drukowana A5
34.87
Kuszenie świętego Antoniego

Bezpłatny fragment - Kuszenie świętego Antoniego


Objętość:
198 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0214-8

I

Tebaida. Na wierzchołku góry polana zaokrąglona półksiężycowato, otoczona wielkimi głazami. W głębi chata pustelnika zbudowana z gliny i sitowia, o płaskim dachu, bez drzwi. Wewnątrz dzbanek i chleb czarny; pośrodku, na stosie drzewa, wielka księga; na ziemi tu i ówdzie sitowie i narzędzia do wyplatania, koszyk, nóż.

O dziesięć kroków od chaty wysoki krzyż, w ziemię wkopany. Na drugim końcu polany stare pogięte drzewo palmowe chyli się nad przepaścią, gdyż góra z tego boku ścięta jest stromo, a Nil u podnóża skały tworzy niby jezioro.

Na prawo i na lewo zamyka widok półkole skał. Ale ze strony pustyni, jakby wybrzeża morskie jedne za drugimi, olbrzymie równoległe falistości, barwy złotopopielnej ciągną się w dal, coraz bardziej ku górze; potem za piaskami, w dali głębokiej, łańcuch gór libijskich tworzy ścianę barwy kredowej, z lekka mgłą fioletową ocieniony. Z przeciwnej strony słońce opuszcza się w morze. Niebo od północy ubarwione szaroperłowo, gdy na zenicie chmury purpurowe niby kędziory olbrzymiej grzywy roztoczyły się po błękicie. Te ogniste promienie z wolna ciemnieją, a lazury przybierają kolor masy perłowej. Krzaki, głazy, ziemia — wszystko zdaje się teraz jak z brązu, a w przestrzeni ulatuje złoty pył tak drobny, że się zlewa z drżeniem światła.

ŚWIĘTY ANTONI

długobrody, długowłosy starzec, odziany w tunikę ze skóry koziej, siedzi, skrzyżowawszy nogi; plecie rogoże. W chwili, gdy słońce znika, wydaje ciężkie westchnienie i patrząc na widnokrąg, mówi:

Jeszcze jeden dzień! Jeden dzień przeminął! Niegdyś jednak nie byłem takim nędzarzem! Nim noc upłynęła, zaczynałem kazania; następnie schodziłem do rzeki po wodę i wracałem stromą ścieżką z wiadrem na ramieniu, śpiewając hymny. Potem bawiło mnie sprzątanie w chacie. Później brałem swe narzędzia: starałem się, aby plecionki były równiejsze, a koszyki lżejsze, gdyż najmniejszy trud wydawał mi się wówczas wielkim obowiązkiem i był mi słodki nad wyraz.

W określonych godzinach opuszczałem swą pracę i modląc się z wyciągniętymi dłońmi, czułem jakby krynica miłosierdzia z wyżyny niebios w serce moje spływała. Ale teraz wyschła... Dlaczego?

Powoli kroczy po półkolistym okopie skalnym.

Wszyscy mi zarzuty czynili, gdym opuszczał dom. Matka zemdlała półmartwa, siostra z daleka dawała mi znaki powrotu, a druga płakała, Amonaria, ta dzieweczka, którą spotykałem co wieczór u studni, gdy poiła krowy. Biegła za mną. Pierścienie na jej nogach świeciły w pyle, a tunika na biodrach otwarta ulatywała wiatrem kołysana. Stary pustelnik, który mnie uprowadzał, lżył ją urągliwie. Nasze dwa wielbłądy ciągle pędziły galopem — i już nie widziałem nikogo.

Naprzód za mieszkanie wybrałem mogiłę jakiegoś faraona. Ale nieznany czar krąży w tych zamkach podziemnych, gdzie mroki dyszą zgęszczonym kadzidłem aromatów odwiecznych. Z głębi sarkofagów słyszałem głos jękliwy, który mnie przyzywał; albo też nagle w oczach mi się ożywiały rzeczy okropne malowane na ścianach grobowca, i uciekłem stamtąd aż na brzegi Morza Czerwonego i ukryłem się w twierdzy powalonej w gruzy. Tam za towarzyszów miałem skorpiony pełzające śród kamieni, a nad głową moją szybowały wciąż po błękitnym niebie orły białe i czarne. W nocy rozdzierały mnie szpony, kąsały mnie dzioby, muskały miękkie skrzydła, a straszliwe demony, hucząc w mych uszach, przewracały mnie na ziemię. Raz nawet wędrowcy z karawany idącej do Aleksandrii dopomogli mi i wzięli mnie ze sobą. Wtedy zapragnąłem się uczyć u dobrego starca Dydyma. Chociaż był on niewidomy, nikt mu nie mógł dorównać w znajomości Pisma Świętego. Prowadziłem go na Paneum, skąd widać latarnię i szerokie morze. Później wracaliśmy przystanią, gdzie spotykaliśmy ludzi różnych narodowości, od Cymbrów przyodzianych w skóry niedźwiedzie aż do gymnosofistów znad Gangesu, przepasanych okrajką ze skóry krowiej. Ale wciąż jakieś bójki były tam na ulicach, już to z powodu Żydów, którzy nie chcieli płacić podatku, już to z powodu buntowników, którzy chcieli wypędzić Rzymian. Zresztą miasto jest pełne heretyków, wyznawców Manesa, Walentyna, Bazylidesa, Ariusza, a każdy cię zaczepia, spór z tobą zaczyna, chce cię przekonać.

Mowy ich czasami budzą się w mej pamięci. Na próżno staram się nie zwracać uwagi, niepokój mnie ogarnia.

Uszedłem do Kolzim, a pokuta moja była tak wielka, że już nie lękałem się Boga. Pewna gromadka zebrała się koło mnie, by prowadzić życie pustelnicze. Przepisałem im reguły praktyczne, wrogie szaleństwom gnozy i gadaninom filozofów. Ze wszech stron przysyłano mi gońców. Przychodzili też ludzie z daleka, by tylko mnie zobaczyć.

Jednakże lud nękał wyznawców i żądza męczeństwa pociągnęła mnie do Aleksandrii. Prześladowanie od trzech dni się zakończyło.

Kiedym powracał, ogromna fala ludzi zatrzymała mnie przed świątynią Serapisa. Był to, jak mówili, ostatni przykład, jaki chciał dać wielkorządca. Pośrodku portyku, w pełni słońca, naga kobieta stała przywiązana do słupa, a dwaj żołnierze biczowali ją rzemieniami. Przy każdym uderzeniu całe jej ciało wiło się i przeginało. Odwróciła się, usta miała otwarte — i oto ponad tłumem, poprzez długie jej włosy, zasłaniające twarz, zdawało mi się, żem poznał Amonarię.

A jednak... tamta była wyższa... i cudnie piękna...

Czoło pociera dłońmi.

Nie, nie! Ja nie chcę o tym myśleć.

Innym razem Atanazy mnie wezwał, abym mu dopomógł przeciw arianom. Skończyło się na obelgach i bójce. Ale od tej chwili oczerniono go, odebrano mu biskupstwo, musiał uchodzić. Gdzie teraz przebywa — nie wiem zupełnie. Nikt się teraz nie stara przynosić mi nowiny. Wszyscy uczniowie mnie opuścili, nawet Hilarion.

Może piętnaście lat temu zjawił się u mnie, a jego umysł był tak ciekawy, że co chwila zadawał mi pytania. Później słuchał z zamyśloną twarzą. Przy tym czego tylko potrzebowałem, przynosił mi bez szemrania, zręczniejszy od koźlęcia, a zarazem tak wesoły, że rozśmieszyłby patriarchów. Był on dla mnie synem prawdziwym!

Niebo jest czerwone, ziemia zupełnie czarna. Od poświstów wiatru unoszą się kurzawy piasku niby wielkie całuny — i znów opadają. W błyskawicy nagle przelatują ptaki, formujące wić trójkątną, niby kawał metalu, którego brzegi tylko z lekka drżą.

Antoni spogląda na ptaki.

O, jakże chciałbym lecieć z nimi!

Ile razy też patrzałem z zazdrością na statki morskie, o żaglach podobnych do skrzydeł, a zwłaszcza wtedy, gdy odwoziły w dal tych, co u mnie gościli! Jakie miłe mieliśmy godziny, jakie wyznania! Najciekawszy był dla mnie Ammon; opowiadał mi o swojej podróży do Rzymu, o katakumbach, o Koloseum, o pobożności znakomitych niewiast, o wielu rzeczach... a ja nie chciałem z nim pojechać! Skąd płynie mój upór, aby takie życie prowadzić? Mógłbym był szczęśliwie zostać u mnichów nitryjskich, gdyż błagali mnie o to. Zamieszkują oni cele osobne, ale widują się często. W niedzielę trąba gromadzi ich w kościele, gdzie widać zawieszone na ścianie trzy dyscypliny, które służą do karania winowajców, złodziei i intruzów, gdyż ich reguła jest bardzo surowa.

Nie brak im jednakże pewnych przyjemności. Wierni im przynoszą jajka, owoce a nawet narzędzia pomocne do wyjmowania cierni z nóg. Są winnice dokoła Pisperi, a mnisi z Pabeny mają tratwę, by jeździć po żywność.

Ale ja lepiej bym służył braciom, będąc po prostu księdzem. Można pomagać biednym, rozdawać sakramenty, ma się powagę w rodzinach.

Zresztą ludzie świeccy nie wszyscy są potępieni i ode mnie tylko zależało być na przykład... gramatykiem, filozofem...

Miałbym w swej izbie zawsze wiązkę trzcinek do pisania, tabliczki w ręku, młodzież koło siebie, a na drzwiach jako znak zawiesiłbym wieniec laurowy.

Ale zbyt wiele pychy jest w tych tryumfach. Żołnierzem być lepiej. Byłem silny i śmiały, mogłem ciągnąć machiny, przebywać ciemne puszcze, w hełmie na głowie wchodzić do miast płonących... Nic mi też nie przeszkadzało kupić za pieniądze urząd celny na jakim moście, a podróżni nauczyliby mnie niemało widokiem różnych ciekawych rzeczy w swych tłumokach.

Kupcy aleksandryjscy w dni świąteczne żeglują po rzece Kanopie i piją wino w kielichach z lotosu, przy huku bębnów, od którego się trzęsą nadbrzeżne gospody. Dalej tam, drzewa w stóg wycięte chronią spokojne folwarki od wiatrów południa. Dach głównej chaty opiera się na małych słupkach, tak bliskich jak sztachety w parkanie. A wewnątrz gospodarz, siedząc na wysokim krześle, baczy na wszystkie równiny dokoła siebie: dostrzega żniwiarzy wśród zboża, tłocznie, gdzie wino zbierają, woły młócące słomę. Dzieci jego igrają na ziemi, a żona się przechyla do uścisku.

W białawej ciemności nocy widać tu i ówdzie pyski ostro zakończone, uszy proste i oczy świecące. Antoni idzie ku nim. Żwir chrzęści. Zwierzęta uchodzą. Było to stado szakali.

Jeden pozostał i stoi na dwóch nogach, z ciałem wygiętym spiralnie, a głową w bok wykręconą, w postaci pełnej niedowierzania.

Ach! i on pobiegł do innych! Co za samotność! co za tęsknica!

Śmiejąc się gorzko.

Piękne to życie z palmowych pni rzeźbić łopaty, pleść koszyki, wiązać rogoże i wymieniać to koczownikom na chleb, który łamie ci zęby! O, nędzo moja! Czyż to się nigdy nie skończy? Nie mogę już, nie mogę! Dosyć, dosyć!

Tupie nogą i szybkim krokiem zaczyna błądzić wśród skał. Naraz zatrzymuje się bez tchu i wybucha łkaniem ogromnym, potem rzuca się na ziemię, na twarz...

Noc cicha. Drżą gwiazdy niezliczone. Słychać tylko szelest tarantul.

Ramiona krzyża wielkim cieniem padają na piasek. Antoni we łzach dostrzega cień.

Czyżem tak słaby, o Boże! Odwagi, wstańmy!

Wchodzi do chaty, wyjmuje z komina węgiel gorejący, zapala pochodnię i ustawia ją na stosie drzew tak, aby wielką księgę oświecić.

Gdybym wziął Żywoty Apostołów? Tak... gdzie bądź!

„Ujrzał niebo rozwarte, a wielki obrus z czterech stron jego spływał, a na nim był wszelki rodzaj zwierząt ziemskich i bestii dzikich, gadzin i ptaków. A głos mu rzekł: Piotrze, wstań! zabij i jedz.”

A więc Pan chciał, aby jego apostoł jadł wszystko?... Gdy tymczasem ja...

Antoni zwiesił brodę na piersi. Drżenie kart księgi, poruszanych wiatrem, budzi go z marzeń. Podniósł głowę i czyta:

„Żydzi zabili wszystkich swych wrogów mieczem i wielką rzeź sprawili, tak, iż postąpili dowolnie z tymi, których nienawidzili.”

Idzie teraz wyliczenie ludzi pomordowanych: siedemdziesiąt pięć tysięcy! O, jakże cierpieli ci pomordowani! Zresztą wrogowie Izraela byli wrogami Boga. A jakże cieszyć się musieli zwycięzcy, gdy pławili się we krwi bałwochwalców! Miasto pewnie rzęziło od umierających! Trupy leżały u progu ogrodów, na schodach, a w izbach tak ich było gęsto, że już drzwi się nie otwierały!... Ale oto pogrążyłem się w myślach krwawych i zabójczych!...

Otwiera księgę gdzie indziej.

„Nabuchodonozor rozciągnął się twarzą ku ziemi i ubóstwił Daniela.”

Ach, to dobrze! Najwyższy podnosi swych proroków ponad króle; ów jednak żył w ucztach, wciąż pijany rozkoszą i pychą. Ale Bóg za karę przemienił go w bydlę i król chodził na czterech łapach.

Antoni śmiać się zaczyna i niedbale przewracając karty księgi, znowu czyta:

„Ezechiasz wielce się radował ich przybyciem. Pokazał im swe pachnidła, swoje złoto i srebro, aromaty i wonne olejki, i drogocenne naczynia — i co tylko miał w skarbcu...”

Wyobrażam sobie... Były tam aż po samą powałę nagromadzone drogie kamienie, diamenty, złoto... Człowiek posiadający tak wielkie skarby nie jest podobny do innych... Dotykając ich, roi, że ma w ręku wynik niezliczonej liczby wysiłków i jakby życie ludów, które ześrodkował i które może rozlewać. Zapas taki jest użyteczny królom. Najmędrszy ze wszystkich nie zapomniał o tym. Okręty jego przynosiły mu kość słoniową, małpy... I, gdzież to jest?

Żywo przewraca kartki.

Ach, oto tu:

„Królowa Saby znała mądrość Salomona i przyszła go kusić, zadając mu zagadki.”

Jakże to zamierzała go kusić? Diabeł chciał kusić Jezusa. Ale Jezus zatryumfował, gdyż był Bogiem, a Salomon pewnie dzięki nauce czarnoksięskiej. Wspaniała jest ta nauka. Bo świat — jak mi to jeden filozof wytłumaczył — tworzy całość, której części wpływają na siebie wzajemnie jak organy ciała. Idzie więc o to, aby poznać miłość i nienawiść naturalną rzeczy pomiędzy sobą, a potem je poruszać odpowiednio. Więc można by zmienić to, co się zdaje porządkiem niezmiennym?

Wówczas dwa cienie, jakie poza nim rysują ramiona krzyża, przesuwają się naprzód, formując niby wielkie dwa rogi. Antoni krzyczy:

Pomóż mi, Boże!

Cień powraca na dawne swe miejsce.

Ach, to było złudzenie — i nic innego! Niepotrzebnie ducha swego udręczam. Nie mam nic do roboty, zupełnie nic do roboty.

Siada i ręce na krzyż składa.

A jednak... zdawało mi się, żem czuł... zbliżenie... Ale dlaczegóż miałby przyjść on? Zresztą czyliż nie znam jego podstępów? Odepchnąłem tego potwornego pustelnika, co mi ze śmiechem dawał ciepłe bułki; centaura, który mnie chciał wziąć na grzbiet, i to czarne dziecko, tak piękne, co mi się ukazało w pustyni, a które mi się nazwało duchem cudzołóstwa.

Żywo kroczy z lewej strony na prawą.

Z mojego rozkazu zbudowano ten cały szereg świętych zacisz, kędy mieszkają mnichowie, włosiennice noszący pod kozią skórą, a liczni tak, że mogliby armię utworzyć! Leczyłem z odległości chorych, wypędzałem demony, przeszedłem rzekę pełną krokodyli, cesarz Konstantyn napisał do mnie trzy listy, Balacjusza, który plunął na mnie, rozszarpały jego własne konie, lud Aleksandrii, gdym się ukazał, walczył, aby mnie zobaczyć, a wielki Atanazy wyprowadził mnie na drogę. Ale też jakie dzieła! Oto już od lat trzydziestu siedzę w pustyni, jęcząc nieustannie! Na barkach swoich dźwigałem osiemdziesiąt funtów spiżu jak Euzebiusz; wystawiałem ciało na ukąszenia robactwa jak Makary; pięćdziesiąt trzy noce, nie zamykając oka, czuwałem jak Pachomiusz; a ci, którym głowę ścinają, ci, którym członki ranią żelazem, ci, których palą na stosie — może są mniej cnotliwi, bo moje życie jest nieprzerwanym męczeństwem.

Antoni zwalnia kroku.

Zapewne nikt na świecie takiego smutku nie odczuwa. Coraz mniej jest serc miłosiernych. Nic mi już nie dają. Mój płaszcz jest poszarpany. Nie mam sandałów, nie mam nawet miseczki! — gdyż rozdałem biednym i rodzinie całe swoje mienie do ostatniego obola! Choćby tylko na konieczne do pracy narzędzia potrzeba mi trochę pieniędzy. O, niewiele! Mała sumka mi wystarczy! Byłbym bardzo oszczędny!

Ojcowie Nicejscy w szatach purpurowych siedzieli jak magowie, na tronach wzdłuż muru. Urządzono dla nich ucztę, zaszczytami ich obsypano, a zwłaszcza Pafnucego, gdyż jest jednooki i kulawy od czasu prześladowań Dioklecjana! Cesarz kilka razy całował go w oko wyłupione; co za głupota! Zresztą na soborze było wielu ludzi niegodnych! Biskup scytyjski Teofil, biskup perski Jan, dozorca zwierząt Spirydion! Aleksander był za stary. Atanazy mógł być pobłażliwszy dla arian, a zyskałby od nich ustępstwa.

Czyżby oni to uczynili! Oni mnie słuchać nie chcieli! Ten, co mówił przeciw mnie — młody człowiek o brodzie fryzowanej — rzucał mi ze spokojną twarzą słowa niewolące, oni zaś patrzyli na mnie okiem złośliwym, wyjąc niby hieny. Ach, czemuż nie mogę ich wszystkich wygnać przez cesarza, bić ich, deptać, patrzyć na ich męczarnie! Ja cierpię bardzo, bardzo!

Mdlejąc, opiera się o ścianę chaty.

To dlatego, żem nazbyt pościł... Siły tracę... Gdybym zjadł... raz tylko... gdybym zjadł kawałek mięsa!

Pół zamknąwszy oczy z tęsknotą.

Ach! mięsa czerwonego... gałązkę winogron do ssania... mleka zsiadłego, co drży na miseczce...

A cóż to mi jest — co mi jest? Czuję jak serce me pęcznieje, niby morze, które się wzdyma przed burzą! Jakaś omdlałość bezgraniczna mnie ciśnie, a w gorącym powietrzu zdaje się płyną zapachy warkoczy! A przecież żadna kobieta tu nie weszła.

Spogląda w stronę małej ścieżki między skałami.

Tędy przybywają one, kołysane w swych lektykach czarnymi ramionami rzezańców. Schodzą, składają ręce pierścieniami złocone, padają na kolana. Opowiadają mi swe niepokoje. Potrzeba rozkoszy nadludzkiej je dręczy, chciałyby umrzeć, we śnie widziały bogów, co je przyzywali — i rąbek ich sukni do nóg mych upada. Odpycham je. „O, nie! — mówią one — jeszcze nie! Co mam uczynić?” Wszystkie pokuty byłyby dla nich dobre, pragną najsurowszych umartwień, chcą dzielić moje, żyć ze mną!...

Teraz już od dość dawna żadna tu nie była. Ale może przyjdzie? Czemużby nie? Gdyby naraz... Słyszałem — zdaje się — dzwonki muła na górze... Czy złudzenie?...

Antoni wpełza na skałę u wejścia ścieżki i przechyla się, z wytężeniem patrząc w mroki.

Tam! tam — w głębi — jakaś masa się porusza jak ludzie szukający drogi. Oni są tam, zabłąkali się.

Woła:

Tędy, tędy! Pójdź, pójdź!

Echo powtarza: „Pójdź, pójdź!”. Antoni osłupiony ręce opuszcza.

Co za hańba! Biedny Antoni!

I naraz słyszy cichy szept: „Biedny Antoni!”

Kto tu? Odpowiadaj!

Wiatr, przelatuje między skałami, modulowanych poszumach; a wśród zmieszanych dźwięków Antoni słyszy Głosy, jakby mówiło powietrze. Są to głosy ciche, wnętliwe, syczące.

PIERWSZY

Czy chcesz miłości?

DRUGI

Albo raczej złota?

TRZECI

Albo miecza, co błyska?

INNE

Cały naród cię uwielbia!

Uśnij.

Ty ich zgładzisz, tak, ty ich zgładzisz!

Jednocześnie przedmioty się zmieniają.

U brzegu przepaści stara palma z gąszczem swych liści żółtawych staje się torsem kobiety nad otchłanią przegiętej, a wiatr kołysze długie warkocze kusicielki.

ANTONI

Wraca do chaty. Stos drzewa, podtrzymujący wielką księgę ze stronicami pełnymi czarnych liter, zdaje mu się krzakiem pokrytym jaskółkami.

Niewątpliwie to pochodzi z gry świateł pochodni. Zagaśmy ją!

Gasi pochodnię. Ciemność głęboka. I naraz przechodzą środkiem powietrza, naprzód strumień bagnisty, później bazarnica, kawałek muru świątyni, twarz żołnierza, wóz zaprzężony w dwa białe konie, stające dęba...

Obrazy te ukazują się nagle, w przerywanych wstrząśnieniach, oddzierając się od ciemności nocnej jak szkarłatne malowidła od hebanu.

Ruch ich się przyspiesza. Płyną kołowrotem. Chwilami zatrzymują się, bledną stopniowo, zlewają się ze sobą lub też ulatniają, a natychmiast ukazują się inne.

Antoni zamyka powieki.

Widma się mnożą, okrążają go, otaczają. Straszliwe przerażenie ogarnia pustelnika, nie czuje on już nic, tylko palące ciśnienie w górnej części brzucha. Mimo wiru, jaki huczy mu w głowie, postrzega milczenie olbrzymie, które go dzieli od świata zewnętrznego. Chce mówić, lecz niepodobna: rzekłbyś rozpadł się węzeł ogólny jego istoty i już bez oporu upada na tapczan.

II

Wówczas rysuje się na ziemi wielki cień, subtelniejszy niż cień naturalny, a który inne cienie otaczają wzdłuż krawędzi niby frędzle. To Diabeł oparł się o dach chaty. Pod osłoną dwojga skrzydeł, niby olbrzymi nietoperz karmiący szczenięta, kryje Siedem Grzechów Głównych, których wykrzywione twarze widać niewyraźnie. Antoni z okiem wciąż zamkniętym leży bezwładnie i rozciąga się na tapczanie.

Tapczan zdaje mu się coraz milszy i milszy, tak że się wypełnia, powiększa, staje się łóżkiem, a łóżko szalupą; woda szumi u jej boków. Z lewa i z prawa widać dwa pasy czerwonej ziemi, a nad nimi pola uprawne; śród nich na miedzach, miejscami, sykomory. Odgłos dzwonków, bębnów i pieśni brzmi z dala. Gromada ludzi spieszy do Kanopy, aby spać na świątyni Serapisa dla uzyskania snów i widzeń. Antoni wie o tym i popychany wiatrem ślizga się między dwojgiem grobel kanału. Liście papirusu i czerwone kwiaty nimfei, większe od człowieka, chylą się nad nim... Leży w głębi swej łódki, wiosło z lekka uderza fale. Chwilami nadchodzi ciepły powiew wiatru i drobne trzciny szumią od wzajemnego starcia. Szmer fal słabnie. Antoni usypia. Śni mu się, że jest pustelnikiem w Egipcie.

Wtedy zrywa się nagle.

Czy to sen? Był tak wyraźny, że zdaje mi się prawdą. Gorączkę mam w ustach. Pić mi się chce.

Wchodzi do chaty i po omacku szuka dokoła.

Ziemia wilgotna! Czy to deszcz padał? Patrzcie, czerepki. Mój dzban stłuczony! Ale wiadro...

Znalazł je.

Puste, zupełnie puste! By dostać się do rzeki, trzech godzin najmniej potrzeba, a noc jest tak głęboka, że drogi nie zobaczę. Wnętrzności mi się wiją. Gdzie jest chleb?

Po długim poszukiwaniu podnosi kawałek chleba mniejszy od jajka.

Jak to? Czyż mi szakale porwały? Przekleństwo!

I w gniewie rzuca chleb na ziemię. Ledwie ten ruch uczynił, naraz zjawia się stół, a na nim wszelkie rzeczy miłe do jedzenia. Obrus z bisioru, prążkowany jak opaski sfinksa, sam przez się wywołuje falowania świetlne: na nim olbrzymie ćwierci mięs czerwonych, wielkich ryb, ptaków opierzonych, czworonogów pokrytych sierścią, owoców ubarwionych niemal jak twarz człowiecza, a kawałki lodu przezroczystego i kielichy z fioletowego kryształu nawzajem przesyłają sobie tęczowe ognie. Antoni odróżnia pośrodku stołu odyńca, dymiącego wszystkimi porami, z nogami pod brzuchem, z półzamkniętymi oczami — i myśl zjedzenia tej potwornej bestii sprawia mu rozkosz niewymowną. Dalej są rzeczy, których nigdy nie widział: czarne siekaniny, galarety złote, potrawki, w których pływają grzyby niby nenufary w stawach, pianki tak lekkie, że zdają się jak obłoki. Aromat wszystkich tych rzeczy przynosi mu słone tchnienia oceanu, świeżość krynic, wielki zapach lasów. Rozszerza nozdrza, ile może, ślina mu do ust idzie. Antoni mówi sobie, że ma dość na rok, na dziesięć lat, na całe życie.

W miarę tego, jak wytrzeszczonym okiem wodzi po tych potrawach, inne się gromadzą, tworząc piramidę, której brzegi się chyboczą. Wino zaczyna płynąć, ryby drgają, krew kipi na półmiskach, miękisz owoców przybliża się jak wargi rozkochane, a stół podchodzi mu aż do piersi, aż do brody — mając na sobie tylko jeden talerz i jeden kęs chleba. Chce pochwycić chleb, inne się ukazują...

Dla mnie! Wszystko! Ale...

Antoni się cofa.

Zamiast jednego — ileż tu ich się zjawiło!... To cud, cud taki sam, jaki uczynił Pan!.. W jakim celu? A i reszta nie mniej niepojęta! Idź, idź precz! szatanie!

Uderza nogą w stół. Stół znika.

Nic więcej, nic!

Szeroko oddycha.

Ach, pokusa była silna! Ale jakżem się od niej wyzwolił!

Podnosi głowę i uderza nogą o jakiś przedmiot dźwięczny.

A to co?

Antoni się pochyla.

Patrzcie, czara! Jakiś podróżny ją zgubił. Nic nadzwyczajnego...

Ślini palec i pociera.

To świeci! To metal! Ale nie mogę rozróżnić!

Zapala pochodnię i bada czarkę.

Srebrna... u brzegów jakby sznurek perełek... na dnie medal.

Uderzeniem paznokcia wypycha medal.

To sztuka monety, warta najwyżej siedem do ośmiu drachm. Mniejsza o to! Mógłbym za tę kwotę kupić sobie skórę owcy.

Blask pochodni oświetla czarę.

Niepodobna! Ona jest złota... Tak! Cała złota.

Na dnie znajduje się druga większa sztuka monety. Pod nią kryją się inne.

Ależ to suma dość duża, aby kupić trzy woły... kawałek pola...

Teraz czara po brzegi napełniona złotem.

Przebóg! Stu niewolników, żołnierze, tłum...

Jest za co kupić...

Srebrne ziarenka u brzegów czarki oddzielają i tworzą naszyjnik pereł.

Tym klejnotem możnaby nawet żonę cesarską pozyskać.

Jednym rzutem Antoni wciąga naszyjnik cudowny na rękę. Lewą dłonią trzyma czarę, a drugim ramieniem podnosi pochodnię, by widzieć lepiej. Właśnie jak woda wypływa z nachylonej urny, tak strumieniem ciągłym, tworząc wzgórze na piasku, wypływają z czarki diamenty, karbunkuły i szafiry, przemieszane z wielkimi sztukami złota, na których wyryto oblicza monarchów.

Jak to? co to? Statery, sykle, darejki, ariandiki! Aleksander, Demetriusz, Ptolemeusze, Cezar... ależ żaden z nich nie miał tyle! Wszystko stało się możliwe! Żadnych cierpień! I te promienie, co mnie olśniewają! Ach, serce moje wzbiera! Jakże to dobre! Tak, tak! Jeszcze, nigdy dosyć! Na próżno bym rzucał w morze, zawsze mi jeszcze zostanie! Czemuż jednak tracić? Zachowam wszystko. Nikomu nie powiem. Wykopię sobie w skale kryjówkę, zasłoniętą wewnątrz sztabami z brązu, i będę tam przychodził, aby kąpać nogi w złocie... ramiona i całe ciało będę w nich pogrążał, jakby w workach zboża. Twarz będę sobie nimi pocierał, będę sypiał na nich!

Pozostawia na boku pochodnię, aby zebrać kupę złota, i upada na ziemię, na piersi.Wstaje. Miejsce dokoła zupełnie puste.

Cóżem uczynił? Gdybym umarł w tej chwili, otwarłoby się przede mną piekło, piekło nieodwołalne!

Drży wszystkimi członkami.

Więc jestem potępiony? Ale — nie! To moja wina! Daję się pochwycić w każdą zasadzkę? Nie można być głupszym i nikczemniejszym. Chciałbym bić siebie albo raczej oderwać się od swego ciała. Zbyt długo się powstrzymuję. Czuję, że muszę się mścić, uderzać, zabijać! jak gdybym miał w duszy stado dzikich zwierząt. Chciałbym... ciosami topora... wśród tłumu... Aha, sztylet!...

Rzuca się na własny nóż, który dostrzegł. Nóż wyślizgnął mu się z ręki i Antoni staje oparty o mur swej chaty, z otwartymi ustami, nieruchomy, kataleptyczny!

Wszystko otoczenie zniknęło.

Roi mu się, że jest w Aleksandrii na Paneum, górze sztucznej, którą otaczają ślimakowate schody, a która w środku miasta jest położona. Naprzeciw niego rozciąga się jezioro Mareotis, na prawo morze, na lewo sioło, a bezpośrednio pod jego okiem trzy place, przecięte z południa na północ i z zachodu na wschód przez dwie ulice, które się krzyżują i formują na całej swej długości linię portyków o kapitelach korynckich. Domy ciążące jak ołów nad tą podwójną kolumnadą mają okna o szybach kolorowych. Z przodu niektórych domów wiszą olbrzymie klatki drewniane, gdzie się zbiera powietrze zewnętrzne.

Pomniki różnej architektury stoją koło siebie. Pylony egipskie górują nad świątyniami greckimi. Obeliski zdają się jak włócznie śród blanków z czerwonej cegły. Pośrodku placów stoją Hermesy o uszach szpiczastych i Anubisy z psią głową. Antoni dostrzega na dziedzińcach mozaiki, a na belkach sufitów zawieszone dywany. Jednym rzutem oka ogarnia dwa porty: Wielki Port i Eunostę, okrągłe oba niby dwa cyrki, a przedzielone tamą kamienną, która łączy Aleksandrię z urwistą wysepką. Na wysepce błyszczy wieża Farosu, latarni morskiej czworokątnej, wysokiej na 500 łokci, o dziewięciu piętrach, mającej na szczycie gromadę czarnych, gorejących węgli.

Małe przystanie wewnętrzne rozcinają porty główne. Tama na obu końcach, zamyka się mostem, utwierdzonym na słupach marmurowych zagłębionych w morzu. Żagle płyną pod spodem; ciężkie okręty pełne towarów, łodzie inkrustowane kością słoniową, gondole pokryte namiotami, łodzie trójwiosłowe i dwuwiosłowe, wszelkie rodzaje statków krążą po falach lub odpoczywają u brzegu. Dokoła wielkiego portu widnieje nieskończony szereg gmachów królewskich: pałac Ptolemeuszów, Muzeum, Posidium, Cezareum, Timonium, gdzie się ukrywał Marek Antoniusz, Soma, która zawiera grób Aleksandra, gdy na drugim końcu miasta, za Eunostą, widać na przedmieściu fabryki pachnideł, szkła i papirusu.

Kramarze wędrowni, oślarze, drążnicy spieszą, potrącają się. Tu i ówdzie kapłan Ozyrysa, odziany w skórę pantery żołnierz rzymski w hełmie żelaznym, Murzyni. U progu sklepów zatrzymują się kobiety, rzemieślnicy pracują, a turkot powozów rozpędza ptaki, które na ziemi pożerają gnijące mięso i resztki ryb. Na jednostajnym tle białych domów niby czarna sieć odbijają rysunki. Stragany pełne jarzyn tworzą zielone bukiety, suszarnie farbiarzy — barwne plamy, złote ozdoby na frontonach świątynnych — punkty świetlane, a wszystko mieści się w otoczeniu szarawych murów, pod sklepieniem błękitu niebios, w pobliżu nieruchomego morza.

Ale tłum się zatrzymuje i patrzy w stronę zachodnią, skąd przybliża się wielka kurzawa. To mnisi z Tebaidy, przybrani w skóry koźle, zbrojni w grube kije, grzmią pieśń wojenno-religijną z refrenem: „gdzie oni? gdzie oni?”

Antoni rozumie, że ci ludzie przybywają dla zabicia arian. Naraz opróżniają się ulice i widać tylko nogi podniesione w ucieczce.

Samotnicy są teraz w mieście. Ich straszliwe pałki podbite gwoździami wirują niby słońca stalowe. Słychać łoskot rzeczy łamanych po domach. Chwilami milczenie. Potem wielkie krzyki.

Z końca na koniec miasta ciągła bieganina przestraszonego ludu. Niektórzy mają włócznie. Czasem spotykają się dwie gromady i tworzą jedną; i masa ta opada na bruk, rozłącza się, wali. Ale wciąż długowłosi ludzie wracają.

Kłęby dymu wydobywają się z budynków. Podwoje upadają. Chwieją się mury. Walą się architrawy. Antoni odnajduje wszystkich swoich nieprzyjaciół kolejno. Poznaje tych, których zapomniał. Przed zabiciem, urąga im. Rozdziera im brzuchy i gardła, tratuje, starcom wyrywa brody, dzieci depce, rannych dobija. I oto idzie pomsta za zbytki. Ci, którzy czytać nie umieją, rozdzierają książki, inni łamią i niszczą posągi, obrazy, sprzęty, skrzynie, tysiące drobiazgów, których użytku nie znają, a które dlatego właśnie ich drażnią. Od czasu do czasu zatrzymują się dla odetchnienia i na nowo zaczynają.

Mieszkańcy, ukrywszy się w podwórzach, jęczą. Kobiety wznoszą do nieba załzawione oczy i obnażone ręce. By ubłagać samotników, całują ich kolana. Ci walą je na ziemię i krew tryska aż do sufitów, spływa falami wzdłuż murów, ciecze strumieniami z odciętych kadłubów, napełnia wodociągi, rozlewa się po ziemi w czerwonych plamach.

Antoniemu po kostki krew sięga. Brodzi w niej, wsysa jej kropelki na wargach i drży z radości, czując jej woń koło siebie, jej wilgoć pod włosiennicą, która krwią przesiąka.

Noc nadchodzi. Wrzawa olbrzymia cichnie.

Samotnicy zniknęli.

Naraz na galeriach zewnętrznych, w sąsiedztwie dziewięciu pięter Latarni, Antoni dostrzega wielkie czarne linie, jakby się zatrzymały kruki. Biegnie i znajduje się na szczycie. Wielkie zwierciadło miedziane, zwrócone ku oceanowi, odbija statki na pełnym morzu. Antoni patrzy na nie, a w miarę jak je ogląda, liczba ich rośnie. Cisną się one w przystani, mającej postać półksiężyca.

Z tyłu, na przylądku stoi miasto nowe, architektury rzymskiej: o kopułach kamiennych, dachach stożkowatych, wybudowane z marmurów czerwonych i niebieskich. Na kapitelach spiżowe obwody, spiż na szczytach domów, w rogach gzymsów. Ponad miastem góruje las cyprysowy. Barwa morza zieleńsza, powietrze chłodniejsze. Na szczycie gór, na widnokręgu — śniegi.

Antoni szuka drogi, gdy oto człowiek jakiś zbliża się doń, mówiąc: „Pójdź, czekają na ciebie”. Przechodzi forum, wstępuje na dwór, nachyla się pod bramą i przybywa przed fasadę pałacu, którą zdobi grupa rzeźbiona z wosku, wyobrażająca cesarza Konstantyna, który zwycięża smoka. Basen porfirowy zawiera pośrodku konchę złotą, pełną pistacji. Jego przewodnik mówi mu, że może wziąć ich do woli. Antoni bierze.

Potem idzie jak zabłąkany po niezliczonych komnatach.

Wzdłuż murów widać mozaiki: dowódcy na dłoni oferują cesarzowi zdobyte miasta. I ze wszech stron kolumny z bazaltu, sztachety z filigranu srebrnego, krzesła z kości słoniowej, dywany i kotary haftowane perłami. Światło pada ze sklepienia. Antoni idzie wciąż dalej. Ciepłe wyziewy krążą dokoła, słychać czasem dyskretne klapanie sandałów. Stojąc w przedpokojach strażnicy, podobni do automatów, trzymają na ramieniu włócznie z pozłacanego srebra. Wreszcie Antoni staje w progu sali, na której końcu zwiesza się zasłona hiacyntowa. Zasłona się odchyla i odkrywa cesarza, siedzącego na tronie, w tunice fioletowej, w trzewikach z czerwonego safianu o czarnych wiązaniach.

Diadem perłowy wieńczy jego włosy, ułożone w symetryczne kędziory. Powieki ma nabrzmiałe, nos prosty, twarz o rysach grubych i przebiegłych. W rogach baldachimu zawieszonego nad jego głową mieszczą się cztery złote gołębie, a u stóp tronu spoczywa para lwów emaliowanych. Gołąbki zaczynają gruchać, lwy ryczeć, cesarz oczy przewraca, Antoni zaś idzie ku niemu i natychmiast, bez wstępów, opowiadają sobie o świeżych wypadkach. W Antiochii, w Efezie i Aleksandrii zniszczono świątynie i z posągów bóstw porobiono garnki i rondle. Cesarz bardzo śmieje się z tego. Antoni mu zarzuca pobłażliwość dla nowatynów. Ale cesarz się unosi: nowatyni, arianie, melecjanie wszystko to go nudzi. Jednakże szanuje bardzo episkopat, gdyż chrześcijanie zależą od pięciu czy sześciu osób, więc pozyskawszy dla siebie tych ostatnich, masz wpływ na całe chrześcijaństwo. Toteż nie omieszkał dać im znaczne sumy. Ale nienawidzi ojców soboru nicejskiego.

Obaczmy ich!

Antoni idzie za nim.

I nagle znajdują się na tarasie. Niżej widać hipodrom pełny ludu, a dalej portyki, gdzie inny tłum się przechadza. Po środku pola wyścigowego wąski pomost, na którym szeregiem stoją obok siebie świątynia Merkurego, posąg Konstantyna, trzy brązowe obwijające się węże, na jednym końcu wielkie jaja drewniane, na drugim siedem delfinów ogonem ku górze zwróconych. Za pawilonem cesarskim prefekci izb, komesowie i patrycjusze siedzą szczeblami aż do pierwszego piętra kościoła, którego wszystkie okna barwią się od głów kobiecych. Na prawo trybuna stronnictwa Błękitnych, na lewo Zielonych; wyżej strażnica żołnierska, a na poziomie areny szereg łuków korynckich tworzący wejście do lóż.

Wyścigi wnet się rozpoczną, konie stają szeregiem. Wysokie pióropusze pomieszczone na ich czole kołyszą się od wiatru niby gałęzie drzew; i w poskokach wstrząsają wozami w postaci muszli, a na wozach stoją woźnice, przebrani niby w pancerz wielobarwny, nogi mają gołe, a brodę i włosy wygolone modą Hunów.

Antoni jest naprzód ogłuszony wrzawą. Od góry do dołu widzi wszędzie twarze malowane, pstre ubrania, błyskotki złotnicze; piasek areny, biały całkowicie, błyszczy niby zwierciadło. Cesarz z nim rozmawia. Powierza mu rzeczy ważne, tajemnicze, przyznaje mu się do zabójstwa własnego syna Kryspusa, pyta go nawet o rady co do zdrowia.

Jednakże w głębi lóż dostrzega Antoni niewolników. Są to ojcowie soboru nicejskiego: w łachmanach, wstrętni, ohydni. Męczennik Pafnucy czesze grzywę konia, Teofil myje nogi innemu, Jan czyści kopyta trzeciego, Aleksander kał koński zbiera do kosza. Antoni przechodzi między nimi. Ci tworzą szereg, błagają, by się wstawił za nimi, całują go w ręce. Cały tłum przeciw nim plwa i huczy, Antoni zaś raduje się poniżeniem ich — niesłychanie! Stał się więc jednym z wielkich na dworze, powiernikiem cesarza, pierwszym ministrem. Konstantyn kładzie mu diadem na czole; Antoni go bierze, uważając ten zaszczyt za naturalny i należny sobie.

I naraz odkrywa się w ciemnościach sala olbrzymia, złotymi pająkami oświecona. Kolumny tak wysokie, że giną w cieniu wzdłuż stołów, w równej linii płyną w bezmiar ku granicom widnokręgu, gdzie w świetlanej mgle widać schody olbrzymie, arkady, kolosy, wieże, a z tyłu niewyraźna krawędź pałacu, w otoczeniu cedrów, które tworzą masę czarniejszą.

Goście w wieńcach fiołków siedzą oparci łokciem na niskich łożach. Wzdłuż tych dwóch szeregów słudzy rozlewają wino z amfor; a w głębi sam, przystrojony tiarą i karbunkułami pokryty, je i pije król Nabuchodonozor.

Z lewa i prawa dwie gromady kapłanów w stożkowatych czapkach bujają kadzidła. Na ziemi pełzają królowie niewolnicy, bez nóg i rąk, którym władca rzuca kości do gryzienia; niżej stoją bracia jego, z oczyma zasłoniętymi przepaską, gdyż wszyscy są oślepieni.

Skarga nieustająca płynie z głębi. Słodkie i powolne dźwięki organów wodnych brzmią na przemian z chórami dziewcząt i rzezańców. I czuć, że naokoło sali jest tu miasto olbrzymie, ocean ludzi, którego fale uderzają w mury...

Niewolnicy, biegając, roznoszą potrawy. Kobiety krążą z pucharami. Kosze trzeszczą pod ciężarem chleba, a wielbłąd z dziurkowaną beczułką na grzbiecie przechodzi tam i z powrotem, rozlewając strumienie werweny dla odświeżenia podłogi.

Pogromcy zwierząt wprowadzają lwy. Tancerki, zawiązawszy włosy w siatki, skaczą na rękach, a nozdrzami ogień rzucają, Murzyni kuglarskie wyprawiają sztuki, nagie dzieci rzucają w siebie kawałkami lodu, który się rozbija o srebrne zastawy stołowe.

Wrzawa jest tak okropna, że zdawałoby się burza huczy, a nad ucztą obłok jakiś płynie od tysiąca mięs i oddechów. Niekiedy iskra z wielkich pochodni, wiatrem oderwana, przelatuje mroki nocne niby gwiazda spadająca.

Król ramieniem ociera pachnidła na swej twarzy. Je w naczyniach święconych, a potem je tłucze. W sercu oblicza swe okręty, wojska, narody. Natychmiast, z kaprysu, spali swój pałac wraz z gośćmi. Zamierza odbudować wieżę Babel i strącić Boga.

Antoni z dala z jego czoła wszystkie myśli odgaduje. Przenika się nimi i sam się staje Nabuchodonozorem.

Wnet też napełnia się rozpasaniem i duchem zniszczenia... porywa go żądza pogrążenia się w obrzydliwościach. Zresztą poniżenie tego, co ludzi przeraża, jest to obelga wyrządzona ich rozumowi, jest to nowy sposób wywołania ich podziwu, a że nie ma nic ohydniejszego nad brutalne bydlę, Antoni staje na stole na czterech łapach i ryczy jak byk.

Naraz czuje ból w dłoni — kamyk przypadkiem go zranił — i znajduje się znów przez swoją chatą.

Obwód skał jest pusty. Gwiazdy świecą. Wszędzie panuje milczenie.

Jeszcze raz się omyliłem! Po co to wszystko?

Wzburzenie ciała budzi te widma. Ach, nędzniku!

Spieszy do chaty, porywa wiązkę sznurów, ukończonych ostrzem metalowym, obnaża się do pasa i podnosząc oczy ku niebu.

Przyjmij pokutę mą, o Boże mój! Nie gardź nią dla jej słabości! Uczyń ją ostrą, przeciągłą, nadmierną! Czas już — do roboty!

Zadaje sobie silne uderzenie.

Aj!... Nie, nie! żadnej litości!

Znów się uderza.

Och, och! każdy cios rozdziera mi skórę, krwawi mi członki! Pali mnie strasznie. Ech, nie jest to straszne! można się do tego przyzwyczaić! Zdaje mi się nawet...

Antoni się zatrzymuje.

Dalej nędzniku, dalej! Dobrze, dobrze! Wal w ramiona, grzbiet, piersi, brzuch — wszędzie! Świszczcie rzemienie! gryźcie mnie, obdzierajcie me ciało! Chciałbym, aby krople mej krwi trysnęły do nieba! Aby kości me popękały, aby me nerwy się obnażyły! Obcęgów, tortur, gorącego ołowiu! Męczennicy gorsze przechodzili rzeczy. Nieprawdaż, Amonario!

Cień rogów diabła ukazuje się znowu.

Mógłbym był stać przy słupie męczeńskim koło ciebie, patrzeć w twoje oczy i odpowiadać na twe jęki swymi westchnieniami, a boleści nasze i dusze nasze zlałyby się i zjednoczyły ze sobą.

Biczuje się z furią.

Masz, masz! Jeszcze dla ciebie!... Ale oto jakieś przenika mnie łechtanie! Co za męczarnia! Co za rozkosz! Są to niby pocałunki! Szpik mój omdlewa! Ach, umieram!

I naraz dostrzega oko w oko trzech jeźdźców na dzikich osłach, z liliami w ręku, a wszyscy są do siebie podobni jak krople wody.

Antoni się odwraca i widzi trzech innych jeźdźców podobnych, na takich samych osłach, w takiej samej postawie.

Cofa się. Wówczas osły, wszystkie naraz, idą krok naprzód i pocierają mordę o niego, chcąc mu włosiennicę rozedrzeć. Słychać okrzyki: „Tędy, tędy! tutaj!” I śród szczelin górskich ukazują się chorągwie i głowy wielbłądów w uździenicach z czerwonego jedwabiu, potem muły z wielkimi ciężarami na grzbietach, potem kobiety pokryte żółtymi zasłonami, siedzące okrakiem na srokatych koniach.

Zadyszane bydlęta kładą się na ziemi, niewolnicy śpieszą, rozciągają pstre dywany, rozkładają na ziemi rzeczy świecące.

Biały słoń, w łusce ze złotych nici, nadchodzi potrząsając bukietem strusich piór na czole. Na jego grzbiecie, śród poduszek z wełny niebieskiej, skrzyżowawszy nogi, półzamknąwszy powieki, kołysząc głową — siedzi kobieta tak prześwietnie odziana, że promienie rzuca dookoła... Tłum pada na twarz, słoń klęka i

KRÓLOWA SABY

ześlizgnąwszy się wzdłuż grzbietu słonia, schodzi na dywany i dąży wprost ku świętemu Antoniemu.

Suknia jej ze złotego aksamitu, przyozdobiona regularnymi szeregami falban z pereł, agatu i szafiru, obciska jej talię ciasnym gorsetem, a naokoło w kolorach najcudowniejszych wyhaftowano dwanaście znaków zodiaku. Nogi obute w wysokie trzewiki, z których jeden czarny, srebrnymi gwiazdkami usiany z półksiężycem, a drugi biały, pokryty kropelkami złota ze słońcem pośrodku.

Szerokie rękawy, przystrojone szmaragdami i piórami ptaków, obnażają jej białe ramię; na ramieniu bransoleta z hebanu, na rękach pierścienie, a palce kończą się paznokciami tak ostrymi jak igły.

Łańcuch złoty przechodzi jej pod brodą, idzie wzdłuż policzków, spiralnie otacza jej włosy, posypane pudrem błękitnym, po czym spływa na dół, dotyka łopatek i przyczepia się na łonie do skorpiona z diamentu, którego język tonie między dwojgiem jej piersi. Dwie wielkie jasne perły wiszą w jej uszach. Brzegi jej powiek malowane na czarno. Na lewym policzku ma królowa Saby ciemną plamę przyrodzoną i oddychając, usta otwiera, jakby gorset ją cisnął. Idąc, potrząsa zielonym parasolem o rączce z kości słoniowej, otoczonym czerwonymi dzwoneczkami; dwunastu kosmatych Murzynków niesie ogon jej sukni, którego ostatni koniuszczek trzyma małpa, podnosząc go od czasu do czasu.

Mówi:

O, piękny pustelniku! piękny pustelniku! serce moje omdlewa! Skutkiem niecierpliwego dążenia do ciebie odciski mam na pięcie i złamałam jeden paznokieć. Wysyłałam pasterzy, którzy stali na górach z ręką wyciągniętą przed oczy, i myśliwców, którzy wywoływali twe imię po lasach, i gońców, którzy przebiegali drogi każdego przechodnia, pytając: „Czyście go widzieli?” Nocami płakałam, twarz obracając ku ścianie. Łzy moje z czasem dwie dziury wydrążyły w mozaice, jak bagnisko wody morskiej w skałach, gdyż ja kocham ciebie! o, bardzo, bardzo kocham!

Bierze go za brodę.

Śmiej się więc, piękny pustelniku! Śmiej się więc! Ja jestem bardzo wesoła, zobaczysz! Umiem grać na lirze, tańczę jak pszczoła i znam tysiące opowieści najciekawszych i najzabawniejszych w świecie!

Nie wyobrażasz sobie długiej drogi, jakąśmy przebyli... Oto osły zielonych gońców zdechły z umęczenia.

Osły leżą na ziemi bez ruchu.

Od trzech wielkich księżyców biegły one z wysiłkiem równomiernym, z kamieniem w ustach dla przecinania wiatru, a ogon ich wciąż stał poziomo, a nogi były wciąż wyprężone, a galop ciągle jednaki... Już nie znajdziesz podobnych... Mam je w spadku od mego dziada macierzystego, a był to cesarz Saharil, syn Jakszaba, syna Jaaraba, syna Kastana. Ach, gdyby żyły jeszcze, zaprzęglibyśmy je do lektyki, aby powrócić do domu. Ale... jak to?... o czym ty marzysz?

Patrzy nań badawczo.

Ach, gdy będziesz mym małżonkiem, ubiorą cię, pachnidłami obleją, włosy ci wystrzygą...

Antoni stoi nieruchomo, sztywny jak pień, blady jak śmierć...

Smutną masz minę. Czy dlatego, że opuszczasz swą chatę? Ale ja wszystko opuściłam dla ciebie, nawet króla Salomona, który przecież jest bardzo mądry, ma dwadzieścia tysięcy wozów wojennych i piękną brodę! Przyniosłam ci swe dary ślubne. Wybieraj.

Krąży śród niewolników i skrzyń.

Oto balsam z Genezaret, oto kadzidło z przylądka Gardefan, ladanon i cynamon, i silfium, dobre do sosów. Są tu hafty z Assuru, kość słoniowa znad Gangesu, purpura z Elizy; a ta skrzynka białośnieżna zawiera wiadro chalibonu, wina zachowanego dla królów asyryjskich, a które się pije rogiem jednorożca. Oto naszyjniki, zapinki, siateczki, parasole, złoty proszek z Baasy, cassiteros z Tartessos, błękitne drzewo z Pandio, białe futra z Issedonu, karbunkuły z wyspy Palesimondy i wykałaczki ze szczeci zaginionego zwierzęcia, które się znajduje pod ziemią. Te poduszki są z Emat, a te frędzle z Palmiry. Na tym dywanie z Babilonu jest... ale pójdźże! pójdź!

Ciągnie go za rękę. On się opiera. Ona mówi dalej:

Ta miękka tkanina, która pod palcami skrzy się i skrzypi, jest to sławne żółte płótno, przywiezione przez kupców z Baktriany. Czterdziestu trzech tłumaczy trzeba im było w podróży. Zrobię ci z niej suknie, które będziesz nosił w domu... Dajcie mi futerał z sykomoru i przynieście mi skrzynię z kości słoniowej, co leży na łopatce mego słonia.

Zdejmują z grzbietu słonia coś okrągłego, pokrytego zasłoną, i przynoszą skrzyneczkę cyzelowaną.

Czy chcesz tarczę Dżian ben Dżiana, tego co zbudował piramidy? Oto ona! Składa się z siedmiu skór smoka leżących na sobie, złączonych śrubą diamentową, skór garbowanych w żółci ojcobójcy. Z jednej strony wystawia wszystkie wojny, jakie były na świecie od wynalazku broni, a z drugiej — wojny, które będą aż do końca świata. Piorun od niej odskakuje jak piłka lana ze smoły. Złożę ją w twoich rękach i będziesz nosił ją na polowanie.

Ale gdybyś wiedział, co ja mam w tej małej skrzynce! Odwróć ją, zechciej otworzyć! Nikt tego nie potrafi. Ucałuj mnie, a ja ci powiem.

Do twarzy jego się zbliża; on ją ramieniem odpycha.

Była to noc, kiedy król Salomon głowę stracił... Wreszcie zawarliśmy układ. Podniósł się chyłkiem.

Ach, piękny pustelniku! nie dowiesz się, nie dowiesz się!

Wstrząsa parasolem, którego wszystkie dzwoneczki dźwięczą.

I wiele innych rzeczy mam jeszcze! Ach, mam skarby zamknięte w galeriach, gdzie można zabłądzić jak w lesie. Mam pałace letnie ze szpalerów trzcinowych i pałace zimowe z czarnego marmuru. Po środku jezior wielkich jak morza mam wyspy okrągłe jak dukaty, pokryte masą perłową, a których brzegi śpiewają melodyjnie od uderzania ciepłych fal, toczących się po piasku. Niewolnicy mych kuchen chwytają ptaki w moich ptaszarniach i ryby łowią w mych sadzawkach. Mam rytowników, którzy wciąż moją twarz ryją w najtwardszych kamieniach, odlewaczy, którzy wciąż kują me posągi, pachnidlarzy, którzy soki roślin mieszają do olejków. Mam krawczynie, co mi krają materię, złotników, którzy mi obrabiają klejnoty, fryzjerki, które mi wciąż nowe obmyślają czesania; i malarzy uważnych, którzy ściany mego domu oblewają gumą gorącą, chłodząc ją wachlarzami. Mam służebnic tyle, że harem by można z nich złożyć; mam rzezańców tylu, że można by stworzyć z nich armię. Mam wojska, mam narody! Mam w przedsionku straż karłów, którzy na grzbiecie noszą trąby z kości słoniowej.

Antoni wzdycha.

Mam zaprzęgi antylop, mam kwadrygi słoni, mam setki par wielbłądów i klacze o grzywach tak długich, że w galopie ich nogi plączą się we włosach, i stada bydła o rogach tak wielkich, że lasy trzeba niszczyć przed nimi, gdy się pasą. Mam żyrafy, które się w mych ogrodach przechadzają i które głowę kładą na brzegu mego dachu, gdy po obiedzie odpoczywam. Siedząc na muszli ciągnionej przez delfiny, odwiedzam groty i słucham, jak opadają krople wody ze stalaktytów. Płynę do krainy diamentów, gdzie czarownicy, przyjaciele moi, pozwalają mi wybierać najpiękniejsze; później wstępuję na ziemię i wracam do siebie.

Wydaje gwizd przeciągły i ostry.Naraz wielki ptak zlatuje z nieba i siada na wierzchołku jej włosów, strząsając z nich błękitny proszek. Pióra jego barwy pomarańczowej, wydają się z łuski metalowej. Mała głowa, przybrana srebrnym czubkiem, wygląda niby twarz człowieka. Ma czworo skrzydeł, nogi sępie i olbrzymi ogon pawi, który kołem roztacza za sobą...

Chwyta w dziób parasol królowej, chwilę się kołysze zanim dojdzie do równowagi, najeża wszystkie swe pióra i staje nieruchomy...

Dzięki ci, piękny Simorg-anka! Ty, coś mi powiedział, gdzie się ukrywa mój kochanek! Dzięki, dzięki! gończe mego serca! On leci jak pragnienie. W jednym dniu świat okrąża dokoła. Wieczorem powraca. Kładzie się u stóp mego łoża, opiewa mi, co widział, morza, jakie migały pod nim wraz z rybami i okrętami, wielkie pustynie, jakie dostrzegał z wyżyny niebios, i żniwa, które chyliły się po siołach i rośliny, co rosły na murach miast opuszczonych.

Z lubieżną tęsknotą wije ręce.

O, gdybyś chciał, gdybyś chciał!... Mam ja pawilon na przylądku, wśród istmu, pomiędzy dwojgiem oceanów. Jest on filtrowany blachą szklaną, ma podłogę z szylkretu, jest otwarty na cztery wiatry niebieskie! Z wyżyny oglądam powracające me floty i narody, które wchodzą na wzgórze z ciężarami na barkach. Spalibyśmy na puchach miększych niż obłoki, pilibyśmy trunki zimne w korze owoców i oglądalibyśmy słońce po przez szmaragdy! Pójdź!

Antoni się cofa. Ona się zbliża i tonem gniewnym:

Jak to? Ani bogactwo, ani zaloty, ani miłość ciebie nie porusza? Nie tego ci potrzeba?

Ale istoty rozwiązłej, tłustej, o głosie chropowatym, o włosach barwy ognistej, o ciele rozlanym.

A może wolisz ciało zimne jak skóra wężowa, albo wielkie czarne oczy, ciemniejsze od jaskiń mistycznych? Spójrz w moje oczy...

Antoni mimowolnie spogląda.

Wszystkie, które spotkałeś: od dziewczyny ulicznej, śpiewającej pod latarnią, aż do patrycjuszki, która płatki róży sypie ze swej lektyki, wszystkie postacie przeczuwane, wszystkie wyobrażenia twej żądzy — wywołaj tylko! Jam nie kobieta, jam cały świat! Dość, aby me suknie opadły, a odkryjesz w mej osobie szereg tajemnic.

Antoni zgrzyta zębami.

Gdybyś palec położył na mym ramieniu, strumień ogniowy rozpaliłby twe żyły. Posiadanie najmniejszej cząstki mego ciała napełni cię rozkoszą gwałtowniejszą niż podbicie królestwa. Przybliż swe usta! Pocałunki moje mają smak owocu, który się roztopi w twym sercu. Ach, jakże ty zatoniesz w moich włosach, jakże wdychać będziesz moje piersi, zdumiewać się będziesz mojemu ciału i będziesz gorzał od moich źrenic, w moich ramionach, w wirze upojenia!

Antoni robi znak krzyża.

Gardzisz mną! Żegnaj zatem!

Oddala się z płaczem. Odwraca się:

Naprawdę? Odpychasz kobietę tak piękną!

Śmieje się, a małpa, która trzyma ogon jej sukni, podnosi go.

Pożałujesz, piękny pustelniku! Będziesz jęczał! Będziesz się nudził! Ale ja sobie z tego drwię!... La, la, la! och, och, och!

Odchodzi, twarz ukrywszy w dłoniach, skacząc na jednej nodze.

Niewolnicy defilują przed Św. Antonim, konie, wielbłądy, słoń, służebnice, muły wolne od ciężarów, Murzyni, małpy, jeźdźcy w zielonych strojach,trzymający w ręku lilię złamaną. A królowa Saby oddala się, wydając rodzaj czkawki konwulsyjnej, podobnej do łkania albo do szyderczego chichotu.

III

Gdy zniknęła, Antoni spostrzega dziecko u progu chaty.

To zapewne ktoś ze służby królowej

mówi do siebie.

Dziecko jest małe jak karzeł, a jednak krępe jak Kabir, pokrzywione, postaci nędznej. Białe włosy pokrywają jego głowę dziwotwornie wielką; drży z zimna pod biednym płaszczykiem, przy czym trzyma w ręku zwitek papirusu. Światło księżyca, przesłonięte chmurą, pada na niego.

ANTONI

spogląda nań ze strachem

Kto ty jesteś?

DZIECKO

odpowiada

Twój dawny uczeń, Hilarion.

ANTONI

Kłamiesz! Hilarion od wielu lat mieszka w Palestynie.

HILARION

Powróciłem stamtąd! Jam jest.

ANTONI

zbliża się i patrzy

Jednak twarz jego była jasna jak jutrznia, pogodna, radosna. Twoja jest mroczna i stara.

HILARION

Wielkie trudy mnie znużyły.

ANTONI

Głos też odmienny. Twój ma dźwięk lodowy.

HILARION

Bom się karmił gorzkimi rzeczami.

ANTONI

A te białe włosy?

HILARION

Miałem wielkie troski!

ANTONI

na stronie

Czyż to możliwe?

HILARION

Nie byłem tak daleko, jak przypuszczasz. Pustelnik Paweł odwiedził cię w tym roku, w miesiącu Szebar. Właśnie dwadzieścia dni temu koczownicy przywieźli ci chleb. Powiedziałeś onegdaj jednemu marynarzowi, by ci dostarczył trzech szydeł.

ANTONI

On wie wszystko.

HILARION

Dowiedz się nawet, żem cię nigdy nie opuszczał. Ale teraz wcale mnie nie dostrzegasz...

ANTONI

Jakże to? Prawda, że mam teraz w głowie dziwny zamęt. Zwłaszcza tej nocy...

HILARION

Wszystkie Grzechy Główne przyszły do ciebie. Ale ich liche zasadzki łamią się o świętego męża jak ty.

ANTONI

O, nie, nie!... Co chwila upadam! Czemuż nie jestem jako jeden z tych, których dusza była zawsze nieustraszona a umysł wytrwały, jak na przykład wielki Atanazy.

HILARION

Był on wyznaczony nieprawidłowo przez siedmiu biskupów.

ANTONI

I cóż z tego, jeżeli jego cnota...

HILARION

Co mówisz? Człowiek dumny, okrutny, zawsze intrygujący i ostatecznie wygnany za przywłaszczycielstwo.

ANTONI

To potwarz!

HILARION

Nie zaprzeczysz jednak, że chciał datkami przekupić Eustatesa skarbnika.

ANTONI

Tak mówią, to prawda!

HILARION

Spalił przez zemstę dom Arseniusza...

ANTONI

Niestety!

HILARION

Na soborze nicejskim rzekł, mówiąc o Jezusie: „człowiek Pana”.

ANTONI

Ach, to bluźnierstwo!

HILARION

Zresztą tak jest ograniczony, że sam wyznaje, jakoby nic nie pojmował natury Słowa.

ANTONI

uśmiechając się z zadowolenia

W istocie, nie ma on zbyt szerokiego umysłu.

HILARION

Gdybyś zajmował jego stanowisko, byłoby to wielkie szczęście, zarówno dla twoich braci, jak i dla ciebie. To życie z dala od innych nie jest dobre.

ANTONI

Przeciwnie! Człowiek, będąc duchem, powinien się oddalić od rzeczy śmiertelnych. Wszelki czyn go poniża. Chciałbym nie trzymać się ziemi nawet podeszwą nóg.

HILARION

Obłudniku, co się w samotności pogrążasz, aby tym lepiej się oddać rozpasanym chuciom... Pozbawiasz się mięsa, wina, łaźni, niewolników, zaszczytów; ale w swawolnej wyobraźni jakie ty sobie sprawiasz uczty, pachnidła, nagie kobiety i tłumy oklaskujące! Twoja czystość to tylko subtelniejsze zepsucie, a ta pogarda świata to tylko bezsilna nienawiść przeciw niemu! Oto co podobnych tobie czyni tak ponurymi; lub może i to, że wątpią. Posiadanie prawdy daje radość. Czyliż Jezus był smutny? Chodził on w otoczeniu przyjaciół, odpoczywał pod cieniem oliwek, wstępował do celników, wypijał kielich po kielichu, przebaczał grzesznicy, leczył wszystkie cierpienia. Ty — masz litość jedynie dla swej nędzy. To niby wyrzut, który cię gryzie, i szalony obłęd: odpychać choćby pieszczoty psa albo uśmiech dziecka.

ANTONI

wybucha łkaniem

Dość, dość! Nazbyt poruszasz moje serce.

HILARION

Wytrząśnij robactwo swoich łachmanów! Podnieś się ze śmietniska! Bóg twój to nie Moloch, co wymaga poświęcenia ciała...

ANTONI

Jednak cierpienie jest błogosławione. Cherubiny się kłonią, by przyjąć krew wyznawców.

HILARION

Podziwiaj zatem montanistów! Bo oni pod tym względem przewyższają wszystkich...

ANTONI

Ale to prawda nauki czyni męczeństwo prawdziwym.

HILARION

Jakże męczeństwo może dowodzić prawdy, jeżeli również bywa świadectwem błędu...

ANTONI

Czy ty zamilkniesz, żmijo!

HILARION

Może to i nie tak trudno. Napomnienia przyjaciół, rozkosz znieważania ludu, klątwa zaprzysiężona, pewien zawrót głowy, tysiące okoliczności tu pomaga.

Antoni się oddala od Hilariona.

Hilarion idzie za nim.

Zresztą ten sposób umierania prowadzi do bezładu. Dionizy, Cyprian, Grzegorz uniknęli go... Piotr z Aleksandrii go potępił, a sobór elwirski...

ANTONI

zamyka sobie uszy

Nie słucham więcej.

HILARION

podnosząc głos

Oto na nowo zapadasz w swój grzech pospolity: lenistwo ducha! Niewiadomość jest pianą dumy. Mówi się: „Przekonanie mam gotowe. Po co rozumować?” i lekceważy się doktorów, filozofów, tradycję i nawet teksty zakonu, których nie znamy... Czy sądzisz, żeś posiadł mądrość w swych ręku...

ANTONI

Słyszę go wciąż... Jego wrzaskliwe słowa mózg mi napełniają.

HILARION

Wysiłki zrozumienia Boga są wyższe niżeli twoje umartwienia, aby Go przebłagać. Zasługa nasza leży tylko w gorącej żądzy Prawdy. Religia sama nie wyjaśnia wszystkiego, a rozwiązanie zadań, które zapoznajesz, może ją tylko wywyższyć i uczynić bardziej niezwalczoną. Trzeba zatem dla jej dobra łączyć się z braćmi lub inaczej kościół, zgromadzenie wiernych, będzie pustym wyrazem. Trzeba słuchać wszystkich rozumowań, nie gardzić niczym i nikim. Czarnoksiężnik Balaam, poeta Eschylos i Sybilla kumejska zapowiadali Zbawiciela. Dionizy Aleksandryjski otrzymał z nieba rozkaz czytania wszystkich książek. Święty Klemens każe nam uczyć się mądrości od pisarzy greckich. Hermas się nawrócił dzięki widziadłu kobiety, która go kochała.

ANTONI

Co za wyraz powagi! Zda mi się, że rośniesz.

Istotnie, wzrost Hilariona stopniowo się podnosi — i Antoni, aby go już nie widzieć, zamyka oczy.

HILARION

Uspokój się, dobry pustelniku! Siądźmy tu, na tym wielkim kamieniu, jak niegdyś, gdy przy pierwszym blasku dnia witałem ciebie, nazywając cię „jasną gwiazdą poranku”, a ty wnet zaczynałeś naukę. Nie skończyła się ta nauka. Miesiąc świeci nam dość jasno. Słucham ciebie.

Wziął trzcinkę zza pasa i skrzyżowawszy nogi na ziemi, ze zwitkiem papirusu w ręku, podnosi głowę ku Św. Antoniemu, który siedzi przy nim z czołem zwieszonym. Po chwili milczenia Hilarion mówi:

Słowo Boże, nieprawdaż, potwierdzają nam cuda? Jednakże czarownicy Faraona czynili je, inni oszuści mogą też je czynić, omylić się łatwo. Cóż to jest cud? Zjawisko, które nam się zdaje poza obrębem natury. Ale czyż my znamy całą jej potęgę? I przeto, że jakaś rzecz nie dziwi nas, czyż stąd wynika, że ją rozumiemy?

ANTONI

Mniejsza o to! Należy wierzyć Pismu.

HILARION

Święty Paweł, Orygenes i wielu innych nie rozumieli Pisma dosłownie; lecz jeżeli wyjaśniać je przez alegorie, to staje się ono udziałem małej liczby i oczywistość prawdy znika. Co robić?

ANTONI

Zdać się... na powagę Kościoła.

HILARION

Więc Pismo jest niepotrzebne.

ANTONI

Nie, nie... Choć Stary Testament, wyznaję, zawiera miejsca ciemne... Ale Nowy świeci czystym światłem...

HILARION

Jednakże anioł zwiastujący w Mateuszu ukazuje się Józefowi, gdy w Łukaszu Maryi. Pomazanie Jezusa przez kobietę odbywa się w pierwszej Ewangelii na początku jego żywota publicznego, a podług trzech innych na jakiś czas przed jego śmiercią. Napój, jaki mu dają na krzyżu to w Mateuszu ocet z żółcią, a w Marku wino i mirra. Podług Mateusza i Łukasza apostołowie nie powinni brać ze sobą ani pieniędzy, ani worka, nawet sandałów i kija, a w Marku przeciwnie — Jezus im zakazuje brać cokolwiek, wyjąwszy kij i sandały... Gubisz się w tych sprzeczności.

ANTONI

osłupiały

W istocie... w istocie...

HILARION

Przy dotknięciu chorej na upływ krwi, Jezus się odwrócił, mówiąc: „Kto mnie dotknął?” Więc nie wiedział, kto go dotknął? Zaprzecza to wszechwiedzy Jezusa. Jeżeli grób był pod strażą, to kobiety nie potrzebowały szukać pomocy do podniesienia kamienia grobowego. Albo więc nie było straży, albo świętych kobiet tam nie było. W Emaus Jezus wieczerza ze swymi uczniami i daje im ran swych dotknąć. To ciało ludzkie, przedmiot materialny, ważki, a który jednak mury przenika. Czy to możliwe?

ANTONI

Wiele czasu wymagałaby odpowiedź.

HILARION

Czemuż przyjął on Ducha Świętego, sam będąc Synem? Po co był mu potrzebny chrzest, skoro On sam był Słowem? Jakże to diabeł mógł jego kusić, jego — Boga? Czy te myśli nigdy ci nie przychodziły do głowy?

ANTONI

Owszem, często. Uśpione lub wściekłe żyją one w mej świadomości. Depcę je, one się odradzają, duszą mnie... i niekiedy sądzę, że jestem przeklęty.

HILARION

Więc nie masz po co służyć Bogu?

ANTONI

Zawsze czuję potrzebę uwielbiania Bóstwa.

Po długim milczeniu

HILARION

znów przemawia

Ale poza dogmatem wszelka swoboda badań jest pozwolona. Pragniesz li poznać hierarchię Aniołów, cnoty Liczb, istotę zarodków i przemian?

ANTONI

Pragnę! Myśl moja walczy, aby wyjść ze swego więzienia... Zdaje mi się, że zgromadziwszy siły, osiągnę to... Niekiedy nawet, na mgnienie błyskawicy, czuję się jakby uniesiony; potem opadam.

HILARION

Tajemnicę, którą pragnąłbyś posiąść, przechowują mędrcy. Żyją oni w krainie dalekiej, siedząc pod olbrzymimi drzewami, w białych szatach, spokojni jak bogowie. Ciepłe powietrze ich karmi. Lamparty dokoła cicho stąpają po murawach. Szmery krynic i rżenie jednorożców miesza się z ich głosem. Usłyszysz ich i oblicze Nieznanego ci się odsłoni...

ANTONI

wzdychając

Droga daleka, a jam już stary.

HILARION

Och! Ludzi mądrych nie tak rzadko... Są nawet w pobliżu ciebie, tutaj... Wejdźmy...

IV

Antoni spostrzega olbrzymią bazylikę. Z głębi pada światło cudowne niby światło wielobarwnego słońca. Opromienia ono niezliczone głowy tłumu, który zapełnia nawę, i płynie śród kolumn ku ścianom, gdzie widać ołtarze, konfesjonały, fryzy z błękitnych kamieni i konstelacje gwiazd malowane na murze.

Śród tłumów grupy ludzie zatrzymują się tu i ówdzie. Niektórzy, stojąc na ławkach, przemawiają, do góry podniósłszy palec. Inni modlą się, złożywszy ręce na krzyż, leżą na ziemi, śpiewają hymny albo piją wino. Dokoła stołu wierni ucztują, męczennicy odkrywają ciało dla pokazania ran, starcy na kijach oparci rozpowiadają dzieje swych wędrówek.

Są tu ludzie z krainy Germanów, z Tracji i Galii, ze Scytii i z Indii, ze śniegiem na brodach, z piórami we włosach, z cierniami w fałdach ubrania, w sandałach czarnych od kurzu, ze skórą opaloną od słońca. Mieszają się rozmaite stroje, purpurowe płaszcze i wełniane suknie, haftowane dalmatyki, włosiennice, czapki marynarzy i mitry biskupie. Oczy ich płoną jak błyskawice. Wyglądają jak kaci lub rzezańcy.

Hilarion zbliża się ku nim.

Wszyscy go witają. Antoni, przyciśnięty do jego ramienia, przygląda się im bacznie. Dostrzega wiele kobiet: niektóre z nich odziane są po męsku, z wygolonymi włosami. Antoni lęka się tych kobiet.

HILARION

Są to chrześcijanki, które nawróciły swych mężów. Zresztą kobiety zawsze są po stronie Jezusa, nawet poganki; dowodem Procula, małżonka Piłata i Poppea, nałożnica Nerona. Nie drżyj! Idź naprzód!

Bezustannie nowe tłumy nadchodzą. Mnożą się, łączą i rozłączają, lekkie jak cienie i czynią wrzawę, w której mieszają się wściekłe ryki, okrzyki miłości, kantyki i przekleństwa.

ANTONI

po cichu

Czegóż oni chcą?

HILARION

Pan rzekł: „O wielu rzeczach jeszcze wam powiem”. Oni wiedzą te rzeczy.

I popycha go ku złotemu tronowi o pięciu stopniach, gdzie otoczony dziewięćdziesięciu pięcioma uczniami, pomazanymi oliwą, bladymi i wychudłymi, siedzi prorok Manes, piękny jak archanioł, nieruchomy jak posąg, w sukni indyjskiej, z karbunkułami w warkoczach; w lewej ręce trzyma księgę z rysunkami, pod prawą stoi globus.

Rysunki przedstawiają stworzenia, które drzemały w chaosie. Antoni się pochyla, aby je widzieć. Potem

MANES

obraca globus i modelując swe słowa na ton lutni o krystalicznych dźwiękach, mówi:

Ziemia niebieska jest na krańcu najwyższym, ziemia śmiertelna na krańcu najniższym. Podtrzymują ją dwaj aniołowie, Splenditenens i Omofor o sześciu obliczach.

Na szczycie niebios, najwyżej, mieści się Bóstwo niewzruszone; niżej twarz w twarz, znajduje się Syn Boży i Książę ciemności.

Kiedy ciemności doszły aż do królestwa Boga, On z wnętrza swej istoty wyłonił Cnotę, która stworzyła pierwszego człowieka i otoczył go pięcioma żywiołami.

Ale duchy ciemności porwały mu część tych żywiołów i część ta jest duszą.

Jest tylko jedna dusza, rozlana w powszechności, jak woda rzeki rozdzielona na dopływy. Ona to wzdycha w wietrze, zgrzyta w piłowanym marmurze, huczy głosem morza i płacze mlecznymi łzami, gdy obrywasz liście figowe.

Dusze, które odeszły z tego świata, płyną ku innym gwiazdom, a gwiazdy to istoty żywe.

ANTONI

ze śmiechem

Ach, ach, co za fantazja niedorzeczna!

CZŁOWIEK

bez brody, surowy i poważny

W czym?

Antoni chce odpowiedzieć, ale Hilarion mówi mu, że człowiek ten to znakomity Orygenes.

MANES

mówi dalej

Naprzód zatrzymują się one na księżycu, gdzie się oczyszczają. Później wznoszą się ku słońcu.

ANTONI

powoli

Nie widzę nic... coby nam przeszkadzało... w to wierzyć.

MANES

Celem każdej istoty jest wyzwolenie niebieskiego promienia zamkniętego w materii. Najłatwiej uchodzi on na zapachu kwiatów i korzeni, aromacie wina gorącego, na rzeczach lekkich, podobnych do myśli. Ale akty życiowe go więżą. Zabójca odrodzi się w ciele dzikiej bestii; ten, który zabija zwierzę, staje się tym zwierzęciem. Jeżeli zasadzasz wino, związany będziesz jego gałęźmi. Pokarm pochłania wiele promieni niebieskich, zatem powinniście się zrzec pokarmu, powinniście pościć.

HILARION

Są umiarkowani, jak widzisz.

MANES

Jest ich wiele w mięsie, mniej w roślinach. Zresztą ludzie czyści dzięki swym zasługom wyzwalają rośliny od tej części promienistej, która uchodzi do swego ogniska. Zwierzęta przez płodzenie trzymają ją w więzieniu ciała. Zatem unikajcie kobiet!

HILARION

Podziwiaj ich wstrzemięźliwość.

MANES

Albo raczej czyńcie tak, aby były bezpłodne. Lepiej dla duszy upaść na ziemię, niźli jęczeć w więzach cielesnych.

ANTONI

Ach, co za ohyda!

HILARION

Cóż znaczy hierarchia bezeceństw? Kościół z małżeństwa uczynił sakrament.

SATURNIN

w kostiumie syryjskim

Głosi on ponurą naukę. Ojciec, aby ukarać zbuntowanych aniołów, rozkazał im stworzyć świat. Chrystus przybył, aby Bóg żydowski, jeden z tych aniołów...

ANTONI

Jeden z aniołów? On? Stwórca?

CERDON

Czyliż nie chciał zabić Mojżesza, czyż nie oszukiwał swych proroków, nie zwodził ludów, nie rozpowszechniał kłamstwa i bałwochwalstwa?

MARCJON

Zapewne, Stwórca nie jest Bogiem prawdziwym.

ŚW. KLEMENS Z ALEKSANDRII

Materia jest wieczna.

BARDESANES

w stroju maga babilońskiego

Została ona stworzona przez siedem duchów planetarnych.

HERMOGENIANIE

Aniołowie stworzyli dusze!

PRYSCYLIANIE

Szatan jest stwórcą świata.

ANTONI

cofając się

Okropność!

HILARION

Zbyt rychło wpadasz w zniechęcenie. Źle rozumiesz ich naukę. Oto jest mędrzec, który naukę ma od Teodasa, przyjaciela św. Pawła. Słuchaj go.

I na znak Hilariona

WALENTYN

w tunice ze srebrnego płótna, z ostro zakończoną czaszką, przemawia syczącym głosem

Świat jest dziełem Boga obłąkanego.

ANTONI

pochyla głowę

Dziełem Boga obłąkanego?

po długim milczeniu

Jakim sposobem?

WALENTYN

Najdoskonalsza z istot, Eonów, Otchłań, spoczywała na łonie Głębi wraz z Myślą. Z ich połączenia powstał Rozum, który za towarzyszkę miał Prawdę. Rozum i Prawda zrodziły Słowo i Życie, które z kolei urodziły: Człowieka i Kościół. Razem czyni to osiem Eonów.

liczy na palcach

Słowo i Prawda wyłoniły z siebie dziesięć nowych Eonów, czyli pięć par. Człowiek i Kościół stworzyli dwanaście innych, między którymi są: Paraklet i Wiara, Nadzieja i Miłosierdzie, Doskonałość i Mądrość, Sofia. Suma tych trzydziestu Eonów stanowi Pleromę czyli Powszechność Boga. Tak więc niby echo głosu, który się oddala, niby fale aromatu, który wyparowuje, niby blask słońca, które zachodzi — Potęgi, które wyszły z Przyczyny pierwotnej, słabną bezustannie.

Ale Sofia, spragniona poznać Ojca, uleciała poza Pleromę. Wówczas to Słowo stworzyło inną parę: Chrystusa i Świętego Ducha, który połączył wszystkie Eony między sobą, a wszystkie razem stworzyły Jezusa, kwiat Pleromy. Jednak wysiłek Sofii ku ucieczce pozostawił w próżni jej cień, jej obraz, złą substancję, Aszaramoth. Zbawiciel ulitował się nad nią i wyzwolił ją od namiętności; i z uśmiechu wyzwolonej Aszaramoth urodziło się Światło, łzy jej stały się wodami, smutek jej spłodził czarną materię. Z Aszaramoth wyszedł Demiurgos, twórca światów, nieba i diabła. Mieszka on w samej nizinie Pleromy, nie dostrzegając jej nawet, tak iż uważa się za prawdziwego Boga i powtarza ustami proroków: „Nie masz ci Boga przede mną!”

Później stworzył on człowieka i rzucił mu w duszę nieśmiertelne ziarno, Kościół, odbicie innego Kościoła, pomieszczonego w Pleromie. Aszaramoth kiedyś dopłynie do sfer najwyższych i połączy się ze Zbawicielem; ogień ukryty w świecie zniweczy całą materię, pożre sam siebie i ludzie, stawszy się jako czyste duchy, pojmą anioły w małżeństwo!

ORYGENES

Wówczas szatan będzie zwyciężony i rozpocznie się Królestwo Boże!

Antoni powstrzymuje okrzyk, wtem bierze go za ramię

BAZYLIDES

Istota najwyższa ze swymi nieskończonymi emanacjami zowie się Abraxas, a Zbawiciel ze swymi wszystkimi cnotami Kaulakau, to jest linia-na-linii, prawość-na-prawości. Otrzymuje się moc Kaulakau za pomocą pewnych słów, wypisanych na tym chalcedonie dla ułatwienia pamięci.

Pokazuje na szyi mały kamyk, gdzie wyryte są dziwaczne litery.

Wówczas uniesiesz się ku niewidzialnym światom i wyższy nad prawo, gardzić będziesz wszystkim, nawet cnotą. My, ludzie czyści, winniśmy unikać cierpienia, wzorem Kaulakau.

ANTONI

Jak to, a krzyż?

ELKHESAICI

w sukniach hiacyntowych odpowiadają mu:

Smutek, poniżenie, potępienie i upadek naszych ojców zmazane są dzięki posłannictwu, które nadeszło.

Można zaprzeczać Chrystusa niższego, człowieka Jezusa; ale uczcić należy innego Chrystusa, który wykwitł z jego osoby pod skrzydłem Gołębicy. Czcijcie małżeństwo! Święty Duch jest niewieści!

Hilarion zniknął. Tłumy pchają Antoniego. Nagle widzi on przed sobą Karpokracjan.

KARPOKRACJANIE

leżą w towarzystwie kobiet na szkarłatnych poduszkach

Zanim wstąpisz do Jedności, przejdziesz szeregi czynów i warunków. By się wyzwolić od mroku, spełniaj od tej chwili ich wymogi! Małżonek rzeknie małżonce: „Czyń miłosierdzie twemu bratu”. I ona cię ucałuje.

NIKOLAICI

zgromadzeni wokół dymiącej potrawy

Jest to mięso złożone na ofiarę bożyszczom, weź je. Apostazja jest pozwolona, kiedy serce czyste. Napełnij swe ciało tym, czego pożąda. Staraj się je zniweczyć za pomocą rozpusty. Prunikos, matka niebios, pogrążyła się w nieczystości.

MARKOZJANIE

w złotych pierścieniach, oblani balsamem

Pójdź do nas, aby się z Duchem Świętym połączyć! Pójdź do nas, aby pić nieśmiertelność!

I jeden z nich pokazuje mu poza firanką ciało człowiecze zakończone głowę oślą. Wyobraża to Sabaotha, ojca Diabła. Na znak nienawiści pluje mu w twarz.

Inny odkrywa bardzo niskie łóżko obsypane kwieciem i mówi:

Ślub duchowy będzie wypełniony.

Trzeci, trzymając w ręku szklaną czarę, robi inkwokacje; krew się pokazuje.

Oto krew, oto krew Chrystusa!

Antoni się oddala. Wtem zalewa go woda wypływająca z dzbana.

HELWIDIANIE

rzucają się pod wodę, głową na dół i szepczą:

Człowiek odrodzony przez chrzest staje się bezgrzeszny.

Później przechodzi Antoni koło wielkiego ogniska, gdzie się grzeją Adamici, nadzyzupełnie, aby naśladować czystość Raju. Dalej znajdują się

MESSALIANIE

rozłożeni na ziemi, półuśpieni, ogłupiali

O, zdepcz nas, my się nie poruszymy! Praca jest grzechem, każde zajęcie jest złem!

Za nimi ohydni

PATERNIANIE

mężczyźni, kobiety, dzieci, rozrzuceni bezładnie na śmieciach, podnoszą swoje wstrętne twarze, zalane winem

Niższe części ciała, stworzone przez diabła, należą do niego. Jedzmy, pijmy, gzijmy!

AECJUSZ

Zbrodnia jest potrzebą zbyt niższą dla wzroku Boga.

ale nagle ukazuje się

CZŁOWIEK

odziany w strój kartagiński i wdzierając się w tłum, z pękiem rzemieni w ręku, uderza na prawo i lewo i gwałtownie mówi:

Ach! oszusty, zbrodniarze, symoniaki, heretycy, demony! Robactwo szkolne, wylęg piekielny! Ten oto Marcjon to rymarz z Synopy, wyklęty za kazirodztwo; Karpokratesa wygnano jako czarownika; Aecjusz okradł swą nałożnicę; Mikołaj z żony swej uczynił nierządnicę; a Manes, który każe nazywać się Buddą, a zowie się Cubricus, ostrzem trzciny został odarty ze skóry i ta wygarbowana wisi u bram Ktezyfonu!

ANTONI

poznawszy Tertuliana, biegnie ku niemu

Mistrzu, mistrzu! do mnie!

TERTULIAN

mówi dalej:

Burzyć bałwany! Osłonić dziewice! Módlcie się, pośćcie, biczujcie się, płaczcie! Precz z filozofią, precz z książkami! Po Chrystusie nauka jest bezużyteczna!

Wszyscy uciekli Antoni spostrzega na miejscu Tertuliana kobietę, siedzącą na ławce kamiennej. Kobieta, oparłszy głowę o słup, płacze; włosy jej rozwiane, ciało okryte długą ciemną włosienicą. Później znajdują się oboje koło siebie, z dala od tłumu; naraz zapanowuje milczenie jakieś i niezwykłe uspokojenie, jak w lesie, kiedy wiatr nagle się utrzymuje, a liście są nieruchome.

Kobieta jest bardzo piękna, nieco zniszczona i blada jak trup. Spoglądają na siebie i oczy ich przesyłają sobie całą falę myśli, tysiące rzeczy dawnych, niejasnych i głębokich. Wreszcie

PRYSCYLLA

przemawia

Byłam w ostatniej izbie kąpielowej i usypiałam, na ulicach była wrzawa. Nagle rozległy się krzyki: „To czarownik, to diabeł!” I tłum zatrzymał się przed naszym domem naprzeciw świątyni Eskulapa. Przytrzymując się rękami, spoglądałam przez okratowane okno. Na perystylu świątyni stał człowiek, który na szyi miał łańcuch żelazny.

Z małego piecyka brał on rozpalone węgle i w długich liniach ranił sobie piersi, wołając: „Jezus, Jezus!” A lud mówił: „To zakazane! Ukamienujmy go!” On zaś dalej czynił swoje. Były to rzeczy niesłychane, porywające. Kwiaty wielkie jak słońce wirowały przed mym okiem i słyszałam w powietrzu drganie złotej harfy. Dzień zapadł. Ramiona moje przełamały kraty, ciało moje omdlało, i gdy zaniósł mnie do swego domu...

ANTONI

O kim mówisz?

PRYSCYLLA

Ależ o Montanusie.

ANTONI

Montanus umarł.

PRYSCYLLA

To nieprawda.

GŁOS

Nie, Montanus nie umarł.

Antoni się odwraca. Obok niego, z drugiej strony na ławce, siedzi druga kobieta, jasnowłosa i jeszcze bladsza niż Pryscylla. Powieki ma zaczerwienione, jakby długo płakała.

Niepytana

MAKSYMILLA

mówi do Antoniego

Wracaliśmy z Tarsu górami, gdy na zakręcie drogi pod figą ujrzeliśmy nieznanego człowieka. Z dala wołał do nas: „Zatrzymajcie się!” i spieszył ku nam, urągając. Niewolnicy nadbiegli. Roześmiał się. Konie stanęły dęba. Psy wyły.

Człowiek stał wyprostowany. Pot spływał mu po twarzy. Płaszcz mu szeleścił od wiatru.

Nazwał nas po imieniu i wyrzucał nam próżność naszych dzieł i nikczemność naszych ciał, przy czym rękę podnosił w stronę dromaderów dla hałasu srebrnych dzwonków na ich pysku.

Jego wściekłość przerażała mi serce, a jednak razem kołysało mnie to i upajało, jak coś rozkosznego.

Naprzód, zbliżyli się niewolnicy. „Panie — rzekli — nasze bydlęta są zmęczone”. Potem zjawiły się kobiety: „Lękamy się” i niewolnicy odeszli. Potem dzieci zaczęły płakać: „Jesteśmy głodne”. A ponieważ nie odpowiedziano kobietom, te zniknęły.

On zaś mówił. Czułam, że ktoś jest przy mnie. Był to mój małżonek. Ja słuchałam tamtego. Mąż mój upadł na kamienie, wołając: „Opuszczasz mnie?”, a ja odrzekłam: „Tak! Idź precz!” i poszłam za Montanusem.

ANTONI

Za rzezańcem?

PRYSCYLLA

Ach, to dziwi cię, gburze? A przecież Magdalena, Joanna, Marta i Zuzanna nie sypiały w łożu Zbawiciela. Dusze silniej niż ciała mogą się łączyć w szale. By zachować bezkarnie Eustolię, biskup Leoncjusz się okaleczył — gdyż bardziej kochał swą miłość, niźli swą męskość. A wreszcie to nie moja wina: duch jakiś mnie zmusił do tego; Sotas nie mógł mnie wyleczyć. Jednakże Montanus jest okrutny! I cóż to znaczy? Jestem ostatnia z prorokiń, a po mnie nadejdzie koniec świata.

MAKSYMILLA

Obsypał mnie darami. Żadna go zresztą nie kochała tak — i nie jest tak przez niego kochaną.

PRYSCYLLA

Kłamiesz! To ja!

MAKSYMILLA

Nieprawda! To ja!

Biją się.

Nagle pomiędzy nimi ukazuje głowa Murzyna.

MONTANUS

w czarnym płaszczu, zapiętym dwiema trupimi kośćmi

Uspokójcie się, moje gołąbki. Niezdolni do ziemskiego szczęścia, znajdujemy się przez ten związek w pełni duchowej. Po wieku Ojca, wiek Syna; ja rozpoczynam wiek trzeci, wiek Parakleta. Światło jego spływało na mnie w ciągu czterdziestu nocy, gdy Jeruzalem niebieska płonęła na firmamencie, nad moim domem w Pepuzie. Ach, jakże wy krzyczycie z boleści, gdy was biczują rzemienie! Jak wasze członki zbolałe rwą się ku moim żarom! Jakże tęsknicie na mojej piersi miłością, która nigdy nie będzie urzeczywistniona. A ta miłość jest tak potężna, że otworzyła wam światy i możecie teraz oczami swymi widzieć duszę samą.

ANTONI

czyni gest podziwu.

TERTULIAN

zbliża się do Montanusa

Zapewne, ponieważ dusza ma ciało, a to, co nie ma ciała, nie istnieje.

MONTANUS

Aby uczynić duszę subtelniejszą, postanowiłem liczne udręczenia, trzy posty w ciągu roku i na każdą noc modlitwy, przy których usta się zamykają z bojaźni, aby oddech nie skalał myśli. Należy się powstrzymywać od drugich ślubów, albo raczej od wszelkiego małżeństwa. Aniołowie grzeszyli z niewiastami.

ARCHONTYCY

we włosienicach z grzyw końskich

Zbawiciel rzekł: „Przyszedłem, aby zniszczyć dzieło Niewiasty”.

TACJANIE

we włosienicach z sitowia

Drzewo zła to ona! Skórzany strój to nasze ciało.

Idąc dalej tą samą drogą, Antoni napotyka inne grupy. Są tu naprzód

WALEZJANIE

rozciągnięci na ziemi, z rozpaloną blachą na brzuchu, pod tuniką. Pokazują nóż.

Czyń jak Orygenes, jak my! Czyż się lękasz cierpienia, tchórzu? Czy cię powstrzymuje miłość twego ciała, hipokryto?

I gdy Antoni przygląda się Walezjanom, jak się krwawią nożami i kąpią we krwi własnej,

KAINICI

z włosami przewiązanymi żmiją, przechodzą koło niego wołając:

Chwała Kainowi! Chwała Sodomie! Chwała Judaszowi! Kain stworzył rasę Potężnych. Sodoma przeraziła świat swą kaźnią. Przez Judasza Bóg zbawił ludzkość. Bez Judasza nie masz śmierci i nie masz odkupienia!

Znikają poza gromadą ludzi odzianych w wilczą skórę, uwieńczonych cierniami i noszących żelazne maczugi. Są to

CIRCONCELLIONI

Niszczcie owoce! Mąćcie strumienie! Topcie dzieci! Rabujcie bogacza, który jest szczęśliwy, który je za dużo. Bijcie nędzarza, który zazdrości pokrycia osłu, kości psu, gniazda ptakowi i który rozpacza, że inni nie są nędzarzami, jak on. My, Święci, aby koniec świata przyspieszyć, trujem, palim, mordujem! Zbawienie jest tylko w męczeństwie. My zadajemy sobie męczeństwa. Obcęgami odrywamy skórę z naszych głów, rozciągamy nasze członki pod kołami wozów, rzucamy się w paszcze ognistych pieców. Biada Chrzęstowi! Biada Eucharystii! Biada małżeństwu! Potępienie powszednie!

Wówczas w całej bazylice wrzawa się staje dwakroć straszliwsza. Audianie strzałami biją w diabła, kollyrydianie rzucają w sufit błękitne płócienka, askici leżą rozciągnięci przed bukłakiem, marcjonici chrzczą umarłego oliwą. Obok Apellesa, pewna kobieta, aby wyjaśnić swą myśl pokazuje chlebek okrągły w butelce; inna w gronie sampsean niby hostię rozdziela kurz swych sandałów. Na zarzuconym różami łożu markozjan dwoje kochanków spoczywa w uścisku. Circoncellioni zarzynają się wzajem, walezjanie chrapią śmiertelnie, Bardesanes śpiewa, Karpokrates tańczy, Maksymilia i Pryscylla żałośnie jęczą, a fałszywa prorokini z Kapadocji, naga zupełnie, oparta na lwie i wstrząsająca trzema pochodniami, wyje Straszliwą Inwokację.

Kolumny chwieją się jak pnie drzew, amulety na szyjach herezjarchów błyskają ognistymi liniami, konstelacje w kaplicach poruszają się, a mury uchodzą w przestrzeń coraz dalej pod naciskiem przypływu i odpływu tłumu, którego każda głowa jest falą, co skacze i wyje.

Jednak z samej głębi tej wrzawy słyszeć się daje pieśń z wybuchami śmiechu. Imię Jezus w pieśni tej co raz się powtarza. Są to ludzie czerni, którzy klaszczą w dłonie dla oznaczenia kadencji. Wśród nich

ARIUSZ

w stroju zakonnika

Szaleńcy, którzy przeciw mnie gadają, myślą, że zdołają wytłumaczyć absurd. Aby ich zgnębić zupełnie, wymyśliłem śpiewki tak zabawne, że umieją je na pamięć we wszystkich młynach, szynkowniach i przystaniach.

Po tysiąc razy — nie! Syn nie jest współwieczny Ojcu, ani z tejże samej substancji. Inaczej nie powiedziałby: „Ojcze, oddal ode mnie ten kielich!” „Czemuż nazywacie mnie dobrym? Tylko Bóg jest dobry!”, „Idę do mego Boga, do waszego Boga!” I inne słowa, które świadczą o jego istocie. Nadto wszystkie jego nazwy wskazują nam jego naturę: baranek, pasterz, mądrość, studnia, syn człowieczy, prorok, dobra droga, kamień węgielny.

SABELIUSZ

Ja twierdzę, że obaj są identyczni.

ARIUSZ

Sobór antiocheński postanowił inaczej.

ANTONI

Więc cóż jest Słowo? Cóż jest Jezus?

WALENTYNIANIE

Był to małżonek Aszaramoth pokutującej.

SETIANIE

Był to Sem, syn Noego.

TEODOCJANIE

Był to Melchizedech.

KERYNTIANIE

Był to tylko człowiek.

APOLLINARYŚCI

Przyjął jego pozory! Jego męka była udaniem.

MARCELI Z ANCYRY

Jest rozwinięciem Ojca!

PAPIEŻ KALIKST

Ojciec i Syn są to dwa tryby istnienia jednego Boga.

METODIUSZ

Był naprzód w Adamie, potem w człowieku.

KERYNTIANIE

I zmartwychwstanie!

WALENTYN

Niemożliwe, gdyż ciało jego jest niebieskie.

PAWEŁ Z SAMOSATY

Jest on Bogiem dopiero od chwili chrztu.

HERMOGENES

Zamieszkuje na słońcu.

I wszyscy herezjarchowie otaczają Antoniego, którzy płacze, twarz ukrywszy w dłoniach.

ŻYD

o rudawej brodzie, którego skóra pokryta cętkami trądu, podchodzi blisko ku niemu i ryczy straszliwie:

Dusza jego była to dusza Ezawa! Cierpiał na chorobę bellerofoncką, a matka jego, pachnidlarka, oddała się raz Panterusowi, żołnierzowi rzymskiemu, na stogu zboża, wieczorem, w czasie żniwa.

ANTONI

żywo podnosi głowę; spogląda na nich w milczeniu, a później prosto idzie ku nim

Doktorzy, czarownicy, biskupi i zakonnicy, ludzie i widziadła! Precz! precz! Wszyscy jesteście kłamcy!

HEREZJARCHOWIE

Mamy męczeństwa bardziej męczeńskie niż twoje, modlitwy trudniejsze, porywy miłości wyższe, ekstazy nie mniej trwałe.

ANTONI

Ale nie macie objawienia! Nie macie dowodów!

Wówczas wszyscy podnoszą do góry zwitki papirusu, tabliczki drewniane, kawałki skóry, zeszyty materii i, pchając się jedni przez drugich, wołają:

KERYNTIANIE

Oto Ewangelia Hebrajczyków!

MARCJONICI

Ewangelia Pana!

MARKOZJANIE

Ewangelia Ewy!

ENKRATYCI

Ewangelia Tomasza!

KAINICI

Ewangelia Judasza!

BAZYLIDES

Traktat o duszy doszłej.

MANES

Proroctwo Barkufa.

Antoni uchodzi i dostrzega w ciemnym kącie gromadkę starców. Są to starzy ebionici, wyschli jak mumie o zgasłym spojrzeniu, białych brwiach.

EBIONICI

mówią drżącym głosem

Myśmy go znali, myśmy go znali, syna cieśli. Myśmy byli w jego wieku, myśmy mieszkali na jego ulicy. Bawił się on, lepiąc małe ptaszki z gliny, pomagał ojcu w robocie albo matce zwijał motki wełny kolorowej. Później wyjechał do Egiptu, skąd przyniósł wielkie tajemnice. Byliśmy w Jerycho, gdy przybył ten, co jadał szarańcze. Rozmawiali po cichu, tak że nikt ich nie słyszał. Ale od tego czasu narobił on wiele wrzawy w Galilei i wiele o nim mówiono!

powtarzają po cichu

Myśmy go znali! Myśmy go znali!

ANTONI

Ach, mówcie, mówcie jeszcze! Jak on wyglądał? Jaka była jego twarz!

TERTULIAN

Straszliwa i odpychająca! Przyjął on bowiem na swoją duszę wszystkie zbrodnie, wszystkie cierpienia i wszystkie okropności świata.

ANTONI

Ach, nie, nie! Ja sądzę przeciwnie, że cała jego osoba była nadludzkiej piękności.

EUZEBIUSZ Z CEZAREI

Jest w Peneadzie, obok jednej starej chaty, śród trawy, posąg kamienny postawiony, jak mówią, na jego cześć przez chorą na płynienie krwi. Ale czas mu wygryzł twarz, a deszcze napis zgładziły.

MARCELINA

wychodzi z grupy Karpokracjan

Niegdyś byłam diakonisą w Rzymie, w małym kościołku, gdzie wiernym pokazywałam srebrne posągi św. Pawła, Homera, Pitagorasa i Jezusa Chrystusa. Zachowałam tylko jego posąg.

otwiera płaszcz

Chcesz go widzieć?

GŁOS

On sam się pokazuje, gdy my go wzywamy. Oto chwila nadeszła! Pójdź!

Antoni czuje brutalną rękę, która go ciągnie za sobą.

Wstępuje na schody zupełnie ciemne; po wielu szczeblach staje przed drzwiami.

Wówczas ten, który go prowadzi (czy to Hilarion? Antoni nic nie wie) mówi do ucha innemu: „Pan się ukaże!” i wchodzą do izby niskiej, bez sprzętów. Uderza go naprzód widok olbrzymiej czerwonej gąsienicy z ludzką głową, z której wychodzą promienie i wyraz Knouphis greckimi literami wypisany wokoło. Leży ona na szczycie kolumny, pośrodku piedestału. Na innych ścianach izby medaliony żelazne wyobrażają głowy zwierząt, jako to wołu, lwa, orła, psa, a nadto osła.

Gliniane lampy, zawieszone pod tymi głowami, dają migotliwe światło. Antoni przez otwór w murze dostrzega księżyc jaśniejący z daleka na falach i nawet rozróżnia ich szmer regularny, i słyszy jak wiosła nawy, prującej fale, miarowo uderzają w ich łono.

Mężczyźni siedzą w kucki i twarz ukrywszy w płaszczu, od czasu do czasu wydają przygłuszone wycia.

Kobiety drzemią; czoło złożyły w dłoniach, łokcie oparły na kolana, a tak owinięte zasłonami, że powiedziałbyś, gromada rupieci wzdłuż muru. Obok nich półnagie dzieci, których ciało roi się od robactwa, patrzą idiotycznym okiem na płonące lampy. Nikt nic nie robi, wszyscy oczekują czegoś. Rozmawiają po cichu o swoich rodzinach, udzielają sobie lekarstw na rozmaite choroby. Niektórzy mają o świcie odpłynąć, ponieważ prześladowanie staje się coraz uciążliwsze. A jednak pogan łatwo otumanić. „Głupcy, oni sądzą, że my czcimy Knouphisa”. Ale jeden z braci, nagle uniesiony natchnieniem, staje przed kolumną, na której położono chleb w koszyku pełnym kopru i kokornaku.

Inni zajęli miejsca, tworząc równoległe szeregi.

NATCHNIONY

rozwiera zwój papirusowy pokryty pomieszanymi walcami

Na mrokach promień Słowa zestąpił i zabrzmiał głos potężny, który zdawał się głosem światła.

WSZYSCY

odpowiadają, kołysząc ciała

Kyrie elejson!

NATCHNIONY

Później Bóg Izraela stworzył człowieka. A pomagali mu ci oto:

pokazując medaliony

Astophaїos, Ozaїos, Sabaoth, Adonaї, Eloї, Jaô! A człowiek leżał w błocie wstrętny, słaby, nieruchomy, bezmyślny.

WSZYSCY

tonem żałosnym

Kyrie elejson!

NATCHNIONY

Ale Sofia, współczująca, ożywiła go cząstką swej duszy.

Wówczas, widząc człowieka tak pięknym, Bóg jął się gniewać. I uwięził go w swym Królestwie, i zakazał mu drzewa Wiedzy.

Ta raz jeszcze go wspomogła. Posłała węża, który długimi skrętami obudził w człowieku nieposłuszeństwo przeciw temu prawu nienawiści. A człowiek, posmakowawszy wiedzy, zrozumiał rzeczy niebieskie.

WSZYSCY

z siłą

Kyrie elejson!

NATCHNIONY

Ale Jabdalaoth przez zemstę zepchnął człowieka w materię i węża wraz z nim.

WSZYSCY

po cichu

Kyrie elejson!

Zamykają usta i milkną. Wonie portu w gorącem powietrzu mieszają się z dymem lamp. Knoty filują i trzeszcząc, zagasają; długie komary krążą w powietrzu. Antoni czuje się zbolały i udręczony; jest to niby uczucie potworności, które wokół niego się roztacza, zgroza wobec mającej popełnić się zbrodni. Ale

NATCHNIONY

uderzając piętą o ziemię, klaszcząc palcami, kołysząc głową na szalony rytm, przy dźwięku cymbałów i chrapliwej fujarki

Wyjdź, wyjdź, wyjdź z twej pieczary! Szybkobiegu, który biegasz bez nóg; chwytaczu, co porywasz bez rąk! Kręty niby rzeka, okrągły, jak słońce, czarny o złotych plamach, jako niebo zasiane gwiazdami! Podobny zwojom winorośli i obrączkowym ruchom wnętrzności! Niepoczęty! Niezapłodniony! Zjadaczu ziemi! Wiecznie młody! Wcielenie mądrości i przewidywania! Czczony w Epidaurze! Dobry dla ludzi! Ty, który uleczyłeś króla Ptolemeusza, żołnierzy Mojżesza oraz Glauka, syna Minosowego! Wyjdź, wyjdź, wyjdź z twej pieczary!

WSZYSCY

powtarzają

Wyjdź, wyjdź, wyjdź z twej pieczary!

Tymczasem nic się nie pokazuje.

Dlaczego? Cóż mu jest?

Zbliżają się wokoło, doradzają rozmaite sposoby.

Starzec jakiś ofiaruje grudkę ziemi i składa ją do koszyka. Wówczas coś się porusza wewnątrz, zieleń się rozsypuje, kwiaty upadają i ukazuje się głowa Pytona. Powoli zbliża się on do chleba i otacza go niby koło krążące wokół nieruchomego dysku, rozwija się, wydłuża; jest olbrzymi i ciężki. Aby nie dotknął, ziemi, mężczyźni trzymają go na piersiach, kobiety na głowach, a dzieci na ramionach; zaś ogon jego, wychodząc przez otwór w ścianie, sięga daleko, aż do samej głębi morza. Jego pierścienie dwoją się, zapełniają izbę, otaczają Antoniego.

WIERNI

liżąc jego skórę, wyrywają sobie chleb, którego on dotykał

To ty, to ty! Wzniesiony naprzód przez Mojżesza, złamany przez Ezechiasza, odrodzony przez Mesjasza! On pił ciebie w fali chrztu, ale tyś go porzucił w ogrodzie Oliwnym i wtedy uczuł on całą swą słabość. Gdy się wił na krzyżu, wyżej nad jego głową tyś się pienił na jego cierniowej koronie i patrzałeś na jego śmierć. Bo ty nie jesteś Jezus, tyś jest Słowo, tyś jest Chrystus!

Antoni mdleje z przerażenia i upada przed swą chatą pustelniczą; z rąk wysuwa mu się gorejąca głownia.

To wstrząśnienie otwiera mu oczy. Dostrzega falujący Nil, świetlisty od białych promieni księżyca, niby ogromnego węża na piasku, tak iż halucynacja się odnawia i Antoni sądzi, że jeszcze wciąż znajduje się wśród Ofitów. Otaczają go, wzywają, kładą swe tłumoki na wozy, idą ku przystani. Antoni odpływa z nimi. Mija czas nieokreślony.

Potem otacza go sklepienie więzienne. Kraty przed jego okiem rysują linie czarne na błękitnym tle; po bokach, w cieniu, ludzie płaczą i modlą się, otoczeni innymi, którzy ich pocieszają. Na zewnątrz, rzekłbyś, szmer niezliczonego tłumu. Promienny letni dzień.

Chrapliwe głosy wołają: „Ciasta, owoce, woda, napoje chłodzące, poduszki do siadania!” Od czasu do czasu grzmią oklaski. Antoni słyszy kroki ludzkie nad swą głową.

Nagle powietrze drga poruszone długim ryczeniem, potężnym i burzliwym jak szum wody u wodociągu. I dostrzega naprzeciw, za kratami innej klatki, lwa, który się przechadza, dalej szereg sandałów i gołych nóg, i sfałdowanych okryć purpurowych. W przestrzeni gromady ludzi spiętrzone symetrycznymi kołami od najniższego, które otacza arenę, aż do najwyższego, gdzie unoszą się maszty ze sznurami, podtrzymujące szerokie płótno. Schody promieniujące ku środkowi dzielą na równe działy te wielkie koła kamienne. Szczeble ich nikną pod tłumem ludu, rycerzy, senatorów, plebejuszów, westalek i kurtyzan w kapturach wełnianych, w płaszczach jedwabnych, w tunikach złotych, z ozdobami z drogich kamieni, z pióropuszami, z rózgami liktorów; a wszystko huczy i krzyczy, szumi i wyje, i ogłusza Antoniego jak woda kipiąca w olbrzymim kotle. Pośrodku areny, na ołtarzu, dymi się wazon z kadzidłem.

Tak więc, otaczający go ludzie są to chrześcijanie skazani na pożarcie przez dzikie zwierzęta. Mężczyźni noszą czerwone płaszcze kapłanów Saturna, kobiety szarfy Cerery. Przyjaciele ich dzielą pomiędzy sobą skrawki ich odzieży, pierścienie. Aby dostać się do więzienia, mówią oni, trzeba było wydać dużo pieniędzy. I cóż to szkodzi! Pozostaną do końca.

Śród tych pocieszycieli Antoni dostrzega człowieka łysego, w czarnej tunice, którego twarz gdzieś już spotkał; mówi im on o znikomości świata i o szczęśliwości wybrańców. Antoni jest przepełniony miłością. Pragnie sposobności, aby oddać życie za Zbawiciela i nie wie nawet, czy sam nie jest jednym z tych męczenników. Ale oprócz długowłosego Frygijczyka, który stoi z podniesionymi do góry dłońmi, wszyscy są smutni. Starzec jakiś płacze na ławie, a młody człowiek, stojąc przy nim, marzy z pochyloną głową.

STARZEC

który nie chciał zapłacić, stoi w rogu korytarza, pod posągiem Minerwy, spogląda na swych towarzyszy okiem, które mówi:

Powinni byliście mi pomóc. Gminy niekiedy urządzają się tak, aby je w spokoju pozostawiono. Wielu z was pozyskało nawet listy świadczące fałszywie, żeście ofiarowali bałwanom.

i pyta się głośno:

Czyż to nie Piotr Aleksandryjski postanowił, co należy uczynić, gdy się kto zachwiał w męczeństwie?

później do siebie

Ach, jest to ciężko w moim wieku! Osłabienie czyni mnie chwiejnym! A jednak mogłem żyć aż do drugiej zimy jeszcze.

Wspomnienie ogródka rozrzewnia go i patrzy w stronę ołtarza.

MŁODZIENIEC

który wzburzył święto Apollona, szemrze

Gdybym był chciał, mógłbym uciec w góry.

INNY

Żołnierze by cię ujęli.

MŁODZIENIEC

O, uczyniłbym jak Cyprian: powróciłbym, ale za drugim razem miałbym więcej siły, to pewna!

I rozmyśla o niezliczonych dniach, które miał przeżyć, i o wszystkich rozkoszach, których nie pozna, i patrzy w stronę ołtarza. Ale

CZŁOWIEK W CZARNEJ TUNICE

przybiega doń

Co za zgorszenie! Jak to, ty, ofiara wybrana? Pomyśl, wszystkie te kobiety spoglądają na ciebie! A potem Bóg niekiedy czyni cuda! Pioniusz zdrętwił ręce swych katów, krew Polikarpa zagasiła ognie jego stosu.

zwraca się do starca

Ojcze, ojcze! ty byś nas powinien budować swoją śmiercią. Opóźniając ją, popełniłbyś zapewne jakiś zły uczynek, który by zniszczył owoc uczynków dobrych. Zresztą potęga Boga jest nieskończona. Może twój przykład nawróci cały naród.

W klatce lwy chodzą tam i na powrót, nie zatrzymując się wcale, ruchem ciągłym i niecierpliwym. Największy nagle patrzy na Antoniego, ryczy i para z jego ust wychodzi. Kobiety tulą się do mężczyzn.

POCIESZYCIEL

chodząc od jednego do drugiego

Cóżbyście powiedzieli, cobyś powiedział, gdyby cię męczono rozpalonym żelazem, gdyby cię konie tratowały, gdyby ciało twe, miodem oblane, zostało wydane muchom na pożarcie. Byłbyś jak myśliwy, który niespodzianie zginął w lesie.

Antoni wolałby wszystko inne niż te straszliwe dzikie bestie; zdaje mu się, że czuje ich zęby, ich szpony, słyszy jak jego kości chrzęszczą pod ich kłami. Jedna bestia wchodzi do ciemnicy; męczennice drżą. Jeden tylko jest niewzruszony, Frygijczyk, który modli się na uboczu. Spalił on trzy świątynie. Idzie naprzód z podniesionymi ramionami, z otwartymi ustami, głową ku niebu wzniesioną: nie widzi nic, jak lunatyk.

POCIESZYCIEL

krzycząc

Precz, precz! Duch Montanusa opętałby was!

WSZYSCY

cofając się z krzykiem

Potępienie montaniście!

Lżą go, plują, chcieliby bić. Lwy zamknięte kąsają swe grzywy. Lud wyje „Do bestii, do bestii!” Męczennicy płaczą i obejmują się nawzajem pożegnalnie. Ofiarują im czarę narkotycznego wina, żywo idzie ona z rąk do rąk. U wrót klatki druga bestia czeka sygnału; wrota się otwierają, lew wybiega. Przeskakuje arenę wielkimi skośnymi krokami. Za nim skaczą inne lwy, potem niedźwiedź, trzy pantery, lampart. Rozsypują się jak stado na łące, słychać trzask bicza. Chrześcijanie chwieją się; bracia popychają ich dla zachęty. Antoni zamyka oczy.

Otwiera je, ale otacza go ciemność.

Wkrótce się rozjaśnia, widać równinę suchą i wzorzystą, w rodzaju tych, jakie się znajdują koło opuszczonych kamieniołomów. Tu i ówdzie krzaki i kamienne płyty na samej ziemi; postacie białe nie wyraźniejsze od obłoków, schylone są nad nimi. Nadchodzą inne po cichu. Oczy jaśnieją przez szczeliny zasłon. Z niedbałości chodu, z aromatów, jakie czuć od nich, Antoni poznaje patrycjuszki. Są też mężczyźni, ale niższego stanu, twarze ich bowiem są grube i naiwne.

JEDNA Z KOBIET

oddychając szeroko

Ach, jakże to dobre, powietrze chłodnej nocy, pośród grobowisk. Takem zmęczona miękkością łoża, hałasem dni, ciężkością słońca!

Służąca wyjmuje jej z worka głownię, którą zapala. Wierni zapalają inne pochodnie, aby je utkwić na grobach.

DRUGA

dysząc ze znużenia

Ach, na koniec jestem. Ale co to za rozpacz wyjść za bałwochwalcę!

TRZECIA

Odwiedzanie więzień, rozmowy z naszymi braćmi, wszystko jest podejrzane dla naszych mężów. I nawet kryć się musimy, robiąc znak krzyża; wzięliby to za jakieś zaklęcie magiczne.

CZWARTA

Z moim co dzień miałam spory. Nie chciałam poddać się nadużyciom, jakich wymagał od mego ciała. Więc, aby się zemścić, kazał mnie prześladować jako chrześcijankę.

PIĄTA

Czy pamiętacie Lucjusza, tego młodzieńca, tak pięknego, którego ciągniono za nogi z tyłu wozu, jak Hektora, od bramy Eskwilińskiej aż do gór Tyburskich? I z obu stron drogi krew zalewała trawę. Ja zebrałam jej krople, oto ona!

Wyjmuje z zanadrza gąbkę czarną od krwi i błota, okrywa ją pocałunkami i rzuca się na mogiłę z okrzykiem:

O, mój drogi, mój drogi!

JEDEN Z MĘŻCZYZN

Dziś właśnie mija trzy lata, kiedy umarła Domitilla. Ukamienowano ją w gaju Prozerpiny. Zebrałem jej kości, które świeciły, jak robaczki świętojańskie w trawie. A teraz ziemia je pokrywa.

Rzuca się na trumnę.

O, moja narzeczona! moja narzeczona!

A INNI

wśród równiny

O, moja siostro! o mój bracie! moja córko! moja matko! moja żono!

Klęczą, zakrywszy oczy dłońmi, albo krzyżem leżą na ziemi. Jęki i płacze, które powstrzymują, ledwie nie rozrywają im piersi. Patrzą ku niebu, mówiąc:

Ulituj się nad tą duszą, o Panie! Ona tęskni w krainie cieniów; racz jej dać zmartwychwstanie, aby się radować mogła twym światłem!

Albo utkwiwszy wzrok w mogiłę, szepczą:

Uspokój się, nie cierp już! Przyniosłam ci wina i mięsa!

WDOWA

Oto jest ciasto przygotowane przeze mnie podług jego smaku: dużo jajek i podwójna miara mąki. Zjemy je razem, jak bywało niegdyś, nieprawdaż?

Kąsek do ust przykłada i nagle zaczyna się śmiać w sposób nadzwyczajny, frenetyczny. Inne, jak ona, przegryzają kawałek i piją łyk wody. Opowiadają sobie historie swego męczeństwa. Egzaltują swe cierpienia, libacje rosną. Oczy zalane łzami spoglądają na siebie wzajemnie. Bełkoczą z upojenia i przygnębienia. Z wolna ręce ich się dotykają, wargi łączą, zasłony odchylają, i śród kielichów pochodni mieszają się ze sobą na mogiłach.

Niebo zaczyna bieleć. Odzież ich od mgły wilgotnieje — i, jakby nieznajomi, rozchodzą się różnymi drogami na wieś.

Słońce świeci. Trawy urosły. Równina się zmieniła.

Antoni dostrzega wyraźnie poprzez bambusy las kolumn wysokich, barwy szarobłękitnej. Są to pnie drzewa, pochodzące z jednego pnia. Z każdej gałęzi wychodzą inne gałęzie, które się pogrążają w ziemi, i całość tych linii pionowych i poziomych, nieskończenie urozmaicona, stanowiłaby jakieś potworne rusztowanie, gdyby od czasu do czasu nie rosły tu figi o liściach czarniawych, jak liście sykomorów.

Antoni spostrzega w ich zagłębieniach grona kwiatów żółtych, kwiaty fioletowe i paprocie, podobne do piór skrzydlatych ptaków.

U najniższych gałęzi ukażą się czasami rogi bawołu lub jasne oczy antylopy; papugi drzemią, motyle fruwają, jaszczurki pełzają, ropuchy brzęczą; i śród milczenia słychać jakby pulsowanie rozlewnego życia.

U wejścia do lasu, na rodzaju stosu, rzecz dziwna: siedzi człowiek, owinięty krajką ze skóry krowiej, nagi całkowicie, suchszy niż mumia; stawy jego tworzą węzły u kończyn, które wyglądają niby kije. W jego ustach gnieżdżą się ślimaki, twarz ma wydłużoną, nos jak dziób krogulca. Ramię jego lewe, wystawione prosto na powietrze, zesztywniało jak pień. Siedzi on tu od bardzo dawna, od chwili, gdy ptaki w jego włosach uwiły gniazdo.

Z czterech stron jego stosu płoną cztery ognie. Słońce świeci wprost naprzeciw niego. On spogląda na nie szeroko rozwartym okiem i nie patrząc na Antoniego, pyta:

Braminie znad brzegów Nilu, cóż ty o tym powiesz?

Płomienie wychodzą ze wszech stron przez otwory belek, a

GYMNOSOFISTA

mówi dalej

Jak nosorożec pogrążyłem się w samotności. Zamieszkałem drzewo za sobą.

W istocie drzewo figowe na korze swojej ma wydrążenie przyrodzone formy człowieka.

Karmiłem się kwiatami i owocami, z takim zachowaniem przepisów, że nawet pies nie widział mnie jedzącego. Ponieważ byt pochodzi z zepsucia, zepsucie z żądzy, żądza z wrażenia, wrażenie z zetknięcia, unikałem wszelkiego zetknięcia; i nieruchomy jak słup na mogile, wydychając oddech nozdrzami, utkwiwszy wzrok na swoim nosie, rozważając eter w swym duchu, świat w swoich członkach, księżyc w swoim sercu, rozmyślałem o istocie wielkiej Duszy, skąd nieustannie wypływają, jak ogniste iskry, pierwiastki życia. Pojąłem w końcu najwyższą Duszę we wszystkich istotach, wszystkie istoty w najwyższej Duszy, i doszedłem do tego, że tam uniosłem swą duszę, w której pomieściłem zmysły. Otrzymuję wiedzę wprost z nieba, jak ptak Czataka, który zaspakaja pragnienie tylko w promieniach deszczu. Przez to samo, że znam rzeczy, rzeczy już nie istnieją. Nie masz dla mnie teraz ani nadziei, ani troski, ani szczęścia, ani cnoty, ani dnia, ani nocy, ani mnie, ani ciebie, nie ma bezwzględnie nic. Przez moje umartwienia straszliwe stałem się wyższy od Potęg. Natężenie mej myśli może zabić stu synów królewskich, strącić bogi z tronów, wstrząsnąć światem.

Powiedział to wszystko głosem jednostajnym. Liście dokoła zwijają się, szczury uciekają po ziemi. Powoli opuszcza oczy ku płomieniom, które rosną i dodaje:

Znienawidziłem formę, znienawidziłem postrzeganie, znienawidziłem nawet poznanie samo, bo myśl nie przeżuwa przelotnego zjawiska, które ją wywołuje, a duch jest złudzeniem tak samo, jak wszystko inne. Wszystko, co się narodziło, zginie; wszystko co umarło, odżyje; istoty dziś zniknione przebywać będą w nieurodzonych jeszcze łonach i powrócą na ziemię, aby służyć cierpieniom innych stworzeń. Ale ponieważ toczyłem się w nieskończonej liczbie istnień, w postaci bogów, ludzi i zwierząt, zrzekam się podróży i nie chcę już tej męki! Opuszczam brudną gospodę mojego ciała, zbudowaną z mięsa, czerwoną od krwi, pokrytą ohydną skórą, pełną bezeceństwa; i w nagrodę usnę na koniec w najgłębszym Absolucie, w Unicestwieniu.

Płomienie sięgają mu aż do piersi, potem go ogarniają. Głowa jego przechodzi wskroś, jak przez dziurę w ścianie, szeroko otwarte oczy wciąż spoglądają w bezmiar.

ANTONI

powstaje

Pochodnia na ziemi zapaliła wióry drzewa, a płomienie uczerwieniły mu brodę. Z krzykiem, Antoni nogami depcze ogień i gdy już pozostała tylko garść popiołu:

Gdzie jest Hilarion? Był tu przed chwilą.

Widziałem go.

Nie, to niemożliwe, mylę się!

Dlaczego? Moja chata, te kamienie, piasek może są mniej rzeczywiste. Szaleję! Spokoju! Gdzie ja byłem? Co to było?

Ach, gymnosofista!... Taka śmierć jest powszechna wśród mędrców indyjskich. Kalanos spalił się wobec Aleksandra, inny zrobił to samo za czasów Augusta. Straszną nienawiść życia muszą czuć oni, jeżeli tylko pycha nie skłania ich do tego. Nic to nie znaczy, nieustraszeni są w męczeństwie! Co do tych, to wierzę teraz we wszystko, co mi opowiadano o rozkiełzaniu, jakie wywołują.

A przedtem? Tak. Przypominam sobie, tłum herezjarchów. Co za krzyki, co za oczy! Ale po cóż tyle wybuchów ciała i tyle obłędów ducha? Oni roją, że idą do Boga tymi wszystkimi drogami. Jakim prawem mam ich przeklinać, ja, który chwieję się na swojej własnej drodze? Kiedy zniknęli, może się mogłem dowiedzieć więcej. Wirowało to zbyt szybko, nie miałem czasu odpowiedzieć. Teraz zdaje się, jakby w moim umyśle było więcej przestrzeni i więcej światła. Jestem spokojny. Czuję się zdolny... Ale cóż to? Zdawało mi się, żem zagasił ogień.

Jakiś płomień błyska śród gałęzi i wkrótce w dali na górze słyszeć się daje przerywany głos.

Czy to wycie hieny, czy łkanie zabłąkanego wędrowca?

Antoni słucha, płomień się zbliża.

I widzi kobietę zapłakaną, opartą na ramieniu człowieka z białą brodą. Kobieta ma na sobie suknię purpurową w łachmanach. On ma gołą głowę jak ona i tunikę tej samej barwy, w ręku trzyma naczynie brązowe, z którego wychodzi mały błękitny płomyk. Antoni się boi i chciałby wiedzieć, kto jest ta kobieta.

OBCY (SZYMON)

Jest to młoda dziewczyna, biedne dziecko, które wszędzie ze sobą prowadzę.

Potrząsa naczyniem brązowym.

Antoni przygląda się kobiecie przy blasku migotliwego płomyka.

Kobieta ma na twarzy znaki ukąszeń, wzdłuż ramienia sińce od uderzeń; rozwiane włosy czepiają się dziur w łachmanach, oczy zdają się niewrażliwe na światło.

SZYMON

Niekiedy bywa ona w takim stanie bardzo długo, nie mówiąc nic i nic nie jedząc. Potem się budzi i opowiada rzeczy cudowne.

ANTONI

Naprawdę?

SZYMON

Ennoia, Ennoia, Ennoia! Powiedz, co masz do powiedzenia.

Kobieta przewraca źrenicami, jakby budziła się ze snu. Powoli przeciera rzęsy i mówi głosem bolesnym.

HELENA (ENNOIA)

Przypominam sobie krainę odległą barwy szmaragdowej. Jedyne drzewo w niej rośnie.

Antoni drży.

Na każdym stopniu jego szerokich gałęzi siedzi w powietrzu para Duchów. Gałęzie naokół nich krzyżują się jak żyły ciała, a Duchy patrzą na życie wieczne, które krąży od korzeni ukrytych w cieniu, aż do zenitu, wyższego nad słońce. Ja na drugiej gałęzi oświecałam swą twarzą noce letnie.

ANTONI

dotykając czoła ręką

A, rozumiem... głowa.

SZYMON

kładąc palec tu ustach

Cyt!

HELENA

Żagiel był wzdęty, statek pruł fale morza. On mi mówił: „I cóż, że zburzę ojczyznę, że stracę królestwo? Ty należeć będziesz do mnie, w mym domu”. Jakże słodka była wysoka izba w jego pałacu! Kładł się na łożu z kości słoniowej i całując moje włosy, śpiewał miłośnie. Wieczorem patrzyłam na dwa obozy, na ognie jakie zapalano. Ulissesa widziałam na progu swego namiotu, Achillesa, który w pełnej zbroi prowadził wóz wzdłuż morskiego brzegu.

ANTONI

Ależ ona jest zupełnie szalona. Cóż to znaczy?

SZYMON

Cyt, cyt!

HELENA

Natarli mnie maścią i wonnościami i sprzedali mnie gawiedzi, abym ją bawiła. Pewnego wieczoru stałam i grałam na cytrze; przy mojej muzyce marynarze greccy tańcowali. Deszcz jak wodospad spadał na szynkownię, a kielichy gorącego wina parowały. Jakiś człowiek wszedł, choć drzwi się nie otwierały.

SZYMON

To byłem ja! Jam ją odnalazł. Patrz, Antoni, oto ona, ta, którą nazywają Sigeh, Ennoia, Barbelo, Prounikos! Duchy rządzące światem zazdrościły jej i przywiązały ją do ciała kobiety. Była ona Heleną Trojańczyków, której pamięć przeklął poeta Stezychor. Była Lukrecją, patrycjuszką, zgwałconą przez królów. Była Dalilą, która obcięła włosy Samsona. Była tą córą Izraela, która oddawała się kozłom. Kochała cudzołóstwo, bałwochwalstwo, kłamstwo i głupotę. Grzeszyła ze wszystkimi ludami. Śpiewała na wszystkich rynkach. Całowała wszystkie twarze.

W Tyrze jako Syryjka była kochanką złodziei. Piła z nimi w czasie nocy i ukrywała zabójców w robactwie swego ciepłego łoża.

ANTONI

Ach, cóż mi do tego?...

SZYMON

z gniewną twarzą

Jam ją wykupił, powiadam ci, i przywróciłem do dawnego blasku; tak, że Kajus Cezar Kaligula ukochał ją i chciał zostać małżonkiem Seleny.

ANTONI

A więc...

SZYMON

Bo ona jest Selene, bogini księżyca, sam Księżyc. Papież Klemens czyż nie kazał jej uwięzić we wieży? Trzystu ludzi pilnowało wieży i w każdym z jej okien ukazał się naraz księżyc, choć nie ma na świecie wielu księżyców i jedna tylko Ennoia.

ANTONI

Tak... przypominam coś sobie.

I zapada w marzenie.

SZYMON

Niewinna jak Chrystus, który zginął dla mężczyzn, ona ofiarowała się dla kobiet, gdyż niemoc Jehowy objawia się w przejściu przez Adama i należy zburzyć stare prawo, wrogie porządkowi rzeczy. Jam opowiadał o tym odnowieniu w Efraim i w Issachar; wzdłuż potoku Besor, poza jeziorem Hula, w dolinie Megiddo i dalej za górami, w Bostrze i w Damaszku. Niechaj przyjdą do mnie ci, co są pokryci winem, ci, co są pokryci błotem, ci, co są pokryci krwią; a ja obmyję ich plamy przy pomocy Ducha Świętego, którego Grecy nazwali Minerwą. Ona jest Minerwą, ona jest Duchem Świętym. Jam jest Jowisz, Apollon, Chrystus, Paraklet, wielka potęga Boga, wcielona w osobie Szymona.

ANTONI

Więc to ty, więc to ty! Ale ja znam twoje zbrodnie. Urodziłeś się w Gittoi, niedaleko Samarii. Dositheos, twój pierwszy mistrz odpędził ciebie. Nienawidzisz Świętego Pawła, że nawrócił jedną z twych żon; i zwyciężony przez Świętego Piotra, ze strachu i wściekłości rzuciłeś w fale worek, zawierający twe czarodziejstwa.

SZYMON

Czy chcesz go widzieć?

Antoni spogląda na niego, a głos wewnętrzny szepce mu w piersi: „Dlaczego nie?”

Szymon mówi dalej:

Ten, który zna siły natury i istotę duchów, może czynić cuda. Jest to marzenie wszystkich mędrców i pragnienie, które ciebie też pożera. Wyznaj to!

Śród Rzymian latałem w cyrku tak wysoko, że już mnie nikt nie zobaczył. Neron kazał mi obciąć głowę, ale zamiast mojej — głowa owcy spadła na ziemię. Na koniec pogrzebano mnie żywcem, ale na trzeci dzień zmartwychwstałem. Dowód, że oto jestem.

Daje mu ręce do powąchania. Czuć je trupem.

Antoni się cofa.

Z mojej sprawy poruszają się węże spiżowe, śmieją się posągi z marmuru, psy mówią ludzkim głosem. Pokażę ci niezliczoną ilość złota, królów posadzę na tronach, ludy uklękną przede mną. Mogę chodzić po obłokach i po wodzie, mogę przejść przez góry, ukazać się jako młodzieniec, jako starzec, jako tygrys i jako mrówka. Mogę wziąć twoją twarz, dać ci swoją, wywoływać pioruny. Czy słyszysz?

Piorun grzmi, a za nim błyskawice.

To głos Najwyższego! Gdyż przedwieczny twój Bóg jest ogniem i wszystkie stworzenia powstają z płomieni tego ogniska. Przyjmij ten chrzest ogniowy, drugi chrzest zapowiedziany przez Jezusa, a który spadł na Apostołów pewnego dnia w czasie burzy, gdy okno było otwarte.

I powoli porusza płomień ręką, jakby chcąc skropić Antoniego.

Matko miłosierdzia, ty, która odkrywasz tajemnice, abyśmy uzyskali spokój w ósmym domu...

ANTONI

wołając

O, gdybym miał wodę święconą!

Płomień gaśnie, wywołując wiele dymu.

Ennoia i Szymon zniknęli.

Mgła nadzwyczaj zimna, nieprzezroczysta i cuchnąca napełnia powietrze.

ANTONI

wyciągając ramiona jak ślepy

Gdzie jestem?... Lękam się spaść w otchłań. A krzyż zapewne daleko ode mnie. O co za noc, co za noc!

Od uderzenia wiatru mgła pryska. Antoni dostrzega dwóch ludzi przyodzianych w długie białe płaszcze. Pierwszy jest wysokiego wzrostu, twarz ma łagodną, postawę poważną. Jego jasne włosy, rozdzielone jak włosy Chrystusa, prawidłowo spadają mu na ramiona. Rzuca pałeczkę, którą miał w ręku, a którą chwyta jego towarzysz z ukłonami na sposób wschodni. Ten ostatni jest mały, gruby, płaskonosy, kark ma skłębiony, włosy kędzierzawe, twarz dobroduszną. Obaj idą boso, z gołą głową i kurzem pokryci, jak ludzie, co z dalekiej przychodzą podróży.

ANTONI

wzburzony

Czego chcecie? Mówcie! Idźcie precz!

DAMIS

(mały człowiek)

Ho, ho, dobry pustelniku? Czego ja chcę? Ja nic nie wiem. Oto mistrz!

Damis siada, drugi stoi. Milczenie.

ANTONI

znów pyta

Wy tu przychodzicie?...

DAMIS

O! Z daleka, z bardzo daleka!

ANTONI

I udajecie się?...

DAMIS

pokazując na drugiego

Dokąd on zechce.

ANTONI

Któż on jest?

DAMIS

Spójrz nań.

ANTONI

do siebie

Wygląda jak święty! Gdybym śmiał...

Mgła rozwiała się. Pogoda jasna. Księżyc świeci.

DAMIS

O czym ty myślisz, że już nic nie mówisz?

ANTONI

Myślę... O, nic...

DAMIS

Zbliża się do Apoloniusza i kilka razy zgiąwszy grzbiet i nie podnosząc głowy, obchodzi go dokoła.

Mistrzu, oto pustelnik galilejski, który by pragnął poznać źródła mądrości.

APOLONIUSZ

Niechaj się zbliży.

Antoni się waha.

DAMIS

Zbliż się!

APOLONIUSZ

głosem grzmiącym

Zbliż się! Chciałbyś poznać, kto jestem, com uczynił, co myślę, czy nieprawda, moje dziecko?

ANTONI

...O ile jednak te rzeczy mogą być pomocne do mego zbawienia.

APOLONIUSZ

Raduj się, ja ci opowiem.

DAMIS

cicho do Antoniego

Czyż to możliwe? Musiał on w tobie z pierwszego rzutu oka dostrzec niezwyczajne usposobienie do filozofii. Ja też z tego skorzystam.

APOLONIUSZ

Opowiem ci naprzód długą drogę, jaką przebiegłem, aby osiągnąć moją doktrynę. Jeżeli znajdziesz w całym mym życiu jeden czyn niedobry, zatrzymaj mnie, gdyż ten musi gorszyć słowem, kto grzeszył czynem.

DAMIS

do Antoniego

Co za mąż sprawiedliwy! Hę?

ANTONI

Ostatecznie sądzę, że jest szczery.

APOLONIUSZ

W noc moich narodzin matka moja śniła, że zrywa kwiaty nad brzegiem jeziora. Zalśniła błyskawica i przyszedłem na świat przy pieśni łabędzi, które śpiewały w marzeniu mej matki. Do piętnastego roku życia trzy razy dziennie kąpano mnie w źródle Asbadei, od której wody krzywoprzysięzcy dostają puchliny wodnej. A ciało moje pocierano liśćmi konyzy, abym był czysty.

Księżniczka Palmiry przybyła raz wieczorem po mnie, aby mi ofiarować skarby ukryte w znajomych sobie mogiłach. Kapłanka ze świątyni Diany, z rozpaczy przecięła sobie gardło nożem ofiarnym, a gubernator Cylicji zapowiedział rodzinie mej, że mnie każe zamordować, ale on to w trzy dni później zginął, zabity przez Rzymian.

DAMIS

do Antoniego, potrącając go łokciem

Hę? Nie mówiłem ci, co za człowiek?

APOLONIUSZ

Przez cztery lata z kolei zachowywałem milczenie absolutne, milczenie pitagorejczyków. Najbardziej nieprzewidziany ból nie budził we mnie westchnienia, a w teatrze, gdym wchodził, uciekali ode mnie ludzie, jak od widma.

DAMIS

Czy ty byś umiał to zrobić?

APOLONIUSZ

Kiedy minął czas mojej próby, zamierzyłem nauczać kapłanów, którzy zatracili tradycję.

ANTONI

Jaką tradycję?

DAMIS

Pozwól mu mówić, nie odzywaj się.

APOLONIUSZ

Odwiedziłem samanejczyków znad Gangesu, astrologów z Chaldei, magów z Babilonu, druidów galijskich, kapłanów murzyńskich. Rozprawy z nimi toczyłem. Wdarłem się na czternaście Olimpów, zgłębiłem jeziora Scytii, wymierzyłem ogrom pustyni.

DAMIS

A jednak to wszystko prawda. I ja tam byłem także.

APOLONIUSZ

Poszedłem naprzód ku Morzu Hyrkańskiemu, obszedłem je dokoła i przez kraj Baraomatów, gdzie jest pogrzebiony Bucefał, zstąpiłem ku Niniwie. U bramy miejskiej jakiś człowiek zbliżył się do mnie.

DAMIS

To ja, to ja, mój dobry mistrzu! Pokochałem cię zaraz. Ty byłeś słodszy niż dziewczyna i piękniejszy niż Bóg.

APOLONIUSZ

nie słuchając go wcale

Chciał mi towarzyszyć, aby mi służyć za tłumacza.

DAMIS

Aleś ty odpowiedział, że rozumiesz wszystkie języki i że odgadujesz wszystkie myśli. Wtedy ucałowałem rąbek twego płaszcza i poszedłem za tobą.

APOLONIUSZ

Z Ktezyfonu zawróciliśmy do krainy babilońskiej.

DAMIS

I satrapa aż krzyknął na widok człowieka tak bladego.

ANTONI

do siebie

Co znaczy?...

APOLONIUSZ

Król mnie przyjął, stojąc przy srebrnym tronie w sali okrągłej, przyozdobionej malowidłem gwiazd. A z kopuły zwieszały się, na niewidzialnych niciach uczepione, cztery wielkie ptaki złote o rozpostartych skrzydłach.

ANTONI

marząc

Czyliż są na świecie podobne rzeczy?

DAMIS

Cóż to za miasto ten Babilon! Wszyscy tam są bogaci. Domy, malowane na niebiesko, mają wrota spiżowe i schody skierowane w stronę rzeki.

rysując kijem na ziemi

O, tak! widzisz? A potem co za świątynie, place, łaźnie, wodociągi! Pałace są pokryte miedzią czerwoną! A gdybyś widział wnętrze!

APOLONIUSZ

Na stronie północnej murów miasta znajduje się wieża, na której stoi druga, i trzecia, i czwarta, i piąta... jeszcze trzy inne! W ósmej wieży mieści się kaplica z łożem. Nikt tam wejść nie może, oprócz kobiety, wybranej przez kapłanów dla boga Belusa. Król Babilonu tam mi dał siedzibę.

DAMIS

Na mnie zaledwie że zwracali uwagę. Toteż sam przechadzałem się po ulicach. Poznawałem obyczaje, odwiedzałem warsztaty, oglądałem wielkie maszyny, które sprowadzają wodę do ogrodów. Ale przykro mi było, żem był z mistrzem rozłączony.

APOLONIUSZ

Na koniec opuściliśmy Babilon i przy blasku księżyca ujrzeliśmy nagle kobyłę.

DAMIS

A tak! Skakała na żelaznych kopytach, rżała jak osioł, galopem pędziła po urwiskach. On ją przeklął i kobyła zniknęła.

ANTONI

na stronie

I czegóż oni chcą?

APOLONIUSZ

W Taksili, stolicy o pięciu tysiącach fortec, Fraortes, król Gangesu, pokazał nam swą straż, ludzi czarnych, wysokich na pięć łokci, a w ogrodach jego pałacu, pod pawilonem z zielonego aksamitu był słoń olbrzymi, którego królowe dla zabawy oblewały wonnościami. Był to słoń Porusa, który uciekł po śmierci Aleksandra...

DAMIS

A którego znaleziono w lesie.

ANTONI

Mówią obficie jak ludzie pijani.

APOLONIUSZ

Fraortes zasadził nas za swym stołem.

DAMIS

Dziwny kraj! Panowie w czasie uczty bawią się rzucaniem strzał pod nogi tańczących dzieci. Ale ja nie chwalę...

APOLONIUSZ

W chwili odjazdu król mi dał parasol i rzekł: „Mam na Indusie stado białych wielbłądów. Kiedy już chcieć ich nie będziesz, gwizdnij im w uszy. Wnet powrócą do mnie”. Poszliśmy w dół wzdłuż rzeki, idąc nocą przy blasku robaczków świętojańskich, które świeciły w bambusach. Niewolnik świszczał jakąś melodię, by rozpędzać węże, a wielbłądy nasze uginały grzbietu pod drzewami, jakby pod bramą zbyt niską.

Raz dziecko czarne, mające w ręku złotą laseczkę, poprowadziło nas do kolegium mędrców. Jarchas, ich naczelnik mówił mi o moich przodkach, o wszystkich moich myślach, o wszystkich moich czynach, o wszystkich moich istnieniach. On był niegdyś rzeką Indusem i przypomniał mi, żem ja prowadził łódki na Nilu za czasów króla Sezostrisa.

DAMIS

Mnie nic nie powiedziano, tak, że nie wiem, czym byłem.

ANTONI

Wyglądają niewyraźnie, jakby cienie.

APOLONIUSZ

Spotkaliśmy nad brzegiem morza Cynocefalów, przesyconych mlekiem, którzy wracali z wyprawy na wyspę Taprobanę. Ciepłe fale wyrzucały pod nasze stopy białe perły. Bursztyn pękał pod naszymi nogami. Szkielety wielorybów bielały na urwisku. Ziemia na końcu stała się węższa od trzewika i rzuciwszy ku słońcu krople oceanu, wróciliśmy się na prawo z powrotem. Wracaliśmy przez krainę Aromatów, przez ziemię Gangarydów, przez przylądek Komarya, przez ziemie Sachalitów, Adramitów i Homerytów; potem przez góry Kassańskie, przez Morze Czerwone i przez wyspę Topazus przeniknęliśmy do Etiopii, w pobliżu królestwa Pigmejów.

ANTONI

do siebie

Jakże ziemia jest wielka!

DAMIS

A gdyśmy powrócili do domu, wszyscy ci, których znaliśmy niegdyś, już byli wymarli.

Antoni pochyla głowę. Milczenie.

APOLONIUSZ

Wtedy zaczęto na świecie mówić o mnie. Zaraza pustoszyła ziemię Efezu. Kazałem ukamienować starego żebraka...

DAMIS

I zaraza zniknęła.

ANTONI

Jak to, on wypędza choroby?

APOLONIUSZ

W Knidos wyleczyłem człowieka zakochanego w Afrodycie.

DAMIS

Tak, obłąkańca, który nawet obiecał ją zaślubić. Kochać kobietę, to jeszcze ujdzie, ale kochać posąg, co za obłęd! Mistrz położył mu rękę na sercu i natychmiast miłość zagasła.

ANTONI

Jak to, on wyklina demony?

APOLONIUSZ

W Tarencie niesiono na stos umarłą dziewczynę.

DAMIS

Mistrz dotknął jej ust i powstała, wzywając matki.

ANTONI

Jak to, on wskrzesza umarłych?

APOLONIUSZ

Wespazjanowi przepowiedziałem tron cesarski...

ANTONI

Jak to, on przepowiada przyszłość?

DAMIS

Był w Koryncie...

APOLONIUSZ

Siedząc z nim razem przy stole u wód w Bajach...

ANTONI

Wybaczcie cudzoziemcy, już jest późno.

DAMIS

Młody człowiek imieniem Menippus...

ANTONI

Nie, nie, idźcie sobie.

APOLONIUSZ

Naraz wszedł pies, trzymając w ręku obciętą rękę...

DAMIS

Pewnego wieczoru na przedmieściu spotkał on kobietę...

ANTONI

Czy nie słyszycie mnie? Odejdźcie!

APOLONIUSZ

Kręcił się bojaźliwie po pokoju...

ANTONI

Dosyć!

APOLONIUSZ

Chciano go wypędzić...

DAMIS

Menippus więc udał się do niej; pokochali się...

APOLONIUSZ

I bijąc ogonem w mozaikę, złożył tę rękę na kolanach Flawiusza...

DAMIS

Ale rankiem, w szkole na lekcji, Menippus był blady...

ANTONI

wzdrygając się

Jeszcze? A niech już mówią dalej, skoro nie ma...

DAMIS

Mistrz mu powiedział: „Piękny młodzieńcze, ty pieścisz węża i wąż ciebie pieści! Kiedyż wesele?” I wszyscy poszliśmy na wesele...

ANTONI

Niewątpliwie źle robię, słuchając tego wszystkiego.

DAMIS

W przedsionku już służba się poruszała, drzwi się otwierały, jednak nie było słychać ani odgłosu kroków, ani zgrzytu drzwi. Mistrz zasiadł koło Menippa. Natychmiast narzeczona zawrzała gniewem przeciw filozofom. Ale złote naczynia, podczaszowie, kucharze, klucznicy, wszystko zniknęło; dach uleciał, mury się zachwiały i Apoloniusz został sam, stojąc i u nóg mając tę kobietę rozpłakaną. Był to upiór, który uwodził pięknych młodzieńców, aby pożreć ich ciało, bo dla tego rodzaju widm nie ma nic lepszego nad krew kochanków.

APOLONIUSZ

Jeżeli chcesz znać sztukę...

ANTONI

Nie, nie chcę znać.

APOLONIUSZ

Wieczorem, kiedyśmy przybyli pod bramę Rzymu...

ANTONI

O, tak, mów mi o mieście papieskim.

APOLONIUSZ

Zaczepił nas człowiek pijany, który śpiewał łagodnym głosem. Była to pieśń ślubna Nerona i mógł on zgładzić każdego, kto go słuchał niedbale. Nosił na grzbiecie w skrzynce strunę z kitary cesarza. Potrząsnąłem ramionami. On rzucił nam w twarz błoto. Wówczas rozwiązałem swój pas i uderzyłem go.

DAMIS

Pobłądziłeś w tym, mistrzu, pobłądziłeś.

APOLONIUSZ

Cesarz nocą wezwał mnie do swego domu. Grał w kości ze Sporusem, oparłszy się lewym ramieniem na stole agatowym. Obrócił się i, marszcząc rudą brew, zapytał mnie: „Czemu ty mnie się nie lękasz?” Odpowiedziałem mu: „Gdyż Bóg, który ciebie uczynił strasznym, mnie uczynił nieustraszonym”.

ANTONI

na stronie

Coś niewytłumaczonego... przeraża mnie.

Milczenie.

DAMIS

głosem ostrym mówi dalej

Cała Azja zresztą może ci powiedzieć...

ANTONI

cofając się

Jestem chory. Opuśćcie mnie!

DAMIS

Słuchajże. Z Efezu widział on zabójstwo Domicjana, który był w Rzymie.

ANTONI

starając się uśmiechnąć

Czy to możliwe?

DAMIS

Tak, w teatrze, w jasny dzień, czternastego dnia kalend październikowych nagle wykrzyknął: „Zabijają Cezara!” I od czasu do czasu dodawał: „Upadł na ziemię! O, jakże walczy! Podniósł się, chce uciekać; drzwi zamknięte; skończyło się! Oto umarł!” I tegoż dnia, jak wiesz, Tytus Flawiusz Domicjan w istocie został zamordowany.

ANTONI

Bez pomocy diabła zapewne.

APOLONIUSZ

Domicjan chciał mnie zgładzić ze świata. Damis uciekł z mego rozkazu i ja zostałem sam w więzieniu.

DAMIS

Była to wielka śmiałość, trzeba przyznać.

APOLONIUSZ

Po pięciu godzinach żołnierze zaprowadzili mnie przed sąd. Miałem mowę całą przygotowaną, ukrytą w płaszczu.

DAMIS

Byliśmy na brzegu Puzzoli. Sądziliśmy, żeś martwy i płakaliśmy. Gdy oto o godzinie szóstej zjawiłeś się nagle i rzekłeś: „Otom jest”.

ANTONI

Jak On!

DAMIS

Zupełnie.

ANTONI

O, nie, wy kłamiecie, nieprawdaż, wy kłamiecie!

APOLONIUSZ

On zestąpił z Nieba. Ja zaś idę do nieba, dzięki mej cnocie, która mnie podniosła do wysokości Zasady.

DAMIS

Tyana, jego miasto rodzinne, na jego cześć wysławiła świątynię z kapłanami.

APOLONIUSZ

zbliża się do Antoniego i krzyczy mu w uszy

Bo ja znam wszystkich bogów, wszystkie rytuały, wszystkie modlitwy, wszystkie wyrocznie. Przeniknąłem do jaskini Trofoniusza, syna Apollona! Syrakuzankom przygotowałem opłatki, które one noszą na góry! Przeszedłem osiemdziesiąt prób Mitry! Przyciskałem do piersi węża Sabazjusza, otrzymałem wstęgę Kabirów, wykąpałem Kybele w wodach przystani kampańskich i trzy miesiące przebyłem w jaskiniach Samotraki.

DAMIS

śmiejąc się głupkowato

Ach, ach, tajemnice dobrej bogini!

APOLONIUSZ

A teraz rozpoczynamy pielgrzymkę na nowo. Idziemy na północ do krainy łabędzi i śniegów. Na białej równinie ślepe hippopody poruszają końcem swych kopyt roślinę zamorską.

DAMIS

Pójdź, oto jutrznia. Kogut zapiał, koń rży, żagle rozpięte.

ANTONI

Kogut nie zapiał. Słyszę świerszcza w piasku i widzę księżyc nieruchomy na niebie.

APOLONIUSZ

Idziemy na południe poza góry i wielkie morza, szukać w zapachach istoty miłości. Poznasz woń myrrodionu, od której umierają słabi. Kąpać się będziesz w jeziorze oliwy różanej, na wyspie Junonii. Zobaczysz śpiącą na pierwiosnkach jaszczurkę, która się budzi w wieku, gdy z czoła jej opada dojrzały karbunkuł. Gwiazdy drżą, jak oczy, kaskady śpiewają jak liry; upojenia tchną z rozkwitłych kwiatów. Duch twój się rozszerzy aromatem powietrznym, zarówno w twoim sercu, jak i na obliczu.

DAMIS

Mistrzu, czas w drogę. Wiatr szumieć zaczyna, jaskółki się budzą, liść mirtu uleciał.

APOLONIUSZ

Tak, idźmy!

ANTONI

Ja zostaję.

APOLONIUSZ

Chcesz bym ci powiedział, gdzie kwitnie roślina balis, która wskrzesza umarłych?

DAMIS

Pytaj go lepiej o androdamas, który przyciąga srebro, spiż i żelazo.

ANTONI

O, jakże ja cierpię, jak cierpię!

DAMIS

Zrozumiesz głosy wszystkich istot, wycie i gruchanie.

APOLONIUSZ

Nauczę cię jeździć na jednorożcach, smokach, hipocentaurach i delfinach.

ANTONI

Och, och, och!

APOLONIUSZ

Poznasz demony, które zamieszkują jaskinie, które przemawiają w lasach, które poruszają fale, które poruszają obłoki.

DAMIS

Zwiąż swój pas, zapleć sandały.

APOLONIUSZ

Wytłumaczę ci przyczyny kształtów boskich: dlaczego Apollon stoi, Jowisz siedzi, dlaczego Wenus jest czarna w Koryncie, kwadratowa w Atenach, stożkowata w Pafos.

ANTONI

składając ręce

Niech idą, niech idą!

APOLONIUSZ

Zerwę wobec ciebie pancerze bogów, zdruzgoczemy ołtarz najświętszy; jeżeli zechcę, będziesz mógł zgwałcić Pytię.

ANTONI

Na pomoc, Panie!

Spieszy do krzyża.

APOLONIUSZ

Jakie twe pragnienie? twoje marzenie? Spiesz, mów!

ANTONI

Ratuj mnie, o Chryste Panie, ratuj o Jezu!

APOLONIUSZ

Czy chcesz, abym ci wywołał tu Jezusa?

ANTONI

Co, jak?

APOLONIUSZ

To będzie on, nikt inny. Zrzuci swą koronę i będziemy rozmawiali ze sobą oko w oko.

DAMIS

po cichu

Powiedz, że chcesz, powiedz, że bardzo pragniesz tego!

Antoni u stóp krzyża szepce modlitwy. Damis kręci się przebiegle dokoła niego.

Uspokój się, dobry pustelniku! Drogi, święty Antoni, człowieku czysty, człowieku znakomity, człowieku, którego nigdy się dość nie nachwali! Nie lękaj się; to sposób mówienia nieco przesadny, wzięty ze wschodu. To zresztą nie przeszkadza...

APOLONIUSZ

Zostaw go, Damisie! Wierzy on sposobem nieokrzesanym w rzeczywistość zjawisk. Bojaźń bogów przeszkadza mu ich zrozumieć, a swojego sprowadza do poziomu zazdrosnego króla! Ty, synu mój, nie opuszczaj mnie!

Cofając się, zbliża się nad brzeg przepaści, przestępuje ją i trwa zawieszony w powietrzu.

Ponad całym zbiorowiskiem form, daleko poza ziemią, wysoko poza niebem, znajduje się świat Idei, przepełniony Słowem! Jednym skokiem przebędziemy całą przestrzeń; i pojmiesz Wiekuistość, Absolut, Byt, w całej ich nieskończoności. Podaj mi rękę. Płyńmy!

Obaj koło siebie unoszą się w powietrze powoli. Antoni całując krzyż, patrzy na ich wzlot. Znikają.

V

ANTONI

idąc powoli

Ten starczy za całe piekło!

Nabuchodonozor tak mnie nie oszołomił! Ani królowa Saby tak mnie głęboko nie oczarowała. Jego sposób mówienia o Bogach budzi chęć ich poznania. Przypominam sobie, żem setki ich widział naraz, na wyspie Elefantynie za czasów Dioklecjana. Cesarz ustąpił nomadom wielki kraj z warunkiem, aby granic strzegli, i umowę zawarto w imię „Potęg niewidzialnych” gdyż bogowie każdego ludu byli innym ludom nieznani.

Barbarzyńcy sprowadzili swoje bóstwa. Zajęli oni wzgórze piaszczyste nad brzegiem rzeki. Trzymali swe bałwanki na ręku niby wielkie dzieci paralityczne lub też płynąc śród katarakt na pniu palmowym, z dala pokazywali amulety na swych szyjach i wypukłe rysunki na piersiach. I nie jest to bardziej zbrodnicze od religii Greków, Azjatów i Rzymian.

Gdym zamieszkał świątynię w Heliopolis, przyglądałem się często obrazom na murach: sępy z berłami w szponach, krokodyle grające na lirze, postaci ludzkie z ciałem wężów, kobiety o twarzy krowiej w pokłonach wobec bóstw ityfallicznych, a ich formy nadprzyrodzone nęciły mnie ku innym światom. Chciałbym zrozumieć, co widzą te spokojne oczy...

Aby materia mogła tyle mieć potęgi, musi zawierać ducha. Dusza bogów wiąże się z tymi obrazami.

Wyobrażenia o pozorach pięknych mogą czarować... Ale inne... ohydne, straszliwe — jakże w to wierzyć?...

I oto przechodzą po ziemi liście, kamienie, muszle, gałęzie drzew, niewyraźne wyobrażenia zwierząt, dalej rodzaj karłów puchlinowatych... To bogowie. Antoni śmiechem wybucha.

Inny śmiech słychać za nim i staje przed nim Hilarion za pustelnika przebrany, większy niż przedtem, ogromny.

ANTONI

już się nie dziwi, że go znów widzi

Jakże głupim być trzeba, aby to ubóstwiać!

HILARION

Istotnie niezmiernie głupim!

Wówczas defilują przed nimi bałwany wszystkich narodów i wszystkich wieków: drewniane, kruszcowe, granitowe, pierzaste, skórzane... Najstarsze przedpotopowe bóstwa znikają pod morszczynem zwisającym jak grzywy. Niektóre, zbyt długie w stosunku do podstaw, pękają w kolanach i łamią biodra w pochodzie. Innym piasek się sypie dziurami z wnętrzności.

Antoni i Hilarion bawią się niezmiernie i od śmiechu trzymają się za boki.

Następnie idą bóstwa o twarzy baraniej. Kuleją na wykrzywionych ku wewnątrz nogach, otwierają powieki i jąkają się jak niemi: „Ba, ba, ba!” W miarę jak się zbliżają do ludzkiej postaci, bardziej gniewają Antoniego. Uderza je rękami i nogami, wścieka się na nie.

Bogi stają się straszne: mają wysokie pióropusze, oczy jak bąble na wodzie, ramiona zakończone szponami, szczęki rekina. I wobec tych bogów kapłani zabijają ludzi na ołtarzach kamiennych; innych miażdżą w kadziach, tratują pod kołami, przybijają do drzew. Jest jeden bóg z żelaza rozpalonego do czerwoności, o rogach byka — pożeracz dzieci.

ANTONI

O zgrozo!

HILARION

Ale bogowie żądają zawsze męczarni... Nawet twój chciał...

ANTONI

płacząc

O, nie kończ, milcz!

Obwód skał zmienia się w dolinę. Stado wołów szczypie nędzną trawę.

Pasterz prowadzący je obserwuje obłoki i rzuca w powietrze głosem ostrym słowa rozkazujące.

HILARION

Potrzebując deszczu, stara się on zaklęciem zmusić króla niebios, aby otworzył chmurę płodotwórczą.

ANTONI

ze śmiechem

Co za marna pycha!

HILARION

A po cóż ty robisz egzorcyzmy?

Dolina staje się mlecznym morzem, nieruchomym, bezgranicznym.

Po środku płynie długa kołyska złożona z węzłów olbrzymiego węża, którego wszystkie głowy, chyląc się jednocześnie, ocieniają boga uśpionego na jego ciele...

Bóg jest młody, bezbrody, piękniejszy niż dziewczyna i pokryty przezroczystymi zasłonami. Perły jego tiary świecą łagodnie jak księżyce, szkaplerz z gwiazd kilkakrotnie jego pierś otacza. Jedną rękę ma pod głową, drugą wyciągnął przed siebie, odpoczywa z twarzą marzącą i upojoną.

Kobieta w kucki siedząc u jego nóg, czeka na jego przebudzenie.

HILARION

To dwoistość pierwotna Brahmanów — Absolut niewyrażający się w żadnej postaci.

Na pępku boga zakwitła łodyga lotosu, a w jego kielichu ukazuje się inny bóg o trzech twarzach.

ANTONI

Patrzcie, co za pomysł...

HILARION

Ojciec, Syn i Duch Święty podobnież jedną stanowią osobę.

Trzy głowy się uchylają,trzej wielcy bogowie się ukazują.

Pierwszy jest różowy; gryzie wielki palec swej nogi.

Drugi jest niebieski; porusza czworo swych ramion.

Trzeci jest zielony; nosi naszyjnik z czaszek ludzkich.

Naprzeciw nich natychmiast powstają trzy boginie: jedna owinięta trzciną, druga z kielichem w ręku, trzecia z łukiem.

Bogowie i boginie łączą się ze sobą, mnożą się w dwoje, w czworo, w dziesięcioro, na ich barkach wyrastają ramiona; na końcu ramion ręce trzymają chorągwie, topory, puklerze, miecze, parasole, bębny. Wodotryski biją z ich głów, trawy zakwitają w ich nozdrzach.

Wierzchem na grzbiecie ptaków, kołysząc się w palankinach, siedząc na złotych tronach, stojąc w gniazdach z kości słoniowej, marzą, wędrują, rozkazują, piją wino, wdychają zapach kwiatów. Tanecznice wirują, olbrzymy ścigają potwory, u progu do jaskiń samotnicy rozmyślają. Nie podobna już odróżnić źrenic od gwiazd, chmur od chorągwi. Pawie poją się u źródeł złotego pyłu, haft namiotów miesza się z cętkami lampartów, barwne promienie krzyżują się na błękitnym powietrzu ze strzałami wyrzucanymi z łuków i z kadzidłem kołyszącym się na dymnych ołtarzach.

I wszystko to rozwija się niby wielka płaskorzeźba podstawą oparta na skałach i aż do nieba wchodząca.

ANTONI

zdumiony

Co za niezmierna liczba! I czegóż oni chcą?

HILARION

Ten, co brzuch sobie skrobie trąbą słoniową, to Bóg słoneczny, dawca mądrości.

Ten drugi, którego sześć głów dźwiga wieżyce, a czternaścioro ramion dziryty, to książę wojsk, Ogień-pożeracz.

Starzec wierzchem jadący na krokodylu obmywa na brzegu dusze umarłych. Dręczyć je będzie ta kobieta czarna o zębach zgniłych, władczyni piekieł.

Wóz ciągniony przez kobyły czerwone, którymi kieruje woźnica bez nóg, w pełni lazuru, wiezie boga słońca. Bóg-miesiąc mu towarzyszy, w lektyce, zaprzężonej w trzy gazele.

Klęcząc na grzbiecie papugi, bogini Piękna pokazuje Kandarpie, synowi swemu, okrągłe swoje ramiona. Oto spójrz dalej skacze ona z radości po łąkach. Patrz, patrz! Przystrojona olśniewającą mitrą, biega po niwach, po falach, ulatuje w powietrze, rozpływa się wszędzie.

Śród tych bogów siedzą geniusze wiatrów, planet, miesięcy, dni... Sto tysięcy innych... A ich postacie są rozmaite, ich przeobrażenia szybsze od błyskawicy. Patrz — ów z ryby naraz staje się żółwiem, przybiera ryj dzika, wzrost karła...

ANTONI

I po cóż?...

HILARION

Aby stworzyć równowagę, aby zwalczyć zło... Ale życie się wyczerpuje, kształty się zużywają, a byty muszą się doskonalić przez przeobrażenia.

Naraz się zjawia

CZŁOWIEK NAGI

siedzący na piasku, ze skrzyżowanymi nogami. Wielki nimb drga zawieszony za nim. Małe loki jego czarnych włosów o odcieniu błękitnym symetrycznie okrążają wypukłość na czubku jego czaszki. Bardzo długie jego ramiona zwieszają się po linii boków. Otwarte dłonie spoczywają płasko na udach. Podeszwę jego stóp ozdabia rysunek dwóch słońc. Trwa nieruchomo naprzeciw Antoniego i Hilariona ze wszystkimi bogami dokoła, uszczeblonymi na skałach niby na stopniach amfiteatru.

Usta jego się otwierają i głosem głębokim mówi:

Jestem panem wielkiej jałmużny, ochroną stworzeń, a wiernym jako i niewtajemniczonym wykładam zakon.

By świat wyzwolić, chciałem się urodzić śród ludzi. Bogowie płakali, gdy ich opuszczałem.

Szukałem naprzód niewiasty jak przystoi: z rasy wojowniczej, małżonki królewskiej, bardzo dobrej, nader pięknej, o pępku głębokim, o ciele twardym jak diament... i w czasie pełni bez pomocy mężczyzny wszedłem do jej łona. Wyszedłem prawym bokiem. Gwiazdy się zatrzymały.

HILARION

szepcze przez zęby

„A gdy ujrzeli, że gwiazda się zatrzymała, poczuli radość ogromną”.

Antoni patrzy uważniej na

BUDDĘ

który dalej mówi

Z głębi Himalajów stuletni zakonnik przybył, aby mnie zobaczyć.

HILARION

„Człowiek imieniem Symeon, który miał nie umrzeć, póki nie ujrzy Chrystusa”.

BUDDA

Posłano mnie do szkoły; wiedziałem więcej, niż doktorzy.

HILARION

„...Śród doktorów; a ci, co go słuchali, byli zdumieni jego mądrością”.

Antoni daje znak Hilarionowi, aby milczał.

BUDDA

Nieustannie rozmyślałem w ogrodach. Cienie drzew się odwracały, ale cień drzewa, pod którym ja spoczywałem, był nieruchomy.

Nikt mi nie mógł wyrównać w znajomości pisma, w wyliczaniu atomów, w kierowaniu słoni, w obrabianiu wosku, astronomii, poezji, walce na pięści, we wszystkich ćwiczeniach i sztukach.

By się przystosować do obyczaju ludzkiego, pojąłem małżonkę. I przebywałem dni w swym pałacu królewskim, przystrojony perłami, pod ulewą aromatów; 33.000 kobiet wachlarzami odpędzało muchy ode mnie, spoglądałem na swe ludy z wyżyny mych tarasów, przyozdobionych dźwięcznymi dzwonkami...

Lecz widok nędz tego świata odwrócił mnie od rozkoszy. Uszedłem.

Żebrałem na drogach, pokryty łachmanami znalezionymi na cmentarzu. A że był wtedy pustelnik jeden bardzo mądry, chciałem zostać jego niewolnikiem; strzegłem jego drzwi, obmywałem mu nogi.

Zniweczyłem w sobie wszystko wrażenie, wszystką radość, wszystką tęsknotę. Potem ześrodkowawszy myśl w szerszym rozważaniu, poznałem istotę rzeczy, złudzenie kształtów.

Przeniknąłem wkrótce naukę braminów. Pożerają ich żądze pod pozorami surowości, smarują się błotem, śpią na cierniach, sądząc, że drogą śmierci osiągną błogosławieństwo.

HILARION

„Faryzeusze, obłudnicy, groby pobielane, pokolenie jaszczurcze!”

BUDDA

Ja też czyniłem rzeczy zdumiewające. Jedno ziarnko ryżu jadałem dziennie, a ziarnko ryżu nie było większe wówczas niż dzisiaj. Włosy mi opadły, ciało mi poczerniało; oczy zapadłe w orbitach wyglądały jak gwiazdy, dostrzegane w głębi studni.

W ciągu lat sześciu stałem nieruchomy, wystawiony na robaki, lwy i węże, a wielkie słońca, wielkie ulewy, śniegi, pioruny, szron i burze — wszystko to przyjmowałem spokojnie, nie zasłaniając się nawet ręką. Wędrowcy, którzy koło mnie przechodzili, sądzili, żem już umarły i rzucali na mnie z daleka grudki ziemi. Brakło mi kuszeń diabła.

Wezwałem go.

Przybyli jego synowie — ohydni, łuską pokryci, cuchnący niby ścierwniki — wyjąc, sycząc, szczekając, szczękając bronią i trupimi kośćmi. Niektórzy płomieniami rzygali z nozdrzy, inni szerzyli ciemność skrzydłami; niektórzy noszą szkaplerze z obciętych palców, niektórzy piją jad wężowy z otwartej dłoni; mają oni głowy wieprza, nosorożca, ropuchy i wszystkie rodzaje twarzy, budzące wstręt lub grozę.

ANTONI

na stronie

Przeszedłem niegdyś i ja to samo!

BUDDA

Potem mi przysłał swe córki: piękne, farbowane zręcznie, złotymi pasami strojne, o zębach białych niby jaśminy, o udach okrągłych jak trąba słonia. Niektóre ziewając, rozciągają ramiona, by pokazać rowki na swych łokciach, inne mrugają oczami, inne się śmieją, inne rozpinają suknie! Są rumieniące się dziewice, są matrony pełne dumy, są królowe z orszakiem sług i wielbłądów.

ANTONI

na stronie

Ach, i on też?...

BUDDA

Zwyciężywszy demona, dwanaście lat karmiłem się wyłącznie zapachami i osiągnąwszy pięć cnót, pięć zdolności, dziesięć sił, osiemnaście substancji i przeniknąwszy cztery kręgi świata niewidzialnego — zdobyłem Duchowość. Zostałem Buddą.

Wszyscy bogowie się chylą; ci, którzy mają wiele głów, pochylają wszystkie naraz. Budda podnosi rękę do góry i mówi dalej:

Dążąc do wyzwolenia jestestw, uczyniłem tysiące ofiar. Biednym rozdałem suknie jedwabne, łoża, wozy, domy, stosy złota i diamentów. Ręce swoje rozdałem bezrękim, nogi kulawym, źrenice ślepym; głowę obcinałem sobie, aby ją oddać skazanemu na ścięcie. Kiedy byłem królem, rozdałem swe ziemie; kiedy byłem braminem, nie gardziłem nikim. Gdy byłem pustelnikiem, mówiłem wyrazy tkliwe złoczyńcy, który mnie dusił. Kiedy byłem tygrysem, kazałem sobie z głodu umrzeć.

A w tym moim istnieniu ostatnim — skorom wygłosił zakon — nie mam już nic do czynienia. Wielki okres się zakończył. Ludzie, zwierzęta, bogowie, bambusy, oceany, góry, ziarna piasku w Gangesie i miriady miriad gwiazd — wszystko umrze. I aż do czasu nowych narodzeń płomień tańcować będzie na gruzach światów zniszczonych.

Wówczas kołowrót ogarnia bogów. Chwieją się, wpadają w konwulsje i wymiotują swoje istnienia. Ich korony pękają, ich chorągwie ulatują. Zdzierają swoje cechy, swą płeć odrzucają kielichy, z których pili nieśmiertelność, duszą się za pomocą wężów, giną w dymie... A kiedy wszystko zniknęło

HILARION

powoli

Wdziałeś wiarę kilkuset milionów ludzi.

Antoni leży na ziemi, skrywszy oczy w dłoniach. Stojąc w pobliżu niego, tyłem do krzyża, Hilarion mu się przygląda.

Długi czas mija.

Później ukazuje się dziwny twór o głowie ludzkiej na rybim ciele. Idzie prosto powietrzem, uderzając ogonem po piasku. I ta postać patriarchy o małych ramionach budzi śmiech Antoniego.

OANNES

głosem żałosnym

Szanuj mnie! Jam jest współcześnik pierwoźródeł.

Mieszkałem w świecie bezkształtnym, gdzie drzemały zwierzęta obupłciowe, pod ciężarem atmosfery nieprzeźroczystej, w głębi mórz pomrokowych; gdy palce, skrzydła i płetwy były pomieszane ze sobą i gdy oczy bez głowy pływały jak małże, śród byków o twarzy ludzkiej i węży o psich łapach.

Nad powszechnością tych istot, Omoroka, zwinięta jak obręcz, rozpościerała swe ciało niewieście. Lecz Bel rozciął ją na dwie połowy i z jednej uczynił niebo, z drugiej ziemię; i oba te pokrewne światy przyglądają się sobie nawzajem.

Ja, pierwsza świadomość Chaosu, wyszedłem z otchłani, aby ustalić materię i ukształtować formy, i nauczyłem ludzi rybołówstwa, siejby, pisma i historii bogów.

Odtąd żyję w stawach, które zostały po potopie. Ale pustynia rośnie dokoła nich, wiatr zarzuca je piaskiem, słońce je pożera. A ja zamieram na swym łożu z gliny, patrząc na gwiazdy przez wodę... Powracam do siebie.

Skacze i znika w wodach Nilu.

HILARION

To starożytny bóg Chaldejczyków.

ANTONI

ironicznie

Czymże byli bogowie Babilonu?

HILARION

Możesz ich zobaczyć.

I znajdują się na pomoście wieży czworokątnej, ponad sześcioma innymi wieżami, które tym węższe, im wyżej się unoszą — tworzą potworną piramidę. Niżej widać ogromną masę czarną, zapewne miasto zalegające dolinę. Powietrze jest zimne, niebo ciemnobłękitne, gwiazdy w wielkiej ilości drgają...

Na środku pomostu stoi słup z białego kamienia. Kapłani w lnianych sukniach chodzą dookoła tak, aby ruchem swoim utworzyć obwód koła, i głowę podniósłszy do góry, patrzą na gwiazdy.

HILARION

pokazuje ich Antoniemu

Jest ich trzydziestu głównych. Piętnastu pogląda ponad ziemię, piętnastu pod ziemię. W równomiernych odstępach czasu jeden z nich spływa z krain wyższych do niższych, gdy drugi opuszcza niziny, aby iść ku górze. Z siedmiu planet dwie są dobroczynne, dwie złe, trzy obojętne; wszystko na świecie zależy od tych ogni wiecznych... Z ich układu i położenia można wyprowadzać wróżby; i dotykasz oto najszanowniejszego miejsca na ziemi. Pitagoras i Zoroaster spotkali się tutaj. Oto już mija tysiąc dwieście lat, jak ludzie ci badają niebo, aby lepiej poznać bogów.

ANTONI

Gwiazdy nie są bogami.

HILARION

Są bogami podług ich zdania. Gdyż rzeczy wokół nas mijają, niebo jako wieczność trwa niezmiennie.

ANTONI

Toć jest nad nim Pan.

HILARION

pokazując słup

Ten oto: Bel, pierwszy promień, Słońce, Męskość! Druga, którą on zapładnia, jest pod nim.

Antoni dostrzega ogród oświetlony lampami. Jest wśród tłumu, w alei cyprysowej. Na prawo i lewo małe ścieżki prowadzą do chat pomieszczonych w lesie granatów, osłoniętych szpalerami z trzciny.

Ludzie po większej części mają czapki szpiczaste i suknie szamerowane. Są tam synowie północy odziani w skóry niedźwiedzie, są nomady w płaszczu z wełny brunatnej, bladzi Gangarydzi w długich kolczykach, a stopnie zdają się tu pomieszane jak plemiona, gdyż marynarze i kamieniarze potrącają łokciem książąt w tiarach karbunkułowych, z berłami zakończonymi jabłkiem. Wszyscy spieszą, rozszerzywszy nozdrza, jednym popychani pragnieniem.

Od czasu do czasu rozstępują się, aby przepuścić wóz ciągniony przez byki lub też osła, na którego grzbiecie siedzi niewiasta, okryta zasłonami, a która znika w chatach. Antoni się lęka. Chciałby się cofnąć. Jednak niewymowna ciekawość go popycha. U stóp cyprysów, nogi ukrywszy pod siebie, siedzą kobiety na skórach jelenich, wszystkie jako diadem mają splot sznurków na czole. Niektóre, wspaniale ubrane, głośno wzywają przechodniów. Trwożliwsze zasłaniają twarz ramionami, gdy poza nimi matrona, matka ich zapewne, przemawia do nich. Inne, okrywszy głowę czarnym szalem, ukazują się obnażone zupełnie i zdają się niby posągi cielesne. Skoro im człowiek rzucił pieniądz na kolana — wstają. I słychać pocałunki pod gęstwiną, a czasami wielki, ostry krzyk.

HILARION

To dziewice babilońskie, które się oddają na cześć bogini.

ANTONI

Jakiej bogini?

HILARION

Oto ona!

I pokazuje mu w głębi alei, na progu oświetlonej jaskini, głaz wyobrażający kobiecy organ płciowy.

ANTONI

Ohyda! Jakże można płeć dawać Bogu?

HILARION

Ty go wyobrażasz sobie jako osobę żyjącą.

Mrok otacza Antoniego. Spostrzega on w powietrzu świetlane koło tkwiące na poziomych skrzydłach. Ten rodzaj pierścienia otacza, niby pas zbyt ubogi, małego człowieka w mitrze, z koroną w dłoni, a którego niższa część ciała znika pod ogromnymi piórami ułożonymi w formie spódnicy.

To

ORMUZD

bóg perski. Ulatuje z krzykiem.

Boję się! Widzę jego paszczę!

Zwyciężyłem cię, Arymanie! Ale ty znów rozpoczynasz!

Naprzód, zbuntowany przeciw mnie zgładziłeś najstarsze ze stworzeń, Kajomarsa, człowieka-byka! Później uwiodłeś pierwszą parę ludzką, Meszia i Mesziane! I mroki rozlałeś w sercach, przeciw niebu popchnąłeś pułki!

Miałem swoje wojsko, lud gwiazd, i widziałem z wyżyny swego tronu wszystkie gwiazdy uszczeblone. Mitra, syn mój, zamieszkiwał miejsce niedostępne. Przyjmował tu dusze, wyprowadzał je stąd i codziennie wstawał, aby rozlewać swe skarby.

Świetność firmamentu odbijała się na ziemi. Ogień płonął na górach, obraz drugiego ognia, z którego wszystkie istoty stworzyłem. By go zachować od nieczystości, nie palono umarłych. Dziób ptaków unosił ich do nieba.

Uporządkowałem pastwiska, zasiewy, gaje ofiarne, formy kielichów, słowa, jakie należy wymawiać w czasie bezsenności; a kapłani moi wciąż się modlili, aby hołd miał wiekuistość Boga. Oczyszczano mnie wodą, składano chleb ofiarny na ołtarzach, głośno wyznawano swe zbrodnie.

Homa dawano pić ludziom, aby wlać w nich jego siłę.

Kiedy geniusze nieba zwalczali demonów, dzieci Iranu prześladowały ród wężowy. Król, któremu dwór niezliczony służył na klęczkach, wyobrażał moją osobę, nosił moje uczesanie. Ogrody jego miały przepych ziemi niebieskiej, a na jego grobie wyryty był on sam, zabijający potwora — symbol Dobra, które wytępia Zło.

Gdyż miałem kiedyś, dzięki Czasowi bez granic, zwyciężyć ostatecznie Arymana.

Ale przedział między nami znika. Noc nadchodzi. Do mnie, Amszaspandy, Izedy, Ferowery! Na pomoc, Mitro! uchwyć miecz! Kaosjak, ty, co masz przyjść ku wyzwoleniu powszechnemu, broń mnie! Jak to?... Nikogo! Ach, umieram! Arymanie, tyś jest panem!

Hilarion, ukryty za Antonim, powstrzymuje okrzyk radości, a Ormuzd znika w mroku.

Wówczas ukazuje się

WIELKA DIANA Z EFEZU

czarna, o oczach z emalii, łokcie oparła na biodrach, przedramiona ma odchylone, dłonie otwarte. Lwy pełzają po jej barkach, owoce, kwiaty, gwiazdy krzyżują się na jej piersi. Niżej widać trzy szeregi wymion, a od brzucha aż do nóg mieści się ona jakby w ciasnej pochwie, z której wyłaniają się półciałem byki, jelenie, gryfy i pszczoły. Widać ją przy białym świetle, jakie rozlewa krąg srebrzysty, kolisty jak księżyc, za głową jej pomieszczony.

Gdzie moja świątynia?

Gdzie moje Amazonki?

Cóż mi jest... mnie nieskazitelnej? Oto jakieś omdlenie mnie chwyta...

Kwiaty jej więdną. Owoce zbyt dojrzałe opadają. Lwy, byki przechylają głowę, jelenie wyczerpane pienią usta, pszczoły brzęcząc, umierają na ziemi. Kolejno naciska swe wymiona. Wszystkie są próżne. Ale pod rozpaczliwym wysiłkiem pochwa jej pęka. Chwyta ją od dołu niby połą sukni; rzuca w nią swe zwierzęta, kwiaty i wchodzi w mroki. A z dala głosy szemrzą, pomrukują, ryczą, kukają, beczą. Gęstwina nocy rośnie tchnieniami.Padają krople ciepłego deszczu.

ANTONI

Jakże to dobre: zapach palm, drżenie zielonych liści, przezrocze źródeł. Chciałbym się położyć całym ciałem na ziemi, aby ją czuć tuż koło serca, i życie moje kąpałoby się w jej młodości wiekuistej.

Słychać dźwięk kastanietów i cymbałów i ukazuje się tłum wieśniaczy. Ludzie w białych, obrzeżonych purpurowo tunikach prowadzą osła w uprzęży bogatej, z ogonem przyozdobionym wstążkami, z malowanymi kopytami.

Skrzynia pokryta czaprakiem z żółtego płótna leży na jego grzbiecie, śród dwóch koszów. Do jednego składają ofiary: jaja, winogrona, gruszki, sery, drób, grosze; drugi jest pełny róż, które przewodnicy osła sypią przed nim w pochodzie.

Mają oni w uszach kolczyki, wielkie płaszcze, włosy zaplecione w warkocze, policzki policzki ubarwione, wieniec oliwny na ich czole kończy się medalionem z figurką. Puginały mają za pasem i trzaskają z biczów o trzonie hebanowym z trzema rzemieniami, na których przytwierdzono kosteczki. Ostatni z orszaku stawiają na ziemi, prosto jak wielki świecznik, wysoką sosnę płonącą u wierzchołka, której najniższe gałęzie ocieniają małe jagniątko. Osioł się zatrzymuje. Zdejmują czaprak. Pod nim jest drugie pokrycie z czarnego sukna. Wówczas jeden z ludzi w białej tunice zaczyna tańczyć, grając na grzechotce, inny na kolanach przed skrzynią bije w tamburyn.

NAJSTARSZY Z GROMADY

zaczyna:

Oto dobra bogini! Ideanka górska, prababka Syrii! Zbliżcie się, dobrzy ludzie!

Daje ona radość, leczy chorych, zsyła dziedzictwo, zaspokaja kochanków.

Prowadzimy ją po siołach w zły i dobry czas. Często śpimy pod gołym niebem i nie co dzień mamy stół nakryty. Złodzieje zamieszkują bory, dzikie zwierzęta wychodzą z jaskiń, przy krawędziach śliskich dróg wiją się przepaście. Oto ona, oto ona!

Podnoszą zasłonę i widać skrzynkę inkrustowaną kamykami.

Wyższa nad cedry, bogini nasza buja w błękitnym eterze. Ogromniejsza niż wiatr otacza świat dokoła. Oddech jej zieje nozdrzami tygrysa, głos jej grzmi w wulkanach, jej gniew to burza. Bladość jej twarzy pobieliła księżyc. Przez nią dojrzewa zboże, przez nią pęka kora drzew, przez nią rośnie broda. Dajcie jej cokolwiek, bo ona nienawidzi skąpych.

Skrzynka się otwiera i pod baldachimem z niebieskiego jedwabiu widać małą postać Kybele, świecącą od blaszek, w koronie z wież, na wozie z czerwonego kamienia zaprzężonym we dwa lwy z podniesionymi łapami. Tłum spieszy ją oglądać.

ARCYGALL

mówi dalej:

Ona kocha grzmot tympanonów, tupanie nóg, wycie wilków, góry pełne ech i głębokie przepaście, kwiaty migdałowe, granaty i figi zielone, tańce zawrotne, flety chrapliwe, sok cukrowany, łzy słone... krew! Cześć tobie, cześć, o matko gór!...

Walą się biczami, a ciosy odzywają się echem na piersi. Skóra tympanonów drga aż do pęknięcia. Biorą noże i kiereszują sobie ramiona.

Ona jest smutna! Bądźmy smutni... Aby się jej spodobać, należy cierpieć... Takim sposobem wasze grzechy będą wam odpuszczone. Krew zmywa wszystko, rozlewajcie jej krople niby kwiaty. Bogini żąda krwi innej istoty, istoty czystej!

Arcygall podnosi nóż na jagnię.

ANTONI

w zgrozie

Nie zabijaj jagnięcia!

Czerwona fala wytryska.

Kapłan oblewa tłum i wszyscy, w tym Antoni i Hilarion, zgromadzeni koło płonącego drzewa w milczeniu przyglądają się ostatnim drganiom ofiary. Spomiędzy kapłanów wychodzi kobieta ściśle podobna do obrazu w skrzynce zamkniętego. Zatrzymuje się, spostrzegłszy Młodzieńca w czapce frygijskiej.

Młodzieniec ma na nogach obcisłe spodnie, na których tu i ówdzie widać prawidłowe romby kolorowe. Łokciem opiera się o jedną z gałęzi; stojąc w pozie tęsknej, trzyma w ręku flet.

KYBELE

obejmując go wpół ramionami

Aby się z tobą połączyć, przebiegłam wszystkie krainy i głód pustoszył sioła... Okłamałeś mnie! Mniejsza o to, ja cię kocham! Ogrzej me ciało! Połączmy się!...

ATYS

Nie powróci już wiosna, o Matko nieśmiertelna! Pomimo miłości nie mogę przeniknąć twej istoty! Chciałbym okryć się suknią ubarwioną jak twoja! Zazdroszczę ci łona nabrzmiałego mlekiem, długich twoich włosów, szerokich bioder, z których wychodzą na świat istoty! Czemuż nie jestem tobą? Czemuż nie jestem kobietą? Nie, nigdy, odejdź! Moja męskość jest mi wstrętna!

Ostrym kamieniem się kastruje, potem zaczyna biegać jak szalony, unosząc w powietrzu obcięty swój członek.

Kapłani czynią jak bóg, wierni czynią jak kapłani. Mężczyźni i kobiety wymieniają odzież, całują się; i ten kołowrót ciał pokrwawionych oddala się, gdy tymczasem głosy, huczące wciąż, stają się coraz krzykliwsze i ostrzejsze, jak głosy pogrzebowe.

Wielki katafalk, okryty purpurą, z łożem hebanowym na szczycie, otoczony dokoła pochodniami i szeregiem koszyków z srebrnych filigranów, w których zielenieje sałata, ślaz i koper. Na stopniach od góry do dołu siedzą kobiety ubrane czarno, z rozwiązanym pasem, bose, z twarzą tęskną, trzymając w ręku wielkie bukiety.

Na ziemi, w rogach estrady, urny alabastrowe, pełne myrry, dymią powoli.

Na łożu widać trupa mężczyzny. Krew mu wycieka z uda. Ramię ma obwisłe, a wyjący pies liże jego paznokcie.

Szereg pochodni zbyt bliskich nie pozwala dostrzec jego twarzy. Antoniego chwyta niepokój, boi się, że pozna kogoś.

Łkanie kobiet przerywa się i po chwili milczenia

WSZYSTKIE

razem śpiewają psalm

Piękny, piękny! On jest piękny! Dość spałeś, podnieś głowę! Wstań!

Odetchnij wonią bukietów! To narcyzy i anemony w ogrodach, zerwane dla twojej rozkoszy! Zbudź się, nie trwóż nas!

Mów! Czego ci trzeba? Czy chcesz pić wino? Czy chcesz spać w naszych łożach? Czy chcesz jeść miodownik w kształcie małych ptaszków?

Naciskajmy jego biodra! Całujmy jego piersi! Uważ! Czy ty czujesz nasze palce opierścienione, jak dotykają twego ciała, nasze wargi, jak szukają twych warg, nasze włosy, jak muskają twe uda, o boże zemdlony, głuchy na nasze modlitwy!

Wydają krzyki, kaleczą sobie twarz paznokciami, potem milkną. A wycie psa słychać nieustannie...

Biada, biada! Krew czarna płynie po jego ciele śnieżystym! Kolana jego się skręcają, żebra się zapadają. Kwiaty jego twarzy zwilżyły purpurę! Umarł, umarł! Płaczmy! rozpaczajmy!

I szeregiem kładą między pochodnie swoje długie włosy, podobne z daleka do wężów czarnych lub złocistych, a katafalk z lekka opada do poziomu jaskini, ciemnego grobowca ziejącego z tyłu.

Wówczas

KOBIETA

pochyla się nad trupem.

Włosy jej niestrzyżone owijają całą jej postać od stóp do głów. Wylewa tyle łez, że ból jej nie może być podobny bólowi innych, jest to ból nadludzki, nieskończony.

Antoni marzy o matce Jezusa.

Kobieta mówi:

Uchodziłeś ze Wschodu i całą drżącą od rosy brałeś mnie w ramiona, o Słońce! Gołąbki latały na błękicie twego płaszcza, pocałunki nasze budziły wietrzyk w gęstwinach i oddawałam się twej miłości, opętana rozkoszą mego omdlenia. Biada, biada! Pocóżeś pobiegł na góry!

Na jesiennym porównaniu dnia z nocą dzik ciebie zranił. Umarłeś. Źródła płaczą, drzewa się chwieją. Wiatr zimowy świszcze w nagich cierniach.

Oczy moje się zamkną, gdyż ciebie mroki pokrywają. Teraz ty zamieszkujesz drugą stronę świata, u mej potężniejszej współzawodnicy. O, Persefono, wszystko co piękne schodzi do ciebie, i nigdy już stamtąd nie wraca.

W czasie tej mowy, towarzyszki jej wzięły zmarłego, aby spuścić do grobu. Trup jest w ich ręku. Jest to tylko trup z wosku.

Antoni czuje niby ulgę.

Wszystko znika. Chata, skały, krzyż ukazały się znowu.

Tymczasem z drugiej strony Nilu Antoni dostrzega kobietę stojącą na pustyni.

Kobieta trzyma w ręku spód długiej, czarnej zasłony, która jej twarz zakrywa, a na lewym ramieniu piastuje dziecię, któremu piersi podaje. Z boku wielka małpa siedzi w kucki na piasku. Niewiasta podnosi oczy ku niebu; mimo odległości słychać jej głos.

IZYS

O, Neith, początku wszechrzeczy! Amonie, władco wieczności! Ptha, demiurgu! Thoth, jego mądrości! Bogowie Amenthi, trójce poszczególne nomów, wy, krogulce w lazurze, sfinksy u progu świątyń, ibisy stojące śród rogów byka, planety, gwiazdozbiory, rzeki, szumy wiatru, promienie księżyca, powiedzcie mi, powiedzcie, gdzie się znajduje Ozyrys?

Szukałam go we wszystkich kanałach i jeziorach, dalej jeszcze aż do Byblos fenickiej! Anubis o uszach prostych skakał koło mnie, szczekając i nozdrzami węsząc gaje tamaryszków. Dzięki ci, dobry Cynocefalu, dzięki!

Daje małpie kilka przyjaznych klapsów w głowę.

Ohydny Tyfon o rudym włosie, zabił go i na kawały porąbał... Znaleźliśmy wszystkie jego członki, ale nie mam tego, który mnie zapładniał.

Wybucha żałosnym lamentem.

ANTONI

przerażony, rzuca na nią kamienie, urąga jej.

Bezwstydna, idź, idź precz!

HILARION

Szanuj ją! To była religia twych dziadów! Amulety jej nosiłeś w kołysce!

IZYS

Niegdyś, gdy powracało lato, powódź rozpędzała na pustynię bydlęta nieczyste. Groble się otwierały, ścierały się łodzie, dysząca ziemia z upojeniem pochłaniała rzekę. Boże o rogach byka, tyś rozpościerał się na mej piersi i słychać było ryczenie krowy wieczystej.

Zasiewy, żniwa, młócka i winobranie następowały po sobie prawidłowo, podług pory roku. W jasne noce promieniały wielkie gwiazdy. Dni się kąpały w niezmiennej świetności. Niby parę królewską na każdej stronie horyzontu widziano słońce i księżyc.

Panowaliśmy oboje w świecie podnioślejszym, monarchowie-bliźnięta, małżonkowie od źródeł wieczności. On trzymał berło z głową kukufy, ja berło z kwiatem lotosu. Złączywszy dłonie, trwaliśmy wyprostowani oboje, a walące się państwa nie zmieniały naszej postawy.

Egipt rozpościerał się pod nami, monumentalny i pełny powagi, długi jak korytarz świątyni; na prawo miał obeliski, na lewo piramidy, pośrodku labirynt — a wszędy aleje potworów, lasy kolumn, długie pylony u wrót, na których szczycie mieściła się kula ziemska między dwojgiem skrzydeł.

Zwierzęta jej zodiaku odnajdywały się na pastwiskach Egiptu, napełniały swą postacią i barwą jego tajemnicze pismo. Podzielony na dwanaście dzielnic, jak rok na dwanaście miesięcy, a każdy rok i każdy dzień miał swego boga, odtwarzał niezmienny porządek niebios, a człowiek, umierając, nie tracił twarzy, lecz przesycony woniami, stawszy się niezniszczonym, szedł spać przez trzy tysiące lat w innym, milczącym Egipcie.

Ten, większy od pierwszego, mieścił się pod ziemią.

Schodziło się tam po schodach, prowadzących do sal, na których odmalowane były radości dobrych, męczarnie złych — wszystko, co się odbywa w trzecim niewidzialnym świecie. Stojąc wzdłuż murów, umarli w pomalowanych trumnach czekali swej kolei i dusza wolna od wędrowań, ciągnęła dalej swe uśpienie, aż do przebudzenia w nowym życiu.

Ozyrys jednak przychodził do mnie czasami. Cień jego uczynił mnie matką Harpokrata.

Spogląda na dziecko.

To on! To jego oczy, to jego włosy, splecione w rogi baranie! Ty jego dzieła rozpoczniesz! Rozkwitniemy jak lotosy. Jam zawsze wielka Izyda. Nikt jeszcze nie podniósł mej zasłony. Mój owoc to słońce!...

Słońce wiosenne, chmury zasłaniają twe oblicze! Oddech Tyfona pożera piramidy. Widziałam właśnie, jak uciekał sfinks. Pędził jak szakal.

Szukam swych kapłanów, kapłanów w płaszczu lnianym, z wielkimi harfami w ręku, którzy nosili mistyczną łódkę, ozdobioną srebrnymi paterami. Już nie ma uroczystości na jeziorach! Już nie ma świateł barwnych w mej delcie! Już nie ma pucharów mleka w File! Apis od dawna już się nie pokazał.

Egipcie! Egipcie! Wielcy twoi nieruchomi bogowie mają barki białe od gnoju ptaków, a wiatr, co po pustyni wyje, toczy prochy twych umarłych. Anubisie, strażniku cieniów, nie opuszczaj mnie!

Cynofeal omdlewa.

Izys potrząsa dzieckiem.

Ale... co ci jest? Twoje ręce zimne, głowa ci opada?

Harpokrat umiera.

Wówczas Izys wydaje okrzyk taki przeciągły, żałobny i rozdzierający, że Antoni mimo woli odpowiada jej drugim okrzykiem i ramiona otwiera, aby ją podtrzymać. Izyda znikła. Zawstydzony głowę chyli.

Wszystko co widział, miesza się w jego duszy. Jest to niby oszołomienie podróżą, niemoc upojenia. Chciałby nienawidzić, a jednak niewyraźna litość rozrzewnia mu serce. Zaczyna wylewać strumienie łez.

HILARION

Czemuż jesteś taki smutny?

ANTONI

po długim milczeniu, rozważywszy rzeczy te w sobie

Myślę o tych wszystkich duszach, zatraconych przez fałszywych bogów.

HILARION

Czy nie sądzisz, że oni... czasem... są bardzo podobni do prawdziwego?

ANTONI

To podstęp diabła, aby lepiej zwodzić wiernych. Napada on silnych za pomocą rozumu, na innych za pomocą ciała.

HILARION

Ale rozpusta w swych szałach ma bezinteresowność pokuty. Miłość frenetyczna ciała przyspiesza jego zniszczenie, a jej bezsilność świadczy o rozmiarach niemożliwości.

ANTONI

I cóż mnie to obchodzi? Serce moje wstrętem się napełnia wobec tych bogów zwierzęcych, wiecznie oddanych rzezi i kazirodztwom.

HILARION

Przypomnij sobie w Piśmie wszystko, co cię gorszy, gdyż tego nie rozumiesz. Podobnież ci bogowie w swej postaci zbrodniczej zawierają prawdę. Jeszcze ich możesz widzieć. Spojrzyj.

ANTONI

Nie, nie! To niebezpieczne!

HILARION

Tylko co chciałeś ich poznać. Czyż twoja wiara zachwieje się od kłamstwa? Czegóż się lękasz?

Skały naprzeciw Antoniego stały się górą.

Linia chmur przecina je na pół wysokości, a ponad nią inna góra, olbrzymia, zielona nierówno dolinami pocięta i mająca na szczycie, w gaju wawrzynowym, pałac spiżowy o dachówkach złotych.

Po środku perystylu na tronie Jowisz kolosalny, z nagim torsem, trzyma w jednej dłoni Zwycięstwo, w drugiej piorun, a między nogami orzeł z głową do góry.

Junona przy nim toczy swe wielkie źrenice; na głowie ma diadem, z którego niby mgła ulatuje na wiatr zasłona z materii przejrzystej.

Za nią Minerwa, stojąc na piedestale, opiera się na włóczni. Skóra Gorgony okrywa jej piersi, a peplos lniany w równych fałdach dochodzi jej aż do kostek. Siwe jej oczy, błyszczące pod przyłbicą patrzą w dalekość.

Z prawej strony, starzec Neptun pędzi wierzchem na delfinie, który bije płetwami wielki błękit — morze czy niebo? — nie wiesz, gdyż perspektywa oceanu zlewa się z eterem.

Z drugiej strony Pluton surowy, w płaszczu koloru nocy, z tiarą diamentową i berłem z hebanu stoi po środku wyspy oblanej falami Styksu: cienista owa rzeka wpada w mroki, które u stóp skały nadmorskiej tworzą wielką, czarną dziurę, otchłań bez formy.

Mars, odziany spiżem, wstrząsa gniewnie swój puklerz i miecz.

Herkules niżej patrzy nań, oparty o maczugę.

Apollon z twarzą promienną prowadzi — prawą wyciągniętą ręką — cztery białe galopujące konie; a Ceres w wozie ciągnionym przez byki — idzie ku niemu z sierpem w dłoni.

Bachus kroczy za nią na niskim wozie, lekko ciągnionym przez rysie. Tłusty, bezbrody, z winoroślą na czole, w ręku ma czarę przepełnioną winem. Sylen u jego boków chwieje się na ośle. Pan o szpiczastych uszach świszcze w fujarkę, mimalloneidy walą w bębenki, menady rzucają kwiaty, bachantki głowę w tył odwracają, rozrzuciwszy włosy.

Diana w tunice podgiętej wychodzi z lasu ze swymi nimfami.

W głębi pieczary Wulkan kuje żelazo śród Kabirów; tu i ówdzie stare Rzeki, oparłszy się o zielone kamienie, rozlewają swe urny; Muzy śpiewają w dolinach.

Hory, równego wzrostu, trzymają się za ręce, a Merkury ukośnie siedzi na tęczy ze swym kaduceuszem, skrzydłami u nóg i na czapce.

Ale wyżej nad drabiną Bogów, w obłokach łagodnych, jak puchy, a z których wrzecion spadają róże, Wenus Anadyomene przegląda się w lustrze: źrenice jej ślizgają się, pełne tęsknicy pod zbyt ciężkimi powiekami. Ma wielkie jasne oczy spływające po barkach, małe piersi, biodra wygięte na zewnątrz niby kontur liry, uda okrągłe, rowki w około kolan i nogi delikatne; w pobliżu ust fruwa motylek. Świetność jej ciała stwarza do koła niej aureolę jakby z masy perłowej.

Pozostała część Olimpu kąpie się w jutrzni różanej, która nieznacznie ogarnia wyżyny błękitu.

ANTONI

Ach, pierś moja się rozszerza. Radość nieznana schodzi do głębi mej duszy! Jakie to piękne! jakie to piękne!

HILARION

Te bóstwa zstępowały z wyżyny niebios, aby kierować walką, spotykano ich na drodze, przebywały w domu — i to oswojenie się z nimi boskim czyniło życie.

A jedynym celem życia była jego piękność i wolność. Szerokie ubranie ułatwiało szlachetne postawy.

Głos mówcy, wyćwiczony hukiem morza, dźwięczną falą uderzał o portyki z marmuru. Młodzieniec, oliwą wymaszczony, nago walczył w pełni słońca.

Najpobożniejszym czynem było okazać czystość formy ciała.

Ludzie ci szanowali małżonki, starców, błagalników. Za świątynią Herkulesa był ołtarz Litości.

Poświęcano ofiary rękami strojnymi w kwiaty.

Wspomnienie nawet było wolne od zgnilizny trupów. Z umarłych pozostawały tylko popioły. Dusza, zmieszana z eterem bez granic, ulatywała ku bogom.

I do ucha Antoniego szepcze:

Oni żyją zawsze! Cesarz Konstantyn ubóstwia Apollona. Znajdziesz trójcę w misteriach Samotrackich, chrzest u Izydy, odkupienie u Mitry, męczeństwo Boga w uroczystościach Bachusa. Prozerpina jest dziewicą, Arysteasz to Jezus.

ANTONI

z głową pochyloną słucha; po czym naraz, o ile pamięta, powtarza sobie symbol jerozolimski i po każdym zdaniu głęboko wzdycha.

Wierzę w jedynego Boga Ojca i w jedynego Pana Jezusa Chrystusa, Syna jednorodzonego Boga, który się wcielił w postać człowieka, ukrzyżowan, pogrzebion, wstąpił do nieba i będzie sądził żywych i umarłych, a którego królowanie nigdy się nie skończy; i w jedynego Ducha Świętego, i w jedyny chrzest pokutny, i w jedyny Święty kościół katolicki, i w zmartwychwstanie ciała, i w żywot wieczny.

Natychmiast krzyż rośnie i rozdzierając chmury rzuca cień na niebo greckich bogów. Wszyscy bledną. Olimp drży.

Antoni dostrzega u jego podstawy wielkie ciała półzaginione w jaskiniach lub podtrzymujące kamienie barkami. Są to Giganty, Tytany, Hekatonchiry, Cyklopy w łańcuchach.

GŁOS

słyszeć się daje niewyraźny, a straszliwy, jak szum lasów w czasie burzy, jak wycie wiatru śród przepaści:

Myśmy o tym wiedzieli: Bogowie skończyć się muszą. Uranus został stracony przez Saturna, Saturn przez Jowisza. I sam on będzie strącony. Każdy z kolei. To przeznaczenie.

I z wolna się pogrążają w urwiskach góry.

Tymczasem dachówki złotego pałacu ulatują.

JOWISZ

zstąpił z tronu. Grom u jego nóg dymi jak głownia, co ma zgasnąć, orzeł zaś, szyję wyciągnąwszy, zbiera dziobem opadające pióra.

Więc już nie jestem panem rzeczy, dobrym, wielkim bogiem fratrii i ludów greckich, praojcem królów, Agamemnonem nieba!

Orle apoteoz, jakież tchnienie Erebu popchnęło cię do mnie, lub może uchodząc z pola Marsowego, przynosisz mi duszę ostatniego Cezara?

Już nie chcę ludzkich dusz! Niechaj je ziemia chroni i niech po poziomie swej niskości pełzają! Ludzie mają teraz dusze niewolników, zapominają obelg, przodków, przysiąg i wszędy zwycięża głupota tłumów, miernota jednostek, brzydota plemion.

Oddech tak mu rozpiera piersi, że ledwie żebra mu nie pękną. Hebe we łzach przynosi mu czarę. Chwyta ją.

Nie! nie! Dopóki będzie gdzie bądź głowa zawierająca myśl, która nienawidzi bezład i rozumie Prawo, dopóty żyć będzie Jowisz.

Ale czara jest pusta.

Z wolna ją przechyla na paznokieć palca.

Ani kropli. Gdy ambrozji nie masz, nieśmiertelni uchodzą.

Czara wyślizguje mu się z rąk i Jowisz opiera się o kolumnę, czując śmierć nadchodzącą.

JUNO

Nie trzeba było mieć tylko miłostek! Orzeł, byk, łabędź, złoty deszcz, obłok, płomień — wszystkie formy przybierałeś, rozlałeś twe światło po wszystkich żywiołach, utraciłeś włosy we wszystkich łożach. Teraz rozwód nieodwołalny i nasze panowanie, nasze istnienie rozwiane.

Oddala się w powietrze.

MINERWA

nie ma już włóczni, a kruki, co gnieździły się w płaskorzeźbach fryzu, krążą dokoła niej i hełm nadgryzają.

Niechaj zobaczę, czy moje okręty, przecinając jasne morze, powróciły do mych trzech portów? Dlaczego sioła są puste i co czynią teraz córy Aten?

W miesiącu hekatombaionie lud mój cały szedł ku mnie, prowadzony przez urzędników i kapłanów. Po czym szły w sukniach białych ze złotymi chitonami długie szeregi dziewic, trzymając kielichy, kosze, umbrele. Dalej trzysta wołów ofiarnych, starcy potrząsający zielonymi gałęziami, żołnierze dzwoniący orężem, młodzieńcy śpiewający hymny, fleciści, lirnicy, rapsody, tancerki... Na koniec na maszcie łodzi trójwiosłej, toczącej się na kołach, płynął żagiel mój haftowany przez dziewice, które przez cały rok karmiono w sposób szczególny; a gdy się na wszystkich ulicach pokazał, na wszystkich placach i wobec wszystkich ludów, śród orszaku wciąż śpiewającego pieśni — szedł on krok za krokiem na wzgórze Akropolu, na Propyleje, wchodził do Partenonu.

Ale jakieś pomieszanie mnie ogarnia, mnie, przemyślną! Jak to, jak to, żadnej myśli! Oto drżę bardziej niż kobieta.

Spostrzega za sobą ruinę, wydaje krzyk i uderzona w skroń pada na wznak.

HERKULES

zrzucił lwią skórę; opierając się nogami, naprężając grzbiet, gryząc wargi, czyni nadmierne wysiłki, aby podtrzymać Olimp, co się wali.

Zwyciężyłem Cerkopów, Amazonki, Centaurów. Zgładziłem wielu królów. Złamałem róg Achelousa, wielkiej Rzeki. Zwaliłem góry, złączyłem oceany. Kraje niewolnicze wyzwoliłem, kraje puste zaludniłem. Przebiegłem Galię. Przewędrowałem puszczę, gdzie dręczy pragnienie. Broniłem bogów, oderwałem się od Omfalii. Lecz Olimp jest zbyt ciężki. Ramiona moje słabną. Umieram.

Ginie zgnieciony od zwalisk.

PLUTON

To twoja wina, Amfitrionadzie! Czemużeś zeszedł do mojego państwa? Sęp, co rozdziera wątrobę Tytiosa, podniósł głowę, Tantal ustami dotknął wody, koło Iksjona się zatrzymało.

Tymczasem Kery wyciągały szpony, by zatrzymać dusze, Furie w rozpaczy darły węże swych włosów, a Cerber, związany przez ciebie łańcuchem, rzężał, pieniąc się trojgiem swych mord.

Zostawiłeś drzwi półotwarte. Inni nadeszli. Światło ludzkie przenikło do Tartaru.

Zapada w mrok.

NEPTUN

Mój trójząb już nie wywołuje burz. Potwory, co przerażały świat, zgniły w głębi wody.

Amfitryta, której białe nogi suwały się po pianie morskiej! Zielone nereidy, które jaśniały na widnokręgu! Syreny łuskowate, co zatrzymywały okręty, by opowiadać baśni, i stare trytony, co świszczały w muszle — wszystko zamarło! Radość morza zniknęła!

Nie przeżyję tego! Niech mnie szeroki Ocean pochłonie!

Znika w lazurze.

DIANA

ubrana czarno, śród sfory psów przemienionych w wilki

Upoiła mnie niepodległość wielkich lasów z zapachem dzikich zwierząt i wyziewami trzęsawisk. Kobiety, których brzemienności strzegłam, wydawały na świat dzieci martwe. Księżyc drży pod zaklęciami czarownic. Mam żądze okrucieństwa i niezmierzoności. Chcę pić trucizny, roztopić się w tumanach, w marzeniach!...

Obłok przechodzący ją porywa.

MARS

z głową nagą, zakrwawiony

Naprzód walczyłem sam, wyzywając obelgami całe wojska, obojętny na ojczyznę, dla samej rozkoszy rzezi!

Potem miałem towarzyszów. Szli przy dźwięku fletów w porządku, równym krokiem, okryci puklerzem, z wysoką kitą na hełmach, z włócznią na ukos.

Rzucano się do bitwy z wielkim orlim krzykiem. Wojna była ucztą godową. Trzechset ludzi oparło się całej Azji.

Ale wracają barbarzyńcy! ćma, miliony!

Ponieważ liczba, machiny i podstęp są silniejsze, lepiej zginąć mężnie!

Zabija się.

WULKAN

gąbką obcierając swe członki spotniałe

Świat cały ziębnie. Trzeba ogrzewać źródła, wulkany i rzeki, co pod ziemią toczą metale! Walić mocniej! całym ramieniem! ze wszystkiej mocy!

Kabiry się ranią młotami, oślepiają się iskrami i krążąc po omacku, giną zabłąkani w mroku.

CERES

stojąc na wozie, poruszanym kołami ze skrzydłem na osiach

Stój! stój!

Słusznie wyłączono cudzoziemców, bezbożników, epikurejczyków i chrześcijan. Tajemnica kosza odsłoniętą została, święty ołtarz splugawiony, wszystko stracone.

Schodzi na stromą pochyłość zrozpaczona i krzycząc, wyrywa sobie włosy.

Ach, kłamstwo! Nie oddano mi Dairy! Spiż mnie wzywa do umarłych. To inny Tartar! Już się stamtąd nie powraca! Zgroza, zgroza!

Otchłań ja pożera.

BACHUS

śmieje się frenetycznie

I o cóż idzie! Żona Archonta jest moją małżonką. Prawo samo jest pijane! Do mnie z nową pieśnią i różnorodnymi formami! Ogień, co pożarł mą matkę, płynie w mych żyłach. O, niechaj goreje coraz silniej, chociażbym miał zginąć!

Samiec i samica razem, dobry dla wszystkich, oddaję się wam, o bachantki! Wam się oddaję bachanci! Winorośl snuje się dokoła pni drzew. Wyjcie, tańczcie, wijcie się!

Puśćcie swobodnie tygrysa i niewolnika!

Okrutnymi zębami kąsajcie ciało!

Pan, Sylen, satyry, bachantki, mimalloneidy, menady — z wężami, pochodniami, w czarnych maskach, rzucają sobie kwiaty, odsłaniają Fallus, całują go, wstrząsają tympany, rzucają w siebie tyrsami, kamienują muszle, ssą winogrona, zabijają kozła i rozdzierają Bachusa!

APOLLO

którego zbielałe włosy opadają, uderza swe rumaki

Pozostawiłem w dali kamienistą Delos, tak czystą, że tam się wszystko teraz zda umarłe; i chcę dojechać do Delf, zanim jego wapory natchnieniowe nie zaginą w całości. Muły żują wawrzyny. Pytia obłąkana już mówić nie umie.

Przez ześrodkowanie mocniejsze będę miał pieśni wzniosłe i pomniki wieczne, a cała materia przenikniona będzie drgnieniami mojej cytary.

Nastraja lirę, ale struny pękają i krwawią mu twarz. Febus odrzuca lirę i z wściekłością waląc kwadrygę.

Nie! dość form! Dalej jeszcze! Na szczyt! Ku czystej idei!

Ale konie cofają się, stają dęba, łamią wóz i zaplątany w połamane kawały dyszla i uprzęży bóg spada w otchłań, głową w dół.

Niebo pociemniało.

WENUS

od zimna zsiniała drży

Wstęgą swojego pasa tworzyłam cały widnokrąg Hellady!

Pola jej świeciły różami moich jagód, jej brzegi były wycięte podług kształtu moich warg, a jej góry, bielsze niż moje gołębie, drżały pod ręką snycerzy. Znajdowano mą duszę w układzie nut, w uczesaniach głowy, w rozmowie filozofów, w urządzeniu rzeczy pospolitych. Ale nazbyt kochałam ludzi. Amor mnie zbezcześcił.

Z płaczem upada na wznak.

Świat jest wstrętny. Powietrza brak mojej piersi.

O Merkury, wynalazco liry i przewoźniku dusz, unieś mnie!...

Kładzie palec na ustach i opisując w powietrzu ogromną parabolę, spada w otchłań.

Nie widać nic. Mrok zupełny. Tymczasem z oczu Hilariona błyskają jakby ognie czerwone.

ANTONI

dostrzegł wreszcie jego wysoki wzrost

Kilkakrotnie już, gdyś mówił, zdawałeś mi się rosnąć... i nie było to złudzenie. Jakże? Objaśnij mi... Osoba twoja mnie przeraża...

Kroki się zbliżają.

Cóż to takiego?

HILARION

wyciąga ramię

Spójrz!

Wówczas pod bladym promieniem księżyca Antoni odróżnia karawanę nieskończoną, która defiluje po grzebieniu skał i każdy wędrowiec kolejno ze skały w otchłań wpada. Naprzód są tu trzej wielcy bogowie Samotraki: Axieros, Axiokeros, Axiokersa, złączeni w pęk, okryci purpurą, z ręką podniesioną.

Eskulap idzie z twarzą melancholiczną, nie widząc nawet Samosa i Telesfora, którzy go z niepokojem wypytują. Sosipolis elejski, w kształcie Pytona, toczy swe pierścienie ku otchłani. Doespoene w kołowrocie sama rzuca się w przepaść. Britomartis, wyjąc ze strachu, czepia się oczek swej sieci. Centaury galopem pędzą i skaczą w czarną otchłań.

Za nimi, kulejąc, idzie rozpaczliwa gromada nimf. Łąkowe bogi pokryte pyłem, leśne jęczą i krwawią, ranne od siekier drwali.

Gelludy, strzygi, empuzy, wszystkie boginie piekielne, mieszając swe haki, pochodnie, żmije, tworzą piramidę, a na szczycie, na skórze cepa, Eurynome, sinawa jak muchy mięsne, pożera własne ramiona. Potem w wirze nikną naraz: Arthia krwiożercza, Hymnia z Orchomeny, Laphira patrejska, Aphia z Eginy, Bendis z Tracji, Stymphalia o ptasich udach, Triopas zamiast trzech źrenic ma tylko trzy orbity. Erichtonius, któremu łydki zgniły, jak kaleka beznogi, pełza na rękach.

HILARION

Jakie to szczęście, nieprawdaż? Widzieć ich w ohydzie i agonii. Wejdź ze mną na ten kamień, a będziesz jak Kserkses, przeglądający swe wojska.

Tam w dali, w mgłach, czy widzisz tego olbrzyma białobrodego, co strąca miecz od krwi czerwony? To Scyta Zalmoksis śród dwóch planet. Jedna Artimpasa — Wenus, druga Orsiloche — księżyc. Dalej, wypływając z bladych obłoków, są bogowie, których czczono u Cymbrów, aż poza Thule!

Dworce ich były ciepłe i przy blasku nagich mieczów zdobiących sklepienie pili oni miód w rogach bawolich. Jadali wątrobę wielorybią w miskach miedzianych kutych przez demony lub też słuchali niewolników czarodziejów, nakazując im dzwonić w kamienne harfy.

Są zmęczeni! Drżą z zimna. Śnieg ocięża ich skóry niedźwiedzie, a nogi ich wyzierają przez rozdarte sandały...

Płaczą za łąkami, gdzie na wzgórzach zielonych odpoczywali po bitwie, za okrętami, których dziób rozcinał góry lodowe, i za łyżwami, na których mogli suwać aż po biegun północny, nosząc na końcu ramion cały firmament krążący wraz z nimi.

Wichura śnieżna ich porywa.

Antoni pochyla wzrok w drugą stronę. I dostrzega czarne postacie na tle czerwonym, dziwne postacie, z podwiązanymi dłońmi i twarzą, które sobie rzucają kule, skaczą nawzajem przez siebie, robią grymasy, tańczą frenetycznie.

HILARION

To są bogowie Etrurii, niezliczone aesary. Oto Tages, wynalazca wróżb. Stara się on jedną ręką powiększyć podziały nieba, a drugą opiera się o ziemię. Niech do niej wraca. Nortia spogląda na mur, w który wbijała gwoździe, aby oznaczyć liczbę lat... Cała powierzchnia pokryta nimi i ostatni okres spełniony.

Jak dwaj wędrowcy burzą zaskoczeni pod jednym płaszczem się kryją Kastur i Pulutuk.

ANTONI

zamyka oczy

Dość! dość!

Ale przechodzą w powietrzu z wielkim szelestem skrzydeł wszystkie Zwycięstwa Kapitolu, kryjąc czoło w ręku i gubiąc trofea w dłoniach wiszące.

Janus, pan zmierzchów, wchodzi na czarnym baranie, a z dwóch jego twarzy jedna już zgniła a druga uśpiona ze znużenia.

Summanus, bóg ciemnego nieba, już bez głowy, przyciska na sercu stare ciasto w formie koła.

Westa pod kopułą w ruinie stara się ożywić swoją lampę zagasłą.

Bellona krwawi swe lica, ale z nich już nie sączy się krew, co oczyszczała pobożnych.

ANTONI

Łaski, dość! Oni mnie męczą!...

HILARION

Niegdyś bawili!

I pokazuje mu w gaju jarzębinowym nagą kobietę na czworakach jak zwierzę. Czarny człowiek gwałci ją z tyłu, trzymając w każdej ręce pochodnię.

To bogini Aricia i demon Virbius. Kapłanem jej, królem lasów, musiał być zabójca, a niewolnicy, zbiegi, obdzieracze trupów, zbójcy z drogi Salaryjskiej, kulawi z mostu Sublickiego, całe robactwo z nor Suburry, nie miało droższego bóstwa.

Patrycjuszki z czasów Marka Antonina wolały Libitinę.

I pokazuje mu w gaju cyprysów i róż drugą kobietę przyodzianą w gazę. Uśmiecha się, a dokoła niej łopaty, tragi, czarne materie, różne narzędzia pogrzebowe. Diamenty jej błyszczą z dala pod pajęczyną. Larwy jak szkielety przeświecają kośćmi poprzez gałęzie, a Widziadła, Lemury, rozpostarły skrzydła jak nietoperze.

Na skraju pola bóg Terminus wyrwany z ziemi, pokryty śmieciem, chyli się w dół.

Na miedzy wielki trup Wertumna pożerają psy czerwone.

Bogowie sielscy: Sartor, Sarvator, Vervactor, Collins, Vallona, Hostilinus odchodzą z płaczem, w płaszczach i kapturach, a każdy ma w ręku motykę, widły, plecionki, oszczepy.

HILARION

Ich to dusza budziła rozkwit wiosek i gołębników, i sadzawek, gdzie żyły ślimaki i kurników sieciami pokrytych, i ciepłych stajen pachnących cedrem.

Bronili całej tej biednej czerni, która wlokła kajdany swoich nóg po kamieniach sabińskich, tych, co dźwiękiem trąbki przywoływali trzodę chlewną, tych, co winogrona zbierali na szczycie wiązów, tych, co pędzili ścieżkami osły z nawozem na grzbiecie. Rolnik dysząc nad rękojeścią pługa, modlił się do nich o wzmocnienie ramienia, a krowiarze w cieniu lip przy dzieżach mleka na przemian śpiewali im chwałę na fujarkach trzcinowych.

Antoni wzdycha.

I pośrodku izby, na wzniesieniu, ukazuje się łoże z kości słoniowej, a naokoło stoją ludzie trzymający w ręku pochodnie sosnowe.

To bogowie małżeństwa, czekają nowo zaślubionej. Domiduca ją przyprowadzała, Virgo rozwiązywała jej pas, Subigo rozkładała na łożu, a Praema odsuwała ramiona, słodkie wyrazy szepcząc jej do ucha.

Ale ona nie przyjdzie! Więc inne mają odejść: Nona i Decima dozorczynie chorych, trzej Nixii połogowi, dwie mamki Educa i Potina oraz Carna kołysalnica, której bukiet tarninowy złe sny oddala od dziecka.

Później Ossipago wyprostowałaby dziecku kolana, Barbatus dałby mu brodę, Stimula — pierwsze żądze, Volupia — pierwsze rozkosze, Fabulinus nauczyłby go mowy, Numera — liczenia, Camoena — śpiewu, Consus — myślenia.

Izba jest pusta i pozostaje w niej tylko Naenia, baba stuletnia, która sama sobie szepcze skargę, jaką wyła przy śmierci starców. Ale wnet głos jej przeważają ostre krzyki. Są to

LARY DOMOWE

ukryte w głębi atrium, odziane w psie skóry, w kwiatach dokoła; zamknięte dłonie oparli na policzkach i płaczą ile mogą.

Gdzie jest dział strawy, którą nam dawano przy każdym jedzeniu, starania służącej, uśmiechy matrony, wesołość chłopców grających w kostki na mozaice podwórza? Potem, dorósłszy, zawieszali na naszej piersi swą gałkę złotą lub skórzaną.

Jakież to było szczęście, gdy w wieczór tryumfu pan powracając do domu, spoglądał na nas wilgotną powieką. Opowiadał swe walki, a ciasny dom był dumniejszy niż pałac i świętszy niż kościół. Jakie były lube uczty rodzinne, zwłaszcza nazajutrz po Feraliach! W tkliwości dla umarłych znikały wszystkie niezgody i całowano się, pijąc chwałę przeszłości i nadzieje jutra.

Ale przodkowie z malowanego wosku zamknięci za nami z wolna pokrywają się pleśnią. Pokolenia nowe, aby się pomścić za rozczarowania, rozbiły nam szczęki; pod zębem szczurów kruszą się nasze ciała drewniane.

Niezliczeni bogowie czuwający u wrót kuchni, w piwnicy, w łaźni rozpierzchają się na wszystkie strony pod postacią wielkich mrówek albo ciem wieczornych.

CREPITUS

daje się słyszeć

I mnie też niegdyś czcili. Składano mi ofiary. Byłem bogiem.

Ateńczyk witał mnie jako zapowiedź fortuny, gdy pobożny Rzymianin przeklinał mnie z podniesioną pięścią, a kapłan egipski niejadający grochu drżał na mój głos i bladł na mój zapach.

Gdy kwaśne wino żołnierskie płynęło po niegolonych brodach, gdy się raczono żołędziami, groszkiem i surową cebulą, i gdy kozioł na kawały pocięty, piekł się w zjełczalym maśle pasterskim, nikt się wtedy nie sromał. Krzepkie pokarmy czyniły trawienie hucznym.

Na wiejskim słońcu ludzie sprawiali sobie ulgę powoli.

Tak przechodziłem bez zgorszenia jak inne potrzeby życia, jak Mena, dziewic męczarnia i łagodna Rumina, która osłania piersi mamek, nabrzmiałe błękitnymi żyłami. Byłem radosny. Budziłem śmiech. I swobodnie jelita rozszerzając z mego powodu, gość wyziewał wesołość otworami swego ciała.

Miałem swoje dni dumy. Dobry Arystofanes wprowadził mnie na scenę, a cesarz Klaudiusz Druzus posadził mnie u stołu. W latiklawach patrycjuszów krążyłem majestatycznie. Złote wazy, jak tympanony dźwięczały pode mną i kiedy pełny muren, trufli i pasztetów, żołądek pana ziemi wyzwalał się z hukiem, czujny świat się dowiadywał, że Cezar jest po obiedzie.

Ale teraz strącono mnie pomiędzy gawiedź i nawet imię moje wywołuje oburzenie.

I Crepitus oddala się, jęcząc.

Potem słychać piorun.

GŁOS

Jam był Bóg wojsk, Bóg Jedyny, Bóg Pan...

Jam rozwinął na wzgórzach namioty Jakuba i karmiłem w piaskach mój lud uchodzący.

Jam spalił Sodomę! Jam pochłonął ziemię w potopie! Jam zatopił faraonów wraz z ich książęty, wojennymi wozy i wojskiem.

Bóg zazdrosny, jam nienawidził innych bogów. Jam deptał nieczystych, jam łamał dumnych. A spustoszenie pędziło na prawo i na lewo niby wielbłąd bez cugli puszczony na pole kukurydzy.

Aby wyzwolić Izrael, wybierałem prostych ludzi. Anioły o skrzydłach ognistych mówiły do nich w krzakach.

Oblane aromatem nardu, cynamonu i mirry, w sukniach przezroczystych i w trzewikach wysokich, niewiasty o sercu nieustraszonym zabijały wodzów nieprzyjacielskich.

Wicher porywał proroków.

Wypisałem swe prawo na tablicach kamiennych. Zamykało ono mój naród niby w twierdzy. Był to mój naród. Jam był jego Bóg. Ziemia była moja, ludzie moi wraz ze swymi myślami, ze swymi dziełami, z narzędziami pracy i potomstwem.

Arka moja spoczywała w sanktuarium podwójnym, poza purpurową zasłoną, wśród zapalonych świeczników. Miałem do usługi całe plemię, co bujało kadzidła, i wielkiego kapłana w szacie hiacyntowej, co nosił na piersiach drogie kamienie rozłożone w porządku symetrycznym.

Biada, biada! Święte świętych się otwarło, zasłona się rozdarła, aromaty ofiary całopalnej rozwiały się na cztery wiatry. Szakal skomle w mogiłach, świątynia moja w gruzy upadła, a naród się rozpierzchnął po całej ziemi.

Zduszono kapłanów sznurami ich szat. Kobiety są w niewoli, a naczynia święte przetopiono!

Głos się oddala.

Jam był Bóg wojsk, jam był Pan, Bóg i Pan!

Wówczas nastaje milczenie olbrzymie, noc głęboka.

ANTONI

Wszyscy już przeszli.

Jam pozostał

mówi

GŁOS

I przed Antonim stoi Hilarion przemieniony, piękny Archanioł, jasny jak słońce, tak wielki, że

ANTONI

głowę podnosi do góry

Któż ty jesteś?

HILARION

Królestwo moje to rozmiar wszechświata, a moje pragnienie nie ma granic. Idę wciąż, wyzwalając rozum i ważąc światy, bez nienawiści, bez bojaźni, bez litości, bez miłości i bez Boga. Nazywają mnie Wiedzą.

ANTONI

cofa się w tył

Ty jesteś raczej... Diabeł.

HILARION

powieki utkwiwszy w Antonim

Czy chcesz go widzieć?

ANTONI

nie odrywa się już od tego spojrzenia; ciekawość Diabła go porywa. Trwoga rośnie, a razem rośnie ciekawość.

Gdybym go jednak zobaczył... gdybym zobaczył!

potem w spazmie gniewu

Zgroza, jaką czuję, wyzwoli mnie od niego na zawsze!

Chcę go zobaczyć.

Pokazuje się noga racicowata.

Antoni żałuje.

Lecz diabeł już go porwał na rogi i unosi w powietrze.

VI

Ulatuje pod nim, rozciągnięty jak pływak; jego dwoje olbrzymich szeroko rozwartych skrzydeł, kryjąc go w całości, wydaje się chmurą.

ANTONI

Dokąd idę?

Tylko co widziałem postać Przeklętego. Nie, to obłok mnie unosi. Może umarłem i ulatuję do Boga. Ach, jak szeroko oddycham. Nieskalane powietrze rozlotnia mi duszę. Żadnej ciężkości! żadnego cierpienia!

W dole pode mną piorun huczy, horyzont się rozszerza, rzeki się krzyżują. Ta biała plama to pustynia; to bagienko — to ocean. I inne oceany się ukazują, olbrzymie regiony, których nie znałem. Oto krainy czarne, dymiące niby stosy; oto kraina śniegów, wiecznie mgłami ocieniona. Chciałbym ujrzeć góry, którędy słońce co wieczór zachodzi.

DIABEŁ

Słońce nigdy nie zachodzi.

Antoni się nie dziwi, że słyszy ten głos. Zdaje mu się on echem jego myśli, odpowiedzią na wspomnienie. Tymczasem ziemia przybiera kształt kuli i widać, jak się pośrodku lazuru toczy na biegunach, krążąc dokoła słońca.

DIABEŁ

Więc ona nie jest środkiem świata? Ukorz się, pycho człowieka!

ANTONI

Zaledwie ją teraz rozróżniam. Zlewa się z innymi ogniami. Firmament cały to tkanina gwiazd.

Wciąż płyną w górę.

Żadnego szmeru! nawet szelestu skrzydeł! Nic!... a ja nachylam się, aby słuchać harmonii planet.

DIABEŁ

Nie usłyszysz jej wcale. Ani ujrzysz antychtonu Platona, ani ogniska Filolausa, ani sfer Arystotelesa, ani siedmiu niebios Żydów, z wielkimi wodami ponad kryształowym sklepieniem.

ANTONI

Z dołu wydawało mi się niebo twarde jak ściana. A teraz właśnie przenikam je, pogrążam się w nim.

I przybywa pod księżyc, podobny do kawału okrągłego lodu, o świetle nieruchomym.

DIABEŁ

Była to niegdyś siedziba dusz. Cny Pitagoras pomieścił tu nawet ptaki i kwiaty wspaniałe.

ANTONI

Widzę tylko pustynie rozpaczne i wulkany zagasłe pod czarnym niebem.

Idźmy do tych gwiazd o promienieniu milszym, aby ujrzeć anioły, co je trzymają w rękach jak pochodnie.

DIABEŁ

unosi go między gwiazdy

Gwiazdy się przyciągają i razem odpychają. Działanie każdej wynika z innych i dopomaga im bez żadnego pośrednika, na zasadzie prawa, samą siłą porządku.

ANTONI

Tak, tak! Mój rozum to ogarnia! To radość wyższa nad rozkosze tkliwości! Zdumiony, drżę przed ogromem Boga.

DIABEŁ

Firmament, który się rozszerza w miarę jak ty w górę płyniesz, tak samo będzie się powiększał od rozszerzenia twej myśli i czuć będziesz coraz większy rozrost radości, w tym odkryciu światów, w tym rozszerzeniu nieskończoności.

ANTONI

Ach, wyżej, ciągle wyżej!

Gwiazdy się mnożą, błyszczą. Droga mleczna na zenicie rozwija się jak pas olbrzymi, miejscami próżnią rozcięty. W tych szczelinach jej blasku płyną przestrzenie mroku. Są tam deszcze gwiazd, kurzawy starego pyłu, świetlane pary, co płyną i znikają.

Niekiedy kometa naraz przelatuje; potem rozpoczyna się znowu cisza świateł niezliczonych.

Antoni rozwartymi ramionami opiera się na dwóch rogach Diabła i w ten sposób obejmuje go w całości.

Przypomina sobie z pogardą nieświadomość dni dawnych, nędzę swoich marzeń. Oto więc te kule świetlane, które z dołu oglądał. Rozróżnia skrzyżowanie linii, złożoność kierunków. Widzi je nadpływające z dala, zawieszone jak kamienie w procy, rysujące orbity i hiperbole. Spostrzega jednym rzutem oka Krzyż Południowy i Wielką Niedźwiedzicę, Rysia i Centaura, mgławice Dorady, sześć słońc konstelacji Oriona, Jowisza z czterema satelitami i potrójny pierścień potwornego Saturna i wszystkie planety i gwiazdy, jakie ludzie odkryją z czasem. Napełnia oczy swoje tymi światłami, myśl karmi rachunkiem ich przestworów, po czym głowa mu opada.

Jaki cel tego wszystkiego?

DIABEŁ

Żadnego celu nie ma ten wszechświat! Jakże Bóg miałby cel? Jakie doświadczenie mogłoby go nauczyć, jaka rozwaga zdecydować?

Przed początkiem nie byłby działał, a teraz byłoby to bezużyteczne.

ANTONI

A jednak stworzył świat, za jednym razem, swym Słowem.

DIABEŁ

Ale istoty, co zaludniają ziemię, zjawiają się tu po kolei. Podobnież na niebie gwiazdy nowe powstają, wyniki różne przyczyn rozmaitych.

ANTONI

Rozmaitość przyczyn to wola Boga!

DIABEŁ

Ale w Bogu przypuszczać różne akty woli to przypuszczać różne przyczyny i niszczyć Jego jedność. Wola Jego jest nieodłączna od Jego jestestwa. Nie mógł on mieć innej woli, nie mogąc mieć innego jestestwa; a ponieważ istnieje wiecznie, działa wiecznie. Spojrzyj na słońce! Z jego krawędzi wytryskają wielkie płomienie, rzucając iskry, które się rozsypują, aby się zmienić w światy, a dalej za ostatnim światem, dalej za tą głębią, gdzie tylko noc widać, inne słońca wirują, za nimi inne i jeszcze inne, bez końca...

ANTONI

Dość, dość! Boję się! Spadnę w otchłań.

DIABEŁ

zatrzymuje się i kołysząc go miękko

Nie masz nicości, nie masz próżni! Wszędzie są ciała, które się poruszają na nieruchomym tle przestrzeni; ponieważ zaś, gdyby przestrzeń była czymkolwiek ograniczoną, nie byłaby już przestrzenią, ale ciałem, jest ona bezgraniczna!

ANTONI

osłupiały

Bezgraniczna!

DIABEŁ

Płyń w niebo coraz wyżej a wyżej, nigdy nie osiągniesz szczytu! Płyń w dół pod ziemię miliardy miliardów stuleci, nie dosięgniesz nigdy dna, gdyż świat nie ma dna, ani wierzchołka, ani góry, ani dołu, ani początku, ani końca, a Przestrzeń zawiera się w Bogu, który nie jest częścią przestrzeni taką lub owaką, ale Niezmierzonością.

ANTONI

powoli

A więc materia byłaby częścią Boga?

DIABEŁ

Dlaczego nie? Czy możesz wiedzieć, gdzie On się kończy?

ANTONI

Przeciwnie, upadam, ścielę się przed Jego potęgą.

DIABEŁ

I sądzisz, że go przebłagasz! Mówisz doń, nadajesz mu cnoty, dobroć, sprawiedliwość, łaskawość, zamiast przyznać, że posiada wszystkie doskonałości.

Rozumieć coś poza tym to rozumieć Boga poza Bogiem, istotę poza istotą, jest on więc jedyną istotą, jedyną substancją.

Gdyby substancja mogła się dzielić, utraciłaby swoją naturę, nie byłaby sobą, Bóg nie istniałby. Jest on więc niewidzialny jak Nieskończoność i gdyby miał ciało, złożony byłby z części, nie byłby jeden, nie byłby nieskończony... Bóg nie jest osobą.

ANTONI

Jak to? Moje kazania, łkania, umartwienia, moje żary, wszystko to byłoby skierowane do kłamstwa, w przestwór, bez użytku, niby krzyk ptasi, niby wir zwiędłych liści?

Płacze.

Och, nie! Poza tym wszystkim jest Ktoś, wielka dusza, pan, ojciec, którego serce moje uwielbia i który mnie kocha.

DIABEŁ

Chcesz Boga, który nie jest Bogiem; bo gdyby Bóg odczuwał miłość, gniew, litość, przechodziłby od doskonałości do doskonałości wyższej lub niższej. Bóg nie może zstępować do uczucia lub zamykać się w formie.

ANTONI

Ale kiedyś ja go zobaczę.

DIABEŁ

Z błogosławionymi, nieprawdaż? kiedy skończoność pochłonie nieskończoność, w ograniczonym miejscu, gdzie ma się zawrzeć absolut?

ANTONI

Mniejsza o to, musi być raj dla dobra, piekło dla grzechu.

DIABEŁ

Wymaganie twego rozumu czyliż jest prawem rzeczy? Niewątpliwie zło jest obojętne Bogu, ponieważ ziemia jest nim cała pokryta.

Czy je znosi przez niemoc, czy zachowuje przez okrucieństwo? Czy ty sądzisz, że on wciąż ma poprawiać świat, jako rzecz niedoskonałą, i że czuwa nad ruchami wszystkich istot od lotu motyla aż do myśli człowieka?

Jeżeli stworzył świat, jego Opatrzność jest zbyteczna. Jeżeli jest Opatrzność, stworzenie jest wadliwe.

Ale zło i dobro ciebie tylko dotyczą, jak dzień i noc, rozkosz i cierpienie, śmierć i narodziny, które się stosują tylko do pewnego kąta przestrzeni, do pewnego środowiska, do pewnej szczególnej sprawy. Ponieważ jedynie nieskończoność jest niezmienna, istnieje tylko nieskończoność i nic więcej.

Diabeł stopniowo rozciąga swoje długie skrzydła; teraz one zasłaniają przestrzeń.

ANTONI

nie widzi więcej, omdlewa

Zimno straszliwe mrozi mnie do głębi duszy. To niby śmierć głębsza od samej śmierci. Wiruję w nieskończoność mroków. Mroki wchodzą we mnie. Świadomość moja pęka pod tym rozszerzeniem nicości.

DIABEŁ

Ale zrozumienie rzeczy dochodzi cię tylko za pośrednictwem twego ducha. Niby zwierciadło wklęsłe zniekształca on przedmioty; a nie masz sposobu do sprawdzenia ścisłości.

Nigdy nie poznasz wszechświata w pełni jego rozciągłości, nie możesz więc wyrobić sobie pojęcia o jego przyczynie, mieć dokładne wyobrażenie o Bogu, ani nawet powiedzieć, że wszechświat jest nieskończony, gdyż trzeba by przedtem poznać Nieskończoność.

Forma jest może obłędem twych zmysłów. Substancja wyobrażeniem twej myśli.

Chyba że, ponieważ świat jest ciągłym wirem rzeczy, pozór jest właśnie jedyną prawdą, złudzenie jedyną rzeczywistością.

Ale czyś ty pewny, że widzisz? Czyś nawet pewny, że żyjesz? Może nic nie ma!

Diabeł wziął Antoniego i, trzymając go na końcu swych ramion, patrzy nań z otwartą gębą, jakby chcąc go pożreć.

Uczcij mnie zatem i przeklnij widmo, które zowiesz Bogiem!

Antoni podnosi oczy w ostatnim ruchu nadziei.

Diabeł go opuszcza.

VII

ANTONI

budzi się, leżąc na grzbiecie, u brzegu skały nadmorskiej. Niebo zaczyna bieleć.

Czy to światło zorzy, czy odblask księżyca?

Chce się podnieść, lecz opada i szczękając zębami:

Jestem zmordowany, jakby wszystkie moje kości były połamane.

Dlaczego?

Ach, to Diabeł. Przypominam sobie... a nawet powtarzał mi to wszystko, czegom się uczył u starego Dydyma o pojęciach Ksenofanesa, Heraklita, Melissa, Anaksagora o nieskończoności, o stworzeniu, o niemożliwości poznania!

Sądziłem, że będę mógł się z Bogiem zjednoczyć

z goryczą:

O, szaleństwo, szaleństwo! Czyż to moja wina? Modlitwa jest mi niepodobna. Serce moje suchsze od głazu. Ono, co niegdyś przepełnione było miłością!

Piasek rankiem dymił na widnokręgu niby pył kadzidlany, o zachodzie słońca kwiaty ogniste rozlewały się po krzyżu, a wśród nocy często mi się zdarzało, że wszystkie istoty i wszystkie rzeczy, pogrążone w tym samym milczeniu, wraz ze mną uwielbiały Pana. O cuda kazań, o rozkosze ekstazy, o dary niebieskie, cóż się z wami stało?

Przypominam sobie podróż moją wraz z Ammonem, w poszukiwaniu samotni dla założenia klasztorów. Był to ostatni wieczór; szliśmy obok siebie i przyśpieszaliśmy kroku, szepcząc hymny, nic nie mówiąc. W miarę jak zachodziło słońce, dwa cienie naszych ciał wydłużały się jak dwa obeliski rosnące ciągle, a wciąż idące przed nami. Za pomocą kijów oznaczaliśmy tu i ówdzie na ziemi krzyże, aby nakreślić miejsce pustelni. Noc nadchodziła powoli i czarne fale rozlewały się po ziemi, a niebo wciąż jeszcze różaną jaśniało barwą.

Gdy byłem dzieckiem, bawiłem się budowaniem cel samotniczych z kamieni. Moja matka w pobliżu na mnie patrzała.

Może mnie przeklęła za to opuszczenie. Może pełnymi garściami wyrywała swoje siwe włosy. A trup jej leżał rozciągnięty śród chaty, pod trzcinowym dachem, śród opadających murów... Przez otwór chrapiąca hiena wsuwa tam paszczę! O zgrozo, zgrozo!

Łka.

Nie, Amonaria jej by nie opuściła.

Gdzież teraz jest Amonaria?

Może w głębi łaźni zdejmuje suknię jedną po drugiej, naprzód odziewadło, potem płaszcz, potem pierwszą suknię i drugą lżejszą, wszystkie naszyjniki, a para cynamonem pachnąca oblewa jej nagie ciało. Kładzie się wreszcie na ciepłej mozaice. Włosy jej dokoła bioder tworzą niby czarne runo — i dusząc się w zbyt ciepłej atmosferze, przegina ciało i oddycha, wystawiwszy naprzód łono. Patrzcie! Znów się moje ciało buntuje. W boleści jeszcze żądza nieczysta mnie dręczy. Dwie męczarnie naraz to za wiele. Nie mogę już znosić samego siebie.

Przechyla się i spogląda w przepaść.

Człowiek, który by upadł stąd, zabiłby się. Nic łatwiejszego jak stoczyć się z lewej strony; zrobić tylko jeden jedyny ruch! Jeden!

Wówczas się ukazuje

STARA KOBIETA

Antoni się podnosi, przerażeniem ujęty. Roi, że widzi swą matkę zmartwychwstałą. Ale ta jest daleko starsza i nadzwyczajnej chudości. Całun, dokoła jej głowy owinięty, zwiesza się wraz z białym włosem do samego spodu nóg, cienkich jak piszczele. Białość jej zębów barwy kości słoniowej jeszcze ciemniejszą czyni jej skórę ziemistą. Orbity jej oczu są pełne mroku, a w głębi migają dwa płomienie niby dwie lampy grobowe.

Idź naprzód — mówi. — Cóż cię zatrzymuje?

ANTONI

bełkocząc

Lękam się popełnić grzech!

ONA

odpowiada

Ale Saul się zabił! Razias sprawiedliwy się zabił. Święta Pelagia z Antiochii zabiła się. Domnina z Aleppo i dwie jej córki, trzy święte, zabiły się! A przypomnij sobie wszystkich wyznawców, którzy biegli na spotkanie katów przez niecierpliwość śmierci! Aby prędzej się nią rozkoszować, dziewice Miletu dusiły się sznurem. Filozof Hegezjasz w Syrakuzie tak nauczał ewangelii, że kobiety opuszczały lupanary, by się powiesić w polu. Patrycjusze rzymscy zadawali sobie śmierć jako rozkosz.

ANTONI

Tak, jest to miłość potężna. Wielu pustelników jej ulega.

STARA

Uczynić rzecz, która cię równa Bogu. On cię stworzył, a ty niszczysz jego dzieło, sam, własną odwagą, swobodnie. Rozkosz Herostrata nie była wyższa. A przy tym ciało twoje dość urągało twej duszy, abyś się wreszcie nad nim zemścił. Nie będziesz cierpiał. To się rychło skończy. Czegóż się lękasz? Wielkiej czarnej dziury. A może ona jest pusta?

ANTONI

słucha bez odpowiedzi; a z drugiej strony ukazuje się

DRUGA KOBIETA

młoda i cudnie piękna. Antoni bierze ją z z początku za Amonarię.

Ale ta jest większa, jasnowłosa jak miód, pełna, z barwiczką na twarzy i różami na głowie. Długa jej suknia przystrojona blaszkami błyska miganiem metalicznym. Zmysłowe jej wargi są krwawo czerwone, a ciężkie powieki tak pogrążone w tęsknocie, że zdaje się niewidoma.

ONA

szepcze

Żyj, używaj rozkoszy. Salomon nakazuje rozkosz! Idź tam, gdzie serce cię prowadzi, podług pragnienia twych oczu.

ANTONI

Jaką znaleźć rozkosz? Moje serce zmęczone, moje oczy pomieszane!

ONA

Idź na przedmieście Rakotis, zapukaj do jakich drzwi malowanych na niebiesko, a kiedy będziesz w atrium, gdzie szemrze wodotrysk, kobieta zjawi się przed tobą, w szacie z białego jedwabiu, lamowanego złotem, z rozpuszczonymi włosami, ze śmiechem podobnym do dźwięku dzwonków. Jest ona bardzo zręczna. W pieszczocie jej poznasz dumę wtajemniczeń i ukojenie pożądań. Nie znasz także niepokoju cudzołóstwa, tajemniczych drabinek porwania, nie wiesz, jaka to rozkosz chcieć ujrzeć obnażoną tę, którą czciłeś odzianą. Czyś przyciskał do piersi dziewicę, która cię kochała? Przypomnij sobie zaniedbanie jej wstydu i zgryzoty, które się rozpływały w potoku słodkich łez. Możesz, nieprawdaż, wyobrazić sobie, jak przechadzacie się we dwoje przy świetle księżyca, w gaju. Pod naciskiem rąk złączonych dreszcz was przebiega; zbliżone oczy wylewają ku sobie nawzajem fale bezcielesne i serce wasze się przepełnia, wybucha: to wir najsłodszy, to upojenie, co rozsadza ducha!

STARA

Nie potrzeba zażyć rozkoszy, by poznać ich gorycz. Z daleka już patrząc na nie, odczuwasz wstręt. Musisz się znużyć monotonią tych samych działań, trwaniem dni, brzydotą świata, głupotą słońca.

ANTONI

Tak, wszystko, czemu słońce przyświeca, jest mi niemiłe.

MŁODA

Pustelniku, pustelniku! Znajdziesz diamenty śród kamieni, źródła pod piaskami, rozkosz w przypadkach, którymi gardzisz. A są nawet na ziemi tak piękne miejsca, że chciałbyś je przycisnąć do serca.

STARA

Co wieczór zasypiając na ziemi, spodziewasz się, że ona cię wkrótce pokryje.

MŁODA

A jednak wierzysz w zmartwychwstanie ciał, które jest przeniesieniem życia w wieczność.

W czasie jej mowy Stara jeszcze bardziej utraciła ciało, a nad jej głową, która już nie ma włosów, nietoperz kołuje w powietrzu.

Młoda jeszcze bardziej spulchniała. Suknia jej mieni się, nozdrza rozdymają, oczy miękko się toczą.

PIERWSZA

otwierając ramiona

Pójdź, jam jest pocieszenie, spokój, zapomnienie, wieczna pogoda.

DRUGA

ofiarując swe łono

Jam jest ukołysanie, rozkosz, życie, szczęście niewyczerpane.

Antoni odwraca się, by uciec. Każda mu kładzie rękę na ramieniu.

Całun się odwija i odkrywa szkielet

ŚMIERCI

Suknia się pruje i odkrywa całe ciało

ROZKOSZY

która ma talię wąską, tułów ogromny i wielkie rozczochrane włosy.

Antoni stoi nieruchomo pomiędzy obiema, bacząc na nie.

ŚMIERĆ

mówi doń:

Natychmiast czy później, wszystko jedno! Należysz do mnie jak słońce, narody, miasta, królowie, śnieg górski, trawa polna. Latam wyżej niż krogulec, biegam prędzej niż gazela, dosięgam nawet nadziei, zwyciężyłam Syna Bożego.

ROZKOSZ

Nie opieraj się, jam wszechmocna! Lasy huczą od moich westchnień, fale się poruszają od moich wzburzeń. Cnota, odwaga, pobożność rozwiewają się od zapachu mych ust.

Towarzyszę człowiekowi na każdym kroku, a na progu mogiły on powraca do mnie.

ŚMIERĆ

Ja ci odkryję to, coś ty starał się ująć przy blasku pochodni na twarzy umarłych lub wówczas, gdyś błądził za piramidami, w ogromnych piaskach, powstałych z próchna ludzkiego. Od czasu do czasu kawał czaszki toczy ci się pod nogami. Brałeś piasek, przesypywałeś go przez palce i myśl twoja, zlana z nią, zamierała w nicości.

ROZKOSZ

Moja otchłań jest głębsza. Marmury natchnęły sprośne miłości. Ludzie rzucają się w spotkania przerażające. Kujemy sobie łańcuchy, które nienawidzimy. Skąd idzie czar kurtyzan, nadzwyczajność marzeń, niezmierzoność mego smutku?

ŚMIERĆ

Ironia moja przewyższa wszystko! Są konwulsje radości na pogrzebach królów, przy wytępieniu narodów, wojnie towarzyszą trąby i bębny, pióropusze, chorągwie, złota uprzęż — to dla mnie ceremoniał hołdowniczy.

ROZKOSZ

Mój głód wart twego. Ja wyję, ja kąsam. Ja miewam poty umierających i pozory trupa.

ŚMIERĆ

Ja to nadaję ci powagę. Splećmy swe ramiona!

Śmierć śmieje się szyderczo, a Rozkosz wyje. Biorą się w pół i śpiewają razem.

— Ja przyśpieszam rozkład ciał!

— Ja sposobię rozkwit nasion!

— Ty niszczysz dla moich odnowień!

— Ty rodzisz dla moich zniszczeń!

— Ożyw moją potęgę!

— Zapłodnij moją zgniliznę!

I głosy ich, których echo po stokroć odbija się dokoła, stają się tak silne, że Antoni upada na wznak.

Od czasu do czasu pod wpływem wstrząśnięcia otwiera oczy i w ciemnościach dostrzega rodzaj potwora przed sobą.

To głowa trupa w wieńcu róż, niżej tors kobiety białości masy perłowej. U dołu ciało się kołysze na sposób olbrzymiego robaka, który trwa wyprostowany.

Widziadło słabnie, znika.

ANTONI

wstaje

Jeszcze raz to Diabeł, pod swoją podwójną postacią: ducha cudzołóstwa i ducha zniszczenia.

Żaden mnie nie przeraża. Odpycham szczęście i czuję się wieczny...

Śmierć jest tylko złudzeniem, zasłoną, która chwilami zasłania ciągłość życia.

Ale skoro Substancja jest jedyna, dlaczegóż formy są różne?

Muszą gdzieś być formy pierwotne, których ciała są jeno obrazem. Gdyby można było je widzieć, poznalibyśmy węzeł łączący myśl i materię — na czym byt polega.

Takie postacie malowane były w Babilonie na murze świątyni Bela i pokrywały mozaikę w porcie Kartaginy. Sam widziałem je kilkakrotnie na niebie, niby formy duchów. Wędrowcy na pustyniach spotykają zwierzęta nad wszelkie pomyślenie.

I naprzeciw niego z drugiej strony Nilu, ukazuje się

SFINKS

Wydłuża nogi, wstrząsa przepaskami swego czoła i kładzie się na brzegu. Skacząc, wzlatuje w górę, rzygając ogień nozdrzami i smoczym ogonem bijąc swe skrzydła, Chimera zielonooka kręci się dokoła i szczeka. Pierścienie jej włosów odrzucone na bok mieszają się z włosami, którymi jej biodra są obrośnięte, z drugiej strony spadają aż na piasek i poruszają się równo z ruchami całego jej ciała.

SFINKS

nieruchomy, patrzy na Chimerę

Tu, Chimero, zatrzymaj się.

CHIMERA

Nie, nigdy!

SFINKS

Nie pędź tak prędko, nie lataj tak wysoko, nie szczekaj tak głośno.

CHIMERA

Nie wzywaj mnie już, nie wzywaj mnie już, boś zawsze niemy.

SFINKS

Przestań już ogniem ziać mi na oblicze! Nie zagłuszaj wyciem mych uszu... Ty nie skruszysz mego granitu, Chimero!

CHIMERA

Ty nie uchwycisz mnie, straszliwy Sfinksie.

SFINKS

Aby ze mną przebywać, tyś nazbyt szalona.

CHIMERA

Aby ze mną ulecieć, tyś nazbyt ciężki.

SFINKS

Dokąd dążysz, że tak prędko lecisz?

CHIMERA

Pędzę po korytarzach labiryntu, ulatuję nad górami, przeskakuję fale, szczekam w głębi przepaści, zaczepiam się paszczą o krawędź obłoków, ciągnącym się ogonem rysuję wybrzeża morskie, a wzgórza nabrały kształtu od wygięć mojego grzbietu. Ale ciebie widzę zawsze nieruchomym, albo końcem szponów rysujesz jakieś abecadła na piasku.

SFINKS

Przechowuję swą tajemnicę. Rozmyślam i liczę.

Morze odwraca się w łożysku, zboża kołyszą się na wietrze, karawany przechodzą, pył ulatuje, stolice padają w gruzy, a moje oko, którego nic nie może z drogi sprowadzić, trwa wytężone poprzez zjawiska na niedostępnym widnokręgu.

CHIMERA

Jam jest lekka i radosna. Pokazuję ludziom perspektywy olśniewające, raje zamglone i szczęście dalekie. Rzucam w ich dusze obłędy wiekuiste, zamiary szczęścia, plany przyszłości, marzenia sławy, przysięgi miłosne, cnotliwe postanowienia.

Popycham ich do niebezpiecznych podróży i do wielkich przedsięwzięć. Jam rękami swymi wyrzeźbiła cuda budownictwa. Ja zawiesiłam dzwonki na grobie Porseny i murem z orychalku otoczyłam wybrzeża Atlantydy. Szukam zapachów nowych, kwiatów nieznanych, rozkoszy nie zażytych. Jeżeli widzę gdzie człowieka, którego umysł spoczywa w mądrości, rzucam się na niego i duszę go.

SFINKS

Wszystkich tych, których dręczyło pragnienie Boga, jam pożarł.

Najsilniejsi, by wejść na moje czoło królewskie, wstępują na prążki mych przepasek, jak na szczeble schodów. Znużenie ich opanowuje i w przepaść spadają.

Antoni zaczyna drżeć.

Już nie jest przed chatą, lecz na pustyni, a z dwóch stron stoją bestie potworne, których paszcze dotykają jego ramion.

SFINKS

O Wyobraźnio, unieś mnie na twych skrzydłach, aby mój smutek uciszyć.

CHIMERA

O Tajemnico, ja kocham twe oczy! Jak hiena w czasie spieki kręcę się dokoła ciebie, pragnąc zapłodnień, których potrzeba mnie pożera.

Otwórz usta, podnieś nogi, wejdź na mój grzbiet.

SFINKS

Odkąd nogi me są na płask, już podnieść się nie mogę. Mech niby liszaj obrósł moją paszczę. Od rozmyślań już nie mam nic do powiedzenia.

CHIMERA

Kłamiesz, obłudny Sfinksie! Dlaczego zawsze mnie wzywasz i zawsze mnie odpychasz?

SFINKS

To ty, kaprysie nieopętany, wciąż mi wirujesz i znikasz.

CHIMERA

Więc to moja wina! Jak to? Puść mnie!

Szczeka.

SFINKS

Poruszasz się, uchodzisz mi.

Mruczy.

CHIMERA

Spróbujmy! Ty mnie łamiesz!

SFINKS

Nie, to niepodobna!

I powoli się pogrąża w piasek i znika, gdy Chimera, pełzając z wywieszonym językiem, oddala się, opisując koła na piasku.

Z oddechu jej ust powstał tuman. W tumanie widzi Antoni rozwełnienia obłoków, nieokreślone krzywizny. Wreszcie odróżnia istoty na podobieństwa ludzkich ciał.

A naprzód idą

ASTOMI

podobni do kul powietrznych przeniknionych słońcem

Nie dmuchaj zbyt mocno. Krople deszczu nas męczą, fałszywe dźwięki nas drażnią, ciemności nas oślepiają. Złożeni z mgieł i zapachów, my się toczymy, płyniemy — nieco więcej niż marzenia, a nie całkiem istoty.

NISNY

mają tylko jedno oko, jeden policzek, jedną rękę, jedną nogę, połowę ciała, połowę serca i mówią bardzo głośno.

Żyjemy bardzo dogodnie w naszych półdomach, ze swymi półżonami i półdziećmi.

BLEMY

zupełnie bez głowy

Nasze barki są przeto szersze i żaden wół, ani słoń, ani nosorożec nie uniesie tego, co my udźwigniemy.

Rodzaj rysów i niby twarz niewyraźna na piersiach naszych wyryta — oto wszystko. Rozmyślamy o trawieniu, rozważamy odchody. Bóg dla nas w ciszy płynie, w miazgach kiszkowych. Idziemy prosto swą drogą, przebywając wszystkie błota, przechodzimy koło wszystkich otchłani i jesteśmy najpracowitsi, najszczęśliwsi, najcnotliwsi z ludzi.

PIGMEJE

Krasnoludki, my roim się na świecie jak robactwo na garbie wielbłąda.

Palą nas, topią, tratują, a my zawsze się pokazujemy, coraz żywsi i liczniejsi a straszni ilością.

SCIAPODY

Trzymając się ziemi włosami długimi jak liany wegetujemy w cieniu swych nóg, szerokich jak parasole, a światło nas dochodzi poprzez osłonę naszych pięt. Żadnego niepokoju, żadnej pracy! Głowa jak najniżej — oto tajemnica szczęścia.

Ich łydki podniesione są podobne do pni drzew. Mnożą się.

Ukazuje się las. Wielkie małpy latają po nim na czterech łapach. Są to ludzie o psich głowach.

CYNOCEFALE

Skaczemy z gałęzi na gałąź, by ssać jaja i z piór oskubywać pisklęta; po czym ich gniazdka kładziemy na głowę niby czapki.

Odrywamy wymiona krów, rozdzieramy oczy rysiów, gnój zrzucamy z wierzchołka drzew, odsłaniamy swoją wszeteczność w pełni słońca.

Rozdzierając kwiaty, wstrząsając owoce, mieszając źródła, gwałcąc kobiety, jesteśmy panami świata dzięki sile naszych ramion i okrucieństwu serca.

Śmiało towarzysze! Łomotać szczękami!

Krew i mleko płynie z ich warg. Deszcz spływa na ich grzbiety kosmate.

Antoni wdycha świeżość zielonych liści.

Liście się poruszają, gałęzie ścierają ze sobą i naraz wychodzi z gęstwiny wielki czarny jeleń z głową byka, mający między uszami krzak białych rogów.

SADHUZAG

Siedemdziesiąt cztery moje różki są różne jak flety. Kiedy się odwracam na wiatr południowy, naraz wychodzą z nich dźwięki, które ściągają do mnie zachwycone zwierzęta. Węże się obwijają koło moich nóg, osy w nozdrzach mi się lepią, a papugi, gołębie i ibisy na rogach mi siadają.

— Słuchaj!

Podnosi swoje rogi, płynie z nich muzyka niewymownie słodka. Antoni rękami serce przyciska. Zdaje mu się, że ta muzyka duszę mu porwie.

SADHUZAG

Ale kiedy się zwracam na wiatr północny, rogi moje, gęstsze niż regiment włóczni, wydają wycie okropne. Lasy drżą, rzeki rozlewają, strąki roślinne pękają, a trawy powstają niby włosy w przestrachu.

— Słuchaj!

Nachyla gałęzie, z których wychodzą przeraźliwe, sprzeczne wrzaski. Antoni czuje się rozdarty. A jego zgroza rośnie, gdy staje przed nim

MARTICHORAS

olbrzymi lew czerwony o twarzy ludzkiej z trzema szeregami zębów

Mora sierści mojej szkarłatnej miesza się z migotaniem wielkich piasków. Tchnę przez me nozdrza przerażenia samotności. Rzygam zarazą. Pożeram wojska, gdy się zapuszczę w pustynię.

Szpony moje wygięte w świdry, zęby moje wycięte w piły, ogon mój wykręcony, jest najeżony pociskami, które rzucam w tył i naprzód, w lewo i w prawo. Patrz!

Martichoras rzuca ciernie swego ogona, które promieniują dokoła niby strzały we wszystkich kierunkach. Krople krwi padają na zieleń.

KATOBLEPAS

byk czarny z głową wieprza opadającą do ziemi, a którą łączy z kadłubem szyja wąska, długa i płaska jak opróżniona kiszka; nogi jego są niewidoczne pod olbrzymią twardowłosą grzywą, co mordę mu zasłania

Tłusty, melancholijny, okrutny czuję wciąż pod swym brzuchem gorące wyziewy bagniska. Czaszka moja jest tak ciężka, że niepodobna mi jej udźwignąć. Toczę ją dokoła siebie powoli, z półotwartą szczęką, wyrywam ozorem trawy jadowite, zroszone moim oddechem. Raz mimo woli pożarłem sobie łapy. Nikt nie widział nigdy mych oczu, a ci, co je zobaczyli, natychmiast marli. Gdybym podniósł swe powieki, powieki czerwone i nabrzmiałe, w jednej chwili byś umarł.

ANTONI

Och, ten!... A... a... gdybym zapragnął? Głupota jego mnie pociąga! Nie, nie, nie chcę!

Patrzy wytrwale na ziemię.

Ale trawy się zapalają i śród wijących się płomieni powstaje

BAZYLISZEK

wielki wąż fioletowy o grzebieniu trójzębnym, o dwóch kłach, jednym u góry, drugim u dołu.

Strzeż się, upadniesz w mą paszczę! Ja piję ogień. Ogień to ja i zewsząd go czerpię: z chmur, kamieni, drzew umarłych, sierści zwierząt, z powierzchni bagnisk. Moje gorąco wstrzymuje wulkany, ja wywołuję blask drogich kamieni i barwę metali.

GRYF

lew o sępim dziobie, z białymi skrzydłami, czerwonymi łapami i szyją niebieską

Jam jest władca jasności głębokich. Ja znam tajemnicę grobów, gdzie śpią dawni królowie.

Łańcuch u powały zawieszony głowę ich utrzymuje prosto. W pobliżu nich, w basenach z porfiru na czarnej fali płyną kobiety, które oni kochali. Skarby ich leżą tam w salach, w rombach, piramidach, a niżej, w głębi, pod mogiłami, po długiej podróży, śród duszących mroków, znajdziesz tam rzeki złote i lasy diamentowe, łąki karbunkułów, jeziora z żywego srebra. Oparty o wrota podziemia, ze szponami w powietrze, płomienną źrenicą śledzę tych, coby tam chcieli przyjść. Równina bezgraniczna, aż do krańca widnokręgu, jest zupełnie naga i biała od kości wędrowców. Dla ciebie podwoje brązowe się otworzą i wciągać będziesz w siebie zapach kopalń, zajdziesz w bezdno! Szybko, szybko!...

Grzebie ziemię nogami, piejąc jak kogut.

Tysiące głosów mu odpowiada. Las drży.

I wszystkie przerażające bestie powstają: Tragelaphus, pół byk i pół jeleń; Myrmekoleo, lew z przodu, mrówka z tyłu, a którego przyrodzenie jest na opak; pyton Aksar, sześćdziesiąt łokci długi, który przeraził Mojżesza; wielka łasica Pastinaca, która drzewa zabija swym zapachem; Presteros, który dotknięciem wywołuje w człowieku głupotę; Mirag, zając rogaty, mieszkaniec wysp morskich; lampart Phalmant, któremu brzuch pęka od własnego wycia; Senad, niedźwiedź trójgłowy, co rozszarpuje swe dzieci ozorem; pies Cepus, co rozlewa po skałach błękitne mleko swych wymion. Moskity zaczynają brzęczeć, ropuchy skaczą, węże syczą. Błyskawice błyskają. Grad pada.

Nadchodzą wiry pełne anatomii przedziwnych. Głowy aligatorów na nogach kozich, sowy o wężowym ogonie, wieprze o mordzie tygrysiej, koty z grzbietem oślim, żaby kosmate jak niedźwiedzie, kameleony wielkie jak hipopotamy, cielęta o dwóch głowach, z których jedna płacze a druga beczy, embriony czworonożne, trzymające się za pępek i tańczące jak frygi, brzuchy skrzydlate, latające jak komary.

Spadają z nieba deszczem, wychodzą z ziemi, wypływają ze skał. Wszędzie źrenice goreją, gęby wyją, piersi się nadymają, szpony się wyciągają, zęby zgrzytają, ciała pluskają. Niektóre rodzą, niektóre spółkują lub jednym łykiem pożerają się nawzajem.

Dusząc się od liczby, mnożąc się od zetknięcia, jedne włażą na drugie i poruszają się miarowo dokoła Antoniego, jakby ziemia była pomostem okrętu. Czuje on na swych nogach sznur olbrzymi ślimaków, na rękach chłód żmij, a pająki tkające nici zamykają go w siatce. Ale koło potworów się rozwiera, niebo staje się naraz błękitne i ukazuje się

JEDNOROŻEC

Galopem, galopem!

Mam kopyta z kości słoniowej, zęby ze stali, głowę purpurową, ciało białośnieżne, a róg mego ciała ma w sobie wielobarwność tęczy.

Pędzę od Chaldei do pustyni tatarskiej, na brzegi Gangesu i do Mezopotamii. Prześcigam strusie. Pędzę tak chyżo, że wiatr leci za mną. Grzbiet pocieram o palmy, toczę się w bambusach. Jednym skokiem przeskakuję rzeki. Gołębie latają nade mną. Jedna tylko dziewica może mnie ocuglić.

Dalej galopem! galopem!

Antoni patrzy, jak jednorożec ucieka.

A ponieważ oczy jego są ciągle otwarte, spostrzega wszystkie ptaki, które się karmią wiatrem: Guit, Ahuti, Alfalim, Juknet z gór Kaf, Homai Arabów, a są to duchy zamordowanych. Słyszy papugi wymawiające słowa ludzkie i wielkie płetwonogi pelazgijskie, co łkają niby dzieci lub śmieją się szyderczo jak stare wiedźmy. Słone powietrze uderza jego nozdrza. Wybrzeże morskie jest teraz przed nim.

Z dala widać wodotryski puszczane przez wieloryby i z głębi horyzontu wszelakie

ZWIERZĘTA MORSKIE

okrągłe jak beczki, płaskie jak sztaby, zębate jak piły, zbliżają się, pełzając po piasku.

Pójdziesz z nami w bezmiary, gdzie jeszcze nikt nie schodził!

Ludy różne zamieszkują ocean. Jedne się mieszczą w siedzibie orkanów, inne pływają w pełni, w przezroczu zimnych fal i jak woły żują koralowe równiny, a trąbą wdychają przypływ i odpływ lub na barkach dźwigają ciężar źródeł morza.

Fosforescencje błyskają na wąsach fok, na łuskach ryb. Zwierzokrzewy toczą się jak koła, rogi Amona rozwijają się jak liny okrętowe, ostrygi skrzypią zworami, polipy rozkładają swe macki, meduzy drżą jak kule kryształowe, gąbki suną, anemony plują wodę. Mchy, liszaje puściły.

I wszystkie rodzaje roślin rozpościerają się w gałęziach, wiją się w świdry, przedłużają się w ostrza, zaokrąglają się w wachlarze. Banie mają postać piersi, a liany splatają się jak węże.

Dedaim z Babilonu, które są drzewami, mają owoce z twarzą człowieczą. Mandragory śpiewają. Korzeń Baaras skacze po trawie.

Rośliny już się teraz nie różnią od zwierząt. Polipy, podobne do sykomorów, mają ramiona w gałęziach.

Antoni sądzi, że spostrzegł gąsienicę śród liści: to motyl, co ulatuje. Wstępuje na kamyk, szarańcza ruda wyskakuje. Owady podobne do listków róży przybierają krzaki, szczątki jednodniówek tworzą na ziemi śnieżną warstwę.

A potem rośliny zlewają się z kamieniami.

Kamienie są podobne do mózgów, stalaktyty do piersi, kwiaty żelazne do tkanin z malowidłem twarzy.

W ułamkach lodowisk widać wykwity roślinne, podobieństwa krzaków i muszel, tak iż nie wiadomo, czy to są ślady tych rzeczy czy też rzeczy same. Diamenty błyszczą jak oczy, minerały pulsują.

I już się nie lęka.

Kładzie się na twarz, opierając na łokciach i z zatrzymanym oddechem spogląda.

Owady niemające już żołądka dalej jedzą, wyschnięte mchy rozkwitają na nowo, członki, których brakło, odrastają.

Wreszcie dostrzega drobne masy kulkowate wielkości głowy od szpilki, otoczone rzęsą dokoła. Poruszają się wibracyjnie.

ANTONI

w upojeniu

O szczęście, szczęście! Wdziałem rodzące się życie, widziałem początek ruchu. Krew moich żył tak uderza, że mało ich nie rozerwie. Chciałbym latać, pływać, szczekać, wyć, ryczeć! Chciałbym mieć skrzydła, skorupę, korę, parę wydychać, mieć trąbę, wić swe ciało, podzielić się wszędzie, być wszędzie, rozlać się w zapachach, rozkwitnąć w kwiatach, popłynąć wodą, drgać jako dźwięk, Świecić jak światło, wtulić się we wszystkie kształty, przeniknąć wszystkie atomy, zejść do samej głębi materii — być Materią!

Na koniec dzień się pokazuje i jak zasłony tabernakulum w chwili podniesienia, złote obłoki, spływając w szerokich kołach, odsłaniają niebo.

Pośrodku, w samej tarczy słońca, promienieje twarz Jezusa Chrystusa.

Antoni czyni znak krzyża i zaczyna się modlić.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.