drukowana A5
21.88
Złoty garnek

Bezpłatny fragment - Złoty garnek


Objętość:
104 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0310-7

Wigilia pierwsza

Nieszczęsne przygody studenta Anzelmusa. — Higienicznytytoń konrektora Paulmanna i złotozielone węże.

W dzień Wniebowstąpienia, o godzinie trzeciej popołudniu w Dreźnie pędził pewien młodzieniecprzez Czarną Bramę i wpadł prosto w koszyk z jabłkami i ciastkami, które sprzedawała jakaś stara, brzydkakobieta — tak że wszystko, co ocalało szczęśliwie odzgniecenia, rozsypało się, a ulicznicy wesoło dzielilisię zdobyczą, jakby dla nich rozrzuconą przez śpieszącego się pana. Stara zaczęła krzyczeć gwałtu, a nato kumoszki porzuciły swoje stragany z ciastkamii wódką, otoczyły młodzieńca i lżyły go z taką prostacką gwałtownością, że ten, oniemiały ze zmartwienia i wstydu, wyciągnął tylko swój mały, niezbytobficie napełniony woreczek z pieniędzmi, który starałakomie chwyciła i szybko schowała. Szczelnie zwartekoło rozluźniło się wtedy wprawdzie, lecz zaledwiemłodzieniec wyrwał się zeń co prędzej, stara krzyknęła za nim:

— Tak, pędźże! Pędźże dalej, czarci synu! Zginieszw krysztale, już ci bliżej niż dalej, tak! w krysztale!

Przeraźliwy, skrzeczący głos starej miał w sobie cośokropnego, tak że zdumieni przechodnie przystanęlicicho, a śmiech, który się wkoło przed chwilą rozlegał, nagle umilkł.

Student Anzelmus (on właśnie był tym młodzieńcem), chociaż nie rozumiał dziwnych słów starej, uczuł,że ogarnia go mimowolny strach, i uskrzydlił jeszczebardziej swoje kroki, aby umknąć przed skierowanyminań spojrzeniami ciekawego tłumu. A kiedy tak sięprzeciskał przez zbitą gromadę strojnych ludzi, słyszał, jak szemrano na wszystkie strony:

— Biedny młody człowiek! — A niechże tę przeklętą babę!

Tak tedy, w najszczególniejszy sposób, tajemniczesłowa starej nadały śmiesznej przygodzie pewien odcień tragizmu i dzięki temu ze współczuciem spoglądano teraz na młodzieńca, którego przedtem nie zauważono wcale. Kobiety, patrząc na jego krzepką postać i twarz urodziwą, której wyraz potęgował jeszczepłomień wewnętrznego wzburzenia, wybaczały mucałą jego niezręczność jak również strój, który nic niemiał wspólnego z jakąkolwiek modą. Jego szczupaczoszary frak był tak skrojony, jak gdyby twórca jego,krawiec, krój współczesny znał tylko ze słyszenia,a czarne, atłasowe, starannie utrzymane pantalonynadawały całości pewien styl powściągliwy, profesorski, pozostający w zupełnej sprzeczności z zachowaniem się i szczególnym położeniem młodzieńca.

Gdy wreszcie student nasz dobiegł do końca alei,wiodącej do Linckesches Bad, był już tak wyczerpany,że oddech mu zapierało. Musiał zwolnić kroku; alezaledwie śmiał wzrok oderwać od ziemi, gdyż wciążjeszcze jabłka i ciastka tańczyły mu przed oczyma,a przyjazne spojrzenia spotykanych dziewcząt wydawały mu się tylko odblaskiem złośliwego śmiechu spodCzarnej Bramy. Tak doszedł aż do wejścia prowadzącego do kąpieliska. Ciągnęły tam całe szeregi świątecznie ubranych ludzi. Z wnętrza gmachu dochodziłydźwięki orkiestry dętej, a gwar wesołych gości stawałsię coraz głośniejszym.

Biednemu Anzelmusowi prawie że łzy stanęływ oczach; dzień Wniebowstąpienia był dla niego zawsze wyjątkowo uroczystym świętem rodzinnym, więci on miał zaczerpnąć ze źródeł szczęśliwości Linkowego raju; tak, chciał się posunąć aż do pół porcji kawyz rumem i butelki dubeltowego piwa — i aby takwspaniale użyć, wziął więcej pieniędzy niż zwykle,więcej, niż mógł był sobie pozwolić. I oto fatalny upadek w kosz z jabłkami pozbawił go wszystkiego, comiał przy sobie. O kawie, o dubeltowym piwie, o muzyce, o widoku postrojonych dziewcząt, krótko mówiąc — o wszystkich wymarzonych rozkoszach niebyło już co myśleć; przeszedł obok nich powolii wreszcie udał się drogą, prowadzącą ku Elbie; byłazupełnie pusta. Pod jakimś krzakiem czarnego bzu, cowyrastał z muru, znalazł ciche, ustronne miejsce; tamsiadł i nabił fajkę higienicznym tytoniem, który mupodarował jego przyjaciel, konrektor Paulmann.

Tuż przed nim pluskały i szumiały fale złotożółtejElby; poza nią wspaniałe Drezno dumnie i śmiałostrzelało lśniącymi wieżycami w woniejące sklepienienieba, które spływało ku kwitnącym łąkom i świeżymzielonym lasom, a z głębokiego mroku wynurzał sięłańcuch gór, przypominając daleki kraj Czechów. Alestudent Anzelmus posępnie patrzał w tę dal, zawzięcie puszczał w powietrze kłęby dymu i wreszcie głośno dał wyraz swemu smutkowi, mówiąc:

— A jednak to prawda; urodziłem się, by dźwigaćwszelkie możliwe krzyże, znosić wszelkie możliwenieszczęścia! Że nigdy nie zostałem królem migdałowym, że w „cetno czy licho” zawsze zgadywałem fałszywie, że chleb z masłem zawsze upadał mi na posmarowaną stronę — o całej tej nędzy wcale już niechcę wspominać; ale czyż to nie straszne jakieś przeznaczenie, że odkąd diabłu na pociechę zostałem studentem, od razu stałem się i nadal pozostaję pośmiewiskiem kolegów? Czy włożę kiedy nowy surdut, nieplamiąc go od pierwszego razu czymś tłustym lub niedziurawiąc go źle zatkniętą szpilką w najwidoczniejszym miejscu? Czy ukłonię się kiedy jakiemu radcylub jakiej damie, nie gubiąc przy tym kapelusza lub,co gorsza, nie potykając się haniebnie i nie wywracając na równej drodze? Czyż nie płacę stale, w każdydzień jarmarczny w halach targowych około trzech-czterech groszy za rozdeptane garnki, bo diabeł kładzie mi w głowę, by iść wprost przed siebie jak lemingi? Czy przyszedłem choć raz w porę na wykład lubtam, gdzie mnie zaproszono? Cóż pomogło, że wychodziłem z domu o pół godziny wcześniej i stawałem pode drzwiami z ręką na klamce? Gdy z uderzeniem godziny chciałem tę klamkę nacisnąć, szatan wylewał mimiednicę wody na głowę lub kazał mi się zderzyćz kimś, kto właśnie wychodził, tak że zaplątywałem się w tysiące zatargów i przez to omijało mniewszystko.

Ach! ach! Gdzież jesteście, błogie sny o przyszłymszczęściu? Jak to ja dumnie marzyłem, że dojdę tu ażdo rangi tajnego sekretarza! Ale czyż moja zła gwiazda nie uczyniła najlepszych protektorów moich wrogami?

Wiem, że ten radca tajny, któremu mnie polecono,nie znosi ostrzyżonych włosów; fryzjer z trudemprzyczepia mi mały warkoczyk w tyle głowy, ale przypierwszym ukłonie fatalny sznurek pęka, a wesołymops, który mnie obwąchuje, z triumfem aportuje warkoczyk panu radcy tajnemu. Ja rzucam się na psaprzerażony i wpadam na stół, przy którym pan radcapracował jedząc śniadanie — i oto filiżanki, talerze,kałamarz i puszka z piaskiem zlatują z hałasem napodłogę, a strumień czekolady i atramentu zalewa napisany przed chwilą raport. — Czyś pan zwariował?! — ryczy rozzłoszczony radca tajny i wyrzucamnie za drzwi.

Cóż to pomoże, że mi pan konrektor Paulmann robi nadzieję na posadę sekretarza? Czyż pozwoli na tozła gwiazda, która mnie wciąż prześladuje?!

Albo dzisiaj! Chciałem ten miły dzień Wniebowstąpienia przepędzić tak przyjemnie, chciałem przecieżcoś niecoś na ten cel poświęcić. Mogłem równie dobrze jak każdy inny gość u Linka zawołać z dumą: —Kelner! Butelka dubeltowego piwa! Ale proszę o najlepsze! — Mógłbym był tam siedzieć aż do późnegowieczora, może nawet tuż obok jakiejś grupki wspaniale ubranych, pięknych dziewcząt. Dobrze wiem, żenabrałbym wtedy odwagi, stałbym się zupełnie innymczłowiekiem; tak! posunąłbym się aż do tego, że gdyby jedna z nich zapytała: — Która też może być terazgodzina? — albo: — Cóż to oni grają? — podskoczyłbym wtedy lekko, nie wywracając mojej szklanki, niepotykając się o ławkę; podszedłbym kilka kroków,ukłonił się i powiedział: — Mademoiselle, pozwoli pani sobie wyjaśnić, to jest uwertura z Dziewicy Dunaju — albo: — Zaraz wybije szósta — Czyż jest naświecie człowiek, który by mi to wziął za złe? Nie! Jestem przekonany, że owe dziewczęta popatrzałyby nasiebie z takim filuternym uśmiechem, jak to zwyklebywa, kiedy nabieram odwagi i chcę pokazać, że i jatakże znam się na lekkim światowym tonie i umiemzachować się wobec dam. Ale cóż? Szatan wepchnąłmnie w ten przeklęty kosz z jabłkami i oto muszęw samotności palić tytoń higieniczny...

Tu przerwały studentowi Anzelmusowi jego rozmowę z sobą samym jakieś szczególne szmery i szelesty,które powstały w trawie, tuż obok niego, lecz wnetprześliznęły się między gałęzie i liście bzu rozpostartego tuż ponad jego głową. Raz zdawało się, że towiatr wieczorny potrząsa liśćmi, to znów, że ptaszkiigrają wśród gałęzi, goniąc się wesoło i trzepocącskrzydełkami. A potem zaczęły się jakieś szepty i gwary, jak gdyby kwiaty zadźwięczały niby dzwoneczkiz kryształu. Anzelmus słuchał i słuchał. I wtem — samnie wiedział, jak to się stało — owe gwary, szeptania,dźwięczenia zamieniły się w ciche, rozwiewające sięsłowa:

— Wśród liści — między witkami — wśród gałęzi,wśród okiści kwiatów wijmy się, przewijajmy, prześlizgujmy się z siostrzyczkami — przewijajmy siębłyszcząc — kołyszmy się w lśnieniach — szybko,szybko, w górę — na dół — słońce wieczorne ciskastrzały promienne, wietrzyk szeleści — rosa upada —śpiewają kwiaty — ruszajmy języczkami — śpiewajmy wraz z kwiatami i gałązkami — wnet gwiazdy zabłyszczą — wracać nam trzeba — wśród kwiatówi liści, między witkami wijmy się, przewijajmy, prześlizgujmy się z siostrzyczkami.

Tak brzmiała ta odurzająca mowa. Student Anzelmus myślał: Toż to przecież tylko wiatr wieczorny,szepce jednak dzisiaj zupełnie zrozumiałymi słowami.

Ale w tej samej chwili rozdzwonił mu się ponadgłową jakby trójdźwięczny akord przeczystych dzwonów z kryształu. Spojrzał w górę i zobaczył trzy lśniące zielonym złotem wężyki, co okręciły się o gałęziei wysunęły główki ku wieczornemu słońcu. I znowupowtórzyły się w tych samych słowach rozhoworyi szeptania, a wężyki przemykały się, prześlizgiwaływśród liści, gałęzi do góry i na dół; a kiedy poruszałysię tak szybko, zdało się, że to krzak bzowy sypie tysiącem płomienistych szmaragdów poprzez ciemneliście.

To słońce wieczorne tak igra i lśni na drzewie —myślał student Anzelmus; ale nagle znowu zadźwięczały dzwony z kryształu i Anzelmus zobaczył, że jeden z wężyków wyciągnął ku niemu główkę.

Jakby prąd elektryczny przebiegł mu przez ciało,zadrżał aż do dna duszy, bo oto para ciemnobłękitnychoczu spojrzała nań z niewysłowioną tęsknotą. Jakieśnigdy nie doświadczane uczucie największej błogościi najostrzejszego bólu omal nie rozsadziło mu piersi.A kiedy pełen żaru pożądania wpatrywał się w te przesłodkie oczy, silniej zadźwięczały rozkoszne akordykryształowych dzwonów, opadły nań płomienisteszmaragdy, otoczyły go, migając wokół tysiącem ogników, igrając błyszczącymi nićmi ze złota. I poruszyłsię bzowy krzak, i rzekł:

— Leżałeś w cieniu moim, mój zapach owiewał cię,aleś nie pojął mnie: zapach jest mową moją, kiedy gomiłość nieci.

Wiatr wieczorny przeleciał i rzekł:

— Owiewałem sny twoje, aleś nie pojął mnie:tchnienie jest mową moją, kiedy je miłość nieci.

Poprzez chmury wyjrzały słoneczne promienie,a blask ich zdawał się gorzeć wyrazami:

— Oblewałem cię żarem roztopionego złota, aleśnie pojął mnie. Żar jest mową moją, kiedy go miłośćnieci.

I coraz głębiej, coraz silniej zatapiał się wzrok jegow rozkoszny błękit dwojga oczu, coraz goręcej płonęła tęsknota, coraz potężniej paliło pożądanie. A wkoło zadrżało, poruszyło się wszystko, jak gdyby obudzone do radosnego życia. Kwiaty zapachniały wszystkie razem, a woń ich była jak cudny śpiew tysiącafletni; a śpiew ich niosły echem dalekim chmury złociste, mknące gdzieś w kraje nieznane. Lecz gdy tylkoostatni promień słońca zniknął za górami, a zmierzchrzucił cień na ziemię, z odległej dali zabrzmiał nagleszorstki, głęboki głos:

— Hej, hej! A cóż to tam za hałasy i gwary? Hej,hej! Kto mi tam szuka promienia za górami? Dosyćświecenia, dosyć śpiewania! Hej, hej! przez krzaki,przez trawy — Przez trawy, przez rzeki! Hej, hej! Dodo-o-o-mu! Do do-o-o-mu!

I tak rozpłynął się głos, jakby w pomruku dalekiego grzmotu, a dzwony z kryształu zazgrzytały ostrymdysonansem. Wszystko ucichło — i Anzelmus zobaczył, jak owe trzy węże, lśniąc i błyskając wśród trawy, pełzły ku rzece; szemrząc, szeleszcząc rzuciły sięw Elbę, a nad falami, w których się zanurzyły, zatrzeszczał zielony płomień i sunął po rzece ukośniew kierunku miasta.

Wigilia druga

Jak studenta Anzelmusa brano za pijanego i niespełna rozumu. — Przejażdżka po Elbie. — Aria brawurowa kapelmistrza Grauna. — Wódka żołądkówka u Conradiegoi sprzedawczyni jabłek w brązie odlana.

— Temu panu się chyba w głowie pomieszało —mówiła jakaś szanowna obywatelka, która, wracającz rodziną ze spaceru, przystanęła nagle i z założonymi rękami przyglądała się, co za niepojęte rzeczy wyprawiał student Anzelmus. Młodzieniec bowiem objąłpień bzowego drzewa i wołał bezustannie w gęstwęgałęzi i liści:

— O, tylko raz jeszcze zalśnijcie, zajaśniejcie, najdroższe, złote wężyki, tylko raz jeszcze przemówciedzwoneczkami waszych głosów! Tylko raz jeszczespojrzyjcie na mnie, rozkoszne oczy błękitne, tylkoraz jeszcze — inaczej zginę w bólu i palącej tęsknocie!

I wzdychał, i jęczał przy tym żałośnie z głębi duszy,i w pożądaniu i niecierpliwości potrząsał bzowymdrzewem, które za całą odpowiedź szeleściło liśćmigłucho i niezrozumiale i zdawało się w ten sposóbjawnie drwić z bólu studenta Anzelmusa.

— Temu panu chyba się w głowie pomieszało —powiedziała mieszczka, a Anzelmus poczuł się, jakbygo ktoś w ciężkim śnie potrząsnął lub oblał lodowozimną wodą, tak że się zbudził gwałtownie. Teraz dopiero ujrzał wyraźnie, gdzie się znajduje, i uświadomił sobie, jak to rozdrażniły go jakieś szczególniejszemary i nawet doprowadziły do tego, że zaczął głośnomówić do siebie. Zmieszany patrzał na stojącą przednim kobietę i wreszcie chwycił leżący na ziemi kapelusz, aby uciec stąd natychmiast.

Tymczasem zbliżył się doń również ojciec rodzinyi postawiwszy na trawie dziecko, które niósł na ręku,oparł się na lasce i ze zdziwieniem przypatrywał sięi przysłuchiwał studentowi. A potem podniósł fajkęi woreczek z tytoniem, które Anzelmus upuścił, i podając mu obydwa przedmioty, rzekł:

— Nie lamentujże pan tak strasznie w ciemnościi nie niepokój pan ludzi, jeżeli właściwie nic ci się niestało, tylkoś pan, jak widać, za głęboko zajrzał do kieliszka, ot, idź pan lepiej do domu i wyśpij się pan porządnie!

Student Anzelmus uczuł się bardzo zawstydzonym,wydobył z siebie tylko płaczliwe: ach!

— No, no — mówił dalej mieszczanin — nie ma sięznowu czym tak przejmować. To się zdarza najporządniejszym ludziom, a przy miłym dniu Wniebowstąpienia można przecież ze szczerego serca pozwolić sobietrochę ponad miarę. Można to chyba wybaczyć nawetsłudze bożemu — jesteś pan, zdaje się, kandydatemteologii. Ale pozwoli pan, że nabiję sobie fajkę pańskim tytoniem, bo mój się właśnie skończył.

Powiedział to właśnie, gdy student Anzelmus chciałjuż schować i fajkę, i woreczek, a teraz ów mieszczuchpowoli i z namysłem zaczął czyścić swoją fajkę, potem równie powoli zabrał się do jej nabijania. Jednocześnie zaś podeszło ku nim wiele dziewcząt, któreszeptały coś po cichu z żoną obywatela i chichotały między sobą, patrząc na Anzelmusa. A ten stał jakna ostrych cierniach i rozżarzonych szpilkach. Więcskoro tylko oddano mu fajkę i woreczek z tytoniem,uciekł stamtąd co tchu. Wszystkie dziwy, na które patrzał, ulotniły mu się zupełnie z pamięci, przypomniałsobie tylko, że pod bzowym drzewem gadał głośnojakieś niestworzone rzeczy, co było dlań tym okropniejsze, że od dawna miał głęboki wstręt do wszystkich, co mówią sami do siebie. „Szatan gada przeznich” — mawiał jego rektor, a on wierzył święcie, żeto prawda. Nie do zniesienia była myśl, że brano goza candidatus theologiae pijanego w dzień Wniebowstąpienia. Już chciał skręcić w aleję topolową przyogrodzie Cosel, gdy jakiś głos za nim zawołał:

— Panie Anzelmie! Panie Anzelmie! Do stu piorunów, dokądże pędzisz pan tak wściekle?

Student zatrzymał się, jakby w ziemię wrósł. Byłprzekonany, że wnet nowe nieszczęście zwali mu sięna głowę. Głos odezwał się znowu:

— Panie Anzelmie, no, wróćże się pan, czekamy tunad wodą!

Teraz dopiero nasz student poznał, że to jego przyjaciel, konrektor Paulmann go woła; wrócił nad Elbęi spotkał tam konrektora z dwoma córkami oraz panaregistratora Heerbranda, wszyscy mieli właśnie zamiar wsiąść w łódkę. Konrektor zaprosił studenta, abyprzejechał się z nim po Elbie i potem spędził wieczórw jego domu, znajdującym się na Przedmieściu Pirnańskim. Student Anzelmus bardzo chętnie przyjął zaproszenie, gdyż sądził, że może wymknie się jakoś fatalności, która dziś nad nim ciążyła.

Kiedy już płynęli z prądem, zdarzyło się, że na drugim brzegu, koło ogrodu Antoniego, puszczano ogniesztuczne. Z hukiem i sykiem strzelały w górę rakiety,a lśniące gwiazdy pękały w powietrzu, siejąc wokółtysiące trzaskających iskier i płomieni. Student Anzelmus siedział skulony tuż obok wiosłującego przewoźnika; kiedy zobaczył w wodzie odbicie rozpryskujących się w powietrzu iskier i wstęg ognistych, zdałomu się, że to złote wężyki pełzają po falach. Wszystkie dziwy, jakich był świadkiem pod bzowym drzewem, znowu stanęły mu jak żywe przed oczyma i odnowa ogarnęła go ta sama niewysłowiona tęsknota,to samo palące pożądanie, które mu tam zaciskały serce w kurczowo bolesnym zachwycie.

— Ach, wy żeście to znowu, wężyki złociste?! Śpiewajcie, ach, śpiewajcie! W śpiewie waszym pojawiąsię znowu te drogie, rozkoszne, ciemnobłękitne oczy.Ach, czyżbyście były tam, pod falami?

Tak zawołał student Anzelmus i uczynił przy tymgwałtowny ruch, jakby chciał zaraz skoczyć z łódkiw wodę.

— Opętany, czy co?! — krzyknął przewoźniki chwycił go za połę fraka.

Panienki, które siedziały koło niego, krzyknęłyprzerażone i uciekły na drugą stronę łodzi; registrator Heerbrand szepnął coś konrektorowi Paulmannowido ucha, na co ten zaczął mu coś długo tłumaczyć, leczstudent Anzelmus zrozumiał z tego tylko pojedynczesłowa:

—... Miewa podobne napady... jeszcześ pan nie zauważył?

Wkrótce potem powstał również konrektor Paulmann i z nieco uroczystą, urzędowo poważną minąprzysiadł się do studenta Anzelmusa; ujął go za rękęi rzekł:

— Jak się pan czuje, panie Anzelmie?

Student Anzelmus nieledwie że odchodził od przytomności, gdyż czuł, że w głębi duszy powstawało mujakieś straszliwe rozdwojenie, które na próżno starałsię opanować. Ujrzał teraz wyraźnie, że to, co uważałza lśnienia złotych wężyków, było jedynie odbiciemogni sztucznych koło ogrodu Antoniego; ale jakieś nigdy nie doświadczone uczucie, sam nie wiedział, czyrozkosz, czy ból, zaciskało mu pierś konwulsyjnie,a kiedy przewoźnik tak zanurzał wiosło w wodę, żeburzyła się i pieniła, jakby w złości, pluskała i szumiała, rozróżnił w tych bulgoczących szmerach jakby tajemne szeptanie:

— Anzelmie! Anzelmie! Czyż nie widzisz, że płyniemy ciągle przed tobą? Siostrzyczka patrzy znowu naciebie. Uwierz, uwierz, uwierz w nas!

I zdało mu się, że widzi odblask trzech zielonych,żarzących się smug. Lecz kiedy potem, z sercem zamierającym z tęsknoty, patrzał na wodę, czy nie wyjrzą nań spośród fal te rozkoszne oczy, zrozumiał znów,że ów odblask ma swe źródło w oświetlonych oknachniedalekich domów. I siedział tak, milcząc i walczącz sobą w głębi duszy; ale konrektor Paulmann zapytał jeszcze głośniej:

— Jak się pan czuje, panie Anzelmie?

Student odpowiedział bardzo nieśmiało:

— Ach, kochany panie konrektorze, gdybyś panwiedział, co ja dzisiaj za nadzwyczajne rzeczy śniłemna jawie, z otwartymi oczami, pod bzowym drzewem,pod murem ogrodu Linka, ach, na pewno nie miałbymi pan za złe, że jestem jak nieprzytomny...

— Aj, aj, panie Anzelmusie — przerwał konrektorPaulmann — miałem pana zawsze za solidnego młodzieńca, ale śnić — z szeroko otwartymi oczami śnić,a potem nagle ni stąd, ni zowąd chcieć skakać do wody — to już, przepraszam pana, to już mogą tylko ludzie niespełna rozumu albo kpy!

Studenta Anzelmusa głęboko zasmuciły ostre słowaprzyjaciela, lecz nagle odezwała się najstarsza córkaPaulmanna, Weronika, bardzo ładna, bujna, szesnastoletnia dziewczyna:

— Ach, kochany ojcze, musiało się przecież panuAnzelmusowi przytrafić coś bardzo nadzwyczajnego.Może mu się tylko zdaje, że to było na jawie, w rzeczywistości musiał pod tym bzowym krzakiem zasnąći przyśniły mu się rozmaite głupstwa, które mu teraznie dają spokoju.

— Ależ najszanowniejsza panno Weroniko, zacnykonrektorze — zabrał głos pan registrator Heerbrand — czyż nie można i nie śpiąc pogrążyć się w pewien stan marzenia, śnienia? Bo proszę tylko posłuchać, co mnie się przydarzyło. Kiedym siedział pewnego razu po obiedzie przy kawie w takim stanie majaczenia, w takiej chwili cielesnej i umysłowej błogości, przyszło mi nagle jakby natchnienie, zobaczyłem, gdzie znajduje się pewien zgubiony akt sądowy;a wczoraj znowu w podobny sposób tańcowała miprzed szeroko otwartymi oczyma jakaś wspaniała fraktura łacińska.

— Ach, najszanowniejszy registratorze — odparłkonrektor Paulmann — zawsześ pan miał taką skłonność ku poeticis, a wtedy łatwo wpada się w fantastyczność i romantyzm.

Ale studentowi Anzelmusowi było przyjemnie, żesię ktoś za nim ujął w tym niezwykle przykrym położeniu, kiedy go miano za pijanego lub niespełna rozumu, i chociaż było dość ciemno, zdało mu się, żeteraz dopiero zauważył prawdziwie ładne, cicmnobłękitne oczy Weroniki — które mu jednak wcale nieprzypominały przedziwnych oczu, widzianych podbzowym drzewem. W ogóle studentowi Anzelmusowiznów zupełnie wyleciała z pamięci cała przygoda podbzowym drzewem; uczuł, że mu lekko i wesoło —tak! — doszedł nawet jakby w nadmiarze swawolnegozuchwalstwa do tego, że przy wysiadaniu z łódki podał pomocną dłoń obrończyni swojej, Weronice, a potem, gdy szli już razem, pod rękę, doprowadził jąz taką zręcznością i tak szczęśliwie do domu, że raztylko jeden się pośliznął, a ponieważ tam właśnie była jedyna na całej drodze kałuża, więc tylko bardzonieznacznie obryzgał białą suknię Weroniki.

Szczęśliwa zmiana w usposobieniu studenta Anzelmusa nie uszła uwagi konrektora Paulmanna, któryna powrót uczuł sympatię do niego i przepraszał zaostre słowa, wypowiedziane przed chwilą.

— Tak — dodał — zapewne, liczne są na to przykłady, że nieraz uroi się człowiekowi jakie widziadło,które może go niepokoić i dręczyć; ale to jest choroba cielesna i pomagają na to pijawki, które się przystawia, salve venia, na zadku, jak to dowodził pewiensławny profesor, który niedawno umarł.

Student Anzelmus istotnie sam nie wiedział, czy byłpijany, obłąkany czy chory; w każdym jednak raziepijawki wydawały mu się zupełnie zbyteczne, ponieważ mniemane widziadła znikły zupełnie, a zresztączuł się coraz weselszym w miarę, jak starał się nadskakiwać pięknej Weronice.

Po skromnej wieczerzy, jak zwykle, zaczęło się muzykowanie; student Anzelmus musiał zasiąść przyfortepianie, a Weronika zaśpiewała coś swoim jasnym, czystym głosem.

— Szanowna panno Weroniko — rzekł registrator Heerbrand — pani ma głos jak dzwon kryształowy!

— No, to chyba nie! — wyrwało się studentowiAnzelmusowi, sam nie wiedział, jakim sposobem,a wszyscy spojrzeli nań ze zdziwieniem i pomieszaniem.

— Kryształowe dzwony dźwięczą w bzowych drzewach tak cudnie! Tak cudnie! — mruczał dalej student Anzelmus półgłosem.

Lecz Weronika położyła mu dłoń na ramieniu i rzekła:

— Co pan tam mówi, panie Anzelmusie?

Natychmiast student znowu zupełnie otrzeźwiał i zaczął grać. Konrektor Paulmann spojrzał nań chmurnie, ale pan registrator Heerbrand położył nuty napulpicie i zaśpiewał wspaniale brawurową arię kapelmistrza Grauna. Student Anzelmus akompaniowałjeszcze coś niecoś, a wreszcie duet fugowy, który zaśpiewał z Weroniką, a który skomponował sam konrektor Paulmann, wprowadził wszystkich w znakomity humor.

Jednakże czas upływał, było już dość późno, więcregistrator Heerbrand sięgnął po laskę i kapelusz, alekonrektor Paulmann zbliżył się ku niemu tajemniczoi rzekł:

— Aj, gdybyś pan sam zechciał, szanowny registratorze, kochanemu panu Anzelmusowi, no! to, o czymprzedtem mówiliśmy.

— Z największą przyjemnością! — odpowiedział registrator Heerbrand i kiedy wszyscy usiedli, zacząłmówić, co następuje:

— Jest tutaj pewien stary, nadzwyczajny, zadziwiający człowiek; opowiadają, że służy wszelkiej wiedzytajemnej; ale ponieważ wiedza taka nie istnieje, więcja uważam go raczej za uczonego antykwariusza,a oprócz tego może za badacza, zajmującego się chemią doświadczalną. Mam na myśli oczywiście naszegotajnego archiwariusza Lindhorsta. Mieszka, jak panowie wiecie, sam w swoim starym, ustronnym domui jeśli go nie zajmują sprawy służbowe, zawsze gomożna zastać w jego bibliotece lub w jego pracownichemicznej, do której jednakże nie wpuszcza nikogo.Oprócz wielu rzadkich ksiąg posiada on także mnóstworękopisów, po części arabskich, koptyjskich, a nawetpisanych jakimiś szczególnymi znakami, nie należącymi do żadnego ze znanych języków. Otóż on właśniepragnie, aby mu je zręcznie przepisywano, a do tegotrzeba człowieka, który umie rysować piórem, któryby mógł wszystkie te znaki przenieść na pergamin —i to jeszcze tuszem — z jak największą dokładnościąi sumiennością. Praca ma się odbywać w jakimś osobnym pokoju w jego domu, pod jego osobistym kierunkiem. Oprócz obiadu, podawanego w godzinach pracy,ofiarowuje za to bitego talara dziennie i obiecuje jeszcze jakiś pokaźny podarek, jeżeli przepisywanie udasię szczęśliwie aż do końca. Praca odbywa się codziennie od dwunastej do szóstej. Od trzeciej do czwartej —obiad i odpoczynek. Ponieważ panu Lindhorstowi jużz kilkoma ludźmi nie udały się próby tego przepisywania, więc zwrócił się w końcu do mnie, abym mu wyszukał jakiegoś zręcznego kopistę, wtedy zaraz pomyślałem o panu, kochany panie Anzelmusie, ponieważwiem, że pan nie tylko bardzo ładnie i porządnie pisze,lecz także bardzo ozdobnie i czysto rysuje piórem.Jeżeli więc zechce pan w tym ciężkim czasie, dopókipan nie znajdzie jakiej stałej posady, zarabiać bitegotalara dziennie, a w dodatku jeszcze otrzymać upominek, to niechże pan będzie łaskaw zajść jutro punktualnie o dwunastej w południe do pana archiwariusza,który mieszka — no, pan pewnie wie, gdzie. Ale strzeżsię pan wszelkich plam atramentu; jeżeli kleks upadniena odpis, to musisz pan bez gadania zaczynać znówod początku, jeżeli upadnie na oryginał, to pan archiwariusz potrafi pana za okno wyrzucić, bo to człowiekprędki.

Student Anzelmus ucieszył się całą duszą z propozycji registratora Heerbranda; bo nie tylko że ładniepisał i rysował piórem, lecz mozolne, kaligraficzneprzepisywanie było wprost jego namiętnością; podziękował więc w najuprzejmiejszych słowach swoim protektorom i obiecał dobrze pamiętać o jutrzejszej godzinie dwunastej. W nocy majaczyły mu przed oczymasame błyszczące, bite talary, a w uszach brzmiał muich luby brzęk. I któż by to mógł mieć za złe biedakowi, którego dziwaczna, nieszczęsna przygoda odarłaz tak skromnych nadziei i który musiał teraz liczyć sięz każdym groszem, odmawiając sobie najdrobniejszychprzyjemności, do jakich parła go młodzieńcza żądzażycia.

Już od wczesnego rana kompletował swoje ołówki,pióra, chiński tusz; archiwariuszowi, myślał, trudnochyba będzie znaleźć lepsze przybory. Przede wszystkim zaś uporządkował swoje arcydzieła kaligraficzneoraz rysunki, aby przedstawić je archiwariuszowi nadowód, że potrafi zadośćuczynić jego wymaganiom.Wszystko poszło jak z płatka, zdawało się, że unosi sięnad nim jakaś szczególnie szczęśliwa gwiazda, krawatułożył się od razu, przy pierwszym zawiązaniu, bez zarzutu, żaden szew nie pękł, nie puściło żadne oczkow czarnych, jedwabnych pończochach, kapelusz nieupadł ani razu na zakurzoną podłogę, on zaś był jużgotów, ubrany czysto i porządnie. Jednym słowem,punktualnie o wpół do dwunastej student Anzelmus —w swoim szczupaczoszarym fraku i czarnych, atłasowych spodniach, ze zwitkiem rękopisów kaligraficznych i rysunków piórkowych w kieszeni — stał jużprzy Schlosstrasse w sklepie Conradiego i pił jeden,potem drugi kieliszek najlepszej wódki, żołądkówki,bo tutaj — myślał, uderzając się po pustej kieszeni —wnet zadzwonią bite talary.

Pomimo iż dość daleko było do ustronnej ulicy, przyktórej znajdował się odwieczny dom archiwariuszaLindhorsta, student Anzelmus zdążył przed bramę jeszcze przed dwunastą. Przystanął i przypatrywał sięwielkiej kołatce z brązu u bramy; ale kiedy wrazz ostatnim potężnie rozbrzmiewającym w powietrzuuderzeniem godziny dwunastej na zegarze wieżowymkościoła Świętego Krzyża chciał chwycić za kołatkę,aby zadzwonić, nagle wyrzezana na kołatce twarz wyciągnęła się we wstrętnym grymasie, wykrzywiła sięw szatańskim, szyderczym uśmiechu, niebieskie oczybłysnęły żarem. Ach! To była sprzedawczyni jabłekspod Czarnej Bramy. Ostre zęby zgrzytnęły w obwisłej gębie, a w zgrzycie tym charczało:

— Ty durniu! durniu, durniu, Waruj teraz, waruj!Czemużeś się wyrwał! Durniu!

Student Anzelmus rzucił się w tył przerażony, chciałchwycić za węgar u bramy, lecz dłoń jego natrafiła nasznurek od dzwonka i pociągnęła ku sobie, a wtedy zaczęło dzwonić i dzwonić, coraz mocniej, fałszywiej,przeraźliwiej, a w opuszczonym domu echo rozbrzmiewało głucho i szydziło okropnie, mknąc poprzez pustesale:

— Zginiesz w krysztale! Zginiesz w krysztale!!

Groza ogarnęła studenta Anzelmusa, mróz febryczny wstrząsnął nim kurczowo od stóp do głów. Sznurod dzwonka opuścił się ku niemu i stał się olbrzymim,białawym, przezroczystym wężem, który oplótł goi dławił, coraz silniej i silniej zaciskając zwoje, ażkruche członki miażdżone z trzaskiem popękały, ażkrew wytrysnęła z żył przenikając w przezroczysteciało węża i barwiąc je na czerwono.

— Zabij mnie! Zabij mnie! — chciał krzyczeć Anzelmus w dzikim strachu, ale krzyk jego był jeno jakgłuche rzężenie.

Wąż podniósł głowę i długi, ostry język z rozpalonej stali położył na jego piersi, a wtedy wnikliwy,ostry ból przeciął raptownie arterie życia Anzelmusai ogarnęło go zapomnienie.

Kiedy znów przyszedł do siebie, leżał na swoimubogim łóżku. Przed nim stał konrektor Paulmanni mówił:

— Na miłość boską, co pan wyrabiasz, kochany panie Anzelmusie!

Wigilia trzecia

Wiadomości o rodzinie archiwariusza Lindhorsta. — Błękitne oczy Weroniki. — Registrator Heerbrand.

— Duch unosił się nad wodami i przewalało się coś,i huczało w spienionych bałwanach, i z grzmotem spadało w bezdenne przepaści, które otworzyły swe czarne paszczęki, by wchłaniać i wchłaniać pożądliwie.A skały granitowe, jak pełni chwały zwycięzcy,wznosiły swe zębato ukoronowane głowy, czyniącstraż nad doliną, aż słońce przyjęło ją na swe matczyne łono i otaczając złotymi promieniami, pieściło ją,ogrzewało, niby w palących ramionach. A wtedy tysiąc nasion, drzemiących pod piaskiem jałowym, obudziło się z głębokiego snu; i wysunęły się przed oblicze matczyne zielone listki, łodygi, a kwiaty, jakuśmiechnięte dzieci na zielonej łące, spoczywaływ zalążkach i pączkach, póki ich matka także nieobudziła, i przystroiły się tymi blaski, którymi obdarzyła je dobroć matczyna, by cieszyły się przepychemwłasnego ubarwienia. Ale w środku doliny znajdowałsię czarny wzgórek, który wznosił się i opadał, jakpierś człowieka, gdy ją wzdyma tęsknota. Z czeluściwybuchały kłębiące się dymy i zbijając się w marywrogie, olbrzymie, próbowały zasłonić matki oblicze;lecz ona przywołała burzę, która rzuciła się na niei rozpędziła je; a kiedy czysty promień znowu spoczął na czarnym wzgórzu, wtedy w nadmiarze zachwytu wykwitła stamtąd promienista lilia, otwierając swe cudne listki, niby usta rozkoszne, by chłonąćsłodkie pocałunki matczyne. Wtedy olśniewająceświatło przeszło przez dolinę. Był to młodzieniec Fosforus, którego płomienista lilia spostrzegła i ogarnięta gorącą, tęskną miłością błagała: „Ach, bądź moimna wieki, piękny młodzieńcze! Albowiem kocham cięi zginę, jeżeli mnie opuścisz”. Młodzieniec Fosforus odpowiedział: „Pragnę być twoim, o piękny kwiecie,ale ty wtedy jak wyrodne dziecko opuścisz ojca i matkę, nie będziesz już chciała znać swoich rówieśników, zapragniesz być większą i potężniejszą niżwszystko, co cieszy się z tobą razem, jako podobnetobie. Tęsknota, która teraz tak lubo ogrzewa całątwą istotę, rozbita na tysiąc promieni, sprawi ci mękinajsroższe; albowiem zmysłowość rodzi żądzę, a rozkosz najwyższa wzniecona przez iskrę, którą w ciebie rzucę, będzie beznadziejnym bólem, w którym zginiesz, by narodzić się znowu, lecz w innej, obcej sobiepostaci. Tą iskrą jest myśl!” „Ach — skarżyła sięlilia — czemuż nie mogę być twoją w tym płomieniu,jaki teraz we mnie płonie? Czyż mogłabym cię kochaćwięcej niż teraz, czyż mogłabym patrzeć na ciebie jakteraz, gdybyś mnie zniszczył? ” I pocałował ją młodzieniec Fosforus i jakby na wskroś światłem przeniknięta, stanęła cała w płomieniach, z których powstała nowa, obca istota, co szybko uleciała w doliny, by krążyć po nieskończonych przestworzach, anidbając o rówieśników młodości, ani też o ukochanegomłodzieńca. A ten opłakiwał utraconą kochankę, gdyżi jego także tylko bezgraniczna miłość do pięknej liliisprowadziła w samotną dolinę; a skały z granitu pochyliły swe głowy, współczując boleści młodzieńca.Ale jedna ze skał otworzyła swe łono i z szumem potężnych skrzydeł wyleciał z niej czarny smok i powiedział: „Bracia moi — metale drzemią tam w głębinach, ale ja nie śpię, ja czuwam i chcę ci dopomóc.” — I wznosząc się, opadając i krążąc, smokchwycił wreszcie istotę z lilii poczętą, zaniósł ją napagórek i wziął ją pod swoje skrzydła; a wtedy napowrót stała się lilią, ale pozostała w niej myśl i szarpała jej wnętrze, a miłość ku młodzieńcowi Fosforusowi stała się palącym bólem, od którego, owiane jadowitymi dymy, więdły i umierały kwiaty, co dawniej cieszyły się jej widokiem. Młodzieniec Fosforuswłożył lśniący pancerz, mieniący się tysiącem barwi promieni i walczył ze smokiem, który uderzył swymczarnym skrzydłem o zbroję, aż jasny, mocny dźwiękrozbrzmiał w dolinie; a od tego potężnego dźwiękuznowu ożyły kwiaty i trzepotały się jak barwne ptaki wkoło smoka, aż opuściły go siły, aż, zwyciężony,ukrył się w ziemi głębinach. Lilia była wolna, młodzieniec Fosforus objął ją pełen palącego pożądania,niebiańskiej miłości, a w uniesieniu radosnym pokłoniły się jej kwiaty i ptaki, i nawet wysokie skałyz granitu, jako królowej doliny.

— Przepraszam pana, to są jakieś wschodnie bajdy, szanowny panie archiwariuszu! — odezwał się panregistrator Heerbrand — my zaś prosiliśmy pana przecież, abyś nam pan, jak to pan zwykle czyni, opowiedział coś ze swojego tak bardzo osobliwego życia, naprzykład jaką przygodę z podróży, no, ale przecieżcoś prawdziwego.

— Więc o cóż chodzi? — odpowiedział pan archiwariusz Lindhorst. — To, co wam opowiedziałem, jestczymś jak najbardziej prawdziwym, co właśnie miałem na podorędziu dla was, a co zarazem łączy sięw pewien sposób z moim życiem. Gdyż ja właśniepochodzę z owej doliny, a płomienista lilia, która tambyła królową, jest moją praprapraprababką, wskutekczego jestem właściwie księciem.

Wszyscy wybuchnęli niepohamowanym śmiechem.

— Śmiejcie się sobie z całego serca — mówił dalej archiwariusz Lindhorst — to, co tu, zresztą dośćpobieżnie, opowiedziałem, może się wam zapewne wydawać wariackie i głupie, ale swoją drogą nic maw tym ani cienia niedorzeczności, ani też nawet żadnej alegorii, tylko dosłowna prawda. Gdybym byłwiedział, że tak mało przypadnie wam do gustu tawspaniała historia miłosna, której i ja także zawdzięczam swe istnienie, byłbym wam opowiedział raczejcoś niecoś o nowinach, których mi dostarczył mój bratpodczas wczorajszych odwiedzin.

— Aa, jak to?! Więc pan ma brata, panie archiwariuszu? Gdzież on jest? Gdzie mieszka? Czy jesttakże urzędnikiem królewskim albo może prywatnymuczonym? — zapytywano ze wszystkich stron.

— Nie! — odpowiedział chłodno archiwariusz, zażywając niedbale niuch tabaki — on zszedł na złądrogę i przystąpił do smoków.

— Jakże to pan był łaskaw powiedzieć, najszanowniejszy panie archiwariuszu? — zabrał głos registrator Heerbrand. — Do smoków?!

— Do smoków?! — rozległo się ze wszystkich stronjak echo.

— Tak, do smoków — mówił dalej archiwariuszLindhorst. — Była to właściwie desperacja. Wiadomowam, moi panowie, że mój ojciec umarł bardzo niedawno, najwyżej trzysta osiemdziesiąt pięć lat temu — dlatego też noszę jeszcze żałobę; otóż on właśnie pozostawił mi w spadku, jako swemu ulubieńcowi, wspaniały onyks, który brat mój chciał posiąśćza wszelką cenę. Przy zwłokach ojca pokłóciliśmy sięo ten klejnot tak bezwstydnie, że nieboszczyk straciłcierpliwość, zerwał się i zrzucił mojego brata ze schodów. Ten zaś tak bardzo to sobie wziął do serca, żestante pede przystąpił do smoków. Obecnie mieszkaw jakimś lasku cyprysowym niedaleko Tunisu i tampilnuje sławnego mistycznego karbunkułu, na któryczatuje jakiś piekielny nekromanta, co bawi na letnimmieszkaniu w Laponii; dlatego też brat — jeżeli michce przelotnie opowiedzieć, co tam dobrego słychaću źródeł Nilu — może zejść z posterunku zaledwiena kwadransik, kiedy nekromanta opatruje właśniew ogrodzie swe grzędy salamander.

Po raz drugi obecni wybuchnęli szalonym śmiechem,ale studentowi Anzelmusowi zrobiło się po prostustraszno. Nie mógł spojrzeć w surowe, jakby zamarłeoczy archiwariusza Lindhorsta, aby nie zadrżeć dogłębi w niepojęty dla niego samego sposób. Chwilami szorstki, ale dziwnie metalicznie brzmiący głos archiwariusza Lindhorsta miał dlań coś tak tajemniczownikliwego, że czuł, jak mu szpik w kościach tężeje.

Zdawało się, że niepodobna będzie już dzisiajosiągnąć właściwego celu, dla którego registrator Heerbrand zabrał ze sobą młodzieńca do kawiarni. Poowym wypadku przed domem archiwariusza Lindhorsta nie można było w żaden sposób namówić studenta Anzelmusa, aby odważył się pójść tam po raz drugi. Bo według jego najgłębszego przekonania tylkoprzypadek ocalił go, jeśli nie od śmierci, to w każdym razie od niebezpieczeństwa pomieszania zmysłów. Konrektor Paulmann przechodził przez ulicęwłaśnie wtedy, kiedy młodzieniec leżał bez przytomności przed bramą, a jakaś stara kobieta — odstawiwszy na bok swój kosz z jabłkami i ciastkami —zajmowała się nim. Konrektor Paulmann sprowadziłnatychmiast nosze i kazał go przenieść do domu.

— Można o mnie myśleć, co się komu podoba —mówił student Anzelmus — można mnie uważać zawariata albo nie, dość, że na młocie przed bramą wykrzywiła się, wyszczerzyła na mnie przeklęta twarzczarownicy spod Czarnej Bramy; co się potem stało,0tym już wolę wcale nie mówić; ale gdybym, ocuciwszy się z omdlenia, zobaczył przed sobą znowu tępiekielnicę, co jabłka sprzedaje (boć to ona właśniepochylała się tam nade mną), to w jednej chwili dostałbym jakiegoś ataku sercowego albo pomieszaniazmysłów.

Wszystkie namowy, wszelkie rozsądne przedstawienia konrektora Paulmanna i registratora Heerbrandanie doprowadzały do niczego, nawet niebieskookaWeronika nie mogła go wyrwać ze stanu jakiegośgłębokiego zamyślenia, w które się pogrążył. Zaczętogo wreszcie uważać za istotnie chorego umysłowoi szukano sposobów, aby go rozerwać, a registratorHeerbrand przypuszczał, że najskuteczniejszym na tosposobem będzie zajęcie u archiwariusza Lindhorsta,a mianowicie kopiowanie rękopisów. Stąd powstał zamiar, by przy jakiejś okazji przedstawić studenta Anzelmusa archiwariuszowi Lindhorstowi, a ponieważregistrator Heerbrand wiedział, że ten bywa prawieco wieczór w pewnej znanej kawiarni, zaprosił studenta Anzelmusa, aby co wieczór tam zachodził i najego koszt wypijał przy fajce szklankę piwa, aby czynił to dopóty, dopóki w ten lub inny sposób nie zawrze znajomości z archiwariuszem i nie omówi ostatecznie sprawy przepisywania rękopisów. StudentAnzelmus zgodził się na ten projekt z największąwdzięcznością.

— Będzie pan miał zasługę przed Bogiem, szanowny registratorze, jeżeli pan przyprowadzi do rozumutego młodzieńca — mówił konrektor Paulmann.

— O, tak, zasługę przed Bogiem! — powtórzyła Weronika, podnosząc pobożnie oczy ku niebu i myślącjednocześnie, że student Anzelmus już teraz jest przecież bardzo miłym młodzieńcem, nawet bez tego rozumu!

Kiedy więc archiwariusz Lindhorst, z kapeluszemi laską w ręku, chciał już właśnie skierować się kudrzwiom, registrator Heerbrand chwycił szybko studenta Anzelmusa za rękę i zastępując z nim razemdrogę archiwariuszowi, powiedział:

— Najzacniejszy panie archiwariuszu, oto jest niezwykle biegły w kaligrafii i rysunku stundent Anzelmus, który pragnie przepisywać pańskie rzadkie rękopisy.

— Niezwykle mi przyjemnie — odparł szybko archiwariusz Lindhorst, wcisnął na głowę swój trójkątny, żołnierski kapelusz, i usunąwszy na bok registratora Heerbranda i studenta Anzelmusa, zbiegłz ogromnym hałasem ze schodów, tak że obaj stanęliw osłupieniu, wytrzeszczając oczy na drzwi, które imzatrzasnął przed nosem, aż zawiasy zazgrzytały.

— To jest doprawdy zupełnie zdumiewający starzec — rzekł registrator Heerbrand.

— Zdumiewający starzec... — wybełkotał studentAnzelmus, czując, jak lodowaty strumień mrozi muwszystkie żyły, tak że nieledwie skamieniał w nieruchomy posąg.

Ale wszyscy goście śmieli się, mówiąc:

— Pan archiwariusz był dzisiaj znowu w swoimdziwacznym humorze, jutro zaś pewno będzie łagodny, cichy i nie przemówi ani słowa, będzie wpatrywał się w kłęby dymu z fajki lub czytał dzienniki;nie trzeba na to zupełnie zwracać uwagi.

Tak, to prawda — myślał student Anzelmus — któżby na to zważał! Czyż archiwariusz nie powiedział,że mu jest niezwykle przyjemnie, że chcę mu przepisywać rękopisy? Bo i dlaczegóż registrator Heerbrandzastąpił mu drogę właśnie wtedy, kiedy on chciał iśćdo domu? Nie, nie, to jest w gruncie rzeczy kochanyczłowiek ten pan tajny archiwariusz Lindhorst i zdumiewająco liberalny, tylko ma dziwaczny sposób rozmawiania. W ogóle, co mi to szkodzi? Idę tam jutropunktualnie o dwunastej — i niech się temu sprzeciwi choćby sto sprzedawczyń jabłek w brązie odlanych!

Wigilia czwarta

Melancholia studenta Anzelmusa. — Szmaragdowe zwierciadło. — Jak archiwariusz Lindhorst odleciał jako olbrzymi sęp, a student Anzelmus nie napotkał nikogo.

Zapytam chyba po prostu ciebie samego, łaskawyczytelniku, czyś nie miewał w swym życiu takich godzin, ba! takich dni i tygodni, w których wszystkietwoje codzienne sprawy wzbudzały w tobie męczącyniesmak i nudę, i w których wszystko, co uważałeśza godne twych myśli, naraz okazywało się niedorzecznym i marnym? Sam nie wiedziałeś wtedy, corobić i dokąd się zwrócić; pierś napełniało ci jakieśgłuche uczucie, że gdzieś kiedyś musi się spełnić takie marzenie, wobec którego wszelka rozkosz ziemska jest niczym, i którego twój duch, jak trwożliwe,surowo chowane dziecię, nie śmie nawet wypowiedzieć; a w tęsknocie owej za tym nieznanym, co nibysen pachnący wszędzie, gdzie tylko byłeś, dokądeśtylko szedł, otaczało cię przejrzystymi postaciami,rozpływającymi się pod bystrzejszym spojrzeniem,stawałeś się głuchy na wszystko, co cię otaczało.Mętnym wzrokiem patrzałeś wokoło, jak zakochanybeznadziejnie, i całe to barwne ludzkie targowisko,co kotłowało się przed twymi oczyma, nie sprawiałoci ani bólu, ani radości, jakbyś już nie należał do tegoświata.

Jeżeliś, miły czytelniku, przechodził kiedy takiechwile, to znasz już z własnego doświadczenia stan,w jaki popadł student Anzelmus.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.