drukowana A5
23.76
Reineke - Lis

Bezpłatny fragment - Reineke - Lis

Objętość:
121 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0235-3

Słowo wstępne

Stare podanie ludowe o lisie Reineke (po dolnoniemiecku Raginohart, „silny w radzie”, w formie ściągniętej Reinhart, zdrobniale Reineke, po niderlandzku Reinaert, po francusku Renard), znane u wszystkich prawie ludów szczepu indo-europejskiego, obrazuje w zarysach satyry ogólny bieg rzeczy na świecie, w szczególności zaś ideę stopniowego przechodzenia potęgi fizycznej w stadium dyplomacji.

Wilk, przedstawiciel brutalnej siły, z początku jest górą nad lisem, przedstawicielem zręczności. W otoczeniu lwa-króla nieustanna wre walka między tymi dwoma odwiecznymi stronnictwami, z których każde chce panować, jedno terroryzmem, drugie podstępem i chytrością. Że drugie pokonywa pierwsze, zgodne to z naturą rzeczy, inteligencja bowiem potężniejszą nieraz bywa od siły.

Oba te jednak stronnictwa, w ostatecznych swych dążeniach, przedstawiają się ze strony ujemnej, jedno zamieniając władzę w przemoc uciskającą, drugie przeistaczając rozum w zdradliwą przebiegłość. W końcu Reineke zwycięża i otrzymuje godność najwyższą kanclerza państwa.

Zasadniczą więc treścią poematu jest myśl, że minęła epoka przewagi siły materialnej, a następuje panowanie zręczności dyplomatycznej; a dalej widnieje w nim prawda odwieczna, że na świecie całym, tylko powodzenie licznych jedna stronników i przyjaciół. Ostatnia ta myśl po wszystkie czasy była i będzie pewnikiem niezachwianym; pierwszej niedawne wypadki na politycznej widowni Europy wymownie bardzo zaprzeczyły, dając dowód, że dyplomacja koniecznie opierać się powinna na potędze orężnej.

Może nawet chwila (rok 1793), w której Goethe swego Reineke-lisa napisał, nie była przypadkową. Toć to epoka upadku we Francji królewskości, która dyplomatycznymi tylko zabiegami byt swój do czasu przeciągnąć zdołała. Analogia aż nadto tu widoczna i spowodowała też prawdopodobnie wybór poety.

Sam Goethe, obecny w r. 1793 przy oblężeniu Moguncji przez generała pruskiego, hrabiego Kalkreutha, tak o tym pisze:

„Pragnąc otrząsnąć się z przykrych tych wrażeń (poeta ma tu na myśli katastrofy rewolucji francuskiej i świeżą śmierć Ludwika XVI), skłonny byłem świat cały uznać za nikczemny, i właśnie wtedy wpadł mi w ręce Reineke-lis. Przygnębiony wstrętnymi gwałtami ulicznego motłochu, z przyjemnością zajrzałem do tego zwierciadła życia dworskiego i książęcego; bo chociaż i tu, pod pokrywą zwierzęcą, wyraźnie znać ludzi ułomnych, jednak wszystko odbywa się tak jakoś gładko i wesoło, że dobry humor ani razu nie zostaje zakłóconym. Zaraz też zacząłem piękne to dzieło odtwarzać heksametrami” — I dalej:

„Praca około obrobienia tej nieświętej biblii świata niemało przynosiła mi pociechy i radości. Zabrałem ją ze sobą pod Moguncję, uważając to zarazem za dobrą sposobność wprawienia się w pisanie heksametrów, rozumie się tylko według słuchu”... (to znaczy według akcentu).

„Baśń zwierzęca — mówi Vilmar w swojej Historii literatury niemieckiej — powstać tylko mogła w łonie narodów pierwotnych, żyjących w niezakłóconej jeszcze zgodzie z przyrodą, w czasie gdy rzeczywistość odpowiadała poniekąd owym stosunkom ze światem zwierzęcym, w baśni opowiedzianym; gdy czynności pasterskie i łowieckie zaprzątały życie ludów; gdy nie tylko lasy i pola pełne były zwierzyny, lecz nadto wiara prostacza widziała w wilku żarłocznym równouprawnionego niejako z człowiekiem pana trzody, w srogim niedźwiedziu niezaprzeczonego władcę lasów. Stąd zwierzętom tym, obok ich nazw właściwych, nadawano jeszcze i ludzkie. Myśliwiec zresztą lub pasterz i dlatego z tymi puszcz mieszkańcami pragnęli żyć w przyjaźni, że napełniała ich zgrozą wiara w demony, zaklęte w ciała zwierząt. Rzeszę leśną uważano wtedy za coś więcej, niż za stworzenia poddane panowaniu ludzkiemu; upatrywano w niej wcielenie złowrogiej potęgi, wzmożonej jeszcze czarami, której ani siłą fizyczną, ani rozumem pokonać nie było można.”

Źródłem przeto baśni zwierzęcej była trwożliwa cześć owa, z jaką ludy pierwotne spoglądały na tę część świata zwierzęcego, która, zostając w stanie dzikości, tym samym nie podlegała ich władzy. Rzeczywiście, życie i zwyczaje tych stworzeń szerokie przedstawiały pole do zabobonów i wierzeń tajemniczych. Bajecznie długie, według powszechnego mniemania, życie mieszkańców leśnych; zagadkowa ich śmierć (bo rzadko bardzo znaleźć można padliny zwierzęce); wiara ogólna, że zwierzęta, a zwłaszcza ptaki, mają swoją mowę, niezrozumiałą wprawdzie dla ludzi pospolitych, lecz odsłaniającą wtajemniczonym nadziemskie jakieś cuda; że bogowie i czarnoksiężnicy posiadają możność oblekania się w kształty zwierzęce i chodzenia tak po świecie; przekonanie wreszcie o migracji dusz i uzdolnieniu zwierząt do objawiania ludziom wyroków nieba — wszystko to musiało popęd epicki narodów młodzieńczych skierować ku postawieniu baśni zwierzęcej obok pieśni o czynach bohaterów i obok podań mitologicznych.

Całkowicie jednak epickie obrobienie otrzymała ona dopiero pod koniec wieku XV w Niderlandach, w poemacie nieznanego autora pt. De hystorie van Reinaert de Vos (1479), który wkrótce przełożony został na język angielski przez Caxtona i na niemiecki przez Barkhusena, pisarza miejskiego i drukarza w Rostoku. Ostatnia ta znakomita w swym rodzaju praca wielokrotnie później była przerabianą, jak: przez Gottscheda (1752), Goethego (1793), Bredowa (1798), Soltau'a (1803), Schellera (1825), Fallerslebena (1834) i Simrocka (1845--52); żaden jednak z tych pisarzy nie odstąpił od głównej treści poematu pierwotnego, ograniczając się tylko na niektórych zmianach w formie zewnętrznej, a zwłaszcza w wierszowaniu.

Goethe, używszy w opracowaniu swoim heksametrów, zbliżył tym sposobem Reineke-lisa do formy epopei starożytnej, treść jednak, oprócz niektórych aluzji do wypadków bieżących, pozostała i u niego niezmienioną. Samo atoli już imię wielkiego wieszcza uczyniło ten poemat rozgłośnym i popularnym w całym świecie cywilizowanym, a wziętość jego powiększyły jeszcze znakomite rysunki, które mistrz taki jak Kaulbach dorobił.

W języku polskim nie mieliśmy dotąd przekładu Goethowskiego Reineke-lisa. Wprawdzie w roku 1860 wyszedł we Lwowie bezimiennie poemat w dwunastu pieśniach, pt. Lis Mykita, który, według przedsłowia tłumacza czy autora (bo nie wiadomo, jak go nazwać), ma być spolszczeniem powieści o lisie Goethego; nie jest to jednak przekład, ale zupełna przeróbka materiału niemieckiego na polskie kopyto, dokonana dość zręcznie, ale zbyt małe mająca podobieństwo z oryginałem.

Co do mnie, nie krępując się bynajmniej dosłownością, usiłowałem jednak odtworzyć jak najwierniej charakter ogólny pierwowzoru. Pod względem dykcji, starałem się przede wszystkim o swobodę i dosadność, przy lekkim odcieniu archaicznym. Formę zachowałem tę samą, jaką poeta niemiecki nadał oryginałowi; dopełniłem więc przekładu heksametrami polskimi.

Zaraz po pierwszym wydrukowaniu tej pracy spotkał mnie zarzut, żem opuścił lub skrócił niektóre ustępy oryginału. Powodów, które mnie do tego skłoniły, wyszczególniać tu nie będę. Nadmienię tylko, że sam już wyraz opracował, zamieszczony w tytule, powinien mnie był od zarzutów podobnych zasłonić.

Nie po raz pierwszy to przyswajam Goethego piśmiennictwu naszemu, a tłumaczeniom moim nikt zapewne braku wierności myślowej i treściowej nie zarzuci. Wszędzie też kładłem w nich na czele wyraz przełożył.

Przystępując jednak do przepolszczenia Reineke-lisa, uznałem tłumaczenie zupełnie wierne za niemożliwe i dlatego zastrzegłem z góry, że nie jest to przekład, lecz opracowanie. Może się komu opracowanie takie nie podobać: zależy to od osobistego widzenia rzeczy. W każdym atoli razie samo już przyznanie się, i w tytule, i w przedmowie, do pewnych odstąpień od oryginału, uwalnia mnie od wszelkiej w tej mierze odpowiedzialności.

Pieśń I

Świątki urocze nadeszły... odżyły pola i lasy;

Rzesza ptaków wesoło świergoce po krzakach i drzewach;

Niwy runią pokryte; wonieją rozkoszne doliny;

Niebo pogodą jaśnieje, a ziemia barwi się kwieciem.

Nobilis-lew, król zwierząt, gromadzi dwór i wasali;

Wszyscy śpieszą doń tłumnie, z przepychem i sumptem niemałym:

Czujko-żuraw, i sójka, i inni lennicy dostojni;

Bo zamierza dziś król, z orszakiem swoich baronów,

Radę złożyć u dworu; tam wszystkich zwołać rozkazał,

Wielkich i małych zarówno, na wiec uroczysty i walny.

Braknąć nie miało nikogo, a przecież zabrakło jednego.

Reineke, frant nie lada, co wiele nabroił kryjomo,

Stroni rozmyślnie od dworu. — Jak zdrożne sumienie się lęka

Dnia i światła, tak lis się lękał zebranych na wiece.

Wszyscy sarkali na niego, bo wszystkim też dał się we znaki,

Prócz Kosmacza-borsuka, co krewnym był mu po siostrze.

Tedy Srogosz się wilk odezwał pierwszy ze skargą;

W gronie licznych a wiernych przyjaciół, z hufcem swojaków,

Stanął przed królem i rzekł te słowa z powagą sądową:

— Panie mój najłaskawszy! wysłuchaj sługę swojego!

Wielki jesteś i mądry, po równo wszystkim wymierzasz

Sprawiedliwość i łaskę: więc pożal się mojej niedoli,

Bo mi Reineke-lis wyrządził hańbę niemałą.

Żonę moję znieważa, a dzieci podstępnie kaleczy.

Wprawdzie jego sprosności tajemne już dawno wykryto,

Lecz gdy stanąć mu przyszło przed sądem, on uciekł niecnota.

Wiedzą o tym dostojni mężowie, zebrani tu wkoło.

Panie! wszystkich tych obelg wypisać nikt by nie zdołał

I na skórze wołowej, więc wolę zamilczeć już o nich.

Ale gryzie mi serce zniewaga mojej niewiasty;

Co się stanie, to stanie, lecz pomścić koniecznie ją muszę!

Gdy tak Srogosz przemówił do króla, poważny i smutny,

Wiernuś-piesek wystąpił i prawił o swoim ubóstwie,

Że mu tylko pozostał kawałek kiełbasy na zimę,

Który Reineke porwał. I wnet też wyskoczył kot-Miluś,

Gniewnie sierść najeżywszy, i rzekł: — Potężny monarcho!

Co tu skargi pomogą? Toć on nam wszystkim doskwierzył,

Nawet tobie, o panie! bo każdy więcej się boi

Reinekego, niż ciebie; lecz żale Wiernusia są płonne.

Naprzód sprawa to dawna, a potem owa kiełbasa

Była moją, nie jego: zdobyłem ją niegdyś we młynie.

Znów pantera zaczęła: — Ten lis, to rabuś i zbójca!

Gotów wszystkich obedrzeć ze czci, bodajby i króla.

Byle na tym zarobić choć kawał tłustego kapłona.

Posłuchajcie, jak sobie postąpił z Dobrutką-zającem;

Oto stoi poczciwiec, co nigdy nie skrzywdził nikogo.

Reineke udał świętoszka i rzekł, że chce, go wyuczyć

Różnych pieśni nabożnych; lecz ledwo zaczęli śpiewanie,

Już go capnął za kark i targał zacnego kolegę.

Jam szła właśnie ulicą, a słysząc, że śpiewy przerwali,

Zaraz przybiegłam na miejsce: już trzymał Dobrutkę za gardło;

Gdyby nie wdanie się moje, to byłby go zdusił niechybnie.

Patrzcie, jeszcze z ran jego ocieka krew niezakrzepła.

Jeśli ścierpisz to, królu, i wy, dostojni panowie,

Jeśli się na to zgodzicie, by glejt i prawo królewskie

Nędznik ten deptał nogami, to kiedyś słusznie wam ludzie,

Wam i waszym potomkom, wyrzucą tak niecne tchórzostwo.

Jeszcze raz ozwał się Srogosz: — O, bodaj przepadł niecnota!

Gdyby nie żył, zaprawdę, nam wszystkim byłoby lepiej.

Lecz jeżeli się teraz przepuści te jego występki,

To nie będzie już końca i miary haniebnym napaściom.

Wtedy głosu zażądał szlachetny borsuk, zwan Kosmacz.

— Prawda to, rzekł, odwieczna, mój mości sąsiedzie Srogoszu,

Że nie płuży nikomu świadectwo wyszłe z ust wroga.

Tak i Reineke-lis, wujaszek mój, uległ potwarzy;

Ale gdyby tu przybył i łaskę znów posiadł monarchy,

Kością w gardle by wam stanęły te wszystkie ambaje.

Stare dzieje wznawiacie, a o tym milczycie, mój mości,

Jakie samiście krzywdy zrządzali mojemu wujowi.

Wszak wiadomo powszechnie, że sojusz zawarliście z sobą,

By się dzielić zdobyczą; tymczasem wypadło inaczej.

Zeszłej zimy na przykład wujaszek się mocno naraził

Dla przyjaźni waszeci. Na furze woźnica wiózł ryby;

Wyście ucztę zwąchali i chętka was brała skosztować,

Lecz nie było pieniędzy; więc wuj, konceptem ruszywszy,

Legł na drodze, jak martwy... a była to sprawka zuchwała.

Gdy woźnica nadjechał i ujrzał lisa na ziemi,

Dobył noża wielkiego i chciał go przebić na wylot;

Ale że się nie ruszał, położył go tylko na furę

I pojechał, szczęśliwy, że znalazł futro tak piękne.

Wuj tymczasem nieznacznie wyciągał rybki i zrzucał,

A wilczysko, nadszedłszy cichaczem, zjadało je chciwie.

Gdy wujowi się jazda sprzykrzyła, zeskoczył na ziemię,

By posilić się także zdobyczą; lecz Srogosz mu tylko

Same ości zostawił i nimi częstował spólnika. —

Inne jeszcze zdarzenie, a również, przysięgam, prawdziwe.

Reineke wiedział, że gdzieś u chłopa wisi wieprz karmny,Świeżo zarznięty, i rzekł do wilka: Podzielmy się społem

I zdobyczą, i trudem. Lecz trud wuj poniósł sam jeden;

Bo wskoczywszy przez okno, wyrzucać począł mięsiwo,

Przy czym w końcu go osy opadły i srodze pocięły.

Ledwo uciekł im z duszą; więc zaraz odszukał Srogosza

I zażądał swej części, a wilk mu na to obłudnie:

Kmotrze, smaczny wam kąsek schowałem, spożyjcie go zdrowo.

I podsunął wujowi krzywulec drewniany, na którym

Rzeźnik wieprza powiesił... lecz mięsa nie było i śladu.

Reineke zgrzytnął zębami i odszedł milczący a głodny.

Takich sprawek, o królu, ze sto mu Srogosz napłatał,

Ale zamilczam już o nich. Gdy wuj zostanie wezwany,

Sam się lepiej obroni. Tymczasem, władco potężny

I dostojni panowie, słyszeliście słowa Srogosza,

Jak obwinia swą żonę. No prawda, kilka lat temu

Reineke z piękną wilczycą prowadził romansik pokątny,

Ależ ona się na to nie skarży wcale; więc po co

Takie rzeczy wywlekać, ze szkodą własnego honoru?

Teraz wartoż wspominać o bajce onej wierutnej,Że Dobrutkę chciał zagryźć? Czyż mistrz nie powinien z urzędu

Karcić ucznia, gdy ten nie sprawia się bacznie i pilnie?

Gdyby chłopiąt nie gromić i patrzyć niedbale przez szparyNa ich wszystkie wybryki, to w cóżby nam młodzież wyrosła?

Dalej Wiernuś się żali o nędzny kawałek kiełbasy;

Och, zamilczałby raczej, boć wiemy, że była skradziona,

Więc jak przyszła, tak poszła, i wuj najsłuszniej postąpił,

Że skradzioną rzecz zebrał: tak czynią szlachetni mężowie,

Zresztą gdyby był nawet złodzieja powiesił doraźnie,

Nie tak bardzo by zgrzeszył; lecz wolał powstrzymać się z sądem,

Bo do władcy jedynie należą sprawy gardłowe.

Oj doprawdy, od chwili jak król manifestem ogłosił

Wieczny pokój w swych krajach, nikt skromniej od wuja nie żyje:

Jada tylko raz na dzień, co wieczór biczuje się srodze,

Nosi koszulę włosienną na gołym ciele, a mięsa

Ani nawet się dotknie. Co więcej, opuszcza swój zamek

Maleparta i chce zbudować sobie pustelnię.

Wychudł biedak, jak szczapa!... Lecz sami go wkrótce ujrzycie,

Gdy się stawi przed królem, by prawdą zawstydzić swe wrogi.

Ledwo skończył przemowę, gdy nagle z wielkim lamentem

Kogut-Piejec się zjawił. Na marach przed nim niesiono

Młodą kurę bez głowy, najlepszą z nośnych kokoszek,

Grzebka było jej imię, a krew jej Reineke przelał!

Więc z rodzicem zbolałym przybyło jeszcze dwóch braci

Uśmierconej niewiasty (najtęższe to były koguty

Z całej Rzeszy Niemieckiej), wołając o pomstę do nieba.

Piejec rzekł do monarchy: — Niesiemy przed tronu podnóże,

Królu, władco potężny, i żal swój, i boleść głęboką.

Racz zmiłować się, panie, nade mną i moim potomstwem!

Oto dzieło zbrodniarza!... Gdy ziemia odżyła na nowo,

Jam się z całym swym rodem radował wiośnie wskrzeszonej,

Miałem córek czternaście, dziesięciu synów, a wszyscy

Pełni życia i sił; szlachetna moja niewiasta

Wysiedziała te lube dzieciny roku łońskiego.

Nie zabrakło im ziarna, bo mieliśmy kurnik w klasztorze;

Księża byli bogaci, a od napaści nas bronił

Mur wysoki, broniła i czujność poczciwych brytanów.

Ale Reineke-lis, obrzydłą złością wiedziony,

Krążył nocą dokoła i czaił się zdrajca pod bramą,

Aż i psy go opadły i tęgo mu skórę złoiły;

Lecz ocalić się zdołał... Przez miesiąc było spokojnie.

Nagle staje przede mną w pątniczym stroju i z listem

Twoim, królu łaskawy (toż znam i pieczęć, i podpis),

W którym głosisz wszem wobec, że odtąd w twojej krainie

Pokój wieczny ma być pomiędzy zwierzęty wszelkimi.

Więc mi Reineke rzekł, iż żyje samotnie w pustelni,

Za pokutę swych grzechów, do których się jawnie przyznaje;

Iż ślubował prócz tego nie jadać już mięsa do śmierci.

Potem pokazał mi szkaplerz i swoją koszulę włosienną.

Bogu was, bracie, polecam, zawołał, mnie pilno do domu.I odchodząc, coś niby pobożnie czytał w brewiarzu,

Ale w duchu rozmyślał, niecnota, jakby nas zgubić.

Jam się sercem weselił i zaraz dziatwie kochanej

Pośpieszyłem udzielić radosną dla wszystkich wiadomość.

Skoro Reineke został dewotem, to nie ma obawy.

Wyszliśmy tedy za mur swobodni, nie myśląc o zdradzie.

Lecz rozbójnik czatował pod krzakiem i zabiegł nam drogę,

Rzeź straszliwą sprawiając śród dziatek moich niewinnych.

Ledwo psy mu wydarły z pazurów trupa mej córki.

Oto leży przed wami. Ukarzcie, panie, zbrodniarza!

Na to król się odezwie: — Posłuchaj, mości Kosmaczu:

Tak to pości pustelnik i tak odbywa pokutę!

Ale jakom jest lew, nie puszczę ja płazem tej zbrodni.

Córce twojej, mój Piejcu, sprawimy pogrzeb wspaniały,

A złoczyńca nie ujdzie naszego sądu i kary.

Więc rozkazał monarcha wykopać dół i w nim złożyć

Martwe zwłoki kokoszy; a potem go pokryć marmurem,

Na powierzchni którego wyryte były te słowa:

,,Grzebka tutaj spoczywa, z koguta Piejca zrodzona;

Dużo jaj naznosiła i grzebać umiała wybornie.

Padła, biedna, ofiarą mordercy Reineke-lisa.

Niech świat cały wie o tym i wzgardą zbrodniarza okryje”.

Zaraz więc zwołał król najmędrszych panów swej rady

Chcąc zasięgnąć ich zdania. Wypadło tedy, że trzeba

Kogoś wyprawić z rozkazem, by zbrodzień się stawił przed sądem.

Mysia-niedźwiedzia wybrano na posła, a król mu powiada:

— Bądźże tylko ostrożny, bo Reineke, zręczny i chytry,

Różnych wybiegów użyje, by ciebie okłamać i podejść.

Ale Myś, zaufany w swój rozum, rzecze: — Nic z tego!

Klnę się na Boga, że jeśli urągać mi zechce, to zdołam

Pomścić obelgę, i tak uczynię... jakom jest niedźwiedź!

Pieśń II

Ruszył więc mądry Myś, zwracając swe kroki ku górom,

Przez piaszczystą pustynię, a gdy ją przebył nareszcie,

Doszedł do kniei niewielkiej, gdzie Reineke zwykł był polować;

Ale niedźwiedź szedł dalej do zamku, kędy za mury

Lis się chronił zazwyczaj, gdy zwąchał, że krucha z nim sprawa.

Wrota były zamknięte: więc Myś przystanął, podumał

I zawołał po chwili: — Hej, kmotrze! czyście u siebie?

Niedźwiedź-Myś do was przybył, w poselstwie ważnym od króla.

Macie stanąć przed sądem i z czynów swoich zdać sprawę;

W razie przeciwnym król przysiągł, że śmiercią was skarze haniebną.

Pójdźcie ze mną, kolego, bo opór na złe wam wyjdzie.

Reineke, słysząc te słowa, pomyślał: gdyby to można

Skarać tego niezdarę za dumne jego wyrazy!

Lękał się tylko, czy poseł nie przywiódł zbrojnych ze sobą;

Ale gdy się zepewnił, że niedźwiedź jest sam, bez orszaku,

Wyszedł z miną układną i rzekł: — Wujaszku najdroższy,

Raczcie darować mi zwłokę, bom zmawiał modlitwy wieczorne.

Zawsze rad was oglądam, więc dzięki wam, żeście przybyli.

Ale co to, u Boga! spotnieliście, wuju kochany,

I dyszycie okrutnie. Potrzebaż było królowi

Męża tak poważnego wyprawiać w poselstwo tak znojne?

No, co prawda, jak dla mnie wypadło to arcyszczęśliwie,

Gdyż będziecie mi mogli dopomóc u dworu, gdzie potwarz

Sławę mą szarpie straszliwie. Ruszymy tam jutro pospołu;

Dziś, Bóg widzi, nie mogę, bo zjadłem trochę za wiele

Strawy niezbyt przyjemnej i czuję gwałtowne boleści.

— Cóż to było, mój kmotrze? zapyta niedźwiedź. — A na to

Lis mu rzecze: — Doprawdy, nie warto powtarzać, wujaszku,

Człek tu żyje mizernie i jeśli czasami nie znajdzie

Lepszej strawy, to musi poprzestać na plastrach miodowych,

Których nie brak mu nigdy, lecz z biedy je tylko połyka.

— Co ja słyszę? zawołał Myś-niedźwiedź. A więc wy gardzicie

Darem bożym, dla innych ponętnym? Kmotrze mój miły,

Dla mnie nie masz jak miód! Starajcie się, abym go dostał,

A odsłużę się wam czym innym. — Chyba to żarty,

Rzecze Reineke lis. — Nie, jakom żyw, zaklął się Bury,

Mówię szczerze, co myślę. — Ha, kiedy tak, to wam służę,

Odparł Rudy. W sąsiedztwie tu mieszka chłop, co ma barcie,

A w nich miodu tak dużo, że pewnieście nigdy na kupie

Nie widzieli go tyle. — Złakomił się Myś na te gody.

— Idźmy! woła. — Najchętniej, odpowie gospodarz, a ręczę,

Że wam nie zbraknie łakoci. Choć dziś nie czuję się dobrze,

Sił mi doda gorąca życzliwość dla was, wujaszku;

Bo ze wszystkich mych krewnych najwięcej was kocham i cenię.

Pójdźmy! Aleć wy za to, gdy roki zostaną zwołane,

Brońcie mnie wpływem swym od złości mych nieprzyjaciół.

Syci dziś odejdziecie, zabrawszy co tylko się zmieści,

Za to ręczę. (Frant myślał o razach chłopstwa wściekłego).

Reineke przodem pośpieszył, a Myś na oślep szedł za nim.

Jeśli się uda, pomruczał gospodarz, to piwa gorzkiego,

Zamiast miodu, ci tu nawarzę, marny pyszałku.

Późnym wieczorem stanęli przed chatą chłopa owego,

Który był cieślą. W podwórzu leżała kłoda dębowa,

Dwoma tęgimi klinami na poły już wzdłuż rozłupana.

Reineke powiódł tam Mysia i szepnął: — Wujaszku kochany,

Tu, w tej dziupli, znajdziecie obfitość miodu ogromną.

Wsuńcie głowę głęboko; lecz radzę wam, bądźcie ostrożni,

By nie schwycić od razu za wiele. — Czyżem ja żarłok?

Odparł niedźwiedź z urazą. Zbawienna we wszystkim jest miara.

I skuszony łakomstwem, wpakował łeb aż po uszy

W kłody szeroką szczelinę, i przednie też wsunął w nią łapy.

Lis tymczasem zębami wyciągnął kliny i Mysia

Kleszcze schwyciły. Zaryczał z boleści zwierz uwięziony,

Targa głową na próżno i wierzga tylnymi łapami;

Aż na straszny ten hałas obudził się cieśla i wybiegł,

Uzbrojony toporem od wszelkiej napaści przygodnej.

Bury w mękach piekielnych się wije i kręci na próżno;

Kłoda tak silnie go ściska, że ujść już nie ma nadziei;

Reineke myślał to samo; więc rzekł szyderczo: Wujaszku!

Jakże miodek? wszak słodki? Nie jedzcie tylko za wiele.

Oto cieśla nadchodzi, by smaczną i sutą biesiadę

Czymciś pieprznym zakropić. Niech wam to posłuży na zdrowie!

I rzuciwszy te słowa, zawrócił do zamku swojego.

Chłop tymczasem, zoczywszy, jak Bury miota się w matni,

Zwołał sąsiadów, co jeszcze się piwem raczyli w oberży.

— Pójdźcie! wołał, na moim podwórzu niedźwiedź się złapał!

Więc się każdy uzbroił, jak mógł: ten chwyta za widły,

Ów za grabie, a trzeci i czwarty za kół lub za cepy.

Wybiegł nawet i proboszcz, wybiegła i jego kucharka,

Z rożnem w ręku, by nim zgarbować skórę więźniowi.

Słysząc hałas rosnący, Myś szarpnął łbem rozpaczliwie

I wydobył go z kleszczy, z odartą skórą po uszy;

Lecz nic na tym nie zyskał, bo łapy zostały w szczecinie,

A gdy wyrwał gwałtownie i te, postradał pazury,

Razem z szerścią. Zaiste, nie była to słodycz miodowa.

Krew mu ciekła po głowie i nogach. Ani stać nie mógł,

Ani łazić; a tu zbiegało się chłopstwo zawzięte,

By uśmiercić biednego. Ten z dala drągiem go grzmotnął,

Drugi dzidą go dżgnął, a trzeci połechtał widłami.

Za kucharką proboszcza wyległy i inne niewiasty,

Dybiąc wraz z mężczyznami na życie Mysia rannego.

W końcu po łbie go kropnął potężną pałą brat cieśli,

Aż zatoczył się Bury; lecz wściekłość dodała mu siły:

Skoczył pomiędzy niewiasty i kilka z nich wtrącił do rzeki,

Która nurt swój głęboki toczyła tuż przy chałupie.

Krzyk się rozległ; rzucono niedźwiedzia, na poły martwego,

By ratować tonące, a Myś tymczasem cichutko

Podpełzł chyłkiem do wody. Już wolał utopić się raczej,

Niźli zginąć haniebnie pod chłopów pijanych razami.

Pływać umiał nietęgo, lecz jakoś prąd go unosił.

Chłopi, zoczywszy go w rzece, sarkali, że zdobycz im uszła

Z winy bab, co to zawsze nie w porę wtrącić się muszą

W sprawy wszelakie — a potem, gdy w kłodzie owej znaleźli

Szczątki skóry niedźwiedzia, naśmieli się z niego do syta.

Bury, płynąc, przeklinał i chłopów, i lisa niecnotę.

Ból doskwierał mu straszny, lecz woda rany obmyła,

Ulgę niosąc biednemu. Opodal od miejsca przygody

Wylazł na ląd mozolnie i w gęstym skrył się sitowiu,

Rozmyślając o zdradzie nikczemnej lisa-krewniaka,

Co go w sidła wprowadził, i knując zemstę na niego.

Ale Reineke-lis, wywiódłszy w pole wujaszka,

Pobiegł wesoło na żer, w wiadomą sobie zagrodę,

Schwycił kurę i schrupał, a potem napił się wody

I wracając porzeczem, rozmyślał: Jakżem ja kontent,Żem bałwana się tego na wieki pozbył fortelem!

Chłop na dobre go musiał uraczyć toporem po karku.

Bury, chociem go zwał wujaszkiem, był zawsze mym wrogiem,

Stając mi zdradą u dworu. No, teraz oddycham swobodniej!

Gdy tak, włócząc się, duma, posłyszał głuche mruczenie,

Zoczył niedźwiedzia w sitowiu i rzekł do siebie z niechęcią:

Stchórzył podłe chłopisko, nie umiał z gratki korzystać,

Chociaż niezwykły mu łup bez trudu wpadał sam w ręce.

Lecz spojrzawszy na Mysia, gdy dostrzegł, w jak smutnym jest stanie:

— Wujaszeczku! zawołał, nareszcie was tu odnajduję!

Czyście nie zapomnieli u chłopa bartnika odzieży?

Gotówem donieść mu zaraz o miejscu waszego pobytu.

Jakże miód wam smakował i czyście nie zjedli za wiele?

Ale przebóg, co widzę! w jak dziwnym was stroju spotykam!

Co to znaczy, wujaszku, ten kołpak czerwony na głowie?

Ta łysina na czubie, jak gdyby ją balwierz wygolił?

Straciliście czuprynę i nawet skórę z policzków;

Rękawiczek wam także zabrakło. Czy to zapłata

Za gościnę u cieśli? — Tak szydził lis bez litości.

Bury słuchał, lecz z bólu wymówić nie mógł ni słowa,

Dysząc niemą wściekłością; więc by uniknąć urągań,

Wlazł na powrót do wody i prąd go uniósł niebawem

Ku brzegowi drugiemu. Tam legł na piasku schorzałyI złorzeczył losowi, i pragnął umrzeć co prędzej.

Jakże dowlec się mi, pomyślał, do kresu podróży

I jak w takim się stanie haniebnym pokazać u dworu?

Jeśli życie zachowam, to biada tobie, ty łotrze!...

Porwał się potem na nogi i mimo boleści straszliwych,

Przez dni cztery i nocy zaczołgał się wreszcie do domu.

Gdy król ujrzał niedźwiedzia, zawołał: — Co się to stało?

Kto śmiał posła mojego znieważyć? — Na to Myś rzecze:

— Wiedz, dostojny monarcho, że sprawa to Reineke-lisa.

Ale król mu odpowie: — Pomszczoną będzie twa krzywda!

Jakom żyw, nie daruję złoczyńcy takiej czelności.Miecza nosić ten niewart, kto puszcza płazem bezprawie.

I powołał znów król na wiece panów korony.

Wszyscy zgodnie radzili zawezwać lisa powtórnie,

By się stawił przed sądem, i zaraz wyprawić do niego

Kotka-Milusia w poselstwie, boć rycerz to zręczny i zwinny.

Król do zdania się starszych przyłączył i rzekł do Milusia:

— Uczyń, jak uchwalono, a jeśli się zbrodzień nie stawi,

To niech z całym swym rodem na wieki klątwie podpadnie.

Ostrzeż go o tym poufnie i niech się z tobą wybierze;

Innych radą on gardzi, lecz twojej, że mądra, usłucha.

Ale Miluś mu na to: — Nie do mnie należy roztrząsać,

Co jest dobre lub złe, gdy rozkaz wydaje monarcha;

Jednak śmiem zauważyć, że lepiej by wysłać innego,

Bom ja drobny i wątły. Wszak niedźwiedź taki personat,

A nie zdołał zmóc lisa; cóż ja biedaczek poradzę?

— Nie przekonasz mnie wasze, odpowie król. Toć wiadomo,

Że i w drobnym się ciele potężny duch nieraz kryje.

Prawda, iżeś nie olbrzym, lecz jesteś układny i sprytny.

Zrób, com kazał. — Więc Miluś głęboko królowi się skłonił.

— Woli twojej ulegam, zawołał, i jeśli przy wyjściu

Dobra wróżba mię spotka na prawo od drogi, to tuszę,

Że się podróż powiedzie i że powrócę z niej cały.

Pieśń III

Ledwo Miluś wyruszył, gdy ujrzał z dala skowronka.

— Ptaszku kochany, zawołał, zwróć skrzydła i podleć na prawo!

Ale skowronek zatoczył się kołem i usiadł na lewo.

Kota zła wróżba zmartwiła, lecz wmawiał sam w siebie odwagę,

I tak ciągnąc leniwo, dociągnął nareszcie do celu!

Reineke siedział przed bramą: więc kot, witając go, rzecze:

— Dobry wieczór, kuzynie! Szczęść Boże waszemu domowi!

Król was wzywa przeze mnie i każe wam stanąć przed sądem.

Na to lis się odezwie: — Ha, witaj, siostrzeńcze najdroższy!

Błagam nieba, by na cię wszelakie dobro zlewało.

(Tak przemawiał słowami, lecz w myśli pragnął niecnota,

Pozbyć się posła zdradziecko, choć mienił go swoim siostrzanem.)

Czymże służyć ci mogę? rzekł dalej, boć to z waszeci

Rzadki bardzo gość u mnie, a szkoda, bo lubię cię szczerze.

Żarłok-niedźwiedź niedawno dokuczył mi swoim grubiaństwem,

Przy tym siłacz to wielki, z nim w drodze być niebezpiecznie;

Ale z tobą, Bóg widzi, najchętniej jutro wyruszę.

— Wolałbym zaraz się wybrać, odpowie Miluś. Noc widna,

Drogi suche i równe, więc szkoda czasu, kuzynie.

— Noc nie sprzyja podróżnym, odrzecze lis. Nieraz taki,

Co uprzejmie nas wita w dzień biały, po ciemku obedrze.

Zjemy razem wieczerzę. Człek żyje nędznie, co prawda,

Ale by cię ugościć, postawię dziś kluski na miodzie.

— To nie moja potrawa, odmruknie kot. Jeśli w domu

Pusta u was śpiżarnia, niech chociaż z myszkami się zdybię;

Lepiej mi one smakują, niż nawet drób i zwierzyna.

— Skoro taka twa wola, rzekł Reineke, to ci dogodzę.

Obok w stodole u księdza jest myszy moc taka wielka,

Że nie wywiózłby ich furami; tam się uraczysz.

Miluś niebaczny uwierzył. Więc poszli razem i wkrótce

Przy stodole stanęli, gdzie lis podkopał się wczoraj

I tłustego kuraka z dzięciorka zręcznie pochwycił;

Ale ksiądz, gdy to spostrzegł, zastawił sidła w otworze.

Wiedział Reineke o tym i rzekł: — Kochany siostrzanie,

Śmiało wleź przez tę jamę; ja stać tu będę na straży.

Znajdziesz tam myszy setkami: posłuchaj, jak piszczą wesoło!

A gdy głód już nasycisz, to wyjdź. Nie pójdę stąd krokiem.

— Czy tu tylko bezpiecznie, kuzynku? Miluś odpowie,

Bo ludziska czasami stawają zwierzętom na zdradzie.

— Ha, w istocie, braciszku, uśmiechnął się lis pogardliwie,

Jeśliś taki tchórzliwy, to lepiej wracajmy do domu;

Tam żoneczka ci moja na pewno zgotuje wieczerzę.

Na te słowa szydercze kot żwawo skoczył do jamy

I uwikłał się w sidła. Gdy uczuł powróz na szyi,

Począł szarpać się wściekle i silniej zadzierzgnął pętlicę.

Lis tymczasem podstąpił. — No, jakże tam myszy? zapytał!

Muszą być tłuste i smaczne. Ha, gdyby ksiądz o tym wiedział,

Że mu wyławiasz szkodniki, to dałby ci chętnie musztardy,

Bo to grzeczny człeczyna. — I rzekłszy, drapnął cichaczem.

Miluś, w więzach splątany, użalał się kocim zwyczajem;

Ksiądz posłyszał miauczenie i szybko zerwał się z łoża.

— Mam złodzieja! zawołał. Zapłacisz mi, łotrze, kuraka!

Więc pochwycił za kij, rozniecił światło i wybiegł.

I kucharka się także ocknęła, i wyszła za panem.

Hałas powstał piekielny; jak grad sypały się razy

Na nieszczęsne kocisko, bo ręki ksiądz nie żałował

I łomocąc na oślep sękaczem, oko mu wybił

Miluś jęknął boleśnie i wściekły skoczył z postronkiem

Na oprawcę swojego, kalecząc go mściwie i srodze.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.