drukowana A5
76.07
Faust

Bezpłatny fragment - Faust

Objętość:
687 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0226-1

DEDYKACJA

Znów, duchy zwiewne, przychodzicie do mnie,

zjawione smętnym oczom przed latami.

Do marzeń dawnych serce lgnie niezłomnie,

zatrzymać pragnie was i odejść z wami.

O, przybywajcie! niech was wyogromnię,

zjawy stłoczone za mgłą i mrokami;

gromado cicha, wonią opowita —

młodzieńczym czarem drżąca pierś zakwita.


Radosna przeszłość spromienia się jaśniej,

umiłowane cienie idą w gości;

jakby z zamierzchłej i przebrzmiałej baśni

mży pieśń przyjaźni i pierwszej miłości;

i ból powraca — wskrzesza z skarg i waśni

błędne rozstaje, życia zawiłości,

niesie imiona tych, co w szczęsnej chwili

złudą zmamieni dom mój opuścili.


Wy, którym pierwsze wyśpiewałem pieśni,

o, duchy dobre, dalszych nie słyszycie;

kędyż jesteście, bracia i rówieśni?

w echu pobrzmiewa zapomniane życie.

Cierpienie moje już się nie rozwieśni,

czymże nieznani? cóż po ich zachwycie?

kogóż śpiew skrzepi? jakich mam słuchaczy?

zmarłych jedynie, jedynie tułaczy.


Tęskność zbudzona do lotu się zrywa

ku onej cichej powagi krainie;

śpiew mój szelestem błędnym się wygrywa

jak wiatr, co struny potrąci i minie,

a w mężnym sercu słodycz wschodzi tkliwa,

drżenie mnie zmaga — łza po licach płynie…

tak teraźniejszość gubi się, szarzeje,

co przeminęło, prawdziwie istnieje.

ROZMOWA WSTĘPNA W TEATRZE

Dyrektor, Poeta, Wesołek.

DYREKTOR

Pomóżcie, druhowie moi,

w ciężkim kłopocie i biedzie,

bardzo mnie to niepokoi,

czy się impreza powiedzie…

Dziś pragnę tłumom dogodzić,

co żyją i żyć pozwalają —

czymś im to trzeba nagrodzić,

a na zabawę czekają.

Kulisy kazałem ustawić,

lecz jakaż sztuka dziś wzruszy?

publiczność łaknie się bawić;

brwi wznosi, oczy bałuszy;

ja wiem, jak zdobyć jej serce!

— lecz właśnie jestem w rozterce —

bo choć się na sztuce nie znają —

straszliwie dużo czytają.

Co począć, by olśnić nowością

i myśl znaczniejszą przemycić —?

by przypodobać się gościom,

nauczyć, zniewolić, zachwycić —?

Boć przecie radość to duża,

gdy tak się cisną do sali

jak potok wezbrany, jak burza —

tłum biegnie — tłum rośnie — tłum wali;

gdy już o czwartej się garnie,

biletów żąda przy kasie,

jak w czasie głodu — piekarnie

szturmem zdobywa i pcha się.

Lecz któż tu mocen w potrzebie —?

któż oczaruje tych wielu?

Dziś apeluję do ciebie,

poeto, mój przyjacielu!

POETA

O, nie mów! Nie wspominajże mi tłumu,

przed którym duch ucieka jak najdalej;

nie chcę jaskrawizn, stłoczonego szumu,

co w topiel ciągnie na kształt chytrej fali.

Raczej mnie prowadź, kędy cichość nieba

jak modry bławat zakwita radością,

gdzie prócz łask bożych niczego nie trzeba

sercu, co żyje przyjaźnią, miłością.

Ach! wszystkie głębie, wszystkie uczuć cuda,

o czymśmy sobie półszeptem mówili

i pełni lęku, czyli czyn się uda —

ginie w przemocy rozkrzyczanej chwili.

Często latami hartują się dzieła,

zanim dojrzeją do pełnej wzniosłości.

Błyskotka ledwie zalśni, już zginęła.

dzieło rzetelne wskrześnie w potomności.

WESOŁEK

Bodaj się asan wraz z tym słowem schował!

Wyobraź sobie, gdybym ja tak prawił

wciąż o przyszłości — któż by baraszkował?

Tłum chce się bawić — z kimże by się bawił?

Chłop z wiary zawsze się na świecie przyda

istnienie jego warte coś — bez sporu —

kto swe dowcipy jak szelągi wyda

wszystkim — nikomu nie spsowa humoru;

na rozszerzenie wpływu bardzo łasy,

pragnie ogarnąć jak najszersze masy.

Odważny w karty gra! więc do roboty!

z fantazją łączcie wszystkie pokrewieństwa:

rozum, rozwagę, namiętność, tęsknoty —

lecz najważniejsza rzecz: dużo błazeństwa!

DYREKTOR

Najpierwsza, mniemam, rzecz — to ruch na scenie!

Ludzie chcą patrzeć — widzieć chcą najchętniej.

Gdy się im nadmiar przed oczy nażenie

tak, że to zdziwi, olśni, roznamiętni —

toś, bracie, wygrał już na całej linii,

kochać cię będą i nikt nie obwini.

Na tłum trza tłumem działać! Juści wtedy

każdy sobie wybierze z rozrzutności onej,

co mu dogadza — no i nie masz biedy;

do domu wraca widz zadowolony.

Dajecie sztukę — krajcież w kawałeczki —

bigosu trzeba dzisiaj publiczności;

robota łatwa, przyjęcie bez sprzeczki.

Cóż —? — sztukę dawać bez skrótów, w całości?

to mrzonki! pomylone obowiązki!

tak czy tak, tłum ją rozskubie na kąski.

POETA

Miast dobrego rzemiosła dajecie partactwa!

nie dojdziecie do ładu z rzetelnym artystą!

Moi szczwani panowie, z waszego matactwa

już zasadę robicie, widzę, oczywistą.

DYREKTOR

Ten zarzut mnie wcale nie boli:

sprawnie znać musi narzędzie,

kto sprostać pragnie swej roli

i przypodobać się wszędzie.

Publiczność to glina przecie,

glina niezwykle miękka —

niechże ją twarda ręka

nazbyt gwałtownie nie gniecie!

Dla kogóż, poeci, piszecie?!

Jednego nuda tu wiedzie,

drugi po sutym obiedzie

przychodzi; trzeci, niestety,

przed chwilą czytał gazety.

Jak na redutę roztargnione roje

schodzą się — siadają rzędami;

panie na pokaz przywdziewają stroje

i grają… bez gaży z nami.

Zaklęci w poezji koliska,

czyż was co komplet obchodzi?

radzę wam, spójrzcie no z bliska,

co zacz ten widz, wasz dobrodziej!

gbur obojętny, co pełen pustoty

myśli o dziewkach, liczy w kartach tuzy;

wartoż to, głupcze, dla takiej hołoty

nadobne trudzić Muzy?

Radzę wam — dawać, dawać z siebie dużo,

wtedy jedynie nie chybicie celu;

niech się nadmiarem ludziska odurzą —

choć bardzo trudno zadowolić wielu —

— Cóż to? Czy cię co boli? Czyliś zachwycony?

POETA

Nie będzie nigdy między nami zgody!

bo dla poety to najwyższe prawo:

prawo człowieka dane od przyrody —

niesfrymarczone jest i nie zabawą!

Czymże, odpowiedz, wszystkie serca wzrusza?

czymże żywioły do posłuchu zmusza?

czyż nie harmonii to tajemna praca,

co z serca idzie, do serca powraca?

Kiedy natura przędzę nieskończoną

tak obojętnie zwija na wrzeciono,

gdy żywioł wszelki rozbrzmiewa niestrojnie,

skłócony z sobą i we wiecznej wojnie —

czyjaż go godzi ożywcza potęga

i rytmem spina, i w melodie sprzęga?

kto każdy szczegół w wielką pieśń sprzymierza,

która akordem wspaniałym uderza?

kto namiętności rozpętuje burze?

kto zachodzącej każe skrzyć purpurze?

i kto kwiatami najwonniejszej wiosny

stroi kochanej gościniec miłosny?

Kto liście niepozorne splata w wieniec trwały

dla zasług przerozmaitych, dla wieczystej chwały?

Kto bogów zabezpiecza i godzi w wszechświecie —?

Potęga człowieczeństwa zaklęta w poecie.

WESOŁEK

Właśnie! niechaj ci służy ta potęga wzniosła,

chciej do poetyckiego użyć ją rzemiosła;

niechajże dzieło twoje ma romansu postać —

ów przypadek poznania, ową chęć, by zostać;

więzy coraz ciaśniejsze, już serce w niewodzie,

szczęście świeci, to gaśnie w zwątpieniu, w niezgodzie —

zachwyt, zachwyt bez granic! — potem ból i żałość —

ani się nie spostrzeżesz — już jest przygód całość.

O — takie nam wyczaruj, panie, widowisko!

Do zjawisk życia podejdź i sprawnie, i blisko!

Mało kto, żyjąc, z życia zdaje sobie sprawę;

gdziekolwiek je ułapisz, wszędzie jest ciekawe.

Stwórz obrazy jaskrawe, prostoty niewiele,

iskra prawdy wśród myłek niech błyszczy w twym dziele;

taki napój najlepszy — świat się nim odświeży.

Tedy się zbierze zacnej świetny kwiat młodzieży,

wpatrzy się w sztukę twoją jakby w objawienie,

melancholią upoi czułe swe sumienie;

każdy się z tym czy z owym zapozna i wzruszy,

I usłyszy wyraźnie, co mu grało w duszy.

O śmiech i łzy rzęsiste łatwo u tej rzeszy,

która uwielbia polot, ułudą się cieszy;

dojrzałemu dogodzić to duże trudności;

ten, co dojrzewa, zawsze pełen jest wdzięczności.

POETA

Więc wróć mi młode lata moje,

gdy duch się jeszcze w pąku krył,

a pieśni nieprzebrane roje

skrzyły jak złoty, gwiezdny pył;

świat we mgle tonął popielatej,

kwiat każdy wieścił nowy cud,

w dolinie rwałem w naręcz kwiaty;

nie miałem nic — wszystkiego w bród:

bo żądzę prawdy, rozkosz złud.

Wróć mi kipiący, młody war,

szczęścia bolesne niepokoje,

nienawiść i miłości czar,

o, wróć mi młode lata moje!

WESOŁEK

Przyjacielu! — młodości potrzebne ci wdzięki,

gdy się potyczka zdarzy wyogniona,

lub gdy najmilsze dziewczynki

na szyję twoją zarzucą ramiona,

kiedy podczas wyścigów lśni na mety krańcu

nagroda niezbyt łatwa zwycięskiego wianka,

lub kiedy po zawrotnym i gwałtownym tańcu

resztę nocy trza przepić do białego ranka.

Lecz waszym obowiązkiem, mężowie stateczni,

z odwagą, z wdziękiem w struny uderzyć znajome!

do wytkniętego celu zdążajcie bezpieczni,

chociażby przez pomyłki wielkie czy znikome;

nikt was za to nie zgani, a każdy pochwali.

Starość nas nie zdziecinnia, jak to się wydaje,

jeno nas dziećmi jeszcze małymi zastaje.

DYREKTOR

Dość już, dość już słów, zamętów —

przejść do czynów nam się godzi!

— oni pełni komplementów —

a mnie o pożytek chodzi!

Cóż pomogą nam nastroje?

na cóż się to wszystko przyda?

Kto poety przywdział zbroje,

niech poezji rozkaz wyda.

Wiecie, czego nam potrzeba:

trunek warzyć krzepki, mocny!

dzisiaj głodnym trzeba chleba —

dzień jutrzejszy bezowocny.

Trza skorzystać z sposobności,

zdecydować, chwycić z siłą —

potem droga się wymości,

rzecz potoczy się aż miło.

Wiecie — dziś na każdej scenie

eksperyment — głupio, serio —

rozkaz mody miejcie w cenie,

ruszyć całą maszynerią!

księżyc, słońce, niebo, chmury,

roje gwiazd! niech skrzą i mrużą!

wody, ognie, skały, góry.

zwierz i ptaki — byle dużo!

Oby nas scena pochopnie

kręgiem wszechstworzeń urzekła,

a wy nią spieszcie roztropnie

z nieba przez ziemię do piekła.

TRAGEDII CZĘŚĆ PIERWSZA

PROLOG W NIEBIE

Pan; Zastępy niebieskie; Archaniołowie: Rafał, Gabriel, Michał; Mefistofeles,

RAFAŁ

W melodii bratnich sfer wszechświata

gra słońce pieśń wieczyście młodą,

torem znaczonym w skrach wylata

i drży jak burza nad pogodą.

Cud niepojęty darzy mocą,

zachwyt z serc naszych wypromienia:

dzieła rąk bożych tak się złocą

dziś — jak za pierwszych dni stworzenia.

GABRIEL

W przelocie wartkim niepojęcie

mknie świat — w urodzie niepoznanej —

i w przemian utajonym święcie

dzień z nocą splata na przemiany.

Pieni się morze w fal zalewie,

szturmem zdobywa skalny brzeg,

lądy i morza w burzy gniewie

gna w wieczną dal, sferyczny bieg.

MICHAŁ

Wichrzą się burze — naprzód — dalej

z morza na turnie — z turni w morza —

aż się wykuje z rąk kowali

łańcuch wiążący przestworza.

Żarzą się zgliszcza! — Z błyskawicy

wyrasta gromem ognia słup!

lecz Twoi, Panie, posłannicy

czczą cichy przelot Twoich stóp.

RAZEM

Cud niepojęty darzy mocą,

zachwyt z serc naszych wypromienia;

dzieła rąk bożych tak się złocą

dziś — jak za pierwszych dni stworzenia.

MEFISTOFELES

Panie, władnący dniem i mrokiem

raczyłeś zejść przed nieba próg —

patrzysz łaskawym na mnie okiem —

przeto tu staję w gronie Twoich sług.

Nie umiem splatać słów górnie i grzecznie

— niechże niebiańska szydzi ze mnie brać —

rozśmieszyłbym cię patosem bezsprzecznie,

gdybyś się, Panie, nie oduczył śmiać.

Gwiazdami, bezkresami włada myśl Twa boska;

nie znam się na tym; jedno wiem: człowiek się troska!

Ten mały bożek ziemi w życia błędnym kole

pcha swój ciężar w jednakim, upartym mozole;

rzekłeś: złudę światła mu dam, niechaj go krzepi.

— wierzaj, Panie, bez tego byłoby mu lepiej —

rozumem złudę nazwał, spaczył ten dar Boży —

w rezultacie jak zwierzę żyje, bodaj gorzej.

Wybacz, Panie łaskawy, lecz tak mi się zdaje —

podobien człowiek wielce do świerszcza, co wstaje

na wydłużonych nóżkach — skacze i rzępoli,

i brzęczy skargą zrzędną o tym, co go boli

— i więcej — ! — gdybyż w trawie siedział! — aleć oto

podnosi się — skok w górę! — nosem zarył w błoto!

PAN

Oskarżać jeno umiesz, nic więcej, Mefiście,

pełne niesnaski są twe słowa —

MEFISTOFELES

      Rzeczywiście,

nie taję, Panie, bardzo źle ludziom na ziemi

i nierad ich uwodzę sztuczkami diablemi —

i tak się sami z dnia na dzień grążą w szarugę.

PAN

Znasz ty Fausta?

MEFISTOFELES

      Doktora?

PAN

Tak! Mojego sługę!

MEFISTOFELES

Przedziwnie on Ci służy! Myślą nieodgadłą!

Nieczłowieczy jest jego napitek i jadło.

Rozterka gna go w otchłań, spokój ducha płoszy,

pożądań obłąkanych zalewa go fala,

z nieba pożąda skrzących gwiazd — z ziemi — rozkoszy,

w tej zamieszce od Ciebie czucia swe oddala;

jego serce znękane ciągłą wrzawą boju

zapomniało, co miłość i błękit spokoju.

PAN

W tej służbie jego opacznej, w tej myśli jego opornej,

pomocą podam mu rękę, światło wykrzeszę w pomroce:

każde drzewo w ogrodzie zna ogrodnik przezorny

i dokładnie wie, jakie i kiedy wyda owoce.

MEFISTOFELES

O zakład idę — utracisz go, Panie!

daj zezwolenie, a ja go w otchłanie

zawiodę zgrabnie i niespostrzeżenie.

PAN

Dopóki żyje na ziemi, wódź go na pokuszenie —

z błędem jest ożenione wszelkie człowiecze dążenie.

MEFISTOFELES

Dzięki Ci, Panie, bo umarłym ciszy

staram się nie zakłócać, do grobów nie złażę;

jestem jak kot, co zdechłej nie dotyka myszy —

słowem — lubię zażywne kształty, pulchne twarze.

PAN

Zezwalam. Czyń, co ci dogadza,

z Faustowym duchem; od źródeł światłości

niechaj odciąga po przewrotna władza

i wywłóczy po drogach pustki i nicości,

lecz bacz, iż pycha we wstyd się przeradza,

gdy stwierdzić musi, że człek szlachetny prawdziwie

po omacku odnajdzie drogę swą szczęśliwie.

MEFISTOFELES

Więc parol! doskonale! raz dwa się uwinę!

ot, po prostu wygraną już w zanadrzu noszę;

na cztery strony świata szczęśliwą godzinę

zwycięstwa tryumfalną fanfarą ogłoszę — !

Wtedy pozwolisz, Panie, aby ten zuchwalec

proch ze stóp moich lizał jak mój kum: padalec.

PAN

Przychylność moja ciebie zabezpiecza,

nienawiść jej nie zgasi ani nie umniejszy;

z rzeszy przekornej, co wiecznie zaprzecza —

sowizdrzał ostatecznie jeszcze najznośniejszy.

Czynność ludzkiego ducha zbyt łatwo wiotczeje —

baczę, aby w lenistwie gnuśnym nie osłabła,

przeto podsycam wolę, podżegam nadzieje

niepokojącym towarzystwem diabla.

Lecz wy, synowie światłości,

zapłońcie pięknem, radością!

wiążcie więzami miłości

serca z wszechświata miłością!

Kędy niestałość się mieni

w wahaniu w rozliczne strony,

lećcie obliczem zwróceni,

stałej udzielcie obrony.

Zamyka się niebo.

Archaniołowie znikają.

MEFISTOFELES

sam

Lubię staruszka czasem i jestem ostrożny,

by nie czynić niczego, co nazbyt Go zraża;

przecież to bardzo miło, gdy pan tak wielmożny

z chudopachołkiem za pan brat przygwarza.

POCZYNA SIĘ TRAGEDIA

PRACOWNIA

Faust, Duch ziemi, Wagner, Chór aniołów, Chór niewiast, Chór uczniów.

Noc.

Wysoko sklepiona, wąska komnata gotycka. Faust pełen niepokoju siedzi przed pulpitem.

FAUST

W żądzy wiedzy poznałem wszechnauk dziedzinę,

zgłębiłem filozofię, prawo, medycynę,

niestety, teologię też! — cóż? — pozostałem

mizernym głupcem! — tyle wiem, ile widziałem.

Magistrem jestem, nawet zowią mnie doktorem,

i tak latami z męką, z wewnętrznym oporem

oświecam rzesze uczniów bezpłodnym zarzewiem

i wiem, że nic nie wiemy — i że ja nic nie wiem.

Czyż zawiłości świata ta pewność zwycięża,

że wiem więcej niż mędrcy, doktorzy i księża?

że nie ma we mnie zwątpień, że łza mi nieznana,

że się nie lękam piekła, nie trwożę szatana?

Pustka we mnie i wszelka radość mi odjęta,

pustka mi bieg hamuje, skrzydła moje pęta.

Zaledwie krok uczynię, już muszę powracać —

i jakoż mogę bliźnich polepszać, nawracać?

Ani się ze mną dobro, ni pieniądz nie brata,

nie wiem, co sława ziemi, co wspaniałość świata,

Któż drugi byt sobaczy tak wlec się odważy

z maską obojętności na posępnej twarzy?

Przeto magii oddałem i czas mój, i siły,

może przez nią odnajdę ślad bytu zawiły,

może przez tajne moce i przez pomoc ducha

mój duch się prawd odwiecznych dopatrzy — dosłucha…

Obym nie musiał mówić, czego nie rozumiem

i kłamstwem poklask zyskać w lekkomyślnym tłumie.

Może znajdę najgłębszą, wieczną spójnię życia,

tajemnicę ziarn poznam i wyrwę z ukrycia,

zbędę słów, które są słowami tylko,

poznam, czy życie wieczne jest, czy tylko chwilką.


Księżycu, druhu bratni,

obyś na me cierpienia patrzał raz ostatni;

ileż ponurych nocy oto przy tym stole

szukałem w księgach prawdy w łudzącym mozole,

a ty, mój przyjacielu wierny — po cichutku

patrzałeś w moje oczy przygasłe od smutku.

Obym mógł w twoim świetle radosny, pogodny,

na szczytach gór oddychać wolny i swobodny,

nad przepaście z duchy wzlatać,

mgły na łąkach snuć i splatać

i zbyty nauk, pustej wiedzy —

poić się rosą przesrebrzonej miedzy.


A oto żyję w mroku, w cieniu,

w przeklętym, ponurym więzieniu,

gdzie przez szkieł barwnych zator wpada

jasność zamglona, brudna, blada.

Zwał ksiąg mnie więzi i dusi swym pyłem,

wśród stert papieru tyle lat przeżyłem,

wśród szkieł, przyrządów, instrumentów wiela,

z których każdy od życia grodzi i rozdziela.

Ułóż w stos książki, Fauście, stań na wiedzy szczycie

oto jest świat twój, oto twoje życie!!


Czyliż zapytam jeszcze, czemu serce moje

ból kąsa nienazwany, gnębią niepokoje?

miast się przyrodą cieszyć w wzniosłym Boga dziele

otaczają mnie dymy, mole i piszczele.

— niech wolna dusza uskrzydlona wzlata

poprzez ziemię, przez życie — na granice świata…

Gdy poznam mądrość ziemi, gwiazd sferyczne kręgi,

duch wyrośnie strzeliście, nabierze potęgi.

Poznam żywe ogniwa wszechświata łańcucha,

poznam, jak z ducha mówić i duchem do ducha.

Na próżno umysł w znaków wpatruje się dziwa —

otocz mnie, rzeszo duchów widząca i żywa…

Może stąd spłynie na mnie wielkiej łaski cisza?

Nostradamusie — biorę cię za towarzysza!

otwiera księgę; dojrzał znak makrokosmosu

Oto Makrokosmosu znak! — z jakąż rozkoszą

zmysły me pełnią żyją — ku pełni się wznoszą!

Szczęście życia prześwięte i wieczyście młode

toczy przez żyły moje jasność i pogodę.

Czy to Bóg znak ten wpisał — nim mądrość swą zwierza,

serce radością pełni, rozterkę uśmierza?

Wszystkie moce przyrody stanęły niezłomnie

w tej chwili uroczystej pomocnie koło mnie.

Czyż Bogiem jestem? — Przejasna świetlistość

wiecznie twórczej przyrody stwarza oczywistość,

która wzrasta i rośnie, budzi się od nowa,

uczy i przypomina wielkie mędrca słowa:

„Świat duchów nie zamknięty, otwarty na ścieżaj,

myśli i serca twego wiedza nic otworzy —

w duchu się przetwórz, uczniu, i duchem zwyciężaj

i kąp pierś młodą w przedporannej zorzy!”

przyjrzał się znakowi

Wszystko się tutaj w całość splata,

jedno o drugie zadzierżgnięte.

Siła niebiańska kręgiem wzlata —

z rąk do rąk idą wiadra święte!

A duch na skrzydłach łaski wonnej,

w wiecznej harmonii dźwięcznej, dzwonnej,

w żywot przeradza się bezzgonny.


Przecudna świateł gra, pusta, choć śliczna — !

Jakoż cię pojmę, o, ty bezgraniczna

przyrodo? — gdzie twe piersi? — gdzie źródła przeczyste,

z których sączą się dzieje wszechświata wieczyste?

Źródło, co złudne blaski z siebie wypromienia,

płynie i poi! — Duchu! ja konam z pragnienia!

odwraca z niechęcią karty księgi, zobaczył znak Ducha ziemi

Jakżeż inaczej ten znak na mnie działa,

o ileż bliższy jesteś, Duchu ziemi!

jakoby winne pokrzepienie ciała,

a barki prężne skrzydłami orlemi.

Odwaga wzrasta! rzucę się w wir świata,

poznam ból ziemi, mej ziemi szczęśliwość —

z burzami i wichrami mężny duch się brata,

w zawiei i pomroce wzmoże się gorliwość.

Mroczą się już jaśnie —

księżyc pośród chmur —

lampa moja gaśnie!

niepojęty chór!

Duszący dym w ogniach się mieni!

wokół mej głowy

zamęt czerwonych płomieni!

Huk piorunowy

wykrzywia sklepienie!

Światła i cienie!

Stań się! czuję

twoją obecność — słyszę — przelatuje

koło mnie! — Duchu! Duchu ziemi!

Ukaż się! zjaw się!

Serce me pęka!

Twoja ręka

wzrok mi zasłania —

Stań się! w godzinie zwiastowania

twój jestem cały na tej chwili szczycie —

zjawić się musisz — choćbym stradał życie!

Wznosi księgę i wymawia tajemnicze zaklęcie. Rozbłyska rudy płomień; zjawia się Duch.

DUCH

Kto mnie woła?

FAUST

      Postać przeraźliwa!

DUCH

Woła na mnie słów potęga,

omdlewa ręka twa gorliwa

i niedołężnie po mnie sięga.

FAUST

Niestety! sprostać ci nie mogę!

DUCH

Wołałeś, by mi spojrzeć w twarz,

by wzlotów moich poznać drogę,

jestem! a oto w lęku twarz —

o, nadczłowieku! — gdzie twój hart?

Gdzie ducha krzyk? i wielkość wzgard

dla trwogi, lęku? Gdzież pieśń owa,

co u wieczności stała bram

i w woli swojej piorunowa

mówiła, że jest równa nam?!

Gdzież jesteś, Fauście! gdzieś twe dumne słowa?

Tchnienie moje cię mrozi! — Nad tobą się chylę,

ty drżysz jak robak podeptany w pyle!

FAUST

Mamże, płomieniu, ulec twej osobie?

Przenigdy! Jam jest Faust — i równy tobie!

DUCH

W odmętach życia, w czynów zawierusze

płynę to w rozgwar sfer, to w zmarłą głuszę!

ja — wieczne morze, zmienność, spłomienienie,

ja — grób i narodzenie!

W chorale czasu tkają me warsztaty

Bogu wiecznemu wiecznie żywe szaty.

FAUST

Duchu, co w lotów bezmierne koliska

zagarniasz światy — nad światy szybujesz —

jakże mi moc twa znana — jakże bliska!

DUCH

Bliskiś duchowi, którego pojmujesz,

nie mnie!

Znika.

FAUST

w rozpaczy

Nie tobie? więc komu?

Ja — żywy obraz Boga! — Boża we mnie postać!

nie mogęż tobie nawet dorównać i sprostać?!

Pukanie.

Już mija chwila szczęścia, famulus nadchodzi,

wezbraniu wielkich widzeń natręctwem przeszkodzi.

Wchodzi Wagner w robdeszanie i nocnej mycce, z lampą w ręku. Faust odwraca się z niechęcią.

WAGNER

Wybacz mi, mistrzu, że pokój zakłócę,

lecz słyszę, deklamujesz? więc biegnę z ochotą.

Chciałbym skorzystać coś w tej wzniosłej sztuce,

która dziś wartość taką ma jak złoto.

Ksiądz od aktora, kiedyś mi mówiono,

skorzystać może bardzo wiele pono.

FAUST

Zbytnio nie mija się to z prawdy torem,

zwłaszcza, jeżeli ksiądz chce być aktorem.

WAGNER

Gdy człeka w domu żądza wiedzy spęta

tak, że nie widzi świata, jeno w święta

i z nim się tylko przez lornetkę brata —

jak tu przemówić do świata?!

FAUST

Czego w uczuciu nie ma — nie ma w głowie.

Tylko co widzi i w co wierzy dusza,

w najpotrzebniejszych słowach to wypowie,

co bliźnich wznosi, przekonuje, wzrusza;

poza tym? — siedźcież sobie w domu

i zagłębiajcie nos w swym dziele;

na nic niezdatne i nikomu

iskry zgubione w słów popiele;

zaledwie małpy albo dzieci

odnajdą wiedzę w tej iskierce,

bo w sercach wspólność jeno nieci

to współczujące właśnie serce.

WAGNER

A jednak chciałbym ja posiadać swadę,

szyk zdań udatny, akcent, gest, ogładę.

FAUST

Nie bądź no asan samosobkiem,

co się w blazeńskie stroi szaty.

Rozsądek da ci plon bogaty,

czystość sumienia jest zarobkiem.

Jeśli z radości rzeczywistych

i z prawdziwego zechcesz bolu

przemawiać — nie trza słów strzelistych

szukać jak wiatru w polu.

Po prawdzie — mowy bezmiłosne,

ten cały styl wysokopienny

są takie tępe i żałosne,

jak w suchych liściach wiatr jesienny.

WAGNER

Sztuka jest długa, żywot krótki!

Często w krytycznym mym rzemiośle

wielkie mnie opadają smutki!

Chciałbyś żyć górnie i wyniośle,

wysoką wiedzy stawić wieżę —

kroczek chcesz zrobić w przód — malutki —

w połowie kroku śmierć cię bierze!

FAUST

Czyż księga pustkę w pełnię zmienia?

czyż skrzepi kogoś, wzniesie, wzruszy?

nie znajdziesz, bracie, ukojenia,

jeśli go nie masz w własnej duszy.

WAGNER

Jednak to radość bardzo duża,

gdy się duch w dawnych czasach nurza,

poznaje zmarłych mędrców brać

i że to wszędzie postęp znać.

FAUST

O, postęp — aż do gwiazd bez mała!

i co się jeszcze dalej święci!

Dla nas zamknięta przeszłość cała

na siedem, bracie, pieczęci.

To, co nazywasz czasu duchem,

jest jeno duchem historyka,

który z zacietrzewieniem głuchem

przeszłość jak rdzawe drzwi odmyka;

lecz cóż tam znajdziesz w tym lamusie?

ożogi, z kanap stare włosie —

czasem historyk to przystroi

w miłe powaby lśniącej zbroi;

ktoś inny w krotochwilach licznych

skład zrobi maksym pragmatycznych!

WAGNER

Ale myśli i czucia nurtujące świat!

Na to jest każdy łasy, każdy poznać rad!

FAUST

Tak, tak! lecz cóż ty zwiesz poznaniem?

jakim obdarzyć to nazwaniem?

Tych kilku, którzy prosto, szczerze

czucie i myśl umiłowaną

tłumowi dali w dobrej wierze,

spalono lub ukrzyżowano.

Lecz północ już — czas bieży prędko,

kończyć nam trzeba z pogawędką.

WAGNER

Pragnąłbym, mistrzu, z twej pomocy

korzystać zawsze, z twoich słów;

więc jutro, w święto Wielkiejnocy,

pozwolisz, przyjdę znów.

Przy książce umiem-ci fałdów przysiedzieć,

lecz choć wiem wiele, rad bym wszystko wiedzieć.

Wychodzi.

FAUST

sam

Jak to w głupocie oczywistej

z nadzieją kopie wszędzie, grzebie,

jeśli miast skarbów znajdzie glisty,

to już jest w siódmym niebie.

Dziwna przekorność! Tutaj, gdzie mnie duch otacza,

przychodzi z zewnętrzności jego myśl prostacza;

lecz dzisiaj tej lichocie serce me wybaczy,

wybawił mnie, nie wiedząc, z ostatniej rozpaczy,

która zaćmiła umysł i wtrąciła ducha

w mrok posępniejszy niźli noc grudniowa, głucha.

Na zjawisku me myśli i uczucia wsparłem,

zjawiło się olbrzymie! a ja byłem karłem

Oto ja, który Boga zmogłem i posiadłem

i twarzą w twarz przed prawdy stanąłem zwierciadłem,

już zobaczyłem siebie w tym zbyciu ziemskości,

w chwale i dumie własnej, w blasku i jasności!

Ja, większy niż cherubin, którego tęsknota

zapragnęła czci bożej — bożego żywota!

w chwili, gdy myśl wzleciała ponad ludzkie plemię,

jedno słowo gromowe zaryło mnie w ziemię.


Więc mi się z tobą, duchu, porównać nie wolno?

Przywołałem cię wolą twardą i mozolną,

lecz nie mogłem zatrzymać prośbą ni rozkazem

w tej chwili wielki w sobie i mały zarazem.

Okrutnieś mnie odepchnął w odmęt ludzkiej doli;

co teraz? cóż mam czynić? posłuchać twej woli?

O! czyny nasze wszystkie i nasze cierpienia

hamują bieg żywota!

Najwyższe natchnienia

plączą się, zadzierżgają o obce widzenia:

gdy się nam dobro zdobyć i ogarnąć uda,

wszystko, co odeń lepsze — zmamienie i złuda!

Najwspanialsze uczucia, potęga zachwytu

w lód się ścina w zamęcie globowego bytu.


Gdy wyobraźnia nasza w śmiałym naprzód locie,

pełna górnych nadziei w wiecznej mknie tęsknocie,

lada rozbicie szczęścia u skalnego złomu

więzi nas w bezradosnych czterech ścianach domu!

Troska gnieździ się w sercu i tysiąc niesnasek;

wtedy na twarz przywdziewasz smutną złudę masek

i nazywasz je różnie wedle konieczności:

zjawą domu, rodziny, zagłady, miłości;

drżysz ciągle i lękasz się, wieczną trwogę czujesz,

i to, czego nie tracisz — właśnie opłakujesz.


Nie jestem Bogiem! duszę kornie chylę;

robakiem jestem, który żyje w pyle,

smagany biczem lęku, nieustanną trwogą,

że go przechodzień zmiażdży nieostrożną nogą.


Pył i ksiąg szereg liczny, co się wkoło piętrzy,

mole i bezpotrzeba obmierzłych rupieci,

oto wszystko, w czym żyję, skąd myśli najświętszej

wyczekiwałem — długo — czyż dziw, że nie świeci?

Czyliż mam czytać o tym, że w życia obręczy

człowiek nędzny wpleciony wieczyście się męczy?

że na stulecia może jeden jest szczęśliwy?

Czaszko! cóż grymas śmiechu znaczy urągliwy?

chcesz nim powiedzieć, że mózg twój przed laty

tak, jak mój dzisiaj, po manowcach błądził

i szczęścia szukał pełni przebogatej?

i w państwie myśli szaleństwem się rządził?

Przyrządy niepotrzebne, śmiecie kół i noży,

skalpele i sprężyny! — Przed bramami stałem,

lecz zatrzaśniętych nicość wasza nie otworzy!

Przyroda zasłonięta giezłem zblękitniałem,

nie zezwala go zedrzeć! — nikt jej nie posiędzie,

gdy ona sama nie chce! Na nic tu narzędzie!

Stare sprzęty spłowiałe, niepotrzebne graty,

stoicie, jak was ojciec ustawił przed laty!

Pergaminie zwinięty, dymem okopcony,

przesłuchałem nad tobą wiele lat zgarbiony.

I cóż? — obym was raczej roztrwonił rozrzutnie,

niźli wraz z wami pyłem okrywał się smutnie!

Czym ojcowego mienia dziedziczenie?

co zapracujesz, w należnej jest cenie.

Bezużyteczne ciężarem się staje —

jedyna wartość w tym, co chwila daje!


Lecz czemuż wzrok mój ciągle od ksiąg i rupieci

do tej flaseczki wraca, co na półce świeci?

ilekroć spojrzę na nią, barwi się, jaśnieje

jak księżyc, który nagle w borze zbłękitnieje.


Witam cię, przyjaciółko, pozdrawiam nabożnie

i zdejmuję z tej wnęki lekko i ostrożnie;

w tobie uwielbiam sztukę i rozum człowieczy,

kwintesencjo wszystkiego, co zbawia i leczy;

oto wywar, co w sobie śmierć i ciszę ziszcza,

o, bądźże dziś łaskawy dla swojego mistrza!

Widzę cię — wraz cierpienie i smutek mój pierzcha,

dotykam — ból pożądań zamilka i zmierzcha.

Burza, co ducha mierzwi, zatapia się w ciszę:

statek życia na morzu pełnym się kołysze;

pode mną głębie tajemniczych lśnień!

do nowych brzegów wabi nowy dzień!

Wóz złoty, płomienisty na skrzydłach się zniża —

po mnie on przybył! — oto chwila się przybliża,

w której na nowej drodze, drodze eterycznej,

stanę do wielkich czynów w przestrzeni sferycznej!

O, życie wzniosłe, o, radości boska,

czy to ja jestem — czy to moja troska?

Odwróciłem wzrok chory od ziemskich rubieży —

oto bezmiar przede mną rozjaśniony leży;

otwieram złote bramy, które mija chyłkiem

człowiek przewidujący, strwożony wysiłkiem.

Czas nadszedł, aby czynem zaświadczyć przed światem,

że godność ludzka boskiej mocy bratem;

niestraszne dla mnie piekielne podcienie,

gdzie wyobraźnia maluje cierpienie;

wyjść szukam wszędy — chociażby przy bramach

płomienny szatan knuł na ducha zamach.

O, niechaj radość jasna w sercu mym zagości,

choćby ta droga nawet wiodła do nicości!


A teraz ciebie biorę, czaro kryształowa,

ukryta w czarnym puzdrze; już wieku połowa

mija bez mała, gdy to dla swych miłych gości

ojciec na wielkie stawiał cię uroczystości;

rozweselałaś serca — podawana wkoło,

krążyłaś wśród toastów wznoszonych wesoło;

niejeden z sztychów rżniętych w krąg zgrabny i ładny

chwalono wdzięcznym rymem w uciesze biesiadnej;

niejedna noc młodzieńcza powraca pogodna,

gdy wino z ciebie pito jednym haustem do dna!

Nie podam ciebie więcej swemu sąsiadowi,

i pochwały na pełną nikt już nie wypowie;

napełniam cię napojem z własnego wyboru —

na śmierć upija siła ciemnego likworu;

ostatni raz cię do ust podnoszę: na zdrowie

idącego poranka! Jutro — twoje zdrowie!!

Przykłada czarą do ust. Bicie dzwonów i śpiewy chóralne.

CHÓR ANIOŁÓW

Chrystus zmartwychwstał!

Radość dla ludzi,

których grzech brudzi,

których grzech trudzi;

Chrystus zmartwychwstał!

FAUST

Pieśni cudowna! Uroczyste dźwięki,

które mi czarę wytrącacie z ręki!

czyliż muzyką dzwonów niepojętą

zmartwychpowstania ogłaszacie święto?

Czyliż to dźwięczą nabożne chorały,

które w Wielkanoc kojąco wołały

mojej młodości nabożne: „Hosanna,

nowych przymierzy godzino poranna”?

CHÓR NIEWIAST

Wonnościami namaszczony,

w grobie Pan nasz położony,

w płótna białe owinięty,

spoczął Chrystus z krzyża zdjęty.

Tą godziną powołaną

przyszłyśmy w dzisiejsze rano,

niesiem mirry, nard i chusty —

ciała nie ma — a grób pusty.

CHÓR ANIOŁÓW

Chrystus zmartwychwstał!

Szczęsny — w miłości

swe przeciwności

zwalcza radośnie —

ożył miłośnie!

Chrystus zmartwychwstał!

FAUST

Przyszłyście do mnie, dźwięki wzniosłe, w gości,

w godzinie pustki i wielkiej żałości;

wołajcie ludzi cichych i godnych ofiary,

słyszę wasze wołanie, lecz już nie mam wiary!

Najsłodszym dzieckiem wiary jest cud! a ja przecie

nie znajdę już odwagi, by w sferycznym świecie

waszej muzyki szukać słów Wielkiej Nowiny.

A jednak w graniu dzwonów wracają godziny

dobrej młodości mojej na zawsze odbiegłej,

gdy święte pocałunki od zguby mnie strzegły.

Wołacie mnie do życia! lata w was się głoszą,

w których korna modlitwa była mi rozkoszą,

a tęsknota mnie wiodła w głąb wiosennych kniei,

gdzie z łez gorących wstał kształt nowych idei.

O, szczęsne święto wiosny! Czasie wspomnień błogi!

wstrzymujesz krok ostatni na połowie drogi.

Grajcie dzwony i pieśni! dźwiękami słodkiemi

otoczcie serce moje! powracam w krąg ziemi!

CHÓR UCZNIÓW

Oto stracony i pognębiony wznosi się w górę;

wzniosłość i życie walczy, zwycięża groźną wichurę.

Radość tworząca, wiedza widząca w sercu się ziszcza;

dom się wzbogaca, szczęście powraca naszego mistrza.

CHÓR ANIOŁÓW

Chrystus zmartwychwstał!

Grób przezwyciężył! Serca wyzwala z więzów nicości!

Czynem Go wielbcie, braterstwem darzcie, wianem miłości!

Chrystus zmartwychwstał! Przełamał mroki,

ku wam, pokorni, kieruje kroki!

PRZED BRAMĄ MIEJSKĄ

Faust, Wagner, Czeladnicy, Służące, Studenci, Mieszczanki, Obywatele, Dziad, Stara Baba, Żołnierze, Chłopi.

Miejsce przechadzek.

Sporo luda.

CZELADNICY

Dokądże, dokąd to tak skoro?

INNI

Do leśniczówki upłazami.

PIERWSI

A my do młyna, chodźcie z nami.

CZELADNIK

A ja wam radzę nad jezioro.

DRUGI

Po cóż drogami iść zwykłymi?

DRUDZY

A ty co robisz?

TRZECI

      Idę z nimi.

CZWARTY

Radzę wam, chodźmy na folwark co żywo,

najładniejsze dziewuchy i najlepsze piwo,

i harmider tam, co się zowie tęgi.

PIĄTY

Wisus z ciebie, kolego — nie pomnisz? a cięgi,

które dwukrotnie brałeś? chcesz raz trzeci jeszcze?

ja nie idę, to miejsce, zda mi się złowieszcze.

SŁUŻĄCA

Ja już wracam do miasta; zresztą, co kto woli.

DRUGA

Spotkamy go na pewno przy tamtej topoli.

PIERWSZA

Wielka mi rzecz! Toć z tobą gwarzył będzie

i z tobą tylko tańczył w pierwszym rzędzie;

chcesz pogruchać i zażyć miłości,

cóż mnie obchodzą twoje przyjemności?

DRUGA

Nie będzie sam na pewno, bądź więc bez obawy,

mówił mi, że z nim przyjdzie, wiesz, ten kędzierzawy.

STUDENT

Sto diasków, jak te dziewki rozkosznie się noszą!

chodź, bracie, ino podejść, same nas poproszą;

fest zakurzyć i popić, i tęgo mieć w czubie,

strojna dziewka do tego, oto, co ja lubię.

MIESZCZANKA

Spójrz tylko na tych chłopców, jak oni się trwonią,

Bóg wie, co mieć by mogli — za dziewkami gonią.

DRUDI STUDENT

do pierwszego

Nie śpiesz tak — tam za nami idzie para gładka,

jedną z nich znam i lubię, to moja sąsiadka;

idą sobie powoli, w biodrach się kołyszą,

na pewno rade będą zgrabnym towarzyszom.

PIERWSZY

Ja na tamte dzierlatki większą mam ochotę;

po co mi zalecanki, długie ceregiele,

zresztą ręka, co miotłą para się w sobotę,

ta na pewno najlepiej popieści w niedzielę.

OBYWATEL

Ani mi się podoba, ani jest rozumny

nasz nowy burmistrz — pyszny jest i dumny,

dla miasta nic nie robi, z dniem każdym jest gorzej,

utrudnienia wciąż nowe i przeszkody tworzy;

bądź uległy, posłuszny, ciągle płać podatki —

jak to tak dalej pójdzie — trza zbierać manatki.

DZIAD

śpiewa

Panowie dobrzy, niewiasty nabożne,

strojne, rumiane, piękne, wielemożne;

dobo scęśliwo!

prose wos, w dniu tym, w którym sie ciesycie,

rzućcie jałmużnę, duse swą zbawicie,

niek dziod ma żniwo.

OBYWATEL DRUGI

Gdy tak we święta cicho i spokojnie,

chętnie się gwarzy o bitwach i wojnie,

że to w tej Turcji bitki są i sprzeczki —

słuchasz, pociągasz z nadobnej szklaneczki,

a rzeczka płynie, z towarem okręty,

wracasz do swego domku uśmiechnięty,

rad, że to pokój w ojczyźnie jest święty.

OBYWATEL TRZECI

Słusznie, sąsiedzie! Tylko ład i praca

toruje drogę wiekowi złotemu,

niechże się wszędzie wali i przewraca,

byleby w domu było po staremu.

STARA BABA

do Mieszczanek

Jakie to strojne panny — jak się złocą!

każdy się snadnie w was zakochać może,

jeno się zbytnio nie dróżcie — bo po co?

— gdyby coś tego — to stara pomoże.

MIESZCZANKA

Chodźmy, nie mówmy z wiedźmą na widoku,

zaczęto by nas obmowami chłostać;

wiesz — na Andrzeja ubiegłego roku

w wosku mi męża pokazała postać.

DRUGA

I mnie to samo, tylko że w krysztale,

w gronie wojskowych właśnie go widziałam —

sam także żołnierz — mówię ci, wspaniale!…

Lecz go dotychczas jeszcze nie spotkałam.

Śpiew żołnierzy

Mury, blanki, serca, wianki,

twierdze harde i kochanki

zdobyć szturmem — w to mi graj!


Panieneczko! grzmi fanfara!

do ataku! naprzód, wiara!

do alarmu, trąbko, graj!


Czarne oczy u tej wojny,

żywot przy niej niespokojny!

Czarnooka! buzi daj!

Nad żołnierza nie masz pana!

musisz moją być, kochana!

znaj żołnierza! pana znaj!

FaustWagner nadchodzą.

FAUST

Lody puściły. Strumienie i rzeki

niosą w rozbłyskach śpiew idącej wiosny;

aż po zmodrzały widnokrąg daleki

ziemia hymn śpiewa wonny i radosny.

Zima, w manowcach posępnych ukryta,

dmie ostatkami sił, wiatrem szronistym;

słońce z dnia na dzień bujnieje, rozkwita

przepychem kwiatów, wzniosłym, uroczystym.

A jak te kwiaty, tak strojni przechodnie

barwą się mienią — spójrz jeno ku bramie —

długim szeregiem idą — tak pogodnie!

krasne bukiety w wiosny panoramie.

Z ponurych murów na świetlane błonie

— jako na dłoni widać z tego wzgórza —

rój dziew i chłopców wylata i płonie,

w słonecznych blaskach pławi się i nurza.

Tak radość chłoną od wczesnego rana,

idą, przystają i znów idą dalej —

i sercem wielbią Zmartwychwstanie Pana,

w tym dniu wiosennym sami zmartwychwstali.

Z niziutkich domów, z suteryn, z poddaszy

i z wąskich ulic gwaru, rojowiska,

idą ku kwietnej i słonecznej paszy,

gdzie smęt daleko jest, a radość bliska.

Spójrz jeno — miasto budzi się i roi,

i szumną falą rozlewa po łące;

rzeka żaglami, tratwami się stroi;

tam łódź ostatnia w dale migocące

z ochotną ciżbą płynie wśród śpiewania:

z hali górale idą, lśnią jak w zbroi

w wzorzystej krasie szumnego ubrania.

Jasna, wesoła chwil uroda

pod niebem wielkim, modrym, lekkim…

budzi się radość i swoboda —

oddycham w pełni nią! — Jestem człowiekiem.

WAGNER

Z tobą przechadzka, mój panie doktorze,

korzyść niemała, zaszczyt bardzo duży,

lecz sam bym nie szedł tu o takiej porze,

nie lubię chamstwa, krzykliwość mnie nuży.

To smyczkowanie, krzyki, hałas, wrzawa,

po prawdzie mówiąc, napełnia mnie gniewem,

może to dła nich wreszcie i zabawa,

dla mnie to ryki, co oni zwą śpiewem.

CHŁOPI POD LIPAMI

taniec, śpiew

Pasterz się przybrał, poszedł w tan

w kwiaciastej jubce, na łbie wian;

pod lipą taneczników koło

śpiewa i wodzi rej wesoło.

Oj! dana, dana,

dana, da —

wodzi rej wesoło!

Pośród tancerzy lotnych kół

znalazł dziewuchę, wziął ją wpół —

niechcący pchnął ją — ona: „Wara!

cóż za latawiec i niezdara”.

Oj! dana, dana,

dana, da —

latawiec, niezdara!


W głowie się kręci — oczy mglą —

w lewo i prawo — toż to szło —

z ręki dziewuchy szły do ręki —

furczą i wznoszą się sukienki.

Oj! dana, dana,

dana, da —

wznoszą się sukienki!


Hola, dziewczyno! nabierz tchu!

a nie wierz chłopcu jako psu —

nasieje w żytko twe kąkolu,

a potem szukaj wiatra w polu.

Oj! dana, dana,

dana, da —

szukaj wiatra w polu!

STARY CHŁOP

Dla nas to zaszczyt, doktorze, nie lada,

żeś nie pogardził dziś naszym kiermaszem

i że jegomość bratnio z nami siada.

Więc się ośmielę, z zezwoleniem waszym,

podać wam dzban ten zacnego napoju —

niech wam na zdrowie będzie, dobry panie,

żyjcie tak długo w szczęściu i bez znoju,

ile jest kropel wina w dzbanie.

FAUST

Szczerość serdeczna w twoim prostym słowie,

chętnie przyjmuję — wznoszę wasze zdrowie!

Tłum się gromadzi.

STARY CHŁOP

Dobrze czynicie, że w kole wesołem

jesteście z nami, żeście nie wzgardzili,

bośmy to przecie dawno temu społem

i ciężkie czasy przeżyli.

Jeszcze tu żyją i są między nami,

których wasz ojciec wyleczył w czas dżumy,

hej, doktor to był ponad doktorami

i rozum jego był ponad rozumy!

Z ojcem zarazę zwalczaliście wtedy,

młodzieńcze serce wasze się nie bało,

i ratowaliście nas z ciężkiej biedy —

wielu pomarło — wam nic się nie stało.

Tu w sercach naszych wieczny macie dług,

wspieraliście nas, a was wspierał Bóg!

Wszyscy

Zdrowie twe z pełnej pijem kruży!

żyj i pomagaj jak najdłużej!

FAUST

Bogu hołd złożyć się należy —

pomoże temu, kto weń wierzy.

Odchodzi z Wagnerem.

WAGNER

Jakże cię cieszyć muszą zaszczyty i sława,

które za twe zasługi tłum ci szczodrze dawa;

szczęśliwy, komu korzyść przynoszą zdolności!

Oto cię wszyscy wielbią w wylanej miłości —

ojciec dzieciom wskazuje mówiąc: patrzcie, dzieci,

oto człowiek, co wśród gwiazd jako księżyc świeci.

Cisną się wszyscy, tańce ustają i granie —

idziesz — a wraz tłum milknie i szpalerem stanie —

omal nie klęknie z drżeniem niepojętem,

jakby ksiądz z Przenajświętszym przeszedł Sakramentem.

FAUST

Jeszcze nas kilka kroków tylko dzieli od kamienia,

na którym przysiądziemy nieco dla wytchnienia.

Ileż razy mnie kroki zamyślone wiodły

tu właśnie na marzenia, na post i na modły!

Pełen nadziei, silny na duchu i wierze

modliłem się do Boga gorąco i szczerze

o zmniejszenie zarazy; dziś poklaski żywe

są dla mnie jak szyderstwa słowa obelżywe.

Zgoła nie zasłużyliśmy — ojciec ze synem,

aby lud ich zasługi uwieńczał wawrzynem.

Mój ojciec, widzisz, parał się ciemnymi siły —

w jego pracowni w tyglach się rodziły

one leki i maści, czarodziejskie brednie,

które w nocy spłodzone, leczyć miały we dnie.

Ogółem biorąc był to człowiek sprawiedliwy,

który wierzył w te swoje obłąkańcze dziwy —

wierzył — więc był spokojny i czysty w sumieniu.

Owe lwy i lilije żenione w płomieniu

na łożu madejowym rozciągał i smażył,

aż królewnę rumianą w retorcie uwarzył.

Lecz gorzej, kiedy chorych tym wywarem leczył,

boć, rzecz jasna — nikogo tym nie zabezpieczył

przed śmiercią, wprost przeciwnie, dużo zdziałał złego,

umierali — nie wiedząc przez kogo i z czego;

w dolinach tych i górach z ojcowej poręki

najsroższe były mory i największe męki;

ja sam, ojcowym zarażony szałem

tysiącom te trujące leki podawałem.

A dzisiaj, o, ironio! ofiarują serce

i wielbią — chwałą darzą — kogóż to? mordercę!

WAGNER

Czym tu się trapić? ja bym się nie liczył!

Kto pracuje w tym kunszcie, który odziedziczył,

czyni dobrze — a jeśli w tym ojca przerośnie —

stokrotnie rad być winien, bo może radośnie

przed sobą samym stwierdzić, że jego syn może

dojść do doskonałości, idąc po tym torze.

FAUST

Szczęśliwi, którzy wierzą, że szczątki okrętu

swej wiary wyratują z pomyłek odmętu!

Do niewiadomej prawdy tęskni się bez granic,

a to, co się zdobyło, nie zda się nam na nic.

Lecz dość! po cóż zatruwać poczuciem swej winy

darzące ukojeniem zachodu godziny!

Domy pod strażą sadów opromienia zorza —

znów dzień jeden odpływa w nieznane przestworza

na nowe życie! O, móc skrzydłami orlemi

lecieć za nim w bezmiary, za orbitę ziemi!

Oto widzę w marzeniu, podniesiony lotem,

całą ziemię oblaną promieni tych złotem —

ogniem płonące turnie, ściszone doliny —

rzeki stopionym złotem płynące w krainy

dalekie! Nic nie broni wysokiego biegu —

góry ani przepaście! — aż morskiego brzegu

odsłonią się kontury, skąd wieczyste fale

zdają się wpływać światłem w gwiaździste oddale.

Przede mną cień — a za mną noc --- przede mną morze —

a nade mną na wieczność spłomienione zorze.

Piękny sen! — dzień szarzeje, zaumiera, kona,

o, nie wytęsknią skrzydeł tęskniące ramiona!

Lecz któż zabroni sercom wieczne marzyć życie,

gdy w cichy dzień skowronek dzwoni na błękicie,

gdy orzeł z turni patrzy w stawów oczy pawie,

gdy z klangorem na wyraj wzlatują żurawie?

WAGNER

Ja także w moim życiu różne sny miewałem,

lecz takich smutnych tęsknot nigdy nie zaznałem.

Bywało — myślą w lasach i polach zagoszczę,

lecz skrzydeł marnym ptakom nigdy nie zazdroszczę…

O, ileż już rozkoszniej — tak karta po karcie

czytać księgi — w maksymach znachodzić oparcie;

zwłaszcza w zimowe noce, gdy kominek grzeje,

jak słodko w ludzkiej myśli wczytywać się dzieje;

a jeśli się nadarzy pergamin nieznany

do rąk dostać — ach! wtedy duch szczęściem pijany.

FAUST

Tę jedną żądzę czujesz, nie chciej innej! — We mnie

ogień wieczystych tęsknot nigdy się nie zdrzemnie!

Dwie dusze mam — w rozprzęgu wiecznym i zamęcie:

jedna się pazurami w ziemię prze zacięcie,

druga z oparów ziemskich podnosi się w niebo,

niezwalczoną zaświatów wieczystą potrzebą.

O, jeśli na powietrzu są niewidne duchy,

wiążące między ziemią a niebem łańcuchy,

jeśli jesteście, wołam, spłyńcie ku mnie skrycie

i prowadźcie na nowe, wielkie, bujne życie!

O, płaszcz czarowny mieć, płynący gwiezdnym śladem!

oddałbym zań królewskie berło i diadem!

WAGNER

Nie wołaj, mistrzu, nieszczęsnej gromady,

ukrytej chytrze w mgle niewidnej, bladej!

przyczajone niestwory czatują i baczą,

by myśl klęską zaorać i posiać rozpaczą!

Jeśli z północy przyjdą — lodem cię zamrożą,

jeśli z południa — pożarem zagrożą,

jeśli ze wschodu — żegnaj się z nadzieją,

jeśli z zachodu — potopem zaleją.

Wołań ludzkich słuchają chętnie, lecz na szkodę,

potrafią wyczarować piękno i urodę;

kłamią — mamiąc rozkosze i niebiańskie raje,

lecz nic po nich krom klęski i zła nie zostaje!

Lecz chodźmy, noc zapada, mgły włóczą się sine,

najbardziej dom się ceni w wieczorną godzinę.

Czemuż stoisz z tą dziwną ciekawością w oku,

co widzisz, co dostrzegasz w tym wieczornym mroku?

FAUST

Czy nie widzisz tam w polach tego psa czarnego?

WAGNER

Owszem, dawnom go zoczył — no, ale cóż z tego?

FAUST

Czy ciebie niepokoi ta postać nieznana?

WAGNER

Zdaje się, że to pudel — zgubił swego pana

i węszy za śladami.

FAUST

      No, a co oznacza

i co oznaczać może, że nas tak otacza

kręgami coraz ciaśniej, wciąż biegnie za nami,

a jeśli się nie mylę — za jego krokami

dostrzegam smugę iskier.

WAGNER

      To chyba złudzenie;

ja widzę pudla — mamią was wieczorne cienie.

FAUST

Mnie się zdaje, co zresztą wcale mnie nie straszy,

że on tak sieć zaplata wokół drogi naszej.

WAGNER

Ja mniemam, że on węszy, szukaniem się trudzi,

strwożony, że miast pana spotkał — obcych ludzi.

FAUST

Lecz krąg coraz ciaśniejszy, już jest bardzo blisko.

WAGNER

Wszakże to nie jest upiór! jakieś miłe psisko,

szczeka trwożnie, waruje, kładzie się i czai,

i ogonem zamiata wedle psich zwyczai.

FAUST

Chodź z nami! chodź! tu bliżej.

WAGNER

      Ładne psisko wcale,

a z bliska się przedstawia nawet okazale;

i tresowany; bardzo zmyślna jucha;

stoisz — on stoi; idziesz — idzie; słucha

słów twoich, skacze, widać jeszcze młody;

rzuć laskę! ciekaw jestem, czy skoczy do wody —

o — na pewno da nura!

FAUST

Masz rację, to nie duch w nim, to wszystko tresura.

WAGNER

Pies, co umie wyprawiać różnorodne sztuki,

rozweseli i męża głębokiej nauki.

A ten zda mi się sprytnym losów darem,

możesz go zamianować, mój mistrzu, scholarem.

Wchodzą w bramą miasta.

PRACOWNIA

Faust, Mefistofeles, Duchy.

FAUST

wchodzi z pudlem

Ostały łąki, kwieciste rozłogi

osnute siecią zwycięskiego cienia;

w duszy przeczucia budzą się i trwogi,

pragnienia dobra, ciszy, ukojenia.

Minęły burze, szały, namiętności,

ściele się równa i pogodna droga;

serce me pełne człowieczej miłości

i drugiej, dalszej miłości do Boga!


Ucisz się, piesku! nie skacz po pokoju!

progu nie wąchaj — leżeć! cóż za licho!

tam się za piecem ułóż, śpij w spokoju,

masz tu poduszkę — a teraz sza! cicho!

Gdyśmy się dzisiaj spotkali nad rzeką,

skokami swymi bawiłeś mnie, psino,

więc się odwdzięczyć chcę dobrą opieką,

serdeczną ciebie obdarzam gościną.


Gdy wąska cela zalśni w świec urodzie,

na duszy raźniej, serce z sobą w zgodzie,

myśl się ucisza! budzą się nadzieje,

przyszłość się do nas zaleca i śmieje.

Tęsknota z nagła wyłania z ukrycia

rzeki żywota — ach! i źródło życia.


Nie warcz, psie! nie warcz — twe szczekanie zrzędne

z świętością pieśni we mnie niestrojne i zbędne.

Wszak jeno ludzie, gdy dobra nie widzą

ni piękna — mówią z lenistwem zbyt taniem,

że dobra nie ma, z piękna głośno szydzą.

Tak, co im nie dogadza, zbywają szemraniem.

Chcesz ludzi naśladować upartym szczekaniem?


Już zgasła moja cisza! Niespokojne drżenie

coraz bardziej oddala me zadowolenie;

czemuż zdrój łask tak prędko wysycha,

a mrok i zasępienie z wszystkich kątów czyha?

czym tęsknotę zaświatów w duchu opromienię?

doświadczenie mi mówi: wiarą w objawienie!

a gdzież ją nieskalanie odnajdę i święcie?

w wiecznej księdze żywota: w Nowym Testamencie.

Zanurzę myśli w tę światłość przeczystą

i zaklnę treści słów w mowę ojczystą.

otwiera Biblię, zabiera się do pracy

Więc czytam: „Na początku było Słowo!

— utknąłem! Dziwną to przemawia mową;

czyż Słowo może wszechświat wyłonić i stworzyć?

Muszę inaczej to przełożyć!

Jeślim dobrze zrozumiał — w brzmieniu tego wątku

jest sens, że jeno Myśl była z początku;

lecz niechże dociekania treści nie zakurczą —

możeż Myśl sama w sobie być wszechtwórczą?

Sprawa jest coraz bardziej mętna i zawiła,

a może na początku była Siła?

Już chcę napisać, a jednak coś broni,

czy się w tym słowie część treści nie trwoni?

Duch mi objawia sens wieków porządku,

już wiem — i piszę oto: Czyn był na początku!


Jeżeli mamy z sobą żyć,

przestań raz wreszcie szczekać, wyć,

towarzysz z ciebie niespokojny;

ciszy wymaga trud mój znojny.

Gościnność nierad cofam; lecz nie w smak widać kąt?

drzwi nie zamknięte — proszę! ktoś z nas wyjść musi stąd!


Lecz cóż to? czy mnie mamią oczy?

czy to złudzenie? czar pomroczy?

cóż to — cóż?

pies nagle urósł wszerz i wzdłuż,

podnosi się i potwornieje!

coś się niesamowicie dzieje!

to już nie pies! z oparów, z chmur —

wyrasta knur!

mordę podnosi przeobrzydłą,

ślepiami toczy jak straszydło.

O, piekielniku, rychło cię pokona

gromkie zaklęcie Kluczem Salomona!!

DUCHY

w korytarzu

Niech każdy czuwa, niech nikt tam nie leci!

Bies się zaplątał w sieci!

Latajcie, czuwajcie, krąg zatoczcie bratni,

póki nie wyjdzie z matni!

Często pomagał, z opresji ratował,

czuwajmy, czuwajmy u ścian i u pował.

FAUST

Najpierw, duchu przeklęty,

wzywam cztery elementy:

salamandry niech płoną,

sylfy łudzą,

undyny toną,

koboldy trudzą.


Ten, co je wzywa, zmusza do posłuchu,

panem jest twoim, nieposłuszny duchu.

Znikaj w płomieniu,

salamandro!

rozpłyń się w zielonym cieniu,

undyno!

zalśnij w komet rozmietleniu,

sylfido!

Spokój zapewnij domowi —

Incubus! Incubus!

Kto zacz — niechaj odpowie!


Więc nie jesteś z ich rodziny?

Leży, patrzy, szczerzy zęby —

więc poza zaklęć ziemskich obręby!

klnę cię w imię ofiar za winy!

Czarci pomiocie,

szczeć ci się zjeża —

klnę cię w imię Nowego Przymierza,

co w glorii złocie

wznosi się z ziemi wzwyż!

klnę cię na krzyż!!


Zaklęty drży i truchleje,

puchnie, wzrasta, olbrzymieje,

całą przestrzeń wypełnia, zakrywa

i w mgle sinej się rozpływa.

Czar zaklęć się pełni i ziszcza —

spod stropu padnij, duchu, do nóg swego mistrza!

Grożę niedaremno!

Spokój w tym domu zagości!

Duchy jasności ze mną!

Nie chciej, bym cię zaklinał w imię potrójnej światłości!

Mgła opada. Spoza pieca wylania się Mefistofeles w postaci wędrownego żaka.

MEFISTOFELES

Po cóż hałasu tyle?

jestem, do stóp się chylę!

FAUST

Więc tuś mi, bracie! Zmiana taka!

miast psa mam wędrownego żaka?

MEFISTOFELES

Pełen atencji sługa twój, mężu uczony —

zmordowałeś mnie setnie — brr! jestem spocony.

FAUST

Jakież twe imię?

MEFISTOFELES

      Och, to drobiazg przecie.

Kto jeno do spraw wielkich wyczuwa tęsknotę,

kto słowu moc odbiera światłotwórczą w świecie,

ten dba jeno o głębię, o rzeczy istotę!

FAUST

Lecz w tym wypadku godzi mi się pytać;

istotę można z nazwiska wyczytać

tam, gdzie ono wyraźne — widzi pan dobrodziej,

jak to się mylić, gdy ktoś zwie się złodziej,

Rokita albo Kusy — ? niepotrzebne waśnie;

Więc kim ty jesteś, powiedzieć chciej właśnie.

MEFISTOFELES

Ja jestem częścią owej siły, której władza

pragnie zło zawsze czynić, a dobro sprowadza.

FAUST

Zagadka trudna, zgoła nieczłowiecza!

MEFISTOFELES

Ja jestem duchem, który wciąż zaprzecza!

I mam prawo! bo wszystko, co powstaje,

słusznie się pastwą zatracenia staje;

więc lepiej, żeby nic nie powstawało.

A wszystko to, co wy zbyt śmiało

zowiecie grzechem, złem przeklętem —

moim jest właśnie elementem.

FAUST

Zowiesz się — częścią, a stoisz tu cały!

MEFISTOFELES

Rzekłem! umiej wyciągnąć treść i z prawdy małej:

jeżeli człowiek, jak się często zdarza,

z urojeń siebie za całość uważa —

to jam jest częścią części tej pierwotnej mocy,

z której światło powstało! jam częścią pranocy!

Dumne światło, co mrokom pierwszeństwa zaprzecza,

jest jeno marną złudą, świata nie ulecza,

z ciał spływa, ciała barwi — stąd wnioskować snadnie,

że z rychłym ciał upadkiem i światło przepadnie.

FAUST

Więc znam już ciebie i twe myśli śmiałe!

nie możesz zmóc wielkości — niszczysz to, co małe.

MEFISTOFELES

Lecz skutek jakżeż marny! sam się temu dziwię!

to, do czego odnoszę się tak urągliwie,

ta ziemia, którą ciągle siła moja niszczy,

odradza się uparcie z popiołów i zgliszczy;

zalewam ją falami, burzami obalam,

trzęsieniami nawiedzam, pożogami spalam —

po czasie ląd i morze znów się uspokaja,

i znów się mnoży zwierząt i ludności zgraja;

pogrzebałem ich tyle, zmiażdżyłem do szczętu,

a oni się dźwigają z strasznego zamętu —

krew świeża płynie w żyłach żywa i wszechmożna!

i tak ciągle, tak zawsze, ach! oszaleć można!

Wszystko żyje: powietrze i woda, i ziemia

tysiączne ziarna stwarza, kiełkuje, rozplemia

i bez przerwy, bez wytchnień rodzi, rodzi, rodzi —

czy zima, czyli lato, w posusze, w powodzi.

Gdybym ognia dla siebie chytrze i przytomnie

nie zastrzegł, mistrzu magii, już byłoby po mnie.

FAUST

Tak więc potędze, która wiecznie stwarza,

pięść twa diabelska na próżno wygraża?

Krzyczysz spieniony gniewem — nikt nie słucha głosu,

musisz zmienić proceder, o, synu chaosu!

MEFISTOFELES

Pomyślę o tym! rzecz jutro wyłuszczę,

a teraz pozwól, mistrzu, że cię już opuszczę.

FAUST

Dlaczego mówisz o pozwoleniu?

Poznałem cię — więc przychodź, kiedy chcesz;

tu okno w świetle, a tam drzwi w przycieniu,

jest ostatecznie komin też.

MEFISTOFELES

Wyznać ci muszę! dla mnie zamknięta jest droga

przez ten maleńki znaczek u twojego proga.

FAUST

Pentagram broni? lecz powiedz otwarcie,

jakżeż tu mogłeś wejść, okpiony czarcie?

MEFISTOFELES

Zauważ proszę, widzisz? z jednej strony

trójkąt zbyt krótki — nie daje obrony.

FAUST

Rzeczywiście, przypadek; jest skaza w wykroju,

więc waszeć uwięziony jesteś w mym pokoju?

MEFISTOFELES

Pudel nie zauważył, teraz jest inaczej,

trudno przez próg przekroczyć — diabeł jest w rozpaczy.

FAUST

Jest przecież okno, na cóż ta obawa?

MEFISTOFELES

Diabły i strzygi prawa nie naruszą:

którędy weszły, tędy i wyjść muszą;

to już jest nakaz taki i ustawa.

FAUST

A więc i piekło miewa swoje prawa?

To dobrze! znaczy się: dotrzymujecie słowa,

gdy stanie między wami a nami umowa?

MEFISTOFELES

Bezsprzecznie; przekonasz się! Lecz trudno w tej chwili

załatwić to: jeśli chcesz, byśmy omówili

tę sprawę, przyjdę jutro, rozważym w spokoju,

a teraz już mnie wypuść z twojego pokoju.

FAUST

Toć zostań jeszcze, z wielką przyjemnością

zabawię się dziś plotką lub nowością.

MEFISTOFELES

Niech mnie doktor nie więzi, niechże mnie wyzwoli

wrócę i spełnię chętnie życzenia twej woli.

FAUST

Wszakżem cię nie napędzał w sieci, czarci synku,

kto diabła raz przychwycił, niech go trzyma w ręku.

MEFISTOFELES

A więc trudno! Zostaję! za gościnność w darze

różne sztuki diabelskie chętnie ci pokażę.

FAUST

Owszem! byle twe sztuczki były pełne wdzięku!

MEFISTOFELES

W tej jednej godzinie

więcej się cudów przed tobą rozwinie

niż w latach wielu.

Oto ci, miły przyjacielu,

śpiewy przedziwne wyczaruję,

tęczą obrazów cię osnuję,

woń przerozkoszna cię owionie,

nasycę twoje podniebienie

i tysiąc uczuć wskrzeszę w łonie,

i najpiękniejsze dam marzenie!

Bez przygotowań, zbytnich słów,

do mnie! bywajcie duchy snów!

DUCHY

Znikajcie mroczne sufity,

witajcie jasne błękity!

bez burz i chmur,

niech słońce niesie nadzieję,

gwiazd złotych niech zajaśnieje

rozgrany chór.


Witajcie, niebiańskie syny,

urocze, wdzięczne dziewczyny

zawiedźcie tan.

Oto się barwi i kwieci

uśmiechem i pląsem dzieci

kwiecisty łan.


Wzorzyste, rozwiane szaty

zakryją ziemię i światy

welonem tęcz,

a pod tą zwiewną zasłoną

ciała w uścisku zapłoną

w przycieniu wnętrz.


Skwarni pożądań tęsknotą,

senni doznaną pieszczotą,

zapadli w cień.

Nad chłopcem i nad dziewczyną

pnączami wije aię wino —

rozkoszy dzień!


A oto wino dojrzewa,

źrałością w słońcu omdlewa

na stokach wzgórz —

w uścisku pryska jagoda

i sączy się płynna i młoda

w kryształy kruż.


Wino perlące, pieniste,

ożywcze, chłodne, złociste,

wzbiera po brzeg

i spływa szumiącą strugą

jak rzeka szeroko i długo

w okrężny bieg.


Przez góry, lasy, pól składy,

w wybryzgach skrzącej kaskady

powodzią mknie —

z gór spada, zalewa łęgi,

ogarnia szałem potęgi

noce i dnie.


A ponad winnym zalewem

z uśmiechem, tańcem i śpiewem

nasz wietrzny wir —

płynie, opada, znów wzlata

przez chmury do gwiazd ze świata

w melodii lir.


Ty — góry przelatuj strome,

ty — w rzece ciało łakome

kąp, śpiewaj, chwal!

Wszyscy do życia, radości

wzlatujmy pełni miłości

w gwieździstą dal!!

MEFISTOFELES

Już śpi! zwinęliśmy się gracko, sprawnie —

leży cichutko i zabawnie!

Nie tobie więzić diabła, bracie!!

A teraz jeszcze zaśpiewacie!

odurzcie go, by w tym śpiewaniu

szalał i drżał jak w obłąkaniu.

Lecz trzeba mi ten próg przekroczyć,

— żeby gdzieś szczura zoczyć!

No, nic trudnego, już chroboce,

zaklnę na mroki i na noce!


Ja, władca szczurów, myszy, much,

węży i stonóg — wytęż słuch —

wyjdź z nory, próg ten naznaczony,

oliwą wonną namaszczony,

przegryź! — Już jesteś? do roboty!

zniszcz ten przeklęty znak!

wolność mi niosą te chroboty!

tu jeszcze zatop ząb — o tak!

I już się sytuacja zmienia!

Śpij, Fauście, zdrowo! Do widzenia!

FAUST

budzi się

Więc znowuż jestem oszukany?

Czyż taki sennych marzeń kres?

gdzież ten piekielnik, ten żak szczwany?

snem był snadź diabeł i snem pies!

PRACOWNIA

Faust, Mefistofeles, Uczeń.

FAUST

Ktoś puka! — proszę! — Kogóż wiodą nieba?

MEFISTOFELES

Ja jestem.

FAUST

      Proszę.

MEFISTOFELES

      Trzykroć prosić trzeba.

FAUST

Proszę!

MEFISTOFELES

      O, tak to lubię! Może mi się uda

skaptować ciebie; pragnę, by pierzchła twa nuda,

przeto czerwony wdziałem strój powabny,

złotem bramiony kraj, a wierzch jedwabny;

kogucie pióro lśni na kapeluszu,

przy boku szpada — ot, dla animuszu;

i tobie lepszy ubiór przywdziać radzę —

zawsze to dobrze zgrabnie się przystroić;

odświeżonego, wolnego wprowadzę

w świat — życie poznać musisz i — pobroić.

FAUST

To obojętne! czy z tą, czy z tą szatą

zawsze tak się czuł będę jak więzień za kratą;

za stary do zabawy, a sercem za młody,

by nie mieć pragnień; życie już żadnej osłody

dać mi nie może; jaką? — wszak o każdej dobie

uparty nakaz słyszę — wciąż: odmawiaj sobie!

odmawiaj sobie zawsze — oto śpiew wieczysty —

odmawiaj sobie — schrypłe złe godziny dzwonią!

Przerażenie mnie budzi w ranek chłodny, mglisty,

a oczy zrozpaczone omal że łzy ronią,

bo znów dzień nowy idzie w najzwyklejszym torze,

który spełnić jednego pragnienia nie może,

każde pragnienie, twórczość i wzloty niweczy

i przedrzeźnia koszmarem niemocy człowieczej —

ba, nawet marne poczucie radości

schnie, zanim złudą w sercu mym zagości,

Gdy noc nadchodzi długa — jakżeż dla mnie wroga —

budzi sny, z których rozpacz wyziera i trwoga.

Bóg, co w mym sercu mieszka, wzrusza moje wnętrze,

na zewnątrz jest bezsilny! oto tak się męczę,

a byt mój jest ciężarem po dziś od powicia,

jeno śmierci wyglądam — nienawidzę życia!

MEFISTOFELES

A jednak przed tą śmiercią żyjecie w obawie.

FAUST

Szczęśliwy, kto z wawrzynem w pełnej kona sławie,

szczęśliwy, kogo w tańcu śmierć zdławi, przy winie

albo podczas pieszczoty przy słodkiej dziewczynie!

Obym w chwili zjawienia i w onym zachwycie

przed siłą Ducha ziemi, w słońcu skończył życie!

MEFISTOFELES

A jednak ktoś nie wypił, pamiętam coś mętnie,

trucizny — choć się bawił niejaki czas krużą…

FAUST

Szpiegowaniem się parasz, przyjacielu, chętnie!

MEFISTOFELES

Nie jestem wszechwiedzący, jednakże wiem dużo!

FAUST

Tak — wtedy z ducha straszliwej zamieszki

wyrwał mnie słodki dźwięk — grozę przełamał,

przypomniał kwietne mej młodości ścieżki,

lecz dziś, niestety, widzę, że głos kłamał!

Przeklinam wszystko, co złud wabi tęczą,

a jest li omamieniem i siecią pajęczą!

Przeklinam niebotyczne mniemanie o sobie,

które wznosi nas na to, by zamknąć w żałobie!

Przeklinam złudne zjawy, które zmysły dręczą!

Przeklinam sny o sławie, przeklinam godziny

przemarzone o szczęściu pracy i rodziny!

Przeklęty pieniądz, który wabi na życia urody

lub darzy zapomnieniem sobkowskiej wygody!

Przeklęta własność wszelka — dom, rola i knieja!

Przeklęte wino i miłosna tkliwość!

Przeklęta niechaj będzie wiara mi, nadzieja,

a ponad wszystko przeklęta — cierpliwość!

CHÓR DUCHÓW

niewidoczny

O biada! biada!

Oto się iści

z twej nienawiści

ziemi zagłada!

Świat się rozpada,

świat się zapada!


Gruzy znosimy

w nicość bez miana;

w głos się żalimy:

piękność zszargana.

Wyrzeknij słowo:

stań się, światłości!


Zbuduj na nowo;

w sercu swym światy

i nowe życie

wykrzesz z radości!

i stań na szczycie,

synu światłości,

i zanuć pieśń!

MEFISTOFELES

Oto moi pieśń śpiewają

o radości i o czynie —

jakże mądrze zachwalają!

mówią: niech twój duch wychynie

z samotności, z mroku, z cienia

na dzień nowy — odrodzenia!


Weź rozbrat z troską, która cię wciąż trudzi

i zżera jak sęp! Towarzystwo ludzi,

choćby najgorszych — powie ci wymownie,

żeś jest człowiekiem. Lecz nie bierz dosłownie

tych słów i nie myśl, że zło synów chwalę!

Nie jestem ja ci wielkim panem wcale,

lecz jeśli zechcesz ze mną iść i rady mojej

słuchać — nie będziem namyślać się długo —

zapukamy do zacnych podwoi,

gdzie towarzyszem będę ci i sługą!

FAUST

Będę dłużnikiem twoim wtedy.

MEFISTOFELES

Och, z tym nie będzie wielkiej biedy.

FAUST

Nie! nie, mój panie, diabły to są egoiści —

dla czyichś pięknych oczu nie zrobią nikomu

nic, co by przynieść mogło choć szczyptę korzyści!

Więc warunki! Gość z ciebie niebezpieczny w domu!

MEFISTOFELES

Więc tak: tu będę na rozkazy twoje,

niczym mi będą trudy, prace, znoje,

a gdy się tam spotkamy — za tą wielką bramą —

uczynisz dla mnie, doktorze, to samo.

FAUST

To „tam” mnie nie obchodzi dużo,

to są utopie i drobiazgi.

„Tu” niech mi siły twoje służą,

a potem — rozbij ziemię w drzazgi

lub niech się w inny glob przemienia!

Tu na tej ziemi me radości,

tu pod tym słońcem me cierpienia;

gdy już rzucone będą kości,

gdy się rozstanę z nią — co potem,

to nie jest dla mnie już kłopotem!

Czy się tam kocha, nienawidzi,

chwali, opiewa, gani, szydzi —

wszystko mi jedno — nawet to,

czy górą dobro tam, czy zło.

MEFISTOFELES

Więc doskonale! a więc naprzód — śmiało!

Ja wszelkich starań sumiennie dołożę;

zobowiązanie jeno daj, a stworzę

marzeniom twoim tak cudowne ciało,

jakiego ludzkie oko nie widziało!

FAUST

Cóż ty mi, biedny biesie, możesz dać?

czyż kiedykolwiek twoja brać

przez długich wieków ciąg niemały

mogła zrozumieć te zapały,

które w człowieczych piersiach płoną

i ogniem rozpalają łono?

masz jadła, które gorczycą

są jeno, które nie sycą,

masz złoto, które w ręce człowieka,

jak żywe srebro przecieka,

gry, które zgubę przynoszą,

dziewczynki, co się nie płoszą,

lecz owszem pieszczą z ochotą

mnie albo ciebie — za złoto,

sławę, która jak meteor właśnie

zabłyśnie, zalśni i zgaśnie!

Pokaż mi owoc, co gnije przed owocobraniem,

i drzewo, i codziennie świeże liście na niem!

MEFISTOFELES

Twoje żądania wcale nie są duże

tymi skarbami zawsze chętnie służę.

Lecz zanim, przyjacielu, służba ma się zacznie,

chodźmy cośkolwiek wypić i najeść się smacznie.

FAUST

Jeżeli ukojony leniwie na łoże,

pochlebstwami skuszony, do snu się ułożę,

jeżeli mnie pociągnie w swe sidła użycie,

jeśli mnie podejść zdołasz kłamliwie i skrycie —

twój będę na wieczystą radość lub udrękę

— jeżeli chcesz — to zakład.

MEFISTOFELES

      Zakład!

FAUST

      Ręka w rękę!

Jeśli przed jaką złudą myśli moje klękną

i powiedzą: trwaj chwilo! chwilo, jesteś piękną!

wtedy twój będę i weź mnie w niewolę

na jakąkolwiek, najstraszliwszą dolę:

Niech mojej śmierci wybije godzina,

zegar niech stanie, wskazówki opadną,

a ja i moja wina

pójdziemy na dno!

MEFISTOFELES

Rozważ to dobrze! bo ja nie zapomnę!

FAUST

Prawo w twej ręce! czucia me przytomne,

jeśli z zakładu z złym wyjdę zarobkiem,

to wszystko jedno, czyim być parobkiem.

MEFISTOFELES

Już dziś przy uczcie spełnię powinności

mnie przynależne jako twemu słudze;

wpierw tylko dla porządku, no — i dla pewności

o podpis proszę, przepraszam, że trudzę.

FAUST

Ach, cyrografu żądasz, pedancie, z uporem!

nigdyś nie spotkał człowieka z honorem?

Czyż nie wystarczą ci rzeczone słowa,

których treść klęskę na wieczność zachowa?

Przez świat mkną szaleństw wzburzone strumienie,

a nieruchomo trwać ma przyrzeczenie?

Lecz obłęd ten głęboko snadź wrósł w serca nasze,

więc go rozumowaniem żadnym nie wystraszę —

przeciwnie — stwierdzam: kto dotrzyma wiary,

szczęśliw jest i żadnej nie lęka ofiary.

Ale pergamin, świat liter, pieczęci —

zmorą dla wszystkich, nikogo nie nęci;

słowo zamiera w piórze — wtedy panowanie

jedynie już przy wosku i skórze zostanie.

Czegóż, zły duchu, chcesz? — mów! spiżem czy marmurem

mam cię obdarzyć? pisać czym — dłutem czy piórem?

MEFISTOFELES

Ach, gorączkujesz się, przesadzasz, mój kochany!

wystarczy karteluszek — byle krwią podpisany.

FAUST

Śmieszne to nieco — lecz żądasz, więc zrobię.

MEFISTOFELES

Krew ma specjalne właściwości w sobie.

FAUST

Bądź bez obawy! Niech się waść nie zżyma!

Co Faust przyrzeka, to święcie dotrzyma.

Zresztą — pychą się wzniosłem do duchów ogromu,

duchy mnie odepchnęły — spadłem do poziomu

twojego bractwa! Przyroda zamknięta,

myśli moje spłoszone, obmierzła mi wiedza;

więc spraw, niechaj się zmysłów szał rozpęta,

niechaj użycie żądze me wyprzedza;

czego zapragnę — niech się zaraz stanie,

rzućmy się w przelot czasu i w zdarzeń otchłanie;

tam niechaj znajdę, od mąk do zachwytu,

powodzenia, zawody przeplatane wciąż

i tak uzyskam potwierdzenie bytu,

bo jeno w walce czyn swój stwierdza mąż.

MEFISTOFELES

Żadnych w tej kwestii tobie nie wyznaczam granic,

używaj gdzie i czego chcesz — nie zważaj na nic.

Pij pełnym haustem uciechy, a śmiele!

garściami rozkosz bierz — nie mędrkuj wiele.

FAUST

To nie o radość chodzi! całe moje życie

przetopić chcę na obłęd jeno i użycie;

niechaj udziałem moim będą i cierpienia,

i zazdrość, miłość, nienawiść, strapienia.

Serce wzgardziło wiedzą — i oto ku męce

całego człowieczeństwa wyciągam me ręce

i duchem chcę ogarnąć głębie i niziny,

przejąć w siebie radości ludzkie i przewiny;

rozdać siebie, a jaźń swą stopić z jaźnią ziemi —

być człowiekiem wśród ludzi — runąć razem z niemi!

MEFISTOFELES

Wierzaj mi, znam się na tym, od wieków tysiąca

param się tym poznaniem, które myśli zmąca,

za kwaśne i niestrawne to ciasto dla ludzi —

całość sam Bóg ogarnia i On się nią trudzi.

Dla niego światłość wieczna, dla nas mrok nieznany,

dla was się dnie i noce mienią na przemiany.

FAUST

Jednak ja chcę!

MEFISTOFELES

      A jam twój sługa —

lecz życie krótkie — sztuka długa —

mniemam i tak sumuję, że to

trzeba by zawrzeć pakt z poetą;

niechby się nieco namozolił

i sięgnął mocno do natchnienia,

i w tobie bezmiar cnót zespolił:

odwagę lwa, rączość jelenia,

włoską ognistość, ład północy;

niechby wziął chytrość do pomocy

i wielkoduszność — plan rozważył

z precyzją i umiejętnością

i postać swą obdarzył

młodzieńczą porywczością;

chciałbym w tym poemacie lubować się panem

i nazwać mikrokosma przynależnym mianem.

FAUST

Czymże ja jestem? niczym! — w żądzach myśl się trwoni,

a rząd dusz upragniony wymyka się z dłoni.

MEFISTOFELES

Jesteś, czym jesteś! Wdziej na swoją głowę

niebotyczną perukę, na nogi koturny —

nie będziesz przez to bardziej wyniosły ni górny.

FAUST

Czuję, że siły nie powstają nowe,

na próżno wziąłem w siebie cały ducha przepych —

tyle mój wzrok ogarnia, ile oczy ślepych,

a nieskończoność zawsze jednako daleka.

MEFISTOFELES

Na wszystko trzeba spojrzeć przez pryzmat człowieka —

trzeba się mądrze brać — nie czas żałować,

gdy się już życiem serce nie może radować!

do diaska! mówisz: ręce i nogi, i głowa,

i wszystkie części ciała są moje, li-moje —

więc ci i rozum, i myśl każe zdrowa

funkcje tych członków też uznać za swoje!

Gdy kupię ogrów sześć — czyjeż ich nogi?

moje! — to ja ubijam kopytami drogi!

Więc porzuć medytację, w bystre życia fale

skocz z śmiechem i weselem, żwawo i zuchwale.

Śledziennik jak wół głupi po lasach się błąka,

nie wie, że o dwa kroki rośnie smaczna łąka.

FAUST

Więc cóż?

MEFISTOFELES

      Pójdziemy! w życie damy nura!

wszak ta komnata twoja straszliwie ponura;

to zowiesz życiem, tak się z uczniami mozolić

i groch o ścianę rzucać, i bez mydła golić?

to potrafią koledzy twoi jeszcze lepiej,

boć prawdę i tak skryjesz, więc uczniów nie skrzepi;

właśnie idzie tu jeden.

FAUST

      Nie przyjmę w tej chwili.

MEFISTOFELES

Żal mi chłopca; niechże mój dowcip się wysili —

czeka długo; wiesz, Fauście — daj no mi swą togę

i beret, dobrze? wszakże zastąpić cię mogę.

Świetna zabawa! Strój ten z przyjemnością kładę,

kwadransik krótki — potem hop — na eskapadę!

Faust wychodzi.

MEFISTOFELES

w stroju Fausta

O tak! Pogardzaj wiedzą i rozumem,

które jedyną człowieka są mocą;

niech ci kłamstw duchy wielobarwnym tłumem

szałami złudy w oczach zamigocą!

mój jesteś, Fauście! Duch twój, którym losy

szczodrze cię obdarzyły w wieczystym dążeniu

mierzył uparcie, gwałtownie w niebiosy

i leciał w słońce --- i zetlał w płomieniu.

Teraz cię, druhu, po bagnach wywłóczę,

w niezwyciężone pogrążę cię cienie,

tysiąca złudzeń i sromów nauczę,

aż cię ogarnie szał, zawiść i drżenie.

Nienasycony! spragnionymi usty

pić zechcesz z czary ułudnej i pustej!

Gdybyś był diabłu nie zaprzedał duszy

i tak byś zginął w zwątpień swych katuszy.

Wchodzi Uczeń.

UCZEŃ

Niedawno tu przybyłem; wraz kieruję kroki,

mistrzu sławny, do ciebie, pełen czci głębokiej.

MEFISTOFELES

Za uprzejmość, młodzieńcze, serdecznie dziękuję,

jam nie lepszy od wielu; szczerze się raduję

uznaniem; cóż cię tu sprowadza, chłopcze, do mnie?

UCZEŃ

Pod twą opiekę pragnę dostać się ogromnie,

odwagi dużo mam i jakieś grosze,

a najwięcej młodości; matka się po trosze

gniewała — „nie” mówiła wciąż, wreszcie przystała

widząc, jak dusza moja żądzą wiedzy pała.

MEFISTOFELES

Tutaj jest dla cię miejsce wymarzone.

UCZEŃ

Mówiąc otwarcie — uciekłbym już chętnie;

te stare mury pleśnią obleczone,

ta cela na mnie patrząca niechętnie,

ani zieleni, kwiatów, ani drzewa,

sale posępne pełne złowrogiego cienia —

umysł się trwoży i serce omdlewa.

MEFISTOFELES

To kwestia przyzwyczajenia.

Toć i dziecię z początku pierś chwyta niechętnie,

a potem od niej oderwać je trudno —

tak i z piersiami wiedzy — najpierw nieco smętnie,

a potem już rozkosznie, choć zdało się nudno.

UCZEŃ

Radosne mam do wiedzy wielkiej powołanie,

lecz jakżeż dotrę do niej — oto jest pytanie?

MEFISTOFELES

Ale, ale, odpowiedz za świeżej pamięci,

który fakultet ciągnie cię i nęci?

UCZEŃ

Nie umiem się uporać z myślami swojemi —

chciałbym wiedzieć to wszystko, co jest tu na ziemi

i tam na niebie; pojąć w pełni, co się mieści

w słów tych: — przyroda, wiedza — nieznanej mi treści.

MEFISTOFELES

To trop właściwy; owszem, lecz rzecz najważniejsza

pamiętać, że rozrywka pęd wiedzy pomniejsza.

UCZEŃ

Duszę i ciało chcę poświęcić,

choć wyznam tobie, mistrzu, śmiele,

że przecież zawsze będzie nęcić

swoboda — chociażby w niedzielę.

MEFISTOFELES

Porządek cię nauczy wyzyskać stokrotnie

czas, który mija szybko, mija bezpowrotnie;

przeto logika ciebie, drogi przyjacielu,

najniezawodniej przywiedzie do celu;

tresura ducha doskonała,

opanowanie myśli, ciała,

uczuć statecznych uczy też;

nie będziesz błąkał się wzdłuż, wszerz,

jak te ogniki zwiewne w bagnie;

logika wolę twoją nagnie —

co ci się zdało niezłożone

i proste — będzie obliczone

w tempie mniej więcej: raz, dwa, trzy;

bo to z myślami jak z przędziwem:

stąpnięcie jedno — aż z podziwem

patrzysz — cała osnowa w ruchu!

czółenko biega tam, z powrotem,

lecz jak, lecz skąd — nic nie wiesz o tem —

aż tu filozof ci objaśni,

że nie ma nic w tym zgoła z baśni,

bo pierwsze tak i drugie tak,

dlatego trzecie i czwarte tak,

a gdyby pierwsze z drugim skrewiło,

to by trzeciego z czwartym nie było;

naukę taką uczeń w ucznia chwali,

dziw, że tkaczami jednak nie zostali.

Lecz mniejsza z tym!

Rzecz w tym: kto wiedzy pragnie sprostać,

musi się najpierw z duchem rozstać,

a wtedy złowi treść w zawiązku —

niestety! bez dusznego związku.

Owładnięcie przyrodą nauka w tym widzi,

co prawda, mówiąc tak, sama z siebie szydzi!

UCZEŃ

Nie bardzo jasne są dla mnie te słowa.

MEFISTOFELES

Zawsze się trudną wydaje myśl nowa;

rubryk nauczysz się wnet należycie,

kiedy sklasyfikujesz naukę i życie.

UCZEŃ

Do cna zgłupiałem — toż to straszna praca —

koło się młyńskie w mej głowie obraca.

MEFISTOFELES

Jeśli się skłaniasz ku dalszym wynikom,

musisz się zająć i metafizyką;

tu dotrzesz łacno do głębokich treści;

wszystko, co w ludzkim mózgu się nie mieści,

co trochę mgliste, trochę osobliwe —

na wszystko znajdziesz nazwanie właściwe.

Lecz przede wszystkim uczeń nowy

musi być pilny i obowiązkowy;

pięć godzin dziennie, punktualność, praca —

oto, co kształci, uczy i popłaca:

przygotować się w domu, lekcję ogarnąć pamięcią,

by tym łatwiej ku szkolnym zbliżyć się pojęciom,

poznać, że to, co mówi profesorska władza,

jota się w jotę z twoją książką zgadza;

a co dyktować będą — niech twa ręka kryśli,

jakby to sam Duch święty dyktował swe myśli.

UCZEŃ

O tym mi, mistrzu, nie mów, z tym z góry się liczę,

czarne na białym — to są właściwe zdobycze.

MEFISTOFELES

Jakiż fakultet waść obierze?

UCZEŃ

Prawo mnie nie pociąga — mówię szczerze.

MEFISTOFELES

I nie dziwię się, szczerość odpłacę szczerością:

prawo się jak zaraza wlecze za ludzkością

i z pokolenia w pokolenia

ustawa idzie za ustawą,

a nic się przecież nie zmienia:

rozum staje się głupstwem, dobrodziejstwo klęską,

bezprawiom toruje prawo

drogę zwycięską;

ty brzemię to dziedziczysz — rozpacz ciebie chwyta —

bo o prawo, niestety, nikt nigdy nie pyta.

UCZEŃ

Wzmógł się wstręt mój! Szczęśliwy, komu wskażesz drogi!

Prawie że w myślach skłaniam się ku teologii.

MEFISTOFELES

Nie chciałbym ciebie w błąd wprowadzać,

a trudno mi doradzać;

błędne tu drogi, mętne cele,

skrytej trucizny bardzo wiele,

której od lekarstw odróżnić nie można!

W tej wiedzy bardzo trza z ostrożna!

Rada: jednego słuchać, wierzyć jego słowu

i zaufać mistrzowi ślepo, bez zwątpienia,

wtedy na pewno z mętnego połowu

wyłowisz słowo, co się w pewność zmienia.

UCZEŃ

Lecz przecież słowo wyraża pojęcie?

MEFISTOFELES

Tak! naturalnie! lecz prawdy tej święcie

przestrzegać nie potrzeba; słowo znakomicie

zastępuje pojęcie; można nim szermować,

nim walczyć i zwyciężać, nim system budować!

w słowo wierzyć to czystość sumienia;

pojęcie zmienia się — słowo nie zmienia!

UCZEŃ

Tyle pytań ciśnie się do głowy,

nie wyczerpałbym ich w tej godzinie;

więc jedno tylko najkrótszymi słowy:

pouczcie mnie, co sądzić mam o medycynie.

Trzy lata — czasu mało —

a wszystko by się wiedzieć chciało;

drogowskaz jakiś, jakaś rada,

a wszystko jaśniej się układa.

MEFISTOFELES

do siebie

Już mam po uszy uczonej maniery!

dość, mości diable, bądź no teraz szczery!

głośno

O! medycynę ogarniesz z łatwością,

trza jeno poznać świat, rozmaitość dróg,

a potem, potem skumasz się z nicością,

bo, widzisz, tak woli Bóg.

A to bałamucenie naukowe

— panie Macieju — wciąż dokoła —

po prawdzie nie jest zbytnio zdrowe,

każdy wie tyle, ile pojąć zdoła;

ten jeno dufność pokłaść może w sile,

kto umie dobrze wykorzystać chwilę.

A tyś młodzieńcze, chłop na schwał,

do przygód zęby ci się szczerzą,

byłeś ty jeno wiarę w siebie miał,

a wszyscy ci uwierzą.

Lecz przede wszystkim kaptować kobiety!

przy czym ta wiedza będzie nie od rzeczy,

że to ich „ach” i „och”, „niestety” —

jednym lekarstwem skutecznie się leczy.

Naucz się gędzić mową wdzięczną, ładną,

a już ci one same w potrzask wpadną.

Musisz przekonać je o swej wielkości;

zanim się jedna czy druga ośmieli,

już tam dotarłeś do sedna miłości

bez straty czasu i bez ceregieli.

Tak trzeba umieć drogę sobie skracać.

Gdzie inni lata zabiegają marnie,

tam twoja ręka zdoła puls wymacać,

a potem zwinnie w pasie ją ogarnie,

do piersi przygnie — przekona się z bliska,

czy biódr sznurówka zbytnio nie uciska.

UCZEŃ

Ze zrozumieniem słowa twoje chłonę.

MEFISTOFELES

Mój drogi przyjacielu — teoria jest szara,

a złote drzewo życia wiecznie jest zielone.

UCZEŃ

Przysięgam, mistrzu — wielka we mnie wiara,

że sprostam wiedzy, i bardzo cię proszę,

pozwól, że kiedyś znów się tutaj zgłoszę.

MEFISTOFELES

Co tylko będę mógł, uczynię chętnie.

UCZEŃ

Jakoś mi odejść stąd byłoby smętnie

bez upominku tej chwili! Racz, panie,

do pamiętnika wpisać choćby krótkie zdanie.

MEFISTOFELES

Z radością.

Pisze — oddaje pamiętnik.

UCZEŃ

czyta

„Będziecie jako bogowie, wiedząc dobre i złe.”

Z oznakami czci wychodzi.

MEFISTOFELES

Wierz w to i przysłowie i skłaniaj na podszept węża swe ucho,

a już z twym podobieństwem do Boga będzie bardzo krucho!

Faust wchodzi.

FAUST

Więc dokąd wreszcie wyruszamy?

MEFISTOFELES

Byle się woli stało zadość!

Mały i wielki świat poznamy;.

a cóż za korzyść! cóż za radość

z tej wielobarwnej panoramy!

FAUST

Z poważną brodą nie do pary

będzie ta lekkość życia, mniemam,

na płochość jestem już za stary,

swobody odpowiedniej nie mam;

zawsze się czułem taki mały

wobec każdego i nieśmiały.

MEFISTOFELES

Mój przyjacielu — nie dziw! tak z początku bywa.

Trzeba mieć dufność w siebie — tym się świat zdobywa.

FAUST

Więc w drogę! a gdzież służba, konie?

MEFISTOFELES

To fraszka! Oto płaszcz rozwinę

i polecimy w wietrzne tonie!

Góry i chmury w locie minę!

Zamiast rumaków — wiew ognisty,

miast drogi ziemskiej — lot strzelisty!

To wszystko ostaw, niech w użycie

Faust wolny leci! — w nowe życie!!

W PIWNICY AUERBACHA

Faust, Mefistofeles, Frosz, Brandem Zybel, Allmajer.

Pijatyka wesołego bractwa.

FROSZ

Cóż, nikt nie pije? do diaska! wesoło!

ponure gęby zasiadły wokoło —

siedzą jak kukły słomiane, gnijące,

gdzież się podziały dowcipy gorące?!

BRANDER

Sam krewisz, bratku, pieśni nie zanucisz

i swego świństwa do świństw nie dorzucisz!

FROSZ

wylewa mu kubek wina na głowę:

Masz za to!

BRANDER

      Świntuchu!

FROSZ

Chciałeś, a teraz wyzywasz, mój zuchu!

ZYBEL

Za drzwi, kto się kłóci!

Pić, bracia, i śpiewać — kiep ten, co się smuci!

Za mną, chłopcy! dalej żywo!

ALTMAJER

      Jak ten się ruszy,

to koniec! dajcie waty, bo mi pękną uszy!

ZYBEL

Dalejże za mną! Echo od powały

powiększy głos stokrotnie — będzie śpiew wspaniały!

FROSZ

Kto się gorszy, niech siedzi cicho w swoim kątku

albo niech się wynosi! Trarallaralla la…

ALTMAJER

Traralla rallla — la!

FROSZ

Więc gardła w porządku!

śpiewa

Kochane, święte państwo rzymskie,

jak to się jeszcze trzyma…

BRANDER

Szkaradna polityczna pieśń!

Bogu codziennie dzięki składam rano,

że mnie na władcę państw nie powołano:

wielkim zaiste jest to nieba darem,

nie być kanclerzem ani też cezarem.

Lecz władza musi być! druhowie mili.

wybierajmy przeora z tych, co dużo pili.

FROSZ

śpiewa

Słowiczku, leć i mej kochance

zaśpiewaj słodkie, czułe stance.

ZYBEL

Wara mi o kochankach! Dość tego śpiewania!

FROSZ

Całusa miłej posłać ten drab mi zabrania!

śpiewa

Otwórz dźwierka! noc cichutka —

otwórz dźwierka! nocka krótka —

zamknij dźwierka! ranek już…

ZYBEL

O, śpiewaj, śpiewaj, sław i chwal,

a wy słuchajcie radzi —

dawno już minął — cóż tam! żal —

zdradziła mnie i ciebie zdradzi!

Niech ją tam, psiamać, strzyga pieści

na dróg rozstaju u figury

lub stary cap spod Łysej Góry

niech ją wytryka, co się zmieści!

Dla jej pieszczoty i miłości

szkoda chłopaka z krwi i kości,

więc daj ty spokój takiej śpiewce,

chodź ze mną okna wybić dziewce!

BRANDER

uderza w stół

Uwaga! Baczność! Przyznajcie — znam ja życie!

Biedzą się zakochani — chmurno!

Trzeba im pieśń zaśpiewać jurną,

skomponowaną należycie;

a żem to majster jest w tej sprawie,

więc — hola! pomagać zabawie!

Piosenka będzie całkiem nowa

— refrenu powtarzajcie słowa!

śpiewa

W piwnicy starej szczur raz żył,

a miał tam walne jadło,

więc jak sam Luter zdrowo tył,

brzuch mu porastał w sadło:

Kucharka go otruła trutką,

oj, cierpiał, cierpiał i niekrótko.

jakby go miłość sparła.

CHÓR

gromko

Jakby go miłość sparła.

BRANDER

Szczur się z boleści kurczył, wił,

skarżyć się nie miał komu:

z każdej kałuży wodę pił,

gryzł, skrobał w całym domu,

biegał po sieni i po dachu,

wściekł się z boleści i ze strachu,

jakby go miłość sparła.

CHÓR

Jakby go miłość sparła.

BRANDER

W tej trwodze wskoczył w jasny dzień!

do kuchni — ziemię drapał —

kolo nalepy padł — wśród drżeń

ostatkiem siły sapał.

A śmiech wytrząsa brzuch kucharce:

„Oj, na ostatniej gwiżdżesz szparce,

jakby cię miłość sparła!”

CHÓR

Jakby cię miłość sparła!

ZYBEL

Jak się raduje głupia młódź

przy śpiewce i przy fasce!

Wielka mi sprawa — szczury truć!

BRANDER

U ciebie szczury w łasce!

ALTMAJER

Pasibrzuch! Patrzcie! Łysa pała!

wzrusza ją, wiecie, męczeństwo,

bo w wzdętym szczurze uwidziała

do siebie znaczne podobieństwo.

FaustMefistofeles wchodzą.

MEFISTOFELES

Więc przede wszystkim cię wprowadzę

w bractwo, gdzie śmiechu wiele —

w wesołej żyją, szczęsnej bladze

codziennie, jak w niedzielę.

Kręcą się w tle zadowolonem

jak młode koty za ogonem,

gwiżdżą na smutek i na biedę,

dopóki mogą pić na kredę!

BRANDER

To widać muszą być podróżni,

dziwaczny strój ich od nas różni;

dopiero co przybyli.

FROSZ

A rzeczywiście! — moi mili,

wiwat nasz gród! — tu świat się budzi —

nasz gród jak Paryż kształci ludzi.

ZYBEL

Jak myślisz — kto to może być?

FROSZ

Ostaw to mnie! zaczniemy pić,

już ja podszewkę z nich wypruję!

Coś mi się nazbyt dworsko niosą

i spoglądają na nas koso —

już w lot ich spenetruję!

BRANDER

Zakład! Targowi to krzykacze.

ALTMAJER

Może.

FROSZ

      Już ja ich przeinaczę!

MEFISTOFELES

do Fausta

Diabeł tuż, tuż przy ich kołnierzu —

nie wiedzą nic, że są w więcierzu!

FAUST

Witamy!

ZYBEL

      Wzajem!

cicho, obserwując Mefistofelesa

      O, la Boga!

Toćże ten drugi kuternoga!

MEFISTOFELES

Wolno się przysiąść? Widzę napój podły,

ale kompanii zacnej nie brak —

więc korzystamy, gdy nas tu drogi przywiodły.

ALTMAJER

Wybredny widać ma pan smak.

FROSZ

Tak ostro waszeć prosto z mostu kropi,

pewnoś dziś popił z Filipem z Konopi?

MEFISTOFELES

z ukłonem w stronę Frosza

Nie dzisiaj! przed kilkoma dniami

widzieliśmy go — właśnie szedł w te strony,

mówił, że chce się spotkać z kuzynami,

i wam posyła ukłony.

ALTMAJER

cicho

Ależ się odciął!

ZYBEL

      Szczwaniak tęgi!

FROSZ

Już ja przyciągnę mu popręgi!

MEFISTOFELES

Weszliśmy — słyszym: kipi życie

i śpiew przeplata się z uciechą —

zapewne głos tu znakomicie

odbija sklepień gromkie echo!

FROSZ

A pan wirtuoz?

MEFISTOFELES

      Ach, mój panie miły,

ochota byłaby — za słabe siły!

ALTMAJER

Zaśpiewaj wasze!

MEFISTOFELES

      Jeśli trzeba —

ZYBEL

Byleby nowość! Nic nam z pleśni!

MEFISTOFELES

Spod hiszpańskiego idziem nieba,

z krainy wina i pieśni.

śpiewa

Był król — tak się zaczyna

ta pieśń o wielkiej pchle —

FROSZ

O pchle! słyszycie, bracia? — to dobrze, wasza mość,

pchła, nie pchła, zawsze gość!

MEFISTOFELES

śpiewa

Był król — tak się zaczyna

ta pieśń o wielkiej pchle —

kochał ją król jak syna,

więc raz po krawca śle:

„Ubierz ją, krawcze, modnie,

ciasno dopinaj spodnie!”

BRANDER

„Ale uważaj, krawcze, świetnie,

bo jak się raz materia przetnie,

to już nie pora na poprawki,

a trudno w spodnie wstawiać skrawki!”

MEFISTOFELES

W jedwabiu, w aksamicie

chodziła pchła jak pan,

szat jej zazdrościł skrycie

obłudny dworski klan,

i tego dnia wieczorem

została komandorem,

a siostry jej bez sporu

były damami dworu.

I zaraz łaskę ową

dwór na swej skórze czuł:

służącą i królową

pchli motłoch gryzł i kłuł;

więc drapią się z ostrożna,

bo zabić pchły — nie można!

Lecz nam nikt nie zabroni,

ukłuje pchła — to po niej!

CHÓR

z werwą

Lecz nam nikt nie zabroni,

ukłuje pchła — to po niej!

FROSZ

Brawo! a niech cię las ogarnie!

ZYBEL

Tak każda pchła niech ginie marnie!

BRANDER

A na paznokieć z tą gadziną!

ALTMAJER

Niech żyje wolność! wiwat wino!

MEFISTOFELES

I ja bym chętnie wypił za zdrowie wolności —

cóż, kiedy wasza lura pobudza do mdłości!

ZYBEL

Skończ już z tą pustą gadaniną!

MEFISTOFELES

Gdyby gospodarz nie źlił się i nie oponował,

chętnie bym arcymiłych gości

winem z mych piwnic poczęstował.

ZYBEL

Dawać! już ja to załagodzę.

FROSZ

Jeno nam pełną dajcie, nie minie was pochwała,

byle szklenica wasza nie była nazbyt mała,

bo jeśli mamy być sędziami,

musimy popić srodze!

ALTMAJER

cicho

Zapewne reńskich winnic są właścicielami.

MEFISTOFELES

Macie świderek?

BRANDER

      A cóż z tego będzie?

Czy beczki macie tam za drzwiami?

ALTMAJER

Tu jest kosz gospodarza z narzędziami.

MEFISTOFELES

bierze świderek — do Frosza

Jakież dobrodziej preferuje?

FROSZ

Jak to, różnego macie znaku?

MEFISTOFELES

Każdy wybiera wedle smaku.

ALTMAJER

do Frosza

Oho, już wargi oblizuje.

FROSZ

Ano, mam wybrać, w pierwszym zawsze rzędzie

stawiam rodzime — więc niech reńskie będzie!

MEFISTOFELES

wierci otwór na kraju stołu przed Froszem

Niech z wosku korki zrobi, kto tam umie!

ALTMAJER

Kuglarskie sztuczki — aha! już rozumiem!

MEFISTOFELES

do Brandera

A pan?

BRANDER

      Ano, niech szampan bieży,

byle musował, jak należy.

Mefistofeles wierci — ktoś ulepił z wosku korki — zatyka.

BRANDER

Ja się do obcej udam ziemi,

gusta się nasze rozminą,

precz z chorobami francuskiemi,

lecz lubię francuskie wino.

ZYBEL

gdy się Mefistofeles doń zbliża

Niech sobie kwaśne pije zgraja,

mnie pan słodkiego niech natoczy.

MEFISTOFELES

wierci

Więc dam ci dziś tokaja.

ALTMAJER

Spójrz no mi, panie, prosto w oczy,

najoczywiściej nas nabierasz!

MEFISTOFELES

Dalipan — gdzieżbym się odważył

z panami? źle bym wyszedł na tem!

Pozwól, bym dalej gospodarzył —

— a zatem?

ALTMAJER

Byle raz-dwa, cóż bym się swarzył!

Przed wszystkimi już wywiercone otwory i zatkane.

MEFISTOFELES

z gestami dziwacznymi

Winogrona rodzi winna macica,

rogi na łbie ma kozica,

krzewy drzewieją, wino się słodzi,

drewniany stół też wino rodzi;

wszędzie jest tajemnica — świat ciemna pieczara —

by cud się stał, potrzebna jest wiara!

Wyciągać korki — używajcie!

WSZYSCY

wyciągają korki; tryska wino, chwytają za szklanki

Cud! wino tryska — szklenic dajcie!

MEFISTOFELES

Ostrożnie! pijcie — lecz nie rozlewajcie!

Piją po raz drugi.

WSZYSCY

śpiewają

Ach, jak nam dobrze się powodzi,

jak świni, gdy po błocie brodzi!

MEFISTOFELES

Lubię niefrasobliwość i humor u ludzi.

FAUST

Odszedłbym z wielką stąd ochotą!

MEFISTOFELES

Zaczekaj chwilę — zwierzęcość się zbudzi

i całą zawładnie hołotą.

ZYBEL

pije nieostrożnie; wino wylewa się na ziemię, wystrzelają płomienie

Ratunku! Ogień! Piekieł progi!

MEFISTOFELES

zażegnuje płomień

Uspokój się, żywiole drogi!

do kompanii

Tym razem ogień był czyścowy tylko.

ZYBEL

Cóż to? straszycie? weszliście przed chwilką

i taki zamęt?! Popamiętasz, bratku!

FROSZ

Nie radzę ci próbować drugi raz tej sztuczki!

ALTMAJER

Ja radzę obić draba na ostatku!

ZYBEL

Już tu poznali twoje diable kruczki —

nie nas na hokus-pokus brać!

MEFISTOFELES

Niech no nie dudni winna kadź!

ZYBEL

Psiamać! Brakuje ci nauczki!

BRANDER

Bracia! Kto w Boga wierzy — prać!

ALTMAJER

wyciąga korek ze stołu — wystrzela płomień

Płonę! Goreję!

ZYBEL

Czarodzieje!

Nacieraj! naprzód! niech się, co chce, dzieje!

Wyciągają noże — nacierają na Mefistofelesa.

MEFISTOFELES

z gestami poważnymi

Fałszywy obraz, słowa zmylone

odmienią umysł, przestrzeń i stronę —

bądźcie tu i tam.

Przystają zdumieni — przypatrują się sobie.

ALTMAJER

Gdzież jestem? jakiż cudny kraj!

FROSZ

Winnice!

ZYBEL

      Grona! chcę tam iść!

BRANDER

Oto polany chłodny skraj —

Jaki krzew! jaka kiść!

Chwyta Zybla za nos, inni też się już za nosy wodzą, podnoszą noże.

MEFISTOFELES

jak poprzednio

Mamidło! ustąp na diabła głos —

tym żartem darzę was w podzięce!

Znika wraz z Faustem. Bractwo odskakuje od siebie.

ZYBEL

Cóż to?

ALTMAJER

      Jak? co?

FROSZ

      Czy to twój nos?

BRANDER

do Zybla

Czy to twój nos w mej ręce?

ALTMAJER

Ognisty prąd po żyłach mych szaleje

Podajcie krzesło — mdleję!

FROSZ

Powiedzcie mi — cóż to się stało?

ZYBEL

Dawać hultaja! z duszą i z ciałem!

nie wyjdzie z rąk mych cało!

ALTMAJER

Na własne oczy go widziałem —

na beczce dunął drzwiami;

a nogi mam jak ołowiane!

zwraca się ku stołowi

Czy też ostało wino z nami?

ZYBEL

Oszustwo! mamidła nieznane!

FROSZ

Wszak piłem wino — czy to złuda?

BRANDER

A winogrona niesłychane?

ALTMAJER

Jak tu nie wierzyć w cuda!

U CZAROWNICY

Faust, Mefistofeles; Kocur-Koczkodan, Kotka-Koczkodan, Młode koczkodany; Czarownica. Na niskim palenisku stoi wielki kocioł; w unoszącym się znad ognia dymie jawią się rozmaite postacie. Kotka-Koczkodan kuca koło kotła, daje baczenie na wrzątek; Kocur z młodymi stoi z boku; nagrzewa się. ściany i powała upstrzone dziwacznymi, czarodziejskimi przyrządami.

FAUST

Ohydne są te sztuczki czarnoksięskie!

i ty mi każesz wierzyć, że tą drogą

szaleństw — wrócą się moje lata męskie?

że gusła babskie odmłodzić mnie mogą?

że miksturami, które wiedźma warzy,

zniweczy starość i zmarszczki na twarzy?

Jeśli lepszego nie masz nic — to bez protestu

zniosę nadwyżkę starych lat trzydziestu!

widać ni umysł twórczy, ni mądra przyroda

napoju ożywczego wargom mym nie poda.

MEFISTOFELES

Rozsądnie mówisz, drogi przyjacielu;

lek naturalny też znaleźć potrafię,

który do znaczonego doprowadzi celu —

lecz to już w innej księdze — w innym paragrafie!

FAUST

Chcę wiedzieć!

MEFISTOFELES

      Owszem! lek ten bez pieniędzy,

bez czarnoksięstwa, mówię, bez lekarza

osiągnąć możesz; lecz musisz co prędzej

pojechać na wieś, sprząc z losem nędzarza,

orać, siać, młócić — i umysł swój chronić,

by go myśleniem zbytnim nie roztrwonić;

żywić się skromnie, żyć w zgodzie z bydlęciem,

po żniwach znowu pole wynawozić;

w ten sposób żyjąc i z tym przedsięwzięciem —

o lat ośmdziesiąt możesz się odmłodzić.

FAUST

Nie dla mnie orka, grabie i motyka,

do tego już się z młodości nawyka,

a mnie nie wabi żywot ciasny, blady.

MEFISTOFELES

A więc do czarownicy! — innej nie ma rady.

FAUST

Lecz na cóż wiedźma?! Czemuż ty napoju

sam nie uwarzysz?

MEFISTOFELES

      Ostaw mnie w spokoju!

Wolałbym tłuc kamienie i mościć rozstaje!

Chociaż się wielka sztuka z wielką wiedzą splata,

dopiero z cierpliwości twór wielki powstaje.

Duch cichy działa, medytuje lata;

z czasu się rodzi, z ciągłości potęga

i owa moc odrodzeń skuteczna i tęga!

A co tu ingrediencji! — jak w tkaninie przędzy,

najzawilsze arkana i przemyślne zioła…

receptę wprawdzie diabeł daje jędzy,

lecz sam wykonać jej nie zdoła!

spostrzega Zwierzęta

Spójrz, co za kocia familia mizdrząca

to pan służący — to pani służąca.

do Zwierząt

Pani, zdaje się, nie ma w domu?

ZWIERZĘTA

Nie mówiła nikomu,

kiedy powróci;

kominem wyleciała,

kominem wróci.

MEFISTOFELES

Kiedyż możemy spodziewać się wróżki?

ZWIERZĘTA

Aż sobie przy ogniu zgrzejemy nóżki.

MEFISTOFELES

do Fausta

Cóż — podobają ci się te kocięta?

FAUST

Obrzydłe, szkaradne zwierzęta!

MEFISTOFELES

A właśnie dyszkur z tą czeredą

to dla mnie rozkosz niepojęta.

do Zwierząt

Powiedz no, socjeto przeklęta,

co się w tym diablim kotle praży?

ZWIERZĘTA

Dziadowska zupa dla nędzarzy.

MEFISTOFELES

Więc los was, widzę, gośćmi darzy.

KOCUR

podchodzi do Mefistofelesa — łasi się

Grajcie ze mną w kości,

pragnę majętności —

przy mnie wygrana!

Obaczysz wtedy

bogacza z biedy,

z kocura pana.

MEFISTOFELES

Tej małpiej donżuanerii

śni się też stawka na loterii.

Tymczasem młode koczkodany bawią sie dużą kulą, właśnie ją przytoczyły.

KOCUR

Oto jest ziemska kula —

podnosi się — opada.

Kręci się, toczy, tuła,

a kot nią włada;

jak szkło dźwięczy.

Kto ją rozłamie,

ten się okłamie

pustkami wnętrzy;

błysk, blask tu i tam

omamienie, kłam;

umrzesz z swej winy,

nie baw się banią!

kula jest z gliny,

czerepy zranią.

MEFISTOFELES

Na cóż to sito?

KOCUR

zdejmuje je

By cię obito

za twoje myto!

do Kotki

Spójrz no przez sito,

czy to jest złodziej,

czyli dobrodziej?

MEFISTOFELES

zbliża do ognia

A ten gar na co?

KOCUR I KOTKA

To ci ladaco,

nie wie, co gar,

co kocioł, co war,

matołek!

MEFISTOFELES

Niegrzeczny gbur!

KOCUR

a oto wygodny stołek!

Mefistofeles zniewolony siada.

FAUST

przez ten czas wpatruje się w lustro — to odstępuje, to podchodzi

Cóż za uroczy obraz moim oczom

to czarodziejskie podaje zwierciadło?

Miłości! nieś mnie przestrzenią przeźroczą,

kędy króluje urocze widziadło!

Gdzież ten kraj święty, boże uroczysko,

w którym sen jawą jest — w błękicie żyje!

Stąd ciebie widzę… gdy podchodzę blisko,

mgła cię zazdrosna zasłania i kryje.

O, najpiękniejsza niewiasto na świecie,

rozkwita w krasie niźli róża wonniej!

Piękno i szczęście w tej jednej kobiecie,

której ni serce, ni myśl nie zapomni!

MEFISTOFELES

Słusznie! — chcesz wiedzieć, skąd się piękność wzięła:

przez sześć dni długich Bóg pracował znojnie;

zadowolony z swego arcydzieła,

już dnia siódmego odpoczął spokojnie.

Wpatruj się w zjawę — upij się do syta,

moja moc sprawi, iż pryśnie zasłona,

a piękność żywa, ze snu rozpowita,

padnie szczęśliwa w szczęśliwsze ramiona.

Faust wpatruje się ustawicznie w zwierciadło. Mefistofeles rozpiera się w krześle — bawi się wachlarzem — mówi w dalszym ciągu.

Siedzę jak król na tronie — oto królewski znak —

ten wachlarz — berło moje, jeno korony brak.

ZWIERZĘTA

które dotychczas w pociesznych podskokach harcowały, przynoszą z wielką wrzawą koronę

Jedni w pokorze się gną,

drudzy drwią;

zlep tę koronę potem i krwią!

nieopatrznie wydzierając sobie koronę, łamią ją na dwie części: w podskokach

Stało się, stało —

symbol — czcze dymy —

Cóż nam zostało?

już tylko rymy!

FAUST

w stronę lustra

Ja oszaleję! oszaleję!

MEFISTOFELES

wskazuje na Zwierzęta

Ze mną się też niedobrze dzieje.

ZWIERZĘTA

Wspak, w poprzek kryśl,

aż znajdziesz myśl.

FAUST

jak poprzednio

Ogień mnie spala, żar mnie dusi,

uchodźmy prędko, prędko stąd!

MEFISTOFELES

jak poprzednio

Chcąc nie chcąc, każdy przyznać musi,

że poetycki drży w nich prąd.

Zupa w kotle wykipiała, bucha płomień wysoko pod okap komina, czarownica wpada poprzez ogień z krzykiem straszliwym.

CZAROWNICA

A! przeklęte bydło, przeklęte świnie,

żar opuszczony,

dom wyogniony,

przeklęte bydło! Kara nie minie!

zauważyła Fausta i Mefistofelesa

Kto tu? skąd?

Kto tu? skąd?

kto tu się skrada

do mojej włości?

Trąd i zagłada,

żar spali kości!

Nabiera chochlą płomienie z kotła — pryska nimi na Fausta, MefistofelesaZwierzęta. Zwierzęta wyją.

MEFISTOFELES

trzonem wachlarza tłucze szklanki i garnki

Na części to — — na szczerby to —

stłuczone szkło!

To tylko żart —

takt, bity szyk —

lecz tyle wart,

co i twój krzyk.

Czarownica cofa się zła i przerażona

Poznałaś już, wiedźmo i jędzo,

swojego pana i mistrza?

Zawalę dom — ostaną zgliszcza,

a wiatry koty twe rozpędzą!

Gdzież respekt twój przed tą czerwienią —

kogucie pióro — spójrz no — blisko!

jak się w tym ogniu lśnią i mienią —

cóż? może podać mam nazwisko?

CZAROWNICA

Łaski! przyszliście do mnie skryto!

Gdzież, panie — końskie twe kopyto?

Gdzież twoje kruki?

MEFISTOFELES

Dość już na dzisiaj tej nauki!

Dawnoś mnie przecież nie widziała —

myślisz, że przyszedł taki-siaki,

a tu kultura świat opanowała,

która i diabłom dała się we znaki!

Przepadły już dziecinne baśnie,

ogon nikogo już nie złudzi,

a co do nogi końskiej — właśnie

trudno z nią iść pomiędzy ludzi.

Chcę mieć swobodę, korzyść i nogę niebrzydką,

od dawna paraduję z przyprawioną łydką.

CZAROWNICA

tańczy

Radością jestem opętana,

dziś gościem mam szatana!

MEFISTOFELES

Nazwisko zamilcz — sza! szkarado!

CZAROWNICA

Czemuż? czy ono wam zawadą?

MEFISTOFELES

Ludzie me imię w baśniach pochowali.

lecz jak źle żyli, tak i żyją zwadą

Złego pozbyli się — lecz źli zostali!

Tytułuj mnie baronem, to popłaca w świecie,

toćże szlachcicem jestem, szlachcicem się czuję:

że w żyłach mam błękitną krew, nie wątpisz przecie.

a oto klejnot, którym ja się pieczętuję.

Gest czyni nieprzyzwoity.

CZAROWNICA

śmieje się do rozpuku

Ha, ha, ha! To jest twój wypróbowany sposób,

poznałabym cię, kpiarzu, wśród tysiąca osób!

MEFISTOFELES

do Fausta

Ucz się, mój przyjacielu, może się przydarzyć,

byś wiedział, jak to wiedźmy sprytnie z mańki zażyć!

CZAROWNICA

Czymże usłużyć mam, wróżbą czy lekiem?

MEFISTOFELES

Trza nam napoju, co młodość przywraca,

musi dostały być, wytrawny wiekiem,

bo krzepkość jego wiek wzbogaca.

CZAROWNICA

Chętnie! — mam starą butelczynę,

z której pociągam sama czasem,

chętnie odstąpię leku krztynę —

a likwor — czysty! Ani kwasem,

ni siarką już nie zalatuje!

cicho

lecz umrzeć może! ryzykuje!

MEFISTOFELES

Daj jeno mocny — będzie zdrów!

Więc do roboty — dalej!

zrób czarci krąg, zaklęcia zmów

i pełną szklankę nalej!

Czarownica w cudacznych podskokach i gestach zatacza krąg; ustawia w nim przedmioty fantastyczne — szklane naczynia podzwaniają, kotły dudnią; z dźwięków tych splata się muzyka niesamowita; wreszcie przynosi foliał olbrzymi, grupuje koczkodany w kręgu; dzierżą pochodnie, podtrzymują księgę, Fausta wabi do wnętrza.

FAUST

do Mefistofelesa

Cóż to jest? powiedz! co to z tego będzie?

Te ruchy obłąkańcze, cudaczne narzędzie

znam nazbyt dobrze — nienawidzę z duszy —

mnie oszukańcza praktyka nie wzruszy!

MEFISTOFELES

Ech! drobiazg, żarty, trochę śmiesznych pokus,

toć istne głupstwo, więc nie wszczynaj sporu,

jak lekarz, tak i ona robi hokus-pokus,

ażeby napój dojrzał i nabrał wigoru.

Zniewala Fausta do wejścia w krąg.

CZAROWNICA

recytuje z księgi z wielką przesadą

Oto twoje uczynki:

dziesiątkę zrób z jedynki,

opuść dwójkę,

natychmiast wezwij trójkę,

wszystko dla złotej ery!

Przekreśl cztery

z piątki i szóstki — mówi czarownica —

niech się siódemka z ósemką wyświeca;

wymotaj z wątka

dla dokończenia:

dziewiątka jedynką, zerem dziewiątka.

Oto czarownic tabliczka mnożenia.

FAUST

Wiedźma wyplata mętne banialuki.

MEFISTOFELES

Och, to nie koniec jeszcze tej nauki,

ja ją przewertowałem — wierzaj, nie szło gładko,

zanim do tego wniosku doszedłem, że w wierze

sprzeczności są dla mędrców i głupców zagadką;

lecz są to sprawy stare — chociaż wiecznie świeże,

z trójcy jedność, z jedności trójcę wyprowadzać,

oto fałsz, którym prawdę czystą się zabija;

a uczą nas i mówią: to się musi zgadzać!

Głupstwo jest wieczne — ludy mrą, ono nie mija!

Zazwyczaj wierzy człowiek, gdy usłyszy słowa,

że pod ich wierzchnią szatą myśl się jakaś chowa.

CZAROWNICA

w dalszym ciągu

Potęgi, siły

wiedzy zawiłej,

zamknięte dla świata zgłoski,

kto myśl zatraci.

ten się wzbogaci:

zdobędzie ją bez troski.

FAUST

Bajdurzy strasznie czarci stwór —

mnie pęka łeb — ona wciąż więcej!

zda mi się, jakbym słyszał chór

upartych błaznów sto tysięcy.

MEFISTOFELES

Więc dość już tego, zakończ, sybillo, zabiegi,

niechże mu mocny napój te męki osłodzi,

prędko podawaj kielich — a natocz po brzegi,

przyjacielowi memu pełny nie zaszkodzi;

zresztą doktorska to persona, wielce godna,

niejeden kielich w życiu wychyliła do dna.

Czarownica pośród karesów i ceremonii nalewa napój do czary. Z chwilą, gdy Faust czarę do ust podniósł, wybuchnął z niej płomień.

MEFISTOFELES

Wypij odważnie aż do krzty,

niech ci się lice rozpromieni;

ze samym diabłem jesteś na ty,

a lękasz się płomieni?!

Czarownica rozwiera krąg, Faust występuje z niego.

MEFISTOFELES

Ruszaj się żwawo, spocząć ci nie wolno!

CZAROWNICA

Niechże wam siły lek wróci młodzieńcze!

MEFISTOFELES

do Czarownicy

Za krzątaninę twą mozolną

na Łysej Górze się odwdzięczę.

CZAROWNICA

do Fausta

Oto piosenka — ona da ci władzę,

W wszelkiej obierzy doradzi skutecznie.

MEFISTOFELES

do Fausta

Chodź żwawo ze mną — ja cię poprowadzę —

teraz wypocić musisz się koniecznie,

aby napoju czarodziejska siła

ze sfer zewnętrznych w głębie ku wnętrznościom

statecznie się rozprowadziła.

Więc ruch! już później wypoczniem do woli;

rychło poczujesz z rozkoszną radością,

jak Amor w tobie tańczy i swawoli.

FAUST

Pozwól mi spojrzeć jeszcze raz w zwierciadło,

raz jeszcze obraz ujrzeć chcę uroczy!

MEFISTOFELES

Po co? niebawem niewieście widziadło

w krew się i ciało wdzięcznie przeistoczy.

cicho

Już ciebie żądze jak wicher pożeną;

każda kobieta zda ci się Heleną.

ULICA

Faust, Małgorzata, Mefistofeles Małgorzata przechodzi.

FAUST

Piękności twej, nadobna pani,

moją osobę składam w dani!

MAŁGORZATA

Anim ci pani, ni nadobna —

przystojniej wracać mi z osobna.

Wymyka się i oddala.

FAUST

Jak mi Bóg miły, śliczne dziecię!

tak pięknej nie spotkałem w świecie,

skromna, cnotliwa, bardzo zgrabna,

zalotna nieco i powabna;

różowość warg, jagód pogoda

urzekła mnie do cna uroda;

a oczka skrywa jak najskromniej —

już jej me serce nie zapomni!

Zbyła mnie krótko, węzłowato.

jeszcze ją więcej kocham za to!

Wchodzi Mefistofeles.

FAUST

Moją być musi ta podwika!

MEFISTOFELES

Która?

FAUST

      — A właśnie przeszła tędy.

MEFISTOFELES

Ta? — wraca wprost od spowiednika,

przewiny zmazał jej i błędy —

po prawdzie żadne! sam słyszałem,

ukryty za konfesjonałem;

cóż to za spowiedź? sama cnota!

Tu, bracie, na nic ma robota!

FAUST

Skończyła wszak czternaście lat?

MEFISTOFELES

Mówisz jak stary, kuty wyga,

co każdy uszczknąć pragnie kwiat,

co się przed cnotą, czcią nie wzdryga

sądzi, że wszystko zdobyć można!

Czasem, mój panie, trza z ostrożna!

FAUST

Daj no mi pokój, mój mentorze!

Morały! w niestosownej porze!

To ci powiadam: jeśli ona,

w której gorąca krew rozkwita,

dzisiaj nie padnie w me ramiona —

to koniec z nami, panie, kwita!

MEFISTOFELES

Kąpanyś w warze! zostaw mi

przynajmniej choć czternaście dni —

niech się sposobność dobra zdarzy.

FAUST

W siedmiu godzinach się uwinę,

jak nic zdobędę tę dziewczynę,

a diabeł o tygodniach gwarzy!

MEFISTOFELES

Francuska w mowie twej maniera;

niechże się waszeć nie upiera:

tak prędko? cóż to za użycie?

przedłużać rozkosz, cicho, skrycie

zabiegać, starać się, uwodzić,

posprzeczać się i znów pogodzić,

aż pieszczotami odurzona,

stęskniona — padnie w twe ramiona.

wszak figle znasz Dekamerona!

FAUST

Ja bez tych przypraw czuję żądzę.

MEFISTOFELES

Bez żartów i bez gniewu! sądzę,

że z tą dziewczyną będzie bieda,

bo się zbyt prędko zdobyć nie da;

atakiem nie dopniemy celu,

trzeba się uciec do fortelu.

FAUST

Zaprowadź mnie do jej komnaty,

pozwól mi dotknąć się jej szaty

lub daj mi piersi jej zasłonę —

podwiązkę bodaj! ogniem płonę!

MEFISTOFELES

Chcę cię przekonać, że twa męka

prawdziwie boli mnie i nęka,

przeto cię zaraz po kryjomu,

dziś jeszcze — wwiodę do jej domu.

FAUST

Zobaczę ją! Posiędę?

MEFISTOFELES

      Nie!

Zbyt jednak niecierpliwisz się!

Jest u sąsiadki o tej porze;

tym bardziej twa tęsknota może

myślą upajać się samotnie

i barwić przyszłość tysiąckrotnie,

jej bliży odurzona czarem.

FAUST

Więc chodźmy!

MEFISTOFELES

      Jeszcze wczesna pora.

FAUST

Chciałbym ją uczcić zacnym darem!

MEFISTOFELES

Już dar? Tak zaraz? myśl twa skora!

Lecz owszem — brawo! nic w tym złego — —

przeciwnie — dotrzesz w mig do celu!

Spośród zaklętych skarbów wielu

wyszukam coś odpowiedniego.

Wychodzą.

KOMNATKA MAŁGORZATY

Małgorzata; Faust, Mefistofeles. Wieczór.

MAŁGORZATA

zaplata warkocz

Kto to mógł być? Kto mnie, nieznaną,

zaczepił w mieście dzisiaj rano?

wcale przystojny, coś w nim jest

krew widać zacna — pański gest

i wzięcie całe — gładkość twarzy;

kto bądź się przecie nie odważy.

Wychodzi.

Wchodzi MefistofelesFaustem.

MEFISTOFELES

Wejdź — tylko cicho! los poszczęścił nam.

FAUST

milczy chwilę

Dziękuję — pragnę zostać sam.

MEFISTOFELES

myszkuje

Tak schludnych dziewcząt mało mam.

Wychodzi.

FAUST

rozgląda się

Witaj mi, cichy zmierzchu dnia,

komnaty tej urocze śnienie!

Serce! miłością spłoń do dna,

nadzieją ukój swe cierpienie!

Jakże ten spokój pieści mnie

ładu, ufności pieniem cichem!

Każdy tu przedmiot ciszą tchnie,

ubóstwo staje się przepychem!

siada w skórzanym fotelu przy łóżku

Przyjmże mnie ty, coś długie pokolenia

bronił w rozpaczy, przytulał w radości!

Ileż to razy w ciszy twego cienia

dzieci zaznały ojcowskiej miłości!

Może tu właśnie za gwiazdkowe dary

w podzięce szczęsnej, co lice zrumienia,

do ręki dziada przypadałaś starej,

o dziewczę miłe! — Zasłuchany w ciszę,

ducha twojego widzę, jak przecudnie

w takt prac domowych wdzięcznie się kołysze,

jak kobierczykiem stół zaścielasz schludnie —

nawet szmer piasku u stóp twoich słyszę…

Ręko nadobna, twój to cud i władza

sprawia, że chata w niebo się przeradza.

A tu!

odgarnia zasłonę łóżka

Rozkoszą, lękiem serce pała!

Ach, marzyć tu godziny, dnie;

ta, gdzie przyroda w cichym śnie

anielską postać kształtowała!

Tu spoczywało wonne ciało,

tu życie w piersiach falowało,

przeczyste świętych cnót przędziwo

przędło jej obraz — boże dziwo!

I stoję tu — i na co — po co?

wzruszenia myśli moje złocą;

serce stęsknione w piersiach drży!

Nieszczęsny Fauście — czy to ty?

Urok opływa sprzęty, ściany;

użyć przyszedłem z miną chwata,

a oto marzę rozkochany!

Czyż nami los jak liśćmi wiatr pomiata?

tak! bo gdyby teraz się zjawiła

I nagłe przekroczyła próg,

błagałbym kornie: wybacz, miła!

Faust! wielki! u jej małych nóg!

MEFISTOFELES

wbiega

Wraca! uciekaj, póki pora!

FAUST

Odejdź! nie wyjdę stąd!

MEFISTOFELES

Oto szkatułka wcale spora,

nie pytaj — mniejsza skąd;

ukryj ją zgrabnie tutaj w szafie,

już zbałamucić ją potrafię,

możesz mi wierzyć. — Istne cuda

są w tej szkatule — można nią

uwieść niejedną!! Rzecz się uda —

dziecko jest dzieckiem, gra jest grą.

FAUST

Nie wiem doprawdy…

MEFISTOFELES

      Co? wahanie?

Skarbu ci żal? a — w tym sposobie

radzę pożądań zbyć się, panie,

dać święty spokój mej osobie,

chwil nie marnować — szkoda czasu!

me przeczuwałem skąpca w tobie!

Rąk nie żałuję, w łeb się skrobię…

ustawia szkatułkę w szafie, zamyka się

A teraz precz stąd! prędko!

… tak sprawnie manewruję wędką,

by złowić dla cię kąsek smaczny,

a ty w bezwoli tu rozpacznej

czy w osłupieniu, czy w bezwładzie,

stoisz jak student na wykładzie,

którego troski trapią liczne —

fizyczne i metafizyczne!

Ach, dość już! Chodź!

Wychodzą.

MAŁGORZATA

z lampą

Tak duszno tutaj i parno,

otwiera okno

na dworze wcale nie skwarno.

Jakoś mi dziwnie na duszy,

w tej domu samotnej głuszy —

matka nie wraca, drżę cała

odurzona, struchlała.

rozbiera się i nuci

Był w Thuli król wielkiej cnoty

— owiał go legend czar —

otrzymał puchar złoty,

kochanki ostatni dar.


Droższy mu był nad życie,

miłosny żar w nim tkwił —

król łzę ocierał skrycie,

ilekroć z niego pił.


Gdy śmierć nadeszła — spokojnie

przeliczył miasta, wsie,

i rozdał wszystko hojnie,

jeno puchara nie.


Kędy spienione morze

roztrąca się o brzeg —

do uczty ostatniej na łoże

w gronie rycerzy legł.


Grały mu morskie odmęty,

słuchał ich pieśni i pił —

i rzucił puchar święty

w mórz tonie z całych sił.


I patrzał zamglonym wzrokiem

w topiel chłonącą — bez skarg —

aź śmierć zasnuła go mrokiem

z tą kroplą wina u warg.

chce suknie zwiesić w szafie — spostrzega szkatułę

Patrzcież — szkatułka jakaś stoi,

ale skąd tutaj? w szafie mojej?

o, jakżeż mnie to niepokoi!

wszakże zamknęłam szafę! — może

to zastaw złożył kto?

Otworzyć? nie otworzyć? Boże!

chyba otworzę! A to co?

Cóż to za cuda te klejnoty —

toć wielka pani i w niedzielę

może się w nich pokazać śmiele!

Ustroję się w ten łańcuch złoty —

jak się to w słońcu musi skrzyć!

Czyjaż to własność może być?

przystraja się — podchodzi do lustra

Gdybym choć te kolczyki miała!

jak się to zmienia postać cała!

Bo i cóż piękność, młodość wreszcie?

pewno — przydatne to niewieście,

lecz jeśli chwali za to ktoś — to raczej

z litości jeno; — złoto znaczy!

i gorzej:

przed zlotem się korzy

i złotem się puszy

cały świat!

Biednemu w oczy wicher prószy!

PRZECHADZKA

Faust, Mefistofeles. Faust przechadza się w zamyśleniu, zbliża się Mefistofeles

MEFISTOFELES

Na piekielne czeluści! do stu miłosnych omamień!

Mało mi wszystkich wyzwisk! Kląłbym w żywy kamień!

FAUST

Co takiego? cóż się stało?

Jakiż ciebie uciął giez?

MEFISTOFELES

Diabłu bym oddał ciało,

ale sam jestem bies!

FAUST

Pocieszny jesteś w swym obłędzie!

Diabły szaleją — co to będzie?

MEFISTOFELES

Toć pomyśl jeno — te psie pały,

klechy, zabrały skarb nasz cały!

Matka klejnoty zobaczyła,

coś niedobrego w nich zwietrzyła —

a ma węch baba — wierzaj mi —

w modlitewnikach wiecznie tkwi —

więc jakie by nie były sprzęty,

wysznuchta: świecki czy też święty;

nie dziw więc, że klejnotów blask

nie zdradzał przed nią zbytku łask.

— Skarb nienabyty na złe przecie

wyjść tylko może, moje dziecię.

Matce go ofiarujmy Boskiej,

niech nam łaskawie ujmie troski.

Małgosia się skrzywiła srodze:

Klejnotów żal niebodze.

Myśli, czy może być niecnotą

ten, kto klejnoty daje, złoto?

Lecz matka zaraz woła klechę;

przychodzi, no i ma uciechę —

do skarbu oczy mu się śmieją!

Powiada — jak umieją księża:

— Kto przezwycięża się — zwycięża:

a kościół ma żołądek strusi.

tyle tych skarbów strawić musi,

a na niestrawność nie choruje

— tak słodko obie panie kusi —

więc się i tym nie struje.

FAUST

To znany zwyczaj — mnie się widzi:

królowie czynią tak i Żydzi.

MEFISTOFELES

Ale co dalej — słuchaj proszę:

zabrał bez dzięki całe mienie,

jakby to były marne grosze;

łańcuch, kolczyki i pierścienie

zgarnął do kabzy jak orzechy —

pełen anielskich słów pociechy;

bliźnim zdrój łaski — skarb dla siebie —

a baby były w siódmym niebie.

FAUST

A Małgorzata?

MEFISTOFELES

      — No cóż — siedzi

i medytuje, głowę biedzi —

niespokojnymi widzi snami

tego, co darzył klejnotami.

FAUST

Żal mi jej szczerze! Proszęć serio,

obdarz ją jeszcze biżuterią,

tamta nie była bardzo ważka.

MEFISTOFELES

Dla ciebie wszystko fraszka!

FAUST

Wypełń sumiennie me zlecenie:

z sąsiadką wejdź w porozumienie —

bądź diabłem wreszcie, nie mazgajem!

A Małgorzacie przynieś złoto.

MEFISTOFELES

Wykonam rozkaz twój z ochotą!

Faust wychodzi.

Otom do dudka poszedł w najem!

Aby dogodzić kaprysowi

umiłowanej damy swojej,

sprzeda kochliwiec, dudek wieczny,

noc wygwieżdżoną, dzień słoneczny.

U SĄSIADKI

Marta, Małgorzata, Mefistofeles.

MARTA

sama

Wybacz mężowi memu, Panie,

lecz boskie było z nim skaranie!

Poszedł ni stąd, ni zowąd w świat,

a ja tu czekam tyle lat.

Przecież kochałabym go szczerze

i dom by miał, i stół, i leże.

płacze

Kto wie, odkąd już jestem wdową!

Żeby choć dowód! jedno słowo!

Małgorzata wchodzi.

MAŁGORZATA

Ach, pani Marto!

MARTA

      No, cóż? mów!

MAŁGORZATA

Drżę i słów sklecić nie potrafię,

wyobraź sobie, oto znów

szkatułkę w mej znalazłam szafie.

a jakie cuda wewnątrz lśnią!

— gdzie tam się pierwszej równać z nią!

MARTA

Nic nie mów matce — jak się dowie,

zaraz spowiednikowi powie.

MAŁGORZATA

Spójrz jeno! popatrz! cóż za dziwa!

MARTA

przystraja ją

W czepkuś rodzona i szczęśliwa!

MAŁGORZATA

Szkoda — w kościele ani w domu

nie mogę pokazać się nikomu.

MARTA

Gdy matka wyjdzie lub się zdrzemnie,

przychodź tu do mnie potajemnie;

ustroisz się przed lustrem ładnie;

ostoję zawsze znajdziesz we mnie.

Gdy się sposobność zdarzy, duszko,

kiermasz lub festyn jakiś w mieście,

stopniowo, nikt nic nie odgadnie.

raz łańcuch włożysz — perłę w uszko —

matka się nie spostrzeże, wreszcie

oczy zamydlić można snadnie.

MAŁGORZATA

Skąd te szkatuły? — powiedz — czyje?

w tym się niesamowitość kryje!

Pukanie.

To matka pewno — już się płoszę!

MARTA

wyjrzała przez zasłonę

Pan jakiś obcy: proszę!

Wchodzi Mefistofeles.

MEFISTOFELES

Mojej wizycie obcesowej

raczcie wybaczyć, piękne panie!

cofa się z oznakami czci przed Małgorzatą

Szukam cnej pani Mieczykowej.

MARTA

To ja — do usług panie.

MEFISTOFELES

cicho do Marty

Poznałem panią; na dziś dość,

widzę — u pani znaczny gość.

Przepraszam bardzo, iż wejść śmiałem,

przyjdę wieczorem, nie wiedziałem.

MARTA

głośno

Wyobraź sobie, moje dziecko,

Pan cię za pannę wziął szlachecką.

MAŁGORZATA

Zbyt łaskaw pan! dziękuję panu,

lecz jestem z mieszczańskiego stanu,

a te klejnoty nie są moje.

MEFISTOFELES

Kobietę stroi wdzięk — nie stroje,

a pani wzięcie ma, spojrzenie;

znajomość bardzo sobie cenię.

MARTA

Wybacz ciekawość mą niewieścią…

MEFISTOFELES

Przychodzę z niewesołą wieścią!

Mąż pani umarł — świeć mu, Panie!

przeze mnie śle swe pożegnanie.

MARTA

Umarł! — o serce to nie lada!

Umarł mój mąż! Biadaż mi, biada!

MAŁGORZATA

Ach, ona umrze z tej boleści!

MEFISTOFELES

Więc posłuchajcie smutnej wieści.

MAŁGORZATA

Niechaj nie kocham, póki żyję!

kochać — to w jednej lec mogile!

MEFISTOFELES

Radość udrękę — męka radość kryje.

MARTA

Jakież ostatnie były jego chwile?

MEFISTOFELES

W Padwie jest jego grób, tam leży

u stóp świętego Antoniego,

anioły w wszelkiej go obierzy

na poświęconej ziemi strzegą.

MARTA

Cóż więcej? mów, choć serce drży!

MEFISTOFELES

Tak, wielka prośba, dla pocieszeń

zamów za niego trzysta mszy!

Poza tym — pusta moja kieszeń.

MARTA

Przecież choć drobiazg jaki dał!

Toćże czeladnik w kabzie na dnie

chowa pamiątkę; gdy tak padnie,

raczej głoduje — a jej strzeże…

MEFISTOFELES

Nic nie poradzę, choćbym chciał;

nie putał grosza, powiem szczerze,

cierpiał za grzechy, klął swój los,

lecz tym się nie wypełni trzos.

MAŁGORZATA

O, wielkie ludzkie jest cierpienie!

Wieczne mu, Panie, odpocznienie.

MEFISTOFELES

Pani powinna znaleźć męża —

twa tkliwość mnie zwycięża!

MAŁGORZATA

Czas jeszcze na mirtowy wianek.

MEFISTOFELES

Jeśli nie mąż, to choć kochanek.

Możesz się mierzyć sceptr czy złoto

z słodką w ramionach twych pieszczotą?

MAŁGORZATA

Zwyczaj ten u nas nie uchodzi.

MEFISTOFELES

Zwyczaj — obyczaj! cóż to szkodzi. —

MARTA

Mówcie, panie!

MEFISTOFELES

Nad śmierci jego stałem łożem,

po prawdzie był to barłóg szpetny;

zgon jak i żywot był nieświetny,

lecz zmarł przykładnie z słowem bożem.

Mówił „O, jakże siebie nienawidzę!

dom opuszczony, rzemiosło i żona;

straszne me winy — dziś dopiero widzę!

Ach, te wspomnienia! wybaczyż mi ona?!”

MARTA

z płaczem

Kochany człowiek! Wybaczam mu z serca!

MEFISTOFELES

Lecz rzekł: „więcej jej niż mojej winy!”

MARTA

Oszczerca!

Kłamał! nie uszanował ostatniej godziny!

MEFISTOFELES

W gorączce tak zapewne bredził,

choć się to na tym znać potrzeba.

Mówił, że życie tak przebiedził

w tym przysparzaniu dzieci, chleba,

słowem, wszystkiego — w wielkim znoju,

a sam nie zaznał, rzekł, spokoju.

MARTA

Zapomniał o miłości naszej, o przysiędze,

o dziennym uganianiu, o nocnej mordędze!

MEFISTOFELES

Nie! Niezupełnie! Owszem — tęsknił duszą, ciałem;

pamiętam, opowiadał: „Z Malty wyjeżdżałem —

o zdrowie żony, dzieci, modłym słał do Pana

I wraz się szczęście pokumało z nami;

statek spotkalim wielkiego sułtana

naładowany po burty skarbami —

napadliśmy nań, zdobyli go śmiele

i mnie część łupów przypadła w udziele”.

MARTA

Jakie? gdzie? pewno je zakopał w ziemi?

MEFISTOFELES

Dokładnie nie wiem, co się stało z niemi;

pomnę jedynie, że dziewczynka śniada

zajęła się nim i była zeń rada,

to było w Neapolu; miłego pożycia

pamiątkę nosił aż do końca życia.

MARTA

A szelma! własne dzieci okradł! złodziej!

ty karm je, matko, ty je, matko, odziej,

a mąż z dziewkami po świecie się włóczy!

MEFISTOFELES

Kto się nauczył, już się nie oduczy;

umarł biedaczek z tego! ano, trudno!

Lecz wam w tym stanie wdowim pewnie nudno!

radzę wam: rok żałoby, a potem wesele!

MARTA

O, już takiego jak nieboszczyk pewnie

nie znajdę! mój głuptasek! o, takich niewiele!

dorównaż mu kto drugi? płaczę po nim rzewnie;

tylko że się tak ciągle parał tą włóczęgą,

za babami uganiał, wińsko smolił tęgo,

no i ta gra w kosteczki, ta go rujnowała!

MEFISTOFELES

No, no — toć widzę, nie było tak źle,

bo jeśli tak umowa stała,

ja tobie, a ty mnie,

nawzajem sobie wybaczamy,

to — słowo daję! bez obsłonki!

zmieniłbym z wami rad pierścionki!

MARTA

Ach, wolne żarty! Figlarz z pana!

MEFISTOFELES

cicho

A teraz w nogi! Baba szczwana

ślub bodaj z diabłem zawrzeć rada.

do Małgorzaty

A któż serduszkiem pani włada?

MAŁGORZATA

Co pan chce rzec?

MEFISTOFELES

cicho

      Istoto dobra i niewiedna!

głośno

Żegnam:

MAŁGORZATA

      Żegnajcie!

MARTA

      Lecz rzecz jeszcze jedna:

jak to uzyskać — pewnie, panie, wiecie —

o zgonie męża prawne zaświadczenie:

lubię porządek i czyste sumienie,

zgon ogłoszony pragnę mieć w gazecie.

MEFISTOFELES

To drobiazg, pani, który przewidziałem,

zeznania świadków dwóch przed trybunałem

starczą zupełnie! zajmę się tym skrzętnie,

mam przyjaciela, co zaświadczy chętnie;

bardzo wytworny pan; z nim tu przyjdziemy.

MARTA

Bardzo dziękuję!

MEFISTOFELES

do Małgorzaty

      Panią zastaniemy?

To bardzo miły chłopiec — w podróżach obyty,

dla pań pełen atencji, czci niepospolitej.

MAŁGORZATA

Wstydem się spalę, lica zapłoną szkarłatem.

MEFISTOFELES

W krasie swej stanąć możesz bez wstydu przed światem.

MARTA

Za domem moim jest wirydarz mały,

tam dziś wieczorem będziemy czekały.

ULICA

Faust, Mefistofeles.

FAUST

I cóż? więc jakże? jakież wieści?

MEFISTOFELES

Brawo! Pan, widzę, płonie nie na żarty!

wierę — rychło się panicz z Małgosią popieści.

Dziś wieczór spotkasz się z nią w ogrodzie u Marty.

Co to za baba kuta! ma w niej diabeł służkę,

kuplerka wymarzona! stworzona na wróżkę!

FAUST

Świetnie! Nie będziem czasu tracić!

MEFISTOFELES

Lecz widzisz, trzeba jej zapłacić.

FAUST

Przysługę wynagrodzić trzeba.

MEFISTOFELES

Musim zaświadczyć jak należy,

że mąż jej przeniósł się do nieba,

a zewłok jego w Padwie leży.

FAUST

Więc w podróż!?

MEFISTOFELES

      Wpisz się w głupców bractwo!

Świadectwo złożyć masz, nie jechać!

FAUST

Nie piszę się na to matactwo,

kiepski twój plan, trza go poniechać!

MEFISTOFELES

O, mężu świątobliwy! Panie,

czy to raz pierwszy w twoim życiu

fałszywe złożyć masz zeznanie?

Czyliż o Bogu, świecie, o wszelkim żywiole,

o człowieku zamkniętym w wszechistnienia kole,

o świadomości ludzkiej, iż jest nieśmiertelną,

nie plotłeś prawd rzekomych z odwagą bezczelną?

Bądź szczery, przyznaj proszę, że o tym wiesz tyle,

co o pana Mieczyka nieznanej mogile!

FAUST

Byłeś i jesteś kłamcą i sofistą.

MEFISTOFELES

Im głębiej, bardziej mroczno i bardziej jest mglisto;

już jutro z czcią należną, wymowy potęgą

tumanić będziesz dziewkę z wiarą oczywistą

I poprzesz swoją miłość wieczystą przysięgą.

FAUST

To z serca!

MEFISTOFELES

      Pięknie! rzecz dla mnie nie nowa!

A potem o wierności będą słowa znaczne,

O przemożnym popędzie — ostatnie! rozpaczne!

Czyliż to także będzie — powiedz! — serca mowa?

FAUST

Tak jest: bo jeśli czuję

i dla mych uczuć szukam słów,

gdy się wspólnoty nić wysnuje

i w mgłach otchłani gubi znów,

kiedy w wszechświata szukam łonie

najdalszej w mrokach lśniącej skry,

gdy ogień, który we mnie płonie,

nazwę wiecznością,

czy to też kłamstwo, czarcie gry?!

MEFISTOFELES

Lecz słuszność przy mnie!

FAUST

      Dosyć! prowadź!

Kto umie szpadą słów szermować,

zawsze ma rację; a więc: ty!

Chodźmy! tematu tego więcej nie poruszę —

twoja racja! przegrałem, bo ustąpić — muszę!

OGRÓD

Faust, Małgorzata, Mefistofeles, Marta. MałgorzataFaustem, MefistofelesMartą spacerują na przemiany.

MAŁGORZATA

Ja wiem, pan tylko tak z grzeczności

rozmową bawi mnie układnie.

Wojaże uczą uprzejmości

zażywać, gdzie wypadnie.

Jeno mi to jest bardzo dziwno,

że pan rozmawiać chce z naiwną.

FAUST

Ponad mądrości cenię więcej

wzrok, słowo, urok twój dziewczęcy.

Całuje ją w rękę.

MAŁGORZATA

Nie trzeba, nie! przepraszam bardzo.

Ja nie mam ręki gładkiej,

robotą ręce me nie gardzą,

z mej woli — z woli matki.

Przeszli.

MARTA

Więc wy tak, panie, zawsze w drodze?

MEFISTOFELES

Ciągle ku innym, nowym krajom

pcha zawód, obowiązki gnają;

czasem ta zmiana boli srodze.

MARTA

W latach młodzieńczych łatwiej sami

dajemy sobie radę w świecie,

lecz kiedy starość już za drzwiami —

samotność gniecie, bardzo gniecie,

lecz pewno sami o tym wiecie.

MEFISTOFELES

Ze zgrozą czasem myślę o tem.

MARTA

Za wczasu zmieńcie się, bo potem…

Przeszli.

MAŁGORZATA

Co z serca — z myśli! mówię śmiele,

choć słowa me prostacze,

przyjaciół ma pan mądrych wiele,

cóż ja tam przy nich znaczę.

FAUST

Wierzaj, nadobna, to, co zwą mądrością,

zbyt często jest szalbierstwem i próżnością.

MAŁGORZATA

Czy tak?

FAUST

Doprawdy: skromność, cnota

nie umie sycić się swym czarem;

pokora, ufność i prostota

największym są przyrody darem.

MAŁGORZATA

Panu wciąż nowość myśl odmienia,

ja mam dość czasu na wspomnienia.

FAUST

Pani samotna?

MAŁGORZATA

Tak; gospodarstwo jest nieduże,

lecz wszystko trzeba zrobić samej

więc tak po prawdzie w domu służę.

rozkazy spełniam mamy,

mamusia bardzo drobiazgowa!

A już jeżeli o tym mowa:

skąpić nie musim! — mamy własny kątek

wielu by z nami los swój zamieniło;

ojciec zostawił dość ładny majątek:

domek z ogródkiem; schludnie tam i miło.

Obecnie spokój mam po prawdzie duży.

siostra umarła, a brat w wojsku służy.

A z tą siostrzyczką miałam wiele żmudy.

lecz po raz drugi poniosłabym trudy

z radością: — słodka dziecina, kochana!

FAUST

Anioł, gdy w ciebie podana.

MAŁGORZATA

Samam to dziecko wychowała

po ojca śmierci narodzone,

mamusia ciężko chorowała,

myślałam — wszystko już stracone;

mama nie mogła karmić wcale

i tak się przy mnie wychowało,

i rozwijało się wspaniale

na mleku z wodą; już się śmiało,

zaczęło chodzić, paplać — wierzcie,

maleństwa nigdy nas nie nużą

— to dziecko właściwie moje.

FAUST

Cichego szczęścia miałaś dużo.

MAŁGORZATA

Ciężkie przeżyłam z siostrą znoje:

w nocy, by zawsze mieć ją blisko,

przysuwałam ją z kołyską

do swego łóżka: praca trudzi,

usypiam prędko — już mnie budzi.

już wstawaj, karm ją, kładź przy sobie,

już płacze, chodź z nią po komnacie.

— Czasem płakałyśmy tak obie;

rano w domowym już kieracie —

to pranie, na targ znów iść trzeba.

przynieść jarzyny, mięsa, chleba —

znów gotuj — i tak do wieczora,

to samo jutro, co i wczora:

tak, tak, mój panie, znój był srogi,

lecz za to jakiż spokój błogi,

gdy się tak dzień przepracowało,

jak smakowało, jak się spało.

Przeszli.

MARTA

Biedne niewiasty! czyż jest sposób

na starokawalerstwo? nie!

MEFISTOFELES

Więcej podobnych pani osób,

a byłoby z nami źle.

MARTA

Czy pan wciąż lata za czymś nowem? —

a może pan związany słowem?

MEFISTOFELES

Przysłowie mówi: szczęście to rodzina.

ognisko własne i miłość żonina.

MARTA

Chętki nie zaznał pan w swym życiu całem?

MEFISTOFELES

Właściwie wszędzie mile czas spędzałem.

MARTA

Rzec chciałam: miał pan zamiary uczciwa?

MEFISTOFELES

O, z niewiastami żarty niegodziwe!

MARTA

Ach, nie rozumie mnie pan?

MEFISTOFELES

      To mnie rani,

rozumiem jedno — żeś grzeczna, o, pani!

Przeszli.

FAUST

Mówisz — poznałaś, kto ku tobie kroczy,

gdy z towarzyszem weszliśmy w podwoje?

MAŁGORZATA

Wszak zauważył pan: — spuściłam oczy.

FAUST

I wybaczyłaś mi natręctwa moje

z onegdaj, pomnisz, gdy u bram kościoła

ujrzałem ciebie, ujrzałem anioła?

MAŁGORZATA

Wtedy to siebie zapytałam drżącą,

jak to się stało? przecież nigdy o mnie

nikt nigdy mówić nie mógł, iż wyzywająco

stroić się pragnę lub noszę nieskromnie:

cóż we mnie było, pytałam w obawie,

co mogło mówić o mojej złej sławie?

Rzecz najdziwniejsza dla mnie, chociaż pewna:

żalić się siła wzbraniała nieznana —

na siebie byłam zła i bardzo gniewna,

a nie umiałam gniewać się na pana.

FAUST

Kochanie!

MAŁGORZATA

      Chwilkę!

Zrywa margerytkę — obrywa płatki jeden po drugim.

FAUST

      Cóż to będzie? wian?

MAŁGORZATA

Zabawka.

FAUST

      Jaka?

MAŁGORZATA

      Wyśmieje mnie pan!

Zrywa i szepcze.

FAUST

Co mówisz?

MAŁGORZATA

półgłosem

      Kocha — nie kocha mnie nic!

FAUST

Urzekła mnie, dziewczę, piękność twoich lic!

MAŁGORZATA

w dalszym ciągu

Kocha — nie kocha — kocha — nie kocha —

zrywa ostatni płatek; z słodką radością

      kocha mnie

FAUST

Tak, lube dziecię! Słowem tym rozpocznij

swe nowe życie w tej kwiatów wyroczni:

on kocha ciebie, czy wiesz, co to znaczy?

on kocha ciebie — tak! już nie inaczej!

Bierze jej ręce.

MAŁGORZATA

Drżę cała!

FAUST

      Nie drżyj! niechaj w oczu mowie,

niech w tym uścisku rąk cichszym od cienia

cud niewymowny serca się wypowie:

wielkie oddanie, rozkosz współistnienia,

bezmiar uczucia błękitny, daleki,

co dnie żywota słońcem opromienia

i już do końca — na wieki — na wieki!

Małgorzata żegna go uściskiem ręki — zrywa się, wybiega, Faust trwa chwilę w zamyśleniu — idzie za nią.

MARTA

wchodzi

Zapada noc.

MEFISTOFELES

      Już na nas czas.

MARTA

Chętnie bym, mili, zatrzymała was,

lecz trudno, w ciągłym żyjem swarze,

sąsiedzi straszni to plotkarze!

nic, jeno śledzą wciąż przez cale dnie,

a jak, a skąd, a co, a gdzie,

jakby wdzięczniejszej nie mieli roboty,

jak brać swych bliźnich w omowne obroty;

cała ich radość, Boże ty mój słodki,

zbierać, hodować i wypuszczać plotki.

Gdzież nasza parka?

MEFISTOFELES

      O, tam, zakręt mija,

gruchają sobie!

MARTA

      Młodzieniec jej sprzyja.

MEFISTOFELES

A ona jemu — tak się zawsze splata

i splatać będzie aż po koniec świata.

ALTANA

Małgorzata, Faust, Marta, Mefistofeles. Małgorzata wpada do altany — skrywa się za drzwiami — palec na wargach, patrzy przez szczelinę.

MAŁGORZATA

Idzie!

FAUST

wchodzi

      A tuś mi! szukam małej,

a ona tu!

Całuje ją.

MAŁGORZATA

obejmuje go — oddaje pocałunek

Kocham cię, drogi, z duszy całej!

Mefistofeles puka.

FAUST

zły

Kto tam?

MEFISTOFELES

      Przyjaciel!

FAUST

      Zwierzę!

MEFISTOFELES

      Na nas czas!

MARTA

wchodzi

Już bardzo późno.

FAUST

      Czy mogę odprowadzić was?

MAŁGORZATA

Nie, nie! Idź sam! Matka by zaraz do sumienia…

FAUST

Więc muszę iść już? — do widzenia!

MARTA

Adiu!

MAŁGORZATA

      Do zobaczenia!

FaustMefistofeles wychodzą.

MAŁGORZATA

Boże! Cóż on pomyśli o mnie,

drżę przed nim jak schwytany ptak

i odpowiadam nieprzytomnie,

na wszystko mówię: tak!

Jak dziecko stracham się i trwożę,

a on — cóż we mnie widzieć może?

Wychodzi.

JASKINIA W LESIE

Faust, Mefistofeles.

FAUST

sam

Dałeś mi wszystko, o, duchu potężny,

O co prosiłem. W tajemne ogniska

wzrok skierowałeś, wzrok mój niebosiężny,

I tam ujrzałem cud przyrody z bliska:

i panowanie dałeś mi nad światem,

poczucie siły, poczucie użycia,

iż mogłem stać się powiernikiem, bratem

i słyszeć bicie serca w piersi życia!

Szeregom przemian nakazałeś oto,

aby przed wzrokiem mym przeszły w pochodzie

i pozwoliłeś, bym ducha tęsknotą

poznał mych bliźnich w krzach, ogniu i wodzie.

A jeśli burza uderzy szalona

o rozjęczoną czarną lasu ścianę,

jeśli grom runie w kłąb zbitego łona

i strzaska dębu gałęzie rozwiane,

a on w upadku niezbłagany, srogi,

obala w wichrów zaplątany chórze

drzewa bliźniacze w dno śmiertelnej trwogi,

i echo huku góra rzuci górze —

i idzie jęk ten, to burzy wołanie

przez ziemię całą, w wieczności otchłanie —

wtedy mnie wiedziesz w cichych jaskiń łono

i każesz spojrzeć w swoje własne lice

i własną duszę poznać nieskończoną,

jej ból i radość — sny i tajemnice.

Wtedy przed okiem moim księżyc wstaje,

ziemię okrywa kojącą poświatą

i ożywają przeszłości rozstaje,

drzwi otwierają się ku wszystkim światom,

mrok ócz umarłych kirem nie zasłania

w wielkiej godzinie myśli i poznania.

A jednak baśnią ludzka doskonałość,

widzę to jasno w tej chwili upojnej,

gdyś mi dał boskie dojrzenie i źrałość

i wraz pchnął w lęku odmęt niespokojny.

Za towarzysza i za powiernika

wieczną ironię mam, wyrzut sumienia,

co zimnym wzrokiem czyny me przenika

i twe owoce w szary popiół zmienia.

On to czarami z pamięci wyłania

postać barwioną marzeniami skrycie.

Tak żyję w kręgu wiecznego wahania:

żądza mnie spala i kusi użycie.

MEFISTOFELES

wchodzi

No — może dość już ukrywania;

przez jakiś okres można — owszem,

lecz dłużej życie samo wzbrania

i każe tęsknić za czymś nowszem!

FAUST

Czyż nic lepszego nie masz do roboty,

jak dręczyć mnie codziennie?

MEFISTOFELES

Przeszkadzać nie mam ci ochoty,

zwłaszcza żeś ciągle zły niezmiennie.

Miły towarzysz z ciebie! — Bracie!

wciąż strzec się trzeba — stać na czacie,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.