drukowana A5
27.6
Dzienniki

Bezpłatny fragment - Dzienniki


Objętość:
156 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0297-1

Od tłumacza

Fryderyk Chrystian Hebbel (ur. 1813, um. 1863), jedenz koryfeuszów poezji niemieckiej, celował w dramacie i liryce. Główne jego dramaty: Judyta, Genowefa, Maria Magdalena, Herod i Mariamna, Agnieszka Bernauer, Pierścień Gigesa, Nibelungi. Bliższe szczegóły o jego twórczości znajdzie czytelnik w moim dziełku pt. Fryderyk Hebbel jako poeta konieczności (Wyd. „Literatura i Sztuka”, t. IV, Stanisławów 1907); Judytę i Marię Magdalenę wydała w polskim przekładzie złoczowska „Biblioteka Powszechna” (Nr 671/672 i 541). Przekład polski Marii Magdaleny wyszedł ponadto w Bibliotece Pisarzy Nowoczesnych (Brody 1905).

Powierzając mi polski przekład Dzienników Hebbla w wyjątkach, redakcja „Sympozjonu” wyświadczyła mi wielkizaszczyt. Dzienniki są nie tylko w twórczości Hebbla dokumentem najświetniejszym i najcharakterystyczniejszym; jest to przede wszystkim — zdaniem Scherera — „pomnik literacko-historyczny pierwszorzędnej wartości”. Pierwszy ich zeszyt zaczął Hebbel w r. 1835 jako Refleksje o świecie, życiu i książkach, głównie zaś o mnie samym, sposobem dziennika i prowadził je do końca życia. Znajdujemy w Dziennikach zapiski autobiograficzne — skąpe zresztą i wstrzemięźliwe, choć czasem wytryska z nich prawdziwy krzyk duszy, rozlewając się w serdeczny rachunek sumienia; zapiski z podróży; roztrząsania estetyczne i filozoficzne, krytyki i uwagi; pomysły poetyckie w formie już to embrionalnej, już to rozwiniętej w szkic dzieła, refleksje nad własną twórczością w ogóle i komentarze do poszczególnych dzieł swoich; aforyzmy; sny własne i cudze; wyjątki z własnych listów; wyciągi z książek; wreszcie różne anegdoty, autentyczne lapidarne odezwania się i szczególne wypadki, które Hebbel jako uważny obserwator wikłania się linii życia z zamiłowaniem notował. Wszędzie góruje styl epigramatu, którego Hebbel największym jest mistrzem. Dzienniki wprowadzają nas w warsztat pracy silnego i bogatego ducha, czynią nas widzami jego walk wewnętrznych; mogą być dla każdego adepta literatury szkołą, dającą wzór pracy poważnej, głębokiej i samotnej. Świat myśli Hebbla ma przy tym bardzo mało wspólności z nowoczesną autoanalizą; nie można też tych Dzienników porównywać z dziennikiem Amiela ani z dziennikiem Goncourtów, ani innymi dziełami tego rodzaju — porównanie to zresztą, zdaniem wielu znawców (między nimiStanisława Brzozowskiego), wypadłoby znaczną przewagą nakorzyść Hebbla.

Polskie wydanie Dzienników Hebbla musiało poprzestać na wyjątkach i nie mogło dać całej pełni życia oryginału, które uwydatnia się nie tyle w zwartych poszczególnych ustępach, co w ich masie, gdyż wtedy dopiero występuje bujność i ciągłość ideologii Hebblowskiej. Kierując się w wyborze wyjątków wskazówką redakcji „Sympozjonu”, by dawać głównie to, co jest wartościowe lub zajmujące, opuściłem prawie wszystkie zapiski autobiograficzne, niezrozumiałe bez znajomości życiorysu Hebbla; dalej refleksje zbyt specjalne, wymagające bliższej znajomości dzieł i zapatrywań autora lub ówczesnych stosunków literackich w Niemczech. Z żalem musiałem wykluczyć także prawie wszystkie szkice planów poetyckich, gdyż zajęłyby one razem osobny tom; nie dałem również tych wszystkich aforyzmów, które Hebbel później wcielił do zbioru swoich epigramatów, ująwszy je w pełniejszą i szczęśliwszą formę — to bowiem byłoby już zapożyczaniem się z jego liryki i wymagałoby od tłumacza już nie tylko poprawności, lecz współwzlotów poetyckich.

Zachowałem natomiast wszystkie myśli, które mi się wydawały cennymi i dziś, chociaż wyrażone są w bardzo abstrakcyjnej, dla tłumacza trudnej terminologii. Kto w moim powyżej zacytowanym dziełku przeczyta rozdział o pantragizmie Hebbla, ułatwi sobie pełniejsze zrozumienie owych myśli i ich wzajemnych stosunków. Zachowałem nadto dla tła wiele nastrojów czysto dziennikowych, subiektywnych i trochę barwnych drobiazgów. — Co do tłumaczenia, to za znaczyć muszę, że pewne ustępy są ćwiczeniami myśli, których nie miałem ani obowiązku, ani prawa precyzować lepiej, niż to uczynił autor. Gdzieniegdzie, tam gdzie zachodziła potrzeba ścisłości wyrażenia, a nie było przystającego polskiego odpowiednika, podałem w nawiasie albo w notce tekst niemiecki.

Za tekst do tłumaczenia użyłem Dzienników w wydaniuprof. R. M. Wernera (Fr. Chr. Hebbel. Sämtliche Werke. Histor.-krit. Gesammtausgabe hrsg. v. R. M. Werner. II. Abteilung. Tagebücher. 4 Bde. Berlin, Behrs Verlag).

Karol Irzykowski

1835

Zaczynam ten zeszyt nie tylko dla mego przyszłego biografa, chociaż moje widoki na nieśmiertelność dają mi pewność, że go kiedyś mieć będę. Ale niechaj to będzie dziennik nut mego serca, niech jego tony przechowa wiernie ku memu zbudowaniu w przyszłych czasach. Człowiek nie jest instrumentem, w którym wszystkie tony w wieczystym kołowrocie wracają znowu, chociaż w najdziwniejszych kombinacjach; uczucie, które w jego piersi raz przebrzmiało, przebrzmiało na zawsze; ten sam promień słoneczny nie wytwarza w świecie psychicznym, tak jak w fizycznym, tych samych kwiatów. Przez to każda godzina staje się zamkniętym światem, który ma swój wielki albo mały początek, swój nudny środek i swój upragniony albo przerażający koniec. I któż by patrzył obojętnie, jak tyle tysięcy światów w nim zapada, i nie pragnął uratować przynajmniej tego, co było boskim w ich bólu lub rozkoszy? Więc zawsze będzie usprawiedliwionym, jeżeli kilka minut dziennie temu zeszytowi poświęcę.

Myśl, że kiedyś miano by wynaleźć eliksir nieśmiertelności, jest straszna. Taki wynalazek byłby zarazem dowodem, że umarli nigdy nie mogą zmartwychwstać — biedni na zawsze, na zawsze umarli!!!

Nowela: człowiek, który wynajduje taki właśnie eliksir, gdy mu kochanka umarła; albo — ballada: wychodzi w ciemną noc, opowiada, jak ten eliksir przyrządził, i wylewa go.

Bardzo często dopiero ponowne widzenie się jest prawdziwym rozstaniem. Zauważamy, że przyjaciel mógł się bez nas obejść, on patrzy na nas jak na książkę, której ostatnich rozdziałów jeszcze nie przeczytał, chce nas studiować, a myśmy go już przeczytali!

Dlaczego nie mogę znosić muzyki dłużej niż pół godziny? Myślę sobie: jest w nas najgłębsza toń, jeżeli się ją poruszy, możemy jeszcze tylko znosić tortury albo stygnąć. W ogóle podstawą cierpienia jest trwanie, podstawą radości jest chwila.

W ciasnych stosunkach może się zdarzyć obowiązek okazania charakteru przez zaparcie się charakteru.

Linia piękna jest cienka jak włos i może być przekroczona tylko o tysiąc mil. Najmniejsze odchylenie jest tu już zupełną utratą.

Jedynym ideałem jest miniona realność przeszłości.

Bóg jest wcieleniem wszelkiej siły, tak fizycznej, jak duchowej. Ma przeto zmysłowe pożądania. Szczególne spotkanie obu sił w najwyższej potędze: duch błogi w tworzeniu idei, ciało w stwarzaniu ciał.

Falstaff nie tylko wystąpił poza wszelkie kręgi ludzkości (religię, obyczaje), stały mu się one nadto zupełnie obcymi, tak że co chwila używa ich w swoich sofizmatach i stoi jak Bóg z zewnątrz nich.

Gdyby Faust miał być wykończony, musiałaby wpierw być wykończona filozofia.

Ludzkie stosunki póty sprawiają mi przykrość, póki ich nie przejrzę, póki nie poznam, że są oparte na naturze.

Mały jest, kogo wielki los niszczy; kogo niszczy mały los, ten może być wielki.

Myśli są ciałami świata duchów, są to określone odgraniczenia świata duchowego, które nie giną, gdyż wcielają się w poznanie człowieka. Szczególna zgoda natury zewnętrznej i wewnętrznej!

Gdyby dusza rzeczywiście tylko zabłąkała się do niegościnnego ciała, byłoby niepojętym, dlaczego — pomimo tak słabej atrakcji zamykających ją, lecz rdzennie jej obcych mas materialnych — tak mało udziela się ona sile otaczającej ją zewsząd jako bóstwo, sile czysto duchowej, z której przecież wyszła i do której wróci. Zresztą jednak znikomość duszy bynajmniej nie jest udowodniona przez wykazanie, iż dusza od ciała pochodzi i od ciała zależy. Albowiem właśnie dusza jest może zarodkiem śmierci ciała (może materia wytwarza ją przez akt płciowy, przy czym u niektórych zwierząt następuje bezpośrednio śmierć) i ześrodkowując w sobie całe jego życie, czyni je muszlą już niepotrzebną; nie widzę zaś powodu, dla którego by ten ekstrakt siłomasy materialnej nie miał istnieć dalej jako całość, lecz ginąć wraz z materiałem, z którego powstał.

Luter póty się nam wydaje niepojętym, ogromnym zjawiskiem, póki nie zważymy, czym była hierarchia kościelna i jak bardzo myśl ugodzenia w tę ogromną budowę musiała upajać wielkiego i silnego ducha. Niebezpieczeństwo obezwładnia zające, a rodzi lwy.

W tej samej chwili, w której tworzymy sobie jakiś ideał, powstaje w Bogu myśl, by go stworzyć.

Wędrówka dusz: złodziej może był niegdyś panem rzeczy, które teraz kradnie.

Zasadnicze kategorie przestrzeni i czasu dadzą się może wyjaśnić spostrzeganiem wzrostu ciała, które nas doprowadza do pojęć wysokości i zmiany.

Sztuka ma chwytać i przedstawiać życie we wszystkich różnorodnych postaciach. Temu zadaniu nie podoła artysta przez kopiowanie, czyli uroczyste pochowanie życia w grobowcu. Chcemy widzieć punkt, z którego życie wychodzi, i punkt, w którym się rozpływa jako jedna fala w morzu ogólnego oddziaływania. Że to oddziaływanie może być podwójne i zwracać się zarówno na wewnątrz, jak na zewnątrz, to się samo przez się rozumie. Z tej strony można by pociągnąć paralelę między zjawiskami rzeczywistego życia a zjawiskami życia utrwalonego przez sztukę.

Charaktery Schillera są piękne przez to, że — tu muszę użyć gry wyrazów — są utrzymane (konsekwentne), Goethego przez to, że nie są utrzymane. Schiller rysuje człowieka, którego rozwój ku sile jest już zamknięty i który teraz jak spiż musi wytrzymać próbę stosunków, dlatego był wielkim w dramacie historycznym. Goethe kreśli nieskończone twory chwili, wieczne modyfikacje człowieka przez każdy krok jego, a to jest oznaką geniuszu.

Dramat przedstawia myśl, która chce się stać czynem przez działanie lub cierpienie.

Każde przedrzeźnienie natury jest niedorzeczne i śmieszne, jeżeli zbacza od wiecznych i koniecznych praw, a nie staje wśród nieskończoności jako szczególnie zorganizowana, swoista całość. Konieczne są tylko te zboczenia, które mają wewnętrzną spoistość, a więc są w sobie samych ugruntowane. Tylko sprawy konieczne mogą być tematem poety, bo poeta nie powinien się zajmować takim wyodrębnionym zjawiskiem, którego związku z całością świata wykryć nie może, które mu nie jest oknem do piersi natury.

Humor jest poznaniem anomalii.

Dlaczego człowiek kocha z reguły więcej mglistość i zmierzch niż jasny dzień? Czy może widzi w jasności tylko jeszcze gęstszą zasłonę, która właściwy przedmiot zakrywa tak, że sama się nim wydaje?

Człowiek jest tym, co myśli.

Samotne słońce, samotne morze. Słońce, czy falujesz i burzysz się płomieńmi tak samo jak to morze?

1836

Wspomnienie z lat dziecięcych. Aż do czternastego roku życia nie miałem przeczucia o swoim przeznaczeniu poetyckim, chociaż robiłem wiersze. Poezja stała jak jakiś ogrom przed moją duszą i raczej ośmieliłbym się wdrapywać na szczyty, niż mierzyć się z poetą, choć i to, i tamto mnie nęciło. Do poezji miałem taki sam stosunek jak do Boga, o którym wiedziałem, że mogę się z nim połączyć w komunii, ale nie mogę go osiągnąć. Zresztą wyraźnie pamiętam godzinę, w której po raz pierwszy przeczułem najwłaściwszą istotę i najgłębsze znaczenie poezji. Z jakiejś starej książki czytywałem mojej matce zawsze błogosławieństwo wieczorne, kończące się zwykle pieśnią duchowną. Pewnego wieczoru czytałem pieśń Pawła Gerharda, w której przychodzi piękny wiersz:

Złote gwiazdki błyszczą

W niebiosów modrej dali.

[Die goldenen Sternlein prangenAm blauen Himmelssaal.]

Ta pieśń, szczególnie zaś ten wiersz porwał mnie potężnie, ku zdziwieniu matki powtórzyłem go, głęboko wzruszony, może z dziesięć razy. Duch natury stał wówczas z różdżką czarodziejską nad moją duszą młodocianą, wystąpiły żyły kruszcu i dusza obudziła się przynajmniej ze snu.

Uważam za największy obowiązek człowieka, który w ogóle zajmuje się pisaniem, by dostarczał materiałów do swojej biografii. Jeżeli nie dokonał odkryć duchowych i nie zdobył nowych krajów, to za to z pewnością po różnych drogach błądził, a jego błędy są dla ludzkości tak samo ważne jak prawdy największego człowieka.

Przede wszystkim muszę zanotować dzień, w którym po raz pierwszy poznałem Uhlanda. Czytałem w jakimś „Odeum” jego poemat: Klątwa śpiewaka. Spadł on na mnie jak zmora: wprowadził mnie na szczyt, którego wysokość w pierwszej chwili poznałem tylko przez to, że zabrakło mi oddechu. Aż do tej pory było mi bardzo dobrze z naśladownictwem Schillera. U filozofa Schillera podpatrzyłem wiele wątpliwości, u estetyka wiele reguł piękna i w ślad za nim wytwarzałem dalsze ciągi jego Ideału i życia i inne rośliny cieplarniane, które pomimo sztucznych barw nigdy nie osiągną zapachu i smaku. Goethego czytałem bardzo mało, traktowałem go nawet lekceważąco, gdyż jego ogień jest niejako podziemny, i w ogóle mniemałem, że między nim a Schillerem zachodzi taki stosunek jak na przykład między Mahometem a Chrystusem; nie mogło mi nawet przyjść na myśl, że nie mają oni ze sobą prawie nic pokrewnego. Teraz wprowadził mnie Uhland w głębie piersi ludzkiej a przez to w głębie natury; widziałem, jak niczym nie gardził — tylko tym, co dotychczas uważałem za rzecz najwyższą: refleksją! — jak umiał zawsze znaleźć nić duchową między sobą a wszystkimi rzeczami, jak stroniąc od wszelkiej dowolności i postulowania, wszystko, nawet rzeczy cudowne i mistyczne, sprowadzał do tego, co jest po prostu ludzkie, jak każdy jego utwór miał swój własny ośrodek życia, a przecież całkowicie zrozumiały i objemny był dopiero po spojrzeniu na całą twórczość poety. Tą czystą, harmonijną grą dzwonów rozkoszowałem się dopóty, aż zacząłem szukać jej źródeł i zdawać sobie sprawę z swego wrażenia — i z rozpaczą niemal obłąkaną przyszedłem do tego pierwszego wyniku, że poeta nie ma tworzyć z zewnątrz w naturę, lecz z wewnątrz niej [nicht in die Natur hinein — sondern aus ihr herausdichten]. Nie potrafię już określić, jak daleko stąd było mi jeszcze do uchwycenia tej pierwszej i ostatniej zasady sztuki, że mianowicie ma ona uzmysławiać nieskończoność w pojedynczych zjawiskach [das Unendliche an der singulairen Erscheinung]. Żałuję, że wtedy nie zacząłem prowadzić dziennika, jakem to sobie był postanowił; ale nie chciałem grzebać w swych ranach i pamiętam z tego okresu niewiele więcej nad to, że odbyłem drogę bardzo daleką i wśród wielkich ciemności i że cel pierwej osiągnąłem, nim poznałem. Zrobiłem doświadczenie, że każdy dzielny człowiek musi zginąć w jakimś wielkim mężu, jeżeli ma kiedyś dojść do samopoznania i do pewnego używania swoich sił: jeden prorok chrzci drugiego, a komu ten chrzest ogniowy osmala włosy, ten nie był wybrany!

Tylko w stosunku do samego siebie, do swoich wewnętrznych konfliktów, należy przestrzegać owej kardynalnej zasady o koniecznej różnorodności wszelkich indywidualnych poglądów na świat, na zewnątrz niech każdy broni swojego, to jest potrzebą i zarazem warunkiem życia.

Młodzieniec przybiera sobie błąd za lubkę — to źle; mężczyzna wybiera go sobie na babkę — to jeszcze gorzej.

Tylko za najbliższy skutek czynu można pociągać człowieka do odpowiedzialności; dalsze skutki są własnością bogów, którzy robią, co się im podoba, a co się nam nie podoba.

W ciemną ulewną noc wyglądać z okna...!

Nikt nie ma więcej poczucia siebie samego niż poczucia życia.

Skarga bez żalu wywiera na świadku wrażenie jeszcze bardziej przygnębiające niż żal bez skargi. Jest to naga nędza samego życia.

Dziś po południu byłem pierwszy raz na uprzywilejowanym polowaniu z nagonką, która z reguły wyszczuwa na jaw wszystko, prócz rozumu — mianowicie na egzaminie prawniczym.

Nie odrzucaj zawsze tego, co sobie zarzucasz. Jeśli jesteś czymś, to często cała twoja dzielność tkwi w twoim błędzie, jak drzewo w swej glebie. Niech ta gleba będzie zła; należy ją tolerować gwoli drzewa.

Każdy naród ma swego geniusza, który w kostiumie tego narodu reprezentuje całą ludzkość; Niemcy Goethego.

...I życzył sobie na pewne godziny niespokojnego sumienia, aby się mniej nudzić...

Ból jest własnością, tak jak szczęście i radość.

Natura powtarza wiecznie w szerszych rozmiarach tę samą myśl; dlatego kropla jest obrazem morza.

Idea poetyczna nie da się nigdy wyrazić alegorycznie; alegoria jest odpływem rozumu i siły twórczej równocześnie.

Życie z różnymi swoimi epokami jest skarbcem. Obdarza nas bogato w każdej komnacie; jak bogato, to poznajemy dopiero przy wstępie do następnej komnaty.

Są niesprawiedliwości, których może się dopuścić właśnie tylko pewien człowiek przeciw pewnemu człowiekowi, a których doniosłość może pokrzywdzony wykazać tylko odpłacając się krzywdzicielowi wet za wet.

Skrucha pospolitych ludzi zamienia drogę z siłą.

Ekonomia natury jest tak mądra, że ostatni produkt każdej istności nie jest obliczony na bliższy użytek; na przykład pestki owocu się nie je.

Jeżeli ujrzysz wybitnego człowieka w sferze dla ciebie wrogiej lub wstrętnej, nie śmiej się w kułak i nie myśl: ej, co za porządny człowiek ze mnie; mam siłę nie być tam, gdzie tamten, a on jej nie ma! Pomyśl sobie raczej: On ma siłę istnieć w atmosferze, która by mnie zgniotła!

Nieskończenie wielu ludzi ma wygląd myślicieli, chociaż nigdy nie mieli ani jednej myśli. Są podobni karciarzom: nieskończone kombinacje za pomocą małej liczby danych kart. Takim ludziom nie można nic wytłumaczyć.

Namiętność nie popełnia grzechu, tylko chłód. Zerwij każdy kwiat, nawet gdy nie myślisz wstawić go do szklanki z wodą, tylko niechże cię on wonią odurza!

Humor jest najhumorystyczniejszy wtedy, gdy usiłuje sam siebie wyjaśnić.

Siedziałem na terasie (na zamku w Heidelbergu) i czytałem Achilleis Goethego; nadciągnęła burza zapowiadająca się jak bitwa odmierzonymi grzmotami; zerwał się wiatr i szumiał przede mną w drzewach; chmury deszczowe rozlewały się w dłuższych i krótszych pauzach zimnymi, grubymi kroplami; z dołu pienił się ku mnie Nekar; przede mną spał na ławie chłopiec, którego ani grzmoty, ani wiatr, ani deszcz obudzić nie zdołały, a w dali występowały z mgieł olbrzymie góry Renu.

Całe życie moje jest teraz walką dla matki i dla kamienia grobowego. Matka niech nie cierpi braku przynajmniej nadziei, a kamienia niech mi nie zeszpecą złe języki. Zresztą zaś jakże mnie gniecie ta jałowa, płytka egzystencja, jakże mnie gniecie przymusowa praca około utrzymania ciężaru, który mnie zabija!

Siła do życia zaczyna się zawsze tam, gdzie siła do życia ustaje. I nie zawsze jest tchórzostwem, jeżeli już dłużej nie śmiemy przeciwstawić się wielkim tajemnicom grobu i wieczności; jest bowiem także potrzebą życia uciekać się do Boga, aby uzupełnić człowieka cząstką wziętą z Idei.

Niemcy widzą, że dzikie zwierzęta są swobodne — i dlatego boją się, że swoboda zrobi ich dzikimi zwierzętami.

W jaki sposób gwiaździste niebo może rozszerzać pierś ludzką, nie pojmuję; we mnie niszczy ono poczucie osobowości, bo nie mogę pomyśleć, żeby natura miała sobie zadać trud utrzymania mego nędznego, kruchego „ja” przy życiu.

Stać z zawiązanymi oczyma wśród olbrzymich sił huczących naokoło, a przecież czuć na ustach słowo wyzwalające z zaklęcia — oto ciężki los człowieka. Żeglarz w burzliwej nocy na nieznanych wodach...

Człowiek w stosunku do człowieka pragnie zawsze stopniowania tego stosunku, a przynajmniej możliwości stopniowania. Dlatego punkt szczytowy takiego stosunku jest często jednocześnie punktem zamarzania; dlatego tak trudno pomyśleć sobie szczery stosunek między osobą żyjącą w małżeństwie a osobą stanu wolnego. Ileż razy przyjaciele gniewają się z sobą, aby móc się znowu pogodzić!

„Nie wszystko złoto, co się świeci”. Należałoby jednak po sprawiedliwości dodać: nie wszystko się świeci, co jest złotem.

Niech się nikt nie zasłania tym, że w długim łańcuchu stoi najniżej; jest ogniwem, pierwszym czy ostatnim, to wszystko jedno, a iskra elektryczna nie mogłaby przebiec, gdyby on tu nie stał. Dlatego wszyscy za jednego, a jeden za wszystkich, a ostatni są tak jak pierwsi. Złodziej chciał się raz usprawiedliwić, a nawet cnotą uczynić kradzież, dowodząc: „Za mną czy obok mnie szedł ktoś gorszy ode mnie i ten by nie tylko zerwał owoce, ale byłby i gałęzie połamał”.

„Odrzuć, abyś nie stracił!” — najlepsza reguła życia.

Dla znacznego zastępu młodych ludzi jest poezja cmentarzem, na którym gniją. Niech nikt nie pogardza nauką, zwłaszcza poeta, przedstawiciel duszy świata, w którym mają się odbić stworzenia i akt stwarzania równocześnie. Wiem, jak mi przeszkadza moje niezupełne, jednostronne wykształcenie; co prawda wiem także (i to daje mi stanowisko wobec innych), że posiadanie wiadomości nie jest korzyścią w tak wielkim stopniu, w jakim ich brak jest zawadą.

Gdy dla jakiego filozofa wzejdzie światło, dla drugiego jest ono zawsze cieniem.

Gdy sędzia strzeli byka, adwokat go dorzyna.

Życie daje akuratnie tyle, aby nie uschnąć, i to właśnie jest do diabła.

Humor jest jedynym absolutnym porodem życia.

Ptak i klatka są dla siebie stworzeni. Ale człowiek nie chce klatki mniejszej niż cały świat.

Szczęście człowieka przywiązane jest nie do jego siły, lecz do jego usposobienia.

Jest coś przyjemnego w tym, że nie można wylecieć ze świata.

Nawet doskonały człowiek przypatruje się chętnie, gdy los czy przypadek wywiera zemstę za różne krzywdy, chociaż sam nie rzuciłby kamieniem, jaki by mu się pod rękę nawinął. Ale i to uczucie trwałoby tylko, póki by się los posługiwał szpilkami.

Przed wielką radością drży człowiek prawie tak bardzo jak przed wielkim cierpieniem; może obawia się, że słodkie grono życia na raz zerwie, a w dłoni pozostanie mu sucha łodyga.

Najszlachetniejsi ludzie zadają sobie najgłębsze rany.

Diabeł ma częściej słuszność, niż się przyznaje jemu i sobie.

Indywidualność jest raczej drogą niż celem i raczej drogą jedyną niż najlepszą.

Platen chełpi się wędzidłem, a nie ma konia.

(Z listu) Nieopisaną jest moja pogarda dla masy. Gramoli się ten duchowy motłoch nóżkami ślimaczymi na lilipucią drabinę, którą nazywa nauką, i każdy cal przebytej drogi uważa za milę, bo mierzy ją według mozołu, nie według odległości; a gdy ujrzy ponad sobą krążącego orła, myśli sobie: nie dostałeś się wprawdzie tak wysoko jak on, ale za to stoisz (tu głaszcze drabinę), i to na drzewie, on zaś ma pod sobą tylko powietrze, a ponad sobą chyba tylko chmury i słońce, do którego tak samo nie dotrze jak ty.

Człowiek robi sobie zwierciadło powiększające nie tylko chętniej, lecz i łatwiej niż pomniejszające.

Najniebezpieczniejsza jest miernota, która może się powołać buńczucznie na to i owo.

Ludzie, którzy mają długo żyć z sobą, muszą się czasem czubić, i lepiej jest, żeby się czubili bez powodu niż z jakiegoś powodu.

Do piekła życia dostaje się tylko szlachta ludzkości; inni stoją przed piekłem i grzeją się.

Wiele grzechów popełniamy tylko po to, aby móc za nie pokutować.

Niektóre rzeczy należałoby zupełnie w modę wprowadzić, aby nareszcie wyszły z mody.

Mam uczucie, jak gdyby każdy człowiek był we wszechświecie tak nieskończenie samotny, że właściwie nic o sobie wzajemnie nie wiemy, a wszelka przyjaźń i miłość podobna jest do ocierania się ziarnek piasku rozrzucanych przez wiatr.

Dążyć do najbliższego celu z rozkoszą, radością i pewną siłą — to jedyna droga, aby osiągnąć cel najdalszy.

Dwaj ludzie to zawsze dwa ekstrema.

Mój pogląd na małżeństwo: wszystko, co jest niezmienne, jest dla mnie granicą, a każda granica więzieniem. Małżeństwo jest koniecznością obywatelską, fizyczną, a w bardzo wielu wypadkach i duchową. Ludzkość poddana jest konieczności, lecz każda koniecznośćdaje także przywileje. Jednostka może się od konieczności uchylić, jeżeli ma siłę okupić wolność rezygnacją, na tym polega jej swoboda. Mogę wszystko, tylko nie to, co muszę.

Że mysz, raz już złapawszy się w pułapkę, nie zje przynajmniej słoniny, która ją zwabiła — to jest szczytem głupoty.

Własną siłą spotęgować mały ból (cielesny czy duchowy) znaczy uśmierzyć go.

1837

Przekonywam się coraz więcej o tej prawdzie, że u człowieka nigdy nie może być mowy o zewnętrznym oświeceniu, ale tylko o wewnętrznym brzasku; moją ewangelią jest: To, co jest najwyższe w każdej dziedzinie, może się tylko objawić, ale nie jest na zawołanie nawet najbardziej wtajemniczonego kapłana; odkrycia robi się nie przez naukę, ale przy sposobności nauki, i to jednak nadaje jej dosyć godności.

Najwstrętniejszymi są mi korygujące, sztubackie indywidua, jakie znajduje się wśród wszelkich stosunków; pokazują one swoją arogancją, że chodzili do szkoły, ale nie dosyć długo.

Niech człowiek każdą swą czynność wiąże o ile możności z tym sanctissimum duszy, które tylko do niego należy i dlatego jest wieczne i niezmienne; wtedy nie będzie miał powodów do wątpliwości ani czasu do rozpaczy.

Nie powinniśmy się skarżyć, że wszystko przemija. Rzecz najbardziej znikoma, jeżeli nas tylko prawdziwie dotyka, budzi w nas coś wiecznego.

Wielu największą ofiarę złożyłoby Apollinowi — gdyby mu już wcale ofiar nie składali...

Myśl poetyczna, a więc genialna, wyróżnia się od innych bezpośredniością, z jaką występuje, i niezmiennością, z jaką się ustala.

Nie cieszy mnie iskra, która czasem jeszcze strzela z głębin mej duszy, bo zdaje się szydzić ze mnie; zdaje mi się, że tam, gdzie śpi jeszcze trochę ognia, nie powinno być tak zimno. O, wstrętna prawdo!...

Zmierzch jest ujrzaną nocą.

Można sobie pomyśleć humorystyczną historię świata, ale napisać ją może i napisze tylko największy geniusz. Jest to ostatnie zadanie poezji.

Zauważyłem u samego siebie, że człowiek nie tylko — jak już często spostrzeżono — myśli słowami, lecz że wszystko, co myśli, równocześnie w głowie wymawia, i właśnie dlatego, że nie może dwóch myśli na raz wypowiedzieć, nie może ich także w całym rozmiarze zatrzymać — chyba szkicowo, ale i to jest trudne. Tędy można by dojść do ważnych obserwacji nad stosunkiem tego, co się pierwotnie pomyślało, do tego, co się już opracowało; może nawet do przekonania, że nigdzie nie ma dla nas nic pierwotnego, to znaczy, że w chwili gdy sobie jaką myśl uświadamiamy, jużeśmy ją czymśzrobili.

Jesteśmy zawsze tak małymi jak nasze szczęście, ale i tak wielkimi jak nasze nieszczęście.

Mężczyzna traci albo wszystko, albo nic: po utracie przyjaciela wygasa w nim przyjaźń, po utracie kochanki — miłość. U kobiet jest inaczej, w ich bólu i szczęściu jest zawsze dużo kramarstwa.

Jaki wpływ mogły wywrzeć pewne nikczemne zwierzęta, jak węże, owady itp. na wynalezienie i rozwinięcie idei diabła?

Sztuka plastyczna przedstawia u człowieka bunt, u boga władczość: Zeus i Prometeusz.

Mniemam, że z każdym tonem zrozumiałej muzyki łączy się dla duszy jakaś postać plastyczna.

Przygotowywać się do życia i równocześnie żyć, oto najwyższe zadanie.

Zmysłowość jest symboliką pewnych potrzeb duchowych niedających się zaspokoić.

Filister ma często słuszność w rzeczy, ale nigdy w motywach.

Wielu poetów wkłada swoim ludziom w usta słowa odzwierciedlające ich stany; powinny one jednak być także echem ich natury.

Najgorzej czuję się na wiosnę. Te pędy nieskończone przytłaczają mi pierś i zamykają ją, i dopiero gdy lato, pożal się Boże, wyjdzie na targ ze swoimi starymi stereotypami, czuję ulgę i wewnętrzny Wezuwiusz bucha znów dawnym ogniem.

Powtarzanie dawnej lektury jest najlepszą próbą postępów w wykształceniu.

Nie ma gorszego tyrana nad człowieka pospolitego w kole domowym.

Ludzie pospolici chętnie psują swoim dzieciom zabawę, przedtem albo potem.

Religia wielu ludzi jest tylko udawaniem się na spoczynek i zaiste można się obawiać, że Bogu nie spodoba się ta ich bogobojność, bo nie jest sztuką iść do łóżka, gdy się jest zmęczonym, lub — co się jeszcze częściej zdarza — nigdy nie wstawać i we śnie, tj. w wierze, nie troszczyć się o tajemnice natury i ducha ludzkiego.

Nasze czasy, to złe czasy. Wielka tajemnica, „wgląd w nicość”, schowana była dawniej pod rygle i zamki, które dziś są uszkodzone: już chłopiec może je oderwać, a młodzieniec je wyłamuje, lecz — ach, czyż orzeł wzlatuje jeszcze, gdy już nie wierzy w słońce? Historia świata stoi teraz przed ogromnym zadaniem; piekło już dawno zdmuchnięto, a ostatnie jego płomienie chwyciły i zżarły niebo, idea bóstwa już nie wystarcza, bo człowiek poznał w pokorze, że Bóg bez ogona, tj. bez ludzkości, którą by karmił, kołysał i uszczęśliwiał, może być Bogiem i sam czuć się szczęśliwym; natura ma się do człowieka jak temat do wariacji; życie jest kurczem, omdleniem lub szałem haszyszowym. Skąd weźmie historia ideę, która by dorównała idei bóstwa lub ją przewyższała? Obawiam się, że po raz pierwszy nie dorosła do swego zadania; wyszlifowała soczewkę, aby w niej skupić ideę swobodnej ludzkości, i zbiera, zbiera promienie do nowego słońca — ach, słońca nie uciuła się żebraniną!

Nie pojmuję, jak człowiek może udźwignąć więcej szczęścia, niż zasługuje; musi to być najnędzniejszy ze wszystkich stanów.

My, ludzie, mamy dlatego tak często słuszność, że tak rzadko mamy zupełną słuszność.

Każda droga do istoty rzeczy na pozór oddala się od niej.

Słowo jest kamieniem pamiątkowym nie tego, co sobie ludzkość przez lat tysiące przy pewnych przedmiotach myślała, lecz tego, że w ogóle przy tym myślała.

Przy rozpatrywaniu znakomitego dzieła sztuki zatrzymywać się nad szczegółami jest oznaką miernej głowy; lecz jest również oznaką mierności dzieła sztuki (poetyckiego czy plastycznego), jeżeli nie można wybrnąć poza szczegóły, jeżeli one niejako zastępują drogę całości.

Niektórzy ludzie tylko dlatego wierzą w Boga, w nieśmiertelność, że nie odważają się sprzeciwić tak ogromnym ideom.

Wszelka mierność w poezji prowadzi do obłudy w charakterze i w życiu.

Jeżeli człowiek wybitny mówi o sobie coś złego, należy mu wierzyć, ale nigdy nie należy podejrzewać go ponadto. Nie mówi on ani za dużo, ani za mało, jeżeli ma odwagę w ogóle coś o sobie powiedzieć.

Dziś doznałem znowu uczucia dziecięcego. Dzieci widzą wszystko jakby poza gazą, rzeczy nie mają jeszcze do nich stosunku. Tak samo ja patrzyłem na ludzi, którzy podczas muzyki wojskowej przepływali tłumami tam i na powrót.

Gdy jaka rewolucja się nie uda, nie uda się cały wiek, bo wtedy filister ma dowód rzeczowy.

Słowa są monetami ducha, które nie , lecz znaczą.

Zwykli ludzie są daleko częściej poetami, gdy mówią, niż gdy piszą; bo gdy mówią, oddziaływa na nich życie i świat i podsuwa im nieraz trafne słowo, wiążące sferę wewnętrzną z zewnętrzną, gdy jednak piszą, są pozostawieni samym sobie.

Jak to źle, że urodziłem się w epoce wypoczywania!

Dziś powziąłem postanowienie, do którego wykonania niech mi Bóg sił użyczy. Dotychczas wszystkie swoje czyny i postępki odnosiłem zbyt jednostronnie do poezji; dziś spostrzegam, że ta droga musi mnie w końcu zredukować do zera. Znaczy to pielęgnować kwiat zamiast drzewa; droga do poety wiedzie tylko przez człowieka. Będę od teraz pracował, pracował dla pracy i dla pożytku, jaki mi ona może przynieść jako człowiekowi.

(Z listu) Swojej nędzy nie chcę zawdzięczać nic, tylko mój charakter; wzgardzę siłami mego ducha, jeżeli teraz, skoro się rozwinęły, nie wystarczą mi do utrwalenia mej egzystencji; a jeżeli zatonę w morzu świata, nie będę w tym upatrywał — jakbym to dawniej uczynił — prywatnej nienawiści losu ku mnie, lecz tylko dowód, że nie umiałem pływać. Nie wątp, droga przyjaciółko, w prawdę tego uczucia dlatego, że je przypadkiem wyrażam w metaforze; jestem przekonany, jak najgłębiej przekonany, że życie na dłuższą metę wobec nikogo nie jest niesprawiedliwe, a kto je łaje, nie odróżnia sprawiedliwości od uprzejmości i chce wymusić dla siebie dar jako daninę; biada jednak albo raczej hańba temu, kto ginie dlatego, że go nie obdarowano.

(Z listu) Porzuciłem jurystykę. Wiem, że ten krok wielu zgani mi ostro, ale postępuję w zgodzie z potrzebami mojej natury i nie troszczę się o uwagi świata do tego świętego tekstu, który oczernia i oczerniać musi każdy, kto go nie rozumie. Kto ma już pewne doświadczenia w dziedzinie rzeczy najwyższych, tego zabiłoby długoletnie, niewolnicze pogrążanie się w wiadomościach czysto pozytywnych, jakich wymaga jurystyka. Ale przez to nie zrezygnowałem wcale z poważnego dążenia do wiedzy i nauki. Twierdzisz, że wszelka nauka szkolna nie powiększy talentu poetyckiego ani na włos. To prawda, ale z tego nie wynika, by nią pogardzać lub uważać ją za zbyteczną. Jeżeli poeta w pewnym kierunku posiada więcej, stąd nie płynie, by w innym mógł posiadać mniej — raczej przeciwnie.

Człowiek ma poczucie przyszłości.

Jest głupotą nie upijać się dlatego, że po upiciu się przychodzi wytrzeźwienie.

Jest cechą ludzi wybitnych, że nieraz do rzeczy zwykłych docierają na drodze niezwykłej i że można ich tylko urodzić, ale nie stworzyć.

Wczoraj wieczór przed pójściem na spoczynek doznałem uczucia, jakby mi też było, gdybym miał swoje ciało opuścić. Do tego dobrze zbudowanego ciała czuje się człowiek przywiązanym tak różnorako przez ból i rozkosz, przez potrzebę i nawyk, na podstawie tego ciała, z nim razem i przez nie rozwinęło się to, co nazywa swoim „ja”, to ciało właśnie wiąże go z naturą za pomocą otwartych na wszystkie strony zmysłów. Ba — owo „ja” tylko przez ciało dochodzi do ujęcia samego siebie, jako istoty wypuszczonej na wolność przez prasiły, samoistnej i swoistej, a śmiałe przeczucie trwającego wciąż jeszcze stosunku między źródłem bytu a oderwanym zjawiskiem: człowiek, wypływa raczej z właściwości ciała jak ducha. A teraz pomyśleć sobie: śmierć. Jedna chwila przecina te wszystkie nici: oko gaśnie, ucho się zamyka, ciało zużyte spada w grób i żywioły dzielą je między siebie; tymczasem „ja”, które tylko przez ciało miało obraz samego siebie, tylko przez zmysły miało obraz świata, miałoby wstąpić w nowe sfery, o których nie ma jeszcze wyobrażenia, na nową czynność, której nie rozumie. Jako czysta siła może ono działać tylko poprzez stosunki do innych sił, tylko wtedy, gdy napotka na opór: niedoskonałość maszyny nie jest przeszkodą, lecz, owszem, jest warunkiem czynności duchowej, jedynym mostem między Bogiem a człowiekiem jest ciało. Potrzeba wtedy nowego łącznika, podobnego do starego, opuszczonego. Można się wzdrygać przed chwilą przejściową, w każdym jednak razie powstaje pusta pauza, bardzo krótka może, lecz jest to zupełny zastój życia, prawdziwa śmierć, po której następują drugie narodziny, a więc powtórzenie największego cudu świata. (Pytanie: czy jest możliwa działalność ducha bez ciała? Odpowiedź musiałaby dać fizjologia i psychologia na najwyższym stopniu rozwoju. Jeśli możliwe: stan człowieka, który żył tylko w swoim ciele i przez ciało: konieczność najwyższych idei.)

Wśród największego cierpienia ma się tę rozkosz, że się jest zdolnym do niego.

Wchodząc do glyptoteki monachijskiej miałem uczucie żniwiarza przed zbożem. Każdy posąg to jakieś zamknięte w sobie, szczególne życie, które mam odpieczętować: zadanie bez końca.

(Z listu — o dziełach sztuki plastycznej) Daleko się jednak nie dochodzi, jeżeli się chce być szczerym i nie pozuje się na Prometeusza ożywiającego posągi. Taka poza jest bardzo łatwa, ale wydobyć z tych rzeczy ich najwewnętrzniejszą i najwłaściwszą treść było mi dziwnie trudne, rzekłbym nawet: niemożliwe. Ci milczący ludzie, ci śpiący bogowie — to ogromne problematy; i zawsze, kiedy patrzę na taki posąg spoglądający na mnie z góry z dumnym, tajemniczym spokojem, ogarnia mnie miażdżące uczucie własnej niemocy a niezmierności i niezrozumiałości natury, męczy mnie ta apoteoza kamienia, i tak walcząc z kwestią ogólną, nie pojmuję nic ze szczegółów.

Na kradzież skarbów genialnych nałożona jest taka kara, że złodziej unosi ze sobą tylko ich cień, który właśnie wystarcza, aby stwierdzić fakt kradzieży.

Trudno nie jeść czereśni dlatego, że się przy tym usta powala. A jednak tego nieraz wymaga moralność.

Ludzie łacniej pomagają temu, kto ich pomocy nie potrzebuje, niż temu, komu by się ona naprawdę przydała.

Aforystyczny styl moich wynurzeń w listach wypływa często z niechęci, jaką każdy odczuwa, gdy chce wypowiedzieć myśl wszechstronnie przemyślaną, którą może już tylko postawić jako czyn albo na zawsze zamilczeć.

Kto chce poznać ludzi, niech studiuje, czym się usprawiedliwiają.

Jest tylko jeden grzech, który można popełnić przeciw całej ludzkości ze wszystkimi pokoleniami, a tym grzechem jest sfałszowanie historii.

Każdy człowiek ma jakiś kącik, o którym sobie myśli: ten znam tylko ja; — jeżeli się chce zaimponować filistrowi, trzeba go aż tam ścigać.

Są wypadki, w których spełnić obowiązek jest grzechem.

Pewien król zapewniał poddanych tak długo, że jest liberalny, aż ośmielili się uwierzyć mu.

Trzeba się strzec przyznawania się do pewnych słabostek. Kiedy na przykład powiedziałem swoim przyjaciołom, że jestem drażliwy, płynie w ich oczach każde moje niepocukrowane uczucie pod flagą drażliwości.

Stworzyć dzieło sztuki przez przedstawienie jego idei — znaczy wiele; gdy idea nie jest fundamentem, lecz tylko zapładnia — to jest wszystkim.

Życie ma jedną muzykę w tysiącznych wariantach.

Wszelkie pisanie jest mieszaniem ingrediencji, które zawsze pozostają te same. Ale każda nowa epokawywołuje nową receptę, a każda nowa recepta nową medycynę.

Zboże, które ucieka za pojawieniem się żniwiarza: publiczność przed budą cyrkową lub menażerią na jarmarku.

Dziś przechodziłem pomimo rusztowania budowlanego. Przyszło mi na myśl, że gdyby na mnie spadła cegła i zraniła mnie śmiertelnie, to byłoby mi to nawet wtedy nieprzyjemne, gdybym miał w kieszeni nabity rewolwer w celu zastrzelenia się w najbliższym krzaku.

Obrazy, wzięte z zewnętrznej natury dla stanów wewnętrznych, mają siłę nie tylko ilustracji, lecz i dowodu.

Sobie samemu coś przyrzekać i nie dotrzymać jest najbliższą drogą do utraty charakteru i do nicości. Przyrzeczenie, które sam sobie dajesz, niech ci będzie świętsze niż każde inne. Ktoś drugi może się przeciw tobie uciec do ochrony prawa; ale obowiązek, który sam sobie nałożyłeś, nie może się nigdy stać obowiązkiem przymusowym. Uważaj go zawsze za dług honorowy, który masz spłacać swojej naturze.

Straszne jest doświadczenie, że nie tylko najmniejsze, lecz i najwyższe, i największe rzeczy w naturze ludzkiej związane są z przyzwyczajeniem.

Niektórych ludzi trzeba wstrzymywać od powzięcia postanowienia, że coś zrobią, jeżeli mają tego naprawdę dokonać.

Bestia wdziała teraz rękawiczki na łapy! Oto rezultat dziejów świata.

Cała nasza działalność wewnętrzna jest i pozostanie wiecznie mniej lub więcej śmiałą grą w ruletę. Stawiamy na jeden lub drugi kolor i mylimy się z pewnością zawsze, ilekroć z tego, że jeden wygrał, a drugi przegrał, wyciągamy wnioski na korzyść lub niekorzyść naszego geniuszu; poniekąd wolną rękę mamy tylko w spożytkowaniu zysków i strat.

Talent podnosi jedno zjawisko w biegu świata tak, jak ono rozwijać się może, i ma zawsze kontrolujący rozum po swej stronie; geniusz pokazuje nam, jakim być musi każdy przedmiot wybrany przezeń jako zadanie, a cała natura stoi w głębi i potakuje. Najwyższego dzieła sztuki nie możemy sobie pomyśleć inaczej, jak tylko w postaci nadanej mu przez poetę, podobnie jak nie możemy sobie wyobrazić inaczej drzewa, górylub rzeki.

Są chwile, w których człowiek czynem lub słowem wyraża swoją najwewnętrzniejszą i najwłaściwszą treść, nie wiedząc o tym; siła poety ma się okazać w chwytaniu takich chwil. To jest to, co Heine rozumiał przez „głosy naturalne”, a Goethe przez „naiwność”.

Człowiek nie może nigdy ukłonić się jednej prawdzie, nie następując drugiej na piętę.

Z każdym człowiekiem znika ze świata jedna tajemnica, którą mocą swej szczególnej organizacji tylko on właśnie mógł odkryć, a której po nim nikt nie odkryje.

Świat nie chce zbawienia bez zbawiciela: pośrednictwo jest najosobliwszą potrzebą.

Prawdziwy poeta zaspokaja w swych własnych potrzebach także potrzeby całej ludzkości. Stąd wewnętrzna konieczność, która tkwi w każdym podjętym przezeń zadaniu, podczas gdy jego sąsiadom można co najwięcej przyznać, że osiągnęli — swój cel, ale wcale nie, że w tym celu coś osiągnęli.

Jest niebezpiecznie myśleć obrazami, ale tego się nie zawsze da uniknąć, gdyż często, zwłaszcza w rzeczach najwyższych, obraz i myśl są tym samym.

Publiczność oklaskuje ognie sztuczne, nie wschód słońca.

Wielu poetów wprowadza do swojej poezji logikę i myśli, że to znaczy motywować.

Uspokaja mnie trochę to, że znaczna część mojej dawnej lektury coraz bardziej podupada w mojej opinii. Inaczej nie wytrzymałbym niezadowolenia ze swojej własnej działalności.

Filozofia zabiega wiecznie o absolut, który jest przecież właściwie zadaniem poezji.

Ciemność nie jest brakiem światła, lecz przeciwieństwem światła.

Niektórych ludzi więcej uspokaja kłamstwo drugich niż ich własna prawda.

Litość jest najtańszym uczuciem ludzkim. Świat lituje się nawet nad męczennikami zła.

Można żądać od poety co najmniej, aby wszystko motywował i zużytkowywał. Przecież i w życiu fakt jakiś jest dla nas dopiero wtedy faktem, gdy możemy go sobie uzmysłowić według pytań: jak? i dlaczego? A nadto: życie każdy swój objaw potwierdza sobą bezpośrednio, sztuka zaś potrzebuje poręki, którą można zaczerpnąć tylko z prawideł ludzkiej duszy i wszechświata, i z kongruencji między tymi prawidłami.

Najlepiej motywuje się ostatecznie przez fakty analogiczne, wzięte z całkiem odmiennych stosunków.

Człowiek potrafi każde swoje nieszczęście wydedukować z jakiejś winy.

Niektóre tak zwane dzieła sztuki są w sztuce tym, czym w filozofii hipotezy. Ale w filozofii można je znosić, w sztuce nie. Do tej kategorii należą prawie wszystkie utwory nowej szkoły francuskiej, która w ogóle, jak się zdaje, zakłada na Parnasie menażerię (Lukrecja Borgia, poskromiona przez miłość macierzyńską, jest tam doskonałym okazem!).

Sztukę można wydedukować z czystej potrzeby rozumu, a rozumowi jest ona z pewnością jeszcze potrzebniejsza niż uczuciu, gdyż osiąga jego właściwy cel: jasność co do początku i związku rzeczy, chociaż osiągago przez skok.

Cud łatwiej powtórzyć niż wytłumaczyć. I tak kontynuuje artysta akt stworzenia w jego najwyższym znaczeniu, chociaż go pojąć nie może.

1838

Prawdziwy subiektywizm jest właściwie tylko pewnym rodzajem obiektywizmu. Rozszerza on świat, wyrażając zjawiska, które mogą się zdarzyć tylko w kole pewnej określonej natury ludzkiej.

Poezja ma oddziaływać tylko jako całość i tylko na całość człowieka, takiego człowieka, u którego wszystkie siły i organy znalazły już punkt centralny.

Obraz bez tytułu nie jest przeto obrazem bez sensu. Prawdziwy poemat nie ma nic wspólnego z tak zwaną myślą, która zawsze wyraża tylko pewien stosunek między przedmiotami, a nie najwewnętrzniejszy rdzeń samego przedmiotu. Idea poetyczna jest cudownym produktem pewnego poglądu na życie, i taki dopiero poemat jest skończony, który udostępnił duszy ów pogląd.

Tylko oddziaływanie na wewnątrz, oczyszczenie i uszlachetnienie duszy zależy od woli ludzkiej — nie wpływ na świat i życie. Człowiek jest toporem wzniesionym przez niewidzialną dłoń — toporem, który sam siebie ostrzy. W tym samym sensie można by powiedzieć: złe czyny spełnia człowiek sam, dobre spełniają Bóg i natura przez niego. To wszystko jest prawdą tak dalece, że właśnie najwięcej oddziaływa człowiek tym, co z niego nieświadomie promienieje.

Nawet wielki czyn objawia się człowiekowi na modłę poetyckiej idei.

Nam, ludziom, musi prawdę zastąpić punkt, do którego dotrzeć zdołamy.

Zdrowy człowiek znajduje o wiele łatwiej właściwy stosunek do natury niż do sztuki.

Cierpienie jest tajemnym pozdrowieniem, którym się dusze porozumiewają.

Natura człowieka i los człowieka, oto dwie zagadki, które dramat usiłuje rozwiązać. Różnica między dramatem starożytnych a dramatem nowożytnym polega na tym: starożytni chodzili po labiryncie losu z pochodnią poezji, my, nowsi, staramy się naturę ludzką w każdej postaci lub nawet przedrzeźnieniu sprowadzić do pewnych wiecznych i stałych rysów. W ten sposób dla starożytnych było środkiem to, co jest dla nas celem, i na odwrót. Zresztą jest dla dramatu obojętne, do którego z tych dwóch celów się dąży, byleby się dążyło poważnie i z godnością, gdyż obydwa zawierają się w sobie nawzajem. Fatum Greków nie miało oblicza, było straszną tajemnicą nawet dla bogów; los nowożytnych jest cieniem Boga, Niepojętego i Nieodgadnionego.

W polemice nie tyle chodzi o żołnierzy, co o ich uzbrojenie.

Pierwszy rzut, zwłaszcza w liryce, nie stawia grubych granic, ale zatacza niewidzialne koła, poza które już wyjść nie można.

Człowiek jest tak próżny, że chełpi się nawet cierpieniami. Już Biblia mówi: kogo Pan kocha, tego karze. Z jakąż przyjemnością opowiada niejeden o swej chorobie! Lecz przynajmniej rany są orderami, którym się jeszcze najłatwiej przebacza śmieszność.

Są cierpienia, podobnie jak i radości, które odczuwa tylko człowiek pospolity.

Im indywidualniejszy jest jaki utwór, tym pewniej posiada obok sensu indywidualnego także sens ogólny, niejako alegoryczny — w tym wyższym znaczeniu — które kształtów nie tylko nie wyklucza, lecz owszem, stawia je za warunek.

Wszelkie indywidualizowanie prowadzi do formy wiecznej, wewnętrznej, której pokostem tylko jest forma zewnętrzna, a tylko ze skończonej formy wypływa wyzwolenie. Przez wyzwolenie rozumiem akt odłączający niejako utwór od jego pępowiny, albowiem utwór musi zawsze tkwić w subiektywnych potrzebach, jeżeli nie ma być zimny.

Każdy błąd jest zamaskowaną prawdą.

Gdyby w sztuce rzeczywiście chodziło tylko o mądrą ideę i o żywe jej wyrażenie przez ilustrujący ją obraz, a nie o wcielenie, to skądże by na przykład tragedia grecka brała swą godność i znaczenie? Jej podstawową ideę wypowiedzieli już filozofowie w sposób dosyć dostojny i wysnuli ją aż do ostatecznych granic, zanalizowali aż do nerwów i serca; czemuż jednak zamiast poprzestawać na samym ziarnie, wolimy rozgryzać łupiny, w które je schowali Ajschylos, Sofokles i Eurypides?

W nocy miałem sen szczególny z tego powodu, że się u mnie tak często powtarza. Śniło mi się, że mam pomysł do wiersza. Pomysł podobał mi się bardzo: chodziłem jak zwykle szybkimi krokami po pokoju tam i na powrót i przystępowałem czasem do stołu, aby zapisać powstające wiersze. Im bliżej byłem przebudzenia (czułem to dokładnie, choć bez uświadamiania sobie), tym mniej byłem z wierszy zadowolony, i w końcu wydawało mi się, jakoby cały pomysł nic nie był wart. Zastanowiłem się nad nim raz jeszcze i w tej samej minucie, w której przekonałem się o jego nicości, zbudziłem się, od razu zapomniałem zupełnie pomysł, który mnie dopiero co tak żywo zaprzątał. — Wątpię, czy w ogóle można rozprawiać o snach, gdyż moim zdaniem sny nigdy nie przechodzą do świadomości w czystej formie, bo albo wcale do niej nie pasują, albo przez sam akt obudzenia mieszają się do nich obce pierwiastki i zmieniają je zupełnie. Atoli często już miewałem wrażenie, jak gdyby dusza we śnie posługiwała się inną miarą i wagą dla rzeczy, które wewnątrz i zewnątrz niej zachodzą; jest ona czynna w dawny sposób, ale nie tylko w innych materiałach i elementach, lecz także, jeżeli wolno użyć tego wyrażenia, według innej metody. Przeszkody, z którymi na jawie nawet w myślach nie walczymy, rozwiewają się we śnie w puch za dmuchnięciem ust; o marności, których na jawie nie zaszczycilibyśmy nawet omijaniem, rozbija się we śnie cała nasza siła. — Tak samo jest z rzeczami wewnętrznymi; jestem na przykład przekonany, że nie dlatego bynajmniej zbudziłem się, jakobym rzeczywiście zmiarkował, że mój pomysł poetycki nie ma wartości, a więc jakoby czynność mej duszy nagle stanęła; raczej jestem pewny, że poetycka czynność mojej duszy zastygła wskutek owych szczególnych odruchów świadomości, jakie zawrze poprzedzają przebudzenie się i napawają nas nieufnością do sennych widziadeł. One to, niby nagły przeciąg zimnego powietrza, zabiły zarodek życia owego subtelnego pomysłu, tak że pomysł ów został sparaliżowany, ponieważ się zbudziłem. Nie wierzę, by mnie zrozumiał ktokolwiek, kto sam czegoś podobnego nie doznał, a przecież jest mi to jasne, jak dwa a dwa jest cztery. Co prawda są także sny innego rodzaju: buntujące się tylko przeciw pozytywnym zasadom życia, które każdy może sobie pomyśleć inaczej, nawet na jawie, bez najmniejszego skutku; są może nawet ludzie, którzy tylko takie sny mają, i to są wieczni filistrzy.

Gdyby człowiek postanowił spisywać wszystkie swoje sny bez różnicy i — bez względu, wiernie i obszernie, i z dodatkiem komentarza zawierającego wszystko, co by mógł sam w swoich snach wytłumaczyć na podstawie wspomnień z życia i lektury — byłby to wielki dar dla ludzkości. Lecz w dzisiejszej dobie ludzkości nikt tego zapewne nie uczyni; próbować tego w ciszy dla siebie samego miałoby także pewną wartość.

Nie ma nic tak głębokiego i wielkiego, pod co nie można by podłożyć myśli zupełnie ordynarnej i codziennej. To jest powodem przedwczesnego rozumienia bez zrozumienia.

Najwięcej działa sztuka tylko wtedy, gdy nie jest gotowa; na spodzie musi jeszcze pozostać jakaś tajemnica, choćby nawet tkwiła w ciemnej sile słowa rozwiązującego zagadkę. W liryce jest to jasne; czym jest romans, poemat, jeżeli nie jest nieskończony, jeżeli z rozwiązania jednej zagadki nie wypływa nowa zagadka? Dlatego nie należy do sztuki dydaktyka ani moralistyka, ponieważ wyklucza dalsze rozdwajanie się idei i nic nie może zrodzić jak tylko samą siebie. Ale i w noweli, i w powieści za wielka ilość światła jest niebezpieczna.

Satyra, która nie pochodzi od najswobodniejszego umysłu, jest jeszcze przykrzejsza niż pedanteria.

W wielkie niebezpieczeństwo popada człowiek, gdy swoje jednostronne doświadczenie czyni jedynym miernikiem swych sądów i jedyną zasadą swych czynów. Z tego punktu widzenia trzeba by przedstawić na przykład mizantropa.

W nocy, we śnie, postanowiłem umrzeć za kogoś, prawie w ten sam sposób, w jaki się postanawia w czyimś zastępstwie przejść przez ulicę. Było tak, jakbym nie wiedział, co znaczy umierać.

Poezja wyrażenia znajduje zawsze o wiele więcej wielbicieli niż poezja idei. A przecież jest ona niczym.

My, ludzie, jesteśmy już tak stworzeni, że mamy skłonność do zaznawania grozy i przeczuć; stąd niewątpliwie wolno poecie posługiwać się także motywami z tych ponurych dziedzin. Ale musi mieć dwie rzeczy na względzie. Po pierwsze tu najmniej wolno mu puszczać się na dowolności, gdyż wtedy stałby się niesmaczny. Uniknie tego, wsłuchując się w głosy ludu i podań i tworząc tylko z pierwiastków uświęconych przez te oba czynniki, które już od dawna wypatrzyły w naturze wszystkie rzeczywiście straszne ustronia. Po drugie musi się strzec wymyślania tworów fantastycznych, obchodzących tylko jednego człowieka, na przykład tego, który w jego poemacie dlatego ma z owymi postaciami do czynienia, aby w ogóle był pretekst do wprowadzenia ich. Tylko taki stwór może napoić grozą, który mógłby i mnie gdzieś prześladować; tylko takiego kręgu duchów się boję, przed którego wirem nie jestem bezpieczny.

...Ostatni potomek rodu, który całe życie poświęca na sporządzanie drzewa genealogicznego!...

Radości, których człowiek nie pojmuje, wywierają na nim wrażenie czegoś upiornego.

Czy może istnieją błędy mające sześć tysięcy lat, to znaczy takie, którym wszystkie duchy, nawet największe, były kumami? Od odpowiedzi na to pytanie mógłby zależeć los świata.

Sądzę, że największą przeszkodą do wstąpienia w złoty wiek prawdziwej wolności jest to, że nie byłby on takowym dla bardzo wielu ludzi. Gdyby bowiem indywidualność miała pole do popisu, zaczęto by od niej czegoś wymagać.

Pomnij, że kłamstwo kosztuje cię nie tylko jedną prawdę, ale prawdę w ogóle.

Nie pomoże to nic mówić o rzeczach boskich i najwyższych, choćby anielskimi językami. Musi się je przedstawiać, tzn. dawać im życie. A to się stanie tylko wtedy, gdy wyrosną z ziemi, pomimo jej zacieśnień, w jędrnych, silnych kształtach i przyjmą się w niej.

Niektórzy ludzie ubóstwiają tylko to, co mogą zniszczyć.

Życie ma tylko ten cel, że człowiek ma poznawać swoje siły, braki i potrzeby. To przynajmniej jest jedynym celem, który się rzeczywiście zawsze osiąga, bez względu na jakość życia.

Filistrom to powinno szczególnie przyjść na myśl, że sztuka chce nie tylko pracować, ale i jeść, to znaczy, że chce, tak jak człowiek, uczynić coś nie tylko dla świata, lecz i dla siebie.

Odczuciu prawdziwej liryki przeszkadza głównie to, że na pozór daje ona zawsze coś starego, zwykłego, już dawno znanego. Jakże na przykład można by odeprzeć recenzenta, który by przecudną pieśń Uhlanda: Łagodne wstały powiewy potępił mówiąc: — Cóż tu innego powiedziane, jak nie to, że wszystko na świecie się zmienia, złe na dobre, dobre na złe, a któż o tym nie wiedział? A tego widocznie nikt nie wie, jak szczytna radość budzi się w duszy, jaka otucha przejmuje człowieka, gdy w jasnym świetle ukaże mu się nierozdzielna harmonia między wiecznymi, fundamentalnymi uczuciami we własnym wnętrzu a zjawiskami przyrody. A myśli — no, myśli są nowe na półtorej godziny.

Człowiek może nagle dożyć dnia lub chwili, która mu rozjaśnia całą jego przeszłość.

Nie można wypowiedzieć prawdy bez oclenia jej błędem.

Triumfem twórczości byłoby narysować dwa charaktery, jeden przez drugi, jak się w sobie wzajemnie odbijają, nie spostrzegając tego.

Zło jest dlatego tak zgubne, że sprzeciwiając się porządkowi świata i rdzennym potrzebom natury nie ma żadnej konsekwencji.

Upór jest najtańszym surogatem charakteru.

Wszelka poezja uczucia musi być poezją indywidualną. Myśl bowiem jest własnością powszechną i w przeciwstawieniu do uczucia tym mniej ma wartości, im bardziej przypomina grunt, na którym wyrosła.

Wszelkie zainteresowanie się sztuką polega na uczestnictwie w cudzym bytowaniu.

Pewne chwile zasiewają w sercu tylko ziarno radości, dziś dają tylko lekki ból, a właściwe swoje znaczenie i bogactwo objawiają dopiero w pryzmacie wspomnienia. Może niejedna z tych chwil ma związek z godzinami czekającymi nas dopiero za grobem.

Wielu ludzi jest ciągłymi schematami, które wypełnia pierwszy lepszy przypadek.

Nie ufam żadnej tak zwanej nowej prawdzie, która nie wywiera na mnie takiego wrażenia, jakobym ją już dawno przeczuwał.

Wiersz, w którym wprawdzie uczucie jest szczere, ale nie forma, jest także tylko robotą. Chwila prawdziwego natchnienia stapia oboje. Niewart nic wiersz, który człowiek obdarzony smakiem może sobie inaczej pomyśleć, niż poeta go stworzył.

Maniera poetycka Heinego (szczególnie nowsza) jest wytworem niemocy i kłamstwa. Dlatego że jego zagmatwane stany uczuciowe nie mogą się skrystalizować w jednym stanowczym uczuciu albo że brak mu odwagi i siły, by przetrwać konieczny ku temu wewnętrzny proces, rzuca pochodnię dowcipu w stający się świat i spala go za nic, bez żadnej formy i rezultatu. Na taką zaś apoteozę przez całopalenie można się tylko wtedy zgodzić, jeśliby ze stosu wzleciał feniks; tego jednak u Heinego nie ma, pozostaje tylko proch i popiół, którymi igra swawolny wiatr.

Dzień majowy jest kategorycznym imperatywem radości.

Niewinność jest budzącą się zmysłowością, która siebie samej nie rozumie.

Większość ludzi nie odczuwa wcale potrzeby zdawania sobie sprawy ze swych stanów; chcą się tylko przez nie przecisnąć jak przez chorobę. Życie nie daje im żadnych doświadczeń, jest dla nich tylko ciągłą ucieczką z więzienia do więzienia, i zaiste uczyniliby oni najlepiej, przyzwyczajając się do pierwszego lepszego z tych więzień, bo wtedy mieliby przynajmniej stanowisko, z którego by mogli oglądać życie dobrze lub źle.

Utwór powinien być równocześnie indywidualnym i mieć ogólne znaczenie. Pozorne przeciwieństwo: jakże to się wyrównywa? Przez pogląd poetycki, którego wynikiem jest to, co bym nazwał ideą poetyczną. Jednostka jest dalekowidzem, który przybliża rzeczy.

Fantazję można znieść tylko w towarzystwie rozumu.

Tacyt jest jedynym szczerze rzymskim pisarzem: wytworem tych wszystkich okropności, o których daje świadectwo, feniksem Rzymu.

Ostatni cel: czy człowiek może go mieć na oku?

Czy nie lepiej, żeby na razie cel najbliższy uważał za ostatni?

Natura dała człowiekowi siłę woli, aby sobie sam pomógł, jeżeli ona go kiedy w połowie drogi porzuci.

Starożytni znali tylko noc i dzień, my znamy tylko zmierzch. We wszystkich naszych stosunkach pokutuje romantyczna miłość dwojga osób, prowadząca do urzeczywistniania ideału, ale nie do spłodzenia dziecka. Wolimy cień rzeczy niż rzecz samą, wystarcza nam przeczucie zamiast wiedzy.

Ostatecznie człowiek istnieje tylko przez swoje potrzeby.

Są ludzie, przed którymi nie można się zwierzyć z żadnego bólu bez natychmiastowego rewanżu z ich strony.

Nadzieję wiecznego trwania zasadza ludzkość głównie na znaczeniu, na niewyczerpanej treści wielkich ludzi. Na odwrót jednak są także ludzie, których roszczenia do nieśmiertelności opierają się tylko na roszczeniach całego rodzaju ludzkiego.

Pierwsza miłość szalona, chociaż przemija bez śladu i przejawia się śmiesznie, jest przecież najpoważniejszą rzeczą w całym życiu; nic przynajmniej — i w tym tkwi gorzka ironia — nie napina wszystkich sił człowieka tak do ostateczności, jak ona.

Postawić wroga w taką sytuację, żeby mógł wykonać jakiś szlachetny czyn, do którego nie dorósł, albo raczej zaniechać go.

Projekt prawa, wedle którego każdy bogaty, który sam na swój majątek nie zapracował, musiałby nieraz bić się na śmierć i życie o ten majątek, z każdym, kto by za to chciał gardła nadstawiać.

Każdy człowiek posiada wszystkie zdolności, powinien jednak kształcić tylko najwybitniejsze. Tu tkwi przyczyna, dlaczego wielu dąży tak uparcie do nieosiągalnego celu: bo nie są na zupełnie fałszywej drodze.

Często wydaje się, jakby w człowieku podczas zaspokajania cielesnej potrzeby budziła się jakaś wyższa potrzeba duchowa. Z pewnością jest zmysłowość klawiaturą ducha.

...Drzewo ze złotymi jabłkami, które w chwili jego dojrzenia dostają skrzydła i wzlatują w niebo...

Jest kwestią, czy kiedykolwiek możemy się dowiedzieć zupełnie nowej prawdy, takiej, o której już od początku nie mielibyśmy przeczucia. Dla mnie jest niewątpliwe, że to się nie stanie, bo się stać nie może, gdyż bez najzupełniejszego koła wszystkich prawd istnienie człowieka nie da się wcale pomyśleć: wymaga ono koniecznie takiej atmosfery.

Kto mógłby istnieć, gdyby myślami i uczuciem nie wysterczał w inny, wyższy świat? A przecież: iluż ludzi istnieje tylko dlatego, że tego nie czynią!

Artysta widzi właściwie zawsze tylko obrazy rzeczy, a nie rzeczy same. Dlatego jest w tym poniekąd słuszność, że życie postępuje z nim zwykle gorzej niż z innymi; nieświadoma refleksja, która po cichu wszystko, cokolwiek się zdarzy, czyni przejawem nieskończoności — łagodzi więcej, niżby się zdawało.

Człowiek nieświadomie dla siebie samego rości sobie prawo tylko do takiej dozy szczęścia, na jaką zasługuje; liczy się ciągle z losem. Dlatego też wyższy człowiek jest niezdolny do uciechy, która jest tylko odczepnym dla niezamożnego wierzyciela.

Gdy szlachta znajdzie w kanalii coś godnego czci, podnosi ją do swego koła przez nadanie jej szlachectwa. Kanalia nie powinna by na to pozwolić.

Szczególna, że właśnie rzeczownik gatunkowy: człowiek, stał się obelgą. Tak samo i psa nazywa się tylko w gniewie: bestią.

Człowiek lubi eksperymentować ze sobą, zamiast się spokojnie rozwijać. Może to do czegoś doprowadzić, ale jest niebezpieczne.

Człowieka, który stoi pod pręgierzem, nie obrzucaj zgniłymi jajami i nie wołaj: to grzesznik! Przeciw komu on zgrzeszył, jak nie — przeciw grzesznikom? Gdyby miał rozum dość bystry, może by rzekł, że zgrzeszyć można tylko przeciw grzesznikom. A wtedy twoja grzeszność będzie przyczyną jego grzechu.

Jeżeli mali ludzie chcą przedstawić obiektywny stan jakiejś rzeczy, powstaje zawsze upiór albo karykatura.

Słaby talent jest zawsze bodaj drabinką sznurową, prowadzącą do poznania w rzeczach sztuki. Wielu jednak woli z niej zrobić powróz i udusić nim rozum, aby dalej bez przestanku partaczyć.

Nie długością ramienia — dalekością wzroku niech człowiek mierzy swe szczęście.

Obfite źródło komizmu tkwi w dążeniach ludzi, mających cele wbrew przeciwne tym, do jakich by dążyć powinni.

Niektórzy bohaterowie polityczni dlatego napychają się cnotą, aby później kazać sobie tym więcej zapłacić za grzech.

Są poeci, którzy myśl czynią tematem dla uczucia, i inni, którzy o uczuciu rezonują.

Wyrażenie pokrewnych myśli przez pokrewne dźwięki jest czymś cudownym i wywołuje wrażenie jakby przedustawnej harmonii między formą a treścią, a więc tego, o co w poezji idzie jedynie i przede wszystkim. Stąd wielkie znaczenie rymu.

Że tak mało pisarzy ma styl, to pochodzi z ich niemocy poświęcenia pobocznych celów, bliższych i drobnych, dla ostatniego wysokiego celu, w ogóle z ludzkiej zachcianki, żeby za każdym krokiem osiągać jakiś cel.

Gdy człowiek upuścił jakiś przedmiot, ma zwyczaj podniósłszy bawić się nim, aby pokazać, że chwilowa niezręczność może iść w parze ze zręcznością. I w dziedzinie moralnej jest tak samo.

Nikt nie ogarnia żywiołu, w którym żyje, lecz żywioł ogarnia jego.

Najlepszą stroną religii jest ostatecznie to, że rodzi kacerzy.

Filozofia jest wyższą patologią.

Nauki przyrodnicze są miarą postępów ludzkości, zna ona siebie tylko o tyle, o ile zna naturę.

Człowieka, który ma smak, trudniej nawet oszukać niż kogo innego, gdyż zdoła on odróżnić szczery głos natury od naśladowanego. Każdy bowiem, kto nie daje własnego serca, posługuje się mniej lub więcej dobrą twórczością poetycką.

Byłoby lepiej pamiętać w życiu często o rachunku, który mamy na tamtym świecie zdać pewnym ludziom, niż o rachunku przed Panem Bogiem. Historycy powinni by to uwzględniać.

Wobec wielkich postaci historycznych zajmuje się czysto subiektywne stanowisko.

W nocy śniło mi się, że miałem dobry pomysł, zaraz jednak przypomniałem sobie, że to sen, i powiedziałem: patrz, ten pomysł przecież jest coś wart, to nie zwykłe dziwaczne widziadło senne, zapamiętaj go sobie! I zdawało mi się, że wkładam jakiś znak dla pamięci do książki, którą przed zaśnięciem czytałem. Jestem zresztą przekonany, że pomysł był istotnie doskonały, bo formalnie oceniałem go.

Natura niszczy spokojnie i obojętnie swoje najpiękniejsze wytwory; budzi to przeczucie jej niezmierzonego bogactwa, niezachwianej pewności i nieodwołalnego celu.

Ból życia! Tego słowa najwięcej się nadużywa. Ten tylko może mówić o bólu życia, komu życie z góry zupełnie uniemożliwiono, komu z życia skręcono rzecz, której nie może użyć, a przecież nie śmie odrzucić. Utrata jakiegoś jednego dobra nie wytwarza jeszcze bólu życia.

Można się wyzwolić z więzienia i wyszedłszy na wolność, paść martwym.

Pedantyzm tkwi w sercu, nie w duchu.

Szczery komizm jest prawdziwy, to jest, oparty na naturze, a jednak nie można sobie pomyśleć w naturze praw ani warunków, które by go wywoływały i umożliwiały. W tym też leży pikanteria komicznego wrażenia.

Jest to wnioskiem rozumu, nie tylko fikcją poetycką: gdy szczerze kochasz, musisz być wzajemnie pokochanym. Bo natura oblicza zawsze jedną siłę ze względu na drugą. O tym można by napisać powieść.

Ma się jedno z najdziwniejszych uczuć, gdy się nagle po długim czasie znajdziemy w tym samym stanie, tym samym miejscu, przy tej samej czynności; budzi to przedsmak zarazem śmierci i wieczności.

„Chcę o tym pomyśleć!” Jeżeli nie chodzi o zwykłe stosunki między rzeczami, brzmi to tak samo niedorzecznie jak: „chcę na ten temat odczuwać!”.

Są czyny, których się żałuje, nim jeszcze się je popełni, a przecież się je popełnia.

Kto chce odbyć podróż do gwiazd, niech nie szuka towarzystwa.

Jeżeli cię wabi ognik, idź za nim. Zabrniesz w bagno, to przecież jakoś wybrniesz; a jeżeli nie pójdziesz, przez całe życie będzie cię prześladowała myśl, że może to była twoja gwiazda.

Kto w sztuce nawet bez szczególnego talentu naprzód postępuje i nigdy nie staje, kto poważnie stara się opanować to, czego się można nauczyć, ten od czasu do czasu może stworzyć coś przyjemnego. Bo to, co w sztuce jest rzemiosłem, stoi przecież nieskończenie wyżej niż wszelkie inne rzemiosło.

Literaci młócą pustą słomę i biorą zapłatę jak najemnicy.

Człowiek, a przede wszystkim artysta, któremu zależy na prawdziwym wykształceniu, nie powinien zapominać, że duch pracuje bardzo często po to, aby siebie samego wyżywić i orzeźwić, że rodzi wiele owoców, które sam chce spożywać i których mu nie można odbierać na deser dla kogo innego.

Siedzieć dalej — to zaiste jedyna rada, aby nie upaść.

Każdy dopuszcza się świętokradztwa na pięknie, gdy je przedstawia.

Szczególnie tragicznym rysem życia jest to, że kto karze zbrodnię, najczęściej sam przez to staje się zbrodniarzem.

Jedna jest tylko droga do bóstwa: przez czynność ludzką. Z Odwiecznym wiąże nas nasza najlepsza siła, najwybitniejszy talent, którykolwiek nam dano, i tylko o ile ten talent kształcimy, tę siłę rozwijamy, zbliżamy się do stwórcy i wchodzimy w stosunek do niego. Wszelka inna religia jest oparem i czczym pozorem.

Kto nie trudził się nad zrozumieniem tego pierwszego życia, niech się nie spodziewa, że zajdzie daleko w poznawaniu drugiego. Bóg daje ludziom tylko nogi, nie szczudła.

Czy jaki człowiek może odczuwać, że napawa drugich tylko wstrętem i grozą?

Zdaje mi się, że tylko grzesznicy muszą grzech najbardziej nienawidzić. Bóg nie może nimi tak gardzić jak człowiek.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.