drukowana A5
17.25
Hanusia Wierzynkówna

Bezpłatny fragment - Hanusia Wierzynkówna


Objętość:
62 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0197-4

1. W domu Wierzynkowym

— Hanuś! Gdzie ty znów latasz?Czerwonaś jak ćwik, tchu złapać nie możesz, co się to ma znaczyć?

— Stryj kanonik do nas idą, matusiu —odrzekła dziesięcioletnia dzieweczka.

— Który?

— Stryj Daniel.

— Gdzieżeś go uwidziała? Wżdy nie manikogo.

— Zbiegłam ze schodów na sam dół za Mruczkiem, bo ino drzwi do komory uchyliliście, już się wymknęło kocisko.

— Jużci, taki on skory do myszy, jako tydo kądzieli. Ale powiadaj, jakożeś nadybałakanonika?

— Właśnie na dole, w sieni. Ino ja letkajak wiórek, tom duchem śmigała na górę,a stryjek wloką się pomaluśku. Poczekaciejeszcze ze trzy pacierze, zanim do drzwi zapukają.

— Sprawiedliwie gadają stryj Mikołaj,że Daniel cienki w pasie jak kazalnicau Panny Maryi... hi! hi! hi! — zaśmiał siębrat Hanusi.

— Stanko, Stanko... Jeszcze jedno takiesłowo, a powiem dziadkowi. Znać, żeś dawno bicia nie brał.

— Nie źlijcie się na mnie, matusiu. Żestryj Daniel gruby jak beczka, a stryj Mikołaj omal się nie złomie, taki suchy, jaksama śmierć, to moja wina? A może i stryjowi Tomaszowi co zadałem, że już drugitydzień stęka?

— Radzę ci po dobroci, usuń się z moichoczu, zanadto ci język lata! Spomnij ino,że ja mam przednie leki na takową chorobę... Zuchwalec jakiś!

Pani Janowa Wierzynkowa ująwszy synaza kołnierz od kubraczka, wypchnęła z izby.

W tejże chwili drzwi od sieni rozwarłysię szeroko, a w nich ukazał się mąż olbrzymiego wzrostu i potężnej tuszy, w sukniduchownej. Był to ksiądz Daniel Wierzynek,kanonik kapituły krakowskiej. Włosy jasne,siwiejące, przycięte ówczesnym zwyczajemtrochę powyżej brwi, spadały po obu stronach twarzy czerstwej, o wyrazie rozumnym i dobrotliwym.

— Niech będzie pochwalony... Ufff! Jakdo nieba do was się idzie, pani bratowo.

— Na wieki wieków. Niechże ksiądz-bratsiadają i odpoczną. Hanuś — szepnęła matka dziewczynce do ucha — masz tu klucze,biegaj do ciotki Rafałki, niech wyda Ewiez piwnicy gąsiorek, ten, co już wie, a z komory kołacz korzenny z głogowym powidłem. A spraw się duchem. Ale, ale... Czekajno, przynieś też ręcznik szeroki z sinymkrajem, rozumiesz? I nóż, i talerzy cynowych maluśkich ze trzy, i kubków srebrnych parę, rozumiesz?

— Jużci.

— Z grodu idziecie, księże kanoniku? —rzekła pani Janowa, zwracając się do gościa.

— A ino. U króla miłościwego byłem naradzie. Ojciec nie nadszedł jeszcze?

— Od rana go w domu nie ma.

— Nie dziwota, wszystko na jego głowie.Bóg daj, żeby tej ciężkiej pracy zdrowiemnie przypłacił. Takiego święta jeszcze Kraków nie obchodził i Polska nie widziała.

— Powiadajcież, zmiłujcie się, co i jak,bom strasznie wieści pragnąca, a od panaojca niczego, jednego słówka się nie dopytać.

— Gadałby? Kiedy jeść ani spać nie makiedy. Powtarzam wam, bratowo, że mniestrach zbiera, czy w swoich późnych leciech przetrzyma zdrowo te trudy i krzątaniny. Ale król miłościwy nikomu nie ufa,ino Mikołajowi Wierzynkowi. Ciężka praca, ale i chluba niemała... Aa, tak... to lubię!Ewa niesie przysmaki, Hanka stół piękniezaścieła, gąsiorek zacną pajęczyną osnuty...Przy miodzie będzie się nam gładko gawędziło.

— Ale i kołacza musicie pokosztować.

— A to z jakiej przyczyny?

— Bo go Anna piekła... Ach, nijak przywyknąć nie mogę, że ona już w klasztorze...Chciałam rzec — siostra Anna. Dziś ranoprzysłały zakonnice. Ma być przednie pieczywo, z najświatlejszej mąki, i smakiw nim zamorskie. Brat Laetus, augustianin,co ze świtą przewielebnego nuncjusza doKrakowa przyjechał, przywiózł w podarkupannie ksieni pełną skrzynkę włoskichowoców, w miodzie wysmażonych, a drugąznów korzeni najwonniejszych, jakimi sięciasto zaprawia dla polepszenia smaku.

— Oho, kiedy tak, to mi dajcie tegospecjału na jeden kęs.

— Ja sama ciekawa tych włoskich dziwów. Nie chciałam kołacza napoczynaćprzez potrzeby, ale dla miłego brata a gościa najzacniejszego co jest w domu najlepsze, to jeszcze za mało. Jakoż smakuje?

— Ano dobre... pewnikiem dobre... smakuje jak kadzidło z miodem i z masłem.Wolę zapić... Jakoś mię mgli. Aha, comchciał rzec, Tomasz, słyszę, jakoś słabuje?

— Rana w nodze znowu mu dolega.

— A to sparte licho! Tyle lat...

— A bo mu też potrzebne było wojennerzemiosło. Gdyby nie oblężenie Bełza i niete pogańskie Litwiny przeklęte, byłby chłopzdrów jak rydz do tej pory.

— Darujcie, bratowo, ale niebiałogłowska to rzecz w takich sprawach sądy wydawać. Żołnierzem był, ojczyźnie służył, jakumiał.

— A litewska strzała też mu usłużyła,jak umiała. Biedna Rafałka!

— Wżdy już rok albo i więcej nie narzekał.

— Tydzień temu zachorzał. Medyk obiecuje rychłe polepszenie, ino nie chce nagle rany goić, bo kiedy się sama otwarła, toma być bardzo zdrowo.

— Muszę potem zajrzeć do niego. No,a teraz, kiedym się rzetelnie pokrzepił, nastawcie uszy, bratowo.

— Ani okiem nie mrugnę, ino słucham.

— Wiadomo wam tedy, że z przyczynyszpetnego słowa, wyrzeczonego w nietrzeźwości wobec posłów, cesarz niemiecki, Karol, obraził srodze króla węgierskiego, Ludwika, który mu też niezabawem wypowiedział wojnę.

— Słyszałam ci ja o tym, ale nie pomnę,o co poszło.

— O co?... Ano, cesarz ubliżył najjaśniejszej królowej Elżbiecie, matce węgierskiegokróla a siostrze naszego miłościwego pana.Kazimierz wprawdzie wojny nie lubi i nieszuka, ale w tym razie połączył się z siostrzanem i posiłki ruskie, litewskie i tatarskie sprowadzić przyobiecał. Pojechali teżposłowie od Ludwika na Pomorze, do Bogusława, księcia słupskiego i szczecińskiego — temu łowy a wojna, to jedno, wnetsię też z pomocą gotował. Nie dość mu jeszcze było, to i pokrewniaka swego, Waldemara, króla duńskiego, do onych rycerskich tanów nakłonił. Książęta Rudolfrakuski i Meinhard bawarski sami zgłosilisię z przymierzem. Stare przysłowie powia da: „Siła złego, dwóch na jednego” i możecie tedy wyrozumieć, bratowo, że gdy niedwóch, ale sześciu na jednego idzie, tozłe jest nie lada. Tak sobie pewnie rozważał cesarz Karol, gdy się do wojny sposobił,a niebacznego słowa ciężko żałował. Najego szczęście wczesna zima na kraje spadła i wszelakie nienawiści musiano do wiosny odłożyć.

— Pan Bóg miłosierny światem rządzi —westchnęła pani Janowa.

— Sprawiedliwe słowa. Jako więc jestnaszym ojcem najlitościwszym, nie dopuściłkrwi rozlewu, lecz zesłał natchnienie wiernemu słudze i namiestnikowi swojemu, papieżowi Urbanowi Piątemu, by się w tęsprawę wmieszał, a zwaśnionych pojednał.Tedy wypisał Ojciec Święty listy mnogie:do króla Ludwika, do naszego pana, do Karola, do innych książąt, i wysłał z nimipiękne poselstwo, bo aż dwóch biskupówi kilku uczonych zakonników. Pisma OjcaŚwiętego sprawiły wiele, a nuncjusz i jegotowarzysze domawiali do sumienia, jak mogli, dość że najskorszy do zgody cesarzKarol obiecał przyjąć warunki króla Ludwika i pierwszy podać rękę na pojednanie.Nasz król najmiłościwszy, który na całyświat z mądrości słynie, został wybrany nasędziego i rozjemcę wraz z Bolkiem świdnickim. No... a co dalej się stało, to spodziewam się, że nie mówiąc już o was, panibratowo, ale chyba Hanka wasza i Kostkawiedzą dokumentnie, prawda?

— Kostka nie, ale ja wiem! — zapiszczało coś z kącika.

— Cichaj! Nie wtrącaj się! — zgromiłaHanusię matka i rzekła zwracając się dokanonika: — Toć miasto całe w radościwielkiej żyje, że Elżusia pomorska, Bogusławowa dziewka a naszego miłościwegopana wnuczka, onej pięknej zgody staniesię koroną, poślubiając cesarza Karola.Przypominam sobie — mówiła dalej paniJanowa — jak to przed ośmiu laty ojciecją do Krakowa na wychowanie przywiózł,gdy go małżonka odumarła. Wiedział, żesierocie lepiej będzie u dziadka, więc muteż pod opiekę skarb swój oddał. Rosło tow naszych oczach jak na drożdżach, a nikomu, ba, nawet królowi miłościwemu niepostało w głowie, że cesarzową niemieckąhoduje.

— A widzieliście ją kiedy z bliska?

— Jakże! Nie raz i nie dziesięć. Ilekroćmię dzieci uproszą i w święto na gród, nasumę idziemy, to zawżdy się docisnę przeciwko stall królewskich, bo i do pana miłościwego serce biegnie, a oczy jakaś mocciągnie i gości znamienitych łacno uwidzieć, no i Elżusia z mistrzynią w osobnejławie tuż podle siedzą. Czasem znów przychodzą obie do Sukiennic i niemal do każdego kramu zaglądają, potrzebne i niepotrzebne skupują, po czym pachołek wleczesię za nimi nazad na gród z pełnym koszemsprawunków. Któż by nie znał Elżusi?

— Aleście tego nie widzieli, na co dziśmoje oczy patrzały! — zawołał kanonik ześmiechem.

— Cóż to było? Powiadajcie!

— Ano, gdy się rada u króla skończyła,wyszliśmy wszyscy z komnaty na wał rozprostować kości i pojrzeć ku Wiśle, zali odstrony Przegorzał niebo jasne. Bo to już aniastrologa nie trza pytać: gdy w tamtymkącie błękitno, pogoda na parę dni pewna,a jeśli zasię buro tam i mętno, deszczw ciągu doby jak zapisał. A dla gości naturnieje i inne weselne igraszki zdałabysię dobra pogoda. Patrzymy tedy, aż tuz sadu wybiega chmara dziewek: Jagnaz Żarnowca, Ewka Morsztynówna, Basiaz Tarnowa, Marysia Kmicianka, Zochnaz Potoka, Krystka z Kurozwęk, a kto by jetam wszystkie zliczył one panny dworskie!Było tego ze ćwierć kopy albo i więcej.Gnają z piskiem i krzykiem jak spłoszonegęsi, a za nimi księżniczka Elżbieta z rozplecionymi kosami leci bez opamiętaniai z takim rozpędem, że się nie była w mocypowstrzymać i padła jak taran na Dymitraz Goraya. Ten zaś, iże ją dzieckiem na rękach nosił, więc śmiały do niej jak ojciec,obłapił dziewkę wpół i rzecze:

— Nie puszczę ptaszka! Chyba za opłatą!

— A jaką?

— Czekaj, aż obmyślę.

— Co? Czekała będę? Ja? Ot, macie waszą opłatę!

— I jak się nie wstrząśnie w prawo, w lewo, tak mój Dymitr odleciał od niej na trzykroki. Dobrze, że się lipy chycił, boby był runął jak długi. Znacie, bratowo, gorayskiegopana? Toć chłop setny, półsiodmy stopymierzy, a ta go strzepnęła niczym grudkęziemi ze zapaski.

— Rety! Słyszałam, że mocna, ale żebyaż tak...

— Albo to koniec? Widząc, co się dzieje,my wszyscy w śmiech, król miłościwy z nami i w te słowa do niej się odezwie: „Kiedyś taki wyrwidąb, rad cię będę pasowałna rycerza. Ino nie przystoi rycerzowiw niewieścich szatach. Hej! — zaklaskałw dłonie i gdy pacholik ze sieni wyskoczył,powiada: — Przynieś no ten mały pancerz, cow mojej sypialni wisi na ścianie! — Chłopak pobiegł, a król dalej gada: — Nosił gomój siostrzan, Ludwik, gdy miał lat szesnaście. Tuszę, że prawie będzie dla waszej miłości”. Podano pancerz, Elżbietka pojrzała,ujęła go oburącz od góry, ścisnęła wargi,zmrużyła oczy i... rozdarła na dwie połowy.Jak mi Bóg miły! Niczym płat pergaminu.Na dwie połowy! I żebyż się choć zatchnęła... Gdzie tam! Poczerwieniała ino na gębusi i tyle, po czym pośliniła palce, podmuchała, widno ją musiała palić ona stal twarda,pochyliła się do nóg królowi, pocałowałago w kolano, zakręciła się na pięcie i pomknęła ze śmiechem ku niewieścim komnatom. Taka to jest Elżusia pomorska!

— O, Jezu!... Jakbym była na miejscucesarza niemieckiego, to bym się zlękłatakiej siłaczki.

— Dlaczego? Królewska wnuczka, pannacnotliwa, urodna jak jabłuszko, jeszczei mocna... Bogu na klęczkach dziękować zatylorakie łaski! Ale, ale... Gdzie mojachrześnica? Dawnom dziecka nie widział.

Pani Janowa powstała z ławy i uchylającdrzwi do sąsiedniej izby, zawołała:

— Kostka, Kostka! Pójdź do stryja!

I wbiegło do komnaty coś bardzo zabawnego: maleńkie, chudeńkie, o śniadej twarzyczce i czarnych oczkach, w niebieskimtułubku i takiejże zapasce, niemal do ziemisięgającej, z białą jak śnieg głowiną.

— O, dla Boga! Dziecko, jak ty wyglądasz?! Gdzieżeś to ty była?

Kostka stanęła zmieszana na środku świetlicy i wpakowała dwa palce do buzi dlanabrania otuchy.

— No, gadaj! Oniemiało cię czy co?Gdzieś była?

— U ciotki Rafałki pierzem darła.

— A to ci robotnica nie lada! — roześmiał się kanonik. — Ile udarła, tyle nagłowie przyniosła. Uciekaj, umykaj! Niechcę cię, bobyś mnie jeszcze opierzyła. Jakżebym szedł przez miasto?

— Zabierz ją stąd, Hanuś. Umyj ją,uczesz, otrzep i dopiero niech wraca, jakbędzie w porządku.

Dziewczynki wybiegły do alkierza, a równocześnie ukazał się we drzwiach wchodowych pan Mikołaj Wierzynek, stolniksandomierski, konsul rady miasta Krakowa,wierny sługa i prawa ręka króla Kazimierza.

Kanonik powstał z ławy, a synowa pokłoniła się nisko i, jak to było podówczasw zwyczaju przy powitaniu młodszych zestarszymi, objęła teścia z lekka za kolana.

— Dziękować Bogu. Pan ojciec przyszlido domu nareszcie. Strasznie się tu frasujemy z kanonikiem, że się tyla trudzicie wedletego zjazdu.

— To za ciężkie brzemię na wasze lata — dodał ksiądz Daniel.

Pan Mikołaj wyprostował się dziarsko —a wzrostem przewyższał syna — i zaśmiałsię niskim, donośnym głosem.

— E, jakoś ta może nie wnet wyzionęducha! A zamiast troskać się o mnie przezpotrzeby, dalibyście lepiej kubek miodu, coto ano we dwójkę sobie popijacie na frasunek.

I usiadł za stołem, dając znak ręką synowi. Taka bowiem w onych dawnych wiekach surowa karność panowała, że nawetniemłody człowiek stał pokornie przedojcem, póki mu tenże usiąść nie pozwolił.Ksiądz Daniel, jako duchowna osoba, wielce był poważany przez całą rodzinę i staryWierzynek nie wymagał od niego takiejczołobitności. On sam jednak spełniał z największą gorliwością czwarte przykazanieboskie, czcił i miłował rodziców, a po śmierci matki w dwójnasób okazywał przywiązanie sędziwemu ojcu.

Wychyliwszy duszkiem kubek miodu, panstolnik nalał natychmiast drugi, a dzban dokanonika podsunął i rzekł:

— Sprawiedliwie mi się należy wypoczynek, boć, krotofile na bok, siłam się wczoraj i dziś natrudził. Zjechały ich królewskiemoście, jakby na umówioną godzinę, przedpołudniem. Stół naszego pana dostatni i wyśmienity, o jadło więc nie było kłopotu.Ale gdyby nie to, żem już zawczasu przysposobił niejedno, byłby się stary Mikołajsetnie zbłaźnił. Od dwóch tygodni snuję sięz robotnikami po gościnnych komnatachjak dusza w czyśćcu, ale też śmiele tuszę,że długo nie zapomną panięta przyjęciau króla Kazimierza! Wydostało się z przechowania opony i kobierce miłościwej paniwęgierskiej, izba kapie złotogłowiem odstropu aż do ziemi. Najjaśniejszy król Ludwik i król Piotr cypryjski w srebrnej lamiejak we zwierciadle od stóp do głów przeglądać się mogą. Waldemar duński w całejswojej stolicy nie ma takich kobierców złotem przetykanych, jak te, którymi sypialnięmu przybrałem. A Bogusławowi sama księżniczka Elżbieta mieszkanie zdobiła, z rąk mico najpiękniejsze opony wydzierała, jeszczeto, a jeszcze tamto, a jeszcze owo „dla miłościwego rodzica”.

Jednocześnie prawie z Mikołajem wsunęła się do świetlicy cichutko jak myszkaHanusia i schowana w ciemnym kątku,z ciekawością słuchała opowiadania dziadka.

Wbiegła potem i Kostka, ulubiona chrześnica księdza Daniela. Stanęła przy stryjui główkę, już wyczesaną z pierza, oparłao jego kolana.

— A insze pany i senatory? A rycerstwo?A dworzanie? — pytał ksiądz Daniel.

— Dało się rady wszystkiemu, jak należy — odparł stary Wierzynek. — Pokojowikrólewscy i książęcy mają przystojne rozmieszczenie w pobliżu swych panów, żebyusługa była pod ręką. Rycerstwo zaś stoigospodą po domach w mieście, a do każdejgospody naznaczyłem komornika, co mapilnie baczyć, by gościom dostarczonow bród wszystkiego, co potrzeba. A nimczegokolwiek zażądać zdołają, już to mastać gotowe przed nimi.

Drzwi od sieni skrzypnęły.

— A czego tam? Co za sprawa, że mnieaż tu nachodzisz nie wołany? — chmurzącczoło, spytał Wierzynek kłaniającego siępokornie pachołka.

— Pan z Balic przysłał konnego.

— Że co?

— Że najjaśniejszy cesarz stanął wczorajnoclegiem w Olkuszu, a jutro na podwieczerz będzie w Krakowie.

— Chybaj w te pędy na gród, pokłoń sięode mnie panu krakowskiemu, a prosto doniego idź, rozumiesz?! I powiedz mu, niechzaraz króla miłościwego o tym zawiadomi!

— Słucham waszej wielmożności.

— Ot, i moje spoczynki — dodał stolnik,zwracając się do syna. — Teraz dopierozacznie się prawdziwa robota.

— Zaniechajcie jej na dziś, panie ojcze —rzekł Daniel. — Wywczasujcie się, zażyjciesnu zdrowego, a jutro, skoro świt, snadniejwam pójdzie.

— Dobra rada godna posłuchu. Ale nieodchodź, zaraz podadzą wieczerzę.

— Nie mogę, trzeba mi z nowiną do nuncjusza. Ostańcie z Bogiem, panie ojcze.

— Idź z Bogiem. Dobranoc.

Kostka z Hanusią skoczyły podawaćpłaszcz stryjowi. We drzwiach od kuchniukazała się Ewa z misą jakiejś wybornie pachnącej strawy. Za nią pani Janowa i ciotkaRafałka, druga synowa Wierzynka, niosłychleb, łyżki i noże, gdy wtem, jak kamieńrzucony z procy, wpadł do izby dwudziestoletni chłopak w barwie dworzan królewskich.Nie mogąc słowa przemówić, oparł się o ścianę ciężko dysząc.

— Zbilut? Cóż to za obyczaje? Drogiś zabaczył? Zda ci się chyba, żeś na miód zabiegł pod wiechę!

— Darujcie, wasza wielmożność, przykazano mi... lecieć chyżej wiatru...

— Kto przykazał?

— Pan krakowski.

— Do mnie?

— Tak jest. Miłościwy król wzywa panastolnika.

— Wie już o cesarzu?

— Właśnie przed chwilą posłaniec z Nawojowej...

— A do mnie z Balic. Biegaj do miłościwego pana, powiedz, że idę! Ewa, gdziemoja opończa?

— Hanuś... — szepnęła Kostka.

— No?

— Biedny nasz dziadek...

— Biedny? A czego?

— Bo matusia uwarzyli boczek ze śliwkami.

2. Pomysł Hanusi

— Matusiu...

— No?

— Dobraście jak sam miód...

— Oho, cóż tam Pan Jezus dał nowego?

— Tak was miłuję, że strach!

— Znam cię, ziele próżniackie. Pewnikiem od kądzieli chcesz się wymigać, co?

— Matusiu... matusieńko jedyna, najmilejsza... takie złote słoneczko świeci, ani jednej chmurki na niebie...

— Cóż mi prawisz, jakbym oczu niemiała?

— A na dziadkowej łące tyle stokroci,przylaszczek, smółek, niezabudek, mleczażółtego... a w dziadkowym sadzie jabłoniejuż kwitną...

— Skądże to wiesz?

— Stanko biegał wczoraj na Prądnik.Powiada, że ino się mieni łąka od kwiecia,a pachnie... Oj, matusiu, dajcie nam iść dosadu!

— Tyle dale? Nie puszczę. Jeszcze ciękrowy pobodą, psy pokąsają. Słyszane rzeczy! Czego ci się zachciewa!

— Gdzie zaś krowy, gdzie zaś psy, matusiu! Pójdzie Stanko, pójdzie Jasiek Zaklika,pójdzie Przemko z Chrobrza i Maciek zeSłużewa...

— A Hanka Wierzynkówna sama jednaz chłopakami? A to mi się córusia udała!

— Ciotka Rafałka obiecali...

— Co takiego?

— Że jak wy zezwolicie, to pójdą z nami.

— Skaranie boże z tą Rafałką! Że jej PanJezus własnych dziatek odmówił, to już cudzym schlebia, do wszelakich zbytków zgodna. Wiadomo, na pochyłe drzewo kozyskaczą.

— Matusieńko... pobieżemy duchem... anisię opatrzycie, już my tu.

Pani Janowa robiła srogą minę, ale i jejserce miało twardość raczej wosku niż kamienia, gdy które z dzieci przychodziło doniej z prośbą.

— Ano, niechże już wasza prawda będzie.Idźcie z Panem Jezusem. A wracać mi naobiad... pamiętaj!

— Jużci, nie chybimy, matusiu.

— Aha. A z Kostką co? Toćże to robaczek maluśki. Nie zalezie...

— A we wielkanocne święta nie byłaz nami na Rękawce? Wżdy Krzemionki teżdobry kawał za miastem.

— Ba! Rafałka ją niosła, Magda ją niosła.

— No, widzicie, matusiu, ciotka i dziśKostkę poniosą. A Magda pójdzie ze śniadaniem, to jakby się ciotka zanadto zmęczyli...

Hanusia wybiegła pędem, by się przypadkiem co nowego matce nie przypomniało i nie stanęło na przeszkodzie zamierzonejwycieczce. Wskoczyła do piekarni po siostrzyczkę, przywdziała jej cieplejsze ubranie, bo choć to maj był, zawsze od Tatrówśnieżne podmuchy przelatywały. Migiemzarzuciła i na siebie kabacik sukienny, lekką chuścinę na głowę i wskoczyła do mieszkania stryjostwa Tomaszów zawiadomićciotkę o zezwoleniu matki. Ciotka zaś, przewidując tę dobrą nowinę, już była takżezebrana. Stanko z towarzyszami czekali naRynku, przed bramą domu, wyruszono tedygwarnie i wesoło ku Floriańskiej Bramie,za miasto.

Najstarszy z wyrostków, czternastoletniPrzemko z Chrobrza, oddał się na usługiciotki Rafałki, która wiodła małą Kostunięza rączkę. Szedł obok niej i zabawiał rozmową. Reszta dzieci biegła gromadką naprzedzie, a z tyłu za wszystkimi postępowała dziewczyna służebna z kobiałką i grubąchustą wełnianą na ręku.

Ledwie przeminęli kościół Panny Marii,spostrzegli na prawo od Sukiennic zbiegowisko, a choć im pilno było do dziadkowegosadu, zaciekawieni podstąpili bliżej.

— A co wy tam, ludzie, robicie? — spytał Stanko, uchylając uprzejmie kołpaczka.

Jeden z tłumu, mężczyzna w długim szarym żupanie, zapewne rzemieślnik lub kupiec, spojrzał z uśmiechem na chłopcai rzekł:

— A toć wnuk pana Wierzynkowy i pyta, co my tu robimy. Nie wiesz to, co twójdziad, pan stolnik sandomierski, z rozkazumiłościwego króla zarządził?

— Nie wiem. A co takiego?

— To się przypatrz! Na czterech rogachRynku postawiono kadzie z winem i skrzynie z owsem dla wygody przyjezdnych gości i ku pożywieniu ich koni. Wprawdziepo gospodach czuwają komornicy, by jadłoi picie było na zawołanie, ale na wszelkiwypadek, gdyby komu zabrakło, może iśćna Rynek i czerpać do woli. A gdy sięi skrzynie wypróżnią, służba królewska nanowo je napełnia. Patrz, synku, co tu ludziz dzbankami ciśnie się po ono wino... niczym w Kanie Galilejskiej! Cha! cha! cha!

— I to tak cały dzień będzie? — spytałJasiek Zaklika.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.