drukowana A5
24.63
Hymny

Bezpłatny fragment - Hymny


Objętość:
129 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0336-7

Dies Irae

Trąba dziwny dźwięk rozsieje,

ogień skrzepnie, blask ściemnieje,

w proch powrócą światów dzieje.

Z drzew wieczności spadną liście

na Sędziego straszne przyjście,

by świadectwo dać Psalmiście...

A ty, psalmisto Pański, nastrój harfę swoją

już na ostatni ton!

Grzech krwią czarną duszę plami...

Bez obrońcy staniem sami —

któż zlituje się nad nami?

Kyrie elejson!...

O Boże! Ty bądź naszą łaską i obroną!

Kyrie elejson!

O Głowo, owinięta cierniową koroną,

gasnącym wieki wieków spojrzyj na nas okiem!

O spojrzyj na nas z tej głuszy,

która swym tchnieniem głębokiem

ogarnia światów bezmiary,

a którą ty wypełniasz swych bólów ogromem,

o Głowo, owinięta cierniową koroną!

Żałobna drogo nieochybnej kary,

broczącej we łzach i przy jęków wtórze

w ten pozbawiony końca

Pańskiego gniewu dzień,

w którym w pożarach spokojnego słońca

szatańskim chichotem płoną

świeże, niezwiędłe róże

grzechu i winy!

Na ich purpurze

osiadł posępny i siny

tej Konieczności cień,

z której przepastnej głębiny,

z łona, pełnego niweczących tchnień,

nad boskiej woli złomem

wyrosły zabójcze kwiaty

w Pańskiego gniewu nieskończony dzień...

A Ewa jasnowłosa, matka gwiazd i ziemi,

upaja się ich wonią, schylona nad niemi.

Kyrie elejson!

Przez ciebie w proch nicości wracają Twe światy,

o Boże miłosierny, zmiłuj się nad nami!

Od Twego drzewa oderwany liść,

pędzi duch ludzki i naprzód i wstecz,

niby garść kurzu, porwana cyklonem:

przed nim i za nim płomienisty miecz

iskrzy się ostrzem czerwonem;

przed nim i za nim wstają z swych cmentarzy

upiory wieków, naznaczone sromem

winy i grzechu,

i klną i bluźnią i płaczą,

jęczą i syczą i dyszą

nieustającą rozpaczą,

od szaleńczego zamierają śmiechu

w ten Pańskich gniewów nieskończony dzień...

O Głowo, owinięta cierniową koroną,

Ty, co rozpierasz Swej męki ogromem

pierś Konieczności! O Głowo,

której źrenice, jako dwie pochodnie

dogasające, płoną

nad krętą, pustą, nieskończoną drogą

i gasną, gasną, a zgasnąć nie mogą,

zawrzyj Swe oczy nad nami,

nie patrz na boleść i zbrodnię!...

Jedno jest tylko w przestworzach widomem,

jedno w zachodniej płomienieje zorzy

nad płomiennymi falami

wiekuistego Żywota

i nigdy w ciemnię grobu się nie złoży

i nigdy ciężkich stóp swych nie poruszy,

by iść i iść i iść

poza granice duszy —

jedno jest tylko Jednem,

grzmiącym miedzianą surmą archanioła

ponad pokoleń pokoleniem biednem

w Pańskiego gniewu nieskończony dzień:

wielki, wszechmocny Ból.

O Boże miłosierny, zmiłuj się nad nami!

Niech łaska Twoja winy nam odpuści...

A ty swe skronie tul

do zimnych opok, do strzaskanych grani,

sterczących smutnie nad gardłem czeluści,

i płacz...

Surma jęczy, surma woła!

Giną w chmurach wirchów czoła;

wałem mżących mgieł dokoła

nieznany oddech miota,

jakieś potworne, dzikie kształty tworzy

i po dolinach rozpędza ich stada

i znów je skupia w przepastnej otchłani

i ku niebiosom wyrzuca ich kłąb

i w jakieś czarne rozsnuwa całuny

ten niewidzialny, dreszcz budzący Tkacz

i ciężką, mokrą tą przędzą pokrywa

wszystko, co jest...

      O biada!...

Biada!... Pierś światów przed chwilą tak żywa,

kona pod strasznym ciężarem...

Olbrzymy świerków padają strzaskane;

las się położył na skalisty zrąb;

węże kosówek, wyprężywszy ciała

w kurczach śmiertelnych, drętwieją bezwładne;

wrzos na granitów podścielisku szarem

spełznął na wieki;

kozice stromą oblepiły ścianę

i patrząc trwożnie w bezmierny, daleki,

w ten nieskończony chaos mgieł i cieni,

runęły w żlebny grób...

Rozkrzyżuj silne ramiona

i paznokciami wpij się w twardy głaz

i odwróć oczy od onej przestrzeni,

w której rozsadza horyzontów krańce

ta Głowa, w cierń uwieńczona!

Nie patrz, gdzie siadła jasnowłosa Ewa,

wygnana z raju na wieczysty czas,

mająca zbrodnię u swych białych stóp,

wieczyście żarta płomienistą żądzą

winy i grzechu...

O duszo, pełna miłości,

a którą nieustanne szarpią niepokoje!

Pańskiego gniewu zwalił się już dzień!

Trombita Sądu nad tobą rozbrzmiewa

piorunną mocą archanielskich tchnień

w Pańskiego gniewu nieskończony dzień...

Niechaj mnie sądzą,

niechaj mnie karzą —

tak, mnie, Adama, com na barki swoje

zabrał z Ogrodu to nadludzkie brzemię

przygniatającej winy

i wieki wieków pnę się z tym ciężarem

ku wiekuistej wyżyi zbladłą nie śmiem odwrócić się twarzą

tam, ku tym zmrokom, co zaległy ziemię,

tam, ku piekielnej przełęczy,

na której siadła jasnowłosa Ewa

z padalcem grzechu u swych białych stóp...

Miliardy krzyży,

opromienione okręgami tęczy,

z padolnych Styksów powstają głębiny

w Pańskiego gniewu nieskończony dzień

i rosną, rosną w jakiś straszny las,

co wierzchołkami swych bolesnych drzew

przeszywa wszystkie mgły

i wszystkie blaski, które lśnią nad mgłami,

wypływające z Wszechmocy Istnienia.

O Boże miłosierny, zmiłuj się nad nami!

Twojego gniewu nadszedł wielki czas,

głos już zagrzmiał hiobowy,

niebios walą się posowy,

z owiniętej cierniem Głowy

rzeką i morzem płynie ciepła krew,

w rzekę i morze krwi jej ból się zmienia...

W świątyni bożej zamilkł święty śpiew,

już się zasłona rozdarła na dwoje,

mur się już wali i skała już pęka...

A krew w tych morzach, w tych czerwonych rzekach

ścięła się w ciemny lód...

Kyrie elejson!

Ogromna, niesłychana, wiekuista męka,

z nieprzygasłymi oczyma,

milcząca, cicha i, jak zmierzch, pobladła,

na wklęsłych skroniach siadła,

na wpółotwartych powiekach

i na wydętych piersiach tych olbrzymich ciał,

które do krzyżów przybiła

nielitościwa Dłoń...

W kleszczach je swoich trzyma,

wpija się w kąty ust,

ramiona w kabłąk gnie

dręcząca wieki niezmożona siła

i, jak śmiertelny szał,

zastygły, skamieniały w godzinie konania,

swoim ciężarem się wgniata

w zwiędłe, z przepasek odsłonięte brzuchy

i biodra spłaszcza, kolana rozsuwa

i pokrzywione, czarne palce nóg,

pokrytych siecią fioletowych żył,

w zamarłych kurczach wydłuża...

O grozo świata!

O widma, płynące w dal,

w ten przestwór ślepy i głuchy,

w wilgotny, mgławy pył,

w te ciemne wnętrza bezsłonecznych brył,

w potworne gmachy nadszczytowych chmur!

Jeszcze nie zapiał kur,

a na piekielnej przełęczy,

nad dnem Styksowych otchłani,

siedzi pod złomem niebotycznej grani

pramatka Grzechu, jasnowłosa Ewa,

z gadziną zdrady u swych białych stóp.

Kyrie elejson!

Straszny przed nami otworzyłeś grób...

I płyną, płyną te milczące krzyże

razem z ruchomym, wielkim trzęsawiskiem,

które swą rdzawą kałużą oblewa

męczeńskie drzewa.

Wszystko, co było dalekim i bliskiem,

co opadało w niedojrzaną głąb

i w niedojrzane wznosiło się wyże,

teraz tym wielkim, grząskim bagnem płyniew Pańskiego gniewu ostatniej godzinie...

Kyrie elejson!

Światy pochłania nieprzebyty muł,

światy, od bożych odepchnięte bram.

A spod korzeni jadowitych ziół,

spod kęp sitowia i trzciny i traw,

z rowów, przepadlisk, wądolców i jam,

pokrytych opalowym szkliwem zgniłych wód,

zaczyna wypełzywać żmij skłębiony płód:

czarne pijawki, zielone jaszczury

wiją się naprzód wpław

i oplatają kręgami śliskiemi

męczeńskich krzyżów smutne miliardy,

z bagnistej wyrosłe ziemi,

zapadłe w bagnisty kał...

I oto głowy swoje, dziwne, ludzkie głowy,

świecące trupim tłuszczem zżółkłych, łysych czół,

o szczękach, otulonych kłębem czarnych bród,

kładą na łonach tych pomarłych ciał...

I skośne, mętne oczy podnoszą do góry

ku ich schylonym skroniom...

I biodra opasawszy w lubieżnym uścisku,

zwilgotniałymi usty

szepczą im słowa rozpusty...

O Boże miłosierny, zmiłuj się nad nami!

W królestwie Śmierci staje nagi szał.

W niedoścignionym błysku

tchnienie żywota przenika

to, co od wieków zagasło...

W Pańskiego gniewu ostatniej godzinie

krew świeża płynie

z odrywających się od krzyżów rąk,

z odrywających się od krzyżów nóg...

I Głowa, owinięta cierniową koroną,

ta Głowa, która przestwór wypełnia bezbrzeżny,

podnosi ciężkie powieki i patrzy...

Jakaż to orgia dzika!

Jakiż to chaos mąk!

Kyrie elejson!

Idą na się zmartwychwstali,

ogniem wojny świat się pali,

tłumy w krwawej brodzą fali!

Adamie potępiony, zwróć się z strasznych dróg!

Zawiśnij na swym krzyżu, sterczącym w niebiosa,

i nie patrz, gdzie w spokoju Ewa jasnowłosa,

piekielny zająwszy próg,

do rozpustnego przytula się gada!

      O biada! —

Idą na się zmartwychwstali —

w oku mściwy skrzy się gniew,

rozpaczy kurcz wypręża rozchylone wargi,

kroplisty pot oblewa policzki zapadłe,

kudły włosów zlepia gęsta krew.

Z wyciem hien, z rykiem lwów,

z psów szczekaniem, z rżeniem koni,

które cugli nie zaznały,

łkając, jęcząc, grożąc, klnąc,

poszarpane miecąc skargi,

pędzi tuman ludzkich żądz.

Ten upada, ten się broni,

temu dłoń ścisnęła krtań,

ten się w swojego brata paznokciami wrył,

a tamten zęby szczerzy, poszarpawszy ramię,

a ten olbrzyma ręką pochwycił dwie nogi

i rozdarł na dwie szczypy tułów Heraklowy

i w ciemną rzucił bezdeń, w Sądu straszną noc...

A z parą szklanych, martwych kul,

rozsadzających oczodoły,

biegnie bez końca, bez końca, bez końca,

gnając przed sobą bratobójczy huf,

niemy i głuchy Strach...

Zakryj błędne źrenice, ścigany Adamie!

Nad tobą tam! u szczytu

złocistowłosa Ewa!

Jej grzechu ciężar zgniótł cię, stanąłeś wpół drogi

Zakryj błędne źrenice i na wieki wieków

rzuć się w przepastny żleb!...

Enoch i Eliasz z proroczymi księgi

przyszli obwieścić szalonemu światu

Pańskiego gniewu moc.

Lecz nim zdołali rozedrzeć swój płaszcz,

nim głos wytrysnął z przepełnionych łon,

padli w zamęcie spadających gwiazd,

zgaśli, jak słońca,

na to wzniecone w przedpoczątkach bytu,

ażeby zgasły... Amen.

Szum się wielki stał dokoła,

kiedy surma archanioła

na Ostatni Sąd zawoła.

Głos rozlega się ponury,

jak grzmot leci złotopióry,

z dolinami równa góry.

Drży strwożona światów dusza,

a on głębie mórz wysusza,

kości wieków w grobach rusza.

Gwiazdy z orbit wytrąciła

archanielskiej trąby siła,

już rozwarła się mogiła.

Idą na się zmartwychwstali,

ogniem buntu świat się pali,

tłumy w krwawej broczą fali.

Z wyciem hien, z rykiem lwów,

łkając, jęcząc, grożąc, klnąc

pędzi tuman ludzkich żądz...

A On,

potężne Łono, przepotężnych łon,

Jasność jasności,

Zmrok zmroków,

Łaska łask i gniewów Gniew,

stanął nad skonem Żywota

i, rękę położywszy na głowie Boleści,

na niezmierzonej, cierniem opasanej Głowie,

wypełniającej wszechświatów przestwory,

rozpoczął Sąd.

Biją pioruny,

a nad pioruny idzie Jego zew!

Ogrom bytu błyskawic wszystkich nie pomieści,

a Jego światłość złota

strzela nad pełnię, nad ogniste łuny

błyskawicowych potoków...

Czym jestem wobec Ciebie, ja, com z rajskich włości

zabrał z sobą, wygnaniec, tę łamiącą winę

i teraz ginę,

od Wschodu do Zachodu tułacz nieszczęśliwy,

pod nieuchronnych wyroków

w początkach dnia i nocy wzniesionym obuchem?!

Stopę Swoją złożyłeś na pokoleń grzbiecie

i sądzisz! Kyrie elejson!

Płaczów i jęków słuchasz niesłyszącym uchem

i sądzisz! Kyrie elejson!

Na mękę wieków patrzysz niewidzącym okiem

i sądzisz! Kyrie elejson!

Niewiasta z rozpaczliwym krzykiem rodzi dziecię,

Ty jego duszę grzechu oblewasz hyzopemi sądzisz! Kyrie elejson!

Wichr idzie po rozdrożach westchnieniem głębokiem

ku Twojej wyży,

modlitwy niesie krwawe, przybite do krzyży,

Ty sądzisz! Kyrie elejson!

A kto mnie stworzył na to, ażebym w tej chwili,

odziany potępienia podartą żałobą,

kawałem kiru, zdjętym z mar Twojego świata,

wił się i czołgał przed Tobą,

i martwym, osłupiałym z przerażenia okiem

strasznego Sądu wyławiał płomienne,

świat druzgocące rozkazy?

A kto mi kazał patrzeć na te czarne głazy,

rozpadające się na gruz pod mocą

Twojego gniewu, przeraźliwy Boże —

na głazy te, gdzie straszny owoc Twego drzewa,

złocistowłosa Ewa,

do piersi pierś padalca tuli obnażoną?...

O Głowo, przepasana cierniową koroną!...

Któż się nad dolą zlituje sierocą,

nad moją dolą,

której, Boże, Twe ręce, z kajdan nie wyzwolą?

Kyrie elejson!

Patrzaj!... Kyrie elejson!

Ona swą białą dłoń

kładzie na jego skroń —

na trupią, zapadniętą, zżółkła skroń zleniałą...

Kyrie elejson!

I podczas, gdy Swe Sądy sprawiasz Ty, o morze

niewyczerpanych gniewów,

ona swym okiem patrzy w jego oczy —

omdlewającym okiem!

Kyrie elejson!

Jej nagie uda drżą,

palcami rozczesuje złoto swych warkoczy

i falą złocistych włosów

osłania jego nagość i pieści i pieści

ustami czerwonymi bladość jego ust.

Kyrie elejson!

Wężowe jego kręgi opasują biodra

rozlubieżnionej Boleści,

a ona, wyprężywszy swe rozpustne ciało,

nienasyconym oddycha pragnieniem.

Kyrie elejson!

Na łonie jej spoczęła czarna, lśniąca broda

rozpalonego Szatana,

co świat umierający okrył swoim cieniem,

a ona,

w zbrodniczych pieszczot rozdawaniu szczodra,

zamknęła w drżące go biodra,

w nabiegłe żądzą ramiona...

Kyrie elejson!

Mą duszę pali wieczna, niezamknięta rana!

Któż mi lekarstwo poda?

Ojcze rozpusty! Kyrie elejson!

Nic, co się stało pod sklepem niebiosów,

bez Twej się woli nie stało!

Kyrie elejson!

O źródło zdrady! Kyrie elejson!

Przyczyno grzechu

i zemsty i rozpaczy szaleńczego śmiechu!

Kyrie elejson!

Sądź, Sprawiedliwy!

Krusz światów posady,

rozżegnij wielki pożar w tlejącej iskierce,

na popiół spal Adama oszukane serce

i płacz!

Z nim razem płacz, kamienny, lodowaty Boże!

Niech Twa surma przeraźliwa

echem płaczu się odzywa

nad pokosem Twego żniwa...

Dwujęzycznego smoka,

Szatana o trzech grzbietach zwalczył w wielkim boju

archanioł pański, Michał, i zginął w otchłani. Amen.

I stał się koniec świata... O chwilo spokoju!

Zgasł płomienny głos proroka,

i wieczności noc głęboka

nieprzejrzaną jest dla oka.

A ja, wygnaniec z Raju, tułacz nieszczęśliwy,

zesłany, aby konać, na te ziemskie niwy,

i patrzeć, jak pod złomem niebotycznej grani

usiadła matka Śmierci, Ewa jasnowłosa,

pieszcząca węża Grzechu, posyłam w niebiosa,

opadłe nad wieczności tajemniczym mrokiem,

to moje wiekuiste, nieprzebrzmiałe: Amen!

Amen!

W umarłych bytów milczeniu głębokiem

słychać jedynie Amen, moje straszne Amen.

O Boże miłosierny, zmiłuj się nad nami!

Kyrie elejson!

Przede mną przepaść, zrodzona przez winę,

przez grzech Twój, Boże!... Ginę! ginę! ginę!

Amen.

A cóż powstanie ponad nicościami,

gdzie ongi były światy

i Ja, w chęć życia bogaty,

a dziś w umarłych postawiony rzędzie?

Niech nic nie będzie!

Amen!

Bo cóż być może, jeślim ja zaginął?...

Na wszystko mrok nicości nieprzebyty spłynął —

Amen.

Salome

O przyjdź!

O boski przyjdź proroku!

Salome ciebie woła z płomieniami w oku!

Na tę słoneczną miłości polanę,

pomiędzy żądz rozkwitłe czarodziejskie zioła

Salome cię woła!

O przyjdź!...

Salome, kłęby włosów rozwiawszy miedziane,

niby wieków pożaru krwawiące się łuny,

w złocistej harfy uderzyła struny

i śpiewa...

O przyjdź!...

O przyjdź, proroku blady!

Ogień żywy obleje twe liliowe skronie,

ogień żywy na licu--ć przygasłym zapłonie

od mych gorących warg!

Salome, białolistny kwiat Herodiady,

zerwany ręką grzechu z świadomości drzewa,

w pożarne wieków łuny rzuca pieśń swą krwawą,

swą nieskończoną pieśń —

i woła cię, proroku! Przyjdź!...

W królewskiej komnacie

kazałam służebnicom rozesłać kobierce,

utkane z miękkiej wełny owiec z Galaadu;

majestat ciężkich kotar otula me łoże,

moje łabędzie puchy!...Ach! jak się trwożę!

Jak lęka się ma dusza, aby promyk złoty

nie przedarł się zuchwale do mojej tęsknoty!

By jakiś listek mirtowy,

gdy wiatr z kryjówek gaju ciche szumy płoszy,

nie zadrżał, posłyszawszy stłumione rozmowy

naszej mdlejącej rozkoszy!...

Nie wejdzie nikt, prócz ciszy, w ten przybytek głuchy,

prócz ciszy i prócz żaru mojego pragnienia,

co mi rozdźwięcza serce,

że śpiewa pieśń, idącą w wieków majestacie

przez świat, ogromny świat —

tę nieskończoną pieśń:

O przyjdź, proroku, przyjdź!...

Skąpałam swą dziewiczość w przejrzystym marmurze,

gdzie zdrój różanej wody z kształtnych dziobów tryska,

a słońce przez zazdrosne ciśnie się kryształy,

ażeby rozcałować mych biódr marmur biały,

mej piersi oroszone, wpółzamknięte róże...

Kazałam się namaścić maściami wonnymi,

a uśmiech ubezwładniał me rozwarte usta

w przeczuciu nieznanej pieszczoty,

gdy Jezabel, ta płocha, ta dziewczyna pusta,

namaszczająca me łono

i mleczną szyję mą,

szeptała mi do duszy, żem ja winne grono,

najwyborniejsze z gron!

Ach! złocę się w słonecznym, błękitnym przestworzu

i czekam na winnicach engaddyjskiej ziemi,

aż przyjdzie pragnący On,

aż przyjdzie żniwiarz wybrany

i niecierpliwą dłoń

wzniesie po owoc ten złoty...

Ach! przyjdź!...

Na oceany

niewyczerpanych żądz

rzuć swoich żagli płótna

i płyń!...

Ach! przyjdź!...

Czekam na ciebie smutna...

Ach! przyjdź!...

Czekam na ciebie wesoła, radosna

onym pragnieniem, co się spełnić ma,

jako ta kwieciem pękająca wiosna!

Ach! przyjdź!

Powieki mi się kładły na przepastne głębie

moich senliwych ócz,

gdy gdzieś, na dnie ich, wielkim, jak za krańcem świata

nieogarnięta oceanów toń,

kąpały się obrazy, rozkoszne, jak woń,

płynąca z Raju, gdzie — brat zabił brata!...

A były--ć w swej rozkoszy zabójcze, jak śmierć,

co na tę misę rzeźbioną

rzuciła mi w swym szale lubieżnym twą skroń,

owitą w włosów krucz,

ociekających krwią...

Ach przyjdź!...

Jak twe źrenice, choć umarłe, płoną!

O ty kochanku mój!

O mój jedyny kochanku!

Rozpalę w alabastrach kosztowne oleje,

otoczę światłościami jedwabiste łoże,

z nocy dzień biały stworzę!

Niech tych światłości zdrój

oblewa naszą miłość, by lśniła, jak zorze

konającego dnia!...

O Jezabel, ty płocha, ty dziewczyno pusta!

O Jezabel, przed tobą ma się dusza śmieje

i moje wargi drżą,

moje rozwarte usta!...

Lub zgaszę w drogich czarach płonące pochodnie,

szkarłatem, jak mrok gęstym, łożnicę osłonię,

promieniom gwiazd przystępu w ten kościół zabronię,

niech nasza miłość utonie

w wieczystej, nieodgadłej, niezgłębionej nocy!...

A z tajemniczych uścisków,

gdy dusza twa, proroku, mą duszę pochłonie,

gdy w oczach twych przymkniętych czar twojej Salomy

urośnie w niespodzianej rozkoszy ogromy,

gdy świat się cały zamknie w pragnienia wszechmocy,

a ty gdy cały zginiesz w nasyceń powodzi,

niech się zbawiciel narodzi

lub szatan, co po wszystkie globów widnokręgi

rozepnie wiekuistą, nieśmiertelną zbrodnię!...

Niech płynie głos triumfu po życia odmętach,

lub jęk i żal, w skazańców wychowany pętach,

niech bije w bramy śmierci swym rozpaczy młotem,

niech dźwiga się po krzyżach, szubienicach, palach,

ku niemym stropom niebios, w chmury czy błękity,

a ty, proroku, niesyty —

ty słuchaj mojej pieśni, nieskończonej pieśni,

rozbrzmiewającej po bezbrzeżnych dalach,

i przyjdź!

Niechaj się łamią potęgi,

niechaj się w gruzy rozpada

ten tron, na którym twórcza nieśmiertelność siada;

ta ziemia i te gwiazdy, słońca i księżyce

niech się rozprysną w mgławice;

niech sen wiekuistości jako sen się prześni,

ty słuchaj mojej pieśni

i przyjdź!

O ty kochanku mój!

O ty jedyny kochanku!...

Jak twe źrenice, choć umarłe, płoną!

A o poranku,

o świcie któż mnie budzi całowaniem w oczy?

To on, to prorok boży!

Kto pieści miedź złotawą rozwitych warkoczy

i budzi całowaniem z słodkich snów omdlenia?

To on, to prorok boży!

Któż głowę mą podnosi i do ust przyciska

i znowu ją na puchach jedwabnych położy

i budzi całowaniem i sen mój przemienia

w rozkoszną, słodką jawę?

To on, to prorok boży!

Ach! przyjdź!

Któż piersi me odsłania i z swego ogniska,

z ogniska żądnej duszy sypie iskry krwawe

na moje łono białe,

na moje włosy złotawe,

na oczy, z rozkosznego zdumienia rozwarte,

i budzi całowaniem zdumienie rozkoszy?

To on, to prorok boży!

Któż sen mi płoszy?

Któż sen mi całowaniem płoszy na wiek wieków,

ażebym wieki wieków tuląc twoją szyję

w uścisku drżących ramion i do twego łona,

jak jemioła do dębu, ciałem przylepiona

i duszą, z rozwartymi wciąż śniła oczyma,

że twoją duszę piję,

że twym się ciałem sycę!

Że duszę twą i ciało miłość moja trzyma,

ażeby nie wybiegły za przybytku progi,

gdzie ja, gdzie moja miłość ogniem ogniów skrzy się!

Gdzie ja, gdzie twoja luba, twa droga, wybrana,

twa jedna i jedyna ma swojego panai swego sługę w tobie, o luby, o drogi,

o słodki, o wybrany, o jeden jedyny,

o na złocistej położony misie

w czerwieni krwi najdroższej, krwi najkosztowniejszej!

Któż mnie, kochanku,

o srebrnym budzi poranku,

że mogę twoje blade rozcałować lice,

że mogę wyczesywać z włosów krew zakrzepłą!?

Że mogę tą źrenicą, z rozkoszy oślepłą,

spoglądać w twoje źrenice —

jak twe źrenice, choć umarłe, płoną!

Że mogę twe powieki rozwierać palcami,

tą ręką, którą krew twa przekosztowna plami,

i patrzeć w twoje źrenice —

jak twe źrenice, choć umarłe, płoną!

Jak one płoną ogromnie!

O moje wy służebne! przyjaciółki moje!

Na oścież otwierajcie pałacu podwoje!

Rozsuńcie nad posłaniem oponę czerwoną!

Kochanek zbliża się do mnie!

Uderzcie w lutnie i harfy!

Zatańczcie! niech radosny korowód się złoży!

Przy mnie kochanek mój!

Przy mnie jest prorok boży!

W tym wirze,

w którym ach! wszystek świat wiruje ze mną,

krew cieknie z misy, cieknie strugą ciemną!

Zedrzyjcie ze mnie te szarfy!

Zedrzyjcie drogie powłoki!

Niech krew ta cieknie po mym łonie białem!

Niech się spokrewni z mym ciałem

ten przekosztowny zdrój!

O święte objawienie mej boskiej urody!

Te oczy,

w które wpatrywać się będzie

ten mój kochanek młody,

aż mu się z szału wszystek świat zamroczy!

Ach! przyjdź!...

Te moje włosy miedziane,

w które on rękę zanurzy

i będzie na swej dłoni ich sypkość promienną

z rozkosznym ważył uśmiechem!

Ach! przyjdź!...

Te usta, szkarłatem zlane,

barwami od świtowych ros wilgotnej róży!

Ach! przyjdź!

Te moje piersi drzemiące!

Z parą łabędzi porówna je senną

i potem je pożarem całunków przebudzi,

aż spłomienieją od rozkosznych znamion!Ach! przyjdź!...

Te biodra, które zamknie pierścieniem swych ramion!

Ach! przyjdź!...

Ach! przyjdź, kochanku, przyjdź!...

Dlaczego głos mój w pustym rozbrzmiewa przestworzu?

Dlaczego mu potężnym nie odpowie echem

głos twój, proroku, by wieścił przemianę

okręgów świata pod mocą

miłości mojej niesytej?

Proroku! niebios błękity

złączą się z ziemią, przez ciebie wezwane,

w tajemnic jeden cud

i ty objąłeś istotę stworzenia,

objąwszy miłość mą!

O! jakie blaski w twoich oczach drżą!

W jakąż muzykę głos się twój przemienia!

Jak rozkrysztala się w srebrnych oparach!

Jak z światów cudotwórczym zlewa się oddechem!

Głos twój, przy moich zająwszy się żarach,

błyskawicami moich żądz brzemienny,

huczący grzmotem namiętnego szału,

który od końca do końca

przenika głębie, moją przepełnione duszą,

wstrząśnie tej ziemi macierzystym łonem

i nowe siły wywiedzie z jej wnętrza.

Z przepaści ciemnie się ruszą

i jutrznie, owinięte obrzeżem czerwonem!Do boju stanie dzień z nocą;

pomrok ucieknie, jak tchórz;

łyskliwe wody zagrają pieśń fal

pod tchnieniem rannych zórz,

pod lubieżnymi całunkami słońca,

które powstanie, rozbudzone głosem

twojej natchnionej, a mnie pełnej pieśni.

O wskrześnij, wiosno, o wskrześnij!

Po łąk kwitnących obszarach

rozpromienieją się rosy,

a ty je strącać będziesz stopy swemi,

przed siebie idąc z głową, wzniesioną w niebiosy,

dumny, że z stworzeń najpierwsza,

że ta najczystsza i ta najgorętsza

na niewolnika wzięła cię swej wielkiej,

swej wszechpotężnej miłości,

która jest jedną na niebie i ziemi,

która stworzyła te jutrznie, te zorze,

te słońca i te rosy słoneczne kropelki

i to rozkwitłe zboże,

uginające przed tobą swe kłosy...

Las się rozszumi, a ty, o proroku,

jeden na ziemi i niebie,

słuchać go będziesz i, idąc przed siebie,wciąż zasłuchany w tę szumiącą dal,

zgłębisz tę głębię szumu,

ujrzysz w nim duszę Salomy

i śpiewać będziesz jej chwałę,

że była przedtem, nim w wierzchołkach drzew

ten tajemniczy zaszeleścił śpiew...

Przeze mnie, przeze mnie

przenikniesz wieków ciemnie

i rozsłonecznisz to, co legło w mroku!

Przeze mnie, przeze mnie

rozpoznasz związek pomiędzy obłoku

rozsłonecznioną urodą,

a szmaragdową jętką, co nad wodą,

nad szeleszczącą trzciną skrzydły przejrzystemi

lśni w promienistym słońcu

i nad wieczności zagadką przelata,

nad życiem i śmiercią ziemi.

Przeze mnie, przeze mnie

poznasz, co w gwiazd się kryje milionie,

a onym kurzu, który wiatr południa

wzrusza po drogach i rzuca na świeże,

po burtach rowów i miedzach rosnące

kępy krwawników i śniade szaleje!

Przeze mnie, przeze mnie

rozpoznasz związek pomiędzy spokojem

w tę północ letnią, a drganiem powietrza

nad rozległymi rżyskami

w sierpniowy skwar,

gdy słońce stanie na szczycie.

Przeze mnie, przeze mnie

rozpoznasz związek między pluskiem ryby,

zostawiającej kręgi na jeziorze,

a wulkanicznym ogniem, który w łonie

rodzącej ziemi płonie

i wre i huczy i lawy

wyrzuca potok krwawy,

że ziemia z grzmotem pęka i walą się miasta

i giną miłości nadzieje,

a w śmierci pełnej pustce rozpacza niewiasta!

I nic nie widzi, tylko oczu dwoje,

płonące ogniem wulkanu!

I nic nie słyszy, tylko wrzące tchnienie

swej rozszalałej piersi!

I nic nie liczy tylko one chwile,

kiedy na świata mogile

stanie z tą misą złocistą

i krąg szalony zatoczy —

ten krąg radości i bólu...

A ty, o królu Herodzie,

życia i śmierci barbarzyński królu:

w taniec przed tobą pójdzie wstyd dziewiczy,

tylko mi pozwól wziąćgłowę bożego proroka!...

A wy służebne! przyjaciółki moje!

Słuchajcie dźwięków mej harfy!

Zedrzyjcie ze mnie te szarfy!

Niech padnie ta droga powłoka,

niech barbarzyński król życia i śmierci

moim się ciałem upije!

Niech go powali ten taniec

zapamiętałych żywiołów!

Niech wie, że chociam z popiołów

i popiołami żyję,

przy mnie jest prorok boży,

przy mnie kochanek mój!

Czemu nie idziesz? czemu?

Salome, białolistny kwiat Herodiady,

zerwany ręką grzechu z świadomości drzewa,

pieśń żywiołów śpiewa...

Przyjdź!

Przyjdź!... Pośpieszymy

w miesięczną noc do gaju, gdzie cyprysów cienie

rosną pod srebrnym księżyca zaklęciem

w jakieś tajemne olbrzymy,

że po nich stopa człowieka

kroczyć się lęka...

Ale ode mnie trwoga jak daleka,

gdy twa powiedzie mnie ręka,

gdy przy mnie Salomy wybraniec

z księgą tajemnic, w której zapisano

w spełnienia rano,

co między cieniem cyprysu,

a między krągiem księżyca

zmieściło wielkie spełnienie!...

Albo się wspniemy na stromość opoki,

przeszywającej obłoki,

i, mając głębie mórz u naszych stóp,

opanujemy los świata...

I wielkie zbiorą się rzesze,

przyjdą mocarze i króle

z swojego życia zawrócą się dróg

i wszystkie skarby rozsypią przed tobą,

byś był, jak oni,

byś się w ich ubrał purpury

i na ich tronach siadł

i z niebotycznej rozkazywał góry,

byś opanował miecze i lemiesze

i dzierżył je do końca niezliczonych lat.

Byś serca z łon królewskich wydzierał skrwawione

i w swojej mocy

na misy je rzucał złociste!

A ty nad życia żałobą

i ponad życia radością,

nad jego blaskiem i wonią,

nad jego nocą i dniem

podniesiesz swą prorocką, niedosięgłą wzgardę

i, uderzywszy dłonią

w pomarłe głazy twarde,

że dźwięk wydadzą krwawy,

a dotąd niesłyszany w istnienia obrębie,

rozpoczniesz wieścić sprawy,

będące ponad istnieniem,

nad tym, co się mieści,

w rozkoszy czy boleści,

między cyprysu cieniem,

a krągiem srebrnego miesiąca.

A morze, nad bezdenne wychyliwszy głębie

swą rozwichrzoną, niepomierną głowę,

na której każdy włos,

srebrzystą pianą zlany,

dźwiga wieczności głośne oceany,

słuchać cię będzie z poszumem,

co najgłośniejszy ból światów przygłuszy!

Lecz ponad morza szum

pójdzie ten głos,

który się wyrwie z twej duszy...

Lewiatan się ruszy

i oczy swe globowe z zdumienia otworzy

i paszczę, która chłonie wieków straszny żer,

do twej wyciągnie Salomy.

Pragnie ją pożreć, że twemu wieszczeniu

dała tę wielką moc,

która nad wszystkie idzie Lewiatany!

Ale w szatańską noc,

gdy błyskawice i gromy

z krzykiem owijać będą swymi wstęgi

i żreć swoimi ogniami

wieczysty byt,

ona płomiennym mieczem swej potęgi,

która ci duszę rozżegła

do wieczystego płomienia,

odetnie głowę potwora

i na złocistej ją misie

przed tobą rozkosznie złoży,

o ty cyprysie,

cień rzucający olbrzymi!...

O ty proroku boży!

O ty kochanku mój!...

Ach przyjdź!

Czemu twe oczy umarłe tak płoną

w konającego dnia zorzę czerwoną?

Przyjdź!

Libijczyk, królewskiego strzegący pałacu,

śmiał ku mnie sięgnąć swym okiem!

Zakradał się z wieczora pod białe me ściany

aby, z westchnieniem głębokiem,

zobaczyć twojej wybranej

ten obnażony cud,

ścielący się na miękkie jedwabiów dywany,

pomiędzy rozsunięte miłości osłony,

na łoże płonących żądz.

Ach! przyjdź!

Libijczyk do przybytku wejdzie nieproszony,

westchnieniem miłość mą kupi,

na jego czaszce trupiej

me rozżarzone położą się ręce!

Do jego czarnej brody

przylgnie ten dziwny kwiat,

który w pożądań niweczącej męce

zabójczym mieczem wykwita

z mej twarzy młodej —

jak twe źrenice, choć umarłe, płoną

w cichej bladości na tej misie złotej!

Ach! przyjdź!

Przyjdźże z tym głosem bożym,

który rozbrzmiewa w świątyni

nad lud ten tłumny,

o marmurowe łamie się kolumny

i o sklepienia odbija się gromem

i jehowiczne łoskoty

na całopalne rozlewa ołtarze!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.