceń powodzi,

niech się zbawiciel narodzi

lub szatan, co po wszystkie globów widnokręgi

rozepnie wiekuistą, nieśmiertelną zbrodnię!...

Niech płynie głos triumfu po życia odmętach,

lub jęk i żal, w skazańców wychowany pętach,

niech bije w bramy śmierci swym rozpaczy młotem,

niech dźwiga się po krzyżach, szubienicach, palach,

ku niemym stropom niebios, w chmury czy błękity,

a ty, proroku, niesyty —

ty słuchaj mojej pieśni, nieskończonej pieśni,

rozbrzmiewającej po bezbrzeżnych dalach,

i przyjdź!

Niechaj się łamią potęgi,

niechaj się w gruzy rozpada

ten tron, na którym twórcza nieśmiertelność siada;

ta ziemia i te gwiazdy, słońca i księżyce

niech się rozprysną w mgławice;

niech sen wiekuistości jako sen się prześni,

ty słuchaj mojej pieśni

i przyjdź!

O ty kochanku mój!

O ty jedyny kochanku!...

Jak twe źrenice, choć umarłe, płoną!

A o poranku,

o świcie któż mnie budzi całowaniem w oczy?

To on, to prorok boży!

Kto pieści miedź złotawą rozwitych warkoczy

i budzi całowaniem z słodkich snów omdlenia?

To on, to prorok boży!

Któż głowę mą podnosi i do ust przyciska

i znowu ją na puchach jedwabnych położy

i budzi całowaniem i sen mój przemienia

w rozkoszną, słodką jawę?

To on, to prorok boży!

Ach! przyjdź!

Któż piersi me odsłania i z swego ogniska,

z ogniska żądnej duszy sypie iskry krwawe

na moje łono białe,

na moje włosy złotawe,

na oczy, z rozkosznego zdumienia rozwarte,

i budzi całowaniem zdumienie rozkoszy?

To on, to prorok boży!

Któż sen mi płoszy?

Któż sen mi całowaniem płoszy na wiek wieków,

ażebym wieki wieków tuląc twoją szyję

w uścisku drżących ramion i do twego łona,

jak jemioła do dębu, ciałem przylepiona

i duszą, z rozwartymi wciąż śniła oczyma,

że twoją duszę piję,

że twym się ciałem sycę!

Że duszę twą i ciało miłość moja trzyma,

ażeby nie wybiegły za przybytku progi,

gdzie ja, gdzie moja miłość ogniem ogniów skrzy się!

Gdzie ja, gdzie twoja luba, twa droga, wybrana,

twa jedna i jedyna ma swojego panai swego sługę w tobie, o luby, o drogi,

o słodki, o wybrany, o jeden jedyny,

o na złocistej położony misie

w czerwieni krwi najdroższej, krwi najkosztowniejszej!

Któż mnie, kochanku,

o srebrnym budzi poranku,

że mogę twoje blade rozcałować lice,

że mogę wyczesywać z włosów krew zakrzepłą!?

Że mogę tą źrenicą, z rozkoszy oślepłą,

spoglądać w twoje źrenice —

jak twe źrenice, choć umarłe, płoną!

Że mogę twe powieki rozwierać palcami,

tą ręką, którą krew twa przekosztowna plami,

i patrzeć w twoje źrenice —

jak twe źrenice, choć umarłe, płoną!

Jak one płoną ogromnie!

O moje wy służebne! przyjaciółki moje!

Na oścież otwierajcie pałacu podwoje!

Rozsuńcie nad posłaniem oponę czerwoną!

Kochanek zbliża się do mnie!

Uderzcie w lutnie i harfy!

Zatańczcie! niech radosny korowód się złoży!

Przy mnie kochanek mój!

Przy mnie jest prorok boży!

W tym wirze,

w którym ach! wszystek świat wiruje ze mną,

krew cieknie z misy, cieknie strugą ciemną!

Zedrzyjcie ze mnie te szarfy!

Zedrzyjcie drogie powłoki!

Niech krew ta cieknie po mym łonie białem!

Niech się spokrewni z mym ciałem

ten przekosztowny zdrój!

O święte objawienie mej boskiej urody!

Te oczy,

w które wpatrywać się będzie

ten mój kochanek młody,

aż mu się z szału wszystek świat zamroczy!

Ach! przyjdź!...

Te moje włosy miedziane,

w które on rękę zanurzy

i będzie na swej dłoni ich sypkość promienną

z rozkosznym ważył uśmiechem!

Ach! przyjdź!...

Te usta, szkarłatem zlane,

barwami od świtowych ros wilgotnej róży!

Ach! przyjdź!

Te moje piersi drzemiące!

Z parą łabędzi porówna je senną

i potem je pożarem całunków przebudzi,

aż spłomienieją od rozkosznych znamion!Ach! przyjdź!...

Te biodra, które zamknie pierścieniem swych ramion!

Ach! przyjdź!...

Ach! przyjdź, kochanku, przyjdź!...

Dlaczego głos mój w pustym rozbrzmiewa przestworzu?

Dlaczego mu potężnym nie odpowie echem

głos twój, proroku, by wieścił przemianę

okręgów świata pod mocą

miłości mojej niesytej?

Proroku! niebios błękity

złączą się z ziemią, przez ciebie wezwane,

w tajemnic jeden cud

i ty objąłeś istotę stworzenia,

objąwszy miłość mą!

O! jakie blaski w twoich oczach drżą!

W jakąż muzykę głos się twój przemienia!

Jak rozkrysztala się w srebrnych oparach!

Jak z światów cudotwórczym zlewa się oddechem!

Głos twój, przy moich zająwszy się żarach,

błyskawicami moich żądz brzemienny,

huczący grzmotem namiętnego szału,

który od końca do końca

przenika głębie, moją przepełnione duszą,

wstrząśnie tej ziemi macierzystym łonem

i nowe siły wywiedzie z jej wnętrza.

Z przepaści ciemnie się ruszą

i jutrznie, owinięte obrzeżem czerwonem!Do boju stanie dzień z nocą;

pomrok ucieknie, jak tchórz;

łyskliwe wody zagrają pieśń fal

pod tchnieniem rannych zórz,

pod lubieżnymi całunkami słońca,

które powstanie, rozbudzone głosem

twojej natchnionej, a mnie pełnej pieśni.

O wskrześnij, wiosno, o wskrześnij!

Po łąk kwitnących obszarach

rozpromienieją się rosy,

a ty je strącać będziesz stopy swemi,

przed siebie idąc z głową, wzniesioną w niebiosy,

dumny, że z stworzeń najpierwsza,

że ta najczystsza i ta najgorętsza

na niewolnika wzięła cię swej wielkiej,

swej wszechpotężnej miłości,

która jest jedną na niebie i ziemi,

która stworzyła te jutrznie, te zorze,

te słońca i te rosy słoneczne kropelki

i to rozkwitłe zboże,

uginające przed tobą swe kłosy...

Las się rozszumi, a ty, o proroku,

jeden na ziemi i niebie,

słuchać go będziesz i, idąc przed siebie,wciąż zasłuchany w tę szumiącą dal,

zgłębisz tę głębię szumu,

ujrzysz w nim duszę Salomy

i śpiewać będziesz jej chwałę,

że była przedtem, nim w wierzchołkach drzew

ten tajemniczy zaszeleścił śpiew...

Przeze mnie, przeze mnie

przenikniesz wieków ciemnie

i rozsłonecznisz to, co legło w mroku!

Przeze mnie, przeze mnie

rozpoznasz związek pomiędzy obłoku

rozsłonecznioną urodą,

a szmaragdową jętką, co nad wodą,

nad szeleszczącą trzciną skrzydły przejrzystemi

lśni w promienistym słońcu

i nad wieczności zagadką przelata,

nad życiem i śmiercią ziemi.

Przeze mnie, przeze mnie

poznasz, co w gwiazd się kryje milionie,

a onym kurzu, który wiatr południa

wzrusza po drogach i rzuca na świeże,

po burtach rowów i miedzach rosnące

kępy krwawników i śniade szaleje!

Przeze mnie, przeze mnie

rozpoznasz związek pomiędzy spokojem

w tę północ letnią, a drganiem powietrza

nad rozległymi rżyskami

w sierpniowy skwar,

gdy słońce stanie na szczycie.

Przeze mnie, przeze mnie

rozpoznasz związek między pluskiem ryby,

zostawiającej kręgi na jeziorze,

a wulkanicznym ogniem, który w łonie

rodzącej ziemi płonie

i wre i huczy i lawy

wyrzuca potok krwawy,

że ziemia z grzmotem pęka i walą się miasta

i giną miłości nadzieje,

a w śmierci pełnej pustce rozpacza niewiasta!

I nic nie widzi, tylko oczu dwoje,

płonące ogniem wulkanu!

I nic nie słyszy, tylko wrzące tchnienie

swej rozszalałej piersi!

I nic nie liczy tylko one chwile,

kiedy na świata mogile

stanie z tą misą złocistą

i krąg szalony zatoczy —

ten krąg radości i bólu...

A ty, o królu Herodzie,

życia i śmierci barbarzyński królu:

w taniec przed tobą pójdzie wstyd dziewiczy,

tylko mi pozwól wziąćgłowę bożego proroka!...

A wy służebne! przyjaciółki moje!

Słuchajcie dźwięków mej harfy!

Zedrzyjcie ze mnie te szarfy!

Niech padnie ta droga powłoka,

niech barbarzyński król życia i śmierci

moim się ciałem upije!

Niech go powali ten taniec

zapamiętałych żywiołów!

Niech wie, że chociam z popiołów

i popiołami żyję,

przy mnie jest prorok boży,

przy mnie kochanek mój!

Czemu nie idziesz? czemu?

Salome, białolistny kwiat Herodiady,

zerwany ręką grzechu z świadomości drzewa,

pieśń żywiołów śpiewa...

Przyjdź!

Przyjdź!... Pośpieszymy

w miesięczną noc do gaju, gdzie cyprysów cienie

rosną pod srebrnym księżyca zaklęciem

w jakieś tajemne olbrzymy,

że po nich stopa człowieka

kroczyć się lęka...

Ale ode mnie trwoga jak daleka,

gdy twa powiedzie mnie ręka,

gdy przy mnie Salomy wybraniec

z księgą tajemnic, w której zapisano

w spełnienia rano,

co między cieniem cyprysu,

a między krągiem księżyca

zmieściło wielkie spełnienie!...

Albo się wspniemy na stromość opoki,

przeszywającej obłoki,

i, mając głębie mórz u naszych stóp,

opanujemy los świata...

I wielkie zbiorą się rzesze,

przyjdą mocarze i króle

z swojego życia zawrócą się dróg

i wszystkie skarby rozsypią przed tobą,

byś był, jak oni,

byś się w ich ubrał purpury

i na ich tronach siadł

i z niebotycznej rozkazywał góry,

byś opanował miecze i lemiesze

i dzierżył je do końca niezliczonych lat.

Byś serca z łon królewskich wydzierał skrwawione

i w swojej mocy

na misy je rzucał złociste!

A ty nad życia żałobą

i ponad życia radością,

nad jego blaskiem i wonią,

nad jego nocą i dniem

podniesiesz swą prorocką, niedosięgłą wzgardę

i, uderzywszy dłonią

w pomarłe głazy twarde,

że dźwięk wydadzą krwawy,

a dotąd niesłyszany w istnienia obrębie,

rozpoczniesz wieścić sprawy,

będące ponad istnieniem,

nad tym, co się mieści,

w rozkoszy czy boleści,

między cyprysu cieniem,

a krągiem srebrnego miesiąca.

A morze, nad bezdenne wychyliwszy głębie

swą rozwichrzoną, niepomierną głowę,

na której każdy włos,

srebrzystą pianą zlany,

dźwiga wieczności głośne oceany,

słuchać cię będzie z poszumem,

co najgłośniejszy ból światów przygłuszy!

Lecz ponad morza szum

pójdzie ten głos,

który się wyrwie z twej duszy...

Lewiatan się ruszy

i oczy swe globowe z zdumienia otworzy

i paszczę, która chłonie wieków straszny żer,

do twej wyciągnie Salomy.

Pragnie ją pożreć, że twemu wieszczeniu

dała tę wielką moc,

która nad wszystkie idzie Lewiatany!

Ale w szatańską noc,

gdy błyskawice i gromy

z krzykiem owijać będą swymi wstęgi

i żreć swoimi ogniami

wieczysty byt,

ona płomiennym mieczem swej potęgi,

która ci duszę rozżegła

do wieczystego płomienia,

odetnie głowę potwora

i na złocistej ją misie

przed tobą rozkosznie złoży,

o ty cyprysie,

cień rzucający olbrzymi!...

O ty proroku boży!

O ty kochanku mój!...

Ach przyjdź!

Czemu twe oczy umarłe tak płoną

w konającego dnia zorzę czerwoną?

Przyjdź!

Libijczyk, królewskiego strzegący pałacu,

śmiał ku mnie sięgnąć swym okiem!

Zakradał się z wieczora pod białe me ściany

aby, z westchnieniem głębokiem,

zobaczyć twojej wybranej

ten obnażony cud,

ścielący się na miękkie jedwabiów dywany,

pomiędzy rozsunięte miłości osłony,

na łoże płonących żądz.

Ach! przyjdź!

Libijczyk do przybytku wejdzie nieproszony,

westchnieniem miłość mą kupi,

na jego czaszce trupiej

me rozżarzone położą się ręce!

Do jego czarnej brody

przylgnie ten dziwny kwiat,

który w pożądań niweczącej męce

zabójczym mieczem wykwita

z mej twarzy młodej —

jak twe źrenice, choć umarłe, płoną

w cichej bladości na tej misie złotej!

Ach! przyjdź!

Przyjdźże z tym głosem bożym,

który rozbrzmiewa w świątyni

nad lud ten tłumny,

o marmurowe łamie się kolumny

i o sklepienia odbija się gromem

i jehowiczne łoskoty

na całopalne rozlewa ołtarze!

Libijczyk zwiędłoczoły opuści z mym sromem

mojego domu próg...

Ach! przyjdź!

Salome cię woła...

Salome, kłęby włosów rozwiawszy miedziane,

niby wieków pożaru krwawiące się łuny,

w wieczystej harfy uderzyła struny

i śpiewa —

i wzywa cię, proroku: przyjdź! ach! przyjdź! ach! przyjdź!

Weź mnie do swego kościoła!

W ręku trzymając palmy,

zerwane z wiosennego zmartwychwstania drzewa,

nucić będziemy psalmy,

wielbić będziemy Boga,

jako jest jeden Bóg,

który miłości pragnienie

w twoją Salome wlał.

Mirę będziemy sypać w trybularze,

do ognia dokładać drew,

niech Abrahama spełni się ofiara!

Niech głowa bożego proroka,

który ten zrodził śpiew,

ten śpiew wieczysty,

spocznie na misie złocistej!

Albo wszechmożny podniesiemy bunt!

Podważym świątynny mur —

niech runie u naszych stóp

wraz z Bogiem, który w piersi najprzedniejszej z cór

zbudził rozpaczny głos,

ciemny, jak grób,

rozbrzmiewający nad wielką nicością,

idący w zorzę czerwoną

konającego Żywota,

nad tymi oczy, co tak strasznie płoną!...

Miso wybrana! o miso ty złota!

wieczysta struno mej harfy!...

Ach! przyjdź, proroku, przyjdź!...

A wy, o moje służebne,

zedrzyjcie ze mnie te szarfy —

i tańczcie... i tańczcie!... i tańczcie!...

Miso wybrana! o miso ty złota!...

Święty Boże, Święty Mocny!

O niezgłębione, nieobjęte moce!

Skrzydłami trzepocę

jak ptak ten nocny,

któremu okiem kazano skrwawionym

patrzeć w blask słońca...

Święty Boże! Święty Mocny!

Święty a Nieśmiertelny!...

A moje skrzydła plami

krew, która cieknie bez końca

z mojego serca...

A oko moje zachodzi mgłą,

która jest skonem

i mego serca i duszy mej!

Niech będzie skonem i Twoim!

Święty Boże! Święty Mocny,

Święty a Nieśmiertelny,

zmiłuj się nad nami!

I niechaj łzy,

które o jasnym poranku

wiszą na kłosach wypoczętych zbóż

lub szkliwą pianą okrywają kępy

w sen otulonych traw,

zmienią się w głośne skargi

i bez ustanku

płyną do Twoich zórz...

Niechaj rozszarpią na strzępy,

na krwawe szmaty

łuny świtowe, powstałe nad ziemią,

gdzie ból i rozpacz drzemią,

ogromne, przez Szatana zapłodnione światy,

a może przez Ciebie,

o Święty, Nieśmiertelny, Święty, Mocny Boże!

Dlaczego moje--li wargi

mają wyrzucać krwawą pieśń?!

Płacz ze mną!

Dlaczego sam mam iść w tę przestrzeń ciemną,

choć żar południa pali się w przestworze?...

Dlaczego sam mam wlec się na rozdroże,

ku tym pochyłym krzyżom,

którym na czarne ramiona

kracząca siada wrona

i dziobem zmarłe rozsypuje próchno?

Niech głuche żale nie głuchną!...

Idź ze mną!

Zrzuć z Siebie, Ojcze, nietykalne blaski!

Zgarnij ze Siebie tę bożą,

tę władającą moc, co nad wiekami

nieugaszoną płomienieje zorzą

i światłość daje światom

i światy w swoim ogniu na popioły trawi!

Stań się tak lichy, jak ja, i skulony

i, doczesności okryty łachmanem,

wlecz się nieszczęsnym łanem

za kluczem w dal przymgloną ciągnących żurawi,

ku cichej, na rozstajach kopanej mogile

zapomnianego człowieka!

Albo w swej całej, wiekuistej sile,

w całej potędze wszechmocnego bytu,

stań przy mym boku

i duszę moją rozszerz do Swego bezmiaru

i oczy moje, w smutku zapatrzone strony,

rozewrzyj, królu globów, pełnych żalu,

do nieobjętych orbit,

i wlecz się, wlecz się ze mną na samotne pola,

ku tym ostami porosłym przydrożom,

gdzie, kurzem obsypana, ślepa siadła Dola...

A wiatr rozwiewa jej włosy

i żwir jej w puste sypie oczodoły,

a słońce, rozpaliwszy bezdenne niebiosy,

pali jej żółte, pomarszczone skronie

i po policzkach leje strumień żaru,

w bezdźwięczną skórę piersi wysuszone zmienia

i wargi jej roztwiera, daremnie łaknące

ach! rzeźwiącego zbawienia...

A dzwon się rozlega,

z jękiem się czołga po spalonej łące,

z płaczem się wznosi nad umarłe błonia,

łkaniem wyschnięte chce poruszyć wody

i zrozpaczony zamilka u brzega

i znów się zrywa i jęczy i płacze

i łka i płynie i płynie i płynie

w tej rozpłakanej godzinie...

A jako widna ta ziemia, wspaniała

wielką godziną konania,

niepogrzebione wokół leżą ciała,

a ci się wloką, popędzani mocą

strasznego lęku.

A każda głowa ku ziemi się słania,

każde kolano się chwieje,

a krzyże posmutniałe drżą w wychudłych ręku,

a w wietrze chorągwie trzepocą,

a w martwym, niemym słońcu gromnice się złocą,

a Śmierć przed tłumem kroczy,

wielkimi kroczy odstępami

i z śmiechem na trupich ustach

wywija kosą stalową,

połyskującą w południowym skwarze.

A nad jej głową,

jak wieniec z czarnych ziół,

rozkwitłych podmuchem żałoby,

gdzie drzemią stuleci groby,

zgłodniałych kruków krążą stada

chmurą ściemnioną

i, wysunąwszy dzioby,

żądliwie chłoną

ten wiew, który idzie od ziemi —

trujący, śmiertelny wiew...

A ona, świata przebiegając smug,

kroki swe liczy na mile

i kosą zatacza łuk,

że, jako zboże w dzień kośby,

tak pokolenia padają

na nieskończonym obszarze,

który jej mocy oddał się spokojny,

który jej mocy oddał się bezwiedny...

O dzwonu łkające prośby!

O szumie więdnących drzew!

O Boże, Święty Boże! Święty a Nieśmiertelny!...

A ci się wloką,

blasków słonecznych odziani powłoką.

A dzwon się rozlega

w blasków słonecznych pozłocistym pyle,

opadającym na zielska przydroży,

na melancholią okryte przecznice,

na grób samotny

zapomnianego człowieka...

Kopcie samotny grób!

Niechaj w nim kości położy

ten, który z matki żywota

wyniósł nieszczęsny los!

Nieokiełznana gnała go tęsknota

za widmem bólu,

który sam jeden

wszechmocny posiada głos,

który sam jeden rozpieśnia

duszę słabego człowieka

w natchnioną pieśń,

zapładniającą światy...

Kopcie samotny grób,

pośród krwawników kopcie i dziewanny,

u stóp

próchniejącego krzyża,

gdzie w południowy skwar

bratnie się schodzą duchy,

tłum zapomnianych mar,

i, wśród spalonej usiadłszy murawy,

jęk wyrzucają głuchy

z skrwawionych łon...

A jęk ten idzie po zżętych zagonach

razem z tą pieśnią, którą jęczy dzwon —

na rżyskach rusza porzucone kłosy,

czarnymi ożyn jagodami chwieje

i wierzb płaczących srebrne czesze liście

i szumi w wierzchach czerwonych chojarów...

Kopcie samotny grób

tam, na tej miedzy szerokiej,

gdzie rośnie łopian chropawy,

gdzie srebrne lśnią się podbiały,

gdzie aksamitna bylica

rozpierza miękkie swe kiście!

Tam, gdzie ten parów

sączy resztkami wody,

gdzie ten wądolec ospały,

gdzie ci się wloką,

blasków słonecznych odziani powłoką,

gdzie się nad drogą kurzu wzbija słup,

kopcie samotny grób!

Gdzie ziemia pęka od żarów,

gdzie każda jej grudka

pełna jest znojów

i krwawych prób,

gdzie dzwon się rozlega,

gdzie w wietrze chorągwie trzepocą,

gdzie się gromnice złocą —

kopcie samotny grób!

Gdzie w dali pobłyskuje jezioro tęskniące,

gdzie jaskier więdnie na łące,

gdzie opuszczone mogiły,

te kopce poległych wojów

nielitościwy rozorywa pług,

rdzawe szablice wyrzucając z wnętrza,

dziś wroga zbrodniczy łup,

tam wy samotny, cichy kopcie grób!...

Niechaj w nim kości położy

ten, który powstał z tej ziemi,

który miał w sobie jej trud,

jej tajemniczy jęk,

idący z głębin przestworzy

w południa senny skwar.

Niechaj w nim spocznie na wieki

ten, który zabrał z jej chat

żalniki łez

i czekał, kiedy przyjdzie wybawienia kres,

i z jej szumiących zbóż

zgarniał ten dziwnie przejmujący szum

i w swoich dum

treść go zamykał i w świat

jak wielką świętość niósł.

I żal go zdejmował,

że mu nie daną była moc,

by zmienić w triumf te łzy;

że nie miał siły,

aby te szumy żałobne

w jakiś weselny,

w jakiś radosny hymn się rozpieśniły!

I, obarczony przekleństwem najdroższych,

stanął na drodze w dzień tuczy,

jak krzew pogięty,

i z piorunami w zawody

rozpaczą grzmiał!

A burza huczy i huczy,

a chmur się kłębi wał,

a wiatr mu deszczem miecie w ślepe oczy,

a grzbiet mu drży, jak brzoza wśród pustego pola,

a ślepa na przydrożu przykucnięta Dola

śmieje się dzikim śmiechem,

że się nie spotkał z echem

ten rozpaczliwy głos,

że go wchłonęły odmęty

tej burzy!

Że w tej śmiertelnej podróży,

w tej drodze znojnej,

na tym zsieczonym łanie

upadł, bezsilny człek,

do wichru zwalił się stóp.

Kopcie samotny grób!

A Ty, o Święty,

o Nieśmiertelny,

który swym jednym oddechem

wypełniasz wieków wiek,

Ty od powietrza, głodu i ognia i wojny

i od Szatana, który w dom przychodzi

i dusze zwodzi,

zachowaj nas, Panie!

Świat dół swój grzebie

od pierwszych dni,

a w obramieniu Trójkąta

Twe oko lśni

nad węgłem niebieskiej bramy...

A my wołamy do Ciebie,

a my wzdychamy,

Ewy nieszczęsne dzieci...

A z głuchym łoskotem

na trumnę sypią się grudki

ziemi, oblanej potem,

ziemi, oblanej krwią...

A naokoło zapadłe mogiły

i cicho łkające smutki

wśród trawy, co z cichym szelestem

pożółkłe liście kołysze.

A światłość wiekuista biednym ludziom świeci

w tę podróż ciemną...

Jestem!

I Ty jesteś tu ze mną!

Przerwij tę ciszę!

Niech Twoje słowo gromowe

zagrzmi nad wielkim cmentarzem!

Radosne niech głosi nadzieje!

Niech zapomniani wstaną,

a żywym niechaj życie nie będzie ponurym,

wieki kopanym dołem!

Zmiłuj się, zmiłuj nad nami!

Z kornym błagamy czołem!

Spuść Swoją łaskę na tę naszą głowę,

na oczy, zmroczone łzami!

Zmiłuj się, zmiłuj nad nami!

Daj spiekłym łanom

rzeźwiący deszcz!

Nie zsyłaj gradu,

który nam zboże zsiecze, nim dojrzeje...

Nie trać naszego dobytku

w owcach i koniach!

Trzymaj z daleka pomory,

które nam biją

ostatnią krowę z obory!

Ze zboża wypleń sporysze

i chwast kąkolu

i w ręku trzymaj Swe chmury,

by się nie rwały

i nie topiły w ulewie

snopów na polu!

Niechaj nie płaczą stulecia!

Niech mróz spóźniony nie warzy nam kwiecia

na ledwie rozkwitłym drzewie,

na naszych wiśniach i gruszach,

na naszych starych, pochyłych jabłoniach...

I wdzięczność rozpal nam w duszach,

byśmy Twe dary godnie oceniać umieli.

O pełen kary

i przebaczenia pełny!

Chociaż ci nasze te grzechy utrudnią

stanąć nad nimi z powieką zamkniętą,

niech Twoja litość stokroć większą będzie,

niżeli wszystek nasz grzech!

O Panie!

Nie daj wysychać studniom!

Niech się Szatana nie rozlega śmiech!

Na naszej grzędzie,

gdzie ciężki trud rozpoczęto,

niech trud ten żniwem się stanie!

Spraw, aby w wielkie, uroczyste święto,

w tę chwilę wesołą,

gdy na organie

i śpiewem i kadzidłem wielbimy Twą moc

i dobroć Twoją,

nie była dla nas potrzeba

skąpić dziecinom chleba!

Chroń nas od zdrady

i daj nam tyle,

byśmy we własnej spoczęli mogile;

by nasze dzieci czy wnuki,

gdy przyjdzie im dla ojców starych kopać grób,

nie były przymuszone iść między sąsiady

i prosić o jałmużnę ach! na cztery deski,

na prostą, białą skrzynię z naznaczonym smołą

krzyżem u głowy...

Ojcze niebieski!

Na pokropienie daj

i aby grosz był gotowy

dla dziadka proszalnego, co w gorącej wierze

ciche odmówi pacierze...

A jeśli ziaren swych łask

nie zechcesz równać strychulcempo brzegi swej szczodrej ćwierci,

od nagłej i niespodziewanej śmierci

racz nas zachować, Panie!

I niechaj w wietrze chorągwie trzepocą,

niech się gromnice złocą,

niech blask ich płynie w ten słoneczny blask!

Pogrzebne niech zabrzmią śpiewy

nieszczęsnym dzieciom Ewy!

Padłym na znojnym łanie

niech dzwoni żałobny dzwon,

niech szumi z tej trawy szelestem...

Święty Boże! Święty Mocny!

Jestem!

Jestem i płaczę...

Biję skrzydłami,

jak ptak ten ranny,

jak ptak ten nocny,

któremu okiem kazano skrwawionym

patrzeć w blask słońca...

A u mych stóp

samotny kopią grób,

a czarna wrona,

na Bożej męki usiadłszy ramiona,

bez końca

kracze i kracze

i dziobem zmarłe rozsypuje próchno...A ci się wloką,

świetlistą mgieł sierpniowych odziani powłoką,

jak cienie,

do wielkiej się wloką mogiły...

Za nimi dziewanny

z piaszczystych wydm się ruszyły,

z miedz się ruszyły krwawniki,

spoza zapłoci bez się ruszył dziki,

tatarak zaszumiał w wądolcach

i, z mułu otrząsnąwszy pachnące korzenie,

idzie wraz z nimi...

Z mokradeł kępy rogoży,

z przydroży

osty o żółtych kolcach,

szerokolistne łopiany,

senne podbiały,

fioletowe szaleje,

cierniste głogi

wstały

i idą...

Liśćmi miękkimi

wierzb zaszeleścił rząd

i w cichej, rozpaczliwej sunie się żałobie

śladem ich drogi...

Całe rżyskami zaścielone łany

oderwały się w tej dobie

od macierzystej ziemi

i, niby olbrzymie ściany,

wzniosły się w górę i płyną,

tą wielką żalu godziną...

A Ty, o Boże!

o Nieśmiertelny!

o wieńcem blasków owity!

na niedostępnym tronie

siedzisz pomiędzy gwiazdami

i, głową na złocistym spocząwszy Trójkącie,

krzyż trójramienny mając u swych nóg,

proch gwiazd w klepsydrze przesypujesz złotej

i ani spojrzysz na padolny smug!

Zmiłuj się, zmiłuj nad nami!

Słońcom naznaczasz obroty,

gasisz księżyce,

jutrznie zapalasz i zorze

i płodzisz zasiew na byty,

na pełne cierpień żywoty,

które tu muszą mrzeć,

w samotny kłaść się grób...

Zmiłuj się, zmiłuj nad nami!

O Boże!

O Mocny!

Ty się upajasz wielkością stworzenia,

a pośród nas tu głód!

Jak bedłki, tak, jarmużu syty, ginie lud.

A jako ryczący lew,

Szatan po ziemi tej krąży,

na pokolenia

zarzuca zdradną sieć,

w synu na ojca zapalczywość budzi,

wynaturzony gniew,

że syn przed ojcem zamyka swój dom!

Bratu na brata wciska krwawy nóż,

a nasze siostry i żony

na straszny rzuca srom...

Podpala nasze stodoły

z garstką zwiezionych świeżo zbóż,

mordy narodów wszczyna i pożogę

sieje na miasta i wsi

i przekleństwami znaczy swoją drogę...

O zniszczeń dymiące dni!

A my, ten ród potępiony,

krzyże ująwszy w dłonie

i zblakłe w krwawym pochodzie,

trupimi piszczelami znaczone chorągwie,

idziem o głodzie

po tym śmiertelnym wygonie,

w ten znojny

w ten nieszczęśliwy czas,

w którym konają wieki

i wraz się rodzą nowe

na cięższą jeszcze niedolę —

idziemy, biedną pochyliwszy głowę,

jak ten zsieczony las —

Idziemy, a kres tak daleki!

A lęk niespokojny

biczem popędza nas

i dech zapiera wśród łon...

A naokoło rozlega się dzwon,

na to cmentarne przelewa się pole,

na te wyschnięte rzeki,

w chojary żałobą swą godzi,

że te się kładą na piaszczystym łanie...

A pierś nasza łka,

a w oku błyszczy łza,

a ptak ciężko ranny

uderza w skrzydła, krwią ociekające,

a jaskier więdnie na łące,

a z nami idą dziewanny

i krwawnik i wodne lilije,

a mór nam bydło bije,

a dom się nasz pali,

a siostra utonęła w rozplenionej fali,

a ojciec gdzieś daleko w strasznej zginął bitwie,

a Złe urąga modlitwie...

Cóż z nami się stanie!?

O Ty, łaskami hojny,

Ty, od powietrza, głodu, ognia i wojny,

od nagłej i niespodziewanej śmierci

i od Szatana, który w dom przychodzi

i dusze zwodzi,

zachowaj nas, Panie!...

Nie skłonił się jeszcze dzień,

a Szatan z moczarów łożyska,

gdzie nocą ognikami błyska,

z czeluści błota wstał

i, gdy najkrótszy słońce rzuca cień

na te manowce, na te ścierniska,

pod ramię chwycił Kościotrupa

i wzrósł nad jego niebosięgłą stal —

nad Ciebie, Boże, wzrósł!...

Masz--li Ty grom —

Masz--li Ty chmurę w ten południa skwar,

aby z niej piorun padł

i od Szatana uwolnił ten świat?...

Wal błyskawicą, wal!

Niechaj się łamie,

niech się rozkruszy ta zdrada,

która nad życiem i nad śmiercią włada!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Szatanie!

Ty Kościotrupa chwyciłeś pod ramię

i nad wysokość jego ostrej kosy

wzrosłeś w niebiosy —

a grom nie pada!

Z nieukojoną żałobą

klękam przed Tobą!

Zlituj się, zlituj nad ziemią,

gdzie ból i rozpacz drzemią,

gdzie ból i rozpacz dzwonem się rozlega

i w strasznej pieśni brzmi...

Szatanie!

Kop mi samotny grób

na opuszczonym łanie,

u krzyża czarnego stóp,

pod gliny powłoką rdzawą!

A iżby nie porósł trawą,

tańcz na nim taniec piekielny

po wszystkie dni!...

A Ty, o Święty!

A Ty, o Mocny!

Ty Nieśmiertelny,

proch gwiazd przesypuj w Swej klepsydrze złotej

i płodź żywoty,

aby tak klęły, jak ja;

aby płakały, jak ja;

aby w szarpiącej modlitwie,

co jako dzwon ten łka,

o zmiłowanie prosiły;

aby się wlokły z gromnicami w dłoni

ku tej nieznanej ustroni,

do tej — ostatniej mogiły;

aby tak wyschły, jak łza,

którą już oko me płakać nie może;

aby tak marły, jak ja —

o Święty, Nieśmiertelny! Święty, Mocny Boże!

Moja pieśń wieczorna

On był i myśmy byli przed początkiem —

niech imię Jego będzie pochwalone!

Razem z gwiazdami byliśmy i słońcem,

zanim się gwiazdy i słońca

jęły rozbijać w swych kołach,

zanim się stało to, co cię pożera.

O duszo, spragniona miłości,

o duszo, spragniona spokoju!

On był i ty w Nim byłaś przed początkiem,

nim jeszcze miłość i spokój

stały się ogniem trawiącym,

zanim się stały zabójczą tęsknicą

i tym kamiennym, ślepym przerażeniem...

Dzień mój przygasa —

za wielkim, niebotycznym przygasa mi szczytem,

krwawą za sobą zostawiając zorzę,

która się czepia ogniami

tych oto smreczyn i ścian poszarpanych,

zatartych śladów moich stóp.

Dzień mój przygasa, ten złoty,

ten lazurowy, ten słoneczny dzień,

w błogosławieństwie swych drogich promieni

więżący klątwę dla człeka,

dla zbłąkanego pielgrzyma.

Niech gaśnie! niech ginie!

Niech upragniony nadejdzie już wieczór

ze swoją ciszą wieczystą,

która ci mgłami szepce miesięcznymi,

że zanim miłość i spokój

stały się ogniem trawiącym,

zanim się stały zabójczą tęsknicą

i tym kamiennym, ślepym przerażeniem,

On był i myśmy byli przed początkiem.

Błogosławioną niech będzie ta chwila,

kiedy się rodzi wieczorny hymn duszy!

Kiedy od cichych pól,

od rżysk i rzecznych pobrzeży,

od przecznic i od ugorów,

od wypaczonych chat

i od tych stodół zwietrzałych

chłopięca płacze piosenka:

A grajże mi, piszczałeczko,

a grajże mi, graj!

Uliniłem cię z wierzbiny,

gdzie ten potok srebrnosiny,

gdzie ten szumny gaj!

Pani pana tam zabiła,

zieleni się hej! mogiła,

zieleni się hej!

A cierniste krzewie głogu

kwiat swój sypie po rozłogu,

a szept idzie z kniej!...

A dusza słucha i słucha...

A dzień jej przygasa,

a ona śladem tęsknicy

płynie rozlewną falą księżycową,

rosami płynie, lśniącymi na łąkach,

i wierzchołkami ukojonych drzew

i grzbietem białych gór

ku onym dniom zapomnianym,

gdy miłość i spokój

nie były ogniem trawiącym,

ani kamiennym, ślepym przerażeniem.

Przestwór się przed nią rozszerza

i, przepełniony wiekuistą nocą,

topi w swych głębiach wszystko, co ją zmogło

urągowiskiem i grzechem

i wypełnioną pokutą,

wstydu i hańby pociemniałą twarzą

i podeptaniem świętych, bożych praw

i krwawą zemsty pochodnią

i bolu, bolu strasznego

tak pożądanym, a tak żrącym widmem.

Błogosławioną niech będzie ta chwila,

kiedy się rodzi wieczorny hymn duszy!...

Na senne kwiaty wystąpiła rosa,

na łąk płaszczyzny, na ciemny łan zboża,

a ona siadła u brzegu jeziora

i rozmodlona patrzy w jego głębię —

i oparami wznosi się nad wielką,

nad uciszoną, rozmodloną wodą —

i słucha i patrzy i szepce

swoje wieczyste pacierze.

Z zapadłych wiosek płyną rozhowory,

w bagniskach dzikie odzywa się ptactwo,

a gdzieś w pustkowiu, a gdzieś na rozstaju,

w samotnej chacie połyskuje światło,

a tam! zdaleka cicha idzie Śmierć.

Od zórz zachodnich, w ziół zasypiających

rozkosznej woni piosnka się kołysze,

nad niemowlęcia kolebką wysnuta:

O tej radości, o tym weselu,

o tym cudownym, ukrytym zielu

z za siódmej góry, z za siódmej rzeki,

które na smutek słodkie ma leki.

O tej godzinie, co szczęście niesie,

pieśń się kołysze po krzach, po lesie,

po falach żyta pieśń się kołysze

w tę uroczystą, wieczorną ciszę,

a wślad za pieśnią cicha kroczy Śmierć...

Wyszła z dziedziny, gdzie miłość i spokój

nie są--ci ogniem trawiącym,

ani zabójczą tęsknicą,

ani kamiennym, ślepym przerażeniem,

i w świat podąża, ku onym rozstajom,

k'temu pustkowiu, ku chacie samotnej,

k'temu słabemu, czerwonemu światłu...

Ścieżyną zdąża i traktem szerokim,

po drodze zerwie jakiś kłos zielony,

albo też listek topoli

i w zamyśleniu rzuci je pod nogi.

Lekkimi stopy przygnie jakąś trawkę,

lub owad zdepce na miedzy,

albo swą długą, białą, przezroczystą

zanurzy rękę w staw

i jego srebrną powierzchnię

powlecze rdzą opalową.

Czasem w tym swoim pochodzie

siądzie na chwilę pod krzyżem pochyłym,

na opuszczonej mogiłce,

i, głowę ukrywszy w dłonie,

głębokim jękiem zapłacze,

rozlewającym się na okrąg świata.

A potem wstaje i traktem rozległym,

albo miedzami idzie znów śród zbóż

k'temu pustkowiu, gdzie w chacie samotnej

czerwone, słabe połyskuje światło.

A za nią snuje się smuga

sinych oparów i mgieł,

na których ciężkiem, dalekiem obrzeżu

zachodnia krwawi się zorza...

Czemu nie gaśniesz, ty zorzo?...

On był i myśmy byli przed początkiem,

zanim się stało to, co nas pożera!

Czemu nie gaśniesz ?!

Ach! jak się w twoich płomieniach

palą te grona jarzębin!

Jak się rozżarza ten żwir ---

ten szary piasek na drodze pątniczej!

Wybaw człowieka, o Panie,

od żagwi gniewu Twojego!

Dusza ci śpiewa psalm, jak niegdyś, niegdyś —

śród koralowych jarzębin,

przy rozszumiałych, wielkich polach zbóż,

przy tajemniczych pogwarach tych lip,

rozkołysanych Twym świętym oddechem...

Pokorna, cicha, nieskalana dusza

stoi u wrótni kościółka

i psalm Ci śpiewa, tak wieczny,

jak wieczną ona i Ty!

Na roztęczone mgławice kadzideł

kładą się dźwięki organów,

majestatyczne, cudotwórcze dźwięki,

i podpływają ku cichej, pokornej,

ku nieskalanej, ku skupionej duszy,

klęczącej w progu świątyni.

Grona jarzębin rumienią się w słońcu,

prastare lipy szumią hymn pierwotny,

przenikający głębinę jestestwa,

łan się kołysze, rozłożysty, złoty,

w oknach świergocą jaskółki,

nad poszeptami pacierzy

nieprzeliczonych pątników

białe wzlatują gołębie,

a w rozmodleniu milczącym,

na skrzydłach psalmów, tak wiecznych,

jak wieczna ona i Ty,

wznosi się dusza ku Tobie.

Bo gdzież jest większy Pan i król i władca?

Gdzież moc Ci równa i równa potęga?

Sam z Siebieś powstał, majestat Twój płonie

na tym z wieczności zbudowanym tronie.

Z Siebie stworzyłeś ten przestwór bez końca

i z Siebieś w niego rzucił żar na słońca.

Istnienieś Swoje zamknął w prochu ziemi

I wichr piersiami oddycha Twojemi.

Duszę człowieka wywiodłeś ze Siebie

wraz z duszą globów, świecących na niebie.

Tyś, Boże, ziarnem i kłosem i listkiem,

Wszystko jest z Ciebie i Ty jesteś Wszystkiem

i przez Cię Wszystko, nieśmiertelny Panie,

ma nieśmiertelne w Tobie królowanie.

Gdzież moc Ci równa? gdzież równa potęga?

Gdzież jest ten płomień, co skry Twej dosięga?

Gromem przemawiasz w łyskającej tuczy,

głos Twój morzami i wulkanem huczy,

trzęsieniem ziemi ogłasza Twe wieści,

lub słodko szumi, szemrze i szeleści.

Straszliwym bywasz w Swym monarszym gniewie:

rozkwitłe pola zatapiasz w ulewie,

żagwią pożarów godzisz nam w zagrody,

bijesz dobytek i zatruwasz wody.

Lecz kto opiece Twej odda się szczerze,

tego Twa łaska od złego ustrzeże.

Bo czyjaż dobroć Twych bezmiarów sięga?

Gdzież moc Ci równa i równa potęga?...

Błogosławioną niech będzie ta chwila,

kiedy się rodzi wieczorny hymn duszy,

tej nieskalanej, pokornej i cichej!...

On był i myśmy byli przed początkiem —

chwalmy i wielbmy Jego święte imię!

Czemu nie gaśniesz, ty zorzo,

nad oceanem tych ciężkich oparów,

co pochłonęły me słońce?

Księżyc się dźwignął ponad węża gór,

osrebrza brzegi obłoków,

lśni się na rysach śnieżystych;

od wschodu pełza cicha noc,

stoki swym wielkim przytłacza spokojem,

a ty się palisz!

Stamtąd — od nizin dalekich,

usypiających poza stu wodami,

poza tysiącem dróg,

jakieś się echo przyczołguje w duszę —

Cicho!

To płacz tej dawnej, chłopięcej piosenki:

A grajże mi, piszczałeczko,

a grajże mi, graj!

Uliniłem cię z wierzbiny,

gdzie ten ruczaj srebrno--siny,

gdzie ten szumny gaj!

Ach!...

Czemu się żagwisz?...

Niech raz już wszystko zagaśnie!

Jarzębina się rumieni,

szepcą lipy stare,

suchy piasek się podnosi — — —

Czemu nie milkniesz, ty zorzo?

Dlaczego krzykiem ognistym,

wystrzelającym z tych przepastnych szczelin,

pomiędzy dwiema piekielnymi ściany,

tak mnie oślepiasz i tak mnie ogłuszasz,

że dojść nie mogę do kresu?

Dzień mój już przygasł,

a zorza jego się krwawi,

jakby się krwawić miała w nieskończoność!...

wszystko pożera swymi płomieniami —duszę mi pali i świat cały pali!

Z olbrzymich snopów ognia,

jakby młóconych niewidzialnym cepem,

sypią się ziarna skier

w okrąg na niebo i ziemię!

Księżyc się zajął

i, w mgnieniu oka wyrósłszy

w ogromną kulę ognistą,

zaczyna rwać się w kawały

i płomiennemi wali się bryłami

na cielska płonących gór,

na popiół smreków spalonych.

Płoną jeziora,

sto wód się pali

i tysiąc dróg!

Z rozszalałego wnętrza ziemi

ogniem buchają wulkany,

gwiazd miljony tną błyskawicami

spieniony potop płomieni

i z hukiem

giną w czeluściach czerwonych...

Boże!

Czemu mnie karzesz?

W tych rozżarzonych stanąłeś przestworzach,

cały spłomienion, większy niż przestwory,

z krzyżem, ogromnym, płomienistym w dłoni

i rozżagwiony rzucasz na mnie świat...

Karz mnie!

Bom--ci ja człowiek, który wyszedł z grzechu

i prześladowan był przez grzech — do końca!

Moja to wina!

Bo oto moja nieprawość,

mnoga, jak iskry tych ogni,

przeszła granice, Panie, Twych zamiarów!

Ojcam się wyparł,

a kiedy zamknął powieki,

krzyża--m na jego grobie nie postawił,

bom go nie prosił o garść tego błota,

o nędzny żywot ten!

Moja to wina, moja wielka wina!

Matkę--m wypędził z domu, by nie jadła

strawy, porwanej większym, niż ja, tchórzom —

a wypędziłem ją w czas, gdy nad ziemią

przebiegał tuman nawałnic,

aby jej w drodze, w bezludnym pustkowiu,

oczy wyżarły błyskawice,

a dąb, walący się od gromu,aby ją przygniótł swą kłodą na wieczność!

Moja to wina, moja wielka wina!

Oślepłą siostrę spotkawszy żebrzącą

u wrót wspaniałej katedry,

nie czułem tyle odwagi,

aby się dotknąć jej ręki wyschniętej

i, na jej krwawe wskazując orbity,

głupim powiedzieć lwom i pustym lwicom:

Idźcie! mnie łaski waszej nie potrzeba —

to siostra moja! przy niej mi pozostać!

Moja to wina, moja wielka wina!

Psa, który zaszedł mi drogę

i z głodu zęby wyszczerzył

i miłosierne wlepił we mnie ślepie,

kopnąłem nogą,

aż ze skowytem padł pod moim płotem!

Robaka--m zdeptał —

tysiące owadów

miażdżyłem stopą, wlokąc się przydrożem,

ażeby duszę znudzoną

orzeźwić wschodem lub zachodem słońca.

A pnąc się w górę, ku rzeźbionym grotom,

ku tajemniczym snom stalaktytowym,

albo ku wirchom, skąd pycha

wygraża światu pięściami z granitu,

kazałem ścinać pachołkom

gałęzie smreków młodziutkich,

gdyż iglicami drażniły mi skronie...

Zabiłem brata,

bo mi się worał w miedzę

i naręcz owsa mi wyżął

dla swego konia —

moja to wina, moja wielka wina!

Chęć mi raz przyszła obłędna,

ażeby kopać dla siebie mogiłę,

bo mi się życie stało cmentarzyskiem,

i w tę mogiłę wtrąciłem bliźnego,

tak, że oszalał między umarłymi!

Moja to wina!

Uwiodłem żonę przyjaciela —

moja to wina!

Pod próg sąsiada kazałem podrzucić

dziecko, zrodzone z mego rozbestwienia.

A raz to grzech mi tak zaciemnił oczy,

żem po omacku szedł w przepastną głębię

strasznego lasu

i, jadowite wyszukawszy ziele,

świat nim stłumiłem w poczęciu.

Moja to wina, moja wielka wina!

Nie karz mnie, Boże, według moich zbrodni!

W tej gniewu Twego straszliwej godzinie

świat niech się kaja, lecz niechaj nie ginie!

Wielka jest moc Twa i wielka potęga,

lecz czyjaż dobroć Twej dobroci sięga?!

Rozpalonymi namiętnością dłońmi

umiałem skazić niewinną wstydliwość,

nim się w słoneczne rozwinęła kwiecie.

Podstępnie owoc zerwałem dziewiczy,

słowem, któremu dała moc obłuda,

wielbiąc zbawienie z miłości,

a sobie--m szeptał, jak złodziej, co w każdym

widzi złodzieja: rwij, nim przyjdzie inny!

Za grosz kupionej rozpuście

dałem się wlec po kałużach,

albo, gdy przesyt wypił ze mnie krew,

jak widmo--m stawał u bram lupanaru

i źrenicami, zmienionemi w szkło,

przez które ognia przezierał ostatek,

zazdrośniem śledził takich, jak ja — trupów,

by ich rozkoszą zwątloną

podżegać w myśli mą rozkosz przymarłą.

A nieraz podłość tak mi żarła duszę,

że chcąc wypełnić jej pustkę,

małom nie szeptał błądzącym przechodniom:

Nie tymi drzwiami: tamte wam poradzę!

Moja to wina, moja wielka wina!

Związan ślubami,

które mi jarzmem się stały,

a sił nie mając otwarcie

zrzucić ze siebie tych błazeńskich dzwonków

arcykapłana domowych ołtarzy

i iść, gdzie w słońcu południa,

śród woniejących ogrodów,

krwawo się złoci zakazane drzewo,

dawałem w duszy przystęp takim szeptom:

Niechajże Szatan się zjawi

i niech uwikła w sieć swojej pokusy

tę, co mi ongi była mocą szczęścia,

a dziś mnie dusi swą cnotą!

Wówczas jej krzyknę: podłaś! i, już czysty

w nędznym sumieniu, pójdę spełnić zdradę!

Moja to wina! moja wielka wina!

Oto jest miłość! oto jest to źródło,

z którego bije szlachetność!

Moja to wina! moja wielka wina!

Panie!

Wszystkie ja grzechy wziąłem na swe barki,

bom--ci ja człowiek, bom urodzon z bolu,

bo żal i rozpacz i przestrach

i wyczerpanie i siła

są przyczynami mojego istnienia...

Spłonąłem chucią do mej własnej krwi,

do matki mojej i do córki mej!

A w noc tajemniczą,

kiedy przed moim pałacem,

wzniesionym z mgławych majaków,

przedziwne kwiaty o zbielałych oczach

rozrzechotanej Meduzy

do jakichś strasznych rozmiarów

w mżachach wyrastały miesięcznych —

kiedy się księżyc skradał do mych komnat

i kładł na łoże mego wyczerpania,

wonczas mnie ze snu budziła lubieżna,

sprowadzająca warg bezwładne drgawki

i źrenic błędną gorączkę,

potworna żądza ku Twemu — zwierzęciu!

Moja to wina! moja wielka wina!

Oto jest miłość! oto jest krynica,

z której wypływa zwycięstwo nad piekłem!

Moja to wina, moja wielka wina!

Karz mnie!

Karz mnie!

W tym rozżagwionym przestworze

masz krzyż z płomieni, większy, niż ten przestwór,

więc bezlitością swych płomiennych rąk

wyciągnij członki moje do ogromu

Twojego krzyża, na którymś zawisnął

Ty sam, o Panie! ongi przed początkiem,

kiedyś się zmuszał, by spokój i miłość

przemienić w ogień trawiący

i w skamieniałe, ślepe przerażenie!

Kiedyś ze swego spokoju

i swej miłościwydzielał słońca i gwiazdy;

by rozbijały się w swoich elipsach,

aby się stało to, co nas pożera!

Karz mnie, człowieka, co krąży po świecie

z brzemieniem winy na ugiętym grzbiecie.

Wagę masz w ręku i miecz sprawiedliwy,

z którego lecą skry na ludzkie niwy,

a pomsty Twojej płomienna potęga

od pokolenia w pokolenie sięga.

Krew nam wysusza i pożera kości

wieczysta wszechmoc Twej zapalczywości —

żadna się przed nią groza nie ostała:

Niechaj Ci za to będzie cześć i chwała

na wieki wieków, Amen, Amen, Amen!

Panie!

Kłamałem!

Zawiść i zazdrość tuliły się do mnie

zżółkłymi łony i, nagością swoją

opanowawszy mą duszę,

kazały zezem patrzeć mi na sławę

i na bogactwo rodzonego brata.

Kradłem —

w kościele Twoim rozbiłem skarbonę!

Moja to wina, moja wielka wina!

A raz w czarownym, wielkim, ludnym mieście,

śpiesząc ku śmierci, która czeka na mnie,

chciwie wstrzymałem krok przed stosem złota

i błyskawicą, która idzie z Ciebie —

moja to wina, moja wielka wina!

myśl mi przebiegła haniebna:

Tak! wymordować czcicieli Molocha

i potem — zająć ich miejsce!

Panie!

Fałszywym byłem prorokiem

i nie umiałem powstrzymać bluźnierstwa

przeciwko Tobie, tak, jak dzisiaj bluźnię!

Krzywdy--m ja bratu nie przebaczył,

choć sam krzywdziłem — jak oszust!

Pogardę niosłem tłumowi,

jego sczerniałym, spracowanym dłoniom,

jego łachmanom, przesyconym potem!

Ornat na siebie kładłem i koronę

i, wziąwszy jabłko do ręki i berło,

kazałem klękać przed mymi rozkazy,

jakby nie było Twego majestatu!

Moja to wina, moja wielka wina!

Okręty słałem na spienione morza,

a w bitwach, w moim wszczynanych imieniu,

tysiące kładły się we krwi swej własnej,

a wszak Ty jeden masz prawo

na życie człeka wydawać wyroki!...

Moja to wina, moja wielka wina!

Karz mnie!

Bom--ci ja człowiek, skazany na karę,

bo dzień mój przygasa.

a zorza jego się krwawi

i świat się mój pali!

Bo dawno już przeszedł czas —

moja to wina, moja wielka wina! —

gdzie miłość i spokój

nie były ogniem trawiącym

ani zabójczą tęsknicą

ani kamiennym, ślepym przerażeniem...

A graj--że mi, graj!...

Jarzębiny się rumienią —

suchy piasek się podnosi —

A graj--że mi, graj!...

On był i myśmy byli przed początkiem,

zanim się stało to, co nas pożera...

Błogosławioną niech będzie ta chwila,

kiedy się rodzi wieczorny hymn duszy!

kiedy na wieki — na wieki

gaśnie jej dzień — — —

Salve Regina

Zawitaj, Pani świata,

niebieska królowa,

witaj, Panno nad Panny, gwiazdo porankowa.

Wieniec Twą skroń oplata,

zwity z promiennych liści:

o niech się w nich nadzieja biednych ludzi ziści!

Biała jak śnieg Twa szata,

a z białego--ć łona

lilija Twą czystością rośnie ubielona.

A wąż, który na ziemię przyniósł śmierć, przez Ciebie

został podeptan na wieki —

Salve Regina!

Milczcie!

Nie do was idzie wielkie objawienie

od skalnych brzegów

tajemniczego jeziora,

nad którym okrąg zachodniego słońca

w olbrzymią, wiekuistą rozlewa się falę.

Nie dla was płynie pieśń,

co się w płomiennym urodziła krzewie,

święta, jak ranek wiosenny,

albo jak wieczór jesieni,

zapadający nad ciszą ugorów,

nad zwiędłą czerwienią drzew

i ponad próchnem pochylonych krzyży!

Nie! nie! śpiewajcie ją wszyscy:

wasze to tchnienie i wasza to krew,

wasze to serce w tym śpiewie —

Salve Regina!

Bliżej! bliżej!

O nie uciekaj przede mną,

ty rozmodlony pogłosie!

Wypełniasz cały świat

swoją przedziwną melodią,

a przed mą duszą ciemną

jak gdyby stanął nieprzebity mur,

o który się rozbija twój rozlew potężny

i głuchnie...

Po co ten przestrach i po co ten lęk?

Ponad głębiami nocy,

nad skrajem uśpionej ziemi,

oblasków niewidzącej, które idą z Życia,

smug się rumieni ognistego złota

i w jednej chwili ogarnia przestworza.

A k'niemu idzie Tęsknota,

jak druhna boża,

w wianku z oliwnych gałązek

i z wielkim, czarnym krzyżem na wątłym ramieniu.

A w nim, w tym blasku, w tym ognistym złocie,

pali się milion dusz,

O których tutaj dawno zgasła wieść.

A każdą wieniec oplata,

zwity z promiennych liści —

nadzieja biednych ludzi w jego skrach się iści.

Biała, jak śnieg, ich szata,

a z białego łona

lilija ich czystością rośnie ubielona.

I każda węża głowę

depce swą białą stopą

i z lutnią, naciągniętą na tony wieczyste,

śpiewa przesłodki hymn,

zasłyszan ongi — tak dawno, tak dawno,

ażeby o nich wieść

zagasnąć miała czas —

hymn przenajświętszy:

Salve Regina!

Ziemio! ziemio!

Tęsknota chodzi po tobie

w wieńcu z gałązek oliwnych

i z wielkim, czarnym krzyżem na wątłym ramieniu.

I krople potu roni

i, dzierżąc kielich goryczy

w białej, zmęczonej dłoni,

klęka co kroku w swej drodze krzemiennej

i modli się, i płacze, i wzdycha, i modli...

A jej modlitwy i łzy

i te westchnienia głębokie

co krok się w przędze zmieniają pajęcze,

jak one włókna jedwabne,

porozwieszane na rżyskach

w październikowe dni

i na kończynach więdniejących traw —

na całym tym ogromnym, rozległym obszarze

mrącego świata...

O, wy, modlitwy i łzy!

O, wy głębokie westchnienia

naszej samotnej Tęsknoty,

poklękującej na krzemiennej drodze,

z kielichem goryczy w dłoni

i z czarnym krzyżem na wątłym ramieniu!

Zmieniacie w mgły się pajęcze

i, otuliwszy jej postać

w swoje rozwiewne przędze,

czynicie z niej by obłok, wstający z poranku

na wielkich obszarach świata,

i rwiecie ją z sobą do góry!

O wieńcu z gałązek oliwnych!

W wieniec przemieniasz się złoty,

w promienny wieniec gwiazd,

na skroni naszej Tęsknoty

i nad głębiami nocy świecisz, niepojęty!

O ty kielichu goryczy,

z twardej wykowan miedzi!

W alabastrową przemieniasz się czarę,

na zapomnianym ustawioną grobie,

pełną słodkiego napoju wieczności,

i do bezmiarów rośniesz niepojętych,

i sam się w napój rozpływasz,

i swoją wonią przepełniasz

duszę biednego człowieka!

O krzyżu na wątłych ramionach

naszej serdecznej Tęsknoty,

wraz z tobą dźwigającej tajemnicę bólu!

W skrzydła się zmieniasz anielskie

i wnet ją niesiesz ku blaskom,

lśniącym nad nocy głębiami,

ku onym dusz milionom,

o kórych tutaj dawno zgasła wieść.

Tam lśni jej biała szata,

a z białego łona

lilija jej czystością rośnie ubielona.

I depce węża głowę

swoją promienną stopą,

i z lutnią, naciągniętą na tony wieczyste,

śpiewa przesłodki hymn,

zasłyszan ongi, tak dawno, tak dawno,

że miała zgasnąć czas

owa szarpiąca wieść

o tajemnicy krzyżowego bólu —

śpiewa swój hymn przenajświętszy:

Salve Regina!

Milczcie!

Nie do was idzie wielkie objawienie

od skalnych, cichych brzegów

tajemniczego jeziora,

nad którym czarne cyprysy

cicho schylają swe głowy...

Milczcie!

Płaczem i jękiem,

urodzonymi z nicości,

nie zakłócajcie tej pieśni,

którą śród dusz miliona

z białą liliją u łona

wieczysta śpiewa Tęsknota.

Nie! nie! śpiewajcie ją wszyscy!

Wasze to życie i wasza to krew —

ta pieśń wstrząsająca,

która swym świętym pogłosem

nie o świątynne łamie się sklepienia,

ale przez pola idzie, wielkie pola,

i zmartwychwstanie zmarłym daje kościom,

i we wiosennym uśmiecha się blasku,

i śnieg na łąkach roztapia,

i zwiędłe trawy w świeżą stroi zieleń...

Dlaczego płaczesz?

Nędza jest wszędzie!

Nędza w miłości i nędza w cierpieniu!

Łam się!

Nie masz spokoju?

Rozpękające drzewa twojej ziemi

nie przywabiają cię woniami swymi?

Uciekasz przed się, aby szukać ciszy,

która twe serce usłyszy?

Nędza jest wszędzie!

W twym sercu jest nędza

i w tych zwaliskach zagasłego świata,

na które patrzysz zadziwionym okiem,

nie — tylko nędza!

Patrz! patrz bez końca!

Patrz na ten odblask ginącego słońca,

którego czerwień zalewa te łuki —te poszarpane arkady,

te widma kolumn

i te dalekie kopuły!

Nie masz spokoju?

Wre w tobie echo pradawnego boju,

z którego wyszła zwyciężczynią Śmierć?

Jej li to sztandar powiewa ogniami

nad tym rozległym, krwawym widnokręgiem —

tam, nad tym gajem cyprysów i pinij ?Łam się i patrzaj! folgi nie daj oku!

Z bezdennych głębin wieczystego mroku

jakiś wyłania się potwór!

Cicho, powoli

nietoperzowe rozpościera błony,

zakrywa zorzę ich ciemnią

i rośnie...

I kulistymi dwoma płomieniami

swych nieruchomych źrenic

patrzy ci w duszę i błony

nietoperzowe roztacza

i rośnie...

I grube wyciąga ramiona,

i, kulistymi dwoma płomieniami

patrząc ci w duszę, w otchłań ludzkiej nędzy,

w to nieustannych gniazdo niepokojów,

podważa glob ciemniejący —

Salve Regina! —

do piersi go tuli kosmatej

i miażdży — — —

Czemu uciekasz?

Czemu w przestrzenie dążysz, jak ta plewa,

którą wichr porwał z wymłóconych kłosów

i pustą rzucił w pustkowie?

Boże!...

Czemu uciekasz, jak ten blask gasnący,

gdy się rozprasza w ciemnościach?...

Nikt cię nie kochał?

Nikt ci krwawego nie otworzył serca,

abyś w nim duszę zanurzył

i, wykąpany w jego krwi płomiennej,

mógł wszechwidzącą odczuwać źrenicą

drgania tęsknoty i bólu,

rozlanych w wielkiej, świętej duszy świata?

I sam tęsknotą i bólem

drżeć, niby harfa eolska,

z słonecznych stworzona kryształów?

Drżeć, niby świat ten ogromny,

przeczuwający

nieskończonego bytu promienistość,

przez ból idącą, przez wielkie cierpienie?...

Boże!...

Nikt cię nie kochał?!

A ty, czyjąś duszę

tak umiłował, abyś mógł zapomnieć,

że jest granica między złem a dobrem?

W czyjeś ty serce spojrzał z taką wiarą,

aby jej siła mogła ci je rzucić

do twoich stóp nieskalanych?

Do stóp bożego wybrańca,

co serca podnosi

i twórczym swym tchnieniem,

nieskazitelnym i wiecznym przez miłość,

pył z nich otrząsa i zbawia?

Co je podnosi nad wzlot własnej duszy,

nad ból swój własny i nad swą tęsknotę,

i — niby święte tajemnicze słońca,

uwite z błysków przeczuć,

powstałych z Stwórcy i dążących k'Niemu,

pomiędzy gwiazdy je rzuca,

by niestrawionym promieniały światłem?

Nigdyś nie kochał?

Łam się!

Pomiędzy sobą a morzem miłości,

huczącym pieśnią potężnych zapomnień,

i przepotężnych pożądań,

i nieodkrytych, Twórcy pełnych głębin,

i uświadomień potężnego szczęścia,

sameś piekielną budował opokę.

Rozbite ciosy swej duszy

na samolubny znosiłeś Babilon,

albowiemś sądził, że jesteś sam jeden,

i że nad ciebie nie może być — życia!

I wówczas Szatan stawał na twej wieży,

śmiał się ku tobie oczyma Pokusy

i, pełną kłamstwa czarą swych przyrzeczeń

ubezwładniwszy twą duszę,

kazał ci jedno: abyś kochał siebie!

kazał ci jedno: abyś wierzył w siebie!

kazał ci jedno: abyś zbawiał siebie!

I kłamstwo było i niemoc

w twoich akordach, co wielbiły miłość!

I kłamstwo było i niemoc

w twoich akordach, co głosiły wiarę!

I kłamstwo było i niemoc

w twoich akordach, co brzmiały nadzieją!...

A poza tobą — jak blisko! jak blisko!

huczało pieśnią potężnych zapomnień

i przepotężnych pożądań,

i nieodkrytych, Twórcy pełnych głębin,

i uświadomień potężnego szczęścia

to wielkie, święte, jasne, nieskończone

morze miłości...

Łam się!

A gdy w odległych przepaściach twej duszy

jęły się budzić echa tego Słowa,

co w płomienistym rodziło się krzewie —

kiedy od brzegów tajemniczej wody

szum dolatywał przedwiecznych objawień,

poszeptujących tajemniczym głosem,

ażebyś kochał — cierpieniem,

naonczas Szatan tę twoją opokę,

twój samolubny Babilon,

w Górę przemieniał Oliwną.

I w szacie Zbawcy,

z Sfinksa obliczem, na którym wyryto

nieodgadniętą zagadkę boleści

i rzeczy przyszłych dalekie widzenie,

pełne wyrazu smutku i tęsknoty,

klękał w oblaskach księżyca,

na współczujące słaniał się rozłomy,

i z rąk anioła brał kielich,

i krwawym zlewał się potem,

i modlił się i płakał i wzdychał i modlił...

A gdzieś od strony Jeruzalem nędzy,

gdzieś od Syjonu zbrodni,

od źródła i ujścia Bytu,

gwar przypełzywał na łunach,

urągających wieczystemu Światłu,

pozapalanych, aby przyćmić Jasność!

I rozchylały się gałęzie drzew,

i z chrzęstem łamały się krzewy,

i żwir się zsypywał po zboczach,

i w krwawych ogniach pochodni,

pozapalanych, aby przyćmić Jasność,

urągających wieczystemu Światłu,

tłum się wyrzucił z Judaszem na czele...

I, obdarowan pocałunkiem zdrady,

brał krzyż na siebie, wielki, czarny krzyż,

i na Golgotę po krzemiennej drodze

szedł twój Kusiciel —

jak twa tęsknota

szedł, modlił się i wzdychał i płakał i modlił

A potem — w przepaść rzucił czarny krzyż,

w bezdenny rozdół szumiący,

i, zolbrzymiawszy, legł na twej Golgocie,

na Babilonie twej duszy.

I rozkrzyżował ręce

i, w strasznej, cierniowej koronie

na zolbrzymiałej głowie,

przygasającym patrzał na cię wzrokiem,

tak przenikliwym i smutnym,

żeś modlił się i płakał i wzdychał i modlił...

A na zachodzie

płonął krąg słońca,

ogromny krwawy krąg,

przecięty ogromnym obłokiem,

i rzucał ogromny

cień Kusiciela,

skrzyżowanego na twojej Golgocie,

na Babilonie twej duszy,

i topił świat w jego mroku — — —

Zaś gdy cię złamał ból,

gdyś sam się słaniał na głazy,

kiedyś brał kielich goryczy

i Judaszowej pocałunek zdrady

na swoich wargach odczuwał,

wówczas się zrywał z opoki,

stawał przed tobą, okryty

ciemną purpurą nocy,

i wzrok utkwiwszy szyderczy

w twych oczach, obłędnych z żalu,

na świat się cały rzechotał

wielkim, szyderczym rzechotem...

A poza tobą — jak blisko! jak blisko! —

huczało pieśnią potężnych zapomnień

i przepotężnych pożądań

i nieodkrytych, Twórcy pełnych głębin,

i uświadomień potężnego szczęścia

to wielkie, święte, jasne, nieskończone

morze miłości...

A Zbawca —oblany morzem miłości,

tym wielkim, świętym, jasnym, nieskończonym,

krzyż wyciągnąwszy z szumiącego dołu,

płakał nad tobą.

Łam się!...

Nędza jest wszędzie!

W miłości jest nędza

i nędza w cierpieniu!...

Łam się, i patrzaj, i słuchaj!...

Słoneczny błękit otula

rozległe łany ozimin...

Śniegu srebrzyste płaty

drzemią zaledwie gdzieś w rowach,

pod mokrą schowane krawędzią,

nad którą pęki traw

w wiosennych drgają powiewach.

Z posłania kiści jedwabnych

stokrotka wychyla głowę

i rość zaczyna bylica.

Z wądolców mgły się podnoszą

i w ciepłych znikają promieniach,

a nad głębiami sennej, cichej wody,

od której twórcza idzie w świat tęsknota,

krzyk czajki się rozlega albo śpiew skowronka.

Ponad brzegami dróg

wierzby już gibkie wypuściły pręty

i rząd topoli

już się w świąteczne przyozdabia wieńce.

A roztopami,

polem szerokim,

nad którym chaty sczerniałą

lśnią się dachówką,

lub mchami obrosłą strzechą,

powoli toczy się wóz...

Górą, na snopkach słomy,

zamknięte w sosnowej skrzyni,

śpi snem nieprzespanym

życie biednego człowieka...

Cicho, z wolna wóz się toczy,

na nim w żółtej skrzyni

na wiek wieków zgasłe oczy,

jak światła w pustyni.

Twój li ojciec? matka twoja?

czy najdroższe dziecię?

Gdzież jest radość? gdzież ostoja

na burzliwym świecie?

Kilka mogił, kilka krzyży

śród piaszczystej zboczy —

coraz bliżej, coraz bliżej

wóz się ku nim toczy.

A przy pagórkach,

na tajemniczych rozdrożach,

gdzie święty duch ludu

Boże zbudował Męki,

cicho przystaje wóz...

I orszak zdejmuje w milczeniu

trumnę sosnową,

w której, jak światła w pustyni,

zagasłe drzemią źrenice

twojego ojca czy matki,

brata czy siostry,

czy najdroższego dziecięcia,

i na murawie ją stawia,

u stóp pobożnej figury.

Razem z żałobnym orszakiem

zmęczona klęka Tęsknota

i zdjąwszy z ramion swych krzyż —

ach, ten przeciężki, wielki, czarny krzyż,

o smutną opiera go skrzynię

i modli się i płacze i wzdycha i modli.

A nad roztopy,

nad łany,

nad świeżej trawy podściela,

na pędy ożyłych wierzb

i nad dzwonnice topoli,

nad strzechy sczerniałe

ulata pieśń przenajświętsza:

Salve Regina!

Ku złotym płynie obłokom,

w których skowronek

nuci hymn wiosny,

albo opada ku dołom,

hen! ku ukrytym parowom,

gdzie śniegu ostatnie bryły

pod mokrą konają krawędzią.

Albo na skrzydłach przedziwnego smętku

ku grząskim wzlatuje bagnom,

gdzie pod pochyłą trzciną,

nad ostrowiami sitowia

zrywa się czajki jęk.

Lub ku dalekim idzie widnokręgom,

ku modrym pasom borów,

w mgły otulonych sinawe,

i w wielkie rozlewa się morze,

wszechmocnych pełne zapomnień,

i zbawiających pożądań,

i nieodkrytych, Twórcy pełnych głębin,

i uświadomień szczęścia,

którego ludzkie nie widziało oko,

o którym ludzkie nie słyszało ucho.

A na jej odzew anielski

ziemia, od brzegu do brzegu

podeptanymi zasiana grobami,

otwiera wielkie swe wnętrze:

Zmarłe powstają kości

i za tym biednym zdążają orszakiem

ku garstce mogił i krzyży,

ku tej piaszczystej zboczy,

ku której bliżej, wciąż bliżej

ten prosty rydwan się toczy.

Siermiężne płyną tłumy,

króle i senatory,

biskupy w białych ornatach,

i świętych wieniec liliowy,

i mistrze, co ducha bożego

zaklęli w barwę i kształt

i w pieśni natchnionej dźwięk

lub grzmieli głosem proroczym.

I zbrojni kroczą rycerze

niby na wielki bój,

w którym się wszystko ma złamać,

co było Życia wielkiego przeczeniem.

A wszyscy w blaskach słonecznych

nieba sięgają czołami

i grzmiącym śpiewają głosem:

Salve Regina!...

A ponad nimi

pali się milion dusz,

o których tutaj dawno zgasła wieść.

A każdą wieniec oplata,

zwity z promiennych liści —

nadzieja biednych ludzi w jego skrach się iści.

Biała, jak śnieg ich szata,

a z białego łona

lilija ich czystością rośnie ubielona.

I każda węża głowę

depce swą białą stopą

i, z lutnią, naciągniętą na tony wieczyste,

śpiewa nadniebny hymn,

zasłyszan ongi, tak dawno, tak dawno,

ażeby o nich wieść

zagasnąć miała czas —

hymn przenajświętszy:

Salve Regina!...

A w ślad za nimi wlecze się twój ból...

Hahahaha!

(Szatan się zaśmiał, albowiem on jeden wie, że:)

Nędza jest wszędzie —

nędza w miłości

i nędza w cierpieniu!

Śmiej się!

A moja tęsknota,

na barkach ciężki dźwigająca krzyż,

otwiera usta,

by wraz z Tęsknotą świata

zaśpiewać hymn przenajświętszy:

Salve Regina!

Hymn św. Franciszka z Asyżu

Bądź pochwalony, Rozdawco cierpienia!

Ręceś mi przekłuł i nogi

i krew mi cieknie z głowy,

a oto z Krzyża

zstępuje ku mnie w przechwalebnych ogniach

biały Serafin

i radość w serce mi leje

i z duszy śpiewne wytwarza narzędzie,

ażebym śpiewał i grał,

ażebym sławił i wielbiłRozdawcę bolesnych stygmatów,

z których się rodzi Wesele

i Miłość...

I śpiewam i gram

do wtóru anielskich Zastępów,

mogących patrzeć w oblicze

Twórcy...

I śpiewam: bądź pochwalony!

A wy, stworzenia boże, słuchajcie mej pieśni

i chwalcie razem ze mną Tego, co was kocha.

Ty, słońce, przede wszystkim, zestrój swoje blaski

w hymn płomienisty,

albowiem przezeń nam świecisz

i przezeń siewców rozbudzasz,

ażeby ziarno siewali

na sytny chleb Ducha...

Długom--ci czekał na przedwieczne Słowo,

jakkolwiek we mnie było i poza mną,

we wszystkich drzewach i we wszystkich trawach,

w wszystkich jasnościach i wszystkich ciemnościach,

w róży i lilii,

w robaku i płazie,

w głębinach wody i w górach pustynnych,

w płaczu, nadziei, w uciesze i trwodze.

Długom—ci czekał, albowiem me plecy

okrywał jedwab i pasem błyszczącym

były ściągnięte me biodra

i drogocenne trzewiki

chroniły stopy me,

aby ich piasek nie zbrudził,

po którym stąpa — człowiek.

Długom--ci czekał, o Panie,

żądny się oprzeć na Twojej światłości,

albowiem w ręku moim była laska,

w kosztowny metal okuta,

a zaś w marzeniach sięgałem po berło,

by rozkazywać wszystkiemu, co żyje.

A oto dzisiaj spłynął na mnie zdrój

Łaski,

iż mogę

z wyciągniętemi rękoma

patrzeć w Krzyż

i z ran rozkosznych przelewać

krew.

I widzę twarz Serafina,

całą w ognistych rozbłyskach,

i słucham wiewu, któryś dał nam, Panie,

abyśmy przezeń rozumieli tchnienie

Twojej Istoty!...

I słucham szeptów, któreś dał nam, Panie,

w eukaliptowych koronach,

w cichych gałęziach oliwek i pinii,

byśmy w nich mieli oddźwięk tajemnicy

Twojego Bytu!

I słucham dzwonu, jak dzwoni

w sferach powietrznych, pełnych Twego Ducha,

wzywając ludzi i głazy

i ryby w rzece i ptactwo,

nim jeszcze zaśnie po gniazdach,

i mchy na dachach i zielsko w szczelinach

zwalonych bramic i schodów,

i te różowe cyprysy

na świętym miejscu umarłych,

i kości, złożone w ziemi:

aby ci bracia moi i me siostry

zmówili pacierz wieczorny,

aby na jego rozbrzmieniach,

na śpiewnych rozlewach dzwonu,

płynęli duchem ku Tobie...

Raduj się, serce, weselem

twojego Zbawcy!

Dzwoń, szumiej i szeptaj poszumem,

szeptem i dźwiękiem okręgów,

boś oto cząstką ich serca,

bo oto przyszło ku tobie

Ocknienie!

O miasto, z zimnych zbudowane głazów,

na których zorza przygasa!

Ciepło jest w tobie i ogień,

albowiem w twojem ubóstwie

kryje się Miłość!...

O moi bracia i siostry

z jarzmem na plecach,

z ciężarem konwi na głowie!

Już ja w rzemiennym przepasaniu swoim

nie mam--ci złota ni srebra,

już ja rzuciłem laski i trzewiki

i śpieszę ku wam ubogi,

tylko bogaty tym Słowem,

co mnie przy słońca zachodzie,

przy dźwięku dzwonów i przy szepcie traw

wyrwało z obierzy Zła.

Już ja się nie gnę przed Blichtrem i Próżnią,

lecz idę ku wam, aby jarzmo wasze

wziąć na swe barki

i, konwie wasze dźwigając na głowie,

nierozerwalny zawrzeć ślub

z wyzwalającą Miłością!

Zbliżam się ku wam, pragnąc razem z wami

i razem z wszystkim rodzeństwem,

co kwitnie, pełza i świeci i gaśnie,

mężnie anielską oślepiwszy bronią

Centaura Pychy,

zaśpiewać pieśń tę jedyną:

Bądź pozdrowione Cierpienie,

gdyż z ciebie rodzi się Miłość!

O bracie mój, księżycu! o siostry me, gwiazdy!

Świecicie nad mrokami mojej siostry ziemi,

co, mając Jutro przed sobą,

nie umie zasnąć w łasce i spokoju,

a tylko w myślach się wije,

jakby, powstawszy rano,

rozpuścić wszystkie swe żądze...

I Zazdrość się zerwie

i będzie zazierała pod okna sąsiada,

zali nie bielszy chleb na jego stole...

A potem, przeklinając dzień, który ją zrodził,

pod fartuch schowa garnek z rozżarzonym węglem

i pójdzie go podłożyć między snopy zboża...

O bracie mój, księżycu! o siostry me, gwiazdy!

Chwalcie wraz ze mną Miłość,

ażeby Chciwość

nie wyciągała pokurczonych palców

po kruszec drogi, schowany w piwnicach

zamków, ujętych w parów i ostrokół...

Albowiem wszystko jest marność,

blichtrem i próżnią

potęga możnych,

a błogosławion li ten,

który w rzemiennem przepasaniu swoim

nie nosi złota ni srebra,

lecz bosy, z odkrytą głową

idzie pomiędzy swą brać...

O bracie mój, księżycu! o siostry me, gwiazdy!

Na lśnistych waszych drogach, w tęczach waszych blasków

rząd apostołów i świętych,

proroków i pustelników

i zachwyconych dziewic,

oczy utkwiwszy w Krzyż,

wyrzeczeń nuci psalm.

I słodkość mają w oczach,

na głowach kwiaty lilii,

krew z nich strumieniem ciecze,

a ręce ich oparte

na przewiązanych słupach,

na rozżarzonych rożnach,

na kołach żelazistych,

na mieczach i toporach,

a z warg im uśmiechniętych

wypływa zbożny psalm.

A tutaj, w mrokach ziemi, śród pałacu Zbytku,

na stopniach bazaltowych, pod urną z porfiru,

ciężki zasypia Przesyt...

O zwisłe piersi oparł

obrzękłą twarz i śpi...

Dłoń jego ściska puchar,

z niego się wino leje

na róże, pozrywane w wirydarzu wiosny!

O róże, siostry moje, o najmilsze dzieci

kochającego Twórcy,

co posiał was, by upleść niebiańską koronę

dla Przenajświętszej Panny:

przebaczcie, że was ręce dotknęły nieczyste!

O zbudź się, Grzechu grzechów, i patrzaj: tam Szatan

na barki wziął Rozpustę,

zbiegłą z uścisków twych,

i, skrzydła rozpostarłszy, wzniósł ją nad twój gmach

i rzuca z wysokości, sięgającej niebios,

na wieków wiek zamkniętych, w straszne widmo Sądu.

Słyszę:

anielskie huczą trąby —

widzę:

umarli wstają z grobów,

kłąb ciał w śmiertelnych kurczach

przeklina, ryczy, wzdycha

westchnieniem, od którego ślepnie przerażenie...

Potworne sznury wężów

wpiły się w potępieńców,

a czarny Szatan--zwierz

rozrywa ich widłami

i strąca w piekielny ogień.

A nad ostatnim szczeblem

drabiny Jakubowej,

na chmurze spłomienionej

siadł sprawiedliwy Sędzia

i sądzi złych i dobrych,

i sądzi tak przez wieki, długie, straszne wieki.

Zasię Bóg--Człowiek,

Krzyż dźwigający w jednej,

a drugą na swe blizny wskazując otwarte,

Cierpienia wzywa głosem,

aby ukochać Miłość,

gdyż ona li odwlecze

dzień Sądu...

A na maleńkiem ziarnku,

dokąd dotychczas nie dotarły jeszcze

grzmoty anielskich surm,

wykwita kwiat ostatniej,

najhaniebniejszej zbrodni:

tam Chciwość, Pycha, Zazdrość

do walki bratobójczej pogania plemiona.

Widzę:

leje się krew człowieka.

Wilk, szakal i hiena

rzucają legowiska.

Łuna za łuną bije,

sieroty płaczą głodne

i matka pierś rozrywa!

Widzę:

kalekom z rąk wyschniętych

na ziemię lecą krokwie,

a starce, bez podpory, daremnie oczyma

szukają oślepłymi, gdzie znaleźć kęs chleba.

A Dżuma, owinięta w szary, długi całun,

przebiega z kosą w ręku zagon za zagonem

i kosi resztę kłosów, których nie stratował

szalony, Miłosierdziu wrogi tabun wojny.

O biedni staruszkowie! o słabe sieroty!

O matki zrozpaczone! do was--ci ja idę!

O ziemio, siostro moja, rodzicielko Winy,

do ciebie ja przychodzę bez złota w rzemieniu,

pokorny i ubogi,

tylko bogaty tym Słowem,

co dziś przy słońca zachodzie,

przy dźwięku dzwonów i przy szepcie traw,

stało się dla nas orędziem pokoju!

O ziemio, siostro moja, żądna krwi i hańby,

do ciebie ja przychodzę,

bosy, z odkrytą głową,

i jarzmo twe i grzech twój i wszystką twą grozę

chcę dźwigać razem z tobą

i razem z tobą śpiewać

przedziwny hymn Miłości,

boć ona li odwlecze

dzień Sądu...

O bracie mój, księżycu, o siostry me, gwiazdy!

O róże, które dłonie zrywają nieczyste —

chwalcie wraz ze mną i z wszystkim stworzeniem,

z mym drogim bratem ogniem

i z siostrą moją wodą,

z wszystkim, co rośnie i pełza i kwitnie,

z wszystkim, co szumi i szepce i dźwięczy,

z wszystkim, co płonie i gaśnie

chwalcie, chwalcie, chwalcie

sprawiedliwego Sędzię,

który odwlecze dzień Sądu

przez Miłość...

Ręceś mi przekłuł i nogi

i w bok mi włócznię wbiłeś,

a biały twój Serafin

zstępuje ku mnie z Krzyża,

zaś na promiennym obłoku

ptaszęta wiją gniazda

i nucą...

Uciszcie się, ptaszkowie! Brat wasz pieśń chce śpiewać,

albowiem serce mu rośnie,

że może cierpieć Cierpieniem,

z którego rodzi się Miłość...

Że wyciągnąwszy ramiona

i zapatrzony w tę jasność,

opływającą ciernie,

zwite na Krzyża wiązaniu,

może dziś słuchać wiewów,

któreś mu dał,

abyśmy przez nie rozumieli tchnienie

Twojej Istoty —

że może słuchać tych szeptów,

któreś nam dał

w eukaliptowych koronach,

w cichych gałęziach oliwek i pinii,

byśmy w nich mieli oddźwięk tajemnicy

Twojego Bytu!...

Lub nie! śpiewajcie wraz ze mną

hymn jaśniejący, jak słońce,

gdy pada na tę łąkę, na te złomy stare,

na moje miasto rodzinne,

na grzbiety tych mgławych gór!

Chwalcie Go razem ze mną,

boć On wam dał skrzydła,

abyście mogły kąpać się w błękitach!

On to wam krągłe dał oczy,

abyście mogły patrzeć na ten Krzyż,

na Serafina twarz!

On wam dał bruzdy i miedze,

krzewinę głogu i wierzchołki drzew,

abyście miały gdzie spocząć!

On--ci tak swoim każe świecić żarom,

iżby się ziarna kruszyły

na zapas dla waszych spichlerzy!

Śpiewajcie, braciszkowie, i ty, siostro pszczółko,

i ty, mój świerszczu polny,

i ty, moja muszko,

i ty, mój kwiecie rumianku,

i ty, daleki a głęboki szumie

mojego brata wiatru,

i ty, jedwabny promieniu,

który oprzędzasz ten stok!

I ty, siostro Klaro,

którą wybrałem między niewiastami,

albowiem wdzięczna jesteś i zachodna,

a zasię dusza twa

jest jak przedziwne zwierciadło,

odbijające świętą wolę Twórcy!

W wysokiej, białej wieży

zamknęłaś swe Dziewictwo,

a święci aniołowie

znoszą mu kwiaty hołdu.

Strzeże go Czystość i Męstwo,

wszystko się przed nim kłoni,

i jam cię nie obraził

choćby najmniejszym drgnięciem

przyczajonego Grzechu.

Zaś patrząc w twoje oczy,

w ciche, głębokie oczy,

w których się zamknął Raj,

nim jeszcze zdradny wąż

owinął w swoje kręgi drzewo Zła i Dobra,

Miłości czuję prawdę,

jeżeli jest jaki oddech,

którym poranna zorza

owiewa tron niebieski w dzień Wniebowstąpienia.

A oto wczoraj w nocy,

gdym legł na garści słomy,

Kusiciel, wszedłszy do mnie,

celę mą zmienił w kościół.

O Sędzio, przebacz grzech!

Księża, siedzący w stallach,

śpiewali Miserere,

a każdy dźwięk się stawał

czerwoną lub białą różą

i padał na marmury.

O Sędzio, przebacz grzech!

W kosztownych kadzielnicach

paliły się kadzidła,

a na opalach dymu

słały się chóry świętych,

pomiędzy nimi Szatan.

O Sędzio, przebacz grzech!

A kiedy zaśpiewali:

,,Wieczysty spokój, Panie,

racz dać tej grzesznej duszy!”

z pomiędzy grona świętych na drodze róż i blasków,

tyś zeszła ku mnie naga —

O Sędzio, przebacz grzech!

I kościół się przemienił

w kosztowny pałac Zbytku;

świat wszystek się rozszalał,

jak tabun dzikich koni

bez uzdy i wędzidła.

Wino się strugą lało,

gięły się srebrne stoły

od pozłocistych zastaw.

Śpiew, harfy, chutne krzyki

i nagie ciała w pląsach:

świat wszystek się rozszalał,

jak tabun dzikich koni

bez uzdy i wędzidła.

Sam Szatan mu przygrywał

i suknie zdzierał z kobiet

i warkocz im rozplatał

i rzucał je pijane

w szalony tłum pijanych.

Śpiew, harfy, chutne krzyki

i nagie ciała w pląsach:

świat wszystek się rozszalał,

jak tabun dzikich koni —

sam Szatan mu przygrywał...

A ja, zluźniwszy rzemieńca,

pełnego srebra i złota,

ległem pod urną z porfiru,

na stopniach bazaltowych.

I twarz skłoniwszy obrzękłą

na tłustą pierś Satyra,

z jedwabiów odsłoniętą,

ledwiem udzierżył puchar.

Z niego się wino lało

na róże podeptane,

a z objęć mych uciekła —

wyrwała się Rozpusta,

mająca twoje oczy...

I Raj się w nich zamykał

z oślizgłym wężem Zdrady,

kiedy już w swoje kręgi

owinął Zło i Dobro.

Uciekła przesycona —

Szatan ją wziął na skrzydła

i uniósł nad mój gmach,

w którym się świat rozszalał

jak tabun dzikich koni...

Do wysokości niebios,

na wieków wiek zamkniętych,

wzniósł ją na swoich barkach

i rzucił w widmo Sądu.

Anielskie grały trąby,

świat wszystek jęczał, płakał,

klął, wił się, ryczał, wzdychał,

że od tych westchnień strasznych

oślepło Przerażenie...

Zaś na maleńkiem ziarnku,

leżącym u mych stóp,

wykwitał kwiat ostatniej,

najhaniebniejszej zbrodni:

to Pycha, Chciwość, Zazdrość

do walki bratobójczej popchnęła plemiona...

Ale nad srogi Twój rozgniew

możniejszą, Sędzio, Twa litość,

co z straszliwego zbudziwszy mnie snu,

kazała iść między ciernie

i żądze wytarzać w ich kolcach...

I popłynęła ma krew,

i ciernie zakwitły różami,

ażebym razem z nimi

i razem z tobą, o siostro ma, Klaro,

mógł sławić i wielbić Twórcę!

Ażebym razem z wonnym kwiatem róż

i razem z duszą twą

mógł dziś zaśpiewać hymn,

że Miłość idzie przez ciebie,

Miłość niewinna i czysta,

która zwycięży nas!

O nućcie razem ze mną, braciszkowie moi,

ptaszęta, na promiennym siedzące obłoku!...

Serafin stoi przy mnie,

i patrzy jej oczyma,

i rodzi się Miłość —

i świat się obsypuje kwiatem i zielenią!

O nućcie, braciszkowie i ty, siostro pszczółko,

albowiem rodzi się Miłość

i dźwięk płynie po ziemi, nigdyć niesłyszany,

gdy Życie było li Ciałem!

O nućcie, me ptaszęta i ty, siostro muszko,

i ty, mój świerszczu polny,

i ty, mój bracie wietrze,

i ty, mój ogniu, wiekuisty ogniu,

albowiem Miłość się rodzi

i pokolenia idą w imię Ducha

do walki z przemocą i Zdradą!

A w bohaterstwo okuta ich pierś —

we wielkiej idą procesji,

w śmiałym szeregu,

a Czystość wieńczy im skroń,

a hasło: Zbawienie przez Miłość!...

Raduje się moje serce,

raduje się wielką radością,

żeś ręce mi przekłuł i nogi,

że krew mi z boku ciecze,

że mogę patrzeć w Krzyż,

że mogę cierpieć Cierpieniem,

z którego rodzi się Miłość...

Raduje się moje serce,

raduje się wielką radością,

że Twój Serafin biały

Śmierć już prowadzi ku mnie:

bądź pochwalony przez mą siostrę Śmierć!

Nie na to ją stworzyłeś,

aby nam była zniszczeniem,

tylko w łagodnych jej oczach,

patrzących na mnie błękitną światłością

źrenic mej siostry Klary,

potęgę--ś zamknął zbawczą,

przez którą człowiek się staje

szczęśliwym uczestnikiem

nieśmiertelnego Żywota!

Ręce--ś mi przekłuł i nogi

i w bok mi włócznię wbiłeś,

i biały Twój Serafin

zstępuje z Twego Krzyża

i w blaskach promienistych

Śmierć już prowadzi ku mnie —

bądź pochwalony przez mą siostrę Śmierć!

Nie szukam--ci ja ulgi,

bom na to jest, by cierpieć,

a tylko--m wielce spragnion

wiekuistego Żywota,

którego bramy, pełne chwały Twej,

otwiera mi w tej chwili

siostrzyca ukochana,

przednia wśród Twoich córek —

Śmierć!

Bądź pochwalony

przez jej wybawczą Moc!

Bądź uwielbiony

przez ukochanie Śmierci!

Oto spogląda na mnie

głębią łagodnych źrenic

Twojej wybranki Klary,

a świeżych ust dziewiczość

szepce mi słodkie słowa,

że już się zbliżył utęskniony czas

tych moich z nią zaślubin...

Krew sączy mi kroplami

z przekłutych rąk i nóg,

strumieniem krew mi cieknie

ze zranionego boku,

a ciało przebiega dreszcz...

Kleją się ciężkie powieki,

bezwładnie opadają

ponad gasnącą jaśnią moich ócz,

które za chwilę, za chwilę

blask ujrzą przewspaniały

Twojego Majestatu.

O wschodzie nowego bytu!

Płonie już moja góra,

pali się ogród róż,

anieli na skrzypcach grają

u wejścia Porcjunkuli,

ptaszęta wyśpiewują,

oliwek liście szepcą

poranny cichy pacierz,

a korni braciszkowie

na prostych niosą marach

to grzeszne ciało moje,

owite w czarny habit...

Serafin schodzi z Krzyża

i Śmierć spogląda ku mnie

łagodną głębią źrenic

Twojej wybranki Klary —

bądź pochwalony przez mą siostrę Śmierć...

. . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . .

Judasz

Czemu mnie ścigasz?

Gdzież Twoja święta, uwielbiana miłość?

Ni jednej chwilki wytchnienia!...

Widzę Cię w słońcu!

W chmurach Cię widzę —

we wszystkim, czego się dotknę, —

we wszystkim,

na czym źrenice me spoczną,

jeśli się kiedy, idąc straszną drogą,

na tę nadludzką zdobędę odwagę,

by podnieść głowę do góry

ach! i zmęczonej uchylić powieki,

na której ciąży

ten ciężar wstydu...

A czyż ja darmo, o dziewczyno,

będę dziś pukał w twoje wrota?

Pokaż--że mi się w okieneczku,

wszak potaniała dzisiaj cnota!...

Hi hi hi hi hi!!!

Mówisz, żem rudy? Zamknij oczy,

garścią srebrników gust ci zmienię:

rudy nie rudy, byle tylko — — —

A! znak od tego powroza!?

Hi hi hi hi hi!!!

Czart to się wczoraj rzucił mi na szyję

i tak mnie słodko połechtał,

aż mi ta krwawa wystąpiła pręga...

* * *

Szydzisz li ze mnie,żeś taką pomstę wywarł na mej duszy?

Żeś mnie wypędził w świat,

abym się błąkał, jak ten pies obity,

i zdradzał swoich przyjaciół?

Nie! ślepiec jestem, po omacku schodzę

z Twojej Golgoty, czepiając się ręką

zbrojnych pachołków, co Ci twarz opluli,

ale to czuję, że nie żar urągań

aż do obłędu mnie piecze,

tylko bezbrzeżny Twój ból...

Czemuś mnie stworzył, o Panie,

takim nędznikiem ?!

I czemu

po tylu wiekach do uszu mi kładziesz

szum owej zgrai, którą prowadziłem

w cichą, miesięczną nocpomiędzy krzewy oliwek,

gdzie on upadał zbiedzony

przed szubienicy widziadłem? — — —

Przyjacielu! przyjacielu!

A co tam chowasz w zanadrzu?

Masz choćby jeden haust dla przyjaciela,

co cię serdecznie za to pocałuje??

Trzeba mi zalać robaka —

Tak! — nie wiem —

jakaś okropna szaruga,

rycząca rykiem tłuszczy,

która spełniła mord jeruzalemski,

pod dach mnie dzisiaj zagnała

jednego, widzisz, z tych biednych,

z tych niedomyślnych i głupich prostaków,

co w dłoni widzą dłoń,

w całunku całunek! — — —

Dawnom cię, bracie, nie widział,

aleć ja dobrze pamiętam

twoje oblicze,

twoje przymknięte powieki,

spod których wielki cichy patrzy smutek

w wielką i cichą głębinę

ludzkiej niedoli...

Tak! dobrze, dobrze pamiętam —

na Weroniki widziałem je chustce

w wieńcu cierniowym na skroniach —

Piękną masz siostrę!

Chodź w me objęcia —

sam ja przybywam — bez tego żołdactwa,

co cię powiodło na tę pustą górę,

pod ten straszliwy krzyż — — —

Nie będęć darmo, o dziewczyno,

pukał dziś w twoje wrota:

pokaż--że mi się w okieneczku,

już potaniała cnota! — — —

O mój ty, bracie luby,

jaką ty siostrę masz!

Takem cię dawno nie widział —

weź przyjaciela w dom!

Tak! Tak! pamiętam te oczy,

na Weroniki chustce

patrzące cicho i smutnie

w cichą i smutną głębinę

tej naszej, ludzkiej niedoli — —

Nie powiedziała, żem rudy

i że mam krwawą na szyi

pręgę wisielca,

tylko siwe przymrużyła

oczęta,

a dziś żal jej, że jej suknia

pomięta!...

* * *

Nie podnoś na mnie tej ręki!

Boję się — — boję — —

Sambyś się splamił,

gdybyś mi wyciął policzek!...

Wszak--ci nie siedzę przed królem Herodem

i trzciny nie mam w dłoni

ani purpury na barkach!

Wszak--ci ja nie mam tych oczu,

co spod przymkniętej powieki

patrzą tak smutno i cicho

w smutną i cichą głębinę

tej naszej ludzkiej niedoli...

Czekaj — nie jestem tchórzem —

Czemu ten wicher tak wieje?

Zaszeleściło coś w krzewach —

ktoś mnie potrącił w ramię —

nikogo przecież nie widzę —

A! to ta gałąź oliwna,

na której jeszcze pozostał

i w tym się wietrze kołysze

mój stryczek!

Zdjęli cię z krzyża?!

Po co przychodzisz do mnie

taki milczący, spokojny,

w tej sukni z białych mgieł,

wlokącej wyrzut i rozpacz?!

Zabij mnie! zabij!

a tylko mego imienia

na pośmiewisko nie dawaj!

Ze mnie, Judasza

Iskarioty,

swego drogiego nie rób przyjaciela!

Zwij mnie zbrodniarzem i łotrem,

tylko tak nie gardź mną!

Sza!

Nic! nic! to liść zwiędły upadł —

O moje życie! —

Któżby się trwożył

szelestu śmierci,

która mu gryzie wynędzniałą duszę?

Któżby się lękał kamienia,

spadającego w czarną, głuchą przepaść?

Nalej--że mi karczmareczko,

mocno przepalonej,

a ty, bratku, graj wesoło,

gach u twojej żony! —

Zziębłem — dygocę — a! zębami dzwonię —

psy mnie obsiadły, kiedym szedł w tę słotę

po zarobiony grosz —

nalejże mi, karczmareczko,

mocno przepalonej —

Jak to? Srebrników trzydzieści

za głowę tego człowieka,

który wam w sercu taki przestrach budzi?

I spać nie daje

ani spokojnie zasiadać do stołu?

Który na wasze królestwo

idzie z pożogą Swoich twórczych słów,

mających zniszczyć świątynię Występku ?

Mających na miejscu zdrady

postawić miłość i wierność?

Trzydzieści marnych srebrników

za pocałunek,

złożon na uściech druha, przyjaciela,

któremu imię — Chrystus?!

Arcykapłani!

W przedsionkach waszej bożnicy

jam się wychował!

Twarzą padałem na ziemię,

kiedy o jutrzni

szedł w cztery strony uśpionego świata

głos waszych złotych trąb

i świętych dwanaście pokoleń

wzywał przed arkę przymierza,

przed znaki wieczystej Tory...

Nim jeszcze krwawa ta pręga

na mej się szyi odbiła

z wargą patrzałem otwartą

w źrenice wasze i usta,

by z nich wyczytać waszą świętą wolę...

Spełniam ją dzisiaj, tylko więcej płaćcie!

Dajcie mi setkę!...

Jak to? za dużo?

Za to, że wczoraj, gdym ukląkł w pustyni

i chciał przebłagać Pana,

aby zdjął ze mnie tę wieczystość hańby,

wicher się zerwał gwałtowny

i przeraźliwym przygłuszył poświstem

moją modlitwę?

Za to, że każdy oddech tego wiatru,

każdy szum jego, każdy jego wiew

i każde łkanie, każde uderzenie

w krzew czy też piasek,

w sosnę czy skałę,

w mgłę albo obłok,

w blask,

w falę jeziora

albo w wybrzeże mórz —

o grzbiet wędrowca lub w tygrysa sierść,

o róg jelenia, czy też w ślepie żubra,

o kłąb padalca,

czy o skorupę ślimaka,

w onoć idące w bezkresową przestrzeń

jasnowidzenie proroka,

czy o tłukącą się w ciasnej okręży

ślepotę ciżby tej,

co pragnie jego krwi —

za to, że w każdym jęku, w każdym szumie

i w każdym biegu pomsty żądnych wiatrów

i łka i szumi i jęczy i wyje

to szubieniczne: zdrajca! zdrajca! zdrajca!?

Wiecie:

Nie jestem człekiem, u którego chciwość

i żądza zysku radaby ukradkiem

stanąć za tablic Mojżeszowych głazem

i, przechylona ponad ich krawędzią,

radaby zetrzeć niespokojną ręką

znaki przykazań

i na ich miejscu wyryć słowo: pieniądz —

jak wy to dzisiaj czynicie,

tak sobie lekceważąc

ten przyjacielski ust mych pocałunek!

Chcę dziewięćdziesiąt...

Miejcie--że litość!

Rodzony ojciec mój

z nędzy popełnił zbrodnię —

muszę ratować rodzonego ojca!

Tyle go właśnie wybawi od kaźni

i włos jego siwy

nie będzie wstydem okryty!

Co? co? mój ojciec nie żyje?

Od niepamiętnych czasów leży w grobie,

a imię jego wolne jest od plamy?

Któż to wam kazał zaglądać w rejestra

i tak mnie ubiec i skrzywdzić,

wyszachrowawszy tyle — tyle grosza?!

Prawda! nie żyje

i nie odwróci gniewnych, smutnych ócz

od swego syna — Judasza!...

A w jakiej wy cenie

macie też starą, biedną moją matkę?

Czy nie wzruszają was łzy,

które wylewa aż po koniec świata,

że syn jej jedyny

znalazł w swej duszy odwagę,

aby się skalać taką przeohydą?

,,Jam go niańczyła” — tak powie —

,,skąpiłam chleba swym ustom,

by moje dziecko nie zaznało głodu!

Jam mu śpiewała: luli!

Śpij, mój synaczku, śpij!

Matka do serca cię tuli,

chroni od os i żmij —

śpij, mój synaczku, śpij!

A gdy się zbudzisz, mój mały,

znajdziesz rodzynki, migdały —

śpij, mój synaczku, śpij,

matka do serca cię tuli,

luli, mój synku, luli!” —

Arcykapłani!

Serca wy macie kamienne!

Trzy wam opuszczę —

złóżcie ośmdziesiąt

i siedem — siedem przydatku

za to, że patrzeć muszę

w te dziwne, przymknięte powieki

na Weroniki chustce,

spod których wielki, straszny patrzy smutek

w tę wielką straszną głębinę

mojej i waszej niedoli

i nędzy!...

,,Jam go w ranną wiodła zorzę,

by jaśniał, jak ona!...

Raczej krzyżne wybierz łoże,

niżby dusza twa — o Boże! —

miała być splamiona!”

Dajcie pięćdziesiąt!

Jeszcze wam dużo!?

Zgoda! czterdzieści i dziewięć —

i pięć — i cztery —

Wezmę trzydzieści, bo patrzeć nie mogę,

aby na świecie był ktoś taki biały

i czysty,

kiedy ja duszę mam brudną!

Wezmę trzydzieści, bo patrzeć nie mogę,

by tłum go w triumfie wiódł

w bramy świętego miasta

i rzucał mu palmy!

A to hosanna! — hosanna! — hosanna!

Wezmę trzydzieści, bo patrzeć nie mogę,

aby on zwał się Chrystus, ja zaś — Judasz!

Ażeby jego było przeznaczeniem

umrzeć na krzyżu, który po wiek wieków

otoczon będzie czcią,

gdy ja się mam błąkać

po wszystkiej ziemi,

wzgardzon i oplwan,

zdrajca i kłamca

i uwodziciel —

Judasz! — — —

Nalej--że mi, karczmareczko,

mocno przepalonej,

a ty, bratku, graj wesoło

gach u twojej żony —

ponoć przyjaciel twój

czy brat! — — —

* * *

Czemu mnie ścigasz?

Wczoraj —

lat temu tysiąc, może sto, a może

zaledwie kilka upłynęło godzin,

zdawało mi się, że nadszedł już kres

mych niepokojów...

Utrudzon grzechu nieskończoną drogą,

w dalekiej siadłem krainie,

pod ścianą dojrzałych zbóż.

Zacząłem kłosy rwać

i łuszczyć ziarna pszeniczne

i sycić głód.

Cisza i spokój

promienistymi oprzędzały siećmi

rozległy, kłośny łan.

Głębie powietrza falowały żarem,

polnych koników ćwierkał rój,

zdaleka płynął brzęk kosy

lub tęskny śpiew przodownicy.

I przyszła na mnie zaduma.

Rękami objąłem kolana

i skroniem schylił ku ziemi

i zapatrzony w listek sennej trawy,

co się położył na mej twardej nodze,

słuchałem brzęku tej kosy

i tego ćwierku szarańczy

i tego śpiewu żniwiarki.

Od niepamiętnych już czasów

nie miałem chwili —

może nie miałem jej nigdy —,

gdzieby ma dusza

tak zapomniała o swej strasznej nędzy.

Czyżby zaginął ból?

Czyżbym ja, Judasz

Iskarjota,

źródło upodleń i cierpień,

spełnił już swoją pokutę?...

Lat tysiąc,

a może więcej, lub mniej,

a może tylko sto,

albo zaledwie kilka chwil

trwał mój słoneczny sen...

Podniosłem głowę

i wpółwyżartemi oczyma

od żrących kurzów i wstydów,

od deszczów, błyskawic i gromów

ach! i od żalów i płaczów

i od mej całej, czelnej zbrodniczości,

spojrzałem w stronę zachodu.

I oto w krwawych oblaskach,

na miejscu kuli słonecznej,

spostrzegłem przymknięte powieki.

A z pod tych powiek

dwie ciche, głębokie źrenice

z nieopisanym gubiły się smutkiem

w głębiach sinawych mgieł,

wypełniających przepaść

pomiędzy niebem a ziemią

i swoim gestem obrzeżem

dotykających łanu,

przez moje nędzne skażonego stopy.

I mgły się kłębić poczęły

i wrzeć z taką mocą i syczeć,

jak gdyby ten, co mnie stworzył

i na tę hańbę przeznaczył,

wziął w swoje garście wszystkie głębie mórz

i gdzieś w bezmierne rzucił je ognisko,

w lej przeolbrzymi połączonych razem

wszystkich wulkanów, jakie są w wszechświecie

na milionach milionów gwiazd...

Ach! a to wrzenie i ten syk potworny

szedł z taką siłą na me biedne uszy,

żem nic nie słyszał, tylko: Judasz! Judasz!

Kłamca i zdrajca

i uwodziciel —

Judasz!...

Gdzież mi uciekać?

Gdzież znaleźć bezpieczny schron?

Przyjacielu, otwórz mi wrota swe!

Dawnom cię, dawno nie widział — —

weź przyjaciela w dom!

Piękną masz siostrę —

może to żona? —

Ponoś Chrystusa zdradził pocałunkiem —

wszystkoć przebaczam, przyjmij mnie w swój dom!

Mówią po świecie, żem ja wziął srebrniki —

ty wiesz najlepiej, żeś ty je targował!

Zdrada mnie twoja nie piecze!

Wszyscyśmy zdrajcy!

Człek człowiekowi jest równy —

Ja zwę się Judasz, i tyś jest Judaszem,

wszyscyśmy bracia Judasze —

weź przyjacielu w dom —

nalej--że mi, karczmareczko,

mocno przepalonej,

a ty, bratku, graj wesoło,

gach u twojej żony —

ponoć przyjaciel twój,

czy brat —

* * *

Pomóż--że zdjąć mi te ciernie —

Panie! może mi jesteś krzyw,żem śmiał Cię takiej pozbawić ozdoby?

Masz przecież jasny krążek wokół skroni,

niech mnie przynajmniej pozostanie Twoja —

Tak, Panie Chryste! — cierniowa korona!

Tylko dlaczego te kolce

takie są wielkie?

Czemu ten splot taki długi,

że siedemkrotnie głowę mi opasał

i jeszcze mi się pod te nogi ściele

ach! i za każdym wbija mi się krokiem

w me stopy? —

Mówisz, żem rudy? gust ci zmienię

brzęczącą kiesą złota —

tylko niech będzie ochota! —

Zdradziła brata —

Zdradziła męża —

Nie powiedziała,

że mam tę krwawą na szyi

pręgę wisielca,

tylko siwe przymrużyła

oczęta,

a dziś żal jej, że jej suknia

pomięta...

Wiesz, życie marne! nie żałuj!

Dam ci swój stryczek, po co masz po świecie,

biedna niewiasto, rozwłóczyć swą hańbę!

Nie! Zgińmy razem — naprzód ty, a potem —

mam tu w zanadrzu kropelkę, wystarczy,

wprzód ty, dziewczyno, a potem —

Czemu mnie ścigasz?

Gdzież Twoja wielka, uwielbiana miłość?

Gdzież Twoja litość?

I czym Twe słowo, któreś rzucił z krzyża

konającemu łotrowi?

Wygnał mnie w śnieżną pustynię —

jakaś nieziemska szaruga!

wicher mi garbi plecy,

że prawie ziemi dotykam tą brodą!

Ha! na czworakach

jak zwierz! —

I tyś jest zwierzem i ja jestem zwierzem —

wszyscy my, bracie, zwierzęta!

Co? może Jemu będziemy urągać

za tę zwierzęcą naturę?

Hej! Panie Chryste!

ja i ten brat mój —

Po piersi zapadam w śnieg!

Coraz to większe zaspy!

Ława mi sięga po szyję —

dławi mnie! dusi! — ginę! —

Zelżyj, o Panie, zelżyj!...

Dłoń mi podajesz, o Chryste?!

Nie chcę! nie chcę!

Nie stój nade mną, ach! z temi oczyma,

które widziałem dawno — dawno — dawno —

na Weroniki chustce —

Nikt Cię nie prosił, abyś mnie ratował —

sam się wewlokę na ten stromy szczyt,

na turnię lodową,

tam twoje zaspy nie sięgną!

Jakaż to przepaść samotna!

A tam z tej głębi mgieł —

Coż to się snuje?

Coż to tak idzie na mnie?

Boże dziecięta idą szlakiem śniegów!

Bielutkie mają giezłeczka,

w ręku lilie,

a naokoło ich skroni

kręgi jasności,

rozświetlające ten ponury świat.

Idą —

śpiewają —

Cóż one śpiewać mogą?

Cicho!

Czemu wy na mnie idziecie?

Wy, białe, niewinne duchy! —

,,Jam go w ranną wiodła zorzę,

by jaśniał jak ona” —

Pochłoń mnie, ciemna przepaści!

Lub wy, przepadnijcie,

wy, niewiniątka!

Sza!

Ktoś mię potrącił w ramię!

To kamień w przepaść spadł!

Sza! to ta gałąź oliwna,

na której wisi mój stryczek!

To liść jej się ruszył!...

Któżby się trwożył

szelestu śmierci,

która mu gryzie wynędzniałą duszę?

Któżby się lękał kamienia,

spadającego w czarną, głuchą przepaść!?

* * *

Przyjacielu! przyjacielu!

Pomóż zdejmować mi ciernie!

Jakaś nieziemska szaruga

na świecie —

weź przyjaciela w dom —

dobytku swego nie chowaj

pod klucz!

Bogaty jestem — trzydzieści

mam — widzisz — w kiesie srebrników!

Nic nie ukradnę!

Nie podnoś na mnie tej ręki —

boję się — boję —

sam byś się splamił,

gdybyś mi wyciął policzek!

Nie pierwszy ja zdrajca

i nie ostatni

i nie jedyny!...

Kain maczugę wziął, by zabić Abla,

a mym narzędziem morderczym

ten przyjacielski pocałunek!

Jakaż różnica?

Jedno i drugie zabija!

Jestem złodziejem i tchórzem —

aleć nie pierwszym

i nie ostatnim

i nie jedynym...

Zabij mnie! zabij!

tylko tak nie gardź mną!

Nie! Ślepiec jestem! po omacku schodzę

z Pańskiej Golgoty, czepiając się ręką

zbrojnych pachołków, co Mu twarz opluli,

ale to czuję, że nie żar urągań

aż do obłędu mnie piecze,

tylko bezbrzeżny, Chrystusowy ból!

Tylko przymknięte powieki,

na które patrzyć się muszę

na Weroniki chustce

tyle ach! tyle lat!

Tylko te smutne źrenice,

gubiące się w głębi

mojej i waszej niedoli...

Hymn Marii Egipcjanki

MARIA EGIPCJANKA ŚPIEWA

Idę-ć ja, biedna Maryja,

idę-ć przez piaski pustyni

hen! ku tej rzece nieznanej,

gdzie Chrystus cuda swe czyni.

Tęskność mnie wielka niesie,

a słońce skronie mi piecze —

daleko-ć jeszcze do celu,

wylękłe serce człowiecze!

Nie znałam Pańskiej męki

i czym mi drzewo krzyżowe?

W perły kosztowne mą szyję,

w róże zdobiłam mą głowę.

Nadeszły głuche wieści

o wielkiej uczcie Pana:

Gdzie jesteś, kraino gwoździ?

Gdzie jesteś, rzeko nieznana?

Gdzie jesteś, góro Judasza?

Ziemio Piotrowej zdrady?...

Idę--ć, a przy mnie kroczy

tęsknicy anioł blady...

Tam, na krawędzi tej pustki,

na sinym nieboskłonie,

wznoszą się kurzu tumany —

Byt w tej kurzawie tonie,

Może bramami świata

tłumna się ciżba leje!

Może ból Jego ujrzę,

spełnią się moje nadzieje!

Chciwą źrenicą się wpiję

w gasnące Jego oczy

i krwią orzeźwię usta,

co Mu się z boku toczy.

Umieraj, Chryste Panie,

straszliwe znoś katusze!

Bez Twoich wszak udręczeń

ja, grzeszna, zginąć muszę...

Szukam wieczystej wody,żadnej krynicy nie minę:

nie ma takiego źródła,

gdzie bym swą zmyła winę...

Tylko krwi Twojej świętej

zbawi mnie pomazanie —

każ Sobie przekłuć ręce,

umieraj, Chryste Panie!

MARIA EGIPCJANKA ŚPIEWA

A któż mi śmie powiedzieć,

że grzech w mym sercu noszę?

Że świętszym jest wyrzeczenie

nad święte me rozkosze?

Że te w źrenicach Bólu

przymarłe skry są świętsze,

niż jasny płomień żądzy,

co me rozpala wnętrze?

Nie znam-ci Pańskiej męki

i czym mi drzewo krzyżowe?

W perły kosztowne mą szyję,

w róże ozdobię mą głowę!

Słyszałam głuche wieści, że

młodzian zszedł z niebiosów

w bursztynach jędrnego ciała,

w złocie jutrznianych włosów.

Po co Ci, bogów wybrańcze,

dla ludzkiej ginąć nędzy?

Szczęściem ma warga się śmieje,

scałuj to szczęście co prędzej!...

Wgryź się w te moje piersi,

do mego przylgnij łona,

ja Ci swe kwiecie rozwinę,

jak róża w słońcu spłoniona...

Idę-ć ja, grzeszna Maryja,

idę-ć przez piaski pustyni,

hen! ku tej rzece nieznanej,

gdzie Chrystus cuda swe czyni...

Tęskność mnie wielka niesie,

dusza się cała pali —

gdzie jesteś, moja radości?

W jakiej majaczysz dali?

Gdzie jesteś, wszechmocna Siło,

co ból wypędzisz z ziemi?

Garnę się, żądna, ku tobie

oczami płomiennemi.

Chwiejne wyciągam ręce,

spragnione otwieram usta:

niech mnie udusi twa rozkosz,

niech mnie twa zgnębi rozpusta!

Na co ta gorzka pokuta?

Daleką jeszcze mam drogę?

Tumany kurzu tam widzę,

lecz Ciebie dojrzeć nie mogę...

To ludzka ciżba się sypie,

a każdy na swoim grzbiecie

ciężar Twej męki dźwiga,

co go na wieki gniecie...

I płacz rosami opada

i jęki szumią bez końca,

a westchnień mgławy opar

przyćmiewa okrąg słońca.

Pomiędzy trupów kłęby,

gdzie świeża krew się dymi,

wbiłeś znak Twego istnienia,

Twej śmierci znak olbrzymi.

Szaleństwem pijane widma,

gdzieś w pustce gubiąc oczy,

wrzeszczą nad klęską Żywota,

że ból go z Tobą jednoczy.

A ja pod krzyżem stoję —

nie Matka Boleściwa —

i nie wiem, czemu cierpienie

takim się wrzaskiem odzywa.

Nie wiem, dlaczego ma kalać

słoneczność Twego ołtarza,

kiedy mnie rozkosz rozpiera,

co żywot mi nowy stwarza.

Po co Ci, bogów wybrańcze,

dla ludzkiej ginąć nędzy?

Szczęściem ma warga się śmieje,

scałuj to szczęście co prędzej.

Spójrz uśmiechniętą źrenicą

w tę wiecznie kwitnącą wiosnę,

gdzie w kłębach ciał obnażonych

gra opętanie miłosne.

Gdzie mi najpierwsi młodzieńce

obiodrza ściągają z ciała —

wszystkich, jak owad, odpędzę,

Ciebiem jednego wybrała!

Na co ta gorzka pokuta?

Daleką jeszcze mam drogę?

Tumany kurzu tam widzę,

lecz Ciebie dojrzeć nie mogę...

MARIA EGIPCJANKA ŚPIEWA

W jaką wasz okręt podróż

odbija od tych wybrzeży?

W stronę on życia czy śmierci

po tych odmętach bieży?

Hej, dobrzy ludzie, słuchajcie!

Czy wam się w sercu pomieści,

że gdzieś tam, w ziemi dalekiej,

spełnia się uczta Boleści?

Czy jest wiadomo na świecie,

że powstał Zbawca jedyny,

co grzechy krwią Swoją maże,

co wszystkie przebacza winy?

Szłam-ci ja, biedna Maryja,

szłam-ci przez piaski pustyni,

hen! ku tej rzece dalekiej,

gdzie Chrystus cuda swe czyni.

Szłam-ci, gdzie rozgwar wichrów,

szłam-ci, gdzie cisza głucha,

bo taka rozpacz mną targa

i taki wstyd i skrucha,

Straszna skorupa trądu

mniej jest obrzydła i wstrętna,

nizili sromota mej duszy.

niż te mej chuci tętna.

Chciałabym do nóg Mu upaść

i wielkim zapłakać płaczem,

by się w swej łasce zlitował

nad Grzechu życiem tułaczem.

Włosami łzy me obetrę,

co święte stopy Mu zleją,

i wołać będę przez wieki:

Tyś jeden mą nadzieją!

Tak idę, biedna Maryja,

tak mijam drogę za drogą,

szukam i patrzę i słucham,

zmysły go znaleźć nie mogą.

Gdzieś tylko na krańcach świata

zobaczę jakieś widziadła:

jak gdyby krzyż się unosił,

jakby go zgraja opadła.

Gdzieś tylko za tym obrębem,

w którym się zbrodnia wylęga,

jak gdyby szczyt się promienił

i rzeki błyszczała wstęga.

Żądne wyciągam ręce,

spragnione otwieram usta —

krzyż gaśnie i rzeka ginie,

a przy mnie otchłań pusta.

Czasami tylko wicher

piaskiem mi w oczy uderzy,

a uszy moje usłyszą

ryk oszalałych zwierzy.

Czasem się z wolna, po cichu

przyczołga widmo węża,

stal zimnych ócz we mnie topi,

kręgi swe ku mnie wypręża.

Czasem upadnę, znużona,

przy jakimś sępa szkielecie,

albo przy trupie wędrowca,

co Zbawcy szukał po świecie.

I wtedy czerń obszarpańców,

ze wszystkich zaułków zbiegła,

,,Pijana ladacznica” —

wrzeszczy — „pod płotem legła!”

A ciągle — o moja dolo!

O moja hańbo! O wstydzie —

tłum grzechów na mnie się wali,

sromotna ciżba idzie.

Złych duchów moc się gromadzi

i w świat mnie, chutną, wypędza

i przez stulecie mnie goni,

a za mną ciągnie się nędza.

Wczoraj-ci z lat ja dziecięcych

prawie nie wyszłam jeszcze,

a oto w objęciach starca

jego znużeniem się pieszczę.

Kiedyś uciekłam od matki

i, wziąwszy Szatana pod ramię,

łzom jej urągam i prośbom,

dusze niewinne plamię.

Matroną jestem w dzień biały,

nocą się staczam w kałużę,

a gdzieś tam, w rojnym mieście,

zwiędła w rozpuście, rajfurzę.

Biedna ja, grzeszna Maryja,

idę przez piaski pustyni,

hen! ku tej rzece nieznanej,

gdzie Chrystus cuda swe czyni.

W drodze ku brzegom zbawienia

wędrując tak przez wieki,

znalazłam-ci ja męża

w jakiejś krainie dalekiej.

Wróg wszedł do mego domu

z przyjaźni zdradną wymową:

rzuciłam męża i dzieci,

miłość miłuję nową.

Sierotek łzy mnie dławią

i srom się za mną wlecze:

za wiele łez i sromu

na jedno serce człecze!

Biedna ja, grzeszna Maryja,

W drodze ku brzegom zbawienia

zaszłam pod dach mej siostry,

siostry się życie przemienia,

Uwiodłam oblubieńca,

w sieć uwikłałam jej męża —

wicher mi w oczy bije,

wąż ku mnie się wypręża.

Krwawe przekleństwo mnie ściga,

zwierz dziki w pustce ryczy —

Zdeptana wierność żony!

Utracon wstyd dziewiczy!...

Jakże pożądam Twej łaski!

Gdzież Twoje zlitowanie?

Idę tą gorzką drogą,

szukam Cię, Chryste Panie!

W jaką wasz okręt podróż

odbija od tych wybrzeży?

W stronę on życia czy śmierci

po tych odmętach bieży?

Zmierzacie ku rzece nieznanej?

płyniecie w kraj ten daleki,

gdzie Chrystus cuda swe czyni

i miłosierdzie przez wieki?

Słuchajcie mnie, dobrzy ludzie!

Nowy się żywot rodzi!

Weźcie mnie z sobą na głębie,

do swojej weźcie mnie łodzi!

Do nóg mu cała upadnę

i wielkim zapłaczę płaczem,

by się w Swej łasce zlitował

nad Grzechu życiem tułaczem,

Niewiele miejsca zabiorę —

powój o pręt się owija!

W ostatni kącik się wtulę,

biedna ja, grzeszna Maryja.

Czym wam zapłacę? Ha! prawda!

Idąc w tę drogę pokuty,

ubogim złoto rozdałam,

mam niedostatek luty.

Czym wam zapłacę? Ha! prawda!

Któż pierwszy rękę mi poda?

Jeszcze-ć się wznosi me łono,

jeszczem-ci piękna i młoda!

Ciebie pierwszego obejmę,

pierwszym całunkiem obdarzę!

Jak nam zadrgają wargi!

Jak spłomienieją twarze!

W przedziwnie miękkich kędziorach

włos ci na barki spływa —

była li kiedy rozkosz

ach! tak gorąca?! tak żywa?!...

Albo ty będziesz wybrany,

ty z tą źrenicą niebieską —

jak słodko blednąć musi,

gdy zajdzie niewinną łezką!

Przy moim licu gładkim

łagodnie ci głowę złożę i,

twe powieki całując,

mdleć będę! Boże! Boże!...

Znałam-ci w Aleksandrii

rozkochanego lutnistę:

śpiewem me serce zdobył,

oczy, jak ty, miał szkliste.

Lub ty — z tą piersią szeroką!

Bawola siła z niej bije!

W takich uściskach mi skonać,

zębami wgryzłszy się w szyję.

I któż mi dzisiaj powie,

że grzech w mym sercu noszę,

że świętszym jest wyrzeczenie

nad święte me rozkosze?

Że te w źrenicach Bolu

przymarłe skry są świętsze,

niż jasny promień żądzy,

co me rozpala wnętrze?

Słuchajcie mnie, kochankowie!

Nowy się żywot rodzi!

Weźcie mnie z sobą na głębie,

do swojej weźcie mnie łodzi!

Czym wam zapłacę? czym? Prawda!

Któżby dziś mówił o tem?

Miłość za miłość! ho! hejże!

Sami sypniecie złotem!

Ty, ciemnowłosy, dasz perły!

Ty, najcudniejszy — nie kłamię —,

włożysz mi naramiennik

na krwią nabiegłe ramię.

Ty, co byś tura pochwycił

i zwalił mi pod nogi,

za jedną chwilę uciechy

sprawisz mi jedwab drogi.

Tamten, ściągnąwszy ze mnie

to pokutnicze obiodrze,

przepaskę da kosztowną,

kamieniem sadzoną szczodrze.

A zaś dla ciebie, nim jeszcze

twe wyczerpanie się zdrzemie,

z ciepłego wstanę łoża

w iskrzącym diademie!

I któż mi dzisiaj powie,

że grzech w mym sercu noszę,

że świętszym jest wyrzeczenie

nad święte me rozkosze?

MARIA EGIPCJANKA ŚPIEWA

Zjaw się przede mną, Chryste,

pokaż mi swe męczarnie,

nim za mój ropny występek

wieczna mnie noc ogarnie.

Szłam-ci przez piaski pustyni,

przez wielkie płynęłam morze,

szukając, gdzie mi się spełni

Twe miłosierdzie boże.

Szłam-ci wśród wichrów pogwaru,

płynęłam w burzy i ciszy,

a wszędzie rozpacz i skrucha,

wszędzie mi grzech towarzyszy.

Pytam się smutnych przechodniów:

Gdzie Ten, co miał litość nad nami?

Był pono kiedyś — odrzekną —

przed zamierzchłymi wiekami!

Dalekoć jeszcze do celu,

wylękłe serce moje?

Oto zmęczona i biedna

w bramie kościoła stoję.

Podarte na mnie łachmany

i nogi do cna skrwawione —

tylem doznała, śpiesząc

w tę wybawienia stronę.

Podajcie mi kromkę chleba,

głód mnie do ziemi powali

w progach waszego kościoła,

w tej dla mnie obcej dali.

Jeszczem-ci piękna i młoda:

niech tylko siły nabiorę,

za chleb wam wynagrodzę,

zjawię się w samą porę.

Biedna ja, grzeszna Maryja!

Taką przebywszy drogę,

stoję u bramy świątyni,

do wnętrza wejść nie mogę.

W organach rzeka szumi,

Jordanu fala najświętsza,

a ja, ja biedna Maryja,

nie mogę wejść do wnętrza.

Żyjesz li, matko moja?

Jest jeszcze chata słomiana,

gdzie w rannym, cichym pacierzu

rośnie potęga Pana?

Żyjesz li, matko moja?

Pamiętasz — o niech zginę! —

kiedyś za rękę wiodła

w dom boży małą dziecinę?

Ziół pełno rosło przy rowach,

zboże szumiało na łanach,

jak dziś w tym Pańskim śpiewie,

jak dziś w tych świętych organach.

Zrywałam wrzos i rozchodnik —

jaki kwiat w drodze się zdarzy —

i pęk tych niewiniątek

kładłam na stopniach ołtarzy.

Żyjesz li? matko moja?

Jest jeszcze szereg długi

twych komnat? Snują się jeszcze

w dziedzińcach sługi i cugi?

O straszna, złowróżbna chwilo!

O straszne nieba i piekła!

kiedy się do mnie pokusa

z żarzącym szeptem przywlekła!

Gdzie jesteś, mężu zdradzony?

O gdzie wy, moje dziecięta?

Oddane cudzej opiece?! —

Ojciec czy o was pamięta?...

Wzgardzone łzy mnie dławią

i srom się za mną wlecze —

za wiele łez i sromu

na jedno serce człecze!

Zjaw się przede mną, o Chryste!

pokaż mi swoje męczarnie,

nim za mój ropny występek

wieczna mnie noc ogarnie.

Szłam-ci przez piaski pustyni,

przez wielkie płynęłam morze,

szukając, gdzie mi się spełni

Twe miłosierdzie boże.

I oto jestem przy Tobie,

Twe słodkie całuję rany,

ciernie wyciągam Ci z Głowy,

o Ty mój Jezu kochany!

Wspaniały stół mi gotujesz —

nie ma nad ucztę Boleści!

Jeszcze się przy Twym boku

biedna ma dusza zmieści!

Lice mi gładzisz swą ręką,

przebaczeń szepcesz wyrazy,

a łzy mi gorące cieką

na Twoje stopy bez skazy.

Przed Tobą padam cała

i płaczę i płaczę i płaczę,

nogi--ć włosami obcieram

za Grzechu życie tułacze.

Czemu Go krzyżujecie?

On mi przebaczył winę,

sprawił mi ucztę Cierpienia,

niech ja za Niego zginę!

Dobrze!... Ostrzejszym gwoździem

kłujcie mi rany w ręce...

O jak mi błogo umierać!

O jaka rozkosz w tej męce!

O wyżej! wyżej z tym krzyżem!

Niech jeszcze okiem, nim skona,

zobaczę świat, który Chrystus

zamknął w litości ramiona...

O wyrzeczenia godzino!

O wy rozkoszne katusze!

Czym ja Ci, Panie, zapłacę?

Ciało Ci oddam i duszę!

Wielka mnie gnała tęsknica —

Któż większą słodycz mi poda?

Bierz moje ciało i duszę —

jeszczem-ci piękna i młoda!

Po co Ci, bogów wybrańcze,

dla ludzkiej ginąć nędzy?

Szczęściem ma warga się śmieje,

scałuj to szczęście co prędzej!...

MARIA EGIPCJANKA ŚPIEWA

Biedna ja, grzeszna Maryja!

Idę i idę przez wieki

hen ku tej rzece nieznanej,

hen! ku tej ziemi dalekiej.

Idę przez piaski pustyni,

przez wielkie płynę morza,

ku Niemu gna mnie tęsknica,

a przy mnie litość boża.

Biedna ja, biedna Maryja — —

— — — — — — — — — — — —

Umilkł śpiew Marii Egipcjanki, albowiem przygłuszył go hymn najwspanialszy, który cnotę zrównywa z grzechem — on, cudotwórczy hymn Śmierci — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — — —

Amen.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.