drukowana A5
17.68
Trzaska i Zbroja

Bezpłatny fragment - Trzaska i Zbroja


Objętość:
66 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0202-5

1. Jacentowa

Z ulicy Floriańskiej ku kościołowi Panny Marii szedł niemłody wieśniak z tobołkiem na plecach. Kożuch miał wyszarzany, czapkę wytartą, twarz zmizerowaną, ale siwe oczy, osadzone głęboko i jakby przyczajone pod krzaczastymi brwiami, spoglądały przenikliwie, a lekko wysuniętanaprzód dolna szczęka nadawała tej twarzy wyraz silnej woli czy uporu.

Spojrzał w Rynek. Mało jeszcze byłoludzi. Jakkolwiek dzień targowy zgromadzałdwa razy w tygodniu tłumy przekupniówi kupujących, dziś jakoś jeszcze się niezeszli. Może dla niepogody, bo zimny, gęsty deszczyk prószył od wczesnego rana.

Chłop zrobił kilka kroków ku Sukiennicom, pomruczał coś sam do siebie, machnąłręką i zawrócił do kościoła.

Jak to było powszechnie przyjęte w średnich wiekach, nie tylko w Polsce, alew całej Europie, że cmentarze otaczałykościoły parafialne, tak też i plac dokołaPanny Marii zasiany był gęsto kamiennymii drewnianymi krzyżami.

We drzwiach od strony północnej siedziała staruszka grubymi chustami poowijana i odmawiała różaniec, chuchając kiedyniekiedy w skostniałe palce.

— Niech będzie pochwalony... Jak sięmacie, Jacentowa? — rzekł wieśniak.

— Na wieki amen. Jak groch przy drodze — odpowiedziała babka. — Włóczęjeszcze te nogi po bożym świecie, ale każdy dzień mocy ujmuje, a ciężkości na karkprzyrzuca. Człek się chyli, chyli ku tejświętej ziemi, aż i przyjdzie ona ostatniagodzina, co się trza będzie piękniuśkow grobie położyć na wieczne odpoczywanie.

— Jużci, wedle zadusznych dni zawdysmutek serce ogarnia, ale gdyby tak słoneczko się ukazało miasto tych burychszmacisków na niebie, gdyby to maj siępoczynał, a nie listopad, tobyście ta jeszczepodskoknęli co nieco, prawda?

— Dworuj se, Wojtek, dworuj, nijakiegoposzanowania dla starszej siostry nie masz.

— Olaboga! Starszej! Dy i mnie się jużobróciło na czterdziesty ósmy.

— Mądre słowo, na zdrowie ci. Swojelata umiesz policzyć, a żem ja już z nieboszczykiem Jacentym z Krakowa na Łobzówna twoje chrzciny chodziła, to ci za mało?

— E, gdzie byśmy się ta o byle co przemawiali! Nie latami człek się starzeje, inobiedą a turbacją. Ja bym was zaprowadziłdo mojej chałupy z dziurawą strzechą, codeszczówka jak bez przetak dzieciom prostodo łóżka leci. Ja bym wam kazał słuchać,jak te siedem Chrobaków jeść wołają aboze zimna zębami klekocą. Ja bym wam...

— A cóżem to ja starościna czy żona rajce krakowskiego? Na złotej lamie spać legam, paśne kury zajadam, a miodownikiempogryzam? W biedziem się ulęgła, jako i ty,na biedowanie z domu poszła i biedą caływiek się karmię. Ino w twojej rozwalonejchałupie zdrowie mieszka, twojej żony anitwoich siedmi dziecek śmierć się nie ima,a u mnie co? Pięciorom ich miała jako palców u ręki, wszystkie Pan Jezus pozabierał,święta Jego wola. Ty masz kobietę uczciwą,pracowitą, posłuszną; ona ma ciebie dobrego, trzeźwego chłopa, a ja kogo? Ten poczerniały krzyżyk pod cmentarnym płotem,co nań czternaście roków od rana do nocypozieram, w kościelnych drzwiach siedzący.Ani się równaj ze mną, mizerną babką proszalną spod Panny Maryje!

— Darujcie, siostro miła — pokornie odezwał się chłop — nie domawiajcie mi tyla.Mniemałem, że sobie pogadamy, pocieszymy się i ozweselimy oboje, a tu, jak naprzekór, wszelakie gorzkości ze serca najęzyk wypłynęły. Ot, lepiej powiadajcie, cosłychać w mieście. Trzy tygodnie na targunie byłem, bo z próżnymi rękoma i z pustąkaletą po co szedł będę na Rynek?

— A dziś? — spytała babka, spoglądającna tobołek.

— Ano, masła osełczynę, sera dwie plaskanki i kopkę jaj, co moja uskładała odczterech młódek.

— I ty, człecze, o biedzie prawisz?! —roześmiała się Jacentowa, trzęsąc głową. —Krowa, kury, pańskie gospodarstwo!

— Teraz ja wam rzekę, co se dworujecieze mnie, ino że ja waszej mowy do sercanie przybieram — odparł Wojciech spokojnie. — Krówkę się kupiło za sprzedane bursztyny, jeszcze po Margosinej matce. Bydlątko każdemu miłe, a zimne paciorki jeśćnie dadzą. I tę morgę jałowizny też choćraz w kielo czas godzi się omaścić. A skądnawozu, skoro w szopie pustki? Człek samz dzieciskami głodem przymiera, byle srokata miała żarcia do woli. Masło, ser sięsprzeda, a maślankę i serwatkę za przysmaki w niedzielę zjemy. Chleba swego niema, to w mieście u krowodrzanek trza kupić. Mąkę na zacierkę, krup jednych i drugich, na wszystko trzeba grosza. A soli?Jałową kaszę każdy zje, ino bez soli anirusz. Ale ja tu o sobie wciąż rozpowiadam,a wy nic.

— Cóż gadać? Izdebkę na prałatówcew podwórcu mam, jako ci wiadomo, dośmierci podarowaną, a dziesięć czeskich comiesiąc mi przynosi pachołek pana burmistrzowy. To i starczy na łyżkę ciepłejstrawy.

— Jacenty nieboszczyk, jako był chłopuczciwy i sprawiedliwy przez całe życie,tak wam jeszcze nawet swoją śmiercią dopomógł. Boga by w sercu nie mieli sławetnirajcowie, gdyby się wami nie zaopiekowali.

— Wolej bym onego za opiekuna miała.Niechby żył. Tobie się może zda, że nastarość człek pamięć traci? Oj, oj, wiatrzdmuchuje ino listeczki z kwiatów, kolcezawdy zostają. Wesołe się zapomina. Cobolało, zawdy boli. Ile to ja razy przez dzieńwidzę mego Jacusia z roztrzaskaną głową,na marach! Ile razy śnił mi się cały krwiązalany!

— Ale z tej żałości waszej macie i pociechę stokrotną, że w służbie NajświętszejBożej Matki śmierć go spotkała. Spadł ciz dachu, ale z kościelnego. Już mu tamw niebie nie pożałowali godnego miejsca —to pewna. A i na was za to Opatrznośćboska pilnie pogląda, cobyście nędzy niecierpieli.

— Słusznie gadasz, Wojtuś. Za wszystkotrzeba dziękować Panu Jezusowi. Ale, com tojeszcze chciała rzec... Aha. Jest nas tu trzybabki do zamiatania kościoła i uprzątaniapajęczyn. Każda ma dwa dni służby,a w świętą niedzielę wypoczynek. Nibyto lekka robota, a przecie w moich leciechumęczenie wielkie. Jak się naschylam, nazginam, spod ławek, z kątów i zakamarkówśmiecie powymiatam, to mi się zda, że mihet cosi gnaty połamało. W nocy, to się aniz boku na bok przewrócić nie zdolę.

— Proście księdza proboszcza, coby waszwolnił.

— Nigdy w świecie! Zagryzłyby mnieone jędze na śmierć, że za mnie musząrobić. Zagryzłyby! Nie zębami, bo ino podwa abo po trzy w gębie mają, ale słowamiostrymi jak te noże. Toli mi zazdroszcząonego dożywocia po Jacusiu niby krocijakich.

— Więc jakoż myślicie?

— Tak se kalkuluję, żeby wziąć jakądziewczyninę-sierotę, co by pod moimokiem robotę sprawiała.

— Czyż nadążycie dwie was wyżywić,kiedy na jedną z ledwością starczy?

— Pan Jezus miłosierny. Widzisz, Wojtek, ono tak źle znowu nie jest. Jacentowaspod Panny Maryje to nie pierwsza lepsza.Jaki taki do kościoła idzie, szelążek człekuna podołek rzuci. A już jak jego miłośćrajca Langpeter przechodzi abo Teszner,abo Przedbór, abo Salomon, to tyla ofiarują, że więcej wyniesie niż z ratusza za półmiesiąca. Znasz pana stolnika Mikołaja?

— Jakże! A kto by Wierzynka nie znał!

— No, to ci rzekę, co jego miłość nigdymnie bez datku nie minie. A chodzi co dzieńdo nas tu na wotywę. Tedy łacno zmiarkujesz, że i dla siebie, i dla kogo drugiego nakluski starczy, nawet ze szperką. Łachówmam dość na swoje zapotrzebowanie, a dziewusze by się kupiło w kramach raz to, razowo. Dy stoją Sukiennice, niczym kościółna nowo zmurowany, z woli najmiłościwszego króla.

Wojciech zamrugał powiekami i podrapał się w głowę.

— O, moja złocista Jacentowo!

— No cóż?

— Nie śmiem...

— Głodnyś?

— Ij... Bajki głód! Cale co inszego.

— Gadajże!

— Wzięlibyście se naszą Baśkę do posługi.

— Cóż ci się troi? Najstarsza dziewuchaw domu, to prawa ręka! Jakoż ją matceodbierzesz?

— Prawdę mówicie. Ani słowa. Ino właśnie dlatego że najstarsza, musi iść preczz chałupy.

— Rety! Zbroiła co przeciw rodzicielom?

— Niechże Bóg broni, zachowa! Nigdyw świecie!

— Ano, to matka jej nie puści. Ani mowy.

Wojciech się zaśmiał cicho.

— U nas w chałupie ino jedno rządzi,czyli ja. Drugie zasię słucha, czyli Margosia. Właśnie tak jak Pan Bóg Przenajświętszy rozkazał.

— Ale wiem, wiem — niechętnie odrzuciła staruszka. — Od dzieckaś taki zawzięty. Zawdy ino wszystko po twojej wolimusiało być. Sparty jak kozioł.

— Ale za to pół wieka z biedą za barysię wodzę i przecie nas jeszcze nie zadławiła do cna.

— Tedy powiedz, dlaczego chcesz Basięwygonić?

— Długo by o tym gadać...

— Ano, to rzeknij krótko.

— Pamiętacie Zbrojów?

— Co bym nie miała pamiętać. Z ojców,praojców nasze sąsiady.

— Tak. Jest i z ojców, praojców niezgoda między nami. Jakiś widno mocny biesupodobał sobie te dwa rody, bo z byleczego do nienawiści podwodzi. O patyk,o garść siana, o głupią gruszkę. Wieczneswary między Zbrojami a Trzaskami. Sprawiedliwość im oddać trzeba, zawdy umielisię rządzić, oszczędzać, skąpić, byle inomajętności przysparzać, to i nagromadzilibogactwa pełne skrzynie, a niemal ćwiartkagruntów łobzowskich w ich ręku. My zaś,Trzaski, ano wedle swego miana żyjemy.Dużo onych Trzasków od wiek wieka bywało, a co pokolenie, to gorsza bieda. Ot,i w dzisiejszych czasach powiedzmy: PawełZbroja, bogacz nad bogacze, ma ino synajedynaka i dwie dziewuszki. U mnie aniw niedzielę nie jada się do syta, a jest naswszystkich razem dziewięcioro w chałupie.Zaś o tej godzinie może ta jeszcze przybyło jedno więcej.

— Abo co?

— Ano... Dy już takie zaprowadzenieu Trzasków, że co rok, to prorok.

— Widzisz, Wojtek, powiem ci prawdę.Strasznieś chłop nierozgarniony. Baśki sięchcesz wyzbyć właśnie teraz, kiej matkaniedomaga?

— Dajcież mi się wygadać dokumentnie!Po cóżem o Zbrojach zaczął? Widno całykłopot na nich się opiera.

— Bardzom też ciekawa, co mi powiesz.

— Odkąd Paweł Zbroja ostał wójtemłobzowskim, dmie ci tak, co nie wiadomo,jak mu się kłaniać: czy jak miłościwemukrólowi Kazimierzowi, czy może jeszczekrzynę niżej.

— Cóż to ma do Baśki?

— O, jakaście to nagła! Zaraz się dowiecie! Tedy, jako spominałem, jedynaka seuchował jak malowanie. Parobek rosły, nagębie czerwony niczym jabłuszko, a dowszelakiej roboty zgrabny, jak by się odurodzenia wszystkiego uczył. Najstarszy komornik z łobzowskiego dworca wziął go zastajennego do królewskich koni.

— A co mnie do królewskich koni?

— Słusznie, wam nic. Ale zarówno Staszkowi Zbroi nic do naszej Baśki, a czego lataza dziewczyną?

— O, rany!

— Dziękować Panu Jezusowi, zrozumieliście przecie, co za przyczyna, że chcędziewuchę wyprawić z domu.

— Poczekajże, a cóż Basia na to?

— Basia? Po rozżarzonych węglach leciałaby za nim, ino by palcem kiwnął.

— To po cóż dzieciska rozrywać, kiej sięku sobie mają! — zawołała Jacentowa, splatając ręce. — Dać na zapowiedzi, pożenići kwita.

— Aha, stary Zbroja pierwej ubije chłopaka, niżeli u Trzasków synowej będzieszukał. On by się i wojewodzianki nie zląkł.A mnie i moją babę nienawidzi aż strach.Ino mię ujrzy w polu czy na podwórku,pomstuje tak, że uszy więdną. Baśkę wyzywa od dziadówek, przed ludźmi nas czerni, niemal plwa na nas.

— Ha, wola boska, a tyś ojciec. Czyń,jako rozumiesz. Kiedyż mi dziewczynę przyprowadzisz?

— Właśnie dziś, zaraz, coby nie miałasposobności powiadomić Staszka. Pewnikiem już jest na targu. Miała przyjechaćz Wątorkową. Zginie dziewucha jak kamień w wodę. Niech wójt swaty posyła,gdzie wola. Z moim uczciwym dzieckiemnapraszał się nie będę. Ino niech ciotkastrzeże Basi jak oka w głowie, żeby sięptasznik o turkawce nie zwiedział.

— A to co za rwetesy? Coś się dzieje natargu? Zobacz no, Wojtek, czego ludzie takkrzyczą?

— Baśka?! Skądeś się tu wzięła? I takazdyszana? Wilki cię gonią po mieście czyco?

— Szukałam was, tatusiu... Idźcie, na miły Bóg, ratować Wątorka, bo go baba naśmierć zatłucze... O, tam... Widzicie? Podświętym Wojciechem.

— Pilnujcie tobołka, Jacentowa, zarazwracam. A ty stój wedle ciotki. Ani mi sięrusz!

Skoczył Wojciech co żywo na pomockumotrowi. Ledwo się przepchał przez tłumgawiedzi śmiejącej się z zaperzonej niewiasty i bitego chłopa.

— A ty opoju! A ty śleporodzie zatracony! Gdzie moja kokoszka?! Oddaj zaraz, boci łeb ukręcę, jakem twoja ślubna, wiernai uczciwa żona! Oddaj kokoszkę! Gadam podobroci!

I ściskając bat w garści, wyrżnęła goz całej siły grubym końcem biczyska poplecach.

— O, rety! Ja... Jaguś... dy zelżyj kapkę! — jęczał mąż, ani próbując odwetu.

— Gdzie czarna kokoszka z białym czubem?! O, moi ludzie, moi ludzie! — zawodziła baba piskliwie. — Taką ci miałam kokosią na cały świat sławną. Jak zniosłajajko w sam święty Jan, to bez dwa miesiące ino jeden dzień spoczęła. Ady rodzonedziecko tak matce nie świadczy, jako mnieona podchlebiała! Ano przedwczoraj znowusię nieść zaczęła, a ta niewiara przeklętawywlokła mi ją z domu dziś rano! Zdrajco!Judasie! Bo cię uśmiercę, niech cię już mojeoczy nie oglądają!

— Mojaś ty śliczna...

— Nie ślicznam! Kokoszka gdzie?!

Zamierzyła się z większym jeszcze rozmachem, aż tu dwie silne ręce szarpnęły jąw tył, omal nie upadła. Obejrzała się.

— No, puszczajcie mnie, Wojciechu, boi wam się oberwie!

— Cicho. Cicho. Dajcie spokój. Nie wstydwam? Ludzie patrzą, śmieją się. Jużeścietego biedaka zanadto ukarali.

— Niech powie, gdzie ją skrył przedemną?

— O, Jaguś!... Ja... ja... jakoż ci oddam,klejem sprzedał...

— Komu?

— Wim ja?

— A pieniądze gdzie?

— U... u... u Mośka... Rety! Trzymajcieją! Wojciechu, bo duszę ze mnie wyżenie!

2. Sąsiedzi

Tak więc Basia została u ciotkiJacentowej w Krakowie, a Trzaska wracałna Łobzów z lżejszym sercem.

Było wprawdzie płaczu i lamentu co niemiara, ale przez myśl nawet nie przeszłodziewczynie buntować się przeciw woliojcowskiej.

— Ani mi się waż pokazywać w domu,póki cię sam nie zawołam — rzekł jej naodchodnym. — Kiecki, gorset i buty przyniosę ci w przyszły wtorek.

Objęła tatusia za kolana, ciotkę pocałowała w rękę, spłakała się jak bóbr i została.

Przypuszczenia Wojciecha spełniły się codo joty. Za powrotem do chałupy znalazłw niej gościa oczekiwanego — malusieńkądziewczynkę. Westchnął, pokiwał głową,ale ucałował dzieciątko.

— Ano, moja Margoś poczciwa — rzekłserdecznie do żony — dziękuję ci też, dziękuję z całej duszy, jako za pierwsze, taksamo i za ósme. Niech Pan Jezus w zdrowiuchowa, a o nas, biedakach, nie zapomina.Ale, ale, powiem ci coś ważnego. Baśkęoddałem do służby w Krakowie.

— Cóż ty bajesz, Wojtek? Czy ci zmysłypomieszało? Kara boska czy co? Musiszw te pędy lecieć do miasta i zabrać dziewczynę z powrotem!

W jednej chwili dobroduszny uśmiechznikł z twarzy Wojciecha, dolna warga wysunęła się naprzód.

— Pierwej słuchaj, a potem gadaj, a najlepiej wcale nie gadaj — rzekł twardo. —Uczyniłem jak trzeba i dość. Baśka zostaniew Krakowie póki moja wola.

Przycichła i schowała się z głową podpierzynę.

— Jużci, teraz się zacznie płakanie. Niesprzeciwiaj się nigdy, to nigdy krzyczałnie będę.

Usiadł na brzegu łóżka i opowiedział jejwszystko szczegółowo.

— No, sprawiedliwie zrobiłeś, jak dobryojciec — odrzekła wysłuchawszy. — Inopytam sią, co teraz będzie, kiedy ja aniręką, ani nogą?

— Dy z Kasi już nie najgorsza wysługa,niech się przyucza. Co byśmy się trapili popróżnicy!

— Ano jużci. Zresztą, wolę se ręce urobić, od świtu do nocy harować, byle się tewyklinania raz skończyły.

— Ino teraz leż cicho, spoczywaj. Myse ta będziemy jako radzić bez ciebie.Matka w domu najpierwsza. Co by się stało z tymi kruszynami, gdyby ciebie zabrakło!

— Ale, właśnie! — zaśmiała się kobieta. — Zdrowam jak ten rzemień. Nie zbędziesz się mnie ani za trzydzieści lat!

— Niechże cię Pan Jezus wysłucha! Widzi On, jako cię srodze miłuję. Teraz wyjdęna chwilę. Mam ważną sprawę. Jeżeli misię powiedzie, będzie dla nas wszystkichuciecha.

Zamknął odrzwi od sieni i od podwórka,żeby nie wiało na dzidziusia i na chorążonę, postał na progu niepewny, wreszcieprzeżegnał się, nasunął czapkę na lewe uchoi pomaszerował brnąc w gęstym jak ciasto,listopadowym błocie prosto... do chatyZbrojów.

Dwa płoty i wąska polna droga dzieliłyobejście sąsiadów. Trzasko wie mieszkali nazboczu małego pagórka, domostwo Zbroiprzytykało niemal do pięknego sadu otaczającego królewski dworzec w Łobzowie.

Wojciech wszedł do sieni. Rozejrzał się.Drzwi do świetlicy były zawarte, w izbiemieszkalnej uwijała się przy kominie Zbroina.

— Niech będzie pochwalony...

— Na wieki — odpowiedziała gospodyni,nie odwracając się. — A czego to?

— Z waszym chciałbym pogadać.

Spojrzała.

— A to ci gość rzadki i nie lada jaki! —zawołała śmiejąc się drwiąco. — Prędzejemsię śmierci spodziewała niż was, miły sąsiedze, tu, na moim progu, zobaczyć. DoPawła chcecie? A siedzi se w świetlicyprzy miodzie. Idźcie, pewnikiem rad wambędzie.

Nie zrażony przykrym tonem tych nibygrzecznych słówek, wszedł Wojciech śmiało do wielkiej izby gościnnej i tak samoboskim słowem powitał gospodarza.

Zbroja aż się żachnął z podziwu. Co? Tenczłowiek, którego jak śmiecie lekceważył,ten chłop cichy, ustępliwy, nienatrętnyośmiela się nachodzić go we własnym domu? Zerwał się z ławy i stanął wyprostowany, ogromny, z zaciśniętymi ustami.

— Niech będzie pochwalony — powtórzył Trzaska, patrząc mu spokojnie w oczy.

— Na wieki — odburknął niewyraźniei na powrót usiadł na ławie, już ani patrzącna gościa.

— Nie źlijcie się na mnie, sąsiedzie —zaczął przybyły drżącym trochę głosem —przychodzę do was z dobrą nowiną.

— Wy do mnie? — Zbroja ruszył ramionami. — Najlepsza nowina będzie, jak miz oczu zleziecie, choćby na wieki amen.

— To już Panu Jezusowi ostawmy, którego z nas i kiedy ma zabrać z tego świata — odparł Trzaska, siląc się na spokój. —Ino to wam przyszedłem powiedzieć, że niemusicie się już troskać o swego Staszkawzględem naszej Baśki, bo nie chcąc cudzego dziecka przeciw ojcom buntować,a swoje w cenie mając jak złoto, wyprawiłem dziewuchę z domu i już jej wasz syn,póki żyw, nie uwidzi.

Zbroja spojrzał na mówiącego bystro, alenatychmiast spuścił oczy i milczał.

— A iżem jest chrześcijanin i nie darmoco dzień przy pacierzu powtarzam: „jakoi my odpuszczamy”, więc przychodzę robićzgodę z wami, sąsiedzie, coby już nijakiejzawziętości nie było między nami.

Przeczekał chwilkę w nadziei, że przecieżjakąś życzliwą odpowiedź usłyszy, westchnął i ciągnął dalej:

— Tedy, jakom rzekł, szczerym sercemwas zapytuję, czy z wolą waszą zakończyćswary i niezgodę? Tyloletnią obrazę boską?

Zbroja wychylił kubek duszkiem i splunął na bok.

— Anim ja z wami w zgodzie, ani w niezgodzie — rzekł krzywiąc usta wzgardliwie. — Wszystko mi jedno, czy żyjecie, czyzgnijecie. Zbroja się z dziadami nie zadaje.

— Nie zadaje się? A jednakowo nie madnia, żebyście nas nie krzywdzili, nie poniewierali przed ludźmi, ostatnimi słowaminie poniewierali! — zawołał Trzaska, tracąc cierpliwość.

— Ha, kiedy wam tak o dobre słowo chodzi — roześmiał się Zbroja — to dziękujęwam pięknie, żeście swoją dziewuchęuprzątnęli memu synowi sprzed nosa. Choći bez tego byłoby się obeszło. Od dzieckaStach nauczony równo przed się patrzeć,a nie w błoto. Może by się ta był i zabawił,ale żeniaczka mu nie na myśli.

— Milczcie, na Boga świętego, bo mniekrew zaleje! — krzyknął Trzaska z oburzenia. — Przyszedłem do was z przebaczeniemw sercu, obie ręce wyciągałem do zgody,ofiarowałem Panu Jezusowi tę gorzkość,com się jej nałykał od was tyle lat. Chciałem pieczęć świętą przyłożyć na naszychswarach i w kumy was pro...

— Cha! cha! cha! cha! Cichojcież, boi mnie krew zaleje, ino ze śmiechu! —wrzasnął Zbroja, trzymając się za boki. —Słyszeliście, ludzie, wójta mu się zachciewa.Zbroja u Trzaski za kumotra! Cha! cha! cha!Ady se nie żałujcie, na Wawel nie tak daleko, zawołajcie se miłościwego króla! Ręczę, że wam nie odmówi! Ot, chamska duszadopiero! Precz z mego domu, bo psami wyszczuję!

— Na wasze psy mam buczek sękaty! —odkrzyknął ostro Trzaska. — Niech ino który spróbuje mnie tknąć! A na wasze słowaumiałbym odpowiedzieć jeszcze lepiej, inomi się nie podoba. Wolej Panu Jezusowipomstę ostawię.

Rzucił drzwiami, aż ściany zadrżały, i wyszedł, a za nim aż na drogę leciał śmiechszyderczy Zbroi.

Ściemniało się na dworze. Gęsty deszcz,co padał od rana, zamienił się w drobny,kolący śnieżek i siekł po twarzy, aż bolało.Wojciech nie czuł wiatru, nie widział śniegu. Krwawe płaty latały mu przed oczyma.Nie sposób wejść teraz do izby. Margosiaod razu wyczyta wzburzenie w jego twarzy.Po co ją trapić, kiedy się to na nic nie zda.

— Pójdę na strych, pozasłaniam jakodziury deskami i słomą, żeby nie przeciekało. Nijak się nie mogę przepomóc naświeżą strzechę. Oj, Boże, Boże miłosiernyl

Z godzinę łatał dziury w dachu, zatykając je, czym mógł, od wnętrza, jak to niemalprzy każdym deszczu musiał robić, bo tesłabe zapory psuły się i odpadały po parudniach. Jakoś tym razem nadspodziewaniedobrze mu poszło i trochę weselszy zeszedłna dół do swoich.

Nowo narodzone dzieciątko spało cichutko, pozawijane w ciepłe szmaty. Kasia krzątała się przy piecu i gotowała pęcak nawieczerzę. Z dala od ognia stał garnuszekz ciepłym mlekiem dla matusi. Młodszedzieci bawiły się z psem w kącie, ale spokojnie, żeby nowej siostrzyczki nie budzić.

— Gdzieżeś to siedział tak długo, ojciec? — spytała żona.

Zawahał się. A nuż w złość wpadniei wszystkie obelgi Zbroi powtórzy? BiednaMargosia już dziś płakała przez niego. Jeszcze broń Boże zasłabnie. Odchrząknął i odpowiedział wymijająco:

— Wstępowałem na chwilę do wójta,coby się o swego chłopaka nie trapił, jakoBasi już w domu nie ma.

— No? A co on na to? — spytała ciekawie.

— Rad był, a jakże. Nawet mi podziękował.

— No, to chwała Panu Jezusowi. Możenas już nie będzie tyla dręczył jak zawdy.

— Byłem i na strychu dziury pozasłaniać.

— Dobrześ zrobił. Zaraz pewno będziei wieczerza. Co to takiego? Co tak zbyrka?

— Aha, wali się ktoś do sieni. Wyjrzyjno, Pietrek.

Chłopiec wybiegł z izby i powrócił natychmiast, wyprzedzając gościa.

W mroku wieczornym, którego słabyogień na kominie prawie nie rozjaśniał,ujrzeli przy drzwiach wysokiego mężczyznęw ciemnej opończy, z kijem w ręku. Zdjąłczapkę, pochwalił Pana Jezusa. Odpowiedzieli mu wszyscy: „na wieki”.

— Gospodarzu czy gospodyni, bo jakośnikogo w tym ciemku nie widzę — rzekłobcy — pozwólcie mi spocząć i obeschnąćtrochę przy waszym kominie, bom przemókłdo nitki.

— Kasiu, przysuń ławę do ognia, a duchem! — zawołał Wojciech. — Zaświeć kaganek!

— Nie trzeba kaganka, nie trzeba. Nieróbcie sobie ze mną tyle zachodu — przerwał podróżny. — Posiedzę chwilę i pójdędalej. Pilno mi do Krakowa.

— Aha, to do miasta idziecie? — spytałTrzaska.

— Jużci, do pana krakowskiego mamsprawę. Śnieg mię w polu złapał, przeziąbłem srodze...

— Oj, nie wiem ja, zali próżno nie idziecie. Gadali dziś ludzie w Krakowie, jakowłaśnie król miał jechać na roki do Biecza,a pan krakowski, ma się rozumieć, także.

— Taaak? A, to źle. Ha, darmo. Poczekam w mieście, aż wróci. Pierwszy raz mitędy droga wypadła, mówiono mi, że tawieś to królewszczyzna...

— A jakże, od wiek wieka.

— Dobrze króla mieć panem we wsi,prawda? — rzekł podróżny żartobliwie. —Człek jakby u Boga za piecem: czy cięchorość trapi, czy bieda gniecie, czy jakowej inszej pomocy trzeba, ino do dworu jakw dym. Bo i służba pańska, zarządce, dworzanie, wszystko zacne ludzie być muszą,czy tak?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.