drukowana A5
33.13
Dziennik Franciszki
Krasińskiej

Bezpłatny fragment - Dziennik Franciszki Krasińskiej

Objętość:
206 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0311-4

1 stycznia 1759 r. w maleszowskim zamku, w poniedziałek

Tydzień temu, w samo święto Bożego Narodzenia, Jmć Dobrodziej ojciec mój kazał przynieść sobie ogromną księgę,w którą już od lat kilkunastu, obyczajem wszystkich niemalpanów polskich, wpisuje własną ręką rozmaite publiczne i prywatne pisma; są w niej mowy, manifesta, uniwersały, listy,paszkwile, wiersze, wszystko porządkiem dat ułożone; pokazywał nam ów zbiór szacowny, czytał niektóre kawałki. Bardzomi się podobała ta myśl zapisywania ciekawszych zdarzeńi okoliczności, a ponieważ już od lat kilku i po francusku, i popolsku dosyć gładko pisać umiem i niezmiernie pisać lubię,ponieważ i we Francji wiele białych głów podobne rzeczypisze — przyszło mi na myśl, czybym i ja też coś takiego według możności mojej rozpocząć nie mogła? Uszyłam sobie zatem duży sekstern umieszczę w nim jak najdokładniej, cokolwiek się mnie i bliskiej mojej rodziny tycze, wspomnę, jakpotrafię, o rzeczach publicznych. Jmć Dobrodziej, jako mężczyzna i człowiek stateczny, nimi wyłącznie swoję księgę zajmuje; on ją układa dla wszystkich, i sposobem poważnym; ja,jako panna nie uczona i młoda, moję ramotę jedynie dlawłasnej zabawy pisać będę, ale z głowy, szczerze i bez pretensji: będzie to prawdziwy dziennik, bo go prawie co dzieńpisać zamyślam. Dziś właśnie Nowy Rok i poniedziałek, wyborna pora do zaczęcia porządnie jakowej rzeczy; już tydzień,jak ją w umyśle układam, trzeba raz z nią wystąpić; zaczynamwięc: mam czas wolny, nabożeństwo odbyte rano, pacierzepozostałe odmówię na nieszporach; jużem ubrana i ufryzowana; właśnie dziesiąta bije na zamkowym zegarze, dwie godzinymam jeszcze do obiadu — napiszę dziś, co tylko wiem o sobie,o rodzinie mojej, o domu naszym, o Rzeczypospolitej, a potempisać będę kolejno, cokolwiek nam wszystkim ciekawego sięzdarzy.

Rodziłam się 1743 roku, mam więc rok szesnasty; na chrzcieśw. dano mi imię Franciszki. Słyszałam już nieraz, żem gładkai dorodna, i nieraz, jak spojrzę w zwierciadło, mnie samej zdaje się, żem ładna. „Panu Bogu dziękować — mówi Jmć Dobrodziej — a nie chełpić się. On nas stwarza, nie my siebie. Mamczarne oczy i włosy, płeć białą, żywe rumieńce; chciałabymjeszcze być nieco wyższą, bo lubo wysmukła i wcięta w stanie,są wyższe ode mnie białogłowy; ale mnie straszą, że już nieurosnę. — Idę nie tylko ze szlachetnej, ale z bardzo dawneji zacnej familii Korwinów Krasińskich; to znakomite nazwisko nosząc, broń Boże! abym go kiedy splamić miała, owszem,rada bym uświetnić i dlatego żałuję czasem, żem nie mężczyzną, gdyż snadniej by mi to przyszło. Jmć Dobrodziej i JmćDobrodzika tak są przejęci zacnością domu Korwinów Krasińskich, tak często o tym i oni sami, i dworscy, i goście nawetmówią, tak naganną znajdują rzeczą o swoich antenatachdokładnie nie wiedzieć, że wszystkie mamy tą wiadomościągłowy nabite; ja genealogię Krasińskich i historią każdegoz nich tak umiem jak pacierz i łatwiej by mi było poczet przodków moich niźli kolej królów polskich wymienić. O, niech tylko spróbuję erudycji mojej w tej mierze! Niech zacznę! Nieskończę tak prędko... Wreszcie pewna jestem, że niektóre szczegóły nigdzie nie są zapisane, tylko w pamięci naszej; lepiej imwięc choć białogłowskim piórem trwałości nadać. Może kiedy,kiedy, po mojej już śmierci kto ten dziennik znajdzie i wnuki nowe w nim dla siebie wyczytają rzeczy? Dziwna myśl...niepomału mnie zajęła; ktoś by miał za lat kilkadziesiąt pośmierci mojej czytać ten dziennik? A czemuż nie? Wieleż tolistów, pamiętników we Francji podobny los spotkał. O, trzebapisać starownie i wyraźnie; szkoda tylko, żem w styl nie takwprawna jak na przykład pani de Sevigné albo Motteville; kto wie? może by i mnie lepiej po francusku sięudało? Bo i pewnie... Ale nie! Nie wypada, żeby Polka, żyjącw Polsce, przestając z Polakami, nie po polsku dziennik swójpisała; wreszcie francuski język dziś jest w wielkim używaniupomiędzy panami, ale ta moda minąć może i zapewne by siękto w późniejszych czasach ze mnie gorszył. Jeśli więc tensekstern myszy nie zjedzą lub też przy tylu fryzurach kto napapiloty nie podrze, jeśli go kto kiedy znajdzie i przeczytaćzechce, niech wybaczy nieumiejętności mojej w wielu rzeczach,niech pamięta, żem się nigdy pisać dziennika nie uczyła, żejeszcze lat szesnastu nie mam i że co mnie dziś bardzo zajmuje i obchodzi, jemu w innych stosunkach i po tylu latach zapewne obojętnym się wyda... Ale co mnie się też zawsze pogłowie uwija; jakież dziwactwa na myśl mi przychodzą? Wystawiam sobie rzeczy, które nigdy nie będą; ja bardzo lubiętak bujać, a to nie ma czasu na te urojenia; lepiej wrócić dorzeczy, do zaczętego rodziny mojej opisu: już ani zboczę z drogi, wszystko jednym ciągiem pióra napiszę.

Ród Korwinów znany jest w Polsce od Bolesława Wstydliwego; za jego panowania Warcisław Korwin, ze starodawnejrzymskiej idący familii, przybył tu z Węgier; przy Konradzie,księciu mazowieckim, był naprzód marszałkiem dworu, późniejhetmanem; ożeniwszy się z Pobożanką, szlacheckiego rodu panną, herb swój, kruk z pierścieniem, a inaczej Ślepowron, wyniósł nad Pobogiem, herbem żony swojej, i taki jest dotąd herbnasz. Wnuk owego Warcisława, Sławomir, od jednych z dóbrswoich Kraśno nazwanych pierwszy Krasińskim nazywać sięzaczął. Wnuk zaś jego, Andrzej Krasiński, hetmaniąc ludziomksięcia Konrada, poległ mężnie na Bukowinie r. 1497, w owejniepomyślnej za Jana Olbrachta przeciw Wołochom wyprawie,w której niemało walecznych Polaków zginęło. On był dziademFranciszka, biskupa krakowskiego, którego ja bardzo kocham.Wizerunki wszystkich sławniejszych Krasińskich wiszą w bawialnej sali naszej, ale ja na obraz biskupa z największymupodobaniem patrzę i bardzo się cieszę, żem jest jego drużbą.On, zostawszy księdzem i kanonikiem, dwa razy od całego duchowieństwa polskiego jeździł do Pawła IV, papieża, i bardzodobrze się sprawił; potem od Zygmunta Augusta wysłany posłem do Maksymiliana, cesarza, sprawy sobie zlecone uspokoił;zostawszy biskupem, bardzo wiele do tego się przyłożył, iżw r. 1569 doszła do skutku na sejmie lubelskim unia Litwyz Koroną. Król Zygmunt August, szacując wysoko wielkie jego przymioty, wyniósł go na biskupstwo krakowskie, a samniedługo potem, umierając w Knyszynie, od niego na śmierćbył przygotowany i sakramentami opatrzony. Łagodnego charakteru, on jeden z biskupów na sejmie warszawskim r. 1573,w czasie bezkrólewia, podpisał artykuły pokoju z różnowiercami, a gdy mu to wymawiano, usprawiedliwił się oczywiście,iż tak dla prawdziwego dobra Kościoła czynił. Ojczyznę bardzo kochał, nieraz na jej obronę wysyłał własnym kosztemuzbrojonych żołnierzy. W Kraśnem wymurował kościół, szkołęi szpital założył. Dwór chował liczny, ubogim znaczne sypałjałmużny; nie stracił braciom i synowcom majątku, ale teżgo nie przysporzył i po jego śmierci bardzo mało w szkatulepieniędzy znaleźli.

Jeden z synowców biskupa, Jan, kanonik, był sekretarzemStefana Batorego; bardzo uczony, dosyć pism zostawił; w jednym, pod tytułem „Polska”, drukowanym w Bononii, opisałprowincje, rządy, obyczaje kraju swego wyborną łaciną i przypisał je Henrykowi Walezjuszowi, żeby i on, i jego Francuziobeznali się z Polską. To dzieło bardzo już rzadkim się stało;Jmć Dobrodziej jeden tylko ma egzemplarz i jak relikwie gochowa; pisał on o elekcji Stefana i o śmierci Henryka: wszystko pięknie i po łacinie. Drugi synowiec biskupa, Stanisław,wojewoda płocki, wiele podróżował, Maltę, Sycylię, brzegiAfryki zwiedził, a z dwóch żon pięć córek i dziesięciu synówzostawił; siedmiu z nich się ożeniło, mieli potomstwo i rozkrzewili bardzo ród Krasińskich; jeden z nich, Aleksander, towarzysz usarski, za nieszczęsnego panowania Zygmunta III w tymsamym maleszowskim zamku, w którym ja dziś tak spokojniepiszę, Tatarom, zagony swoje aż po te strony zapuszczającym,tak mężny i dzielny dawał opór, a w wycieczkach swoich taksrodze ich porażał, że wódz, przymuszony odstąpić od zamku,nie mógł przenieść na sobie, ażeby nie zostawił panu jego dowodu swego szacunku. Przez powiernika, także Tatarzyna,przysłał mu w darze, co miał najdroższego: zegar, prostejwprawdzie roboty, ale u nich natenczas za dziwowisko miany.Ten zabytek szczególny, ten dar od nieprzyjaciela, od Tatarzyna, który brać, nie dawać umie, chowany jest dotąd z wielkąstarannością w naszej rodzinie; dwa razy tylko widziałam go,tak go Jmć Dobrodziej pilnie chowa, i wiem, że by go nie oddał za dziesięć zegarów paryskich z kurantami. Mężny tenantenat nasz zginął na wojnie moskiewskiej, nie zostawiwszypotomstwa, czego wielce żałuję; miło by mi było iść w prostejlinii od tak walecznego męża. Synowiec jego, Jan Bonawentura, wojewoda płocki, w Warszawie znacznym nakładem bardzopiękny i wspaniały pałac w włoskim guście wystawił, z dosyćsporym ogrodem. Nie byłam nigdy w Warszawie, więc niewiem, czy to prawda, ale już od wielu osób słyszałam, że jestjednym z najpiękniejszych gmachów stolicy, nierównie piękniejszej architektury od pałacu Saskiego, a nawet od zamkukrólów. Ten Jan miał dwóch braci; jeden zostawił dwóch synów: Michała, podkomorzego ciechanowskiego, i Adama, biskupa kamienieckiego, dotąd żyjących; biskup w wielkim jestu wszystkich szacunku i nieraz Jmć Dobrodziej mówi, że kamieniecki jeszcze przejdzie krakowskiego w sławie; drugi brat Jana Bonawentury, Aleksander, podkomorzy sandomierski, byłrodzonym moim dziadem, bo syn jego, Stanisław, starosta nowomiejski, prasznyski, ujski, jest Jmcią Dobrodziejem, najukochańszym ojcem moim. Pojął za małżonkę Anielę Humiecką,sławnego wojewody podolskiego córkę, Jmć Dobrodziejkę matkę moję; ale ta linia Krasińskich na nim zgaśnie z wielkimżalem moim, bo nie mamy brata; za to jest nas sióstr cztery:Basia, najstarsza, ja, druga z kolei, Zosia i Marynia. Sługii dworscy powtarzają mi często, że ja mam być najpiękniejszą,ale ja doprawdy, że tego nie widzę; wszystkie jesteśmy ułożone, jako na panny wysokiej kondycji, na starościanki przystało; wszystkieśmy proste jak trzciny, zdrowe jak rybki, białejak mleko, rumiane jak róże; każdą z nas, zwłaszcza kiedy jąMadame dobrze wysznuruje, jak to mówią: ręką by objąłw stanie. Na pokojach, przy gościach umiemy dygać niskoi z dégagé, siedzieć spokojnie na samym brzeżku stołka, oczyspuścić w ziemię, usteczka ścisnąć, rączki ułożyć; mogłoby sięwtedy zdawać komu, że żadna z nas trzech zliczyć nie umiei chodzić dla niej trudnością; ale niechby nas kto widział, kiedyw poranki letnie bez sznurówek, bufonek i fryzur, bez trzewików na korkach, ale w rannej dezabilce i w wygodnych patynkach pozwolą nam Państwo iść do lasu, po górach siędrapać: biegamy jak łanie, śpiewamy na humor, a biednaMadame ledwie nóg i piersi nie straci, tak za nami dąży i woła. Ja i młodsze moje dwie siostry jeszcześmy mało z domuwyjeżdżały: Końskie, gdzie mieszka ciotka nasza, pani wojewodzina Małachowska, i gdzie dwa razy do roku bywamy;Piotrkowice, wieś do nas należąca, w której Jmć Dobrodziej,wróciwszy z Włoch, piękną na wzór loretańskiej wystawił kaplicę, w której też często bywają odpusty i wiele ludu; Lisów,dokąd parafia Maleszowej, to cała nasza publika. Ale Basia, jako najstarsza, już kawał świata zwiedziła: była dwa razy w Opolu, u ciotki naszej księżnej Lubomirskiej, wojewodziny lubelskiej, którą Jmć Dobrodziej nie tylko jak starsząsiostrę, ale jak matkę kocha i poważa; była przez rok caływ Warszawie u panien sakramentek; najwięcej też z naswszystkich umie, najniżej dyga, najprościej się trzyma i najwięcej ma prezencji. Myślą Państwo, żeby i mnie gdzie nadokończenie edukacji oddać, i lada dzień spodziewam się, żepowóz zajedzie, Jmć Dobrodziejka wsiąść z sobą każe i doWarszawy albo do Krakowa pojedziemy. Wybornie mi w domu, ale Basi i w klasztorze było wyśmienicie; będzie tak i zemną; a co się wydoskonalę w francuskiej mowie (bez której,jak mówią, dorzecznej białogłowie już żyć na świecie trudno),w menuecie, w muzyce, co wielkie miasto zobaczę — to będzie moje! Ponieważ dotąd nic prawie prócz Maleszowej niewidziałam, sądzić nie mogę, czy piękna, czy nie. Wiem tylko,że mnie się bardzo spodoba.

Niektórzy mówią, że nasz zamek o czterech piętrach, z czterema narożnikami, otoczony rowem pełnym wody, z mostemzwodzonym, w kraju skalistym i wśród lasów położony, jestnader smutny; ja tego bynajmniej nie doświadczam; mnietak na świecie wesoło, że bym chętnie cały dzień skacząc śpiewała. Słyszę Państwa mówiących nieraz, że im nie dosyć wygodnie; w samej rzeczy, jest cztery piętra w naszym zamku,na każdym sala, sześć pokojów i cztery gabinety w narożnikach; jednak ponieważ nas jest bardzo wiele, nie możemy wszyscy i ze wszystkim na jednym piętrze się mieścić: nainnym jadamy, na innym się bawiemy, a my, panny, aż natrzecim mieszkamy. Państwo oboje już niemłodzi, przykroim tak co dzień wchodzić i schodzić, ale mnie te wschody niezmiernie bawią; kiedy jeszcze rogówki nie mam, to często,jak się uchwycę poręczy, w mgnieniu oka jestem na dole, niedotknąwszy nogą ziemi. Pomimo tego, że goście często w ciasnocie mieścić się muszą, bywa ich bardzo wiele, i nie wiem,czy byśmy w wielkich gmachach lepiej bawić się mogli, czybymaleszowski zamek, choćby trzy razy był większy, mógł byćświetniejszy. Tak w nim huczno, dworno i okazale, że go sąsiedzi małym Paryżem zowią. Osobliwie jak Bóg da zimę,to już kapitan dragonii naszej mostu przed wieczorem spuszczać nie każe, tyle się zjeżdża osób; kapela nadworna ma codo roboty, gra co dzień, a my tańcujemy do upadłego. I latonie jest bez przyjemności: chodzimy, jeździemy, poobiedziatrawiemy w naszej sieni, która jest wyborna: niezmierniewysoka, bo przez wszystkie piętra zamku idzie, oświeconaz góry. W największe upały tak w niej chłodno jak w piwnicy. A i dworu naszego przepomnieć nie mogę; stosownie do majątku Państwa, który jest bardzo znaczny, domnóstwa osób, które prawie nieustannie w maleszowskimzamku goszczą, musi być liczny i okazały; jest też takimi nie wiem, czyby wielu panów w Polsce przejść nas mogłow tej mierze.

Dwór nasz składa się z dworzan i z dworskich; dworzaniew większej są powadze; jedni są respektowi, drudzy płatni,wszystko sama szlachta z szablą u boku; niektórzy z nich byliwprawdzie przedtem czynszowi, czy okoliczną szlachtą, lecz Jmć Dobrodziej powiada: „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”; nikt im więc żadnego zarzutu nie czyni, uchodzą za szlachtę, na sejmikach mają glosy i dobrze ich miećza sobą.

Respektowych dworzan, których jest kilkunastu, taka całafunkcja: przyjść na pokoje, czekać przybycia Jmć Dobrodzieja, prezentować mu się w przyzwoitym ubiorze, z miną dousług gotową, wykonać śpiesznie rozkaz jego, jeśli da jaki;jeśli nie, rozmawiać z nim, grać w karty, towarzyszyć muw czasie odwiedzin albo przejażdżki, bronić go w każdej potrzebie, głosować za nim na sejmikach i jego, i gości, kiedy są,bawić. Tej ostatniej powinności najlepiej dopełnia nasz Macienko; szczególny to człowiek, a powiadają, że dawniej takichludzi bardzo wiele bywało i nie mógł się żaden dwór obejśćbez takowego; niby on jest głupi, niespełna rozumu, a tymczasem bardzo trafnie o wszystkim sądzi i często bardzo dowcipnie się odezwie. Żaden z dworzan jego przywilejów niema; jemu zawsze wolno mówić, i to prawdę. Dwór cały zowiego błaznem, ale my go zowiemy Macieńkiem, bo mu Maciej naimię i na tamten przydomek bynajmniej nie zasługuje. Dorespektowych dworzan należy sześć panien dobrego urodzenia, które z nami mieszkają, pod naszej Madame są okiem,i dwóch karłów. Jeden z nich ma lat 40, twarz starą, a wzrostczteroletniego dziecka; ubierają go po turecku; drugi ma lat18, bardzo foremny i ładny, po kozacku chodzi; często na zabawę Jmć Dobrodziejka stawiać go każe na stole w czasieobiadu i on tak się przechadza pomiędzy półmiskami i butelkami, jakby po ogrodzie. Dworzanie respektowi nie biorą żadnych zasług; prawie wszyscy są synami dosyć majętnej szlachty, oddani do naszego dworu dla nabrania ułożenia i dla promocji do urzędów. Daje im się jednak obrok na parę konii dwa złote na tydzień na masztalerza albo na pacholika,którego sobie utrzymywać powinni. Każdy ma swojego służkę, jeden go po węgiersku, drugi po kozacku ubiera; to mojanajwiększa zabawa patrzeć, jak każdy z nich w czasie obiadulub wieczerzy za panem swoim stoi, zagląda na jego talerzciekawie, oblizuje się i łyka zawczasu, i rad by wydarł oczamikażdy kawałek, który on do gęby kładzie, bo to, co mu panzostawić raczy, całym jego jest jadłem; dla tych służków stołuosobnego nic ma. Macieńko co dzień dziwne rzeczy ze swoimpacholikiem wyprawia, często boki zrywamy, śmiejąc się z nichobudwóch.

Płatnych dworzan jest więcej niźli respektowych; ci nie siadają do stołu, prócz kapelana, doktora i sekretarza; marszałeki piwniczny stoją za stołem, chodzą, patrzą, czy gdzie komu czego nie brakuje; Państwu i gościom co dzień i gęsto winadolewają; dworskim tylko w dni świąteczne, i to po małejlampeczce. Komisarz, podskarbi, koniuszy, rękodajny,szatni — wszystko to u marszałkowskiego stołu siada. Jużto i ci dworzanie, co z nami siadają, honoru mają wiele, alekorzyści niedużo, bo nie zawsze jedzą to samo co my, chociażz tego samego półmiska; na przykład na pieczyste kucharzułoży na wierzchu drób i zwierzynę, a pod spodem jest pieczeń wołowa albo wieprzowa; dlatego też kawał stołu, przyktórym siedzą, szarym końcem się zowie. Chociaż na dwóchogromnych półmiskach każdą potrawę obnoszą i z początkuzdaje się niepodobieństwem, żeby zniknąć miały te fury zrazówalbo bigosu, bardzo często ostatniemu ledwie łyżka strawy siędostanie. Potężnie wszyscy jedzą i czy jak co dzień kucharz dacztery potrawy, czy siedem w dnie świąteczne, czy dwanaście,kiedy wiele gości, jeszcze nie pamiętam, żeby co kiedy zeszło ze stołu. Panny służebne w równej są u nas godności jakdworzanie respektowi, bo do naszego stołu siadają.

Dworzanie płatni wcale sute biorą zasługi, od trzechset dotysiąca złotych, obrok dla koni, barwa dla służącego, aleteż Jmć Dobrodziej wymaga, żeby porządnie chodzili i osobliwie kiedy są goście, aby się prezentowali suto i modnie.Kiedy z którego kontent, to znajdzie łatwo sposobność obdarzenia go, a co rok w dzień imienin swoich hojne im daje podarunki, to z garderoby, to w gotowiźnie.

Dworskich nierównie jest u nas więcej jak dworzan, wszyscy pod jurysdykcją marszałka, który ma moc strofować ichi karać. W pierwszym rzędzie są pokojowcy; ci zwykle sąszlachta i tylko w tej służbie jakby nowicjat odprawiają, niedłużej nad trzy lata; wszystko chłopcy młode, od lat 15 do 20.Tych choć marszałek bić każe, jak i innych, skoro przewinią,nie rozciągają na gołej podłodze, jak liberią prostej kondycji,ale na kobiercu. Nasz marszałek dosyć jest surowy, częsteplagi rozdaje; powszechne jest zdanie, że tak czynić z młodzieżą przystoi dla utrzymania jej w przyzwoitej ryzie. JmćDobrodziej zawsze powtarza, że w całym zamku maleszowskimnie ma pokoju, nie ma stołka, na którym by plag nie dostał;może dlatego taki dobry?

Pokojowców mamy kilkunastu; jednemu z nich, MichałowiChronowskiemu, dorodnemu, ale ubogiemu szlachcicowi,w dzień Trzech Króli nowicjat się skończy: będzie ceremoniawyzwolenia.

Całą służbą pokojowca jest: być na pokojach pańskich dobrze ubranym prawie od rana do wieczora; kiedy jedziemypowozem, asystować konno albo pieszo i być zawsze gotowymdo posyłki, bo czy państwo list mają pilny, czy chcą gościjakich zaprosić, czy podarek komu posłać, zawsze pokojowców używają. Reszty dworzan i wyliczyć trudno; doprawdyani wiem, jak wiele u nas kapeli, kucharzy, hajduków, kozaków, pacholików, chłopców, garderobian, dziewcząt służebnych. Wiem tylko, że jest pięć stołów, a dwóch szafarzy odświtu do południa mają co robić z wydawaniem na obiad i nawieczerzę.

Bardzo często Jmć Dobrodziejka jest przy tym, zwłaszczakiedy nowe do magazynu przywożą prowianty, klucz zaś odapteczki, gdzie korzenie, specjaliki i dobra wódka, zawsze przyniej, a co rano marszałek podaje jej spis potraw, jakie mająbyć na obiad i na wieczerzę, a ona z radą Jmć Dobrodziejazmienia je lub pochwala.

Porządek naszego życia jest zwykle taki: wstajemy letniąporą o szóstej, zimową o siódmej godzinie; wszystkie czterysypiamy razem w jednym pokoju na trzecim piętrze, wrazz Madame; każda z nas ma łóżko żelazne z firankami. Basia,jako najstarsza, ma dwie poduszki i becik mantynowy, mypo jednej i kołdrą flanelową. Wstawszy i ubrawszy się naprędce, mówiemy z Madame pacierz francuski, po czym zarazdo nauki. Dawniej dyrektor uczył nas wszystkie po polskuczytać, pisać i rachować, a ksiądz kapelan katechizmu, aleteraz tylko Zosię i Marynię uczy, a Basię i mnie sama Madame. Uczemy się na pamięć rozmów i wokabuł z gramatyki, słów i anegdot z nomenklatora, a o ósmej godzinie schodziemy na dół do Państwa na dzień dobry i na śniadanie. Polewkę piwną w zimie, mleko w lecie prawie co dzieńjadamy, w dnie postne żurek bardzo wyśmienity; po śniadaniuidziemy wszyscy na mszę do kaplicy zamkowej, która jest bardzo piękna i z chórem, tam po mszy kapelan czyta modlitwypo łacinie; cały dwór i my mówiemy je głośno za nim. Muszęsię też kiedy spytać, co one znaczą. Po tym nabożeństwie wracamy na górę uczyć się wokabuł i słów niemieckich; piszemyteż i listy na zadania; Madame nam wiersze poety francuskiego Malherba dyktuje; mamy też klawicymbał i metra doniego Niemca, który oraz kapeli nadwornej przewodzi i trzysta złotych na rok bierze. Wszystkie się uczemy grać, Basiawcale niczego brzdąka; potem kładziemy podwłośnikii fryzjer nadworny po starszemu nas fryzuje: często ból srogiponieść wypadnie, osobliwie kiedy nową jaką tworzy fryzurę.Ja mam najdłuższe i najgęstsze włosy, po ziemi się włóczą,gdy na taborecie przed gotowalnią siedzę, na mojej teżgłowie zwyczajnie swoje próby robi; ale prawda, że dziwniepiękne i sztuczne układa fryzury; dzisiejsza na przykładw moim guście najpiękniejsza, bo jakaś jakby z niechcenia:włosy wszystkie sczesane do góry, część ułożona w pukle nawierzchu głowy, część zawinięta, spada kręcąc się na kark i naramiona; pudru w nich z pół funta. Ubiór nasz trwa parę godzin, przez ten czas uczemy się na pamięć przysłowiów różnych francuskich, a bez pamięci cierpliwości; jak teraz to czasgotowalni krótszy mi się wydaje, bo nam Madame czyta głoś-,no dzieło najnowsze, dziwnie zabawne i arcymoralne: „Magasin des enfants”, przez panią de Beaumont napisane. Są torozmowy guwernantki z elewkami i wyborne rozpowiadaim bajki.

O dwunastej, skoro na Anioł Pański zadzwonią, odmówiwszy go, schodziemy na dół na obiad i już do końca dnia Państwo u siebie bawić nam pozwalają. Dwie godziny siedzi sięzwykle u stołu, potem przechadzka, jeśli pora sprzyja. Mamyteż raz na raz pilną robotę do naszego kościoła do Piotrkowic,haftujemy w krosnach, póki tylko widno, a przy świecy robiemy siatki na wyścigi; świec pali się zawsze kilkanaściew srebrnych pająkach; chociaż żółte, bo z naszego wosku i domowej roboty, przecież bardzo widne; ja tej już zimy wieczorami do całej komeżki zrobiłam siatkę z pokrzywki i poszyłam ją w drobne muszki. Wieczerza o siódmej i zimą, i latem; po wieczerzy już nie ma roboty, tylko zabawa; gramyw karty w mariasza albo w drużbarta; warto widzenia, jakieminy Macieńko wyrabia, kiedy ma dolą albo siódemki, ja pękam od śmiechu. Kiedy nadejdzie dzień, w którym pokojowiecwysyłany co tydzień do Warszawy powraca, kapelan czyta gazety, „Kuriera”, listy; niektórym wiadomościom bardzo chętnie się przysłuchuję. Często czyta także nam Jmć Dobrodziejstare kroniki, czasem nudne, ale czasem wcale zabawne; wyznam jednak, że mnie francuskie książki daleko więcej od polskich zajmują i nierównie więcej ich czytałam: bo nasza Madame ani słowa po polsku nie umie; z Państwem raz w tydzień, a z nią codziennie czytujemy. Jak w zapusty, to jeszczerzadsze czytanie: gości pełno, a wtenczas gry, muzyka, taniec.Ani sobie wystawiam, jak się bawią w Warszawie u dworu:bo oczywiście, że jeszcze lepiej i huczniej jak w maleszowskimzamku; rada bym z duszy przez ciekawość samą zakosztowaćkiedy tych zabaw... Ale co słyszę? Już na dwunastą dzwonią;trzeba pióro rzucić, Pozdrowienie Anielskie co tchu odmówić,fryzury poprawić, biec na dół i zostawić na jutro, com dziśjeszcze w tym dzienniku napisać zamierzała.

2 stycznia, we wtorek

Wczora byłam zajęta, jak Jmć Dobrodziej zowie, prywatą,to jest domowymi rzeczami; dziś zajmie mnie publika, czylirzeczy publiczne. Nie byłabym godną być Polką, gdyby mnienie obchodziło to, co z krajem moim się dzieje; często też o nimw domu naszym mowa: ja zawsze przysłuchiwałam się temupilnie, ale od czasu jak ten dziennik pisać zamierzyłam, dwarazy więcej nadstawiam ucha. Mam więc co powiedzieć. Dziśu nas nad Koroną i Litwą panuje August III, elektor saski;siedemnastego tego miesiąca 25 lat się skończy, jak go biskupkrakowski koronował. Przeciwna jemu partia, jak niegdyś ojcujego, Augustowi II, chciała po drugi raz wynieść na tron Stanisława Leszczyńskiego, lecz August potężne miał wsparciei przy nim korona została. Leszczyński, któremu nawet przeciwna strona nic zarzucić nie może, jedno to, iż nie miał pieniędzy i wojska, wrócił do swoich Lotaryńczyków, których dotąd uszczęśliwia. Do ubiegania się o koronę polską, na którądzisiejszy król po śmierci ojca bardzo obojętnie miał spoglądać, powiadają, że go najwięcej namówiła żona jego, MariaJózefa, a tej pani powszechnie tę oddają sprawiedliwość, żebyła godną być królową polską. Kochała Polaków, intryg nielubiła, męża odwodziła od złego, ile mogła; miłosierna, dobroczynna, pobożna, dobra żona, dobra matka, surowych obyczajów, zbiorem cnót niewieścich nazwać ją było można; drugirok temu, jak umarła w Dreźnie: czternaście dzieci miała, jedynaście zostawiła żyjących, siedem córek i czterech synów.Pamiętam dobrze, jakim żalem jej śmierć wszystkie serca napełniła. Po wszystkich kościołach w Litwie i w Koronie żałobne za nią odprawiło się nabożeństwo; w naszych Piotrkowicach były sute egzekwie, ubodzy szczególnie rzewnie płakali, bo prawdziwą w niej matkę stracili.

Król bardzo ma być łagodnego i dobrowolnego umysłu, polega też zupełnie na zdaniu ministra swojego Brűhla; tenprawdziwie i nim, i Polską, i Saksonią rządzi. W Saksonii teraz bardzo źle się dzieje; Prusy, owe nowo powstałe państwo,dziś prawie Europą trzęsie. Wielki, jak — mówią, człowiek nadnim panuje. Kurfirszt brandenburski 1701 roku tytuł królapruskiego przybrał i sam sobie na głowę koronę włożył. Rzeczpospolita dotąd tego tytułu nie przyznała, a dziś następca jego podług upodobania gotów drugim korony kłaść lub zdejmować; sam opiera się Austrii, Saksonii, Moskwie i co dzieńkraje swoje powiększa; zręczność jego, biegłość w polityce,znajomość sztuki wojennej ma być niepojętą, a przy tym filozof, uczony i charakteru dzielnego. Słyszałam już nieraz mówiących: „Oj! Fryderyka Wielkiego by teraz Polsce na królapotrzeba!” Ale kiedy nie tylko nie mamy go na naszym tronie,ale owszem, przeciwnym sobie, dodają także mądrzy ludzie i tesłowa: „Bodajbyśmy z łaski jego później czy prędzej nie zginęli; bodajby to państwo, które z Polaków powstało, nie zgubiło kiedy Polaków!”. Bo jak ciż sami mądrzy ludzie do ucha sobie szepcą, źle z Rzeczpospolitą się dzieje, a co jest najgorszai na to życie, i na tamto, co do wszelkiej wielkości największąbywa przeszkodą: coraz mniej w Polakach ma być starodawnejcnoty; wszyscy prawie szukają dogodzenia własnej ambicji,własnego zysku, zapominają o wspólnej matce; aby im dobrzebyło, o ogół nie stoją; sejmy, choć się zbiorą, nie dochodzą, nicwięc dobrego uradzić nie mogą. Na próżno głos księdza Konarskiego i kilku prawdziwych Polaków woła na tych obłąkanych! Nie słyszą go, bo już przeważyła złych i podłych szalai patrzeć tylko chwili, kiedy wszystkich za sobą pociągnie.Jednak jest jeszcze nadzieja, może być ratunek. Nasz tron jestelekcyjny, król dziś nam panujący bardzo stary, ma lat 63;niedługo więc może być inny. Ten, jeśli będzie wysokiegoumysłu, cnoty stałej, niepospolitego męstwa, potrafi wybawićRzeczpospolitą. Jeszcze w granicach swoich jest nienaruszona,jeszcze ogromny kraj posiada. Pan Bóg dobry i miłosiernyudzielić raczy dzielności głowie narodu, zgody członkom, i ocaleni będziemy. Już tej głowy narodu, tego przyszłego króla,wszyscy wypatrują ciekawie: kilku mają na oku, mnie o dwóchsłyszeć się zdarzyło: jednym jest Stanisław Poniatowski, synkasztelana krakowskiego (który w wielkich był łaskach u Karola XII) i księżniczki Czartoryskiej; drugim jeden z synównaszego króla, królewicz Karol. Nie wiem dlaczego, ku temudrugiemu serce moje więcej się skłania, chociaż tamten bliższy,bo rodak; ale już wiem dlaczego: więcej przymiotów w nimwszyscy upatrują. Osoby, które kiedyś rządzić nami mogą,obchodzić nas muszą; napiszę więc tu, co tylko wiem o obudwóch.

Poniatowski jest młody i bardzo piękny, uprzejmy, zwiedziłwiele krajów, przejął grzeczność francuską i białogłowomszczególniej dziwnie podobać się umie; nauki i uczonych bardzo lubi; przeszło cztery lata ciągle w Petersburgu gościł jakosekretarz poselstwa Rzeczypospolitej, teraz niedawno odwołanym został, w wielkich tam był i jest faworach i na tym najwięcej gruntują nadzieję przyszłej jego wielkości, bo już oddawna wolnym na pozór Polakom nie ich własny wybór, aleobce mocarstwa narzucają królów.

Królewic Karol ma lat 26, z czterech synów dorosłych króla on jest trzeci w rzędzie, najwięcej od ojca i od wszystkichkochany i jak mówią, najgodniejszy kochania; postawa jegoma być okazała, twarz nadzwyczajnie przyjemna, łagodna,obejście się z każdym miłe. Rzadki ma dar serc ujmowania;prawie od urodzenia ciągle bawi w Polsce, kocha Polaków,zna nasz język; w Rzeczypospolitej i na grzecznym dworzechowany, ani jest dumny, ani nadto się pospolituje. Uznawszy w nim te przymioty, król nasz, który synów swoich przyróżnych dworach mieścić się stara, tego przeznaczył do służbyw wojsku moskiewskim i do zarabiania na życzliwość dworu,na którego opiekę najwięcej rachuje. Rok będzie niedługo, jakgo pierwszy raz do Petersburga wyprawił, miał w tym jaszczei inne widoki: chciał, żeby królewic księciem Kurlandii mógłzostać. O tym Księstwie Kurlandzkim, jak sobie zapamiętam,tak mówiących słyszę, i oto jest, co mi o nim zostało w pamięci. Księstwem Kurlandzkim, państwem hołdowniczym Polski,król nasz, nie wiem doprawdy, jakim sposobem, miał praworaz już tylko rozporządzić. W roku 1737 oddał go prawem lennym hrabi Bironowi i potomstwu jego płci męskiej; ale Biron,niegdyś faworyt imperatorowej Anny, wpadł w niełaskę i wygnany wraz z rodziną na Syberią został; tam już lat kilkanaście siedzi, a Księstwo Kurlandzkie dotąd było bez pana. Królnasz, namawiany od dawna do rozporządzenia nim na nowo,nakłonił się dać je synowi swojemu; ale do ważności tego daru przychylenia się Moskwy i stanów kurlandzkich trzeba było, gdyż Biron nie był prawnie, tylko jakby tymczasowo z tejgodności wyzuty. Któż mógł snadniej to przychylenie sprawićod królewica Karola, który tak skłaniać serca ku sobie umie?Jadąc do Petersburga, zatrzymał się czas jakiś w Mitawie, stołecznym mieście Kurlandii, i ujął sobie znaczniejszych obywateli. Przyjechawszy do Petersburga, zaledwie kilka tygodnizabawił, kiedy imperatorowa Eliżbieta oświadczyła publicznie,że już nigdy ani Birona, ani synów jego nie odwoła z wygnania i że żąda nawet, aby król polski synowi swemu KsięstwoKurlandzkie nadał.

To jej oświadczenie i zalecenie uroczyście było oddanew roku przeszłym królowi, w chwili kiedy się sejm zgromadzał; ale że ten, według panującego od jakiegoś czasu obyczaju, zerwanym wcześnie został przez Podhorskiego, posła wołyńskiego, nie mogła być ta okoliczność na nim roztrząśnięta;zwołano więc radę senatu. Wielkie były spory: niektórzy senatorowie, osobliwie książęta Czartoryscy, dowodzili, że królnie ma już prawa rozporządzać Kurlandią, zwłaszcza bez sejmu, że Biron, nie wytrzymawszy procesu kryminalnego i sądu, nie może być pozbawiony nadanego sobie raz księstwa;że wreszcie nadanie go królewicowi trwałym nie będzie, bo ześmiercią panującej imperatorowej wszystko odmienić się może.Nic to nie pomogło, 5 tylko głosów było przeciwko królewicowi, 128 za nim, oczywiście więc przeważyli. Wielki kanclerzkoronny diploma na to księstwo mu oddał, a dziś właśnie jestdzień naznaczony na inwestyturę. Wielkie uczty mają sięodprawiać w Warszawie. Król z radości, że doszła część widoków jego względem ukochanego syna, mówią, że na dziesięćlat odmłodniał. Ja wiedzieć nie mogę, czy to źle, czy dobrzesię stało. To wiem, żem bardzo z tego kontenta, bo dobrze królewicowi życzę. Nie wiem doprawdy, skąd, za co i dlaczego,ale mocno mnie obchodzi; zdaje mi się, że los Rzeczypospolitejwkrótce od niego zależeć będzie, że on burzę Polakom grożącąodwróci, rząd dobry, prawa nam nada: tego wszystkiego niebędzie mógł zrobić, jeśli królem polskim po ojcu nie zostanie,a wszyscy mówią, że Księstwo Kurlandzkie bardzo mu możeposłużyć za stopień do tronu. Bądź co bądź, żal mi trochę, żemw tej chwili nie w Warszawie; ciekawa bym była uczt, festynów, króla, dworu, a nade wszystko królewica. Będziemyżprzynajmniej zdrowie jego u stołu spijać i głośno wykrzykiwaćwiwaty.

Dnia 3 stycznia

Wczora, kiedy w najlepsze przy odgłosie nadwornej kapelii strzelaniu naszej dragonii piliśmy wraz z gośćmi zdrowieksięcia kurlandzkiego, pokojowiec wysłany do Warszawy wrócił i przywiózł listy donoszące, że dla słabości królewica odłożona uroczystość inwestytury na 8 stycznia. „To jakaś niedobra wróżba — powiedział Macieńko — usunęła się mitra, wysunie się korona”. Jam się zasmuciła. Ale nie mogłam być długosmutna; zaraz po obiedzie przyjechało więcej gości; przyjechała pani podczaszyna Dembińska z synami i z córką, panstolnik Jordan z żoną i z synem i nareszcie pan Świdziński,wojewoda bracławski, z synowcem swoim, księdzem Wojciechem, jezuitą; ten już był w Maleszowie kilka razy; bardzo zacny i pobożny. Państwo niezmiernie go lubią i szacują wysoko; chociaż jeszcze nie stary, wszyscy, jako księdza, całujemygo w rękę; na Basię szczególniej łaskaw, przywiózł jej różaniec i nową książkę do pacierza, „La Journée du chrétien”;przy wieczerzy siedział przy niej i kilka razy do niej przemówił. Nic dziwnego, Basia najstarsza, najlepsza, wszyscy zawszedla niej najgrzeczniejsi.

Dnia 5 stycznia, w piątek

Ciągle bawi pan wojewoda z synowcem i inni goście, a dziśpodobno nowi przybędą. Przyjadą obadwa synowie pana wojewody, starszy — starosta radomski, młodszy — pułkownikwojsk króla Jmci. Pan wojewoda, wdowiec od lat kilkunastu,ma prócz tych synów dwie córki; obie już za mężem; starsza,Bona, jest za Granowskim, wojewodą rawskim, młodsza, Marianna, za Lanckorońskim, kasztelanem połanieckim: tej niedawno odprawiło się wesele. Tych panów Świdzińskich bardzojestem ciekawa, bo obadwa chowali się we Francji, w Lunewilu; zupełnie inaczej muszą wyglądać jak nasi Polacy. Dobrykról Stanisław, choć w obcym mieszka kraju, przecież swoimrodakom chce być użytecznym. W Lunewilu, gdzie rezyduje,utrzymuje własnym kosztem kilkunastu z młodzieży polskiej,tam im najpiękniejszą edukacją dawać każe. Panicze z najpierwszych familii ubiegają się o ten zaszczyt, wynajdują sobie pokrewieństwa z Leszczyńskim, choćby najdalsze; i nie madla młodego kawalera lepszej rekomendacji, jak kiedy powiedzieć o nim można: edukował się w Lunewilu, był w Paryżu.Już natenczas pewnie grzeczny, umie po francusku i z gracjątańcuje menueta i kontradanse. Wszyscy też kawalerowiez Francji przybyli wielki, zwłaszcza u białygłów, mają sukces, i powtarzam, żem niezmiernie panów Świdzińskich ciekawa.

Dnia 6 stycznia, w sobotę

Przyjechali wczora po obiedzie, nie mogę powiedzieć, żebybyli zupełnie tak, jakem ich sobie wystawiła, zwłaszcza panstarosta. Jam myślała, że zobaczę jakiegoś młodego, wysmukłego trefnisia, podobnego do księcia Cheri (tak ślicznie wystawionego przez panią de Beaumont), który nie inaczej, tylko pofrancusku mówić będzie; a pan starosta już niemłody, ma lattrzydzieści, dosyć otyły, tańcować nie lubi i nawet nie wiem,jak mówi po francusku, bo się ani razu z francuszczyzną nieodezwał; łacinę tak miesza jak i ojciec jego. Pan pułkowniklepiej mi się podobał: młodszy, w mundurze i przecież parę razy po francusku przebąknął.

Dziś Trzy Króle, dzień wesoły, odprawi się ceremonia wyzwolenia Michała Chronowskiego i ogromny placek piekąw kuchni z migdałem, kto też go dostanie? Ach! mój Boże!gdybym ja królową została! mnie by wieniec na głowę włożyli,ja bym miała prawo przez cały wieczór rej wodzić w zabawach! O! dopiero byłyżby tańce!... Może i tak będą, bo bardzowiele spodziewamy się gości. Mruczał sobie stary nasz kredencerz pod nosem, że przed kościołem w Piotrkowicachpełno ma być karet, kolasek i bryczek; on już zawczasu zrzędzi i narzeka na robotę; a ja z radości skaczę. Mój Boże! jakto jedna rzecz jednego martwi, a drugiego cieszy.

Dnia 7 stycznia, w niedzielę

O! w samej rzeczy pełno było i jest gości; staremu Jacentemu przybyły dwa nowe zmarszczki na czole, ale my zabawiliśmy się cudownie. Nie ja, lecz Basia została królową, i równiewesoło zszedł mi wieczór, jak gdybym ja nią była. Kiedy przykońcu obiadu, po rozdaniu placka, Basi migdał się dostał, jakby we krwi stanęła; a gdy to nasza Madame, przy niej siedząca, na głos oświadczyła, wszyscy będący u stołu, nawet dworscy za stołem, krzyknęli: „Wiwat!”. Macieńko powiedziałz uśmiechem: „Kto dostał migdała, dostanie Michała. Bo topodobno jest taka wróżba: której pannie w dzień Trzech Królimigdał się dostanie, ta jeszcze w te same zapusty za mąż pójdzie”. O! dałby Bóg, żeby się ta wróżba na Basi ziściła, mielibyśmy wesele.

Pan starosta ciągle mi się nie podoba, taki poważny; wczora tylko polskie tańce tańcował, o Paryżu, o Lunewilu bardzo mało rozprawia, z nami, pannami, wcale się nie wdaje,do żadnej nie przemówił; z Państwem jedynie rozmawia, graw mariasza, gazety czyta — zawsze powtarzam, że już wolębrata; naprzód młodszy i przecie na nim znać więcej Paryżi Lunewil.

Ale... zapominam o Michale Chronowskim; ceremonia wyzwolenia jego odbyła się po obiedzie, ubawiła mnie bardzo.Wszyscy goście zebrali się na sali i zasiedli; Jmć Dobrodziejzajął nieco wyższe krzesło w środku, otworzyły się podwoje,marszałek, dworskich kilku wprowadzili wyzwoleńca, już niew barwianych, ale w paradnych sukniach: ukląkł przed JmćDobrodziejem, ten go uderzył z lekka w twarz, żeby pamiętałłaskę jego, przypasał mu szablę do boku, wypił do niego sporykielich wina i ofiarował konia z siedzeniem i drugiego z masztalerzem, którzy już w tę chwilę czekali przed zamkiem nanowego pana; zapytał go się potem, czy chce pozostać u naszego dworu, czyli też woli iść w świat, Chronowski odpowiedział, że lubo mu bardzo tu dobrze, przecież życzyłby sobieszukać promocji, i żądał rekomendacji do księcia Lubomirskiego, wojewody lubelskiego, szwagra Jmć Dobrodzieja. Przyobiecał ją, a wsunąwszy mu w rękę 20 czerwonych złotych,prosił, ażeby w zamku maleszowskim do końca zapust gościćraczył. Przyjął Chronowski te zaprosiny z wielką radością,a skłoniwszy się do nóg obojgu Państwu i wszystkie przytomne damy pocałowawszy w rękę, przypuszczonym został donaszej kompanii i w wieczór dzielnie z Basią mazura i krakowiaka wywijał; przyznać mu trzeba, że nikt tak gładko i ochoczo nie tańcuje jak on; Basia także dziwnie w tańcu szykownai pięknie im było razem.

Dnia 8 stycznia, w poniedziałek

Już też rzecz niepodobna, żeby komu wróżba migdała prędzej się ziściła; Basia tych zapust jeszcze pójdzie za mąż, a zakogo? za Michała; bo panu staroście Świdzińskiemu Michał naimię, a on wczora wieczór Jmć Dobrodzieja o jej rękę prosił;przysłali po nią Państwo dziś rano przed śniadaniem, oświadczyli jej tę jego prośbę i zaręczyny odprawią się jutro. Basiazapłakana wróciła do nas; powiedziała nam, po co ją wołał pokojowiec; mówiła mi, że się boi iść za mąż, że jej bardzo żalbędzie domu rodzicielskiego, ale że niepodobna tej partii omijać, kiedy ją oboje Państwo zapewniają, że będzie bardzo z panem starostą szczęśliwa. Ma być człowiek pobożny, uczciwy,łagodny; familia jego szlachecka, dawna, majętna; pod Chocimem, pod buławą sławnego Chodkiewicza trzej bracia Świdzińscy: Aleksander, Michał i Antoni, polegli; majątek piękny, jużma wypuszczone od rodziców dobra Sulgostów z wspaniałympałacem, a oprócz tego król mu dał niezłe starostwo i czekaćtylko, rychło kasztelanii dostanie. Pan wojewoda i ksiądz Wojciech jedynie tu po to przyjechali, już od dawna ten projektmieli i bardzo sobie gorąco życzą, żeby doszedł do skutku. Panu wojewodzie niezmiernie miała Basia do serca przypaść; jakją pozna, pokocha ją jeszcze lepiej. Będziemy więc mieli wesele; o! cieszę się niesłychanie; odprawi się w maleszowskimzamku 25 lutego, w same ostatki: będziemyż tańcować!... Basiazostanie panią starościną; to jedyna szkoda, że już jej nie będzie wolno Basią nazywać. Żal mi teraz tego, com o panu staroście w tym dzienniku napisała — ale cóż? nie jest ci to nictak bardzo złego. Wreszcie kiedy się Basi podoba, to i dosyć;ona mówi, że się zawsze młodych bała, że lubi takich poważnych mężczyzn, i Jmć Dobrodziejka jej powiedziała, że tacynajlepszymi bywają mężami. Może być, ale ja jednak wesołych i fertycznych wolę; każdemu swój gust mieć wolno... Ale,ale... dziś też niezawodnie odprawi się w Warszawie inwestytura królewica Karola na Księstwo Kurlandzkie: już wyzdrowiał. Pan pułkownik Świdziński zna go z bliska, odchwalićsię nie może jego przyjemności; pan wojewoda i starszy synjego nie są jednak za tym, żeby on był po ojcu królem polskim; mówią, że rodak lepszy.

Dnia 10 stycznia 1759 r., we środę

Już więc po zaręczynach: odprawiły się wczora. Do obiadu wszystko było jak zwyczajnie, Basi tylko, gdyśmy na pokoje się zeszli, Jmć Dobrodziejka dała do zwinięcia moteksplątanego jedwabiu. Basia wzięła się do tej roboty; caław płomieniach; oczów na nikogo podnieść nie śmiała, tymbardziej że oczy wszystkich, a szczególniej pana starosty,na nią zwrócone były. Wolała więc patrzeć jedynie w swójjedwab i w ziemię; a do tego niegodziwy Macieńko sprzeciwiał jej się niesłychanie, żarciki sobie z niej stroił, z których wszyscy śmieli się serdecznie: ja tych żarcików po większej części nie rozumiałam, ale jednak śmiałam się możewięcej od wszystkich. Po obiedzie Basia usiadła przed zwijadełkiem w oknie, pan starosta zbliżył się do niej i powiedziałdosyć głośno: „Czyż prawda, że Waćpanna Dobrodziejka niesprzeciwiasz się szczęściu mojemu?” — „Wola najukochańszychrodziców była zawsze dla mnie najświętszym prawem” — odpowiedziała Basia cichym i drżącym głosem i skończyła sięnarzeczonych rozmowa.

Gdy się liberia i dworscy rozeszli i zostaliśmy sami z gośćmi,pan wojewoda z księdzem Wojciechem powstał z miejscaswego, wziął za rękę pana starostę, stanął z nim przed Państwem, którzy właśnie razem na jednej kanapie siedzieli, i takpowiedział: „Od dawna serce moje najszczerszym afektem, najgłębszym uszanowaniem ku przezacnemu domowi KorwinówKrasińskich jest przejęte; od dawna życzę sobie gorąco, ażebyskromny nasz Półkozic uświetnił się ich zacnym Ślepowronem; i niewymowną jest dla mnie satysfakcją, iż przecudowna łaska JW. WaćPaństwa Dobrodziejstwa tej konsolacjidziś zakosztować mi pozwala. Macie przezacną córę Barbarę,ja mam syna Michała, który jest chlubą i pociechą moją; raczyliście się już przychylić do połączenia dozgonnie tej młodejpary: raczcie dziś potwierdzić tę obietnicę. Oto pierścień, który przed laty od rodziców dla zmarłej już, niestety! lecz żyjącej jeszcze w sercu moim oblubienicy w podobnymże raziedostałem: pozwólcie, ażeby go syn mój na zadatek ściślejszegozwiązku córze waszej ofiarował”. To mówiąc, dobył kosztownego pierścienia z brylantami i złożył go na tacy, którą trzymał ksiądz Wojciech; ten przemówił także do Państwa, ale żewiele przymięszał łaciny, nie zrozumiawszy nie mogłam słówjego spamiętać. Jmć Dobrodziej zaś tak obudwom odpowiedział: „Com onegdaj wyrzekł, to i w tej chwili powtarzam; przeciwko dozgonnemu związkowi córki mojej z zacnym starostą nic nie mam; daję mu ją chętnie z życzliwym błogosławieństwem i całe moje prawo ojcowskie nad nią zlewam naniego”. — „I ja toż samo z serca czynię — dodała Jmć Dobrodziejka — oto pierścień, klejnot w domu moim najdroższy, bogo ojciec mój, Stefan Humiecki, wojewoda podolski, z rąk śp.Augusta II dostał, kiedy do skutku pakta karłowieckie doprowadził i Kamieniec Podolski ostatecznie Turkom odebrał. Tympierścieniem ja zaręczoną zostałam, ten pierścień najstarszejcórce mojej daję, z macierzyńskim afektem i z szczerą prośbądo Wszechmocnego Boga, ażeby jej szczęście podobne mojemuprzyniósł”. I położyła na tacy pierścień z ogromnym diamentem, pod spodem którego jest miniatura nieboszczyka króla.,,Basiu! chodź tu, wasze!” — zawołał wtenczas Jmć Dobrodziej;wstała, poszła, ale nie wiem, jak mogła przejść pokój, tak była zmięszana, tak się chwiała, że idąc, ledwie nie upadła.Ksiądz Wojciech wyrzekł nad pierścionkami łacińskie błogosławieństwo, dał pierścień z brylantami panu staroście, którygo na mały palec u lewej ręki, serdecznym zwany, siostrzemojej włożył, pocałowawszy ją pierwej w tęż rękę, a Basi dałpierścień z portretem, mówiąc, żeby go panu staroście oddała;na sam koniuszek palca go włożyła, ale pan starosta, skoro goodebrał, raz jeszcze pocałował ją w rękę, potem upadł do nógPaństwa, dziękował im, świadczył się Bogiem, że będzie sięstarał córkę ich uszczęśliwić. Tymczasem pan wojewoda całował w czoło drżącą Basię i pan pułkownik i ksiądz Wojciechśliczne jej komplimenta prawili. Jmć Dobrodziej wziął wielkipuchar, nalał go starym węgrzynem, wniósł zdrowie oblubieńców i wszyscy spełnili go kolejno. — Tak to wszystko byłouroczyste i tkliwe, że mnie, patrzącej z daleka, cały czas łzysię z oczu toczyły. „Nie płacz, Franulku — powiedział Macieńko (który był cały czas w pokoju, ale przecie milczał) — niepłacz, i z Jmościanką tak najdalej za rok będzie!”. Za rok tojeszcze za prędko, ale za parę lat to się i nie rozgniewam, jaksię ze mną tak stanie.

Cała rodzina Świdzińskich niepojęcie dla Basi uprzejmai grzeczna, Państwo oboje pocałowali ją wczora w twarz, jakim dobrej nocy życzyła; w całym domu wszyscy dla niej oddnia wczorajszego mają jakieś względy, o nikim, tylko o niejmowa: wszyscy jej winszują, wszyscy się jej polecają, każdyby rad, żeby go do swego przyszłego dworu przyjęła. Imć Dobrodziej dobył z sepecika tysiąc dukatów holenderskich, zalecając Jmć Dobrodziejce, żeby porządnie i uczciwie opatrzoną córkę z domu wyprawiła. Oboje naradzali się nad wyprawągodzin kilka. Jutro panna Zawistowska, białogłowa bardzo zacna, koło trzydziestu lat mająca, w domu Państwa od maleńkawychowana i która będzie wyprawną panną Basi, pojedziez komisarzem do Warszawy dla zakupienia potrzebnych rzeczy. W skarbcu naszym stoją już od dawna cztery wielkie kufry srebra dla każdej z nas; kufer Basi przeznaczony kazałJmć Dobrodziej otworzyć, przepatrzył sam wszystko i naczynia potrzebujące naprawy lub ochędożenia także do Warszawy pójdą. Pan wojewoda jutro wyjeżdża wraz z panem starostą, żeby dom sulgostowski na przyjęcie Basi urządzić. JmćDobrodziej już gotuje listy i pokojowców po wszystkich stronach Polski z nimi rozsyła; wszystkim osobom, które pokrewieństwem, przyjaźnią, zażyłością z domem naszym są złączone, donosi o tym wypadku i na wesele zaprasza. Najurodziwszyzaś z dworzanów naszych, koniuszy, suto wyekwipowany, wyjedzie za parę dni z listami do króla i królewiców, do prymasai celniejszych senatorów; w nich Jmć Dobrodziej uwiadamiaich o przyszłym postanowieniu córki, prosi o błogosławieństwo temu związkowi, ale wyraźnie nie zaprasza, zostawującto łasce tak dostojnych osób. Ach! żeby też który z nich przyjechał, na przykład książę kurlandzki, dopiero uświetniłobysię wesele. Ale najpewniej, że tylko posłów swoich przyślą,którzy w takim razie takie mają miejsce i honory, jakie by sięniemal należały tym, których reprezentują. Jaka to będziewesołość, jakie uczty! Jak już radośnie i huczno w naszymzamku, aż miło.

Każdej z nas, sióstr, śliczne dał upominki pan starosta: jamdostała kosztowną spinkę z turkusami, Zosia krzyż rubinowy,Marysia łańcuszek wenecki, Państwu nawet ofiarował podarkii raczyli je przyjąć: Jmć Dobrodziejowi puchar bardzo piękny,Jmć Dobrodziejce szkatułkę z narzędziami do roboty, wszystko w niej z perłowej macicy w złoto oprawne. O Madame nawet nie zapomniał, blondynową salopkę dziś rano na łóżkuswoim znalazła; wysławia też hojność polską: to jest jednarzecz, którą w narodzie naszym chwali. Choć to nasza Madame i z innych miar bardzo ją szanuję, przecież za tę pogardęPolaków nie lubię jej. Wczora była paradna wieczerza, kapela grała prześlicznie, spijano za zdrowie przyszłej pary; dragonia nasza strzelała, a rotmistrz dał za hasło rocie swojej,,Michał” i „Barbara”. Już i Basia trochę śmielsza, wstydzi sięjeszcze swego pierścionka; kryje go, jak może, a każdy go widzi, bo diamenty jak gwiazdy jaśnieją. Dziś rano wszyscy naszczęście Basi pojechali na polowanie. Mówią, że dawniej byłtaki zwyczaj, że panna w takim razie koniecznie strzelcomnóżkę swoją pokazać musiała, ale ten zwyczaj nieskromnyustał, chwała Bogu. Basia spiekłaby się od wstydu; a ten Macieńko taki pocieszny, że koniecznie się tego domagał i mówił, iż skoro ta formalność nie dopełniona, polowanie się niepowiedzie, bo nie ma szczęścia. Nie zgadł jednak, tak było pomyślne, jak rzadko kiedy: zabito dzika, dwie sarny, jednegorogacza, zajęcy mnóstwo, sam pan starosta dzika zabił i tęzdobycz u nóg Basi złożył.

O! przekonałam się, że z pana starosty zuch wielki. Wyprowadzić kazał Jmć Dobrodziej dla myśliwych wszystkie konieze swojej stajni, w sute rzędy przybrane; był między nimi jeden śliczny, ale prawie zupełnie dziki; koniuszy na nim jeździćnie śmie, bo wszystkich zrzuca; pan starosta powiedział, że goprzekona. Jakoż wsiadł pomimo przedstawień przytomnychosób i tak go dzielnie ujął, że wśród skoków, pierzchań, wybryków jego trzy razy wokoło bez najmniejszego szwanku zamek maleszowski objechał. Pięknie było na to patrzeć. Basiatrochę zbladła, jak wsiadał na tego dzikiego konia, ale gdy zobaczyła, że tak nim kierować umie, gdy zaczęły się rozlegaćprzytomnych oklaski, żywy rumieniec twarz jej okrył, tymżywszy, że wszyscy prawie na nią spojrzeli. Od tego czynu pozyskał zupełnie moje łaski pan starosta; kto tak mocno siedzina koniu i taki śmiały, temu już wybaczyć można, choć menueta i kontradansa tańcować nie lubi. Jmć Dobrodziej darował przyszłemu zięciowi tego konia z bardzo bogatym rzędemi masztalerzem. Zasłużył sobie na ten podarek.

Dnia 20 stycznia, w niedzielę

Więcej niż tydzień nie pisałam dziennika mego, bośmywszyscy bardzo zajęci. Gości moc niezmierna, z nimi więc poobiedzia i wieczory schodzą, a poranki oddane robocie. Zarzucone zupełnie nauki, nomenklator, gramatyka francuska, samanawet pani de Beaumont leży w kącie; każda z nas, trzechsióstr, chce koniecznie Basi podarkiem własnej pracy do wyprawy się przysłużyć. Ja jej haftuję dezabilkę linową z falbanami w robotki; wstaję też rano i przy świecy pracuję,żeby koniecznie na czas wykończyć; Marysia wyszywa rańtuch bardzo ładny: na izabelowym muślinie będziearabesk złotem i ciemnymi jedwabiami; Zosia haftuje szydełkiem przykrycie do gotowalni. Jmć Dobrodziejka od samegorana otwiera sepety, kufry i szafy, dobywa z nich płócien, materyj i futer, makat, kotar, kobierców: wiele ma rzeczy pozostałych z własnej wyprawy, wiele także po zamężciu nabytych,bo już od lat kilkunastu zbiera na wyprawy nasze pięknościrozliczne. Prawdziwie jest czemu się przypatrzeć! A co mnienajmocniej zajmuje, kiedy mnie Jmć Dobrodziejka do pomocywezwać raczy, to jej baczność, ażeby żadnej z nas na włos nieukrzywdzić; wszystkie te bogactwa na cztery części dzielii nieraz aż Jmć Dobrodzieja i księdza kapelana prosi, żebydali zdanie swoje, czy wszystkie części równe, czy nie. Krawcai kuśnierza Państwo sprowadzili z Warszawy i ci tyle mają doroboty, że ledwie za miesiąc wszystko wykończą. Wielkieszczęście, iż bielizna prawie cała już uszyta, przez dwa latapanny dworskie ją szyły, teraz ją znaczą niebieską bawełnąw oczka — spodziewam się, że się wprawią w litery B. K.Bardzo piękna będzie wyprawa. Basia nie pojmuje, co z tyląsukniami pocznie. Bo dotąd wszystkie mamy po cztery pary:dwie sycowe ciemne na co dzień i czarne do nich mantynowefartuchy; jednę białą kartonową od niedzieli, drugą linową od większych świąt i uroczystości, i bardzo nam dosyć.Ale Jmć Dobrodziejka jej mówi, że pani starościna piękniejpowinna się ubierać od Basi i że co dla panny wyborne, dlamężatki już nie przystoi.

Basi kazała Jmć Dobrodziejka z owego jedwabiu starganego sakiewkę dla pana starosty zrobić; jest nią zupełnie zajęta,bo pięknie by ją wydać rada. Z taką cierpliwością ten jedwabzwinęła, że chociaż zielony, nic koloru nie zmienił i ani razunie urwany. Śmiało może iść za mąż, sam Macieńko jej toprzyznaje. Pokojowcy i koniuszy z listami już pojechali; bardzom ciekawa odpowiedzi. Basia truchleje, żeby który z królewiców nie przyjechał, a ja bym tak rada.

Ale inwestytura królewica Karola na Księstwo Kurlandzkieodprawiła się ósmego bieżącego miesiąca uroczyście. W wigilię dnia tego nasz pociot, książę Lubomirski, wojewodalubelski, marszałek królewica, dawał suty bal; gale, festyny,obiady trwały więcej niż tydzień. Nowy książę kurlandzkimiał jednę mowę po polsku, czym wszystkich przytomnychniewypowiedzianie uradował. Już teraz zupełnie jest uważanyjako książę udzielny i z wielką przyzwoitością miał odegrać tęcałą rolę. Jest w „Kurierze Polskim” obszerny diariusz tejinwestytury; gdyby czas był po temu, przepisałabym gotutaj, bo mnie bardzo zajął. Prawdę mówiąc, wolałabymjeszcze być świadkiem tego wszystkiego, bo dwa razy lepiejwidzieć rzecz jaką aniżeli czytać o niej. Ale kiedy to być niemoże, rada jestem przynajmniej, że się już ta inwestytura odbyła.

Prócz tej dobrej wiadomości, nie ma żadnej i żal serce miściska, kiedy nagląc z moją dezabilką, słucham, jak kapelangazety czyta. Zewsząd ubliżają powadze Rzeczypospolitej; sąsiedzi pod różnymi pozorami wkraczają z wojskiem do Polski,rabują, pustoszą, krzywdzą! Lecz co tam o tym myśleć i trapićsię, lepiej — jak Jmć Dobrodziej mówi — używać obecnychmomentów, cieszyć się, radować, póki pora służy. Bo i prawda!Prawią pokątnie o jakichciś nieszczęściach, biedach, a tymczasem Polska cała w ucztach, festynach, biesiadach. Może teżoni wszyscy tak robią jak nasz Macieńko; on, kiedy ma jakiezmartwienie, to kieliszka z ręki nie wypuści, powtarzając:,,Dobry trunek na frasunek” — i im więcej strapiony, tymwięcej pije.

Dnia 25 stycznia, w piątek

Pan starosta wczora w wieczór przyjechał. Dwa duże srebrnekosze cukrów i pomarańcz Basia dziś z rana na swoim stolikuod roboty zastała; wszystkie te specjały rozdzieliła między nasi panny dworskie i służebne; robota też piorunem idzie i moja dezabilka prawie przez połowę gotowa. Z własnego gospodarstwa będzie miała Basia pościel: już bardzo dawno, jakkażda z nas, ma swoje gęsi, a nawet łabędzie; mamy teżw garderobie biedną głupowatą Marynę, która nic innego robić nie umie, tylko pierze drzeć; każda z nas ma osobną beczkę na pierze, osobny worek na puch i tyle się każdej uzbierało,że Basia będzie miała dwa napchane piernaty, ośm dużychpuchowych z gęsi poduszek, a dwie małe z łabędziego puchu;nasypki będą z gęstego płócienka domowej roboty, poszewkiz karmazynowej mantyny, a powłoczki z cienkiego holenderskiego płótna z falbanami. Te falbany panny teraz właśnieobrzucają szydełkiem.

Dnia 2 lutego, w sobotę

Pan starosta bawił blisko tydzień i pojechał; jak powróci, tojuż nie odjedzie sam, tylko z Basią. Zdaje mi się rzeczą niepodobną, żeby ona sama z mężczyzną nas odjechała, wierzyć misię temu nie chce; ale jak zobaczę, to będę musiała uwierzyć.Basi szacunek i przyjaźń dla pana starosty co dzień większy,co dzień jej się lepiej podoba, chociaż kiedy tu jest, bynajmniej z nią nie mówi, tylko z Państwem cała rozmowa; imwszystkie swoje atencje okazuje, wszystkie afekta wynurza.Jak mówią, zawsze tak w każdej uczciwej konkurencji siędzieje, bo jakiż lepszy sposób pozyskania serca córki jak podobać się jej rodzicom? Za trzy tygodnie wesele, i ja,i wszystkie siostry będziemy miały nowe suknie. Basia namje sprawia, jako i wszystkim pannom dworskim. Już z gościzaproszonych wielu odpisało, że przybędą; ale król i królewicposłów tylko przyślą, z wielkim moim żalem. Wątpię także, żeby księżna wojewodzina Lubomirska zjechać mogła, bo imnie wypada opuszczać teraz Warszawy, ale bardzo pochwalawraz z mężem zamężcie Basi: piękny list napisała z błogosławieństwem, z czego Jmć Dobrodziej niewymownie był szczęśliwy. Moja dezabilka będzie gotowa na czas, lecz fałdów przysiedzieć muszę, ile że Jmć Dobrodziejka tak na mnie łaskawa,że mnie często do swojej pomocy i usługi wołać raczy; dotądBasia jedna, jako najstarsza, tego szczęścia używała, ale terazPaństwo chcą, żebym ja się wprawiała i umiała potem ją zastąpić. Już dwa razy miałam sobie powierzony klucz odapteczki; zdaje mi się też od tego czasu, żem spoważniała i żemi przynajmniej z rok przybył. O! muszę się pilnie przyglądaćtemu wszystkiemu, co Basia dla Państwa robi, jakie usługiim czyni, żeby jak ją nam pan starosta zabierze, nie tyle jejstraty uczuli. O to tylko idzie, czy im tak potrafię dogodzić jakona?

Dnia 12 lutego, we wtorek

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.