drukowana A5
16.03
Królewska niedola

Bezpłatny fragment - Królewska niedola


Objętość:
51 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0199-8

Rozdział pierwszy.U baszty iglarzy.

Marcin Wilga, starszy cechu orylówi włóczków, sprawiał imieniny. Wczesnem popołudniem zaczęli się schodzić kumotrowie i przyjaciele, kumoszki i krewniaczki.

Dworek Marcina położony na przedmieściu Krakowa, zwanym Rybaki, oddzielony był od Wisły małym tylko ogródkiem i składał się z dwóch izb i kuchni. Wchodziło się po czterech schodkach naganek z dwiema ławkami, potem do sieni;z sieni na prawo była izba mieszkalnaMarcinów i Jagny, ich jedynaczki, nalewo świetlica, czyli bawialnia, w dniuroczystości rodzinnych.

Dziś ta świetlica roiła się od gości, acoraz to nowi przybywali. Marcinowakrzątała się z córką w kuchni; krajałybiałe ciasto na cieńsze kawałki, a żytnichleb na grube kromki; składały na jednej płaskiej misie plastry słoniny i kiełbasy, na drugiej pięknie upieczone i zręcznie rozebrane gęsi, jako przynależy wdzień tak uroczysty. Duże sito aż sięrwało pod stosem glonków sera z kminkiem, na drugim piętrzyła się góra miodowych placków.

Gdy już wszystko było pięknie zładzone, zawołano do pomocy Kasię Jędrusównę, siostrzenicę Marcinowej; i weszływszystkie trzy do świetlicy z wielką okazałością, dźwigając sutą przekąskę. Dzbany z owsianym piwem warzonym w domu i gąsiory z miodem stały w sieni zadrzwiami; wiadomo bowiem każdemu, żenapój wszelaki ma rozgrzewać sercei wnętrze człowieka, ale sam winien byćwystudzony jak należy. Ciepłym piwemnikogo nie uraczysz.

Rozpoczęło się częstowanie, przymawianie, zapraszanie, jako przystoi w prawdziwie gościnnym domu. Ukazały siępółkwarcia z piwem i mniejsze, blaszanekubki z miodem. Pito na zdrowie solenizanta, na podziękowanie gospodyni, naprędkie weselisko Jagienki, na pomyślność całej rodziny, na powodzenie cechu.Zasię Marcin kłaniał się na wsze strony,dziękował i wnosił zdrowie sławetnychpanów Starszych, panów Majstrów, a sercem umiłowanych kumotrów. Zaczem odsapnąwszy nieco, pił nazdrowie młodzieży, w ręce najstarszegoz czeladzi rzemieślniczej, której ze względu na złotowłosą Jagnę i czarnobrewąKasię zebrało się sporo.

Gdy już pierwszy smak zaspokojono,a pochwały wybornego jadła i grzecznesłówka nieco przycichły, Marcin pociągnął żonę za rękaw.

— Matka, zaściel ta świeżym obruskiem stół w przeciwku, Jagna niech przystroi kubków i ze dwa gąsiorki; my starsipójdziemy sobie na pogawędkę do spokojnego kąta, będą mieli młodzi więcej miejsca do zabawy.

Kilku poważnych wiekiem gospodarzyi dwóch czy trzech młodszych przeszłoza Marcinem do izby na prawo i tam,choć zupełnie na uboczu, jeszcze się rozejrzeli, czy nie ma gdzie w kącie jakiegowścibskiego wyrostka. Zaczem, sprawdziwszy, że są sami, obsiedli stół dokołai rozmawiali półgłosem. Zafrasowanemieli miny, chmurne, zgnębione; to jeden,to drugi z majstrów dorzucał jakieś słowo, a każde takie słowo coraz to większym smutkiem oblekało twarze zgromadzonych.

Rej wiódł w kompanii Kasper, kościelny ze Skałki, który dzięki temu, że obsługiwał wielebną osobę księdza proboszcza już od lat szesnastu, mógł sięnieraz nasłuchać ważnych i ciekawychrzeczy. Rycerstwo i duchowni panowieschodzili się co dzień prawie na narady uksiędza Marka z Poznania. Stary Kaspercieszył się zaufaniem i łaską swego pana,przeto dokładając drewek na komin albonapełniając kielichy gościom, śmiele sięprzysłuchiwał a pilne dawał baczenie nato, co mówili.

— Skądże tak pewnie gadacie, kumotrze, że całe to nieszczęście ino przez ........ą zdradę się stało?

— Wiem ja dobrze, co mówię. Nikto nie winien, ino krakowskie mieszczany.

— Zmiłujcie się ludzie... zali to możliwe, aby te przybysze kąsały rękę pańską? Toć polski chleb jedzą!

— Cichojcie, Walenty... niech Kaspergada. Wszystko nam wyjaśni i rozpowie.Tedy więc?

— Tedy więc, komu nie wiadomo,trza wiedzieć, że w tej nieszczęsnej dobiekilku się dobija o wielkie księstwo krakowskie. Henryk wrocławski, co to nibyProbusem się zwie, czyli prawym, siłęi moc ma za sobą, a niepoczciwie postępuje. Zasię po stronie księcia sieradzkiegoWładysława, młodszego brata nieboszczyka Leszka Czarnego, stoją wszyscy, comatkę Polskę kochają.

— O raju, raju... Jak też to Kasperwszystkiego świadomy!

— Cichojcie, Walenty, dajcie mugadać.

— Jak nie mam być świadom — odparł Kasper — skoro Bogiem i prawdą nie ma jednej narady beze mnie. Przychodzi pan krakowski i ksiądz biskup, wysłańcy z Poznania i Gniezna, i mój wielebny pan, i wojewodowie; a ja se w tej komnacie, co oni; tyle różnicy, że tamci siedzą na ławach, a ja stoję przy kominie. Słucham, co ino uszu starczy, jednego słowa nie uronię; a że człek z łaski Pana Jezusa ma tę kapkę oleju we łbie, to i składa jedno wedle drugiego, aby się kupy trzymało.

— A czemuż na Skałkę przychodzą?Toć słuszniej, by się wszyscy do biskupatrudzili, a nie jego przewielebność do pośledniejszych od siebie.

— A bo uważcie, książę Henryk maszpiegów i donosicieli pełny Kraków;przez nich by się wiela niepotrzebnie dowiedział. Tedy lepiej się naradzać w spokojnym kącie u Skałecznego proboszcza,niźli u jakich znamienitych panów.

— Święta prawda. Gadajcież dalej,moiściewy!

— Ci, co księcia Władysława wbrewProbusowi na tron wzywają, dobrze wiedzą, co to za wielkie serce i mocny duchmieszka w onym ciele niepozornym. Ksiądzbiskup rzekł kiedyś do panów Rady:,,Łoktek on się zwie? A niechta; czynyonego mierzyć będziemy wielkąmiarą.”

— Dajże mu, Jezusie Nazareński, Matuzalowe lata, by rządził skołataną ojczyzną!

— Ano, com to chciał rzec... Ledwiesię dostał umiłowany pan do Krakowa, ledwie co zasiadł na Wawelu, juści się porwał na niego ów Probus. Posłał z wielkim wojskiem krewniaka swego Henryka Lignickiego; dwa razy go na głowępobito, dopiero za trzecim razem...

— Boże święty... co się to dzieje naświecie, a my, chudziny, rodzimy się, żyjemy i mrzemy, jako te myszy w norach,niczego nieświadomi.

— Cichojcież, Walenty...

— Jeden Pan Bóg Wszechmogący raczy wiedzieć — prawił Kasper — żalibywróg zdobył nasze miasto, gdyby nie krakowskie mieszczany. U jednej bramy miały psubraty swoich ludzi, to i wpuścilinocą ........... żołdactwo tą bramą. Aksiążę Łoktek właśnie naówczas obchodziłstraże i cudem ino niewypowiedzianym,omal już w ręku wroga będąc, zniknął wokamgnieniu, jakby się w ziemię zapadł.Tedy jakoż mam rzec? Niecną zdradąstało się nieszczęście i amen.

Słuchacze załamali ręce, niejeden miałłzy w oczach; któryś z młodszych zawołał:

— Żeby mi kto powiedział, jakimprawem te bezecniki wdarły się do naszego miasta i rozwielmożniły się tak srodze z krzywdą ludzką?

— A o Tatarach słyszeliście, Tomaszu, hę?

— Juści, o Tatarach dziaduś mi opowiadali. Trzy roki mi było, gdy spadli naPolskę. Matkę chciał porwać taki jedenpies pogański; broniła się nieboga zębamii pazurami, tedy ją ciął jakimsi jataganem,czy inszą siekierą, i od jednego razu zamordował. Łaska Boska, że ani mnie, anidziadka w jasyr nie pognali.

— Oj Tomaszu, Tomaszu... powałysięgacie głową, a... ot, nie dopowiem, bobyście się snadnie pogniewali.

— Cobym się miał gniewać? Wszakci nic szpetnego nie ma, żem urósł ponadinnych.

— Ano... prawda. Tedy wiecie, dlaczego was Tatary nie wzięły?

— Pan Bóg to wie, nie ja.

— Słusznie, Pan Bóg to wie. Ale iludzie odgadują niekiedy takowe zawikłane pytania. Ja bym więc moim głupimrozumem miarkował, że trzyletnie dziecko, to ino sroga mitręga w taborze; a zsiwym pogarbionym dziadem takoż zawada i utrapienie. Dlatego was ostawili wspokoju. A za to wiecie, ile luda pobraliw straszną niewolę?

— Ino wciąż pytacie a pytacie...Cóżem ja prorok, albo jakowy świadowid, czy co?

— No, to już wam powiem: samychdziewuch i młodych niewiast dwa-dzie-ścia je-den ty-się-cy! A gospodarzy i parobków, bez liku!

— Ooo, to nie najlepiej się stało —frasobliwie kiwając głową rzekł Tomasz.

Obecni parsknęli śmiechem mimowoli, a Kasper dodał:

— Juści nie najlepiej. Gdybyście tęgarstkę na krakowski rynek wysypali, toby tego pełniuśko było, głowa przy głowie.

— Aha, dworujcie sobie ze mnie, rozumiem się na żartach; a wam się możezda, żem matoł? Krakowski rynek...hoho... ale się nie gniewam; starszemuczłeku godzi się wybaczyć.

Gospodarz trącił Kaspra nieznaczniew ramię i szepnął:

— Ostawcie go; szkoda waszej mowy dla głupiego.

Głośno zaś rzekł:

— Cóż zasię mają Tatary do krakowskich mieszczan?

— Zaraz powiem do zrozumienia:Skoro one pohańce poszły, zabierając łupyi lud w niewolę, ino goła ziemia ostała, azgliszcza, a pustka. Co było robić? Święta rola odłogiem leży, robotnika aniuświadczy, rzemiosła pozamierały, koniecświata i tyle.

— Wiadomo — rzucił Walenty —swój do swego zawżdy ciągnie; ów książęHenryk milszy im, niż Polak z krwi i kości. Ponoś dawno zabaczył, że z Piastowego jest gniazda; po polsku nawet nieumie. Jakoż mieli zachować wiarę Łokietkowi krakowscy mieszczanie?

Umilkł, a wszyscy zgromadzeni zamyślili się smutno. Kto mógł przewidzieć,jak rychło skończy się niedola księcia i całej ojczyzny.

Aż tu znienacka odezwał się Tomasz,cedząc słowo po słowie, z namysłem:

— Śmieliście się ze mnie, sławetnimajstrowie; od razu zmiarkowałem, że zemnie, choć zda mi się nie rzekłem nijakiego słowa do wesołości. Inszy by urazę wsercu chował, albo zgoła zwady szukał;jam spokojny człek, swarów nie lubię.Korci mnie jednakowoż, abym się na waspomścił co nieco za owe śmiechy.

Marcin podszedł ku niemu. Jako gospodarz obawiał się, by od słowa do słowa nie przyszło do kłótni, a kto wie...po tylu kubkach miodu... może i do bitki.Niepodobna gospodarzowi dopuścić do takiej ostateczności. Rzekł więc łagodnie,kładąc rękę na ramieniu Tomasza:

— Ej kumotrze, cobyście się ta sierdzili; w pogwarce sto słów padnie z gęby,a głowa o nich nie wie. A przy imieninach, przy napitku, to się człowiek i roześmieje czasem z byle czego. Szanujemywas przecie wszyscy, a całe Rybakiznają szkuty majstra Tomasza, jako są naWiśle nieprześcignione.

Tomasz uśmiechnął się z zadowoleniem.

— Chyba, że prawdę gadacie, Marcinie; jeden jest przemądrzały w mowie,drugiego rozum uwidzisz przy robocie.Niech ta już będę stratny; a za pokutę,żeście mnie obśmiali dzisiaj, proszę waspięknie wszystkich jakoście tu są zebrani,do mojej chałupy jutro na łososia. Wczorajem go ułowił, oćwiara niczemcielak.

— Bóg zapłać! Bóg zapłać! Stawimysię niechybnie! — odpowiedzieli.

— A jeśliście mniemali, co was mojapomsta ominie, to była szpetna pomyłka.Słuchajcie bacznie, rzekę wam coś: ja gowidziałem, a wy nie!

— Kogo?

— Co takiego?

— Gdzie? — pytali jeden przez drugiego.

— Jak to kogo? Ma się wiedzieć,księcia Władysława.

— Władysława? Być nie może!

— Łokietka?

— Cóż za brednie!

— A nie brednie. Patrzałem nań z takbliska, jako na was ninie patrzę.

— Kiedy?

— Dziś o piątej rano, na prymaryiu św. Idziego.

— Przywidział wam się ktoś podobny.

— Aha... mądre słowo. Toli na całyKraków jeden jest ino człeczek takowejmizernej postaci, prócz księcia.

— A prawda — przerwał mu Onufer,krupiarz z Pędzichowa — prawda, ksiądzWincenty, pisarz u św Trójcy.

— Widzicie tedy, skoro znam księdzaWincentego, a nie on był na prymaryi, tomusiał być książę.

— A ja się dam zabić, że dawno jużuszedł z Krakowa. Tydzień by tu siedziału wroga w paszczy?

— Nie dajcie się zabić, boby wasszkoda było — rozśmiał się Tomasz. —Widziałem go, jak Bóg na niebie.

— O rany Pana Jezusowie... Jeszczego Probus pojmie w niewolę!

— A nam co do tego? Widno pilnesprawy zatrzymują go w Krakowie, to inie pyta, czy bezpieczno, abo nie. Zresztą... — Tomasz splunął wzgardliwie imachnął ręką — czy to onym szpiegompilno po prymaryjach biegać; w pierzu imcieplej niźli w kościele; to i nie lękało siępanosko nieszczęsne błagać ratunku dlasiebie i — dla biednej krainy, krzyżem leżącyna mszy świętej.

— A potem co się stało?

— Za księdzem do zakrystyi poszedłi podział się gdziesi.

— W podziemiu jest izba obszerna— szepnął Kasper do Marcina — tam sięmoże przez dzień ukrywa, a nocami narady ze swymi wiernymi odprawia.

Drzwi otwarły się znagła, w progustanęło dwóch młodych chłopców: JacekRataj, bratanek, i Kuba Mocarny, chrześniak Marcina.

— A czego? — spytał gospodarz.

— Przyszliśmy się pokłonić i pożegnać was, ojcze chrzestny — rzekł Kuba —ściemnia się już, pora nam gnać do miasta,zaczem bramy pozawierają.

— Nie zdążycie, ostańcie na noc.

— Dziękujemy wam pięknie za dobresłowo — odparł Jacek, całując Marcina wrękę. — Majster by strasznie swarzył,gdybym nie wrócił dzisiaj; dy znacie Glasera, łacno się gniewa, a gdy zły, to wali,czem popadnie.

— Tak samo i Langmann — dodałKuba — nijakiej wyrozumiałości nie zna.Bywajcie zdrowi, ojcze chrzestny. Ich Miłościom panom majstrom kłaniamy się.

— Niech będzie pochwalony.

Wybiegli.

Szara mgła unosiła się nad rzeką,między domkami słały się wieczorne cienie. Tylko wąziuchna ścieżka, prowadzącaz przedmieścia ku murom i basztom, wcalejeszcze była znaczna wśród zgniłej trawyi błotnistych kałuż. Gdzieniegdzie bieliłysię na niej rzucone płaskie kamienie,wskazywały kierunek i dopomagały jakotako do przejścia.

Czeladnicy szli chwilę, nic do siebienie mówiąc. Kuba przystanął nagle, rozejrzał się po niebie i po ziemi, i krzyknął:

— Jezus!... Jacek, noc zapada... śmigajmy co żywo!

— Juści, śmigajmy; a nowe ciżmy?Takeśmy ich strzegli tu idący, skakaliśmy po kamieniach niczem pchły.

— A, bo nie było strachu. Co ci ta ociżmy, umyjesz, oczyścisz jutro; dziś trzanam pędem biec, póki bramy otwarte.

— Ano, to dymaj przodem, ja za tobą.

Puścili się kłusem. Kuba walił naoślep, ani pytał, a rzadkie po tygodniowymdeszczu błoto obryzgiwało mu kożuszek,skakało nawet do oczu. Spokojniejszegoducha Jacek szedł ostrożniej, ale i on ślizgał się co chwila i wpadał w kałuże,omal ukochanych ciżem nie pogubił.

Mijali wawelską górę. Tutaj ścieżkarozgałęziała się na troje: w prawo kuGrodzkiej bramie, w lewo wzdłuż murówku baszcie Iglarzy, i nieco wstecz, pozamiasto, ku błoniom i wsiom pobliskim.Przystanęli niepewni, którędy lepiej dobiec do miasta, gdy przenikliwy, ostrygłos trąby, zwiastującej zaciąganie wartynocnej, i zamykanie bram, rozległ się donośnie w powietrzu.

— Masz tobie... — westchnął Jacek;— a teraz co? Czekaj no... — krzyknął —jeżeli cudem łaski Boskiej zatrzymaliSzymka, mego ciotecznego, co tam jużtrzy roki służy, to nasza wygrana. Inozbyrknę po swojemu, pozna, żem to ja,i uchyli furtki. Już mię nie raz, i nie dziesięć przepuszczał.

— Ano, to drała do Iglarzy!

Jacek podszedł jak mógł najciszejdo samej baszty, stanął przy furtce, i zapukał lekko dwa razy po trzy razy. Baczne ucho żołnierza na warcie dosłyszałoto podejrzane stukanie. W okrągłymotworze u góry drzwiczek ukazała siętwarz jakaś wąsata.

— Co tam? — padło krótkie pytanie.

— To my, czeladź od majstrów Glasera i Langmana. Raczcie nas wpuścić domiasta.

Żołdak mruknął niechętnie łamanymczeskim językiem:

— Wracajcie skądeście przyszli. Anibram, ani furtek nie otwiera się o tejporze.

— Chciejcie wasza miłość uczynićnam tę wygodę — prosił grzecznie Jacek— zapóźniliśmy się nieco, pilno nam.

— Idźcie precz! — podnosząc glosodparł strażnik. — Nie wpuszczę i amen.

— Nie wpuścicie? Ino rygiel odsunąć... co wam szkodzi?

— Ruszaj mi stąd polski psie, bo cięinaczej poczęstuję!

Na te słowa Kuba dotąd schowany zaprzyjacielem, wyskoczył naprzód, krzycząc:

— A ty sobie co myślisz, przybłędoz końca świata? Kogo to psem przezywasz? Krakowskie dziecko? Polskiegochłopa, co tu na swoich śmieciach siedzi?Co jego dziady i pradziady w tej świętejziemi leżą? Psem będziesz przezywałzbóju bezwstydny? Tyś sam pies... bezdomny pies... W cudze legowisko sięwdarłeś i jeszcze warczysz? Otwierajfurtkę!

Jacek, mniej skory do burdy, usunąłsię na bok i poglądał ku klasztorowi Franciszkanów, którego mury łączyły się przybaszcie z murem miejskim, a niższe byłyi gdzieniegdzie nadwyrężone.

— Po co ten paliwoda zadziera zestrażą... — pomyślał — lepiej byśmy pokornie powiedzieli dobranoc, a przeczekawszy trzy pacierze, dałoby się jak nicprzeleźć tędy na podwórze przewielebnychojców. Z podwórza do ogrodu, przez płotna cmentarz Wszystkich Świętych, i jużczłek w domu.

Chciał Kubę pociągnąć za kożuch iszepnąć mu słowo, gdy wtem zamajaczyło mu coś jasnego przed oczyma. Spojrzałbystro, i aż się żachnął...

Tam wysoko, na poddaszu dzwonnicyfranciszkańskiej błysnęło światło... Ktośwyjrzał oknem i cofnął się. Chmury, przesłaniające księżyc, pomknęły z wiatrem,rozwidniło się na niebie i na ziemi. Świeczka na wieży zgasła, ale Jacek nie spuszczał oka z miejsca, w którem ją ujrzał.

Znowu się coś w oknie poruszyło;tym razem ukazały się trzy głowy. Zachwilę Jacek zobaczył coś więcej: ciemnyduży przedmiot wysunięto poza obramienia okna i spuszczano go powoli ku dołowi.

Nie rozumiał, co to ma znaczyć, domyślał się tylko jakiejś tajemnicy.

Kuba tymczasem nie żałował płuc, anijęzyka, wrzeszczał wyzwiska najobelżywsze, wkońcu odskoczył wstecz, zadarłgłowę i splunął w kierunku baszty.

— Masz! Tyleś u mnie wart, złodzieju .......!

— Niech się ta kłócą — przemknęłoJackowi przez głowę. — Mogliby żołnierze zauważyć co, posłyszeć szmer, lepiej,że się zajmą czym innym.

Kuba rozparł się szeroko na nogach,ujął się oburącz pod boki i klął. Nic już niemiał do stracenia; zrozumiał, że ani dobrocią, ani złością nic nie wskóra, tedy mściłsię bodaj gębą.

— To teraz taki porządek w sławetnejstolicy? To spokojne, uczciwe ludzie nawet nocować nie mają we własnym łożu?Toście wy siepacze katowscy, a nie wojsko książęce? Psie syny jedne!

W oknie dzwonnicy ukazali się znówludzie... Ciemny przedmiot obsuwał sięcoraz niżej, widocznie zawieszony był nalinach, które tamci trzymali.

— Kosz! — omal że głośno nie wykrzyknął Jacek. — Jak Boga kochamkosz!... Człowiek w koszu!... O rety...żebyż go nie spostrzeżono!

Już nie ten sam wąsal, inny jakiś wartownik przyskoczył do okienka nad furtą.

— W tej chwili mi precz pójdziesz,smyku niedowarzony!

Kuba rozśmiał się zjadliwie.

— Ja smyk? Ano prawda, młodymjest. A tobie zazdrość, zbirze najemny, cośjuż lata zdarł w dziesięciorakiej służbie.Ileż ci płacą za dniówkę, hę? Kto ci dagrosz, ten twój pan! Chachachacha!

— A ty pędraku... błaźnie jeden... zdaci się, że z babami masz do czynienia?Precz, bo kuszę naciągam i przestrzelę cięna wylot!

Tajemniczy kosz dotknął szczytu muru klasztornego i zatrzymał się. Jacekprzyskoczył do Kuby i szarpnął go z całejsiły za rękę.

— Milcz, jeśli ci żywot miły! —szepnął mu w samo ucho, a głośno i dobitnie rzekł do żołnierza:

— Idziemy już oba, panie wachmistrzu, idziemy; raczcie wybaczyć chłystkowi głupiemu. Piwo mu w głowie szumi,to i plecie jak na mękach... Zdrowego snuwam życzę; dobranoc!

— Dobranoc — mruknął strażnik, zasuwając okiennicę.

— O Jezu... szczęście, że sobie poszedł — westchnął Jacek.

— Cóżeś ty rozum postradał, abo ciętchórze obleciały? — wrzasnął Kuba,ochłonąwszy nieco z pierwszego zdumienia. — Puszczaj... pobiegnę do furtki;jeszcze mu za mało zelżywości nagadałem; niech sobie raz użyję. A to coś niesłychanego... takiego łotra bezecnikaprzepraszać będzie!

— Ani pary z gęby nie puścisz, bo cięuduszę — syknął Jacek i palcem wskazałna mur. — Rozumiesz teraz?

— A tam co takiego?

— Co? Człowiek jakiś ucieka; ojcowie mu niosą pomoc. Usuńmy się dalej naprawo, coby nas z baszty nie dostrzeżono;może i my się na co przydamy.

Kosz osiadł na ziemi po zewnętrznejstronie muru.

— O Matko... fosa głęboka... wodyniemal do pół... patrzaj no, Jacek... mnichjakiś!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.