drukowana A5
33.67
Heidi

Bezpłatny fragment - Heidi


Objętość:
211 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0947-5

Rozdział pierwszy. W drodze do Halnego Dziadka

Poza starem, pięknie położonem miasteczkiem, Mayenfeld, zaczyna się ścieżka, wiodąca przez zielone, pełne drzew łąki aż do podnóża gór wysokich, spozierających poważnie w dolinę. Zaraz od miejsca, gdzie ścieżka piąć się zaczyna wzwyż, widać wrzosowiska, krótką trawę, czuje się mocny zapach ziół górskich. Ścieżka wspina się stromo, wprost ku Alpom.

Pewnego pięknego, czerwcowego dnia, szła tędy wąską ścieżyną, o porannej godzinie, rosła, silnie zbudowana dziewczyna, góralka tych okolic, wiodąc za rękę dziecko, którego policzki pałały tak silnemi rumieńcami, że płomienisto błyszczały poprzez opaloną na brunatno od słońca skórę. Nic dziwnego. Mimo upalnego dnia, dziecko było tak opakowane, jakby miało uchronić się przed najsilniejszym mrozem. Mała dziewczynka mogła mieć około pięciu lat, trudno było jednak poznać, jaką jest jej postać naturalna, gdyż kilka sukienek, jedna na drugą wdzianych, oraz ogromna, czerwona chustka czyniły z niej bezkształtną bryłę. Nogi tkwiły w ciężkich, okutych trzewikach górskich, a dziecko pięło się z trudem w górę. Po jakiejś godzinie takiej wędrówki, od doliny ku górom, dotarły do wioszczyny góralskiej, na pół drogi do hali położonej, zwanej „osiedle”. Teraz, z każdego niemal domu, to z okien, to z progów, to z drogi wołano na idące, bowiem znalazły się między swojakami.

Dziewczyna nie zatrzymywała się nigdzie, odpowiadając jeno mimochodem na pozdrowienia i pytania, i tak doszły obie do krańca osiedla, gdzie zrzadka tylko stały domy. Nagle doleciało z jednych drzwi wołanie:

— Zaczekaj no, Deto! Pójdę z tobą, bo też idę ku hali!

Deta przystanęła, a dziecko puściło jej rękę zaraz i siadło na ziemi.

— Czyś zmęczona, Heidi? — spytała towarzyszka.

— Nie! Gorąco mi tylko! — odparło dziecko.

— Zaraz dojdziemy na halę. Musisz się jeszcze trochę tylko namozolić, stawiaj duże kroki, a za godzinę będziemy w domu! — dodawała jej odwagi Deta.

Z drzwi domu wyszła zamaszysta, dobrotliwie wyglądająca kobieta i podeszła do nich. Mała dziewczynka wstała i poszła za dwoma znajomemi, które zaczęły zaraz rozmawiać z ożywieniem o mieszkańcach osiedla, oraz domostw rozsianych po okolicy.

— Gdzież to idziesz z tą małą, Deto? — spytała nagle kobieta. — To pewnie dziecko twej nieboszczki siostry?

— Tak! — odparła Deta. — Prowadzę ją na halę do Halnego Dziadka i tam zostać musi.

— Co? Ma zostać u Halnego Dziadka? Czy ci się pomieszało w głowie, Deto? Jakże możesz robić coś takiego! No, no, stary wyperswaduje ci to dokładnie, ręczę!

— Nie może tego uczynić, jest wszakże jej dziadkiem i musi coś uczynić. Dotąd miałam dziecko u siebie, teraz jednak powiadam ci, Barbaro, trafia mi się dobre miejsce i nie stracę go przez tę małą. Niechże dziadek zajmie się nią teraz.

— Ano tak! — przyznała Barbara żywo. — Gdyby był jak inni ludzie, naturalnie, ale znasz go przecież. Cóż jednak pocznie i to z tak małą dziewczyniną, w dodatku. Nie uchowa się ona u niego. Gdzież to jedziesz, powiedzże, Deto?

— Do Frankfurtu! Dostaję doskonałe miejsce. Moi państwo byli już zeszłego roku tutaj w kąpielach. Mieli pokoje na moim kurytarzu, a ja obsługiwałam ich. Chcieli, bym odrazu pojechała, ale nie mogłam się uwolnić. Tego roku są znowu, chcą mnie zabrać, a ja, oczywiście, pojadę, zaręczam ci, moja Barbaro.

— Nie chciałabym być w skórze tej dziewczyny! — wykrzyknęła Barbara, czyniąc gest wymowny. — Nikt nie wie na pewno, jak żyje tam ten stary dziwak. Nie wdaje się z nikim, nie chodzi do kościoła od długich lat, a kiedy, raz na rok, zejdzie do osiedla, oparty na kiju, wszyscy go unikają ze strachem. Krzaczaste brwi i ogromna broda, czynią go podobnym do starego poganina, czy leśnego człowieka, a każdy rad jest, że go nie spotyka sam na sam.

— To i cóż z tego? — odparła Deta z uporem. — Jest dziadkiem i musi dbać o dziecko. Nic złego przeto tej małej nie zrobi, bo on sam by za to odpowiadał, nie ja.

— Radabym wiedzieć, — powiedziała Barbara — co ten stary ma na sumieniu, że spoziera tak ponuro i przebywa sam na hali, i nie pokazuje się nigdy niemal wśród ludzi. Różności o nim opowiadają, a ty, Deto, musiałaś się także czegoś zapewne dowiedzieć od twej siostry?

— No tak! — przyznała. — Ale nie chcę mówić o tem, bo miałabym się zpyszna, gdyby to doń doszło.

Barbara zdawiendawna ciekawą była dowiedzieć się czegoś o starym Halnym Dziadku, żyjącym w niezgodzie widocznej z bliźnimi, o którym mówiono półgębkiem, nie stając ani po jego stronie, ani też, jakby ze strachu, przeciw niemu. Nie wiedziała także, dlaczego go zowią wszyscy w osiedlu „Halnym Dziadkiem”. Nie mógł być przecież dziadkiem wszystkich mieszkańców osiedla. Barbara zwała go mimo to wraz z innymi Halnym Dziadkiem, bo inaczej trudno było. Pochodziła z doliny, z pod Prättigau, wyszła tu, w góry, zamąż i nie znałajeszcze dobrze wszystkich wydarzeń dawnych, oraz osobistości z czasów minionych, w osiedlu i okolicy. Deta, dobra jej znajoma, urodziła się w samem osiedlu, mieszkała tu z matką i wyniosła się przed rokiem dopiero. Matka zmarła, a Deta przyjęła miejsce pokojówki w wielkim hotelu w Ragaz, gdzie zarabiała sporo. Tegoż dnia rankiem przybyła z Ragazu wraz z Heidi. Aż do Mayenfeldu jechały na furze siana, zaproszone przez znajomego. Barbara postanowiła wykorzystać nadarzającą się sposobność, wzięła tedy Detę poufale pod ramię i rzekła:

— Ty wiesz na pewno, co prawda, a co nieprawda w tej całej ludzkiej gadaninie. Opowiedz mi tedy potrosze, co wiesz, i czy ten stary był zawsze takim postrachem wszystkich ludzi?

— Czy zawsze był takim, oczywiście, dokładnie wiedzieć nie mogę! — odrzekła Deta. — Mam lat dwadzieścia sześć, on zaś pewnie ze siedemdziesiąt przeszło, nie znałam go tedy za młodu, nie spodziewaj się wiele. Gdybym miała nadzieję, że nie rozniesie się to po całem Prättigau, mogłabym ci powiedzieć niejedno. Matka moja pochodziła z Domleschgu, a on także.

— Ach, Deto! Co mówisz? — zadąsała się potrosze Barbara. — Nie każdy w Prättigau jest plotkarzem, a ja, jeśli trzeba, umiem trzymać język za zębami. Mów, a nie pożałujesz na pewno.

— Ano dobrze! Ale dotrzymaj słowa! — odrzekła Deta, potem zaś obejrzała się, czy dziewczynka nie jest zbyt blisko, by podsłuchiwać, co mówi. Ale dziewczynki nie było nigdzie. Oddawna już została daleko w tyle, a rozmawiające nie zauważyły tego wcale. Deta rozglądała się wokoło. Ścieżka szła zygzakiem, ale z tej wysokości widać ją było, aż do samego niemal osiedla. Heidi znikła.

— Widzę ją, widzę! — powiedziała po chwili Barbara i dodała, pokazując boczną ścieżynę skalną: — Wspina się w górę razem z Pietrkiem-koźlarzem i jego trzodą. Czemuż to on wybrał się dziś tak późno na halę? Ale to właśnie jest dobre, gdyż będzie dozorował dziecko, a ty tymczasem opowiesz mi wszystko spokojnie.

— To dozorowanie nie sprawi Pietrkowi wiele trudu! — zauważyła Deta. — Dziewczyna jest, na swoje pięć lat, niezwykle mądra. Umie patrzeć na wszystko i radzić sobie, a wyjdzie jej to na dobre, bo stary ma za cały majątek tylko dwie kozy i lichy szałas halny.

— Czy nie miał nigdy nic więcej? — spytała Barbara ciekawie.

— On? Oczywiście, miał coś więcej nadto! — zapaliła się Deta do opowiadania. — Dawniej posiadał jedno z najpiękniejszych gospodarstw włościańskich w Domleschgu. Był starszym od brata swego, człowieka spokojnego i porządnego. Nic atoli nie robił, bawił się w pana, podróżował po całym kraju i przestawał z nieznanymi ludźmi. To też niedługo przegrał w karty i przepił gospodarstwo. Po opuszczeniu domu zmarli ze zgryzoty rodzice jego, jedno po drugiem, a brat doprowadzony do kija żebraczego, ruszył gdzieś w świat. Dziadek, pozbywszy się wszystkiego, prócz złej opinji, znikł także. Nie wiedziano zrazu, co się z nim stało, potem doszły wieści, że służy wojskowo w Neapolu, następnie zaś minęło kilkanaście lat bez żadnej wiadomości o nim. Po tym czasie, zjawił się nagle z powrotem w Domleschgu z podrosłym chłopcem i chciał go umieścić w domu któregoś z krewnych. Ale wszyscy pozamykali przed nim drzwi, nie chcąc go znać. Wówczas poprzysiągł rozgoryczony, że nie przybędzie już nigdy do Domleschgu, zamieszkał w osiedlu i żył tu z chłopakiem. Żonę swą poznał podobno w Bünden, skąd pochodziła, ale utracił ją rychło. Musiał mieć jeszcze trochę pieniędzy, gdyż syna Tobjasza wykształcił na cieślę. Był to chłopiec porządny i lubiano go w całem osiedlu. Staremu natomiast nie ufano, powiadając, że uciekł z wojska przed karą, z powodu zabójstwa popełnionego, oczywiście, nie na wojnie, ale rozumiesz, tak, w bójce. Myśmy jednak przyznali się do pokrewieństwa z nim, bo babka mojej matki i jego babka były siostrami rodzonemi. Nazwaliśmy go Dziadkiem ponieważ zaś przez ojca jesteśmy spokrewnieni z całem osiedlem, przeto wszyscy zwali go Dziadkiem, a odkąd osiadł na hali, zwie się „Halny Dziadek”.

— Cóż się stało z Tobjaszem? — wtrąciła rozciekawiona Barbara.

— Czekajże! Nie mogę opowiedzieć wszystkiego naraz! — oświadczyła Deta. — Tobjasz uczył się rzemiosła w Mels, potem zaś wrócił do osiedla, poślubił siostrę moją, Adelajdę, i żyli z sobą dobrze, gdyż kochali się oddawna. Jednego dnia spadła belka budującego się domu na głowę Tobjasza, tak że zginął na miejscu. Zaniesiono go do domu, a żona dostała, skutkiem przerażenia i żalu, silnej gorączki, z której się nie wyleczyła. Jako dziewczyna już nie miała sił i zapadała czasem w jakiś stan dziwny, graniczący ze snem, a jawą. Po kilku tygodniach po Tobjaszu, pogrzebano także i Adelajdę. Ludzie gadali szeroko o smutnym losie tej pary, a zdaniem ogółu była to kara, na jaką zasłużył sobie Dziadek, bezbożnem życiem swojem. Powiedziano to jemu samemu, proboszcz roztrząsał mu sumienie, nakłaniając do pokuty. On jednak uparł się, zamknął w sobie, a odtąd każdy mu uchodził z drogi. Naraz rozeszła się wieść, że Dziadek wywędrował na halę, nie schodzi stamtąd wcale niemal i żyje w niezgodzie z Bogiem i ludźmi. Małą, roczną dopiero córeczkę Adelajdy wzięłyśmy, wraz z matką, do siebie. Po śmierci matki dostałam miejsce w zakładzie kąpielowym, zaś dziewczynkę umieściłam u starej Urszuli w Pfäffersdorfie. Nawet po sezonie, zimą przebywałam w zakładzie. Było zawsze sporo roboty, a ponieważ umiem szyć i łatać, tedy nie zaznałam nigdy biedy. Wcześnie z wiosną przyjechali państwo z Frankfurtu, których obsługiwałam zeszłego roku, i oto zabierają mnie na dobre. Odjeżdżamy pojutrze, a służba ta dobrą jest, zaręczam ci.

— Chcesz dziecko zostawić tam, u starego dziwaka? Dziwi mnie to bardzo! — powiedziała Barbara z wyrzutem.

— No i cóż? — odrzekła Deta. — Zrobiłam wszystko, com zrobić powinna była! Wszakże trudno zabierać pięcioletnie dopiero dziecko do Frankfurtu? Ale dokądże to właściwie idziesz, Barbaro? Jesteśmy już na samej niemal hali.

— Mam tu właśnie w pobliżu interes do matki Piotrowej-koźlarki. Przędzie dla mnie len porą zimową. Bądź tedy zdrowa, Deto, życzę ci szczęścia!

Deta podała rękę towarzyszce i przystanęła, patrząc, jak zmierza ku małej, ciemnobrunatnej chatce, stojącej opodal w małej kotlince, dość dobrze osłoniętej od wiatru. Było to na pół drogi do osiedla, a zagłębienie skalne chroniło jako-tako nikłą budowlę. Mieszkać w tej napoły rozwalonej chałupinie i tak niebardzo musiało być bezpiecznie, gdyby zaś stała wyżej, wiejący potężnie wiatr halny, pod którego naporem trzeszczały ściany i brzęczały szyby, zmiótłby ją na pewno w dolinę.

Mieszkał tu Pietrek-koźlarz, jedenastoletni chłopak, który szedł każdego ranka do osiedla po kozy, potem zaś wiódł je na halę, gdzie przez dzień cały skubały krótką, pożywną trawę. O zachodzie, zbiegał zręczny Pietrek wraz z lekkonogą trzódką swoją do osiedla, wydawał ostry gwizd, kładąc palec w usta, a właściciele kóz schodzili się, by je odebrać. Najczęściej rodzice posyłali po nie małych chłopców i dziewczęta, gdyż łagodne kózki nie były niebezpieczne. Przez ten jeno krótki czas wieczorem obcował Pietrek z podobnemi sobie stworzeniami, zaś w ciągu całego lata miał jeno kozy za towarzyszy. W domu była matka i ślepa babka, ale Pietrek wyruszał wczas rano, a wracał z osiedla późno, rad jak najdłużej bawić się z dziećmi, to też przebywał w domu tyle tylko, by rano wypić mleka i przekąsić cbleba, wieczór zrobić to samo, a potem położyć się i spać, jak zabity. Ojciec jego, zwany także Piotrem-koźlarzem, gdyż uprawiał ten sam zawód, zginął parę lat temu, przywalony ścinanem drzewem. Matka jego miała imię Brygida, ale dla porządku, zwano ją Piotrową-koźlarką, zaś ślepa babka słynęła w całej okolicy pod nazwą „babka”, poprostu.

Deta czekała dobre dziesięć minut, obzierając się wokoło za dziećmi i kozami, nie zobaczywszy ich jednak wyszła nieco wyżej, skąd mogła objąć spojrzeniem całą halę i zbocze, aż do osiedla. Rozglądała się długo, a niecierpliwość jej widniała wyraźnie w ruchach i wyrazie twarzy. Dzieci zbliżały się drogą okrężną, gdyż Pietrek znał różne miejsca, gdzie było coś dobrego do jedzenia dla kóz. Prowadził tedy trzodę drogą wielce krętą. Dziewczynka wspinała się zrazu z wysiłkiem za swym towarzyszem. Objuczona odzieżą, sapała głośno. Nie mówiąc słowa, spozierała to na Pietrka, który bosy, w lekkie spodenki ubrany, skakał tu i tam, to znów na lekkonogie kozy, kroczące bez trudu po skalnych głazach i przesadzające rozpadliny. Nagle Heidi usiadła, zezuła prędko trzewiki, zdjęła pończochy, zrzuciła czerwoną chustkę, oraz sukienkę, potem drugą, gdyż ciotka Deta włożyła na codzienną jeszcze odświętną, aby nie dźwigać tobołka, i została w lekkiej, białej sukienczynie o krótkich rękawkach. To ją rozweseliło wielce. Poskładała rzeczy na kupkę i doścignęła w podskokach Pietrka. Teraz było jej lekko, tak że skakała i wspinała się wzwyż najzręczniej z całego towarzystwa. Pietrek nie zauważył, że Heidi została w tyle. Ujrzawszy ją w nowym stroju, uśmiechnął się wesoło, obejrzał, a na widok kupki odzieży, usta rozwarł jeszcze bardziej, od ucha do ucha. Ale nie rzekł słowa. Czując się swobodną, wszczęła Heidi z Pietrkiem rozmowę. Musiał odpowiadać na liczne pytania, bo dziewczynka chciała wiedzieć, ile ma kóz, dokąd je wiedzie i co robi, podczas kiedy się pasą. Nakoniec dotarli oboje wraz z kozami do chaty, gdzie czekała Deta. Ledwo ich dostrzegła, wykrzyknęła głośno:

— Heidi, cóż to znaczy? Gdzież obie sukienki i chustka? Kupiłam ci przecież nowe trzewiki górskie i nowe pończochy! Gdzież się to wszystko podziało?

Dziewczynka wskazała spokojnie palcem na zbocze góry i rzekła:

— Tam!

Istotnie, leżała tam jakaś kupka, czerwony punkt na wierzchu musiał być właśnie chustką.

— Głuptasie nieznośny! — wykrzyknęła Deta. — Czemużeś się rozebrała? Cóż to znaczy?

— Nie potrzebuję tego wszystkiego! — odparła Heidi, zgoła bez skruchy.

— Głupia, nieznośna dziewczyno! — narzekała Deta. — Któż po to teraz pójdzie? Wszakże rzeczy leżą o pół godziny drogi! Pietrek, pobiegnij prędko i przynieś, cóż stoisz zagapiony i jakby w ziemię wrosły?

— Spóźniłem się dziś! — odrzekł Pietrek powoli, nie ruszając się z miejsca i słuchając, z rękami w kieszeniach, wybuchu Dety.

— Stojąc na miejscu i wytrzeszczając ślepia, spóźnisz się bardziej jeszcze. Chodźno tu! Dostaniesz coś ładnego! Patrz!

Pokazała mu nowego piątaka, który go olśnił poprostu. Bez słowa skoczył na dół, biegnąc najkrótszą drogą w kierunku leżącej odzieży i dopadł do niej ogromnemi susami. Spakowawszy wszystko, wziął zawiniątko pod pachę i wrócił tak szybko, że Deta go pochwaliła i dostał zaraz swoje pięć rappów. Pietrek schował pieniądz głęboko w kieszeń, a usta jego rozwarły się szerokim uśmiechem, nader bowiem rzadko miewał takie skarby.

— Zanieś mi to jeszcze do chaty Halnego Dziadka. Wszakże idziesz tamtędy! — powiedziała Deta, wspinając się po stromej uboczy, tuż za chatą koźlarzy.

Uczynił to chętnie i kroczył z tyłu, mając pod pachą tobołek, a w drugiej ręce bat pasterski. Heidi i kozy skakały wesoło wokoło niego. Po trzech kwadransach dotarli na halę, gdzie była chata starego Dziadka, na skalnej krawędzi zbudowana, wystawiona wprawdzie na wszystkie wiatry, ale dostępna również każdemu promieniowi słońca. Słał się stąd przepyszny widok w dolinę. Poza chatą rosły trzy stare, grube jodły, o gęstych, nieprzecinanych gałęziach. Powyż chaty wiodła jeszcze droga wzwyż, aż ku prostopadłym niemal, szarym skałom. Zpoczątku snuła się przez piękne, trawiaste wyże, potem kamieniska porosłe zrzadka krzakami, i przepadała wkońcu pośród nagich zwałów i bloków kamiennych.

Od strony doliny stała ławka, przymocowana do ściany. Tutaj siedział stary Dziadek z fajką w ustach, rękami na kolanach i patrzył spokojnie na nadchodzącą czeredę z kóz i dzieci złożoną. Deta została w tyle. Heidi nadbiegła pierwsza i podszedłszy do starego, powiedziała, podając rękę:

— Dzieńdobry, dziadku!

— Hm, hm?... Cóż to znaczy? — odrzekł starzec szorstko, podał dziewczynce rękę ruchem niecierpliwym i jął patrzeć długo, przenikliwie z pod gęstych brwi. Heidi wytrzymała to spojrzenie, nie mrugnąwszy ni razu oczyma. Dziadek stary, kudłaty, z długą brodą i brwiami podobnemi do rozczochranych krzaków, był dla niej bardzo zajmującym przedmiotem obserwacji. Po chwili nadeszła ciotka i Pietrek, który stanął opodal, ciekawy dalszego ciągu.

— Dzieńdobry, Dziadku! — powiedziała Deta, podchodząc. — Przyprowadzam do was córkę Tobjasza i Adelajdy. Nie poznacie jej zapewne, gdyż miała zaledwie rok, gdyście ją widzieli po raz ostatni.

— Cóż ma do roboty to dziecko u mnie? — spytał szorstko. — A ty, urwiszu, — krzyknął na Pietrka — znowu się spóźniłeś, idź mi przeto natychmiast z kozami, a zabierz i moje!

Pietrek usłuchał niezwłocznie i znikł, gdyż Dziadek spojrzał nań wcale nie dwuznacznie.

— Ta mała musi zostać u was, Dziadku — odparła Deta. — Sądzę, żem uczyniła, com była uczynić powinna dla Heidi przez te cztery lata, teraz na was kolej zaopiekować się nią.

— Tak? — powiedział starzec, spoglądając bystro na Detę. — A jeśli będzie tęskniła za tobą, płakała i jęczała, jak to czynią zwykle takie głuptaski, to cóż pocznę wówczas?

— Wasza w tem głowa, Dziadku! — odrzuciła. — I mnie nikt nie powiedział, co mam począć, gdym roczne dziecko trzymała w ramionach, mając i tak dość troski o utrzymanie własne i matki. Teraz muszę jechać w służbę, wy zaś jesteście najbliższym krewnym Heidi. Jeśli nie chcecie, by tu została, zróbcie, co wam się podoba, biorąc oczywiście na swą odpowiedzialność, jeśli zmarnieje. Sądzę jednak, że nie macie potrzeby bardziej jeszcze obciążać sumienia.

Deta czuła, że nie postępuje jak należy, przeto w podnieceniu, stąd pochodzącem, powiedziała więcej, niż to było jej zamiarem. Na ostatnie słowa, wstał Halny Dziadek z ławki i spojrzał na nią tak, że się cofnęła parę kroków. Potem starzec wyciągnął rękę i rzekł rozkazująco:

— Wracaj tam, skądeś przyszła i nie pokazuj mi się rychło na oczy!

Deta nie czekała powtórnego wezwania.

— Bądźcie tedy zdrów i ty, Heidi! — rzekła śpiesznie i jęła biec z góry co prędzej, nie ustając, aż do samego osiedla, gdyż wnętrzne podniecenie pędziło ją jak para lokomotywę. W osiedlu nawoływano ją bardziej jeszcze, niż przedtem, gdyż dziwiła wszystkich nieobecność Heidi. Znali dobrze Detę, wiedzieli, czyjem dzieckiem jest Heidi i jakie były jej dzieje. To też ze wszystkich drzwi i okien rozbrzmiewały pytania:

— Deto, gdzieś podziała dziecko?

— Zostało na hali u starego Dziadka! Wszakże słyszycie, co mówię!

Bolało ją bardzo, gdy słyszała, jak kobiety mówiły z wyrzutem:

— Jakżeś mogła tak postąpić? Biedna Heidi!

Albo znów:

— Jakżeś mogła takie bezbronne, głupiutkie dziecko zostawić tam, wśród pustkowia?

Potem na nowo żałowały kobiety:

— Biedna, biedna Heidi!

Deta biegła co sił i odetchnęła dopiero, gdy głosy zostały daleko, poza nią. Nie była z sobą w porządku, gdyż matka zleciła jej, umierając, opiekę nad dzieckiem. Uspakajała się tylko, mówiąc sobie, że łatwiej jej będzie przyjść z pomocą siostrzenicy, gdy zarobi w służbie dużo pieniędzy. Cieszyła ją jednocześnie myśl, że zejdzie z oczu ludzi męczących ją uwagami i osiągnie dobry zarobek.

Rozdział drugi. U dziadka

Po odejściu Dety siadł stary dziadek z powrotem na ławce i jął puszczać z fajki wielkie kłęby dymu. Patrzył przytem w ziemię i milczał. Heidi rozglądała się tymczasem radośnie wokoło, zobaczyła przybudowaną do chaty stajenkę na kozy i zajrzała do wnętrza. Była pusta. W ciągu dalszych poszukiwań, doszła do trzech starych jodeł. Wiatr dął poprzez gałęzie, a szczyty drzew szumiały rozgłośnie. Heidi przystanęła, nadsłuchując. Gdy wiatr przycichł nieco, obeszła chatę i wróciła drugą stroną do dziadka. Zastawszy go w tej samej co przedtem pozycji, stanęła przed nim, założyła ręce na plecy i zaczęła mu się przypatrywać. Po chwili podniósł głowę i zapytał, patrząc na stojącą nieruchomo:

— Cóż myślisz teraz robić?

— Chcę zobaczyć, co jest tam w środku, w chacie! — odparła.

— Chodźże więc! — zadecydował, wstał i skierował się ku drzwiom. — Zabierz z sobą tobołek z odzieżą! — rozkazał, stojąc w progu.

— Niepotrzebne mi to już! — oświadczyła Heidi.

Starzec obrócił się i spojrzał przenikliwie na dziecko, którego czarne oczy gorzały od ciekawości, co też może się znajdować w chacie.

— Mądre, zda się, dziecko! — mruknął pod wąsem i dodał: — Dlaczegóż jest ci to już niepotrzebne?

— Wolę chodzić jak kózki, lekko, na cienkich nóżkach.

— Zgoda, chodź sobie, ale zabierz te rzeczy, — rozkazał dziadek — schowamy je do szafy.

Usłuchała natychmiast. Dziadek otwarł drzwi i wszedł, a Heidi za nim. Znaleźli się w obszernej izbie, stanowiącej jedyną ubikację chaty. Był tu stół ze stołkiem, w jednym kącie znajdowało się legowisko dziadka, w drugim ognisko, z wielkim kotłem, a po drugiej stronie widniały w ścianie wielkie drzwi. Dziadek otwarł je. Była to właśnie szafa. Wisiała tu jego odzież, na półce leżało kilka koszul, pończochy, ręczniki, na drugiej ujrzała Heidi kilka talerzy, kubków i szklanek, zaś na najwyższej leżał duży, okrągły chleb, wędzone mięso i ser. Szafa ta mieściła w sobie wszystko, co posiadał dziadek i czego potrzebował do życia. Gdy tylko szafa została otwarta, zbliżyła się prędko Heidi i wepchała swój tobołek głęboko, za odzież dziadka, tak by było jak najtrudniej znaleźć to wszystko. Potem spojrzeniem objęła izbę i spytała:

— Gdzież będę spała, dziadku?

— Gdzie zechcesz! — odparł.

Spodobało się to bardzo Heidi. Jęła szukać po wszystkich kątach, gdzieby sobie urządzić posłanie. Nad legowiskiem dziadka był w powale otwór, do którego wiodła drabina. Heidi weszła po niej na strych. Znalazła tam całe kupy wonnego siana, a przez okrągłą lukę widać było dolinę, aż po krańce widnokręgu.

— Tutaj będę spała! — krzyknęła dziadkowi z góry. — Ślicznie tu! Chodź, dziadku, i zobacz sam!

— Znam to, znam! — odpowiedział z dołu.

— Urządzę sobie legowisko! — powiedziała, krzątając się ochoczo. — Musisz jednak przyjść i przynieść mi prześcieradło, bo na łóżku musi być prześcieradło, zanim się ktoś położy.

— Tak, tak! — mruknął, po chwili podszedł do szafy, zaczął w niej grzebać, wyciągnął z pod koszul wielkie, grube płótno, od biedy udawać mogące prześcieradło, i wszedł po drabinie. Zastał na strychu porządne posłanie. Siano nastroszone było w miejscu, gdzie miała spocząć głowa, zwrócona wprost ku krągłemu otworowi.

— Dobrześ to zrobiła! — pochwalił. — Ale zaczekaj jeszcze! — wziął sporą naręcz siana i pogrubił dwukrotnie posłanie, by leżąca nie odczuwała twardego podłoża i powiedział: — Tak! Teraz nakryjemy to prześcieradłem!

Heidi objęła oburącz płótno, ale zaledwo je unieść zdołała, tak było ciężkie. Wyszło jej to zresztą na korzyść, gdyż spoistej materji nie przebijały ostre źdźbła siana. Rozpostarli je oboje na sianie, a ponieważ było za długie i za szerokie, Heidi podwinęła brzegi pod siano. Łóżko wyglądało teraz porządnie i czysto. Heidi patrzyła na nie zamyślona, potem zaś rzekła:

— Zapomnieliśmy o czemś jeszcze, dziadku!

— O czemże to? — spytał.

— O kołdrze. Kładąc się do łóżka, trzeba wejść pomiędzy prześcieradło a kołdrę.

— Tak myślisz? A jeśli ja nie mam kołdry?

— To nic! — uspokoiła go. — Zamiast kołdry wziąć można siana!

To powiedziawszy, ruszyła Heidi do sterty, ale ją powstrzymał.

— Czekajże, zaraz wrócę!

Zeszedł na dół i podszedł do swego legowiska. Po chwili przyniósł gruby, płócienny wór, położył go na podłodze i spytał:

— To lepsze od siana, nieprawdaż?

Heidi chwyciła wór oburącz, chcąc go rozłożyć, ale małe rączki nie mogły podołać ciężkiej tkaninie. Dziadek pospieszył z pomocą i wnet łóżko zostało przykryte. Heidi patrzyła na nie z podziwem, potem zaś oświadczyła:

— Śliczne mam łóżko i kołdrę! Chciałam, by już noc nadeszła i bym się mogła położyć.

— Sądzę, że możnaby przedtem zjeść coś, jak myślisz?

Pod wrażeniem przysposobienia łóżka, zapomniała Heidi o wszystkiem innem. Teraz atoli, na wzmiankę o jedzeniu, uczuła silny głód. Wczesnym rankiem dostała kawałek chleba i filiżankę cienkiej kawy, potem zaś odbyła daleką drogę. To też przystała zaraz, mówiąc:

— I ja tak myślę.

— Skoro jesteśmy jednej myśli, zejdź tedy! — powiedział i zeszli oboje do izby. Dziadek podszedł do ogniska, odsunął wielki kocioł, nastawił mniejszy, wiszący na łańcuchu, potem zaś usiadłszy na drewnianym zydlu, rozdmuchał węgle i dołożył drzewa. Niedługo w kociołku zaczęło syczeć, a dziadek obracał tymczasem nad ogniem wielki kawał sera, zatknięty na długi żelazny widelec! Ser nabrał ze wszystkich stron pięknego, złotego koloru. Heidi przypatrywała się temu z wielkiem zaciekawieniem. Nagle jednak coś jej widocznie wpadło do głowy, gdyż pobiegła do szafy i zaczęła się żywo krzątać. Po chwili wrócił dziadek do stołu z garnkiem i upieczonym serem w rękach. Zastał już krągły chleb, dwa talerze i dwa noże pięknie ułożone. Heidi dostrzegła wszystko w szafie i domyśliła się, czego będzie trzeba do jedzenia.

— Dobrze, że sama potrafisz coś zrobić, — pochwalił ją, kładąc ser na chlebie — ale brak czegoś jeszcze na stole.

Heidi spojrzała na garnek, z którego buchała obiecująco para, i pobiegła do szafy. Znalazła jedną tylko miseczkę. Ale nie długo trwało jej zakłopotanie. Chwyciła jedną z dwu stojących na półce szklanek i wróciła do stołu.

— Umiesz sobie, jak widzę, poradzić! — powiedział. — Gdzież będziesz teraz siedziała?

Na jedynym stołku siedział sam dziadek. Heidi skoczyła do ogniska, przyniosła zydel i usiadła.

— Siedzisz, coprawda, — zauważył — tylko trochę za nisko. Z mego stołka także byś nie dosięgła stołu. Ale poradzimy i na to.

Wstał, napełnił miseczkę gorącem mlekiem, postawił ją na stołku i przysunął do zydla, tak że Heidi miała swój własny stół. Dziadek położył przed nią duży kawałek chleba i złocistego sera, potem zaś powiedział: — Jedz, Heidi! — Sam usiadł na krawędzi stołu i zaczął się posilać. Heidi chwyciła oburącz miseczkę i zaczęła pić, piła, piła bez przestanku. Pragnienie, wywołane długą podróżą, wystąpiło teraz dopiero właśnie. Po chwili odetchnęła głęboko, gdyż pijąc łapczywie, zapomniała oddychać, i postawiła na stołku pustą miseczkę.

— Smakuje ci mleko? — spytał dziadek.

— Nigdy nie piłam tak dobrego mleka! — oświadczyła Heidi.

— Dostaniesz jeszcze — rzekł na to, napełnił miseczkę powtórnie i postawił przed dziewczynką, która teraz zajadała chleb, posmarowany złocistym, miękkim jak masło serem. Smakowało jej bardzo, popijała mlekiem i miała bardzo zadowoloną minę. Po jedzeniu poszedł dziadek do stajni, by ją uporządkować. Heidi przyglądała się z zaciekawieniem, jak zamiatał, a potem rozrzucał świeżą mierzwę, by kozom było wygodnie spać. Następnie ruszył dziadek ku zaroślom. Wyciął tam kilka długich kijków, zaczął majstrować koło sporej deski, wiercił dziury, klepał, kuł, wbijał gwoździe i oto nagle zrobił się z tego wszystkiego stołek taki sam jak dziadka, tylko dużo wyższy.

— Cóż to jest, Heidi? — spytał wkońcu dziadek.

— To jest mój stołek, bo taki wysoki. Jakżeś prędko go zrobił, dziadku! — powiedziała, zdjęta wielkim podziwem.

— Zdaje sobie sprawę z wszystkiego, na co patrzy! — mruknął pod wąsem. Potem jął krążyć wokoło chaty. Gdzieniegdzie wbił gwóźdź, poprawił coś u drzwi, chodził długo z młotkiem i gwoźdźmi w rękach, łatając to i owo, lub usuwając co niepotrzebne. Heidi chodziła za nim krok w krok, patrzyła nań nieustannie, a wszystko co robił, wydawało jej się wielce zabawnem.

Na tem im upłynął czas do wieczora. Stare jodły zaszumiały rozgłośniej, gdyż silny wiatr rozkołysał ich gęste korony. Heidi słuchała tego szumu z zachwytem nieopisanym, skakała wesoło dookoła drzew, doznając ogromnej radości, a dziadek patrzył na nią, stojąc pod drzwiami stajni. Nagle zabrzmiał przenikliwy gwizd. Heidi przerwała skakanie, a dziadek wyjrzał w stronę gór. Trzoda kóz pędziła w szalonych skokach wąską ścieżyną, a pośrodku nich biegł Pietrek. Heidi wydała okrzyk radości i rzuciła się między kozy, witając zosobna każdą, starą znajomą z dzisiejszego ranka. Pod chatą zatrzymało się wszystko, a ze stada wyszły dwie, smukłe kózki, biała i brunatna. Zbliżywszy się do dziadka, zaczęły lizać jego palce, w których miał sól. Tak czynił każdego wieczora, witając zwierzęta swoje. Pietrek popędził dalej trzodę, a Heidi głaskała jedną i drugą kozę, potem zaś zabiegła wokoło, by je pogłaskać także z drugiej strony, i radowała się niemi bardzo.

— Czy one naprawdę nasze? Czy obie nasze, dziadku? — pytała. — Czy pójdą do stajni? Czy zostaną u nas na zawsze? — Pytała i pytała, tak, że dziadek z trudem jeno mógł wtrącić swoje „Tak, tak”.

Gdy kozy sól zlizały, powiedział:

— Przynieś teraz swą miseczkę i chleb.

Heidi przyniosła posłusznie jedno i drugie. Dziadek udoił z białej kozy pełną miseczkę mleka, ukroił chleba i rzekł:

— Jedz teraz, potem zaś idź spać! Ciotka Deta zostawiła dla ciebie zawiniątko, są tam koszule i inne drobiazgi. Znajdziesz je, w razie potrzeby, w szafie. Ja się zajmę kozami. Dobranoc!

— Dobranoc, dziadku! Dobranoc! A jakże się zowią nasze kózki? Jak się zowią, dziadku? — spytała, biegnąc za odchodzącemi.

— Biała zwie się Białuszka, a brunatna Buraska! — odpowiedział.

— Dobranoc, Białuszko! Dobranoc, Burasko! — wykrzyknęła z całej siły, bo kozy weszły już do stajni. Potem siadła na ławce, zaczęła jeść i pić, ale musiała się spieszyć, gdyż wiatr dął tak silnie, że jej omal nie zdmuchnął z siedzenia. Skończywszy, weszła po drabinie do swej sypialni, wsunęła się pod kołdrę i za chwilę spała, tak smacznie, jakby leżała w książęcem łożu. Niedługo potem, jeszcze przed zupełnem zapadnięciem nocy, położył się także dziadek. Wstawał zawsze razem ze słońcem, a wiadomo, że w górach słońce wschodzi, latem, bardzo wcześnie. Wiatr nabrał w nocy takiej siły, iż cały dom drgał, belki trzeszczały, w kominie wyło żałośliwie, a mniejsze gałęzie starych jodeł spadały, raz po raz, na ziemię. Dziadek wstał, mruknął pod wąsem: — Pewnie się boi ta mała! — wszedł na strych i zbliżył się do legowiska Heidi. Szybko przelatujące chmury zakrywały, to znów odsłaniały księżyc. Teraz właśnie padły na dziecko jasne promienie przez krągły otwór dachu. Leżała spokojnie, zarumieniona z powodu ciężaru kołdry, podłożywszy pod głowę krągłe ramię, i śniło się jej zapewne coś miłego, gdyż miała rozradowaną buzię. Dziadek patrzył na nią, póki było jasno, potem zaś wrócił na swoje legowisko.

Rozdział trzeci. Na pastwisku

Przenikliwy gwizd zbudził Heidi wczesnym rankiem. Rozwarłszy oczy, ujrzała pęk złocistych promieni, które padając przez otwór przepajały jej posłanie, siano i wszystko wokoło przecudną poświatą. Rozglądała się przez chwilę, zdumiona wielce, gdyż nie wiedziała, gdzie jest. Dopiero gruby głos dziadka przypomniał jej, skąd przybyła i że jest u dziadka na hali, nie zaś u starej Urszuli, która była całkiem głucha, a siedziała ciągle przy ognisku, gdyż drżała zawsze z zimna. Nie pozwalała ona Heidi wychodzić z izby, dlatego że, nie słysząc, chciała ją mieć ciągle na oczach. Ciasno było nieraz Heidi w izbie i radaby była wybiec w pole. To też rozradowała się, wspomniawszy, gdzie jest, ile nowości poznała wczoraj, ile ich dziś ujrzy, a zwłaszcza Białuszkę i Buraskę. Wyskoczyła co prędzej z pościeli i w ciągu kilku minut wdziała to, co miała na sobie dnia ubiegłego, a było tego bardzo mało. Zeszła po drabinie i wyskoczyła za próg chaty. Stał tu Pietrek ze swoją trzodą, a dziadek wyprowadzał właśnie obie kozy ze stajni, celem przyłączenia do reszty towarzystwa. Heidi pobiegła przywitać je.

— Czy pójdziesz na pastwisko? — spytał dziadek, a Heidi podskoczyła wysoko z radości. — Ale przedtem trzeba się umyć. Inaczej słońce wyśmieje cię. Jest czyste i lśniące, więc nie lubi brudasów. Tam, oto, masz przygotowane, co trzeba!

Wskazał na wielki ceber pełny wody, stojący przed drzwiami w słońcu. Heidi pobiegła i dopóty się pluskała i myła, aż była czyściuteńka. Tymczasem dziadek wszedł do chaty, mówiąc do Pietrka:

— Chodźno tu, kozi generale, i weź ze sobą plecak!

Zdumiony wielce wszedł Pietrek i podał plecak, w którym miał swój, wzięty z domu, chudy posiłek południowy.

— Otwieraj! — rozkazał dziadek, potem zaś włożył do środka wielki kawał chleba i sporo sera. Pietrek wytrzeszczył, jak tylko mógł oczy, bowiem to, co starzec włożył do plecaka, przewyższało dwukrotnie jego własne zapasy.

— Tak! Teraz jeszcze miseczka, — rzekł dziadek. — Heidi nie umie pić, jak ty, prosto z wymienia. Udoisz jej w południe dwie pełne miseczki, bo dziecko pójdzie z tobą i zostanie do wieczora. Uważaj, by nie spadło ze skał... rozumiesz?

W tej chwili wbiegła Heidi, wołając:

— Teraz już chyba słońce mnie nie wyśmieje, dziadku? — spytała żywo. Natarła grubym ręcznikiem, który dziadek położył obok cebra, twarz, szyję i ramiona tak silnie, że była, jak rak czerwona. Uśmiechnął się na ten widok i rzekł:

— Nie ma już powodu wyśmiewać cię. Ale gdy wrócisz, musisz się cała skąpać w cebrze, bo kto chodzi za kozami, brudzi sobie nogi. Teraz możecie iść.

Ruszyli wesoło w górę. Wiatr nocny zdmuchnął ostatnią chmurkę z nieba, które ciemno szafirowe teraz, sklepiło się nad nimi, a pośrodku błyszczało słońce. Jasne jego promienie złociły zieleń łąk, a niebieskie i żółte kwiatki rozwierały kielichy, patrząc wesoło w niebo. Heidi biegała na wszystkie strony, nie posiadając się z radości. W jednem miejscu kwitły czerwone, w innem błękitne, lub żółte kwiatki i to całemi łanami, wabiąc ku sobie dziewczynkę, która wobec tych wspaniałości zapomniała nawet o kozach i Pietrku. Wybiegała daleko naprzód, to znów zbaczała z drogi, zrywając masami kwiatki do fartuszka. Postanowiła je powtykać w siano swego legowiska, by wyglądało, jak łąka. Pietrek musiał patrzeć na wszystkie strony, co było nie łatwem zadaniem, gdyż okrągłe, niby kule, oczy jego poruszały się dość powoli. Kozy także naśladowały Heidi, biegając tu i tam, to też Pietrek gwizdał i nawoływał nieustannie, by zgromadzić rozbiegane zwierzęta.

— Gdzieżeś się to znowu zapodziała, Heidi? — wrzeszczał groźnym potrosze głosem.

— Tu jestem! — odpowiedziała skądś. Pietrek nie mógł jej widzieć, gdyż siedziała na ziemi, za małym pagórkiem, porosłym macierzanką. Powietrze przepajał zapach, jakiego Heidi nie znała dotąd. Tkwiąc w tej gęstwie, wdychała woń pełną piersią.

— Chodźże, chodź! — wołał Pietrek. — Nie wolno ci spaść ze skały! Dziadek zabronił, rozumiesz?

— A gdzie te skały? — spytała, nie ruszając się z miejsca, gdyż zapach podobny do kadzidła stawał się coraz to milszy.

— Tam, wysoko, bardzo wysoko! Mamy długą jeszcze drogę przed sobą, więc chodź. Na szczycie skał siedzi ptak drapieżny i skrzeczy.

To pomogło. Heidi skoczyła na równe nogi i przybiegła do Pietrka, z pełnym kwiatów fartuszkiem.

— Masz już dość! — powiedział, wspinając się razem z nią wyżej. — Nie zrywaj więcej, bo zawsze będziesz zostawała w tyle, a zresztą zabraknie ci ich na jutro.

Ta ostatnia racja przekonała ją w zupełności. Zresztą fartuszek był niemal pełny. Szła tedy dalej z Pietrkiem, a kozy kroczyły także w większym porządku, gdyż zdala już zwęszyły smakowite zioła pastwisk wyżynnych i dążyły ku nim wytrwale. Zwyczajną, codzienną kwaterą Pietrka i pastwiskiem kóz jego była obszerna łąka u podnóża stromych skał, które, obrosłe w części niższej krzakami i kosodrzewiną, sterczały dalej nagie i strome w niebo. Po jednej stronie opadała hala ostrem zboczem i dziadek miał słuszność, ostrzegając przed niebezpieczeństwem. Gdy tu dotarli, zdjął Pietrek plecak i umieścił go troskliwie w niewielkiem zagłębieniu, z obawy, by silniejszy podmuch wiatru nie stoczył na dół tych skarbów. Potem położył się jak długi na oblanej słońcem trawie, wypoczywając po trudach wędrówki.

Heidi odwiązała fartuszek, zwinęła go starannie wraz z kwiatami, położyła obok pietrkowego plecaka, potem zaś usiadła koło leżącego i zaczęła się rozglądać. Dolina, rozelśniona porankiem, leżała nisko w dole. Przed sobą miała Heidi rozległe pole śniegowe, sięgające, zdało się, samego nieba, po lewej zaś stronie olbrzymi masyw skalny, uwieńczony zębatemi, jakby, wieżyczkami. Wyglądało to bardzo poważnie, tak że dziewczynka zamilkła i siedziała bez słowa, wśród ogromnej ciszy. Lekki powiew wiatru muskał różyczki złotojeści, które chwiały się wesoło na cienkich łodyżkach. Znużony Pietrek zasnął, a kozy wspinały się po skałach, ogryzając krzaki. Czegoś równie pięknego nie przeżyła Heidi dotąd. Wchłaniała promienie słońca i woń kwiatów, nie pragnąc niczego, tylko by zostać tu na zawsze. Minęło sporo czasu. Dziewczynka tyle razy spozierała na strome skały, że nabrały one powoli wyrazu, niejako rysów twarzy, i patrzyły teraz na nią, jak starzy dobrzy przyjaciele.

Nagle usłyszała nad sobą głośny, ostry wrzask i skrzeczenie. Spojrzawszy w górę, ujrzała ogromnego ptaka, jakiego nie widziała w życiu. Unosił się na potężnych skrzydłach, krążąc tuż nad jej głową, zataczał wielkie koła, skrzecząc coraz głośniej.

— Pietrek! Pietrek! Zbudź się! — wykrzyknęła. — Patrzże, patrz, drapieżny ptak przyleciał.

Zerwał się na to wołanie i oboje patrzyli na ptaka, który wznosząc się coraz wyżej w błękity, znikł wreszcie poza szarą skałą.

— Gdzież poleciał? — zapytała Heidi, która przez cały czas śledziła orła z napięciem.

— Do domu, do gniazda! — odpowiedział.

— To on tam wysoko mieszka? Jakże to piękne! A czemu tak przeraźliwie kracze? — pytała dalej.

— Bo musi! — objaśnił chłopiec.

— Wiesz co, wyjdziemy tam i zobaczymy gniazdo! — zaproponowała.

— O! O! O! — wykrzyknął Pietrek z coraz to większą niechęcią za każdem „o”. — Tam nawet koza nie dojdzie, a zresztą dziadek zabronił ci spadać ze skał.

Pietrek zaczął nagle wydawać gwałtowne okrzyki i gwizdać przeraźliwie. Heidi nie wiedziała, co to ma znaczyć, ale kozy zrozumiały widocznie, gdyż jedna po drugiej zeskakiwać zaczęły ze skał i niebawem cała trzoda zebrała się na łące. Zwierzęta chrupały wonną trawę, biegały, lub zlekka bodły się, dla rozrywki. Heidi goniła za niemi, skakała w zawody i zapoznawała się z każdą osobiście, bowiem każda miała odrębny wygląd i odmienne obyczaje. Tymczasem Pietrek otwarł plecak i rozłożył pięknie w kwadrat na ziemi cztery porcje jedzenia, z wnętrza dobyte, dwie większe po stronie Heidi, a dwie mniejsze po swojej, pamiętając dobrze, dla kogo to dostał. Potem udoił z wymion Białuszki całą miseczkę świeżego mleka i postawił pośrodku kwadratu. Następnie przywołał Heidi, ale nie poszło to tak łatwo, jak z kozami, gdyż dziewczynka rozbawiona i uszczęśliwiona skokami nowych towarzyszek, prócz nich nie widziała i nie słyszała niczego wokoło. Pietrek zdołał jednak zwrócić jej uwagę na siebie, krzycząc tak, że huczało po skałach. Heidi nadbiegła wkońcu i, na widok zastawionej biesiady, zaczęła wokoło skakać.

— Dajże pokój! — napomniał ją Pietrek. — Teraz trzeba jeść, nie skakać. Siadaj i bierz co twoje!

Heidi usiadła.

— Czy to moje mleko? — spytała, patrząc z upodobaniem na ponętny kwadrat z miseczką pośrodku.

— Twoje! — odrzekł. — A także twój jest ten duży ser i chleb. Gdy wypijesz, dostaniesz drugą miseczkę mleka od Białuszki. Potem ja się napiję.

— A skąd weźmiesz mleka?

— Wydoję swoją kozę, tę krasą. No, zaczynajże.

Heidi wypiła naprzód mleko, a Pietrek napełnił miseczkę powtórnie. Heidi odłamała sobie kawałek chleba, resztę zaś, wraz ze sporą porcją sera, co razem było większe od całego zapasu Pietrka, z którym się już niemal załatwił, podała mu, mówiąc:

— Weź to sobie, ja mam już dość.

Pietrek spojrzał na Heidi, oniemiały, bowiem przez cały ciąg życia, nikt nie powiedział mu i nie uczynił dlań dotąd nigdy czegoś takiego. Zawahał się, nie będąc pewny, czy to prawda, ale Heidi wzięła chleb z serem i położyła na kolanach chłopca. Przekonawszy się wkońcu, że to sprawa na serjo, skinął głową na znak podzięki i uznania, potem zaś wyprawił sobie ucztę, niepamiętną od czasu kiedy pasał kozy. Heidi patrzyła ustawicznie na kozy, potem zaś rzekła:

— Czy znasz ich imiona?

Pietrek znał je doskonale, a mógł to pomieścić w głowie tem łatwiej, że nie zawierała pozatem wielu innych zbytecznych zapasów. Wymienił bez omyłki wszystkie imiona, wskazując palcem każdą kozę zosobna. Heidi słuchała z zaciekawieniem wykładu i nauczyła się niedługo nazywać je i odróżniać, bowiem każda posiadała łatwe do zapamiętania cechy. Trzeba było tylko patrzeć uważnie, a Heidi czyniła to właśnie. Naprzykład, wielki Trykacz, o silnych rogach, usiłował ciągle bóść towarzyszy, a oni uciekali, niemal zawsze, nie chcąc mieć nic do roboty z grubjaninem. Tylko mała, zręczna kózka, Ziębulka, nie unikała napaści. Przeciwnie zaczepiała go sama często po kilka razy i to tak szybko i dzielnie, że wielki cap głupiał ze zdziwienia i nie napadał, widząc jak wojowniczego ma przeciwnika i jak ostre są jego różki. Inna znowu kózka Śnieżka beczała ciągle tak uparcie i płaczliwie, że Heidi podbiegała do niej często i tuliła do siebie jej głowę. I w tej chwili właśnie rozbrzmiał żałośliwy głos młodej kózki, Heidi poskoczyła, otoczyła jej szyję ramieniem i spytała ze współczuciem:

— Cóż ci to, kochanko? Czemu wzywasz ratunku?

Kózka przytuliła się do niej z zaufaniem i przestała beczeć. Pietrek, siedzący dotąd przy uczcie, wyjaśnił sprawę, przerywając jednak często, gdyż miał jeszcze co gryźć i popijać.

— Ona tęskni za starką! Sprzedano ją przedwczoraj do Mayenfeldu i już nie chodzi z trzodą na tę halę.

— Cóż to za starka?

— Ba... oczywiście, jej matka.

— A gdzież babka?

— Nie ma babki!

— A dziadek?

— Nie ma dziadka!

— Biedna moja Śnieżko! — powiedziała Heidi, tuląc czule kózkę. — Ale nie płacz! Widzisz, ja tu będę przychodziła codziennie, więc nie zostaniesz sama i opuszczona. A jeśliby ci coś dolegało, przyjdź do mnie.

Śnieżka potarła kilka razy głowę o ramię Heidi i przestała beczeć żałośliwie. Tymczasem Pietrek skończył jeść i wrócił do swej trzody oraz do Heidi, która poczyniła znowu dużo spostrzeżeń.

Białuszka i Buraska były bezsprzecznie najpiękniejszemi i najschludniejszemi kozami całego stada. Posiadały pewną godność w zachowaniu, trzymały się na uboczu, a zwłaszcza natrętnego Trykacza traktowały wzgardliwie i odpychająco.

Zwierzęta jęły znowu sięgać po krzaki, a każde czyniło to na swój sposób. Jedne kozy biegły naprzełaj, skacząc przez wszystko, co napotykały, inne szły rozważnie, chwytając po drodze upatrzone, smakowite ziółka, a Trykacz próbował, jak zawsze, napadać na każdą. Białuszka i Buraska wspinały się po skałach zręcznie, lekko, wybierały co najpiękniejsze krzaki i ogołacały je wprawnie z liści. Heidi założyła ręce na plecy i przyglądała się wszystkiemu z wielką uwagą.

— Pietrku! — powiedziała po chwili do leżącego chłopca. — Białuszka i Buraska, to najpiękniejsze kozy z całego stada, nieprawdaż?

— Oczywiście! — odparł. — Halny Dziadek myje je, czesze, daje im sól i ma najlepszą stajnię.

Nagle skoczył Pietrek na równe nogi i popędził w ślad za kozami, w ogromnych susach, a Heidi za nim. Coś się widocznie stało, nie mogła tedy zostać na miejscu. Pietrek gnał przez sam środek stadka w kierunku skalnego zbocza, ku któremu biegła w podskokach lekkomyślna kózka. Jeszcze parę kroków, a mogła spaść i połamać sobie nogi. Była to zuchwała Ziębulka. Pietrek dopadł na miejsce w ostatniej chwili, chciał ją złapać za rogi, ale upadł i zdołał jeno chwycić nogę kozy. Ziębulka zabeczała z gniewu i zdumienia, iż jej przeszkadza skakać dalej wesoło, i wyrywała się uporczywie naprzód. Pietrek jął wołać Heidi na pomoc, gdyż Ziębulka szarpała nogą z całej siły. Dziewczynka przybiegła i zrozumiawszy odrazu grozę położenia, zerwała garść wonnych ziół, podsunęła pod nos kozy i zaczęła przemawiać do niej łagodnie:

— Miejże rozum, Ziębulko! Widzisz przecież, że tam jest przepaść. Łatwo spaść i złamać nogę, a to bardzo boli!

Kózka zwróciła ku niej głowę i zaczęła jeść z ręki Heidi. Tymczasem wstał Pietrek i chwycił sznur, otaczający szyję Ziębulki, na którym wisiał dzwonek, Heidi sznur ujęła z drugiej strony i oboje odprowadzili buntowniczkę do trzody. Mając ją w swej mocy, podniósł Pietrek bat, chcąc ukarać przykładnie Ziębulkę, a ona cofnęła się trwożnie, przewidując co nastąpi. Ale Heidi krzyknęła:

— Nie bij jej, Pietrku! Widzisz przecież, jak się boi!

— Zasłużyła na karę! — odparł Pietrek, zamierzając się. Heidi chwyciła go za ramię, wołając:

— Nie bij! To boli! Puść ją!

Zdumiał się Pietrek na ten rozkazujący ton Heidi, przytem widząc jak jej oczy błyszczą, bezwiednie opuścił bat i powiedział łagodnie:

— Zgoda, ale dasz mi jutro kawałek sera.

Chciał mieć, oczywiście, jakieś odszkodowanie za strach.

— Dam ci jutro i każdego dnia cały ser i chleb! — przystała Heidi. — Nie chce mi się jeść. Ale zato nie wolno ci bić Ziębulki, ani Śnieżki, ani żadnej innej kozy.

— Wszystko mi jedno! — mruknął Pietrek, co znaczyło, że się zgadza. Puścił Ziębulkę, a kózka złączyła się, w podskokach, z towarzystwem.

Dzień minął niepostrzeżenie, a słońce zaczęło się chylić do zachodu. Heidi siedziała znowu na ziemi, patrząc w milczeniu na błękitne gencjany i żółte różyczki złotojeści. Kwiatki płonęły w słonecznej poświacie, a całą trawę wokoło złociły promienie zachodu. Heidi zauważyła, że skały zaczynają lśnić i błyszczeć. Skoczyła na równe nogi, wołając:

— Pietrku! Pietrku! Gore! Goreją góry, śnieg i niebo! Patrzże! Skały są do czerwoności rozpalone. Płonie śnieg. Płoną jodły. Wszystko wokoło gore!

— Codziennie tak jest! — zauważył spokojnie manipulując wokoło bata. — To zresztą nie jest ogień!

— A cóż to jest? — pytała Heidi, skacząc po łące i rozglądając się wokoło. — Cóż to jest, Pietrku?

— Tak sobie bywa samo z siebie... — odpowiedział.

— Spójrz tam! — wołała podniecona. — Wszystko stało się różowe, śnieg i wysokie skały. Jakże się one zowią?

— Skały nie nazywają się nijak!

— Jakże piękny jest ten śnieg różowy. Patrz! Na skałach jest mnóstwo, mnóstwo cudnych róż. Szarzeją teraz. O, o! Wszystko gaśnie! Już koniec! — Heidi usiadła na trawie smutna i zmieszana, jakby istotnie nastał koniec świata.

— Jutro będzie znowu tak samo! — oświadczył Pietrek. — Wstawaj! Czas nam wracać.

Jął gwizdać, kozy złączyły się w stadko i rozpoczęli drogę powrotną.

— Czy naprawdę codziennie tak pięknie bywa na pastwisku? — pytała Heidi pożądliwie, czekając potwierdzenia i krocząc żwawo obok towarzysza.

— Przeważnie! — odparł.

— A jutro będzie tak samo? nieprawdaż?

— Pewnie, pewnie... — zaręczył Pietrek.

Heidi zachwycona była odniesionemi wrażeniami, a w głowie jej snuło się dużo różnych myśli. Cicha, zadumana doszła do chaty dziadka. Zastała go pod jodłami, na ławce, gdyż i tu tak samo ławkę postawił. Czekał na wracające kozy. Heidi przybiegła doń zaraz, a za nią Białuszka i Buraska, bowiem kozy znały dobrze pana swego i stajnię. Pietrek zaś zawołał :

— Przyjdę po ciebie jutro! Dobranoc! — Zależało mu bardzo, by Heidi poszła na pastwisko.

Podbiegła doń, podała mu rękę, zapewniła, że się jutro zobaczą, potem zaś weszła w zabierającą się do drogi trzódkę, objęła za szyję Śnieżkę i powiedziała jej poufnie:

— Śpij spokojnie! Bądź pewna, że się jutro spotkamy i nie becz tak żałośnie!

Śnieżka spojrzała na Heidi wesoło, z wdzięcznością, i poszła wraz ze stadkiem w stronę osiedla.

Heidi wróciła pod jodły.

— Dziaduniu! — wołała już zdaleka. — Jakże pięknie było na pastwisku! Ogień i róże na skałach, błękitne i żółte kwiatki! Patrz, co ci przynoszę!

To rzekłszy, wysypała przed nim z fartuszka cały swój kwietny skarb. Ach, jakże wyglądały teraz biedne kwiatki! Nie mogła ich rozpoznać. Podobne były do siana, a wszystkie kielichy pozamykały się.

— Dziadku! — zawołała przerażona. — Cóż się stało z temi kwiatkami! Czemuż tak wyglądają?

— Ich miejsce jest na łące, w słońcu, a nie w fartuszku! — odpowiedział.

— Już ich nie będę zrywała — oświadczyła Heidi. — Ale czemużto ptak drapieżny tak głośno skrzeczał i krakał, powiedz, dziaduniu!

— Teraz musisz się wykąpać, ja zaś pójdę do stajni po mleko. Potem spotkamy się w izbie, zjemy kolację i odpowiem ci na to, o co zapytasz.

Stało się tak. Niedługo potem siedziała Heidi na wysokim stołku swoim, obok dziadka, mając przed sobą miseczkę z mlekiem. Ponowiła zaraz pytanie:

— Powiedzże, dziadku, czemu ptak drapieżny tak krzyczy i kracze nad głową człowieka?

— Chce w ten sposób wyrazić swą wzgardę ludziom, którzy tłoczą się po wsiach i wiodą z sobą spory. Powiada: Lepiej by wam było rozejść się i żyć zosobna!

Słowa dziadka brzmiały ostro, dziko niemal i przypomniały Heidi dokładnie wrzask drapieżnego ptaka, który teraz zapamiętała tem lepiej jeszcze.

— A dlaczego skały nie mają nazw? — spytała znowu.

— Mają nazwy! — rzekł dziadek. — Opisz mi którąś z nich, tak bym poznał, a powiem ci, jak się zowie.

Heidi opisała wymownie stromą ścianę skalną, zwieńczoną wieżycami i wrębami, a zadowolony jej bystrością dziadek objaśnił:

— Bardzo dobrze! Ta góra skalna zowie się Falknis. Czy widziałaś jeszcze inną?

Heidi opisała górę z wielkiem polem śniegowem, które pałało o zachodzie, potem poróżowiało, a wkońcu zaś zagasło i stało się całkiem szare.

— Znam tę górę, — rzekł dziadek — to Cezaplana. Więc podobało ci się, widzę, wszystko na pastwisku?

Heidi opowiedziała swe wrażenia z całego dnia, opisała wspaniałą, czerwoną łunę wieczorną i spytała, skąd się to bierze, bo Pietrek nie umiał wyjaśnić.

— Widzisz, — rzekł dziadek — to robi słońce. Żegna w ten sposób na noc góry, posyła im ostatnie promienie, by pamiętały, że wróci do nich rano.

Spodobało się to Heidi tak bardzo, iż zapragnęła doczekać ranka, w celu pójścia na pastwisko i zobaczenia, jak to słońce żegna góry. Tymczasem jednak trzeba było iść spać. Przez całą noc spała wyśmienicie na swem legowisku z siana, marząc o lśniących, różowych górach i skaczącej wesoło kózce Śnieżce..

Rozdział czwarty. U babki

Nazajutrz wzeszło znowu jasne słońce, przyszedł Pietrek z kozami, poszli oboje na pastwisko i tak się działo dzień po dniu. Heidi ogorzała na brunatno, nabrała sił i zdrowia, tak że nic jej nigdy nie dolegało. Wesoło i przyjemnie płynęło jej życie, podobnie jak ptaszkom w koronach drzew. Nastała jesień, wiatr jął wiać ostro z poza gór, a pewnego wieczora rzekł dziadek:

— Jutro zostaniesz w domu, Heidi. Wichr może takie, jak ty, maleństwo za lada podmuchem zwiać w przepaść.

Dowiedział się o tem rano Pietrek i popadł w zupełną rozpacz, gdyż czarną przyszłość ujrzał przed sobą. Bez Heidi nudził się teraz straszliwie na pastwisku, ponadto miał utracić obfity posiłek, a w dodatku kozy, nawykłe do obecności dziewczynki, stawiały opór i rozbiegały się na wszystkie strony, tak że miał dużo z niemi zachodu. Ale Heidi nie czuła się wcale nieszczęśliwą i zawsze miała coś interesującego do obserwowania. Oczywiście, lubiła bardzo chodzić z kozami i pasterzem na halę do kwiatków i drapieżnego ptaka, ale zaciekawiała ją także krzątanina domowa dziadka, który przybijał ciągle coś, lub sporządzał i naprawiał sprzęty. Heidi wpadała w zachwyt, patrząc, jak zawinąwszy rękawy, robi w wielkim kotle krągłe serki z koziego mleka. Nie nudziła się nigdy, przesiadując w domu. Głównie pociągał ją szum wichru w koronach starych jodeł. Wybiegała ku nim raz po raz. Ten tajemniczy, głęboki szum, wydawał się jej najpiękniejszą muzyką. Heidi stała nieraz długo pod drzewami, spoglądając w górę i dziwiąc się sile wichru. Słońce nie dogrzewało teraz tak, jak latem, a dziewczynka musiała odszukać w szafie i przywdziać pończochy, trzewiki, oraz spódniczkę, gdyż było coraz chłodniej. Gdy stała pod jodłami, wiatr przewiewał ją nawskroś, niby cienki listek, mimo to jednak biegała tam ciągle, nie mogąc wysiedzieć w izbie, podczas gdy wiało.

Niebawem zrobiło się porządnie zimno i Pietrek chuchał w dłonie każdego ranka, wreszcie spadł śnieg obfity, cała hala pobielała i jak okiem sięgnąć, nie było nigdzie widać jednego bodaj listeczka zielonego. Nie przychodził już teraz Pietrek z kozami, a Heidi patrzyła z zachwytem przez małe okienko na padający ciągle śnieg. Nagromadziło się go tyle, że zaspa sięgnęła samego okienka, potem zaś wzrosła jeszcze wyżej, tak że nie można go było otworzyć, i wkońcu wszystko zatonęło w śniegu. Rozradowana tym widokiem biegała od jednego okienka do drugiego, chcąc widzieć, co się stanie. Pewna była, że chata zostanie zupełnie przykryta śniegiem i trzeba będzie w jasny dzień świecić lampę. Ale do tego nie doszło. Nazajutrz, kiedy śnieg ustał, wziął dziadek łopatę i odkopał dom wokoło, robiąc duże, śnieżne wały i góry. Przez to zostały oswobodzone okna i drzwi, co rozradowało Heidi wielce. Siedziała raz popołudniu, wraz z dziadkiem przy ognisku, każde na swym trójnogu... gdyż dziadek zrobił jej już dawno mały trójnóżek... gdy nagle ktoś zaczął tłuc nogami po progu i wkońcu otworzył drzwi. Był to Pietrek-koźlarz. Narobił tyle hałasu, nie przez brak grzeczności, ale dlatego, by otrząść śnieg z trzewików i tak zresztą nim pokrytych. Śnieg okrywał także całego Pietrka, który musiał przebrnąć dużo zasp, zanim tu doszedł. Mróz był dnia tego ostry, to też śnieg utworzył na chłopcu twardą, grubą skorupę. Nie zraziło go to jednak do przyjścia wobec tego, że nie widział Heidi już od całego tygodnia.

— Dobry wieczór! — powiedział wchodząc, zbliżył się do ogniska i zamilkł. Ale twarz jego rozpromienił uśmiech wielkiego zadowolenia. Heidi patrzyła nań z podziwem, gdyż tający, a coraz bardziej widoczny Pietrek, podobny był do małego wodospadu.

— Jak się masz, generale? — powiedział dziadek. — Postradałeś armję i musisz teraz gryźć rysik.

— Czemuż to on musi gryźć rysik? — spytała ciekawie Heidi.

— Musi przez całą zimę chodzić do szkoły! — objaśnił dziadek. — Uczy się czytać i pisać, co nie jest rzeczą łatwą. Gryzienie rysika pomaga trochę, nieprawdaż, generale?

— Prawda! — potwierdził Pietrek.

Rozciekawiona tem Heidi jęła zadawać pytania o szkołę, o wszystko, co tam można widzieć i słyszeć, a Pietrek opowiadał. Jak każda tak i ta rozmowa z nim zajęła sporo czasu, to też wysechł pięknie, od dołu do góry. Trudno mu było zawsze myślom swoim nadać formę słów, a Heidi zasypywała go wprost pytaniami, które wymagały całych zdań.

Dziadek milczał przez cały ciąg tej rozmowy, ale kąty ust drgały mu wesoło, raz po raz, co było znakiem, że słucha.

— Generale, byłeś w porządnym ogniu armatnim, — powiedział — musisz się tedy pokrzepić.

Wstał, wyjął z szafy jedzenie, a Heidi przysunęła krzesło do stołu. Pod ścianą była przybita do niej ławka. Mając teraz towarzystwo, sporządził dziadek kilka stołków, gdyż Heidi chciała zawsze siedzieć obok niego, to też nie uczuli we troje braku. Oczy wyszły Pietrkowi nawierzch, gdy zobaczył ogromny kawał ślicznie wysuszonego mięsa, który mu dziadek położył na grubej kromce chleba. Dawno nie miał takiej uczty. Gdy skończył jeść, nastał właśnie mrok, a Pietrek musiał wracać. Powiedział:

— Dobranoc! Bóg zapłać!

Potem obejrzał się ponownie po izbie i rzekł:

— Przyjdę znowu w niedzielę, to jest za tydzień. — Będąc już pod drzwiami, zawrócił i rzekł: — A ciebie, Heidi, zaprasza do nas babka, przyjdź kiedy chcesz.

Było to dla dziewczynki wielką nowiną, że ma wogóle do kogoś pójść. Utkwiło jej w głowie i zaraz nazajutrz rano powiedziała:

— Dziadku! Powinnam chyba iść dzisiaj do babki. Czeka na mnie.

— Śnieg za duży! — odrzekł niechętnie.

Myśl odwiedzin nie ustępowała jednak z główki Heidi i każdego dnia pytała po kilka razy:

— Muszę już chyba iść! Babka czeka na mnie bardzo długo.

Czwartego dnia mróz był ostry, trzeszczało pod nogami, powłoka śnieżna stwardniała, a jasne słonko słało promienie wprost na krzesło Heidi, siedzącej z dziadkiem przy obiedzie. Dziewczynka podjęła znowu swe nieustanne:

— Dzisiaj muszę już chyba, dziadku, iść do babki. Ona się niecierpliwi, czekając tak długo.

Na te słowa dziadek wstał, poszedł na strych i zniósł gruby wór, służący Heidi za kołdrę. Potem zaś rzekł:

— Chodźże więc!

Dziewczynka wybiegła w radosnych podskokach na lśniący od śniegu świat. Stare sosny stały teraz bez ruchu, na konarach i gałęziach ich leżała gruba warstwa śniegu, który błyszczał przepięknie, a wszystko wokoło wyglądało tak wspaniale, że Heidi podskakiwała z zachwytu, wołając raz po raz:

— Wyjdźże, dziadku, wyjdź! Jodły pokrywa srebro i złoto!

Dziadek poszedł do szopy i przyniósł szerokie sanki. Miały z przodu długą żerdkę, a z niskiego siedzenia można było wyciągnąć nogi naprzód i opierając o śnieg jedną to drugą, kierować jazdą. Heidi skłoniła dziadka, by wraz z nią podziwiał jodły, potem zaś dziadek usiadł na sankach, wziął ją na kolana, wsadził w worek, by nie przemarzła, przycisnął ją mocno lewą ręką, gdyż jazda wymagała tej ostrożności. Następnie ujął żerdkę prawą dłonią i odbił się nogami. Sanki ruszyły zaraz na dół i to tak szybko, że Heidi miała wrażenie latania w powietrzu, niby ptak. Wydawała okrzyki radości i ani się spostrzegła, gdy sanki stanęły przed chatą Pietrka-koźlarza. Dziadek postawił ją na śniegu, dobył z worka i rzekł:

— Idź teraz. Ale gdy się zacznie mroczyć, musisz wyjść przed dom, gdyż przyjadę po ciebie.

To rzekłszy, obrócił sanki i zaczął je ciągnąć pod górę.

Heidi otwarła drzwi i weszła do małej izdebki. Była czarna, w kącie widniało ognisko i kilka miseczek na półce. Heidi poznała, że to jest kuchnia. Otwarła przeciwległe drzwi i znalazła się w równie ciasnej izbie. Chata dziadka miała jedną tylko obszerną izbę zajmującą całą przestrzeń, a nad nią strych, w tym atoli bardzo starym domku, wszystko było ciasne, wąskie i nędzne. Zaraz po wejściu natrafiła Heidi na stół. Matka Pietrka siedziała tu, łatając znany jej dobrze kaftan koźlarka. W kącie siedziała skulona staruszka i przędła na kołowrotku. Heidi domyśliła się odrazu wszystkiego, podeszła tedy do niej i rzekła:

— Dzieńdobry, babko! Przyszłam do ciebie. Pewnie ci się długiem wydało czekanie?

Staruszka podniosła głowę i przez chwilę szukała wyciągniętej na powitanie dłoni dziewczynki, potem obmacała ją starannie i rzekła:

— Czy ty jesteś dziewczynką od Halnego Dziadka, czyś ty Heidi?

— Tak, tak. Dziadek przywiózł mnie przed chwilą sankami.

— Trudno, doprawdy, uwierzyć. Masz ciepłą rękę. Brygido, czy naprawdę Halny Dziadek sam przywiózł dziecko?

Brygida wstała od roboty, obejrzała z zaciekawieniem Heidi od stóp do głowy i rzekła:

— Nie wiem matko, czy Halny Dziadek przywiózł sam tę małą. Musi jej się tylko zdawać.

Heidi spojrzała na nią wymownie, jak ktoś, co się nie myli, i odparła:

— Wiem dobrze kto mnie okrył workiem i przywiózł tutaj. Był to dziadek.

— Musi być tedy coś prawdy w opowiadaniu Pietrka, z czasu letnich wypasów, chociaż nie chciałyśmy w to wierzyć. Sądziłam, że dziecko nie przeżyje tam trzech tygodni. Jakże ona wygląda, Brygido?

Brygida obejrzała Heidi ponownie i zdała matce sprawę.

— Jest zgrabna, jak Adelajda. Ma jednak włosy ciemne, kędzierzawe, jak Tobjasz i ten stary na hali. Podobna do obojga rodziców.

Heidi nie próżnowała przez ten czas, ale badała wszystko, co tu można było zobaczyć. Po chwili rzekła:

— Babko, wiatr chwieje okiennicą. Dziadek wbiłby gwóźdź w tem miejscu i wszystko byłoby znowu w porządku. Jeśli się tego nie zrobi, okiennica rozbije na pewno szybę. O, patrz!

— Kochane dziecko! — odparła babka. — Nie mogę tego widzieć, ale słyszę doskonale. Nietylko okiennica tłucze się w wietrze, ale cały dom trzeszczy i drga, gdy wichr zawieje. Zwłaszcza nocą, gdy oni śpią, strach mnie często zbiera, że wszystko spadnie na nasze głowy i zabije wszystkich troje. Nie ma nam jednak kto naprawić domu, Pietrek się na tem nie zna wcale.

— Czemużto, babko, nie możesz widzieć, jak wiatr rusza okiennicą? O, popatrz, znowu to samo robi!

Heidi pokazała palcem.

— Drogie dziecko! Ja nie widzę nic nietylko okiennicy! — powiedziała babka żałośliwie.

— Wyjdę na dwór i otworzę całą okiennicę, a wówczas zobaczysz chyba światło, babko!

— Nie zobaczę, nikt mi już nie przywróci wzroku.

— Musisz chyba zobaczyć jasność, babko, gdy wyjdziesz na śnieg. Chodź, pokażę ci. — Ujęła babkę za rękę, chcąc wyprowadzić, bowiem zaczęło ją trwożyć to, że nie dostrzega jasności.

— Daj pokój, dziecko! — odparła babka. — Żadna już jasność nie przeniknie do oczu moich, biel śniegu, ni promień słońca.

— Jakto? — ciągnęła Heidi dalej, z coraz to większym niepokojem szukając jakiegoś wyjścia. — Przecież latem słońce świeci tak jaskrawo, potem zaś żegna się na noc z górami, które oblewa czerwonym blaskiem, a żółte kwiatki połyskują. Wtedy, chyba, widzisz jasność, babko?

— Dziecko moje! — westchnęła. — Nie zobaczę już nigdy poczerwieniałych od zachodu gór, ani połyskliwych kwiatków, nikt mi już wzroku przywrócić nie zdoła.

Heidi wybuchnęła głośnym płaczem. Łkając żałośnie, powtarzała raz po raz:

— Któż ci zdoła przywrócić wzrok, babko? Czyż nikt? Czyż nikt, naprawdę?

Babka starała się ją uspokoić, nie prędko to jednak nastąpiło. Heidi płakała bardzo rzadko, ale popadłszy w rozżalenie, nie mogła się rychło otrząsnąć z niego. Babka próbowała różności, gdyż bolało ją, że tak łka rozpacznie. Wkońcu rzekła:

— Chodź no tu, do mnie, dziecko! Ten, kto nie widzi, rad jest każdemu dobremu słowu. Bardzo mnie cieszy, gdy rozmawiasz ze mną. Usiądź przy mnie blisko i opowiedz, co robisz tam, na hali, i co robi dziadek. Znałam go dawniej dobrze, ale od kilku lat wiem tylko to, co powie Pietrek, a więc bardzo mało.

Heidi powzięła nową myśl. Szybko otarła oczy i rzekła:

— Nie trać nadziei, babko. Opowiem wszystko dziadkowi, on ci zapewne wzrok przywróci i naprawi dom, tak że się nie zawali i będzie jak nowy.

Babka milczała, a Heidi jęła z zapałem opowiadać, jak żyje wraz z dziadkiem na hali, jak chodzi latem na pastwisko, a zimą przygląda się pracy dziadka, który zrobił z drzewa krzesła, ławki i piękne żłoby dla swych kózek na siano, nowe wiadro na wodę, do letniej kąpieli, miseczki na mleko i łyżki. Z coraz to większem ożywieniem opisywała wszystkie te piękne rzeczy, które cudem jakby wychodzą z kawałka drzewa. Pragnieniem jej było nauczyć się tej sztuki zczasem. Babka słuchała z wielką uwagą, od czasu do czasu rzucając tylko:

— Czy słyszysz, Brygido, co ona opowiada o Halnym Dziadku?

Nagle hałas rozgłośny u drzwi wchodowych przerwał opowiadanie. Za chwilę wkroczył do izby Pietrek, przystanął jednak u progu, otworzył, na widok Heidi, wyłupiaste oczy, a gdy go powitała, wykrzywił potem twarz najuprzejmiejszym grymasem, na jaki go stać było.

— Jakto? Już wracasz ze szkoły? — zawołała babka tonem zdziwienia. — Od całych lat nie zeszło mi tak prędko popołudnie. Dobry wieczór, Pietruniu. Jakże tam z czytaniem?

— Jak było dotąd — odparł.

— Tak, tak! — powiedziała babka, wzdychając zlekka. — Sądziłam, że zczasem nastąpi jakaś zmiana. Na św. Marcina skończysz już wszakże dwanaście lat.

— Czemużto ma nastąpić zmiana, babko? — spytała Heidi z zaciekawieniem.

— Mógłby, sądzę, nauczyć się czytać. Mam tam na półce stary modlitewnik z pięknemi pieśniami. Dawno ich nie słyszałam, a także uleciały mi z pamięci. Miałam tedy nadzieję, że gdy się Pietrek nauczy czytać, posłyszę czasem którąś z nich. Tymczasem nie może jakoś dać rady sobie z czytaniem.

— Trzebaby zaświecić lampę! — powiedziała Brygida, która przez cały czas naprawiała kaftan syna. — Ściemniło się całkiem. Popołudnie minęło i dla mnie niepostrzeżenie.

Heidi zerwała się ze stołka, wyciągnęła do babki rękę i rzekła:

— Dobranoc, babko, muszę wracać do domu, gdy się ściemni. — Pożegnała Brygidę, Pietrka i skierowała się ku drzwiom. Zatroskana o nią babka, jęła wołać:

— Czekajże, Heidi. Sama iść nie możesz, odprowadzi cię Pietrek! Uważaj na nią, Piotrusiu, by nie upadła, a idźcie żwawo, gdyż inaczej zmarznie. Czy ona ma ciepłą chustkę na sobie?

— Nie mam chustki, — wykrzyknęła od progu Heidi — ale nie zmarznę wcale. — Wybiegła tak żwawo, że Pietrek ledwo mógł nadążyć, a babką zawołała żałośliwie:

— Biegnijże za nią, Brygido! Dziecko zmarznie na pewno, idąc tak nocą! Weź moją chustkę i biegnij co żywo! — Brygida wyszła. Ale zaledwo dzieci uszły kilka kroków pod górę, ujrzały dziadka kroczącego dziarsko w ich stronę.

— Dobrze, że dotrzymałaś słowa, Heidi — powiedział, owiązał ją workiem, wziął na ręce i ruszył pod górę. Brygida widziała wszystko doskonale i wróciwszy do izby, opowiedziała babce. Dziwowały się obie wielce, a babka rzekła wkońcu:

— Dzięki trzeba Bogu złożyć za to, że on tak postępuje z Heidi! Radabym bardzo, by jej znowu kiedyś pozwolił przyjść do mnie. Sprawiła mi wielką ulgę! Ma dobre serce i umie tak ślicznie opowiadać.

Powtarzała te słowa raz po raz, a kładąc się spać, dodała:

— Ach! Żeby tylko przyszła! Mam teraz coś, na co się mogę cieszyć!

Brygida potakiwała za każdym razem, a Pietrek kiwał także głową, roztwierał gębę w radosnym uśmiechu i powtarzał:

— Wiedziałem dobrze, że tak będzie!

Tymczasem, tkwiąca w worku Heidi mówiła nieustannie do dziadka. Ale głos jej nie mógł przeniknąć przez ośmiokrotnie złożone płótno, przeto nie rozumiał, ni słowa.

— Zaczekaj — powiedział — aż będziemy w domu, a opowiesz mi wszystko.

Kiedy dotarli do izby, a Heidi wydostała się z worka, powiedziała zaraz:

— Musimy zaraz jutro zabrać młotek i gwoździe, by naprawić okiennicę w domu babki, a także powbijać wszędzie dużo gwoździ, gdyż wszystko tam chwieje się i trzeszczy.

— Musimy? Czemuż to musimy? Któż ci to powiedział?

— Nikt! Ale wiem to dobrze sama! — odparła. — Nic w tym domu nie jest w porządku, a babka nie sypia po nocach ze strachu, że dach runie im na głowę. Babce nie może nikt przywrócić wzroku, tak powiada, ale ty, dziadku, potrafisz tego, naturalnie, dokazać... nieprawdaż? Pomyśl, jak to smutno być ciągle w ciemności, jak strasznie i nieznośnie. Nikt jej, prócz ciebie, poradzić nie zdoła. Pójdziemy jutro i zaradzimy złemu. Prawda, że pójdziemy zaraz jutro?

Heidi uczepiła się go, patrząc mu w oczy z całkowitem zaufaniem. Starzec milczał przez chwilę, spoglądając na nią, potem zaś rzekł:

— Tak, Heidi, naprawimy jutro, co trzeba, nie będzie już trzeszczało i chwiało się nic w domu babki. Tak, zrobimy to jutro.

Rozradowana dziewczynka zaczęła skakać i tańczyć po izbie, wykrzykując nieustannie:

— Zrobimy to jutro! Zrobimy to jutro!

Dziadek dotrzymał słowa. Nazajutrz, po południu odbyła się taka sama jazda sankami. Podobnie jak dnia poprzedniego, powiedział jej:

— Wejdź, a gdy mrok zapadnie, wróć do mnie tutaj.

To rzekłszy, położył wór na sankach i zaczął obchodzić dom wokoło.

Zaledwo Heidi otwarła drzwi i wskoczyła do izby, wykrzyknęła staruszka, puszczając wątek przędzy i wyciągając do niej obie ręce:

— Przyszło dziecko! Przyszło!

Heidi podbiegła do niej, przysiadła blisko na małym zydelku i jęła opowiadać różne nowości, oraz zadawać pytania. Nagle rozległy się mocne uderzenia w ścianę domu, babka drgnęła z przerażenia, obalając niemal kołowrotek, i zawołała:

— Wielki Boże! Już po nas! Dom się wali!

Ale Heidi objęła jej ramię i rzekła uspokajająco:

— Nie bój się, babko. To dziadek przybył z młotkiem. Wszystko ponaprawia, tak że pozbędziesz się strachu.

— Czyż to możliwe? Czyż mam wierzyć? Więc Bóg nie opuścił nas jeszcze zupełnie? Czyś słyszała, Brygido? Czy słyszysz? Jeśli to naprawdę stary Halny Dziadek, poproś go, by wstąpił na chwilę. Radabym mu podziękować.

Brygida wyszła. Halny Dziadek wbijał właśnie z rozmachem nowe kluby w mur. Przystąpiła doń, mówiąc:

— Dobrywieczór, Halny Dziadku! Matka pozdrawia was także i prosi, byście zajrzeli do nas łaskawie. Chcemy podziękować za tę wielką przysługę. Niktby tego inny, zaprawdę, nie uczynił, chcemy tedy obie podziękować...

— Dość pustych słów! — powiedział Halny Dziadek. — Wiem dobrze, co sądzicie o mnie. Wracaj do domu. Sam znajdę to, co trzeba naprawić.

Odeszła posłusznie, bo niepodobieństwem było się opierać, gdy coś rozkazał Halny Dziadek. Pukał i stukał po całym domu. Wszedł wąskiemi schodkami pod sam dach, stukał i pukał dalej, dopóki nie wbił ostatniego z przyniesionych gwoździ. Tymczasem mrok zapadł, a ledwo, skończywszy pracę, wyciągnął sanki z poza stajenki koziej, wyszła Heidi i została jak wczoraj zapakowana w worek. Dziadek niósł ją, ciągnąc sanki za sobą. Gdyby na nich siadła, spadłaby z niej cała osłona i przemarzłaby bardzo, albo i całkiem na dobre zamarzła. Wiedział to dobrze dziadek i tulił do siebie, tak, że jej było całkiem ciepło.

Tak mijała zima. Pozbawione wszelakiej radości życie ślepej staruszki przelśnił, po długich latach, promyk wesela. Dni jej nie wlokły się teraz jednostajnie i ponuro, żyła bowiem nadzieją. Nadsłuchiwała od samego ranka drobnych kroczków Heidi i wyciągała do wbiegającej ręce, wołając:

— Jest, jest, przyszła!

Dziewczynka siadała blisko niej na zydelku i opowiadała o różnościach tak wesoło, że rozradowana babka zapominała o mijających godzinach. Nigdy, jak zawsze przedtem, nie pytała:

— Brygido, czy dzień się już skończył?

Teraz po odejściu Heidi mawiała raz po raz:

— Jakże szybko minęło popołudnie, nieprawdaż, Brygido?

A Brygida odpowiadała:

— To prawda. Wydaje mi się, żem dopiero co umyła po obiedzie talerze.

A babka dodawała:

— Oby Bóg tylko zachował w zdrowiu dziecko i utrzymał nadal życzliwość Halnego Dziadka! Czy wygląda zdrowo?

— Jak ziemniak twardy jest i krzepki! — zapewniała za każdym razem Brygida.

Heidi przywiązała się bardzo do babki i bolało ją, ile razy przyszło jej na myśl, że nikt, nawet Halny Dziadek, nie zdoła przywrócić wzroku staruszce. Ale babka zaręczała zawsze, że nie dolega jej to, gdy ma przy sobie Heidi, to też dziewczynka korzystała z każdego pogodnego dnia i przyjeżdżała sankami. Dziadek zabierał często, nie mówiąc słowa, narzędzia, gwoździe i młotek i stukał zamaszyście po domku koźlarzy. Miało to ten dobry skutek, że nic już nie trzeszczało i nie chwiało się, a babka mówiła niejednokrotnie, że mogła teraz sypiać po nocach tak smacznie, jak od całych lat nie sypiała, czego nie zapomni nigdy Halnemu Dziadkowi.

Rozdział piąty. Wizyta, potem zaś druga, większe mająca następstwa

Zima minęła szybko, jeszcze szybciej wesołe lato i oto skończyła się już druga zima. Heidi, wesoła jak ptaszek, radowała się na myśl, że niezadługo ciepły wiatr zaszumi w jodłach, zmiecie śnieg, że potem słońce wywabi z ziemi błękitne i żółte kwiatki i że wreszcie nadejdzie pora wypasów, które były dla niej czemś najpiękniejszem na świecie. Heidi miała już ósmy rok. Dziadek wyuczył ją rzeźbić w drzewie różności, umiała radzić sobie doskonale z kozami, a Białuszka i Buraska biegały za nią, jak pieski, becząc radośnie na sam dźwięk jej głosu. W ciągu ostatniej zimy dał nauczyciel dwukrotnie znać przez Pietrka, że Halny Dziadek powinien przysłać do szkoły dziewczynkę, którą ma u siebie. Przekroczyła już nawet wiek szkolny i zeszłej jeszcze zimy miała obowiązek rozpocząć naukę. Dziadek kazał dwukrotnie powiedzieć nauczycielowi, że jeśli ma do niego interes, zastanie go w domu, zaś dziecka do szkoły posyłać nie myśli. Pietrek powtórzył to słowo w słowo.

Marcowe słońce stopiło śnieg na zboczach gór, wyjrzały białe śnieżyczki w dolinie, a na hali zrzuciły jodły brzemię śniegu i powiewały znowu wesoło gałęźmi. Heidi biegała w rozradowaniu wielkiem od drzwi wchodowych do stajni, stąd pod jodły i z powrotem do dziadka, by mu powiedzieć, o ile powiększył się zielony szmat murawy pod drzewami. Wybiegała za chwilę znowu, nie mogąc się doczekać, kiedy wszystko będzie znowu zielone, a cudne lato trawą i kwiatami zaściele całą halę.

Pewnego słonecznego dnia marcowego, biegając tak z dziesiąty już może raz, przeskoczyła próg, gdy nagle omal nie padła nawznak z przerażenia. Tuż przed nią stał stary, czarno ubrany mężczyzna i spozierał poważnie. Zauważywszy przestrach dziewczynki, rzekł dobrotliwie:

— Nie bójże się! Kocham bardzo dzieci. Podaj mi rękę! Jesteś zapewne Heidi. A gdzież dziadek?

— Siedzi przy stole i robi z drzewa okrągłe łyżki! — oświadczyła, otwierając z powrotem drzwi.

Przybysz był to proboszcz z osiedla, który znał dobrze Halnego Dziadka i sąsiadował z nim za czasu pobytu jego wśród ludzi. Wszedł do izby, zbliżył się do schylonego nad robotą starca i powiedział:

— Dzieńdobry, sąsiedzie.

Halny Dziadek podniósł głowę, zdumiał się wielce, wstał i odparł:

— Dzieńdobry, księże proboszczu!

Potem podał mu krzesło, mówiąc:

— Proszę siadać, księże proboszczu, chociaż krzesło, coprawda, twarde.

Proboszcz usiadł i rzekł po chwili:

— Dawno już nie widziałem was, sąsiedzie.

— I ja także nie widziałem dawno księdza proboszcza! — odpowiedział Halny Dziadek.

— Przyszedłem tutaj dziś pomówić o pewnej sprawie! — zaczął proboszcz. — Domyślacie się zapewne, drogi sąsiedzie, co mam na myśli i w czem pragnę dojść do porozumienia.

Umilkł i spojrzał na stojącą w progu Heidi, która badała uważnie nową nieznaną, postać.

— Idź do kóz, dziecko! — polecił dziadek. — Weź trochę soli i zostań z niemi, aż przyjdę.

Heidi znikła natychmiast.

— Dziewczynka powinna była już poprzedniej zimy uczęszczać do szkoły, a tem więcej ostatniej! — ciągnął proboszcz dalej. — Nauczyciel udzielił dwukrotnie napomnienia, a wy, sąsiedzie, nie usprawiedliwiliście się wcale. Cóż zamierzacie uczynić z dzieckiem?

— Zamierzam nie posyłać dziewczynki do szkoły! — odparł Halny Dziadek.

Proboszcz spojrzał, zdumiony wielce na starca, który siedział na ławce z założonemi na piersiach rękoma i miał minę nieustępliwą.

— Cóż chcecie zrobić z dziecka? — spytał znowu.

— Nic! Rośnie, chowa się, bawi z kozami i ptakami, jest jej dobrze, a niczego złego od zwierząt nauczyć się nie może.

— Ależ dziecko nie jest kozą, ni ptakiem tylko człowiekiem. Nie uczy się wprawdzie od swych towarzyszy niczego złego, ale nie uczy się też niczego zgoła. A przecież powinna się uczyć dziewczynka, bo już czas po temu. Przyszedłem, sąsiedzie, umyślnie zawczasu, byście mogli w ciągu lata rzecz rozważyć i przysposobić. Ostatnia to zima, czasu której Heidi nie pobierała żadnej nauki. Najbliższej zimy musi i to codziennie chodzić do szkoły.

— Nie poślę jej, księże proboszczu! — oświadczył Halny Dziadek stanowczo.

— Czy myślicie, sąsiedzie, że niema środka doprowadzenia was do rozumu i złamania uporu? — powiedział proboszcz żywiej nieco. — Zwiedziłeś pan przecież kawał świata, nabierając różnych wiadomości. Sądziłem, że znajdę u was, sąsiedzie, więcej rozwagi.

— Tak? — odparł Halny Dziadek, również z pewnem rozdrażnieniem w głosie. — Sądzi więc ksiądz proboszcz, że będę następnej zimy posyłał wątłe dziecko, bez względu na burzę i śnieg o dwie godziny drogi, poto by wracało samo o zmierzchu, kiedy dmie wichr taki, że nieraz silnemu mężczyźnie zagraża niebezpieczeństwo? Pamięta zapewne ks. proboszcz matkę Heidi, Adelajdę? Była także wątłą i w dodatku lunatyczką. Czyż ta dziewczynka ma popaść w to samo, skutkiem przemęczenia? Ciekawym bardzo, kto mnie zmusi? Stanę przed każdym sądem, a zobaczymy czy mnie któryś ukarze?

— Macie słuszność, sąsiedzie! — rzekł proboszcz łagodnie. — Istotnie, stąd dziecka do szkoły posyłać niesposób. Kochacie, jednak widzę, małą Heidi, przeto uczyńcie dla niej to, coście powinni był już dawno uczynić. Sprowadźcie się z powrotem do osiedla i żyjcie pośród ludzi! Cóż to za życie w tej pustce, z sercem zatwardziałem względem Boga i świata? Któżby wam pospieszył z pomocą w razie jakiegoś wypadku? Pojąć nie mogę, sąsiedzie, że nie zamarzacie na śmierć w porze zimowej w tej chacie i że dziecko znosi te warunki.

— Dziecko ma młodą krew i dobrą kołdrę, księże proboszczu. Pozatem, wiem ja dobrze, gdzie jest drzewo i kiedy je gromadzić. Proszę zajrzeć do mojej szopy, jest pełna. W izbie pali się przez całą zimę nieustannie. Ale o tych przenosinach niema mowy. Ludzie mną gardzą, a ja nimi, lepiej dla mnie i dla nich, że się nie stykamy.

— Nie lepiej, nie lepiej! — zaprzeczył proboszcz serdecznym tonem. — Zaręczam, że odnośnie do tej wzgardy przesadzacie, sąsiedzie drogi. Pogódźcie się jeno z Bogiem, poproście o przebaczenie, o ile to uznacie za potrzebne, wróćcie między ludzi, a przekonacie się, że was polubią i że wam będzie dobrze z nimi!

Proboszcz wstał, ujął dłoń starca i powtórzył raz jeszcze serdecznie:

— Spodziewam się, drogi sąsiedzie, że zobaczymy was w osiedlu tej zimy i że zostaniemy z powrotem dobrymi sąsiadami. Wielkąby mi sprawiło przykrość, gdyby musiano zastosować do was przymus. Dajcież mi rękę na znak, że wrócicie między ludzi i pogodzicie się z nimi, oraz z Bogiem!

Halny Dziadek podał proboszczowi dłoń i rzekł dobitnie:

— Ksiądz proboszcz ma jak najlepsze zamiary, czuję to, ale nie uczynię, czego się spodziewa. Mówię otwarcie i szczerze. Nie poślę Heidi do szkoły i nie wrócę do osiedla.

— Niechże was tedy, sąsiedzie, Bóg ma w swej opiece! — powiedział proboszcz smutnie, potem zaś opuścił chatę i jął kroczyć ku osiedlu.

Halny Dziadek stracił humor. Gdy Heidi zapytała nazajutrz, czy pójdę do babki, odrzekł:

— Dzisiaj nie pójdziemy.

Przez całe poobiedzie nie wyrzekł słowa, gdy zaś Heidi ponowiła dnia następnego pytanie, powiedział oschle:

— Zobaczymy!

Zjedli oboje obiad, zanim jednak zdołali odstawić miseczki, wkroczył niespodzianie gość nowy, mianowicie ciotka Deta. Miała na głowie piękny kapelusz z piórami, a długą suknią zamiatała wszystko, co leżało na podłodze. Wiadomo zaś, że w góralskim szałasie jest mnóstwo rzeczy nie odpowiednich dla modnej tualety damskiej. Halny Dziadek obejrzał ją od stóp do głowy i nie rzekł nic. Ciotka Deta była w doskonałym humorze i wszczęła przyjacielską rozmowę. Oświadczyła, że Heidi wygląda doskonale, tak iż ledwo ją poznała. Musi jej być dobrze u dziadka. Nieustannie myślała o tem, by ją zabrać do siebie, gdyż jest, oczywiście, dziadkowi ciężarem. Dotąd nie mogła jednak wykonać swego zamysłu. Dniem i nocą rozmyślała, gdzieby ją umieścić, teraz jednak zaszło coś, co może stanowić o szczęściu Heidi na całe życie. Jedno dziecko na sto tysięcy spotyka los tak świetny. Krewny jej państwa, mówiła, właściciel najpiękniejszego domu we Frankfurcie ma córeczkę sparaliżowaną połowicznie, która musi jeździć w wózku. Córeczka ta jest osamotniona, sama jedna pobiera naukę, nudzi się i radaby mieć towarzyszkę zabawy. Wspomniał o tem podczas odwiedzin u jej państwa, ona zaś, dowiedziawszy się wszystkiego od gospodyni, zarządzającej gospodarstwem owego bogacza, poczyniła odpowiednie kroki. Szło o wynalezienie dziewczynki niewinnej, a nieprzeciętnej, jak tyle innych. Przyszła jej zaraz na myśl Heidi. Opowiedziała tedy o niej wszystko, co jej było znanem, a zarządczyni domu zgodziła się bez wahania. Sytuacja jest obecnie taka, że wprost niewiadomo, jak wielkie szczęście czeka Heidi, bo jeśli bogacz ją polubi, a własnej jego córce coś się stanie... mój Boże, jest wszakże tak słaba... jeśli w dodatku nie zechce zostać bez dziecka... może nastąpić coś niesłychanego!

— Czyś już skończyła? — zapytał dziadek, który dotąd nie zdołał wtrącić słowa.

— Ba! — odparła Deta, zadzierając głowę. — Zachowujecie się, Halny Dziadku, tak jakbym wam gadała brednie, a niema przecież w całem Prättigau człowieka, któryby nie dziękował Bogu, gdybym mu przyniosła wieść taką.

— Przynoś ją, komu chcesz. Mnie nic potem! — powiedział Halny Dziadek oschle.

Deta wybuchnęła teraz, jak rakieta.

— Jeśli tak sądzicie, Halny Dziadku, to powiem wam swe zdanie. Dziewczyna ma już ośm lat, a nic nie umie i niczego się nie uczyła, dlatego, że nie chcecie do tego dopuścić. Nie posyłacie jej ani do szkoły, ani do kościoła. Powiedziano mi to w osiedlu. A Heidi jest przecież jedynaczką siostry mojej. Na mnie spoczywa odpowiedzialność, a jeśli dziecko może osiągnąć takie szczęście, jak obecnie Heidi, dlaczegóż się temu sprzeciwiacie. Nie ustąpię! Mówię otwarcie. Mam za sobą wszystkich mieszkańców osiedla, a jeśli chcecie sądu, to radzę wam namyślić się dobrze. Są tam pewne sprawki, któreby można odgrzać przy sposobności. Raz zacząwszy z sądami, niewiadomo nigdy, na czem się rzecz skończy, a to niezbyt przyjemne.

— Milcz! — huknął Halny Dziadek, a oczy mu rozgorzały. — Bierz ją i zniwecz! Nie pokazujcie mi się obie nigdy na oczy! Nie chcę widzieć twego kapelusza z piórami i słuchać słów twoich!

Rzekłszy to, wyszedł z izby.

— Rozgniewałaś, ciotko, dziadka! — powiedziała Heidi, łyskając niezbyt przyjaźnie czarnemi oczyma w kierunku Dety.

— Udobrucha się zczasem. Teraz chodź! — nalegała Deta. — Gdzież są twoje sukienki?

— Nie pójdę! — zaprotestowała Heidi.

— Jesteś, widzę, uparta, jak koza, — powiedziała Deta. — Wszakże słyszałaś wyraźnie, — ciągnęła dalej z pozoru łagodnie, a jednocześnie z gniewem — słyszałaś chyba wyraźnie, że dziadek zabronił nam obu pokazywać mu się na oczy. Będzie ci dobrze, nie wiesz nawet jak bardzo dobrze!... — Podeszła do szafy, dobyła rzeczy Heidi i spakowała je w tobołek, potem zaś rzekła: — Włóż na głowę kapelusik! Nie jest ładny, ale na drogę wystarczy. Chodźmyż teraz!

— Nie pójdę! — powtórzyła Heidi.

— Nie bądźże głupia i uparta, jak koza. Nauczyłaś się tego, widzę, od tych zwierząt. Wszakże dziadek się gniewa i nie chce nas widzieć na oczy. Życzy sobie nawet, bym cię zabrała. Nie drażnij go, Heidi. Pojęcia nie masz, jak pięknie jest we Frankfurcie. Jeśliby ci się jednak nie spodobało, możesz wracać każdej chwili. Tymczasem dziadek udobrucha się na pewno.

— Czy mogę być tam dziś jeszcze i wrócić do domu wieczór? — spytała Heidi.

— Cóż za gadanie! Powiadam ci, że możesz każdej chwili wrócić do domu. Dziś dojdziemy do Mayenfeldu, jutro rano wsiądziemy do pociągu. Nie wiesz chyba, że jadąc koleją żelazną, można być w krótkim czasie, gdzie się chce.

Ciotka Deta wzięła pod pachę zawiniątko z rzeczami Heidi, ujęła ją za rękę i ruszyła żwawo w kierunku osiedla.

Nie nastał jeszcze czas wypasów, przeto Pietrek chodził, a raczej miał chodzić do szkoły. Czasem robił sobie jednak wakacje. Nacóż się może przydać umiejętność czytania, rozumował. Natomiast wędrówka w celu uzyskania długich leszczynowych kijów do wędek, jest sprawą ważną i praktyczną. Powiodło mu się tego dnia właśnie. Wracał do domu z dużym pękiem długich, grubych żerdek. Na widok Heidi i Dety przystanął, gdy go zaś mijały, zapytał:

— Dokądże to idziesz?

— Muszę jechać na czas krótki z ciotką do Frankfurtu! — odpowiedziała Heidi. — Ale wstąpię jeszcze do babki, gdyż czeka na mnie.

— Ani mowy! Już późno! — powiedziała żywo ciotka Deta, przytrzymując dziewczynkę silnie za rękę. — Pójdziesz tam, wracając do domu. — Potem pociągnęła Heidi dalej i nie puszczała jej z obawy, że wróci i rozmyśli się, a babka poprze jeszcze upór dziecka.

Pietrek wpadł do domu i trzasnął pękiem drążków leszczynowych tak mocno, że się wszystko zatrzęsło, a babka wstała od kołowrotka i zaczęła biadać. Pietrek musiał dać wyraz swemu podnieceniu.

— Cóż się stało? Cóż to znaczy? — spytała trwożnie babka, a siedząca przy stole, łagodna i pobłażliwa Brygida dorzuciła:

— Co cię znowu opętało, Pietrusiu?

— Ona zabrała Heidi! — powiedział.

— Kto, kto? Dokąd? — spytała babka ponownie, trwożniejszym jeszcze tonem. Zaraz domyśliła się wszystkiego. Córka zawiadomiła ją poprzednio, że Deta idzie na halę, w kierunku chaty starego Halnego Dziadka. Drżąc z pośpiechu, otwarła staruszka okno i zawołała błagalnie:

— Deto! Deto! Nie zabieraj nam dziecka! Nie zabieraj Heidi!

Obie słyszały doskonale jej głos, a domyślając się słów, ścisnęła Deta silniej rękę Heidi i przyśpieszyła kroku. Heidi zaczęła się opierać, mówiąc:

— Babka woła! Muszę iść do niej!

Ciotka nie dopuściła tego, tłumacząc dziewczynce, że mogłyby się spóźnić, a przeto nie wyjechałyby nazajutrz. Zaręczała przy tem, że Frankfurt ją zachwyci i nie zechce wyjeżdżać z miasta. Jeśliby jednak miało być inaczej, nikt jej nie zabroni wracać natychmiast, a w dodatku przywiezie babce coś, co ją ucieszy. Ta nadzieja uradowała bardzo Heidi i biegła teraz bez wahania obok ciotki.

— Cóż mam przywieźć babce? — spytała po chwili.

— Coś dobrego! — odparła Deta. — Naprzykład piękne, miękkie, białe bułeczki. Będą jej smakowały, bo jak wiesz, jeść już nie może twardego, czarnego chleba.

— To prawda. Daje zawsze chleb Pietrkowi, mówiąc, że dla niej zbyt twardy. Sama to widziałam! — potwierdziła Heidi. — Idźmyż tedy prędko, ciotko. Dziś jeszcze może będziemy we Frankfurcie i zaraz wrócę z bułeczkami.

To rzekłszy, zaczęła Heidi biegnąć tak szybko, że niosąca tobołek Deta została w tyle. Radował ją jednak ten pośpiech, gdyż wchodziły właśnie do osiedla, gdzie można się było spodziewać mnóstwa zapytań i różnej gadaniny, któraby mogła zmienić zamiary Heidi. Biegła tedy co sił w nogach, a dziewczynka ciągła ją jeszcze za rękę. Wszyscy widzieli, że śpieszy się, pod wpływem przynaglania Heidi. Na rozliczne pytania, dolatujące z okien i drzwi domów, odpowiadała niezmiennie:

— Widzicie przecież, że się zatrzymać nie mogę, dziecko nagli, a mamy długą jeszcze drogę przed sobą.

Od tego dnia począwszy, Halny Dziadek stał się bardziej jeszcze ponury, gdy schodził do osiedla, nie odpowiadał na pozdrowienia i nie mówił nic. Z koszem, wypchanym serami, na plecach, ściągniętemi brwiami i grubym kijem w ręku, wyglądał tak strasznie, że matki ostrzegały dzieci:

— Uciekajcie! Halny Dziadek może wam zrobić coś złego!

Starzec nie zadawał się z nikim w osiedlu, szedł dalej w dolinę, sprzedawał sery i zaopatrywał się w mięso, chleb i inne konieczne rzeczy. Mieszkańcy osiedla przystawali grupami, gdy przeszedł i czynili uwagi. Zgodzono się ogólnie na to, że jest teraz dzikszy jeszcze, niż przedtem, nie zwraca na nikogo uwagi i że wielkie szczęście spotkało Heidi. Dziewczynka przynaglała do pośpiechu, bojąc się widocznie, by jej nie doścignął i nie zmusił do powrotu na halę. Jedna tylko ślepa babka stała wytrwale po stronie Halnego Dziadka. Ile razy ktoś zachodził do niej z przędzą, lub po odbiór przędziwa, opowiadała jak dobrym on był dla dziecka i jak naprawił jej domek, który bez jego przysługi zapadłby się już dawno. I te wieści krążyły po osiedlu, ale ludzie powiadali sobie, że staruszka nie wie, co gada, albowiem nie widząc, zapewne także słyszeć nie może.

Halny Dziadek nie zachodził teraz do domku koźlarzy. Na szczęście wszystko zrobił, jak się należy, i dom był zabezpieczony na długo. Ślepa staruszka wzdychała znowu po całych dniach, żaląc się:

— Ach! Wraz z tem dzieckiem znikła cała radość życia mego i dni stały się znowu smutne i puste. Czyż usłyszę kiedy jeszcze przed śmiercią głos Heidi?

Rozdział szósty. Nowy rozdział i same nowe rzeczy

Klara, chora córeczka pana Sesemanna z Frankfurtu, siedziała przez cały dzień w wygodnym wózku, który przetaczano z pokoju do pokoju. W tej właśnie porze zatrzymała się w tak zwanej pracowni, obok wielkiej jadalni. Nagromadzono tu dużo różnych przedmiotów, czyniących miłym pobyt. Istotnie w pokoju tym spędzała Klara przeważną część dnia. Wielka szafa o szklanych drzwiach, pełna książek, nadawała miano temu pokojowi, gdzie sparaliżowana córka bogatego Sesemanna pobierała codzienną naukę.

Klara miała bladą, szczupłą twarzyczkę, w której tkwiły łagodne, błękitne oczy. W tej chwili oczy te skierowane były na wielki zegar ścienny, który szedł dzisiaj właśnie jakoś bardzo powoli. Spokojna, zazwyczaj cicha Klara powiedziała z pewną niecierpliwością:

— Czy długo jeszcze trzeba czekać, panno Rottenmeier?

Panna Rottenmeier siedziała wyprostowana przy stoliku i haftowała. Z ramion jej spływała tajemnicza opona, coś w rodzaju fałdzistej peleryny, co nadawało jej postaci niezwykłą powagę, którą podnosiła jeszcze fryzura, podobna do wysokiej kopuły. Panna Rottenmeier zarządzała od lat kilku, to jest od śmierci żony pana Sesemanna jego domem, oraz miała nadzór nad służbą. Pan Sesemann podróżował ciągle, oddał tedy wszystko w ręce panny Rottenmeier z tem zastrzeżeniem, że córka ma mieć swe zdanie i nic wbrew jej życzeniom dziać się nie może.

W tej właśnie chwili, kiedy Klara zapytała po raz drugi, czy długo ma jeszcze czekać, stanęła pod bramą domu Deta, trzymając za rękę Heidi, i zapytała stangreta Jana, czy może się dziś jeszcze widzieć z panną Rottenmeier.

— To rzecz nie moja! — mruknął. — Proszę zadzwonić na Sebastjana. Jest w kurytarzu.

Deta zadzwoniła i niebawem zszedł po schodach lokaj w liberji, z wielkiemi, krągłemi, jak jego własne oczy, guzikami.

— Radabym wiedzieć, czy mogę się dziś jeszcze widzieć z panną Rottenmeier? — spytała Deta.

— To rzecz nie moja! — odparł lokaj. — Proszę zadzwonić na Tinetę. Tam jest drugi dzwonek!

To rzekłszy, odszedł, bez dalszych objaśnień.

Deta zadzwoniła po raz drugi. Po chwili zjawiła się na schodach Tineta, ze lśniąco-białym stroikiem na czubku głowy i drwiącym wyrazem twarzy:

— Cóż tam takiego? — spytała, nie schodząc.

Deta powtórzyła wszystko raz jeszcze. Tineta znikła, wróciła jednak niebawem, wołając z wysokości schodów:

— Proszę! Czekamy właśnie!

Deta wprowadziła Heidi po schodach i weszły obie do pracowni. Deta zatrzymała się skromnie przy drzwiach, nie puszczając jednak ręki Heidi, bowiem trudno było przewidzieć, co dziewczynka zrobi w danej chwili, w tem obcem sobie środowisku.

Panna Rottenmeier wstała powoli od roboty i podeszła do przyszłej towarzyszki zabaw panny Sesemann, by się jej przyjrzeć dokładnie. Rezultat oględzin nie był dodatni: Heidi miała codzienną, bawełnianą sukienkę i pognieciony, słomiany kapelusik, z pod którego żywemi, czarnemi oczyma wpatrywała się, z niesłychanem zdumieniem, w niebotyczną fryzurę panny Rottenmeier.

— Jak ci na imię? — spytała dama po długiem badaniu dziewczynki, która nie spuszczała z niej oka.

— Heidi! — odparła wyraźnym, dźwięcznym głosem.

— Jakto? Czyż istnieje tego rodzaju chrześcijańskie imię? Jakież dostałaś na chrzcie? — badała dalej dama.

— Nie wiem! — odrzekła Heidi.

— Ładna odpowiedź! — zauważyła panna Rottenmeier, potrząsając głową. — Moja Deto, czy ta dziewczyna jest naiwna, czy może lubi kpinki?

— O ile łaskawa pani zezwoli, odpowiem za nią, gdyż brak jej wszelkiego doświadczenia w stosunkach z ludźmi! — powiedziała Deta, dając jednocześnie Heidi szturchańca za niewłaściwą odpowiedź. — Nie jest wcale naiwną, ani też skłonna do kpin. Mówi wprost co myśli. Po raz pierwszy w życiu znajduje się w pańskim domu i nie zna manier towarzyskich. Ma atoli dużo dobrych chęci i jest pojętna bardzo. Raczy wielmożna pani okazać jej pobłażliwość. Dano jej na chrzcie imię Adelajda, a jest córką mojej nieboszczki siostry.

— A, to co innego! — zauważyła panna Rottenmeier. — To imię można przynajmniej wymówić. Ale moja Deto! Ta dziewczynka wydaje mi się za małą na swój wiek. Zawiadomiłam wszakże, iż towarzyszka zabaw panny Klary musi być w równych z nią latach, by pobierać tę samą naukę i dzielić jej zajęcia. Panna Klara ukończyła właśnie dwunasty rok życia. Ileż ma ta mała?

— Za pozwoleniem wielmożnej pani, — zaczęła Deta wymownie — sama nie wiem dokładnie, ile ona ma lat. Jest istotnie trochę młodsza, niewiele, o ile mi się zdaje, ma tak około lat dziesięciu, a może więcej.

— Mam ośm lat! Tak powiedział dziadek! — oświadczyła Heidi.

Ciotka szturchnęła ją znowu, ale nie wiedząc, za co ją to spotkało, nie zakłopotała się dziewczynka wcale.

— Co? dopiero ośm lat? — wykrzyknęła panna Rottenmeier z oburzeniem. — O cztery lata za mało! Cóż z tem począć? A czegożeś się uczyła i z jakich książek?

— Nie uczyłam się wcale! — powiedziała Heidi.

— Co? Jak? Skądże tedy umiesz czytać? — badała dalej dama.

— Nie umiem czytać, a Pietrek także nie umie! — oświadczyła Heidi.

— Wielki Boże! Nie umiesz czytać? Naprawdę nie umiesz? — wykrzyknęła z przestrachem dama. — Czyż to możliwe? A czegóż cię uczono ?

— Niczego! — zeznała Heidi zgodnie z prawdą.

— Moja Deto — rzekła panna Rottenmeier, opanowawszy się po pewnym czasie — całkiem inną była umowa. Jakżeś mogła przywozić mi tę dziewczynę?

Ale Deta nie ustąpiła tak łatwo i rzekła rezolutnie:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.