drukowana A5
17.9
Podróż po rzece
Orinoko

Bezpłatny fragment - Podróż po rzece Orinoko

Objętość:
68 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0314-5

Przedmowa

Aleksander Humboldt, wielki podróżnik i odkrywca, urodził się w r. 1769 w Berlinie. Od wczesnej jużmłodości odznaczał się ogromną pracowitością w różnych polach nauki i położył niespożyte usługi. Jużzaraz czasu pierwszej swej podróży przez Belgię,Holandię i z powrotem przez Paryż do Niemiec okazał, że pojmuje podróżowanie jako naukę badającązwiązek pomiędzy przejawami natury i obyczajamiludzi, każdego, danego kraju.

Podróże w kraje podzwrotnikowe w czasach Humboldta wymagały niesłychanego wysiłku i badanianatrafiły na różne przeszkody, które je powstrzymywały.

Humboldt wyruszył do Ameryki Południowej zazezwoleniem rządu hiszpańskiego, który miał tam sweposiadłości, na fregacie hiszpańskiej imieniem „Pizarro”, i to razem z przyjacielem swym FrancuzemAimé Bonplandem. Podróż trwała lat pięć i przezcały czas służyło Humboldtowi doskonale zdrowie,którym się zresztą za pobytu w ojczyźnie wcale niecieszył. Czuł on się tak dobrze w okolicach podzwrotnikowych, że za powrotem palił w piecach ilesię dało, chcąc utrzymać tę samą co tam ciepłotę.Spędzone na wilgotnym legowisku noce nad brzegami Orinoka zostawiły mu pamiątkę w postaci reumatyzmu prawej ręki, tak że nie mógł pisać na stole, tylko na kolanie, pochylony nisko przy pracy. Zwiedził wyspę Teneryfę i wyszedł na szczyt Pika (Picde Teneriffa) wysokości 3700 metrów, po czym przepłynął Atlantyk, chcąc zaraz jechać na Kubę i doMeksyku, ale musiał skutkiem febry panującej naokręcie wylądować w Cumanie. Pozostał tu przezpółtora roku, badając Wenezuelę, góry pobrzeżne,pola zwane llanos i lasy nad Orinokiem. W wędrówkach swych zaszedł do przedziwnej groty, gdzie odkrył ptaka nocnego wielkości kury, żywiącego sięowocami, potem do Caracas, gdzie wyszedł na niedostępny szczyt, zwiedził plantacje kakaowcai trzciny cukrowej urządzone przez krajowców, dalej gorące źródła pod Walencją, był w Cumanieświadkiem trzęsienia ziemi, odkrył drzewo tzw.,,krowie”, dające mleko roślinne, oraz widział połówdrętw, czyli napełnionych elektrycznością węgorzy.Potem wraz ze swoim przyjacielem ruszył w słynnąpodróż po Orinoku, którą właśnie podajemy w przekładzie polskim czytelnikom.

Świat zwierzęcy rzeki Apure

Dnia 16 lipca 1799 roku stanęliśmy o świcie nadzielonym, malowniczym wybrzeżem. Widnokrąg odstrony południowej zamykały góry Nowej Andaluzji (czyli Wenezueli), a były na poły przysłoniętemgłą. Pośród grup palm kokosowych widniało w dalimiasto Cumaná, z wyniosłym zamkiem swoim. O godzinie dziewiątej, w czterdzieści jeden dni od wyjazduz Corunny w Hiszpanii, zarzuciliśmy w porcie kotwicę. Chorzy na febrę wyszli z trudem na pokład, radując się widokiem lądu, gdzie cierpienia ich miaływreszcie dobiec końca.

Dnia 18 listopada rozpięliśmy żagle, udając sięwzdłuż wybrzeża do portu Guayra. Dwa miesiącespędziliśmy w mieście głównym, Karakas, a 27 marcadotarliśmy do San Fernando nad Apure, gdzie sięmiała rozpocząć podróż nasza po Orinoku.

Wystaraliśmy się o bardzo szeroką pirogę, którejzałogę stanowił sternik (el patron) i czterej Indianie.W części tylnej zbudowano, w ciągu paru godzin,chatkę pokrytą liśćmi. Była tak obszerna, że pomieściły się w niej stół i ławki. Te ostatnie składały sięz ram z drzewa brazylowego, na których rozpiętoskóry wołowe i obito gwoźdźmi. Przytaczam tenszczegół, by pokazać, jak nam dobrze było na Apurew porównaniu do czasu spędzonego na Orinoku,w ciasnych, nędznych kanoach. Zabraliśmy na pirogężywności starczającej na miesiąc, oraz kilka strzelb,używanych tu wszędzie, aż do katarakt. Dalej, kupołudniowi panuje taka wilgoć, że misjonarze niemogą się posługiwać bronią palną.

W Río Apure żyje dużo ryb, krów morskich i żółwi szyldkretowych, których jaja są pożywne, ale zgołaniesmaczne, zaś nad brzegami widać nieprzeliczonestada ptactwa. Prócz zapasów, przyborów rybołówczych, łowieckich i broni zabraliśmy też kilka beczułek spirytusu, dla handlu zamiennego z Indianami nadOrinokiem zamieszkałymi.

Ruszyliśmy z San Fernando dnia 30 marca o czwartej popołudniu. Upał był wielki, termometr wskazywał w cieniu 34 st. Celsjusza mimo południowowschodniego wiatru. Wiatr ten nie dozwolił nam rozpiąć żagli. W całej podróży po Apure, Orinoku i RíoNegro towarzyszył nam szwagier namiestnika prowincji Varinas, don Mikołaj Sotto. Celem poznaniadalekich okolic stanowiących dla Europejczyka ponętny przedmiot badania, spędził wraz z nami siedemdziesiąt cztery dni w ciasnej, rojącej się od moskitówkanoi. Był bardzo wykształcony, miły i wesoły, a tojego usposobienie pozwoliło nam niejednokrotnie zapomnieć o uciążliwościach nie zawsze bezpiecznejpodróży.

Przez cały ciąg jazdy z San Fernando do San Carlos, potem po Río Negro i stamtąd do Angostury zapisywałem dzień w dzień starannie, siedząc w kanoilub też przy ognisku obozowym, wszystko co mi sięwydało godnym uwagi. Zapiski te przerywały częstonawalne deszcze albo uniemożliwiały roje moskitów,ale uzupełniałem je w dni kilka potem. Zamieszczamtu ciekawe wyjątki z tego pamiętnika.

Dnia 31 marca. Począwszy od Diamante wkroczyliśmy na terytorium zamieszkałe wyłącznie przez tygrysy, krokodyle i świnie rzeczne. Na niebie rysowałysię stada ptaków, podobne czarnym chmurom, ciąglezmieniającym kształty. Na brzegach widniały krzaki,tworzące żywopłoty, jakby sztucznie przystrzyżone.Wielkie czworonogi tej krainy, tygrysy, tapiry i świnie pekari powyłamywały w tych żywopłotach przerwy, którymi chodziły do wody. Ponieważ nic sobienie robiły z naszych kanoi, przeto przypatrywaliśmysię, jak chodziły z wolna po wybrzeżu i po chwili dopiero odchodziły przerwami w żywopłotach do lasu.Czasem ukazywał się na brzegu jaguar, piękna pantera amerykańska, to znów hokko, o czarnych piórach,z kitką na głowie. Co chwila spostrzegaliśmy zwierzęta najrozmaitszych gatunków — Es como en el paraíso! — mawiał nasz sternik — znaczyło, że jest tu jakw raju. Sternik był to stary Indianin z misji. W istocieprzypominało to stan pierwotny świata, jego niewinność, szczęście, oraz prastare obyczaje. Ale przybaczniejszej obserwacji spostrzegaliśmy, że zwierzętaboją się wzajem siebie i unikają. Minął złoty wiekbezpowrotnie i stworzenia tego amerykańskiego raju wiedziały, że rzadko mieszka społem łagodność i siła.

Na szerszych, piaszczystych, wolnych od krzakówczęściach wybrzeża legiwały krokodyle, często poosiem i dziesięć. Jak kłody leżały bez ruchu z otwartymi szeroko paszczami, nie okazując towarzyszomswym żadnej sympatii, co czynią zawsze zwierzętagromadnie żyjące. Były tak liczne, że niemal ciąglemieliśmy kilka przed oczyma, mimo że znajdywaliśmy się dopiero w górnym biegu rzeki. Tysiące ichspało zapewne w błocie sawanny. Około czwartejzatrzymaliśmy się, by zmierzyć martwego wyrzuconego na brzeg krokodyla. Miał tylko szesnaście stópi osiem cali długości, drugi jednak znaleziony w parędni później przez Bonplanda mierzył dwadzieściadwie stopy i cztery cale. Indianie opowiadali, żew San Fernando porywają krokodyle kilku ludzi rocznie, zwłaszcza kobiety, czerpiące wodę z rzeki.Pewną dziewczynę z Uritucu porwał krokodyl. Nietracąc przytomności, wbiła mu ona palec w oko z taką siłą, że zwierz jęknął z bólu i puścił łup. Dziewczyna zdołała dopłynąć do brzegu, mimo wielkiej utratykrwi, która tryskała z oderwanego przedramienia lewej ręki. Ludność tych okolic różnymi sztuczkamistara się codziennie ujść napaści tygrysa, boa dusiciela, krokodyla lub innego drapieżcy i każdy żyjew ciągłym pogotowiu.

Krokodyle żyjące w Apure poruszały się podczasataku bardzo zręcznie, natomiast w chwili gdy niebyły podniecone gniewem czy głodem, pełzały leniwo i ospale. Z dala już słyszeliśmy szelest, jaki wydawały zapewne poszczególne, trące o siebie płatytarczy krokodyla, idącego po ziemi. W wodzie pływały prostolinijnie, zbaczając pod kątem, jak strzałytrafiające w cel. Mogą się jednak także wyginać. Widziałem nieraz, jak młody krokodyl gryzł się w ogon,a inni zauważyli to samo u starych. Pływają one doskonale i to pod silny nawet prąd, zdaje się jednak,że płynące z prądem nie mogą szybko zawrócić.Wzięliśmy ze sobą w drogę wielkiego psa, pies tenzostał napadnięty w wodzie przez krokodyla i uratował się w ten sposób, że wykonał nagły skręt podprąd. Krokodyl uczynił ten sam ruch, ale znaczniepowolniej, tak że nie dosięgnął swego łupu.

Krokodyle Apury żywią się świniami wodnymi, które żyją na wybrzeżach w stadach po kilkadziesiątsztuk. Biedne te gryzonie, wielkości naszej świni, nieposiadają żadnej broni, biegają licho, pływają trochęlepiej, toteż pożerane bywają przez krokodylew wodzie, a przez tygrysy na lądzie. Mnożą się za toszybko, jak świnki morskie sprowadzane do nasz Brazylii, i tym podtrzymują istnienie gatunku.

Pod Jovalem przybrał krajobraz nader dzikiwygląd. Tutaj napotkaliśmy największego jaguara, jakinam się pokazał na oczy przez cały ciąg podróży.Nawet Indianie zdumieli się jego długością, gdyżprzekraczała długość największych tygrysów amerykańskich. Zwierz leżał w cieniu drzewa z łapą naciele upolowanej świni wodnej, otoczony sępami,zwanymi tu zamuros. Czekały na resztki uczty, objawiając jednocześnie strach i zuchwalstwo. Podchodziły na dwie stopy do jaguara, ale za najmniejszymruchem cofały się w popłochu. Chcąc się temu obrazowi lepiej przyjrzeć, podpłynęliśmy małą kanoą, jaką mieliśmy na pirodze naszej, wiedząc, że tygrysrzadko napastuje łodzie w wodzie i czyni to jenow chwilach wielkiego podrażnienia głodem. Usłyszawszy szum wioseł, wstał z wolna i schował sięw krzaki. Z ruchu tego skorzystały natychmiast sępy i rzuciły się na jego zdobycz. Ale wypadł zarazi rozpędził je, bijąc się gniewnie ogonem po bokach.Porwawszy upolowaną zwierzynę, cofnął się w las,ku wielkiemu żalowi Indian, którzy radzi by byli wylądować i zaatakować go. Niestety, nie mieli ze sobą lanc. Obeznani z tą bronią dobrze uczynili, nieufając naszym strzelbom, które zresztą często zawodzą w tym wilgotnym powietrzu.

Spędziliśmy noc, jak zwykle, pod gołem niebem,ale na plantacji pewnego łowcy tygrysów. Był całkiem goły i czarnobrunatnej barwy, mimo to jednakzaliczał się do rasy białej. Żonę swą i córkę, również zresztą gołe, zwał: donna Izabela i donna Manuela. Przynieśliśmy ze sobą świnię wodną i chcieliśmy ją upiec, ale gospodarz zastrzegł się przed takim „czysto indiańskim” jedzeniem i ofiarowałnam, jako ludziom wykwintnym, pieczyste z jelenia,którego ubił poprzedniego dnia z łuku, gdyż nie posiadał strzelby ni prochu.

Byliśmy pewni, że poza laskiem bananowym stoichata plantatora. Ale człowiek ten, tak dumnyz przynależności do białej rasy i szlachectwa swego, nie uznał za potrzebne stawiać domu. Zaproponował, byśmy zawiesili nasze hamaki na pniachdrzew, tuż obok jego obozowiska, i zapewnił z minąwielce pyszną, że gdy wrócimy podczas pory deszczowej tą samą drogą, zastaniemy go już na pewnopod dachem (baxo techo). Około północy zerwałasię gwałtowna burza. Błyskawice rozdzierały powietrze, grzmiało przeraźliwie i deszcz nas przemoczyłdo nitki. Podczas tej burzy zdarzył się dziwny wypadek, który nas rozweselił po trosze. Kot donnyIzabeli wdrapał się na tamaryndę tuż nad głową jednego z naszych towarzyszy. Strącony wichrem,spadł nań i zaczął drapać, a zbudzony ze snu nieborak krzyczał na całe gardło, przekonany, że go napadł jakiś dziki zwierz. Pospieszyliśmy mu na pomoci przekonali się, że mu nic nie zagraża. Deszcz przemoczył nas samych, przybory i instrumenty, a mimoto winszował nam gospodarz, don Ignacio, żeśmy nienocowali na wybrzeżu, tylko w jego posiadłościentre gente blanca y de trato (pośród ludzi białych,z wyższych sfer). Trudno było, co prawda, dostrzecróżnicę, ale nie sprzeciwiałem się.

Dnia 1 kwietnia o świcie pożegnaliśmy don Ignacia i jego żonę. Pochłodniało znacznie, bo termometr, wskazujący podczas dnia 30 do 35 stopni Celsjusza, spadł teraz na 24 stopnie. Prąd niósł ogromne masy drzewa. Oczom przedstawiała się bezkresna równia, przez którą siła prądu powinna by byławyżłobić sobie prostolinijny kanał. Tymczasem,zgoła co innego mówiła karta, którą wykreśliłemstosownie przy pomocy kompasu.

Woda nie natrafia na obu brzegach na ten samopór warstw ziemi, a niedostrzegalne wprost wzniesienia gruntu powodują liczne zakręty. Minęliśmypłaską wysepkę, na której gnieździły się tysiącamiróżowe flamingi, gęsi-warzęchy, czaple i kurki wodne, co tworzyło razem obraz niezwykle barwnyi ciekawy. Ptaki siedziały obok siebie tak gęsto, żezdawały się nie móc uczynić poruszenia. Wyspa tazwie się też Isla de Aves — ptasia wyspa.

Dotarłszy do miejsca, gdzie rzeka wyżłobiła sobienowe koryto, przenocowaliśmy na pustym brzegu, żezaś trudny był dostęp po nocy do lasu, z wielką trudnością zdobyliśmy suche gałęzie na ognisko, bezktórego nie można nocować, gdyż jest to jedyny sposób odstraszania dzikich zwierząt.

Noc była cicha, księżycowa, nad wodą leżały krokodyle, patrząc w nasze ognisko. Zauważyliśmy, żeświatło je zwabia, podobnie jak ryby, raki i innezwierzęta wodne. Indianie pokazali nam na piaskuślady trzech jaguarów, z których dwa były młode.Niezawodnie matka prowadziła tędy dzieci swe dowody. W braku drzew, zatknęliśmy wiosła w piaseki w ten sposób zawiesiliśmy nasze hamaki. Do jedenastej cicho było, potem jednak powstał w pobliskimlesie taki hałas, że trudno było zasnąć. Wrzeszczałyrazem wszystkie zwierzęta, z tego rozgwaru wyróżnić można było poszczególne głosy małp ogoniastych, zwanych diabłami leśnymi, wyjców, jaguarów,kuguarów czyli lwów amerykańskich pozbawionychgrzywy, świń piżmowych, leniwców, hokka, paraguyi innych ptaków z rodziny kuraków. Pies nasz,szczekający bezustannie, zaczynał wyć za zbliżeniemsię jaguara i uciekał pomiędzy hamaki. Często pokrótkiej przerwie zaczynały ryczeć z wierzchołkówdrzew kuguary, oraz dolatywały przeciągłe pogwizdymałp głoszących niebezpieczeństwo.

Takie noce miewaliśmy na Apure i przywykliśmy do nich z czasem dopiero. Przez całe miesiące,podróżując wodą, żyliśmy w ciągłym sąsiedztwiedrapieżców. Beztroska Indian naszych dodawałanam jednak odwagi. Wmawialiśmy w siebie za ichprzykładem, że np. jaguary boją się ognia i nie napadają nigdy śpiącego w hamaku człowieka. W istocie przez cały czas pobytu w Ameryce Południowejusłyszałem o jednym jeno wypadku rozszarpania pewnego llanero, czyli myśliwca śpiącego w swej siatce napowietrznej.

Pytaliśmy Indian, czemu zwierzęta robią taki hałaso pewnych godzinach nocy, a oni odpowiadali żartobliwie: — Modlą się do księżyca! — Oczywiściezwierzęta polują i walczą ze sobą w ciemni nocnej.Jaguary napadają świnie piżmowe, a zwierzęta tebronią się w ten sposób, te zbite w wielkie stada, pędzą na oślep, depcąc i wyrywając krzaki i zarośla.Przerażone małpy gwiżdżą z drzew, zwiększając hałas, a ptaki dopełniają koncertu. Przekonałem sięzresztą, że nie tylko w księżycowe noce tak hałasujązwierzęta, dzieje się to także podczas burzy i nawalnego deszczu. Niech Bóg nam użyczy spokojnej nocy! — mawiał pewien mnich, z którym odbyliśmyczęść drogi po Río Negro. Nie było to, zaiste, zdawkowym życzeniem, bo nieraz, upadając po trudachdnia, nie mogliśmy zasnąć, mimo żeśmy się znajdywali przecież w pustoci leśnej i zupełnej samotni.

Dnia 2 kwietnia wyruszyliśmy przed świtaniem.Ranek był pogodny i stosunkowo chłodny, gdy termometr w powietrzu wskazywał tylko 28 stopni Celsjusza. Ale piasek wybrzeża wystawiony bezpośrednio na promieniowanie słońca miał temperaturę 36stopni. Po rzece sunęły długimi szeregami delfiny(toniny), a brzegi pokryte były ptakami rybożernymi.Niektóre wskakiwały na płynące kłody drzewai chwytały znienacka łup. Kilkanaście razy natknęliśmy się na sterczące skośnie z wody pnie, któretkwią tak całymi latami i narażają na rozbicie słabsze łodzie. Podczas przypływu morza pnie te dostająsię do rzeki i zatykają ją czasem całkiem, tak że jazda pod prąd jest wprost niemożliwa. Pirogi krajowców rozbijają się na wytworzonych przez to mieliznach i wirach.

Od czasu wyjazdu z San Fernando nie napotkaliśmy ani jednej kanoi na tych pięknych wodach. Wokoło panowała zupełna samotność. Rankiem dnia3 kwietnia schwytali nasi Indianie na wędkę rybę,zwaną tu caribe lub caribito. Jest ona tak krwiożercza, że napada ludzi podczas pływania i wyrywaim spore kawałki ciała. Chociaż jedna rana jest niewielka, to napadniętemu trudno ujść z życiem, gdyżzanim dopłynie do brzegu, cały bywa poszarpany.Indianie boją się bardzo tej ryby i pokazywali mi liczne, głębokie blizny pochodzące z jej ukąszenia.Żyje ona na dnie, ale wystarczy wpuścić kilka kropel krwi w wodę, a natychmiast wypływają tysiącena powierzchnię. Są one bardzo liczne, a chociażmają zaledwo osiem do dwunastu centymetrów długości, to skutkiem swych ostrych, trójsiecznych zębów i rozszerzalnej niezwykle paszczy stanowią plagę ludności. Rzuciliśmy kilka kawałków krwawego mięsaw miejsce, gdzie woda była zupełnie czysta, bez śladu jakichkolwiek zwierząt. Natychmiast niemal wypłynęło stado caribów i rzuciło się na żer.

Wylądowaliśmy około południa na pustkowiu,z dala od lasu. Towarzysze nasi wyciągnęli łódź naląd i zabrali się do przyrządzania posiłku, ja zaś ruszyłem brzegiem, chcąc się przypatrzeć grupie śpiących w słońcu krokodyli. Małe, śnieżnobiałe czaple biegały im po grzbietach, głowie, a nawet właziły do otwartych paszcz. Były zielonawe i pokrytebłotem, tak że można je było wziąć za odlewy spiżowe. Spacer ten omal mnie nie pozbawił życia.Zapatrzony w rzekę przystanąłem, by podnieść kawałek łyszczyku, gdy nagle ujrzałem świeży trop jaguara, tak łatwy do rozpoznania. Obejrzawszy się,zobaczyłem w odległości jakichś 80 kroków ogromną bestię leżącą pod drzewem, w gąszczu. Nie widziałem dotąd tak wielkiego zwierza z rodzinytygrysów.

Przerażony wielce, nie zapomniałem jednak o naukach pewnego Indianina, który mi powiedział, jaksię należy zachować w takim wypadku. Poszedłem dalej powolnym krokiem, nie ruszając rękami.Przekonałem się niebawem, że cała uwaga zwierzaskierowana była na stado tapirów, przepływającychrzekę. Po dobrej chwili zawróciłem ku brzegowi,opisując duże koło. Ciągle miałem ochotę obejrzećsię, czy jaguar idzie za mną. Na szczęście uległemtej pokusie dopiero w znacznej odległości i spostrzegłem, że jaguar został na miejscu. Widocznie te wielkie koty z pstrą sierścią tak są tutaj nasycone tapirami, świniami piżmowymi i jeleniami, że nie biorąsię do człowieka. Dopadłem bez tchu obozowiskai opowiedziałem swą przygodę, ale Indian jakoś wcale to nie wzruszyło. Mimo to nabiliśmy strzelby i poszliśmy na miejsce, gdziem napotkał jaguara, ale gojuż nie było. Szukać go po lesie nie chciałem, gdyżtrzeba było iść z osobna albo torować sobie drogęprzez gęste pnącze.

Wieczorem minęliśmy ujście Caño del Manati, takzwane z powodu ogromnej ilości połowionych tukrów morskich (manati lub lamanti). To trawożerne wodne zwierzę ssące dochodzi tu do dziesięciu i dwunastu stóp długości, zaś waży 500 do 800funtów. Wodę pokrywały ich odchody podobne dobydlęcych, ale bardziej cuchnące. Lamanti połykamnóstwo trawy, ma żołądek podzielony na mnóstwo komór i sto osiem stóp długie kiszki. Sam widziałem to wszystko napełnione trawą. Rozciąwszyto zwierzę, zdumiałem się wielkością, kształtem i położeniem płuc jego. Tkanka płuc ma wielkie oczkai przypomina ogromny pęcherz pławny. Łapią jeprzeważnie po znaczniejszych powodziach, kiedysię z rzek dostają do licznych jezior i moczarzysk. Zeskóry krowy morskiej, półtora cala grubej, robią pletnie, używane niestety na niewolników, a nawet Indian, których prawo uznaje za wolnych obywateli.

Indianie nasi rozłożyli tuż nad wodą wielkie ognisko i ponownie zauważyłem, że światło przywabiakrokodyle, a nawet delfiny (toniny), które sprawiająhałas, przeszkadzający w spaniu.

Tej nocy dwa razy zrywaliśmy się na nogi. Razpodeszła do obozowiska samica jaguara z młodymi,by je napoić w rzece, a gdy ją odpędzono, jaguarzętamiauczały długo, niby nasze koty. Niedługo potemukąsił naszego psa w nos jeden z olbrzymich, latających wokoło ognia nietoperzy. Pies wył żałośnienie tyle z bólu, co ze strachu przed nieznanym stworzeniem.

Dnia 4 kwietnia spostrzegliśmy z niejakiem wzruszeniem po raz pierwszy upragnione z dawna wodyOrinoka i to w miejscu tak bardzo odległym od wybrzeża morskiego.

Wyspa żółwi szyldkretników

Z chwilą opuszczenia wód Apure znaleźliśmy sięw całkiem odmiennym kraju. Oczom naszym ukazała się bezbrzeżna, podobna olbrzymiemu jeziorupłaszczyzna wody. W powietrzu nie brzmiały jużprzenikliwe wrzaski czapel, flamingów i warzęchprzelatujących z brzegu na brzeg. Daremnie też rozglądaliśmy się za ptakami pływającymi. Życie przyrody nie było tu tak bujne. Gdzieniegdzie tylko w zatokach duże krokodyle przecinały w poprzek pole,sterując potężnymi ogonami. Widnokrąg otaczał paslasów, ale nie dochodziły one aż do koryta rzeki.Brzegi spalone żarem, nagie, jałowe, jak brzegi morza wydawały się z oddali, skutkiem załamaniaświatła, wielkimi łachami wody stojącej.

Mieliśmy silny wiatr od północnego wschodu, conam ułatwiało żeglowanie pod prąd w stronę misji Encaramada, ale piroga nasza stawiała tak mały opórwodzie, że skłonni do choroby morskiej czuli siębardzo nieswojo. Bałwany powstają skutkiem zderzania się dwu prądów rzecznych.

W porcie misji Enkaramada spotkaliśmy karaibskiego kacyka zdążającego w swej pirodze pod prąd rzeki na słynny połów żółwi szyldkretowych. Byłmałomówny, poważny, a hołdy oddawane mu przezświtę świadczyły, że jest wielką osobistością. Ubranie jego nie różniło się zresztą od strojów dworzan,wszyscy byli mianowicie nadzy, pomalowani i mieliw rękach łuki i strzały. Władca, świta, służba, broń,przybory i łódź, wszystko było posmarowane naczerwono. Karaibowie ci byli niemal atletycznej budowy ciała i przerastali znacznie Indian, jakich dotąd widzieliśmy. Mieli gęste, gładkie włosy, przycięte nad czołem i czarno barwione brwi, co przybystrym, przenikliwym spojrzeniu nadawało im wygląd twardy. Rosłe, bardzo brudne i budzące wstrętkobiety miały dzieci na plecach.

Dnia 6 kwietnia przybyliśmy do Boca de la Tortuga, czyli do portu żółwiego. Koło południa zarzucono kotwicę u wyspy, pośród rzeki położonej, a słynnej z połowu żółwi, czyli, jak tu mówią, dorocznegozbioru jaj. Zastaliśmy mnóstwo Indian koczującychw chatach z palmowych liści. Obozowisko składałosię z trzystu co najmniej ludzi. Nawykli do samotnościod wyjazdu z San Fernando i podczas podróży poApure, zdziwiliśmy się ruchem, jaki tu panował.Każdy szczep był innym kolorem pomalowany. Pośród Indian było kilku białych, kramarzy z Angostury, zwanych pulperos. Przybyli oni na zakup olejużółwiego. Napotkaliśmy też misjonarza z Uruany.Zdumiony był naszą obecnością, przyborami i instrumentami i w sposób przesadny odmalował trudyi niebezpieczeństwa podróży przez Orinoko, aż pozakatarakty. Tajemniczym wydał mu się także cel naszej podróży:

— Któż uwierzy — powiedział — żeście wyruszyliz ojczyzny po to, by się dać zjeść moskitom na Orinoku i by odmierzać ziemię, która nie jest własnościąwaszą?

Ten zakątek ściąga ludzi zewsząd, podobnie jakw Europie targi lipskie lub frankfurckie.

— Jak okiem sięgnąć — dodał misjonarz — znajdują się pod warstwą ziemi żółwie jaja.

Pouczał nas, szturchając długą laską, jak należy badać głębokość jajonośnego pokładu, na sposób górnika sondującego warstwę marglu, rudy żelaznej czywęgla.

Orinoko zaczyna przybierać w okresie wiosennego zrównania dnia z nocą, toteż od stycznia bliskodo końca marca wybrzeża rzeki są suche. Jawią siętu w czasie składania jaj tysiączne rzesze żółwi. Wędrują szeregami, wyciągnąwszy szyje ponad wodęi bacznie śledząc, czy nie grozi niebezpieczeństwood tygrysów i ludzi. Indianie ustawiają wzdłuż brzegów straże, by żółwie mogły spokojnie składać jajai by się nie rozpraszały. Statki muszą też stawać pośród wody, a załoga milczy, nie chcąc ich straszyć.Składanie jaj odbywa się zawsze nocą, począwszy odzachodu słońca. Zwierzę wykopuje długimi tylnyminogami o skośnych pazurach dziurę trzy stopy długą i dwie stopy głęboką. Żądza składania jaj jestu żółwi tak wielka, że nieraz składają one dwie warstwy, jedną na drugiej, w nieprzykryte jeszcze dołyswych towarzyszy. Misjonarz rozkopywał laską piasek i pokazywał nam mnóstwo jaj zgniecionych podczas tego zapalczywego składania. Straty dochodząjednej trzeciej całego plonu. Widzieliśmy piasekkwarcowy i potłuczone skorupy zlepione w wielkiegruzły żółtkiem jaj. Jest tyle żółwi na brzegu, że nieraz zastaje je dzień na składaniu jaj. Wówczas spieszą się jeszcze bardziej, by znieść i przykryć je przed wzrokiem tygrysa, nie zważając na bezpieczeństwowłasne. Dzieje się to w oczach Indian przybywających rankiem nad brzeg, którzy zwą te żółwie,,szalonymi”.

Indianie rozkopują ziemię rękami, zbierają jajaw koszyki, niosą do obozu i rzucają w wielkie kadziez wodą. Tam je rozgniatają szuflami i mieszają masę,aż pływające po powierzchni żółtko należycie zgęstnieje. Tę część tłustą zbierają i gotują na silnymogniu. O ile jest to należycie wykonane, produkt dajeolej czysty, bezwonny, z lekka jeno żółtawy. Misjonarze cenią go jak najlepszą oliwę i używają do potraw. Mimo szybkości tej operacji niezliczone masymałych, wyklutych żółwi rozpraszają się po brzegach rzeki. Widziałem sam w składzie głównymw Uruanie młode, na cal szerokie żółwie umykającedo wody przed dziećmi indyjskimi.

Pokazywano mi ogromne skorupy żółwi wypróżnione przez jaguary. Także i tygrysy ścigają żółwiepo brzegu, przewrócą na grzbiet i zjadają wygodnie,wyrywając mięso spomiędzy pancerza brzusznegoi górnego. Tygrys przewraca więcej żółwi, niż ichmoże zjeść w ciągu nocy, leżą one więc w ten sposób ubezwładnione, a Indianie korzystają z tego.

Wydobycie mięsa spomiędzy pancerzy jest rzeczątrudną, a tygrys postępuje jak najwprawniejszy chirurg, przegryzając mięśnie, stawy i podnosząc pancerze z jednej strony. Włazi on nawet w niezbyt głęboką wodę, ścigając zdobycz i wygrzebuje jaja. Żółwma w nim tedy nie lada wroga, również krokodyl, czapla i galinazo, rodzaj sępa, pożerają mnóstwo młodych żółwi. Ubiegłego roku nawiedziła taka masakrokodyli, podczas zbioru jaj żółwich, wyspę Pararuma, że Indianie schwytali w ciągu jednej nocy osiemnaście sztuk, długich na dwanaście do piętnastu stóp,używając do tego długich żelaznych haków, z mięsem krów rzecznych, jako przynętą. Poza zwierzętami szkodzą wytwarzaniu oleju żółwiego takżeIndianie dzikich szczepów, którzy zabijają zatrutymistrzałami wygrzewające się na słońcu żółwie. Dziejesię to w czasie pierwszych deszczów wiosennych, takzwanych „deszczów żółwich”.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.