drukowana A5
14.39
Dziejba leśna (tomik)

Bezpłatny fragment - Dziejba leśna (tomik)


Objętość:
36 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0494-4

Dziejba leśna, I

Dziejba leśna, II

Dziejba leśna, III

Dziejba leśna, IV

Sen wiejski

Śni mi się czasem wieś, którą wbrew losom

Wysiłkiem marzeń przymuszam do trwania,

Czując, jak przymus co chwila jej wzbrania

Zniknąć, gdy właśnie zmyślonym niebiosom,

Oczyma ledwo naznaczyłem w próżni

Miejsce spotkania snu mego z błękitem.

Drzewa mnie nęcą naocznym rozkwitem —

Czasem się tylko jakiś liść opóźni

Lub gałąź, nie tak zjawiona, przez szpary

Snu w mrok wybiegnie ponad snu zamiary...

A zresztą — wieczór żmudny, nieustanny,

Z pola znużone wracają dziewczęta,

Wadząc spódnicą o złote dziewanny,

O których sen mój, że śnią się, pamięta.

A kroki dziewcząt — uparte, bezgłośne

I jednoczesne i dziwnie nieznośne,

Jakby szły po to, by mi tylko dowieść,

Że idą, dbałe o pył, co się zrywa

Spod stóp ku zorzy. I, jak we śnie bywa,

Gdy życie wkracza we własną opowieść,

Wiem o nich wszystko... A one mą wiedzę

Zgadują na wskroś, że nie ta i pusta,

I dalej idą, wypełniając miedzę

I umiejętnie rozchylając usta

Jakby do śpiewu. Choć śpiewu nie słyszę,

Wiem, że śpiewają — i wsłuchany w ciszę

Ich warg, niemotą drętwych beznadziejną,

Te słowa chwytam na pozór kolejno:

«Czy kto nas wyśnił? I skąd nasza dola?

I czy to prawda, że wracamy z pola?

I czy to prawda, że my w sobie — żywe?

Śnijmy się nadal — zgodne i cierpliwe!»

Choć słów tych nie ma, lecz słyszę je w chwili,

Kiedy pomyślę, że tak być powinno.

Zorza ku głębiom strumieni się chyli,

Ściekając złotem i purpurą płynną,

Bieleją brzozy, krwawią się czereśnie —

    Wszystko to we śnie.

Wszystko to we śnie. Gdy chylę w sen głowę,

Dziewczęta chylą tak samo swe skronie...

Przechodzą teraz przez nagłą dąbrowę,

Której nie było, a która, ustronie

Wprzód upatrzywszy, w sieć snu siebie chwyta

I na spotkanie idącym rozkwita,

Szumiąc zieleni zaklętą pierwszyzną,

Nieprzewidzianą, a bujną i żyzną,

Wśród której życie, przemieszane z zorzą,

Przeświecające wraz z niebem przez liście,

Purpurowieje mętnie i cieniście.

Na widnokręgu obłoki się mnożą.

Od dziewcząt cienie padają ukośne

I jednoczesne i dziwnie nieznośne,

Jak gdyby po to wysnuły się drogą,

Aby mi dowieść, że mają od kogo

I na co upaść... I błędne motyle

Na pokaz, z trudem swój kształt w zorzy trwalą.

Teraz chcę zliczyć tłum dziewcząt, co falą

Płynie po kwiatach — jest tyle a tyle,

To wszystko, — liczby określić nie umiem,

Ale ją na wskroś i żywcem rozumiem,

Jak gdyby była nie liczbą, lecz spadem

Ciał w głąb na oścież rozwartego ducha.

Już czerwiec, skrząc się, biegnie moim sadem,

A w chacie mojej — noc lipcowa, głucha,

A w polu wieczór dogasa sierpniowy.

Jakiż to miesiąc zmącił sny mej głowy?

Mijają lipce i sierpnie, i wrześnie...

    Wszystko to we śnie.

Wszystko to we śnie! I wszystko przemija,

Nie przemijając. I trwa wieś niczyja

I wieczór, złotą znakowany smugą.

O, jakże znikąd i jakże już długo

Idą te z pola znużone dziewczęta!

I ja wraz z nimi! Bo i mnie też pęta

Żądza przebycia nad strumieni wodą

Nagłego lasu, co złudnie się spiętrza,

Ale nie mogę wejść cały do wnętrza

Mego snu: jestem sam sobie przegrodą.

Choć w nim się błąkam, choć dłońmi obiema

Dotykam kwiatów, wiem, że mnie tam nie ma.

Dziewczęta wzajem poprzez mgieł błękitność

Wskazują sobie moją tam niebytność

I sad, gdzie mogłem w cieniu grusz i śliwek

Czekać na przyjście ich wśród drzew bezładu,

I popod płotem tego właśnie sadu

Siadają rzędem na wspólny przyśniwek

O tym, co serce niewoli do bicia —

Czy pozyskanie, czyli strata życia?

I o tym jeszcze, co słodsze dla ciała —

Sen, który gaśnie, czy jawa, co pała?

I o tym jeszcze, skąd przyszła ich dola?

I czy to prawda, że wracają z pola?

I czy to prawda, że zjawiona w ciszy

Pierś ich tym żyje, że swój oddech słyszy?

I tak śnią chórem chciwie, pracowicie,

Dłonią w swych piersiach przytrzymując życie,

A która dośni do końca — ta gaśnie.

Gasną kolejno, bez żalu. Już właśnie

W ostatniej tli się snu reszta ostatnia,

Która się w zorzy jeszcze wyszkarłatnia,

A i ta z wolna do śmierci nawyka

I w mgle samochcąc bez śladu zanika,

W tej mgle, co w dal się rozwiewa bezkreśnie...

    Wszystko to we śnie.

Śmierć Buddy

U wód Hiranjawati — nad brzegiem żałoby

Poległ Budda, trawiony mgłą ślepej choroby.

Był w pobliżu tłum uczniów i był ptak na drzewie,

I dziewczyna, o której nikt dotąd nic nie wie.

Śmierć opodal, we zgubne zwinięta pierścienie,

Czekała, jak pies wierny, na jego skinienie.

Uczył ją wlec obrożę i lizać złe pęta

I patrzał, jak w ślad za nim po snach się wałęta,

A dziś — choć się skłębiła nad wspólną otchłanią —

Nawet jej nie pogłaskał i nie spojrzał na nią...

Było ponad potokiem drzew tyle a tyle, —

A kwiatów jeszcze więcej. Fruwały motyle.

A on mówił do uczniów: «Czylim się spodziewał,

Że będę wspomnieniami zgon zimny zagrzewał?

Pamiętam, jak bystrego dosiadłem Kantaki,

By odjechać na zawsze w ten świat byle jaki, —

I pamiętam snu nędzę i noc lotusową,

Gdy się księżyc do reszty spełnił nad mą głową,

A jam poglądał duchem, co złudzeń unika,

W przepaść rozkwieconego kędyś października.

Krążyła w sokach drzewnych szalenizna czasu,

I jeziorniała nicość opodal śród lasu,

I chyliły się kwiaty nadmiarem brzemienia

W cienistość zgęstniałego od rosy istnienia,

A ja, tropiąc kres bytu w kierunku ich woni,

Czułem dumną zniszczalność ust, piersi i dłoni,

Czułem, że duch mój, w leśną schwytany zieloność,

Potrafi zdławić w sobie czar i nieskończoność...

O, wytępić ślad gwiezdnej z błękitem łącznicy!

Wymknąć się zwinnym sidłom pustej tajemnicy!

Stracić z oczu brzeg niegdyś znajomej rozpaczy!

Umrzeć, dopóki jeszcze śmierć trwa i coś znaczy!»

I śmierć to słowo: umrzeć — pochwyciła mętnie

I węsząc zdobycz, dla niej zachowaną skrzętnie,

Ku ciału śladem duszy podpełzła zawile.

Lecz dał znak. Śmierć odeszła. Fruwały motyle.

A on mówił: «Com widział w obłędnej pogoni

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.