drukowana A5
17.27
Dźwięki minionych lat

Bezpłatny fragment - Dźwięki minionych lat


Objętość:
53 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0207-0

Przyjaciołom wieszcza wydawca

Póki chodził między nami, kochaliśmy go, i miłość ta codzień wzrastała; bo ileżto doznawaliśmy słodyczy i przyjemności w jego towarzystwie, a jak chciwie i z jaką roskoszą słuchało się jego pienia, które i zmysł słuchugłaszcze, i uczucie błogością napełnia, i myśl oprowadza po nieskończoności przestworze!

Od dziesięciu lat zstąpił pod ziemię..... gęśl zamilkła; i czy się kiedy ozwie, Bóg tylko wié! Dla nas tedy pociechą po stracie serdecznego druga, prócz nadziei milszéj przyszłości, jedynie te dźwięki, ale dźwięki, w których się cały ówczesny duch narodu dobitnie wyraża. Wtedy w istocie tak się czuło i tak się myślało. Źle czy dobrze, mniejsza o to teraz, bo o tém tylko poźni potomkowie nasi sprawiedliwie będą mogli wyrokować; dość, że on tylko to po swojemu wypowiadał, co wnętrze narodu w sobie mieściło, a zatém dźwięki te są listkiem z księgi dziejów życia rodzinnego.

Styczeń 1848 r.

Wstęp do pieśni z 1835 roku

Odgłos pijanéj piosenki,

Kilka powiędłych pamiątek,

Słabych jako blask jutrzenki,

Jak niewieścich uczuć szczątek,

Słabe ramię, mocne czucie,

Pienie dziecka, pienie męża,

Dziwne myśli w dziwnéj nucie,

Śpiéw słowika, szczęk oręża,

To szyderstwa uśmiéch dziki,

To męzkie pienia bojowe,

To wesołości okrzyki,

To rozgłosy pogrzebowe,

Wszystko, co boskie, piekielne,

Co istniało, nie istniało,

Co nikłe, nieśmiertelne,

Po mojém sercu przebrzmiało.

A z tego uczuć chaosu,

Z tych żywiołów różnorodnych,

Powstała pieśń bez odgłosu,

Złożona z dźwięków niezgodnych.

Lecz jak robak żyje w pleśni,

Tak myśl moja nie zwiędniała,

Zielono żyje w méj pieśni,

Cały światby objąć chciała.

Więc niech brzmią niezgodne tony,

Niech się przykrym ozwą jękiem!

Ja znowu naciągam stróny,

Będę puszczać dźwięk za dźwiękiem!

Między ziemią a rajem

O bracia! wyznać nam trzeba,

I wyrzec słowy świętemi:

«Że kształty pochodzą z ziemi,

Przymioty darem są nieba!»

Patrz! tu dźwięcznie w pustéj ciszy

Strumyk swe skargi rozwodzi,

A tu trawka, którą chłodzi,

Wiosnę czuje, skargi słyszy;

Ten poważny śpiéw strumyka,

Ta trawka, co woni majem,

Zawieszają śmiertelnika

Pomiędzy ziemią i rajem.

Bo bracia! wyznać nam trzeba,

I wyrzec słowy świętemi:

«Trawa i woda są z ziemi,

Lecz woń i podźwięk są z nieba!»

Jak anioł piękna kobiéta,

Postać jéj wiosną się śmieje,

Uśmiéch na ustach zakwita,

I śmielszy w oczach jaśnieje;

Ta postać, co nas przenika,

Oko, co śmieje się majem,

Zawieszają śmiertelnika

Pomiędzy ziemią i rajem.

Bo bracia! wyznać nam trzeba,

I wyrzec słowy świętemi:

«Że całe ciało jest z ziemi,

Usta i oczy są z nieba!»

Twórczéj sztuki arcydzieło

Duszę w objęcia ujęło,

I błyszczy perłą zapału,

Jak wiosna rosą z krzyształu;

Ta sztuka, co nas przenika,

Ten zapał, co błyszczy majem,

Zawieszają śmiertelnika

Pomiędzy ziemią i rajem.

Bo bracia! wyznać nam trzeba,

I wyrzec słowy świętemi:

«Że sztuka pochodzi z ziemi,

Zapał odblaskiem jest nieba!»

Przechadzka wieczorna

Natura, jak kobiéta ładna i światowa,

Co się w dzień napieściła pieszczonemi słowy,

Zalotnie słania ciało powabne; jéj głowa

Téż się słania, bo ziemskie jéj ciężą okowy;

Rzuciła dzienne gwary i kłamane słowa,

Z boską pogodą lica śni sen nieświatowy;

Złote oko, choć w splotach warkoczy się chowa,

Strzela iskrami życia i wdzięk rodzi nowy.

Ja jestem jako muszka natrętna, brzęcząca,

Chcąca wszystko przepatrzyć, co wlata na skronie,

I ze skroni ucieka; a gdy pierś gorąca

Ją znęci, to przylata i siada na łonie.

Lecz i pierś jest za zimna, choć ogniem płonąca,

Więc wlata na usta, i w całunku tonie!

Przechadzka przed świtem

Przyrodo! tyś kobiéta z wejrzeniem dziewiczém,

Tchnie pierś twoja niewinna boską wonią kwiatów,

Zorza cię przywitała ciekawém obliczem,

A tyś się zapłoniła rumieńcem szkarłatów!

Łza błysnęła ci w oku, a pieniem słowiczém

Tyś modlitwę posłała do Pana wszech światów!

Nie płacz śliczna dziewico, ach! nie trwóż się niczém,

Spoczywaj, luba! błogo na łożu z bławatów.

Ja twój wierny kochanek, ja nie zbudzę ciebie,

Pozwól tylko z twych ustek, z róży oddech chwytać,

Na twych piersiach łabędzich spoczywać jak w niebie,

O twoje sny milutkie Pana Boga pytać;

A kiedy z lubych marzeń powrócisz do siebie,

Słodkiém cię uściśnieniem na dzień dobry witać!

Dwie

— Tyś jest jako cedr Libański, kołysany wiatrem.

— A ty jako róża doliny Sarońskiéj, która mile patrzy.

Wschodnia powieść.

Jakże noc jest powabną, gdy w uroczéj cisze

Cały się przestwór myślą niebieską kołysze,

Jak pierś dziewicy, która piérwszą miłość marzy.

Jakże noc jest powabną, gdy cała się żarzy

Tysiącem złotych oczu patrzących tak śmiele,

Jak twoje złote oczy, mój ziemski aniele!

I ty się smutno śmiejesz z za chmur, o księżycu!

Jak słaby ziemski uśmiéch na nieziemskiém licu.

Blada pozłota nieba miga się śród fali,

Co się kręcą wężykiem i giną w oddali,

Pomiędzy gaje ciemne, gdy je noc omroczy,

Smutno, jak biała wstęga śród kruczych warkoczy.

Czarownie! jednym wielkim i mglistym obrazem

W zamąconym umyśle snują mi się razem

Strumienie, gaje, wiatry, i nieba kagańce,

Tak nikłe, jak powietrzne rajskich dziewic tańce.

Cóż, gdy słucham, jak dziwnie w powietrzu ulata

Różnobarwnemi dźwięki harmonia wszech świata!

Śród zagwiazdnego wzrok mój wlepiwszy obszaru,

Tak jak śpiewu kochanki słucham niebios gwaru.

Ja już harmonią nocy me zmysły uśpiłem,

Jam już duszę upoił ułudzeniem miłém;

I za cóż pośród morza harmonii, lubości,

Duszno mi jak po piérwszym całunku miłości?

O i dzień jest powabnym: i dzień złotolicy

Gdy się uśmiecha myślą niewinnéj dziewicy;

Włosów jasnych pierścienie ztoczywszy z wysoka,

Spogląda cudnym blaskiem niebieskiego oka.

Jak mu ładnie w zielonéj murawy sukience,

Jak przyjemnie go stroją polnych kwiatów wieńce!

O dniu! co wonisz myślą dziewiczą, niebieską,

Ty nas bawisz uśmiechem i zasmucasz łezką.

Jedna niebo ma w oku: jéj włosów pierścienie

Pogodném błyszczą światłem, jak słońca promienie,

Jak dzień powabna, dziwnym na nas blaskiem ciska;

A druga, jak wschodniego raju oddaliska,

Na czarném tle tysiącem świetnych gwiazdek błyska,

Jako zamrok jéj uśmiéch, jak księżyc spojrzenie.

Gdy i jedna i druga ma wdzięki aniele,

Któréj serce mam oddać? mówcie przyjaciele!

Lauretta

Jabym chciał wiecznie patrzyć w twe oczy,

Wiecznie w usta różane,

Wiecznie w lica rumiane,

I wiecznie w sploty kruczych warkoczy.

Jabym chciał wiecznie przy tobie siedzieć,

Wiecznie z tobą być,

O świecie, Bogu, ludziach nie wiedzieć,

Pocałunkiem żyć.

A tak niepomny zimnego wszechświata

Tonąć w twojém spojrzeniu,

A w niebieskiém złudzeniu

Przemarzyć słodko chwile i lata.

Chciałbym..... lecz na cóż o ideale

Jako o ziemskiéj mówić dziewczynie?

Ja nie ostygnę w miłości zapale,

Chociaż ty mieszkasz w ułudzeń krainie!

Ułamek

Ładna łąka w zielonéj sukience,

Ładne dziéwczę z czarnemi oczyma!

Łąka w kwietne ustraja się wieńce,

I rozpuszcza strumyk po sukience;

Dziéwczę okiem przywabia młodzieńce,

Wabi, więzi i w sercu zatrzyma.

Ładna łąka w zielonéj sukience,

Ładne dziéwczę z czarnemi oczyma.

Gminna ochota

Jeśli cię kiedy płaska salonów rozmowa

Lub gwar kłamany jasnych panów znudzi,

Bracie! chodź ze mną między gminnych ludzi,

Szczéry tam uśmiéch, nieobłudna mowa.

Bo gminny człowiek czy gniewem się żarzy,

Czy w przyjacielskie obejmie ramiona,

Zawsze mu widno z ruszenia i z twarzy,Że to mówi, co myśli — co myśli, wykona.

A gminna dziewica gdy ci się zaśmieje,

I gdy przysięgę powtórzy rumieńcem,

Możesz, o bracie! mieć pewną nadzieję,

Że już się z innym nie bawi młodzieńcem;

I w chwilę potém, jak się zarumieni,

Nie drwi z twych przysiąg i z twoich płomieni.

Sylf

Ostry gdy poświst jęczy po lesie,

Hukiem zniszczenia w drzewa kołacze,

Liściem Sylf szumi, wiatrem żal niesie,

I rosą zapłacze.

Burza z wściekłością walczy i jęczy,

A Sylf znów teskno dzwoni i nuci,

Póki go żywne słońce z za tęczy

Do życia nie wróci.

Jeśli go ciężar burzy przygniecie,

Żegna ze łzami gaik kochany,

Ginie w ukryciu, jak żył na świecie,

Niewiestny, nieznany.

Jam raz podsłuchał w słotny czas w gaju,

Aż do łez gorzkich jam się zasmucił,

Gdy pieśń aniołka o ziemskim raju

Poświstom zanucił.

Mówił: «Zostawcie pląsy niewinne,

Miłą z strumykiem czystym pustotę,

Z wiérzbą mą siostrą śmiechy dziecinne,

I z różą pieszczotę.

Miękką kołyskę z mchu na posłanie,

Wierną zasłonę z drzew na wiatr ostry,

I.... już mi tylko umrzeć zostanie

Na łonie méj siostry!»

A jam pomyślał: wieszczu nieznany!

Liczne poświsty ciebie owieją,

Wyrwą z łodygi kwiatek różany,

I listki rozsieją.

Kiedy cię czarna burza owionie,

Smutny płaszcz śmierci gdy cię okryje,

Ty pieśń łabędzią zadzwoń przy zgodnie,

Ta ciebie przeżyje.

Utęsknienie

Do Frańciszka Żyglińskiego

o mi po życiu?... cięży mi życie.

Jam życie przebiegł goryczą;

Jam ciągle płakał, jam płakał skrycie,

Jam pieśń przepłakał słowiczą.

Jam myślał: życie przenucę,

Przenucę jak sen dziecinny,

I po wesołéj pielgrzymce wrócę

W kraj niebieski, w kraj rodzinny.

O! jakże w grobie błogo mi będzie!

W świecie czystym, nieskażonym,

Śnić będę lubo w miłym obłędzie,

Śnić będę snem nieprześnionym.

Wesoło zgasnę przecierpiawszy tyle,

Choć nie zostawię ni sławy, ni wieści,

I tylko wierzba przy méj mogile,

Gdy zasnę, temi słowy zaszeleści:

«Złożył tę cichą, krótką piosenkę,

Co tak w serce trafia cudnie,

Wieszcz, który widział tylko jutrzenkę,

I zgasł, nim przyszło południe.»

Dolina Mnikowska

pod Krakowem

Ztąd o dwie mile, w zachodniéj stronie,

Śliczna Mnikowska dolina

Wypieszcza kwiaty na swojém łonie,

Jak młoda wiejska dziewczyna.

Między skałami, jak łza po twarzy,

Jak wąż na posłaniu z kwiatów,

Tam przez sena gada i ciągle gwarzy

Strumień na łożu z bławatów.

A w prawo, w lewo, skaliste grody

Strumień w objęcia chwyciły:

Zamkito z głazu, herbto przyrody,

Związek harmonii i siły.

Tam w dni świąteczne w wiosennéj porze

Jadą paniątka z Krakowa,

Ażeby ujrzeć, żal się mój Boże!

Uroczą dzikość Mnikowa.

Jadą więc, jadą wygodnym koczem,

I przyjeżdżają w południe,

Przez chwilę patrzą, pochwalą, poczém

Mówią, że na wsi jest nudnie.

Więc przywiezione wypiwszy wino,

Wracają znowu do miasta;

Ach! nie dla takich, śliczna dolino!

Twe łono trawą porasta.

Ten tylko godnie wielbi twe wdzięki,

Kto pieszo zwidza twe skały,

Kto z ich wierzchołka wschodu jutrzenki

Ogląda widok wspaniały;

Kto się nie boi, żeby kamienie,

Ciernie lub urwiska skały

Rozdarły jego modne odzienie,

I białe ciało zdrapały.

Pieśń wiślańska

Szum wśród wiślańskich łamie się fal,

Cichszą już nutą zapada w dal;

Moję téż lutnią dźwiękiem Bogdana

Z lekka kołysze myśl obłąkana.

Każdy błędniejszy, niezwykły szał,

Moc czarodziejską jak gdyby miał,

Brzęczy po strónach, a głos w dolinie

Brzęczy i z Wisły nurtami płynie.

Płynie nurtami i staje tam

Myślą, gdziem często błąkał się sam,

Staje, poznaje, z przeciągłém drzeniem

Wita ostatniém kraj swój wejrzeniem.

Tamto nad brzegiem Wisły mój kraj,

Równy, zielony, ziemskito raj!

Uczuć tysiące, wspomnień tysiące,

Skacze po każdéj sciéżce i łące.

Błonie kwiecone, długie jak step,

W górze niebieski, przejrzysty sklep,

W pośród doliny Wisła, jak tęcza,

Mile zielone łąki obręcza.

Wyspa, wśród błoni posępny bór,

Drzewy wszystkiemi szumiący w chór;

W dali zwalona stara ruina

Dzieje ubiegłe jeszcze wspomina.

Co tam!.. rzuciłem listek wśród fal,

Listek popłynął z Wisłą gdzieś w dal.

Ja pomyślałem: listku kochany,

Może ty ujrzysz domowe ściany.

Listek jak człowiek, o! biédny liść,

Z Wisłą w głąb morza musi on iść.

Co tam!.. ot lutnia! Niezgodne tony

Wisłą posyłam w dalekie strony.

Wspólne marzenia

My nie raz zespoliwszy uczucia gorące,

Pierzchliwych, rajskich kształtów śniliśmy tysiące,

Myśmy razem marzyli; a myśl wystrzelona,

Z dwu dusz w jedno ognisko, do jednego łona,

Do łona fantastycznéj ognistéj obraźni,

Zbiérała wszystkie siły ognistego ducha,

Tak, jak wielkim pożarem kiedy ogień bucha,

Wylaną wodą jeszcze bardziéj się rozdraźni,

I ze złości ogromnym wyziéwa płomieniem,

A bliźnie słupy ognia jednakiém dążeniem,

Mimo wszystkie przeszkody, wybiegają w górę,

Wyradzają się w kłęby dymne i ponure,

Pozdrawiają się wzajem, jak brat zdrowi brata,

I spotkają się wreszcie u wierzchołka świata.

Tak i nasze dwie dusze, uczuciem zżarzone,

Spojone wiecznym węzłem, dążą w jednę stronę,

I za krańcami, które zimny rozum kréśli,

Spotykają się znowu u wiérzchołka myśli!

Sfinks

(Epigrama)

Sfinksem jest i Edypem duch niespokojny człowieka

Sam dla siebie zagadką, siebie samego zgaduje,

Świat mu cały zagadką, którą zgaduje pół wieka.

Biadaż mu, gdy na próżno spokojność serca zatruje!

Szczęsny, jeśli za grobem końca zagadki doczeka!

Znowu do romantyka

Bracie w pieśniarskim zawodzie,

Werterowskich snów aniele!

Sny twe, jako piasek w wodzie,

Jak zgasła iskra w popiele,

Miłe, ładne, fantastyczne,

Lecz bez myśli, lecz bez ducha;

Chociaż ładne, chociaż śliczne,

Martwych pieśni któż posłucha?

Kobiéce westchnienia, żale,

Zmiękczają serce młodzieńca,

Dają ciernie zamiast wieńca,

I grób kopią jego chwale!

O! nie ganię ja miłości,

To cacko tak ślicznie mami;

Ale za co w dniach młodości

Miłość skrapiać mamy łzami?

Lubych ócz o szczęście pytać,

Bawić się z ładnym warkoczem,

Z lubych ustek oddech chwytać,

Karmić się czuciem uroczém;

Harmonijnie serca splatać,

Kiedy luba spojrzy na cię,

Z jéj ustami usta bratać,

Oto miłość, panie bracie!

Nikłą jest miłość dziéwczęcia;

Lecz ludzkość kochać serdecznie,

Rzucić się w braci objęcia,

Ach taka miłość trwa wiecznie!

O! gdyby los, szachraj stary,

Kochankę wskazał nam nową,

Zamiast niewieściéj gitary

Zagrał nam w trąbkę bojową!

Zachwycenie

(Z Wiktora Hugona)

I usłyszałem głos wielki.

Apocalipsis

Sam jestem. Tutaj gwiazdy ścielą nocy łoże,

Niebo jest bez obłoków, bez okrętów morze;

Oko w tyle zostawia twory rzeczywiste,

Tymczasem lasy, góry, całe przyrodzenie,

Wybaduje przez ciemne, pomieszane pienie,

Spienione morze i niebo gwiaździste.

I natychmiast gwiazd złotych niezliczone szyki

Rzekły, skłoniwszy swój ognisty wian,

I natychmiast fal modrych niewstrzymane kręgi

Rzekły, stoczywszy kołysane wstęgi:

     Oto Bóg! oto Bóg! oto Pan!

Boże Narodzenie

Bóg się rodzi, moc truchleje,

Hymn żalu wznoszą narody,

Piosnkę zemsty lud już pieje,

Piosnkę zemsty i swobody.

Ach to Marya w bolach rodzi.

Bóg się rodzi! Bóg się rodzi!

Niebo czarno się zachmurza,

Żałobnie płaczą dziewice,

Nad Ojczyzną wisi burza,

A śród burzy błyskawice.

Ach to Marya w bolach rodzi.

Bóg się rodzi! Bóg się rodzi!

We krwi ludu tyran brodzi.

Opiekuńcze widzisz duchy?

Już piękniejsze słońce wschodzi,

Wnet opadną z nóg łańcuchy.

Ach to Marya w bolach rodzi.

Bóg się rodzi! Bóg się rodzi!

Zwaliska

Był, nie jest, będzie.

Za lat kilka wędrowiec, patrząc na te szczątki,

Ciekawy, prędszym przybliży się krokiem,

Usiędzie na kamieniu i badawczém okiem

Będzie czytał napisy i śledził pamiątki.

A jeśli go nieszczęścia wzruszyć mogą czyje,

Łzę choć jednę wyleje nad pomnikiem sławy,

Może schowa kamyczek lub ździebełko trawy,

Końcem ostrza swe imię na głazie wyryje,

Albo ze łzawém okiem drzącą ręką skréśli

Jakieś czarne, złowróżbe, niepojęte myśli.

Kiedy zniszczenie zalegnie krainy,

Smutnym się ozwą jękiem puste okolice,

Ustaną śpiewy, zamilkną świątnice,

Tęskność osiędzie powabne doliny;

A jak tylko daleko sięgnąć może oko,

Ciągną się puste poła długo i széroko.

Lecz się znowu na wiosnę trawa ściele łanem,

Znowu barwą nadziei przyodziéwa ziemię,

Jakby zachęcić chciała nowe plemię

Do nowéj walki z tyranem!

Tu już śmierć rozciągnęła swoje panowanie;

     Przez zimne głazy, szczeliny,

     Wieże, baszty, strażnice,

     Woła głosem ruiny

     Na puste okolice:

   «Znajcie moje panowanie,

   Kto umarł, już nie powstanie!»

O! nie wierzcie jéj, bracia! ona błędnie mówi,

Nie umarł, kto żyje duchem;

Bo przyroda na przekor śmierci aniołowi

Przyszłość z przeszłością związała łańcuchem.

Bracia! cieszcie się z odkrycia:

Oto na trupie upadłego miasta

Już zielony mech porasta,

I daje hasło do nowego życia!

O przyrodo! śród dobrych i śród złych kolei

Z równą czułością swe dzieci piastujesz;

Witaj więc barwo nadziei!

Ty zmartwychwstanie zwiastujesz.

Pieśń na zwaliskach

(Improwizacya w Tęczynku)

Za cóż brzmieć żałobném pieniem,

Za cóż gonić cień za cieniem,

Za cóż płakać starych strat?

Czas już pozbyć wdowich szat!

Nic w przyrodzie nie zaginie,Śmierć i ród — w jednéj godzinie!

Gdy umiéra nocny cień,

Z szarych obsłon wstaje dzień.

Gdzie się z ruin czas natrząsa,

Młody robak wesoł pląsa;

Bo żyjątko rodzi trup,

Bo kolébkę rodzi grób!

Gdy swobody zejdzie rano,

Nowe ludy zmartwychwstaną,

I z grobowca podłych trzód

Wnet młodzieńczy błyśnie lud!

Więc przysiążmy na zwaliska

Życiem tchnąć w stare ogniska,

Snuć w przyszłości złote dnie,

A o przeszłość nie dbać!... nie!

Karnawał

Tu kapela gra hucznie, wesoło,

Tu się jarzą świéc jasnych tysiące,

Tu młódź raźno okręca się w koło,

Śpiewa, tańczy i hula wesoło;

Grono dziewic miłe, czarujące,

W kwietne wieńce ustraja swe czoło;

Tu kapela gra hucznie, wesoło,

Tu się jarzą świéc jasnych tysiące.

Grzmi kapela jak trąbka bojowa,

Świéce błyszczą jak zorza wolności;

Jednak w sali miłosne brzmią słowa,

Dziś niewczesna jest piosnka bojowa

Wszak nam błogo na łonie miłości.

W sali radość szalona, godowa,

Grzmi kapela jak trąbka bojowa,

Świéce błyszczą jak zorza wolności.

Chociaż bracia dziś może łzy leją,

Jak nie mamy wesoło się bawić,

Gdy dziewice tak mile się śmieją,

Gdy dziewice tak słodko nam pieją?

Za cóż serce wspomnieniami krwawić?

Żyjmy tańcem, miłością, nadzieją!

Chociaż bracia dziś może łzy leją,

Jak nie mamy wesoło się bawić!

Kiedy usta całujem różowe,

Brat nie jeden całuje głaz zimny;

Kiedy u nas brzmią piosnki godowe,

Wypieszczone, miłosne, miodowe,

Naród śpiewa krwawéj zemsty hymny,

I miecz ostrzy na tyranów głowę.

Kiedy usta całujem różowe,

Brat nie jeden całuje głaz zimny!

Tańce, śpiewy, niechaj brzmią po sali,

Macie serca, my mamy sztylety!

Zapomnijcie, żeście kraj kochali,

Cóż po kraju, gdy taniec wre w sali?

Nasze czułe, powabne, kobiéty,

Niechaj toną w objęciach Moskali;

Tańce, śpiewy, niechaj brzmią po sali,

Macie serca, my mamy sztylety!

Tańce zapustne

Tańczcie w około cmentarza,

Na grobowcach waszych braci,

U stóp wielkiego ołtarza

Strojnego w białe postaci!

Pijcie zdrowie kościotrupów,

Weselne ognie zatlijcie,

A w koło ognistych słupów

Śpiewajcie, tańczcie i pijcie!

To gdy dzwon na nutę znaną

Zaśpiewa nową piosenkę,

Umarli z grobów powstaną,

Tańczących wezmą za rękę.

Jak dziewica z oblubieńcem,

Larwa z żyjącym potańczy,

Jego skroń otoczy wieńcem

Z gadzin, jaszczurek, szarańczy.

A kto nie chce w dzień powstania

Z umarłym potańczyć w grobie,

Niechaj w chwili zmartwychwstania

Miecz podźwiga w dłonie obie!

Hasło tańca bijąc mieczem,

By odwaga nie osłabła;

Wtedy w zbroję się obleczem

Kieliszki rzucim do diabła!

Wyostrzcie broń na morderce,

Śpiewajcie, pijcie i tańczcie,

Przetańczcie rozum i serce,

Ale zemsty nie przetańczcie!

Ułamek (II)

Co tam ciągle ślepo dziwić

Brudny poziom stworzeń jętnych!

Za co czucie ziemskie żywić

Rojem marzeń mniéj ponętnych?

Kto w wichrzonym, mętnym świecie,

Jak w igraszce ciemne dziécię,

Kółko rozumem zakréśli,

Niech się sam kowa w łańcuchy;

Ja wyżéj puszczam me myśli,

Z wyższemi obcuję duchy.

Jasno czytam światów ruchy

W skocznym, krągłym gwiazdek tańcu,

I świat obchodzę do koła

Przy wyobraźni kagańcu;

I świat cały w koło pytam,

I w najdalszym jego krańcu

Odblask myśli Boskiéj czytam.

Ale świata mi za mało,

Bo i świat ma swe granice;

A więc, myśli! ze mną, śmiało,

Gdzie wiary ślepną źrenice,

Gdzie ziemski rozum daremno

Ziemski wzrok tęży — tam ze mną!..

Ironia życia

Pośród odgłosów muzyki cudnéj,

W masce traicznéj, wesołéj, nudnéj,

Świat cały tańczy dokoła.

Wściekłe zapusty! — bo ni sumienie,

Ni tęskność serca, raju wspomnienie,

Tańcu już przerwać nie zdoła.

Kto w ciemnym kącie skryty za ludzi

Drzémiące serce w sobie obudzi,

I maskę nieco odsłoni;

Kto jeszcze w rajskie wierzy nadzieje,

Ten niechaj z płaczu gorzko się śmieje,

Nad śmiechem łezkę uroni!

Smutno, gdy serce szlachetne, wzniosłe,

Ku chlubie świata i kraju wzrosłe,

Błazeńską szatę przywdziéwa;

Śmiésznie, gdy dusza brudna i podła

W świętego smutku stroi się godła,

I łzy kłamane wyléwa!

Smutno, gdy w karczmie hucznie i głośnie

Lud zabrzmi śpiéwką żwawo, radośnie,

Pamięć nieszczęścia przepije;

Smiésznie, gdy imię umarłe, dumne,

Nawet w cmentarzu obciąża trumnę,

I złoty napis wyryje.

Smutno, gdy dusze młodzieńcze, czyste,

Puszczą w niepamięć dnie rzeczywiste,

I żywot przemarzą we śnie;

Śmiésznie, gdy przeszłość zbutwiała, stara,

Blaskiem pokrywa wychudłość ciała,

I wstaje z grobu niewcześnie.

Tu pełne życia olbrzymy młode

Na staroświecką stroją się modę,

Włos czarny siwo malują;

A wygrzebując mogiły z pleśni,

Zwołują duchy z grobowéj cieśni,

I z światem zmarłych obcują.

Owdzie schylone ku ziemi czoła,

Chcą się przymilić wdziękiem anioła,

Odmłodnieć blaskiem jutrzenki;

Chcieliby zmienić rysy ohydne,

Ale na próżno, bo zewsząd widne

Zmarszczki z pod świéżéj sukienki.

W pląsach wesołych strojone pary,

Niewiara w sercach, — złudne maszkary,

Oto jest tańca harmonia!

Nie w takt muzyce światowéj skakać,

Wyśmiéwać żale, wesele spłakać,

Oto jest życia ironia!

O! jakże miło w ten śpiéw niebiański

Wmieszać głos ostry, ciérpki, szatański,

I przerwać tańce szalone,

I wrzucić wyraz zapału, męstwa,

Pełen pogardy, pełen przekleństwa,

Pomiędzy tłumy zdziwione.

Tak, ironicznie życie przeszydzić,

Wszystko obnażyć, wszystko zawstydzić,

Być zemstą Boga na niebie;

A gdy w podróży pełnéj łez, błota,

Zajrzy nam w oczy koniec żywota,

Wyszydzić wreszcie i siebie!

Wiara, Nadzieja, Miłość

A tak gdym odmęt świata suchém przejrzał okiem,

Kiedy nikczemność ludzi i życia poznałem,

Złotych urojeń szumnym wzgardziłem potokiem,

I z marzącego wieszcza cynikiem zostałem.

Ułamek (III)

(Nie wiadomo z czego)

A czyje serce nie zakamieniało,

Komu się rajska uśmiecha pogoda,

Temu, o bracia! trzech jeszcze zostało

Szczérych przyjaciół: nóż, powróz i woda!

Bartłomiej Głowacki

Hej! tam w karczmie za stołem

Siadł przy dzbanie Jan stary;

Otoczyli go kołem,

On tak mówił do wiary:

«Ja mówiłem wam nie raz,

Ze dziś zuchów już mało;

Wiara, bracia, źle teraz,

Dawniéj lepiéj bywało!

Za mych czasówto słynął

Kum Bartłomiéj Głowacki;

Od Moskali on zginął,

Oj to krakus był gracki!

Bo czy w karczmie, czy w domu,

Czy to taniec, wesele,

Nie dał bróździć nikomu,

Wszędzie sam był na czele.

Jak na wroga zwołali

Wiarę z naszych powiatów,

Myśmy bili Moskali

Bez pomocy magnatów.

Po szeregach jaśniały

Karazye, czapeczki,

Do każdego się śmiały,

Kieby łanie dziéweczki.

A Bartosz nad wszystkiemi

Jaśniał jak dąb wspaniały,

Bo w Krakowskiéj téż ziemi

Nikt nie dorósł mu chwały!

Raz, pamiętam, z wieczora

W Racławicach stojemy;

Wtém coś miga z za bora,

I Moskali widziemy.

Jak Kościuszko ich zoczył,

Kazał bębnić na bitwę;

W tém Głowacki poskoczył,

A miał kosę jak brzytwę.

Hań za borem harmaty

Bronił oddział Kozacki;

Poczekajcie psu braty!

Krzyknął Bartosz Głowacki.

Jak wziął machać, wywijać,

My téż obces na wrogi;

Daléj ranić, zabijać,

Aż Moskale het w nogi!

Het przez rowy, przepaście,

Uciekali jak wściekli;

Myśmy harmat dwanaście

Do Kościuszki przywlekli.

Jak się zeszli wodzowie,

Bartosza przywitali,

I pili jego zdrowie,

I serdecznie ściskali.

Ja mówiłem wam nieraz,

Że dziś zuchów już mało;

Wiara, bracia, źle teraz,

Dawniéj lepiéj bywało!»

Gdy to wyrzekł Jan stary,

Zapał w oczach mu błysnął,

Wspomniał sobie wiek jary,

Starą kosę uścisnął...

Młodzież kubki nalała,

Wychyliła je duszkiem;

«Oto zuchy,» krzyczała,

«Nasz Głowacki z Kościuszkiem!»

Szlachta w roku 1831

Gdy naród na pole wystąpił z orężem,

Panowie na sejmie radzili;

Gdy lud Polski krzyczał: Umrzem lub zwyciężem!

Panowie o czynszach prawili.

    Gdy wiara porwała siekiéry i kosy,

     W siermięgach z województw ruszyła;

    Panowie uczone podnosili głosy,

     Gadali wymownych słów siła.

Przecież w listopadzie — o szlachta, panowie!

Gdy biła godzina wolności,

Nie pańskieto dzieci, nie hrabscy synowie

Przysięgli na braci swych kości:

    Że mieczem wywalczą swobody i prawa

     I stare przywrócą granice;

    Ze wbiją na Dnieprze słupy Bolesława,

     Rozburzą cesarską stolicę.

Armaty pod Stoczkiem zdobywała wiara

Rękami czarnemi od pługa,

Panowie w stolicy palili cygara,

Radzili o braciach z za Buga.

   Radzili, prawili, i w mądréj swéj głowie

     Ukuli rozejmy, traktaty;

   O cześć wam panowie! o cześć wam posłowie!

     O cześć wam hrabiowie, magnaty!

Ach waszym był synem ów niecny dyktator,

Co zdradził i naród i sławę,

I wódz nasz naczelny, pobożny kunktator,

I zdrajca, co sprzedał Warszawę.

   Wieśniacy nie znają Wiédeńskich traktatów,

     Nie wierzą w układy z carami,

   Lecz biją Moskali, wieszają magnatów,

     I mścić się umieją stryczkami.

Zadrzyjcie szlachcice! już naród się poznał,

I wyszedł z pod waszéj opieki;

Wam naród wywdzięczy krzywdy, których doznał,

Lud już was przeklął na wieki.

   O! kiedy wybije godzina powstania,

     Magnatom lud ucztę zgotuje;

   On miecze i stryczki zaprosi do grania,

     A szlachta niech sobie tańcuje.

Muzyka zaśpiewa: «Panowie magnaci!

«Możecie odbywać tu sejmy;

Możecie z szubienic, mądrzy dyplomaci!

Układać uchwały, rozejmy!»

   Magnaterya — jestto stara nierządnica,

     Od dawna straciła powaby,

   Choć różem pokrywa szpetność swego lica,

     Nie nęcą już wdzięki téj baby.

A lud jestto wiejska dziewczyna urodna,

Co wdzięcznie każdemu się śmieje,

Jéj mowa jest szczéra, jéj suknia niemodna,

Rumieniec na twarzy jaśnieje.

   To dziéwczę, gdy kogo pozdrowi uprzejmie:

     Miłością napoi i wzruszy;

   A kiedy w swe silne uściski obejmie,

     Ach, niebo otworzy mu w duszy!

Szubienica Zawiszy

Młodzieniec przed zgonem powiedział z uśmiechem:

«Konopie na polu bujają széroko.»

Głos jakiś nieznany wnet odrzekł z pośpiechem:

«W lesie rosną jodły, wysoko, wysoko!»

Tu przyszli Moskale, młodzieńca wieszali.

«Konopie na polu bujają széroko.»

Wieszali i z niego szyderczo się śmiali:

«W lesie rosną jodły, wysoko, wysoko!»

Ksiądz żaden nie śpiewał, nie dzwonił nikt w dzwony.

«Konopie na polu bujają széroko.»

I wiatr tylko głucho zagwizdał w te strony:

«W lesie rosną jodły, wysoko, wysoko!»

Młodzieniec nie błagał pokornie, nie klęczał.

«Konopie na polu bujają széroko.»

Pogodne miał czoło, nie płakał, nie jęczał;

«W lesie rosną jodły, wysoko, wysoko!»

Nikt go nie pożegnał, ni bracia, ni matka.

«Konopie na polu bujają széroko.»

Uśmiéch jego usta krasił do ostatka.

«W lesie rosną jodły, wysoko, wysoko!»

Tu przyszli Moskale, a z nimi półkownik.

«Konopie na polu bujają széroko.»

I wszyscy krzyczeli: niech ginie buntownik!

«W lesie rosną jodły, wysoko, wysoko!»

I kat mu wnet stryczek zarzucił na szyję:

«Konopie na polu bujają széroko.»

Moskale wrzeszczeli: buntownik nie żyje!

«W lesie rosną jodły, wysoko, wysoko!»

Młodzieniec przed zgonem powiedział z uśmiechem:

«Konopie na polu bujają széroko.»

Głos jakiś nieznany wnet odrzekł z pośpiechem:

«W lesie rosną jodły, wysoko, wysoko!»

Podróż na Syberyą

Siadł zwoszczyk na przodzie, koń dzwonkiem zadzwonił,

Kibitka leciała, jakby wiatr ją gonił,

I Moskwy szérokie mijała ulice;

Kacapy z brodami, rozdziawiwszy gęby,

,,To Polak buntowszczyk!” mówili przez zęby

I na mnie zgłupiałe zwracali źrenice.

I ledwie czasami dziewica z uboczy,

To na mnie nieśmiałe podnosiła oczy,

To znowu je na dół spuszczała w milczeniu;

I ledwie czasami żałośnie a dumnie

Młodzieniec, przechodząc, zwracał wzrok swój ku mnie,

A wiele słów było w tém jedném spojrzeniu!

Jam siedział rozparty w kibitce wspaniale,

Kapelusz na bakier wcisnąłem niedbale,

J lulkę kochankę u swych ust uwiesił;

Rozsiadłem się lepiéj, miejsce’m zajął szérsze,

I takie zacząłem komponować wiersze:

(Lecz wprzódym kapelusz jeszcze głębiéj wmiesił).

Oj! jeszcze nie biéda, choć zima tak skrzepła;

Kajdany na nogach? to tylko dla ciepła;

A straż ta z żołnierzy? to przeciw złodziejom.

Wszak człowiek powinien czoła nawałnicy

Odważnie nadstawić, i na szubienicy

Dopiero, pod stryczkiem, plunąć w pysk nadziejom.

Oj! jeszcze nie biéda, póki lulkę palę,

I póki mi jeszcze pozwolą Moskale

Ugaszać cierpienia w gęstych kłębów tłumie;

Wszak tylko mil tysiąc, podróż niedaleka!

Więc jedźmy, więc jedźmy! bo co mnie tam czeka,

Ach tego mój język powiedzieć nie umie!

Oj! jeszcze nie biéda; kraj pełen uroku:

Tam Włochy są z lodu, tam noc trwa pół roku,

Tam śliczne dziewice jak klocki dębowe.

Dusze gorejące zawsze niebezpieczne;

Więc lepsze nam śniegi i mrozy odwieczne,

I lepsze pałace podziemne, grobowe.

Oj! jeszcze nie biéda; krainato śliczna,

Tam kwitnie szczególniéj sztuka dramatyczna,

Tam co dzień trajedye, morderstwa i męki;

Muzyką Sybirską miły brzęk łańcucha,

I razy batogów przyjemne dla ucha,

I hurra Kirgizów, i Polaków jęki!

Jam siedział rozparty w kibitce wspaniale,

Kapelusz na bakier wcisnąwszy niedbale,

Jam lulkę kochankę u mych ust uwiesił;

Rozsiadłem się lepiej, miejsce’m zajął szérsze,

A kiedy skończyłem komponować wiérsze,

Jam na łeb kapelusz jeszcze głębiéj wmiesił.

Do romantyka

Edmunda Wasilewskiego

Improwizacya

Wieszczu, twórco, przyjacielu,

Próżnych marzeń porzuć świat!

Wierz mi bracie, marzycielu,

Pożałujesz młodych lat.

Gdy chcesz śpiewać, to myśl twoję

Nad Krępaku wystrzel szczyt,

Śpiewaj braciom bratnie boje,

Gwiazdy spytaj o ich byt.

Wieszcz krajowi winien lutnię,

Więc dla ludu lutnia twa,

Nie rozpacznie, nie tak smutnie,

Krwawy takt niech bojom gra.

Ty ku jednéj tam dziewczynie,

Przepłakujesz noce, dnie,

Ciągle o róży, malinie,

A nie myślisz o nas, nie!

Jam kiedyś pisał sonety

Takie czułe, że aż strach;

A w każdym wierszu: niestety!A w końcówce każdéj: ach!

Ale dziś miłość dziéwczęcia

Mało już zajmuje mnie;

Miłość, jak cacko dziécięcia,

Już wspominam chyba w śnie.

Bo miłość cackiem dla duszy,

Dziéwczę różą, kwitnie dzień,

I na chwilkę serce wzruszy,

I przeminie jako cień.

Wypędź z serca, marzycielu,

Niewieściego czucia szum,

Dźwięki bez duszy, bez celu,

I niepłodnych westchnień tłum!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.