drukowana A5
40.64
Faust, część pierwsza

Bezpłatny fragment - Faust, część pierwsza

Objętość:
274 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0229-2

DEDYKACJA

Znów, duchy zwiewne, przychodzicie do mnie,

zjawione smętnym oczom przed latami.

Do marzeń dawnych serce lgnie niezłomnie,

zatrzymać pragnie was i odejść z wami.

O, przybywajcie! niech was wyogromnię,

zjawy stłoczone za mgłą i mrokami;

gromado cicha, wonią opowita —

młodzieńczym czarem drżąca pierś zakwita.

Radosna przeszłość spromienia się jaśniej,

umiłowane cienie idą w gości;

jakby z zamierzchłej i przebrzmiałej baśni

mży pieśń przyjaźni i pierwszej miłości;

i ból powraca — wskrzesza z skarg i waśni

błędne rozstaje, życia zawiłości,

niesie imiona tych, co w szczęsnej chwili

złudą zmamieni dom mój opuścili.

Wy, którym pierwsze wyśpiewałem pieśni,

o, duchy dobre, dalszych nie słyszycie;

kędyż jesteście, bracia i rówieśni?

w echu pobrzmiewa zapomniane życie.

Cierpienie moje już się nie rozwieśni,

czymże nieznani? cóż po ich zachwycie?

kogóż śpiew skrzepi? jakich mam słuchaczy?

zmarłych jedynie, jedynie tułaczy.

Tęskność zbudzona do lotu się zrywa

ku onej cichej powagi krainie;

śpiew mój szelestem błędnym się wygrywa

jak wiatr, co struny potrąci i minie,

a w mężnym sercu słodycz wschodzi tkliwa,

drżenie mnie zmaga — łza po licach płynie…

tak teraźniejszość gubi się, szarzeje,

co przeminęło, prawdziwie istnieje.

ROZMOWA WSTĘPNA W TEATRZE

Dyrektor, Poeta, Wesołek.

DYREKTOR

Pomóżcie, druhowie moi,

w ciężkim kłopocie i biedzie,

bardzo mnie to niepokoi,

czy się impreza powiedzie…

Dziś pragnę tłumom dogodzić,

co żyją i żyć pozwalają —

czymś im to trzeba nagrodzić,

a na zabawę czekają.

Kulisy kazałem ustawić,

lecz jakaż sztuka dziś wzruszy?

publiczność łaknie się bawić;

brwi wznosi, oczy bałuszy;

ja wiem, jak zdobyć jej serce!

— lecz właśnie jestem w rozterce —

bo choć się na sztuce nie znają —

straszliwie dużo czytają.

Co począć, by olśnić nowością

i myśl znaczniejszą przemycić —?

by przypodobać się gościom,

nauczyć, zniewolić, zachwycić —?

Boć przecie radość to duża,

gdy tak się cisną do sali

jak potok wezbrany, jak burza —

tłum biegnie — tłum rośnie — tłum wali;

gdy już o czwartej się garnie,

biletów żąda przy kasie,

jak w czasie głodu — piekarnie

szturmem zdobywa i pcha się.

Lecz któż tu mocen w potrzebie —?

któż oczaruje tych wielu?

Dziś apeluję do ciebie,

poeto, mój przyjacielu!

POETA

O, nie mów! Nie wspominajże mi tłumu,

przed którym duch ucieka jak najdalej;

nie chcę jaskrawizn, stłoczonego szumu,

co w topiel ciągnie na kształt chytrej fali.

Raczej mnie prowadź, kędy cichość nieba

jak modry bławat zakwita radością,

gdzie prócz łask bożych niczego nie trzeba

sercu, co żyje przyjaźnią, miłością.

Ach! wszystkie głębie, wszystkie uczuć cuda,

o czymśmy sobie półszeptem mówili

i pełni lęku, czyli czyn się uda —

ginie w przemocy rozkrzyczanej chwili.

Często latami hartują się dzieła,

zanim dojrzeją do pełnej wzniosłości.

Błyskotka ledwie zalśni, już zginęła.

dzieło rzetelne wskrześnie w potomności.

WESOŁEK

Bodaj się asan wraz z tym słowem schował!

Wyobraź sobie, gdybym ja tak prawił

wciąż o przyszłości — któż by baraszkował?

Tłum chce się bawić — z kimże by się bawił?

Chłop z wiary zawsze się na świecie przyda

istnienie jego warte coś — bez sporu —

kto swe dowcipy jak szelągi wyda

wszystkim — nikomu nie spsowa humoru;

na rozszerzenie wpływu bardzo łasy,

pragnie ogarnąć jak najszersze masy.

Odważny w karty gra! więc do roboty!

z fantazją łączcie wszystkie pokrewieństwa:

rozum, rozwagę, namiętność, tęsknoty —

lecz najważniejsza rzecz: dużo błazeństwa!

DYREKTOR

Najpierwsza, mniemam, rzecz — to ruch na scenie!

Ludzie chcą patrzeć — widzieć chcą najchętniej.

Gdy się im nadmiar przed oczy nażenie

tak, że to zdziwi, olśni, roznamiętni —

toś, bracie, wygrał już na całej linii,

kochać cię będą i nikt nie obwini.

Na tłum trza tłumem działać! Juści wtedy

każdy sobie wybierze z rozrzutności onej,

co mu dogadza — no i nie masz biedy;

do domu wraca widz zadowolony.

Dajecie sztukę — krajcież w kawałeczki —

bigosu trzeba dzisiaj publiczności;

robota łatwa, przyjęcie bez sprzeczki.

Cóż —? — sztukę dawać bez skrótów, w całości?

to mrzonki! pomylone obowiązki!

tak czy tak, tłum ją rozskubie na kąski.

POETA

Miast dobrego rzemiosła dajecie partactwa!

nie dojdziecie do ładu z rzetelnym artystą!

Moi szczwani panowie, z waszego matactwa

już zasadę robicie, widzę, oczywistą.

DYREKTOR

Ten zarzut mnie wcale nie boli:

sprawnie znać musi narzędzie,

kto sprostać pragnie swej roli

i przypodobać się wszędzie.

Publiczność to glina przecie,

glina niezwykle miękka —

niechże ją twarda ręka

nazbyt gwałtownie nie gniecie!

Dla kogóż, poeci, piszecie?!

Jednego nuda tu wiedzie,

drugi po sutym obiedzie

przychodzi; trzeci, niestety,

przed chwilą czytał gazety.

Jak na redutę roztargnione roje

schodzą się — siadają rzędami;

panie na pokaz przywdziewają stroje

i grają… bez gaży z nami.

Zaklęci w poezji koliska,

czyż was co komplet obchodzi?

radzę wam, spójrzcie no z bliska,

co zacz ten widz, wasz dobrodziej!

gbur obojętny, co pełen pustoty

myśli o dziewkach, liczy w kartach tuzy;

wartoż to, głupcze, dla takiej hołoty

nadobne trudzić Muzy?

Radzę wam — dawać, dawać z siebie dużo,

wtedy jedynie nie chybicie celu;

niech się nadmiarem ludziska odurzą —

choć bardzo trudno zadowolić wielu —

— Cóż to? Czy cię co boli? Czyliś zachwycony?

POETA

Nie będzie nigdy między nami zgody!

bo dla poety to najwyższe prawo:

prawo człowieka dane od przyrody —

niesfrymarczone jest i nie zabawą!

Czymże, odpowiedz, wszystkie serca wzrusza?

czymże żywioły do posłuchu zmusza?

czyż nie harmonii to tajemna praca,

co z serca idzie, do serca powraca?

Kiedy natura przędzę nieskończoną

tak obojętnie zwija na wrzeciono,

gdy żywioł wszelki rozbrzmiewa niestrojnie,

skłócony z sobą i we wiecznej wojnie —

czyjaż go godzi ożywcza potęga

i rytmem spina, i w melodie sprzęga?

kto każdy szczegół w wielką pieśń sprzymierza,

która akordem wspaniałym uderza?

kto namiętności rozpętuje burze?

kto zachodzącej każe skrzyć purpurze?

i kto kwiatami najwonniejszej wiosny

stroi kochanej gościniec miłosny?

Kto liście niepozorne splata w wieniec trwały

dla zasług przerozmaitych, dla wieczystej chwały?

Kto bogów zabezpiecza i godzi w wszechświecie —?

Potęga człowieczeństwa zaklęta w poecie.

WESOŁEK

Właśnie! niechaj ci służy ta potęga wzniosła,

chciej do poetyckiego użyć ją rzemiosła;

niechajże dzieło twoje ma romansu postać —

ów przypadek poznania, ową chęć, by zostać;

więzy coraz ciaśniejsze, już serce w niewodzie,

szczęście świeci, to gaśnie w zwątpieniu, w niezgodzie —

zachwyt, zachwyt bez granic! — potem ból i żałość —

ani się nie spostrzeżesz — już jest przygód całość.

O — takie nam wyczaruj, panie, widowisko!

Do zjawisk życia podejdź i sprawnie, i blisko!

Mało kto, żyjąc, z życia zdaje sobie sprawę;

gdziekolwiek je ułapisz, wszędzie jest ciekawe.

Stwórz obrazy jaskrawe, prostoty niewiele,

iskra prawdy wśród myłek niech błyszczy w twym dziele;

taki napój najlepszy — świat się nim odświeży.

Tedy się zbierze zacnej świetny kwiat młodzieży,

wpatrzy się w sztukę twoją jakby w objawienie,

melancholią upoi czułe swe sumienie;

każdy się z tym czy z owym zapozna i wzruszy,

I usłyszy wyraźnie, co mu grało w duszy.

O śmiech i łzy rzęsiste łatwo u tej rzeszy,

która uwielbia polot, ułudą się cieszy;

dojrzałemu dogodzić to duże trudności;

ten, co dojrzewa, zawsze pełen jest wdzięczności.

POETA

Więc wróć mi młode lata moje,

gdy duch się jeszcze w pąku krył,

a pieśni nieprzebrane roje

skrzyły jak złoty, gwiezdny pył;

świat we mgle tonął popielatej,

kwiat każdy wieścił nowy cud,

w dolinie rwałem w naręcz kwiaty;

nie miałem nic — wszystkiego w bród:

bo żądzę prawdy, rozkosz złud.

Wróć mi kipiący, młody war,

szczęścia bolesne niepokoje,

nienawiść i miłości czar,

o, wróć mi młode lata moje!

WESOŁEK

Przyjacielu! — młodości potrzebne ci wdzięki,

gdy się potyczka zdarzy wyogniona,

lub gdy najmilsze dziewczynki

na szyję twoją zarzucą ramiona,

kiedy podczas wyścigów lśni na mety krańcu

nagroda niezbyt łatwa zwycięskiego wianka,

lub kiedy po zawrotnym i gwałtownym tańcu

resztę nocy trza przepić do białego ranka.

Lecz waszym obowiązkiem, mężowie stateczni,

z odwagą, z wdziękiem w struny uderzyć znajome!

do wytkniętego celu zdążajcie bezpieczni,

chociażby przez pomyłki wielkie czy znikome;

nikt was za to nie zgani, a każdy pochwali.

Starość nas nie zdziecinnia, jak to się wydaje,

jeno nas dziećmi jeszcze małymi zastaje.

DYREKTOR

Dość już, dość już słów, zamętów —

przejść do czynów nam się godzi!

— oni pełni komplementów —

a mnie o pożytek chodzi!

Cóż pomogą nam nastroje?

na cóż się to wszystko przyda?

Kto poety przywdział zbroje,

niech poezji rozkaz wyda.

Wiecie, czego nam potrzeba:

trunek warzyć krzepki, mocny!

dzisiaj głodnym trzeba chleba —

dzień jutrzejszy bezowocny.

Trza skorzystać z sposobności,

zdecydować, chwycić z siłą —

potem droga się wymości,

rzecz potoczy się aż miło.

Wiecie — dziś na każdej scenie

eksperyment — głupio, serio —

rozkaz mody miejcie w cenie,

ruszyć całą maszynerią!

księżyc, słońce, niebo, chmury,

roje gwiazd! niech skrzą i mrużą!

wody, ognie, skały, góry.

zwierz i ptaki — byle dużo!

Oby nas scena pochopnie

kręgiem wszechstworzeń urzekła,

a wy nią spieszcie roztropnie

z nieba przez ziemię do piekła.

TRAGEDII CZĘŚĆ PIERWSZA

PROLOG W NIEBIE

Pan; Zastępy niebieskie; Archaniołowie: Rafał, Gabriel, Michał; Mefistofeles,

RAFAŁ

W melodii bratnich sfer wszechświata

gra słońce pieśń wieczyście młodą,

torem znaczonym w skrach wylata

i drży jak burza nad pogodą.

Cud niepojęty darzy mocą,

zachwyt z serc naszych wypromienia:

dzieła rąk bożych tak się złocą

dziś — jak za pierwszych dni stworzenia.

GABRIEL

W przelocie wartkim niepojęcie

mknie świat — w urodzie niepoznanej —

i w przemian utajonym święcie

dzień z nocą splata na przemiany.

Pieni się morze w fal zalewie,

szturmem zdobywa skalny brzeg,

lądy i morza w burzy gniewie

gna w wieczną dal, sferyczny bieg.

MICHAŁ

Wichrzą się burze — naprzód — dalej

z morza na turnie — z turni w morza —

aż się wykuje z rąk kowali

łańcuch wiążący przestworza.

Żarzą się zgliszcza! — Z błyskawicy

wyrasta gromem ognia słup!

lecz Twoi, Panie, posłannicy

czczą cichy przelot Twoich stóp.

RAZEM

Cud niepojęty darzy mocą,

zachwyt z serc naszych wypromienia;

dzieła rąk bożych tak się złocą

dziś — jak za pierwszych dni stworzenia.

MEFISTOFELES

Panie, władnący dniem i mrokiem

raczyłeś zejść przed nieba próg —

patrzysz łaskawym na mnie okiem —

przeto tu staję w gronie Twoich sług.

Nie umiem splatać słów górnie i grzecznie

— niechże niebiańska szydzi ze mnie brać —

rozśmieszyłbym cię patosem bezsprzecznie,

gdybyś się, Panie, nie oduczył śmiać.

Gwiazdami, bezkresami włada myśl Twa boska;

nie znam się na tym; jedno wiem: człowiek się troska!

Ten mały bożek ziemi w życia błędnym kole

pcha swój ciężar w jednakim, upartym mozole;

rzekłeś: złudę światła mu dam, niechaj go krzepi.

— wierzaj, Panie, bez tego byłoby mu lepiej —

rozumem złudę nazwał, spaczył ten dar Boży —

w rezultacie jak zwierzę żyje, bodaj gorzej.

Wybacz, Panie łaskawy, lecz tak mi się zdaje —

podobien człowiek wielce do świerszcza, co wstaje

na wydłużonych nóżkach — skacze i rzępoli,

i brzęczy skargą zrzędną o tym, co go boli

— i więcej — ! — gdybyż w trawie siedział! — aleć oto

podnosi się — skok w górę! — nosem zarył w błoto!

PAN

Oskarżać jeno umiesz, nic więcej, Mefiście,

pełne niesnaski są twe słowa —

MEFISTOFELES

      Rzeczywiście,

nie taję, Panie, bardzo źle ludziom na ziemi

i nierad ich uwodzę sztuczkami diablemi —

i tak się sami z dnia na dzień grążą w szarugę.

PAN

Znasz ty Fausta?

MEFISTOFELES

      Doktora?

PAN

Tak! Mojego sługę!

MEFISTOFELES

Przedziwnie on Ci służy! Myślą nieodgadłą!

Nieczłowieczy jest jego napitek i jadło.

Rozterka gna go w otchłań, spokój ducha płoszy,

pożądań obłąkanych zalewa go fala,

z nieba pożąda skrzących gwiazd — z ziemi — rozkoszy,

w tej zamieszce od Ciebie czucia swe oddala;

jego serce znękane ciągłą wrzawą boju

zapomniało, co miłość i błękit spokoju.

PAN

W tej służbie jego opacznej, w tej myśli jego opornej,

pomocą podam mu rękę, światło wykrzeszę w pomroce:

każde drzewo w ogrodzie zna ogrodnik przezorny

i dokładnie wie, jakie i kiedy wyda owoce.

MEFISTOFELES

O zakład idę — utracisz go, Panie!

daj zezwolenie, a ja go w otchłanie

zawiodę zgrabnie i niespostrzeżenie.

PAN

Dopóki żyje na ziemi, wódź go na pokuszenie —

z błędem jest ożenione wszelkie człowiecze dążenie.

MEFISTOFELES

Dzięki Ci, Panie, bo umarłym ciszy

staram się nie zakłócać, do grobów nie złażę;

jestem jak kot, co zdechłej nie dotyka myszy —

słowem — lubię zażywne kształty, pulchne twarze.

PAN

Zezwalam. Czyń, co ci dogadza,

z Faustowym duchem; od źródeł światłości

niechaj odciąga po przewrotna władza

i wywłóczy po drogach pustki i nicości,

lecz bacz, iż pycha we wstyd się przeradza,

gdy stwierdzić musi, że człek szlachetny prawdziwie

po omacku odnajdzie drogę swą szczęśliwie.

MEFISTOFELES

Więc parol! doskonale! raz dwa się uwinę!

ot, po prostu wygraną już w zanadrzu noszę;

na cztery strony świata szczęśliwą godzinę

zwycięstwa tryumfalną fanfarą ogłoszę — !

Wtedy pozwolisz, Panie, aby ten zuchwalec

proch ze stóp moich lizał jak mój kum: padalec.

PAN

Przychylność moja ciebie zabezpiecza,

nienawiść jej nie zgasi ani nie umniejszy;

z rzeszy przekornej, co wiecznie zaprzecza —

sowizdrzał ostatecznie jeszcze najznośniejszy.

Czynność ludzkiego ducha zbyt łatwo wiotczeje —

baczę, aby w lenistwie gnuśnym nie osłabła,

przeto podsycam wolę, podżegam nadzieje

niepokojącym towarzystwem diabla.

Lecz wy, synowie światłości,

zapłońcie pięknem, radością!

wiążcie więzami miłości

serca z wszechświata miłością!

Kędy niestałość się mieni

w wahaniu w rozliczne strony,

lećcie obliczem zwróceni,

stałej udzielcie obrony.

Zamyka się niebo.

Archaniołowie znikają.

MEFISTOFELES

sam

Lubię staruszka czasem i jestem ostrożny,

by nie czynić niczego, co nazbyt Go zraża;

przecież to bardzo miło, gdy pan tak wielmożny

z chudopachołkiem za pan brat przygwarza.

POCZYNA SIĘ TRAGEDIA

PRACOWNIA

Faust, Duch ziemi, Wagner, Chór aniołów, Chór niewiast, Chór uczniów.

Noc.

Wysoko sklepiona, wąska komnata gotycka. Faust pełen niepokoju siedzi przed pulpitem.

FAUST

W żądzy wiedzy poznałem wszechnauk dziedzinę,

zgłębiłem filozofię, prawo, medycynę,

niestety, teologię też! — cóż? — pozostałem

mizernym głupcem! — tyle wiem, ile widziałem.

Magistrem jestem, nawet zowią mnie doktorem,

i tak latami z męką, z wewnętrznym oporem

oświecam rzesze uczniów bezpłodnym zarzewiem

i wiem, że nic nie wiemy — i że ja nic nie wiem.

Czyż zawiłości świata ta pewność zwycięża,

że wiem więcej niż mędrcy, doktorzy i księża?

że nie ma we mnie zwątpień, że łza mi nieznana,

że się nie lękam piekła, nie trwożę szatana?

Pustka we mnie i wszelka radość mi odjęta,

pustka mi bieg hamuje, skrzydła moje pęta.

Zaledwie krok uczynię, już muszę powracać —

i jakoż mogę bliźnich polepszać, nawracać?

Ani się ze mną dobro, ni pieniądz nie brata,

nie wiem, co sława ziemi, co wspaniałość świata,

Któż drugi byt sobaczy tak wlec się odważy

z maską obojętności na posępnej twarzy?

Przeto magii oddałem i czas mój, i siły,

może przez nią odnajdę ślad bytu zawiły,

może przez tajne moce i przez pomoc ducha

mój duch się prawd odwiecznych dopatrzy — dosłucha…

Obym nie musiał mówić, czego nie rozumiem

i kłamstwem poklask zyskać w lekkomyślnym tłumie.

Może znajdę najgłębszą, wieczną spójnię życia,

tajemnicę ziarn poznam i wyrwę z ukrycia,

zbędę słów, które są słowami tylko,

poznam, czy życie wieczne jest, czy tylko chwilką.

Księżycu, druhu bratni,

obyś na me cierpienia patrzał raz ostatni;

ileż ponurych nocy oto przy tym stole

szukałem w księgach prawdy w łudzącym mozole,

a ty, mój przyjacielu wierny — po cichutku

patrzałeś w moje oczy przygasłe od smutku.

Obym mógł w twoim świetle radosny, pogodny,

na szczytach gór oddychać wolny i swobodny,

nad przepaście z duchy wzlatać,

mgły na łąkach snuć i splatać

i zbyty nauk, pustej wiedzy —

poić się rosą przesrebrzonej miedzy.

A oto żyję w mroku, w cieniu,

w przeklętym, ponurym więzieniu,

gdzie przez szkieł barwnych zator wpada

jasność zamglona, brudna, blada.

Zwał ksiąg mnie więzi i dusi swym pyłem,

wśród stert papieru tyle lat przeżyłem,

wśród szkieł, przyrządów, instrumentów wiela,

z których każdy od życia grodzi i rozdziela.

Ułóż w stos książki, Fauście, stań na wiedzy szczycie

oto jest świat twój, oto twoje życie!!

Czyliż zapytam jeszcze, czemu serce moje

ból kąsa nienazwany, gnębią niepokoje?

miast się przyrodą cieszyć w wzniosłym Boga dziele

otaczają mnie dymy, mole i piszczele.

— niech wolna dusza uskrzydlona wzlata

poprzez ziemię, przez życie — na granice świata…

Gdy poznam mądrość ziemi, gwiazd sferyczne kręgi,

duch wyrośnie strzeliście, nabierze potęgi.

Poznam żywe ogniwa wszechświata łańcucha,

poznam, jak z ducha mówić i duchem do ducha.

Na próżno umysł w znaków wpatruje się dziwa —

otocz mnie, rzeszo duchów widząca i żywa…

Może stąd spłynie na mnie wielkiej łaski cisza?

Nostradamusie — biorę cię za towarzysza!

otwiera księgę; dojrzał znak makrokosmosu

Oto Makrokosmosu znak! — z jakąż rozkoszą

zmysły me pełnią żyją — ku pełni się wznoszą!

Szczęście życia prześwięte i wieczyście młode

toczy przez żyły moje jasność i pogodę.

Czy to Bóg znak ten wpisał — nim mądrość swą zwierza,

serce radością pełni, rozterkę uśmierza?

Wszystkie moce przyrody stanęły niezłomnie

w tej chwili uroczystej pomocnie koło mnie.

Czyż Bogiem jestem? — Przejasna świetlistość

wiecznie twórczej przyrody stwarza oczywistość,

która wzrasta i rośnie, budzi się od nowa,

uczy i przypomina wielkie mędrca słowa:

„Świat duchów nie zamknięty, otwarty na ścieżaj,

myśli i serca twego wiedza nic otworzy —

w duchu się przetwórz, uczniu, i duchem zwyciężaj

i kąp pierś młodą w przedporannej zorzy!”

przyjrzał się znakowi

Wszystko się tutaj w całość splata,

jedno o drugie zadzierżgnięte.

Siła niebiańska kręgiem wzlata —

z rąk do rąk idą wiadra święte!

A duch na skrzydłach łaski wonnej,

w wiecznej harmonii dźwięcznej, dzwonnej,

w żywot przeradza się bezzgonny.

Przecudna świateł gra, pusta, choć śliczna — !

Jakoż cię pojmę, o, ty bezgraniczna

przyrodo? — gdzie twe piersi? — gdzie źródła przeczyste,

z których sączą się dzieje wszechświata wieczyste?

Źródło, co złudne blaski z siebie wypromienia,

płynie i poi! — Duchu! ja konam z pragnienia!

odwraca z niechęcią karty księgi, zobaczył znak Ducha ziemi

Jakżeż inaczej ten znak na mnie działa,

o ileż bliższy jesteś, Duchu ziemi!

jakoby winne pokrzepienie ciała,

a barki prężne skrzydłami orlemi.

Odwaga wzrasta! rzucę się w wir świata,

poznam ból ziemi, mej ziemi szczęśliwość —

z burzami i wichrami mężny duch się brata,

w zawiei i pomroce wzmoże się gorliwość.

Mroczą się już jaśnie —

księżyc pośród chmur —

lampa moja gaśnie!

niepojęty chór!

Duszący dym w ogniach się mieni!

wokół mej głowy

zamęt czerwonych płomieni!

Huk piorunowy

wykrzywia sklepienie!

Światła i cienie!

Stań się! czuję

twoją obecność — słyszę — przelatuje

koło mnie! — Duchu! Duchu ziemi!

Ukaż się! zjaw się!

Serce me pęka!

Twoja ręka

wzrok mi zasłania —

Stań się! w godzinie zwiastowania

twój jestem cały na tej chwili szczycie —

zjawić się musisz — choćbym stradał życie!

Wznosi księgę i wymawia tajemnicze zaklęcie. Rozbłyska rudy płomień; zjawia się Duch.

DUCH

Kto mnie woła?

FAUST

      Postać przeraźliwa!

DUCH

Woła na mnie słów potęga,

omdlewa ręka twa gorliwa

i niedołężnie po mnie sięga.

FAUST

Niestety! sprostać ci nie mogę!

DUCH

Wołałeś, by mi spojrzeć w twarz,

by wzlotów moich poznać drogę,

jestem! a oto w lęku twarz —

o, nadczłowieku! — gdzie twój hart?

Gdzie ducha krzyk? i wielkość wzgard

dla trwogi, lęku? Gdzież pieśń owa,

co u wieczności stała bram

i w woli swojej piorunowa

mówiła, że jest równa nam?!

Gdzież jesteś, Fauście! gdzieś twe dumne słowa?

Tchnienie moje cię mrozi! — Nad tobą się chylę,

ty drżysz jak robak podeptany w pyle!

FAUST

Mamże, płomieniu, ulec twej osobie?

Przenigdy! Jam jest Faust — i równy tobie!

DUCH

W odmętach życia, w czynów zawierusze

płynę to w rozgwar sfer, to w zmarłą głuszę!

ja — wieczne morze, zmienność, spłomienienie,

ja — grób i narodzenie!

W chorale czasu tkają me warsztaty

Bogu wiecznemu wiecznie żywe szaty.

FAUST

Duchu, co w lotów bezmierne koliska

zagarniasz światy — nad światy szybujesz —

jakże mi moc twa znana — jakże bliska!

DUCH

Bliskiś duchowi, którego pojmujesz,

nie mnie!

Znika.

FAUST

w rozpaczy

Nie tobie? więc komu?

Ja — żywy obraz Boga! — Boża we mnie postać!

nie mogęż tobie nawet dorównać i sprostać?!

Pukanie.

Już mija chwila szczęścia, famulus nadchodzi,

wezbraniu wielkich widzeń natręctwem przeszkodzi.

Wchodzi Wagner w robdeszanie i nocnej mycce, z lampą w ręku. Faust odwraca się z niechęcią.

WAGNER

Wybacz mi, mistrzu, że pokój zakłócę,

lecz słyszę, deklamujesz? więc biegnę z ochotą.

Chciałbym skorzystać coś w tej wzniosłej sztuce,

która dziś wartość taką ma jak złoto.

Ksiądz od aktora, kiedyś mi mówiono,

skorzystać może bardzo wiele pono.

FAUST

Zbytnio nie mija się to z prawdy torem,

zwłaszcza, jeżeli ksiądz chce być aktorem.

WAGNER

Gdy człeka w domu żądza wiedzy spęta

tak, że nie widzi świata, jeno w święta

i z nim się tylko przez lornetkę brata —

jak tu przemówić do świata?!

FAUST

Czego w uczuciu nie ma — nie ma w głowie.

Tylko co widzi i w co wierzy dusza,

w najpotrzebniejszych słowach to wypowie,

co bliźnich wznosi, przekonuje, wzrusza;

poza tym? — siedźcież sobie w domu

i zagłębiajcie nos w swym dziele;

na nic niezdatne i nikomu

iskry zgubione w słów popiele;

zaledwie małpy albo dzieci

odnajdą wiedzę w tej iskierce,

bo w sercach wspólność jeno nieci

to współczujące właśnie serce.

WAGNER

A jednak chciałbym ja posiadać swadę,

szyk zdań udatny, akcent, gest, ogładę.

FAUST

Nie bądź no asan samosobkiem,

co się w blazeńskie stroi szaty.

Rozsądek da ci plon bogaty,

czystość sumienia jest zarobkiem.

Jeśli z radości rzeczywistych

i z prawdziwego zechcesz bolu

przemawiać — nie trza słów strzelistych

szukać jak wiatru w polu.

Po prawdzie — mowy bezmiłosne,

ten cały styl wysokopienny

są takie tępe i żałosne,

jak w suchych liściach wiatr jesienny.

WAGNER

Sztuka jest długa, żywot krótki!

Często w krytycznym mym rzemiośle

wielkie mnie opadają smutki!

Chciałbyś żyć górnie i wyniośle,

wysoką wiedzy stawić wieżę —

kroczek chcesz zrobić w przód — malutki —

w połowie kroku śmierć cię bierze!

FAUST

Czyż księga pustkę w pełnię zmienia?

czyż skrzepi kogoś, wzniesie, wzruszy?

nie znajdziesz, bracie, ukojenia,

jeśli go nie masz w własnej duszy.

WAGNER

Jednak to radość bardzo duża,

gdy się duch w dawnych czasach nurza,

poznaje zmarłych mędrców brać

i że to wszędzie postęp znać.

FAUST

O, postęp — aż do gwiazd bez mała!

i co się jeszcze dalej święci!

Dla nas zamknięta przeszłość cała

na siedem, bracie, pieczęci.

To, co nazywasz czasu duchem,

jest jeno duchem historyka,

który z zacietrzewieniem głuchem

przeszłość jak rdzawe drzwi odmyka;

lecz cóż tam znajdziesz w tym lamusie?

ożogi, z kanap stare włosie —

czasem historyk to przystroi

w miłe powaby lśniącej zbroi;

ktoś inny w krotochwilach licznych

skład zrobi maksym pragmatycznych!

WAGNER

Ale myśli i czucia nurtujące świat!

Na to jest każdy łasy, każdy poznać rad!

FAUST

Tak, tak! lecz cóż ty zwiesz poznaniem?

jakim obdarzyć to nazwaniem?

Tych kilku, którzy prosto, szczerze

czucie i myśl umiłowaną

tłumowi dali w dobrej wierze,

spalono lub ukrzyżowano.

Lecz północ już — czas bieży prędko,

kończyć nam trzeba z pogawędką.

WAGNER

Pragnąłbym, mistrzu, z twej pomocy

korzystać zawsze, z twoich słów;

więc jutro, w święto Wielkiejnocy,

pozwolisz, przyjdę znów.

Przy książce umiem-ci fałdów przysiedzieć,

lecz choć wiem wiele, rad bym wszystko wiedzieć.

Wychodzi.

FAUST

sam

Jak to w głupocie oczywistej

z nadzieją kopie wszędzie, grzebie,

jeśli miast skarbów znajdzie glisty,

to już jest w siódmym niebie.

Dziwna przekorność! Tutaj, gdzie mnie duch otacza,

przychodzi z zewnętrzności jego myśl prostacza;

lecz dzisiaj tej lichocie serce me wybaczy,

wybawił mnie, nie wiedząc, z ostatniej rozpaczy,

która zaćmiła umysł i wtrąciła ducha

w mrok posępniejszy niźli noc grudniowa, głucha.

Na zjawisku me myśli i uczucia wsparłem,

zjawiło się olbrzymie! a ja byłem karłem

Oto ja, który Boga zmogłem i posiadłem

i twarzą w twarz przed prawdy stanąłem zwierciadłem,

już zobaczyłem siebie w tym zbyciu ziemskości,

w chwale i dumie własnej, w blasku i jasności!

Ja, większy niż cherubin, którego tęsknota

zapragnęła czci bożej — bożego żywota!

w chwili, gdy myśl wzleciała ponad ludzkie plemię,

jedno słowo gromowe zaryło mnie w ziemię.

Więc mi się z tobą, duchu, porównać nie wolno?

Przywołałem cię wolą twardą i mozolną,

lecz nie mogłem zatrzymać prośbą ni rozkazem

w tej chwili wielki w sobie i mały zarazem.

Okrutnieś mnie odepchnął w odmęt ludzkiej doli;

co teraz? cóż mam czynić? posłuchać twej woli?

O! czyny nasze wszystkie i nasze cierpienia

hamują bieg żywota!

Najwyższe natchnienia

plączą się, zadzierżgają o obce widzenia:

gdy się nam dobro zdobyć i ogarnąć uda,

wszystko, co odeń lepsze — zmamienie i złuda!

Najwspanialsze uczucia, potęga zachwytu

w lód się ścina w zamęcie globowego bytu.

Gdy wyobraźnia nasza w śmiałym naprzód locie,

pełna górnych nadziei w wiecznej mknie tęsknocie,

lada rozbicie szczęścia u skalnego złomu

więzi nas w bezradosnych czterech ścianach domu!

Troska gnieździ się w sercu i tysiąc niesnasek;

wtedy na twarz przywdziewasz smutną złudę masek

i nazywasz je różnie wedle konieczności:

zjawą domu, rodziny, zagłady, miłości;

drżysz ciągle i lękasz się, wieczną trwogę czujesz,

i to, czego nie tracisz — właśnie opłakujesz.

Nie jestem Bogiem! duszę kornie chylę;

robakiem jestem, który żyje w pyle,

smagany biczem lęku, nieustanną trwogą,

że go przechodzień zmiażdży nieostrożną nogą.

Pył i ksiąg szereg liczny, co się wkoło piętrzy,

mole i bezpotrzeba obmierzłych rupieci,

oto wszystko, w czym żyję, skąd myśli najświętszej

wyczekiwałem — długo — czyż dziw, że nie świeci?

Czyliż mam czytać o tym, że w życia obręczy

człowiek nędzny wpleciony wieczyście się męczy?

że na stulecia może jeden jest szczęśliwy?

Czaszko! cóż grymas śmiechu znaczy urągliwy?

chcesz nim powiedzieć, że mózg twój przed laty

tak, jak mój dzisiaj, po manowcach błądził

i szczęścia szukał pełni przebogatej?

i w państwie myśli szaleństwem się rządził?

Przyrządy niepotrzebne, śmiecie kół i noży,

skalpele i sprężyny! — Przed bramami stałem,

lecz zatrzaśniętych nicość wasza nie otworzy!

Przyroda zasłonięta giezłem zblękitniałem,

nie zezwala go zedrzeć! — nikt jej nie posiędzie,

gdy ona sama nie chce! Na nic tu narzędzie!

Stare sprzęty spłowiałe, niepotrzebne graty,

stoicie, jak was ojciec ustawił przed laty!

Pergaminie zwinięty, dymem okopcony,

przesłuchałem nad tobą wiele lat zgarbiony.

I cóż? — obym was raczej roztrwonił rozrzutnie,

niźli wraz z wami pyłem okrywał się smutnie!

Czym ojcowego mienia dziedziczenie?

co zapracujesz, w należnej jest cenie.

Bezużyteczne ciężarem się staje —

jedyna wartość w tym, co chwila daje!

Lecz czemuż wzrok mój ciągle od ksiąg i rupieci

do tej flaseczki wraca, co na półce świeci?

ilekroć spojrzę na nią, barwi się, jaśnieje

jak księżyc, który nagle w borze zbłękitnieje.

Witam cię, przyjaciółko, pozdrawiam nabożnie

i zdejmuję z tej wnęki lekko i ostrożnie;

w tobie uwielbiam sztukę i rozum człowieczy,

kwintesencjo wszystkiego, co zbawia i leczy;

oto wywar, co w sobie śmierć i ciszę ziszcza,

o, bądźże dziś łaskawy dla swojego mistrza!

Widzę cię — wraz cierpienie i smutek mój pierzcha,

dotykam — ból pożądań zamilka i zmierzcha.

Burza, co ducha mierzwi, zatapia się w ciszę:

statek życia na morzu pełnym się kołysze;

pode mną głębie tajemniczych lśnień!

do nowych brzegów wabi nowy dzień!

Wóz złoty, płomienisty na skrzydłach się zniża —

po mnie on przybył! — oto chwila się przybliża,

w której na nowej drodze, drodze eterycznej,

stanę do wielkich czynów w przestrzeni sferycznej!

O, życie wzniosłe, o, radości boska,

czy to ja jestem — czy to moja troska?

Odwróciłem wzrok chory od ziemskich rubieży —

oto bezmiar przede mną rozjaśniony leży;

otwieram złote bramy, które mija chyłkiem

człowiek przewidujący, strwożony wysiłkiem.

Czas nadszedł, aby czynem zaświadczyć przed światem,

że godność ludzka boskiej mocy bratem;

niestraszne dla mnie piekielne podcienie,

gdzie wyobraźnia maluje cierpienie;

wyjść szukam wszędy — chociażby przy bramach

płomienny szatan knuł na ducha zamach.

O, niechaj radość jasna w sercu mym zagości,

choćby ta droga nawet wiodła do nicości!

A teraz ciebie biorę, czaro kryształowa,

ukryta w czarnym puzdrze; już wieku połowa

mija bez mała, gdy to dla swych miłych gości

ojciec na wielkie stawiał cię uroczystości;

rozweselałaś serca — podawana wkoło,

krążyłaś wśród toastów wznoszonych wesoło;

niejeden z sztychów rżniętych w krąg zgrabny i ładny

chwalono wdzięcznym rymem w uciesze biesiadnej;

niejedna noc młodzieńcza powraca pogodna,

gdy wino z ciebie pito jednym haustem do dna!

Nie podam ciebie więcej swemu sąsiadowi,

i pochwały na pełną nikt już nie wypowie;

napełniam cię napojem z własnego wyboru —

na śmierć upija siła ciemnego likworu;

ostatni raz cię do ust podnoszę: na zdrowie

idącego poranka! Jutro — twoje zdrowie!!

Przykłada czarą do ust. Bicie dzwonów i śpiewy chóralne.

CHÓR ANIOŁÓW

Chrystus zmartwychwstał!

Radość dla ludzi,

których grzech brudzi,

których grzech trudzi;

Chrystus zmartwychwstał!

FAUST

Pieśni cudowna! Uroczyste dźwięki,

które mi czarę wytrącacie z ręki!

czyliż muzyką dzwonów niepojętą

zmartwychpowstania ogłaszacie święto?

Czyliż to dźwięczą nabożne chorały,

które w Wielkanoc kojąco wołały

mojej młodości nabożne: „Hosanna,

nowych przymierzy godzino poranna”?

CHÓR NIEWIAST

Wonnościami namaszczony,

w grobie Pan nasz położony,

w płótna białe owinięty,

spoczął Chrystus z krzyża zdjęty.

Tą godziną powołaną

przyszłyśmy w dzisiejsze rano,

niesiem mirry, nard i chusty —

ciała nie ma — a grób pusty.

CHÓR ANIOŁÓW

Chrystus zmartwychwstał!

Szczęsny — w miłości

swe przeciwności

zwalcza radośnie —

ożył miłośnie!

Chrystus zmartwychwstał!

FAUST

Przyszłyście do mnie, dźwięki wzniosłe, w gości,

w godzinie pustki i wielkiej żałości;

wołajcie ludzi cichych i godnych ofiary,

słyszę wasze wołanie, lecz już nie mam wiary!

Najsłodszym dzieckiem wiary jest cud! a ja przecie

nie znajdę już odwagi, by w sferycznym świecie

waszej muzyki szukać słów Wielkiej Nowiny.

A jednak w graniu dzwonów wracają godziny

dobrej młodości mojej na zawsze odbiegłej,

gdy święte pocałunki od zguby mnie strzegły.

Wołacie mnie do życia! lata w was się głoszą,

w których korna modlitwa była mi rozkoszą,

a tęsknota mnie wiodła w głąb wiosennych kniei,

gdzie z łez gorących wstał kształt nowych idei.

O, szczęsne święto wiosny! Czasie wspomnień błogi!

wstrzymujesz krok ostatni na połowie drogi.

Grajcie dzwony i pieśni! dźwiękami słodkiemi

otoczcie serce moje! powracam w krąg ziemi!

CHÓR UCZNIÓW

Oto stracony i pognębiony wznosi się w górę;

wzniosłość i życie walczy, zwycięża groźną wichurę.

Radość tworząca, wiedza widząca w sercu się ziszcza;

dom się wzbogaca, szczęście powraca naszego mistrza.

CHÓR ANIOŁÓW

Chrystus zmartwychwstał!

Grób przezwyciężył! Serca wyzwala z więzów nicości!

Czynem Go wielbcie, braterstwem darzcie, wianem miłości!

Chrystus zmartwychwstał! Przełamał mroki,

ku wam, pokorni, kieruje kroki!

PRZED BRAMĄ MIEJSKĄ

Faust, Wagner, Czeladnicy, Służące, Studenci, Mieszczanki, Obywatele, Dziad, Stara Baba, Żołnierze, Chłopi.

Miejsce przechadzek.

Sporo luda.

CZELADNICY

Dokądże, dokąd to tak skoro?

INNI

Do leśniczówki upłazami.

PIERWSI

A my do młyna, chodźcie z nami.

CZELADNIK

A ja wam radzę nad jezioro.

DRUGI

Po cóż drogami iść zwykłymi?

DRUDZY

A ty co robisz?

TRZECI

      Idę z nimi.

CZWARTY

Radzę wam, chodźmy na folwark co żywo,

najładniejsze dziewuchy i najlepsze piwo,

i harmider tam, co się zowie tęgi.

PIĄTY

Wisus z ciebie, kolego — nie pomnisz? a cięgi,

które dwukrotnie brałeś? chcesz raz trzeci jeszcze?

ja nie idę, to miejsce, zda mi się złowieszcze.

SŁUŻĄCA

Ja już wracam do miasta; zresztą, co kto woli.

DRUGA

Spotkamy go na pewno przy tamtej topoli.

PIERWSZA

Wielka mi rzecz! Toć z tobą gwarzył będzie

i z tobą tylko tańczył w pierwszym rzędzie;

chcesz pogruchać i zażyć miłości,

cóż mnie obchodzą twoje przyjemności?

DRUGA

Nie będzie sam na pewno, bądź więc bez obawy,

mówił mi, że z nim przyjdzie, wiesz, ten kędzierzawy.

STUDENT

Sto diasków, jak te dziewki rozkosznie się noszą!

chodź, bracie, ino podejść, same nas poproszą;

fest zakurzyć i popić, i tęgo mieć w czubie,

strojna dziewka do tego, oto, co ja lubię.

MIESZCZANKA

Spójrz tylko na tych chłopców, jak oni się trwonią,

Bóg wie, co mieć by mogli — za dziewkami gonią.

DRUDI STUDENT

do pierwszego

Nie śpiesz tak — tam za nami idzie para gładka,

jedną z nich znam i lubię, to moja sąsiadka;

idą sobie powoli, w biodrach się kołyszą,

na pewno rade będą zgrabnym towarzyszom.

PIERWSZY

Ja na tamte dzierlatki większą mam ochotę;

po co mi zalecanki, długie ceregiele,

zresztą ręka, co miotłą para się w sobotę,

ta na pewno najlepiej popieści w niedzielę.

OBYWATEL

Ani mi się podoba, ani jest rozumny

nasz nowy burmistrz — pyszny jest i dumny,

dla miasta nic nie robi, z dniem każdym jest gorzej,

utrudnienia wciąż nowe i przeszkody tworzy;

bądź uległy, posłuszny, ciągle płać podatki —

jak to tak dalej pójdzie — trza zbierać manatki.

DZIAD

śpiewa

Panowie dobrzy, niewiasty nabożne,

strojne, rumiane, piękne, wielemożne;

dobo scęśliwo!

prose wos, w dniu tym, w którym sie ciesycie,

rzućcie jałmużnę, duse swą zbawicie,

niek dziod ma żniwo.

OBYWATEL DRUGI

Gdy tak we święta cicho i spokojnie,

chętnie się gwarzy o bitwach i wojnie,

że to w tej Turcji bitki są i sprzeczki —

słuchasz, pociągasz z nadobnej szklaneczki,

a rzeczka płynie, z towarem okręty,

wracasz do swego domku uśmiechnięty,

rad, że to pokój w ojczyźnie jest święty.

OBYWATEL TRZECI

Słusznie, sąsiedzie! Tylko ład i praca

toruje drogę wiekowi złotemu,

niechże się wszędzie wali i przewraca,

byleby w domu było po staremu.

STARA BABA

do Mieszczanek

Jakie to strojne panny — jak się złocą!

każdy się snadnie w was zakochać może,

jeno się zbytnio nie dróżcie — bo po co?

— gdyby coś tego — to stara pomoże.

MIESZCZANKA

Chodźmy, nie mówmy z wiedźmą na widoku,

zaczęto by nas obmowami chłostać;

wiesz — na Andrzeja ubiegłego roku

w wosku mi męża pokazała postać.

DRUGA

I mnie to samo, tylko że w krysztale,

w gronie wojskowych właśnie go widziałam —

sam także żołnierz — mówię ci, wspaniale!…

Lecz go dotychczas jeszcze nie spotkałam.

Śpiew żołnierzy

Mury, blanki, serca, wianki,

twierdze harde i kochanki

zdobyć szturmem — w to mi graj!

Panieneczko! grzmi fanfara!

do ataku! naprzód, wiara!

do alarmu, trąbko, graj!

Czarne oczy u tej wojny,

żywot przy niej niespokojny!

Czarnooka! buzi daj!

Nad żołnierza nie masz pana!

musisz moją być, kochana!

znaj żołnierza! pana znaj!

FaustWagner nadchodzą.

FAUST

Lody puściły. Strumienie i rzeki

niosą w rozbłyskach śpiew idącej wiosny;

aż po zmodrzały widnokrąg daleki

ziemia hymn śpiewa wonny i radosny.

Zima, w manowcach posępnych ukryta,

dmie ostatkami sił, wiatrem szronistym;

słońce z dnia na dzień bujnieje, rozkwita

przepychem kwiatów, wzniosłym, uroczystym.

A jak te kwiaty, tak strojni przechodnie

barwą się mienią — spójrz jeno ku bramie —

długim szeregiem idą — tak pogodnie!

krasne bukiety w wiosny panoramie.

Z ponurych murów na świetlane błonie

— jako na dłoni widać z tego wzgórza —

rój dziew i chłopców wylata i płonie,

w słonecznych blaskach pławi się i nurza.

Tak radość chłoną od wczesnego rana,

idą, przystają i znów idą dalej —

i sercem wielbią Zmartwychwstanie Pana,

w tym dniu wiosennym sami zmartwychwstali.

Z niziutkich domów, z suteryn, z poddaszy

i z wąskich ulic gwaru, rojowiska,

idą ku kwietnej i słonecznej paszy,

gdzie smęt daleko jest, a radość bliska.

Spójrz jeno — miasto budzi się i roi,

i szumną falą rozlewa po łące;

rzeka żaglami, tratwami się stroi;

tam łódź ostatnia w dale migocące

z ochotną ciżbą płynie wśród śpiewania:

z hali górale idą, lśnią jak w zbroi

w wzorzystej krasie szumnego ubrania.

Jasna, wesoła chwil uroda

pod niebem wielkim, modrym, lekkim…

budzi się radość i swoboda —

oddycham w pełni nią! — Jestem człowiekiem.

WAGNER

Z tobą przechadzka, mój panie doktorze,

korzyść niemała, zaszczyt bardzo duży,

lecz sam bym nie szedł tu o takiej porze,

nie lubię chamstwa, krzykliwość mnie nuży.

To smyczkowanie, krzyki, hałas, wrzawa,

po prawdzie mówiąc, napełnia mnie gniewem,

może to dła nich wreszcie i zabawa,

dla mnie to ryki, co oni zwą śpiewem.

CHŁOPI POD LIPAMI

taniec, śpiew

Pasterz się przybrał, poszedł w tan

w kwiaciastej jubce, na łbie wian;

pod lipą taneczników koło

śpiewa i wodzi rej wesoło.

Oj! dana, dana,

dana, da —

wodzi rej wesoło!

Pośród tancerzy lotnych kół

znalazł dziewuchę, wziął ją wpół —

niechcący pchnął ją — ona: „Wara!

cóż za latawiec i niezdara”.

Oj! dana, dana,

dana, da —

latawiec, niezdara!

W głowie się kręci — oczy mglą —

w lewo i prawo — toż to szło —

z ręki dziewuchy szły do ręki —

furczą i wznoszą się sukienki.

Oj! dana, dana,

dana, da —

wznoszą się sukienki!

Hola, dziewczyno! nabierz tchu!

a nie wierz chłopcu jako psu —

nasieje w żytko twe kąkolu,

a potem szukaj wiatra w polu.

Oj! dana, dana,

dana, da —

szukaj wiatra w polu!

STARY CHŁOP

Dla nas to zaszczyt, doktorze, nie lada,

żeś nie pogardził dziś naszym kiermaszem

i że jegomość bratnio z nami siada.

Więc się ośmielę, z zezwoleniem waszym,

podać wam dzban ten zacnego napoju —

niech wam na zdrowie będzie, dobry panie,

żyjcie tak długo w szczęściu i bez znoju,

ile jest kropel wina w dzbanie.

FAUST

Szczerość serdeczna w twoim prostym słowie,

chętnie przyjmuję — wznoszę wasze zdrowie!

Tłum się gromadzi.

STARY CHŁOP

Dobrze czynicie, że w kole wesołem

jesteście z nami, żeście nie wzgardzili,

bośmy to przecie dawno temu społem

i ciężkie czasy przeżyli.

Jeszcze tu żyją i są między nami,

których wasz ojciec wyleczył w czas dżumy,

hej, doktor to był ponad doktorami

i rozum jego był ponad rozumy!

Z ojcem zarazę zwalczaliście wtedy,

młodzieńcze serce wasze się nie bało,

i ratowaliście nas z ciężkiej biedy —

wielu pomarło — wam nic się nie stało.

Tu w sercach naszych wieczny macie dług,

wspieraliście nas, a was wspierał Bóg!

Wszyscy

Zdrowie twe z pełnej pijem kruży!

żyj i pomagaj jak najdłużej!

FAUST

Bogu hołd złożyć się należy —

pomoże temu, kto weń wierzy.

Odchodzi z Wagnerem.

WAGNER

Jakże cię cieszyć muszą zaszczyty i sława,

które za twe zasługi tłum ci szczodrze dawa;

szczęśliwy, komu korzyść przynoszą zdolności!

Oto cię wszyscy wielbią w wylanej miłości —

ojciec dzieciom wskazuje mówiąc: patrzcie, dzieci,

oto człowiek, co wśród gwiazd jako księżyc świeci.

Cisną się wszyscy, tańce ustają i granie —

idziesz — a wraz tłum milknie i szpalerem stanie —

omal nie klęknie z drżeniem niepojętem,

jakby ksiądz z Przenajświętszym przeszedł Sakramentem.

FAUST

Jeszcze nas kilka kroków tylko dzieli od kamienia,

na którym przysiądziemy nieco dla wytchnienia.

Ileż razy mnie kroki zamyślone wiodły

tu właśnie na marzenia, na post i na modły!

Pełen nadziei, silny na duchu i wierze

modliłem się do Boga gorąco i szczerze

o zmniejszenie zarazy; dziś poklaski żywe

są dla mnie jak szyderstwa słowa obelżywe.

Zgoła nie zasłużyliśmy — ojciec ze synem,

aby lud ich zasługi uwieńczał wawrzynem.

Mój ojciec, widzisz, parał się ciemnymi siły —

w jego pracowni w tyglach się rodziły

one leki i maści, czarodziejskie brednie,

które w nocy spłodzone, leczyć miały we dnie.

Ogółem biorąc był to człowiek sprawiedliwy,

który wierzył w te swoje obłąkańcze dziwy —

wierzył — więc był spokojny i czysty w sumieniu.

Owe lwy i lilije żenione w płomieniu

na łożu madejowym rozciągał i smażył,

aż królewnę rumianą w retorcie uwarzył.

Lecz gorzej, kiedy chorych tym wywarem leczył,

boć, rzecz jasna — nikogo tym nie zabezpieczył

przed śmiercią, wprost przeciwnie, dużo zdziałał złego,

umierali — nie wiedząc przez kogo i z czego;

w dolinach tych i górach z ojcowej poręki

najsroższe były mory i największe męki;

ja sam, ojcowym zarażony szałem

tysiącom te trujące leki podawałem.

A dzisiaj, o, ironio! ofiarują serce

i wielbią — chwałą darzą — kogóż to? mordercę!

WAGNER

Czym tu się trapić? ja bym się nie liczył!

Kto pracuje w tym kunszcie, który odziedziczył,

czyni dobrze — a jeśli w tym ojca przerośnie —

stokrotnie rad być winien, bo może radośnie

przed sobą samym stwierdzić, że jego syn może

dojść do doskonałości, idąc po tym torze.

FAUST

Szczęśliwi, którzy wierzą, że szczątki okrętu

swej wiary wyratują z pomyłek odmętu!

Do niewiadomej prawdy tęskni się bez granic,

a to, co się zdobyło, nie zda się nam na nic.

Lecz dość! po cóż zatruwać poczuciem swej winy

darzące ukojeniem zachodu godziny!

Domy pod strażą sadów opromienia zorza —

znów dzień jeden odpływa w nieznane przestworza

na nowe życie! O, móc skrzydłami orlemi

lecieć za nim w bezmiary, za orbitę ziemi!

Oto widzę w marzeniu, podniesiony lotem,

całą ziemię oblaną promieni tych złotem —

ogniem płonące turnie, ściszone doliny —

rzeki stopionym złotem płynące w krainy

dalekie! Nic nie broni wysokiego biegu —

góry ani przepaście! — aż morskiego brzegu

odsłonią się kontury, skąd wieczyste fale

zdają się wpływać światłem w gwiaździste oddale.

Przede mną cień — a za mną noc --- przede mną morze —

a nade mną na wieczność spłomienione zorze.

Piękny sen! — dzień szarzeje, zaumiera, kona,

o, nie wytęsknią skrzydeł tęskniące ramiona!

Lecz któż zabroni sercom wieczne marzyć życie,

gdy w cichy dzień skowronek dzwoni na błękicie,

gdy orzeł z turni patrzy w stawów oczy pawie,

gdy z klangorem na wyraj wzlatują żurawie?

WAGNER

Ja także w moim życiu różne sny miewałem,

lecz takich smutnych tęsknot nigdy nie zaznałem.

Bywało — myślą w lasach i polach zagoszczę,

lecz skrzydeł marnym ptakom nigdy nie zazdroszczę…

O, ileż już rozkoszniej — tak karta po karcie

czytać księgi — w maksymach znachodzić oparcie;

zwłaszcza w zimowe noce, gdy kominek grzeje,

jak słodko w ludzkiej myśli wczytywać się dzieje;

a jeśli się nadarzy pergamin nieznany

do rąk dostać — ach! wtedy duch szczęściem pijany.

FAUST

Tę jedną żądzę czujesz, nie chciej innej! — We mnie

ogień wieczystych tęsknot nigdy się nie zdrzemnie!

Dwie dusze mam — w rozprzęgu wiecznym i zamęcie:

jedna się pazurami w ziemię prze zacięcie,

druga z oparów ziemskich podnosi się w niebo,

niezwalczoną zaświatów wieczystą potrzebą.

O, jeśli na powietrzu są niewidne duchy,

wiążące między ziemią a niebem łańcuchy,

jeśli jesteście, wołam, spłyńcie ku mnie skrycie

i prowadźcie na nowe, wielkie, bujne życie!

O, płaszcz czarowny mieć, płynący gwiezdnym śladem!

oddałbym zań królewskie berło i diadem!

WAGNER

Nie wołaj, mistrzu, nieszczęsnej gromady,

ukrytej chytrze w mgle niewidnej, bladej!

przyczajone niestwory czatują i baczą,

by myśl klęską zaorać i posiać rozpaczą!

Jeśli z północy przyjdą — lodem cię zamrożą,

jeśli z południa — pożarem zagrożą,

jeśli ze wschodu — żegnaj się z nadzieją,

jeśli z zachodu — potopem zaleją.

Wołań ludzkich słuchają chętnie, lecz na szkodę,

potrafią wyczarować piękno i urodę;

kłamią — mamiąc rozkosze i niebiańskie raje,

lecz nic po nich krom klęski i zła nie zostaje!

Lecz chodźmy, noc zapada, mgły włóczą się sine,

najbardziej dom się ceni w wieczorną godzinę.

Czemuż stoisz z tą dziwną ciekawością w oku,

co widzisz, co dostrzegasz w tym wieczornym mroku?

FAUST

Czy nie widzisz tam w polach tego psa czarnego?

WAGNER

Owszem, dawnom go zoczył — no, ale cóż z tego?

FAUST

Czy ciebie niepokoi ta postać nieznana?

WAGNER

Zdaje się, że to pudel — zgubił swego pana

i węszy za śladami.

FAUST

      No, a co oznacza

i co oznaczać może, że nas tak otacza

kręgami coraz ciaśniej, wciąż biegnie za nami,

a jeśli się nie mylę — za jego krokami

dostrzegam smugę iskier.

WAGNER

      To chyba złudzenie;

ja widzę pudla — mamią was wieczorne cienie.

FAUST

Mnie się zdaje, co zresztą wcale mnie nie straszy,

że on tak sieć zaplata wokół drogi naszej.

WAGNER

Ja mniemam, że on węszy, szukaniem się trudzi,

strwożony, że miast pana spotkał — obcych ludzi.

FAUST

Lecz krąg coraz ciaśniejszy, już jest bardzo blisko.

WAGNER

Wszakże to nie jest upiór! jakieś miłe psisko,

szczeka trwożnie, waruje, kładzie się i czai,

i ogonem zamiata wedle psich zwyczai.

FAUST

Chodź z nami! chodź! tu bliżej.

WAGNER

      Ładne psisko wcale,

a z bliska się przedstawia nawet okazale;

i tresowany; bardzo zmyślna jucha;

stoisz — on stoi; idziesz — idzie; słucha

słów twoich, skacze, widać jeszcze młody;

rzuć laskę! ciekaw jestem, czy skoczy do wody —

o — na pewno da nura!

FAUST

Masz rację, to nie duch w nim, to wszystko tresura.

WAGNER

Pies, co umie wyprawiać różnorodne sztuki,

rozweseli i męża głębokiej nauki.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.