drukowana A5
22.65
Historia kołka w płocie

Bezpłatny fragment - Historia kołka w płocie

Objętość:
111 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0431-9

Powieść ta napisaną była w chwili, gdyśmy się wszyscy gorąco zajmowali sprawą włościańską i dzielili na obozy: tych co jej rozwiązania dobrą wolą i dobrem sercem pragnęli, i tych którzy się opierali niezbędnej reformie, przekładając by nam była narzuconą, niż żeby dokonać się miała ofiarą chętną i serdeczną. Najdzikszych rozumowań nasłuchać się było można, ale zarazem — przyznać należy — były pojęcia zdrowe i serca gorące. Nigdzie może w ostatku chętniej nie poświęcono mienia dla zasady i idei. Wszelkiemi sposoby starając się rozwiązanie tej kwestji uczynić dobrowolnem i chętnem, autor napisał wówczas Mateusza żytomirskiego: Stare dzieje, i wydał w r. 1859 nakreśloną historję „Kołka w płocie”. Jest ona pamiątką tej ciekawej chwili walki, w której raz w czasie wyborów szlacheckich trzeba było we trzech stawać przeciwko trzystu. Ktoś to kiedyś zapewne zapamięta i opisze.

Zdaje mi się, że „Kołek w płocie”, choćby dla roli jaką w tej sprawie odegrał, zasługuje by go zachowano na pamiątkę.

Drezno 1874.

J. I. Kraszewski.

Rozdział pierwszy. Prolegomena i wstęp do dzieła

Że oddawna czuć się dawała potrzeba niezmierna dziejów, które dziś, nie bez obawy, przedsiębierzemy dotknąć po raz pierwszy — nikt temu pewnie nie zaprzeczy. Skromny ten obywatel świata, stojący sobie pokornie z innemi kołkami gdzie go wbito, nie domagający się wyższego stanowiska, nie wyrywający naprzód i spełniający dane mu posłannictwo z wytrwałością niezłomną, wart przecie aby mu oddano należną sprawiedliwość i spisano dzieje żywota jego, w których zaprawdę wiele jest ku nauce i zbudowaniu, a wiele ku rozrywce nawet ludzi.

Pisano obszernie o miotłach, rozwodzono się o rózgach, daleko mniej szlachetnem narzędziu, które natchnionych znalazło panegirystów; czemużbym ja nie miał napisać historji kołka w płocie, istoty skromnej, potulnej, zapomnianej, a niemniej społeczeństwu i ogrodowinie pożytecznej?

Lecz nim wejdę in medias res, pozwólcie mi łaskawego ucha (lub łaskawego oka), abym się wprzód nieco wyspowiadał wam z mojego strachu w obec tak wielkiego zadania.

Może być że ten brak odwagi wyda się wam dziwnym przy zuchwalstwie, z jakiem inni porywają się na daleko zawilsze przedmioty, nie mając po temu jeno męztwo i zarozumiałość żelazną, alem nie winien, że mnie Pan Bóg daleko od tych panów mniej śmiałym stworzył — i boję się.

Zresztą historia kołka w płocie może jest trudniejszą do napisania od niejednej biografii, zaczynającej się od daty urodzenia a kończącej dniem śmierci, we środku zaś pustej jak orzech, wygryziony przez robaka; trudniejszą od dziejów nie jednego rodu, o którym nie wiele co nad to można powiedzieć, że się nań składa jakie pięćdziesiąt pokoleń pasibrzuchów.

Kołek mój ma to do siebie, że z pozoru nic nie znaczący, przechodził jednak dziwne i zdumiewające losu koleje.

Jest to jedna z tych istot niepozornych, za którą byście nie dali trzech groszy, a przecie w potrzebie nieocenionych...

Przedmiot — widzę to — nietknięty, rzecz jest całkiem nowa, materjały dotąd nie zbadane krytycznie, sam bohater mój wzgardzony i sponiewierany — jakże tu przystąpić bez obawy do dziejów tak nierozgmatwanych i ciemnych? Historja sławnego groszakami księztwa Monaco nie byłaby trudniejszą...

Zadanie dziejopisarza narodu, kraju, bohatera, zawsze niezmiernie wielkie i ciężkie, cóż dopiero kiedy walczyć potrzeba z historją nie rozwikłaną, nie obrobioną, pogardzoną i nietkniętą przez nikogo, samemu być krytykiem faktów i tłumaczem ich znaczenia, sprawdzać daty i wykładać ich skutki, poszukiwać szczegółów i wiązać je w organiczną całość? Nie trudniej było Gerwinusowi z historją wieku dziewiętnastego, który przecie nie jest kołkiem w płocie lat ludzkości.

Od dawna zamierzając rozjaśnić ciekawe to życie, którego dziś rys dajemy, zbieraliśmy ku temu skrzętnie rozpierzchłe materjały.

Oprócz ksiąg drukowanych, w których wiele się o naszym bohaterze znajduje, choć nie łatwo tego wyszukać, posłużyły nam wielce nie wydane dotąd pamiętniki jednego krzaku łoziny i notaty starej brzozy, przed laty dziesięciu zgasłej na kuchni podkomorzyca. Zbieraliśmy także podania wiejskie miejscowe, które nie jedno ciemne miejsce w biografii naszej wyjaśniły; nareszcie plądrowaliśmy nawet regestra leśniczego i ekonoma dla wyszukania dat potrzebnych. Z tego wszystkiego, zbadanego krytycznie i przepuszczonego przez gęste rzeszoto rozbioru, utworzył się następujący rys, który, jak nam się zdaje, nie małym będzie przyczynkiem do ogólnej historji kraju naszego.

Z jakiemi na drodze tych poszukiwań walczyć musieliśmy trudnościami, ile mozołów i trudu kosztowała nas ta historja, trudno byśmy tu opowiadać mogli. Nieraz przyszło się drapać przez zarośla, deptać błoto i grzebać ziemię, aby dojść śladów zatartych istoty, skazanej przez losy na zapomnienie a przez nas zgubie wydartej.

Moglibyśmy się tu pochwalić wszystkiemi cnotami, jakie tylko po świecie chodzą, lub w jakie zwykli się ludzie na ten karnawał życia przebierać, gdyby... gdyby nie skromność nasza.

Składamy więc na ołtarzu dobra ogólnego tę ofiarę maluczką po cichu, dozwalając się czytelnikowi domyślać, cośmy uczynili i jak zasłużyli się wiele!

Rozdział drugi. Pochodzenie i młode lata bohatera

Rozpocząć tak ważny życiorys, nie powiedziawszy choć słów kilka o procedencji naszego kołka, jego antenatach i rodzie, byłoby grzechem niedarowanym biografowi... Uznaną jest rzeczą, że wiele z rodziców bierzemy i że u źródła często leżą w zarodku przyszłe nasze losy. Mógłbym tu bardzo poważnych przywieść wam pisarzy, lecz nie śmiem ich, was i siebie utrudzać.

Przyjmiemy więc za pewnik, że chociaż się trafiają ludzie i kołki wyrastający z niczego, częściej człowiek i kołek dostaje w udziale po rodzicach zadatek przyszłego żywota. Na nieszczęście, nie zawsze ten dąb, z którego bale i wańczosy przyprowadzono do Gdańska, zrodzi równego sobie syna, i trafia się, że z dębową naturą dziecię potężnego mocarza lasów, zostanie mizernym kołkiem! Zawsze jednak dębowym.

Domyślacie się już, że nasz kołek był tego pokolenia i rodu, i nie mylicie się wcale.

Ziemia, na której na świat przyszedł, z dawna była dziedzictwem prastarej szlachty JM. panów Rogalów Kijewskich, o których chociaż Niesiecki nie pisał, choć dzieje nie wspominają, w powiecie jednak był to dom wielkiego wpływu i znaczenia. Źli ludzie w ostatnich czasach wymyślili na nich, że z Rogalów stali się Rogalikami, ale ten niesmaczny ucinek zazdrość dorobkowiczów i świeżej kreacji ludzi w obieg puściła.

Wiadomo zkądinąd, że Rogalowie owi piastowali najwyższe powiatowe dostojności, Sędziów, Marszałków, Deputatów różnego kalibru, Podkomorzych, Chorążych, Podsędków, Regentów i t. p. Nie było między niemi ani jednego, któryby jakąś godnością zaszczycony nie był, lub przynajmniej tytułu nie używał. Blask tedy był wielki, ale się żyło cicho i poważnie wśród lasów, w starym dworze Dębina.

Już z samego włości nazwania domyśleć się łatwo, że na ziemi wołyńskiej osiedlona, otoczona być musiała lasami wiekuistemi...

Lasy te zrazu przepyszne, rąbane były nielitościwie przez kilkaset lat, według tej metody znanej, która się na przysłowiu (jak wiadomo: „doświadczeniem wieków” zwanem) zasadzała:

Nie było nas, Był las,

Nie będzie nas,

Będzie las.

Na nieszczęście jednak, to hulanie po lesie zadało fałsz przysłowiu i nie tyle nam żal dębiny co doświadczenia wieków, które się okazało nie ze wszystkiem gruntowne... dębina bowiem cięta i rąbana, naprzód zcieniała, potem się przerzedziła, nareszcie i znikać poczęła...

Po ostatnim wyrobie klepki na wielką skalę przez podkomorzego Rogalę, któremu jakoś piątej czy szóstej niedostawało i w lesie jej znaleźć nie mógł — pozostały tylko ogromne pnie, jak monumenta i grobowce, a między niemi puściła się osiczyna tak żywo i śmiało, że małe dąbczaki, wnuki owych protoplastów, choć im się także chciało życia skosztować, do światła i powietrza dorwać się nie mogły. Napróżno dowodziły, że one tu były dziedzicami, ojczycami, właścicielami ziemi, powietrza, słońca; wskazywały na pnie pradziadowskie i kłody popruchniałe ojców, nic nie pomogło: osiczyna poszła, gęsto się puściła i zagłuszyła nieboraków. Skandal w lesie był wielki, ale fakt dokonany, mimo zgorszenia, przyjęty został ogólnie, a nawet niektóre krzywe dąbczaki poplątały się tak i pobratały z plebejuszowską osiczyną, że ledwie po górnych gałęziach i korze chropawej rozpoznać ich było można.

Starsze nieco dąbki, gdzieniegdzie rozpierzchłe, protestowały nadaremnie...

Za osiczyną przyszły brzozy, leszczyna i różna gawiedź lasowa... Ze wspaniałego lasu zrobił się gaik, w którym ledwie na drwa i kołki coś chłopek mógł sobie wyszukać...

Pewien ekonom, moralista wielki, zauważał, że z panami toż samo prawie stało się, co z lasem, że Rogalowie także z dębów przeszli na osiczynę; ale gumienny powiadał, że wstrzymana ordynarja zrodziła to niewczesne porównanie.

Dosyć, że na uroczysku zwanem Dębową górą, u pnia starego, niezmiernego obwodu, zrąbanego na tę klepkę, której podkomorzemu nie dostawało, jednego pięknego poranku ukazał się maluteczki dąbek o bardzo szerokich i lśniących liściach.

W lesie różne były o jego pochodzeniu wieści.

Pamiętniki starej brzozy, wyżej przywiedzione, wyraźnie mówią, że dąbczak wyrósł z żołędzia, którego odyńce leśne wygrzebać nie potrafiły, bo go bronił ów pień majestatyczny; notaty krzaku łoziny w brew temu świadczą, że dąbek ów puścił nie z nasienia, ale od starych nie zamarłych korzeni pradziada.

Potrzeba zaś wiedzieć, że w heraldyce leśnej to ostatnie pochodzenie za nieprawe się uważa. Dęby które puszczają nie z żołędzi mają coś w swej naturze zdradzającego ich procedencję przypadkową i nie legalną. Na wiosnę, gdy wszystko się budzi rzeźwo i żywo, one głuche najpóźniej rozpoczynają życie i długo suchemi gałęźmi las szpecą. Kształt ich też rzadko prosty i dorodny, mało który dochodzi wzrostu poważniejszego, większa część garbata, krzywa, nikła, pada ofiarą swej słabości w pierwszych latach istnienia.

Ztąd w lesie takie uprzedzenie przeciwko tym wypustkom, które rzadko prawo obywatelstwa uzyskują i żadna osiczyna nawet nie da się na sobie oprzeć takiemu wątpliwego pochodzenia jegomości.

Z pamiętników brzozy sękowatej i dosyć złośliwej możnaby wnosić, że nasz dąbczak był bardzo dobrego rodu, gdyż stara plotkara byłaby zapisała tę wieść, którą krzak łoziny niewiedzieć zkąd wyczerpnął. Zkądinąd łozy wszystkie od dawna były nieprzyjaciółkami dębów i to tłómaczy dla czego naszemu nie sprzyjały.

Dwa te rody odwieczna dzieliła i dzieli nienawiść; łozina nigdy dotąd, mimo najusilniejszych starań, na grube drzewo wyrosnąć nie potrafiła; mieszkaniem jej mokre doliny i błota; dąb arystokrata nigdy z nią żyć nie chciał i na góry uciekał, gdzie się zeszli waśnili się z sobą, a nasza łoza, dorwawszy się pewnego stanowiska, nie zapomniała dawnych usposobień.

Badając więc te rzeczy sumiennie, raczej za podaniem brzozy niż za ostatniem pójść nam należy, zwłaszcza że późniejszy wzrost dąbczaka legitymuje go z żołędzia. Są świadkowie, którzy widzieli go puszczającego liście na wiosnę...

Położenie, w jakiem przyszedł na świat nasz przyszły kołek, nie bardzo było przyjemne: dobył się bowiem z pod spruchniałego pnia prapradziadowskiego i szukając światła i powietrza, musiał wykrzywić nieco... Inne także okoliczności wzrost jego i pierwsze wypustki tamowały. Od bardzo dawna umieściła się była pod temże pruchnem ogromna ciemierzyca i straszny krzak łopuchu, żyjące w jakiej takiej zgodzie, lecz usiłujące zatamować wzrost wszelkiego krzewu i drzewa.

Myliłby się bardzo, ktoby utrzymywał, że ludzie tylko jedni drugim dla własnego interesu szkodzą: dzieje się toż samo w lesie i na polu. Ciemierzyca wcale nie głupia, wiedziała od zgniłej prababki, którą pamiętała, że drzewko i krzak, byleby mu pozwolić nieco podejść, później stłumi roślinę i trawy do koła i soki im z pod nóg wyssie. Łopuch choć tak niepozorny, ale dyplomata stary, podzielał przekonanie ciemierzycy, oboje więc niespokojnym badali kielichem czy co przy nich nie puszcza, a jak skoro się zjawiło, ciemierzyca truła swym jadem, łopuch szczelnie od słońca i powietrza zakrywał, ściskali się, dusili i niebożątko schło i marniało.

Gdy pierwsze dwa liście naszego dąbczaka pokazały się na świat, ciemierzyca nie domyśliła się co się święci i wzięła króla lasów za proste ziele; łopuch jeszcze głupszy, miał go nawet za jakiegoś dalekiego kuzyna — dano mu więc pokój.

Dopiero gdy strzeliła drzewiasta łodyga, i liście się zupełnie porozwijały, zaczęto go posądzać o to, że może być drewnem. Ciemierzyca, przestraszona puściła ku niemu korzonki pod pozorem przyjaźni, łopuch rozwinął liść tłumacząc się że to czyni z dobrego serca, protegując go od słońca — ale już było za późno. Dąbczak siedział mocno i soki pił ziemne z daleka, a twarda jego gałąź przebiła na wylot liść łopuchu, który zżółkł, poczerniał i obwisł...

Nie było sposobu nań, choć ciemierzyca między trawami intrygowała, żeby one go zagłuszyć się postarały, obiecując im za to trochę miejsca pod sobą — łopuch się wykrzywił na drugą stronę, nie chcąc wdawać w walkę nierówną i dąbczak poszedł w górę.

Wszyscy poznali w nim króla... strach padł wielki na biedaków. Sprzeczała się ciemierzyca z łopuchem, na niego składając winę, on na nią, że trzeba było krewnych, nie krewnych, cokolwiek wyrasta, tępić, że dąbczak mógł być z razu zgnieciony, ale rozprawy te do niczego nie wiodły. Chciano wezwać sąsiedni tarn aby zniszczył wyrostka, ale po rozmyśle, okazał się niebezpieczniejszym od dębu sąsiadem.

Ciemierzyca następnego lata uschła ze strachu, nie zostawując po sobie potomstwa, a łopuch godząc się z przeznaczeniem wegetował skromnie na uboczu.

Pierwsze kroki naszego bohatera, który tak szczęśliwie uniknął niebezpieczeństwa, były jednak dosyć trudne: posadę na ziemi miał do czasu jaką taką, gdyż stary pień go protegował, ale trudno było przewidzieć co w górze spotka.

Samo spojrzenie ku niebu przerażało...

Wprawdzie świeciło tamtędy kiedy niekiedy słońce i lazur się pokazywał, ale sploty gałęzi różnych a w ogóle nieprzyjaźnych były zastraszające. Gdzieniegdzie grube rosochate, zdawały się grozić zupełnem zatamowaniem pochodu, cienkie wiły się w gąszcz nieprzebitą, a liści było tyle! a krzyżujących się rozrosłych gałązek i wypustków!

Nie odebrało to odwagi dąbczakowi, który miał nadzieję przetorować sobie drogę ku słońcu jak i drudzy, i choć rzadko promyka skosztował i deszczu się napił, żył jak było można w tej biedzie.

Sąsiedztwo nie było do zazdrości... zaraz w prawo rosła owa stara brzoza, której pamiętniki na korze własnej spisane, później się nam w ręce dostały. Jak inne tego pokolenia i rodu wietrznice, co rozczochranemi włosy po lesie bujają, ona także niebezpieczną była swym blizkim. Nigdy nie można było być pewnym kierunku w jakim pójdzie i kształtu jaki się jej przybrać podoba. Brzozy to mają do siebie, że jedne jak świeca strzelają prosto, drugie rozchodzą się i rozłamują na dwoje i troje, inne chylą aż do ziemi... Raz przybrany kierunek do niczego ich nie obowiązuje, puszczą gałąź grubą i niewiedzieć dokąd strzelą. Fantazja niemi rządzi nie żadne prawo, ztąd dla sąsiadów niebezpieczeństwo zawsze groźne, a byle burza, gotowa się wywrócić i przywalić, takie to kruche i wątłe.

Z drugiej strony miał osiczynę, słusznego już wzrostu, o białej korze, piękną zdaleka, pokaźną, ale w głębi gnilcem zjedzoną, i choć na oko wydawała się zdrowa i silna, równie niebezpieczna, bo od dołu ledwie się trzymała.

Nie można się było na nią skarżyć, gdyż dość przyjemnego okazywała się charakteru; sięgając wyżej innych głową, dawała wiadomość o tem co się na niebie działo, pokarmu ziemi nie ujmowała wiele, bo chorowita, nie potrzebowała go tak dalece; liści jesienią nie gubiła do zbytku, gałęzi nie miała dużo, ani szeroko rozłożonych, słowem, można z nią było żyć, ale byle wiatr zadął, trzęsła się cała i piszczała tak, że strach było o staje...

Czuła ona że runie, przepowiadała nawet że od zachodniego wiatru się powali, obiecywała że szkody wiele nie zrobi, wszelako była nieustanną groźbą.

Trzecia, sosenka... ale o tej godzi się powiedzieć obszerniej.

Rozdział trzeci. Nieco o sąsiadce sośninie

Sosenka ta była bardzo nieszczęśliwą istotą...

Przed kilkudziesięciu laty gwałtowny wicher przyniósł tu jej nasionko z dalekiego boru, na ziemię żyźniejszą, ale wśród obcych.

Dokoła w lasach Dębina nie było ani jednej sosny od niepamiętnych czasów, samiuteńka tu wyrosnąć musiała na wygnaniu, walcząc z gruntem, który jej soków pożywnych udzielać nie chciał, otoczona drzewy, które jej nie rozumiały, bez przyjaciół i krewnych. Natury całkiem różnej od tych co z nią rośli razem, sosna miała wiele do przecierpienia, a gdy pierwszej zimy liście jej szpilkowate nie opadły, brzoza, osiczyna, nawet drobne krzaki leszczyny, rady sobie dać nie mogły, tak się z niej przedrwiwały. Oswojono się z nią wprawdzie powoli, ale zawsze uważano za przybłędę i jakąś podlejszą istotę. Szum jej raził uszy sąsiadów, którzy go znieść nie mogli, zapach powietrze im zatruwał, kształt nawet i barwa ich raziła.

— Że też to nikt nie wytnie! — wołała brzoza.

— Że też to żaden wiatr nie złamie — mówiła osiczyna.

Jaśniej przewidująca lipa, staruszka, dawne pamiętająca czasy, dodawała swoje uwagi.

— Ona jedna, to nic jeszcze — szeptała — ale na tem nie koniec; wiemy sposób w jaki się one wkradają... wiatr przyniesie ździebełko jedno, wyrośnie, zacznie się w szyszki stroić, potem gubić je po ziemi, aż patrzcie, jakby cudem wytykają się młode choinki, gęstym zastępem stają i głuszą naszą rodzinę i rozchodzą się po lesie i za lat sto my musiemy uciekać lub prosić o pozwolenie zostania u siebie.

Ta uwaga lipy przyjętą została ze strachem przez całe zarośle i skutkiem jej pilnowano bacznie, żeby nigdzie młoda sośninka nie puściła. Zaledwie się ukazał wypustek maleńki, natychmiast go głuszono, jedni strząsali nań liście, drudzy podeń puszczali korzenie, tak, że potomstwo sośninki wybić się na świat nie mogło i ona sama jedna stała sobie sierotą.

W tej samotności zmuszona żyć z niebem, na które patrzała i powietrzem, co ją otaczało, w ciszy głębokiej przysłuchiwała się, czy nie dojdzie ją szum dalekich borów i głos braci, którym tak wesoło było rosnąć kupą i wzajemnie się podpierać... ale rzadko zaleciała ją pieśń bratnia, pomnażająca tęsknotę.

Nie miała nawet tej pociechy, by ziarna jej powrócić kiedy mogły ku borom rodzinnym, bo las był gęsty i nieprzepartą wichrom stawiał tamę, a zielska okrywały szyszki gdy spadły, nie tak jak w sosnowych puszczach, gdzie ledwie trawka rośnie i przyjazna im czernica, a gładkie i wysokie pnie swobodnie wiatrom szumieć dają i daleko ziarna roznosić...

Nie tylko drzewa były w nieprzyjaźni z sosną, ale zielska nawet krzywo na nią patrzały. Spadające z niej igły przysypywały ziemię, tak, że tamowały wzrost wszystkiego, prócz trawy; ciemierzyce więc, staroduby, jaskry leśne i inna gawiedź, nie mogąca sosny dostąpić i zmuszona trzymać się opodal, ostatniemi ją słowy łajały. Nie było nikogo znajomego, wszyscy obcy, nawet trawa inna, a co żyło, nieprzyjacielem. Ptaki, lasu mieszkańce, nie przywykłe gnieździć się w gałęziach ostremi igłami pokrytych, z pogardą także omijały drzewo niemiłe, i wraz z całym lasem go przeklinały. Słowem, było to życie ciężkie i nieosłodzone niczem; niby to żyźniejsza ziemia nagradzała nieco to wygnanie, ale sośnina przy tylu zmartwieniach ciągłych nie przywykła do pożywienia nowego, dostała rachityzmu i widocznie chorowała.

Dąbczak młody, któremu także nie bardzo było wesoło na świecie, uczuł wprędce, że prześladowani garnąć się do siebie powinni, i zbliżył się do tej sąsiadki, wdzięcznie nań, jako na pierwszego przyjaciela spoglądającej. Jakkolwiek ciężko im było się zrozumieć, bo całkiem różnemi mówili językami, wszakże w końcu utworzyli sobie mowę właściwą, iglasto-liściowatą, z której choć się las śmiał, oni nią nocami rozmawiali.

Nie wiem czy wszystkim wiadomo, że drzewa także mowę swoją mają, a ruch ich liści i głos który wydają, służy za jeden sposób porozumienia, gdy zapach jest drugim i daleko używańszym, bo dalej i pewniej sięgającym. Ztąd to młode rośliny, jak zwyczajnie krzykliwe dzieci, daleko silniejszym obdarzone są zapachem. Sośnina była z powodu przecierpianych kolei charakteru łagodnego i przyjacielska, pierwsze więc zbliżenie się ku sobie dąbczaka przyjęła grzecznie i nie wahała się bronić go od napaści zielsk szkodliwych, o ile sięgnąć mogła...

Rozdział czwarty. Miejsce urodzenia i epizodycznie o ludziach

Chociaż, jakeśmy już powiedzieli, miejsce rodzinne bohatera naszego u wielkiego pnia prapradziadowskiego zawierało i sośninę i brzozę i spruchniałą lipę i łozinę i krzak tarni i osiczynę i ciemierzycę i łopuchy — nie był to właściwie las, choć przed wieki powstała z lasu polanka zwała się nawet łąką i koszono ją co roku. Takich łąk leśnych, na których wolno było leżeć i gnić kłodom, pruchnieć pniakom, zarastać trawom i wszelakiemu zielsku się rozpościerać, nie mało na naszym Wołyniu. Może być że postępowi gospodarze zakrzykną na niedbalstwo i zdumieją się nieopatrzności; ja jednak bronić muszę dziedziców i dzierżawców, którzy dają trochę swobody wszelakiemu tworowi leśnemu, bo dla oka, dla umysłu, widok tych malowniczych polanek wielce miły i wdzięczny. Są to oazy wśród naszych gąszczów i zarośli, które bujna ziemia zasiewa. Stoją na nich osamotnione drzewa stare, które oszczędziła siekiera, z powypalanemi swawolnie bokami i zadumane wspomnieniami lat dawnych, szeroko rozpościerają gałęzie; leżą odarte z kory kłody, mchami porosłe, bujają kwiaty, a słońce przedziera się przez gęstwinę i żywym promieniem ozłaca te kupki traw, szmaragdów zielonych, te leśne grządki wesoło rozkwitłych gości, których jutro czeka nieochybna śmierć od kosy wieśniaka.

Łąka nasza należała do chłopka właśnie.

Nic dziwnego, że się im patryarchalnie zawsze wydzielają najgorsze, prima charitas ab ego. We wszystkich świata językach znajdują się przysłowia, uświęcające tradycją wiekową i zgodą narodów to postępowanie baczne i oględne; a ludzie w sprawach o własną skórę niezmiernie radzi trzymać się tradycji i święcie ją szanować. Łąka nie samą trawę rodziła, jak widzieliśmy: zarastały ją także drzewa, zawalały kłody, obejmowały zielska i tarnina, najstraszniejsza z przywłaszczycieli, powoli załaziła coraz dalej, co rok maleńkiego synka lub córeczkę sadząc przy sobie na gospodarstwo.

Chłopek nie bardzo miał czas karczować, a co się tyczy starych drzew, tych nawet wycinaćby ni śmiał, gdyż choć wyrastały na jego łące, nie miał żadnego do nich prawa. Użytkował z trawy, ale postarać się o nią nie mógł i co roku mniej kosił: na to nie było ratunku.

Wypada nam tu z samego toku rzeczy poznać się z tym włościaninem, właścicielem łąki, który na losy naszego dąbczaka wywarł wpływ stanowczy. Był nim niejaki Chariton Pakuła, jeden z tych tysiąca, o których nikt nie wie prócz sąsiada, którzy stanowią cyfrę w statystyce a nie mają żadnego prawa prócz do pracy ciężkiej i stękania.

Pakułowie mieli oprócz tej łąki w lesie na pół zarosłej, trzy szmaty gruntu, rozrzucone w trzech łanach i chatę z ogrodem wśród wioski, prapradziadowską jeszcze, staruszkę, która prawdziwym cudem trzymała się nad ich głowami.

Wszystko tu cudem w tem życiu wieśniaczem, które my przyjęliśmy za fakt spełniony, nie sądząc, aby się w niem kiedykolwiek co zmienić mogło. Jak się tam ludzie rodzą, wychowują, żywią, kształcą, pracują, wystarczają temu co od nich wymagają — któż wie oprócz Boga?

Chata, gdy ją stawią z wyproszonego ukłonem i kurą drzewa, w dniach od pracy wolniejszych, wieczorami, rankami, nocami, po księżycu, sił ostatkiem — rzekłbyś, że nie postoi kilku tygodni, tak biednie się kleci i ubogo a oszczędnie obmyśla — przecież tu podparta, tam podłatana, ówdzie ściśnięta, trwa nieobliczone lata i kilka pokoleń w swem łonie wykołysze i wymorzy.

Nie jednej z nich nie pamiętają budowy, nie wiedzą początku, w ziemię wkląśnie, przysiądzie, tak że dach ledwie nie na przyzbie leży, okienko się w dziurze kryje, a ludziska w niej mieszkają, żyją, cierpią, rodzą się, umierają, zupełnie tak jak po pałacach.

Toż samo co z chatami dzieje się i z ludzmi, o których wszakże mało kto pisał, i w żadnej historji naturalnej obyczajów ich nie znajdziesz, pod pozorem że antropologja całkowicie im została poświęconą — istotne cuda!

Jawny to fałsz i niedostateczność dzisiejszej nauki antropologii, że ich do ogólnego plemienia ludzkiego zaliczono, gdy ród wieśniaczy widocznie odrębny, wątpię by do człowieczego rodzaju mógł należeć. Mnogie pokolenia szlacheckie i ekonomskie protestowały przeciwko temu i protestują batogiem, gębą, ręką i instynktowną ku nim nienawiścią.

W istocie, nie mogą to być prości jak my ludzie.

My rodzimy się z wielkiemi ceremonjami, hodujemy ostrożnie w pieluchach, chuchają na nas, wychowują jak co szklannego, poją, karmią dobranemi ingredjencjami, kładną nam łopatą w głowę mnóstwo rzeczy niezbędnych, a pomimo tych niezliczonych zabiegów nie każdy z nas wychodzi na człowieka, wielu z pozwoleniem na głupców, dużo kaleków, i to życie nasze, tak troskliwie obmyślane, nie jest najszczęśliwszym z żywotów na ziemi. Jakże może być, żeby chłopek, całkiem na łasce Bożej, przychodzący na świat sam jeden, obwinięty brudną szmatą, nie mający czasu być dzieckiem, karmiony spleśniałym chlebem, chodzący często bez koszuli a zawsze bosaka, obywający się bez żadnego wychowania i nauki, nawet religijnej, pracując od dzieciństwa do późnej starości, a często i wcale nie głupi i od nas silniejszy — miał być tego samego pochodzenia co my? Cóż to? — chyba gratia status.

Tradycja ekonomów, sięgająca potopu — gdyż ekonomowie, jak wiadomo, zaraz po wielkim kataklizmie postanowieni zostali (jednego z nich na nasienie miał z sobą w arce Noe) — dowodzi, że to jest plemię odrębne Chama i rodzaj całkiem inny a nie ludzki. Gdyby to byli ludzie jak my, pytam się, czyżbyśmy im w takiej nędzy, utrapieniu i zaparciu żyć dozwolili i zmagali się na to aby ich w niem utrzymać na wieki?

Jest to więc coś innego!... podobne do człowieka z twarzy, z mowy, z uczucia, ale między plemieniem Jafeta a Chama jest przynajmniej taka różnica, jak między cietrzewiem a głuszcem...

Chłop widocznie stworzony został przez samego Boga z przeznaczeniem tego co znosi; inaczej jakżeby wytrzymał czego my ludzie dziesiątej części znieśćbyśmy nie potrafili?

W dodatku, nie uczy się a przecież coś zna i coś umie, często bywa wcale taki nie głupi, a nam, jak wiadomo, wychowanie staranne rzedko kiedy dostateczne, i nie do każdego przylgnie.

Chłop wychowuje się, mniej więcej, jak ów dąbczak na polance, wisi u piersi matki jak tamten wypustek przy starym pniu dębu ściętego; zacząwszy ledwie pełzać, już kury od jadła odgania i z indykami wojuje, zerwawszy się na nogi gęsi pasie władając biczyskiem i mniejsze od siebie dźwiga dziecięta; dalej powierzają mu bydło rogate i nierogate, potem przechodzi na poganiacza do pługa, a ledwie ośmnaście lat doszedł, liczy się już z rękami i nogami do żniwa, pańszczyzny i gwałtów. U nas w tych leciech jeszcze paniczyków guwerner prowadzi na pasku, tłómaczyć im musi że pies kąsa a krowa bije, że ptaki mają skrzydła do latania a nogi do chodzenia, i rozpoczyna się dopiero ich wychowanie i nauka.

Gdyby to byli jednej rasy ludzie, alboby panicze w tym wieku musieli być rozumniejsi, albo parobczaki głupsze daleko. Od kolebki do dojrzałości chłopek żadnego nie ma nauczyciela krom słońca, powietrza, wody i własnego doświadczenia; rośnie jak drzewo, pije soki z matki ziemi, nikt się oń nie troszczy, nikt mu co złe a co dobre nie powie — przecież na człowieka wyrasta i dźwiga się krzepko. Gdyby to tak naszemu panięciu jak dąbczakowi i jemu, czyżby go djabli nie wzięli?

Jestem więc tego zdania, że w antropologii, kiedy już koniecznie za ludzi mają uchodzić, osobnyby przynajmniej rozdział należało poświęcić licznemu plemieniu chamskiemu (excuses l'expression), które ogólnym prawom rodu Jafetowego nie ulega.

Chariton Pakuła, pan i czasowy właściciel owej łąki, na której rósł nieświadomy przyszłych swych losów nasz kołek do płotu przeznaczony — należał tedy do owego pokolenia Chama, a że Pakułowie ci wiele wpłynęli na koleje, które naszego bohatera spotkać miały, musimy bliżej się z niemi zapoznać, mimo wstrętu, jaki w nas naturalnie tak poziome istoty wzbudzają...

Zastrasza nas tylko to, że w jednym liście z Podola czytaliśmy, iż filantropia i zajęcie włościanami lada chwila przeniosą się do przedpokojów — miałżeby ten los i naszą książkę spotkać???

Protestujemy!!! Chłop wychodzi tu epizodycznie i z konieczności — niech nas Bóg uchowa, byśmy się nim zbytecznie zajmować mieli!!!

Rozdział piąty. Z powodu kołka, historja o chłopach

Pakułowie ci od niepamiętnych czasów byli sobie Pakułami tylko i nic więcej — chaty ich początku nikt nie pamiętał, ani o protoplaście komu było wiadomo, gdyż księgi metryczne kilka się razy paliły. Zagroda, na której mieszkali, u sąsiadów zwała się Pakułowszczyzną, równie jak owa łąka w lesie i trzy szmaty gruntu na polach...

Dzieje wioski podają, że od mglistych czasów, w których poczęto spisywać ludzi na regestra i numerować ich jak bydło, zawsze jakiś Pakuła znajdował się we wsi Dębinie. Starożytną też była owa chata, w której się oni mieścili i archeologowie winni są bardzo, że ją na żadną dotąd nie wzięli wystawę. Na pierwszy rzut oka podobna już była raczej do wielkiego kretowiska, zieloną okrytego tarniną, niż do ludzkiej siedziby, a najwydatniejszy z niej był ogromny dach, który jak grzyb pokrywał kawalątko ziemi przez nią zajmowane. Wierzch ten był misternem dziełem wieków i ludzie nie więcej w jego wystawieniu udziału mieli od czasu.

Majster ten, który zwykle burzy tylko, tu, przez niewytłómaczoną litość, przez jakąś fantazję, podjął się umocnić co dawno upaść było powinno. Zgniłe krokwie i łaty, strupieszałą słomę dachu tak związał mchem i porostami, trawą i tajemniczemi jakiemiś środkami, że mimo dolin i pagórków, wykręceń i zwichnień, wszystko się tu trzymało najosobliwszym sposobem.

O ścianach trudno sądzić co je związywało i broniło od upadku, gdyż maluczko wychodziły nad ziemię, a okno, mające dawać światło, na pół zasunęło się w przyźbę, która dotykała dachu miejscami i stykała się z nim jak nos z brodą u starych ludzi.

Wewnątrz mieszkanie ciemne i wilgotne, podobne było do ziemianki, tak zapadło w głąb, ale miało to swoją dobrą stronę, gdyż zimą cieplejsze było i zaciszne... otulała je matuchna stara... Wprawdzie czasu wielkich deszczów stała tu nieproszonym gościem przybywająca woda w izbie i sieni, aż ją wiadrami i neckami wynosić musiano; ale na tę małą niedogodność nikt nie uważał, a pewien uczony podróżny dowodził, że w tem nie było nic nadzwyczajnego, gdyż w czasie wylewów Tybru, woda staje na półtora łokcia nad posadzką Panteonu i grobu Rafaela — czemużby jej nie wolno być miało zajrzeć do prostej chłopskiej chaty?

Wyjąwszy to, stara Pakułów siedziba wcale była porządna ciasna, ale w niej nigdy balów dawać nie myślano; brudna, ale nie było czasu na wytworność się zmagać; wilgotna, ale do jej powietrza i zapachu wszyscy byli od dzieciństwa przywykli i zdawały się im koniecznemi.

A tę nędzną jamę tak kochali ci co w niej porodzili się i żyli, jak gdyby marmurowym była pałacem. Izba główna, niegdyś zwana świetlicą, póki w niej było światło; za dawnych, lepszych czasów stawiana, dość obszerna, mieściła też w sobie co gdzieindziej dom cały. Ona była jadalnią, bawialnią, pracownią, sypialnią, spiżarnią, kuchnią i składem. Najszerzej rozgościł się w niej piec z przypieckami, zapieckiem i pieczyskiem, szeroki i wysoki, obok chlebnego stojący, z którym się łączył... na nim stał cały rzęd garnków, pod nim było schronienie kur i kaczek, a po bokach pilnowały porządku miotły, łopaty i stara opalona kociuba. Do koła szerokie rozpościerały się ławy, dźwigające u drzwi zawsze pełne wiadro wody z czerpakiem, w rogu chlebną dzieżę, czystym ręcznikiem okrytą. Tuż i stół z bochenkiem chleba gościnnym i warsztat z zawsze naciągniętym wątkiem...

Trzeba albowiem wiedzieć, że Pakułowie, oprócz zajęcia rolniczego, mieli jeszcze rzemiosło i bawili się tkactwem, od tego przemysłu coś naturalnie do dworu odrabiając...

Było zawsze zapewne niezmiernie słuszną zasadą gospodarstwa naszego, że z chłopa, który sobie czemkolwiek własnym sprytem dochodu przymnożył, ciągniono delikatnie większy przychód dla dworu... to go musiało zachęcać do pracy. I tak, jeżeli w ogródku postawił kilka ulów dla pszczółek, płacił od nich oczkowe, dawał miód lub dziesięcinę w naturze; tkacz odrabiał półsetek darmo za to, że miał warsztat lub warsztatowe uiszczał. Niezmiernie to rzecz była słuszna, gdyż wychodząc z zasady głębokiej, że wieśniak należał z kośćmi i skórą do swojego pana, czemużby, jak wół tłustości i łoju, nie miał dać cząstki swego zarobku panu, który go utuczył lub paść się dozwolił? Pakułowie zatem od czasów niepamiętnych robili półsetki do dworu i płacili certum quantum warsztatowego, biorąc tylko parę garncy zboża na szlichtę...

W owych czasach rodzina ta składała się z... O mało nie zacząłem od najstarszego po porządku, a byłbym czytelnika w błąd wprowadził, wyżej wspomniawszy o Charitonie, tu wiodąc rzecz od Semena... Żył bowiem jeszcze ojciec Charitona, ale już był całkowicie na rzecz syna abdykował, o czem nieco obszerniej powiedzieć nam wypada...

Ojciec Pakuły, Semen, zwany przez gromadę Perebendią — z powodu, że gawędzić i żartować nadzwyczaj lubił, a za lepszych swych czasów wesoło się trzymał i język miał nie dla proporcji — teraz już do zarządu gospodarstwa i spraw domowych wcale nie należał. Jak do tego przyszło, historja nie powiada, dość że staruszka znajdujemy już u własnych dzieci, we własnej chacie na łaskawym chlebie. Był to sobie zaschły grzybek zgarbiony, pomarszczony, malutki, chudzina trochę zdziecinniały i na oczy przyciemny. Może ten początek ślepoty niezupełnej pozwolił mu odpocząć i na syna zdać chatę i gospodarstwo. Nie siedział jednak Semen Perebendia z założonemi rękami za piecem, tylko z ojca przeszedł na dziecko — robił tyle co wyrostek, ale zawsze robić musiał, bo u chłopka nikt darmo chleba nie je. Zdrowszym będąc, w pogodny czas chodził tatuś po wodę; gdy się zakaszlał i zasłabł, legiwał pod piecem, w gorący czas żniw szedł z sierpem na pole jak drudzy i swoje dziesięć snopów nakrajał, choć go krzyże bolały, a w domu i koło domu niemało się naprzysługiwał po trosze drepcząc, tylko głową już nie był, a syn Charyton go zastępował.

Bydłu trawy mógł przynieść, krowom ziela nasiekać, owieczki do chlewa zapędzić, w pole wreszcie dla robotników zanieść dwojaczki — i to były jego dzisiejsze obowiązki. Mieszkaniem Semena zimą i latem był zapiecek, a starych siermięg para i kilka koszul całym majątkiem. Niekiedy w węźle rubaszki zabłąkał się jaki groszak wytarty... ale bardzo rzadko!

Syn, synowa, wnuki i prawnuki obchodzili się z nim łagodnie, ale jak z dzieckiem, które swej woli nie miało: kazano mu robić to lub owo, a Perebendia, wiedząc dobrze, że nikt do śmierci od pracy nie wolny, słuchał póki sił stało, choć czasem i stęknął. Dawny dowcip i rozum starego Pakuły wraz z władzą go opuściły; mówił teraz niewiele, więcej głową kiwał i uśmiechał się, jednakże w święta po wódce, pokrzepiony, odzyskiwał dawną wymowę i śmiałość, którą nazajutrz znów tracił. Przespawszy się i oprzytomniawszy, milczał i słuchał pokorny.

Oczy mu już nie pozwalały robić za warsztatem: tam syn, synowa i młodsi go zastępowali, staruszek tylko szlichtę przyrządzał, a czasem... prządł wieczorami na worowinę... Dziwny to był zaprawdę widok tego starca zgarbionego, który na przypiecku skurczony zabawiał się wieczorami wrzecionem i długie nici wysnuwał.

Nie jadł więc darmo i teraz służąc u własnego syna.

Dziewczęta się nim pod różnemi pozorami wyręczały do przynoszenia wody, wyganiania trzody, chodzenia z bliźniakami, a staruszek ani mruknął gdy go poprosiły, by co zrobił, syna i synowej słuchał jak niegdyś oni jego. Czasem przychodziło mu nosić które wnuczę lub prawnuka, kołysać go i śpiewać, i to było jego najulubieńszem podobno zajęciem, gdyż sam trochę zdziecinniał, i z niemowlęty umiał się obejść jak kobieta. Ten niepłatny a chętny sługa bardzo w chacie był dogodny; nie skrzywił się, nie użalił, o nic nie prosił, resztki tylko z garnków wyjadał, a zawsze za piecem siadywał, żeby drugim w izbie miejsca nie zabierać...

W słoneczne dni lata, uziębły zawsze i drżący, gdy można było sobie odpocząć, kładł się na przyzbie wraz ze starym psem Kruczkiem i tam przytuleni do siebie zasypiali smacznie w dni świąteczne. Kruczek i on lepsze pamiętali czasy, oba dziś starzy, podobieństwem losów i cnoty połączeni, w wielkiej z sobą żyli przyjaźni. Semen dzielił się z nim suchym chlebem, a on łożyskiem na przyzbie.

Chariton, syn Semena Perebendi, w sile wieku jeszcze, znacznie starszym wyglądał niż był w istocie, a choć brody jeszcze jak ojciec nie zapuścił, głębokie marszczki po czole i twarzy zastępowały świeży rumieniec młodości i plecy miał przygarbione przed czasem. Jak ojciec niegdyś wesół był i ochoczy, tak Chariton milczący i smutny; nie przeszło też nań owe przezwisko Perebendi — ale gromada chłopcem jeszcze Charitona nazwała Mrukiem.

Za rana się jakoś ożenił i bodaj czy sobie tem całej nie narobił biedy, bo wkrótce później spuścił głowę i gwałtownie starzeć począł, choć ani pisnął, ni się poskarżył. Słyszano go tylko czasem, gdy chodził za bronami lub pługiem, mruczącego coś do siebie po cichu, a gdy sam w chacie pozostał, stękając ze ścianami rozmawiał. Z ludźmi za to mówił mało i to tylko na ich usilne odpowiadając pytania, pół słowy, z koniecznej potrzeby.

Wieśniacy także tej nieszczęśliwej chorobie podlegają, która się u nas miłością zowie, a rzadko i z nich wyjdzie który cało — znaczy ona jak przebyta ospa na całe życie. Chariton będąc jeszcze parobczakiem, rozmiłował się w pięknej i wesołej Wasylissie, dziewczynie ubogiej, która na folwarku służyła, w cienkich chodziła koszulach i śliczne pieśni śpiewała.

Jakim sposobem między tym rodem Chama biorą się ładne twarze, żywe oczy, uśmiechające wesoło usta i zgrabne kibicie i ramiona białe i nóżki zręczne — tego ja wytłómaczyć nie potrafię: Bóg daje czy przypadek wyradza? zgadnąć trudno... To pewna, że u nich krasa znika prędko, rumieńce przekwitają, marszczki w dwudziestu leciech się zjawiają i młodość jest błyskawicą... nie znają też kosmetyków żadnych oprócz wody, a Guerlain nie dla nich pracuje. Wasylissa była tak piękna, że Chariton dla niej głowę stracił i pomyślał nie wiedzieć zkąd i jak być sobie z nią szczęśliwym — jak gdyby miłość, szczęście i inne tego rodzaju rozrywki, nie były wyłącznym udziałem Jafetowego plemienia? Zachciało się biednemu chłopowi ożenić z miłości, co innym rzadko na dobre wychodzi, i odpokutował za to biedaczysko przykładnie — Perebendia jeszcze wówczas gospodarzył i ojcował, a dobadawszy się co syn ma na myśli, zaraz mu szczerze i otwarcie powiedział.

— Oj bieda będzie Charitonie... piękne liczko w oczy wpadło! a to nie Boży dar, a szatańska pokusa. Każda młoda piękna... na co tobie przebierać w oczach i ustach, kiedy nam o rękach i sercu myśleć potrzeba!!

Zkąd tę prawdę wziął stary Perebendia, nie wiadomo, to pewna że nikt go nie uczył, nawet doświadczenie, bo jego nieboszczka nie była piękną, a Semen zawsze od kobiet stronił jak od powietrza. Dosyć że mu to skądeś wiatr przynieść musiał, ale z wiatrem też poszło mimo uszów syna, który w głowę się poskrobał, a koło folwarku krążył jak wprzódy. Wasylissa nie była od tego: sierota chciała się wydać za mąż za gospodarza, a na wesele nie było jej komu naprząść i utkać ręczników, choć cały dwór za nią latał.

— Co będzie to będzie! — zawołał Charyton — a taki się z nią ożenię!

— To się sobie żeń — odparł Semen smutno — na to rady nie ma, kiedy komu kobieta głowę zawróci... ale nic nie będzie, krom biedy!

Huczne tedy było wesele; sprawiano je we dworze, gumienny był starostą, marszałkiem szynkarz, a najdorodniejsi parobcy drużbami pana młodego, wódki dawano w bród.

Wasylissa tak się wystroiła, że choć ją malować — ale w tydzień po weselu już w chacie posmutniało. Raz wraz przychodzili nieproszeni goście, na których Kruczek ujadał, mołodycy stroić się chciało choć na pole, w niedzielę tęskniła do tańca i skrzypek, a w domu jakoś z robotą nie szło i musieli ją zastępować, bo białe rączki bolały...

Nie byłać to zła kobieta i nikt nic na nią nie umiał powiedzieć, choć ze dworu różnie wychodzą: ale już od ludzi innych chwyciła próżniaczej natury Jafetowych dzieci i nie umiała pracować... tylko gdy się znudziła spoczynkiem.

Jeszcze lat kilka potem trwała świeżość na jej twarzy, świeciło gładkie owe liczko co za serce ciągnęło i resztki młodości, ale Pan Bóg dał dzieci i kwiat zwiędł szybko, a Wasylissa z pamięcią lat pierwszych pozostała bijąc się w życiu powszedniem, do którego przywyknąć nie mogła.

Charyton coraz bardziej stawał się mrukiem... a stary Semen wlazł za piec i prząść się nauczył.

Pierwszem dziecięciem Charytona był syn Sachar, podobny do matki jak dwie krople wody, na podziw piękny, zdrów i silny, ale przyniósł z sobą w duszy macierzeński smutek, pragnienie rozrywki i upodobanie w swobodnym spoczynku.

Prędko się wychuchany rozwinął, przemówił żywo i roztropnie, w pięciu leciech wyglądał na ośmioletniego chłopca, ale do roboty go zaprządz nie było podobna i całe dnie do góry brzuchem leżał na słońcu w ogródku, śpiewając zadumany, bawiąc się z harbuzami, lub latając po polach bez celu.

Wybujał taki silny, barczysty i krzepki, jak ów dąbczak w lesie i Dubiną go niektórzy we wsi nazywali, ale z oczów mu patrzało, że gospodarzem nie będzie. Po nim przyszła na świat córka jedna i druga, ale dziwnym trafem, gdy Sachar był piękny, dziewczęta prawie brzydkie i do niego i do matki niepodobne... Jedna z nich Zonia, w piętnastym roku życia wyszła zaraz za mąż, bo potrzeba było w chacie przyjmaka, gdyż Sachar nic robić nie chciał i na niej a jej mężu cała teraz chata stała; druga Marja, później nieco wydana za sąsiada, o płot tylko mieszkała od rodziców... Starsza miała już dwoje malutkich dziatek, które się z chłopcem Marji przed wrotami bawiły, a Sachar ani myślał się żenić i na wiejskie dziewczęta się krzywił. Ciągnęli go do niejednej, namawiali, ale chłopak skrobał się w głowę, ramionami ruszał, a na usilne namowy odpowiadał biorąc za czapkę i uchodząc z domu.

— Zobaczemy! — mówił — zobaczemy... co tam tak pilnego, jest komu chleb jeść!

Prawdę powiedziawszy, pieszczony dzieciak i matki ulubieniec, czuł, że z ożenieniem skończą się dlań młode lata swobody i jak mógł od niego się obraniał.

Jemu coś w głowie świtało, coś się snuło w myślach, jakby nie powinien był zostać przy roli, chacie i tym życiu, zewsząd wszelkiej zamkniętem nadziei. Matka śpiewem, las szumem, łąki wonią, wody szmerem tęsknym wychowały go na marzyciela, jak gdyby nie chłopem był a człowiekiem. Chciało mu się iść gdzieś daleko, a jak ów dąbczak przyrosłym się czuł do Pakułowszczyzny; chciało się wiedzieć coś więcej i dosłyszeć szumu dalekich gromad ludzi, który tu nie dochodził, sił użyć inaczej, począć wedle serca... a wszędzie znajdował zapory i przymus.

Musiał, mimo że go matka broniła jak mogła, czymś przecie się zajmować, i szukał sobie takiej pracy, któraby choć myśl zostawiła swobodną, dalekiej od oczów i ludzi: więc gnał bydło na paszę i konie na noclegi, a tam położywszy się na miedzy, wykręcał fujarki z łoziny, strugał z drzewa kijki oplatane korą i zasłuchiwał się u lasów pieśni.

To go dziki ptak zaciekawił piórami jasnemi, to śpiewem inny, to gniazdem misternem trzeci, to dziki zwierz swojemi tajemniczemi chody, to chmury barwą, która nabierała i gasła bez widocznej przyczyny. Zamiast pracować myślał, dumał i zgadywał, a po Bożym świecie tyle zagadek, że na nich życia nie starczy, gdyby przyszło wszystkie rozwięzywać. W niedziele i święta, gdy się swobodniej gromada i dziewczęta zebrały pod gospodą, Sachar tak samo siadał zgadywać ludzi jak w lesie ptaki i dziwować się im, i cudować. Aż stary Perebendia, który choć ślepy, widział to dobrze i wnuka kochał, zapytał go wreszcie:

— Co ty sobie myślisz?

— Co ja sobie myślę? — odpowiedział młody parobczak — chcecie wiedzieć? ot dziadu, co ja sobie myślę, że świat ślicznie zbudowany i gospodarz rozumny, a człowiekowi przecie na nim bieda i bieda.

— Czy ty to myśląc, odmienisz? — przerwał Semen ruszając ramionami.

— Choćbym i nie odmienił, trudno oczów nie mieć i nie dziwować się.

— Ale pora by do roboty, a to chleba nie będzie i o głodzie myśleć przyjdzie...

— Czemuż drudzy nie pracują a nie mrą?

— E! e! ty bobyś chciał wszystko wiedzieć, a nic nie robić! — rozśmiał się Semen.

— Jak byś zgadł, dziadu kochany... toby mnie było na rękę.

— A na cóżeś ty się chłopem urodził?

— Otóż to cała bieda! gdybym ja tak był paniczem jak oto nasi, wodzili by mnie po polach, ziołka pokazywali, kamyczki dla mnie zbierali, uczyli, pieścili i nie trzebaby chodzić za pługiem.

— Ej! ej! któż to wie gdzie lepiej, Sacharze, u tego pługa czy we dworze! na dwoje wróżka wróżyła!

Ale żadne namowy do pracy nie pomagały, a Sachar swoje robił, konie jego często bywały w szkodzie, gdy się zaśpiewał i zadumał, rzadko pługa nie złamał poszedłszy orać, z brony zawsze kilka zębów wybił, a kosząc, żelazce szczerbił i nogi kaleczył.

Gromada osądziła go zaraz po swojemu i dano mu przezwisko Nietiamet', co wychodzi na głuptaszka, gdyż za takiego mógł przy robocie uchodzić, a tu grunt była robota. Za to na radzie, do tańca, do wygadania się Sachar był pierwszym i zadziwiał wszystkich sprytem, który nie wiedzieć zkąd mu przychodził. Były na niego chwile takie, że kołka zaciosać i słowa rzec nie umiał, a w innych mówił, robił, śpiewał, czego się nigdy nie uczył, na podziw osobliwie.

— To nie chłopska natura w tem dziecku — szeptał po cichu Perebendia — chłop musi być takim dziś jakim był wczoraj, a Sachar... patrz ino, którędy wyleci, dziś oknem, jutro kominem. I wszystko umie i nic nie umie, jak na niego napadnie; — jemu by panem i swobodnym być, nie parobkiem... Jak się to nie przemieni gotowa bieda z chłopcem...

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.