drukowana A5
31.03
Henryk Ofterdingen

Bezpłatny fragment - Henryk Ofterdingen


Objętość:
187 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0591-0

Oto bór tajny, kędy w szczytach jedliPogwary wiodą bogi puszcz odwieczne,

Kędy na pustce, z dala od osiedli,

Na graniach wichry się skłębiają sprzeczne;

Gdzie drzewiej ciche, bosko-niebezpieczne

O śmierci jasne rozhowory wiedli

Dusza i słońce, bożek purpurowy,

Nim noc im zwiła wieńce snu na głowy.

Kędy się serce wydziera, na szczyty!

Gdzie orle szumy po nicości chodzą.

Kędy głos każdy nie-wieczny, zabity...

I z tęsknot blaski, widzenia się rodzą...

I śmiech szatana brzmi niesamowity,

Że w dole gazdy skiby płotmi grodzą,

Że się po ziemi człowiek władczo patrzy...

Od tchnienia śmierci co dnia w duszy bladszy.

F. Mirandola

Poręba, w lipcu 1904

Henryk Ofterdingen

Dedykacja

Tęsknotę wielką obudziłaś we mnie

Spojrzenia w bezdeń, w samo serce świata.

I pójdę, z dłonią w dłoni ducha-brata

Od trosk daleki, w światłość poprzez ciemnie.

Dusza, co przeczuć piła czar tajemnie,

Kwiaty z niw rwała, kędy baśń polata,

Na szczyty pójdzie, skąd wichr orły zmiata

I w przedświtowym mroku nie zadrzemnie.

Bo już nie ciężą mi kajdany ziemi,

Tyś moim wzlotem jest i Jutrem ty!

Miłość mię skrzydły objęła jasnemi,

Idę za graniem, co mi w piersi drży...

Kochanko, drogi wiedziesz mię tajnemi!

Tyś twórczy duch, co dzieło moje śni.

Wieczyście jedna, co westchnienie nowa,

Nad ziemią płynie pieśń, mocarna pani.

Zaświatów ciszę ziemi niesie w dani...

Jej tchnieniem młodość jasna i tęczowa.

Przymierza z duchy wielkimi odnowa,

Wśród rozpętania ponęta przystani,

Daje blask oczom, sercom daje słowa,

Wesele cichym i tym, co spłakani.

Z jej boskiej piersi piłem nektar życia,

Duch mój wziął od niej wszystko, czym dziś jest...

Poczułem chwilę skrzydeł rozpowicia...

Pogrążon jeszcze w mrokach, wziąłem chrzest

Zaziemskich tęsknot... Anioł zbiegł skrzydlaty

I poniósł mię daleko, w inne światy.

Rozdział pierwszy

Rodzice spali już, zegar miarowym stukał taktem, wiatr szemrał i tłukł oknami. Co chwila czyniło się w pokoju jasno od księżyca i ćmiło znów, gdy zapadł za chmurę. Młodzieniec leżał na posłaniu, ale nie spał. Myślał o nieznanym człowieku i jego opowieści. Nie skarby to zbudziły w mej duszy niewysłowione pożądanie, co mnie nurtuje, rzekł sam do siebie; jakże daleki jestem od żądzy bogactwa; kwiat tylko, błękitny kwiat ujrzeć pragnę. Myśl o nim legła mi na duszy, śćmiła wszystko i nie mogę o niczym pisać, ni myśleć o innym. Nigdy mi jeszcze tak nie było. Wydaje mi się, jakbym ongi, dawno śnił lub też jakbym ocknął się do życia w innym świecie. Któż w świecie, w którym żyję, troszczy się o kwiaty; nie, o takiej namiętności dla kwiatu nigdy nie słyszałem. Skąd też mógł nieznajomy pochodzić? Żaden z nas nigdy nie widział człowieka jemu podobnego. A także nie wiem czemu tylko na mnie podziałały tak jego słowa. Wszak inni słyszeli to samo, a żadnemu z nich coś podobnego się nie wydarzyło. Że też nie mogę nawet mówić o moim cudnym stanie! Często czyni mi się tak dobrze, tak dobrze, a tylko w chwilach, gdy myśl o kwiecie ćmi się, nachodzi mnie skłonność do czynu, do ruchu; tego nie zrozumie chyba nikt, tego nie zdoła nikt pojąć. Zrazu się bałem, że myśl mi się obłąkała, ale od czasu, kiedy nie tak jasno jak ongi myślę i widzę, wszystko wydaje mi się bardziej znajome i jasne. Słyszałem dawniej opowieści o zamierzchłych czasach, kiedy to zwierz dziki, skały i drzewa z ludźmi prowadziły rozmowy. A oto teraz zda mi się, jakby lada chwila poczęły rozgwary, patrzę na nie i czuję, i wiem, co mi powiedzą może za chwilę. O, wiele jest pewnie jeszcze słów minieznanych; gdybym ich więcej umiał, wszystko bym zaraz lepiej pojmował. Dawniej lubiłem tańczyć, teraz raczej podług muzyki myśleć wolę. Młodzieniec zatracił się niedługo w cudnych fantazjach i zasnął. Począł śnić o bezkresnych dalach, dzikich, nieznanych ugorzyskach. Przebiegał z łatwością jaskółczą morza ogromne, widział dziwaczne stwory, obcował z różnodusznymi ludźmi, raz tocząc krwawe wojny, to znów spoczywając w cicho zaśnionych chatach. Wpadał w niewolę i doznawał nędzy niezmiernej. Czucia wszystkie rosły w jego duszy do potęgi mu nieznanej, do wyżyn nietkniętych dotąd stopą. Przeżył niezmiernie barwne życie, zmarł i powstał znowu z martwych, miłował z ogromną namiętnością i oddzielała go od ukochanej wieczność czarna. Na koniec, gdy świtać poczęło, gdy poświata ranna padła na ziemię, uciszyło się w jego duszy, jaśniejsze i mniej migotliwe stały się obrazy. Wydało mu się, że ciemnym lasem szedł samotny. Przez zieloną sieć konarów z rzadka tylko przedzierał się promień słońca. Niebawem trafił na skalistą roztokę stromo spinającą się w górę. Musiał przeskakiwać obrosłe mchem kamienie, wydarte z łona góry wodami zaginionego już potoku. Wdzierał się wzwyż, a im wyżej szedł, tym rzadszy stawał się las. Przyszedł na koniec na małą polanę na grzebieniu góry leżącą. Na skraju polany sterczała wysoka, prostopadła skała, a u stóp skały ujrzał młodzieniec otwór, wydający się jakby bramą tajnego, kutego we wnętrzu góry chodnika. Chodnik biegł poziomo aż do wielkiej groty, z której biła ku podróżnikowi jasność jakaś niezmierna. Gdy wszedł, ujrzał potężny snop promieni, tryskający aż pod sklepienie groty i opadający świetlaną mgłą iskier do zbiornika kamiennego. Snop świetlny połyskał jak zapalone złoto, nie było słychać najlżejszego szmeru, czarowne zjawisko zatopione było w głębokiej, świętej ciszy. Zbliżył się do zbiornika wypełnionego drgającym wirowaniem barw. Ściany groty pociągnięte były tym płynem. Nie był gorący, ale chłodził i ze ścian bił odeń matowy, szafirowy poblask. Młodzieniec zanurzył rękę i zwilżył wargi roztopioną,chłodną lawą. Przejęło go wskroś tchnienie jakby Ducha mocnego, uczuł się do głębi swej istoty napełniony siłą i odświeżony. Ogarnęła go niezmożona chęć skąpania się w cudownej wodzie skier — rozebrał się i zstąpił do zbiornika. I wydało mu się, że otoczyły go wszystkie chmury zorzy wieczornej, niebiańskie uczucie dobra ogarnęło go, w rozkosznym wirze ujrzał zmąconych mnóstwo myśli. Cisnęły się, by w jego duszy zlać się w jedność nowe, nieznane dotąd zjawy. Wybłyskiwały, spływały się z sobą, rodziły w tym złączeniu ponownie, jako widzialne twory dokoła go otaczając, a każda fala dziwnego, słodkiego żywiołu jakby pierś dziewicza tuliła się doń pieszczotliwie. Fale świetlane składały się z cudnych dziewcząt, co wcielały się, w momencie zetknięcia z ciałem jego młodzieńczym.

Upojony czarem, a jednak świadomy czucia tego, czuł się niesiony prądem wypływającym ze zbiornika kędyś między skały. Opanował nim niby słodki sen, w którym roił o niepodobnym do prawdy zdarzeniu. Zbudził się do innego wtajemniczenia. Znalazł się u brzegu źródła na miękkiej murawie. Źródło biło kędyś wysoko w powietrze, a krople nie wracały, jakby je przestwór pożarł. Ciemnobłękitne skały pocięte barwnymi żyłami sterczały opodal. Poświata dzienna rozlewająca się po tym zakątku, nie wiadomo, ziemi czy nieba, jaśniejsza była i łagodniejsza zarazem jak zwyczajna. Szafir niebiosów ściemniały, sczerniały był prawie, przeczysty jednak i przeźroczy.

Spośród wszystkiego oczy jego pociągał najbardziej, mocą nieprzepartą, jasnobłękitny kwiat, stojący na wysokiej łodydze ponad samym źródłem. Dotykał go szerokimi, połyskującymi liśćmi. Dokoła chwiały się kwiaty inne o rozlicznych barwach, a woń przecudna napełniała powietrze. Młodzieniec nie widział jednak nic prócz błękitnego kwiatu. Wpatrywał się weń długo, z rozrzewnieniem, na jakie nie ma słów. Wreszcie powstał, chcąc się doń zbliżyć jeszcze bardziej, ale w tej chwili kwiat począł się poruszać i zmieniać, liście nabrały jeszcze żywszego połysku, i zwinęły się dokoła łodygi, kielich pochylił się ku niemu, płatki się rozchyliły, tworząc jakby szeroką kryzę, a pośrodku niej zjawiła się twarz. Wraz z przemianą dziwnego kwiatu, śpiącym owładało coraz większe zdumienie... ale tejże chwili zbudził go głos matki i otworzywszy oczy, ujrzał się w rodzicielskim domu. Pokój zalany był porannym światłem. Był nadto zachwycony, by miał się gniewać, wesoło pozdrowił matkę i odwzajemnił jej uściśnienie.

— Śpiochu jakiś — rzekł ojciec — myślałem, że nie wiedzieć jak długo będę jeszcze czekał. Siedzę tu już od dawna i piłuję. Bić młotem ze względu na ciebie nie śmiałem, a matka nie chciała przerywać snu swemu pieszczochowi. Nie mówię już o śniadaniu, na które także czekamy oboje. Mądrze zaprawdę obrałeś zawód naukowy, dla którego my, zwyczajni ludzie musimy czuwać i pracować. Ale nie dość na tym; jak mi mówiono, dzielny uczony musi pracować także po nocach, by zgłębić dzieła swych mądrych poprzedników.

— Drogi ojcze — odrzekł Henryk — nie gniewaj się na mnie, że długo spałem, przecież to zdarza mi się dosyć rzadko. Zasnąłem bardzo późno, miałem wiele męczących snów, a wreszcie zjawił mi się sen cudowny, którego pewnie długo nie zapomnę, bo zdaje mi się, że więcej to niźli sen.

— Drogi Henryku — rzekła matka — pewnie położyłeś się na grzbiecie albo podczas wieczornych modlitw przyszły ci do głowy niestosowne myśli. Wyglądasz dotąd jeszcze dziwnie. Jedz i pij, byś przyszedł do siebie.

— Sen mara — rzekł ojciec, nie przerywając pracy, podczas gdy matka wyszła. — Sen mara! Mogą sobie tam o tym uczeni wielce panowie myśleć, co im się żywnie podoba, ja radzę ci, mój chłopcze, nie marnować swego umysłu na podobnie bezpożyteczne i szkodliwe rozmyślania. Już minęły czasy, kiedy w snach widzenia miano boskie i my prostacy nie możemy pojąć, jakie zjawy mieli owi wybrani męże, o których Biblia opowiada. Musiały to być inne sny jakieś, inne, odmienne, jak odmienne były drzewiej sprawy ludzkie.

W czasie, w którym żyć nam tu na ziemi danym jest, nie ma już bezpośredniej łączności pomiędzy ziemią a niebem. Stare pisma i stare dzieje są dziś jedynym źródłem, z jakiego czerpiemy wiadomości o świecie zaziemskim o tyle, o ile nam są potrzebne i zamiast przez objawienie bezpośrednie, przemawia teraz Duch Święty pośrednio, przez umysły mądrych i szlachetnie myślących ludzi oraz przez żywoty i losy ludzi pobożnego serca. Nasze współczesne cudowne obrazy nie budowały mnie nigdy zbytnio i nie wierzyłem nigdy w opowieści o cudach, które rozgłaszają księża, ale niechże się nimi zachwyca kto chce, ja osobiście wystrzegam się, by kogoś nie zachwiać w wierze, nie podkopać jego zaufania.

— Drogi ojcze, z jakiegoż to powodu jesteś tak snom przeciwny, tym snom, których dziwne przemiany i delikatna budowa musi, zaprawdę, pobudzać nas żywo do myślenia? Czyż nie jest każdy, najbardziej nawet zawikłany sen dziwnym zjawiskiem, nawet odłożywszy na bok kwestię, czy przemawia przezeń wola boża, wielkim pęknięciem w onej tajemniczej zasłonie, która w tysiącznych fałdach spływa w najmroczniejsze tajnie naszej istoty. W najmądrzejszych książkach znajdziemy niezliczone opowieści o snach, pisane przez najwiarygodniejszych ludzi, a ty sam, ojcze, wszak pamiętasz ów sen, o którym opowiadał niedawno czcigodny kapelan książęcy. Tobie samemu wydał on się znaczący.

Ale nawet pominąwszy i te opowieści, gdybyś, ojcze, przemarzył pierwszy swój sen w życiu, jakże byś się zadziwił i pewnie byś nie zaprzeczał cudowności tego zjawiska, które stało się dla nas wszystkich tak codzienne, tak małoznaczne. Mnie wydaje się, że sen jest ochroną przeciw regularności i powszedniości życia, wolnym, swobodnym wzlotem więzionej za dnia fantazji, bo w tym wzlocie rozrzuca ona w chaotyczny nieład wszystkie zjawy życiowe i ustawicznej powadze człowieka dorosłego pozwala spocząć, pozwala znużonemu zabawić się nietroskliwie i wesoło jak dziecku. Bez snów postarzelibyśmy się wszyscy bardzo prędko, sen więc chociaż nie dany nam bezpośrednio, z nieba, możemy uważać przecież za boski dar, za wesołego towarzysza w wędrówce do grobu. Zaprawdę, sen, który miałem dziś w nocy, nie jest to małoznaczny wypadek mego życia, czuję, że przeniknął on w głąb mej duszy i niby olbrzymie koło obraca się, porywając ją w wirswój.

Ojciec uśmiechnął się dobrotliwie i spojrzawszy na wchodzącą właśnie matkę, rzekł:

— Matko, w Henryku odzywa się ciągle ten moment, przez który przyszedł na świat. W słowach jego czuję żar owego włoskiego wina, które swego czasu przywiozłem z Rzymu i które piliśmy w wieczór weselny. Byłem wtedy innym zgoła człowiekiem. Południowy wiatr stopił na mojej duszy zimną powłokę, pieniłem się, jak puchar wina, odwagą i wesołością, a i ty byłaś ognistą, słodką dziewczyną. U ojca twego wówczas na niczym nie zbywało, zeszli się zewsząd śpiewacy i lutniści, a wesela piękniejszego niż nasze długo nie widziano w Augsburgu.

— Mówiliście przedtem o snach — rzekła matka — pamiętasz pewnie, żeś mi wówczas opowiadał o jednym śnie, któryś miał tam w Rzymie. Sen ów miał ci poddać myśl przybycia do Augsburga i starania się o moją rękę.

— Dobrze, że mi właśnie przypominasz — rzekł stary — byłbym zgoła zapomniał o onym śnie dziwnym, który wówczas żywo mnie zajmował. Właśnie jest on dowodem na to, co przedtem o snach mówiłem do Henryka. Niepodobna mieć chyba snu jaśniejszego i logiczniej sformułowanego. Jeszcze dziś go doskonale pamiętam, a cóż sen ten znaczył? To, żem śnił o tobie, i nagle uczułem tęsknotę, chęć posiadania ciebie, to całkiem naturalne, znałem cię przecież. Twa piękna, wesoła dusza zajęła mnie od początku bardzo, i tylko ochota poznania obczyzny stłumiła chwilowo miłość mą i chęć uczynienia cię żoną moją. Właśnie około tego czasu, gdy śniłem, nasyciłem się już do pewnego stopnia podziwianiem krajów obcych, więc skłonność serca łatwiej mogła się przejawić.

— Proszę, opowiedz ojcze ten dziwny sen — prosił syn.

— Chodziłem raz bez celu po Rzymie — rozpoczął ojciec. — Niebo było przeczyste, a księżyc oblewał kolumny i mury bladym, tajemniczym światłem. Towarzysze moi poszli kędyś za dziewczętami, mnie tęsknota za domem i miłość popędziły w świat. Wreszcie poczęło mnie palić pragnienie, wstąpiłem tedy do pierwszego z brzegu domu podmiejskiego, by poprosić o szklankę wina lub mleka. Ukazał się w progu izby starzec i pewnie w pierwszej chwili wziął mnie za podejrzanego włóczęgę. Powiedziałem mu, o co proszę, a gdy się dowiedział, że jestem cudzoziemcem i Niemcem z narodowości, zaprosił mnie gościnnie do izby i przyniósł flaszkę wina. Poprosił mnie, bym usiadł, i spytał, czym się trudnię. W izbie pełno było książek i starożytnych zabytków. Zawiązała się długa rozmowa. Opowiadał o dawnych czasach, o malarzach, rzeźbiarzach i poetach starożytnych. Dotąd nie słyszałem nikogo, co by tak mówił, zdawało mi się, jakobym przybił do nieznanego lądu i wysiadł na obcą mi ziemię. Pokazywał mi pieczęcie i inne stare wyroby, potem czytał z zapałem prześliczne poezje, tak że czas minął szybko. Dziś jeszcze radość serce me przejmuje, gdy wspomnę na różnobarwny zamęt myśli dziwnych i uczuć, jakich w on wieczór pełną miałem duszę. W pogańskich wiekach starzec czuł się jakby w domu u siebie i tęsknił gorąco i szczerze do onych zamierzchłych, niepowrotnych czasów. W końcu wskazał mi komorę, gdzie spocząć mogłem przez resztę nocy, bo wracać było już za późno. Zasnąłem rychło. We śnie wydało mi się, żem jest w rodzinnym mieście i z bram właśnie wychodzę. Gdzieś iść miałem i czegoś dokonać, ale nie wiedziałem dokąd się udaję i co zamierzam uczynić. Zwróciłem się szybkimi, bardzo szybkimi krokami ku górom harcyńskim, czułem się szczęśliwy i wesoły, jakbym szedł na wesele. Nie zatrzymywałem się w drodze, dążyłem ciągle polami, przez równie i lasy, aż przyszedłem wreszcie do stóp wysokiej góry. Wyszedłem na jej szczyt i ujrzałem w dole niwy złote, wzrokiem objąłem całą Turyngię jak długa i szeroka, gdyż nie było żadnego pasma gór, które by mi widok zasłaniały. Po drugiej stronie leżały góry harcyńskie ciemną masą. Widziałem niezliczone zamki, klasztory i wioski. W tej chwili przyszedł mi na myśl starzec, u którego spałem i wydało mi się nagle, że bytność moja w jego domu miała miejsce w zamierzchłych, dawnych czasach. Niebawem spostrzegłem schody wiodące do wnętrza góry i począłem schodzić po nich w głąb. Po długiej wędrówce znalazłem się w obszernej jaskini. Siedział tam starzec ubrany w długą, powłóczystą szatę. Oparty był o żelazny stół i spoglądał uważnie na piękną dziewczynę wykutą z marmuru, stojącą przed nim. Broda mu urosła tak, że pokryła stół i spadała aż na nogi siedzącego. Wyglądał poważnie i życzliwie i przypominał starca, u którego spędziłem wieczór. Zagapiłem się i spoglądałem w milczeniu. Wtem dotknął gospodarz ramienia mego, wziął mnie za rękę i powiódł długimi podziemnymi chodnikami. Po chwili ujrzałem szary przeblask, jakby świt się poczynał. Podążyłem w kierunku światła i znalazłem się na zielonej murawie. Ale dokoła mnie był świat zgoła inny niż ojczysty. Stały olbrzymie drzewa z ogromnymi, połyskującymi liśćmi i rzucały wkoło cień. Powietrze było bardzo gorące, ale nie duszne. Wszędzie biły źródła, kwitły kwiaty, ale spośród wszystkich kwiatów spodobał mi się nad wszystkie inne jeden. Wydało mi się, że wszystkie inne pochylają się ku niemu.

— Ach, drogi ojcze, powiedz mi też, jakiej barwy był ten kwiat? — zawołał syn z wybuchem.

— Tego już nie pamiętam, choć wszystko inne tkwi wyraźnie w mej pamięci.

— Czyż nie był przypadkiem błękitny?

— Może być! — ciągnął dalej stary, nie zwracając uwagi na wybuch ciekawości Henryka. — To jedno wiem, że dziwnie zrobiło mi się na sercu i długo stałem zapatrzony, nie zwracając się ku memu przewodnikowi. Gdym się wreszcie obejrzał w jego stronę, zobaczyłem, że spogląda na mnie uważnie i uśmiecha się dobrotliwie. W jaki sposób odbyłem drogę powrotną, już dziś nie pamiętam. Znalazłem się znowu na szczycie góry. Przewodnik mój stał obok i rzekł: „Widziałeś cud świata, od ciebie samego zależy teraz stać się najszczęśliwszą pośród ziemian istotą, a prócz tego jeszcze słynnym człowiekiem. Zważ pilnie na moje słowa. Jeśli powrócisz tutaj w dniu świętojańskim około wieczora i zaniesiesz do Boga gorącą prośbę, by ci użyczył zrozumienia tego snu, wtedy sądzony ci będzie najszczytniejszy los ziemski. Zważaj tylko na mały, niebieski kwiatek, który znajdziesz tu na szczycie. Zerwij go i pokornie poddaj się przewodnictwu niebiosów”. Znalazłem się nagle we śnie pośród przepięknych ludzi i nieskończonym łańcuchem, w niezliczonych przemianach przesuwały się dzieje ludzkości przed mymi oczyma. Język mój został rozwiązany, co wyrzekłem, brzmiało jak muzyka. Naraz, wszystko znowu śćmiło się, skurczyło i spowszedniało, a ja ujrzałem twą matkę. Spoglądała na mnie dobrym wzrokiem i z pewnym zawstydzeniem podała mi trzymane na ręku dziecię. Nagle dziecię poczęło w oczach rość, połyskać i jaśnieć, wreszcie rozwinęło śnieżnej białości skrzydła i uniosło się ponad nasze głowy. Potem wyciągnęło po nas ręce, wzięło nas oboje w ramiona i wzleciało wysoko, tak wysoko, że ziemia w dole wydała nam się jakby złota misa pokryta przecudną rzeźbą. Pamiętam niewyraźnie jeszcze, że w ciągu dalszym snu powracały znowu starzec, góra i błękitny kwiat,ale zbudziłem się niedługo potem opanowany gorącą miłością i pożegnałem się z mym gościnnym starcem. Prosił mnie, bym niedługoznowu przyszedł go odwiedzić. Przyrzekłem i byłbym niechybnie dotrzymał, gdybym w krótki czas potem nie był porzucił Rzymui nie wyjechał nagle do Augsburga.

Rozdział drugi

Dzień św. Jana przeminął. Matka miała od dawna zamiar wyjechać na czas jakiś do Augsburga, odwiedzić rodziców swoich i przywieźć dziadkowi, nieznanego mu jeszcze, ukochanego wnuka. Kilku dobrych przyjaciół starego Ofterdingena, kupców, miało też udać się tam w celach handlowych. Wtedy powzięła matka zamiar skorzystać z tej sposobności i ziścić swe pragnienie. Leżało jej to tym więcej na sercu, że zauważyła, iż Henryk od niejakiego czasu dużo jest cichszy i bardziej zatopiony w sobie jak zwykle. Myślała, że posmutniał lub czuje się chory i sądziła, że daleka podróż, widok nowych ludzi, krajów oraz, jak po kryjomu sobie układała, wdzięki młodej dziewczyny rozpogodzą zasępione czoło syna, uczynią zeń na powrót wesołego, towarzyskiego człowieka. Stary zgodził się na ten plan, a Henryk cieszył się nadzwyczajnie, że wreszcie uda się do miejsc, które od dawna już, wedle opowiadań matki i kilku podróżnych, wyobrażał sobie jako ziemski raj. Nieraz pragnął tam się znaleźć.

Właśnie ukończył dwudziesty rok życia. Nie wydalił się dotąd nigdy poza okolice najbliższe swego rodzinnego miasta, a świat znany był mu jedynie z opowiadań. Niewiele też książek miał w rękach do tej pory. Na dworze landgrafa, wedle zwyczaju onych czasów, wiedziono życie skromne i ciche, a wygody i wystawność książęca nie mogły się nawet i mierzyć ze stopą życiową, na jakiej w czasach późniejszych żył każdy zamożny człowiek wraz ze swoją rodziną, nie będąc wcale rozrzutnym. W zamian jednak z większym przywiązaniem i pieczołowitością odnoszono się do sprzętów i przyborów, jakie człowiek gromadzi dokoła siebie dla różnorakiego użytku. Były one dla człowieka ówczesnego droższe i miały dlań większe znaczenie. Jeśli już sama tajemnica natury, powstanie materii składającej je, pociągało badawczego ducha, to tym więcej rozwijało przywiązanie człowieka do owych niemych towarzyszy życia, bogate ich przyozdobienie, romantyczna dal, z której je otrzymywano, oraz czcigodna ich starożytność, gdyż starannie przechowywane przechodziły nieraz przez ręce wielu pokoleń. Niejednokrotnie podnoszono je do godności świętych symboli szczególnego błogosławieństwa bożego i szczęsnej doli, a ileż to razy dobro państw całych i szeroko rozgałęzionych rodów łączono bezpośrednio z ich posiadaniem. Piękna prostota zdobiła czasy one właściwą jej poważną i niewinną naiwnością, a skąpo rozmieszczone klejnoty połyskały tym bardziej w półmroku, napełniając duszę myślącego człowieka przedziwnym jakimś oczekiwaniem. Jeśli prawdą jest, że dopiero zręczne rozmieszczenie światła, barw i cieni, utajoną piękność widomego świata ukazuje, jak gdyby się otwierały nowe, wyższe widnokręgi, to właśnie spostrzegać się dawało w onych czasach podobne rozmieszczenie w zakresie gospodarczym, w przeciwieństwie do czasów późniejszych, zamożniejszych, które dają jednostajny, szary obraz dnia powszedniego. W każdym przejściu, jak w królestwie pośrednim, przebłyska jakoby wyższa, duchowa moc i podobnie jak na powierzchni naszej planety, okolice najbogatsze w nadziemne i podziemne skarby leżą pośrodku pomiędzy niegościnnymi, dzikimi skałami, a bezkresnymi równiami stepów, tak pomiędzy czasami barbarzyństwa i dzikości a bogatymi w sztukę, wiedzę i dobra gospodarcze czasami nowszymi, legła epoka romantyczna, pod prostą szatą wielkiego kryjąca ducha. Któżnie przebywa chętnie w półmroku, gdzie noc o światłość dnia, a jasność o ciemń nocną potrąca i w gamę cieniów i barw się rozlewa. Zanurzmy się podobnie w okres, w którym żył Henryk i teraz właśnie szedł na spotkanie nowych niespodzianek życiowych, z sercem wezbranym. Pożegnał się z towarzyszami zabaw i ze swym nauczycielem, starym, mądrym kapelanem książęcym, który znał jego cenne zdolności i rozstawał się z nim wzruszony, z cichą modlitwą na ustach. Księżna była jego matką chrzestną. Henryk często odwiedzał ją na Wartburgu. I teraz poszedł wziąć pozwolenie na odjazd od swej protektorki. Udzieliła mu kilku dobrych rad i ofiarowała złoty łańcuszek na szyję, żegnając się serdecznie i łaskawie z odjeżdżającym.

W niewesołym usposobieniu opuścił Henryk ojca i miasto rodzinne. Poznał teraz, co znaczy rozłąka. Nie doznawał tego uczucia, myśląc o podróży, uczuł za to tym silniej gorycz rozłąki w chwili, gdy nagle oderwał się od świata, w którym żył dotąd, w chwili, gdy został wyrzucony falą na obcy brzeg. Niezmierny jest ból młodego serca, gdy czyni to pierwsze doświadczenie, gdy przekonywa się po raz pierwszy, że znikome są rzeczy wszystkie tej ziemi, choć wydawały się niedoświadczonemu tak konieczne, tak niezbędne, tak zrosłe z jego najwnętrzniejszym bytem.

Jako pierwsza zjawa śmierci, niezapomniana pozostaje pierwsza rozłąka. Długo potem niby strach nocny krąży dokoła duszy, krąży ciągle, gasi jedną po drugiej radość z dnia i jego zjawisk, aż przemieni się w tęsknotę. I rośnie ta tęsknota za stałym, pewnym, zmianom niepodległym lądem, a śmierć przemienia się w drogowskaz upragniony, w miłego towarzysza podróży, co pociechy szepce słowa.

Całą otuchą Henryka była obecność matki. Wydało mu się, że nie utracił od razu całego dawnego świata i tym serdeczniej garnął się do niej.

Wczesnym rankiem wyruszyli podróżni z Eisenach, a pomrok zestrajał się z wzruszeniem Henryka. Z rosnącą światłością rozpoznawał coraz dokładniej nieznaną sobie okolicę i gdy ze wzgórza spojrzał na oświecony właśnie słońcem krajobraz, ze zdziwieniem uczuł, że budzą się stare, zapomniane melodie jego duszy, że wdzierają się w zmącony smutkiem tok myśli. Uczuł się na progu onych dali, na które tak często spoglądał daremnie ze szczytów gór pobliskich i które zjawiały mu się często w tak dziwne barwy strojne. Chciał się rzucić w tę błękitną falę. Przed nim widniał cudowny kwiat. Oglądał się za Turyngią opuszczaną z tym dziwnym przeczuciem, że po długich wędrówkach po okolicy, ku której dążył, powróci do ojczyzny, że przeto niejako do tej ojczyzny zdąża.

Całe towarzystwo, milczące zrazu z podobnych przyczyn, poczęło się ożywiać, podniosły się rozmowy, poczęły opowiadania dla skrócenia czasu. Matce Henryka wydało się, że powinna syna wyrwać z rozmarzenia, w które zatonął, zaczęła przeto opowiadać o swoim kraju ojczystym, o domu rodzicielskim i wesołym życiu, jakie wiodą ludzie w Szwabii. Kupcy potakiwali i dodawali różne szczegóły, stwierdzające opowiadania matki, wielbili gościnność starego Schwaninga i nie mogli dosyć nachwalić piękności kobiet, krajanek matki Henryka.

— Czynicie dobrze — mówili — że wieziecie tam syna. Obyczaje waszej ojczyzny są łagodniejsze i ludzie tam bardziej ugrzecznieni, umieją oni starać się o rzeczy pożyteczne, nie mając we wzgardzie tego co miłe. Każdy tam stara się zaspokoić swe potrzeby w sposób towarzyski i piękny. Kupiec ma się dobrze i otacza go szacunek ogółu. Sztuki i rzemiosła kwitną i uszlachetniają się ustawicznie, a pilnemu praca wydaje się łatwa, gdyż daje mu sposobność do zażycia różnych przyjemności, i podczas gdy podejmuje sam trud monotonnej i uciążliwej pracy, ma to przeświadczenie, iż danym mu będzie w zamian korzystać z plonów różnorodnych zajęć. Pieniądz, czynność energiczna i towar wytwarzają się jedne z drugich ustawicznie, zataczając coraz to szersze kręgi, a miasta rozkwitają dobrobytem. Im gorliwiej oddawano się przez dzień czynnościom zarobkowym, tym swobodniej można poświęcić wieczór miłej rozrywce, sztukom pięknym i życiu towarzyskiemu. Dusza pożąda zmiany i odpoczynku, a gdzież może pragnienie swe zaspokoić godniej i przyjemniej jak w sztukach wyzwolonych, wytworach najszlachetniejszych jej siły, w dziełach geniuszu twórczego. Nigdzie nie spotyka się lepszych śpiewaków, zdolniejszych malarzy, nigdzie też nie można chyba natrafić w salach balowych lżejszych poruszeń przy pląsach i piękniejszych postaci tancerzy. Sąsiedztwo włoskiej krainy objawia się w swobodniejszym zachowaniu się i w bardziej ujmujących rozmowach. Płeć wasza zdobić może towarzyskie zebrania i bez obawy złych języków podniecać do rywalizacji okazywanymi względami. Szorstka powaga i dzika swawola mężczyzn ustępuje tam miejsca łagodnej żywości i skromnemu w swych objawach weselu, miłość zaś w tysiącznych swych kształtach przewodzi w zebraniach towarzyskich. A miast, by to miało za skutek wybryki lub złe obyczaje, wydaje się, jakby wszystkie ciemne duchy uciekały przed pięknością,tak że w całych Niemczech nie ma chyba dziewcząt cieszących się lepszą sławą i wierniejszych żon, jak w Szwabii.

— Tak, młodzieńcze, w czystej, ciepłej atmosferze Niemiec południowych pozbędziesz się niezawodnie szybko swej nieśmiałości, a wesołe dziewczęta uczynią cię rozmownym i układnym. Samo to, żeś obcy przybysz i bliski krewny starego Schwaninga, który jest duszą każdego wesołego zebrania, zwróci na ciebie piękne oczy wszystkich dziewcząt, jeśli zaś posłuchasz rady swego dziadka, to niezawodnie obdarzysz nasze miasto rodzinne cenną ozdobą i przywiedziesz do domu piękną żonę, podobnie jak to uczynił twój ojciec.

Matka z rumieńcem na twarzy podziękowała za piękną pochwałę swego kraju ojczystego i za dobre mniemanie o jego kobietach, a zamyślony Henryk przysłuchiwał się też uważnie i z wewnętrznym zadowoleniem opowieści o kraju, który miał ujrzeć niebawem.

— Gdybyś młodzieńcze — ciągnęli dalej kupcy — nawet nie jął się zajęcia swego ojca i raczej, jakeśmy słyszeli, poświęcił się zgłębianiu wiedzy, to nie potrzebujesz przez to jeszcze zostać księdzem i zrzekać się używania słodkich uciech tego świata. Właśnie źle się dzieje, że nauki spoczywają w rękach tego stanu, tak odciętego od świata i jego spraw, a książęta otaczają się radą mężów nieżyjących w łonie tego samego społeczeństwa i przez to w gruncie rzeczy niedoświadczonych. Są oni w samotności pogrążeni, nie biorą udziału w życiu współczesnym i przeto myśli ich kierują się ku rzeczom nie tego świata, a poglądy nie odpowiadają stanowi rzeczy danej chwili. W Szwabii jednak natrafisz na prawdziwie mądrych i doświadczonych mężów świeckich i jakikolwiek dział ludzkiej wiedzy obierzesz, jakiekolwiek nauki przyswoić byś sobie zechciał, nie zbraknie ci na najlepszych nauczycielach i doradcach.

Po chwili Henryk, któremu na myśl przyszedł przyjaciel i nauczyciel jego stary, kapelan książęcy, rzekł:

— Jakkolwiek nieświadomy wielu rzeczy tego świata, nie mogę się z wami spierać o kwestię nieudolności kleru w sądzie o rzeczach świeckich i kierowaniu nimi, to jednak sądzę, że wolno mi zwrócić uwagę waszą na naszego przezacnego kapelana, który, jak mi się wydaje, jest wzorem męża mądrego, którego nauki i rady nie ulecą nigdy z mej pamięci.

— Czcimy — odrzekli kupcy — owego godnego człowieka całym sercem, mimo to jednak na opinię twoją, że jest to mąż mądry, możemy się zgodzić jedynie o tyle, o ile mówisz o mądrości, która dotyczy bogobojnego żywota. Jeśli natomiast uważasz go za równie doświadczonego w rzeczach ziemskich, jak jest biegły i uczony w rzeczach zbawienia, to wybacz, ale zdania twego podzielać nie możemy. Przez to jednak nie sądzimy, by święty mąż miał ponieść jakikolwiek uszczerbek w sławie tak dobrze zasłużonej, twierdzimy jedynie, że nazbyt jest on zatopiony w nauce o rzeczach pozazmysłowych, by miał dążyć do poglądu na sprawy chwili bieżącej i szukać w tym chwały.

— Czyżby jednak ta wyższa wiedza — spytał Henryk — nie miała zarówno czynić zdolnym do sprawiedliwego kierowania ludzkimi sprawami? Czyżby właśnie ta wolna od wpływów postronnych dziecięca naiwność wskazać nie mogła pewniejszej drogi poprzez labirynt kwestii niż rozum, na błędne drogi skierowany przez własny interes, zatamowany w swobodnym locie przez ogromną liczbę coraz to nowych przypadków i zawikłań i oślepiony nimi? Nie wiem, ale wydaje mi się, że stoją otworem dwie drogi, którymi dojść można do jasnego poglądu na całokształt dziejów ludzkich. Pierwsza żmudna, długa, wijąca się w tysiącznych skrętach droga doświadczenia, i druga, krótka, jeden krok tylko, droga rozmyślań. Podróżnik udający się do celu drogą pierwszą musi wyszukiwać wszystko, jedno po drugim, za pomocą długich obliczeń, podczas gdy drugi istotę każdego wydarzenia i każdej rzeczy odkrywa bezpośrednio i ujmuje ją od razu w całym kompleksie przyczyn i skutków, tak wyraźnie, że z wszystkimi otaczającymi mógłby ją porównać, jak różne figury wykreślone na tej samej tablicy. Wybaczyć raczcie, że przemawiam tu wobec was jak dziecko, któremu się coś roi. Jedynie zaufanie w dobroć waszą i pamięć o mym nauczycielu, który ukazał mi z oddali tę drugą, to jest swoją własną drogę, dały mi śmiałość odezwania się.

— Przyznajemy ci chętnie — odrzekli dobrotliwie kupcy — że podążać za biegiem twych myśli nie jesteśmy w stanie, mimo to cieszy nas mocno, że zachowałeś tak gorącą pamięć o swym czcigodnym nauczycielu i tak dobrze, o ile sądzić możemy, zapamiętałeś jego nauki. Wydaje nam się przy tym, iż masz skłonności poetyckie. Mówisz z taką łatwością o tym, co się dzieje w twej duszy, i nie brak ci nigdy wyszukanych wyrażeń oraz stosownych porównań. Także widzimy, że lubujesz się w cudowności, która jest żywiołem poety.

— Nie wiem — rzekł Henryk — jak się to dzieje. Słyszałem często, jak opowiadano o poetach i śpiewakach, a nie napotkałem dotąd ani jednego. Co więcej, nie mogę sobie o nich nawet wyrobić pojęcia i o ich dziwnej sztuce, a jednak tak bardzo chętnie słucham opowieści o nich. Wydaje mi się, że wtedy lepiej pojąłbym niejedno z rzeczy, o których mam dziś tylko jakieś ciemne przeczucie. Opowiadano mi często o poezjach, ale nigdy nie widziałem żadnej na oczy własne, a mój nauczyciel nie miał sposobności zasięgnąć bliższych o tej sztuce wiadomości. Niewiele pojąłem z tego, co mi o tym opowiadał. Twierdził jednak zawsze, że jest to sztuka szlachetna i że oddałbym się jej bez wątpienia całkowicie, gdybym ją kiedyś poznać zdołał. Mówił, że w dawnych czasach była dużo więcej rozpowszechniona i niemal każdy miał o niej niejakie wyobrażenie, uczył się zaś jeden od drugiego. Wreszcie powiedział mi, że zbratana była ona z wielu zaginionymi dziś, przepięknymi sztukami, a śpiewaków darzyli bogowie swą wielką łaską, tak że natchnieni niewidzialną mocą, potrafili oni przecudnymi tonami głosić na ziemi prawdy niebiańskie.

Kupcy odrzekli na to:

— Nie troszczyliśmy się, co prawda, nigdy o tajemnice poetyckie, chociaż nieraz z przyjemnością przysłuchiwaliśmy się pieśniom śpiewanym przez lutnistów. Pewnie jest coś w tym prawdy, że gdy poeta ma się zjawić na ziemi, musi panować odpowiednia gwiazda na niebie, bo istotnie dziwna jest ta sztuka. Inne sztuki różnią się od niej bardzo i można się ich dużo łatwiej wyuczyć. U malarzy i muzyków można bardzo łatwo się przypatrzyć, jak to wszystko idzie, a przy pilności i wytrwałości można obie te sztuki rychło sobie przyswoić. Tony są już gotowe w strunach i wprawy jedynie potrzeba, by je wprawić w drganie, wydobywając przecudne gamy i akordy. W malowaniu obrazów jest natura sama najlepszą mistrzynią. Wytwarza ona niezliczoną ilość pięknych kształtów, daje farby, światło i cień, przeto wprawne oko oraz znajomość sporządzania i mieszania farb wystarczą, by naturę najwierniej naśladować. Jakże łatwo jest też działanie obu tych sztuk pojąć, zrozumieć, czemu się nimi zachwycamy. Śpiew słowika, poszum wiatru i te przepiękne światła, kolory i postacie podobają nam się, ponieważ zmysły nasze przyjemnie podniecają i bawią, a że zmysły nasze przez naturę, która i owe dzieła sztuki wydała, już tak są po temu urządzone, przeto musi nam się podobać także sztuczne naśladowanie natury. Natura sama chce rozkoszować się swym własnym sztukmistrzostwem, przeto przemieniła się w człowieka i cieszy się w tej postaci własnym swoim pięknem, cechy miłe i powabne od samych rzeczy oddziela i w ten jedynie sposób sprawia, iż może je po wszystkie czasy i bez względu na miejsce posiadać i w najrozliczniejsze sposoby rozkoszować się nimi.

Przeciwnie, nigdzie nie można dostrzec nic, co by było w sztuce poetyckiej zewnętrzne. Nie posługuje się też ona w tworzeniu narzędziami, ni rękami ludzkimi, oko i ucho nie mogą pochwycić nic, co jest w niej istotne, bo słowo, które się słyszy, nie jest to właściwe działanie owej sztuki tajemnej. Wszystko w niej jest wnętrzne i w przeciwieństwie do malarza i muzyka, który darzy zmysły zewnętrzne miłymi wrażeniami, napełnia poeta najskrytsze, święte tajniki serca nowymi, cudownymi i słodkimi myślami. Umie on owe tajemne potęgi spoczywające na dnie duszy wedle upodobania powoływać do życia i za pomocą słów ukazuje nam nieznany dotąd, a wspaniały świat. Jakby z otchłannych, wnętrza ziemi sięgających jaskiń występuje w duszy słuchacza przeszłość zamierzchła i nowe, przyszłe dni, korowody ludzkich postaci, okolice nieznane i dziwne wydarzenia, a wszystko to każe mu zapomnieć o rzeczywistości. Słyszysz obce słowa, a wiesz przy tym, co one znaczyć mają. Przypowieści poety mają magiczną potęgę, a nawet zwyczajne słowa układają się w przepiękne, tętniące akordy i upajają oczarowanego słuchacza.

— Ciekawość moją potęgujecie do palącego pragnienia — rzekł Henryk. — Proszę bardzo, raczcie opowiedzieć mi coś o śpiewakach, których słuchaliście. Nie mogę nasycić się nigdy dostatecznie opowieściami o tych szczególnych ludziach.

Wydaje mi się zawsze przy tym, jakbym kiedyś, dawniej, w młodości mej lub latach dziecięcych słyszał coś o tym, ale nie mogę sobie już dzisiaj przypomnieć. Wszystko, co mówicie, wydaje mi się tak jasne, tak znane i czynicie mi niewysłowioną radość, opowiadając.

-- Wspominamy sami radzi — odparli kupcy — one szczęsne godziny spędzane czasu swego na włoskiej ziemi, Francji i Szwabii w śpiewaków towarzystwie i cieszy nas niepomiernie, że tak gorąco zaciekawiają cię, młodzieńcze, nasze powieści. Gdy się tak podróżuje po górach, rozmowa wydaje się dwakroć milsza jeszcze niż zwyczajnie, a czas przemija szybko. Może spodobają ci się niektóre ładne historie o śpiewakach, których poznaliśmy podczas rozlicznych podróży. O samych pieśniach zasłyszanych wówczas niewiele powiedzieć zdołamy, gdyż radość i upojenie chwilowe, jakich się wtedy doznaje, nie dozwalają pamięci wiele uchwycić, a ustawiczne kłopoty handlowe niejedno wspomnienie zatarły.

W prastarych czasach musiała zaprawdę cała natura być bardziej ożywiona i głębsza niż dzisiaj. Oddziaływania sił ziemi, które w czasach naszych ledwie na zwierzęta wpływ wywierają, a dla ludzi są jedynie przedmiotem odczucia i rozkoszy, rządziły w on czas ciałami martwymi, pobudzając je do życia. Nic też dziwnego, że ówcześni, wtajemniczeni ludzie mogli dokonywać czynów dziwnych i wywoływać zjawy wydające się nam zgoła niewiarygodnymi i bajecznymi.

W prastarych tedy czasach, w okolicach dzisiejszego cesarstwa greckiego, jak opowiadają podróżnicy, którzy napotkali tam jeszcze owe legendy pośród ludzi, istnieli poeci, co potrafili za pomocą dziwnych dźwięków, wydobywanych z nieznanych narzędzi, budzić tajemne siły drzemiące po lasach i w pniach ukryte ujarzmiać demony, co potrafili w skalistych pustaciach wskrzeszać obumarłe nasiona roślin, w bujne ogrody zaklinać ugorzyska, co srogie kiełznali potwory, a w zdziczałych ludziach obudzali instynkty porządku i obyczajności, skłonności do sztuk i zamiłowanie pokoju. Poeci ci umieli przemieniać rwące potoki górskie w cicho szemrzące rzeki, a nawet martwe głazy zmuszali do rytmicznego, tanecznego ruchu. Podobno głosili oni też wyroczne słowa, spełniali kapłańskie obrzędy i byli ustawodawcami i lekarzami, bo swą sztuką czarnoksięską zniewolili sobie nawet wyższe istoty, uczyli się od nich tajemnic przyszłości, poznawali naturalny ustrój wszystkich rzeczy, nawet wnętrzne moce i lecznicze siły liczb, roślin, słowem wszystkich tworów ziemi. Jak mówi legenda, od tego dopiero czasu nastały w świecie rozliczne urządzenia oraz zbudziły się sympatie i różnorodne dźwięki, a przed tą erą wszystko było dziczą, chaosem i srogą nienawiścią. Dziwne jest tylko, że choć, co prawda, pozostały piękne pamiątki po onych dobroczynnych ludziach i przetrwały aż do naszych czasów, to jedno z dwojga — albo właściwa im moc i sztuka władania, albo też owa delikatna wrażliwość przyrody musiała zaginąć, gdyż wszystko teraz jest inaczej.

W on czas zdarzyło się raz, że pewien poeta albo raczej muzyk — gdyż muzyka i poezja wydaje nam się jakoby jednym i tym samym i jest niejako podobna do ust i ucha, razem wziętych, przy czym usta są tylko ruchomym i opowiadającym uchem — zdarzyło się tedy, że ów poeta-muzyk podjął podróż za morze, do krajów nieznanych. Był on bogaty, posiadał piękne klejnoty i mnóstwo wszelakiego dobra, które mu z wdzięczności zewsząd znoszono w darze. U wybrzeży morskich znalazł okręt i ludzi ochotnych, którzy za obiecaną zapłatę zgodzili się zawieźć go tam, gdzie chciał. Ale blask i piękno skarbów, jakie wiózł ze sobą, pobudziły niebawem ich chciwość do tego stopnia, iż zmówili się między sobą i postanowili go związać, cisnąć do morza, a potem dobytkiem się podzielić. Gdy więc okręt wypłynął na pełny ocean, rzucili się na poetę i oznajmili mu, że umrzeć musi, gdyż powzięli silne postanowienie zatopienia go w morzu. Słowami wzruszającymi prosił poeta zbrodniarzy, by mu darowali życie, ofiarowywał swe wszystkie skarby na okup i przepowiedział, że spotka ich wielkie nieszczęście, jeśli dokonają swego złego zamysłu. Ale ani jedno, ani drugie nie wzruszyło złych ludzi, gdyż obawiali się, że kiedyś mógłby ich zdradzić. Widząc, że od zamiaru odstąpić nie zechcą, poprosił ich, by mu dozwolili przynajmniej przed śmiercią po raz ostatni zagrać pieśń lubioną, potem obiecał wraz ze swym prostym, drewnianym narzędziem muzycznym dobrowolnie skoczyć w ich oczach w odmęty morza. Rozbójnicy wiedzieli dobrze, że gdy tylko posłyszą śpiew czarodziejski, serca im zmiękną i skrucha je opanuje, przeto postanowili wprawdzie nie odmawiać prośbie ostatniej, ale podczas śpiewu zatkać sobie dobrze uszy, by nie dosłyszeć ani jednego tonu i w ten sposób postawić na swoim. I tak się też stało. Poeta począł wspaniały, niesłychanie wzruszający śpiew. Cały okręt wtórował, rozbrzmiewały fale morza, słońce, księżyc i gwiazdy pojawiły się równocześnie na niebie, a z odmętów oceanu wychyliły się tłumy ryb i potworów i poczęły pląsać. Sami tylko żeglarze stali niemi z zatkanymi uszami i czekali niecierpliwie na koniec pieśni. Wnet przebrzmiała, a pieśniarz z pogodnym obliczem skoczył w czarną głąb, cisnąc do piersi swój cudotwórczy instrument. Ale zaledwie dotknął stopą fal połyskliwych, wynurzył się z nich ciemny grzbiet wdzięcznego potwora morskiego, wziął go na siebie i odpłynął ze zdziwionym poetą. Po kilku chwilach potwór dosięgnął wybrzeża, na które chciał się dostać pieśniarz i złożył go lekko w szuwarach. Poeta zagrał swemu wybawcy pieśń radosną i odszedł z sercem przepełnionym wdzięcznością. Po pewnym czasie znalazł się znowu samotny nad brzegiem morza i słodkimi dźwiękami żalił się straty drogocennych klejnotów, które mu były miłe jako pamiątki szczęsnych chwil i oznaki miłości i wdzięczności ludzkiej. Jeszcze pieśni nie skończył, gdy spostrzegł nadpływającego swego przyjaciela i wybawcę. Wesoły legł mu potwór morski u nóg i wyrzucił z paszczy skradzione skarby na piasek. Rozbójnicy, zaraz po skoku poety w morze, poczęli się dzielić łupem. Przy tym podziale jednak wszczęli kłótnię, która zakończyła się morderczą walką, a większość rozbójników padła trupem. Ci, którzy pozostali przy życiu, nie byli w stanie sami kierować okrętem, toteż wpadł niebawem na skały i zatonął. Z wielkim trudem ledwie zdołali wyratować się z toni i dobili z pustymi rękami i w podartych sukniach do lądu. W ten sposób za pomocą wdzięcznego potwora morskiego, który skarby na dnie morza leżące odszukał, powróciły one na powrót w posiadanie dawnego właściciela.

Rozdział trzeci

— Inna historia — ciągnęli kupcy dalej po chwilowej pauzie — choć nie tak cudowna i z późniejszych czasów, może ci się również spodoba i zapozna jeszcze lepiej z działaniem owej tajemnej sztuki.

Pewien stary król miał wspaniały dwór. Z daleka przypływali nań ludzie, by wziąć udział w wesołym i wygodnym życiu, jakie tam panowało. Mimo to nie zabrakło nigdy podczas uroczystości codziennych ani najprzepyszniejszych przysmaków, ani muzyki, przecudnych ozdób, strojów, różnorakich widowisk i rozrywek, ani mądrych, towarzyskichi biegłych w sztukach rozlicznych mężczyzn, których rozmowy ożywiały zebrania, ani wreszcie pięknej, uroczej młodzieży płci obojga, która stanowi duszę wszelkich uroczystości. Stary król, który pod innymi względami był surowym, poważnym mężem, miał dwie skłonności i im to zawdzięczać należało, że dwór był tak ożywiony i wspaniały. Pierwszą z owych skłonności była miłość dla córki, drogiej mu niezmiernie spuścizny po młodo zmarłej, a kochanej małżonce. Była to przecudna dziewczyna, a ojciec byłby chętnie poświęcił wszystkie skarby świata i całą moc ludzkiego ducha złożył w ofierze, by jej stworzyć raj na ziemi. Drugą skłonnością było gorące umiłowanie poetyckiej sztuki i jej mistrzów. Od młodych lat wczytywał się z najwyższą rozkoszą w dzieła poetów, na zbieranie dzieł tych w różnych językach poświęcił wiele trudu i znaczne sumy, a najbardziej cenił towarzystwo śpiewaków. Ściągał ich z wszystkich krańców ziemi i przeciążał wprost darami i zaszczytami. Nigdy nie nużyło go słuchanie ich śpiewów i częstokroć zapamiętawszy się, zapominał o najważniejszych sprawach, a nawet o swych potrzebach życiowych. Byłby bez końca wsłuchiwał się w pieśń. Córka króla wzrosła tedy wśród poezji, a dusza jej cała stała się jako przepiękna pieśń, jako bezpośredni wyraz tęsknoty zaziemskiej i wieczystego smutku. Dobroczynny wpływ czczonych i otoczonych opieką wieszczów odbił się na całym kraju, a przede wszystkim na dworze. Zażywano rozkoszy życia spokojnie i rozważnie, jak cennego napoju, z tym większym zadowoleniem, że wszystko co niskie, co nabrzmiało dziką namiętnością, co dźwięczało fałszywie, zostało wygnane z otoczenia harmonijnego i dalekie było umysłom i sercom. Pokój duszy, wnętrzna szczęśliwość i kontemplacja stworzonego mocą własnego ducha harmonijnego światopoglądu były to cechy onych przedziwnych czasów, a niezgoda, o której mówiły stare legendy, wydawała się dawno zmarłą, pokonaną burzycielką szczęścia ludzkiego. Wydawało się, jakby duch pieśni swego obrońcę obdarzył najwyższym darem wdzięczności, dając mu córkę, w której łączyło się wszystko, cotylko najbujniejsza wyobraźnia wcielić może w postać dziewczęcą. Kto ją widział podczas pięknych uroczystości otoczoną orszakiem towarzyszek, ubraną w białe szaty o srebrnym połysku, jak podczas turnieju śpiewackiego przysłuchiwała się w głębokim milczeniu natchnionym strofom, a potem lekko zarumieniona wonnym wieńcem stroiła włosy szczęśliwego zwycięzcy, którego pieśń największy poklask zyskała, kto ją widział tak piękną i dostojną, ten musiał uważać ją za widzialną zjawę poezji, za duszę tej sztuki wcieloną w cudne ziemskie kształty jakimś ogromnym nieznanym zaklęciem i przestawał dziwić się zachwytom poetów i ich pięknym pieśniom.

Ale nad tym ziemskim rajem zawisło tajemnicze przeznaczenie. Jedyną troską mieszkańców onych okolic była kwestia zamążpójścia dorastającej królewny, związana najściślej z dalszym istnieniem tych szczęsnych czasów i losami kraju całego. Król starzał się w oczach. I on, jak się zdawało, troska się bardzo pytaniem, co najbliższa przyszłość przyniesie, a tymczasem nie było widoków na zamęście, które by odpowiadało życzeniom wszystkich. Cześć głęboka, ugruntowana przez szereg wieków dla domu królewskiego, nie dozwalała żadnemu z poddanych pomyśleć, by mógł posiąść królewnę. Uważano ją za istotę z innego, wyższego świata, a wszyscy synowie królewscy, którzy w małżeńskich zamiarach ukazywali się u dworu, wydali się wszystkim o tyle od niej niższymi, że nikomu na myśl nie przyszło, by król lub królewna zwrócili oczy na którego z nich. Poczucie niedosięgalnych wyżyn, na których młoda dziewczyna stała, odsunęło z wolna wszystkich pretendentów, a rozgłoszona wieść o nadmiernej dumie tej rodziny królewskiej, jak się zdaje, odjęła innym odwagę i napełniła obawą upokorzenia. Wieść ta miała niejakie podstawy. Król, mimo całej swej łagodności, popadł w poczucie takiej dostojności, że wszelka myśl połączenia swej córki z człowiekiem stanu niższego lub niepewnego pochodzenia, stała się mu nieznośna. To samo uczucie egzaltowało w jego duszy z dniem każdym wartość córki coraz bardziej. Król sam zresztą pochodził z prastarego, wschodniego rodu królewskiego, a żona jego była ostatnią latoroślą słynnego bohatera Rustana. Pieśniarze nucili mu ciągle o jego pokrewieństwie z dawnymi, nadczłowieczymi władcami świata, w czarodziejskim przeto zwierciadle sztuki rozbłysła jeszcze potężniej gloria jego pochodzenia, dostojność rodu i przepaść się tym czarniejsza rozwarła pomiędzy nim a resztą ludzi. Wydawało mu się, że z ludzkością związany jest jeszcze tylko przez szlachetniejszą nad wszystkie rasę śpiewaków boskich i z utęsknieniem wyglądał pojawienia się drugiego Rustana, bo czuł, że serce jego dorastającej córki, stan kraju i przygniatający go coraz bardziej wiek czynią rychłe zamęście nieodzownym.

Niedaleko od stolicy mieszkał w odosobnionym folwarku starzec, który poświęcił się wyłącznie wychowywaniu jedynego syna, a obok tego udzielał ludziom w nagłych wypadkach pomocy lekarskiej. Młodzieniec był poważny, zamyślony zawsze, a zajmował się z wielkim zamiłowaniem zgłębianiem przyrody, w czym od najmłodszych lat korzystał z nauk ojca. Z oddalonych krajów przed kilkudziesięciu laty przybył ten starzec do kwitnącego królestwa i żył w spokoju, jaki od dworu promieniował po kraju całym. Korzystał z tych pomyślnych warunków, by badać tajniki przyrody i wiadomości nabyte, a tak cudowne, wpoić synowi, którego umysł wybornie je przyjmował. Młodzieniec był z pozoru niepokaźny i zwracał chyba uwagę tego, kto lepiej wpatrzyć się umiał w szlachetne rysy jego twarzy i niezwykle połyskujące, rozumne oczy. Im dłużej nań ktoś patrzył, tym bardziej wydawał się pociągający, a już wprost trudno się było z nim rozstać, gdy posłyszało się jego miły, donośny głos i przekonywający sposób mówienia. Pewnego dnia królewna, której park dotykał lasu otaczającego posiadłość starca położoną na niewielkiej polanie, udała się sama konno na przejażdżkę, by w skupieniu podumać, pomarzyć, powtarzając sobie najpiękniejsze ze słyszanych pieśni. Świeżość lasu zwabiła ją, zapuszczała się coraz głębiej w jego gąszcze, aż wreszcie znalazła się na folwarku, gdzie mieszkał starzec wraz z synem. Poczuła pragnienie i chcąc się napić mleka, zsiadła z konia, przywiązała go do drzewa, po czym udała się do pomieszkania, by poprosić o napój. Młodzieniec właśnie był obecny. Przeraził się niemal na widok czarodziejskiego zjawiska, na widok tej dziewczyny strojnej we wszystkie powaby młodości, piękności i tak nieopisanie przejrzystej, jakby nie ludzką istotą była, ale najszlachetniejszą, najniewinniejszą z dusz, mającą w sobie boskość i nieśmiertelność. Podczas kiedy śpieszył, by spełnić prośbę, brzmiącą w jego uszach jak pieśń duchów, starzec wyszedł z pokoju, skłonił się przed nieznajomą i zaprosił ją, by zechciała usiąść przy prostym, stojącym pośrodku izby ognisku, na którym tlały jasno, migotliwie gałęzie. Zaraz od progu zauważyła, że w wypełnionym tysiącem rzadkich przedmiotów domu panował porządek i czystość i że na całości unosiła się jakaś przedziwna dostojność, świętość nieomal. Wrażenia tego nie osłabił widok starca ubranego w prostą odzież oraz skromnego i przyzwoitego syna. Starzec poznał w niej zaraz osobę należącą do dworu, o czym przekonywał dostatecznie bogaty strój i pełne godności ruchy. Pod nieobecność syna wypytywała go o różne rzadkie okazy, pośród których było kilka szczególnych, starych obrazów, stojących niedaleko jej siedzenia, obok ogniska. Opowiadał ochotnie i objaśniał z wielką, jak zwykle, uprzejmością. Syn powrócił niebawem z dzbanem pełnym świeżego mleka i podał go jej, ruchem niewymuszonym, a pełnym szacunku. Porozmawiawszy długą chwilę z obydwoma, podziękowała bardzo serdecznie za gościnność i poprosiła starca z lekkim rumieńcem na twarzy, by jej wolno było jeszcze przybyć w odwiedziny i skorzystać z ciekawych i zajmujących nauk i opowiadań o tylu pouczających rzeczach. Potem odjechała, nie powiedziawszy, kim jest, gdyż spostrzegła, że syn i ojciec jej nie poznali.

Mimo że stolica leżała tak blisko, obaj, ojciec i syn, zatopieni w swoich badaniach, unikali zgiełkliwości wielkiego miasta i nigdy nie przyszło na myśl młodzieńcowi uczestniczyć w uroczystościach u dworu. Nie opuszczał ojca dłużej jak na godzinę, by pochodzić po lesie za motylami, chrabąszczami i roślinami. Rozmyślał wówczas i zatapiał się badawczym duchem w tajemnice zewsząd go otaczające. Zarówno dla królewny, starca, jak i młodzieńca wydarzenie tego dnia było równej, a wielkiej wagi. Starzec łatwo dostrzegł wrażenie, jakie nieznajoma uczyniła na synu. Znał go dobrze i wiedział, że każde głębokie wrażenie będzie w jego duszy trwałe i niezniszczalne. Młodość i grunt serca jego czyniły pierwsze wrażenie niepokonanym, a stary od dawna spodziewał się, iż nastąpi coś podobnego. Piękność ujmująca dziewczyny mimo woli napełniła go głęboką sympatią, a dobrodusznego umysłu nie zasępiła żadna troska o dalsze losy tego dziwnego spotkania. Królewna nie zaznała dotąd nigdy niczego podobnego. Jechała wolno do domu pod głębokim wrażeniem. Wizja dziwnego, ruchliwego, ćmiącego się i rozbłyskającego znowu nieznanego dotąd świata wygnała z jej głowy wszystkie inne myśli. Jakaś tajemnicza zasłona rozpostarła się na jej jasnym zwykle umyśle. Wydawało jej się, że gdyby ją ktoś zerwał, ujrzałaby się nagle w świecie zaziemskim. Wspomnienia poezji, zapełniające dotąd całą jej duszę, brzmiały jak oddalone jakieś, zanikające echa, wiążące jeszcze tylko słabo życie jej obecne z istnieniem dawnym. Powróciwszy do pałacu, przeraziła się niemal wystawności i zgiełku tam panującego, a bardziej jeszcze wychodzącego na jej spotkanie ojca. Widok jego pierwszy raz w życiu napełnił ją trwogą i poczuła, że niepodobieństwem jest opowiedzieć mu o dziwnej przygodzie. Wszyscy byli przyzwyczajeni do jej marzycielskiej zadumy, nie dziwili się spojrzeniu zatopionemu w dali, nie przyszło im też na myśl nic szczególnego. Królewna nie czuła się tu już jak dawniej. Wszyscy poczęli jej się wydawać obcy i aż do wieczora doznawała uczucia zdumienia i strachu, ale gdy wreszcie nadszedł, pod wpływem pieśni śpiewaka, wielbiącego nadzieję i natchnionymi strofami opiewającego cuda wiary w spełnienie pragnień naszych i pożądań, odzyskała odwagę i śniła w nocy rozkosznie. Młodzieniec, gdy tylko odjechała, podążył w las, chyłkiem sunął wzdłuż drogi za nią, aż do bram parku, a potem powrócił z wolna do domu. Idąc drogą, ujrzał, że coś u nóg jego połyska. Schylił się i podniósł ciemnopurpurowy kamień, po jednej stronie połyskujący bardzo, a po drugiej pokryty rytymi, nieznanymi znakami. Poznał, że jest to drogocenny rubin, karbunkuł ogromnej ceny i piękności i przez myśl mu przeleciało, że widział podobny klejnot pośrodku naszyjnika nieznajomej. Pobiegł szybko ku domowi, jakby tam jeszcze była i pokazał kamień ojcu. Postanowili obaj, że syn ma na drugi dzień rano wyjść na drogęwiodącą do zamku i zaczekać, uważając, czy ludzie dworscy nie szukają klejnotu. Jeśli tak będzie, odda im go, w innym wypadku kamień pozostanie u nich w przechowaniu, aż do następnej bytności nieznajomej. Młodzieniec przez całą niemal noc spoglądał na klejnot i uczuł, gdy świtało, niepokonaną chęć napisania na papierze, którym klejnot był owinięty, kilku słów. Sam sobie nie zdawał dokładnie sprawy, co znaczy nakreślony pospiesznie wiersz:

W kamieniu błyszczą tajemnicze znaki,

Głęboko wryte w czerwień jego krwi.

Wspomnienia dłuto kreśli symbol taki

W sercu, co cuda o nieznanej śni.

Kaskadą iskier czerwonych jak maki

Lśni klejnot, serce światłem przeczuć drży,

W rubinie jaśni skrysztalone zorze...

Czyż swoją światłość serce wyśnić może?

Równo z dniem udał się na drogę i poszedł nią aż do bram parku.

Tymczasem królewna spostrzegła wieczorem, przy rozbieraniu, że zgubiła drogocenny klejnot. Była to pamiątka po matce, a prócz tego talizman, który gwarantował jej swobodę osobistą. Posiadając go, nie mogła popaść w moc cudzą wbrew swojej woli. Strata ta zdziwiła ją raczej niźli przeraziła. Pamiętała, że podczas wczorajszej przejażdżki miała jeszcze talizman i była przekonana, że oderwał się z naszyjnika albo podczas pobytu w domu starca, albo w drodze powrotnej w lesie. Wycieczka ta tkwiła jej dotąd żywo w myśli i postanowiła zaraz o świcie poszukać klejnotu. Pomysł ten rozradował ją bardzo, tak że wydawać się mogło, iż raczej cieszy się ze straty, gdyż to daje jej sposobność odbycia tej samej drogi powtórnie. Wybiegła przeto wczesnym rankiem z pałacu, poszła przez ogród ku lasowi, a że szybciej szła niż zwykle, nic też dziwnego, że jej serce biło żywiej.

Słońce właśnie poczęło złocić wierzchołki starych drzew poruszanych lekkim wiatrem. Szemrały, jakby wzajemnie budzić się chciały z marzeń sennych, by wspólnie powitać wschodzące słońce. Królewna dosłyszała odgłos kroków w dali, spojrzała na drogę i dostrzegła młodzieńca, który, ujrzawszy ją wzajemnie, przyśpieszył kroku.

Podszedłszy nieco bliżej, stanął i spojrzał na nią śmiało, niejako aby się przekonać, że jest żywą istotą, a nie złudzeniem zmysłów. Powitali się z tajoną radością, jak gdyby się już od dawna znali i kochali. Zanim jeszcze królewna mogła spytać o powód tego rannego spaceru, podał jej zarumieniony i z bijącym sercem klejnot, wraz z papierem. Wydało się, jakby przeczuwała, co tam jest napisane. Wyciągnęła, milcząc, drżącą rękę po podany sobie przedmiot i odpiąwszy prawie bezwiednie złoty łańcuszek z szyi, podała mu go jako nagrodę za znaleziony klejnot. Zawstydzony ukląkł przed nią i długo nie mógł wydobyć słowa, nie mógł odpowiedzieć na jej pytanie o ojca. Powiedziała mu półgłosem, ze spuszczonymi oczyma, że niedługo znowu przyjedzie do ich domu, by skorzystać z obietnicy ojca zapoznania jej z różnymi rzadkimi okazami, jakie nagromadził.

Podziękowała raz jeszcze młodzieńcowi z niezwykłą serdecznością i poszła powoli, nie oglądając się, ku pałacowi.

Pozostawszy sam, nie mógł słowa wymówić. Skłonił się tylko z szacunkiem i spoglądał za nią długo, aż znikła wśród drzew parku.

Od tego czasu minęło parę dni. Królewna przyjechała i od tej pory zjawiała się często. Młodzieniec począł jej w przechadzkach tych powoli towarzyszyć. Oczekiwał na nią o pewnych godzinach u bram parku i odprowadzał ją znowu z powrotem. Zachowywała najgłębszą tajemnicę co do swego pochodzenia, chociaż stawała się dla swego towarzysza coraz poufalsza. Niebawem znał każdą najtajniejszą jej myśl. Wydawało się teraz, że wysokie stanowisko, jakie zajmowała, napełnia ją przerażeniem. Młodzieniec również oddał jej całą swą duszę. Obaj z ojcem mieli ją za wysoko urodzoną pannę dworską. Okazywała staremu przywiązanie i miłość córki. Pieszczoty, jakimi go obdarzała, były zachwycającymi zwiastunami miłości dla syna. Niebawem poczuła się w małym domkujak u siebie. Przygrywając na lutni, śpiewała cudne pieśni swoim anielskim głosem i uczyła młodzieńca, siedzącego u jej nóg, tej pięknej sztuki, dowiadując się w zamian od ojca o tajemnicach przyrody, o których opowiadał z zapałem. Objaśniał jej, jak przez cudowną, wszędzie przenikającą sympatię świat powstał i gwiazdy połączyły w melodyjnym pląsie. Prahistorię ziemi poznała też z jego ust, ale najbardziej zachwycona uczuła się, gdy młodzieniec porwany natchnieniem chwytał za lutnię i z niesłychaną umiejętnością śpiewał przecudne, a dziwne pieśni. Pewnego dnia, gdy dłuższa jej obecność dodała mu odwagi i owładnęła nim miłość, w drodze powrotnej, przezwyciężając jej dziewiczą wstydliwość, objął ją ramieniem. Bezwiednie padli sobie w ramiona, a pierwszy gorący pocałunek złączył ich na zawsze. Nagle zawrzała w szczytach drzew gwałtowna burza. Groźne chmury płynęły w ciemni nocnej nisko ponad ziemią. Śpiesznie chciał młodzieniec ukryć ukochaną przed niebezpieczeństwem, jakimgroziły łamiące się drzewa, ale wśród czarnej nocy zmylił drogę i zapędził się jeszcze dalej w las. Strach nim owładnął, gdy spostrzegłpomyłkę. Królewna myślała o przerażeniu króla i całego dworu, niedająca się nazwać obawa przenikała chwilami jej duszę jak niszczący grom i tylko głos ukochanego, dodający jej otuchy, przywracał jej niejaki spokój i napełniał zaufaniem. Burza szalała ciągle, wszystkie wysiłki odnalezienia drogi okazały się daremne i uczuli się bardzo szczęśliwi, gdy przy błysku piorunu dojrzeli w pobliżu, na stromym urwisku jaskinię, gdzie mieli nadzieję skryć się bezpiecznie przed huraganem i odpocząć nieco po wytężającej walce z rozpętanym żywiołem. Szczęście im widocznie sprzyjało. Jaskinia była sucha i porośnięta mchem. Młodzieniec zapalił prędko ogień, narwawszy mchu i nazbierawszy gałęzi. Przy ogniu tym mogli się nieco osuszyć. Zakochani znaleźli się tedy, cudownym zbiegiem okoliczności uratowani, razem w ustronnym miejscu. Spoczywali na wygodnym, ciepłym posłaniu.

Krzak dzikiego migdałowca, pełen owoców, zwieszał się u wnijścia do jaskini, a szmer pobliski powiadomił ich, że mają świeżą wodę do picia. Nawet lutnia, którą młodzieniec zabrał ze sobą, nie została stracona i mogli teraz przy trzaskającym ogniu zabawiać się, co koiło ich obawy i rozweselało serca. Wyższa moc widocznie postanowiła rozciąć węzeł prędzej i sprowadziła ich tutaj razemw cudowny sposób. Niewinność serc, czarowny nastrój dusz i obopólna miłość, owa nieodparta potęga młodości sprawiła, że zapomnieli niebawem o świecie i jego wymaganiach i zatonęli w upojenie, jakie chyba niewielu kochankom danym bywa. Przygrywała im pieśń weselną burza i pochodnie nieciły błyskawice. Z brzaskiem szafirowym dniaocknęli się w nowym, szczęśliwszym świecie. Ale niezadługo strumień gorących łez, który trysnął z ócz królewny, oznajmił kochankowi,że budzą się tysiączne troski jej serca. Młodzieniec w ciągu tej nocy stał się o kilka lat starszy, z chłopca stał się mężczyzną. Wymownie i z zapałem pocieszał kochankę, zwracał jej uwagę na świętość prawdziwej miłości, na silną wiarę, którą daje i zapewniał, że od anioła stróża, mającego pieczę nad jej losem, może spodziewać się najpogodniejszej przyszłości. Królewna czuła, że słowa, którymi ją pociesza, są szczerą prawdą i odkryła mu, że jest córką króla i cierpi z powodu utraconej sławy oraz że żal jej ojca. Po długich naradach doszli do jednego postanowienia i młodzieniec w tejże chwili udał się w drogę, by odnaleźć ojca i zakomunikować mu swój plan. Obiecał, że za małą chwilę powróci i zostawił ją uspokojoną nieco i pewniejszą, że całe to wydarzenie będzie miało skutki nie najgorsze. Wnet zaszedł do domu ojca. Stary bardzo się ucieszył, że powraca cały i zdrowy. Dowiedziawszy się o wydarzeniu i planie kochanków, po krótkim namyśle oświadczył swą gotowość pomagania im. Dom jego leżał w ukryciu, na uboczu, a miał kilka izb podziemnych, do których niełatwo dostać się było można. Tam właśnie miała zamieszkać królewna. Przybyła o zmierzchu, a stary przyjął ją z rozrzewnieniem. Płakiwała potem często, gdy w samotności myślała o swym ojcu, ale kryła swą troskę przed kochankiem i zwierzała się tylko staremu, który ją serdecznie pocieszał i obiecywał, że niezadługo do ojca powróci.

Tymczasem na dworze zapanowało zamieszanie i strach, gdy wieczorem królewna nie powróciła. Król desperował i na wszystkie strony rozesłał ludzi, by szukali córki. Nikt nie umiał jej nagłego zniknięcia wytłumaczyć. Nikomu nie przyszło na myśl, by królewna miała potajemny romans, i nie przypuszczano też uprowadzenia, zwłaszcza, że prócz niej nie brakło nikogo. Nie można było więc ani w przybliżeniu domyślić się przyczyny zniknienia. Wysłani ludzie powrócili, nic nie sprawiwszy, a król popadł w najgłębszy smutek. Tylko gdy wieczór śpiewacy zjawiali się u niego i przynosili nowe, piękne pieśni, wydawało się, że po dawnemu staje się wesoły. Wtedy zdawało mu się, że córka jest blisko niego i nabierał otuchy, że ją wkrótce ujrzy. Gdy tylko jednak go zostawiono samego, rozdzierało mu się na nowo serce i płakał głośno. I pomyślał sobie w duszy: „Cóż mi z całej tej wspaniałości i starożytności mego rodu. Oto jestem samotny i najnędzniejszy spośród ludzi. Córki nic mi zastąpić nie może. Bez niej i pieśni są mi już tylko pustymi dźwiękami i nicością. Ona to była czarem, który w nie wlewał życie, wesele, potęgę i kształty im nadawał. O, jakże chętnie stałbym się najniższym ze sług własnych, byle bym ją miał znowu przy sobie, może bym kiedyś miał zięcia i wnuka, którego bym mógł wziąć na kolana. O, wtedy byłbym szczęśliwszym królem i władcą niźli teraz. To nie korona i państwo czyni królem, ale owo pełne uczucie szczęśliwości, ów dostatek dóbr tej ziemi, owa pełnia i nieczucie żadnego braku. Srogo zostałem za mą dumę ukarany. Nie dość mną jeszcze wstrząsnęła utrata drogiej małżonki, teraz nareszcie popadłem w ostateczną nędzę. Tak żalił się król w chwilach najokrutniejszej tęsknoty. Czasem jednakże brała nad żalem górę dawna duma, opanowywał się wówczas, gniewał się sam na siebie za skargi, chciał cierpieć w milczeniu, jak przystało królowi. Uspokajał się myślą, że cierpi więcej niż inni ludzie, gdyż większy ból musi być udziałem tego, kto wyżej stoi w dostojeństwie, ale gdy po przecierpianej nocy, o świcie zaszedł do pokoju córki, ujrzał jej stroje i różne jej drobiazgi, porozkładane tak jak je opuściła, wtedy zapomniał o postanowieniach i wił się z bólu jak najnędzniejszy człowiek i najniższego ze swych służących błagał o litość. Cała stolica i kraj cały płakały i zawodziły wraz z królem. Dziwne tylko było, że nagle wieść się rozeszła, iż królewna niebawem powróci i to wraz z małżonkiem. Nikt nie wiedział, skąd się owa legenda wzięła, ale wszyscy dali jej ochotnie wiarę i oczekiwali z niecierpliwością jej spełnienia. Tak minęło dużo miesięcy i znowu nastała wiosna. Zagrzani wieścią, wszyscy oczekiwali, że królewna właśnie w tym czasie powróci. Nawet król nabrał nieco otuchy i stał się weselszy. Legenda wydała mu się obietnicą jakiejś dobroczynnej, zaziemskiej potęgi. Dawne uroczystości rozpoczęły się na nowo i do przywrócenia dawnej świetności i rozkwitu życia na dworze brakło już tylko królewny. Pewnego wieczora, właśnie w rocznicę zniknięcia córki królewskiej, zebrał się cały orszak w ogrodzie. Ciepło było i pogodnie, tylko w wierzchołkach drzew szemrał wiatr lekki. Potężny wodotrysk bił w górę, otoczony pochodniami, aż gdzieś ku czarnym drzew szczytom i jego lekki, melodyjny szmer towarzyszył rozbrzmiewającym pod drzewami pieśniom. Król siedział pośrodku, na wspaniałym dywanie, otoczony dworzanami w paradnych szatach. Wielki tłum ludzi wypełniał ogród i patrzył na czarowny obraz. Król właśnie popadł w zadumę. Postać utraconej córki żywo stanęła mu przed oczyma, wspominał szereg dni szczęsnych, który około tej pory, rok temu, tak nagle został przerwany. Ogarnęła go wielka tęsknota, a łzy potoczyły się po policzkach starca. Mimo to uczuwał jakieś dziwne wesele. Wydawało mu się, że ten smutny rok to był sen tylko ciężki i podniósł oczy, jakby szukając postaci córki, tak pięknej, smukłej, pełnej dostojeństwa, pośród ludzi i drzew. Właśnie skończył jeden ze śpiewaków pieśń swą opiewającą radość z odzyskania tego, co stracone było, święto powrotu wiosny i wiarę w przyszłość, a ogólne milczenie, jakie zapanowało, świadczyło o wrażeniu głębokim.

Ciszę nagle przerwały dźwięki ciche lutni nieznanego jakiegoś pieśniarza, jakoby wychodzące z prastarego dębu. Oczy wszystkich zwróciły się w tym kierunku. Ujrzano młodzieńca ubranego w prosty, cudzoziemski strój. Trzymał w dłoniach lutnię. Nie przerwał pieśni, gdy wszyscy nań spojrzeli i tylko królowi złożył niski ukłon. Głos miał niezwykle piękny, a pieśń brzmiała z cudzoziemska. Pieśniarz opiewał stworzenie świata, narodziny gwiazd, roślin, zwierząt i ludzi mocą sympatii, tej wielkiej siły natury, śpiewał o prastarym wieku złotym i jego władczyniach, miłości i poezji, o pojawieniu się nienawiści i barbarzyństwa, walkach, jakie zawrzały, wreszcie przepowiadał przyszły tryumf dobra, a pogrom zła, koniec wszelkich udręczeń, odmłodzenie się natury i powrót złotego wieku, który będzie trwał wiecznie. Najstarsi pieśniarze porwani podziwem, zbliżyli się do młodzieńca. Nieznany dotąd zachwyt opanował słuchaczy, a sam król uczuł, jakby go unosił jakiś świetlany prąd ku niebiosom. Pieśni podobnej dotąd nie słyszano, słuchającym wydawało się, że pośród nich zjawiła się jakaś boska istota, zwłaszcza że im dłużej śpiewał, młodzieniec stawał się coraz piękniejszy, coraz cudowniejszy, a głos jego brzmiał coraz to pełniej. Wiatr igrał z jego włosami, lutnia wydawała się pod jego palcami nabierać życia, a wzrok gdzieś zdał się zatopiony w nieznane, tajemne światy. Także dziecięca niewinność i prostota rysów jego twarzy wydała się wszystkim nadnaturalna. Wreszcie umilkł cudny śpiew. Starcy pieśniarze tulili młodzieńca do piersi ze łzami radości w oczach. Głęboka, milcząca radość przeniknęła tłumy. Król powstał i zbliżył się doń wzruszony. Młodzieniec upadł mu skromnie do nóg. Podniósł go stary władca, uściskał serdecznie i polecił, by wybrał sobie nagrodę. Wtedy zarumieniony poprosił króla, by wysłuchał jeszcze jednej pieśni, a potem rozstrzygnął o darze. Król cofnął się kilka kroków, a młodzieniec tak począł:

Przez ostre głazy, skalne zbocza

Idzie wędrowiec, pieśni król,

Brnie przez bagniska, rzek przeźrocza,

A za nim płynie smęt i ból.

Nikt mu przyjaźnie się nie skłoni,

Nie ma dla kogo serce bić,

Lutnia w znużonej legła dłoni

Zapomnień długie psalmy śnić.

O, smutny, smutny los tułacza!

Po tej pustaci idę sam...

Choć niosę pokój, co przebacza,

I dla mych braci radość mam,

Choć w lutni mojej pieśń się płoni,

Od której bije jaśń i czar...

Wychodzą do mnie z datkiem w dłoni,

Lecz któż wyniesie serca dar?

Odchodzę cichy, niewołany

Jak wiosna, co rok płynąc w dal,

Nieme zostawia domostw ściany,

A w duszach po niej nie łka żal.

Choć złotych plonów żądne dłonie,

Lecz serce nie wie, kto je siał...

Nieba im w pieśni mej przykłonię,

Byle mi uśmiech który dał.

Prorocze, twórcze czuję moce,

Na ustach wszelkich ziszczeń toń...

Czyż za utęsknień długie noce,

Żadna się nie wyciągnie dłoń?

Nędzarza żadna łza nie spyta,

Czy we krwi kroczy własnych stóp...

W obojętności noc spowita

Jest dusza ich, jak grób.

Na traw kobiercu legł, czyż prześni

Żałości tyle, tyle łez?...

Wtem z niebios spływa wieszczka pieśni

I męce dusznej kładzie kres:

Zapomnij serce ból i lęki,

Bo znikną jako opar z dniem,

Bo dźwięczny odzew twej piosenki

Tu znajdziesz, tamto — snem.

Już bliska chwila, co nagrodzi

Daleką drogę, żałość, łzy,

Niebo się chmurne rozpogodzi,

Mirt skroń uwieńczy ci.

Tu bije serce, które w męce

Ognistą próbą dotknął ból,

Wyciągnie do cię bratnie ręce,

Jako do syna król.

Gdy doszedł do tych słów pieśni, zgromadzonych ogarnęło wielkie zdziwienie, gdyż właśnie ukazał się w pobliżu starzec, towarzyszący zasłoniętej welonem kobiecej postaci. Trzymała ona na rękach przecudne dziecko, które wesoło rozglądało się po zgromadzeniu i wyciągało rączki do błyszczącego diademu królewskiego. Oboje stanęli za śpiewakiem. Ale zdumienie wzrosło jeszcze bardziej, gdy nagle ze szczytów drzew zleciał ulubiony orzeł króla. W szponach trzymał złotą przepaskę na czoło, pochwyconą pewnie w którejś komnacie. Usiadł na czole młodzieńca tak, że opaska opasała jego włosy. Młodzieniec przeraził się na małą chwilę, orzeł odleciał w stronę króla, zostawiając ozdobę, młodzieniec podał ją dziecięciu, które się jej napierało, i klęknąwszy u stóp monarchy, tak dalej śpiewał wzruszonym głosem:

Pieśniarz się ze snu raźno zrywa,

Nowych nadziei płynie wiew,

Patrzy — toń stawisk połyskliwa...

Słucha — to poszum starych drzew...

Mury zamczyska lśnią jak z stali,

Lecz pieśń się w górę rwie powiewna,

Tam, gdzie na blankach, kędyś w dali

Stoi uroczy cud — królewna.

Miłość ich w słodkie zwarła sploty...

Miłość, co lubi ciszę, noc...

W ostępie leśnym, w cieniu groty,

Poznali, co Erosa moc.

Tam snują życia sen uroczy,

Nieprześpiewaną, długą baśń,

Tylko niepokój czasem mroczy

I ćmi rozkoszy czystej jaśń.

Lecz wówczas z lutni pieśń nadziei

Płynie i znowu mija strach...

Wtem, zapędziwszy się wśród kniei,

Król wchodzi... Czyliż marzy w snach?

Tam droga córka... u jej łona

Dziecina mała, jego wnuk!

Matka się chyli zapłoniona

Z pieśniarzem do królewskich nóg.

Miłości, pieśni wielka władza,

Ojcem się uczuł stary król,

Czoło się jego rozpogadza,

Już znikł niepokój, troska, ból,

Miłości chwałę niosą echa,

Jej królowania głoszą czas,

Niebo łunami się uśmiecha,

Radośnie szumi las.

I teraz spłyń mocarko pieśni,

Miłości bądź jak anioł stróż.

Minione dawno szczęście wskrześnijI wróć we wieńcu z róż!

Ogarnij królu wraz ramionyCórkę i wnuka, nie sądź win

I pomyśl już, rozpromieniony,

Że śpiewak też twój syn.

Młodzieniec, wyrzuciwszy z piersi te słowa, uniósł zasłonę z twarzy kobiety. Królewna, zalawszy się potokiem łez, upadła do nóg królowi, podając mu piękne dziecię. Śpiewak, ze spuszczoną głową, ukląkł obok niej. Nastała straszna cisza, każdy wstrzymywał oddech. Król przez chwilę nie mógł przemówić słowa, milczał ponuro, potem przyciągnął do siebie córkę, tulił ją do piersi długo, płacząc głośno. Podniósł też potem i młodzieńca i otoczył go ramieniem. Okrzyk radości przeleciałpo tłumach tłoczących się dokoła. Król wziął dziecię na ręce i podniósł je z cichą modlitwą ku niebu. Potem pozdrowił mile starca. Łzy radości popłynęły z oczu wszystkich, poeci rozpoczęli pieśni radosne, a wieczór ów stał się dla wszystkich mieszkańców kraju zwiastunem szczęsnej doli. Życie wszystkim było odtąd jedną wielką radosną uroczystością.

Gdzie kraj ten zaginął i kiedy, nikomu nie wiadomo, legendy tylko stare opowiadają o czarownej Atlantydzie, pochłoniętej przez fale morza.

Rozdział czwarty

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.