drukowana A5
24.75
Judyta

Bezpłatny fragment - Judyta


Objętość:
130 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0298-8

OSOBY:

Holofernes, hetman Nebukadnezara, władcy Asyrii.

Achijor, wódz Moabitów.

Trzej porucznicy Holofernesa.

Arcykapłan asyryjski.

Żołnierz.

Goniec Nabukadnezara.

Poseł z Libii.

Poseł z Mezopotamii.

Podkomorzy Holofernesa.

Drabant.

Judyta, młoda wdowa, z Betulii.

Mirza, jej stara sługa.

Efraim.

Samaja, mieszczanin betulijski.

Jozua, mieszczanin betulijski.

Hozea, mieszczanin betulijski.

Ammon, mieszczanin betulijski.

Ben, mieszczanin betulijski.

Assad, mieszczanin betulijski.

Daniel, brat Assada, niemy i ślepy.

Delia, żona Samai.

Najstarszy z ludu w Betulii.

Kapłan betulijski.

Drużyna Libii i Mezopotamii, Moabitów i Ammonitów.

Wojownicy asyryjscy i kapłani Betulii.

Rzecz dzieje się: w trzecim akcie w mieście Betulii; w 1, 2 i 4, przed miastem; w piątym w namiocie Holofernesa.

AKT I

Obóz Holofernesa. Na przodzie po prawej stronie namiot hetmański. Dekoracje głębokie, namioty, lud wojenny, zgiełk. Głębię zamyka góra, pomiędzy wzgórzami widać miasto Betulię.

SCENA 1

Holofernes wychodzi ze starszyzną wojskową z otwartego namiotu. — Muzyka. — Po chwili daje znak. — Muzyka milknie. — Arcykapłan, Drabant, Żołnierz, Porucznik.

HOLOFERNES

do Arcykapłana

Który tam bóg obiatę pożarł wczoraj rano?

ARCYKAPŁAN

Myśmy ciągnęli losem, panie, jak kazano,

I los padł na Baala.

HOLOFERNES

      To on dziś nie głodny!

Niech dziś ma inny bóg udział w obiacie:

Ten, co go wszyscy niby znacie — a nie znacie;

śmiejąc sięTaki to u mnie czci największej godny!

ARCYKAPŁAN

Będzie, jak każesz. (poczyna się obiata)

HOLOFERNES

      Drabant, tu!

DRABANT

z głębokim pokłonem

      Hetmanie!

HOLOFERNES

Kto z wojska krzywdy doznał w pochodzie

I chce wnieść skargę przeciw swemu wojewodzie,

Niechaj tu stanie.

ŻOŁNIERZ

występując

Ja skarżę.

HOLOFERNES

      O co?

ŻOŁNIERZ

      W ostatniej potrzebie,

Przy szturmie zamku zdobyłem dla siebie

Dziewicę lubą, a tak śliczną ciałem,

Dziwną, że kiedy spojrzała, truchlałem;

A jednak ona spoglądała mile...

Była w namiocie. Wyszedłem na chwilę,

A snadź i innych tknęła jej uroda:

Bo po mnie zaraz wszedł sam wojewoda,

Uporną przebił, i umarła z rany.

HOLOFERNES

Więc wojewoda będzie śmiercią ukarany!

Lecz oskarżyciel także śmierć poniesiedo Drabantów:

Wziąć go!

ŻOŁNIERZ

      I ty mnie zabić chcesz, Holofernesie?

HOLOFERNES

Tak, bo twe wystąpienie jest nazbyt zuchwałem.

Ja, by was wypróbować, zlecenie wydałem,

A gdybym czerni podobnej tobie

Dał prawo skarżyć starszych w ich własnej osobie,

To ich skargom i na mnie nie byłoby końca;

A gdzieżby dla mnie wtedy znalazł się obrońca?

Jam dawno zważał, że wy szemrzecie!...

ŻOŁNIERZ

Jam tę dziewicę dla ciebie chował.

HOLOFERNES

Gdy żebrak znajdzie koronę, to przecie

Sam jej nie włoży — chyba zwariował

Lecz ją odnosi królowi,

Wiedząc, że ona własność królewską stanowi;

I pan mu za to nie dziękuje srodze.

Jednak twą dobrą chęć ja nagrodzę:

Dziś jam łaskawy w niezwykłej mierze.

Idź, upij się mym winem, nim cię śmierć zabierze!

Drabanci uprowadzają Żołnierza w głąb.

Konia mojego okiełznać!

PORUCZNIK

      Gotowy.

HOLOFERNES

Czym już kazał?

PORUCZNIK

      Nie, ale mnie przyszło do głowy

Że każesz, wielki hetmanie.

HOLOFERNES

Kto jesteś ty, co śmiesz mnie odgadywać,

Myśli mi moje z pod czoła wyrywać?

Takie natrętne gniewa mnie postępowanie.

Myśl moja, to raz; a wasz czyn, to dwa;

I nie na odwrót! Pomnij!

PORUCZNIK

      Łaska twa

Niechaj mi wybaczy!

Odchodzi.

ARCYKAPŁAN

podchodząc

      Skończona obiata.

Na znak Holofernesa odchodzi.

HOLOFERNES

sam

Kto ją rozumie, wysoka to sztuka:

Być tajemnicą wieczystą dla świata!

Nie jest nią morze: świat w nim czegoś szuka,

Znajduje; łódka pierś jego ugniata.

Ogień? Zaiste, siłę ma nie lada:

Lecz byle kuchta własność jego bada,

I byle chłystek węgle nim rozpala.

Słońce? Choć płynie i przyświeca z dala,

Jednak już śledzą dróg jego krążenie;

Szewc, krawiec, mierzą czas na jego cienie.

Lecz jam nie taki. Oni też głęboko

W szczeliny duszy mej puszczają oko,

Nie pomnąc, iż ta ciekawość uśmierca.

Chwytają z ust mych żywe słowa, by je

Przekuć na wytrych do mojego serca;

Lecz moje dzisiaj jutro już nie żyje.

Jam nie z tych próżnych głupców, co się korzą

Przed własnym ja i mają dlań cześć bożą;

Przez co też zmiany najmniejszej się strzegą,

Dzień dniem zdradzając. Nie! Ja dzisiejszego

Człowieka w sobie rwę na sztuki krwawe,

I jutrzejszemu rzucam go na strawę.

Nieraz mi zda się, przed tą moją zgrają,

W tłumie, że jestem sam jeden wśród świata,

A oni czucia wtedy nabywają

Gdy miecz mój głowy ich jak kłosy zmiata.

Oni miarkują coś: lecz zamiast sami

Biec z otwartymi, jak dzieci, rękami,

Z miłością ku mnie, pierzchają gdzieś w stronę,

Niby zające w ogniu oparzone.

Gdybym miał wroga, a tak silnej wiary

Iżby śmiał ze mną chwycić się za bary,

Och! pocałowałbym go; i żelazem

Przebił, i w walce padł śmiercią z nim razem!

Nebukadnezar, to liczba jedynie,

Która się nudząc w swój czczości półbożéj;

Wciąż dla rozrywki sama siebie mnoży:

Jak mucha, płodzi tysiąc much w godzinie,

Aż ćma ich słońce zasłoni na niebie.

Gdybym mu odjął Asyrię i siebie,

Skóra by tylko człowiecza została,

Wypchana sadłem bezwładnego ciała.

Ja mu świat poddam, a gdy go posiędzie,Słabość sił jego będę miał na względzie.

SCENA 2

Poprzedzający. — Goniec Nebukadnezara.

PORUCZNIK

Goniec naszego wielkiego pana

Zapytuje o hetmana.

HOLOFERNES

Sprowadź go.na stronie

      Czego tam chcą ode mnie?

Cóż dumny karku? Jestżeś giętkim tyle,

Aby się ugiąć nikczemnie?

Pan dba, byś nie zapomniał i na jedną chwilę.

GONIEC

 Nebukadnezar, którego potęga

Od wschodu słońca do zachodu sięga,

Śle pozdrowienie dla swego hetmana.

HOLOFERNES

W pokorze czekam na rozkazy pana.

GONIEC

Nebukadnezar mówi: niech się strzegą

Ludzie uznawać innych bóstw, prócz niego.

A płomieniom oddać każe

Świątynie wszelkich innych bogów i ołtarze.

HOLOFERNES

Zaprawdę, dogodniejszy jeden bóg niż trzysta,

A dla samego króla — oczywista!

Bo zechce nadal modlić się, wystarczy

Mu stanąć wobec zwierciadła swej tarczy;

Chorować tylko niechaj się nie waży,

By się nie przeląkł wykrzywionej twarzy.

Dawnoż przestał wydawać chorobliwe jęki?

GONIEC

Jakoś zdrów teraz, wszystkim bogom dzięki.

HOLOFERNES

To jest jemu samemu, rozumiałeś pewnie.

Lepiej czcić boga w ciele aniżeli w drewnie.

Cóż dalej?na stronie

      Mam ochotę zdusić tego gońca.

GONIEC

Co dzień, o wschodzie słońca, ma być czczon obiatą.

HOLOFERNES

Szkoda, że dzisiaj za późno już na to z intencją:

Ano pomyślim przy zachodzie słońca.

GONIEC

Następnie, król prosi ciebie

Byś życie swoje szczędził w wojennej potrzebie,

Jako cię żaden sługa i kraju obrońca

Nie zastąpi tak wiernie.

Na koniec król ci czyni nadzieję,

Że dużo jeszcze łask swoich zleje

Na głowę twoją, o Holofernie!

HOLOFERNES

Dobrze. Możem, zaprawdę, w wojnie czy w pokoju

Nazbyt za zdrowie króla wychylał napoju.

Odpowiedz więc, że skoro jestem mu tak drogi,

Będę sam siebie kochał: całuję go w nogi.Goniec odchodzi.Drabant!

DRABANT

      Hetmanie!

HOLOFERNES

      Ogłoś wśród żołnierzy,

Niech nikt w innego boga, prócz króla, nie wierzy!do Arcykapłana:A gdy król innych bogów mieć nam nie pozwala,

Kapłanie! Trzeba rozbić głuchego Baala,

Z którym się włóczym jeszcze po świecie.

Drzewo w podarku sobie zabierzcie.

ARCYKAPŁAN

Jak mogę rozbić, do czego się modlę,

Chciej zważyć, panie? To byłoby...

HOLOFERNES

      Podle?

Rozumiem. Ale cóż ja na to zrobię?

Baal jak może, niech tam radzi sobie;

Ja zaś wyraźne polecenie mam:

Musisz go rozbić lub zabić się sam.

ARCYKAPŁAN

A no, postaram się, wielki hetmanie.

Spełnić twoje rozkazanie.

zgina się i odchodzi

HOLOFERNES

sam

Przekleństwo tobie, królu pałacowy,

Że-ć ta olbrzymia myśl przyszła do głowy!...

On jej nie uczci, skoślawi myśl własną!

Mnie bo od dawna rzecz ta była jasną,

Że ludzkość, odkąd słońce skrzy na niebie,

Miała cel wielki: wydać boga z siebie.

Lecz ten bóg, który ciągle jest w robocie,

Czym o swój boskiej zaświadczy istocie?

Walką wieczystą. Bogiem zwać się będzie,

Gdy miecz i ogień weźmie za narzędzie,

Gdy zmoże czułość i litość dla ludzi,

Gdy żadna zgroza dreszczu w nim nie wzbudzi,

Gdy ludzkość zdepcze on na proch, a ona

Z krzykiem wesela u nóg jego skona.

Nebukadnezar o to się nie stara;

Sprawia się łatwiej: Nebukadnezara

Woźny ogłasza bogiem między swémi,

Ja zaś ogłosić mam go po wszej ziemi!

Arcykapłan powracaBaal zniszczony?

ARCYKAPŁAN

      Już go żrą płomienie;

Oby dał mi przebaczenie!

HOLOFERNES

On nie jest bogiem: na to nie ma rady,

Gdy król i hetman nakazują tobie

Znaleźć gruntowne tej prawdy zasady.

Masz trzy dni czasu. Doba po dobie,

Coś przecie znajdziesz, byle ochota;

A za każdą zasadę płacę-ć uncją złota.

ARCYKAPŁAN

Spodziewam się rozkazom uczynić zadosyć.

Arcykapłan odchodzi, wchodzi Porucznik.

PORUCZNIK

Posły jakiegoś króla przyszli o coś prosić.

HOLOFERNES

Jakiego króla?

PORUCZNIK

      Ot!... pamięć przeklęta!...

Kto tam imiona wszystkich pobitych spamięta?

HOLOFERNES

rzucając mu łańcuch złoty

To pierwsza trudność, którą słyszę mile...

Sprowadź ich!

Porucznik wychodzi.

SCENA 3

Poprzedzający. — Posłowie z Libii i z Mezopotamii.

Posłowie z Libii, czarni i brzydcy, rzucają się na ziemię

POSEŁ Z LIBII

Jako nas widzisz tu w pyle,

Tak król libijski przed tobą się schyli,

Gdy raczysz ściągnąć do jego stolicy.

HOLOFERNES

do siebie

A! toż podli niewolnicy głośno:Czemu nie wczoraj, czemu aż w tej chwili

Przybywacie z poddaniem? Spóźniona to pora.

Droga za wielka, czy też za mała pokora?

Sąsiedzi wasi inaczej się korząna stronieWstręt mnie porywa na tę małpę bożą.

Muszę łaskawym być na czerń obrzydłą,

By nie myślało przypadkiem to bydło,

Że ich godnymi mego gniewu robię.głośno:Rzeczcie królowi, iż może rachować...

PORUCZNIK

wracając

Z Mezopotamii, hetmanie, ku tobie

Przyszło powtórne poselstwo.

HOLOFERNES

      Przyprowadź!

Na skinienie Holofernesa posłowie libijscy powstają i odchodzą. Wchodzą posłowie z Mezopotamii i podobnież jak pierwsi rzucają się na ziemię.

POSEŁ Z MEZOPOTAMII

Mezopotamia z pokorą tu staje,

Tobie poddając się, wielki hetmanie,

Jeżeli za to łaskę twą dostanie.

HOLOFERNES

Ja łaski daję, ale nie sprzedaję.

POSEŁ Z MEZOPOTAMII

My się oddajem bez warunku, cali,

Lecz się łask twoich spodziewamy, panie.

HOLOFERNES

Nie mogę, nie wiem, nie rachujcie na nic.

Wyście z poddaniem za długo zwlekali,

A jam zaprzysiągł na głowę mi drogą,

Że lud, co podda się ostatni, srogo

Wytępię z ziemi. Samiż rozumiecie,

Że ta przysięga krępuje mnie przecie.

POSEŁ Z MEZOPOTAMII

My nie ostatni. Ma drodze mówiono,

że lud Hebrejów walkę niecofnioną

Przedsięwziął toczyć, a żądny swobody

Zamyka bramy i szańcuje grody.

HOLOFERNES

Donieścież tedy królowi, posłowie,

Że łaski mojej może mieć nadzieję:

Od mych się postów o warunkach dowie.Na skinienie Holofernesa, posłowie wstają.Lecz mi powiedzcie, kto są ci Hebreje?

POSEŁ Z MEZOPOTAMII

To lud szalony! Dosyć, że on szydzi

Z twych gróźb, nie zważa na potęgę twą;

A więcej jeszcze, że tam Boga czczą,

Którego nikt nie słyszy, nikt nie widzi,

Nikt nie wie, kędy mieszka: pełni wiary,

Co dzień mu jednak składają ofiary;

Jakby na równi on z naszymi bogiZ ołtarza na nich wzrok opuszczał srogi.

Mieszkają w górach.

HOLOFERNES

      Kto królem tej ziemi?

Ile miast, hufców?

POSEŁ Z MEZOPOTAMII

      Kto tam, panie, z niémi

Dojdzie do ładu! Lud nieufny srodze,

Zamknięty w sobie, w każdym widzi wroga.

Mniej znamy ich niż oni swego Boga.

Strzegą się z kim bądź spotykać na drodze,

Nie jedzą z nami, nie piją; najwyżéj,

Bój o pastwisko czasami nas zbliży.

HOLOFERNES

Co mówisz? Ciemne twoje odpowiedzi...Daje znak ręką. Posłowie z Mezopotamii odchodzą w niskich pokłonach.Niech tu najbliżsi przyjdą ich sąsiedzi,

Moabitowie i Ammonitowie!Drabant odchodzi; Holofernes na stronie:Jednakże lud ten zaciężył mi w głowie.

Ja czczę ich opór, lecz szkoda mi ludzi:

Muszę wytępić to co cześć mą budzi!

SCENA 4

Poprzedzający, oprócz posłów obcych. — Drużyna Moabitów i Ammonitów, pomiędzy nimi Achior.

HOLOFERNES

Co to za lud, co mieszka z tamtej strony?

ACHIOR

Opowiem ci: ja znam ten lud szalony.

Oni pogardy godni są, gdy idą

Na wojnę z mieczem, oszczepem lub dzidą,

Bo to w ich ręku wygląda jak cacka,

Które też Bóg ich łamie im znienacka;

Nie chce, by oni we krwi się bryzgali

I przeto sam ich nieprzyjaciół wali.

Lecz lud ten, wodzu, strasznym jest nie lada

Gdy się w pokorze przed swym Bogiem pada,

Gdy popiół sypać na głowę zaczyna,

Gdy wielkim głosem sam siebie przeklina.

Wtedy coś wokół strasznego się dzieje:

Jakby świat w inne wstępował koleje,

Niepodobieństwo istotą się stawa,

Zda się, natura traci swoje prawa.

Więc rozstępuje się morze, bałwany

Zdumione tworzą z obu stron dwie ściany,

Środkiem ulica; to chleb z nieba spada,

Głodnym przepiórek spuszczają się stada,

Żywy zdrój tryska spod piasków pustyni.

HOLOFERNES

Jak się zwie bóg, co takie cuda czyni?

ACHIOR

Nie wolno jego wymawiać imienia,

I śmierć obcemu, który je wymienia.

HOLOFERNES

Mów dalej, jakież są miasta w tej ziemi?

ACHIOR

wskazując na miasto

Betulia leży między najbliższémi,

Widać ją stąd: ją teraz opasują wałem.

Lecz ich stolicą jest Jerozolima:

Tam ja świątynię ich Boga widziałem.

Nie! Wspanialszego nic na ziemi nie ma.

Kiedym zdumiony patrzył na to dzieło,

Na dół mi głowę coś gwałtownie gięło;

Że nie wiem jak się to stało, gdy z czołem

Ku ziemi u stóp świątyni klęknąłem.

Gdym powstał, znowu me bezwładne ciało

Coś nieprzeparcie do wnętrza jej pchało;

Lecz tam śmierć była. Aż jakaś dziewczyna,

Czy przez wzgląd na mą młodość, czy też trwoga

Zdjęła ją, aby przybytku jej BogaNie pokalała noga poganina.

Ostrzegła w porę. Słuchaj mnie, o panie!

Na moje baczność zwróć opowiadanie.

Rozkaż dowiedzieć się nasamprzód, czyliOni przed Bogiem swoim nie zgrzeszyli:

Jest-li tak, uderz, a możesz być pewny

Że ich w twe ręce odda ten Bóg gniewny,

I padną u stóp twoich w jednej chwili.

Lecz jeśli Bogu swojemu są mili,

Odstąp, bo znowu użyje on cudu,

A ty się staniesz pośmiewiskiem ludu.

Tyś jest, hetmanie, i wielki, i dzielny.

Lecz on dzielniejszy niż ty — nieśmiertelny!

Jeśli nie może przeciwstawić tobie

Męża równego w mocy i ozdobie,

To zmusi ciebie, byś sam sobie wrogi,

W obłędzie zmysłów szedł i zbił się z drogi.

HOLOFERNES

 Bojaźń czy chytrość każą ci, człowiecze,

Proroczyć słowa, nie pytam się o to.

Mógłbym cię skarać śmiercią lub sromotą

Że śmiesz innego, prócz mnie, bać się jeszcze,

Lecz nie uczynię tego dziś. W tym względzie

Tyś na się wyrok wypowiedział sam:

Niech los Hebrejów twoim losem będzie,do Drabanta:Wziąć go i żywcem odwieźć do ich bram!rozkaz wypełniająTen, kto go w szturmie do miasta powali,

Funt złota weźmie za głowę. Więc daléj!

Ruszamy, kędy na barkach swych góra

Dźwiga Betulię!

WSZYSCY

z okrzykiem

      Na Betulię! Hurra!

Obóz wprawia się w ruch. Zasłona spada.

AKT II

Komnata Judyty.

SCENA 1

Judyta i Mirza przy krosnach.

JUDYTA

Cóż, Mirzo, mówisz o mym śnie?

MIRZA

      Mnie żal,

Że nie chcesz słuchać, co ja mówię.

JUDYTA

      Szłam

Wciąż bez wytchnienia gdzieś w bezbrzeżną dal,

Lecz nie wiedziałam, co mnie parło tam.

Stanęłam... myślę... i zdawało mnie się

Że grzech mnie straszny na swych skrzydłach niesie.

— „Dalej!” — coś we mnie zawrzało jak grom,

I poszłam dalej.

MIRZA

      Dajże pokój snom!

Przechodził tędy Efraim, Judyto,

A miał twarz smutną i minę przybitą.

JUDYTA

Idę i zaszłam na górę wysoką.

Zawrot mnie ima, dumą pała oko,

Gdy na wyżynach tych stoję, bo zważ:

Słońce mi sąsiad i patrzę mu w twarz.

Wtem się otwiera pod stopy mojemi

Czarna i dymna a głęboka przepaść!

Wstecz iść nie mogę ni dostać na ziemi,

Więc się mocuję, ażeby w nią nie paść.

,,Boże!” — zawołam w strachu, co mnie gnębi,

,,Tu jestem!” — mile ozwało się w głębi.

Skoczyłam... miękkie przyjmują mnie dłonie,

Zda się, na czyimś że spoczęłam łonie;

Nie widzę, kto jest, a błogo mi, błogo!

Lecz ciężę nadto, czuję, że nie mogą

Unieść mnie jego ręce; ulżyć radam,

Ale daremnie; coraz głębiej spadam,

Płacz jego słyszę przez zamglone zmysły,

I łzy gorące na twarz moję trysły.

MIRZA

Judyto, powiedz, czemu ja daremnie

Zawsze wspominam ci o Efraimie,

Który w narodzie ma Dzielnego imię?

Nie słuchasz...

JUDYTA

      Wstręt mężczyzni budzą we mnie.

MIRZA

Byłaś zamężną...

JUDYTA

      Mąż mój nie miał żony.

MIRZA

Jak?

JUDYTA

      Tajemnica...

MIRZA

      Mąż twój...

JUDYTA

      Był szalony.

MIRZA

Ja, stara sługa twoja, moje dziecię.

Gdyby tak było, spostrzegłabym przecie.

JUDYTA

Muszę tak mniemać, Mirzo; gdyby nie to,

Byłabym sama straszliwą kobietą.

Wszak lat czternaście miałam, gdy mnie żoną

Do Manassesa domu prowadzono.

Towarzyszyłaś mi z ojcem do proga,

To wiesz, jak ciężką była moja droga,

Jak straszną dla mnie była ta godzina!

Dusiło w piersiach, pot spływał obficie.

Raz się zdawało, że zamiera życie.

To znów, że życie właśnie się poczyna.

 Stanęłam w domu, wyście pożegnali

Mnie, pozostałam. Lecz posłuchaj daléj.

Przybył Manasses. Ja zadrżałam cała.

Matka dziwactwa jakieś wyprawiała,

Szepnęła swoje nam błogosławieństwo

I wreszcie znikła; a z nią moje męstwo:

Widok mężczyzny drętwił we mnie siły.

Noc była i trzy światła się paliły.

Chciał jedno zgasić. Mówię: „niech się pali!”

,,Dziecko!” rzekł. Światło zagasło wśród nas:

Lecz myśmy jakoś na to nie zważali.

Szedł mnie całować: drugie światło wraz

Zagasło samo. Przerażenie nasze

Zgadujesz. „Trzecie — rzekł — ja sam zagaszę.”

I zgasił. Lśniła twarz miesiąca blada.

,,Jak w dzień cię widzę;” do mnie on powiada.

Zbliża się... zadrżał... i coś go oniemia;

Stanął jak wryty. Zda się, czarna ziemia

Wychyla rękę doń i z całej siły

Ciągnie go w swoje bezdenne mogiły.

Jam się zmieszała — Wołam go: „pójdź do mnie!”

On zaś nie słyszał, patrzył nieprzytomnie;

Nie mnie on widział, choć byliśmy sami:

Odszedł od okna i oczy zakrywa.

Więc coś strasznego widział miedzy nami...

Tak, coś obcego widział...

MIRZA

      Nieszczęśliwa!

JUDYTA

Cichy płacz zdjął mnie, krew biła do głowy;

Ręce wyciągam doń, ale daremnie:

On stał w modlitwie odwrócon ode mnie.

Serce me stygło i tak mi się zdało,

Jak gdybym weszła w obce sobie ciało...

Aż sen na skronie zstępował łaskawie.

Czułam, jakobym dopiero na jawie

Żyć poczynała. Usnęłam. Nad ranem,

Gdym się zbudziła z sercem skołataném,

Byłam tam sama i w szacie dziewicy.

Spotkałam męża, wychodząc z świetlicy,

I jego matkę, która w modłach cała

Ponuro, drwiąco na mnie spoglądała.

On to dostrzegłszy, z zapłonionym czołem

Rzekł głośno, gniewnie: „ona jest aniołem!”

Zbliżył się, chcąc mnie pocałować: alem

Cofnęła usta. On odstąpił z żalem,

Potrząsnął w sposób osobliwy głową

I spojrzał, jakby miał na ustach słowo,

Żem w jego oczach usprawiedliwioną.

Pół roku odtąd byłam jego żoną.po długiej pauzie:Zwałam się żoną...

MIRZA

      A on?

JUDYTA

      Chodził ze mną,

Mieszkał i jadał, ale to daremno!...

Czy wpośród ludzi, czyśmy byli sami,

Wciąż coś strasznego stało między nami,

Coś nieznanego. Czasem jego oko

Wpiło się we mnie dziko i głęboko,

Z wyrazem takim, że drętwiałam cała;

Ten wzrok w me serce wdzierał się jak strzała,

I taki wtedy ból imał to serce

Żem sobie nieraz: ja jego uśmiercę!

Mówiła w duchu. — Trzeci rok upływa,

Jak on zachorzał, wracając ze żniwa,

I umarł. Widząc go w ciężkiej chorobie,

,,Nie, on nie umrze” powtarzałam sobie,

,,W grób tajemnicy z sobą nie poniesie!”

Więc na odwagę zdobyłam się raz.

Schylona nad nim, mówię: „Manassesie,

Co w tę noc ślubną weszło między nas?”

 Podniósł powiekę przez śmierć ociężałą,

Raz jeszcze na mnie zwrócił wzrok rozumny...

Drgnęłam: bo w górę tak unosił ciało

Jakby umarły iście wstawał z trumny.

,,Tak, rzekł, ja teraz powiedzieć ci muszę;

Oto...” Nie skończył i wyzionął duszę,

I tajemnica legła przy nim w grobie.

I jaż to nie mam wyobrażać sobie

Żem obłąkana, jeżeli przestanę

Mniemać, że on miał zmysły obłąkane?

MIRZA

Dreszcz mnie ogarnia.

JUDYTA

      Jeżeli zasiędę

Do mej roboty, układam lub przędę,

Wszak widzisz nieraz, zamyślam się, tonę

W modlitwie, zmysły moje odrętwione;

Wzruszoną jestem, a zdam się spokojną:

I przez to ludzie zwą mnie bogobojną.

Ach! Ja nie mogę określić ci ściśléj:

Modlitwa dla mnie samobójstwem myśli.

Uciekam w boskość, zamykam się w niebie;

Aby żyć, Mirzo, ja zabijam siebie!

MIRZA

odstępując

Coś podobnego gdyby na cię padło

Raz kiedy jeszcze, podstąp pod zwierciadło.

Przed blaskiem wdzięku i młodością twoją

Pierzchną te widma, co cię niepokoją.

JUDYTA

Ty po swojemu sądzisz.

MIRZA

      Jestem szczera.

JUDYTA

A znasz ty owoc, co się sam pożera?

Czy młodość, piękność, może ci być drogą,

Gdy młodą, piękną nie masz być dla kogo?

MIRZA

Któż ci zabrania dziś, za wspólną zgodą,

Być komuś jeszcze i piękną i młodą?

Wszak do wyboru stoić młodzież cała.

JUDYTA

Widzę, żeś zgoła mnie nie zrozumiała,

Bo moja istność pod ciała urodą

To owoc w pięknej zatruty łupinie:

Kto go skosztował, szaleje lub ginie!

SCENA 2

Poprzedzające, Efraim.

EFRAIM

I wy tak obie spokojne jesteście,

Gdy Holofernes tak dobrze jak w mieście,

Bo niedaleko stąd.

MIRZA

      Wszechmocny Boże!

EFRAIM

Widziałem tłuszczę wzrokiem nieprzebitą:

Gdybyś ty na nią spojrzała, Judyto,

To byś przysięgła, że co tylko może

Wysyłać przodem Groza i Ruina,

Wszystko ściągnęło w obóz poganina.

Mnóstwo taranów i wozów i koni,

Roją się wojska różnych barw i broni;

Szczęście, że oczu nie ma wał i brama:

Ze strachu pewnie runęłaby sama.

JUDYTA

Tyś pewnie widział więcej, niźli drudzy.

EFRAIM

A no, zapytaj: niech powiedzą słudzy.

Kto żyw, ratunku u Jehowy żebrze,

Cała Betulia wygląda jak w febrze.

Zdasz się nie wiedzieć o Holofernesie,

Lecz ja wiem wszystko, co wieść o nim niesie

I nie daj Boże spotkać się z tym księciem.

Tchnienie ust jego to ognista fala,

Słowo wybiega drapieżnym zwierzęciem:

Gdy noc nadejdzie....

JUDYTA

drwiąco

      On światła zapala.

EFRAIM

Tak; tylko czyni to dosyć dogodnie:

Wioski i miasta to jego pochodnie.

— „Mnie one taniej kosztują niż inne”

Mówi. To jego rozrywki niewinne.

Jeszcze za łaskę swą uważać każe,

Gdy miecz wyczyści sobie przy pożarze,

Upiecze mięso. On też, powiadają,

Gród nasz zoczywszy, z uśmiechem na twarzy,

Z szyderstwem, swoich zapytał kucharzy:

Czy przy nim strusie usmaży się jajo.

JUDYTA

Chciałabym go zobaczyć! na stronie Boże w niebie!

Co ja też mówię?

EFRAIM

      Co też ci się marzy?

Biada ci, gdyby on zobaczył ciebie!

Pada od jego umizgu niewiasta,

Jak mąż od miecza. Gdyby znał cię, wiedział,

Że mu do ciebie tak niedługi przedział,

Dla ciebie jednej wkroczyłby do miasta.

JUDYTA

z uśmiechem

Jeśli tak sądzisz, wiedząc, co się dzieje,

Tedy ja sama wyjść jestem gotową

Naprzeciw niemu, i gród ocaleje.

EFRAIM

Ty jedna prawo masz wyrzec to słowo.

JUDYTA

Czemu nie?... Jedna za wszystkich!... Judyta,

Która się nieraz sama siebie pyta:

,,Po co ty żyjesz?” A gdyby on wreszcie

Nie mnie właściwie szedł szukać w tym mieście,

To wy, obrońcy, nie mogąc inaczéj,

Sprawcie to, niechaj taką mnie zobaczy,

Jakiej pożąda. Ta olbrzymia głowa,

Skoro przed wami w obłoki się chowa,

Że ręką do niej sięgnąć nie możecie,

Niech gród jej perłę pod nogi podmiecie;

On, by ją podnieść, nachyli tę głowę,

A wy pociski miejcie już gotowe.

EFRAIM

do siebie

Mój plan był lichy. Wszak to, co ją miało

Nabawić trwogą i rzucić ją całą

W moje objęcia, siły jej dodaje,

Gdy ja w jej oczach jak podsądny staję.

Nadzieję miałem, widzę, nadaremnie,

Że miło będzie jej w ogólnej trwodze

Znaleźć obrońcę, a któż na jej drodze

Znajdzie się bliższy, pewniejszy ode mnie?(głośno):Judyto, męstwem tak ci oczy świecą,

Że przez to ronisz swą piękność kobiécą.

JUDYTA

Mężczyznaż męstwo wymawiać mi może?

EFRAIM

Ja ci gorszego coś jeszcze wyłożę.

Złe czasy idą, Judyto; o wojnie

Wieść krąży pewna: czasy, gdzie spokojnie

Ci tylko żyją, którzy legli w grobie.

Bez brata, męża, jak poradzisz sobie?

JUDYTA

Czyż, Efraimie, trudność ci niezmierna

Za swata wezwać sobie Holoferna?

EFRAIM

Żartujesz, gardzisz. Ale to daremnie:

Ja ciebie kocham, choć ty szydzisz ze mnie.

A gdyby nie to, że nam grozi burza,

Już by mnie oczy twoje nie widziały.

Ten nóż czy widzisz?

JUDYTA

      Widzę: lśniący cały,

Własny mój obraz z niego się wynurza.

EFRAIM

Jam go wyostrzył w dniu, gdy moja droga

Mnie odepchnęła z pogardą. Na Boga!

Gdyby nie widok, że na naszą ziemię,

Z mieczem i ogniem szło Assura plemię,

W pierś mą żelazo to byłoby padło

I zerdzewiałe krwią moją, Judyto,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.