drukowana A5
11.83
Dwie wiosny

Bezpłatny fragment - Dwie wiosny

Objętość:
13 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0793-8

Włoska

Długo — tygodnie całe nie wychodziłem z pokoju, więc tylko przez okna patrzyłem na świat: na szare, brzemienne wiosną niebo, to na morze gniewnie rozkołysane, to na czuby figowców o bladozłotych płomykach listków, gdy je wiatr przyginał do okien; to znowu przez zgaszone szkliwo deszczów złociły mi się gaje cytryn i pomarańcz i szarzały srebrem oliwki, a poza nimi, w głębi dalekiej, majaczyły porwane kontury gór. A nocami, tymi nieskończonymi nocami marcowymi krzyczało morze i kłami fal szarpało skały, aż dom trząsł się w posadach i całe stada wichrów przewalały się przez moją terasę i z jękiem i wyciem spadały do morza. A rankami jęczały żałośnie żerujące mewy i wyły parowce w małej Zatoce Sorrentyńskiej.

Wiosna nadchodziła.

Czekałem cierpliwie sił i rozmarzałem się cudami, jakie czekały na mnie tam — za ścianami hotelu, w polach i gajach Sorrenta.

...Czasami rzucono mi okwieconą gałęź brzoskwini;

...to bukiet liliowych dzikich lewkonii, których namiętny zapach przynosił mi wiatr od skał wybrzeżnych;

...albo wyblakłą, zimną purpurę dogasających kamelii;

...lub długie pędy migdałów o krwawych kwiatach jakby skąpanych w zorzach zachodu;

...a czasami pęk złotych kul pomarańczowych.

I wtedy izba moja, smutna i zimna, rozświetlała się barwami i kwiaty śpiewały mi o wiośnie, o bliskiej, utęsknionej wiośnie.

A tak strasznie łaknąłem tej wiosny — tej włoskiej wiosny, tej wiosny śpiewanej przez poetów, o której marzyłem przez wszystkie lata życia mojego, że śniłem o niej jak o cudzie cudów, że była mi już samą tęsknotą — ta primavera italska.

Aż pewnego dnia nie wytrzymałem, zerwałem się i poszedłem jej szukać.

Poranek był jasny, ale rozprażony i duszący — sirocco wiał dnia tego.

Zatoka Neapolitańska była zmącona, podobna do olbrzymiej balii pełnej mydlin opalizujących.

Wezuwiusz nie dymił, a kopcił niemiłosiernie i rozpościerał brudne łachmany dymów nad Pompeją.

A cały brzeg zatoki pełen miast i domów wyglądał jak stara, rozpadająca się cembrowina gipsowa.

Neapol różowił się przez szkliste bielma oparów, a Capri, Procida, Ischia wychylały na horyzoncie z głębin morza i mgieł bezkształtne cielska, podobne do mitycznych lewiatanów.

Brzeg sorrentyński od Mety aż do Capo di Monte szarzał urwistą, pogiętą i poszarpaną ścianą skalną, na której zielenił się pas ogrodów pomarańczowych i bielały grupy domów.

Na wąskich terasach przyczepionych do prostopadłej skały wybrzeża, w załamkach skał, w szczelinach — zieleniły się nędzne trawy, czasem dzikie lewkonie fioletowymi kwiatami plamiły szarawe tła, to znowu jakieś marne, poskręcane, połamane karłowate figowce lub oliwki ssały nędzny żywot z rumowisk lub mała plantacja pomarańcz, zasłonięta od wichrów matami, przypierała rozpaczliwie do skał...

Nie, tutaj wiosny nie było.

Poszedłem od morza w górę.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.