drukowana A5
17.02
Grażyna

Bezpłatny fragment - Grażyna


Objętość:
60 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0536-1

Coraz to ciemniej, wiatr północny chłodzi,

Na dole tuman, a miesiąc wysoko

Pośród krążącej czarnych chmur powodzi

We mgle niecałe pokazował oko;

I świat był na kształt gmachu sklepionego,

A niebo na kształt sklepu ruchomego,

Księżyc jak okno, którędy dzień schodzi.

Zamek na barkach nowogródzkiej góryOd miesięcznego brał pozłotę blasku,

Po wałach z darni i po sinym piasku

Olbrzymim słupem łamał się cień bury,

Spadając w fosę, gdzie wśród wiecznych cieśni

Dyszała woda spod zielonych pleśni.

Miasto już spało, w zamku ognie zgasły,

Tylko po wałach i po basztach straże

Powtarzanymi płoszą senność hasły;

Wtem się coś z dala na polu ukaże,

Jakowiś ludzie biegą tu po błoniach,

A gałąź cieniu za każdym się czerni,

A biegą prędko, muszą być na koniach;

A świecą mocno, muszą być pancerni.

Zarżały konie, zagrzmiała podkowa:

Trzej to rycerze jadą wzdłuż parowa,

Zjechali, stają, a pierwszy z rycerzy

Krzyknie, i w trąbkę mosiężną uderzy.

Uderzył potem raz drugi i trzeci,

Strażnik mu z baszty rogiem odpowiada;

Brzękły wrzeciądze, pochodnia zaświeci

I most zwodzony z łoskotem opada.

Na tętent koni zbiegli się strażnicy,

Chcąc bliżej poznać i męże, i stroje.

Pierwszy mąż jechał w zupełnej zbroicy,

Jaką zwykł Niemiec przywdziewać na boje;

I krzyż miał czarny na białej kapicy,

I krzyż na piersiach u złotej petlicy,

Trąbkę na plecach, kopiją u toku,

Różaniec w pasie i szablę u boku.

Poznali męża Litwini z tych znaków;

Więc cicho jeden do drugiego szepce:

«To jakiś urwisz od psiarni Krzyżaków;

Tuczny, bo pruską krew codziennie chłepce.

O, gdyby nie był nikt tu więcej z warty,

Zaraz by w bagnie skąpał się ten plucha,

Aż pod most pięścią zgiąłbym łeb zadarty!...»

Tak oni mówią; on niby nie słucha,

Lecz musiał słyszeć, bo się bardzo zdumiał,

A chociaż Niemiec, głos ludzki rozumiał.

«Książę jest w zamku?» — «Jest; lecz o tej porze

Bardzoście wasze poselstwo spóźnili;

Dziś nie możecie stawić się we dworze,

Chyba na jutro». — «Jutro? Ani chwili!

Zaraz, natychmiast, choć w spóźnioną porę,

Litaworowi o posłach donieście;

Niebezpieczeństwo na mą głowę biorę,

A wy dla znaku pierścień tylko weźcie,

Nie trzeba więcej: skoro ujrzy godło,

Pozna, kto jestem i co nas przywiodło».

Cichość dokoła, zamek we śnie leży:

Co za dziw? Północ, jesienią noc długa...

Za cóż dotychczas w Litawora wieży

Lampa jak gwiazdka między kratą mruga?

Wszak dziś powrócił, jeździł w kraj daleki:

Snu potrzebują troskliwe powieki.

On przecie nie śpi. Posłano na zwiady:

Nie śpi. Lecz żaden z pałacowej straży,

Ani z dworzanów, ani z panów rady,

Do progu jego zbliżyć się nie waży.

Daremnie poseł i grozi, i prosi:

Groźba i prośba na nic się nie przyda;

Kazano wreszcie obudzić Rymwida.

On wolę pańską nosi i odnosi,

On głową w radzie, prawą ręką w boju,

Jego nazywa książę drugim sobą:

W obozie, w zamku, jemu każdą dobą

Wstęp do pańskiego otwarty pokoju.

W pokoju ciemno, i tylko od stoła

Kaganiec światłem konającem płonął.

Litawor chodził po gmachu dokoła,

A potem stanął i w myślach utonął.

Słucha, co Rymwid o Niemcach powiada;

Ale mu na to nic nie odpowiada;

To się rumieni, to wzdycha, to blednie,

Wydając twarzą troski niepowszednie.

Poszedł ku lampie, żeby ją poprawił;

Wrzkomo poprawia, a do głębi ciśnie:

Wcisnął nareszcie i całkiem zadławił...

Nie wiem, przypadkiem czyli też umyślnie.

Snadź, że poskromić nie mógł wnętrznej wrzawy,

I w pogodniejsze wystroić się lice;

A jednak nie chciał, by sługa z postawy

Zgadnął pańskiego serca tajemnice.

Znowu komnatę obchodzi dokoła;

Lecz kiedy okna kratowane mijał,

Widna przy blasku miesięcznego koła,

Co się przez szyby i kraty przebijał,

Widna posępność zmarszczonego czoła,

Przycięte usta, oczu błyskawica

I surowego zagorzałość lica.

Potem w róg gmachu zwraca się z pośpiechem,

Każe podwoje zamknąć Rymwidowi.

Siadł i z kłamliwą spokojnością mówi,

Szyderskim mowę zaprawując śmiechem:

«Wszak mi sam z Wilna przywiozłeś, Rymwidzie,

Że Witołd, pan nasz możny i łaskawy,

Miał mię podwyższyć książęciem na Lidzie

I spadłe dla mnie po żonie dzierżawy,

Jak swoję własność lub zdobycze cudze,

Litaworowi podarował słudze?...»

«To prawda, książę...» «My więc po te dary,

Jako przystało, wystąpimy godnie.

Każ wynieść na dwór książęce sztandary,

Zapalić w zamku ognie i pochodnie:

Gdzie są trębacze? Niechaj o północy

Zjadą na miasto i stanąwszy w rynku,

Na cztery wiatry trąbią z całej mocy,

A póty będą trąbić bez spoczynku,

Póki się wszystko rycerstwo rozbudzi.

Niech każdy piersi zbroją ubezpiecza,

Nasadzi groty i pociągnie miecza.

Zgotować żywność dla koni i ludzi:

Każdemu z mężów zgotuje niewiasta,

Ile zjeść można od ranka do zmroku.

Czyj koń na paszy, sprowadzić do miasta,

Nakarmić i wziąć na drogę obroku.

A skoro słońce z szczorsowskiej granicy

Pierwszym promieniem grób Mendoga draśnie,

Wszyscy staniecie na Lidzkiej ulicy.

Czekać mię rzeźwo, zbrojno i zapaśnie».

Tak mówi książę. Wprawdzie jego mowa

Zaleca zwykłe do drogi przybory:

Lecz za co nagle i niezwykłej pory?

Dlaczego postać była tak surowa?

A kiedy mówił, choć gwałtowne słowa

Biegą, że jedno drugiego nie ścignie:

Zda się, jakoby wyszła ich połowa,

A reszta w piersiach przytłumiona stygnie.

Ta postać coś mi niedobrego wróży,

I głos ten myśli spokojnej nie służy.

Umilkł Litawor; zdało się, że czeka,

Aż Rymwid z wziętym odejdzie rozkazem.

I Rymwid milczy, a odejście zwleka:

Bo to, co słyszał i co widział razem,

Kiedy stosuje i waży w rozumie,

Z lekkich słów ciężką rzecz odgadnąć umie.

Ale cóż pocznie? Zna, że książę młody

Namowom cudzym mało daje ucha,

I, nie lubiący w długie brnąć wywody,

Zamiary knuje w swojej głębi ducha;

A skoro uknuł, nie dba na przeszkody

I hamowany tym srożej wybucha.

Lecz Rymwid, jako wierna panu rada

I zacny rycerz w litewskim narodzie,

Zapewne hańbie niemałej podpada,

Gdzie by powszechnej nie zabieżał szkodzie.

Milczeć czy radzić? Na dwoje myśl dzieli;

Waha się, w końcu na drugie ośmieli.

«Panie, gdziekolwiek chęci twoje godzą,

Nigdyć na ludziach i koniach nie zbędzie:

Wskaż tylko drogę, my za twoją wodzą,

Nie patrząc kędy, gotowi iść wszędzie;

I Rymwid pewnie nie przyjdzie ostatni.

Ale, o panie, na różnym miej względzie

Pospólstwo ślepe, twoich rąk narzędzie,

I mężów, którzy na coś więcej zdatni.

Bo i twój ojciec, choć lubił sam z siebie

Wyciągać skrycie przyszłych dzieł osnowy:

Jednak nim gminne miecze ku potrzebie,

Wprzódy ku radzie mądre wzywał głowy;

Kędym ja nieraz z wolnym zdaniem siadał,

A com umyślił, śmiało wypowiadał.

Więc i dziś, wybacz, jeśli w szczerym głosie

Zeznam, co serce ustom przekazało.

Długo ja żyłem, i na siwym włosie

Dźwigam i czasów, i czynów niemało;

Przedsię dziś widzę, oby nie ze szkodą!

Rzecz dla nas starych niezwykłą i młodą.

Jeżeli prawda, że na Lidzkie państwo

Ciągniesz do twojej należące właści,

Ten pochód skory coś na kształt napaści

Zrazi i nowe, i dawne poddaństwo;

Ci, jak zwycięzcy, czekają zdobyczy,

Tamci kajdanów, jak lud niewolniczy.

Zaraz po kraju wieść ziarna rozsypie,

Ucho je gminne chwyta i przesadza;

Skąd w końcu gorzki owoc się wyradza,

Co truje zgodę i co sławę szczypie.

Okrzykną zaraz, żeś chciwy łupieży,

Wdarł się na państwo, któreć nie należy.

Inaczej cale po dawnym zwyczaju

Litewskie niegdyś stąpały książęta,

Niosąc stolicę do własnego kraju;

Tych książąt dobrze wiek mój zapamięta.

I jeśli zechcesz iść po starym trybie:

Spuszczaj się na mnie, w niczym nie uchybię.

Naprzód rycerstwo obeślemy wszędy:

I tych, co w mieście zostali się bliscy,

I co na wiejskie powrócili grzędy,

Mają na zamek zgromadzić się wszyscy;

Więc krewne pany, więc starsze urzędy,

Ku bezpieczeństwu a większej ozdobie,

Z sowitym pocztem niech staną przy tobie.

Co nim dokonasz, ja mogę tymczasem

Wyruszyć jutro, lub pojutrze z rana,

Ze służbą, z świętą osobą kapłana,

Tudzież z potrzebnym do uczty zapasem:

Aby się wszystko złatwiło na przodzie,

A na źwierzynie nie brakło i miodzie.

Nie tylko bowiem sam naród prostaczy,

Lecz i starszyzna za łakocią goni;

A widząc zrazu pańskiej hojność dłoni,

Dobrze stąd sobie na przyszłość tłumaczy.

Tak zawżdy było w Litwie i na Żmudzi:

Jeśli nie wierzysz, pytaj starych ludzi».

Skończył, podchodzi ku oknom i doda:

«Wietrzno, niepewna na jutro pogoda.

Jakiegoś widzę rumaka przy wieży,

A tuż i rycerz oparty na łęku,

Drudzy dwaj chodzą, konie wodząc w ręku

Posły niemieckie — poznałem z odzieży.

Czy ich zawołać? Czyli niech na dole

Przez usta sługi odbiorą twą wolę?».

To mówiąc, okno przymknięte zaszczepił,

Niby niechcący, i patrzył i gadał:

Ale umyślnie pytanie uczepił,

By coś o posłach niemieckich wybadał.

Na to mu prędko Litawor odpowie:

«Jeżeli kiedy wychodzę po radę

Do cudzych, własnej nie ufając głowie,

Zawżdy twe zdanie na początku kładę:

Boś zewsząd godzien mojej czci i wiary,

Jak w polu młody, tak na radzie stary.

Więc choć nie lubię, by dzieł przyszłych końce,

Lada czyjemu widne były oku...

Zamiar wylęgły w myślenia pomroku

Źle jest przed czasem wykazać na słońce.

Niechaj rzecz cała, dokonania bliska,

Jak piorun wprzódy zabija, niż błyska...

Przetoż ja krótko pytanie odbywam:

Kiedy? Dziś, jutro. Gdzie? Na Żmudź, do Rusi».

«To być nie może!» — «Będzie i być musi!...

Lecz dzisiaj tobie głąb serca rozkrywam.

Dlategom kazał do konia i zbroi,

Dlatego nagle i orężnie godzę:

Bo wiem Witołda, że z wojskami stoi,

Gotowy wstręty czynić mi po drodze;

A może na to chciał do Lidy zwabić,

By zwabionego pojmać albo zabić.

Ale ja z mistrzem pruskiego ZakonuTajemne zaraz związałem przymierze,

Aby mi swoje dał w pomoc rycerze;

Za co w nagrodę ustąpię część plonu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.