drukowana A5
39.3
Golem

Bezpłatny fragment - Golem


Objętość:
262 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0531-6

Sen

Światło miesiąca spłynęło w nogi mojego łóżka i rozpostarło się jak wielki,jasny, płaski kamień. Gdy pełnia księżyca kurczy się, a lewa jego strona poczynaniknąć niby twarz, ku której starość się zbliża, która marszczy się i chudnie,wówczas, w takie godziny nocy, opanowują mnie dziwne trwogi i niepokoje.

Nie śpię i nie czuwam, ale w półśnie, w duszy to, co przeżyłem z tym, com czytałi słyszał, miesza się jak strumienie o różnych barwach i przejrzystości.

Zanim udałem się na spoczynek, czytałem żywot Buddy Gotamy i teraz jednaprzypowieść na tysiąc sposobów z oddali powraca mi uporczywie w myśli.

„Wrona poleciała do kamienia, który wyglądał jak kawał słoniny i myśli: możeznajdzie się tu coś smacznego? Nie znalazłszy tam jednak nic smacznego,odleciała dalej. Jak ta wrona, która zbliżyła się do kamienia, tak my opuszczamyascetę Gotamę, utraciwszy doń upodobanie.”

I obraz kamienia, który wygląda jak kawał słoniny, urasta w mej wyobraźni dopotwornych rozmiarów; stąpam przez wyschnięte łożysko rzeki i dźwigam, usuwamgładkie krzemienie szarobłękitne, nakrapiane świecącym pyłem, po którym drepcęi drepcę, a jednak nie mogę sobie z nimi dać rady; potem napotykam czarne osiarczano-żółtych plamach, jak skamieniałe próby rzeźbiarskie jakiegoś dziecka,które chce naśladować niezgrabne, cętkowane skrzeki; chcę precz od siebiedaleko odtrącić te kamienie, ale wciąż wypadają mi z ręki i nie mogę ich usunąć z zakresu swegowzroku. Wszystkie kamienie, które w moim życiu niegdyś jakąkolwiek rolę grały,zapadają się dokoła mnie.

Niektóre męczą się ciężko, wysuwając się z piasku na światło — jak wielkie,łupkobarwne pająki morskie w chwili, gdy przypływ morza powraca — jak gdybywszystko chciały w tym pomieścić, oczy moje przykuć do siebie i powiedzieć mirzeczy niesłychanej wagi.

Inne, wyczerpane, padają bezsilnie z powrotem w swe jamy i znikają, zanim doszły dosłowa. Czasem unoszę się do góry z tego zmierzchu półśnienia i widzę znowu najedno mgnienie oka światło księżyca na bufiastym końcu mojej kołdry: światłoleżące jak wielki, jasny, płaski kamień, i znowu na ślepo macam swą zapadającąświadomość, szukając niespokojnie tego kamienia, który mnie dręczy, a który wrumowiskach wspomnienia leżeć musi i wygląda jak kawał słoniny.

Niegdyś musiała być nad tym kamieniem zawieszona rynna, tak sobie wyobrażam,zgięta pod kątem rozwartym; brzegi jej rdzą były strawione, i uparcie chcę wswym duchu taki obraz wymusić, aby spłoszone myśli okłamać i do snu sięukołysać. Nie udaje mi się. Nieustannie — nieustannie przemawia we mnie głosuparty i nieumęczony, jak okiennica, którą wiatr w prawidłowych odstępach czasuuderza o ścianę; to jest zupełnie coś innego, to wcale nie kamień, to, cowygląda jak słonina.

I nie mogę się pozbyć tego głosu, chociaż sto razy sobie wykładam, że to jestwszystko drobiazg; głos milczy chwilkę, ale niepostrzeżenie znów się odzywa iurągająco zaczyna na nowo: dobrze, dobrze, to prawda, ale to nie jest jednakkamień — to, co wygląda jak kawał słoniny. Z wolna zaczyna mnie opanowywać uczuciecałkowitej niemocy. Co się stało dalej — nie wiem. Czy dobrowolnie przestałem jakkolwiek się opierać, czy też moje myśli przemogły mnie i spętały? Wiem tylko,że moje ciało leży uśpione w łóżku, a moje zmysły oderwały się od ciała i nie sąjuż z nim związane. Kim jest teraz „ja”, chcę się gwałtem dowiedzieć, aledorozumiewam się, że już nie mam żadnego organu, którym mogę stawić pytania.Wtedy lękam się, że głupi głos znowu się przebudzi i znowu zacznie nieskończoną gadaninę o kamieniu i słoninie. I tak kręcęsię w kółko.

Dzień

Wówczas znalazłem się nagle w ponurym podwórzu i naprzeciwko, poprzez czerwonyłuk bramy, ujrzałem po tej stronie ciasnej, brudnej ulicy żydowskiegotandeciarza, opartego o sklep, którego ściany były poobwieszane szeregiemstarych żelaznych rupieci, połamanych narzędzi, zardzewiałych strzemion i łyżew,i wielu innych zamarłych rzeczy. —

Ten obraz miał w sobie nużącą jednostajność, cechującą wszystkie takie wrażenia,które codziennie tak często, jak kramarz domokrążny, przestępują próg naszychspostrzeżeń i nie budzą we mnie ani ciekawości ani zadziwienia. Miałempoczucie, że od dłuższego już czasu byłem w tej okolicy jak u siebie. I topoczucie, mimo sprzeczności z tym, co spostrzegłem jeszcze przed chwilą i jak siętu dostałem, nie pozostawia we mnie żadnego głębszego wrażenia. Musiałem jużkiedyś słyszeć albo czytać o dziwnym porównaniu kamienia z kawałem słoniny;wpadło mi to nagle do głowy, gdy po wydeptanych stopniach dotarłem do swegopokoju i dzięki ich zatłuszczonemu wyglądowi w nieokreślony sposób zacząłemmyśleć nad słoninowym wyglądem kamiennych stopni.

Wtem usłyszałem odgłos kroków przebiegających nade mną po górnych schodach;doszedłszy zaś do drzwi swego pokoju, spostrzegłem, że była to czternastoletniarudowłosa Rozyna, córka tandeciarza Arona Wassertruma.

Musiałem przejść koło niej, ona zaś stała plecami oparta o poręcz schodów ipożądliwie pochylała się w tył. Dla podtrzymania się oparła brudne ręce o żelazny drążek, obnażone jej ramiona blado przeświecały w mroku.

Starałem się uniknąć jej wzroku. Brzydziłem się jej natrętnego śmiechu i tejwoskowej twarzy jakby drewnianego konia. Czułem, że dziewczyna ta musi miećgąbczaste białe ciało, jak aksolotl, którego kiedyś widziałem u ptasznika wklatce z salamandrą.

Rzęsy rudowłosych są dla mnie tak wstrętne jak królicze. Otworzyłem prędko izamknąłem drzwi za sobą. — Ze swego okna mogłem obserwować tandeciarza AronaWassertruma: stał przed sklepem. Podpierał się o wejście ciemnego sklepienia ikleszczami obcinał paznokcie u rąk. Czy rudowłosa Rozyna była jego córką, czysiostrzenicą? Nie było między nimi najmniejszego podobieństwa.

Pośród żydowskich twarzy, które widuję codziennie, wynurzające się w KogucimZaułku, ściśle mogę rozróżnić rozmaite plemiona, które, mimo bliskiegopokrewieństwa poszczególnych jednostek, nie tak łatwo się zacierają, podobniejak oliwa z wodą się nie miesza. Nie można tu powiedzieć: to są bracia, alboojciec i syn. Ten jest tego plemienia, ów innego: to jest wszystko, co się dawyczytać z rysów twarzy. Udowodniłbym to nawet, gdyby Rozyna była podobną dotandeciarza. Te plemiona żywiły względem siebie wzajemny utajony wstręt iobrzydzenie, które również łamały łączność ciasnych związków krwi, lecznakazywały trzymać je w ukryciu przed światem zewnętrznym, tak jak strzeże sięniebezpiecznej tajemnicy. Nikt nie mógł ich przejrzeć, i w tej solidarnościrównali się oni ślepcom, pełnym nienawiści, którzy się przywiązali do brudemprzesiąkniętego sznura. Jeden obojgiem pięści, inny pomimo woli, tylko jednympalcem, lecz wszyscy ogarnięci zabobonną trwogą, że musieliby zginąć, gdybyopuścili wspólną podporę i odłączyli się od pozostałych.

Rozyna jest z tego plemienia, w którym rudowłosy typ jest bardziej jeszczeodrażający, niż u innych.

Mężczyźni tego plemienia są szczupli w piersiach i mają długie, kogucie szyje zwystającym jabłkiem Adamowym. Wszystko wydaje się u nich piegowate. I przez całeżycie cierpią brutalne udręczenia. Walczą skrycie przeciwko swoim chuciom bezkońca i bez skutku, pełni trwogi nieprzerwanej. Nie mogę sobie jasno wyobrazić,na jakiej zasadzie przypisywałem Rozynie związek pokrewieństwa z tandeciarzemWassertrumem. Nigdy jej nie widziałem w pobliżu starca i nie zauważyłem, abykiedykolwiek ze sobą rozmawiali. Rozyna była prawie zawsze na naszym podwórzu,albo przeciskała się przez ciemne przejścia i zakamarki naszego domu. Zapewnewszyscy moi współlokatorzy uważali ją za bliską krewną, a przynajmniej zawychowankę Arona, ja zaś byłem przekonany, że nikt nie mógłby tegoprzypuszczenia wytłumaczyć. Chciałem myśli oderwać od Rozyny i spojrzałem wotwarte okno swego pokoju w dół, na zaułek. Gdy Aron Wassertrum poczuł mój wzrok,podniósł nagle ku górze swoją nieruchomą, szkaradną twarz z okrągłymi rybimioczyma i odstającą górną wargą. Wydał mi się jak człowiek-pająk, który wyczuwanajdelikatniejsze dotknięcie swojej sieci, jakkolwiek zdaje się niewzruszony iobojętny. I z czego on mógł żyć? Co myśli i co zamierza? Nie wiedziałem tego. Naścianach jego sklepu wiszą bez zmiany z dnia na dzień, z roku na rok, te samemartwe, bezwartościowe rzeczy. Mógłbym je narysować z zamkniętymi oczyma. Tutajzgięta, blaszana trąba bez klap, pożółkły obraz malowany na papierze,wyobrażający dziwacznie poustawianych żołnierzy. Potem wiązka zardzewiałychostróg na spleśniałym rzemieniu i inne na wpół zbutwiałe rupiecie. A na przedziena podłodze szereg okrągłych, tak gęsto koło siebie ułożonych żelaznych fajerek, że nikt nie mógł przekroczyć progu sklepu. Ilość tychwszystkich rzeczy nie zmniejszała się nigdy ani nie powiększała i trwała wniezmienności. A gdy pewnego razu jaki przechodzień zatrzymał się i zapytał ocenę tego albo owego przedmiotu, tandeciarz wpadał w gwałtowne rozdrażnienie. Wsposób dreszczem przejmujący wyciągał swoją zajęczą wargę ku górze i podnieconywymrukiwał coś niezrozumiałego gardłowym, jąkającym się basem, tak że klienttracił ochotę pytać jeszcze i wystraszony udawał się w dalszą drogę.

Wzrok Arona Wassertruma błyskawicznie prześlizgnął się sprzed moich oczu ispoczął z natężoną uwagą na gołych murach przybudówki, która sięgała mego okna.Co on mógł tam zobaczyć? Przecież tylna ściana domu jest zwrócona na ulicę, aokna wychodzą na podwórze! Tylko jedno skierowane jest na ulicę.

Pokoje przylegające do moich na tym samym piętrze — zdaje mi się, że jest tojakaś pokątna pracownia — przypadkowo zdawały się być w tej chwili zajęte,gdyż nagle za ścianą usłyszałem rozmawiające ze sobą głosy, męski i kobiecy.

Niepodobna, aby tandeciarz na dole głosy te mógł słyszeć. Przed mymi drzwiamiktoś się poruszał; domyśliłem się, że to ciągle jeszcze Rozyna w ciemnościachczeka pożądliwie, aż może ją do siebie zechcę zaprosić.

Na dole zaś o pół piętra niżej z zatrzymanym oddechem czatował na schodachdziobaty, na pół dorosły Loiz, czy ja drzwi otworzę i czułem formalnie tchnienienienawiści i spienioną zazdrość sięgającą aż tu, poza moje progi.

Chłopiec bał się zbliżyć, aby go Rozyna nie spostrzegła. Czuje się on od niejzależny, jak głodny wilk od swego dozorcy, a chciałby z przyjemnością zerwać sięi nieprzytomnie dać upust swojej wściekłości. Usiadłem przy warsztacie i wyjąłemobcążki i rylce. Lecz nic nie mogłem wykonać, a ręka moja była za mało spokojna, abypoprawiać subtelne ryciny japońskie. Smętne, ponure życie, związane z tym domem,stało na przeszkodzie uspokojeniu mego umysłu i ciągle we mnie nurtowały stareobrazy.

Loiz i jego bliźniak Jaromir byli zaledwie o rok starsi od Rozyny. O ojcu ich,który wyrabiał hostie, nie mogę sobie nic przypomnieć, a teraz, zdaje mi się,opiekę ma nad nimi pewna stara kobieta. Tylko nie wiem, która to była spośródwielu, co w tym domu mieszkają ukryte jak krety w swych podziemiach.

Opiekowała się obu chłopcami, to znaczy udzielała im schronienia, oni zaś za tomusieli jej dostarczać tego, co przy sposobności ukradli lub wyżebrali. Czydawała im również co jeść? Nie przypuszczam, gdyż stara wraca zwykle do domupóźnym wieczorem.

Jest podobno obmywaczką umarłych.

Gdy Loiz, Jaromir i Rozyna byli jeszcze dziećmi, widywałem ich często, jak sięwe troje niewinnie bawili. Lecz dużo czasu już minęło.

Teraz Loiz cały dzień biega za rudowłosą Żydówką. Czasami szuka jej nadaremnie,a gdy nie może nigdzie jej znaleźć, wtedy prześlizguje się przed moimi drzwiamii z wykrzywioną twarzą oczekuje, aż ta po kryjomu tutaj przyjdzie. Potem, siedzącprzy pracy, widzę go, jak biegnie przez ulicę z głową po szpiegowsku przechylonąna wychudłym karku. Czasem nagle przerywa ciszę dziki wrzask. Jaromir, będącgłuchoniemym i mając wszystką myśl przepełnioną jedynie szalonym pożądaniemRozyny, błądzi jak dzikie zwierzę po domu, a jego nieokreślone wyjąceszczekanie, które wydaje na wpół przytomnie z zazdrości i podejrzliwości, brzmitak strasznie, że niejednemu krew by w żyłach skrzepła. Jaromir szuka obojga,gdziekolwiek ich obecność podejrzewa, w jednym z tysiąca brudnych zakątków,ukryty w ślepej wściekłości, ciągle biczowany tą myślą, że jego brat za nim śledzi, abyz Rozyną nic się nie stało, czego by on nie wiedział. I właśnie to ciągłedręczenie kaleki — jak sądzę — jest środkiem podniecającym Rozynę, że wciąż znim się spotyka. Gdy jej skłonności i chęci słabną, Loiz wymyśla nowe rozmaiteszkaradzieństwa, aby żądze Rozyny na nowo rozbudzić. Wtedy pozwalają umyślnieprzyłapać się głuchoniememu, wabiąc chytrze szalejącego z wściekłości w ciemneprzejścia; tu Jaromir, włażąc na zardzewiałe obręcze, które przy stąpaniupodnosiły się w górę i żelazne grabie ostrzami zwrócone do góry, podlegałprzykrym wypadkom i bywał nieraz pokrwawiony i poraniony. Od czasu do czasuRozyna obmyślała, aby go męczyć na swoją rękę w sposób jeszcze piekielniejszy.Potem naraz zmieniała postępowanie względem Jaromira, udając, że nagle znajdujew nim upodobanie. Z wiecznie uśmiechniętą miną, popełnia ona względem kalekirzeczy straszliwe, które ją podniecają niemal do obłędu; i w tym celu urobiłasobie pozornie tajemniczy, na pół zrozumiały język znaków, które wciągałygłuchoniemego bez ratunku w sieć bezwiedzy i pożerającej nadziei. Pewnego razuwidziałem go stojącego przed nią, a ona mówiła do niego tak groźnie poruszającwargami i gestykulując, iż byłem pewien, że lada chwila wybuchnie on dzikimwzburzeniem. Pot spływał mu z czoła od nadludzkiego wytężenia myśli, abyuchwycić tak niejasne i prędkie zwroty. A w ciągu następnego dnia czatował,trzęsąc się na ciemnych schodach innego, na wpół rozwalonego domu, który stał naprzedłużeniu ciasnego brudnego zaułka póty, póki mu się nie udało wyżebrać parucentów. A gdy późno w nocy, na wpół umarły z głodu i niepokoju, chciał wrócić dodomu, jego opiekunka dawno już drzwi zamknęła.

Wesoły śmiech kobiecy przecisnął się do mnie przez ścianę, z sąsiedniejpracowni. Śmiech? W tym domu wesoły śmiech? W całym Getcie nikt nie mieszka,co by mógł się śmiać wesoło. Wtem przypomniałem sobie, że przed paru dniamizwierzał mi się stary jasełkarz Zwak, że pewien młody, bogaty pan wynajął odniego drogo pracownię widocznie dlatego, aby móc bez przeszkody spotykać się zwybraną swego serca. Aby w domu nikt tego nie spostrzegł, drogie meble nowegolokatora musiano wstawiać nocami w tajemnicy, po sztuce. Dobroduszny starzec,gdy mi to opowiadał, zacierał aż ręce z zadowolenia i cieszył się jak dziecko zeswojej zręczności, że nikt ze współlokatorów nie przypuszcza nawet istnieniajakiejś romantycznej pary zakochanych.

Z trzech domów można się dostać niepostrzeżenie do pracowni. Nawet można wejśćprzez drzwi tajemne. Tak, gdy się otworzy żelazne drzwi w podłodze — co ztamtej strony jest łatwe do wykonania — można by, przeszedłszy przez mój pokój,dojść do schodów naszego domu i użyć ich za wyjście... Znowu z pracownizadźwięczał wesoły śmiech i obudził we mnie niewyraźne wspomnienie zbytkownegomieszkania pewnej szlachetnej rodziny, do której byłem często wzywany doodnawiania drogocennych starożytności. Nagle usłyszałem tuż obok przeraźliwykrzyk. Słuchałem wystraszony. Żelazne drzwi w podłodze silnie zaskrzypiały i pochwili do mego pokoju wpadła kobieta. Z rozpuszczonymi włosami, blada jakściana, z zarzuconym na nagie plecy złotogłowiem.

— Mistrzu Pernath, ukryj mnie pan, na miłość Boską. Nie pytaj się pan, ukryj mnietutaj.

Zanim mogłem odpowiedzieć, drzwi zostały powtórnie szarpnięte inatychmiast zamknięte. W sekundę później ujrzałem podobną do wstrętnej maski,szyderczą twarz kramarza Arona Wassertruma.

Przede mną wynurzyła się okrągła świecąca plama i w świetle księżyca poznałemznowu nogi mego łóżka. Sen ogarniał mnie jeszcze jak ciężki, wełniany płaszcz, aimię Pernath, jak gdyby wypisane złotymi literami, pozostawało w mojej pamięci.Gdzie ja to imię czytałem? Atanazy Pernath?

Przypominam sobie, dawnymi czasy zamieniłem gdzieś swój kapelusz i dziwiłem sięwtedy, że tak jest dopasowany, chociaż głowę mam o bardzo niezwykłym kształcie.Zajrzałem wtedy do cudzego kapelusza i — tak, tak, było w nim złotymi,papierowymi literami na białej podszewce napisane:

Atanazy Pernath

Nie wiem, dlaczego poczułem do tego kapelusza wstręt i nawet się go lękałem.Wtem uderzył mnie jak strzała zapomniany głos, który chciał się ode mniedowiedzieć, gdzie się podział kamień, wyglądający jak słonina. Szybkowyobraziłem sobie ostry, słodko szydzący profil rudej Rozyny i w ten sposóbudało mi się uchylić od pocisku, który natychmiast zginął w mroku.

Tak, twarz Rozyny! To jest jednak silniejsze niż bezmyślnie paplający głos irzeczywiście, gdy się znowu ukryję w swoim pokoiku na Kogucim Zaułku, mogę byćzupełnie spokojny.

J.

Jeżeli się nie łudzę w domyśle, że na zewnątrz ktoś stąpa po schodach, wniezmiennej ciągle odległości ode mnie, z tym zamiarem, aby mnie odwiedzić, tona pewno znajdować się on teraz musi na ostatnim zakręcie schodów. Teraz poszedłw bok, w stronę mieszkania archiwisty Szemajaha Hillela i dostał się zwydeptanych schodów do sieni wyższego piętra, wyłożonej czerwonymi cegłami.Przeszedł po omacku wzdłuż ściany i musiał teraz, właśnie teraz, sylabizując ztrudem w ciemnościach, odczytywać z tabliczki na drzwiach moje nazwisko.

Stanąłem wyprostowany w środku pokoju i spoglądałem na wejście. Wtem otworzyłysię drzwi i on wszedł.

Zbliżył się parę kroków ku mnie i nie zdejmując kapelusza, nie rzekł nawet anisłówka na powitanie. Odniosłem wrażenie, że zachowuje się, jak u siebie w domu iuważałem za zupełnie zrozumiałe, iż on tak, a nie inaczej postępuje. Sięgnął dokieszeni, wyjął jakąś książkę i długo przewracał w niej kartki.

Okładka książki była metalowa, wyciski na niej w kształcie rozetek i pieczęcibyły nakładane farbą i wyłożone małymi kamyczkami. W końcu znalazł szukanemiejsce i wskazał mi je. Tytuł brzmiał: Ibbur, Brzemię duszy. Olbrzymi, złotoczerwony inicjał „J” zajmował prawie połowę stronicy, którą pomimo woliprzejrzałem; był na brzegu uszkodzony. Starałem się go naprawić. Inicjał ten niebył przylepiony do pergaminu, jak to dotychczas widywałem w starych książkach,składał się on raczej z dwóch cienkich złotych płytek, zlutowanych ze sobą w samym środku, a końcamizaczepionych o brzegi pergaminu. Czyżby to miejsce stronicy, na którym sięznajdowała litera, było przedziurawione? Gdyby tak było w rzeczywistości, to nadrugiej stronie „J” musiałoby być odwrócone. Przerzuciłem kartkę i mojeprzypuszczenie się nie sprawdziło. Pomimo woli przeczytałem tę i następnąstronicę. I czytałem ciągle dalej a dalej. Książka mówiła do mnie, jak mówi sen,jaśniej tylko i wyraźniej. Poruszyła ona moje serce jakimś zagadnieniem.

Słowa płynęły z niewidzialnych ust, stawały się żywe i zbliżały się do mnie.Tańczyły i drgały przede mną, jak pstro ubrane niewolnice, pogrążały się potem wpodłodze lub znikały jak lśniące tchnienia w powietrzu i ustępowały miejscainnym. Każda miała chwilkę nadziei, że zechcę ją wybrać, lecz na widoknowo przybyłej wyrzekała się swych nadziei. Niektóre, znajdujące się pod nimi,przychodziły świetne, jak pawie w mieniących się barw szatach, a kroki ich byłypowolne i odmierzane. Inne — jak przestarzałe i przeżyte królowe o farbowanychpowiekach, o rysach twarzy prostytutki i zmarszczkach pokrytych wstrętnąszminką. Patrzyłem na nie, jak się zjawiały i odchodziły, a wzrok mój ślizgałsię po wydłużonych konturach szarych postaci o twarzach tak pospolitych i bezwyrazu, że wyrycie się ich w pamięci było wykluczone.

Potem przywlokły nagą kobietę, olbrzymią jak spiżowy kolos. Jej rzęsy były takdługie, jak moje całe ciało; niemo wskazała na puls swej lewej ręki. Uderzał onjak trzęsienie ziemi i miałem wrażenie, że w nim ześrodkowało się życie całegoświata. Z oddali zbliżał się orszak korybantów. Mężczyzna i kobieta trzymali sięw objęciach, widziałem ich zbliżających się z oddalenia, orszak zaś czyniłwrzawę coraz bliżej. Teraz słuchałem rozlegającego się śpiewu bezładniepląsającej przede mną gromady, a wzrok mój szukał zagubionej pary. Lecz ta przemieniła się w jedną jedynąpostać, na wpół męską, na wpół kobiecą — w Hermafrodytę, siedzącego na tronie zmasy perłowej. Korona Hermafrodyty kończyła się deską z czerwonego drzewa;wewnątrz robak zniszczenia wygryzał tajemniczą cyfrę. W obłokach pyłu szybko sięzbliżała, popędzana biczem, trzoda małych, ślepych owiec: karmne zwierzęta, któreprowadził w orszaku gigantyczny mieszaniec, miały przeznaczenie utrzymywać życiekorybantów.

Czasami niektóre postacie, wypływające z niewidzialnych ust, przybywały zgrobów, z chustami przed obliczem. I stanąwszy przede mną, nagle zrzuciły okryciai stężałe, głodne, spoglądały krwiożerczym wzrokiem, skierowanym w me serce, ażlodowaty strach wciskał mi się w sam mózg, a krew moja kipiała jak potok, wktóry spadają z nieba odłamy skalne — nagle i w sam środek łożyska.

Jakaś kobieta unosiła się nade mną w powietrzu. Nie widziałem jej twarzy, gdyżodwróciła się ode mnie, a miała na sobie płaszcz z płynących łez. Maski tańczyły,śmiały się, nie dbając o mnie zupełnie. Tylko jakiś Pierrot obejrzał się uważnie— oczy utkwił we mnie i odskoczył. Wrósł w ziemię przede mną i spojrzał mi wtwarz jak gdyby w zwierciadło. Robił tak dziwne miny, podnosił i machał rękami,już to ociężale, już to z błyskawiczną szybkością, że moim jedynymnieprzepartym pragnieniem stało się nagle naśladować Pierrota, mrugać oczami jakon, poruszać łopatkami i wykrzywiać kątami ust jak on.

Wtedy odepchnęły go na bok niecierpliwie cisnące się postacie, które wszystkiechciały być przed moim wzrokiem. Lecz żadna z tych istot nie mogła się utrwalić.Są to oślizgłe perły nawleczone na jedwabny sznur, są to poszczególne tonyjednej tylko melodii, które z niewidzialnych ust wypływają. Już nie była toksiążka, co przemawiała do mnie. Był to głos. Głos, który czegoś chciał ode mnie, czegoś, czego nie mogłemuchwycić, choć nie wiem jak usiłowałem to zrobić. Głos dręczył mnie palącymi,niezrozumiałymi pytaniami. Lecz głos, który te widzialne wypowiadał słowa,umarły był i bez echa. Każdy głos, rozbrzmiewający w świecie rzeczywistości,odpowiada wielokrotnym echem, tak jak każdy przedmiot ma jeden duży cień iwiele cieni małych, ten jednakże głos nie odpowiadał już żadnym echem — dawno,dawno już się te echa rozwiały i przebrzmiały.

Przeczytałem książkę do końca i trzymałem ją jeszcze w rękach, a wówczas było mitak, jak gdybym badawczo w mózgu własnym kartki przerzucał — i to nie w jednejksiążce! — Wszystko, co mi ten głos powiedział, nosiłem w sobie, odkąd żyję, leczbyło to zapomniane i ukryte przed mą świadomością aż do dnia dzisiejszego.

Spojrzałem przed siebie. Gdzie się podział człowiek, który mi przyniósł książkę?Czyżby wyszedł? Czy przyjdzie po nią, gdy będzie skończona? Może mam mu jąodnieść? Lecz nie mogę sobie przypomnieć, czyli mówił, gdzie mieszka. Starałemsię wywołać w pamięci jego zjawę, lecz mi się nie udało. Chociażby wiedzieć, jakbył ubrany. Czy był stary, czy młody? Jakiego koloru były jego włosy, broda? Nie,nic zupełnie nie mogłem sobie wyobrazić. Wszystkie przedstawiające go obrazy,które sobie stworzyłem, rozpływały się bez zatrzymania, zanim byłem w staniepołączyć je w duchu. Zamknąłem oczy i opuściłem rękę na powieki, aby ułowićnajdrobniejszą choćby cząstkę jego portretu. Nic, nic. Stanąłem pośrodku pokojui spoglądałem na drzwi, tak, jak to zrobiłem przedtem, gdy człowiek ten wchodziłi malowałem sobie całą rzecz: teraz skręca koło rogu, teraz stąpa po wyłożonejcegłami posadzce, teraz czyta na drzwiach moją tabliczkę: „Atanazy Pernath”, a teraz wchodzi. Daremnie. Nie mogłem wzbudzić najmniejszegośladu wspomnienia co do jego postaci. Zobaczyłem książkę leżącą na stole ichciałem sobie wyobrazić w duchu rękę, która ją z kieszeni wyjmuje, by mi jąpodać. Nie mogłem sobie uzmysłowić, czy na ręku była rękawiczka, czy też dłońbyła obnażona, czy była młoda, czy pomarszczona, przystrojona pierścieniami, czyteż nie.

Wtem wpadł mi szczególny pomysł. Był on jak natchnienie, któremu nie można byłosię oprzeć. Włożyłem kapelusz i przeszedłszy korytarz, zszedłem po schodach nadół. Potem powoli wróciłem znów do swego pokoju.

Powoli, zupełnie powoli, tak jak on, gdy wchodził do mnie. Otworzywszy drzwispostrzegłem, że w pokoju był zmrok. Czyż nie promieniał jasny dzień, gdy przedchwilą wychodziłem? Jak długo musiałem marudzić, jeżeli nie zauważyłem, że terazjest już tak późno?

Próbowałem naśladować nieznajomego w ruchach i minach, lecz nie mogłem go sobiezupełnie przypomnieć. Jak jednakże miało mi się udać naśladowenie jego postaci,skoro nie miałem żadnego punktu oparcia do jego wyglądu?

Lecz rezultat był inny, zupełnie inny, niż przypuszczałem. Moja skóra, muskuły,całe ciało przypomniały sobie nagle wszystko, nie zdradzając się przed mózgiem.One to wykonywały ruchy, których nie chciałem i nie zamierzałem wykonywać. Jakgdyby moje członki nie należały więcej do mnie. W jednej chwili, gdy robiłemparę kroków po pokoju, chód mój stał się drepcący i cudzy. Określiłem, że tochód człowieka, który jest w ciągłej obawie, że upadnie. Tak, tak, tak, to byłjego chód. Najdokładniej wiedziałem — to on. Miałem twarz obcą, bez zarostu, owystających kościach policzkowych i spoglądałem ukośnymi oczami. Czułem to, lecz nie mogłem się zobaczyć. Przerażony, że moja twarz nie jest moją, chciałemkrzyczeć; następnie chciałem się dotknąć, lecz ręka nie poszła za rozkazem woli,jeno zanurzyła się w kieszeni i wyjęła książkę. Zupełnie tak, jak on to robił.Magle siedzę, znowu bez kapelusza i palta przy stole i to jestem ja. To ja, toja! Atanazy Pernath. Trzęsły mną dreszcze i zgroza, serce szalało, jakby chciałowyskoczyć i czułem, że widmowe palce, ściskające dotychczas mój mózg, usunęłysię ode mnie. Tylko z tyłu głowy wyczuwałem jeszcze zimne ślady ich dotyku.

Teraz wiedziałem, jakim był nieznajomy, mógłbym go znowu w sobie wyczuć — wkażdej chwili, gdybym zapragnął — lecz wywołać jego obraz tak, abym go widziałprzed sobą oko w oko, tego jeszcze nie potrafię i nigdy nie będę mógł zrobić.Poznałem, że on jest jak negatyw, niewidoczna próżnia, o nieuchwytnych liniach,w którą muszę się sam wcisnąć, jeżeli chcę poznać jej kształt i istotę wewłasnym „ja”.

W szufladzie mego stolika stała żelazna kasetka — chciałem w niej zamknąćksiążkę i dopiero gdy stan choroby ducha ustąpi, chciałem ją wyjąć i podjąćpoprawę złamanego inicjału „J”. Wziąłem książkę ze stołu. Czułem, jak gdybym nicnie trzymał; chwytam kasetkę — to samo — wrażenie, jak gdyby zmysł dotyku musiałodbywać długą, długą drogę pełną ciemności, zanim by co wpadło do mojejświadomości; jak gdyby to były rzeczy warstwami czasu mnogich lat oddaloneode mnie i należące do przeszłości, co już dawno przeminęła.

Głos, który poszukiwał mnie, krążąc w mroku, aby mnie trapić kamieniem podobnymdo słoniny, przeszedł koło mnie, ale mnie nie zauważył. Wiedziałem, że pochodzion z krainy snów. Lecz to, co przeżyłem, było rzeczywistością i czułem, żedlatego właśnie nie mógł mnie nie widzieć i szukał mnie na próżno.

Praga

Koło mnie stał student Charousek, owijając kołnierz swego bardzo cieniutkiegosurduta i słyszałem, jak mu z zimna zęby szczękały. Chłopiec ten może umrzeć —mówiłem sobie — w tym pełnym przeciągów, lodowatym łuku bramy — i prosiłem go,aby wraz ze mną zaszedł do mego mieszkania. Lecz on mi odmówił.

— Dziękuję wam, mistrzu Pernath — mruknął chłodno — nie mam tyle wolnego czasu —muszę spieszyć do miasta.

Gdybyśmy wyszli na ulicę, to po kilku krokach zmoklibyśmy do suchej nitki.Deszcz nie ustaje. Strumienie wody spływały z dachów po fasadach domów, jakpotoki łez. Podniósłszy nieco głowę, mogłem tam na górze na czwartym piętrzewidzieć swoje okno, deszczem schlapane, a wyglądające, jak gdyby jego szybyrozmiękły i stały się nieprzezroczyste i pogarbione niby żelatyna. Żółtawy,brudny strumień spływał ulicą i brama zapełniła się przechodniami, którzychcieli przeczekać, póki niepogoda nie minie.

— Tam płynie bukiet ślubny — powiedział nagle Charousek i wskazał na bukietzwiędłych kwiatów, który się przybliżał, pędzony brudną falą. Na to ktośroześmiał się głośno. — Odwróciwszy się, zobaczyłem, że był to stary, wytwornieubrany pan o siwych włosach i nabrzmiałej, rozpuchłej twarzy. Charousek takżespojrzał w tył i mruknął coś do siebie.

Starzec miał w sobie coś nieprzyjemnego; odwróciłem uwagę od niego iprzyglądałem się obdrapanym domom, które w moich oczach przykucnęły na deszczu, jak stare leniwezwierzęta. Jak one wyglądały przykro i staro! Budowane bez zastanowienia, stałyjak zielsko, co wydobywa się z ziemi. Dobudowano je, bez względu na otoczenie,do niskich żółtych murów kamiennych, jedynych resztek dawniejszego szerokorozpostartego budynku z przed dwóch-trzech stuleci. Tam połowa pochylonegodomu z zapadającym się frontem. Inny obok, wyższy ponad inne, jak ogromny kieł.Pod pochmurnym niebem wyglądały one jak pogrążone we śnie i nie odgadłbyśchytrego, pełnego nienawiści życia, które czasami z nich wytryskało, gdy mgłajesiennych wieczorów zalega ulice i pomaga im ukryć swą cichą, ledwo dostrzegalnągrę twarzy. W czasie, gdy tu jeszcze mieszkam, utrwaliło się we mnie to wrażeniei nie mogłem się go pozbyć. Są pewne godziny w nocy i o rannym brzasku, gdy domyte w jakimś podnieceniu prowadzą milczące, tajemnicze narady. I niekiedy zrywasię słabe drżenie poprzez ich ścianę, którego niepodobna wytłumaczyć, szmerypłyną poprzez dachy i spadają w rynny deszczowe — my zaś je przejmujemyniebacznie tępymi zmysłami, nie śledząc ich przyczyny. Często roiło mi się, żempodpatrzył upiorne zachowanie się kamienic i dowiedziałem się z pełnym zgrozypodziwem, że one właśnie są utajonymi i istotnymi panami ulicy, że już to tracążywot i czucie, już to do życia powracają, a w ciągu dnia mieszkańcom, co się tugnieżdżą, udzielają go w pożyczce, następnej zaś nocy z lichwiarskim procentemdomagają się go powrotnie.

Wyobrażam sobie dziwnych ludzi, którzy mieszkają w tych domach niby schematy,niby istoty nie z matki urodzone — ludzie, którzy w myśleniu i działaniu zdająsię być spojeni bez doboru, przeciągają przede mną jak duchy, i jestemskłonniejszy wierzyć, że takie sny tają w sobie ciemne prawdy, które na jawietlą się we mnie, jako wrażenie z kolorowych baśni. Potem skrycie budzi się we mnie znów podanie owidmowym Golemie, owym sztucznym człowieku, którego niegdyś tutaj w mrokachGetta pewien rabin, znawca Kabały, utworzył z elementów i przywoływał go doautomatycznego, bezdusznego bytu, szepcąc przez zęby magiczne słowo liczebne. Ijak ów Golem drętwiał natychmiast w posąg gliniany w chwili, gdy tajemnicząsylabę jego życia cofał swymi usty zaklinacz, tak niewątpliwie, sądzę, tracą swójbyt duchowy wszyscy ci ludzie, skoro tylko w mózgu u jednego zagasłojakiekolwiek nikłe wyobrażenie, podrządna dążność, może zbyteczneprzyzwyczajenie, u innego zaś tylko głuche oczekiwanie jakiejś rzeczy całkowicieniezrozumiałej i całkowicie pozbawionej treści. — Przy tym co za nieustannestraszliwe zasadzki i podstępy w tych istotach! Nigdy nie widzi się tych ludziprzy pracy, jednak budzą się o pierwszym brzasku dnia i czekają z zapartymoddechem, jak na ofiarę — na coś, co nigdy nie nadchodzi. Jeżeli istotnie kiedyśpowstaje pozór, jakby ktoś wchodził w ich obrąb, ktoś bezsilny, co to mogliby goopanować: wówczas spada na nich nagle paraliżujący strach, odpędza ich zpowrotem do nor, tak iż drżąc, odstępują od zamiaru. Nikt nie wydaje się dośćsłaby, by im odwagi starczyło dla opanowania jego niemocy.

— Zwyrodniałe, bezzębne, dzikie zwierzęta, którym odebrano siłę i oręż —powiedział Charousek powolnie i spojrzał się na mnie.

Jakim sposobem mógł on wiedzieć, o czym myślałem? Czasami tak mocno urabiamyswoje myśli, że one mogą, jak latające iskry, przeskoczyć w mózg stojącego wpobliżu.

— — — Z czego oni mogą żyć? — spytałem po chwili.

— Żyć? Z czego? Niejeden z nich jest milionerem.

Spojrzałem na Charouska. Co on myślał, mówiąc te słowa? Ale student umilkł i spojrzał na obłoki. Na chwilę ustał szmergłosów w bramie i słychać było tylko syczenie deszczu. Co on chciał przez topowiedzieć: „Niejeden z nich jest milionerem”?. Znów wydało się, jak gdybyCharousek odgadł moje myśli. Wskazał na sklep tandeciarza obok nas, gdzie wodaopłukiwała rdzę żelaznych rupieci, tworząc brązowo-czerwone kałuże.

— Aron Wassertrum! Ten na przykład to milioner. Prawie trzecia częśćżydowskiego miasta jest jego własnością. Czy pan o tym nie wie, panie Pernath?

Wprost zatamował mi się oddech w piersiach.

Aron Wassertrum tandeciarz, Aron Wassertrum milioner?

— O, znam go dobrze — mówił dalej Charousek, jak gdyby tylko czekał, że gozapytam — znam też jego syna, doktora Wassory. — Nigdy pan o nim nie słyszał? Odoktorze Wassory — słynnym okuliście? — Przed rokiem jeszcze całe miasto mówiłoo nim z zachwytem, jako o wielkim uczonym. — Nikt nie wiedział, że on zmieniłnazwisko i przedtem nazywał się Wassertrum. Chętnie udawał on oderwanego odświata człowieka nauki i kiedy raz była rozmowao pochodzeniu, skromnie, z głębokim wzruszeniem oświadczył półsłówkami, żeojciec jego pochodzi jeszcze z Getta — a sam wybił się na światło trudemwszelkiego rodzaju i niewypowiedzianymi kłopotami. Czyim trudem iniewypowiedzianymi kłopotami, za pomocą jakich środków, tego jednak nie objaśnił.Ja przecież wiem, jaki to ma związek z gettem — Charousek ujął mnie za ramię ipotrząsnął nim silnie.

Mistrzu Pernath, jestem taki biedny, że sam zaledwie topojmuję i muszę chodzić prawie nago, jak włóczęga, spójrz pan tutaj! A bądź cobądź jestem studentem medycyny, jestem wykształconym człowiekiem. — Zerwał swojewierzchnie ubranie i zdumiony spostrzegłem, że student nie miał koszuli ani marynarki i nosił płaszcz na gołym ciele. — I byłem już taki biedny, kiedymtę bestię, tego wszechmocnego, szanownego doktora Wassory doprowadził do upadku, a idziś jeszcze nikt nie przypuszcza, że ja to, ja byłem właściwym sprawcą...

W mieście sądzą, że to był niejaki doktor Savioli, który jego praktyki ujawnił idoprowadził go do samobójstwa. Doktor Savioli był jeno narzędziem w moich rękach!Mówię panu. Ja sam wymyśliłem ten plan i zebrałem materiał, dostarczyłemdowodów i cicho, niepostrzeżenie wyciągałem kamień po kamieniu z budowli doktoraWassory'ego, aż cel osiągnąłem, kiedy żadne skarby świata, żadne podstępy Gettanic już nie mogły poradzić, aby odwrócić klęskę, wymagającą tylko nieznacznegoposunięcia. Wie pan, tak, tak jak się gra w szachy — zupełnie tak, jak się gra wszachy. I nikt nie wie, że to byłem ja! Tandeciarz Aron Wassertrum cośprzeczuwa, bo nieraz sen mu odbiera jakieś groźne majaczenie, że do tej gryprzyłożył rękę ktoś, kogo on nie zna, a który wciąż jest w jego pobliżu, któregojednak on uchwycić nie może — ktoś inny, nie doktor Savioli. Chociaż Wassertrumnależy do tych, których oczy zdolne są mury przenikać, nie może jednakzrozumieć, że są umysły, które potrafią wyliczyć, jak poprzez takie mury możnakłuć długimi, niewidzialnymi, zatrutymi szpilkami, omijając krzemienie, złoto iszlachetne kruszce, aby trafić w utajone tętno życia.

I Charousek uderzył się w czoło i roześmiał się dziko.

— Aron Wassertrum wkrótce się o tym przekona, tego samego dnia, w którym zechcepowiesić doktora Saviolego! Ściśle tego samego dnia.

Zapewniam pana, że kto grając ze mną dopuści do takiego gambitu z królem ilaufrem, ten zawiśnie w powietrzu, jak bezradna marionetka na wątłej nici, niciktórą ja pociągam, niech pan to zrozumie, którą ja pociągam i która nie ma woliwłasnej.

Student mówił jak w gorączce — spojrzałem mu w oczy zdziwiony.

— Co panu zrobił Wassertrum i jego syn, że jesteś na nich tak zawzięty?

Charousek wzburzony odpowiedział:

— Nie mówmy o tym. Lepiej niech pan zapyta, jak to doktor Wassory skręcił kark. Albo może pan sobie życzy, abyśmy o tym pomówili kiedy indziej? Deszcz ustał.Może pan chce iść do domu?

Charousek zniżył głos, jak ktoś, co się nagle uspakaja. Potrząsłem głową.

— Słyszał pan kiedy, jak się leczy jaskrę (glaukoma)? Nie? Muszę to panuwyjaśnić, żeby pan wszystko dokładnie zrozumiał, mistrzu Pernath.

A więc słuchaj pan. Jaskra jest to złośliwa choroba we wnętrzu oka, która siękończy ślepotą i istnieje tylko jeden środek, aby zatrzymać postępy choroby,mianowicie tzw. irydektomia, która polega na tym, że z tęczówki oka usuwa siękęsek klinowaty. Nieuniknionym skutkiem tej operacji są pewne bardzo przykreprzejawy niedowidztwa, które pozostają na całe życie; proces ślepnięcia jednakżenajczęściej bywa powstrzymany.

Z diagnozą jaskry sprawa ta ma pewien swój szczególny związek. Mianowicie są okresy, zwłaszcza w początku choroby, gdy najostrzejszesymptomata pozornie zanikają i w takich wypadkach lekarz, choćby nie mógłznaleźć najmniejszego śladu choroby, nie powinien nigdy za pewnik uważać, że jegopoprzednik, który był innego zdania, z konieczności się pomylił. Jeżeli jednakzastosowano irydektomię, która może być użytą zarówno przy chorym, jak i przyzdrowym oku, wtedy niepodobna dowieść, czy jaskra rzeczywiście była, czy też jejnie było.

I oto, opierając się na takich i innych możliwościach, doktor Wassory obmyśliłplan straszliwy.

Niezliczoną ilość razy — szczególnie u kobiet — gdy były niewinne zaburzenia w oku — on świadomie konstatował jaskrę, aby tylkodoszło do operacji, która mu nie sprawiała żadnego trudu, przynosiła zaś dużopieniędzy.

Nareszcie miał istotę zupełnie bezbronną w ręku; tu do ograbienia nie trzebabyło nawet śladu odwagi.

Widzisz, mistrzu Pernath, to było zwyrodniałe drapieżne zwierzę, znajdujące sięw takich warunkach, w których nawet bez broni i siły mogło rozszarpać swojąofiarę.

Nie ryzykując nic! Nawet najmniejszej stawki — pojmujesz pan?

Dzięki licznym błahym rozprawkom w zawodowych pismach lekarskich doktor Wassorywyrobił sobie imię znakomitego specjalisty i nawet swoim kolegom, zbyt szczerymi przyzwoitym, by go przeniknąć, potrafił oczy piaskiem zasypać i zaimponowaćnauką.

Naturalnym wynikiem tego rozgłosu były tłumy pacjentów, którzy u niego szukalipomocy.

Gdy przychodził kto ze słabymi zaburzeniami wzroku i dał się zbadać, wtedy doktorWassory przystępował do dzieła z chytrze obmyślanym planem.

Z początku prowadził zwykłe badanie chorego, lecz aby później mieć na wszelkiwypadek wyjaśnienie, zręcznie notował tylko te odpowiedzi, które miały związek zjaskrą.

I ostrożnie sondował, czy już przedtem nie była postawiona diagnoza.

W ciągu rozmowy dawał do zrozumienia, że dostał nagle wezwanie z zagranicy wważnej naukowej sprawie i z tego powodu musi już jutro wyjechać.

Prześwietlając oko promieniami elektryczności, którą przy tym stosował, umyślniesprawiał choremu ból niesłychany.

Wszystko z rozmysłem! Wszystko celowo!

Po zbadaniu, gdy pacjent trwożliwie pytał, czy jest powód do obawy, wtedyWassory wykonywał pierwsze posunięcie szachowe.

Siadał naprzeciw chorego, czekał chwilę, a potem dobitnie i wyraźnie wypowiadałtakie słowa: Ślepota obu oczu — nieunikniona w najbliższym czasie.

— Scena, która z natury rzeczy wynikała, była okropna. Często ludzie mdleli,płakali, krzyczeli, w rozpaczy rzucali się na ziemię. Stracić wzrok — to znaczystracić wszystko. I gdy nastąpiła chwila odpowiednia, gdy badana ofiara,obejmując kolana doktora Wassory, pytając błagalnie, czy na tym bożym świecie nieznajdzie się dla niej ratunku, wtedy krwiożerczy zwierz wykonywa drugieposunięcie szachowe — i sam niby to staje się bogiem, który w mocy swej miałocalenie.

Wszystko, wszystko na świecie jest jak gra w szachy, mistrzu Pernath.

Jedyne, co mogłoby tu pomóc — mówił po namyśle doktor Wassory — tonatychmiastowa operacja — i z pożądliwą próżnością, która się w nim naglebudziła, długo i szeroko opisywał taki lub inny wypadek, który z wypadkiemobecnym ma bardzo wielkie podobieństwo; opowiadał, ilu to chorych jemu jedyniezawdzięcza ocalenie wzroku itp.

Rozkoszował się formalnie myślą, że może być uważany za istotę wyższą, w którejręku złożone jest ocalenie i zagłada bliźnich.

Lecz bezbronna ofiara siedziała przed nim z sercem pełnym palących zapytań, zczołem perlącym się od potu i trwogi, nie miała odwagi ani na chwilę przerwać mumowę, z obawy, aby go nie rozgniewać, jego, jedynego, co mu zdoła dopomóc.

Doktor Wassory zaś zamykał rozmowę słowami, że do tej operacji mógłby przystąpićdopiero po kilku miesiącach, gdy wróci z podróży.

Miejmy nadzieję — mówił — gdyż w takich wypadkach zawsze się powinno spodziewaćnajlepszego — miejmy nadzieje, że wtedy nie będzie jeszcze za późno.

Naturalnie chory wówczas zrywał się zawsze przerażony — i tłumaczył, że podżadnym warunkiem, ani jednego dnia nie chce czekać dłużej — i błagalnie prosiło wskazówkę, czy jaki inny okulista w mieście nie mógłby wykonać operacji.

Wtedy nadchodziła chwila, kiedy doktor Wassory zadawał rozstrzygający cios.

Kroczył po pokoju w głębokiej zadumie, jakby zgryziony marszczył czoło — izakłopotany szeptał, że wdanie się innego lekarza ze względu na koniecznośćprześwietlania elektrycznością jest niepożądane, gdyż chory sam chyba wie, jakieto bolesne; powtórne użycie tych oślepiających promieni — pociągnęłoby za sobąjak najfatalniejsze skutki.

Inny lekarz, pominąwszy to, że niektórym właśnie brak wprawy koniecznejdo irydektomii, musiałby na nowo oczy badać — i dopiero po upływie pewnegoczasu, gdy nerwy wzrokowe odpoczną, przystąpić do operacji chirurgicznej.

Charausek zacisnął pięści.

— W szachach nazywamy to „ruchem musowym”, drogi mistrzu Pernath! — Co następowałopotem — były to ciągłe ruchy musowe — jeden po drugim.

Na wpół przytomny z rozpaczy pacjent zaklinał doktora Wassory, aby go wybawił, abyna jeden dzień podróż odłożył i sam wykonał operację. Chodziło tu więcej niż orychłą śmierć; chodziło tu o straszną, męczącą obawę, że każdej chwili możeszoślepnąć, co jest gorsze ponad wszystko.

I im bardziej potwór narzekał i ubolewał, że odłożyć podróż to narazić się nanieobliczone szkody, tym większe sumy dobrowolnie składali mu chorzy.

Gdy w końcu suma wydawała się doktorowi Wassory dostateczną, ustępował — i jeszcze tego samego dnia, zanim by jakiśwypadek mógł jego plan odkryć, zaszczepiał zdrowym oczom nieuleczalne cierpienie,bezustanną trwogę oślepnięcia, która zamieniała życie w torturę; ślady jednakżetego łotrostwa były na zawsze zatarte.

Dzięki takim operacjom zdrowych oczu doktor Wassory nie tylko powiększał swoją sławęniezrównanego lekarza, któremu za każdym razem udało się wstrzymać grożącąślepotę, lecz jednocześnie zaspakajał swoją bezmierną chciwość i składał daninęswej próżności, gdy nieświadome na ciele i majątku pokrzywdzone ofiary uważałygo i ceniły jako swego zbawcę.

Tylko człowiek, który wszystkimi nerwami tkwił w Getcie i w jego niezliczonychniedostrzegalnych, a jednak niepokonanych środkach i zasobach; który się oddzieciństwa uczył czatować w zasadzce jak pająk; który znał każdego człowieka wmieście i przejrzał każdego we wszystkich stosunkach i warunkach życiowych —tylko taki — „pół jasnowidzący” — jak go możemy nazwać — mógł przez długie latapopełniać tego rodzaju ohydy.

I gdyby nie ja, to do dzisiaj prowadziłby on jeszcze swoje rzemiosło,praktykowałby je do późnej starości i w końcu jako szanowany patriarcha, w koleswych drogich, czcią powszechną otoczony, używałby schyłku żywota — aż by wkońcu zdechł jak pies.

Lecz ja również wyrosłem w Getcie, moja krew również nasiąkła atmosferąpiekielnej chytrości i dlatego mogłem go doprowadzić do upadku, tajemniczo tak,jak siły niewidzialne gubią tych, których chcą zgubić. Rzekłbyś — z jasnego niebapiorun w niego uderzył.

Doktor Savioli, młody lekarz niemiecki, miał tę zasługę, że go zdemaskował; ja towysunąłem doktora Savioli na zewnątrz; sam zaś gromadziłem dowód za dowodem, aż nastał dzień, wktórym władza państwowa nałożyła rękę na doktorze Wassorym.

Wtedy zwierz popełnił samobójstwo. Błogosławiona to chwila!

Jak gdyby mój sobowtór stanął przy nim i prowadził jego rękę, aby życie sobieodebrał z tej flaszeczki amylnitrytu, którą naumyślnie zostawiłem w jegogabinecie przy sposobności, gdy pewnego razu celowo sam go doprowadziłem dotego, że i mnie postawił fałszywą diagnozę jaskry: przy czym szczerze i gorącożyczyłem mu, aby ten amylnitryt zadał mu cios ostateczny.

W mieście mówiono, że umarł na paraliż mózgu. W istocie amylnitryt zabija jakparaliż mózgu. Lecz pogłoska ta długo utrzymać się nie mogła.

Charousek skamieniał nagle i ustał nieruchomy, jak gdyby się zagłębił w jakiśproblemat: potem spojrzał w kierunku tandeciarni Wassertruma.

— Teraz — szeptał — on jest sam, zupełnie sam ze swoją chciwością — i — i ze swojąlalką woskową!

Serce mi uderzało jak młotem.

Ze zgrozą spoglądałem na Charouska. Czy miał pomieszanie zmysłów? Gorączka muwidocznie podsuwa takie fantastyczne opowieści.

Naturalnie, naturalnie. Wszystko to on wymyślił, uroił sobie, wyśnił.

Nie mogą być prawdą te okropne rzeczy, jakie mówił o okuliście. To suchotnik:gorączka śmierci mózg jego trawi.

Chciałem go uspokoić jakimś żartobliwym słowem i myśli jego skierować naweselsze tory.

Nagle, zanim znalazłem odpowiednie słowo, błyskawicznie przypomniałem sobietwarz Wassertruma z rozciętą górną wargą, tak jak wtedy, gdy przez otwarte drzwi spoglądał do mego pokoju okrągłymi, rybimi oczyma.

Doktor Savioli! doktor Savioli! — tak, tak się nazywał ów młody człowiek, o którym mipoufnie szepnął jasełkarz Zwak jako o znakomitym lokatorze, który od niegowynajął pracownię.

Doktor Savioli! Jak krzyk nurtowało we mnie to imię. Szereg mglistych obrazówprzesuwał się przed moją myślą, prześcigał się w strasznych domysłach, które namnie runęły jak burza.

Chciałem rozpytać Charouska, pełny lęku wszystko mu opowiedzieć, czego wtedydoznałem: gdy naraz widzę, że studenta opanował gwałtowny atak kaszlu, który goniemal wywracał. Mogłem tylko zauważyć, jak to on, z trudem opierając sięrękami, dreptał w deszcz — i na odchodnym pobieżnie skinął mi głową.

Tak, tak, czuję, on ma słuszność. Nie majaczy w gorączce; nieujęte widmo zbrodniczai się tu w tych ulicach we dnie i w nocy i pragnie się ucieleśnić.

Zawisło w powietrzu, a my go nie dostrzegamy. Nagle wpada w którą z ludzkichdusz — nikt z nas tego nie przeczuwa. A kiedy w końcu zdążymy to pojąć — widmotraci swoją postać i wszystko jest po dawnemu. I tylko niewyraźne szmery,niewyraźne słowa o jakimś okropnym zdarzeniu dochodzą do nas.

W jednym momencie zrozumiałem te zagadkowe stworzenia, które mieszkały naokołomnie; bez woli własnej wloką się one przez byt, ożywione jakimś niewidzialnymprądem magnetycznym, co tak przez ich istotę przepływa, jak przedtem bukietślubny płynął po strugach brudnego ścieku.

Zdało mi się nagle, że wszystkie domy spoglądały na mnie podstępnym obliczem,pełne bezimiennej złośliwości; wrota były jak czarne, szeroko rozwarte gęby, wktórych język wygnił do cna; wielkie paszcze, które każdej chwili mogły wyrzucić przeraźliwy krzyk, tak przeraźliwy i pełny nienawiści, że zatrwożyłby nas wskroś po sam rdzeń duszy.

Cóż to na zakończenie mówił mi studento tandeciarzu? — Szeptem powtarzałem sobie jego słowa: — „Aron Wassertrum jestobecnie sam na sam ze swoją chciwością i swoją lalką woskową”.

Cóż on rozumiał pod tą „lalką woskową”?

To musi być przenośnia, uspakajałem się, jedna z tych chorobliwych metafor,którymi Charousek lubi wywoływać podziw, których się nie rozumie, a którepóźniej, gdy niespodzianie staną się przejrzyste, tak głęboko mogą uderzyć nasząmyśl, jak przedmioty niezwyczajnej formy, na które nagle padł jaskrawy promieńświatła.

Odetchnąłem głęboko, aby się uspokoić i odepchnąć straszne wrażenie, jakiesprawiła na mnie opowieść Charouska.

Spojrzałem uważniej na ludzi, którzy wraz ze mną czekali w sieni domu: terazstał przy mnie gruby starzec, ten sam, który przedtem śmiał się takodrażająco.

Miał na sobie czarny płaszcz i czarne rękawiczki. Nieruchomo nabrzmiałym okiemspoglądał na bramę przeciwległego domu.

Jego gładko wygolona twarz o pospolitych rysach drgała z podniecenia.

Mimo woli spojrzałem w tym samym kierunkui spostrzegłem, że jego wzrok jak oczarowany spoczywa na rudowłosej Rozynie,która stała na przeciwnej stronie ulicy ze swoim niezmiennym uśmiechem naustach.

Starzec próbował dawać jej znaki. Widziałem, że Rozyna doskonale to zauważyła,ale zachowywała się, jak gdyby nic nie rozumiejąc.Wreszcie starzec nie wytrzymał. Przebrnął na palcach na drugą stronę ulicy, ześmieszną elastycznością przeskoczył kałużę — niby duża, czarna piłka kauczukowa.

Zdaje się, że go tu w okolicy znano, gdyż usłyszałem ze wszech stron uwagi,dotyczące jego osoby. Stojący tuż za mną jakiś włóczęga z czerwoną wełnianąchustką na szyi, w niebieskiej furażerce wojskowej, z cygarem Virginia za uchem— robił ustami jakieś szydercze miny, których nie rozumiałem.

Zrozumiałem tylko, że w żydowskim mieście — nazywali starego „wolnym mularzem”,a w ich gwarze to przezwisko oznaczało kogoś, co poszukiwał dziewczątmałoletnich, ale dzięki serdecznym stosunkom z policją zabezpieczony był odwszelkiej nieprzyjemności.

Później twarz Rozyny i postać starca zniknęły w mrokach sieni.

Poncz

Otworzyliśmy okno, żeby wypuścić dym tytoniowy z mego małego pokoju.

Zimny wiatr nocny wionął do środka i poruszył płaszcze tak, że się z lekkazaczęły kołysać.

— Szanowna ozdoba głowy Prokopa najchętniej by się stąd gdzie wyniosła —powiedział Zwak i wskazał na wielki kapelusz muzyka: szerokie rondo kapeluszaporuszało się jak czarne skrzydła.

Jozue Prokop wesoło mrugnął powiekami.

— Wyniosłaby się — rzekł — najchętniej by się wyniosła.

— Poleciałaby do Loisiczka na muzykę taneczną — zabrał głos Vrieslander.

Prokop zaczął się śmiać i ręką jął uderzać w takt do wtóru dźwiękom, które falazimowego powietrza unosiła poprzez dachy.

Potem zdjął ze ściany moją starą, połamaną gitarę; udawał, że dotykarozpękniętych strun i zaśpiewał skrzeczącym falsetem i przeciągłym akcentemdziwaczną śpiewkę w gwarze złodziejskiej.

An Bein — del von Ei — sen

   recht alt

An Stran — zen net gar

   a so kalt

Messinung, a' Raucherl

   und Rohn

und immerrr nurrr putzen — — —

— Jak on wspaniale i prędko nauczył się mowy złodziejskiej! — i Vrieslanderroześmiał się głośno i zanucił:

Und stock — en sich Aufzug

   und Pfiff

Und schmallen an eisernes

   G'süff.

JuchUnd Handschuhkren, Harom net san — — —

— Tę osobliwą śpiewkę co wieczór grzechoce u Loisiczka myszugen Neftali Szafranekz zielonym daszkiem, a wyszminkowana kobieta gra na harmonice i mruczy tekst —objaśnił mnie Zwak. Musisz też kiedy iść z nami do tego szynku, mistrzu Pernath!Może później, kiedy skończymy poncz. Jak pan sądzi? Dla uczczenia dzisiejszegodnia pańskich urodzin.

— Tak jest. Chodź pan z nami później — rzekł Prokop i zamknął okno — Trzeba tozobaczyć.

Potem wypiliśmy gorący poncz i oddaliśmy się swoim myślom.

Vrieslander wycinał jakąś marionetkę.

— Jozue — przerwał ciszę Zwak — wyście nas formalnie odcięli od światazewnętrznego! Od chwili, gdyście zamknęli okno — nikt ani słowem się nieodezwał.

— Myślałem właśnie, gdy tu przed chwilą nasze palta zaczęły się kołysać, jakie todziwne, że wiatr porusza rzeczy martwe! — szybko odpowiedział Prokop, jakby chciałusprawiedliwić swe milczenie. — Jest to zdumiewające, gdy nagle zaczynają siętrzepotać przedmioty, które zazwyczaj leżą bez życia. Nieprawdaż? Widziałemkiedyś, jak na pustym podwórcu wielkie strzępy papieru (choć nie czułem wcalewiatru, gdyż stałem osłonięty domem) goniły się w kółko z wściekłością iścigały się wzajemnie, jakby sobie śmierć zaprzysięgły. Chwilę później zdawałysię uspokojone, gdy naraz napadła je znowu szalona zawziętość i z uporem bezmyślnym razem w kąt się wcisnęły, na nowo się rozprysły i w końcu zniknęły za rogiem. Tylko jakaś gruba gazeta nie mogłapodążyć za nimi; została na chodniku, podnosiła się i opadała bezradnie, jakbyjej tchu zabrakło i z trudem chwytała powietrze. Wówczas przyszło mi do głowymroczne podejrzenie: cóż, jeżeli w końcu nasze życie niczym innym nie jest, jaktakim strzępkiem papieru? Czy to nie jaki niewidzialny, nieuchwytny wiatrpomiata nami w tę i ową stronę — i nadaje kierunek naszym czynom, gdy nam roisię w zaślepieniu, że idziemy za naszą własną wolną wolą? Cóż, jeżeli naszeżycie niczym więcej nie jest, jak zagadkowym wiatrem wirowym, wiatrem, o którymBiblia mówi: wiesz-li, skąd on przybywa i dokąd idzie? Czyż nie śni się namczasem, że stoimy w głębokiej wodzie i łowimy srebrne ryby, a nic innego się niestało, prąd zimnego powietrza musnął nasze ręce?

— Prokopie, mówicie słowami Pernatha. Cóż to się z wami dzieje? — pytał Zwak inieufnie spojrzał na muzyka.

— Historia o księdze Ibbur, którą przedtem mistrz nam opowiadał. Szkoda, żeścieprzyszli tak późno, i żeście jej nie słyszeli! Ta historia jakby echem w nimprzemawia — powiedział Vrieslander.

— Historia o księdze?

— Właściwie historia o człowieku, który przyniósł książkę i wyglądał dziwnie.Pernath nie wie, jak się ten człowiek nazywa, gdzie mieszka, czego chciał, achociaż jego postać musi być bardzo uderzająca — nie da się jednak żadną miarąokreślić dokładnie.

Zwak przysłuchiwał się rozmowie.

— To jest godne zastanowienia — rzekł po chwili. Czy obcy nie był czasem gołobrodyi czy nie miał oczu skośnych, zezowatych?

— Zdaje się — odpowiedziałem — to jest — ja — ja — tak — tak — wiem to na pewno.Więc go znacie?

Jasełkarz głową potrząsnął:

— On mi tylko kogoś przypomina... To jakby Golem.

Malarz Vrieslander opuścił nożyk swój na ziemię.

— Golem? Już tak wiele o nim słyszałem. Czy wiecie coś o Golemie, Zwak?

— Któż może powiedzieć, że coś wie o Golemie? odpowiedział Zwak i wzruszyłramionami. — Zaliczają go do dziedziny baśni, aż pewnego dnia zdarza się coś, conagle znów powołuje go do życia. I długo jeszcze potem każdy o nim mówi i famarozrasta się do potworności. Mówią, że początek tej historii sięga aż wiekiwieków. Podług dawno zaginionych opowieści, pewien rabin kabalista miałsporządzić sztucznego człowieka — tak zwanego Golema — który jako posługaczpomagał mu dzwonić w synagodze i wykonywał różne cięższe roboty.

Lecz z tej operacji nie powstał bynajmniej prawdziwy człowiek, ożywiała go tylkoślepa, na pół świadoma dusza wegetacyjna. Jak mówią nadto, działo się to tylko zadnia i dzięki wpływom magnetycznej kartki, zatkniętej za zębami — wyzwalałoastralne siły bytu.

I gdy pewnego wieczoru po modlitwie rabin zapomniał z ust Golema wyjąć pieczęć,ten wpadł w szał, w ciemnościach wybiegł przez ulice i rozbijał, co mu stanęłopo drodze.

Aż w końcu rabin wybiegł naprzeciw niego i czarodziejską kartkę zniszczył. Wtedyów stwór runął bez życia. Nic nie zostało po nim, prócz karłowatej figurkiglinianej, którą dziś jeszcze pokazują w starej synagodze. —

— Ten sam rabin — dodał Prokop — wezwany był przez cesarza do Burgu, aby wywołaćcienie umarłych i uczynić je widzialnymi. Dzisiejsi badacze twierdzą, że posługiwał sięlatarnią magiczną.

— Tak, żadne wyjaśnienie nie jest dość średniowieczne, jeżeli u współczesnych nieznajdzie poklasku — pewny siebie rzecze Zwak. — Jak gdyby cesarz Rudolf, którycałe życie zajmował się takimi rzeczami, nie przejrzał natychmiast takiegokuglarstwa! Właściwie nie wiem, skąd pochodzi baśń o Golemie, ale to wiem, żeowo coś, co umrzeć nie może, istnieje i że jego istnienie związane jest z tądzielnicą. — Z pokolenia w pokolenie mieszkali tu moi przodkowie, lecz nikt niezna tylu, co ja — rzeczywistych i zasłyszanych wspomnień o periodycznych zjawachGolema.

Zwak nagle zamilkł i razem z nim czułeś, jak jego myśli cofały się wstecz kuczasom zamierzchłym i ubiegłym.

Gdy z podniesioną głową siedział przy drzwiach, a w blasku światła lampy jegoczerwone, młodzieńcze policzki odcinały się dziwnie od siwych włosów, mimo woliporównywałem jego twarz z maseczkami jego kukiełek, które mi pokazywał takczęsto. Dziwne, jak ten starzec był do nich podobny. Ten sam wyraz i ten samowal twarzy.

Są na świecie rzeczy, które nie mogą się wyzwolić same od siebie. I rozpatrująclosy Zwaka, uważałem za rzecz niesłychaną, żeby człowiek taki jak on, któryotrzymał wychowanie lepsze niż jego przodkowie i który mógł być doskonałymaktorem, powrócił nagle do brudnego pudła marionetek, aby włóczyć się pojarmarkach i wykonywać lalkami niezręczne ukłony, przedstawiając senne przygodytych lalek, które jeszcze jego przodkom były źródłem zarobkowania. —

Rozumiałem, że nie był w stanie rozstać się z nimi; żył ich życiem, a gdy sięod nich oddalał, zamieniały się one w jego myśli, zamieszkiwały w jego mózgu inie dawały mu spokoju, póki nie powrócił. Dlatego też kochał je i dumnie ubierał w błyskotki.

— Zwak, nie opowiesz nam nic więcej? — zagadnął Prokop starca i pytająco spojrzałna Vrieslandera i na mnie, czy nie podzielamy jego życzenia.

— Nie wiem, od czego zacząć — odparł z wahaniem Zwak — od czego zacząć? HistorięGolema trudno ułożyć. Jak wam Pernath mówił, nie wiadomo dokładnie, jak tennieznajomy wyglądał i niepodobna go określić. Mniej więcej co lat 33 powtarzasię pewne zdarzenie na naszych ulicach, które, choć nie ma w sobie nicosobliwego, wywołuje zdumienie. Zdarzenie to wymaga pewnych objaśnień iuzupełnień. Mianowicie bywa tak, że zupełnie obcy człowiek, bez zarostu, ożółtym kolorze twarzy na podobieństwo rasy mongolskiej, staromodnie ubrany,wychodzi z ulicy Staroszkolnej, przechodzi przez dzielnicę żydowską — idącmiarowym, dziwnie utykającym krokiem, jakby każdej chwili miał upaść przed siebie— i nagle — znika bez śladu. Zazwyczaj skręca w pewną ulicę — i tam przepada.Czasami trafia się, że ruchem swoich kroków opisuje koło i powraca do punktu, zktórego wyszedł, do starego domu w pobliżu synagogi. Ten i ów wzburzonyzapewnia, że go widział na rogu, jak szedł naprzeciwko, a jednak choćnajwyraźniej widział go naprzeciwko, jego postać rozpływa się w oddali,zmniejsza się coraz bardziej, a w końcu znika zupełnie.

Przed 66 laty wrażenie, jakie obudził, było szczególnie głębokie, gdyżprzypominam sobie — byłem wtedy zupełnie małym chłopcem — przeszukiwano dom naStaroszkolnej od góry do dołu. Stwierdzono, że istnieje rzeczywiście w tym domupokój o oknach okratowanych, do którego nie masz żadnego wejścia. We wszystkichoknach zawieszono bieliznę, żeby z ulicy można było od razu rzecz ocenić — i tym sposobem natrafiono na ślad rzeczywisty.

Nic więcej nie uzyskano. Pewien człowiek, chcąc zajrzeć do środka, spuścił się zdachu na linie. Zaledwie jednak zbliżył się do okna, lina się zerwała inieszczęsny rozbił czaszkę o chodnik uliczny. Później, gdy badanie ponawiano,spoglądano w okno z pewnej odległości.

Ja sam spotkałem Golema blisko przed 33 laty. Wyszedł z tak zwanego domuprzechodniego naprzeciw mnie tak, że szliśmy prawie tuż obok siebie. — Jeszczedzisiaj nie mogę pojąć, co wtedy działo się we mnie. Każdy spodziewał się z dniana dzień spotkać Golema. Lecz w danej chwili, na pewno — najpewniej, zanim goujrzałem — zabrzmiał we mnie jakiś krzyk: Golem! I w tej samej chwili wynurzyłsię ktoś z ciemności bramy — i ów nieznajomy przeszedł koło mnie. W mgnieniu okapóźniej wpadła na mnie fala bladych, podnieconych postaci, która zasypała mniepytaniami, czy go widziałem. Gdym odpowiedział na pytania, spostrzegłem, żejęzyk mój, którego przedtem nie czułem, uwolnił się od kurczu. Byłem formalniezdumiony, że mogę się poruszać i najwyraźniej uświadomiłem sobie, że w przeciągujednego uderzenia serca znajdowałem się jakby w letargu.

Wiele i często myślałem o tym i zdaje mi się, że będę najbliższy prawdy, jeżelipowiem: zawsze w życiu pokolenia raz jeden przebiega błyskawiczna epidemiaduchowa w dzielnicy żydowskiej, napada umysły żyjących w jakimś nieokreślonymcelu, który dla nas na zawsze zostaje ukryty — i jak widziadło przybiera konturyjakiejś charakterystycznej istoty, która zapewne żyła tu przed wiekami i pragniesię ucieleśnić. Być może jest ona między nami, ale my nie uważamy jej zarzeczywistą. Podobnież nie słyszymy dźwięku drgającego kamertonu, o ile niedotkniemy nim kawałka drzewa, co je pobudza również do drgania. Być może jest to tylko coś niby psychiczny wytwór sztuki bezimmanentnej świadomości — wytwór sztuki, który powstaje tak, jak kryształ wyłaniasię z bezkształtności podług pewnego starego prawa. — Któż to wie?

Jak w parne dni do najwyższego stopnia rośnie naprężenie elektryczności, aż wkońcu wywołuje błyskawicę: czyż nie mogło być tak samo, że z nagromadzonych tu inigdy niezmieniających się myśli, które w Getcie zatruwają powietrze, równieżnastępuje gwałtowne, nagłe ich wyładowanie, eksplozja psychiczna, która nasząsenną świadomość na światło dzienne niby biczem pędzi — tworząc tam błyskawicęnaturalną — tu zaś widmo, które w wyrazie twarzy, ruchu i zachowaniu nieomylnieobjawić się musi we wszystkich razem i w każdym z osobna, jako symbol duszytłumu, o ile jesteśmy w stanie dokładnie rozumieć tajemniczą mowę formzewnętrznych.

I jak niektóre zjawiska zapowiadają uderzenie piorunu — tak i tu pewne groźnewróżby świadczą o bliskim zejściu tego widma do królestwa rzeczywistości. Kęsopadniętego starego muru przybiera postać kroczącego człowieka, a w szronie naoknach tworzą się rysy stężałych twarzy. Piasek z dachu zdaje się spadać inaczejniż zwykle — i w nieufnym przechodniu budzi się podejrzenie, że jakaśniewidzialna inteligencja, która w obawie światła kryje się tajemnie, rzuca gona ziemię, próbując w sposób nieokreślony urobić zeń wszelkiego rodzajupostacie, wyłaniające się ku bytowi. Gdy oko spocznie na jednostajnej zmarszczcelub nierówności skóry, opanowuje nas zdolność, by wszędzie dostrzegać dziwnekształty, które w naszych rojeniach urastają do rozmiarów olbrzymich. I wciążpoprzez te schematyczne zakusy nagromadzonych myśli, które mają przeciągać skroścodzienności, niby czerwona nić płynie bolesna pewność, że nasza najbardziej wewnętrzna treść umyślnie a wbrew naszej woli bywa tu wysysana, aby z niejpostać widma mogła być uplastyczniona.

Skorom usłyszał zapewnienie Pernatha, że był u niego człowiek bez zarostu, oskośnych oczach, natychmiast stanął w mojej myśli Golem, tak jak go widziałamwówczas. Stanął przede mną, jak gdyby wyrósł z ziemi. Na chwilę ogarnęła mniegłucha trwoga, że blisko mnie znajduje się coś niewytłumaczonego; taka samatrwoga, jaką raz przeżyłem już w swoich latach dziecięcych, gdy pierwsze groźnezapowiedzi, że Golem się zbliża, rzucały swe cienie.

Jest temu lat 66 i sprawa ta wiąże się z wieczorem, kiedy narzeczony mojejsiostry przyszedł do nas w odwiedziny i kiedy miano oznaczyć dzień ślubu.

Żartem lano wtedy ołów. Ja stałem z rozdziawionymi ustami — i nie rozumiałemistoty tej zabawy. W bujnej swej wyobraźni dziecinnej łączyłem to z Golemem, októrym często słyszałem od swego dziadka. Wyobrażałem też sobie, że każdej chwilidrzwi się muszą otworzyć i nieznajomy wejdzie. Siostra moja wylała z łyżkipłynny metal w naczynie z wodą i roześmiała się wesoło, widząc moje wzruszenie.Zwiędłą drżącą ręką dziadek mój wyjął ołowianą figurę i trzymał ją pod światło.Nagle powstało ogólne zdumienie. Rozmawiano głośno między sobą. Chciałem się donich docisnąć, ale mnie odsunięto.

Później, gdy byłem starszy, powiedział mi mój ojciec, że roztopiony ołówprzybrał formę małej, bardzo wyraźnej głowy — równej i okrągłej, jak gdybyulanej w sztancy — a tak podobnej z rysów do Golema, że wszyscy byli w podziwie.

Często rozmawiałem o tym z archiwistą Szemajahem Hillelem, który przechowujerzeczy starej synagogi i ma pewną figurę z czasów cesarza Rudolfa. Jest on doskonałym znawcą Kabały i sądzi, że owa bryłka gliniana o nibyludzkich członkach jest to nic innego, jak jakaś dawna wróżba, podobnie jak wmoim wypadku ołowiana głowa. Nieznajomy, który zniknął, musiał to być obrazfantazji lub myśli; obraz ten ów rabin średniowieczny pierwszy pomyślał żywym,zanim go zdołał przyodziać materią — a teraz w prawidłowych odstępach czasu, wtymże samym astrologicznym układzie gwiazd, w jakim powstał — obraz ten, widmoraczej, powraca, udręczone pragnieniem życia materialnego.

Także zmarła żona Hillela widziała Golema oko w oko i czuła, że jest niby wletargu póty, póki ta zagadkowa postać znajduje się w pobliżu. Miała — powiada —niezłomne przekonanie, że kiedyś mogła to być jej własna dusza, która — nachwilę ciało jej opuściwszy — stanęła na przeciw niej i zesztywniała z rysamiobcej istoty na twarzy. Mimo straszne przerażenie, które ją wówczas opanowało,na sekundę jednak nie straciła świadomości, że ów obcy może być tylko częściąjej własnej duszy.

— To nie do wiary — szepnął zagłębiony w myślach Prokop.

Malarz Vrieslander był także zaszperany w głębokim rozważaniu tej tajemnicy.

Wówczas zapukano do drzwi. Weszła stara kobieta, która mi wieczorem przynosiwodę i w ogóle to, co mi potrzebne; postawiła gliniany dzbanek na podłodze iwyszła w milczeniu.

Wszyscy nagle spojrzeliśmy dokoła, rozglądając się po pokoju — niby przebudzenize snu, ale przez długi czas jeszcze nikt nie przemówił ani słowa.

Jakby jakiś nowy wpływ wślizgnął się wraz ze starą we drzwi, wpływ, do któregowpierw trzeba się było przyzwyczaić.

— Ale! Ta ruda Rozyna — to jest także twarz, której niepodobna się pozbyć — a która ci nieustannie wygląda z każdego rogu i z każdego kąta — powiedział nagleZwak bez żadnego związku z tym, o czym była mowa. Ten stężały, wyszczerzonyuśmiech znam już niemal cały wiek ludzki. Naprzód babka, potem matka! I zawszeta sama twarz, i nigdy innych rysów. I zawsze to samo imię Rozyna; zawsze jednajest zmartwychwstaniem drugiej.

— Czy Rozyna nie jest córką tandeciarza Arona Wassertruma? — zapytałem.

— Tak mówią — odparł Zwak — — — — aleAron Wassertrum miał synów i córki, o których nic nie wiadomo. Także co do matkiRozyny nic nie wiadomo: nie wiadomo, kto był jej ojcem — i również co się z niąstało. W piętnastym roku życia urodziła dziecko i odtąd już się nie pokazała.Jej zniknięcie wiąże się z zabójstwem, które, o ile sobie przypominam, miałomiejsce w tym domu. —

Jak dziś jej córka, zawracała ona wtedy głowy niedorosłym chłopcom. Jeden znich żyje jeszcze — widuję go często — ale imię jego wyszło mi z pamięci.Pozostali wkrótce umarli i myślę, że ona ich wszystkich przedwcześnie powiodłado grobu. Z tego czasu przypominam sobie tylko krótkie epizody, które przesuwająsię w mojej pamięci, jak blade obrazy.

Był wtedy na wpół zidiociały człowiek, który nocami chodził od szynku do szynku iwycinał za parę centów gościom sylwetki z czarnego papieru. I gdy go kto upił,człowiek ten wpadał w niewypowiedziany smutek, i wśród łez i łkań, nie słuchając,wycinał zawsze ten sam ostry, dziewczęcy profil, a zużywał na to cały zapaspapieru.

Na koniec muszę dodać, o czym dawno zapomniałem, że za dziecinnych lat kochał sięon w niejakiej Rozynie, zapewne w babce dzisiejszej Rozyny, i że przez tostracił rozum. Policzywszy lata, sądzę, że nie mógł to być nikt inny, tylko babka Rozyny.

Zwak umilkł i w tył się przechylił.

Przeznaczenie w tym domu błądzi dokoła i powraca zawsze do tego samego punktu— przyszło mi do głowy — i wstrętny obraz, który niegdyś widziałem — kota zokaleczoną połową mózgu, a który wciąż kręcił się w koło — stanął mi przedoczyma.

— Teraz będzie Golem — usłyszałem nagle malarza Vrieslanda, który mówił dobitnymgłosem.

Wyjął okrągły kawałek drzewa i zaczął go wycinać. Ciężkie zmęczenie padło mi naoczy i odsunąłem swój fotel ze światła w głąb pokoju.

Woda na poncz wrzała w kociołku, a Jozue Prokop napełnił znów szklanki.

Cicho, zupełnie cicho zabrzmiały przez zamknięte okna dźwięki tanecznej muzyki; niekiedy głuchły zupełnie, potem znów się budziły, jak gdyby wiatr je gubił podrodze lub z ulicy do nas donosił.Po chwili spytał mnie muzyk, czy nie chcę się trącić szklankami.

Nie odpowiedziałem jednak — tak zupełnie odeszła mnie wola ruchu, że nawetotworzenie ust leżało poza nią. Zdawało mi się, że śpię, tak opanowała mniekonieczna cisza wewnętrzna. I aby mieć świadomość, że nie śpię, musiałem patrzećwciąż na błyskający nóż Vrieslandera, który bez przerwy wycinał z drzewa drobnewzorki.

W oddali szemrał głos Zwaka, który znowu opowiadał najróżniejsze cudownehistorie o marionetkach i nadzwyczajne baśnie, które wymyślał dla swoich lalek.

Była również mowa o doktorze Savioli i o znakomitej damie, żonie jakiegośszlachcica, która skrycie odwiedzała doktora Savioli w tajemniczej pracowni.

I znowu zobaczyłem w myśli szyderską, tryumfującą minę Arona Wassertruma.

Rozważyłem, że nie warto zadawać sobie trudu, aby podzielić się ze Zwakiem tym,co się wtedy działo. Chociaż wiedziałem, że wola mi odmówi, pragnąłem jednakteraz spróbować przemówić.

Nagle wszyscy trzej siedzący przy stole spojrzeli uważnie na mnie i Prokoppowiedział zupełnie głośno: „On zasnął”! — tak głośno, że brzmiało to prawie,jak gdyby się pytał.

Rozmawiali dalej przytłumionym głosem i poznałem, że mówią o mnie. NóżVreslandera tańczył, tu i ówdzie chwytał światło lampy, a odbite promienie raziłymnie w oczy. Padło słowo jak: „Zwariować” — przysłuchiwałem cię rozmowie,prowadzonej w tym kółku.

— Tematów takich, jak o „Golemie” nie należy poruszać przy Pernacie — powiedział zwymówką Jozue Prokop — gdy opowiadał o książce Ibbur, zamilkliśmy i nie pytaliwięcej. Ręczę, że mu się to wszystko tylko śniło.

Zwak potwierdził:

— Macie zupełną słuszność. Doznajesz wrażenia, jakbyś chciałprzekroczyć, ze światłem, zapylony pokój o ścianach i suficie obciągniętychspróchniałym suknem i podłodze pokrytej na wysokość stopy suchym próchnemprzeszłości; przy najdelikatniejszym dotknięciu wnet płomień wybucha zewszystkich kątów.

— Czy Pernath był długo w szpitalu wariatów? Szkoda go, może mieć zaledwieczterdzieści lat — powiedział Vrieslander.

— Tego nie wiem i nie mam pojęcia, skąd on może pochodzić i jaki dawniej był jegozawód. Z postaci przypomina szlachcica starofrancuskiego, dzięki swojejwysmukłej postaci i ostrej brodzie. Przed wielu, wielu laty prosił mnie jedenstary doktor, abym się nim trochę zajął i wyszukał mu małe mieszkanie tutaj wtych ulicach, gdzie by nikt go nie śledził i niepokoił go pytaniami o przeszłychczasach. — Zwak znów spojrzał na mnie. — Od tego czasu mieszka tu, reperuje antyki, wycina kamee i tym zapewnia sobie trochę egzystencji. To szczęście dla niego, że zapomniał o wszystkim, co ma związek z jegopomieszaniem zmysłów. Nie pytajcie się go przypadkiem nigdy o rzeczy, któremogłyby w jego pamięci wywołać przeszłość, jak to często mi tłumaczył starydoktór. Mówił mi zawsze: „Wiecie, Zwak, mamy pewną metodę; mógłbym powiedzieć,że zamurowaliśmy z trudem jego chorobę, tak, jak odgradza się miejscanieszczęścia, gdyż z nimi wiąże się smutne wspomnienie”.

Słowa jasełkarza uderzyły mnie jak rzeźnik bezbronne zwierzę i uciskały miserce brutalnymi, groźnymi rękami.

Zaczął mnie niegdyś nękać głuchy ból — poczucie, jak gdyby mi coś odebrano i jakgdybym, przebywszy w swym życiu długą drogę, jak lunatyk zleciał w przepaść.I nigdy nie udało mi się wyjaśnić przyczyny.

Rozwiązanie zagadki leżało teraz przede mną i piekło mnie nieznośnie jak otwartarana. Za jednym razem znalazłem okropne wyjaśnienie, skąd się wziął mójchorobliwy wstręt do wspominania przeszłości, skąd pochodzi osobliwy, co pewienczas powracający sen, że jestem zamknięty w dziwnym domu, gdzie są izby, zktórych wyjść niepodobna; dlaczego wreszcie pamięć moja odmawia mi wspomnień odniach mojej młodości.

Miałem pomieszanie zmysłów. Zastosowano do mnie hipnotyzm, zamknięto „izbę”,która się łączy z komórkami mego mózgu i stałem się bezdomny wśród otaczającegomnie życia. I nie masz nadziei na odzyskanie straconej pamięci.Sprężyny moich czynów i myśli spoczywają w innym, zapomnianym bycie. Pojąłem, żenigdy ich nie poznam: jestem ściętą rośliną, gałązką powstałą z obcego korzenia.

Gdyby mi się udało przemóc wejście do tej zamkniętej izby, czy nie wpadłbym wtenczas w ręce upiorów, które tam wpędzono?

Historia o Golemie, którą Zwak opowiadał przed godziną, przeszła mi przez myśl inagle spostrzegłem ogromny, pełen tajemniczości związek między tą okratowaną izbąbez wyjścia, w której nieznajomy miał mieszkać, a moim wiele znaczącym snem.

Tak, i w tym wypadku, gdym próbował spojrzeć przez zakratowane okno swej duszy,zerwał się sznur, na którym chciałem wspiąć się ku górze. Ten dziwny związekstawał mi się coraz wyraźniejszy i przybierał zarysy czegoś nieopisaniestrasznego.

Czułem to: istnieją rzeczy nieuchwytne, powiązane ze sobą i biegnące kołosiebie, jak ślepe konie, które nigdy się nie dowiedzą, dokąd prowadzi droga.

To samo w Getcie: izba, miejsce, którego wejścia nikt nie może odkryć — jakaśtajemnicza istota, która w niej mieszka i drepce czasami po ulicach, aby międzyludźmi siać przerażenie i trwogę.

Vrieslander wciąż wycinał głowę, a drewno trzeszczało pod ostrzem nożyka.Słysząc to, odczuwałem prawie ból i spoglądałem, czy prędko będzie koniec. Gdygłowa w ręku malarza zwracała się w tę i ową stronę, doznawałeś wrażenia, jakgdyby miała świadomość i śledziła po wszystkich kątach. Potem oczy jej spoczęłydługo na mnie zadowolone, że nareszcie mnie znalazły. Również i ja nie byłem wstanie odwrócić mego wzroku i spoglądałem nieruchomie na drewniane oblicze.

Zdawało się, iż nóż malarza szuka czegoś ze złością, potem stanowczo wyciąłjedną linię i rysy drewnianej głowy nabrały nagle strasznego życia.

Poznałem obcą twarz. Była to twarz nieznajomego, który mi przyniósł książkę.Potem nie mogłem nic więcej rozróżnić; widok trwał tylko sekundę, czułem, żeserce przestaje mi bić, trzepocze się trwożliwie.

Jednak tak, jak wówczas, miałem świadomość tej twarzy.

Ja to sam się nią stałem i leżałem na kolanach Vrieslandera i patrzyłem dokoła.Oczy moje wędrowały po pokoju, a jakaś obca ręka poruszała moją czaszką.

Potem naraz zobaczyłem wzburzoną twarz Zwaka i usłyszałem jego słowa:

— Na miłość Boską — to Golem!

Powstała krótka walka i chciano siłą wyrwać Vrieslanderowi rzeźbę, lecz ten siębronił i wołał ze śmiechem: „Czego wy chcecie — to jest zupełnie, ale tozupełnie nieudane”. Obrócił się, otworzył okno i wyrzucił głowę na ulicę. Wtedystraciłem przytomność i pogrążyłem się w ogromną ciemność, poprzez którą snułysię złote nici, i gdy po długim, długim, jak sądzę, czasie obudziłem się,usłyszałem przede wszystkim dźwięk spadającego na chodnik drewna.

— Tak pan twardo spał, że nie zauważył, jak go trząśliśmy — powiedział mi JozueProkop — ponczu już nie ma, wszystko pan popsuł; — gorący ból tego, co przedtemsłyszałem, opanował mnie znowu i chciałem wołać, że nie śniło mi się wcale to,com opowiadał o książce Ibbur, chciałem wyjąć ją z kasetki i pokazać jąkolegom.

Ale te myśli nie mogły dojść do słowa i powstrzymać ogólnego nastroju, jakiporwał moich gości.

Zwak otulił mnie siłą w palto i zawołał:

— Mistrzu Pernath! chodź z nami do Loisiczka, to ożywi siły pańskiego ducha!

Noc

Bezwiednie pozwoliłem Zwakowi sprowadzić się ze schodów.

Coraz wyraźniej czułem zapach mgły, wciskającej się z ulicy do domu.

Jozue Prokop i Vrieslander szli o parę kroków przed nami i słychać było, jakrozmawiali przed bramą na ulicy.

— Musiał wpaść do ścieku — niech go diabli wezmą.

Wyszliśmy na ulicę i zobaczyłem, jak nachylony Prokop szukał marionetki.

— Cieszy mnie. że nie możesz znaleźć tej głupiej głowy — mruknął Vrieslander.

Stanął przy murze, a gdy wciągał ogień z zapałki do swej krótkiej fajki, twarzjego w małych odstępach czasu świeciła rażąco i znów gasła. Prokop zrobił mocnyruch ręką, nakazując milczenie, pochylił się jeszcze bardziej, ukląkł prawie nachodniku.

— Cicho, nic nie słyszycie? — Podeszliśmy ku niemu, wskazał gestem ściek kanałowyi przyłożył rękę do ucha, przysłuchując się uważnie. Chwilę staliśmy nieruchomoi nasłuchiwaliśmy nad otworem.

Nic.

— Co to było? — szepnął wreszcie stary jasełkarz, ale Prokop ujął go natychmiastza łokieć. Przez chwilę trwającą tyle, co uderzenie serca, zdawało mi się, że nadole jakaś ręka stuka w płytę żelazną, zaledwie dosłyszalnie. Gdy w chwilępóźniej zdałem sobie z tego sprawę, wszystko minęło; tylko w piersi mej trwałoto dalej, jak echo wspomnienia i zamieniło się powoli w nieokreślone uczuciestrachu. Kroki przechodzących przez ulicę rozwiały to wrażenie.

— Idźmy, po co tu stoimy — zauważył Vrieslander. Szliśmy wzdłuż szeregu domów.Prokop szedł niechętnie.

— Dałbym szyję, że pod nami ktoś krzyczał w śmiertelnejtrwodze. — Nikt z nas mu nie odpowiedział, lecz czułem, że coś, jak cichaposępna trwoga trzymała nasze języki w kajdanach.

Wkrótce stanęliśmy przed zasłoniętym czerwonym oknem szynku:

Salon Loisiczek.

„Dzisioj wielgi kohnzert”

było napisane na papierowym transparencie, którego brzeg pokrywały wyblakłefotografie jakichś dziewcząt. Zanim Zwak położył rękę na klamce, drzwi otworzyłysię od wewnątrz i krępy drab z rozwichrzonym czarnym włosem, bez kołnierzyka, zgołą szyją owiniętą zielonym jedwabnym krawatem i w frakowej kamizelce, zdobnejpękiem świńskich kłów, przyjął nas ukłonami.

— To mi są goście! Panie Szafranek, prędko stół — rzucił, plecami zwrócony dolokalu przepełnionego ludźmi, równocześnie zwracając się do nas z przyjemnymukłonem.

Brzęczący szum, jak gdyby szmer, co przebiegł przez klawiaturę, był odpowiedziąna te słowa.

— No, no — to mi goście, to mi goście, patrzcie no! — mruczał wciąż krępy chłopdo siebie, pomagając nam zdejmować palta. — Tak, tak dziś u mnie zebrała się caławysoka szlachta wiejska — odpowiedział tryumfalnie na zdziwioną minęVrieslandera, ukazując wewnątrz, na pewnego rodzaju estradzie, oddzielonej odprzedniej części szynku poręczą i dwustopniowymi schodkami, dwóch eleganckichpanów w wieczorowych ubraniach.

Obłoki gryzącego dymu tytoniowego unosiły się nad stołami, za którymi przyścianach długie drewniane ławki były zapełnione obszarpanymi postaciami.Prostytutki z przedmieść, nieuczesane, brudne, bose, o dużych piersiach,zaledwie osłoniętych jaskrawymi chustkami, obok sutenerzy w niebieskichwojskowych czapkach, z papierosem za uchem, handlarze bydła z obrośniętymipięściami i ociężałymi palcami, w których każdym poruszeniu tkwił niemy językpodłości, zwolnieni kelnerzy o bezczelnych oczach, dziobaci subiekci wkratkowanych spodniach. —

— Aby panom nikt nie przeszkadzał, postawię wam parawan hiszpański — — — —zakrakał tubalnym głosem niezgrabiasz i przed stołem, przy którym siedzieliśmy,opuścił ruchomą ścianę oklejoną kołem małych, tańczących Chinek. Skrzypiącedźwięki harfy, gwar w pokoju, sekunda rytmicznej pauzy, śmiertelna cisza, jakgdyby wszyscy wstrzymali oddech.

Po chwili ciszy w szklankach piwa ogniste, gorące pręty żelazne zasyczały,parując — po czym muzyka wzięła górę nad szmerem i pochłonęła go w całości. Jakgdyby nagle powstały, wynurzyły się przed moim wzrokiem z obłoków dymutytoniowego dwie dziwne postacie. —

Z długą, falującą białą brodą proroka, w czarnej, jedwabnej mycy na łysinie, jakto nosili starzy żydowscy ojcowie rodzin, ze ślepymi oczami, mętnie i szklistozwróconymi ku powale, siedział starzec, poruszał bezdźwięcznie wargami, uderzałsuchymi palcami, jakby tępymi szponami, w struny harfy.

Obok niego, w otłuszczonej, czarnej kitajce, z błyskotkami na szyi i ramionach,symbol obłudnej moralności mieszczańskiej, zgrzybiała postać kobieca zrozciągliwą harmonijką na kolanach.

Dziki chaos dźwięków wypływał z instrumentów, po czym uderzyła melodia, osłabionasamym akompaniamentem. Starzec parę razy zaczerpnął powietrza i rozwarł takszeroko usta, że widać było czarne pieńki zębów. Wolno wyłaniał się z jegopiersi dziki bas o specjalnie hebrajskim akcenciegardłowym.

O-krą-głą, niebieską gwiazdę

„Rititit” (pisnęła przeraźliwie postać kobiecai natychmiast złożyła gderliwe wargi, jak gdybypowiedziała za dużo)

Okrągłą, niebieską gwiazdę,

Rogalik lubię również

Rititit

Czerwoną brodę, Zieloną brodę,

Wszelaką gwiazdę —

Rititit, rititit.

Pary wystąpiły do tańca.

— To jest pieśń o „Borchu z Chomca” — objaśnił nam, śmiejąc się, jasełkarz iuderzał cicho takt cynową łyżką, która w szczególny sposób była przyczepiona dostołu łańcuszkiem. —

— Przed stoma, albo więcej laty dwaj piekarze Czerwona broda i Zielona brodawieczorem w dzień „Szabbes Hagodel” zatruli chleb w kształcie gwiazdek irogalków, aby wywołać masową śmierć w dzielnicy żydowskiej; lecz „Meszores” —służący gminny — wpadł na to zawczasu, ostrzeżony przez Boga i oddał obydwuprzestępców w ręce policji. Na pamiątkę cudownego ocalenia od śmiertelnegoniebezpieczeństwa „Landonim” i „Bocherlech” ułożyli tę dziwną pieśń, którą terazsłyszymy, jako kadryla z lupanaru.

Rititit, rititit!

— „Okrągła niebieska gwiazda” — — — coraz głębiej i fantastycznej brzmiałoszczekanie starca.

Nagle melodia ucichła i przeszła w rytm czeskiego „szłapaka” — posuwistegotańca, w którym pary przyciskają nawzajem spocone policzki.

— Dobrze! Brawo! Ty tam, łap, hop —

Krzyknął harfiarzom z estrady wysmukły młodzieniec we fraku z monoklem w oku,sięgnął do kieszeni od kamizelki i rzucił w ich kierunku srebrną monetę. Nietrafiła do celu: jeszcze zobaczyłem, jak błysnęła między tańczącymi; tam naglezniknęła. Jakiś włóczęga — twarz jego wydała mi się znajomą, myślę, że to byłten sam, który podczas deszczowej ulewy stał obok Charouska — wyciągnął rękę,którą dotychczas trzymał spokojnie, poza chustką swej tancerki — z małpiązręcznością, nie opuszczając ani jednego taktu muzyki, pochwycił monetę wpowietrzu i skarb znalazł się w jego ręce.

Żaden muskuł nie drgnął w twarzachwyrostków, tylko dwie, trzy pary w pobliżu roześmiały się cicho.

— Zapewnie ktośz „Batalionu”, sądząc ze zręczności — powiedział, śmiejąc się, Zwak.

— Mistrz Pernath zapewne nigdy nie słyszał nic o „Batalionie” — rzucił dziwniepospiesznie Vrieslander i mrugnął na jasełkarza, tak żebym ja tego niespostrzegł.

Zrozumiałem zupełnie dobrze: było tak jak przedtem w moim pokoju — uważali mnieza chorego i chcieli mnie rozweselić.

I Zwak miał coś opowiedzieć.

Gdy dobry stary patrzył na mnie tak litościwie, gorąco wstrząsnęło to mną aż poserce.

Gdyby wiedział, jak mnie bolało jego współczucie!

Nie dosłyszałem pierwszych słów, od których Zwak rozpoczął opowiadanie — wiemtylko, tak mi jakoś było, jakby krew powoli wypływała ze mnie. Było mi corazzimniej i nieruchomiałem, jak wówczas, gdy jako drewniana głowa leżałem na kolanach Vrieslandera.

Potem nagle wpadłem w środek opowiadania, które mi dziwnie duszę otulało, jakmartwa część jakiejś szkolnej książki. —

Zwak zaczął:

— Opowiadanie o uczonym prawniku doktorze Hulbercie i jego batalionie. — — — No,co mam wam powiedzieć: twarz miał pełną brodawek i krzywe nogi, jak jamnik.

Jeszcze jako młodzieniec nic nie znał poza nauką.

Z tego, co męcząco zarabiał udzielaniem lekcji, musiał jeszcze utrzymywać chorąmatkę. Myślę, że tylko z książek wiedział, jak wyglądają zielone łąki, gaje orazpagórki pokryte kwiatami i lasy.

Sami wiecie, jak mało promieni słonecznych pada na ciemne uliczki Pragi.

Doktoraty zdał z odznaczeniem: to się rozumie samo przez się. No i z czasemzostał sławnym jurystą. Tak sławnym, że wszyscy — sędziowie, notariusze, starzyadwokaci — przychodzili do niego po światło, gdy czego nie wiedzieli. Przy tymżył ubogo, jak żebrak, na poddaszu, którego okno wyglądało na podwórze.

Tak szły lata za latami. Rozgłos doktora Hulberta jako gwiazdy w swej naucestawał się przysłowiowy w całym kraju. Nikt nie przypuszczał, aby człowiek takijak on mógł być przystępny tkliwym uczuciom serca, zwłaszcza, że jego włosy jużzaczynały siwieć. Nikt nie przypuszczał, aby doktor Hulbert mógł myśleć i mówić oczym innym niż o Pandektach. A właśnie w takich zamkniętych sercach kwitnienajgoręcej tęsknota. Owego dnia, gdy doktor Hulbert cel osiągnął, cel który mu zaczasów studenckich wydawał się najwyższy: mianowicie kiedy Najjaśniejszy Pancesarz wiedeński nadał mu tytuł: Rector magnificus naszego uniwersytetu, podawano sobie z ust do ust, że Hulbert się ożenił z młodą, prześliczną panną zzupełnie biednej, ale szlachetnej rodziny.

I rzeczywiście zdawało się, że szczęście nawiedziło doktora Hulberta. Chociaż jegomałżeństwo było bezdzietne, to jednak nosił on swoją młodą żonę na rękach — inajwiększą jego radością było spełniać każde życzenie, jakie mógł wyczytać z jejoczu. —

W szczęściu swoim nie zapomniał jednak bynajmniej, jak to wielu innym siętrafia, o cierpiących bliźnich. — „Bóg — miał raz powiedzieć Hulbert — zaspokoiłmoją tęsknotę; pozwolił mi urzeczywistnić senne marzenie, które jak promieńświeciło mi od dzieciństwa; dał mi za żonę najlepszą istotę na ziemi. I chcę,żeby odblask tego szczęścia, o ile to leży w moich siłach — spłynął też nainnych”. —

I w końcu przy sposobności zaopiekował się pewnym biednym studentem, nibyrodzonym synem. —

Pomyśłał sobie, jak by podobny dobry czyn był dla niego samego zbawczy — niegdyś— za dni jego pełnej trosk młodości. —

Lecz ponieważ na ziemi nieraz czyny mające wszelki pozór dobroci i szlachetnościprowadzą za sobą skutki godne tylko przekleństwa, gdyż nie potrafimy dobrzerozróżnić tego, co nosi w sobie nasiona jadowite od tego, co uzdrawia, stało sięrównież i tutaj, że z pełnego litości dzieła doktora Hulberta powstała dla niegogorzka krzywda. Młoda żona wkrótce rozgorzała skrytą miłością do studenta, anielitościwy los chciał, że gdy Rektor raz niespodzianie wrócił do domu, abyjej na dowód miłości zrobić przyjemność i ofiarować bukiet róż, jako darimieninowy, zastał ją w ramionach tego, któremu tyle dobrodziejstw wyświadczył.Mówią, że błękitna niezapominajka może stracić na zawsze swój kolor, gdy naglepadnie na nią płowe, siarczane światło błyskawicy, zwiastujące burzę gradową; nicdziwnego, że dusza starego męża oślepła na zawsze w dniu, w którym jego szczęścierozbiło się na szczęty. —

Tego samego jeszcze wieczoru siedział on, on, który dotychczas nie wiedział, coto jest nadużycie, siedział, mówię, tutaj — u „Loisiczka” — prawie nieprzytomnyod trunków — aż od świtu. „Loisiczek” stał mu się domem do końca jegozrujnowanego życia. Latem sypiał gdziekolwiek na rusztowaniach nowo budującychsię domów, zimą tutaj na drewnianych ławach. —

Tytuł profesora i doktora obojga praw dyskretnie mu pozostawiono. Nikt nie miałodwagi powiedzieć jemu, niegdyś jednemu z najznakomitszych uczonych, że jegosposób życia sieje zgorszenie. —

Powoli gromadził się koło niego motłoch, stroniący od światła, pędzący życie wdzielnicy żydowskiej — i w ten sposób powstała ta osobliwa grupa, która jeszczedo dzisiejszego dnia zowie się „batalionem”.

Znajomość prawa, którą doktor Hulbert szerzył teraz w owym kole, stała się oparciemdla wszystkich, którym policja zbyt surowo zaglądała w ręce. —Gdy jakiś świeżo wypuszczony więzień był w niedostatku, kazał mu doktor Hulbert iśćzupełnie nago na Rynek Staromiejski i urząd na tzw. Ławicy Rybiej zmuszony byłobdarzyć go ubraniem. —

Gdy jakaś bez określonego zajęcia dziewucha miała być wypędzoną z miasta —natychmiast z porady mistrza wychodziła za mąż za jakiego włóczęgę, którynależał do okręgu — i wskutek tego stawała się stałą mieszkanką miasta.

Setki takich wykrętów znał Hulbert, a wobec jego rad policja była bezbronną. Wszystko, co te wyrzutki społeczeństwa „zapracowały” — oddawały stale co dohalerza i centa do kasy wspólnej — co szło na najpilniejsze potrzeby. Nikt niepozwoliłby tu sobie na najmniejszą choćby nieuczciwość. Być może, że z powodu tej żelaznej dyscypliny — powstała nazwa,,batalion”.

Ściśle pierwszego grudnia — w rocznicę nieszczęścia, które spotkałostarca — odbywała się w nocy u Loisiczka oryginalna uroczystość. Głowa przygłowie stali tutaj stłoczeni koło siebie: żebracy, włóczęgi, alfonsi, ulicznice,pijanice i próżniacy — i panowała cisza jak w czasie nabożeństwa.

Wtedy doktor Hulbert opowiadał im z tego kąta, w którym teraz siedzi obojemuzykantów, tuż pod portretem Jego Cesarskiej Mości — historię swego życia: jaksię przebijał przez nędzę aż cel osiągnął, jak to później stał się zeń Rectormagnificus itd. Gdy zaś dochodził do miejsca, kiedy z bukietem róż wszedł dopokoju swej młodej żony — aby uczcić dzień jej urodzin oraz pamięć tej godziny,w której ostatecznie ją pozyskał i w której stała się jego ukochaną żoną: wtedyza każdym razem głos odmawiał mu posłuszeństwa i równocześnie z płaczemgwałtownym głowę opuszczał na stół. Zdarzało się wtedy czasami, że jakaśladacznica, wstydliwie i po kryjomu, kładła mu w rękę — aby nikt tego dostrzecnie mógł — na pół zwiędły kwiatek. —

Długi czas jeszcze nikt ze słuchaczy się nie poruszał. Ludzie ci są twardzi dopłakania, ale oczy spuszczali ku ziemi i niepewnie kręcili palcami.

Pewnego ranka znaleziono doktora Hulberta martwym na ławce nad rzeką Wełtawą. —Zdaje się, że zmarzł.

Widzę jeszcze dzisiaj jego pogrzeb przed sobą. Batalion czynił, co mógł, abywszystko wypadło z największą paradą.

Na czele szedł pedel uniwersytecki w szacie uroczystej: na ręku nosił czerwonąpoduszkę ze złotym łańcuchem na niej — — a za karawanem w nieprzerwanym szeregu,,batalion” bosy, brudny, w łachmanach i w poszarpanym przyodziewku. Jeden z nich posprzedawał wszystkie swoje resztki — i obwinął sobie ciało, nogi i ręce kawałkami starych gazet.

Tak mu ostatni hołd złożyli:

Na grobie jego, na cmentarzu, stoi dziś biały głaz, na którym wyryte trzyfigury: zbawiciel ukrzyżowany między dwoma łotrami. — Nieznana ręka postawiłaten pomnik. Jak przypuszczają — żona nieboszczyka.

Jednak w testamencie zmarłego uczonego prawnika — przewidziany był legat, nazasadzie którego każdy z „batalionu” w południe otrzymuje u „Loisiczka”bezpłatną zupę; dla tego celu wiszą tu przy stole łyżki na łańcuchu — awydrążone na powierzchni stołu małe niecki zastępują talerze. O godziniedwunastej przychodzi kelnerka z wielką blaszaną sikawką, rozlewa zupę w niecki —a jeżeli kto nie może dowieść, że należy do „batalionu” — z powrotem szprycązabiera zupę.

O tym stole szeroko po całym świecie rozchodziły się wieści, jako o rzeczynadzwyczaj zabawnej.

Wrażenie hałasu w lokalu obudziło mnie z letargu. Ostatnie słowa, które mówiłZwak, przewiały jakoś ponad moją świadomością. Widziałem jeszcze, jak poruszałręce, by pokazać sikawkę, co wylewa i wsiąka płyn, po czym obrazy jęły się przedmoimi oczami rozwijać tak szybko i automatycznie, a jednak z taką upiornąwyrazistością — że chwilami zapomniałem zupełnie o sobie i zdawało mi się, żejestem kółkiem w jakimś żyjącym zegarze. —

Cała izba wyglądała jak jeden kłąb ludzkich istot. W górze na estradzie: tuzinypanów w czarnych frakach. Białe mankiety, świecące pierścienie. Dragoński mundurz szamerunkiem. W głębi kapelusz damski ze strusimi piórami barwy łososiowej.

Poprzez sztachety poręczy — jak młody byczek — patrzył swoją wykrzywioną gębą —Lois. — Spojrzałem: zaledwie mógł się trzymać prosto. I Jaromir był w pobliżu i spoglądał niewzruszony w salę — oparłszy grzbiet ściśle ościanę boczną, jakby go przytłoczyła jakaś niewidzialna ręka. Postacie naglezatrzymały się w tańcu: gospodarz musiał im coś krzyknąć, co je przeraziło.Muzyka grała jeszcze, ale ciszej, nie dowierzała już sama sobie. Drżała. Czułeśto wyraźnie. A jednak był na twarzy gospodarza wyraz zdradzieckiej, dzikiejradości. —

— — — — U drzwi wchodowych nagle ukazał się komisarz policji w mundurze. Ramionarozpostarł, co znaczyło, że nie wypuszcza nikogo. Za nim podoficer policjikryminalnej.

— A więc tutaj tańczą? Pomimo zakazu? Zamykam tę szpelunkę. Chodź ze mną,gospodarzu! A wszyscy, którzy tu są, marsz na policję!

Brzmi to jak komenda.

Kwadratowy gospodarz nic nie odpowiada, ale zdradliwie szyderczy małpi grymas najego twarzy pozostał dalej.

Tylko jakby zdrętwiał.

Harmonika urwała swą grę i tylko poświstuje chwilami.

I harfa wciąga w siebie swoje dźwięki. Naraz wszystkie twarze ukazują się wprofilu: pełne jakiegoś oczekiwania wszystkie się gapią w estradę.

I oto idzie jakaś dostojna czarna postać, która zestąpiła z paru stopni estrady— i kroczy powoli wprost do komisarza.

Oczy podoficera policji kryminalnej zawisły jak zaklęte na powolnie stąpającychczarnych, lakierowanych bucikach.

Kawaler o jeden krok zatrzymał się przed komisarzem — i znudzonym wzrokiemprzygląda mu się od stóp do głów i od głów do stóp.

Inni młodzi panicze ze szlachty na estradzie przechylili się przez barierę ipokrywają śmiech jedwabnymi chusteczkami.

Rotmistrz dragonów kładzie sztukę monety w oko — i dziewczynie, która stoi pod nim koło estrady, wyziewa dym swego cygaraw jasne warkocze. —

Komisarz policji zarumienił się i przy sposobności dokładnie się przygląda perlena koszuli arystokraty; nie jest w stanie znieść obojętnego, pozbawionego blaskuspojrzenia tej gładko wygolonej, nieruchomej twarzy z orlim nosem.

Wytrąca go ze spokoju. Wali nim o ziemię.

Grobowe milczenie w zakładzie staje się coraz bardziej dręczące.

— Tak wyglądają posągi rycerzy, co z rękami na krzyż leżą na kamiennych grobach wkościołach gotyckich — szepcze malarz Vrieslander, spoglądając na kawalera.

W końcu arystokrata przerywa milczenie. —

— Eh — hm! — naśladuje głos gospodarza — Tek, tek, to są moje goście, to widać!

Wrzaskliwy chichot wybucha w lokalu, aż szklanki dzwonią; andrusy aż się zabrzuchy trzymają ze śmiechu. Butelka jakaś leci na ścianę i pęka. Czworograniasty szynkarz powiadamia nas pełnym czci najwyższej głosem:

— Jego Wysokość Jaśnie Oświecony książę Ferri Athenstädt.

Książę podał urzędnikowi kartę wizytową. Nieszczęśliwy ją przyjął, salutowałkilkakrotnie i bardzo pragnął dać drapaka.

Na nowo cisza, tłum przysłuchuje się bez oddechu, co się dalej stanie.

Kawaler mówi znów.

— Damy i panowie, których Pan tu widzi zebranych — eh, eh — to są moje miłe iprzyjemne goście! Jego Wysokość niedbałym ruchem ręki wskazuje zgromadzonągawiedź:

— czy nie zechciałby pan, panie komisarzu — eh — być przedstawiony temupaństwu?

Komisarz odmawia z przymuszonym uśmiechem, szepce coś przy okazji o „smutnym obowiązku” i ostatecznie kończy tymisłowy:

— Widzę, że tu się wszystko wcale przyzwoicie odbywa.

Słowa te budzą życie w rotmistrzu dragonów: spieszy w głąb po kapelusz damski zestrusimi piórami — i w następnej chwili śród wybuchów śmiechu młodych paniczówwyciąga Rozynę na środek sali, objąwszy ją ramieniem. —

Rozyna chwieje się od trunku; oczy ma zamknięte. Wielki, drogi kapelusz leży jejkrzywo na głowie; ona zaś nie ma na sobie nic prócz długich różowych pończoch —i męski frak na gołym ciele. —

Na dany znak muzyka jak szalona gra „Rititit, Rititit” — — — — i pochłaniagardłowy krzyk, który wydał stojący pod ścianą głuchoniemy Jaromir, zobaczywszyRozynę.

— Chcemy wyjść!

Zwak woła kelnerkę.

Hałas powszechny zagłusza jego słowa.

Sceny wydają mi się fantastyczne jak pod działaniem opium.

Rotmistrz trzyma półnagą Rozynę — w ramionach i powoli krąży z nią do taktu. —

Tłum z szacunkiem robi im miejsce.

Z ław słychać poszmer: „Loisiczek, Loisiczek”! Szyje się wydłużają i do tańczącejpary przyłącza się druga, jeszcze osobliwsza. Po niewieściemu wyglądającychłopiec w różowym trykocie, z długim jasnym włosem aż do łopatek, pod malowanąjak u dziewki twarzą i wargą, z oczami wywróconymi kokieteryjnym zezem —pożądliwie się zwiesza na piersiach księcia Athenstädta. —

Słodkawy walc kwili na arfie.

Dzikie obrzydzenie do życia zaciska mi gardło.

Z trwogą oczy moje szukają drzwi: komisarz stoi tam odwrócony, aby nic niewidzieć — i pospiesznie coś szepcze z kryminalnym policjantem, który coś mu podaje. Słychać niby uderzenie ręki o rękę.

Obaj śledzą w głębi krostowatą fizjonomię Loisa, który chwilowo stara się ukryć,potem zaś zdrętwiały — z twarzą białą jak kreda i wykrzywioną od zgrozy — stoidalej na miejscu.

Jakiś obraz mi się nagle przypomina i natychmiast gaśnie: obraz, jak Prokopspogląda (widziałem to przed godziną) — poprzez sztachety kanałowe nachylony — ikrzyk śmiertelny dochodzi nas spod ziemi!

Chcę wołać i nie mogę. Zimne palce wcisnęły mi się w usta i zaginają mi język wdół na podniebienie tak, jak bryła, coś zasłania mi krtań i słowa powiedzieć niemogę.

Palców nie mogę dostrzec; wiem, że są niewidzialne, a jednak odczuwam je jako cościelesnego.I jasno to tkwi w mej świadomości: są to palce tej upiornej ręki, która mi w mympokoju na Kogucim Zaułku podała księgę Ibbur.

— Wody, wody — krzyczy Zwak koło mnie. Trzymają mi głowę i za pomocą świecy starająsię zajrzeć mi w źrenice.

— Do mieszkania go odnieść, doktora sprowadzić — archiwariusz Hillel zna się teżna takich rzeczach — — do niego pójdźmy z nim — — radzą tak szeptem.

Leżę nieruchomy jak trup na narach, a Prokop i Vrieslander wynoszą mnie naulicę.

Jawa

Zwak, uprzedziwszy nas, pobiegł po schodach i usłyszałem, jak Miriam, córkaarchiwariusza Hillela, trwożnie go wypytywała, on zaś starał się ją uspokoić.

Nie zadawałem sobie trudu, by usłyszeć, co oni z sobą mówili, i raczej odgadłem,niż w słowach zrozumiałem, że Zwak opowiadał, jakoby zdarzyło mi sięnieszczęście i przyszli prosić, aby mi dano pierwszą pomoc i przywrócono doprzytomności.

Ciągle jeszcze nie mogłem ruszyć żadnym członkiem ciała, a niewidzialne palcetrzymały mnie za język; ale myśl moja była mocna i pewna, a poczucie zgrozyzupełnie mnie odeszło. Wiedziałem dokładnie, gdzie byłem i co się ze mną stało —i nieraz wydawało mi się to osobliwością, że mnie wniesiono tu jak umarłego,wraz z narami złożono w pokoju Szemajaha Hillela i pozostawiono samego.

Ciche, naturalne zadowolenie, jakiego się doznaje po długiej wędrówce, napełniałomoją duszę.

W izbie było ciemno, a ramy okien unosiły się rozlewnym rysunkiem w formiekrzyża, odbijając od matowo-świecącego dymu, który wił się z ulicy.

Wszystko mi się wydawało samo z siebie zrozumiałym i nie dziwiło mnie ani to, żeHillel wszedł z żydowskim siedmiopłomiennym świecznikiem sobotnim, ani że miżyczył „Dobry wieczór” jak komuś, czyjego przyjścia oczekiwał.

To, na co przez cały czas, odkąd mieszkałem w tym domu, nie zwróciłem uwagi, jakona rzecz szczególną, mimo żeśmy się spotykali na schodach dwa — trzy razy w tygodniu, uderzyło mnie teraz z wielką siłą, gdy Hillel takchodził w tę i ową stronę pokoju, niektóre przedmioty na komodzie ustawiał iwreszcie swoim świecznikiem zapalał drugi, również siedmioramienny.

Mianowicie: zauważyłem harmonię jego ciała i członków oraz szczupły, delikatnyrysunek jego twarzy ze szlachetnym układem czoła. Mógł, jak to widziałem terazprzy blasku świecy, mieć lat nie więcej ode mnie: najwyżej 45.

— Przyszedłem o parę minut za wcześnie — zaczął po chwili — inaczej bym jużprzedtem światła zapalił.

Wskazał na oba świeczniki, zbliżył się do nar iskierował swe ciemne, głęboko osadzone oczy, jak się zdaje, na kogoś, co mi wgłowach stał lub klęczał, ktoś kogo jednak dostrzec nie byłem w stanie. Przy tymporuszał ustami i bez głosu wymówił jakieś zdanie.

Natychmiast niewidzialne palce oswobodziły mój język i letarg przeminął:odwróciłem się i spojrzałem poza siebie: nikogo prócz Szemajaha Hillela orazmnie w pokoju nie było.

A więc jego „ty” i uwaga, że mnie oczekiwał, dotyczyły tylko mojej osoby?

Daleko szczególniej od tych obojga okoliczności działało na mnie to, że niebyłem w stanie doznać mniejszego zdziwienia z tego powodu.

Hillel odgadł jawnie moje myśli, gdyż uśmiechał się przyjaźnie, przy czym pomógłmi wstać z nar i ręką wskazał na krzesło, mówiąc:

— Nie ma tu nic dziwnego, straszliwie działają na ludzi tylko rzeczy upiorne,Kiszuf; życie drapie i parzy jak włosiennica, ale słoneczne promienie świataduchowego są łagodne i ogrzewające.

Milczałem, gdyż nie wpadła mi na myśl żadna odpowiedź. Zdaje się też, że z mojejstrony żadnych słów nie oczekiwał Hillel, gdyż mówił dalej.

— I srebrne zwierciadło, gdyby miało czucie, odczuwałoby wielki ból w chwili polerowania. Stawszy się gładkim i promiennym —odbija ono wszelkie obrazy, jakie w nie wpadają — bez cierpienia i wzruszenia.

Błogosławiony jest człowiek — mówił dalej milcząco — który o sobie możepowiedzieć: Jestem wypolerowany (jak zwierciadło).

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.